<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Człowiek i ziemia przestaną się marnować">
<author_1="W. O.">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="4">
<date="1950-04-02">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Siewy wszędzie w całej pełni, a w Rudawie tak jakby dopiero Trzech Króli się zbliżało. Po co księża mają siać, jak majątek przejmie państwo? O nie! Jesienią także nie wsiano ani jednego ziarna, a i przedtem niewiele. Ot, żeby gdzieniegdzie było zielono, bo inaczej wszyscy krzywo patrzą. Zresztą po co się kłopotać o niewielki majątek, skoro ma się kilkanaście innych dużo większych. Żeby jednak dochód był bez żadnego trudu, majątek w Rudawie kapituła wydzierżawiła. Komu? Rzecz prosta — człowiekowi nie tyle odpowiedzialnemu, ile bliskiemu duchowo — przedwojennemu kapitanowi ułanów. „Ten sobie na pewno poradzi i z majątkiem i z ludźmi, którzy niewiadomo dlaczego dopominają się" o przynajmniej znośne warunki, płacy i takież mieszkania. Dzielny ułan potrafił wiele rzeczy jeszcze z „tamtych czasów", gospodarzyć jednak — nie. Gdyby tak własny mająteczek... można by go przepić... ale tak...? Niech się kapituła martwi. I tak dookoła Wojtek, a ziemia jak leżała odłogiem tak i leży nadal. Obory puste, chlewy takoż, w stajni dwa konie. Jeden do wyjazdów, drugi do niczego. A ludzie...? Cóż nie ma ich wiele. Nic dziwnego. Wystarczy zajrzeć do pierwszego z brzegu mieszkania. Mieszkanie to za dużo powiedziane — nora. Całej powierzchni nie więcej jak 12 metrów kwadratowych, a osób bądź co bądź „mieszka" siedmioro. W dwóch rogach na przeciw siebie zbite z desek barłogi — to łóżko. Nieco wyżej ciemne zgniłe smugi. Zacieka. — Co tam teraz — mówi Franciszka Szlachcina. — Zimą, choć łagodna była, saniami można jeździć po ścianach, taki był "zamróz" na nich. Na szczęście wiosna tego roku wczesna. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
