<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Delikatność">
<author_1="Z. Starowieyska-Morstinowa">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="3">
<date="1950-03-12">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Rozmowa nie kleiła się. Anna zbytnio lubiła panią Julię zbyt też była inteligentna, by prowadzić tę rozmowę o niczym, którą zwykło się nazywać rozmową intelektualną. Wiedziała, że z ludźmi bliskimi — tak samo jak w dobrych powieściach — musi być mowa o ludziach, rzeczach i i faktach. Uogólnienia przychodzą same. Wytryskają z życia. Ale taka właśnie rozmowa była bardzo trudna. Anna i pani Julia mało miały wspólnych znajomych. A fakty... Fakt dla Anny istniał tylko jeden. Fakt najzwyklejszy, najprostszy i zdawałoby się — najłatwiejszy do przewidzenia, a który zawsze spada na kobiety jak grom z jasnego nieba, jak niespodzianka absolutna. Fakt ciąży. Ńie. Poza tym faktem nie mogła Anna widzieć niczego. To, że fakty podobne zdarzały się już wielu innym przed nią, nie łagodziło ani nie tłumaczyło niczego. Ten fakt zdarzył się tylko jej. Był jedyny i niepowtarzalny, tak jak jedyna, zdumiewająca i nieznana jest dla każdego miłość i śmierć. I podobnie jak własna miłość i własna śmierć przesłaniają człowiekowi całą resztę świata — tak i ta ciąża przesłaniała Annie wszystko inne. Ciągle i bez przerwy od nowa ją zdumiewała. Anna bowiem — jak tysiące kobiet przed nią — pogrążając się w miłości do Rudolfa, nie brała w rachubę jej możliwości. Jak zawsze miłość wciągnęła ją niepostrzeżenie i bez reszty. Jak zawsze myślała tylko o niej. Myślała o sobie i o Rudolfie. O niczym innym. Ciąża była dla niej zaskoczeniem. Zaskoczeniem także była reakcja na nią Rudolfa. Rudolf nie chciał dziecka. W każdym razie nie chciał tego dziecka. Nie chciał teraz. Kiedyś, jak się pobiorą... Anna przeciwstawiła się mu. Dziecka także nie chciała. Ale dziecko już było. Stanęła w jego obronie.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
