<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Kościołek na Harendzie">
<author_1="Jadwiga Roguska-Cybulska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="12">
<date="1950-12-10">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Na uroczystym poświęceniu podmurówki wpłynęło na tackę około 300 tysięcy złotych, przeważnie z rąk górali, co pozwoliło na rozpoczęcie zwózki rozbieranego już kościółka. Niebawem Urząd Wojewódzki udzielił pomocy w sumie 500, potem 300 tysięcy. Następnie górale ofiarowali się z furmankami dla dowozu całego materiału od i do stacji kolejowych, co stanowiło wartość miliona złotych. Ponadto dostarczyli też drzewca na uzupełnienie braków w cenie blisko 700 tys. zł., oraz stanęli ochoczo do fachowej pracy rzemieślniczej, przy czym jedną trzecią dniówek odrąbali za darmo, zaś na zaległe wynagrodzenie dni płatnych czekali nieraz długo bez szemrania, bowiem niejednokrotnie brak środków utrudniał dalsze prowadzenie budowy. A gdy czas naglił, wobec zbliżającej się uroczystości poświęcenia, w dniu 6 sierpnia br., wzniesionej już pod dach świątyni, to stawiali się do pracy o godzinie 4 rano. Przyczynił się też wiele do zmniejszenia kosztów prof. W. Jarocki, jako architekt, wybrany przez Komitet na kierownika budowy, i jako artysta malarz, wkładający w renowację malatur z wydatną pomocą żony, ogrom kilkuletniej pracy. Wykonując jedną i drugą czynność bezinteresownie, przekazał też na cele tej budowy wynagrodzenie pieniężne w sumie 300 tys. zł., nadesłane mu przez Wojewódzki Urząd Sztuki Kultury w dowód uznania jego zasług dla zrekonstruowania cennych zabytkowych polichromii. Przy takiej ofiarności społeczeństwa i jednostek całość kosztów wyniosła trzy i pół miliona. Rzecz prosta, że postawienie nowego kościoła znacznie więcej. Z początku jednak perspektywy wykonania podjętego dzieła nie przedstawiały się góralom bynajmniej pomyślnie. Gdy już zwalono z wozów na miejscu cały materiał starej budowli, gazdowie zniechęceni, osowiałym wzrokiem rozglądali się po nadgniłych lub na poły spróchniałych płazach, po zatartych — zdało się, miejscami, beznadziejnie — malowidłach, i skrobiąc się po głowach z frasunkiem, medytowali między sobą, czy aby nie po próżnicy tyle grosza wycisnęli ze swych sakiewek. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
