Zygmunt Kisielewski


UMARLI, KTÓRZY ŻYJĄ, I ŻYWI, KTÓRZY UMIERAJĄ


Trzech panów. Jeden łysy, drugi z tikiem, trzeci ma nos niby ogromna, racyonalnie wyhodowana truskawka. Chociaż jest dziesiąta rano dopiero, oni mają taki wyraz twarzy, jakby odpoczywali po ciężkiej pracy całodziennej. Oczyma dumającemi o czemś, a może o rzeczy jeszcze niklejszej, wodzą po ścianach, wcale nie racyonalnie brudnych, po bufecie obciążonym stosami zakurzonych, jak dusze starych kawalerów, ciastek.
 Pak — tak — cyka zegar, czwarty filozof i gruchot w tem towarzystwie.
 Nagle twarz myśliciela z „tikiem“ automatycznie drgnęła, niby przyrząd opatrzony sprężyną. Zdumiało to snadź drugiego, gdyż podniósł brwi do góry. Ale nic nie rzekł, bo i tamten nie wyraził zresztą żadnego życzenia. Twarz drgnęła mu organicznie, jak deski trzasną niekiedy w rozsychającej się szafie.
 Pak — tak...


 Tedy przypomniało się myśli, szukającej życia, o Herwinie, który padł pod Konarami. O tym chłodnym, wytrwałym, jak chłop, subtelnym, jak arystokrata, lekceważącym niebezpieczeństwo, jak bohater, Herwinie.
 Zdarzyło się razu pewnego, zdaje się pod Łowczówkiem, iż kula wydarła mu kawał mięsa z piersi, niemal do płuc. Batalionowy Herwin trwał mimo to na swem stanowisku. Dopiero wieczorem udał się na miejsce opatrunkowe i stanął w szeregu, nie śpiesząc się, czekając, póki na niego nie przyjdzie kolej. Na zapytanie doktora odpowiedział: „głupstwo“. Gdy zdjęto bluzę okazało się, że z rozszarpanego ciała krew broczyła w ciągu kilku godzin.


 Pak — tak — cyka zegar.
 — Hę? — napijemy się? — rzekł tryglodyta.
 — Niby — a dlaczego?
 — No tak.
 — Tak — to tak.
 — Ognistej!
 — Z jajkiem...
 — A możeby zrazu piwka.
 — Można...
 — Potem zakąska.
 — Można...
 — Potem dopiero kieliszeczek.
 — Tak!
 — Zaczem koniaczku!
 — Czarodzieju!
 — I na obiadek...!
 Pomruk cichego zadowolenia rozszedł się pośród przyjaciół. Codziennie mniejwięcej powtarzał się ten program wzniosłej zabawy, zawsze rozkosznym pomrukiem witany.
 Pak — tak — cyka zegar.
 Nihil novi sub sole.


 Herwin nie raczył zważać na niebezpieczeństwa. Gdy żołnierze jego leżeli w rowach, pilnował, aby się kryli jak najstaranniej, nie szafowali zbyt hojnie drogą krwią, sam zaś przechadzał się po okopach niedbały i spokojny.
 Pewnego razu zjawił się żołnierz z oddziału telefonów polowych i zapytał, w którem miejscu komendant każe ustawić aparat. Herwin wskazał na wierzbę, rosnącą tuż obok stanowiska. Kulki świstały pomiędzy gałęziami i raz wraz odpadała gałązka, ścięta niby ręką niewidzialnego widma. Zdumiony żołnierz zapytał, któż będzie przesyłał raporty z tak niebezpiecznego stanowiska. Ja — odpowiedział Herwin, jakby nie widział grozy niebezpieczeństwa. Żołnierz umieścił telefon przy wierzbie, a Herwin podchodził do aparatu, gdy dzwonek jęknął, słuchał i porozumiewał się z kwaterą Piłsudskiego.


 No — z zadowoleniem westchnął ten z „tikiem“ i umilkł, pogrążając się w zadumie po ostatnim kieliszeczku.
 — Tak — mlasnął wargami drugi.
 — Ajakże — przytaknął mu z głębokiem przeświadczeniem ostatni.
 Bzy — bzy — bzy — bzy — bzyczała mucha.
 I panowała głęboka cisza wśród poplamionych ścian, nad zakurzonemi, jak dusze starych kawalerów, ciastkami i nad głowami trzech mężów.
 Nareszcie jeden z nich ociężałym ruchem złożył dłoń na stoliku i zaczął palcami przebierać. Coraz wyraźniej, coraz mocniej, aż i wargi drgnęły.
 — Ta — ra — ra — jął nucić zachwycającym tenorem.
 — Bum — bum — bum — podtrzymał go bas z „tikiem“.
 — Hi — hi — hi — chrapliwie sekundował nos podobien truskawce.
 Tylko mucha jeszcze bzyczała i zegar jeszcze cykał.


 Nareszcie kula przeznaczona dosięgła Herwina. Padł odrazu i cicho. W płaszcz żołnierski zawinęli go żołnierze i ponieśli za linię, by grób znaleść, mogiłkę usypać i znak zatknąć. Nieśli go wzdłuż kwatery wodza, który rzewnem spojrzeniem i pozdrowieniem żołnierskiem żegnał bohatera. A na pogrzebie grały armaty, a nad mogiłą szumiała brzoza — płaczka.... spij rycerzu! W cichym grobie niech się Polska przyśni tobie... ta, dla której dałeś ledwie rozkwitłe ciało i za którą ducha wysokiego i wzniosłą myśl wyzionąłeś.... rycerzu! odkupicielu słabych i niewiernych....


 Jakżeż to? Beztroska, zaspana nuda tych tu — i krwawa wzniosłość Herwinów? Tak — to. Są oni w jednym narodzie i w jednej godzinie, niby grudy złota, leżące w ziemi pośród warstw błotnistej gliny.
