<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Ulica Chowringhee">
<author_1="Jerzy Krzysztoń">
<language="pl">
<style="press">
<year="1950">
<month="12">
<date="1950-12-17/24">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Bihari chce pochylić głowę i całować te palce, te plamy, te żyły, ale nie śmie. Przygryza wargi. Policzkiem mu płynie duża, ciepła łza. Zsuwa się lekko dotykając nosa i sięga ust, „Zwalniają kroku? Dlaczego?" Wyrównany i milczący kordon policji podnosi broń ku górze. Przed chwilą błyszczały w słońcu metalowe pasma luf, ale teraz widać tylko martwy szereg okrągłych i ciemnych otworów. Oficer trzyma dłoń wzniesioną wysoko. Dłoń w białej, lśniącej rękawiczce, tak rożną od tej, która spoczywa na ramieniu Bihairiego. Zakreśla nią łuk, łuk ku dołowi. Szura w głowie, nagły dreszcz i gęsty dym przed oazami. Ktoś opiera się ciężko na Biharim, niemal go przygniata. Nachyla go do ziemi, ciśnie. Chłopiec przyklęka i wygina się. Gdy nieznane ciało spływa na bruk, czuje, że nikt już nie trzyma mu ręki na ramieniu. Pochyla się nad leżącym i patrząc w deptało z bólu oczy tamtego mówi twardym, nieswoim głosem: „Pójdę równo, wiem, to ale jest zabawa". Za Biharim idą ludzie. Czuje ich oddech, wielbi, mocny oddech, który jest także jego oddechem. Słyszy tupot ich nóg, które są jego nogami. W piersiach bije mu serce, które już nie jest jego, jest sercem tych wszystkich ludzi. Bihari pada. Wije się po bruku. W żołądku czuje ból jak od silnego kopnięcia. Próbuje zwinąć się w kabląk, by dotknąć czołem kolan, pamiętając, to mu kiedyś pomogło, gdy nie ustrzegł się w bójce podstępnego ciosu nogą. Na próżno. W ciało mu się wwierca rozżarzony świder, przebił już skórę i teraz nawija na siebie wnętrzności. Bihari chce wyprostować skurczone nogi pręży mięśnie, ale mięśnie zawodzą.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
