Zygmunt Kisielewski

Orzeł biały



W piwnicach starożytnych przyległ ptak, co kiedyś wspaniałymi kręgi krążył nad Polską
 Żyje, ale tknięty letargiem, karmu pozbawiony. Ta bowiem jest przyczyna snu jego, iż zapomniany, z dawien dawna nie otrzymał ofiary należnej z krwi własnych dzieci.

 lecz orzeł biały próżno dziób swój żałośnie otwierał i szczękał szczękami spragniony.
 Sił mu nie stało, usnął, zapadł w sen twardy, wiekowy.
 Minęły lata, dziesiątki lat, pół wieku...
 Zapomniały dzieci o swym rodzicu i słuch o nim zatracił się w sercach polskich.
 Śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła“, ale śpiewali ustami, nie czynem. Serca ich stały się w niewoli puste i smutne, jak grób.
 Na grobie tym nieraz płakali krwawo najlepsi w narodzie.
 Ale jest w Polsce tradycya, w głębokościach serc utajona, iż co pokolenie danina z krwi polskiej musi być złożona orłowi, by nie umarł. Albowiem wiedzą o tem serca głębokie i myśli dalekie, iż w otchłani czasów niema się stać, iżby orzeł polski zginął, ale że ocknie się i krwią napojony wstrząśnie skrzydłami i wzięci. Z rodziny królewskiej rodem, z prastarej rodziny, orzeł biały, a rodzina ta żyć będzie, póki oblicze czasów nie przetworzy się do cna.
 A już godzina straszliwa zbliżała się, iż biały orzeł krwią czerwoną miał być napojony i biada jemu i całej krainie biada, gdyby ofiary nie otrzymał.
 Przeraziły się serca wiedzące i myśli widzące daleko.
 Powstał najpierw jeden i głosem mocnym na całą Polskę zawołał: „Młodzieńcze, który masz krew nieskażoną i świeżą, pójdź, otwórz serce swoje i daj pić orłowi który łaknie“.
 Był to poeta.
 Ale nie zrozumiano go. Tedy podniósł się inny i głosem ogromnym zawołał.
 A był to mąż czynu tajemnego w Polsce.
 Ale go wyśmiano.
 Lecz mąż wytrwały zlekceważył śmiech urągliwy i raz jeszcze wezwał, a potem znowu, i nie przestawał wołać... Nie słuchały go już serca zwietrzałe i myśli bezkrwiste, ale pośród młodych głos męża owego jął budzić uwagę. Zdało się temu i owemu, iż słyszy szept echa z nieznanej mu dali, zew uparty i fatalny.
 Tedy młodzieniec niejeden ze wsi i z fabryki i z pracowni i uczonego jął się wsłuchiwać w głos męża owego, który był jako głos serca, co woła, domaga się, żąda.
 I strwożeni stanęli kołem przy mężu, pytając.
 Wówczas wyjawił im tajemnicę:
 Orzeł krwi żąda z serca nieskażonego, dobrowolnej ofiary z krwi młodej. Kto słyszy w sobie zew głuchy, jakowąś tęsknotę wielką, niechaj staje w szeregu. Albowiem orzeł pragnie i biada jemu, biada narodowi, gdyby pragnienie orła ugaszone nie zostało.
 Wicher zapału potwierdził przeczucia młodych i setkami jęli się kupić przy mężu owym, a setki urosły w tysiące, w dziesiątki tysięcy.
 Ocknął się, zerwał: wzleciał nad Ojczyzną polską orzeł biały, a radosnego lotu jego metę — któż ośmieliłby się wyznaczać?
