<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Z rozbitego fotoplastikonu">
<author_1="Kazimiera Iłłakowiczówna">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="2">
<date="1950-02-26">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Matka młodej Annie jest sucha i dystyngowana, ojciec — skąpiec i dziwak; bracia byliby rasową złotą młodzieżą, gdyby im rok 1944 wszystkiego nie zabrał. Robią interesu Annie potrząsa wesoło głową, pełną złotych loków; nosek ma zadarty; kąciki ust same się podnoszą; kąciki oczu także. Kroczy pewnie i prędko. Trzeba z rynku przynieść kapusty i kartofli, nim dom się zbudzi. To za ciężko! Nie, bo dźwigać pomoże wielbiciel sublokator, inżynier. — „Ależ, Annie, on dla ciebie za stary!" — nic. Powiem, mu, że go nie chcę, jak zimowe zapasy będą już w spiżarni"... Bo młodej Annie nikt nie pomoże. Musi sama. Babka młodej Annie nie żyje, ale żyje za to prababunia. Malutka, nieruchoma, prawie ślepa staruszeczka odbywa cały rytuał życia au ralenti. Kiedyś, przed laty, spóźniła się z czymś o kwadrans. Ten kwadrans narósł procentami i wciąż dalej narasta. Wszystko jest przesunięte: wstawanie, ubieranie się, chodzenie na spoczynek. Wraz z nią przesuwa się w czasie młodsza od niej o lat jakie 30 panna służąca. Prababunia ma 93 lata, Tilly ma ich 63; Annie musi dbać o obydwie. Rodzice są zmęczeni zmęczeniem roślin wyrwanych z korzeniami. Braci nigdy nie ma w domu. Annie kładzie prababunię spać między 3 a 4 rano, budzi starą Tilly, kiedy tego potrzeba i chodzi na spacer z jedwabnym pinczerkiem Bobby. Bobby mieszka na podnóżku prababuni, zawinięty w jej niezliczone czarne spódnice, ale gryzie ją za każdą próbą pogłaskania... Bo Bobby jest nerwowy: dostaje brom i inne środki uspokajające... Trochę jak w operetce... Annie uczy go łapać za nogi przechodniów, żeby się za dużo na spacerach z nim nie nudzić.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
