<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Pochwała starości">
<author_1="Kisiel">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="8">
<date="1950-08-06">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Wspaniała to rzecz przejść się w słoneczny dzień z Poronina do Zakopanego. Świeżość barw i precyzja konturów jest niezrównana, jakby cały górski świat ubrał się w galową szatę. A przy tym nieustanna zmienność (jako zwolennikowi dialektyki bardzo mi to odpowiada): góry co chwila wyglądają inaczej, to zasnuwają się poważnym cieniem, to znowu zalane są słonecznym, rozpylonym kurzem. Chmury wędrują, niebo wciąż się zmienia, człowiek idzie sobie szosą i czuje się jak król (jeśli król może się dziś dobrze czuć): myśli płyną lekko i rzeźko, niby owe pędzone wiatrem obłoki — po prostu ma się w sobie „smak świata", smak istnienia. To jeden z rzadkich momentów, gdy chłonie się ten smak intensywnie, z pełną świadomością, z absolutnym zrozumieniem. Nie często się takie momenty zdarzają. Nagle czuję, że coś mi w tym obcowaniu ze smakiem świata przeszkadza, coś wyrywa mnie ze skupienia. Chwila, namysłu, i powrót do rzeczywistości; aha już wiem — to rytmiczny odgłos kroków z tyłu i głos liczący: raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, raz dwa, raz, dwa, trzy, cztery! Oglądam się: trzech harcerzyków w wieku od lat dwunastu do piętnastu wali naprzód równym, marszowym krokiem, energicznie machając rękami. Najwyraźniej jako najbliższy cel postawili sobie dogonienie mojej bocianiej osoby. Jakoż za chwilę są już przy mnie i mijają mnie, rzucając mi tryumfalne spojrzenie. Przy tym energicznie wymieniają ze sobą raźne pokrzykiwania, szczekliwymi, gardlanymi, zmienionymi przez mutację głosami. Są najwyraźnie i bardzo dumni, że idą rytmicznie i dziarsko, że mnie przegonili, że wszystko "byczo" się układa. Czekam aż się oddalą, aby powrócić do poprzedniego nastroju.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
