Paulina Krakowowa

Skorupki


 Przez Krakowskie Przedmieście szedł chłopiec garncarski, niosąc ponawłóczone na sznurze garnki, garnuszki, ryneczki, i dążył ku Staremu-Miastu, bo tam, jako w piątek, czekała na niego majstrowa, przedająca wyrobione przez cały tydzień naczynia. Tą samą ulicą szło kilku chłopczyków do szkoły, a idąc igrali i potrącali się wzajemnie; aż nakoniec jeden z nich potoczył się na garncarza, i stłukł mu cały sznur garnków. Biedny chłopiec głośno płakać i wyrzekać począł, a mali figlarze tymczasem rozpierzchli się na wszystkie strony. Lecz nagle jeden z nich powraca, i mówi do garncarza:
 — Przepraszam cię, mój kochany, za twój przestrach i zmartwienie, szkodę ci nagrodzę, tylko porachuj wiele się garnków potłukło.
 — Ja nie wiem, paniczu, po czemu je majstrowa przedaje.
 — To pozbierajże skorupki i pójdziemy z niemi do majstrowej.
 Poszli na Stare-Miasto, opowiedzieli całe zdarzenie garncarce, ona potrząsając głową obliczyła zbite garnki i wyrachowała na trzy złote szkodę, Ale kiedy chłopczyk dobywał z woreczka trzy nowe złotówki, chciał jej płacić, dobra kobieta poglądając na niego spytała:
 — A dużo jeszcze masz pieniędzy, paniczu?
 — Mam jeszcze kilka groszy — odpowiedział.
 — No, to chowaj że do nich i te złotówki; widać że z ciebie poczciwe dziecko, kiedy chcesz nieumyślną szkodę wynagrodzić. Niech cię Bóg błogosławi.
 Chłopczyk nie chciał przyjąć pieniędzy, garncarka toż samo.
 — Ja przez to nie zginę — mówiła — co tydzień przynajmniej ponoszę taką szkodę, a nikt mi jej nie nagradza.
 — A ja nie chce być przyczyną niczyjej straty.
 Kiedy się tak sprzeczają, nadchodzi siwy, o kiju, staruszek, blady, wynędzniały, w starej połatanej sukmanie; przed sobą miał torbę, a w niej chleba i sera kawałki, kilka kartofli, kaszy troszeczkę, soli gruzołek: znać że na wspomożenie go, wszystkie się przekupki złożyły.
 Chłopczyk spojrzał na staruszka, a potem rzekł do garncarki:
 — Więc pani żadnym sposobem nie chcesz przyjąć tych trzech złotych?
 — Żadnym sposobem jagódko! — odpowiedziała z uśmiechem.
 — To weźże dziaduniu, a módl się za tę panią!
 I to mówiąc chłopczyk, rzucił w torbę złotówki, a sam odszedł coprędzej.
 — Módl się, dziadku, i za to dziecko — dodała rozczulona kobieta — żeby mu Bóg pozwolił wyrosnąć na zacnego człowieka.
 Siwy staruszek długo się modlił za dobrego chłopczyka, a Bóg wysłuchał pewnie prośb jego, bo On sprawiedliwych i dobroczynnych od wszelkiego złego strzeże.


