Józefa Bąkowska

Wakacye


W czwartej klasie szkoły miejskiej we Lwowie, po skończonej nauce, kazano chłopczykom zostać jeszcze i czekać chwilę. Korzystając z nieobecności nauczyciela, jedni podnosili się na ławach, huśtali między poręczami, drudzy śmieli się głośno, płatali sobie figle, hałasowali. Między najpsotniejszymi był Adaś, synek dość zamożnych rodziców, chłopiec nadzwyczajnie żywy. Dużo z nim było kłopotu, nim go nauczono, że przy lekcyi siedzi się na ławce, a nie wisi w połowie w powietrzu; że kiedy się czyta, nie rwie się w palcach bibuły pod stolikiem, a kiedy się pisze, nie rysuje się po bokach zeszytu jakichś dziwacznych figur. Miał jednak dobre, tkliwe serce i wszyscy koledzy bardzo go lubili. Obok niego siedział na ławce Tomuś. Był to jakby stworzony dla Adasia kolega, cierpliwy, łagodny chłopczyk, o rok starszy — miał już lat 11. Na mizernej jego twarzyczce malowała się słodycz, a czarne oczki, wypatrzone w nauczyciela uważnie, były czasem tak smutne, że ten pytał się nieraz:
 — Co ci jest, Tomusiu?
 — Nic — odpowiadał chlopczyk i lekki rumieniec zmięszania pokrywał jego twarzyczkę.
 Gdy się lekcye kończyły, Ada brał go za ramiona, potrząsał mocno, jakby chciał z niego wydobyć odpowiedź i wołał głośno:
 — Co ci jest?.. co ci jest?..
 Wtedy Tomuś bronił się i rozweselał.
 Raz tylko cicho i z głębokiem westchnieniem powiedział:
 — Nie wiem, czy będę chodził dalej do szkoły; mój ojczym nie chce mi dać na książki od wakacyi, mówił, ze dosyć dla mnie tej nauki...
 — A mama? — pytł Adaś.
 — Przecież wiesz, ze nie mam mamy.
 — Prawda — rzekł zasmucony Adaś i zaczął Tomcia całować. — Ale ty do szkoły chodzić musisz! Ty najpierwszy uczeń! Ja ci książek pożyczę.
 Kochali się bardzo, choć każdy był inny. Tomuś zresztą nie przyjaźnił się z nikim. Adaś wszystkim płatał figle, dokuczył nieraz, bił się z nimi, Tomusia nigdy nie uderzył. Rozśmieszał go wprawdzie i przeszkadzał mu, ale leciał do niego co dzień z otwartemi rękami jak prawdziwy przyjaciel. Najczęściej razem wracali do domu z rękami na ramionach. Przy kościele, u starej przekupki Adaś kupował sobie jabłka lub pierniki na drugie śniadanie i częstował Tomusia. Biedny chłopczyk czasem przyjmował, ale nie lubil tego i raz naprawdę się pogniewał, gdy Tomuś ofiarowany mu piernik zostawił w szkole.
 Otóż kiedy kazano chłopcom zostać w klasie, powstała wrzawa i Adaś, jak zwykle, skacząc po ławkach, śmiejąc się, zaczepiając kolegów, hałasowal w najlepsze
 — Co to może być? — pytali jedni drugich.
 — Czekajcie! — zawołał Adaś — ja zobaczę i powiem wam. — Poskoczył do drzwi, otworzył, wybiegł na korytarz i po chwili wrócił niby przerażony, wszedł do ławki, otworzył książkę i zagłębił się w czytaniu.
 — No i cóż? i cóż? — pytano dokoła.
 Adaś czytał.
 — I nic nie powiesz? no! — dopominali się koledzy, szarpiąc go za rękawy.
 — Strach! sam dyrektor niesie tu przez korytarz pęk jakichciś prętów! W głowę zachodzę do czego to? Źle!...
 Cała klasa parsknęła śmiechem.
 — Pan Adam boi się? — rzekł rozwlekłym głosem gruby Hipek.
 — Co, ja się boję! Poczekaj!
 I puścił się za uciekającym chłopcem.
 Wszedł nauczyciel i cisza od razu zapanowała w klasie. Chłopcy stanęli każdy na miejscu.
 — Dobrzy ludzie — rzekł — co kochają pilnie uczące się dzieci, urządzili dla tych, które nigdy z miasta na wieś nie wyjeżdżają, tak nazwane: „Kolonie Wakacyjne“. Do pięknego miejsca w górach, koło Morszyna, pojedzie kilkudziesięciu chłopczyków użyć powietrza, lasu i swobody. Z każdej szkoły wybranych będzie kilku najbiedniejszych, co są mizerni lub chorowali w zimie. Z naszej szkoły też pojedzie paru. Powiedźcie zatem rodzicom lub opiekunom waszym, aby się zgłosili do dyrektora szkoły po bliższe objaśnienia. Teraz idźcie do domu.
 Cichy szmer powstal między uczniami; lecz wzięli się parami za ręce i w porządku wyszli ze szkoly spkojnie. Dopiero przed domem rozległ się gwar! Choć kilku tylko miało być wybranych, każdemu uśmiechała się wieś, każdy tęsknił do lasu, do łąki!
  Adaś złapał Tomusia, i trzymając go za obie ręce, wołał z radością:
 — No, będziesz widział to wszystko, co ci opowiadałem nieraz o wsi!
 Tomuś spojrzał zdziwiony.
 — I cóż tak patrzysz na mnie? Jeśli kto, to ty musisz pojechać!
 Tomuś uśmiechnął się smutnie, nabrał pełnemi piersiami powietrza, jakby przeczuwając wiejskie odetchnienie i szepnął:
 — Ja — nie!
 — Jakto! — wołał Adaś. — Jesteś najmizerniejszy z całej klasy, blady, oczy masz podsiniałe, w zimie miałeś odrę, do dziś dnia kaszlesz!
 — Ale ja nie mam biednych rodziców; a tylko tacy...
 — Ależ co ty mówisz! — przerwał mu Adaś. — Nie masz biednych rodziców, bo ich całkiem nie masz, jesteś sierotą, to jeszcze gorzej i dlatego własnie musisz jechac na wieś, na wakacye.
 — A ojczym... Dyrektor wie, ze ojczym ma warsztat i nie jest...
 — Twój ojczym nie jest biedny taki, ale ci nic dać nie chce i ty jesteś zupełnie bez nikogo, biedny, sierota. Zresztą on sam będzie kontent, że pojedziesz na parę tygodni.
 Tomuś się zamyślił. Szli razem do domu.
 — Kazano, żeby rodzice przyszli do szkoły rozmówić się... a za mną kto pójdzie? — szeptał Tomuś.
 — Ach! — rzekł ze łzami Adaś — dość na ciebie spojrzeć, aby widzieć, że ci wsi potrzeba!
 Porozmawiali jeszcze chwilę a potem Adaś wbiegł do ogrodu za sztachetami, gdzie stał ładny dom w głębi, a Tomuś poszedł dalej ulicą do siebie. W nocy, leżąc na kanapce w izbie stolarskiej, marzył o wsi, o zielonych łąkach, na których widział kwiaty rosnące i bociana na rżysku; las ciemny, sosnowy wyciągał niby do niego ramiona a leśne maliny i liliowe dzwonki wabiły słodko. Przymknął oczy i zdawało mu się, że to prawda. Ale po chwili, gdy je znów otworzył, zobaczył śpiących terminatorow i blade swiatło idące od okna. Parę tygodni upłynęło od tego czasu. Ze szkoły tylko paru wzięto chłopców: Kazia, co miał koklusz, i Stasia, co miał szescioro rodzeńtwa i biedną matkę. Tomuś został we Lwowie. Posmutniał trochę więcej, ale za to Adaś tak się w klasie rozpłakał, że go uspokoić nie mogli.
 Dnia 16 Lipca, na placu Cłowym, zebrały się dzieci mające pojechać na kolonie. Tramwaj zajechał, chłopcy w nowych sukienkach, z siatkami na motyle, z piosnkami na ustach wsiedli z nauczycielem i ruszyli do kolei żelaznej. Tomuś patrzał na to wszystko, stojąc na rogu ulicy; a gdy już nie było widać powiewających chorgiewek, gdy piosnki ucichły, poszedł wolnym krokiem do domu. W izbie stolarskiej usiadł przy oknie, otworzył książkę i chciał czytać. Zwolna podniósł oczy w górę, gdzie było widać kawałek nieba i dumał o złotych polach ze zbożem, o bławatkach i o tem wszystkiem, co te dzieci zobaczą na wsi, a czego on jeszcze nigdy nie widział w życiu! Wtem wpadł zadyszany Adaś.
 — Tomciu! Tomciu! słuchaj! Oni za parę tygodni wrócą, a druga partya pojedzie i ty z nią! Tomciu mój drogi! teraz już bądź zdrów, bo ojciec mnie bierze na wieś.
 — Skąd ty wiesz o tem, Adasiu?
 — Jakżeż! Ojciec mój rozmawiał z naszym nauczycielem i prosił, żeby cię umieścił najpierwszego na liście. Nauczyciel powiedział, że trochę trudno tak wielu posyłać z jednej szkoły, ale zrobi, co będzie mógł. Zanieś-że świadectwo. Już wiesz wszystko.
 Tomuś uściskał serdecznie Adasia, bo czuł, że to on uprosil mu to wszystko u swego ojca. Cały wieczór spędzili razem. Nazajutrz Adaś wyjechał.
 Trzy tygodnie ciągnęły się długo w miejskim skwarze i pyle, ale Tomuś żył nadzieją wyjazdu. Aż pewnego dnia stanął w progu izby stolarskiej nauczyciel i spytał głośno:
 — Gdzie jest Tomuś, uczeń IV klasy?
 Tomuś, siedzący pod oknem, zerwał się z miejsca i stanął z bijącem sercem przed nauczycielem.
 — Jestem — rzekł drżącym głosem.
 — Chłopcy wrócili wczoraj, jutro ty jedziesz!
 Tomusiowi nogi zadrżały, zbladł i nie mógł słowa przemowić, przetarł oczy i patrzył niepewnie na nauczyciela.
 — Więc ja pojadę?
 I łzy mu popłynęły z oczów. Nauczyciel przyciągnął go do siebie.
 — Nie płacz — rzekł — to prawda, pojedziesz jutro na wakacye. Przyniosłem ci nową sukienkę i siatkę na motyle. Tam na wsi będziesz pił mleko, biegał po lesie, zbierał kwiaty, maliny; jest i huśtawka, piłki, obręcze, a na dni niepogodne będziesz miał książki do czytania. Nauczyciel, który z wami pojedzie, już wie o tobie. A teraz masz jeszcze coś.
 I wyjął z kieszeni list od Adasia do Tomcia i oddał mu od ojca Adasia kapelusz słomiany z zielonym sznurem. Tomuś rozradowany nie wiedział prawie, gdzie jest i co się z nim dzieje. Całował ręce nauczyciela, przyciskał list Adasia do serca, a łzy wdzięcznosci błyszczały mu w oczach. Ledwie doczekać mógł drugiego dnia. Przed godziną 5-tą po południu pobiegł na plac Cłowy i był najpierwszym, a nauczyciel oddał mu do trzymania jedną z chorągiewek. Tramwaj zajechal. Znów mnóstwo chłopczyków wskoczyło z piosnką wesołą, chorgiewki zaszumiały, a na przodzie stał Tomuś z promienną twarzyczką, uśmiechnięty, szczęśliwy!
 Jechał na wieś, na wakacye.
 W tkliwem jego sercu jako też i wakacyjnych jego towarzyszy, wzrosła prawdziwa wdzięczność dla tych, pełnych miłości bliźniego ludzi, którzy trudem swym i staraniem dali gromadce biednych dzieci użyć kilku chwil słodkich, wsród przyrody i ciszy wiejskiego ustronia.

