<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Kiedy skończy się ich krzywda?">
<author_1="Zuzanna Dyktor-Dąbrowska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="3">
<date="1950-03-19">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Tu człowiek jest na wymarcie przywieziony — mówi któraś, drepcąc za trumną współtowarzyszki. Pogrzeb jest — owszem — piękny. Trumna jak się patrzy — nieboszczka ma porządną suknie, a w pożółkłe palce wciśnięty obrazek święty. Ksiądz idzie aż na cmentarz, za trumną śpiewają babki, idzie nawet jedna prawdziwa „pani"... Nikt nie jest smutny. Na żółte, spracowane ręce nie pada ani jedna łza. Umarła — bo była stara. Ale nikt nie wspomni, że zmarła chorowała na gruźlicę, że leczono ją ziółkami, że umierała w samotności i opuszczeniu. Każdy oddział ma tzw. szpitalik. Jest to izba taka, jak inne, w której siostra umieszcza te „na wymarciu". Leży tam chora na raka razem z gruźliczką. Opieka polega na pojeniu ziółkami i na karmieniu kleikiem (zamiast kapustą). Kiedyś przed drzwiami szpitalika stały w ciągu dwu tygodni nosze, czekające, aż „chora oczy zamknie". Przy każdym otwarciu drzwi, chora widziała te nosze i jeszcze mocniej bolała ją samotność, jeszcze więcej gniotły bezlitosne mury... Tu i życie i śmierć są bezlitosne. Wydałoby się, że kto pracuje czuje się lepiej. A oto fakty: Trojankowa sprząta sale, dźwiga kubły z obiadem, pali w piecach, latem pracuje w polu od świtu do zmierzchu — bez zapłaty. Barańska chodziła do żyta, do lnu, do konopi — dostawała część swojej renty. Z rentą jest też dziwnie. Według ustawy — zakład zatrzymuje trzy czwarte tej sumy, a jedną czwartą daje podopiecznej. Kto ma 2000 zł renty — dostaje 500 zł miesięcznie. Ale ten, kto dostaje 3000 zł renty — otrzymuje również tylko 500 zł.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
