<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Odwiedziny Fausta">
<author_1="Jerzy Zawieyski">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="2">
<date="1950-02-05">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Poczułem się sam, — opuszczony i chory, z dotkliwym bólem gardła i uszu. Cieszcie się, sceptycy — gorączka była wysoka. W pewnej chwili wstałem i usiadłem przy biurku. Wyjąłem z bloku czystą kartę papieru, nad którą długo siedziałem pochylony, i — Nie możesz istnieć bez pisania — zasyczałby piękny Faust. Musisz wszystko, co przeżywasz, zaraz „przelewać", — zaraz musisz nam dymić literaturą "psychologicznej próżni". Czy naprawdę myślisz, że pisanie, to „pamiętnik artysty", jak o tym ktoś niezręcznie się wyraził — Ach, nie — odpowiedziałbym temu, który wyglądał, jak Judasz z Oberammergau — nie. Chcę napisać tej Nocy Wigilijnej list do kogoś nieznajomego; chcę napisać list do brata. Napiszę tak, jak piszą do mnie ludzie obcy, tak jak pisał kiedyś do nieznajomych Borys Pilniak, zagubiony w "Korzeniach japońskiego słońca". Napiszę do przodownika pracy z Dolnego Śląska, lub do zawiadowcy stacji z Klementowa, — albo do księdza Wikarego z Łękawy. Drogi bracie — napiszę — drogi bracie, jest noc wigilijna, noc, gdy narodził się Pan. Raduje się tej nocy każde stworzenie — i człowiek, i wół i osioł. Więc, bracie drogi, bracie kochany — raduj się ze mną. Ale takiego listu nie napisałem, bo — domyślacie się — poniosła mnie „rzeka marzenia" i „rzeka smutku", a te rzeki — nie trzeba wam tego dowodzić — płyną do nikąd! "Rzeka smutku" niosła mnie dalej na swych falach i w pewnej chwili — nie bierzcie mi tego za złe! — zacząłem posuwać piórem po białej karcie papieru. Pisałem - o, zgrozo! - do Bożego Anioła. „To już kres, Boży Aniele — bazgrałem. — Jestem w studni, z której widzą tylko owal nieba nad sobą".
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
