<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Wzdłuż Sudetów">
<author_1="Tadeusz Chrzanowski">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="9">
<date="1950-09-10">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Z estetycznego punktu widzenia — jestem pełen oburzenia. Ale uczciwie przyznaję, że całkiem w porę było tu duże piwo wypite na tarasie, nad zboczem. Bo do właściwego celu mojej wyprawy — do wsi Siedlęcin — jest jeszcze z Perły ze 2 km drogi. Siedlęcin skupił się w dolince. Panuje nad nim dość ciężka i niekształtna ni to wieża, ni to czynszówka. Stamica owa nie ma w sobie nic z uroku zamków. Gdzie jej do Chojnast czy Bolkowa. Ot — stoi ciemny, oszczędnie poznaczony oknami czworobok, a pod nim plegną się komary w byłej fosie. Po Stanicy przylegają zabudowania folwarczne państwowego gospodarstwa rolnego. Młocarnia dudni i pojękuje żałośnie, gdy jej każą połykać zbyt wielkie snopy. Owo pojękujące mruczenie prowadzi mnie w głąb stanicy pełnej mroku i gratów, na których się bezradnie potykam. Drzwi zamykają się za mną i złowróżebnie zgrzyta klucz. Zamykają mnie tu, gdyż w stanicy mieści się obecnie spichlerz. Z trudem odnajduję schody i zaraz robi się jaśniej. Pierwsze piętro usłane jest białą warstwą owsa. Coś szmyrga spod nóg, a po włosach przesuwa się skrzydło pajęczyny. To jeszcze nie tutaj. Gramolę się znów na schody. Następne piętro jest puste. Tylko młynek do zboża na środku. A na ścianach... Jak to właśnie tu. Barwy dawno przygasły. I sylwetki wsiąkły już nieco w ścianę. Dopiero z bliska zaczynam rozróżniać postacie i sceny. Jakiś król na tronie i powłóczyści, falujący dworzanie w pasiastych szatach. Jakaś kawalkada jeźdźców. Chyba zakonników, gdyż nie mają zbrój, a tylko długie szaty i kaptury. Poniżej są za to rycerze.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
