<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Niejaki Greene">
<author_1="jww.">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="8">
<date="1950-08-13">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Tadeusz Borowski w numerze 18 „Nowej Kultury" streszcza wnikliwie „Sedno sprawy" Greene'a i określa syntetycznie postawę tego autora: „Greene powiada po prostu: służ dobrze ustrojowi, bądź dobrym urzędnikiem, a unikniesz konfliktów. Inaczej — pozostaje ci tylko łaska", Greene — według Borowskiego — osłania „cały mechanizm prawdziwego życia kolonizatorów... Źukrowski (w swojej recenzji z „Sedna sprawy") nie pyta, skąd policjant Scobie wziął się w koloniach". Gdyby Greene przewidywał reakcję felietonisty „Nowej Kultury", byłby zapewne opatrzył „Sedno sprawy" w przypisy, dzięki którym ułatwiłby Żukrowskiemu recenzję i znalazł może łaskę u Borowskiego. Na przykład taki przypis: „Uwaga! Scobie został posłany do kolonii przez imperialistów anglosaskich". Przeciętny czytelnik obywa się jednak bez tego rodzaju przypisów. Bo nawet jeśli pominąć to, że Greene'a interesują konflikty wewnętrzne człowieka, a nie konflikty polityczne — to i tak oszczędnie podmalowane tło, na które rzucone zostały losy bohaterów „Sedna sprawy", nie pozostawia chyba wątpliwości co do oceny angielskich koloniałów przez autora książki. „Podłość, chytrość i snobizm" tego "zebrania albinosów", niezrozumienie przez władców kolonii miejscowej ludności, posterunek policji „niby chełpliwa przechwałka ludzi słabych" — wszystkie te i tym podobne marginesowe uwagi Greene'a prowadzą nawet tego czytelnika, który czytając „Sedno sprawy" umie myśleć tylko o polityce — prowadzą go ku odczuciu problemów kolonialnych i zastanowieniu się nad nimi stokroć lepiej, niż by to mogła zrobić prymitywna łopatologia. W felietonie Borowskiego zainteresował mnie jednak nie tyle ogólny tenor jego wywodów, ile pewne drobne i zabawne szczegóły. Okazuje się mianowicie, że Borowski przypomniał sobie „Sedno sprawy" przy okazji porządkowania swojej biblioteki. „Wczoraj wyciągnąłem z kąta koło szafy oprawny tom niejakiego Grahama Greene'a, przytłoczony opasłym, ale nierozciętym Gołubiewem i zjadliwie żółtą rozprawą księdza Pastuszki".
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
