<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Kryzys młodości">
<author_1="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="8">
<date="1950-08-06">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Istnieje pewien klub — bez zarządu, statutu i składek, a nawet bez listy członków, tym nie mniej bardzo zwarty i solidarny. Jest to Klub Miłośników Conrada — w skrócie KMC. Gdy zejdą się dwaj tacy — choćby przypadkowi — członkowie KMC, potrafią trzy godziny dyskutować nad istotą charakteru Heysta, unosić się nad kolorytem Morza Śródziemnego w "Korsarzu" lub analizować przekrój społeczny tajemniczej republiki Costaguany. Członkowie KMC wyczuwają się od razu — niemal z pierwszego rzutu oka. Niedawno spotkałem takiego w autobusie dalekobieżnym; z niewinnego pytania o jakąś mijaną miejscowość wynikła długa rozmowa o ulubionym pisarzu. A zaczęło się to moim porównaniem („to całkiem, jak gdyby... etc.), na które mój sąsiad spojrzał na mnie uważnie i zagadnął obcesem; — Pan lubi „Smugę cienia"? — Aha! — pomyślałem — facet należy do KMC. Wśród moich czytelników na pewno niejeden jest członkiem klubu. Do nich przede wszystkim piszę te słowa. Chodzi właśnie o „Smugę cienia", której nowe wydanie ukazało się teraz nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Osobiście uważam „Smugę cienia'' za jedno z arcydzieł Conrada, z czym nawet członkowie KMC nie wszyscy się zgadzają. Bo — słyszałem nieraz tę krytykę — opowiadanie to jest źle zbudowane; kompozycja jego szwankuje. Początek — owe błahe perypetie po rzuceniu przez opowiadającego posady — wloką się zbyt długo, potem Conrad nie może wypłynąć z portu i gdy się dochodzi do właściwej opowieści — do walki statku z zarazą i ciszą, której opis jest niewątpliwie jednym ze szczytowych osiągnięć Conrada — czytelnik odczuwa przykrą dysproporcję między właściwą opowieścią a wstępem, zajmującym połowę — tak, połowę! — opowieści. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
