Paulina Krakowowa

Scyzoryk

 Antoś, jak wiele dzieci, to najlepiej lubił czynić, co mu zakazywano; nieraz ojciec mawiał:
 — Antosiu! nie baw się scyzorykiem, bo się nim skaleczyć można.
 Antoś nic nie odpowiedział, ale myślał sobie w duszy:
 — Już mnie też tatko za wielkiego ma niezgrabiasza, kiedy mi nawet scyzoryka dotknąć nie pozwala!
 Pewnego razu, kiedy ojciec wyszedł z domu, swawolny synek wsunął się do jego pokoju, siadł na krześle przed stolikiem, rozparł się wygodnie i rzekł:
 — Co mi za wielka rzecz taki mały nożyk wziąć w rękę: otóż ja się przekonam, i tatce pokażę, że nawet pióro zatemperować potrafię.
 Wyjął pióro z paczki, otworzył scyzoryk; dla lepszego naśladowania ojca wsadził na nos jego okulary, i zaczął rżnąć pioro. Zrzyna, ścina; to mu się zdaje za długie, to za krótkie, to za cienkie, to za grube: nareszcie przyciął w samą porę. Macza pióro w kałamarzu, otrząsa, próbuje na papierze: pióro ani kreski zrobić nie chce. A dlaczego? zgadnijcie; — bo Antoś nie wiedział jeszcze że należy wprzód pióro rozszczepić.
 — O! ja cię tu zaraz poprawię! — rzekł Antoś.
 I w samej rzeczy poprawiło się pióro, polało się atramentem — ale był to atrament czerwony, była to krew z rozciętego palca, na którym uparty chłopczyk chciał przyciąć nosek od pióra.
 Przez całe dwa tygodnie Antoś chodził z zawiązanym palcem, a choć go już potem ojciec nie przestrzegał, zdaleka tylko spoglądał na scyzoryk.


