<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="W Poznaniu">
<author_1="Stefan Kisielewski">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="6">
<date="1950-06-04">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Inwokacja. Rok rocznie przyjeżdżam do Poznania na Targi — a także i przy innych okazjach. Mam sentyment do tego miasta. Imponuje mi poznańska rzeczowość. Dlatego też ciągnę, zawsze do Poznania i jak bocian za morze, wznoszę za wieszczem okrzyk: — I hej vivat Poznańczanie! Podróż infernalna. Zaczęło się na pozór dobrze: wsiadając w sobotę wieczór w Krakowie do pociągu nie stwierdziłem jeszcze nic, anormalnego. Tłok był, owszem, ale jakoś się do przedziału wlazło, a w Katowicach nawet uzyskałem miejsce siedzące. Dopiero od Opola zaczęło się „białe szaleństwo". Zainaugurowały je dwie panie, z gracją wsiadając oknem. Okazało się, że korytarz jest już zablokowany „na mur". Na każdej następnej stacji usłużne okno wpuszczało nowych obywateli płci wszelakiej. Młodzież, studenci i uczniowie, żołnierze i milicjanci, urzędnicy i robotnicy, wszystko zdyszane jak psy w upał i wszystko na Targi. A we Wrocławiu szkoda gadać sceny wręcz piekielne. Wiele osób zostało na stacji, dzikim wzrokiem odprowadzając oddalający się pociąg. W tym pociągu zaś znany mi ze szkolnych czasów ser (pamiętacie zabawę pod hasłem "sera mu sera") Podziwiałem wielu z moich współtowarzyszy podróży, którzy, jak się okazało, tego jeszcze dnia wieczorem powracać mieli do swych rniast. Dwie noce nie spane w takim pociągu wszystko, aby zobaczyć Targi, a raczej, żeby coś na nich kupić. Obywatele i obywatelki ostrzyli sobie zęby na tanie materiały i buciki ściskając w torebkach przygotowany grosz. Feralna niedziela. Kto nie widział tego ranka dworca w Poznaniu, ten wielu jeszcze rzeczy nie widział. Pociąg wtoczył się na stację z półtoragodzinnym opóźnieniem, a na peronie — istny kawior. Głowa przy głowie! 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
