<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Żniwa idą">
<author_1="Zuzanna Dyktor-Dąbrowska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="7">
<date="1950-07-16">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Po drodze spotkała sołtysa... Córka pociesza ją jak może, pociesza ją młodszy od Stefki — Maniek, Józio głaszcze jej mokrą od łez twarz zabrudzonymi rączkami. Kobieta wzdycha. Jest niepocieszona... Sąsiadki patrzą na nią ze współczuciem. Patrzcie no, kumo, jak się to kobiecisko trapi! Co dzień chudsza i marniejsza, — mówi Lisicka, co przez drogę mieszka, do sąsiadki Witkowej. Witkowa rozkłada ręce, głową trzęsie ze zrozumieniem. — Ktoby się nie trapił, jak go nieszczęście przyciśnie? Czy to żarty w gorący czas, w żniwa zostać bez żadnej pomocy, z tym koniem jednym? Bez żadnej pomocy, bo choć Krysiak — to jej brat rodzony, ale i jemu samemu pomoc by się zdała... Pogadując, kiwając głowami, wzdychając, rozchodzą się sąsiadki. Mijają dni. U jednych lepsze, weselsze, pełne radosnego przygotowania do żniw... U innych, jak u Wasiakowej posępne, łzawe, bez żadnej nadziei. W jakiś zwykły wtorek, trochę pokapujący deszczem, chmurny i jakby załzawiony Wasiakowa snuła się po chałupie, jak zawsze smutna, zamyślona. O zachodzie samym do chałupy wpadł, dudniąc bosymi piętami, syn, Maniek. — Mamo! — krzyczał — a to macie się stawić w gminie, bo jest do was sprawa. Wasiaczkę aż zatknęło. Przysiadła na stołku, zasłabła. Już jak nowina, to ani chybi — zła. Już się na nich, na pewno nowa bieda wali... Jakieś złe wlecze się za nią, czy co, i rozpłakała się na cały głos, aż na drodze słychać było: — Nieszczęśliwe wy, moje, biedaki. Mało, że przy żniwie żadna dobra dusza mi nie pomoże, że się utrudzę sama z tym chłopakiem, z tą Stefką, to nowa bieda się szykuje!
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
