Paulina Krakowowa

Żółty nosek


 Ludka ładniuchna dziewczynka, wiedziała o tem, że jej Bóg piękną dał twarzyczkę; lecz zamiast Mu za to dziękować i wywdzięczać się, nadymała się z tego, i sobą tylko była zajęta. Największą jej uciechą było przeglądanie się w zwierciadle, a kiedy bracia i siostry czytali lub słuchali uważnie mamy opowiadającej o różnych zwierzętach, kwiatach, robaczkach żyjących na Bożym świecie, Ludka myślała nad tem, jakimby paskiem białą przewiązać sukienkę, jak jasne włoski zaczesać.
 Pewnego razu biegła do ogrodu, a nabiegawszy się napróżno za motylami, siadła zmęczona pod drzewem; spojrzy na pień jego, aż tu wśród mchu ukryty śliczny świecący siedzi robaczek.
 — O! ten mi już nie ucieknie! — rzekła Ludka do siebie i chwyciła raczkami ładnego sąsiada.
 — Nie, nie puszczę — mówiła figlarnie, patrząc, jak drobna istotka siliła się wymknąć z pomiędzy jej paluszków; i w rzeczy samej, choć Ludka była ostrożną, jednak zręczny robaczek przecisnął się maleńką szparką, a w ręku Ludki pozostała woń brzydka i odrażająca. Dziewczynka bowiem nie wiedziała jeszcze o tem, że kantarydy, tak ładne na pozór, tak niemiłą woń wydają.
 Markotna Ludka poszła do stawu, co przytykał do końca ogrodu, chcąc się obmyć; lecz próżno pluskała się w przejrzystej wodzie, nie mogła się pozbyć przykrego zapachu.
 Wtem nad brzegiem wody spostrzega białe lilie, podbiega ku nim, chwyta śliczny biały kwiat rączkami, i nosek zrażony wonią kantarydy, w pachnący kielich zatapia z radością.
 Nasyciwszy się wonnym lilii wyziewem, wsunęła rączki w kieszenie fartuszka, i poszła żwawo ku domowi, bo też już była obiadowa godzina. Ale wśród ogrodu spotyka ją młodsza siostrzyczka, i popatrzywszy na nią przez chwilę, głośnym śmiechem wybucha.
 — Cóż tam tak śmiesznego? — zapytała Ludka.
 — Nic, nic — odrzekła śmiejąc się siostrzyczka, i pobiegła ulicą, gdzie się bracia bawili. Niedługo wróciła z nimi, i wszyscy troje spojrzawszy na twarz Ludki, wesoło śmiać się zaczęli.
 Zasępiła się dziewczynka i rzekła niemile:
 — Bardzo proszę, zaprzestańcie tych śmiechów, ho doprawdy, powiem przed mamą.
 — O! o! — rzekł z udaną pokorą starszy braciszek — daruj nam księżniczko ze złotym nosem, że się widokiem twego oblicza tak cieszymy.
 Ludka poglądała niespokojnie na małych figlarzy, lecz oni pamiętni, jak się nieraz z pięknością swoją nad nich wynosiła, nie przestawali żartować.
 — Widzisz — mówił brat drugi — nieraz ci mama mówiła, że to źle kochać się w swojej twarzy; nie słuchałaś, otóż ci nos ozłociał dla większej ozdoby.
 Przelękniona Ludka schwyciła się za nosek, lecz brzydki zapach kantarydy zaleciał ją, a na paluszkach pozostał żółty proszek, którego śladów zetrzeć nie było można.
 Z płaczem pobiegła do domu, a przejrzawszy się w zwierciadle, zakryła twarz rękami i głośno wyrzekać zaczęła.
 — Biednaż ja, biedna! nikt na mnie patrzeć, nikt ze mną bawić się nie będzie; takam brzydka i tak szkaradny zapach bije odemnie.
 Pocieszyła ją matka, zapewniając, że za kilka godzin i rączki wywietrzeją i nosek się oczyści; lecz dodała:
 — Gdybyś była słuchała, com braciom i siostrze twojej opowiadała: nie chwytałabyś ładnego robaczka, nie dotykałabyś się liliowych pręcików; i nie byłabyś się tyle nabawiła przykrości. Wiedz przy tem, moja Ludko, że z samej tylko piękności chlubić się nie trzeba, bo ta prędko zniknąć może.


