<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Kantyczki">
<author_1="Stanisław Peterek">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="1">
<date="1950-01-22">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Gdy wspomina się najbliższych przychodzi na myśl matka ze starczą twarzą i spracowanymi rękami. Ale za tym obrazem wyłania się jakby z daleka, jakby przez mgłę matka młoda, uśmiechnięta, ruchliwa, taka, jaką widzieliśmy ją, będąc dziećmi. Właśnie wróciła z Warszawy i przywiozła masę sprawunków. Uwagę naszą pochłonął jeden z nich: książka niedużego formatu, ale za to niezwykłej grubości. — Co to jest? — zapytywaliśmy. — Kantyczki, — A do czego? — Do śpiewania kolęd — A jak się śpiewa taką książką? Matka promienieje radością, bo czuje, że sprawiła nam radość, i odpowiada zagadkowo: — Zobaczycie. I zobaczyliśmy. Otóż wieczorową porą ojciec sadzał na kolanach trzyletniego brata i mnie, osobę w poważnym wieku lat pięciu, a poruszając jedną ręką wózek z siostrą, drugą ręką przewracał kartki tajemniczej książki i śpiewał. Wtórowaliśmy po swojemu, toteż zdarzało się że słowa: „Każdy pyta, co się dzieje" w naszym wykonaniu brzmiały: „Skarżypyta co się dzieje". Gdy nie było w domu starszych, chętnie bawiliśmy się w „kantyczki". Wchodziliśmy do dziecinnego wózka, którego w razie potrzeby można było użyć jako kolebki i huśtaliśmy się, wrzeszcząc: — My też pastuszkowie, nie tylko królowie na wozie! Bywało, że rozkołysany wózek wywracał się, w wyniku czego zdarzały się rozbite nosy, guzy, a nawet... klapsy. To jednak nas nie zniechęcało. Od tak pysznej zabawy oderwać nas mogła tylko lepsza, do której natchnienie przyszło również z kantyczek. Wywłóczyliśmy zza szafy ojca plany budowlane naklejone na tekturę, robiliśmy z nich szałasy pod osypującą się z igliwia choinką i darliśmy się: Kuba na swe dudy coraz wyjrzy z budy, boi się.... 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
