Emma Jeleńska

Róża i Mucha


Pani Róża wracała dorożką do domu. Nie mogła inaczej. Rozpadał się deszcz, błoto stało się obrzydliwe, a wicher listopadowy dął i wyrywał z ręki parasol. Niepodobna było w taką psią pogodę piechotą dreptać, i to w nowej sukni, w cienkich bucikach i w kapeluszu, ubranym ślicznymi piórami. Ach, te strusie pióra! I tak od wilgoci pewnie się rozfryzują na nic.
Pani Róża, siedząc pod budą klekocącej dorożki, zdjęła prędko białe rękawiczki, i obu rękami, trochę od zimna zaczerwienionymi, przytrzymywała z boków fartuch skórzany, aby ochronić suknię od pryskającego spod kół błota.
Bo też i rozpadało się na dobre. Co za flaga! Gdy wychodziła z domu, było jeszcze znośnie. Wprawdzie, ona miała ochotę odłożyć wizyty na jutro. Ale Lucjan napędzał. On tak dbał o te stosunki, fundował na nich wiele nadziei! A dziś wypadały właśnie imieniny tej grubej nieznośnej dyrektorowej. Nie mogła się wykręcić. Poszła więc. A teraz lało, wiało, pluskało, wyło i jęczało w tych cieniach grubych, które coraz cięższe kładły się na miasto. Ach, te listopadowe, grube cienie! Te jesienne mgły! Jakże one ciało i duszę mroziły! Jak gasiły wszelką radość, wszystkie blaski, wszystkie uśmiechy, i w codzienną nędzę żywota wlewały nieznośną melancholię. I nakrywały ciężkim wiekiem, jakby wiekiem trumny. Ach! słońce, słońce! Widzieć cię, czuć ciepłe twe promienie na sobie, kąpać się w nich, pławić i ciało i duszę! Ty, słońce złote!
Przeogromna fala smutku zalała duszę pani Róży i załkała w niej tęsknota. I targnęło nią jakieś gniewne zniecierpliwienie. Ach, porzucić raz to wszystko, co ma wyzwolić się z tego, czym jest, wyrwać się stąd i daleko, daleko odlecieć! Wszystko porzucić! I dom, i dzieci, i męża, i wszelkie dyrektorowe, i stosunki, i kapelusz ze strusimi piórami, i obrzydłe domowe troski, i rachunki, i drobiazgi, i kariery wszelkie, i pieniądze. Ach, te pieniądze! Wstrętne... wstrętne!... Zrzucić to z siebie... Strząsnąć, jak łachman brudny, i gdzieś ulecieć, wyzwolić się, odpocząć w słońcu. Być sama z własną duszą...
Przymknęła oczy. Dorożka turkotała po nieznośnym bruku. Ulica dokoła huczała, jak zwykle. Wiatr wył, deszcz lał strumieniami. Po chodnikach człapały kalosze przechodniów. Ale jej, pod spuszczonymi powiekami, rysował się obraz inny. Szerokie pola, kołyszące się w słońcu dojrzałymi kłosami, nad nimi błękitne niebo ogromne i czyste, wysmukłe topole, szeleszczące w rozgrzanym powietrzu, kwitnące lipy, z których szły wonie słodkie, staw połyskujący, a na nim para sunących z wolna łabędzi, i biały, stary dwór... I tak jasno... jasno...
O, wyrwać się stąd! Z tego życia swego. I odpocząć tam gdzieś, w takim cichym, białym dworze. I usnąć tam pod kwitnącymi lipami. I już się nie zbudzić nigdy... nigdy...
„Śmieszna jestem ciągle z tymi wspomnieniami! – oburzyła się na siebie pani Róża – w moim wieku! Aż mi wstyd... I co z tego! Co się stało, to się stało, już się nie odrobi”. Westchnęła. Ale odpędziła cisnące się do oczu obrazy. Trudno bawić się w poezje, gdy ma się czworo dzieci. Lucjan miał rację, że sprzedał Lipnówkę. Przecież tylko straty przynosiła. Sama się zgodziłam na to. Więc po cóż te żale teraz? Śmieszna jestem. Nasze interesy przecież poprawiły się bardzo.
Tak, znacznie się poprawiły interesy. Po spłaceniu wszelkich długów, ciążących na Lipnówce, został kapitał. Można było zaraz umiejętnie nim obrócić. O, Lucjan na tym zna się doskonale! I teraz, teraz to się wciąż powiększa. Bo Lucjan nie chce nawet słyszeć o wydawaniu procentów na życie. Niech się kapitalizuje, a żyć trzeba z tego, co on zarabia. Wprawdzie, zarabia dobrze, ale gdzie jest czworo dzieci, to troska być musi. A wyżywienie, a ubranie, a wychowanie, a zdrowie, mój Boże, co to kosztuje! A przy tym, utrzymanie tych nieszczęsnych stosunków i pozycji! Ach, tak, oszczędzać się trzeba, ciągle myśleć o rublach, o kopiejkach, ciągle kombinować, gdzie ująć, w czym się ścisnąć, aby znać jednak nie było! Takie teraz życie drogie! I wydatki tak ciągle się mnożą i mnożą.
Ot, i teraz. Za dwoje starszych opłacić wpisowe, a do Karolka trzeba było wziąć korepetytora, a Mademoiselle zażądała podwyższenia pensji, a choroba Mani i Lutka, doktór, lekarstwa, kąpiele. No, i meble w salonie potrzebowały gwałtownie pokrycia. I tak ciągle, ciągle jakieś nieprzewidziane wydatki. Trudno końce związać. A od Lucjana wydostać rubla, mój Boże, co za męka! Ciągle zrzędzi o ten głupi pieniądz. Ciągle tych Niemców wspomina, gdzie to każdy a każdy coś sobie zbiera. Tylko my, Polacy, tak nieopatrzni jesteśmy, tacy nieoględni, żyjemy z dnia na dzień, bez zapasu, bez myśli o jutrze. Może on ma rację. On ma zawsze rację. Ale jakże to wszystko już obrzydło!...
Pani Róża westchnęła i wyjrzała spod budy.
Lało coraz gorzej. Elektryczne lampy mętnie świeciły we mgle wielkimi niebieskimi kręgami. Cienie przechodniów, nakryte parasolami, pomykały i zapadały się w ciemności. Pluskały po błocie dorożki. Zimno stawało się coraz bardziej przejmujące. Pani Róża odjęła ręce od fartucha, gdyż zmarzły one zupełnie, rozcierać je zaczęła. Z radością skonstatowała, że już dom niedaleko.
Tak, dom!...
I znowu jakieś dawne marzenie o domu przesunęło się przez jej duszę. Jasny, ciepły kątek, ciche gniazdko, istnienie jakieś szczęśliwe i pożyteczne we dwoje... O tak, koniecznie we dwoje! We dwoje! I jakiś ostry ból targnął jej sercem. „E, głupstwo” – szepnęła. Co tam się wiecznie bawić w poezję, gdy tu ręce drętwieją od zimna, wiatr na wskroś przeszywa lekki żakiecik, deszcz zacina, a pióra się rozfryzowują, o, rozfryzowują się na pewno! Co tam się w poezję bawić! Dobrze na taką porę mieć byle jaki dach nad głową, wygodny szlafrok i szklankę gorącej herbaty.
Gdy jednak do drzwi swoich dzwoniła, radość z powrotu pod dach ciepły była jakoś dziwnie zmieszana z niepokojem. Różne myśli i pytania przesuwały się przez głowę. Czy się co złego nie stało? Czy dzieci były grzeczne? Czy Lutek nie ukrzywdził Mani? Czy chłopcy odbyli porządnie lekcje? Czy porobili zadania na jutro? Czy szwaczka sukienki odniosła i jaki poda rachunek? Czy wystarczy na kolację pozostałej z obiadu pieczeni? Czy Lucjan będzie w domu i w jakim humorze? Czy nie zawali, broń Boże, na cały wieczór ciotka Rusińska, którą trzeba szanować, bo taka bogata, ale która jest piła nieznośna i nudne babsko.
A gdy wreszcie drzwi się otwarły, uspokojenie bynajmniej nie nastąpiło, gdyż okazało się, że Lutek rzeczywiście Mani lalkę odebrał i, bawiąc się z nią w sposób niegrzeczny i nieprzyzwoity, całą prześliczną koafiurę jej oberwał, z czego naturalnie zrobił się wielki i bolesny dramat. Nie pomogły obietnice Karolka, że włosy przyklei, a w ostateczności ćwieczkami przybije. Mania tak płakała, że aż Mademoiselle uznała za stosowne otworzyć wielkie pudło z cukierkami, które dzieci niedawno otrzymały od wujaszka w podarunku, a które miało na długo wystarczyć, i oddać je na pastwę nie tylko obżałowanej Mani, lecz całej czwórce. Okazało się też, że chłopcy przy korepetycji dokazywali i że jutrzejsze zadanie było bardzo wątpliwie odrobione, że ciotka Rusińska rzeczywiście przychodziła z koszyczkiem do roboty, chcąc tu na cały wieczór się zainstalować, a dowiedziawszy się, że ani pani, ani pana w domu nie ma, wyraziła zdziwienie nad takim zaniedbywaniem domowego ogniska i zapowiedziała się na jutro, na wczesną herbatę. W dodatku, leżało parę listów z mniej lub więcej pilnymi interesami; czekała służąca pani Henriety na formę bluzki z wykładanym kołnierzem i na drugi tom bardzo ciekawej powieści, a dziewczynka od szwaczki na załatwienie rachunku za odniesione sukienki. Rachunek ten jednak tak się wydał pani Róży wygórowanym, że obiecała sama nazajutrz wstąpić, aby sprawę należycie przedyskutować.
Męża w domu nie było. Po przebraniu się więc w wygodny szlafrok i obejrzeniu z głęboką irytacją rozfryzowanych piór od kapelusza i pobrudzonych rękawiczek, pani Róża zabrała się do rachunków z kucharką i do przygotowania dzieciom kolacji. Zrobiło się pełno i gwarno pod wiszącą w stołowym pokoju lampą. Buchał parą samowar, gotowało się na maszynce mleko, Mademoiselle zawiązywała dzieciom serwety na szyję, te głośno i krzykliwie dopominały się o sucharki z lukrem, chłopcy się o coś kłócili. W chwilach ciszy, gdy się głowy pochyliły nad filiżankami, słychać było bębnienie deszczu o szyby.
Pani Róża siedziała przy samowarze. Miała przed sobą nalaną filiżankę, ale nie piła. Zmęczoną się czuła. Gwar dziecinnych głosów drażnił ją. Spojrzała na zegar. Zaledwie dochodziła ósma, jeszcze godzinę całą, a może i więcej miała przed sobą. Zwykle wytrzymalszą była. Ale dziś... nie wiadomo dlaczego... czuła się zmęczoną... i... i smutną. Smutną! Mój Boże, i czegóż miała się smucić? Dzieci i mąż byli zdrowi, nic złego się nie stało i nic nie groziło. E, nerwy chyba, czy co! Ale na nerwy ona, matka czworga dzieci, pozwalać sobie nie miała prawa. Nerwy to brak panowania nad sobą i słabość charakteru, tak przynajmniej Lucjan zawsze twierdził.
Podniosła głowę. Na twarzy jej, młodej jeszcze i ładnej, zarysowały się w blasku lampy zmarszczki i fałdeczki różne. Między brwiami szła prostopadła linia stałej i nigdy nieopuszczającej jej troski, pod oczami skupiły się drobne linijki zmęczenia i bezsennych nocy. Kąciki ust opadły w dół zniechęcone i bezsilne. Już się nie śmiały tym czarownym uśmiechem, który dawniej był najmilszym wdziękiem jej twarzy. Twarz ta miała wyraz surowości i ciągle powstrzymywanej irytacji, czuć było pod jej spokojną na pozór maską coś, co się ciągle burzyło, zrywało i opadało znękane. Ładna jeszcze była ze swą białą i różową cerą i lnianymi włosami. Ale róża już przekwitać zaczynała, opuszczała głowę i nie podnosiła jak dawniej ku słońcu delikatnych listków, pachnących świeżością i rosą poranka.
– Bo ty myślisz, że ty strasznie rozumny i że ty wszystko wiesz – mówił Karolek do Michasia, szczelnie sobie gębę ładując chlebem i wędliną.
– A pewnie, że rozumniejszy od ciebie, bo ja nigdy jeszcze nie dostałem dwójki.
– Wielka awantura, dwójka!
– A wielka awantura, bo, jak ich będzie kilka, to i do egzaminu nie dopuszczą.
– To i co?
– To nie skończysz gimnazjum. I kimże wtedy będziesz?
Karolek zamilkł, przez krótką chwilę gwałtownie łyżeczką pomieszał w szklance i zaczął znowu:
– A ja tobie mówię, że ze zwyczajnej dubeltówki nie zabijesz nosorożca, żeby tam nie wiem co. I to nieprawda, co ten pisze. Zapytaj mamy.
– A ja tobie mówię, że ze zwyczajnej, jak trafisz tu, pod ucho, to zabijesz.
– Głupi jesteś!
– A ty jeszcze głupszy!
– Ne vous querellez pas, Charles, Michel![1] – wtrąciła Mademoiselle.
– Bo on taki śmieszny – zwrócił się Karolek do matki – on myśli, że, jak trzy książki przeczytał, to już może mnie imponować. A ja, jak zechcę, to przeczytam jeszcze więcej książek. Sztuka wielka!
– Chciałbym ja zobaczyć to twoje czytanie – rzucił z wysoka Michaś – będziesz czytał, jak rak świśnie.
– Przestańcie, chłopcy – zaczęła zmęczonym głosem pani Róża.
Ale przerwał jej mały Lutek, który, odjąwszy od buzi łyżeczkę z kaszką, podniósł zamorusaną twarzyczkę i zaczął mówić cienkim głosikiem:
– Ja cem nosolożca, mamusiu! Plosie mi dać nosolożca!
Na co i Mania też jak najprędzej podniosła główkę znad filiżanki kakao i wołać zaczęła jeszcze głośniej i cieniej:
– Nosolożca, mamusiu! Mnie także nosolożca. A czy on podobny do mopsika?
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, a pani Róża westchnąwszy, rozpoczynała właśnie tłumaczenie, czym się nosorożec od mopsika różni, gdy wszedł służący i, pochyliwszy się nad jej krzesłem, szeptem coś tajemniczo mówić zaczął.
– Co, Mateuszu? Nie słyszę.
– Bo to, proszę pani, jakaś pani czy też osoba, gwałtem chce się z panią widzieć. Mówiłem, że nie pora teraz, żeby jutro przyszła. A ona, proszę pani, powiada, że jutro nie może, że dziś, zaraz, koniecznie. A jak zapytałem, jak godność osoby, nie chciała powiedzieć, nie! Tylko tak powiedziała: proszę pani oznajmić, że przyszła Mucha. Tak ja...
– Mucha! – pani Róża zerwała się z krzesła.
Przez chwilę stała, rękami o poręcz wsparta.
Cała krew, zda się, zbiegła z jej twarzy do serca. „Mucha!” – powtórzyła. I nagle, oprzytomniała. Nie! Nikt, nikt widzieć jej tu nie powinien, nikt o niej wiedzieć. Przepadła przecież, przepadła na wieki! Ani mąż, ani dzieci, ani służba. Tylko ona jedna ma prawo, ma! Nikt jej prawa tego nie może odjąć. I skoro Mucha przyszła... Skoro tu jest...
Zwróciła się do Mademoiselle i wydała rozporządzenie, aby z dziećmi zmówiła pacierz i do snu je ułożyła. Sama zaś, odsunąwszy nienapoczętą filiżankę, prędko do drzwi się zwróciła i ku nim szła.
Nie słyszała wołania dzieci, żeby mamusia przyszła im dobranoc w łóżeczku powiedzieć. Nie słyszała zapytań chłopców, czy prędko powróci i w halmę[2] z nimi grać będzie ani podniesionej przez Mademoiselle kwestii, czy Lutkowi trzeba czy nie trzeba kompresu na brzuszek położyć. Nie słyszała nic.
Mucha tu była!
Jakaś wizja świetlana i piękna oczy jej owiała. Znowu świeciło słońce, leżało nad nią niebo szerokie, błękitne, falowały dojrzałe łany, a w dali, pod kwitnącymi lipami, stał biały, stary dwór i pływały po stawie łabędzie. A ją otaczało ramię siostrzane, przyjazne i skłaniała się ku niej ciemna główka o wielkich, płonących źrenicach. I szły razem, szły w jasność i w błękit, szły w życie i w przyszłość. I leciały nad niemi jaskółki i słowiki śpiewały.
Na końcu korytarza, gdzie paliła się słabym płomieniem lampeczka, stała postać czarna. Niewysokie to było, szczuplutkie, zmizerowane, ubrane ciemno i bardzo skromnie. Zmoczona od deszczu i znać zmarznięta bardzo. Spod lśniącego od ciężkich kropli kapelusza wyglądała twarz drobna, nadzwyczaj blada, na której paliły się tylko ogromne czarne oczy. Stała nieruchoma w głębi korytarza, z rękami wsuniętymi w kieszenie sukiennego saka, z głową podniesioną i pałającym wzrokiem. A po niej sączyły się zwolna krople deszczowe i spadały z krótkiej spódnicy na podłogę. Gdy usłyszała zbliżające się kroki, gdy ujrzała wychodzącą z cieniów sylwetkę pani Róży, nie poruszyła się, rąk z kieszeni nie wyjęła i kroku naprzód nie postąpiła. Tylko oczy jej zamigotały żywiej i wpiły się w jasną twarz, co się do niej zbliżała. I chwilę tak stały obie naprzeciw siebie w milczeniu. Aż wielkie łzy zbierać się zaczęły w czarnych oczach Muchy i w jasnych oczach Róży. I nagle, otwarły się ich ramiona, i siostry padły sobie w objęcia.
A łzy, jak długo wstrzymywane potoki, spłynęły im z oczu gwałtowne, gorące.
– Mucho... moja Muszko!...
– Róziu... Rózinko!...
– Tyle lat... Tyle lat!...
Pierwsza odezwała się Mucha.
– Ale... rozumiesz, Róziu, nie chcę, aby mnie ktokolwiek tu widział. Czy możesz na parę godzin mnie schować? Dać chwilę odpocząć? Inaczej... pójdę...
– Ależ tak! Tak! Zmęczona jesteś, przemarzła. Chodź, ogrzej się.
– Uprzedzam jednak... Szukają mnie, śledzą.. Czy się nie lękasz? Lepiej mów od razu.
– Ja... nie. A męża nie ma teraz. Nic wiedzieć nie będzie. Chodź! W moim pokoiku nikt cię nie zobaczy.
Mucha dała się pociągnąć.
– Może nie powinnam była przychodzić. Ale, będąc wypadkiem tu w mieście, chciałam widzieć cię raz jeszcze. Pomyślałam, że tak ciemno, szaruga taka, nikt nie dojrzy...
Mówiąc to drżała na całym ciele.
– Zdejmiesz z siebie to wszystko, jesteś zmoczona do nitki, odpoczniesz – mówiła Róża, wskazując drogę.
Weszły do obszernego pokoju, wysłanego dywanem, obwieszonego jasnymi draperiami. W alkowie, za firanką, stało łóżko, świecące bielą pościeli, a przed kominkiem rozrzucone były zgrabne foteliki i stoliczki pełne gracików.
– Zapalę na kominku. Dam ci jeść i pić. Pewnie głodna jesteś?
– Od dwóch dni nic ciepłego nie jadłam – rzekła Mucha – Gryzłam chleb i czekoladę.
Róża przystanęła zdumiona.
– Dlaczego, Mucho? Czy... nie miałaś pieniędzy?
– O nie! Pieniądze na to, co trzeba, mam zawsze. Ale się obawiałam wejść do restauracji albo do kawiarni. Tam szpiclów najwięcej. A miałam „towar” na sobie...
– Mucho... Moja biedna Mucho!...
– Tak, Rózinko, tak. Ale nie przerażaj się. Wszakże to nie pierwszy raz jestem głodna. Znam się już z tym.
– Więc ty... zawsze... tam?...
– Tak, Róziu – I westchnąwszy, dodała ze smutnym uśmiechem:
– Le vin est tire, il faut le boire[3].
I długą chwilę trwało między nimi milczenie. Tylko dłonie ich się zwarły i mocno się ścisnęły. Stały ze spuszczonymi głowami.
Teraz Róża pierwsza się ocknęła.
– Trzeba ci jeść dać. Trzeba, abyś odpoczęła. I żeby nam nikt nie przeszkadzał. A najprzód rozbierz się – dodała – zmęczona jesteś i drżysz cała. Zmień to wszystko, niech wyschnie – Do szaf pobiegła – Oto masz czystą bieliznę, pantofle, spódnicę, ciepłą matinkę. Zrzuć swoje. Ja tymczasem w domu się rozporządzę...
Wybiegła. A Mucha została sama.
Mucha stała wpośród tych ładnych mebelków, na kwiecistym dywanie. Stała i patrzała. O, jakże dawno nie widziała takich rzeczy! Jakże dawno nie owiewała jej atmosfera dostatku, wytworności i komfortu! Sutereny, poddasza, ciasne mieszkanka robotnicze, hotelowe numery lub dorywcze jakieś lokaty mniej więcej umeblowane, przejściowe leże, koczownicze schroniska, oto wśród czego życie jej schodziło... A jednak, dawniej... dawniej... Och! Co było dawniej, to przecież zamknięta księga, zamknięta i na siedem pieczęci zapieczętowana. Przecież sama, własną ręką, zerwała wszystkie złote nitki, co ją z przeszłością łączyły, i rzuciła się naprzód, jak pływak, głową w dół, w głębokie, ciemne morze. Przecież sama własne rozgniotła serce i w stalowy pancerz je zakuła, i milczeć mu kazała, milczeć na wieki. I rzuciła je pod pędzący naprzód rydwan Idei, i zdawało się, że je na miazgę starła. Skądże dziś te łzy i to bolesne w piersiach i w gardle ściskanie?
Postąpiła parę kroków naprzód i zmoknięte ubranie ściągać z siebie zaczęła. Ręce jej zgrabiałe i czerwone niezręcznie rozpinały guziki i sztywno się poruszały. Zęby szczękały. Była jednak przebrana, gdy weszła Róża, niosąc sama tacę z gorącem jedzeniem i herbatą.
Po chwili na kominku ogień się palił. Mucha jadła i piła. Miłe ciepło rozchodziło się w pokoju, obejmowało jej zziębnięte nogi i roztapiało zamróz, jaki w sobie miała. Ogarniało ją rozkoszne uczucie bezpieczeństwa i spokoju. Drzwi były na klucz zamknięte, i Róża mówiła:
– Zabezpieczyłam się na całą noc. Dzieci spać ułożyłam. Mężowi, gdyby nawet chciał tu przyjść, kazałam powiedzieć, że mam straszną migrenę. Mateusz jeden ciebie widział, a on nie powie. Możesz być spokojna. Przepędzimy razem całą noc. Wyśpisz się na moim łóżku, a jutro...
– Ja przed jutrem stąd wyjdę – odrzekła Mucha.
– Wyjdziesz... Dokąd, Mucho?
Pokiwała głową. I znowu uśmiech bolesny i smutny po ustach jej się przewinął.
– Dokąd! – szepnęła – albo ja wiem! Dokąd mnie poślą, dokąd pchną. Rzeczą jestem, Róziu, narzędziem w ręku partii. Pionkiem jestem na ich szachownicy i niczym więcej...
– Mucho... ach Mucho... A przynajmniej czy dobrze ci z tym?
Ostry, zgrzytliwy i przykry śmiech wyrwał się Musze z gardła. Zaśmiała się i urwała nagle.
Róża przysunęła się bliżej i objęła siostrę ramieniem.
– Opowiedz – szepnęła.
Zrazu Mucha nie odrzekła nie. Siedziała sztywna i milcząca, z oczami wlepionymi w wesoły na kominku płomień. Jakby nie czuła obejmującego ramienia siostry. Jakby zapomniała o jej obecności. Oczy jej wpatrzyły się w jeden punkt, a w nich odbijały się skaczące blaski i ślizgały się po ich powierzchni. Ale one i tego nie widziały. Spojrzenie ich zapadło w jakąś głębię daleką i patrzyły one na rzeczy dawno minione i umarłe. Ale od tych rzeczy dawno minionych i umarłych nie szedł chłód i trupi zaduch. Owszem, mogiły pełne były kwiatów, słońce nad nimi świeciło, jaśniało błękitne niebo, pachniały młode zioła. I szły wielkie, gorące smugi światła i ożywiały, i grzały, i skrzepłe topiły lody. W płomieniach tego dawnego słońca, na które teraz patrzały jej zmęczone i bolesne oczy, serce Muchy topniało powoli. Coś ciepłego, coś świeżego wnikało w nie. Jakiś wiosenny strumyczek zaczynał się sączyć pod skorupą lodową, w którą zakuta była, zakuta tak szczelnie. Coś tam wewnątrz osuwało się, miękło i topniało.
I nagle zwróciła się do siostry.
– Rózinko moja – szepnęła – chcesz, bym ci mówiła o sobie? Ach, odwykłam... odwykłam... Pomyśl, piętnaście lat! I nigdy, ani jednego razu. Ani słowa, nigdy... nikomu. Ani słowa pieszczoty, ani słowa współczucia... Bo przecież mnie nie ma, ja się nie liczę. Jest sprawa. Jest robota do zrobienia – i już. Na sentymenty nikt u nas czasu nie ma ani ochoty. Na służbęś wstąpił, to służ, i basta! A sobą i uczuciami swymi nie zawracaj głowy, ani drugim ani sobie. I racja. Inaczej być nie może.
Zamilkła, chmurnie w ogień wpatrzona. Lecz nagle ożywiły się jej ciemne źrenice i na ich dnie zaczęły latać złote płomyki.
– A jednak, nie! – zaczęła żywo – Ja żyję i poza sprawą, poza całą tą robotą, jestem! Nie, nie pomoże. Tego nie zabijesz, nie! I to jest właśnie okropne.
Odsunęła się i spojrzała siostrze w oczy.
– Wy tego zrozumieć nie możecie, wy, co prowadzicie tak zwane normalne życie. Wy, szczególniej kobiety, burżujki, szczęśliwe żony, szczęśliwe matki, wy macie serce zadowolone i nie znacie żadnej tęsknoty, nieprawdaż?
Róża nie odpowiedziała. Coś tylko na twarzy jej zadrgało, nad jasnymi oczami zapadły powieki, i rzęsy zatrzepotały, jak skrzydła złapanego ptaka, a kąciki ust zacisnęły się mocno.
Mucha mówiła dalej:
– A jednak, tobie, Róziu, chcę powiedzieć wszystko, choćbyś mnie nie zrozumiała. Wszystko mi jedno! Wiedz, dla siebie mówię, bo mi tego potrzeba, mnie, nie tobie. Muszę raz się wyspowiadać, muszę wylać z siebie, zanadto się już tam nazbierało, zanadto pełno. A zresztą... zresztą... Gdy ja tam gdzieś zamrę w szpitalu, albo na sybirskim stepie, to i ty lepiej zrozumiesz, może nawet zrozumiesz zupełnie... pamiętasz? Wszakże niegdyś, tam, w Lipnówce, marzyłyśmy, że pójdziemy razem...
– Pamiętam... O, Mucho...
Coś jakby łkanie wyrwało się z ust Róży, i przytuliła się znów do siostry. I chwilę siedziały milczące, wpatrzone znowu w wizje przeszłości.
Aż Mucha zaczęła mówić:
– Po śmierci ojca, pamiętasz, postanowiłam jechać do uniwersytetu. Ty zostałaś z ciocią Basią, bo sprawy naszej wspólnej sukcesji tego wymagały. Miałaś z Lipnówką się urządzić, ciocię Basię tam zostawić na stałe i do mnie przyjechać. Czekałam przyjazdu twego. Odkładał się coraz dalej i dalej, bo interesy plątały się, a i ty niezbyt śpieszyłaś, gdyż poznałaś Lucjana i w nim się zakochałaś. A on wszakże nie mógł pochwalać projektów naszych. Ja tymczasem wpadłam w koło ludzi, którzy mnie całkowicie zagarnęli, przekonania moje skrzepili i pchnęli na drogę, którą dotychczas idę. Ja całą duszą oddałam się sprawie. A ty wiesz, że nie umiem robić rzeczy przez pół. Gdy daję, to wszystko, co mam. Więc i tu oddałam się cała i na zawsze. Porzuciłam uniwersytet, bo już nie o naukę mi chodziło, wróciłam do kraju i pracowałam. Raz już tylko, na ślubie twoim, wróciłam przez chwilę do dawnego świata. Pamiętasz ten wieczór czerwcowy? Lipnówkę, falującą od dojrzałych zbóż, kaplicę pełną świateł i kwiecia, wielkie lipy nad białym dworem i strzelające w wieczorne niebo topole. Tyś składała przed ołtarzem przysięgi i brałaś obietnicę od męża, obietnicę miłości i wiary. Zaczynałaś nowe życie, inne. A ja... Ja stałam jako druhna za tobą, ubrana w różowe tiule i kwiaty na włosach, a taka biedna i samotna! I dusza moja zamierała w tym szalonym bólu pożegnań. Ach! Dnia tego przeszłam przez piekło! Gdy późno w nocy zdejmowałam z siebie różową swą suknię, wiedziałam, że najstraszniejsze w życiu przebyłam, że żadna męka już mnie nie przerazi i że śmierć sama jest dla mnie niczym. Byłam gotowa. Nazajutrz wyjechałam z Lipnówki. Wkrótce potem tyś mi moją część funduszu wypłaciła. Wszystko to poszło na potrzeby partii. Między nami, to jest między mną a tobą, między mną a całym dawnym życiem, zerwały się wszelkie struny. Nie mogło być inaczej. Nie mogłaś ty, ani tym bardziej mąż twój utrzymywać stosunków z rewolucjonistką, z socjalistką, z terrorystką, z tym pariasem, wyjętym spod wszelkich praw, którym jestem ja. Wiem, rozumiem. I oto ani razu, przez całych lat piętnaście, nie odezwałam się do ciebie. Ani razu nie uległam pokusie, gdy nieraz byłam blisko, aby wpaść i uścisnąć i chwilę, tak jak teraz, przy tobie odetchnąć. I oto młodość zeszła i życie, moje zwłaszcza, skłania się ku końcowi. Bo długo już nie pociągnę, nie! A my, te dwie dawniej nierozdzielne, my się nie znamy wcale, my się znać nie powinnyśmy...
Mucha zamilkła. Wielkie jej czarne oczy rozpaliły się jak żużle. Jakiś dziwny uśmiech wybiegł jej na usta.
Róża bliżej jeszcze się przysunęła.
– Mów dalej. Mów o sobie, Mucho – szepnęła po chwili – Czyś przynajmniej choć trochę zadowolenia znalazła tam?... Czyś była choć chwilami szczęśliwą? Czy masz to wewnętrzne przekonanie, że robisz to, co robić powinnaś, i że jesteś na swoim miejscu?
Mucha potrząsnęła głową.
– To przekonanie i te chwile szczęścia rzadkie, ale bardzo żywe, miałam w pierwszych latach... gdy wierzyłam... Dziś – nie.
Z oczu jej wybuchnął płomień i przygasł nagle. Dodała cicho:
– Dziś nie wierzę... Nie wierzę w nic.
Upadły straszne słowa w ciszę zamkniętego pokoju. Jakiś mroźny powiew przeleciał. Pochyliły się głowy obu sióstr pod jakąś ciężką dłonią. A oczy ich, czarne oczy Muchy i Róży szare źrenice, wpatrzyły się przed siebie. Nie widziały one płomienia, igrającego na kominku. Widziały tylko otwartą otchłań i słyszały brzmiące, jak echo, słowa: „Nie wierzę w nic”.
Mucha zaczęła znowu:
– W pierwszych latach myślałam... byłam pewna, że zbawienie już tuż, tuż blisko. Że jeszcze trochę wysiłku, a przyjdzie. Że my, my ludzie nowi i gotowi na wszystko i niemający nic do stracenia, ludzie, którzy korzeni w starym świecie nie mamy już wcale, że my właśnie świat przerobimy, że nowym pługiem przeorzemy rolę, że chwasty wyrzucimy, zdepczemy, spalimy, a natomiast sama się puści piękna ruń zielona. Wiedziałam, że rolę nową trzeba polać krwią. Ale też ani swojej, ani cudzej nie żałowałam. Pracowałam. Doprawdy, myślę, że gdyby nie ta szalona praca, prędzej bym się ocknęła i przejrzała. Ale ani dnia, ani nocy dla siebie nie miałam. Żyłam w gorączce, nie było czasu na myślenie. Żywiłam się byle czym, nie mieszkałam nigdzie. Ja od lat piętnastu nie wiem, czym jest pokój własny, chyba więzienna cela. Ileż to nocy zdarzyło mi się spędzić w wagonie, tylko dlatego że nie śmiałam wejść pod żaden inny dach. Uczyłam się, aby móc innych nauczać. Jeździłam, chodziłam, przemawiałam na wiecach, pracowałam w fabrykach, organizowałam, przewoziłam na sobie całe pudy druków, przekradałam się nieraz przez granice, byłam dwa razy pod sądem, latami całymi pod nadzorem, byłam więziona przez półtora roku w Odessie, potem przez kilka miesięcy w Warszawie, byłam wygnana aż na granice Syberii, każdą moją myśl, każdą kroplę krwi, czas, siły, zdolności, zapał, wolę, całą młodość i życie całe, wszystko, wszystko oddałam sprawie. I nikt, nikt więcej i gorliwiej ode mnie pracować by nie potrafił. Przez tyle lat ani wakacji, ani święta. Jedynym wytchnieniem było mi zamknięcie w cytadeli. Ale tam właśnie zaczęłam myśleć samodzielnie i zastanawiać się. Spojrzałam z góry na świat i na dzieje jego, nie tylko na najbliższy nasz światek, nie tylko na naszą epokę, która jest jedną chwilą krótką wśród biegnących wieków. Spojrzałam z dalekości, z wysoka, objęłam wzrokiem ludzkość całą, od jej tajemniczych początków do dzisiejszego dnia. Sięgnęłam wzrokiem w przyszłość. I naraz ujrzałam całą marność, całą nicość wszystkich ludzkich teorii, wszystkich pragnień i marzeń naszych! Od zamierzchłych i pleśnią już pokrytych czasów aż po dziś dzień, ludzkość wciąż się rwie ku szczęściu. To jedno jest w niej stałe i niezmienne. Szczęście to rozmaicie nazywa i rozmaicie umieszcza, ale tego tylko pożąda i tego tylko szuka. Każde pokolenie wyciąga ręce ku niemu, a któreż je znalazło?
Każdy wielki duch buduje teorię, dającą je ludziom na tym świecie lub na innym, zagrobowym. A któryż z tych wielkich duchów naprawdę ludzkość uszczęśliwił? Był Budda, był Konfucjusz, byli egipscy mędrcy, był Mojżesz i prorocy, był Platon i Sokrates, był Chrystus, był Mahomet, byli święci i reformatorzy, byli geniusze i działacze, i mędrcy, i ekonomiści, i filantropi. I cóż z tego? Czy ludzkość szczęśliwsza jest dzisiaj niż za czasów Buddy? Czy łez mniej płynie niż za faraonów? Czy sprawiedliwość zapanowała? Czy mniej jest pokrzywdzonych, wyzyskiwanych, cierpiących i smutnych? Czy my sami, my, którzy w stary świat taranami walimy i chcemy, aby się co prędzej rozsypał w gruzy, czy uczciwie zapewnić możemy, że ludzkość uszczęśliwimy? Nie, nie! Nikt tego nie umiał dotychczas dokonać, nikt! Każda nauka nowa witana jest radośnie, każda obiecuje ratunek. A każda zawodzi. I świat jest tym, czym był przed tysiącami lat. Różny w formach, w treści ten sam. Głód szczęścia coraz ostrzejszy, a nigdy niezaspokojony. Męka Tantala... stała... wieczna...
Mucha urwała, odetchnęła głęboko, jakby tam, w głębi jej piersi, ciężar ogromny leżał. Przesunęła ręką po czole. Zmęczone ramię opadło znów na poręcz fotela. I mówiła dalej:
– Bo kto dziś szczęśliwy? Ta niewielka garstka burżujów, którzy zatyli w dobrobycie i w bezmyślności? Ci jedni chyba. Ale co znaczy ta garść wobec całej ludzkości? Nie! Nie ma szczęścia, nie było go nigdy i nie będzie na tej naszej kuli ziemskiej. A ręczyć za to, że się znajdzie w jakimś innym życiu któż uczciwy się ośmieli?... Więc... – i głos jej zadrżał oburzeniem – więc jakiem prawem obiecujemy je ludziom? Dlaczego łudzimy siebie i łudzimy innych? I ukazujemy im jakieś złote miraże braterstwa, wolności, bogactwa, kiedy to są miraże tylko! Mrzonki! Widma! I nigdy, nigdy ludzkość w dłoń swą nie pochwyci tych zaklętych owoców... Nigdy... Więc po co?...
Odetchnęła znowu. I załamała ręce.
– Po co mamy się szarpać w męczeństwie? I oddawać siebie... dla mary... Wyzbywać się tych okruchów osobistego zadowolenia, które byśmy mieć przecie mogli? Jedna dusza ludzka więcej warta, niż te mrzonki o uszczęśliwieniu ludzkości. A tracimy swe dusze, tracimy siebie zupełnie w tym wirze i w tej pracy nad miarę. Tracimy wszelką indywidualną myśl, przestajemy być sobą, stajemy się śrubką w maszynie, kółkiem, co się do czasu kręci i pracuje, a potem, gdy pęknie, odrzucone jest i zastąpione przez inne. I ja takim kółkiem jestem, co się do czasu kręci... A gdzie moja dusza? Gdzie moja prawdziwa istota? Któż o nią kiedy się zatroszczył? Kto na nią kiedy spojrzał uważnie i serdecznie? Kto o mnie dba?... I tak lat piętnaście! To się łatwo mówi, lat piętnaście. Ale udźwignąć je, ach, ciężko, ciężko! Przecież to cała młodość, cała najlepsza część życia. Ta życia część, która dla innych upływa w szczęściu i w miłości, w której duch się rozwija i dojrzewa najpiękniej i znajduje w drugim ukochanym duchu porozumienie. To piękna pora rozkwitu... kochanie... Ach!...
– A ty, Mucho... nie kochałaś nigdy? – szepnęła Róża cichutko.
Na twarz Muchy wypłynął rumieniec. Na chwilę twarz ta zajaśniała dawnym, młodym blaskiem. Lecz wnet rumieniec zgasł, i Mucha odrzekła:
– Owszem, kochałam. I byłam kochana. Ale naszą miłość zabiliśmy w sobie dobrowolnie i w samym początku. Dla nas miłości nie ma. Jest sprawa. A dwom panom nie można służyć. Rozstaliśmy się.
I dorzuciła głucho:
– Potem on zginął na szubienicy.
Zerwała się z miejsca. W ciemny kąt pokoju odeszła i długo stała nieruchoma z czołem o szybę opartym, wpatrzona w ciemną noc.
Aż nagle, z krzykiem, rzuciła się do siostry:
– Oddajcie mi... Oddajcie mi jego! Oddajcie mi moją młodość! I moje sny, i moją wiosnę, oddajcie mi życie moje! I miłość! Niech i ja będę szczęśliwa... zwyczajnie... po waszemu... Niech i ja będę szczęśliwa!
Łzy lały się z jej oczu, z piersi zdławionej rwało się szlochanie. Na ziemię przed Różą upadła i, głowę na jej kolanach kryjąc, jęczała:
– Dajcie mi szczęścia... choć trochę... choć trochę...
Róża drgnęła. Bruzda na jej czole zarysowała się ostrzej, usta się zacisnęły. Pochyliła się nad siostrą i ręce położyła na jej głowie.
– Chcesz szczęścia? Biedna moja Mucho – szepnęła – Ale szczęścia nie ma... Sama to wiesz... Nigdzie szczęścia nie ma.
Gwałtowne łkanie Muchy było jedyną odpowiedzią. I przez chwilę milczały obie. Mucha, z głową przytuloną do kolan Róży, płakała. Od dawna łzy te zbierać się musiały, gdyż teraz płynęły rwącym strumieniem i całym drobnym ciałem jej wstrząsały. Na ładnej twarzy Róży osiadał smutek ogromny, ten smutek, co stale na dnie duszy spoczywa, lecz zwykle, w dół zepchnięty silną wolą, ukazywać się nie śmie. Teraz wylewał się jawnie. I trudno byłoby orzec, patrząc na te dwie boleści, na tę płaczącą dziewczynę i na kamienną twarz młodej kobiety, której boleść cięższa była.
– Nigdzie nie ma szczęścia – powtórzyła Róża – i nie warto żyć.
Mucha głowę podniosła, otarła łzy i w siostrę się wpatrzyła.
– Więc i ty, Róziu? – spytała.
Twarz Róży zbladła bardziej jeszcze, a powieki zwolna opadły.
– Więc i ty, Róziu? Ty?... Mów! – pytała gwałtownie Mucha.
– Ja nie jestem szczęśliwa – wyrzekła Róża powoli.
I znowu zapadła cisza na ich pochylone głowy, i znowu mroźny powiew przeleciał. Na kominku ogień wygasał i tylko czerwone węgle żarzyły się jeszcze. Lecz one tego nie widziały. Widziały tylko otwartą przed sobą otchłań, w którą zstępowały obie zwolna, nieodwołalnie. Ogarniała je ciemność, owiewał chłód. Dusze ich zanurzały się w cień, w czarną noc, w grozę i w bezbrzeżne morze rozpaczy. Leciały na dno, bezsilne. I słyszały echo, powtarzające: „Nie warto żyć”.
Gdzieś, w głębi mieszkania, zegar wybił jakąś późną godzinę. Obie się ocknęły i spojrzały na siebie.
– Dlaczego? – spytała znów Mucha.
– Nie jestem szczęśliwa – powtórzyła Róża, wpatrzona w dogasające węgle – bo i ja także powiedzieć mogę: któż kiedy o moją duszę się zatroszczył? Kto na nią kiedy spojrzał uważnie i serdecznie? Kto o nią dba? A ja także, choć burżujką jestem, mam duszę! Mam! I ona we mnie krzyczy i skarży się, i o prawa swoje się dopomina. A skrzywdzona jest i w poniewierce.
– Ależ, Róziu... Twój mąż...
– Och! Mój mąż...! – Oczy Róży cisnęły błyskawicą. Lecz zaraz nakryły się powiekami. Spuściła głowę i umilkła.
– Zawiodłaś się na nim, Rózinko? – wyszeptała Mucha cichutko – Na nim... A takeście się kochali!
Róża poruszyła się żywo.
– O, powiedz, żem ja go kochała, tak! Ale on!... Nie, on kochać nie umiał nigdy, on nie wie, czym jest miłość, on się z miłości wyśmiewa. Nigdy mnie nie kochał. Podobała mu się może, wśród wielu innych, moja różowa buzia i moje włosy złote. Może... Ale przede wszystkim: nazwisko, stosunki i pieniądze, pieniądze. Dobrą partią byłam dla rozpoczynającego inżyniera. Pierwszym szczeblem do kariery. Więc wziął mnie... i ma. O, dziś już się wcale z tym nie tai, że miłość uważa za wielkie, za kapitalne głupstwo, którego by się nigdy nie dopuścił... w małżeństwie. Bo, ostatecznie, poza małżeństwem: jeśli kogo stać na to...
Urwała i, trochę przelękła, spojrzała na Muchę.
– O – dodała prędko – Lucjan jest tym, co się nazywa: porządny człowiek. Żadnej zbrodni nie popełni. Ale duszy... Ach, nie ma, nie ma!...
Załamała na kolanach dłonie.
– Gdyśmy się pobrali – zaczęła po chwili powolnym głosem – kochałam go tak, jak tylko kochać może dziewczyna czysta, prosta, wiejska i pełna ideałów i marzeń. Mój Boże! Gdy przypomnę sobie, czym mi się wtedy wydawała miłość! Ale prędko wyleczyłam się z marzeń. Spadłam z wysokości ideału do poziomej, wstrętnej, obrzydliwej prozy małżeńskiej. Ach, jakże wstrętnej!... – Dreszcz nią wstrząsnął – Z początku wierzyć nie chciałam, że tak jest, że to naprawdę wszystko, że poza tym nie ma w nim nic, nic! Czekałam. Wierzyć nie chciałam!... Czekałam, aby mi on ukazał swoją duszę, aby poszukał mojej. Tłumaczyłam sobie, że mu przeszkadza to, przeszkadza owo, próbowałam coś w nim wywołać, gwałtem się wedrzeć w jego głębie, połączyć myśli i uczucia. Chciałam razem żyć. Przecież tylko tak rozumiałam małżeństwo. Połączenie dwojga dusz. Nie tylko wspólny dach, wspólne łoże i wspólna kasa! A tu nic, nic, nic!... – Wstrząsnęła się cała i podniosła do góry głowę. Pogardliwie wykrzywiły się jej usta – Owszem, jest tam coś, co stoi ponad wszystkim: kariera! Pieniądze! To jedno, jedyne. Lucjan ruble czci, pada przed nimi na twarz. To jego wiara, to jego miłość. Pozycja, kariera, nic poza tym. Ja o tyle tylko przedstawiam dla niego wartość, o ile umiem nadać domowi „ton”. Bo pod każdym innym względem wystarczyłaby mu pierwsza lepsza szansonistka. Ale mnie szanuje, bo znam hrabiów i jestem na „ty” z panią naczelnikową. Każda siła, każdy tytuł, każdy „czyn” i „naczalstwo” to są dla niego rzeczy święte. Plackiem przed nimi pada. I oto ja związana jestem na wieki z tym człowiekiem! Iść z nim muszę ręka w rękę, choć mnie wstręt ogarnia. I żal za moją zmarnowaną miłość! I zawsze być, wśród tego wszystkiego samotna, tak samotna, jakbym na innej planecie mieszkała. Chłód, samotność i tęsknota, ach, tęsknota wieczna! I poczucie brudu i upokorzenia. Gdzież tu jest miejsce na szczęście?
Urwała i zapatrzyła się w ciemny kąt pokoju.
Po twarzy Muchy spływały powoli łzy.
– Gdyby nie dzieci... – zaczęła znów Róża powoli – gdyby nie dzieci, tobym Lucjana porzuciła. Myślałam o tym nieraz... Myślałam nawet jeszcze po urodzeniu dwóch starszych. Chciałam wrócić z nimi do Lipnówki, tam osiąść, gospodarować, pracować i wychowywać ich na ludzi, na prawdziwych ludzi. Może bym potrafiła... Ale tymczasem, gdy kolej tamtędy przeszła, za Lipnówkę ofiarowano dużą cenę. Lucjan się skusił. Zaczął mnie znowu za serce brać, był taki czuły, taki dobry! O, bo on to umie, gdy mu do interesu potrzeba! Wyobrażałam sobie, że, gdy to zrobię dla niego, to on... to on mnie więcej kochać będzie. Tak mówił... Że może wszystko zmieni się jeszcze... że przyjdzie choć trochę szczęścia... A ja tak chciałam być kochaną! Ach! Głupie jest serce kobiety! Nieskończenie głupie! Pomimo wszystko, kochałam go wtedy jeszcze... Albo ja wiem, może go i dziś kocham. Zgodziłam się na wszystko, czego on chciał. Sprzedaliśmy Lipnówkę. Lucjan bardzo sprytnie zaczął pieniędzmi obracać. Wzbogaciliśmy się. Ale szczęście nie przyszło, nie! Może on jest zadowolony, ale nie ja. We mnie zrodziło się jeszcze większe poczucie oddalenia i obcości. I dziś... dziś wlokę ten łańcuch, wiem, że tak będzie aż do końca, że już dla mnie nic się nie zmieni i że przez całe życie iść będę sama, zawsze sama... Wiem, wiem. I smutno mi, i wstyd, i żal...
– A dzieci, Róziu? – spytała Mucha.
– Cóż dzieci! Każda matka kocha swoje dzieci, więc i ja swoje kocham. Ale dzieci nie są dla mnie. Ja jestem dla nich. One mi nic nie dadzą, one tylko brać umieją. A ja nie mam w sobie tyle poświęcenia, abym dla siebie niczego nie żądała. Ja sama przez się chcę żyć, a nie tylko w dzieciach. Może dawniej było inaczej. Kobiety mniej myślały, mniej pragnęły, wychowywały się w tym przekonaniu, że wyrzeczenie się samej siebie jest najwyższą cnotą i obowiązkiem każdej żony. Dziś... nie! My chcemy żyć i chcemy szczęścia!
– I wy także... I wy...
– Ja się już przekonałam, że szczęścia nie ma na świecie. Ale takich, jak ja, są tysiące przecie. A któraż jest zadowolona? O, niewiele... niewiele...
– A ja myślałam... że ta wasza sfera...
– O, wy! Ja wiem. Wy myślicie, że jedynym szczęściem dla człowieka jest dach nad głową i smaczny kęs chleba. Wam nędza ludu i nierówność w używaniu tak wzrok zmąciły, że nie widzicie poza tym nic. O to jedno, o równy podział bogactwa, walczycie. Nie zaprzeczam, to ważne. Niechby było. Ale szczęścia to jeszcze nie daje. To nigdy nie da! Człowiek czegoś więcej chce. I najsmaczniejszy chleb go dławi, gdy tego czegoś nie ma. Ach, tak! Ach, tak! Ja mam bezpieczny dach i smaczny chleb. A gdzie moje szczęście? Gdzie?...
– Ach, Róziu... Rózinko...
Znowu oplotły się ramionami, głowę o głowę wsparły i przytulone do siebie milczały. Bo i cóż więcej powiedzieć sobie mogły? Rozeszły się ich drogi, zda się, na wschód i na zachód słońca. A oto się spotykały na ciernistej ścieżce rozczarowań i zwątpienia. Obie tą ścieżką szły samotne, wlokąc skrwawione stopy po kamieniach i nie żywiąc już w duszy żadnej nadziei. Szły, bo, raz wszedłszy, zatrzymać się nie mogły. Lecz żadnego celu przed oczami już nie widziały i nie spodziewały się na końcu swej drogi nic innego ujrzeć, jak tylko otwarty i zimny grób. Przestrach je ogarniał. Wyciągały ramiona, szukając oparcia. Ale nie znajdowały nic i musiały iść dalej i dalej samotne.
Oto spotkały się na ciernistej ścieżce. I spojrzały sobie w oczy. Przez wiele lat szukały szczęścia, walczyły o ideał. Za ideał swój oddawały obie wszystko, co miały. I nie zostało już im nic... A ideał był wciąż niedościgniony. A szczęście nie przyszło...
Jedna poszła nowymi torami, burząc i niszcząc. A teraz mówiła: Nie wierzę w nic! I szlochała wołając: „Oddajcie mi życie moje!”.
Druga poszła utartą drogą, miłując gorąco i wszystko znosząc. A teraz mówiła: „Szczęścia nie ma nigdzie. I nie warto żyć”.
I głowa jej, młoda jeszcze i piękna, jak różany kwiat, zwisała uwiędła.
A nad obiema rozpościerały się wielkie, nietoperzowe skrzydła Czasu, co leciał wciąż i leciał, i nigdy nie stawał, i nie cofał się nigdy.
– A przed coś mnie gna i tą raz obraną drogą iść i iść muszę... do ostatniego tchu! Opuścić partię? Nigdy! Nie wierzę w nic i nikogo, ale uciekać z pola bitwy nie mogę. W tym cały mój honor, Róziu, moja cześć... – Zaśmiała się gorzko i głowę do góry podniosła – At! Co tam rozmyślać! Raz kozie śmierć! A czy umierać na szpitalnym łóżku, czy w jakuckiej gdzieś chacie, czy tu, na tych rzeźbionych mahoniach, to ostatecznie, wszystko jedno, nieprawdaż? A choćbyś wtedy była otoczona przez nie wiem ilu krewnych i przyjaciół, to, wobec śmierci, jesteś zawsze samotna.
– Tak. Wobec śmierci jesteś zawsze samotna – powtórzyła Róża powoli – a życie łaskawie nas przygotowuje do tej wielkiej samotności. Może to i lepiej. Ale to wszystko straszne, Mucho! – dodała ze drżeniem – To wszystko straszne... I dlaczego tak?... I czy będzie co potem?...
– Potem... potem?... Czy co będzie? Ach!...
Stały oparte o siebie w mglistym świetle poranku. Oczy ich pytające i stęsknione wybiegały daleko w szare niebo. Ręce jeszcze ściskały się mocno, mocno. Ale już serca drżały bólem rozstania, bólem samotności.
– Czy się kiedy zobaczymy jeszcze, Mucho? – spytała Róża cichutko.
Mucha przez chwilę nie odpowiadała.
– Nie, Róziu – rzekła wreszcie – nie zobaczymy się już więcej. Dziś jeszcze wyjadę daleko. A tam śledzą, tropią. Już im ujść nie mogę. Wiem, wyśledzą... nakryją... A dalej? Dopóty dzban wodę nosi. I tak piętnaście lat przetrwałam. Nie zobaczymy się już więcej, nie, Rózinko...
Oczy obu sióstr napełniły się łzami.
Róża rękę do nieba podniosła.
– Może tam... – rzekła – I nagle wybuchła gwałtownie: – O, Mucho, świat inny być musi! Świat lepszy, gdzie wynagrodzone będą krzywdy nasze! Przecie musi być jakaś sprawiedliwość... jakaś zapłata... A skoro jej tu nie ma...
Mucha obu ramionami objęła siostrę i przygarnęła ją do siebie.
– Jeśli tę wiarę mieć możesz, Rózinko – rzekła poważnie – to życzę ci z całego serca, wierz! Ja... zbyt wiele widziałam, zbyt wiele cierpiałam. Nie mogę już... nie mogę...
W ciszy poranku, skrzypnęły na dole drzwi od ulicy.
Pani Róża otworzyła okno i przez nie się wychyliła. Brudno biała mgła zalewała świat i roztapiała w sobie domy, dachy, drzewa. Słońca nie było widać.
Pani Róża wychyliła się bardziej jeszcze i czekała. Na dole drzwi wchodowe otworzyły się, ostrożną ręką popchnięte. Drobna, czarna postać z nich wybiegła i zaraz na przeciwległy chodnik przemknęła. Tam zatrzymała się, jakby niepewna drogi, w obie strony ulicy wzrok badawczy wypuściła, a widząc, że wszędzie pusto i spokojnie, pewnym krokiem, z podniesioną głową, iść zaczęła.
Za nią pani Róża patrzała.
Szła Mucha równo, prędko, nie oglądając się wcale. Szła z rękami wsuniętymi w kieszenie palta, z głową, jak zwykle, podniesioną tym właściwym sobie pełnym odwagi ruchem. Szła w gęstą i mętną mgłę, przez pustą zupełnie ulicę, jedyny punkcik ciemny, majaczący wśród zaspanego jeszcze miasta. Szła samotna.
I patrząc na nią, Róża wiedziała, że idzie na zatracenie, na długie może męki i na pewną śmierć. I wiedziała, że idzie bez nadziei i bez żadnej wiary.
Zrazu słyszała odgłosy jej stąpań po asfalcie. Potem były coraz cichsze. Potem umilkły, a drobna postać ciemniała jeszcze w tumanie mgły. Zmniejszała się, roztapiała, oddalała się powoli, aż cieniem nikłym zamigotała gdzieś w dali i rozpłynęła się, i wsiąkła w szarość poranku.
A Róża patrzała jeszcze.
Aż gdy się wreszcie odwróciła od okna i owiał ją szary chłód jej eleganckiego mieszkania, i ujrzała w myśli to całe istnienie swoje u ogniska domowego, tak zimnego, jak te wygasłe na kominku popioły i te długie szeregi nędznych przed sobą dni, których żadna nie ozłacała miłość, ani żadna nie krzepiła nadzieja, i to powolne, długie dogorywanie na nie cierpianym łańcuchu, i to całe życie swoje szare i nudne, jak ta listopadowa mgła, rozmieniona na drobne, na marne czynnostki, i tę wieczną samotność i obcość wśród najbliższych i tę wieczną, nieugaszoną i nigdy nie zadowoloną tęsknotę...
Gdy na to życie swoje spojrzała, a i tamto siostrzane życie uprzytomniła sobie, dłonie się jej załamały rozpacznie, a z ust wybiegły znów cichym szeptem słowa, które przed chwilą wymawiała:
– Szczęścia nie ma nigdzie. I nie warto żyć...

[1] Nie kłóćcie się, Karolu, Michale! (franc., przyp. red.)
[2] Halma – gra planszowa rozgrywana na kwadratowej szachownicy (przyp. red.)
[3] Przysłowie francuskie: „Kto sobie piwa nawarzył, musi je wypić” (przyp. red.)
