Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska


Pies i druciarz


Dzień był pogodny, lecz mroźny. Edzio wcześnie wrócił ze szkoły, a mając na widoku kulig, niecierpliwił się i biegał do kredensu napędzać starego Andrzeja, aby prędzej nakrywał do stołu.
 — Na wszystko stanie czasu — gderał stary sługa, ostrożnie wyjmując z szafy i pomału ustawiając na stole talerze i szklanki.
 — A i tobie pilno! — dodał — odpędzając serwetą psa, który za Edziem wbiegł do kredensu i patrząc Andrzejowi w oczy, poszczekiwał wesoło.
 — Bo i on głodny! Biedny Tankred! — zawołał Edzio, obejmując psa za szyję i tuląc do jego wielkiego pyska rumianą twarzyczkę.
 — Głodny! no proszę, głodny i biedny! — mruczał Andrzej. — Znam ja niejednego człowieka, co pozazdrościłby losu i chleba temu psisku...
 — Andrzej nie wiadomo co wygaduje i nie ma litości nademną i nad Tankredem — zawołał rozżalony Edzio — No! prędzej Andrzeju!
 Lecz Andrzej nie spieszył się wcale, uśmiechał się tylko i kiwał głową mrucząc:
 — Biedny Edzio, biedny pies!
 Co prawda Tonkred[1] nie robił wrażenia biednego psa.
 Owszem wyglądał na psa bardzo szczęśliwego. Nie miał zapadłych boków, pomarszczonej skóry, pod którą policzyć by można wystające żebra, sierci pokudłaconej i najeżonej, podkurczonego ogona, stulonych uszu, wystraszonej, pokornej, i ponurej miny, z jaką się psy nędzarze i żebraki — gdyż i pomiędzy psami wiele jest nędzarzy i żebraków — włóczą po ulicach i chowają po kątach, potrącane przez przechodniów, zewsząd wyganiane, bite kamieniami przez niegrzeczne i nielitościwe dzieci. Miał by się z pyszna ten, ktoby spróbował rzucić kamieniem na Tankreda. Rosły, silny, hardo i śmiało patrzał ludziom w oczy, zawsze gotów stanąć w obronie swego pana lub też siebie samego. Choć zły był i zajadły w potrzebie, nie napadał nigdy na słabszych: na małe pieski, których szczekaniem gardził, i na dzieci, które, wówczas nawet, gdy mu dokuczały, odpędzał burknięciem tylko. Przepadał za Edziem, z którym się wychowywał i który go karmił: nie odstępował od niego na krok, dzielił z nim zabawy, pozwalał mu robić ze sobą, co mu się podobało, nawet kiełznać się, zaprzęgać do wózka i jeździć na grzbiecie. Że zaś Tankred był piękny, miał długą, mięką sierć płową ze srebrzącymi się na piersiach kosmykami i ciemniejszym na grzbiecie pasem, uszy długie i delikatne, a oczy czarne, wypukłe i połyskujące, Edzio ze swej strony przepadał za tym psem, dzielił się z nim każdą zabawą, każdym smacznym kęskiem.
 Można by też ręczyć, że Tankred głodu nie doznał nigdy.
 Edzio i jego pies, nie otrzymawszy nic od Andrzeja, poskoczyli do kuchni.
 Na dworze było zimno, śnieg skrzypiał pod nogami przechodniów, a nad oknem kryształowe sople migotały, jak brylanty, w słońcu zimowem. Na szybach mróz rysował splątane, bezlistne gałązki, osypane srebrnym szronem. W kuchni, poustawiane do koła na półkach blaszane i miedziane naczynia błyszczały także w słońcu. Na kominie z trzaskiem wielki płonął ogień a na okapie komina siedział kotek bury, który na widok Tankreda napuszył się cały. Tankred, chociaż zacięty wróg kotów, i chociaż zwykle Burkowi nie folgował i wyganiał go zewsząd, tym razem całą uwagę zwrócił na pary i smaczne wonie, napełniające powietrze. Siadł przed kominem z podniesioną głową i rozkoszując się ogniem, wodził okiem za każdym ruchem kucharki.
 Marcinowa — tak się kucharka nazywała — ubrana w biały fartuch i biały czepek, z odwiniętymi rękawami, smażyła coś na patelni. Były to wyborne skwarki ze świeżej słoniny, którymi po chwili okrasiła stojącą na stole misę białego i zawiesistego krupniku.
 Tankred oblizywał się, wietrząc woń skwarków.
 Edziowi oczy błysnęły, łyknął ślinkę.
 — Jeszcze trochę słoninki, jeszcze trochę, ot tych, podrumienionych skwarków — prosił z przymileniem.
 — Niech panicz nie wymyśla, to doprawdy grzech..... zaczęła kucharka, lecz Edzio nie dał skończyć, porywając ją za szyję, co widząc Tankred wspiął się też na jej piersi i pulchną, od ognia zaczerwienioną jej twarz liznął parę razy wielkim językiem.
 Kucharka broniła się ze śmiechem.
 — Paniczu!... Żeby ciebie! — machnęła na psa fartuchem, a tymczasem Edzio porwał patelnię, wylał na krupnik całą rozpuszczoną na niej słoninę i pochwycił misę, z której para buchała.
 — Ostrożnie — wołała Marcinowa — panicz siebie i psa oparzy!
 — Postawię w sieni, aby ostygło! — z sieni już wołał Edzio.
 Tu spotkał jednego z kolegów i powiódł go z sobą, chcąc mu pokazać fuzyjkę, otrzymaną od rodziców, na gwiazdkę.
 Oglądanie fuzyjki zajęło bardzo obu chłopców. Z kolei Edzio pokazywał koledze obrożę z czerwonej skóry, nabijaną bronzowymi ćwieczkami, z własnych oszczędności kupioną dla Tankreda, w którą miał właśnie psa ubrać przed spacerem...
 Gdzież Tankred?
 Tankred pozostał był w sieni. Zwykle zmyślny pies kładł się tam wyciągnięty na przednich łapach, warując, przed stojącą w kącie misą krupniku. Dla niego bowiem przeznaczony był ten biały i zawiesisty z sutą omastą pokarm. Tankred wyczekiwał tak cierpliwie wejścia Edzia i pozwolenia przystąpienia do jadła[2]
 Teraz z sieni dochodziły do pokojów niezwykłe jakieś szmery i brzęk cichy, metaliczny, stłumione słowa prośby, czy perswazyi, chciwe chlipanie płynnej strawy, warczenie głuche.
 Edzio poskoczył ku drzwiom i stanął jak wryty. Na przeciw mało co od niego słuszniejszy, a wiele szczuplejszy, owieszony zwitkami drutu, osmolony, odarty, z zimna zsiniały i drżący, wystraszony, do ściany potężnemi łapami Tankreda przyparty, stał druciarz mały. Jego czarny, z szerokiemi brzegami kapelusz leżał zmięty na ziemi. Na czoło opadały mu długie, czarne włosy. Z chudych, śniadych rąk wypuścił misę, z której przed chwilą, nie zważając na buchającą z niej parę i groźne warczenie Tankreda, pil chciwie gorący i pożywny krupnik. Przed kilku chwilami wszedł był do sieni w celu szukania roboty. Nieśmiały i nie wiedząc, w które drzwi zapukać, stanął w milczeniu, tem bardziej, że się przeląkł leżącego na środku sieni i z cicha warczącego psa. Musiał też poczuć zapach skwarzonej słoniny, spostrzegł w kącie na ziemi stojącą misę jadła.
 Głodny był, wczoraj rano zjadł ostatni, jaki posiadał, kawał suchego chleba. Zimno mu przytem było, a stojące w kątku jadło było tak ciepłe. Przemknęła mu myśl, że to cudze... i odwrócił się. Czemuż jednak stoi tak w sieni? Może dla psa tego postawione.
 Szczęśliwy pies — pomyślał. Gdyby to choć skosztować, misa ogromna, wystarczy dla nich obu a pies i tak dość tłusty, dobrze w sierć długą i mięką odziany... gdyby spróbować?
 Cichemi słowy uspakajając coraz groźniej warczącego Tankreda, przyczołgał się do misy[3] Tak smacznej, ciepłej strawy nie jadł oddawna, od tego szarego jesiennego poranku, w którym go w góralskiej chacie matka, sobie od ust odejmując, nakarmiła i wyprawiła w świat za chlebem. W chacie nie było czem przekarmić go przez zimę. Tankred, ujrzawszy misę z jadłem w rękach obdartego chłopca, wskoczył mu na piersi, przyparł go do ściany i z błyszczącemi oczami warczał tuż nad twarzą pijącego chciwie krupnik, zgłodniałego druciarza. Teraz, gdy wylękły samem drzwi otworzeniem, wypuścił z rąk misę i Tankred uwolnił go od groźnego uścisku, liżąc rozlaną po ziemi i z odzieży druciarza spływającą strawę.
 Ochłonąwszy z pierwszego zdziwienia, Edzio poskoczył naprzód oburzony, zagniewany na śmiałka, co przywłaszczył sobie smaczny obiad Tankreda.
 — Zło... — chciał zawołać, lecz się powstrzymał...
 — Przepraszam — bełkotał druciarz niewyraźnie, wystraszony, niby na gorącym uczynku pochwycony złoczyńca. — Przepraszam jaśnie wielmożne pańswo[4], myślałem, że to niepotrzebne, wyrzucone dla psa... nie jadłem od dawna..
 O tak! głodny był, od dawna nie jadł. Widać to było z jego zapadłych oczu, gorączką spieczonych ustek. Edzio widział po raz pierwszy ten straszny i ponury pożądliwości połysk, który głód zapala w zapadłych oczach ludzkich. Przeląkł się, czuł, że mu się na łzy zbiera i jednocześnie jak gdyby wstyd mu było czegoś. Czego? Nie wstydził się przecie za tego biedaka, który psu jego odkradł łyk ciepłej strawy. I nie za Tankreda także, który warczał wprawdzie, broniąc swej własności, lecz nędzarza nie pokąsał i nie poszarpał nawet na nim ostrzępionej odzieży. Wstyd mu jednak było. Czego? Sam nie wiedział i nie umiałby powiedzieć. Jednocześnie pomyślał, że jest bardzo szczęśliwem dzieckiem. Miał rodziców dobrych, naukę ułatwioną, dostatek, dom własny, przyjemności, — a i Tankreda — psa, któremu niejeden człowiek, jak mawiał Andrzej — mógł pozazdrościć chleba i losu. Na świecie tymczasem ileż było dzieci do tego druciarza podobnych, głodnych, zziębłych, odartych, opuszczonych, bez dachu na włóczęgę skazanych i dla zaspokojenia głodu i ogrzania się mogących ukraść łyk strawy... psu...
 — Nie bój się chłopczyku — rzekł łagodnie, ujmując za rękę wylękłego druciarza... Nie bój się i nie gniewaj na Tankreda. Dobry to, zmyślny pies i pewnie nie posądził, żeś zło...
 Znów mu słowo, które chciał wyrzec, skonało na usteczkach, wykrzywionych jak do płaczu. Płakał bo też już na dobre i łkając, kończył:
 — Tylko... Tankred nie wiedział, żeś głodny... i... że ci jego obiad smakować będzie. Chodź do kuchni, ogrzejesz się, a Marcinowa da ci smażonych dla mnie kartofelków.
 Ojciec Edzia, który się we drzwiach przypatrywał milcząc całemu temu zajściu, uściskał syna czule.
 — Pewien jestem — rzekł — że będziesz odtąd, Edziu, cenił to, co posiadasz. Lecz abyś mógł spokojnie cieszyć się swem szczęściem i używać dostatków, pamiętaj, że szczęśliwy, który żadnej łzy nie otrze, — syty, który nie nakarmi głodnego, wstydzić się powinien i czuć stokroć nędzniejszym od nędzarzy, z którymi podzielić się tem, czem ma, jest jego obowiązkiem.




