MARYA KONOPNICKA

O KRASNOLUDKACH I O SIEROTCE MARYSI




Wstęp

Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie!

Naród wielce osobliwy.
Drobny, — niby ziarnka w bani:
Jeśli które z was nie wierzy,
Niech zapyta starej niani.

W górach, w jamach, pod kamykiem,
Na zapiecku czy w komorze,
Siedzą sobie Krasnoludki
W byle jakiej mysiej norze.

Pod kominem — czy pod progiem —
Wszędzie ich napotkać można:
Czasem który za kucharkę
Poobraca pieczeń z rożna...

Czasem skwarków porwie z rynki,
Albo liźnie cukru nieco,
I pozbiera okruszynki,
Co ze stołu w obiad lecą.

Czasem w stajni z bicza trzaśnie,
Koniom splata długie grzywy,
Czasem dzieciom prawi baśnie...
Istne cuda! Istne dziwy!

Gdzie chce — wejdzie, co chce — zrobi,
Jak cień chyżo, jak cień cicho,
Nie odżegnać sie od niego,
Takie sprytne małe licho!

Zresztą, myślcie, jako chcecie.
Czy kto chwali, czy kto gani,
Krasnoludki są na świecie!
Spytajcie się tylko niani.




Jak nadworny kronikarz króla Błystka
rozpoznawał wiosnę.



I.

Zima była tak ciężka i długa, że miłościwy Błystek, król krasnoludków, przymarzł do swojego tronu. Siwa jego głowa uczyniła się srebrną od szronu, u brody wisiały lodowe sople, brwi najeżone okiścią stały się groźne i srogie; w koronie, zamiast pereł, iskrzyły krople zamarzniętej rosy, a para oddechu osiadała śniegiem na kryształowych ścianach jego skalnej groty. Wierni poddani króla, żwawe krasnoludki, otulali się jak mogli w swoje czerwone opończe i w wielkie kaptury. Wielu z nich sporządziło sobie szuby i spencery z mchów brunatnych i zielonych, uzbieranych w boru jeszcze na jesieni, z szyszek, z huby drzewnej, z wiewiórczych puchów, a nawet z piórek, które pogubiły ptaszki, lecący za morze.
 Ale król Błystek nie mógł się odziewać tak ubogo i tak pospolicie. On zimą i latem musiał nosić purpurową szatę, która od wieków służąc królom krasnoludków, dobrze już była wytarta i wiatr przez nią świstał. Nigdy też, za nowych swoich czasów nawet, bardzo ciepłą szata owa nie była, ile że z przędzy tych czerwonych pajączków, co to wiosną po grzędach się snują, utkana, miała zaledwie grubość makowego listka.
 Drżało więc królisko srodze, raz wraz chuchając w ręce, które mu tak zgrabiały, że już i berła utrzymać w nich nie mógł.
 W kryształowym pałacu, wiadomo, ognia palić nie można. Jakże?! Jeszcze-by wszystko potrzaskało: posadzki i mury.
 Grzał się tedy król Błystek przy blasku złota i srebra, przy płomieniach brylantów, wielkich jak skowrończe jaja, przy tęczach, które promyk dziennego światła zapalał w kryształowych ścianach tronowej sali, przy iskrach, lecących z długich mieczów, któremi wywijały dzielne krasnoludki, tak z wrodzonego męstwa, jak i dla rozgrzewki. Ciepła wszakże z tego wszystkiego było bardzo mało, tak mało, że biedny stary król szczękał zębami, jakie mu jeszcze pozostały, z największą niecierpliwością oczekując wiosny.
 — Żagiewko, mówił do jednego z dworzan — sługo wierny! Wyjrzyj no na świat, czy nie idzie wiosna?
 A Żagiewka kornie odpowiedział:
 — Królu, panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko!...
 Pokiwał król głową, a po chwili znów skinie i rzecze:
 — Sikorek! A może ty wyjrzysz?

 
 
 Ale Sikorkowi nie chciało się na mróz wystawiać nosa. Rzeknie tedy:
 — Królu, panie! Nie pora na mnie, aż pliszka ćwierkać zacznie. A do tego jeszcze daleko!...
 Pomilczał król nieco, ale iż mu zimno dokuczało srodze, skinie znów i rzecze:
 — Biedronek, sługo mój! A tybyś nie wyjrzał?
 Wszakże i Biedronkowi nie pilno było na mróz i zawieje. I on się kłaniał i wymawiał:
 — Królu, panie! Nie pora na mnie, aż się pod zeschłym listkiem śpiąca muszka zbudzi. A do tego jeszcze daleko!...
 Król spuścił brodę na piersi i westchnął, a z westchnienia tego naszła taka mgła śnieżysta, że przez chwilę w grocie nic widać nie było.
 Tak przeszedł tydzień, przeszły dwa tygodnie, aż pewnego ranka jasno się jakoś zrobiło, a z lodowych soplów na królewskiej brodzie jęła kapać woda.
 We włosach też śnieg tajać zaczął, a okiść szronowa opadła z brwi królewskich, i zmarzłe kropelki, u wąsów wiszące, spłynęły niby łzy.
 Zaraz też i szron ze ścian opadać zaczął, lód pękał na nich z wielkim hukiem, jak kiedy Wisła puszcza, a w komnacie zrobiła się taka wilgoć, że wszyscy dworzanie, wraz z królem, kichali jakby z moździerzy.
 A trzeba wiedzieć, że krasnoludki mają nosy nielada.
 Sam to naród nieduży: jak krasnoludek but chłopski obaczy, staje, otwiera gębę i dziwuje się, bo myśli, że ratusz. A jak w kojec wlezie, pyta: „co za miasto takie i którędy tu do rogatek?” A wpadnie w kufel kwarciany, to wrzeszczy: „Rety! bo się w studni topię!”
 Taki to drobiazg!...
 Ale nosy mają na urząd, że i organiście lepszego do tabaki nie trzeba. Kichają tedy wszyscy, aż się ziemia trzęsie, życząc sobie i królowi zdrowia.
 Wtem chłop po drwa do boru jedzie. — Słysząc owo kichanie, mówi:
 — Oho, grzmi! Skręciła zima karku! — bo myślał, że to grzmot wiosenny. Zaraz konia przed karczmą zawrócił, żeby grosza na drzewo nie utracać i przesiedział tam do wieczora, rachując i rozmyślając, co kiedy robić ma, żeby mu czasu na wszystko starczyło.
 Tymczasem odwilż trwała szczęśliwie. Już około południa wszystkim krasnoludkom poodmarzały wąsy.
 Zaczęli tedy radzić, kogoby na ziemię wysłać, żeby się przekonał, czy jest już wiosna.
 Aż król Błystek stuknął o ziemię berłem szczerozłotem i rzekł:
 — Nasz uczony kronikarz Koszałek-Opałek pójdzie obaczyć, czy już wiosna przyszła.
 — Mądre królewskie słowo! — zakrzyknęły krasnoludki i wszystkie oczy obróciły się na uczonego Koszałka-Opałka.
 Ten, jak zwykłe, siedział nad ogromną księgą, w której opiewał wszystko, co się od najdawniejszych czasów zdarzyło w państwie krasnoludków, skąd się wzięli i jakich mieli królów, jakie prowadzili wojny i jak im się w nich wiodło.
 Co widział, co słyszał, to spisywał wiernie; a czego nie widział i nie słyszał, to zmyślił tak pięknie, iż przy czytaniu tej księgi serca wszystkim rosły.
 On to pierwszy dowiódł, iż krasnoludki, ledwie na piędź duże, są właściwie olbrzymami, które się tylko tak kurczą, żeby im mniej sukna wychodziło na spencery i płaszcze, bo teraz wszystko drogie.
 Krasnoludki tak dumni byli z kronikarza swego, że gdzie kto jakie zielsko znalazł, zaraz mu wieniec plótł i na głowę wkładał, tak, iż mu te wieńce resztę rzadkich włosów wytarły, i łysy był jak kolano.



Wyprawa Podziomka.



I.

  Tymczasem zapasy pożywienia tak się wyczerpały w Kryształowej Grocie, że na jednego Krasnoludka dawano na dzień niecałe trzy ziarnka grochu. Przychodziło stąd oczywiście do różnych kłótni i do bójek nawet, jak zwykle bywa tam, gdzie jest i głodno i chłodno.
 Nie było dnia, żeby w Grocie nie zrobiła się jakaś awantura.
 To Biedronek z Żagiewką się poczubił, to Pietrzyk z Kozubkiem, to Słomiaczek z Purchawką, to znów wszyscy razem, póki Mikuła i Pakuła, co w grocie strażnikami byli, nie zabrali całej kompanii do kozy.
 Ale najbardziej hałasował i przykrzył sobie te ciężkie czasy Podziomek. Jadł za czterech, a ciągle narzekał, że głodny.
 Ten Podziomek miał niegdyś osobliwy przypadek.
 Trzeba wiedzieć, że Krasnoludki niezawsze pod ziemią siedzą. Chętnie mieszkają we wsi, to pod zapieckiem, to pod progiem chaty, a gdzie gospodyni niedbała, gdzie garnki nie nakryte, łupiny nie wymiecione, przędza byle gdzie leży, ser nie wyciśnięty w porę, pomyje nie wylane, drób nie policzony, — to figlarze Krasnoludki much natopią w barszczu, śmiecie z kątów na środek izby wymiotą, twarogu ujedzą, nici na motowidle splączą, kury z kojca wypuszczą, cebrzyk przewrócą, — co mogą, to napsocą, i dalej pod zapiecek!
 Kiedy gospodyni dzieciątko w kolebce zostawi, a sama na plotki do sąsiadek bieży, zaraz Krasnoludki dziecko takie zamienią, swoje podrzucą, a to chwycą, u siebie wychowają i służyć sobie każą.
 Taki podrzucony Krasnoludek nie rośnie, tylko mu głowa coraz większa i cięższa się robi, a tak jest łakomy, że go niczem nasycić nie można.
 Miała raz jedna baba we wsi małego Jaśka. Śliczny był chłopaczek.
 Włoski jak lenek, oczęta jak chabry, ustka jak poziomka. A zdrów był i wesoły, niby rybka w wodzie. Już to musiało mu coś bardzo dolegać, jeśli zapłakał czasem; a choć dopiero pół roku żył na świecie, uśmiechał się do matki, wyciągał rączyny i tak się trzepotał, jak ptaszek.
 Ale matka rzadko kiedy przy nim posiedziała, tylko raz wraz do sąsiadek na gawędy biegła. Tu stanie, tam siądzie, a jak się zagada, to i o garnkach niepomytych i o chustach niepopranych, o wszystkiem przy owem gadaniu zapomni, nawet o Jaśku.
 Wpadły raz Krasnoludki do izby, patrzą: drzwi otwarte, gospodyni niema, prosięta po kątach ryją, a dziecko w kołysce płacze.
 Zaraz je chwycili, do swego podziemia zanieśli, a swego Podziomka, brodę mu pięknie zgoliwszy, w kolebkę włożyli.
 Przychodzi matka, patrzy, co za dziecko takie? Głowa jak dynia, twarz pomarszczona, oczy na wierzchu, a nogi krótkie, jakby u kaczęcia.
 Przelękła się baba.
 — Tfu! Na psa urok! — mówi i oczy przeciera, bo myśli, że jej się tak tylko wydaje.
 A ten jak nie wrzaśnie: — jeść!
 — Jaśku! — mówi matka — Jaśku! — a on patrzy tylko na nią z podełba i krzyczy: jeść i jeść!
 Nakarmiła go, ukołysała, myśli: spać będzie. Ale gdzietam! Ledwie baba na krok od kołyski, ten w krzyk: jeść i jeść!
 Było tego do wieczora jeszcze z dziesięć razy. Zachodzi baba w głowę, co się dziecku stało, że taki nienajadek z niego, ale się domyśleć nie może. Włożyła mu w jedną rękę kawał chleba, w drugą marchew — no, usnął jakoś.
 Ale nazajutrz, skoro świt, to samo: jeść i jeść!
 — A czy cię wilk ślepiami obświecił, że się też najeść nie możesz! — myśli baba, karmiąc go, a precz się dziwuje, co za odmiana taka! Toć ten Jaśko dotąd jadł tyle, że i za wróbelka nie pojadł, a teraz głodny ciągle.
 Nic, tylko przy kołysce stój i do gąbki mu podawaj. Łyka jak stary, wytrzeszcza oczy jak żaba, ze wszystkiem inszy, jakby nie ten sam.
 Przeszło tak kilka dni, przeszedł tydzień. Aż tu widzi baba, że co w garnku zostawi, czy klusków, czy grochu, a wyjdzie z izby, to zaraz jej wszystko coś pozjada.
 — Co takiego się tu dzieje? — mówi baba i aż w głowę od dziwu zachodzi.
 Myślała, że kot. Obiła kota, do komory go zamknęła, — poszła. Wraca, a tu garnki puste, rynka wylizana, z okrasy nic nie zostało.
 Idzie do komory, patrzy: kot siedzi, jak siedział, a miauczy okrutnie, bo mu aż boki wpadły, taki głodny. Widzi baba, że nie kot, więc Kruczek chyba!


 A miała przy chałupie czarnego psiaka, co się Kruczek wabił. Nuż go okładać kijem. Psiak skomli, bo mu się krzywda dzieje: ból w kościach nieznośny, sień zamknięta, uciec niema kędy, a baba co go grzmotnie, to krzyczy: „A nie rusz! a wara!” Kręci się Kruczek, piszczy, radby się w ziemię schować, aż się baba zmachała i kij cisnęła. Tak dopieroż Kruczek niebożę ogon pod siebie, a skomląc okrutnie, do obórki się powlókł — i tam obite boki lizał do wieczora.
 Nazajutrz baba i kota i Kruczka w komorze zamyka, garnki w piec wstawia i do sąsiadki idzie.
 Posiedziała trochę u sąsiadki, pogadała, wraca, a tu sądny dzień w chałupie!
 Kot z psem drą się w komorze tak, że aż sierść pod pułapem lata, a w izbie piec otwarty, garnki próżne, rynka wylizana z omasty, jakby ją kto umył, a dzieciak w kołysce krzyczy, aż się rozlega!
 Chwyciła się baba za głowę z wielkiego frasunku, ale ją zaraz potem złość wzięła, więc tylko pięść o pięść trzasnąwszy, mówi:
 — Czekajże, zła psoto! Już ja cię upatrzę!
 I cała w myślach do kołyski podeszła, bo ów podrzutek darł się w niebogłosy.
 Karmi go biedne matczysko, a łzy jej kapią z oczu, gdy na dziecko spojrzy: tak jej się Jaśko odmienił! Dawniej z nim przed chatą siadała na progu, a kto przeszedł, to chwalił, jako że takiego dziecka daleko było szukać.
 Teraz go ludziom pokazać nie śmie, takie się zrobiło poczwarne straszydło.
 Nie uśmiechnie się, nie zagwarzy, rączek do matczynych korali nie wyciągnie, tylko leży odęte, namarszczone, łyse, jakby co starego.
 Rość też nie rośnie, tylko ta głowa wielka i ciężka sterczy mu jak dynia.
 Istna pokraka!
 Już mu i urok odczyniała, trzy węgielki żarzące, trzy kruszyny chleba na wodę rzucając; już go i w hebdzie kąpała, które to ziele od złych oczu bardzo jest pomocne; już go i baźkami z kwietniowej palmy okadzała, i wiórzyskiem z wypróchniałej wierzby, co na rozstaju rosła, — nic nie pomogło.
 A tu teraz w dodatku taka utrata! Nagotuje jadła, jakby na dwóch chłopów, a wychyli się z izby, to i na nią jedną w garnku nie zostanie.
 — Dzieciak, jak dzieciak, — mówiła rozżalona kobieta, — wola i dopust Boży! Ale co tego wyjadania, to nie daruję! Żeby nie wiedzieć co — nie daruję!


Król Błystek opuszcza Kryształową
Grotę.



I.

Noc była ciepła, cicha, do rana jeszcze daleko, kiedy wracający z jarmarku Piotr Skrobek nagłą jasność przed sobą obaczył. Ot, poprostu, jakby się coś pod skałką paliło.
 — Co takiego? — myśli Skrobek — ogień nie ogień? A może się skarb czyści? Wszakci to powiadają starzy ludzie, że tu, w tych skałkach z dawności zbójniki mieszkały, złoto, srebro, rabowały, a w ziemię kryły. Tu jużci nie co, tylko ten święty ogienek te pieniądze z krzywdy ludzkiej czyści... Sto lat tak musi. A jak sierocki grosz, to dwieście... Dopieroż jak się ta krzywda wypali, to człeku się taki skarb da wziąć. Tyle, że trza też ubogim i sierotom z niego użyczyć, inaczejby zmarniał. Oj, żeby tak na mnie trafiło!...
 Zaciął biczem swoją szkapinę i prosto na tę jasność jechał.
 — Zginie? Nie zginie? — myślał sobie jadąc. — Jak czas nie przyszedł jeszcze to i zginie.
 Ale jasność nie znikała; owszem, coraz wyraźniej zaczęły bić z pod skałki cudne, tęczowe blaski, właśnie jak kiedy promień słońca w kroplach rosy się załamie.
 W ubogim Skrobku serce silnie dygotać zaczęło. Chłopina biedny był, jak mysz kościelna, a w domu miał dwoje jasnych chłopiąt, dwie sieroty, które matka mu zostawiła, pożegnawszy ten świat przed półrokiem. Te dzieci, biedna chałupina, ta szkapa i wózek ten, toć całe mienie jego.
 Na furmanki się najmował, za groszem się po świecie uganiając, ale i tak niezawsze chleba w chacie było dość. Oj, przydałżeby się, przydał, jaki talar biały!
 Jedzie niebogi Skrobek i modli się w duchu, a rozmyśla, jakby to zagon ziemi od sąsiada kupił, kartofle na nim sadził, dziecięta swoje żywił; kiedy spojrzy nagle, a w tej jasności rusza się i uwija gromada maluśkich człeczków, ot tycich, że to ledwie zdaleka przy ziemi widać: długie brody, ubiory dziwaczne, a zresztą jak ludzie.
 — Krasnoludki! — szepnie Skrobek, któremu nagle mrowie przeszło po grzbiecie, i zaraz targnął postronkiem, żeby skręcić na stronę, bo takim zawsze lepiej z drogi zejść.
 Ale już go ta ciżba obskoczyła i dalej krzyczeć:
 — Hej!... hej!... gospodarzu! A podwieźcie no nasze manatki!
 I nie czekając, co chłop powie, nuż się na wóz drapać!
 Jeden lezie po rozworze, drugi po szprychach koła, inszy się czepia półdrabka, tamten po dyszlu się skrobie. Czysta napaść!
 Stanął chłop, patrzy, co z tego będzie, markotno mu jakoś na duszy, i boi się i wstyd mu takiego drobiazgu się bać... Co tu robić teraz?
 Ale nie było dużo czasu na rozmysły, bo ledwo jedni stanęli na wozie, wnet inni podawać im zaczęli przedziwne jakieś szkatuły i skrzynie, z których to biły owe blaski tęczowe, a jeszcze insi ciskali na wóz coś, jakby sztaby złota i srebra, tak właśnie, jakby to było zwyczajne żelaztwo.
 Brzęczało to wszystko, dzwoniło i świeciło w oczy tak, że chłop prawie od rozumu odchodził i niebardzo już sam teraz wiedział, czy mu się to tak śni tylko, czyli też naprawdę takie dziwy widzi.
 Tu mu ogniem buchną ze skrzyni czerwone kamienie, niby rubiny, kamień w kamień jak przepiórcze jajo; tu się aż modro w powietrzu zrobi od niebieskich szafirów, tak przednich, że jak niebo świecą; tu nagle zielone światło obejdzie wszystkie twarze od szkatuły pełniutkiej zielonych szmaragdów; tu perły, tu pierścienie, aż oczy rwie, niewiadomo na co pierwej patrzeć.

 Kręciły się Krasnoludki między tem bogactwem w przeróżnej barwie, żywo, składnie, a tak pstro, jak kiedy tulipany zakwitną na wiosennej grzędzie.
 PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 200.png
 Już wóz był pełen prawie, już reszta skrzynek i sepetów przed skałką wyniesiona stała, kiedy wtem zajaśniało światło tak wielkie i cudne, jak jutrzenna gwiazda. Zasłonił ręką oczy Skrobek od nagłego blasku, a kiedy znów spojrzał, zobaczył wychodzącego z groty króla Krasnoludków, w złotej koronie, w purpurze i ze złotem berłem, z którego świecił ogromny dyament, rzucający jasność tak wielką, że zrobiło się widno jak we dnie.
 Struchlał Skrobek, bo takiego majestatu jako żyw nie widział, a co króla, to znał tylko z szopki, Heroda, co go chłopięta obnosiły po wsi na gody.
 Zaląkł się tedy tak, że nie wiedział sam, co robić: czy temu maluśkiemu królowi pokłon dać, czy uciekać zgoła?
 Aż wtem król skłonił berłem dobrotliwie i rzecze:

— Witaj dobry człowiecze!
Bóg cię weź w swoją pieczę!
Śpiesz się, nim noc uciecze!
 I zaraz począł na wóz siadać, w czem mu pomagali dworzanie, kwapiąc się około majestatu królewskiego, by mu służyć.
 Ale z tem wsiadaniem wcale nie łatwo było. Płaszcz purpurowy czepiał się półkoszka, berło się zahaczyło o luśnię, korona omal że nie spadła z królewskiej głowy, a złotem tkane, czerwone pantofle poginęły w sianie.
 Gramoliło się królisko, jak mogło, ale największą zawadą był mu w tem paź nadworny, Krężołek, który jak klocek ciężki, ledwo się obracał, i, to królowi na płaszcz następował, to mu ową purpurę w tył nadto ciągnął, to pantofli w sianie szukając, plackiem na króla padał, i tak się wszystkim pod nogami plątał, jak piąte koło u woza.
 Świętej cierpliwości był ten król, że takiego gamonia trzymał przy swojej osobie!
 Tymczasem Skrobek, widząc, że mu się nic złego nie dzieje, ochłonął ze strachu zupełnie i rozśmiał się w kułak, patrząc na ucieszne owe widowisko, jakby na jasełka. O Krasnoludkach słyszał nieraz, że po dobroci najlepiej z nimi, bo jak sobie upodobają kogo, to mu najmniejszej szkody nie przyczynią, owszem, obdarzą jeszcze.
 Wszakci jego dziad nieboszczyk powiadał, że Krasnoludki takie, które też „Ubożęta” albo „Skrzaty” zowią, chętnie u ludzi dobrych mieszkają, gdzie za piecem, albo w mysiej norze siedząc i stamtąd nocą na izbę wychodząc: a jaka w chacie robota jest, w takiej pomagają.
 To masło za gospodynię ubiją, to chleb rozczynią, to na kołowrotku przędą tak cudnie, że się ta przędza, jak srebro mieni.
 Czasem i z izby wyjdą, do stajni zajrzą, koniom drobniutko grzywy posplatają, zgrzebłem wyczyszczą, że się na nich ta siartka, jak woda świeci...
 Jest żniwo, to na miedzy taki sobie siądzie i buja dziecko w płachcie, u gałęzi wierzbowej uwiązanej, żeby dobrze spało, a matce, zgiętej z sierpem na zagonie w pracy nie wadziło.
 Zakwili dziecko, to mu śliczne pieśni śpiewają, a jak potem takie chłopię urośnie, to mu się te pieśni niewiedzieć skąd w myśli biorą, właśnie, jakby mu je kto podszeptywał.
 To się ludzie insi dziwią i mówią:
 — Co za chłopak taki! Chodzi, a śpiewa, a na fujarce gra, jakby go kto uczył!
 A nie wiedzą, że on tylko tak przypomina sobie, co tam za małych dni swoich, u gałęzi uwieszony, od Krasnoludków zasłyszał...
 Powiadał dziadek, że jego samego Krasnoludki tak śpiewać uczyły i zawsze im okruszyny chleba albo i twarogu na ławie zostawiał, bo z ziemi takie jeść nie chcą, jako że swój honor mają.
 Przyszedł zaś Wielki Czwartek, albo Wielki Piątek, a w chacie szykowali święcone, to każdej strawy, czy kołacza, czy kiełbasy, zawsze uszczknął nieco i tym maleńkim pomocnikom na brzeżku ławy kładł.
 Mnożyło mu się też dobro wszelkie i gospodarstwo tęgo szlo; konie były jak łanie, na owcach runa jak strzecha, krowy tak mleczne, że drugich takich w całej wsi nie było, co i nie dziw, bo babka nieboszczka zawsze przy dojeniu zostawiała nieco mleka w łupince orzechowej dla tych „ubożąt” swoich.
 I tak było długo, póty, póki nie pomarli starzy, póki za nimi i ojciec Skrobka nie pomarł. Dopieroż nad sierotami opiekę stryj wziął, porządki dawne skasował, gospodarkę prowadził siak tak, o dobytek nie dbał, a ku sobie, co się dało, garnął.
 Aż i przyszło na biedę ostatnią i na sierocką krzywdę, co to aż do nieba woła.
 A wtedy wszyscy widzieć to mogli, jak się w biały dzień Krasnoludki z zapiecka wyniosły, przez izbę, przez próg, het, w świat pomaszerowały, a z nimi reszta dobra poszła... Sierotom nie zostało nic, a stryj się ich krzywdą i tak nie zbogacił.
 Tak sobie rozmyślał Skrobek, na uboczu stojąc, a Krasnoludki tymczasem resztę skrzynek i szkatuł na wóz poładowawszy, królowi swemu miejsce na wozie uczyniły godne i aksamitem drogim siedzenie mu okryły, poczem co dostojniejsi z drużyny na wóz poniżej króla siedli, a insi, poczepiawszy się, jak który mógł, do drogi naglić i wołać poczęli:

Na dyszel, na rozworę
Siadł król w dobrą porę,
Na dyszlu, na rozworze
Jedź, jedź, w imię Boże!
 — A jakże to mam jechać? — pyta rezolutnie Skrobek, który już zupełnie tego pierwszego strachu zbywszy, dobrej myśli począł być — w prawo, czy w lewo?
 A oni:

Kamień w lewo, kamień w prawo,
Jedźże prosto, jedźże żwawo!...
 Więc znowu Skrobek:

 — I gdzież to pojedziem?
 PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi 208.png
 A znów oni:

Na pola, na gaje,
Na łąki, ruczaje,
Na ciepłe wyraje!...
 Podrapał się Skrobek w głowę i pyta:
 — A cóż za furmankę dostanę?
 Odpowiadają:

— Główeczkę makową,
Toli dobre słowo!...
 Na to Skrobek:
 — Nie idzie! Niema zgody! Koń mój, wóz mój i co na nim moje!...
 Ale Krasnoludki zakrzykną:

Koń twój, wóz twój,
A co na nim — nasze!
Kiep ten, kto da
Dmuchać sobie w kaszę!
 I nuż trzaskać w szable.
 — Niechże będzie po połowie! — chłop na to.
 A wtem król Błystek:
 — Człowieku! — rzecze cichym głosem — żebyś ty tych skarbów nie połowę, ale tysiąc tysiąców tysiączną cząstkę miał, toby zguba twoja była! Wielkie bogactwo powala człowieka tak, jak wielka niemoc. Siłę mu z ciała bierze, ducha z piersi wyciska, z dobrej drogi zbija.
 A tuż Krasnoludki chórem:

— Hej bogacz! ladaco.
Ten brzydzi się pracą,
Choć żyje — to na co?
 Kiedy umilkli, rzekł król Błystek dalej:
 — Nie dała też ziemia matka ludziom wszystkich skarbów swoich, tylko nam, małym służebnikom swoim, co ich strzeżem, a nie bogacim się niemi; co pereł nie mieniamy na łzy ubogich, brylantów nie przedajem, ani kupujem, złota na dukaty nie bijem, tylko blaskiem owych bogactw ciesząc oczy nasze, chwalimy tę ziemię matkę i straż pilną u jej skarbów czynimy.
 Na to chłop:
 — Kiedyć już królisko takie łaskawe, to niechże wiem, skąd się te skarby biorą?
 A król:
 — Wszelkie skarby biorą się w ziemi, z tego, co opuści i poniecha człowiek. Odrobiny niespożytego czasu mienią się w szafiry; odrobiny niespożytego chleba — w perły najjaśniejsze; odrobiny siły, co się nie obróciła na dobre, ni sobie, ni komu, w szczere idą złoto. Gdyby człowiek okruszyn takich nie upuszczał i nie poniechiwał, skarby te byłyby jego. A tak idą w ziemię i my tam ich strzeżem.
 Otworzył na to Skrobek gębę szeroko i pyta:
 — To wy ze ziemi? Jak te ślepe krety? Loboga!...
 A król:
 — Z ziemi wszystko idzie: i małe i wielkie siły. Każdemu ziemia tyle mocy da, ile jej w siebie wziąć może!
 — I cóż wy tam robita? — rzecze chłop.
 A Krasnoludki chórem:

— Liczym ziarna piasku,
Liczym krople w zdroju,
Krople rosy w trawie,
Krople potu w znoju!
Liczym kwiaty w łąkach,
Liczym liście w borze,
Zapisujem pięknie
Na brzozowej korze!
 — Tfu! — splunie na to Skrobek. — Rejment muchów i z gadaniem takiem! A co ja z tego rozumiem? Niechże tam już królisko każe tej swojej czeladzi cicho siedzieć, bo tylko człowiekowi mąt w głowie tem śpiewaniem robią, a ja, jak mam jechać, to pojadę, żebym jeno wiedział, gdzie i za co?
 Tu zebrał lejce w garść i na szkapę cmoknął, gotując się przy wozie iść, gdyż na niego miejsca już nie stało!
 — Jedź w spokoju, dobry człowieku — rzekł król, i berłem skinie. — Nagrodzim tobie według pracy twojej, nie będzie ci krzywdy.
 — Niechże ta! — odezwie się Skrobek. — Zdawam się na królewskie słowo! Dokądże zajedziem?
 Zaroiły się Krasnoludki od tego pytania, niby pszczoły w ulu; jeden radził to, drugi owo; cichy głos starego króla ledwie się słyszeć dawał w tym rozgwarze, jaki między sobą czynili.
 Nagle podniósł głos Koszałek-Opałek i tak mówił:
 — Iż żadne królestwo bez mądrości być nie może, a mądrości bez spisywania ksiąg niema, przeto wnoszę, aby nas ten dobry kmieć tam powiózł, gdzie najwięcej gęsi, iżbym sobie nowe pióro mógł wyszukać i nową sławę uzyskać.
 Ale Podziomek, który się w siano tak był zapadł, że ledwo mu nos było widać, porwał się na to i rzecze:
 — Na nic robota taka! Co mi po mądrości i po sławie, kiedy będę głodny? Pełny żołądek to grunt! Reszta — torby kłaków nie warta!
 Tu zwrócił się do króla i rzecze:
 — Jeśli chcesz, Miłościwy królu, spokój w państwie mieć, o to najpierw dbaj, żeby głodnych w niem nie było! Więc moja rada taka: Jak nas ten chłop ma wieźć, niech nas wiezie tam, gdzie w kominie kasza wre, a skwarki skwierczą! Inaczej niema zgody!
 — Tak, tak! — krzyknęli insi — niema zgody, niema!
 I robił się coraz większy huk, tak, że ten cały wóz wyglądał bez mała jak ratusz, kiedy się na nim mieszczany powadzą.
 Co gdy trwało, skinął król stary jasnem swojem berłem i rzecze:
 — Jak niema zgody, to niech będzie rozkaz!
 I obróciwszy się do Skrobka, dodał:
 — Wieź nas, dobry człowieku, gdzie jest wola twoja.
 Uśmiechnął się na to Skrobek chytrze i zmrużywszy lewe oko, prawem na Podziomka spojrzał.
 — Czekajże, ty grubusie! — pomyślał — inszych jak inszych, powiozę z tym to króliskiem, tak, żeby syci byli. Ale ciebie nigdzie nie dam tylko do Głodowej Wólki. Już ty tam ścienkniesz... Nie bój się!
 Tu palnął z bicza i ruszyli w drogę.


Podziomek spotyka sierotkę Marysię.


Za górami Karpatami
Za trójpuszczą, za głęboką,
Stała sobie mała chatka,
Chatka zwana „Boże Oko”.
Nikt już dzisiaj nie pamięta,
Kto ją nazwał tak i czemu:
Że był nad nią lazur nieba
Oku podobny Bożemu;
Czy, że rankiem, co najwcześniej,
Wyzłacała się tu zorza,
I na strzechę blaski siała,
Jak źrenica jasna Boża;
Czy że strumień tu błękitny
Tak spokojnie cicho płynie,
Jakby oko się niebieskie
Przeglądało w wód głębinie;
Czy że gwiazdka drobna, jasna,
Tli nad chatą w letnim zmroku,
Jakby srebrna łza litości
Zaświeciła w Bożem oku...
Czy tu dola, czy niedola
Błysła światłem, padła cieniem,
A człek, oczy w niebo wzniósłszy,
Z Bożem spotkał się wejrzeniem?...
Tak czy owak, dość że stała,
Za trójpuszczą, za głęboką,
Za górami Karpatami
Chatka, zwana: „Boże Oko”.



Dobre czasy.



Gdzie nas ten człowiek powiezie? — mówiły sobie Krasnoludki, siedząc na wozie ubogiego Skrobka, i kłopocząc się o dwóch swoich towarzyszów: Podziomka i Koszałka-Opałka, którzy gdzieś w drodze przepadli.
 — Do króla by się jakiego zdało, żeby Miłościwy Pan nasz kompaniję piękną miał, a na honorze uszczerbku nie poniósł! — odezwał się kanclerz Kocie-Oczko.
 — Dobreby to było! — zawołał Paź Krężołek — i oblizał się szeroko językiem. — U królów, słyszę, same tłuste i słodkie potrawy jadają, a kołacze na każdy dzień pieką. Tamby się człek pożywił!
 — Ciszej byś był oto! — zgromił go Słomiaczek, dziwnie wychudzony i cienki. — I tak się już ledwie toczysz, niby kula. Jeno patrzeć jak urząd stracisz, a Pan nasz Miłościwy inszego do noszenia za sobą purpury swej weźmie!
 — O królów to tam niełatwo na wsi! — przerwał ten spór Modraczek. — Ale może choć do księcia jakiego ten poczciwy kmieć nas powiezie?
 — U księcia także wielki dwór, dworzany, kuchmistrze — zawoła na to Żagiewka. — Kapela też zawsze jest, muzyka gra, stoły aż się gną od srebrzystych mis i puharów, światło jarzące jak na rezurekcyi, na każdą noc świeci, ludzie długo śpią i mało co czyniąc, wesoły żywot pędzą? Tamby nam dobrze było! Ale książęta też na gruszach polnych nie rosną, niby ulęgałki, a i książęcy dwór każdemu jak karczma otworem nie stoi. Dalekoby nam jechać, żeby księcia znaleźć!
 — No, to choćby do grafa jakiego niech nas wiezie! — zawołał na to Słomiaczek. — Graf też tęgie życie prowadzi i duży dwór trzyma.
 — Ba! rzecze Chwostek — a jakie stajnie ma! Co za konie! Jakie psy myśliwe!
 — A jakiż tam wikt? — zapytał troskliwie Krężołek.
 — Ha cóż! Jak u grafa! Doskonała kuchnia i już! Na rożnach się obracają pieczenie z sarny lub z dzika, pasztetniki pieką torty i piramidy cukrowe, a wino złociste z gąsiorów do puharów leją, a jakie szczupaki na stół, na takich ot misach niosą!
 Tu rozłożył ręce, jak szerokie miał, a insi w podziwie głowami kiwać zaczęli.
 Ale Pietrzyk, który do wszystkiego prędki jak iskra był, skoczy ze swego miejsca, słysząc owe cuda, i trąciwszy Skrobka, zawoła:
 — Człowieku! Hej, człowieku, znaszże ty grafa jakiego w tej tu okolicy?
 — Grafa? — powtórzył Skrobek, drapiąc się za ucho. — Nijakiego grafa tu niema!
 Pomilczał chwilę, a po chwili przypomniawszy sobie, dodał:
 — Jestci hajno na górce stara taka rudera, komin ano tylko i kawał muru, co powiadają, że tam dawnemi czasy grafy siedziały; ale teraz pustka to i mieszczany tylko tam czasem po cegłę jeżdżą, jak któremu trzeba. Grafy ponoć dawno wymarły.
 — Wymarły? — zawołał z żywem współczuciem Krężołek i klasnął w dłonie! — Patrzcież, jak od takiego dobra umierają ludzie i odchodzą! Ha, jak tak, to niech nas choćby do porządnego szlacheckiego dworu ten chłop powiezie, to i tam krzywdy nam nie będzie. Szlachcic na wsi to także pan całą gębą.
 — A bo nie? — odezwał się na to Modraczek. — Przyjdzie wiosna, to sobie rano wstanie, na te pola zielone pod zorzę wyjdzie; tu mu skowronek śpiewa wesołą piosenkę, tu mu rosa perły pod nogi sypie, tu mu kwiatuszki dziergają wzorzyste kobierce po łąkach, tu mu pługi czarną ziemię orzą, wołki porykują, oracze pokrzykują, aż dusza rośnie, aż serce jaśnieje. Przyjdzie lato, fuzyjkę szlachcic bierze, na błota idzie, kaczkę dziką ustrzeli, do torby pięknie przytroczy, w to niebo modre popatrzy, wesołe myśli ma. A tu pola dokoła szumią kłosem złotym, a tu lny kwitną modro, a tu siano z łąk pachnie, a tu jagody się rumienią, a pszczoły w lipie brzęczą... Przyjdzie jesień, to jabłoń, i grusze, i śliwy pod owocem się gną, w gaju brzozowym grzyby i rydze pachną, wieniec dożynkowy złoci się i mieni, to kłosem, to kwiatem, to orzechów gronem. Rankiem na polach mgły leżą, słońce ledwo się wychyla, a mój szlachcic nuż w bór z naganką! nuż łowy na zwierza! Bór cicho stoi, grania ogarów słucha, na myśliwców z wysoka wiewiórka czarnemi oczyma patrzy. Wtem huknie strzelec raz i jeszcze raz! Paf! paf! paf! Echo się szerokie rozlega, krzyk słychać radosny i myśliwskie trąbki.


 — Dobrze, bardzoś to dobrze opowiedział, wierny mój Modraczku! — rzekł na to Miłościwy Król Błystek, który w milczeniu rozmowy drużyny swej słuchając, teraz się uśmiechać mile zaczął. — Obyśmy do takiego dworu ziemiańskiego w podróży naszej trafili! Ale choćby tam nawet nie było tak gwarno i wesoło, i tak mu rad będę!
 Mówił tak jeszcze król stary z wyrazem rozrzewnienia na zmarszczonej twarzy, kiedy wóz nagle o kamień stuknąwszy, w bok z gościńca na polną drożynę skręcił, a zaraz też i szkapa ubogiego Skrobka parskać wesoło zaczęła, co zwykle czynią konie, kiedy dom poczują.
 Jakoż wóz niebawem się zatrzymał, a chłop, podszedłszy do siedzących na nim, rzekł:
 — Złaźtaż! Wy, królisko, i wy, reszta! Złaźta! Już my przyjechali!
 — Gdzie? jak? — zakrzyknęły Krasnoludki, wychylając głowy z kapturów — przecie tu nic niema?
 — Co nie ma być? — odezwie się na to Skrobek. — Jest moja własna, najwłaśniejsza chałupa i już!
 A wtem się brzask zaczął na niebie czynić i powietrze przetarło się z cieniów.
 Patrzą Krasnoludki, stoi uboga lepianka, z chróstu spleciona, gliną wymazana, pod dachem krzywym, nizkim, dziurawym, tu wiechciem słomy, tam znów gałęźmi krytym; płocina z chróstu, ledwo że się trzyma świętej ziemi, zielska pod nim pełno, wierzba majaczy nad zielskiem wysoko, wyciągnąwszy gałęzie, niby długie ręce; tuż w sadzie zapuszczonym bieleją wiśnie, osypane kwiatem, a nad wszystkiem chór żab i kląskanie rozgłośne słowika, który się w olchach zbudziwszy, nagle pieśń poranną zadzwonił.
 — Dla Boga! — krzykną Krasnoludki — człowieku! kpisz, czy o drogę pytasz?
 — Co mam pytać, kiej drogę wiem! — rzecze obojętnie Skrobek. — Hajno chałupa! a het struga i gaj, kto chce niech idzie, a kto nie chce, niech se rusza z Bogiem.
 I zaraz zaczął wyprzęgać szkapę i z nizkiej studzienki wodę żórawiem ciągnąć, a w korytko lać, jakby tych, których przywiózł, wcale nie było.
 — Czemże my się tu w tej pustce wyżywim? — pytają Krasnoludki.
 Na to chłop, ciągnąc wodę:
 — Mogą tu moje dzieci wyżyć, to i wy możeta! Kogo Pan Bóg stworzy, tego nie umorzy!
 Tak znów tamci:
 — A gdzie my tu skarby nasze złożym?
 — W makowej główce sto razy po tysiąc ziarn się zmieści i nie ciasno im!
 Tedy znów oni z krzykiem:
 — A król? Gdzie my tu króla naszego pomieścim?
 — A toćże słonko większy król, a nie gardzi tą biedą moją i codzień się w chacie mojej złoci...
 Wnet Pietrzyk, który był ogromnie wesoły, a złe i dobre z równą zawsze otuchą przyjmował, zaczął skakać koło wozu, przyśpiewując ochoczo:

Pod stopami ziemi grudka,
A nad głową skrawek nieba —
Dla małego Krasnoludka,
Czegóż, bracia, więcej trzeba?
 Zakrzyknęli na to insi, żeby cicho był, bo nie jest pora na żarty i coraz większy gwar nieukontentowanych głosów powstawał. A wtem gwiazda jutrzenna zapaliła się na wschodzie modrym, bardzo świetnym ogniem i świat obrzasł.
 Podniósł tedy ku niej oczy i ręce Król Błystek i rzekł:
 — Błogosławiony zakątek, w którym mieszka ubóstwo i praca, albowiem nad nim stoją gwiazdy boże!
 I skinął berłem a tak i uciszyła się drużyna jego.


Koncert mistrza Sarabandy.


Ale stary król myślał, przemyślał o tem, żeby ubogiemu Skrobkowi nagrodzić za tę gościnę, jakiej mu udzielił w swych kątach, jemu i drużynie jego.
 Krasnoludki niechętnie rozdają złoto, srebro, drogie kamienie, pod straż im oddane. Wolą dopomagać pracującym w pracy, bo to i dawcę i obdarowanego równie uszlachetnia.
 Ale jak tu dopomagać ubogiemu Skrobkowi w pracy, kiedy w gospodarstwie jego rąk niema o co zaczepić, taka nędza!
 Sam Skrobek, kiedy do domu przyjdzie i po izbie spojrzy, to opuszcza ręce. Po kątach śmiecie leżą, u pułapu brudne pajęczyny, komin niepodlepiony, popiołu pełno przed nim, ława i stół nieschludne, ściany odrapane.
 — Większać ta bieda, niżeli moc moja! — mawiał sobie Skrobek. — Choćbym się i do oporządzenia wziął, co mi pomoże? I tak mi źle i tak nie będzie dobrze. Ot lepiej fajkę zakurzę!
 Zakurzał tedy fajkę, albo się na barłóg cisnąwszy, zasypiał.
 Nie był to chłop zły, ten Skrobek, ale raz przygnieciony biedą, podnieść się nie miał siły. Poprostu, zwątpił o sobie. Owo pólko odłogiem leżące, mogłoby, przy pracy, wyżywić i jego i jego dzieci. Ale, że pełne było pniów starych, kamieni, dołów i wszelkich chaszczów, więc nie miał odwagi zabrać się do niego.
 — Ot — mówił — żebym zagon jeden na kartofle miał, tobym sobie nim lepiej wygodził, niż tym szmatem pola! A toć korzeń na korzeniu, kamień na kamieniu! Choćbym ręce po łokcie urobił, nie poradzę! Okopaćby to trzeba, wody spuścić, pnie wywalić, kamienie wywieźć, chaszcze wyrąbać i dopiero się do orki zabrać! A ja co? Mam to porządną siekierę? Mam choćby łopatę? Mam pług? Mam bronę? Mam to moc do takiej pracy, po tych paru ziemniakach, co je bez okrasy, a często i bez soli zjem? Hej, hej! Nie na moje to siły! Nie!
 I zakładał do wózka szkapinę i do miasteczka jechał, żeby tam parę groszy zarobić.
 Marny to był ten zarobek jego! Jak trochę chleba pojadł, jak garść owsa koniowi kupił, jak rogatkę zapłacił, a jak jeszcze w dodatku do karczmy wstąpił, to z pustym mieszkiem do domu wracał; i tak ciągle w kółko. Rzadka rzecz, żeby się co dzieciskom z tej furmanki dostało.
 Ale, że przecież ta szkapa jedynem gospodarstwem ubogiego Skrobka była, rozkazał ją Król Błystek Krasnoludkom swoim zgrzebłem pięknie po nocach czesać, rosą jej sierć wycierać, kopyta komarzem sadłem smarować, grzywę pleść i rozczesywać, trawy jej co najmiększe do żłobu nosić, za drabkę koniczynę po przydróżkach rosnącą zakładać, zdrojową wodą poić, suche igliwie i mech podścielać, od much i bąków oganiać, a pięknych chodów uczyć.
 Dziwili się ludzie, co tę szkapę dawniej znali, jaka to się z nią stała odmiana.
 — Chybaście ją, Skrobku, na inszą zamieniali i grube pieniądze do tamtej dopłacili?
 Tak go ten i ów zagadywał.
 Ale Skrobek uśmiechał się tylko, bo od dziada pradziada to słyszał, że gdzie Krasnoludki w blizkości się trzymają, tam koń w stajni jak kluska, że i woda spłynie po nim, a nie zmacza: taki tłusty!
 I Wózek też teraz w lepszym porządku był. Nieraz noc cicha, ciemna, a w podwórku Skrobkowem i jasno i gwarno. Tu Modraczek koła myje, tu Słomiaczek półkoszek naprawia, tu Krężołek osie smaruje, tu Żagiewka ogień pali i na kowadle własnem nową luśnię kuje. Fabryka tak idzie, że to jak we dworze!
 A kiedy tak nocą drużyna królewska pracowała pilnie, stary król sam we własnej osobie rankiem do boru szedł, żeby na chłopięta Skrobkowe mieć oko, kiedy po chróst pójdą.
 Stał bór gęsty, głuchy, tylko po nim górny wiatr szumiał zcicha, czarnemi sosnami ruszał, wielkie jakieś, mocne słowa gadał.
 Naraz wbiegały drożyną w ten zmierzch i chłód jakby dwa promyki słoneczne: to Kubuś i Wojtuś, z rozrzuconemi włoskami jasnemi, w koszulinach lnianych, krajką przepasani i boso. Wbiegały chłopięta ze śmiechem i gwarem dziecięcych, cienkich głosków, a bór uciszał się i słuchał. I otwierały się nad lnianemi główkami chłopiąt niezmierne sklepienia sosen i pochylały się ku nim potężne konary dębów, i szeptały do nich listeczki drżące brzóz białych, i po najdalszej, najciemniejszej gęstwinie słychać było szum cichy: — dzieci! dzieci! dzieci!
 Ale w tym szepcie było nieco strachu. Kubuś i Wojtuś w ponurym zmierzchu boru milknęli, jak ptaszęta wniesione do ciemnej izby. Lecz dziw! Dawniej musieli się malcy dobrze po boru nadreptać, aby gałązkę chróstu znaleźć, a teraz gdzie spojrzą, leży sucha gałązka, ni to duża, ni to mała, w sam raz na ich siłę, jakby ją wiatr strącił. A jaka smolna! Żywica przeświecała przez nią jak bursztyn! Jak to będzie ogień trzaskał wesoło w kominie z gałązek takich! Cieszą się dzieci, rozkładają postronek na ścieżynie i układają suszki. Jak im to prędko, jak im sporo idzie!
 I znowu dziw! Orzeszek zeszłoroczny w suchych liściach na ścieżynie błysnął! Czy wiatr przyniósł go z leszczyny? Czy wiewiórka upuściła, po drzewach śmigając? Chłopcy roztłukli na kamyku i podzielili się ziarenkiem białem, słodkiem; aż tu drugi, trzeci, cala kupka orzeszków, wszystkie jak wybrane! Cieszą się dzieci, coraz im weselej. Kubuś odbiegł w stronę, zupełnie się w zieleni zaszył, jak zajączek młody, tylko głosik jego cienki słychać.
 — Oj, da dana! Oj, dana, oj dana, dana... dana.
 Naraz krzyknie:
 — La Boga!
 Skoczy Wojtuś do niego, patrzy, chłopakowi ustka się trzęsą, przemówić ze strachu nie może.
 — A czegóż to krzyczysz? — pyta.
 — Król! król był! Król w złotej koronie! Za krzaczkiem tu stał, w czerwieni tu stał, jak ogień się świecił!
 — Gdzie? — pyta Wojtuś.
 — O... tu... tu! — pokazując palcem mówi Kubuś.
 Wtem znów zakrzyknie:
 — Jagody!
 Patrzą chłopcy, prawda! jagody kraśnieją, jakby je kto nasiał!
 — Dziw! W tym boru jagód nigdy nie bywało, a teraz patrzcie, co tu tego?
 Jedzą chłopcy, o strachu zapomnieli; tak wybornych, rumianych i słodkich jagódek nie widzieli, jak żywi, na świecie!
 Posilili się, wiążą chróst, czas do domu wracać. Dawniej było przy tem stękania dość, trudno i zadać sobie ów ciążar na plecy, trudno go i dźwignąć i iść z nim.
 A teraz te brzemionka tak lekkie się zdawały, jakby połowa ciężaru ubyła.
 — Chyba tego chróstu dziś mało — mówił Wojtuś — że tak letko iść?
 A Kubuś na to:
 — Albo my po tych orzeszkach i po tych jagódach tak zmocnieli?...
 Zamilkł, i po chwili znów rzecze:
 — Wojtuś!
 — A co?
 — Nie powiadaj w domu o tym królu, com go widział, bo tatuńcio znów rzemienia wezmą...
 — Cobym miał powiadać!

 I tak wracali do domu.
 
 Spotkały ich czasem baby w drodze, to stawały i patrzyły za nimi.
 — Skrobkowe chłopaki, albo nie Skrobkowe? A cóż oni się tak odmienili w sobie? Wybielało to, porosło. Jakby nie te!
 A cóż się tam dziwić! Możeć tam matczysko u Pana Jezusa uprosiła, że ją do dzieci puszcza i nocą to sieroctwo pielęgnuje.
 — Bo nie co...
 — Jużci, że nie co!
 I kiwając głowami, szły dalej. A nikt nie wiedział, że to król Krasnoludków tak o te sierotki zabiegał, żeby się za gościnę odwdzięczyć.
 Ale to odwdzięczenie małem się staremu królowi zdawało, prawie żadnem. Tak wdzięczne serce miał. Myślał tedy, przemyślał, jakby tu ubogiego Skrobka do pracy około pólka owego zwabić i w tem mu dopomódz.
 Wracał jednego wieczora Skrobek do domu, a miesiąc świecił przecudnie. Spojrzy chłop, a całe owo uroczysko w srebrnym blasku stoi, właśnie, jak kiedy żyto dojrzeje, a za cichym wiatrem pełne kłosy gnie... Zamigotało to Skrobkowi w oczach tak nagle i tak czarodziejsko, że cisnął uzdeczkę szkapie swej na szyję i na pólko biegł, oczom własnym nie wierzący, z bijącem sercem i z taką nadzieją, jakby tam naprawdę żyto był siał, a teraz ot, wczesnego doczekał się plonu. Aż gdy przybiegł, zobaczył, że to tylko mietlica owa srebrzysta w promieniach miesięcznych świeci.
 Zwiesił chłop głowę, postał smutnie, podumał, westchnął ciężko i do wózka wrócił.
 Ale mu to uroczysko, jakoby w srebrze plonu żytniego stojące, z oczu nie mogło zejść. I nocą śnił o niem.
 Niedługo potem idzie Skrobek rankiem do boru, bo mu się dyszel złamał i trzeba było osikę wybrać na nowy; wtem go znagła blask wielki uderzy. Spojrzy, a to pólko owo, złotem żywem się pali, właśnie jak kiedy pszenica dojrzała, złocista, pod kosą się ugina, ciężka od białego ziarna!
 Zdumiał chłop, stanął, patrzy, ciarki po nim przeszły! Reta! toć nie co, tylko pszenica!
 Skoczy bliżej, pojrzy, a to słońce poranne tak maluje pólko owo złotem.
 Postał chłop, podumał, załamał ręce, aż mu w kościach trzasło, i wzdychając, do domu powrócił.
 Ale uroczysko owo złotem pszenicznych błyskające kłosów, nie tylko mu się śniło; gdzie poszedł, gdzie siadł, gdzie stanął, na jawie teraz je widział i rozmyślał o niem.
 — A co? — mówił sam do siebie — a możeby się tam i pszenica rodziła? Kto ją wie? Możeby się rodziła? Ziemia tam mocna musi być! Wypoczęta od setnych lat! Z dziada pradziada nikt tam nie siewał i nie żął... Uroczysko, taj i uroczysko! A kto może wiedzieć?
 Zamyślał się teraz ubogi Skrobek i całemi godzinami dokoła pólka tego błądził, licząc, obliczając, jakąby to pracę podjąć było potrzeba, żeby z tego nieużytku orną ziemię dobyć.
 — Ciężko, ciężko! — powtarzał półgłosem, patrząc na pnie potężne, głęboko i szeroko rozrosłe i na dzikie krzaki, na ogromne korzeniska, na wielkie złomy głazów, które się własnym ciężarem w ziemię wbiły.
 — Ciężko, ciężko! — wzdycha! i odchodził.
 Ale zaledwie odszedł, ciągnęło go coś znowu do tego pólka i znowu szedł, i znów, patrząc na dzikie chaszcze, wzdychał i trząsł głową, szepcząc.
 — Ciężko, ciężko! Nie na moje siły.
 Tak minęło parę tygodni, a chłop aż wychudł i zczerniał od tej wojny, jaką z myślami własnemi prowadził, i ciągnięty do tego kawałka ziemi i odpychany od niego.
 Czasami zawzinał się Skrobek, i trzy i cztery dni na uroczysko nie szedł. Ale mu było wtedy, jakby własnej chudoby poniechał.
 Owszem, żywiej mu jeszcze na oczach stały srebrzyste plony żyta i złote — pszenicy. Prawie, że szum kłosów słyszał.
 — Tfu! — spluwał wtedy — urok? czy co. I brał się do innej roboty.
 A właśnie wtenczas, na drugim krańcu lasu, nad rzeczką, nieopodal gościńca stanął tartak.
 Dużo tam drzewa trzeba było zwozić, z którego długie i szerokie bale i deski rznięto. Chętnie się tem Skrobek zajmował, a dzięki poczciwej szkapie swojej, zarobek niezły miał. Już i do garnka nad pułapem w słomę zakopanego, nieco grosza odłożył.
 Ale go ten grosz nie tyle cieszył, co gdyby go za swoje zboże dostał.
 Któż ten grosz zarobił? On i szkapa.
 Nuż choroba przyjdzie na niego, albo i na konia, co wtedy? On nie wieczny na świecie, a koń jeszcze krócej zwykle żyje, niż człowiek. Cóż się po nich obojgu — dzieciakom zostanie? Nędza i tyle. Gdyby to mieć pole uprawne, o! dopiero byłoby dla drobiazgu dziedzictwo!...
 Więc wracając wieczorem z ciężkiej w lesie roboty, szedł Skrobek z wolą czy bez woli ku owemu uroczysku i patrzał.
 Zacierał na to ręce król stary i dobrą miał nadzieję, iż tą złotą słońca poświatą i tym srebrzystym miesięcznym blaskiem Skrobkowi ów ziemi kawałek do serca wczarował.


Modraczek i jego uczeń.

Ale Półpanek znieść nie mógł powodzenia mistrza Sarabandy. Jak był zielony zawsze, tak jeszcze w dwójnasób zzieleniał teraz z zazdrości.
 — Jakto! — mówił — Jakiś przybłęda, jakiś świerszcz wędrowny będzie się popisywał w krainie, w której wszystkie oklaski mnie się należą z prawa?! Odkądże to wolno pierwszemu lepszemu włóczędze tumanić słuchaczy i jakiemś tam skwierczeniem psuć im gust do mojej muzyki? To jest wprost oburzające!
 — Panie! — rzecze nagle, zwróciwszy się do słuchającego tych wyrzekań Modraczka. — Zmiłuj się, wydobądź mi koniecznie te nuty, z których Sarabanda grał, a zobaczysz, że go prześcignę, że go zakasuję! Tej samej pieśni tak się wyuczę, że dopiero pozna świat, co to jakiś marny Sarabanda, a co Półpanek. Zmiłuj się, kochany panie! Dopomóż mi w tem, proszę!
 Skoczył Modraczek, który niezmiernie uczynny był, za odchodzącym z czarodziejską skrzypką świerszczem, i uchwyciwszy go za połę brunatnego płaszcza, zaczął błagać o nuty tej przecudnej pieśni, której echa drżały jeszcze naokół w polnych ziołach i zroszonych trawach.
 — Mamy u siebie bardzo zdolną żabę — mówił Modraczek — i pragnęlibyśmy uczynić z niej nadwornego muzyka Jego Królewskiej Mości, miłościwego pana naszego. Król Jegomość w podeszłych już latach będąc, podlega różnym tęsknotom i smutkom, a taki wyborny muzyk rozrywałby go w onej melancholii.
 — Owszem, bardzo chętnie użyczę! — odrzekł Sarabanda. — Oto nuty owe, proszę, bardzo proszę... Wszakże nie cała pieśń w tych nutach jest Resztę, czego tam brak, z duszy śpiewać trzeba. O, nie sprawia to żadnej trudności! Dosyć jest spojrzeć na łunę zachodniej zorzy, dość poczuć zapach pól i łąk, dość zasłuchać się w ten wielki chór, jaki cisza polna gra... Łatwo, bardzo łatwo! Oto nuty. Proszę, proszę bardzo... Bardzo mi przyjemnie. Sługa uniżony!
 I odszedł wielki muzyk szybkim krokiem, zostawiwszy Modraczka z nutami w ręku i ze zdumieniem W sercu, iż ten mistrz nad mistrze tak prosty był, tak uczynny, a przytem taki nieśmiały, niewymowny, taki niezgrabny nawet.
 — No! — pomyślał sobie — Półpanek racyę ma! Jeśli z tego szaraczka taki sławny muzyk jest, to cóż dopiero będzie z naszego Półpanka, którego przecież i wzrost i osoba i cała prezencya wcale co innego!
 I wracał prędko z nutami do Słowiczej doliny, gdzie go oczekiwał Półpanek.

 
 Maj się już kończył i gorąco było na świecie, kiedy nasz zielony grajek rozpoczął koncerty. Obrał sobie miejsce w cieniu jednego grzyba, nad samym brzegiem strugi i tu siedząc jak pod parasolem, ćwiczył się codzień w śpiewaniu. Że jednak zawsze takt gubił, musiał mu zgrzany od srogiego upału i ociekający potem Modraczek wybijać go pałeczką, wyłamaną z trzciny.
 Co to był przy takiej lekcyi za wrzask, jaki skrzek, jakie fałszywe, dzikie tony, tego opisać nie sposób!
 Żaba darła się jak opętana, Modraczek walił swoją trzciną tak, jakby ze trzy baby u strugi kijankami prały, a żuki, muchy, komary, wróble nawet, wszystko to uciekało z piskiem, z brzękiem, z trzepotem, żeby tylko jak najdalej uszy unieść od tego nieszczęsnego grzyba, pod którym Półpanek śpiewał.
 Ale nie wszystko uciec mogło. Tuż przy samym brzegu strugi mieszkały lilie wodne, którym niewolno było opuszczać swego chłodnego, błękitnego domu. Nie mogąc tedy żadną miarą usunąć się od owego wrzasku, wychylały swoje białe kielichy, prosząc na wszystko choć o chwileczkę spokoju, choć o odrobinę ciszy.
 — Przepraszamy najmocniej panów dobrodziejów! — mówiły słodkim i uprzejmym głosem. — Ale od czasu, jak panowie dobrodzieje poświęcają się muzyce, żyjemy tu w ciągłej trwodze, w ciągłym niepokoju, ot, jakby we młynie. Nie chcemy panom dobrodziejom najmniejszej przykrości wyrządzić, ale niepodobna się nam ani rankiem modlić do Wschodzącej jutrzenki, ani słyszeć jak konwalie na wieczorny pacierz dzwonią w tamtym gaju. Zupełnie się u nas wszelki porządek pomieszał... Panowie dobrodzieje zapewne wiedzą, że tkamy w krosnach nici srebrne na zasłony dla nowicyuszek, zamkniętych w zieleni pączków; otóż nawet nici w krosnach pękają nam od tego nieznośnego hałasu, jaki się panom dobrodziejom podoba tu przed samą furtą naszą czynić! Próbowałyśmy już nawet głębiej w wodę iść, aby tam nieco zażyć ciszy i spokoju; ale bez słońca nie sposób nam żyć. Niechaj więc prośba nasza panów dobrodziejów nie uraża! My uznajemy tak wielki talent pana w zielonym garniturze, jako też i siłę, bardzo wielką siłę pana w garniturze niebieskim! Ale tak jak jest, nie sposób nam wytrzymać! Nerwy nasze zbyt cierpią na tem.
 Tu dygnęły, jakby kto świeczkę maczał i ukryły się skromnie pod wielkie okrągłe liście, które im za woale służą.
 Ale trzciny i tataraki nie były tak uprzejme. Te odrazu zaczęły w pałki swoje tłuc i w miecze długie trzaskać.
 — Któż to tam tak wrzeszczy? — wołały — jakby go ze skóry darto? A nie będziesz ty cicho, krzykaczu? Czy nie widzisz, że nas tu całe wojsko stoi, a takiego piekielnego rejwachu nie robi, jak wy jeden z drugim! A pałką go! A nuż szablą po nim!
 Hej, pachołki! zaszumieć tam w złote szałamaje! Niech pozna wrzaskun ten, co to jest prawdziwa muzyka! Hej, grajcie litaury, grajcie surmy nasze!...
 I giął się oczeret z szerokim, głośnym poświstem, szumiały trzciny, brząkały tataraki w szerokie szablice, a wiatr wpadłszy między nie, dziwną muzykę na złotych szałamajach czyniąc, taką pogróżkę śpiewał:

...Hej, milczkiem, a chyłkiem,
A ciszkiem, a cisz...
W zasadzce tu stoim,
A hasło czy wiesz?

W zasadzce tu stoim,
Wzniesiony nasz miecz,
Kto idzie? Daj hasło!
A nie wiesz — to precz!
 Dziwaczna ta, podobna do cygańskiej, muzyka, zrazu cicha, potem rosnąca w moc i potężniejsza coraz, chwilę trzęsła jak grzmot oczeretem, poczem znów cichnąc i milknąc, rozwiewała się, jakby jej nie było.
 Ale opętany zazdrością i pychą Półpanek nie zważał ani na groźby buńczucznych trzcin i tataraków, ani na pokorne prośby białych lilii wodnych. Owszem, im głośniejsze były i groźby i prośby, tem on zapalczywiej krzyczał, aby je zagłuszyć, tak, że mu się gardło wydęło jak najtęższy pęcherz.
 — Dla Boga! — wolał przerażony Modraczek — folguj waćpan nieco w tym śpiewie, bo mi się tu jeszcze w oczach rozpukniesz!
 Ledwie to rzekł... krrach! skóra, napięta jak na bębnie, trzasła, a Półpanek, jak stał, tak padł, raz tylko zipnąwszy.


U królowej Tatry.


Trzy dni, trzy noce wędrowała Matusia do królowej Tatry.
 Pierwszego dnia wiodły ją pola i łąki przez kraj szeroko oczom i sercu otwarty, cały w zbożach, w trawach, w woni kwiecia stojący. Cały ten dzień szum kłosów słychać było, szmer traw i szeptanie kwiatów:
 — Sierota... sierota... sierota...
 I rozstępowały się przed nią zboża w obie strony, jakoby je rozdzieliły wielkie skrzydła wiatru, a Marysia szła w ten las srebrzysty, modrząc się wskroś kłosów niebieską spódniczyną swoją, jako bławat polny. Szła, wyciągając ręce przed siebie i szepcząc:
 — Prowadź mnie, prowadź, pole, do królowej Tatry!
 I prowadziło.
 Wyciągały się przed nią bruzdy zroszone, sypiąc perłami poranka, wyciągały się przed nią miedze długie,

kwieciem wonnem tkane; biegły przed nią ścieżyny miękkie, niezabudek pełne, a w powietrzu słychać było skowronka, który w skrzydła szare bijąc, śpiewał:
 — Tędy, tędy, sieroto!
 Grusze polne chyliły się ku wędrownicy małej, pytając, czy nie chce ich cienia; kopce graniczne zatrzymywały ją na krótki wypoczynek pod krzakiem kwitnących jeżyn; krzyż czarny, między trzema brzozami na rozstaju stojący, wyciągał do niej ramiona, a wszystko, co tam grało i śpiewało w polach: ptaszęta, muszki, pszczoły i świerszczyki, wszystko na jedną nutę grało i śpiewało:

...Idź, nieboże! Idź pod zorze!
Niech ci Pan Bóg dopomoże!
 Jak kraj szeroki i długi, tak wśród pól i łąk siedzą wioski ciche, czerniejąc i bielejąc nizkiemi chatami; jak kraj szeroki i długi, porykują trzody, rżą konie w paszach świeżych, owieczki się runami po pagórkach śnieżą, nawoływania i echa fujarek lecą daleko, roznośnie, a dokoła błękit... błękit... błękit...
 Za Marysią drepce Podziomek, migając czerwonym kapturkiem wśród zieloności łąk i pól, niby krasny maczek; brodę zadziera wysoko, zdaje mu się, że to on sierotkę wiedzie... Ale nie tak było:

Wiodły ją te polne dróżki,
Modre chabry i ostróżki,
Wiodła ją ta miedza szara,
Śpiew skowronka, brzęk komara,
Wiodły ją te szumne kłosy,
Łężne trawy w perłach rosy,
ją ta zorza złota, —
Bo sierota!
 Ale drugiego dnia weszła Marysia w świat chłodny i mroczny, w świat zmierzchów zielonych i głębokiej ciszy, w świat borowy.
 Otoczyły ją tam dęby rosochate, zgarbione, z szeroko rozrosłemi konarami, na których szemrał liść świetnej zieleni. Otoczyły ją tam sosny czarne, bez ruchu stojące, o pniach kapiących złotą, bursztynową żywicą; a wśród sosen czarnych zabielały brzozy szemrzące liściem drobnym i graby zadumane, na których świstały kosy i nizka kalina — na dołkach stojąca, a wody spragniona.
 I szła Marysia, sierota, szła jakby przez kościół ogromny, tysiącem kolumn podparty, kobiercem mchów wysłany, a z góry, wysoko, przez liście, rzucało słońce garście złotych blasków.
 I szła Marysia, sierota, zlękniona głęboką ciszą, coraz szepcząc w duszy:
 — Prowadź mnie, prowadź, borze, do królowej Tatry!
 I zaszumiały dęby rosochate i czarne sosny i brzozy, i graby, i nizka kalina, i podniosły się szumy górne po wierzchołkach, i szepty ciche po najniższych gałązkach, młodym liściem odzianych, a w szumach i szeptach wyraźnie słychać było:
 — Tędy!... tędy!... Idź tędy, sieroto!
 I otworzyły się przed Marysią borowe głębie i upadły blaski słońca na dróżkę mchami słaną, przed same stopki bose, właśnie jakby kto w mrokach borowych sypał gwiazdy złote, wskroś zmierzchów wiodące.
 I szła Marysia, i wzniosła głosek cichy i śpiewała z pełnego serca piosenkę prostą, nieuczoną, rzewną, której wtórzył szmer brzozy i szumy dębów starych:

Oj, lesie, ciemny lesie,
Oj, głos się przez cię niesie,
Oj, szumią w tobie drzewa,
Oj, cichość twoja śpiewa!
 A kiedy tak szła, śpiewając, odzywał się w dali to huk siekiery drwala, to kukanie kukułki, to poświst wiewiórki, to stukanie dzięcioła w pień drzewny.
 A kiedy, zaśpiewana, dróżkę zmylić miała, zastępował jej to krzak jeżyn i za spódniczkę potargnął, to zahuczał puhacz w dziupli schowany, to zielona jaszczureczka ścieżynę przebiegła, to orzeszyna schylała gibkie gałązki do jej płowej główki, szepcząc:
 — Tędy... tędy... tędy!


 Za Marysią szedł Podziomek, migając czerwonym kapturkiem, niby kraśny grzybek borowy, a idąc, zadzierał brodę, bo mu się zdawało, że to on Marysię wiedzie... Ale nie tak było:

Wiodły ją te brzozy drużki,
Mchy zielone z pod jej nóżki,
Wiodły ci ją te kaliny,
Leśne gąszcze i drożyny,
Wiodły ci ją dęby, sosny,
Szum głęboki, szum żałosny,
Wiódł ci ją bór przez swe wrota —
Bo sierota!
 Ale trzeciego dnia weszła Marysia w świat gór i strumieni, który był modry od mgieł i dalekich szczytów, a srebrny od wód, a dzikszy niżeli oba tamte pierwsze światy.
 Jak okiem zajrzeć, stoją skalne zręby, pod niebo się wspinając, jedne na drugie tłocząc, bodąc chmury czołem.
 Jak okiem zajrzeć, huczą zdroje żywe, pasma wód tryskają z pod głazów i biegną z szumem, i pienią się, i grają, i przegląda się w nich złoto słońca i modrość nieba. I przeglądają się w nich gnane wiatrem chmury, co modrość tę zdmuchują i to złoto gaszą. Dziki, groźny świat! Strach iść tam, między te skały! Drogą tu — strumień, co po kamykach brzęczy, głosem — huk głazów toczących się w przepaście, pieśnią — skwir orłów ważących w powietrzu mrocznem ciężkie swoje skrzydła. Gdzie oko puścić, gdzie spojrzeć — kamień i woda. Taki świat!
 Idzie Marysia sierota, twarzyczka jej pobladła, oczęta się zamgliły, serce struchlało w piersi. Idzie, ręce wyciąga przed siebie i szepcze:
 — Prowadźcie mnie, góry, do królowej Tatry!
 I wnet rozstąpiły się skały wysokie i ukazały dolinki ciche, jasne, miękkiemi ścieżeczkami wiodące, i zaszemrały zdroje żywe, każdy przędący nić srebrną i modrą, i zakrakał orzeł w powietrzu wiszący, a wszystkie te głosy zdawały się mówić wyraźnie:
 — Idź, idź, idź naprzód, sieroto!
 I szła Matusia, zasłuchana w huk wód i w huk głazów i w szmery drobnych strumyków i w szumy piór orlich. I szła, zapatrzona w ogromne budowania gór i w szczyty ich wyniosłe, pod samo niebo idące, w światła i w cienie ich, i w moc ich ogromną. A tak wielka była ta moc i ta siła, że piosnka sieroty umilkła, jak milknie ptaszę, gdy nań ciemność padnie. I szła ze struchlałem sercem, szepcząc zcicha:
 — Ziemio! ziemio! ziemio!
 Za Marysią dreptał Podziomek, migając między skałami czerwonym kapturkiem i zadzierał brodę, mniemając, że to on sierotę wiedzie. Ale nie tak było:

...Wiodły ją te skalne szczyty,
Ten świat górski, w niebo wzbity,
Wiodły ją te szumne zdroje
Na te zamki, na pokoje...
Wiodły ją te orle pióra,
Ta stojąca w śniegach góra,
Wiodły ją te huczne wiatry
Do królewskich komnat Tatry —
Wiodła ją ta zorza złota,
Bo sierota!


Sobótka.


Sąsiedzi nie poznawali teraz ubogiego Skrobka.
 Po owej nocy wiosennej, wskroś której, razem z wonią zroszonych traw i kwiatów leciała pieśń wielkiego mistrza Sarabandy, Skrobek powstał z progu swej lepianki jak gdyby innym człowiekiem.
 Czy to były czary?
 Nie, to nie były czary! Pierwszy raz tylko ów biedak przemógł ospałość swej myśli, swej duszy, pierwszy raz poczuł miłość do opuszczonego przez długie lata kawałka ziemi, do tego zagona bezpłodnie leżącego pod niebem, skąd i na niego przecież świeciło Boże słonko i deszcz rzęsny rosił.
 Pierwszy raz poczuł ogromne natchnienie do pracy, więc i ogromną siłę.
 Ta siła tak mu weszła w piersi, w ręce, w ramiona, że ledwo wytrwał w bezczynności do rana, a garść słomy, na której legiwał, wydała mu się nocy tej jakby mrowiskiem, jakby madejowem łożem.
 — Co zmarnowanego dobra i żywota! Co sił po próżnicy i we mnie i w tej ziemi zmarniałych!
 Że też na niego choć przed rokiem, choć przed dwoma nie przyszła taka godzina...
 Ot, czekała, czekała go ta ziemia cierpliwa, dobra... Czekała go, w dziki kwiat strojąc się i w dzikie trawy, jak cyganka, bo jej nie przyodziała praca jego złotą szatą kłosów...
 Teraz on ją ustroi... Teraz ją odżywi... Teraz on syn, syn! A ona — matka rodzona!...
 Piały już kury, kiedy umęczony myślami swemi, Skrobek usnął wreszcie. Śniło mu się, że po modrem niebie chodzi, miesięcznym sierpem gwiazdy kosi i w stogi je wielkie u Bożych stóp składa...
 Ot, taki sen złoty...
 Ledwo świt, dobył Skrobek pieniędzy z garnka, ukrytego w słomie pod strzechą i poszedł pług kupować i bronę, do kołodzieja Wojcieszka, na drugi koniec wioski. Droga przez wieś pusta jeszcze była i cicha; ale Wojcieszek już okrakiem na stołku przed chatą siedział i śmigłą drzewinę strugiem na dyszel strugał, pogwizdując na szpaka, co go u siebie od wielu lat chował.
 Ledwo Skrobek na drodze się pokazał, już ten szpak krzyczeć zaczął:
 — Wojcieszku! Wojcieszku! Wojcieszku!
 Kiwnął na to stary głową i rzecze:
 — Gość idzie.

 — Gość! gość! gość! — wrzasnął szpak gwiżdżącym dyszkantem, a w tej chwili przybliżył się Skrobek.

 — Pochwalony!
 — Na wieki! — odrzekł Wojcieszek, a tuż i szpak za nim.
 — Zmyślny ptak! — rzecze Skrobek z dziwem — musi chyba u organisty w naukach był?
 — I... nie! — Wojcieszek na to. — Samem go wyuczył. Człowiek sierota stary, odumarli blizcy i pokrewni, ust nie ma otworzyć do kogo, to się choć do ptaka, niemego stworzenia odezwie. A czegóż to chcecie?
 — A pługa. Ale to tęgiego pługa!
 — No! Cóż tam będziecie orać i komu?
 — Sobie! sobie i dzieciskom na chleb orać będę ów to ziemi szmatek, co go uroczyskiem zwą.
 — Ho?... — zadziwił się Wojcieszek — na tę ziemię toby potrza harmaty, nie pługa. To ziemia zastarzała... zadziczona... ciężko z nią będzie.
 — Ciężko... ciężko... ciężko! — zapiszczał nagle szpak i kaszlać i dychać zaczął, jak zmęczony człowiek, bo i to potrafił.
 Skrobkowi mdło się jakoś zrobiło pod sercem. Opadała go dawna ospałość, jakby... Ale się wnet z niej otrząsnął i rzecze:
 — Pług ma być tęgi, bo ziemia tęga jest i praca tęga, no i robotnik tęgi!...
 Rozśmiał się, wyciągnąwszy przed siebie żylaste, w kułak ściśnięte ręce i wesoło spojrzał.
 — Ha, no, to się i zrobi! — rzekł Wojcieszek na to.
 — Zrobi... zrobi!... — wrzeszczał teraz szpak, bijąc radośnie skrzydłami.
 Skrobkowi oczy palić się zaczęły, a czując wielką siłę duszną, prędko mówił:
 — Uczyńcież mi, Wojcieszku, grządziel taki, coby jak się na nim zeprę, kamienie sam odwalał na prawo, na lewo, gdzie tyluśko jaki! Uczyńcież krój setny, jak słońce świecący, coby w samo serce ziemi szedł i pod samem sercem miejsce na ziarno czynił! Uczyńcież odkładnicę rządną, coby skiby kładła ode wschodu słońca, aż na zachód słońca, raz koło razu, równiuśko, drobniuśko, jakby w taniec szedł. Uczyńcież mi i przetyczkę, i kółko, i rączkę — a rozłożysto, a tęgo, a mocno! A drzewo bierzcie co najsposobniejsze, nie z gąszcza borowego, ale z polanki, co skowronek ośpiewał, co fujarki obgrały, co z polem znające jest... Taki mi uczyńcie pług!
 — Pług! pług! pług! — krzyczał szpak w niebogłosy, chcąc Skrobka zagłuszyć.
 A Wojcieszek uśmiechał się dobrotliwie i siwą głową kiwał.
 — Po waszej woli! — rzekł wreszcie, gdy ptak umilkł nieco — po waszej woli! Umiem ja zrobić pług dla lenia i dla robotnego. Umiem zrobić pług pański i chłopski! Ho! ho! ja i taki potrafię, co w ziemię, jak w masło idzie, choćby tam kamień na kamieniu leżał!
 — Róbcież z Bogiem, a w dobrą godzinę! — rzecze na to Skrobek, rozwiązując szmatkę z pieniędzmi. — Daję, co mogę; a przyczyńcież i bronę.
 — Co nie mam przyczynić! — rozśmiał się Wojcieszek! — Przyczynię taką zębatą, jak wilk! Wyczesze wam ziemię, jak baba konopie: moja w tem sztuka!
 — No, to zostańcież z Panem Jezusem! — rzecze Skrobek, któremu już się ręce do siekiery i do karczunku rwały. — Za tydzień wrócę.
 — Za tydzień — odrzekł Wojcieszek — i szczęść Boże w pracy!
 — Szczęść!... szczęść!... szczęść! — wrzeszczał szpak za wracającym się ku chatynce Skrobkiem, który tak prędko szedł, jakby mu z dziesiątek lat ubyło.


Sprawa Wiechetka.


Co dzień teraz od samego rana rozlegały się we wsi tęgie uderzenia cepów, to w pojedynkę: łup cup! łup cup!... to w dwójkę: łupu, cupu! łupu, cupu! to w troje: łupu, cupu, łup! łupu, cupu, łup! to w czwórkę wreszcie: łupu, cupu, łupu, cupu! łupu, cupu, łupu, cupu! a coraz to prędzej, coraz zapalczywiej, aż echa pod borem biły, tak się gospodarze zwijali, żeby z nowego plonu dobyć ziarno na siew w dobrą porę.
 Jeden tylko Skrobek nie miał co młócić; jeden tylko Skrobek chodził smutny i bezczynny od chaty do pólka, od pólka do chaty, myśląc, przemyślając, skąd ziarna weźmie, czem rolę obsieje.
 A ziemia jakby się sama o ziarno prosiła. Wygrzało ją słońce, oświeżyły rosy, bruzdy i zagony wyciągały się proste i równe, pod cichym błękitem. Od brzasku do zmierzchu połatywał nad niemi skowronek, szary śpiewaczek pól ornych i dzwonił przejasnym głosikiem:

...Dajże Bóg! Dajże Bóg!
Z tego pólka pełen stóg!
Z tego stoga setny kłos,
Z tego kłosa złota trzos!
Dajże Bóg, dajże Bóg!
Z tego pólka pełen stóg!...
 Słuchał tego Skrobek i trząsł głową, żałośnie wzdychając:
 — Hej, ziemio ty, ziemio! — mówił. — Zorałem cię pługiem, zbronowałem broną, ale chyba łzami obsiać cię sądzono!
 Tymczasem biją we wsi cepy: łup, cup! łup, cup! łupu, cupu! łupu, cupu! łup, cup!...
 Biją cepy w złotą słomę, złote ziarno się z niej sypie, a co który młocek silniej uderzy, to żyto pryska daleko za klepisko, aż przed wrota stodoły, właśnie jak iskry złote pryskają, kiedy kowal młotem żelazo na kowadle bije. Przed wrotami, wrzawa niesłychana. Całe gromady wróbli spadają na uronione ziarno z poblizkiej topoli, i krzyczą, i dziobią, i kłócą się, i biją, a ruszy się co w pobliżu, to znów frrr... na topól, jakby je wiatr zdmuchnął.
 — Co te ptaszyska tak dziś wrzeszczą? — mówią sobie chłopy. — Albo to na deszcz będzie, albo na pogodę.
 A nie widzą, że między wróblami uwija się gromada Krasnoludków, zbierając pilnie rozpryskane ziarna. Co wróbel chwyci jedno, to Krasnoludek zgarnie dziesięć. Taka robota!
 Drą się tedy wróble, jak na gwałty i aż przyskakują do onych czerwonych kapturów, nastroszywszy pióra; ale Krasnoludki bynajmniej się tych krzykaczy nie boją, i spokojnie sobie między niemi chodząc, zgarniają w mieszki, albo i w poły opończy, co najcelniejsze ziarno.
 — Naści, wróblu, przetrącone, zjedz, niech ci idzie na zdrowie. Ale co pełne, a całe, a złote — to na siew! Z jednego w ziemię rzuconego ziarna, sto innych będzie. I człowiek się z nich pożywi, co nędzarzem jest, i dzieciom z tego chleba da, i wam się też, wróble, coś niecoś z reszty dostanie.
 Tak mówią Krasnoludki, zbierając ziarna.
 Ale słów ich niebardzo słychać przed wrzaskiem ptasiej czeredy, która sobie nic z mów takich nie robi. Ptak, jak ptak! Troski o jutro nie zna. Ani orze, ani sieje, i tak mu się dobrze dzieje. Jak dziś syt, to główkę podnosi i śpiewa. A przyjdzie jutro, tedy znów główkę podnosi i znów śpiewa, i opatrzenia dla siebie z ufnością i weselem czeka.
 A tymczasem cepy walą w słomę kłosistą i złotą na każdy dzień, a Krasnoludki — na każdy dzień — pracują pilnie, a co nazbierają, to do podziemia niosą i na kupkę sypią.
 Podziemie suche, pod korzeniami dębu pięknie wybrane, brzozową korą wyłożone, aż się srebrzy całe. W górze otwór dla przewiewu, z boku otwór dla wejścia, a w pośrodku złociste ziarno celne, wysoko usypane, z ćwierć może!
 Takiego dobra nie można zostawiać bez opieki, bez straży.
 Codzień też jeden z Krasnoludków szufelką lipową ziarno przegarnia, suszy, otwór ku słonku odmyka, a kiedy mrok się czyni, podmiata pękiem mietlic znów na kupę, mchem górny wylot zatknąwszy, iżby wilgoć z rosą nie szła, poczem się u wejścia kładzie i zasypia.
 Alić pewnego razu opatruje się Słomiaczek, który dnia tego straż w podziemiu trzymał, że ziarna ubyło jakoś.
 — Ha, uleżało się może! — myśli.
 I tak przeszła noc.
 Na drugą noc ziarna znów mniej jakby.
 — Ha! — myśli Modraczek, który tej nocy stróżował — może uschło trochę!
 Ale na trzecią noc ubyło ziarna tak dużo, że się Biedraczek, który tej nocy kolej miał, za głowę chwycił i hałasu okrutnego narobił.
 Ani wątpić, że ktoś podbiera zboże.
 Zleciała się drużyna, patrzą, krzywda wielka! Gdzie! Ani połowy już niema!
 Na nic tu żal, trza radzić. Idą tedy do króla po radę.
 — Królu miłościwy — mówią — złodziej jest, co nam ziarno chwyta! Co czynić mamy?
 — Chwyćcie i wy jego!
 Więc znów drużyna:
 — Królu miłościwy, złodziej, jak wiatr w polu, sto dróg ma przed sobą, a kto go ułapi?
 Tedy król:
 — Sygnet i pieczęć wam daję, pieczętujcie wszystkie wejścia, żebyście wiedzieli, którą z tych stu dróg przychodzi, a którą odchodzi ów złodziej.
 Bierze drużyna pieczęć, bierze sygnet królewski, zatyka wszystkie szpary mchem siwym, kratę z trzcin na mchu czyni, trawą co najdłuższą wiąże, pieczęcie na węzłach kładzie, sygnetem przyciska — straż stawia i czeka.
 Przyszła noc.
 Cicho wszędzie, jakby makiem siał. Listek się nie ruszy na drzewie.
 Ciemny lazur bez tchu nad ziemią wisi, gwiazd w nim, by piasku w morzu.
 A mieli straż tej nocy przy dębie Mikuła i Pakuła, dwaj rodzeni bracia, z których król Błystek milicyę sobie nadworną uczynił, dawszy im piękne hełmy z dzwonków polnych na głowy, a szable z mieczyka, co kwiatem ognistym, jak ułańską lancą z czerwoną chorągiewką, wystrzela wysoko z pośród liści ważkich a długich, jak miecze.
 Stoi Mikuła sztywny, jak gdyby kij połknął, stoi Pakuła prosty, jakby wystrugany z drewna, a oczyma dokoła kręcą, żeby im nic nie uszło.
 Wszystko śpi w Słowiczej Dolinie: modra struga i trawy i zioła; śpią muszki i ptaszęta, i żab chóry, i lilje wodne, i dąb ten stary, pod którym Mikuła i Pakuła trzymają straż wiernie.
 Tak przyszedł świt.
 Zrywa się drużyna Krasnoludków i do podziemia bieży: straż stoi, jak stała, pieczęcie leżą, jak leżały. Zajrzą Krasnoludki do wnętrza, a tam garsteczka tylko żyta, ledwie — że co na dnie.
 Zdumieli.
 Cóż to więc jest za szkodnik taki, co zamku nie ruszy, pieczęci nie złamie, a dobro zabierze?
 Patrzą po sobie w przerażeniu, milczą, nikt nie wie, jakie tu przemówić słowo.
 Aż rzecze król:
 — Kiedy sygnet mój nie ustrzegł i straż moja nie ustrzegła, to nie ustrzeże nikt.
 A wtem Pietrzyk, jako zawsze nowe myśli w głowie miał, zawoła z ciżby:
 — A co dostanę, Miłościwy Królu, jeśli złodzieja tego uchwycę?
 A król:
 — Głos za nim, gdy go sądzić będą.
 Tu Pietrzyk:
 — Co? Głos za złodziejem? Tego nie chcę! Anibym za takim łotrem palcem małym nie ruszył, gdy go wieszać będą! Ale niech mi Król Miłościwy da ową pieśń, przez mistrza Sarabandę spisaną, z której teraz Półpankowi nic, bo głos utracił.
 — Niech i tak będzie! — rzecze król — i skinął berłem.
 A była spisana pieśń ta na listkach róż polnych i na motylich skrzydłach najczystszą rosą majową, tak cudnie, iż ją chowano w skarbcu jako klejnot drogi.
 Skoczył Pietrzyk na łokieć w górę z radości, króla za kolana uścisnął, znów skoczył i jak wiatr polem ku lasowi śmignął.


Jałmużna Półpanka.




Koszałek-Opałek, który od owej przygody z Marysinemi gąskami, kątem u Sadełka mieszkał, dziwił się niepomiernie dnia tego, że gospodarz tak długo nie wraca. Zazwyczaj wymykał się lis z jamy pod wieczór, a przychodził rano; z tą wszelako różnicą, iż przy wyjściu przeciskał się ważkim podziemnym gankiem, który prowadził wprost ku wsi, wracał zaś obszernem wejściem od strony lasu, tak bywał objedzony i gruby, poczem rzucał się na legowisko i chrapał aż do zmierzchu dzień cały.
 Zastanawiały Koszałka-Opałka te nocne wycieczki gospodarza, ale jako przyjęty w gościnę, nie pytał o nic.
 Aż raz, sam Sadełko przemówił do niego w te słowa:
 — Widzisz Waszmość Pan przed sobą najnieszczęśliwszego zwierza, jaki kiedykolwiek na czterech łapach po tym świecie chodził! Matka moja była lunatyczką, a ja odziedziczyłem po niej to usposobienie! Com się nie napłacił doktorom, konowałom, owczarzom! Com się nie nabrał proszków, mikstur, balsamów, pigułek! Pół majątku mego na to poszło. Dość będzie, gdy powiem Waszmość Panu, żem samemi receptami trzy zimy opalał mieszkanie, a choć mrozy ścisnęły siarczyste, było u mnie tak ciepło, jak w uchu! No, i co Waszmość Pan powiesz, wszystko to na nic.
 Niech tylko księżyc błyśnie na wschodzie choćby tyle, tycio, już mnie coś pędzi, coś rwie, żeby iść i po dachach chodzić. Probowałem się już nawet przywiązywać za ogon do kołka, który oto Waszmość Pan W pośrodku jamy wbity widzisz, ale i to na nic.
 Jak mną szarpnęło, to najpiękniejszy kosmyk mojej kity na sznurku u kołka został, a ja się znalazłem za progiem. Patrz Waszmość, proszę! Dotąd noszę ślady tego wypadku!
 Powstały nawet plotki, że to psy kowala tak mi część ogona wyszarpały, co oczywiście potwarz jest i oszczerstwo bezwstydne!
 I takem już przywykł, tak to chodzenie po księżycu drugą naturą moją się stało, że czy księżyc świeci, czy nie świeci, muszę z jamy precz, jak tylko zmierzchać zacznie.
 Owszem, im ciemniej, tem z większą gwałtownością wyrywa mnie z domu ku wsi.
 Czasem noc czarna, że choć oko wykol, a ja, zwierz nieszczęsny, błąkam się, gdzie kurnik, gdzie chlewik.
 Jedno albowiem tylko gdakanie kokoszy, i pianie kogutów, że już o gęganiu gęsi nie wspomnę, uspakaja nieco moje nerwy! Ha! wola nieba!
 Tu westchnął tak mocno, że mu się wąsy pod nosem na sztorc podniosły jak wiechy, poczem zaraz na legowisko szedł i zasypiał, chrapiąc smaczno, a oblizując się tylko, przez sen, od ucha do ucha.
 Ale dzisiaj Koszałek-Opałek pełen był niespokojności. I ranek minął, i południe minęło, a lisa nie było w domu.
 Wyjrzał uczony kronikarz raz, wyjrzał drugi raz, ale jak okiem zajrzeć bór tylko szumiał gdzieś zcicha, wysoko, a drzewa tajemniczo gwarzyły z sobą, chwiejąc wierzchołkami. Niżej, wiewiórki uganiały się po gałęziach dębów i buków, a jeszcze niżej szeptały paprocie, mchy i borówki pełne czerwonych jagód. Zresztą — cisza.
 Już i wieczór przybliżać się zaczął, i księżyc błysnął na niebie, a lis się nie wracał.
 Podpasał tedy Koszałek-Opałek opończę swoją, wziął kaptur na głowę i żywym niepokojem przejęty, postanowił szukać Sadełka. Poczciwy Krasnoludek przywiązał się bowiem do lisa, o którego zbójeckich sprawkach, nie wiedząc, miał go za najzacniejszego zwierza.
 Właśnie nałożył fajeczkę i chciał ją przed wyjściem zapalić, kiedy od strony wązkiego ganku jamy dały się słyszeć ciężkie, czające się kroki. Wyraźnie ktoś szedł od wsi. Ktoś w wielkich i podkutych butach.
 Zadziwił się Koszałek-Opałek i jak stał z fajeczką zębach, z krzesiwkiem w jednej ręce, a z hubką w drugiej, pilnie nasłuchiwać zaczął.
 Kroki zbliżały się z każdą chwilą: już były u wejścia do owego ganku.
 Skoczył Koszałek-Opałek i ucho do ściany przyłożył, gdy wtem najwyraźniej posłyszał gruby głos kowala, którego przy wejściu do wsi, przed niedawnym czasem, na progu kuźni był widział.
 — Czekajże, niecnoto! — mówił głos. — Nie poradziły ci baby, to ja ci poradzę!...
 Zrobiła się cisza, a Krasnoludkowi serce biło jak młotem. Ucha jednak od ściany nie odejmował i czekał co będzie.


 Wtem zakręciło go coś w nosie tak potężnie, że kichnął raz po raz trzy razy.
 — Aha!... już cię doszło! Już parskasz! — odezwał się znów gruby głos kowala. — Poczekaj! Będziesz tu zaraz miał więcej tego dobrego!
 Jakoż natychmiast potężny kłąb gryzącego dymu uderzył przez otwór jamy w sam nos Koszałka-Opałka tak, że Krasnoludek odskoczył gwałtownie, krztusząc się.
 Tymczasem jednak uderzył w jamę kłąb drugi i trzeci, a powietrze uczyniło się tak nieznośnie gryzące, że Krasnoludkowi łzy pociekły z oczu. Gruby zaś głos dogadywał z zewnątrz:
 Za moje kokosze! Za moje koguty! Za moje indyczki! Masz! masz! masz!
 A przy każdem słowie nowy kłąb dymu walił przez wązki otwór tak zjadliwie, że w całej jamie zrobiło się ciemno i zupełnie sino.
 Oczadzony Koszałek-Opałek szukał poomacku drugiego wyjścia z jamy w las, lecz tak mu się kręciło w głowie, taką czarność przed oczyma miał, iż nieprzytomnie biegając z kąta w kąt, zgoła do wyjścia owego trafić nie mógł.
 Zimny pot oblał mu czoło, serce biło coraz to gwałtowniej, cała jama zdawała się kręcić w koło przed oczyma jego, a dymu przybywało coraz. Już myślał biedny Koszałek-Opałek, że przyszła na niego ostatnia godzina, kiedy nagle rękoma na otwór trafiwszy, nawpół zduszony z jamy w las wyskoczył, a przybiegłszy kilkadziesiąt kroków, upadł w paprocie i zemdlał.
 Cisza była i ranek, gdy Krasnoludek ocknął się z długiego omdlenia. Woń spalenizny czuć było jeszcze w powietrzu, ale już ją rozwiewał wiatr wschodni.


 Siadł Koszałek-Opałek, wciągając powiew świeży w płuca; lecz długa chwila minęła, zanim oprzytomniał zupełnie; głowę bowiem miał i teraz jeszcze niezmiernie ciężką, tak, że mu opadała to na jedno, to na drugie ramię.
 Gdy wreszcie przyszedł do siebie i ku jamie spojrzał, zobaczył zamiast niej kupę rozkopanego piasku, który tu i owdzie czerniał okopcony dymem. Porwał się Koszałek-Opałek i zaczął biedź ku owym zgliszczom w największej trwodze. Przypomniał sobie bowiem, iż w jamie pozostały pióra, które mu podarował Sadełko, kałamarz uczyniony z żołędzi, a nadewszystko nowo sprawiona z kory brzozowej księga, której sporządzenie kosztowało go niemało trudu. Napróżno jednak grzebał patykiem w piasku do południa prawie: z piór znalazł tylko czarne niedopałki, z księgi — poskręcane w rurki i przepalone karty, z których nic już odczytać się nie dało, a kałamarz przepadł bez żadnego śladu.
 Załamał tedy ręce nad tą ruiną wszystkich swych nadziei nieszczęsny kronikarz, a dwie łzy jasne potoczyły się po jego oczernionej dymem twarzy.
 — Takaż go to czekała przygoda? Więc ten zwierz ranny, a ów Wielki Lis, wódz Tatarów, uprowadzających w jasyr kury i koguty — to jedno? Więc takie to były owe księżycowe wycieczki? Więc i on sam, Koszałek-Opałek, dopomagał lisowi do złego? Mieszkał pod dachem okrutnego zbója. A teraz wziął część kary za to, że lekkomyślnie zdrajcy zawierzył!



 Stał jeszcze Krasnoludek pogrążony w tych posępnych myślach, kiedy go wyrwało z zadumy bicie wielu skrzydeł i głośne krakanie.
 Spojrzał w górę: Było to stado wron lecących nad nim, ku leszczynowym krzakom popod lasem, gdzie też na ziemię czarną chmurą spadły.
 Podszedł w to miejsce Koszałek-Opałek, i w najwyższem przerażeniu ujrzał leżącego bez ducha Sadełka, nad którym krążyło teraz owo czarne stado.
 Zapłakał mąż uczony nad tak srogim losem nieszczęsnego zwierza, a nasunąwszy kaptur głęboko na głowę, szedł w świat, gdzie go oczy poniosą.


Powrót Krasnoludków pod ziemię.


Zachodziło słońce: jesienne słońce ogromne i złote. Od dni kilku wypogodziło się niebo, ocieplała ziemia, jakaś polna ptaszyna śpiewała zapóźnioną piosnkę.
 W powietrzu różanem, na miedzach stokrocie zamykały złote, srebrne swoje oczka, z topoli padały ostatnie liście, w wielkiej, złotej ciszy.
 Skrobek tylko — co dosiał ostatnią garść pszenicy. Stał on w zachodniej łunie w płótniance siwej, przepasany płachtą lnianą, z obnażoną głową, z twarzą jasną i rozradowaną, patrząc w purpurę zorzy. Pod gajem pasły szkapę dwa chłopiątka jego, zdrowe i czerstwe, jak dwa maczki polne; szkapa rżała raz po raz, skubiąc resztki trawy, a dziecięce głoski jasne biły w ciszę zachodu.
 Ale w Słowiczej Dolinie gwarno było i rojno. To Król Błystek zwołał wiec i zamykał go właśnie uroczyście. Piękny był widok!
 Pod dębem prastarym, którego liście drżały lekko w powietrzu uciszonem, jasnem, stał tron królewski, z kamieni polnych wzniesiony, mchami i kwieciem nakryty, kobiercem mchów podesłany. Dokoła tronu drużyna wiernych Krasnoludków w jakrawych odzieżach, w pstrych kapturach, z narzędziami prac swoich w ręku.
 Gwarno i raźnie w gromadce tej było; nikt tu nie stał ze smutną i ponurą twarzą.
 Uśmiech latał z ust na usta, zapał błyszczał w źrenicach, ręce się bratersko ściskały, serca żywo biły.
 Ale nagle gwar ucichł i szmery umilkły.
 Podniósł się król, tak jako był widzian w ową noc sobótki, w białej szacie królewskiej, w złotej koronie i z brylantowem berłem. Ale choć w bieli był, taki blask padał na niego od zachodniej zorzy, iż mu się szata złotem i purpurą mieniła naprzemian, i po twarzy mu ognie szły, a siwa broda jego drżała srebrem.
 Wstał oto i podniósł berło. Uderzyli trębacze w złote trąby krótką pobudkę i umilkli.
 Król spojrzał na lud swój, a skinąwszy berłem, rzekł:
 — Drużyno moja wierna! Pracowniki moje! Kończy się dzień wasz i robota wasza. Wieczór idzie, a z nim spoczynek i spokój. Spojrzyjcie na poranek i na południe wasze przy blaskach zachodniej zorzy, albowiem to jest pochodnia, która pokazuje prawdę dnia!
 Tu zatrzymał się stary król i była cisza. A wtem w oddaleniu dał się słyszeć jakoby gwar, szum i bicie młota.
 To dzwonnik naprawiał dawno zepsuty dzwon na starej wieży i dawał mu serce.
 Ale król znów mówić zaczął:
 — Była wiosna i sialiście kwiaty, puste i dzikie miejsce uczyniliście radosnem i pięknem. Było lato — i śpiewaliście pieśń pogody i pracy. Przyszła jesień — i oto stoicie w zlocie i purpurze jej, i obliczacie owoce, które wam zrodziła, abyście je spożyli w weselu.
 Tu zamilkł król i spoczywał, i była cisza.
 I znów w ciszy tej odezwał się, ale już silniej ów szum dziwny i łoskot.
 Młot dzwonnika uderzał rozgłośniej coraz na wysokiej wieży.
 Chłód powiał po drużynie Krasnoludków, chłód cienia, zmierzchów i surowej ziemi. Jeden i drugi strząsnął się dreszczem nagłym.
 Król mówił dalej:
 — Oto się złoci w zachodnich zorzach ziemi szmat, który był dziki, a teraz zorany jest i obsiany ziarnem. I oto złoci się radością dusza człowieka, który to uczynił.
 Lecz wy byliście pomocnikami jego.
 — I oto główki dzieci jego, które były zwiędłe, a ożyły, i były smętne, a są radosne, i były naznaczone ciemnością, a teraz naznaczone są światłem.
 Chleb będzie, gdzie był głód, a gdzie noc była, tam będzie poranek.
 Lecz wy byliście pomocnikami światła.
 I oto sierota, która była jako jagnię bez uchrony, i jak gołąb bez gniazda, przygarnięta jest pod dach i policzona między rodzone, jako jedno z nich. I jest błogosławieństwem chaty, a dobro weszło za nią, jak wchodzi woń za wiosennem kwieciem.
 A wy byliście i ku temu także wdzięczną i czujną pomocą.
 Umilkł, a zrobiła się cisza.
 A w ciszy tej ozwały się trzy uderzenia młota; trzy tylko, lecz tak potężne, iż zaraz poznać było można, że ostateczne są i że dzieło kończą.
 Odwrócił król głowę siwą i przez chwilę słuchał, i drużyna jego słuchała.
 I przeszedł po nich dreszcz i chłodem powiało od boru. Tu i owdzie zagasła źrenica, tu i owdzie zniknął uśmiech, tu i owdzie zacisnęły się dłonie.
 Przypomniały sobie Krasnoludki ową starą, starą wieść, że gdzie uderzy dzwon, tam one — pod ziemię muszą.
 Król wszakże był spokojny i tak mówił dalej:
 — Jednego z towarzyszy straciliśmy, bracia. Straciliśmy uczonego Koszałka-Opalka. Odłączył się on od nas, aby szukać sławy. Nie nam go sądzić. Niech idzie za gwiazdą swoją. Co do nas, przeżyliśmy tu dni dobre i chwile szczęśliwe. Błogosławmy temu zakątkowi ziemi.
 — Błogosławmy! — zawołały wierne Krasnoludki.
 I nagle zrobiła się cisza.
 Wzniósł ręce król stary i wyciągnął je nad uciszoną doliną i błogosławił jej.
 Sto rąk, sto ramion podniosło się za nim w różane powietrze, w którem drżała promienista gwiazda królewskiego berła i błogosławiły temu zakątkowi ziemi.
 A wtem słońce stoczyło się wielką kulą aż na krawędź świata.
 — Piękny zachód! — rzekł król.
 — Piękny... piękny zachód! — zawołały wierne Krasnoludki.
 Naraz zaczęły dzwony bić...
 Daleko gdzieś, daleko, wysoko gdzieś, wysoko, nad borem, nad lasem, głos dzwonu płynął i obejmował pola i łąki, i drżały pod nim trawy zroszone, i zioła, a od nieba do ziemi, w wielkiej wieczornej ciszy rozbrzmiewał szeroko głos dzwonu...
 I nagle pod głosem tym zaczęły się osypywać barwy i kolory z wiernych Krasnoludków, tak właśnie, jak się osypują złote liście z drzew jesiennych, w modrej i słonecznej ciszy wrześniowego ranka.
 Wzgórek, tron, król stary i cała drużyna rozwiały się cieniem.
 Dzwon bił... słońce gasło.
 Listki unoszące się lekko w powietrzu, sypnęły na ziemię.
 Pod ich warstwą znikł wzgórek, na którym przed chwilą stały Krasnoludki.
 Ukażą się znowu, ale nie pierwej, aż słonko wiosenne zaświeci.


animusz — odwaga

bodnia albo bednia — rodzaj beczki wyciętej w kłodzie albo uplecionej z wikliny dla przechowania zboża, kapusty
brelok — ozdobny wisiorek, np. przy zegarku

desperacja — zmartwienie, rozpacz

fryga — bąk, zabawka dziecięca kręcąca się po podłodze

fular — lekka materia jedwabna

hebda albo hebd – ziele rosnące po lasach, używane na wsi dla celów leczniczych jako zaprawa do kąpieli
kielce — toż samo, co zęby, kły zwierzęce

konował — lekarz zwierząt, szczególnie koni, weterynarz

koszatka – zwierzątko z rodzaju gryzoni

litaury – bębny mające skórę napiętą na kotłach miedzianych

lunatyk — człowiek dotknięty chorobą nerwową, skutkiem której śpiąc może chodzić, a nawet wykonywać bezwiednie różne czynności
łątka — znaczy także: gałązka wierzbowa; stąd: wić łątki – splatać wieńce

madejowe łoże — w baśni o zbóju Madeju jest mową o łożu przygotowanym w piekle dla rozbójnika; było ono najeżone kolcami, za posłanie miało brzytwy i noże
magać — wywracać, magać kozły – koziołkować

magierka — czapka wełniana okrągła z płaskim denkiem, noszona dawniej często przez chłopów
mikstura — mieszanina

murzać — (wymawia się: mur—zać) – powalać, pobrudzić

obrzasnąć, obrzasknąć — oświecić brzaskiem

oman, także omam — zwodnicza zjawa, majak

z partesa stąpać — kroczyć z powagą, uroczyście

pokrzyk — ziele pokrzykowe, także psianka, roślina, o której baśń ludowa mówi, że wyciągana z ziemi, wydaje okrzyk niby człowiek; stąd w tekście: „z ludzką twarzą”
pokurć albo pokurcz — pies mieszaniec z rodziców różnej rasy

polityczny — grzeczny, uprzejmy

prezencja — wygląd zewnętrzny, postawa

rajtrok — kapota

rezydencja – tu: siedziba królewska

scheda — spuścizna

sepet — skrzynka, kufer

siodłaty — mający upierzenie inne na grzbiecie, a inne na skrzydłach; gęś siodłata biała ma skrzydła w połowie czarne
sygnet — pierścień mający w oczku wyrytą na kamieniu lub w metalu pieczątkę z herbem lub pierwszymi literami imienia i nazwiska; czasem taką pieczątkę nosiło się także jako wisiorek u zegarka
szałamaja — fujarka, piszczałka

szprync — skok

tatarak — tatarskie ziele albo ajer, szuwar, roślina wodna

trybunał — sąd najwyższy

waleta — pożegnanie

zuchelek — kawałek



