<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Krokodyl">
<author_1="MORS">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="10">
<date="1950-10-22">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Było to w tramwaju. W dalekobieżnym podmiejskim tramwaju, kolebiącym swe wagoniki wśród piaszczystych, tegorocznym upałem spalonych pól pod Łodzią. Rozmawiały ze sobą dwie panie. Widocznie nie widziały się dawno i teraz przechodziły kolejno losy wszystkich swych wspólnych znajomych. Smutne to były losy, jak wynikało z konwersacji. Ten umarł, tamten choruje, tamta znowu jest w nędzy. Inny porzucił żonę, tamtej dzieci źle się obróciły. Ale najwięcej było chorób, dziwnych, ukrytych, nagle a niespodziewanie wybuchających chorób. Kobieta chodziła, pracowała niby nigdy nic. Tyle że się łatwo męczyła. No i co? Wada serca. Umarła bardzo szybko. A znowu brat szwagra, poszedł na spacer, był wesoły, tylko mówił, że go głowa boli. To co wielkiego, jak głowa boli? No i ze spaceru nie wrócił. Usiadł pod płotkiem i umarł. A znowu ta, co mieszkała koło Kruczkowskich, to jeść nie mogła. Była kobieta zdrowa. Nic jej poza tym nie było. Któż mógł przewidzieć. Mało to ludzi ma zły apetyt? No i doktor powiada — rak. Aż strach przejął. Skąd tak nagle rak w człowieku? I z czego? No i też się sprawdziło. Pół roku nie wyszło i umarła. A co się namęczyła. Najgorsze właśnie, źe człowiek nie przewidzi. Na przykład ten tam, co za koleją, mieszkali. Chłop jak tur. I barczysty, i czerwony na gębie. Tyle że trochej kaszlał. Kaszlał, to kaszlał. Żona mówiła, że od papierosów. Tymczasem dostał przeziębienia. Poszedł do doktora. To doktor powiada: „Panie, ale pan to o jednym płucu żyesz. A tamto toś pan zgubił. A i to drugie już nadgryzione". Chłop nie chciał wierzyć. Zeźlił się na doktora, — No i co pani powiesz? Pochowali go tamtego tygodnia. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
