<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="To karygodne!">
<author_1="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="2">
<date="1950-02-26">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Jestem Twoją stałą czytelniczką i chcę podzielić się z Tobą moim żalem i prosić Cię o radę. Mąż mój pracuje na kopalni w Strachocinie. Niedawno zachorowali 14-letnia córka i 7-dnio letni syn. Maż telefonował z kopalni po lekarza, ale ten nie przyjechał, przyjechała natomiast sanitarka. Córka pojechała. Po drodze sanitarka wzięła jeszcze chorego na płuca, bardzo słabego Stefana Borka. Dałam o tym znać mężowi, który zaraz zadzwonił do Ubezpieczalni pytając, czy córka zostanie w szpitalu, czy też odwiozą ją do domu. Kierownik Ubezpieczalni odpowiedział, że córka w szpitalu nie zostanie, ani jej nie odwiozą — bo sanitarka zepsuta. Wobec tego mąż zaraz po pracy (o godz. 15.15) pojechał autem do Sanoka. Oto co opowiada mąż: — Przychodzę do Ubezpieczalni, córeczka płacze. Poszedłem do kierownika i pytam, co będzie z córką i Borkiem. Kierownik odpowiada ze złością, że auta nie ma. Sanitarka stała przed Ubezpieczalnią. Kiedy sprzeczaliśmy się z kierownikiem, wszedł szofer i powiedział ostro, że mnie wyrzuci, a kierownik kategorycznie oświadczył, że auta mi nie da. Zwróciłem się więc do dyrektora „Nafty" i ten skierował mnie do urzędniczki, która tymi sprawami się zajmuje. — Co mam robić? Czy z chorymi na bruku mam nocować? A ona na to: Już jest po godzinach urzędowania. I poszła. Był już wieczór. Musiałem z chorą córką na zapalenie stawów i z bardzo osłabionym Stefanem Borkiem dowlec się do stacji. Z trudem wsadziłem oboje do pociągu. Przyjechalśmy do Zarszyna i tu musiałem nająć furmankę, za która zapłaciłem 1000 zł. Zofia Wronkowicz Sprawa opisana przez obywatelkę Wronkowicz jest więcej niż karygodna.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
