<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Z katalogu zalet narodowych">
<author_1="garb.">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="1">
<date="1950-01-01">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
1.Kościoły w Polsce są pełne — w niedzielę bywa w nich bardzo tłoczno. Większość tych, co przychodzą wcześnie, staje w progu świątyni, w kruchcie, pod chórem. Robi się zator. Ci, co przychodzą późno, na wcześnie, staje w progu świątyni, w ruch łokcie, jak taranem uderza się w tłum, wagą całego ciała otwiera się sobie przejście. Słychać dyskretne syknięcia: „Czego się pchacie?" — i równie dyskretne odsykiwania: „Co się tłoczycie u wejścia?". Jedni myślą: „Nie mogli to spóźnialscy wyjść z domu o pięć minut wcześniej?" — Drudzy myślą: „Nie mogą się to ludzie posunąć bardziej do przodu?" Jedni i drudzy mieliby rację, gdyby zastosowali krytykę także do siebie. Ale to nikomu nie przyjdzie do głowy, a rezultat? — Oto do podniesienia trwa zamieszanie u drzwi. 2. Wierni idą do komunii świętej. Ci co byli przy balaskach, a nie mają zamiaru komunikować, odsuwają się ledwo o krok. Często klękają. Inni przepychają się z tyłu, potykają się o nogi, opierają się o ramiona klęczących. Tłok. Delikatny ruch łokciami — w prawo i w lewo. Odchodzący od komunii św. idą wprost przed siebie i często klękają na drodze.I tu się zdarzy czasem niecierpliwe sykniecie. Tłum faluje. Przy samych balaskach trwa nieporządne zamieszane. 3. Cały kościół przyklęknął na ostatnie błogosławieństwo. Zaledwie kapłan stanął po lewej stronie ołtarza, jedna trzecia obecnych robi energiczne w tył zwrot. Ostatnią ewangelię czyta się chyba minutę, ostatnie modlitwy u stóp ołtarza trwają ze dwie minuty — wszystko razem nie przekracza chyba trzech minut. Ale gdzie tam, kto by tam czekał! — zaczyna się energiczny szturm do tyłu, by tam dusić się długo przy zapakowanych drzwiach. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
