Paulina Krakowowa


Chciałbym być stangretem


 Marcinek dobry chłopaczek miał przecież swoję wadę: nie chciało mu się uczyć. Wprawdzie, lubo z wielkim mozołem, nauczył się trochę czytać i pisać, ale też dalej ani na krok nie szła nauka. Kiedy mu ojciec wymawiał lenistwo, kiedy go nakłaniał, by się tego lub owego uczył, Marcinek niedbale pytał:
 — Na cóż mi się to przyda? czyżto i bez nauki żyć na świecie nie można?
 — Zapewne że można — odpowiedział ojciec — ale wiedz przecie, że każdego Bóg stworzył do pracy, że grzechem jest żyć sobie wygodnie na świecie i nic nie robić.
 — Prawda — odpowiedział Marcinek — ależ ja wolę pracować niż się uczyć.
 — Nauka także jest pracą — rzekł ojciec — ale kiedy jej tak nie lubisz, powiedzże, czem ty będziesz jak dorośniesz?
 — Czem? o! wiem ja dobrze! gdyby tylko tatunio pozwolił.
 — No, przecież?
 — Oto chciałbym być stangretem.
 Uśmiechnął się ojciec, a Marcinek chcąc go przekonać, że żądanie to śmiesznem nie było, mówił dalej:
 — Bo co to za miłe życie! cały dzień siedzieć na koźle, trzaskać z bicza i kierować końmi, a ja tak konie lubię! Przytem można sobie i spocząć; ja już nieraz uważałem na tego woźnicę, co tu do sąsiedniego domu, lekarza przywozi: on nieraz przez pół godziny czekając na pana, siedzi z założonemi rękami.
 Ojciec nic już na to nie mówił, ale w kilka dni potem, kiedy zasępiło się niebo i deszcz strumieniami lać począł, nieznacznie zwabił Marcinka do okna. Właśnie znany im lekarz zajechał przed dom, w którym bywał codziennie, a woźnica nasunąwszy czapkę na uszy, podniósł kołnierz od płaszcza, ręce schował w rękawy, i czekał na pana, tylko się czasem z ulewy otrząsał.
 — Nieprawdaż, Marcinku — spytał ojciec — że to wygodnie być stangretem?
 — O! w słotę i zimno — odrzekł chłopczyna — to nie bardzo, ależ przecie nie zawsze deszcz pada!
 Ojciec zamilkł jeszcze, ale w kilka dni znowu rzekł do syna:
 — Prosił mnie doktór B. dziś na obiad: wezmę cię z sobą.
 Łatwo sobie wystawić, że się Marcinek prosić o to nie dał. Wybrali się więc wcześnie, żeby na nich zmęczony pracą gospodarz nie czekał, i przybyli wprzód jeszcze, nim on wrócił do domu. Ale nie długo czekali na niego, po przywitaniu, nim podano do stołu, ojciec Marcinka rzekł do lekarza:
 — Mój przyjacielu! nie wiesz zapewne, jak mój syn lubi konie, a niema sposobności widzenia ich często zbliska; pozwól mu też zejść do stajni i napatrzeć im się do woli.
 Służący sprowadził chłopczyka do stajni, a ten napatrzywszy się koniom, pogłaskawszy z nich jednego, wszedł w rozmowę z woźnicą, który zdjąwszy płaszcz przemokły, krzątał się koło uporządkowania wszystkiego.
 — Czemu sobie nie spoczniesz, mój przyjacielu? — zapytał.
 — A toć koniom trzeba dać jeść i pić.
 — Ale już dałeś?
 To ich trzeba z błota oczyścić, boby im nie było na zdrowie tak stać w błocie i wilgoci.
 — A jak to zrobisz, to już i skończona robota?
 — Ba i bardzo! trzeba stajnię uprzątnąć, i powóz umyć i zatoczyć do wozowni, zaprząg oczyścić; ho! ho! nieraz to się ta robota i do nocy zwlecze, ledwie jest czas, by się posilić.
 Marcinek wrócił do pokoju, ale ani w czasie obiadu, ani przez drogę do domu nie unosił się nad szczęściem woźnicy, a gdy go ojciec zapytał, czy chciałby być stangretem, potrząsnął głową i rzekł z cicha:
 — Nie!
 — Widzisz, synu! — powiedział mu ojciec — każdy stan ma miłą i przykra stronę; tak i z nauką: trudno ją nabyć, ale miło, nabywszy, używać jej na dobro swoje i innych ludzi; a wierz mi, im więcej wiadomości kto posiada, tem użyteczniejszym może być na świecie, tem więcej szczęścia doznaje.
