<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Dla dobra ogółu">
<author_1="Maria Banasiak">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="6">
<date="1950-06-25">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Miasteczko ich było tak małe — że Wiktor wszystkich ludzi znał z widzenia i zdawało mu się, że dużo wie o życiu każdego z nich. Być może dlatego, od pierwszych dni pracy w fabryce, czuł się tam tak jak u siebie w domu; Marię, z którą wziął ślub przed czterema niespełna laty, znał od dzieciństwa — razem chodzili do szkoły, razem z innymi dziećmi biegali po ulicach miasteczka. Ich syn, Piotruś, codziennie niecierpliwie czekał na powrót ojca z pracy. Wiktor sadzał małego na ramiona i zaczynała się ulubiona zabawa w „konie". Maria, nakrywając do stołu, z uśmiechem patrzała na roześmianą i szczęśliwą twarz dziecka. Jednak Wiktor od pewnego czasu porzucił te beztroskie zabawy z synem. Teraz, kiedy wraca z pracy, dziecko nie przerywa już swoich zajęć. Tylko Maria krząta się między kuchnią i stołem, ale i ona jest milcząca. Wiktor siada do jedzenia i podnosi do ust łyżkę pełną zupy. Twarz Marii jest podobna z oczu i wyrazu do twarzy jej brata Szymona; obydwoje są wysocy, postawni. Tacy są wszyscy w jej rodzinie. Kiedy otwarły się drzwi, wiedział, że to on. Dopiero po chwili zorientował się, że nie przyszedł sam, że jest z nim Stasiak. Szymon, jak zwykle, rozsiadł się przy stole, zagadał coś do Marii, wziął na kolana dziecko, Maria szybko uprzątnęła resztki jedzenia ze stołu, stukała talerzami — razem z Piotrusiem wypełniając milczenie tych trojga. Później zawołała dziecko i już zmierzając do drzwi, spojrzała na męża ciekawie i niespokojnie. No, nie upieraj się Wiktor — Szymon przerwał i ciszę. Życzliwy ci jestem, krewniak, i nie dla siebie zabiegam. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
