Zygmunt Kisielewski

WYMARSZ STRZELCÓW Z KRAKOWA


Działo się to 6 sierpnia 1914 roku.
 Na krakowskiem błoniu dziwna jakaś odbywała się sprawa. Stały naprzeciwko siebie dwa tłumy ludzi, uszeregowanych po wojskowemu, a w środku między nimi widać było pięćdziesięcioletniego męża. Czytał on, głosem donośnym wywołując imiona i nazwiska. Po każdem nazwisku odrywał się z jednej albo z drugiej gromady wywołany żołnierz i stawał opodal w szeregu wybranych. Trwało to jakieś pół godziny. Poczem czytający odłożył papier, zdjął małą, płaską czapkę z głowy i gromkim głosem zawołał w ciszy, w stronę oddziału, składającego się z wybranych:
 — Jutro o godzinie czwartej rano wyruszycie w kierunku granicy rosyjskiej. Żołnierze pierwszej kompanii! Polska powierza wam pierwszym chwałę i zaszczyt walczenia z wrogiem. Macie się bić, umierać i zwyciężać dla Ojczyzny! Hasło wasze: Śmierć Rosyi!
 Na te słowa zakołysało się mrowie Strzelców. Najpierw słychać było tylko jakby powszechny szloch radości, że już, że nareszcie pójdą... Szepty, słowa i westchnienia zaszumiały w szeregach. Zakotłowało się w oddziałach i naraz wydarł się z pośród tysiącznej gromady ogromny krzyk:
 — Śmierć Rosyi!
 Zaledwo przebrzmiał, gdy z szeregów oddziału, stojącego po lewej stronie komendanta, wypadł siwiejący już, małego wzrostu żołnierz, podbiegł do wodza i błagającym głosem zaczął prosić:
 — Komendancie! Puśćcie mnie! Ja chcę z nimi pierwszy... na Moskala!... Komendancie!....
 Ale prośba żołnierza zaginęła, bowiem za przykładem jednego opadli Komendanta inni, dopraszając się o tę samą łaskę. Jedni prosili, inni chwytali go za ręce, inni stali w milczeniu, mówiąc tylko spojrzeniem. Byli i tacy, którzy padali w rozrzewnieniu na kolana, domagając się zaszczytu należenia do „pierwszej kadrowej“. Niepodobna było już dosłyszeć oddzielnych wyrazów, bo wszystkie zmieszały się w jeden proszalny głos: Komendancie!
 — Baczność! Formuj się!...
 Na ten rozkaz rozpierzchli się żołnierze, jak stado wróbli na widok jastrzębia. Wnet stanęły kompanie w szyku.
 Komendant nałożył czapkę, sprezentował broń i huknął:
 — Pierwsza kompania wyruszy jutro o godzinie czwartej rano. Kompania druga wyruszy jutro w południe. Kompania trzecia i czwarta wieczorem....
 I tak, wyznaczywszy termin wszystkim oddziałom, umilkł na sekundę — poczem krzyknął:
 — Obywatele żołnierze! Polska
 niech żyje!
 Polska niech żyje! — odgrzmiało mu z tysiąca piersi żołnierskich.
 Tak wychodziły z Krakowa na wojnę z Moskalem pierwsze kompanie Strzelców.
 Tak wysyłał ich na bój Komendant ich Józef Piłsudski.
