<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Jestem jak odrodzona">
<author_1="Ewa Kolska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="7">
<date="1950-07-09">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Lśniący czystością pokój tchnie beznadziejną, martwą ciszą. Jedynym śladem jakiegoś życia, ruchu — jest tykający na stole budzik. Jak zwykle, jak co dzień — pani Wanda zrezygnowana podeszła do okna, oparła się o parapet i wygląda. Ostry, przenikliwy dźwięk dzwonka jak klin wbił się w ciszę pokoju. Pani Wanda odetchnęła z ulgą — może coś nareszcie przerwie bezwład tego niekończącego się popołudnia. Do pokoju wpadła ożywiona sąsiadka. — Jak tu u pani czysto i przyjemnie — zawołała. Swoją drogą — szczęśliwa z Pani kobieta. Córki zarabiają na życie, z gospodarstwem ma Pani niewiele roboty — i przez cale popołudnie może Pani odpoczywać jak królowa. Pani Wanda miała czułe — a może tylko przewrażliwione — ucho i zdawało jej się, że w głosie sąsiadki słyszy nutkę ironii. — Niech pani siada — zaproponowała. — Dziękuję, chciałam tylko zostawić u pani klucz od mieszkania — bo lecę na zebranie Ligi Kobiet. Dzieciaki wyjeżdżają teraz na kolonie letnie, więc członkinie Ligi Kobiet będą się nimi w drodze opiekowały — no i właśnie mamy omówić tę sprawę, wyznaczyć która, gdzie i t. d. Dużo jest teraz roboty, ale przynajmniej człowiek czuje, że żyje, że się komuś na coś przyda. Do widzenia, śpieszę się. Pani Wanda usiadła na kanapie. Czterdzieści pięć lat, a czasami wydaje mi się, że mam sto — pomyślała. Wzięła do rąk druty i wełnę — po chwili odłożyła. Pokręciła się po mieszkaniu i znów podeszła do okna. To, co się za oknem działo, dawało jej złudzenie życia. Nie rozumiała, że mimo wszystko ta rola biernego widza nie wystarcza jej. Beznadziejnie wlokła się godzina za godziną.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
