<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Będzie dobrym marynarzem">
<author_1="Wł. Orsza">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="7">
<date="1950-07-09">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Ojciec Józka Kłoska długie lata spędził na morzu. Pływał na niejednym statku i niejeden widział port. A w portach tak jak wszędzie — ciężką pracę i wielką niesprawiedliwość. I za to, że widział to czego nie wolno było wiedzieć i w dodatku mówił otwarcie, że tak nie powinno być i tak nie będzie — wyrzucili go ze statku. Nie mógł się dostać na inny, bo po pierwsze w marynarce tak samo panowało bezrobocie, a po drugie Kłosek był komunistą. Wrócił więc do wsi rodzimej, marzył o powrocie na morze, marzył o synu marynarzu. Jeszcze kilka miesięcy i Józek będzie marynarzem. Spełniły się marzenia ojca i syna. W chwili, kiedy numer ten dojdzie do rąk Czytelnika Józef Kłosek będzie już zawijał do jednego z portów skandynawskich na szkolnym szkunerze „Zew Morza". Dużo musiał przedtem młody Kłosek napracować się, dużo uczyć. — Najpierw ukończyłem kursy żeglarskie Ligi Morskiej — opowiada Kłosek. — Potem zdałem egzamin do Szkoły Jungów. W Szkole Jungów można się uczyć na mechanika, nawigatora, albo na rybaka dalekomorskiego. Ja będę nawigatorem, to znaczy jakby to powiedzieć — takim marynarzem, który umie prowadzić statek. Nauka w Szkole Jungów trwa dwa lata. Potem praktyka i można zdawać egzamin do Państwowej Szkoły Morskiej, która kształci oficerów marynarki. — Będę zdawał, na pewno zdam. Nie mogę ojcu zrobić wstydu no i przecież widzę, że Polsce potrzeba debrze wyszkolonych marynarzy. Teraz płyniemy do Skandynawii takim małym statkiem, ale po szkole... Mały statek... to mało. „Zew Morza" w porównaniu ze statkiem pełnomorskim jest niewielką łupiną. — Ale za to niesie... palce lizać. Trochę buja, ale statek nie pociąg.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
