Kazimierz Ehrenberg


Recenzja "Lalki"

Non omnis moriar! Takimi słowy kończy się najnowsza trzytomowa powieść Bolesława Prusa, nie ze wszystkim zrozumiała, często porywająca potęgą plastyki, zastanawiająca bystrością dowcipu, czasem atoli rażąca czymś niezwykłym, paradoksalnym, zarówno w pomyśle, jak w wykonaniu. Non omnis moriar!2 Takie słowa wyryte są na krzyżu, położonym w miejscu, gdzie niszcząc ślady tego, co mu najwięcej szczęścia i nieszczęścia przyniosło, zginął-Stanisław Wokulski, romantyk z minionej epoki, który nie umiał liczyć się z życiem i prozaicznymi jego warunkami i jednemu uczuciu niepodzielnie oddawszy się, wybitne zdolności i zapał do wielkich rzeczy zmarnował bez celu i bez korzyści.

Czy to ironia? Czy to wyrzut, że tak zawsze będzie, że wieczyście spośród nas wychodzić muszą ludzie, którzy będą powtarzać z tęsknotą czarowne słowa romantycznych wieszczy, na to, żeby na nie później całą winę nieszczęść swoich zwalić, żeby razem z Gustawem skarżyć się na książki zbójeckie, łamiące posadę skrzydeł tak, iż na dół lotu już zwrócić nie można, a trzeba tylko przeklinać nudny tok rzeczy ziemskich i gardzić istotami powszedniej natury [...]

Myśli przewodniej autora niepodobna prawie odgadnąć, tak ukazuje się rzadka, niknie, plącze się i znów wypływa na to, żeby znowu zniknąć w tym labiryncie postaci i wypadków, scen malowanych przepysznie, a powiązanych z sobą nieorganicznie — luźnie, w tej litanii wielkich maksym, szerokich planów, społecznych programatów, satyrycznych inwektyw, w całej tej dziwacznej, choć nie pozbawionej genialnych przebłysków składaninie. Czyżby przyczyną tego był fakt, że powieść Prusa była pisana za długo: że autor jej, człowiek wrażliwy, nakładał na nią w danej chwili farby takie, jakie odpowiadały wewnętrznemu jego usposobieniu, i stąd ta częsta sprzeczność w charakterach działających osób, niejednostajność w poglądach, brak jednolitej budowy i dokładnie przeprowadzonego pomysłu, co wszystko odbija się w powieści z niemałą dla niej ujmą i szkodą? [...]

Tak niedawno otrząsnęliśmy się z chorobliwego romantyzmu, tak świeżo wkroczyliśmy na obszerny, tak wszechstronnie zalecany i przechwalany gościniec powieści realistycznej — a już ta nowa szkoła rozwija sztandar i odzywa się z hasłami dziwnymi, jeszcze mniej zdrowymi, niż te, jakie wypisała epoka przeszła; także jakiś mistycyzm, tylko z tą różnicą, że nie religijny jak dawniej, a już tak chorobliwy, że nieledwie do somnambulistycznego stanu podobny; zerwanie ze wszystkim, co jest jasne, proste, zrozumiałe, uwielbienie zaś ciemnej metafory i zawikłanej symbolistyki, pogarda zdrowego sensu, oto cechy utworów pisarzów obozu, który sam przedrwiwając siebie, przybrał ironiczną nazwę dekadentyzmu. Bluźnierstwem zapewne byłoby porównywać ostatnie dzieło Prusa z chorymi wytworami obłąkanych mózgów we Francji: autor Placówki, jeden z najświetniejszych naszych realistów, być nim jeszcze dzisiaj nie przestał. Całe epizody, obrazy, ustępy w Lalce nieraz nie mają sobie równych w całym współczesnym piśmiennictwie; ale z przykrością trzeba powiedzieć, że prądy nowej szkoły znalazły w niej swoje odbicie. [...]

Idea książki, jej myśl przewodnia przesiąknięta jest zatem na wskroś strasznym, rozpaczliwym pesymizmem; forma jej po części również dziwaczna, rażąca niezwykłością i wykrzywieniem — oto ogólne wrażenie z powieści po jej pierwszym i jednorazowym przeczytaniu.

Zamęt, z którego sobie trudno zdać sprawę, uniemożliwia w pierwszej chwili rozejrzenie się w szczegółach, wykonanych z mistrzostwem i doskonałością dziwną, na jaką nie zdobyłby się żaden spośród naszych pierwszorzędnych pisarzów współczesnych. Lalka bądź co bądź jest dziełem niepospolitego umysłu i niepospolitego talentu. Najprzód jej styl jest tak giętki a piękny, tak nadający się do skreślenia najdrobniejszych odcieni myśli, taki posłuszny autorowi a taki płynny, potoczysty, jędrny, szybki i zajmujący — że opowiadać podobnie pięknie i świetnie należy do najtrudniejszych i zwykle nieosiąganych zadań kunsztu pisarskiego. Gdyby powieść nie miała zupełnie zalet innych — to samo zapewniłoby jej niewątpliwie powodzenie ogromne i niezwykłe, cóż dopiero, gdy łączy się z tym dowcip swobodny, chociaż zawsze głęboki, dar obserwacji i charakterystyki świetny, znajomość życia, stosunków i uczuć ludzkich niepowszednia, oraz zdumiewająca wiedza pisarza. Ale właśnie ten pesymizm Prusa, stawiający go na stanowisku wysoce obiektywnym, które mu pozwala patrzeć na ludzi z odrębnego punktu widzenia i pod względem artystycznym znacznie ułatwia mu zadanie, ale zarazem marnuje te świetne dary: w oczach autora powieści ludzie rzeczywiście są to śmieszne lalki, na które trzeba jednak patrzeć z wyrozumieniem i współczuciem. Przed okiem czytelnika rozwija się mnóstwo najprzeróżniejszych dążeń, ścierają się z sobą najsprzeczniejsze prądy, przechodzą najrozmaitsi ludzie,jakby w kalejdoskopie; autor pochwycił chwilę rozwoju naszego społeczeństwa sprzed lat kilkunastu, oddał ją, a raczej nie tyle ją, ile prądy wówczas nurtujące z sumienną wiernością: arystokraci, plutokraci i demokraci, romantycy, pozytywiści i socjaliści oto są grupy, na które dzielą się ludzie występujący w powieści; a żadnego z nich nie otacza Prus sympatią większą, nad wszystkimi przechodzi do porządku dziennego, jak gdyby z goryczą i ironią powtarzał: "Wszystko to głupstwo!". W całej galerii postaci nie ma ani jednego człowieka rozumnego i zdrowego, wszystko są natury zwichnięte moralnie, umysłowo lub etycznie, spaczone wychowaniem, wpływami otoczenia, lektury, ducha czasu, częścią wariaci, częścią nikczemnicy, częścią zupełne pod każdym względem zera. I w ten sposób te przyrodzone dary Prusa zużyte zostały nie tak, jakby użyć dały. Ta sama obiektywna obserwacja, która zrodziła w Placówce Ślimaka, tutaj użyta została na rodzaj karykatury społecznej, która czytelnika do żywego oburza i wstrząsa, ale na którą on żadną miarą nie może się zgodzić. [...]

Taka rozpacz i takie zwątpienie jest niezawodnie najstraszniejszym i najzgubniejszym z objawów złych i niezdrowych, których nigdy, a zwłaszcza za naszych dni, nie brak. A nade wszystko smutne i przerażające jest, jeżeli takie uczucia spotyka się u ludzi najwybitniejszych potęgą umysłu i talentu, tych żywych, którzy przed narodem nieść winni pochodnię oświaty i przeświecać nią wśród drogi ciemnej i nadzwyczaj trudnej. Jeżeli od nich wychodzą takie hasła i takie poglądy, jeżeli właśnie oni szerzą moralną zarazę i sprowadzają poddające się im umysły na manowce, które wiodą w niezawodną przepaść, zaczyna się dziać wtedy naprawdę bardzo źle — wtedy naprawdę nawet ci, co im nie wierzą, gotowi są zwątpić, czy my w istocie posuwamy się naprzód?
