<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Ucieczka">
<author_1="Eugenia Kocwa">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="5">
<date="1950-05-07">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Wreszcie odezwała się syrena na koniec apelu. Stojące już przeszło od godziny nieruchome szeregi złamały się w mgnieniu oka. Głucha ulica Lagrowa rozbrzęczała się gwarem dwudziestu tysięcy głosów. Tłum kłębił się, tłoczył i przepychał, by za chwilę znów się ustawić — tym razem już nie blokami lecz kolumnami; był to drugi w ciągu dnia apel, tzw. „apel roboczy". W rojowisku ludzkim mignęły mi nagie czarne oczy Danusi, obok której szła, utykając z lekka na nogę, jej siostra o melancholijnym spojrzeniu i ujmującym uśmiechu. Cóż za szczęśliwy traf — spotkać w tym mrowisku kogoś z odległego bloku! Właśnie dziś rano myślałam, że nie jestem pewna kolejności cyfr w numerze Danusi; był to jeden z trzydziestu numerów, które sobie zapamiętałam, by podać je szwajcarskiemu Czerwonemu Krzyżowi, aby posyłał im paczki: jednym dlatego, że je lubiłam, innym — bo były chore, a jeszcze innym dlatego, że były opuszczone i pozbawione wszelkiej pomocy z zewnątrz. Ucieszyłam się bardzo, że jeszcze w ostatniej chwili mogę z nimi choć parę słów zamienić, gdyż ogromnie się do nich przywiązałam. Z Joanką pożegnałam się już wczoraj. Oczywiście tylko w myśli. Lecz wyściskałam ją naprawdę, gdyż właśnie wczoraj wypadały jej imieniny. Raz jeszcze zaniosłam jej "na przechowanie" pudło, które wzbogaciło się o wszystkie moje rzeczy odebrane z magazynu efektów. Podobnie jak zeszłym razem, tak i teraz Joanka o nic mnie nie pytała; w lagrze ludzie nauczyli się o nie nie pytać, czego im człowiek sam nie zechciał powiedzieć. Zgodziła się bez słowa, nie okazując żadnego zdziwienia, że już po raz drugi proszę ją o to samo bez żadnego uzasadnionego powodu.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
