<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Życie muzyczne">
<author_1="Stefan Kisielewski">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="1">
<date="1950-01-01">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Jeśli chodzi o Smetanę, to wydaje mi się że pisał po prostu dobrą muzykę o stylu dosyć wówczas w Europie uniwersalistycznym, powszechnym, muzyka w której jakichś specjalnie silnych elementów narodowych, poza tytułami jego poematów symfonicznych i literacką treścią oper, trudno się dopatrzyć: nie brak tu wprawdzie cytatów z czeskich pieśni i tańców, ale nie brak również rytmów wiedeńskiej polki czy węgierskiego czardasza. Nie negujemy kolosalnego znaczenia Smetany jako twórcy czeskiej opery i symfoniki, ale wydaje nam się, że kwestię jego ludowości należałoby nieco „odbrązowić". Ewa Bandrowska-Turska jest w Polsce nadal bezkonkurencyjna w opanowaniu techniki śpiewu, w nieskazitelnej emisji głosu i w kunszcie interpretacyjnym nikt jej w tej chwili nie dorówna; po wycofaniu się z czynnego życia artystycznego Ady Sari jest dzisiaj Bandrowska jedyną polską śpiewaczką „klasy światowej". Jej krakowski występ (9 XII), w którym zaprezentowała nam nowy utwór polski („Rapsod" Tadeusza Szelmowskiego) również zakończył się bardzo zasłużonym sukcesem „Rapsod", utwór popisowo-wirtuozowski dla wokalistki, mimo barwności orkiestralnej i efektownych pomysłów jest w istocie jedynie arcyzręczną „orientalistyczną" robótką doświadczonego muzyka, robótką, której zarzucić by można niejednolitość stylistyczną i nadmiar reminiscencji. Utwór męczy swą fragmentarycznością, brakiem szeroko-oddechowej kantyleny; jest to po prostu turecka (dosłownie!) łaźnia, na pewno także poniżej maksymalnych możliwości autora koncertu fortepianowego. Drugim tryumfatorem wieczoru był dyrygent Stanisław Wisłocki. W dyrygowanej z pamięci I Symfonii Beethovena okazał świetną znajomość partytury i przekonywającą, a nade wszystko skuteczną technikę ruchów. Potrafił on również (co się niestety rzadko u nas zdarza) sparaliżować dokuczliwą manierę naszej orkiestry, polegającą na „ostrożnym" wchodzeniu nie razem: mnóstwo akordów jest rozłamanych, to dzięki blasze, to znów dzięki „drzewu" i jakoś ten brak precyzji nikogo nie razi widocznie już żeśmy się przyzwyczaili. Wisłocki nadał brzmieniu orkiestry pożądaną sprężystość nic się nie zamazywało, nie łamało grano właśnie "klasycznie". 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
