<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Pies ogrodnika">
<author_1="Goa.">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="2">
<date="1950-02-12">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Jadwiga Marso doskonale zagrała te partie, w których ukazuje namiętną miłość, brakło jej natomiast szczerość, gdy w hrabinie zwyciężała duma. Diana jest naprawdę dumna — to nic, że w naszym odczuciu duma ta wypływa z przesądów; ale ówcześnie była ona faktem. To należało celniej rozegrać, ukazać jak pozwoli duma poddaje się miłości, jak ta druga namiętność zwycięża. Odtwórczyni roli Diany za mało cieniowała, grała cały czas fortissimo; brakło jej czasami motywacji — np. jej brutalność była niekiedy ot „tak sobie" — sztuką dla sztuki — czy dlatego tylko że była hrabiną? To fortissimo przez cały ciąg przedstawienia w końcu trochę nużyło. Dam na to przykład drobny bardzo, ale charakterystyczny — z zakresu dykcji. P. Marso niezmiernie mocno wymawiała spółgłoski tzw. wybuchowe (b, p, d, t, g, k, nawet nosowe m). W chwilach najwyższego nasilenia efektu mogłoby to bardzo wzmacniać ekspresję — ale gdy się efekt wciąż powtarza, słuchacz zaczyna podejrzewać po prostu błąd dykcji. Te pewne braki aktorka wyrównywała akcentem niefałszowanej żywiołowości, bardzo ruchliwą i wyrazistą mimiką — grą twarzy pokazała znacznie więcej niż gestem. Niewątpliwie panowała nad widownią — a to dziś rzadkie w teatrze zjawisko. Jej partnerem był zdolny, mający doskonałe warunki zewnętrzne aktor, Zygmunt Kęstowicz. Zawsze podziwiam jego pracowitość — jak niezwykle ma on wystudiowany każdy gest, najmniejsze zagranie. W „Psie ogrodnika" najlepszy był w partiach, kiedy Teodor jest zbity z tropu, zbiedzony, zaskoczony, natomiast w chwilach pewności był zbyt ostro wyrysowany, zbyt pewny siebie, zbyt... aktorski. To nasuwa mi podejrzenie, że Kęstowicz nie rozumie, co to jest gra przemilczeniem.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
