<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Historia prawdziwa">
<author_1="Maria Borska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="3">
<date="1950-03-26">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Z żalem spoglądała mała Anka na idące do szkoły dzieci. Coś boleśnie ściskało jej serduszko. — Czemu to ona nie może iść razem z nimi? — myślała. Z zamyślenia Anki korzystały skwapliwie krowy i wchodziły w szkodę. To sprowadzało zwykle opamiętanie na dziewczynę. Dawała pokój rozmyślaniom i chyżo biegła za krowami. Anka była sierotą. Nie pamiętała wcale swoich rodziców, ani też nic o nich nie wiedziała, bo w okolicy nikt ich nie znał. Zginęli podczas I-ej wojny światowej. Małą samotną dziewczynkę znaleźli jacyś ludzie i zaopiekowali się nią. Nie wiedzieli czyja jest, jak się nazywa, ile ma lat. Ciężko było w czasie wojny, nie każdy chciał dzielić się ostatnim kęsem chleba z zabłąkanym dzieckiem. Toteż wiele razy zmieniała Anka opiekunów. Wędrowała ze wsi do wsi. Aż wreszcie dziewczynkę przyjęli gospodarze ze wsi Słoszewo, pow. płońskiego. Pozostała u nich na stałe. Nie byli biedni, więc bez żadnego uszczerbku mogli dać sierocie trochę strawy. Tym bardziej, że dziewczyna podrósłszy chętna była do roboty. Z początku pasała gęsi, potem chodziła za krowami. Była z niej wyręka, nie można powiedzieć. A i swoich dzieci nie trzeba było odrywać od nauki, bo wszystko zrobiła sierota. Anka wdzięczna była swoim opiekunom za to, że ją przygarnęli, że uważali za „swoją", że nie głodzili, nie bili. O jedno tylko czuła żal do nich: o to, że nie posyłali jej do szkoły. Ale kto by tam myślał o tym, by sierotę do szkoły posyłać. Przecież i książki trzeba byłoby jej kupić, i zeszyty, i ubrać jak należy. No i w domu nie byłoby się kim wyręczyć.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
