Eugeniusz Małaczewski

Koń na wzgórzu



Pani Olimpii Ligockiej
I
...Gdy jest mi smutno, siadam i piszę. Bezładnie spisuję dzieje
mego życia. W pamięci zbolałej, cierpiącej nad wszelkie
wyobrażenie, wskrzeszam zdarzenia z ubiegłych kilku lat.
Jestem inwalidą Wielkiej Wojny. Spędzam czas w naszych
polskich górach – w Tatrach. Ciało moje znajduje się teraz w
stanie zwanym rekonwalescencją, a dusza dopełnia cudownej
czynności, którą nazwałbym „przychodzeniem do siebie”.
Byłem daleko od siebie, daleko. Pielgrzymowałem ku samemu
sobie latami całymi, brnąc przez cudzą i własną krew, ale oto
przychodzę już do siebie...
Patrzę na zimowe Tatry. Cudne są. Cóż na świecie
dorównać może temu powszechnemu, nieokiełznanemu
wybuchowi takiej olbrzymiej masy ziemi, porywającej się
kamienną potęgą ku rozwartemu na oścież błękitowi? To
ziemski glob podaje swe dzikie, natężone piersi boskim
uściskom nieba.
Kiedy w jasne południe oglądam śnieżne wierchy, jak się
iskrzą od słońca, rażąc snopem blasków, jak gdyby wykute w
krysztale górskim nabijanym diamentami – gdy się wpatruję w
potężne regle, porosłe całkowicie równą jak zielone konopie
smreczyną, tkwiącą raz przy razie, niby las pierzastych strzał, 
zamierzonych gęstą salwą przez ziemię w wysokie niebo –
skądś, od dna duszy, powstaje we mnie niewysłowiona
modlitwa, zrywa się krótkim zachłyśnięciem dziękczynny
szloch dla Stwórcy, iż On, który stworzył z niczego te wielkie,
srebrne, porosłe strzelistym drzewem góry, zechciał również
stworzyć i tę nędzę wspaniałą, jaką jest człowiek, jaką jestem
ja!...
Lecz wraz z mgłą, która w pochmurne dni sączy się z
wszystkich szczelin górskich, snuje się z rozpadlin skalnych i
spełza w dolinę moją przytłaczającym, ponurym tumanem –
zwalają się na mnie, niczym te góry niewyraźnie piętrzące się
w mgłach, godziny najstraszliwszego ucisku ducha. Wałęsam
się wtedy wśród smreków oślizgłych od wilgoci,
zwieszających bezwładne gałęzie, niby strzępy mokrej,
zetlałej odzieży i w znękaniu niezmiernym tęsknię do dobrego
słońca. Nadchodzi wtedy mój dawny smutek. Czuję, czym w
istocie swej jest moja cielesność, zmiażdżona przez wojnę.
Obmierźle siebie czuję, jak gdybym nie ludzką był istotą, ale
ociężałym worem schorzałego cielska, napełnionym miazgą
zdruzgotanych kości oraz luźnymi motkami nerwów,
wyszarpanych ze mnie nitka po nitce, jak na bandaże do ran
wyszarpuje się stare płótno.
Na mych przechadzkach samotnych chce mi się wtedy
drzewa przydrożne obejmować, przyciskać je do piersi
ramionami z całej siły i płakać w głos, płakać wielkim,
niepowstrzymanym płaczem...
II
W pamiętnym na wieki sierpniu, kiedy to wszystkie lądy i
morza, pogrążone w gnuśnym pokoju, stanęły naraz w ogniu 
wojny powszechnej, na pola wielkich bitew wyruszyłem i ja,
wtłoczony musem w nie swój, nie polski szereg.
Do owej chwili gospodarowałem roztropnie na morgach
odziedziczonych po ojcu, ciesząc się sławą zawołanego na
całą okolicę hreczkosieja. Na gospodarstwie został ekonom,
wąsaty szlagon, stary wyga folwarczny, pełen osobliwych cnót
ekonomskich, z okrągłej tuszy i ogorzałości czerstwych lic
podobny do bochenka dobrze wypieczonego chleba. Legenda
folwarczna głosiła wprawdzie, że pan ekonom nie raz ciemną
nocą moją pszenicę – sandomierkę wyprzedaje ponoć
przebiegłym żydowinom, a robi to po kryjomu, na własne
wyłącznie ryzyko – lecz były to pogłoski trudne do
sprawdzenia. I sąsiedzi zazdrościli mi mego wielkorządcy, z
którym w niezakłóconej żyliśmy harmonii.
W charakterze dziedziczki samorządnej pozostała w domu
siostra, dużo ode mnie młodsza dzieweczka siedemnastoletnia,
typowa „panienka ze dworu”, błękitnooka i jasnowłosa istota z
rumieńcami wiejskiego zdrowia na wiecznie przekornej buzi.
Przepasana fartuszkiem z różowego perkalu, rządziła się
w całym domu jak szara gąska. Było to niepodzielne jej
królestwo. Z powodu jej młodości nie brałem jej zupełnie na
serio. Gdy zabierała głos w sprawach należących do mnie,
karciłem ją żartobliwie, mówiąc: „Cicho mi bądź, smarkata!
Głos słychać, a osoby nie widać”! Po śmierci rodziców
zostaliśmy z „osobą” sami, we dwoje. Kochaliśmy się
ogromnie. Wiele jest różnych miłości na ziemi, lecz która z
tych przewyższy miłość brata i siostry? Mierzyć ją wolno
jedynie jej własną miarą. Ona jest szczytem ludzkich miłości.
Wyższe ponad nią jest tylko ubóstwianie anielskie, podobnie
jak nad perłowym obłokiem wiosennym istnieją tylko lazury
wieczyste. Gdy się Królestwo Boże spełni na ziemi, wszyscy
ludzie będą się kochać taką miłością...
Nagłe rozstanie, spowodowane moim pójściem do wojska,
spadło na nas oboje jak cios naprawdę wielkiego nieszczęścia.
Do śmierci będę pamiętał szeroko rozwarte, strasznie
zapłakane oczęta i to naleganie, prawie dziecinne:
– Wracaj, braciszku, cały i zdrów. Wracaj czym prędzej, jak
tylko będziesz mógł. Tak mi jakoś serce kraje się okrutnie.
Nie masz pojęcia, jak ja cię bardzo kocham.
Od tego czasu nie widzieliśmy się więcej. Marychna było jej
na imię.
Wkrótce po rozstaniu linia frontu odcięła mnie od moich
okolic. Nie otrzymałem ani jednego listu. Wojna całkiem mnie
pochłonęła. Po pierwszym roku, spędzonym w ciągłych
marszach i kontrmarszach, w ustawicznych potyczkach i
bitwach, przyzwyczaiłem się znakomicie do nowego
rzemiosła. Przestało mnie nawet razić to morze
moskiewszczyzny, które się rozlewało dokoła. W jego
przypływach i odpływach, zwycięstwach i pogromach, czułem
się niby jedna kropla wśród niezmiernych wód, porwana na
oślep pędem żywiołu, biernie wierna swej fali. Przekonałem
się, że człowiek wszystko zniesie, wszystko przezwycięży, ze
wszystkim się zżyje. Wszędzie bowiem, gdziekolwiek jest on
przechodniem na ziemi, są ludzie – bliźni jego, nie lepsi od
niego i nie gorsi. A wszystkich łączy w jedną olbrzymią,
chociaż śmiertelnie zwaśnioną rodzinę, ta oto cudowna
wspólnota: odwieczna w każdym iskra człowieczeństwa, owo
nieugaszone boskie „coś”, które jest starsze od różnic
rasowych, mocniejsze od zbiorowej nienawiści narodu do
narodu, większe od bohaterstw wojennych, a w swej
cierpliwości promieniującej – trwalsze niż grudka radu,
drogocenniejszego, jak wiadomo, od diamentów najczystszej
wody.
Rok mijał za rokiem. Pięćdziesiąt pięć milionów zbrojnych
mężczyzn wyrzynało się na ziemi i pod ziemią, na wodzie, 
pod wodą i w powietrzu. I z germańskiej pychy, zaślepionej w
sobie nawet wtedy, gdy w gruzy już się waliła, z
niesłychanego bohaterstwa verduńczyków, z krwawej,
mrocznej, ohydnej, niby pospólny dół cmentarny, otchłani
rosyjskiej rewolucji – wyłaniała się Polska. Tak, jak z nocnej
wichury i zaprzepaszczonych wśród nawałnicy gwiazd wstaje
różanopalca jutrzenka, a nad ścierniskiem polnym w
krwawych łunach zapala się spóźniony świt. Podnosiła się z
półtorawiekowej mogiły jako wielki Łazarz z grobu się
dźwigający, owiązany chustami, z przepaską na niewidzących
oczach. Stawała się wbrew przewidywaniom mądrych i
silnych, posłuszna miłości głupich i do niedawna wobec
świata słabych, a rosła na miarę rojeń szaleńców i ponad miarę
ich marzeń najśmielszych.
Po całym świecie byliśmy rozproszeni – marzące,
roztęsknione dzieci Wielkiej Wdowy. I Pani nasza zaczęła
nawoływać nas ku sobie, zbierać ze wszystkich opłotków,
gdziekolwiek chodziliśmy luzem, ściągać ze wszystkich
rozstajnych dróg, z ciernistych ścieżek krzyżowej włóczęgi.
Jak się na wiosnę do swego kraju ojczystego zbiera ptactwo
wędrowne, by łzawym sznurem ciągnąć nad stepami i
śpiewnym lecieć stadem przez góry, rzeki i morza – tak
i rozproszone żołnierstwo polskie gromadziło się tu i ówdzie,
płynęło ku Polsce przez równik i biegun, w różnokolorowych
mundurach obcych wojsk – na podobieństwo strumyków
wielobarwnych. Strumienie wędrownych szeregów, łącząc się
po drodze, tworzyły rzeki wojenne: dywizje, korpusy. Aż
wszystko zlało się w jedno morze głów rogatych czapkami, w
armię narodową, w zbrojną siłę wolnego państwa.
Jako nie legionista już ani powstaniec, lecz jako regularny
żołnierz Niepodległej Ojczyzny, miałem wielki honor
przelewania krwi cudzej i własnej, walcząc w bohaterskich
szeregach Dywizji Syberyjskiej. Dzieje tych oddziałów, 
wędrujących w ciągu dwóch lat tam i na powrót przez
wszystkie rzeki Azji, jakie wpadają do Morza Arktycznego i
brnących przez tajgę sybirską (wobec której Puszcza
Białowieska wydaje się małym gajem), w nieustannym ogniu
bitew, w znoju przeraźliwych upałów letnich, w mrozach, od
których wieczne bagniska stają się w zimie jakby morzem do
dna szklanym, zaś pnie drzew puszczańskich tężeją w żelazne
słupy, wrośnięte w zmarzły spiż gruntu, pokrytego śniegiem i
lodem – to epopeja rycerska, jakiej żadna nie wysłowi pieśń.
Tylko jej uczestnikom na samo wspomnienie o tym, co
przeżyli, ścina się w żyłach krew i spóźnione zdumienie mdli
serce, że wszystko to stało się rzeczywiście, a oni jednak żywi
są i wolni.
Walczyliśmy z hordami bolszewików, idąc ramię w ramię z
hordą Kołczaka, która nie miała nad przeciwnikiem żadnego
tytułu do wyższości, i tu, i tam – ta sama dzicz ludzka, o
jakiej Europejczyk nie może mieć najmniejszego pojęcia. Nie
pamiętano o nas w kraju – młode państwo miało na głowie
tyle ważniejszych trosk...
Sponiewieraliśmy się i zdarliśmy na nice. Tylko cudowna
jakaś obręcz nieugiętego ducha trzymała nas razem przez tak
długi czas; że się nie rozpadliśmy jak rozeschnięte klepki. Kto
nie był z nami, ten nigdy nie zrozumie, co znaczą te straszne
słowa: umrzeć z tęsknoty za Ojczyzną...
Odkryłem we własnej duszy olbrzymie, dziewicze obszary,
leżące odłogiem. Dopracowałem się w sobie do rzeczy
nowych, o nieprzemijającej wartości. Ale tego jednego nie
mogłem się nauczyć: czuć wzgardę dla motłochu, z którym
walczyłem, nienawidzić jego nicości moralnej, odsądzać go od
pierwiastków ludzkich.
Ocierałem się, jako niedoszła ofiara, o krwawą robotę
czerezwyczajek, widziałem trupy moich żołnierzy, dobitych
na polu obcasami w twarz, żywcem odartych ze skóry, 
spalonych na wolnym ogniu. Oglądałem u swych stóp martwe
ciała towarzyszy broni, zmasakrowane w sposób, który nawet
na fotografiach, zrobionych na świadectwo, wzbudzał w
widzu nieprzezwyciężone torsje obrzydzenia i lęku. Wtedy już
czułem, że to nie jest zwykły mord, zwyczajna wojna. I
zaczynałem pojmować, że na mordowanie się według
humanitarnych paragrafów haskich i genewskich konwencji
nie ma miejsca ani czasu tam, gdzie o samą duszę Ludzkości
śmiertelny toczy się bój...
Mijały miesiące. W szeregach naszych zaczęto przebąkiwać
o powrocie. Dokonało się to wkrótce, prędzej nawet, niż się
spodziewaliśmy. Luźne hordy kołczakowskie zaczęły
katastrofalnie topnieć w pamiętnym odwrocie na wschód,
ohydą, paniką i podłością przewyższającym wszystko, co
kiedykolwiek zdarzyło się w dziejach wojen. Przygodni
sprzymierzeńcy nasi, sławetni czescy legioniarze, w tym
bezhołowiu wiedli prym. Wskutek ich tchórzostwa i zdrady
większość wojska polskiego musiała złożyć broń i poszła w
niewolę gorszą od śmierci. Tylko garstka istnych desperatów,
z walecznym pułkownikiem Skorobohatym–Jakubowskim na
czele, wydarła się z pierścienia wojsk czerwonych i na
piechotę, wśród niezmiernie mroźnej wichury śnieżnej,
zwanej w tamtym kraju purgą, z odmrożonymi do kości
nogami, dowlokła się do Władywostoku. Stamtąd na obcym
statku popłynęliśmy do Gdańska.
Kilka miesięcy trwała podróż wodą. Objechaliśmy bez mała
pół świata. Tymczasem w granice Polski wdarła się
nieprzyjacielska nawałnica. Wróg sięgał pod Warszawę. Nie
mogliśmy się doczekać, kiedy wreszcie dopłyniemy do lądu i
staniemy na zagrożonej ziemi twardą żołnierską stopą.
Wiedzieliśmy, że czeka nas nowy trud.
O poranku perłowym od morskiej, bladoróżowej mgły
ujrzeliśmy z pokładu okrętu podłużną smugę, ciemniejącą na 
dalekim horyzoncie. To my zbliżaliśmy się ku niej, ale
wydawało się, że to ona – ojczysta ziemia – do nas się zbliża,
że wyszła na spotkanie nasze i ku nam płynie, wbrew falom
toczącym ku lądowi.
Ziemia odzyskana nie podarowała mi nic, co by mnie
uczyniło szczęśliwym. Stała się wręcz szczytem Golgoty
mego życia. Ale nie złorzeczyłem jej za to. Niech będzie
pochwalone jej święte imię. Niechaj na wieki będzie
pochwalone jej imię przenajświętsze, jak wtedy... W ów
cudny, niezapomniany poranek powrotu, gdy skrawek lądu
ojczystego, podpływający na grzbiecie fal, przedziwnie
zamazywał się nam w oczach, nie wiadomo – czy to od
nagłych łez, czyli od rozpląsania pod nami wzruszonej głębi
Bałtyku...
III
Nieomal wprost ze statku wysłano mnie na front, gdzie
zaprzągłem się od razu do twardej służby. Był to bowiem
czas, gdy w Polsce każdy do boju zdatny „bagnet” wyciągano
z rezerw i słano skwapliwie w pole, podobnie jak niefortunny
gracz wygrzebuje z mieszka resztę pieniędzy i rzuca je na stół,
żeby się odbić w ostatniej grze. Tak też i garstkę żołnierstwa,
która przywędrowała z dalekiego Wschodu, przekształcono i
rozwinięto naprędce w tak zwaną Brygadę Syberyjską i
posłano bronić Wisły, bo aż tam zapędził się wówczas wróg.
Na samym wstępie przeczułem, że mnie w ziemi ojczystej
zacznie ścigać zły los. Moja wieś okazała się znów po tamtej
stronie nowego tym razem frontu. A, co najgorsze, siostra
Marychna została na wsi i przed inwazją wojenną nie
schroniła się bynajmniej do bezpieczniejszych miejsc, jak to 
roztropnie uczyniło wielu innych. W liczbie takich
roztropnisiów spotkałem mych sąsiadów o miedzę, którzy z
Marychną widzieli się przed wyjazdem. Pocieszali mnie, że
urosła już na dużą, ładną pannę, że w czasie mojej
nieobecności dzielnie sobie poczynała, do niczyjej nie
uciekając się pomocy, że wreszcie – święcie wierzy w mój
powrót z wojny, chociaż corocznie, w dniu mych imienin,
ofiaruje za mnie solenną mszę (gdyż skądś przez kogoś doszły
ją wieści, jakobym gdzieś, kiedyś miał zginąć, ale nie
wiadomo, czy na pewno). Jednocześnie odbijało mi się o uszy,
jak to bolszewicy rządzą się po swojemu w zajętych
miejscowościach. Bez trudu mogłem sobie wyobrazić, co
znaczy dla samotnej dziewczyny, a nadto „dziedziczki”,
wpaść w ręce dobrze mi znanych wschodnich sankiulotów. Ile
razy więc myślałem o Marychnie, przeczucie strasznego
nieszczęścia po prostu ścinało mnie z nóg.
Dziwny jakiś traf zrządził, że kierunek kontrakcji naszej
brygady rozwinął się właśnie wzdłuż dróg prowadzących do
mojej okolicy. Po nagłym załamaniu się generalnego ataku
nieprzyjaciela na linię Wisły i odparciu go od Warszawy,
zwycięstwa zaczęły przypadać wojsku polskiemu.
Dwojąc się i trojąc w powszechnym natarciu na zuchwałego
wroga, forsownymi marszami dosłownie depcząc mu po
piętach, ledwo nadążaliśmy z roznoszeniem na bagnetach i
szablach bosych i głodnych grup najeźdźców, którzy,
potraciwszy głowy i dowódców, umykali w popłochu, czasami
tylko broniąc się z rozpaczą i rozjuszeniem osaczonego
zwierza.
Po niejakim czasie straciliśmy nawet łączność z rozbitym
nieprzyjacielem. Uchodził zawsze o dzień drogi marszu przed
nami, plądrując, niszcząc, paląc i rabując, co się da. Jako
dowódcy kompanii piechoty, dano mi rozkaz zajęcia
i utrzymania, aż do nadejścia sił głównych, pewnego wzgórza, 
które było położone na rozstaju dróg, skąd kilkanaście tylko
wiorst dzieliło mnie od wsi Jaskroniec, w której miałem
posiadłość i gdzie została Marychna.
Prawie bez przeszkód, wyłapując jedynie maruderów oraz
czerwonoarmistów, brodatych Wielkorusów chcących się
poddać dobrowolnie, dotarłem pomyślnie do wskazanego
rozkazem miejsca. Na owym wzgórzu u rozstajnych dróg stał
znany mi z dawien dawna dworek, otoczony starym parkiem.
Właściciele uszli przed burzą wojenną, zaś zdobywcy stali tam
przez jakiś czas kwaterą, o czym świadczyły wymownie ślady
ich krótkiej, ale – że się tak wyrażę – doszczętnej gospodarki.
Do tego dworku miałem zawsze osobliwy sentyment. Leżał
na drodze do powiatu, którędy jeździłem do szkół za czasów
mego chłopięctwa. Ile razy mijałem to miejsce i wtenczas, i
potem, uderzało mnie zawsze wielkie podobieństwo tego
domu i ogrodu, i w ogóle całego obejścia, do własnego mego
gniazda, gdzie się urodziłem, wychowałem i żyłem z
Marychną przez tyle lat.
Skoro więc rozstawiłem placówki i posłałem dowództwu
odpowiedni meldunek, nie mogłem się nie poddać dawnemu
sentymentowi i ze szczerym wzruszeniem jąłem lustrować
opuszczone obejście, począwszy od domu.
Smutny obraz dawało to domostwo, urządzane widać w
ciągu długich lat, może paru stuleci. W czcigodne naczynie,
wznoszone i przebudowywane przez szereg pokoleń,
kształtujące zbiorową duszę szlacheckiej familii, od dziadówpradziadów
tu osiadłej, rojne od wspomnień droższych nad
relikwie, pełne żywego smutku i radości tych, co się w zaciszu
starych ścian urodzili, żyli i pomarli – wdarł się żywioł obcy,
wrogi i niszczący. I pohulał, dogodziwszy niszczycielskim
swym instynktom.
W oknach nie została ani jedna cała szyba. Nie od kul
wyleciały – najwyraźniej powytłukiwano je naumyślnie kolbą, 
kijem, pięścią, z sołdackiej chandry, dla zbytku. W pokojach
cała posadzka była dokładnie wyważona, klepka po klepce
wydarta ze spojeń. Pośrodku izby, kiedyś jadalnej, pozostała
kupa popiołu i węgli po ognisku, wznieconym z połamanych
mebli. Komu i po co przydał się ten ogień – nie wiadomo;
było lato, upał dokuczał nawet w nocy, a dla uwarzenia strawy
znajdowała się obok dobrze urządzona kuchnia. Wszystkie
meble, szafy, kredensy leżały w drzazgach, szczapach i
strzępach. Nogi co krok deptały po szkle z roztrzaskanych
luster. Tapety tu i ówdzie powydzierano pasami od sufitu aż
do podłogi, ściany okryto szeregiem odręcznych napisów i
rysunków kredą, węglem lub dziegciem, utrzymanych
w stylu owych prymitywów, które zdobią mury i parkany
moskiewskich koszar, więzień i fabryk. Doborowa biblioteka,
składająca się z paru tysięcy starannie oprawionych ksiąg,
była teraz tylko zwichrzoną stertą podartych, zatlonych
szpargałów.
Uwagę moją zwróciła duża księga in folio, leżąca na
podłodze w niedbałym rozwarciu i roztrzepaniu kart, z
resztkami grubej pozłoty na brzegach i grzbiecie, tłoczona
czcionkami greckimi, na papierze pożółkłym od upływającego
czasu. Nachyliwszy się, zapuściłem wzrok między wiersze.
Owiała mnie wspomnieniem znajoma treść: boski Platon
bronił w obliczu wieków nieśmiertelnego Sokratesa...
Przebiegłem oczami kartę do samego dołu i odwróciłem ją,
sam o tym dobrze nie wiedząc. Wtem nagły fetor odepchnął,
odtrącił mnie od rozwartej księgi... Odwróconą kartę ohydną,
lepką kałużą okrywały rozlane odchody ludzkie. Jak się
przekonałem, wszystkie wykwintniejsze księgi tej biblioteki
przygodni czytelnicy potraktowali w ten sam sposób, co
opisanego wyżej Platona.
I co w ogóle szczególnie mnie uderzyło w całym tym
rozgromionym domu, to mnogość tego specyficznie 
moskiewskiego zostawiania po sobie zelżywej, śmierdzącej
pamiątki: w każdym kącie, w pośrodku każdego pokoju, na
parapetach okien, na rozprutych materacach łóżek, na
potłuczonej klawiaturze rozbitego fortepianu. Szczególna to
chęć robić ze wszystkiego kloakę. Jeśli ślad obecności tych
ludzi jest taki, cóż dopiero dziać się musi w nich samych –
pomyślałem...
Ból prawie fizyczny targnął moją duszą. Wybiegłem co tchu
z zapowietrzonych izb, aby się przejść po ogrodzie.
Lecz i tu ścigała mnie zmora w obrazie krzewów roślin
południowych, które wyniszczone były w sposób niezwykle
gruntowny tak, aby nigdy już odrosnąć nie mogły; w obrazie
malw, róż, georginii, słoneczników, pościnanych snadź
ciosami kija czy też knuta; w obrazie urodzajnych jabłoni i
grusz, których gałęzie obciążone obfitym, zielonym jeszcze
owocem, zwisały, wsparte czubem o stratowaną murawę;
odłamano je od macierzystego pnia, który świecił
w miejscu obdarcia gałęzi okrutną białą raną.
Uciekając od tych widoków zboczem porosłego gęsto
wzgórza, zabrnąłem aż nad staw, będący właściwie dużą
sadzawką, sakramentalnym dodatkiem „parku” w każdym
niemal obejściu dworskim w Polsce.
Woda, obrzeżona gajem tataraków, lśniła w sierpniowym
słońcu jak żywe srebro i jak szczere złoto. Bliżej zarośli
brzegów wydawała się być szczelnie okryta mnóstwem
dużych, mokrych szmaragdów: to rzęsa wodna oraz
wywrócone na kształt płaskich talerzy lśniące listowie
przekwitłych nenufarów leżało na wodnej tafli, niby zielona
łuska bajecznych płazów, uśpionych w południowym upale.
Z rozkoszą zanurzyłem wzrok w tym zakątku wilgotnej
zieleni. Wtem zwidziało mi się, że w pośrodku srebrno– złotej
wody nieruchomieje coś białego, coś niby kilka kęp śniegu,
kiedy wraz z lodem taje na wiosnę w odmarzającym stawie. 
Po uważnych oględzinach rozpoznałem, że są to martwe
łabędzie. Jeden, drugi, trzeci... piąty... dziesiąty...
Powystrzelano je zapewne, ot, tak sobie, dla moskiewskiej,
hulaszczej zabawy.
W drodze powrotnej szczegół inny, nierównie więcej
przykry, zwrócił moją uwagę. Idąc aleją wygracowaną nad
brzegiem stawu, ujrzałem jeszcze kilka łabędzi. Były również
martwe. Ktoś wpadł widocznie na pomysł osobliwy. Młode
sadzonki wierzb nad stawem czyjeś ręce rozłupały toporem
czy szablą, od góry aż do korzenia i w otrzymane stąd widły,
sprężyście zwierające się rozdartymi połowami,
powszczepiano wysmukłe, długie szyje ptaków. Płaskie ich
głowy z rozwartym szeroko dziobem zwisały martwo z jednej
strony drzewek, zaś z drugiej – obsunęły się bezwładnie
ptasie tułowia z rozpaczliwie rozpostartymi skrzydłami,
których pióra wbiły się, wgrzebały w ziemię, niby zgrabiałe
palce zmarłych w męce. Szary i biały puch wyścielał dokoła
trawę i słaniał się za najlżejszym powiewem.
– Łabędziom nawet, za to jedno, że były „pańskim”
ptactwem, nie darowali – pomyślałem w zgryzocie i paniczny
lęk o Marychnę chwycił mnie nagle za gardło, a ściskać
zaczął, jakby to mnie wszczepiono szyją w owe drzewne
widełki, zwierające się sprężyście rozłupanymi połowami.
Cały nieswój, dygocąc z obrzydzenia, podążyłem w stronę
rozstawionych za parkiem placówek, niby to w celu
sprawdzenia, jak się służba pełni, w istocie zaś po to, żeby coś
czynić, czymś się zająć, żeby tylko nie pozostawać dłużej sam
na sam z sobą, z moją męką, pęczniejącą mi w głowie jak
obolały, gnijący wrzód.
Ledwo się z parku wydostałem, a natrafiłem od razu na
mych żołnierzy. Kilku z nich zgromadziło się pod murem
ogrodu. Mówili bardzo głośno i wszyscy razem, pilnie ze
wszystkich stron oglądając coś znajdującego się na ziemi. Na 
mój widok ucichli i rozstąpili się, dając mi przejść. Rzuciłem
okiem w dół na rzecz, która wywołała zbiegowisko. W
pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś niesamowity,
pokraczny grzyb, białawy i bardzo duży, po niedawnym
deszczu wyparł się z mokrego gruntu.
– Melduję posłusznie – powiedział któryś – względem tego,
co wiejskie ludzie powiadają, że tutaj ma leżeć nasz polski
oficer. Ciężko był ranny, powiadają. Ponad lasem znalazły go
bolszewiki po jednej bitwie i przywlokły, psiekrwie, aż tutaj;
ciągli za nogi, włócząc gębą po ziemi, ta i zakopały żywcem,
nieboraka. Ino ręką z tamtego świata kiwa nam teraz... Marny
los, panie poruczniku!...
Ukląkłem, aby się lepiej przyjrzeć. Nie nasuwało się
żadnych wątpliwości, że ręka stercząca z ziemi należy do
człowieka, zakopanego żywcem. Dokoła kiści ziemia była
szczególniej wzruszona. A w zastygłym na wieki ruchu samej
ręki było coś, mrożącego krew w żyłach: wymowna, chociaż
niema jak śmierć, opowieść umarłego gestu o strasznym
skonie istoty żywcem pogrzebanej, która ostatnim wysiłkiem
rozpaczy, z podziemnym krzykiem ust pełnych gliny, siliła się
wydostać na powietrze, lecz tylko tą ręką, okropną ręką trupa,
zdołała wydrzeć się z grobu na świat...
– Sterczy ku Tobie błagalna dłoń! – samo się tak określiło
w mej myśli, wersetem z ponurego Chorału, zjawisko spod
ziemi wystające, pozywające Wojnę przed sąd Boga
Żywego...
Po ziemistym już ciele owej ręki biegało kilka skrzętnych
mrówek, jak to mrówki zazwyczaj biegają po czymś:
pospiesznie, niby to bez żadnego celu, po mrówczemu.
Wszystkie palce, prócz wskazującego, układały się w
nieszczelną pięść, ten jeden zaś, niedołężnie przygarbiony,
wskazywał kędyś na ukos, w niewiadomy punkt. Wpełzła nań
właśnie boża krówka, podobna do toczącej się kropelki krwi, 
wydostała się na koniec paznokcia, po czym rozpołowiła
powoli twarde korale swych łusek, wreszcie rozpięła błoniaste
skrzydełka i odleciała w sierpniowy błękit...
– Sierżancie! Gdzie jest sierżant? Zawołać sierżanta! –
krzyknąłem, nie wiedząc o tym, że głos mój brzmi
charkotliwie jak bełkot, pomieszany z jękiem, i że na twarzy
jestem blady i ziemisty jak ta z podziemi wskazująca na coś
ręka.
– Ściągnąć zaraz wszystkie posterunki. Opatrzyć broń. Za
kwadrans maszerujemy do Jaskrońca!...
Serce tłukło się mi po całej piersi w szalonym tempie niby
sto bębnów, głuchym warkotem uderzających z nagła na
alarm.
IV
Maszerowaliśmy posuwistym, żołnierskim krokiem po szosie
do Jaskrońca. Patrol, ubezpieczający kompanię w marszu,
prowadziłem osobiście.
Mijało południe. Skwarne słońce sierpnia lało nam na głowy
istny żar, lotny ukrop promieni, spadających z góry
prostopadłą ulewą niemiłosiernego blasku.
Po obu stronach szosy trawiło się na upale dorodne zboże,
stojące płowym murem, od tygodni już dojrzałe, którego w
tym roku nie uprzątano z pola. Wyblakłe chabry i różowiejący
kąkol zwiędły od gorąca wśród pochylonych od wagi ziarna
przejrzałych kłosów. Mnóstwo niewidzialnych koników
polnych wstrzykiwało niezmordowanie w ciszę południa
namiętne suche swe ciurkanie.
Co chwila z gęstwiny zbóż wzbijał się motyl żółty albo biały
i odprowadzał mnie długi szmat drogi, trzepocząc się natrętnie 
dokoła głowy, jak gdyby coś nagłego chciał koniecznie
powiedzieć, a nie mógł, nie umiał, więc tylko niemym
popłochem skrzydeł niby przejmującym szeptem na ucho –
wciąż szeleścił i poszeptywał.
Oprócz strzykania koników polnych, szelestów motylich i
odgłosu naszego stąpania, nic nie mąciło ciszy wielkiej, ciszy
upalnej, od widnokręgu do widnokręgu panującej na
obszarach łanów, obumarłych w tej godzinie.
Z natężeniem najwyższym wsłuchiwałem się w tę martwotę
powszechną. I było mi tak, jak wtedy, kiedy w domu, w porze
poobiedniej, nasłuchuje się tykotania zegara, ustawionego
obok: chwilami odgłos wahadła, nagle urywając się, milknie, a
jednak wiemy, że jest to tylko złuda nasza. Naraz w chwili,
gdyśmy się tego najmniej spodziewali, odzywa się metalowe
sylabizowanie wahadła, a takie wyraźne jest i donośne, jak
gdyby zegar szedł wewnątrz głowy słuchającego. Potem znów
powtarza się ta ułuda, trwa jakiś czas, miarowy dźwięk,
zgubiony w ciszy, znów wpada znikąd do uszu i, tykocąc
jakoby w głowie, rozbrzmiewa jeszcze dobitniej.
Tak też chwilami głos koników polnych i trzepot motyli, i
stąpania żołnierskie umykały zupełnie mej uwadze, w żaden
sposób ułowić ich ani rozpoznać nie mogłem. I robiła się cisza
przygniatająca jak na dnie oceanu, pod warstwami zmartwiałej
wody grubości kilku tysięcy stóp. Zdawało mi się wówczas, że
ktoś mnie woła, ale ów straszny, rozdzierający czyjś krzyk
o pomoc dotrzeć do mnie nie może...
Już w chwilę potem uszy moje odtykały się nagle i znów
słyszałem wszystko, co było do słyszenia w ciszy polnej. Aż
oto ponownie obejmowała mnie całego ta głuchota dziwna i
znów przeczułem czyjś krzyk gwałtowny, rozdzierające
wołanie o pomoc, które dojść do mnie nie może... I było mi
tak przez cały czas drogi.
Po paru godzinach pośpiesznego marszu dotarliśmy do
pagórka przy drodze. Stała tam na jakąś pamiątkę Męka
Pańska, z daleka widoczny stary krzyż wyciosany z potężnych
belek. Pozostawało tylko minąć pagórek, potem przejść
niewielki zagajnik, rosnący nade drogą, a nagle Jaskroniec
ukazywał się wyraźnie jak na dłoni. W zagajniku zostawiłem
kompanię, powierzywszy komendę sierżantowi. Chłopcy
ledwo już szli, a tak obficie zlani byli potem, że wyglądali jak
po ulewnym deszczu. Sam zaś, z kilkoma żołnierzami
wybranymi na ochotnika, wyruszyłem na zwiady przez zboża
gęste i bujne na chłopa, aby do Jaskrońca dotrzeć
niepostrzeżenie, gdyż nie byłem pewny, czy się tam nie
spotkamy z jakimś większym oddziałem nieprzyjacielskim.
Sprawność wszystkich zmysłów powróciła do mnie. Byłem
spokojny i więcej zaczęło mnie obchodzić pomyślne
odprowadzenie patrolu oraz należyte zrobienie wywiadu, niż
to, co się mogło zdarzyć w Jaskrońcu.
Rowami, zarosłymi badylastą pokrzywą, dotarliśmy do
muru, okalającego folwark, ogród i mój dom. Nie spotkaliśmy
po drodze żywej duszy. W jednym tylko miejscu szpica
patrolu wypłoszyła z gęstwiny burzanu kurę, cierpliwie
wysiadującą naznoszone w ukryciu przed ludźmi jaja.
Spłoszona czubatka wydostała się na wierzch muru i darła się
bez przerwy gdakaniem wielce rozgłośnym, aż w obawie, by
nie zdradziła naszej obecności, musieliśmy uspokoić ją
kamieniem. W pobliskiej wsi smętnie piały koguty,
rozmarzone słońcem i ciszą. Poza tym okolica wydawała się
krajem umarłych albo śpiących głęboko w biały dzień.
Podsadziwszy się nawzajem, przeleźliśmy ogrodowy mur,
po czym zrobiliśmy małą tyralierę i, z bronią do strzału
gotową, zaczęliśmy skradać się przez ogrodowe krzaki i
zarośla, po bujnych trawnikach (nieskoszonych pomimo
późnej pory!) do domu, który w przestrzałach liściastej, 
szczelnej, zwichrzonej zieleni bielał śnieżnymi łatami
powapnionych ścian.
W rozkwitłych krzakach bzu i jaśminu, rosnących przed
samym domem, zatrzymaliśmy się na krótką chwilę,
wyczekując, czy z domu nie doleci jakiś głos. Nie było
słychać nic. Budynek z pięterkiem, położony przed nami
o kilkanaście kroków, sprawiał wrażenie domu wymarłego.
Wszystkie okna rozwarte były na oścież, jakby je pootwierał i
tak zostawił powiew gwałtownego wiatru. Przywiędły na
upale bluszcz zwieszał nieruchomo swe liściaste firanki
i serwety, które sięgały spod dachu aż do przyciesi domu. Biel
ścian upiornie jaskrawiła się w słońcu. Pod jednym z
bocznych balkonów na czerwonym żwirze dziedzińca leżało
coś, co sprawiało na razie wrażenie jakoby paru niezręcznie
spakowanych, ciężkich tłumoków z łachmanami, rzuconych
w pośpiechu byle jak na ziemię.
Wyskoczyliśmy ku nim z krzaków. Były to dwa trupy
żołnierzy bolszewickich, leżące w zakrzepłych kałużach krwi.
Pędem, przeskakując po kilka naraz schodów, wbiegłem do
domu przez drzwi szeroko rozwarte. Od razu rzucił mi się w
oczy ten sam obraz dokładnego zniszczenia, co w dworku,
który opuściłem przed paru godzinami. Obmierzłość
spustoszenia, panująca w znanych mi od dzieciństwa kątach,
owiała mnie czymś tak przykrym, jakbym wszedł do grobu
sponiewieranego bezecnie.
Na balkonie, pod którym leżały owe dwa trupy, odnalazłem
pierwszą znajomą twarz. Ze zwisającą na piersi głową siedział
tam w pozycji człowieka żywego – mój ekonom, któremu
legenda folwarczna przypisywała załatwianie
z żydowinami nocnych transakcji o pszenicę... Był martwy.
Zarżnięto go w sposób urągający wszelkim opisom. Obok
leżała potrzaskana w kawałki dubeltówka oraz kilka
wystrzelonych z niej ładunków z tektury, zasmolonej 
prochem. W rozpaczy, która poczęła mi ściskać piersi, jakoby
okrucieństwem kleszczów żelaznych, uczułem coś w rodzaju
osobliwego zadowolenia... Ten, jak by go w starej powieści
określano, „wierny sługa”, nie dał się przecież zarżnąć jak
łagodny baran, ale wpierw „napsuł” paru napastników, z
prawdziwie ekonomską fantazją rżnął z myśliwskiej
dubeltówki w krwiożercze mordy bolszewickie. Kaczym rżnął
w nie śrutem!...
Powoli włócząc krok za krokiem zszedłem po schodach na
dół do splądrowanych pokoi, potem – na dwór. W
roztargnieniu patrzałem dokoła. Oczy zająłem jakąś łątką,
która fruwała wzdłuż przeraźliwie białych ścian domu,
okrytych liściastą koronką ciemnego bluszczu, niby żałobnymi
festonami, okrywającymi czyjś wielki biały katafalk. W
zupełnym roztargnieniu, w całkowitej nieobecności myśli
świadomej, wysłuchałem raportu kaprala, że „wszystko jest w
porządku i nic podejrzanego nie znaleziono”.
W trakcie tego, gdy byłem pogrążony w najgłębszą
obojętność, w kamienne nieistnienie duszy – z pobliskich
krzaków wyczołgało się ku mnie, cicho skamląc, jakieś
stworzenie. Rozpoznałem w nim starego przyjaciela domu,
psa wabiącego się Cezar, który był wielkim ulubieńcem
Marychny. Czołgał się tylko za pomocą łap przednich, tylne
zaś wlókł za sobą niewygodnie, jak to czynią psy, mające
przetrącony grzbiet. Poznał mnie i, wciąż skamląc po cichu,
zaczął sędziwym pyskiem łasić się do mych kolan. Patrzył
prosto w oczy wzrokiem wiernym i na znak uciechy usiłował
merdnąć ogonem. Ocucił mnie ten jego psi zaprzysiężony
wzrok. Nie wiedziałem, że tyle iście ludzkiego wyrazu i taki
ból wielki może zawrzeć w sobie wierne psie wejrzenie.
Tymczasem Cezar, wciąż na mnie się oglądając i jakby za
sobą wabiąc, poczołgał się w stronę oficyn. Tknięty
przeczuciem, poszedłem za nim. Doszliśmy do studni, 
znajdującej się obok oficyn. Była to studnia wiercona jeszcze
za sprawą mego ojca, głęboka na kilkadziesiąt stóp, nad
ziemią obmurowana tęgimi głazy. Gdy Marychna była
dzieckiem, sprawiało jej radość zaglądać do tej studni.
Robiliśmy to razem, wykrzykując dla jej uciechy na cały głos
różne słowa, różne imiona w głąb czeluści studziennej, na
której dnie świecił mały krążek wody, niby pierścień
uronionego do studni księżyca na nowiu. Ogromnie nas
zabawiało, gdy wyłożona kamieniem wilgotna czeluść
odzywała się na nasz głos stłumionym i dźwięcznym,
podobnym do dzwonienia w uszach echem...
Przy studni Cezar się zatrzymał, węszył długo w szparach i
pęknięciach studziennego nadmurowania, wreszcie zadarł w
górę pysk i, z przymkniętymi oczami, zaczął wyć przeciągle,
żałośnie. Okropna myśl zaświtała mi w głowie. Cezar zamilkł
na chwilę, po czym zawył jeszcze przenikliwiej, z całej swej
dziwnej duszy psiej, czującej to, czego człowiek wyczuć nie
zdoła. To wycie przenikało mnie do głębi, jątrzyło do żywego,
niby palec nielitościwy, gmerający uporczywie we wnętrzu
głębokiej rany...
Ujrzałem cień ludzki, poruszający się na piasku u mych
stóp. Szedł do mnie brodaty, zgarbiony wiekiem, trzęsący się
człowiek. Nie zauważyłem, kiedy wychodził z oficyn. Zanim
przemówił, przypomniałem sobie, kim jest. Był to rezydent
folwarku, jak są rezydenci dworu. Coś kiedyś, przez długie
lata robił w majątku, a gdy na starość zniedołężniał, żył na
chlebie łaskawym, pilnując latem owocowego sadu.
– A to jaśnie pan wrócił z wojenki? – odezwał się starzec. –
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus... Wszystko
zrujnowały te bolszewiki. Nie zostawiły nic a nic. Do korzenia
wycięły calusieńki sad... A taki w tym roku zapowiadał się
piękny urodzaj... Dopust Boży i tyle...
– Gdzie jest panienka? Mówcie, człowieku, prędzej! –
krzyknąłem, potrząsając go z całej siły za ramiona.
– Jaśnie panienka? – westchnął i załzawił się dziad. – Świeć
Panie nad jej duszą... Nie ma już jaśnie panienki...
– Więc co się stało z nią? Gdzie jest? Mówcie!
– Jaśnie panienka jest tu, o tu! – i wskazał ręką na studnię. –
Bo może jaśnie pan nie wie, że tego wieczora jak oni przyszli,
pan ekonom rozsierdził się bardzo, aż strach, i z ganeczka do
nich okrutnie raz za razem strzyloł. Była z tego cała bitwa,
nimta go uspokoili po swojemu. A potem jaśnie panienkę
znaleźli w pokojach. Z szafy, gdzie się chowała, za warkocz
wyciągnęli i powiadają, aby dała klucze do piwnicy. Tronków
pańskich zachciało się sołdatom skosztować. Sami pili,
panienkę pić przymuszali. Nie wiem, jak to tam było
mianowicie, ino miarkuję, że musiało być ze wszystkim źle.
Bo patrzę i widzę – Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami! –
wybiegła panienka ze dworu boso, niebożę, a w jednej
koszulinie... I gna pędem, co ma sił, gdzie oczy poniosą.
A za nią pijane sołdaty biegną wielgą kupą i krzyczą: u-ha!...
Panienka bez klomb, oni bez klomb, panienka naokoło
bzowego krzaku, i oni na około krzaku. Ale od razu dogonić
nie mogli, bez to, że od pijaństwa ledwo się na nogach
trzymali. Tak aż do studni tej pędzili, a dognać przecie nie
mogli. Ja jeden, a ten pies, co tutaj wyje, drugi, byliśmy tyło
we dwóch do obrony panienki, bo jeszcze rankiem wszystkie
dworskie ludzie na wieś pouciekały. Cóż ja stary poradzić
mogłem? A psa, jak do gardła jeich skakał a zębami chwytał,
tak ci zmacali kijem po grzbiecie, że ino gnaty teraz za sobą
wlecze. A jak panienka zobaczyła, że już nie ma dokąd od
sołdatów uciec, ino chwyciła się a ścisnęła rękami za głowinę
jasną i, jak była w koszulinie jednej, tak wbiegła na zrąb
studni, a stamtąd prościuteriko chluś do wody głębokiej... Nic,
ino jakby świecę białą wiater zdmuchnął... Zbiegły się 
wszystkie sołdaty. A dziwowałyż się, a porozdziawiałyż japy,
a zaglądali jeden po drugim, co w studni się robi. Coś długo, z
parę pacierzy, uredzali mniedzy sobą, aż uredzili wrócić do
dworu. A potem pili zdrowo, aże do białego pili dnia, a tęgo
pukali sobie na wiwat ze wszystkich fuzjów bez całą noc...
Tak mi o siostrze mojej opowiedział świadek jej śmierci,
słowo po słowie wbijając w mózg i oniemiałe serce, niby
rozdzierający, tępy gwóźdź po gwoździu. Chciałem go jeszcze
o coś zapytać, ale nie mogłem...
Język nie chciał mi się obrócić, struchlał jak zmarznięty,
listopadowy liść. Warg nie czułem, a raczej czułem je jako
dwie drzazgi martwe i suche.
Nachyliłem się przez zrąb studni, aby zajrzeć w jej głębinę,
tam... Ostre kanty kamiennych cembrowin sterczały w
czeluści niby narzędzia katowskie. Marychna, zanim do wody
doleciała, o te głazy ostre tłukła się pewnie biednym, nagim
ciałem...
Cicho było w studni. Głęboko, na samym dnie, świeciła
woda. Wilgoć spadała z cembrowin, dzwoniąc kropla po
kropli. A po każdej kropelce na jasnym oku dalekiej wody
powstawały zmarszczki, jakoby drganie sieci pajęczej na
okrągłym lusterku, w głębinę wielką uronionym...
Długo patrzałem w obrączkę wody, świecącą się na dnie.
Aż z tej wody studziennej, z mogiły wilgotnej, z czeluści
ciemnej począł iść na mnie i wiać mi w twarz jakiś straszny
zawiew. Oddychałem nim, a on me płuca darł niby pazurami,
rozchodził się stamtąd i tętnił wraz z krwią, tężał w całym
ciele, wnikał w każdą jego komórkę, rozrastał się po
wszystkich kościach i żyłach na kształt kolczastego krzewu.
Poczułem w sobie nienawistną, okropną, z niczym porównać
się nie dającą chęć zemsty, zemsty za własną, za rodzoną
krew!...
I chęć ta na podobieństwo burzy, która targa całym drzewem
i konwulsyjnie wykręca mu wszystkie gałęzie, porwała całe
moje jestestwo duchowe i cielesne. Chciałem natychmiast
brać się za bary z górą nieszczęścia, która tak przygniotła
mnie!
Bluźniąc Bogu i wszystkiemu, co jest na niebie i ziemi,
począłem iść przed siebie, iść na oślep, aby odszukać tych,
którzy mi siostrę do studni zagnali, żeby się na nich pomścić
w sposób straszliwy, tak, jak nikt nigdy na nikim nie pomścił
się jeszcze.
Żołnierze, myśląc, że z desperacji utraciłem rozum, i z troski
o moją osobę, poszli za mną.
Szliśmy w milczeniu parę stajań drogą, prowadzącą od
Jaskrońca, w stronę, dokąd odszedł nieprzyjaciel. Kapral
nieśmiało o czymś mówił do mnie, coś usiłował
wyperswadować. Dał wreszcie spokój. Nie odzywałem się
zupełnie.
Nie wiem, jak daleko zaszlibyśmy wówczas, gdyby nie
zdarzyło się coś, co mnie zawróciło nie tylko w owym marszu
szalonym, ale i duszę zepchnęło na drogi, którymi dotąd idę.
Na jednym z licznych w owej okolicy wzgórz, wznoszącym
się opodal drogi, dojrzałem coś, jakby zarys okopów, świeżo
usypanych. W zapamiętaniu, które z obłędem graniczyło,
ruszyłem wprost na urojone okopy, sądząc, że się tam
rozpocznie zemsta moja, albo, że zginę i cała męka na wieki
się skończy...
Słońce zapadało właśnie za owo wzgórze, czerwieniąc
zachodnie niebo szkarłatem niezmiernie krwawym. Na
szczycie wzgórza kilka krzaków uschłych czy bezlistnych
wyolbrzymiało do rozmiarów fantastycznych, jak to bywa na
polu, w tej godzinie świateł, spadających ukośnie. Purpurowa
źrenica słoneczna, pozbawiona już aureoli dziennej, podobna
do niesamowitego księżyca w pełni, patrzyła przez te 
wyolbrzymiałe pręty czerniejących na wzgórzu krzów, niby
przez czarne palce, rozstawione szeroko.
W miarę, jak zbliżaliśmy się do wzgórza, słońce kryło się
stopniowo, aż znikło zupełnie za jego szczytem. Natomiast w
miejscu, gdzie słońce znikło, zaczęło coś powstawać
olbrzymim, niewyraźnym, czarnym kształtem potwornie się
narzucając skrwawionemu niebu.
Stanęliśmy nagle, zdumieniem w miejscu przykuci, zaś
fantastyczna zjawa, czerniejąca na szczycie wzgórza wśród
niebios szkarłatnych, rosła i olbrzymiała, poruszając się z
wolna.
W mgnieniu oka wbiegliśmy na wzgórze. I ujrzeliśmy rzecz
niepodobną do niczego na ziemi.
W oglądanym z dołu, olbrzymiejącym w oczach potworze
rozpoznaliśmy zwierzę, właściwie bardzo nawet pospolite.
Był to potężny koń, z rasy koni pociągowych, tak zwany
perszeron. Ale był to koń – odarty ze skóry. Wzdychając
głęboko i postękując ludzkim prawie głosem, wgramoliło się
po coś to żyjące ścierwo końskie aż na szczyt wzgórza. Jakże
ohydnie świeciła ta poruszająca się kupa mięsa odartego
dokładnie ze skóry, oprócz końskiego łba, który zwisał do
ziemi ciężarem nie do udźwignięcia!
– Patrzcie, koledzy, ten koń ma nogę złamaną. Nie mogli go
zabrać ze sobą, to, psiekrwie, skórę z niego zdarli i z sobą
zabrali! – objaśniał kapral żołnierzy.
Zamyśliłem się bez myśli, czułem bez czucia, patrząc na
umęczone zwierzę.
Ścierpła mi wszystka dusza i z tej duszy zdrętwiałej odeszła
chęć wszelkiej zemsty, podobnie jak ze ścierpniętej dłoni sam
się wysuwa sztylet.
Zacząłem myśleć rozsądniej. I poniechałem mego
szaleństwa. A to z dwóch powodów: po pierwsze – już samo
zajęcie Jaskrońca przedsięwziąłem wbrew rozkazom, dalsze 
zaś kroki byłyby samowolą dziką; po wtóre – ów koń na
wzgórzu narzucił się mojej wyobraźni jako wielki, wyrazisty
symbol czegoś, co było większe nad mój ból, a co zarazem
generalnie usprawiedliwiało wszystko, cokolwiek zdarzyć się
może. Wtedy tylko to poczułem, chociaż do zrozumienia tego
dochodzę żmudnie dziś dopiero, ale wówczas wystarczyło
przeczucie samo.
Pośpiesznym krokiem wracaliśmy do kompanii,
umieszczonej w zagajniku na szosie przed Jaskrońcem.
A za nami pozostał straszliwy koń na wzgórzu. I w
krwawych łunach zachodu widniał w oddali na swym
wzniesieniu – olbrzymi, potworny, czerniejący kształtem –
jakby żywy, męczeński pomnik przez Wojnę samej sobie ku
własnej zelżywości i słusznej hańbie w obliczu Boga
wzniesiony.
V
Nazajutrz batalion, do którego należała moja kompania, miał
sposobność zetknąć się z nieprzyjacielem, z czego wynikł
szereg zaciętych, krwawych potyczek. Podczas jednej z nich
ległem na polu walki porąbany i na wskroś skłuty, niczym
manekin, przeznaczony do ćwiczenia rekrutów w robieniu
bagnetem i bronią sieczną. Już nie pamiętam, jak mnie – z
gębą pełną słonej krwi, z żółto-czerwonymi płatami,
latającymi w oczach, zbroczonego w kilkunastu miejscach od
zakrzepłej posoki – dźwignięto z ziemi na nosze, po czym
bardzo długo niesiono, a jeszcze dłużej wieziono na trzęsącym
drabiniaku chłopskim. Aż od trzęsienia kół, wywracającego
wnętrzności, od spiekoty słońca, które do ran przykładało
jakoby rozżarzoną blachę, od pragnienia wyżerającego gardło
niby suchy, palący pieprz, a także od zajadłości much
i bąków, włażących natrętnie do ust, nosa, oczu, uszu –
straciłem wreszcie przytomność i odzyskałem ją dopiero w
szpitalu wielkomiejskim, w białej widnej sali, na białym
łóżku, okręcony szczelnie białymi bandażami, niby mnóstwem
pieluch i powijaków.
Miałem teraz czas do myślenia i rozpamiętywania.
Ropiejące, obrzydłe rany, pełne ustawicznego ognia, piekły i
doskwierały, jakby we wnętrzu każdej taił się rozżarzony
węgiel. Zaognione ciało, nabierając materią, ciążyło
nieznośnie w kilku naraz miejscach, jakby tkwiło we mnie
mnóstwem zadzierżystych haczyków, uczepionych do wielu
nitek, te zaś, na kształt cienkich strun, naciągnięte były do
ostatnich granic możliwości przez jakieś liczne ołowiane
ciężarki. Poza tym trawiła mnie nieustanna gorączka. Świat
jawy i świat ułudy sennej zagmatwały się i poplątały w jedną
fantasmagorię i widziałem te dwa światy, niby dwa o różnych
kolorach obrazy latarni czarnoksięskiej, nałożone na siebie w
tym samym czasie i przestrzeni.
Szczególnie trapiło mnie jedno widzenie, nadchodzące
uparcie z niezmiennym powtórzeniem szczegółów.
Skoro tylko zapadałem w gorączkowy półsen, natychmiast
mi się majaczyło, że leżę, niby po potyczce, porąbany i z
pokłutą piersią, na trawniku przed dworkiem położonym przy
drodze do Jaskrońca – tam, gdzie widziałem łabędzie,
wszczepione szyją w drzewne widełki, oraz rękę zakopanego
żywcem, wskazującą na coś straszliwym gestem spod ziemi.
Dokoła mnie róże, malwy, georginie i słoneczniki tkwią
kikutami łodyg, pościnanych dla zabawy kijem czy też
knutem. Reszta ich kwiecia, na szczątkach łodyg pozostała,
przymiera na upale okropnym, który i mnie, leżącego wśród
tych pościnanych krzewów, oblewa potokiem niemal
płynnego gorąca. Jest i studnia, ta, co w Jaskrońcu, koło
oficyn... Jej okrągły zrąb, z potężnych murowanych głazów,
wznosi się opodal pośród traw kwitnących, wyrosłych na 
wysokość kędzierzawiejącego owsa. Mdli mnie
niewypowiedzianie. Czuję, jak od gorąca rozkładam się za
życia i cuchnę jak trup. Oczy, ogromne z przerażenia, mam
utkwione w zrąb studni.
W którymś okamgnieniu wychodzi ze studni umarła siostra
moja, Marychna, a tak prosto, naturalnie jakoś stamtąd
wychodzi, jakby szła z otwartych drzwi domu. Jest jeszcze
ową dzieweczką siedemnastoletnią, którą zostawiłem idąc na
wojnę. Stąpa boso po kędzierzawej trawie, sięgającej do jej
kolan drobnych, okryta tylko giezłeczkiem białym,
przekrzywiającym się na jedno ramię, które spod płótna
odsłania się – zmarniałe i strasznie wychudłe. W ręku ma
konew ogrodową, dużą, do polewania kwiatów. Konew pełna
jest wody, bo słyszę, jak blaszane denko od ciężaru wygina się
co raz i chlupocze, i dźwięcznie puka. Opatruje Marychna ze
zmartwieniem wielkim krzewy połamane i leje na nie
z konwi wodę, lecącą przez siatkę blaszanego kaptura
srebrnym, szmerliwym deszczykiem. Pieczołowicie ogląda
malwy i słoneczniki, podnosi ich łodygi, wdeptane w ziemię,
wyprostowuje ku słońcu. Ale nie widzi mnie. Nie chce
zauważyć. Przechodząc koło mnie, odwraca zamyśloną twarz i
nachyla się obok, zajęta pilną robotą smutnej ogrodniczki.
Przemówić do niej chcę, lecz nie mogę. Język mam wbity
głęboko do gardła niby kołek z suchego drewna. Więc myślę
do Marychny niewymownym wzdychaniem ducha:
– Siostrzyczko dobra, zechciej spojrzeć na mnie... Umieram
i cuchnę sam sobie, jak trup... Pragnienie pożera mnie ogniem
palącym... Nad słonecznikiem złamanym się schylasz i
zwiędłe malwy polewasz jasną, srebrną wodą... Nade mną się
pochyl, siostrzyczko dobra, zwilżyj moje usta łagodną wodą...
Odchodzi, nie spojrzawszy na mnie. Konew wysoko nad
głowę podnosi i dnem do góry wytrząsa, jakby chciała
pokazać, że już jest próżna. Do studni wraca i przez szczelny 
zrąb kamienny wchodzi łatwo, znikając zwyczajnie, jakby w
otwartych drzwiach domu...
W tejże chwili słyszę potężne dudnienie jakby pustej beczki,
połączone z hałaśliwym turkotem ciężkich kół, zgrzytających
po żwirze, oraz wrzask kilku głosów ludzkich, jakby wspólne
nawoływanie wielu poganiaczy.
Przed studnię zajeżdża na olbrzymich dwóch kołach beczka,
tak duża, że zasłania mi sobą widok połowy nieba. Ten
niezgrabny wehikuł, podobny do starorzymskiej bigi, ciągnie
grubymi postronkami jakiś potwór kulawy. Wzdycha, jak
miech, i postękuje astmatycznie. Poznaję w nim konia ze
wzgórza. Na jego nagim, żywym mięsie roi się od krwawych
bąków i zielonych much. Nadaremno się od nich opędza
nieustannym dreszczem obnażonych mięśni; nacierają na
niego i tną zjadliwie, unosząc się żwawymi obłoczkami nad
kościotrupiastym grzbietem. Jacyś żołnierze (niby z mojej
kompanii) nabierają do beczki wodę ze studni. A koń stoi
cierpliwie, drży tylko, broniąc się przez owadami całym
mięsem odartym ze skóry, niby w ataku febry i patrzy na mnie
oczami zbielałymi od męki. Ohydne zielone muchy odłączają
się od żywego ścierwa i lepią do mych warg. Zamykam oczy,
lecz znów czuję, jak łażą po moich powiekach, mokre i
obmierzłe. Płynie czas, mierzony ostrym tętnem ściśniętego
ohydą serca, niby – ciosami noża, zadawanymi w każdy,
żywy jeszcze fragment ciała...
Po pewnym czasie słyszę tuż nad głową skrzypienie kół.
Uchylam powieki. Widzę, że beczka sprzed studni odjeżdża.
Ledwo może ją ruszyć z miejsca kulawy, męczeński koń.
Więc żołnierze biją go batem, sznurami lejc, kolbami
karabinów, kopią go w brzuch, rzucają się na niego wszyscy z
zaciekłą furią, w paroksyzmie okrucieństwa, chcąc go zmusić,
aby nadmierny ciężar wiózł truchtem, kłusem, galopem...
Wreszcie znikają mi z pola widzenia, lecz długo jeszcze słyszę 
klaskający odgłos ciosów bata i lejc, wymierzanych w żywe
mięso, oraz zbiorowy krzyk poganiaczy: „Ulululu”! i
„Wista”...
Tygodniami całymi dręczyły mnie te widzenia. Jęczałem
wtedy i wzdychałem, płakałem i rzęziłem przez sen, jak
konający. Ile razy wydarłem się z objęć koszmaru, zawsze
stała nade mną szarytka, przełożona tej sali, gdzie leżałem –
siostra Honorata – i patrzyła uważnie, pełna współczującego
zatroskania.
Siostra Honorata zewnętrznie składała się, jak każda
szarytka, z kornetu, podobnego do białej mewy rozpinającej
skrzydła, z sukni zakonnej o kroju jakby staromodnym i z
wiszącego u pasa różańca o grubych, czarnych ziarnach, z
krzyżykiem na końcu. Co do jej zalet wewnętrznych, najlepiej
i najkrócej ją określę, jeśli powiem, że miała w sobie wiele
cierpliwości, wyrozumienia, dużo jakiejś mądrej dobroci i
umiała do rannych i chorych bardzo rozsądnie przemówić.
Sądząc ze sposobu jej mówienia i bycia oraz z tego, że
pielęgniarki, niezadowolone z wymagań siostry Honoraty,
nazywały ją poza jej plecami „hrabiną” – była to osoba
należąca w swoim czasie do tzw. towarzystwa.
– Obudziłam pana, bo pan znów strasznie jęczał przez sen –
powiadała, kładąc dłoń na mym czole.
– Dziękuję siostrze. Śnią mi się złe sny. Wciąż i wciąż ten
sen...
– Sen mara, Bóg wiara, panie poruczniku. Jak człowiek ma
na sercu lekko, nie trapią go złe sny.
– Nie każdemu jest na sercu lekko, siostro Honorato...
– Więc trzeba, aby było każdemu... Szczęśliwi byśmy byli
wszyscy, a jaki piękny wtedy byłby świat...
– Cóż trzeba zrobić, aby mieć w sobie tę lekkość serdeczną?
– Przypomnieć sobie tylko, że jest Bóg. I uwierzyć w to, że
On, jako Chrystus, był wśród nas, że w ludzkim ciele chodził
po ziemi i ukochał naszą nędzę...
– Każdy ma swojego Boga, siostro...
– Ma, na jakiego zasługuje. Stąd ludzi nieszczęsnych,
złamanych losem, nie zadowolonych z życia tylu jest, ilu
mamy różnych bogów. A Bóg w Swej Trójcy Świętej jeden
jest. I dla nas, ludzi niedoskonałych, nazywa się: Chrystus.
– Cóż odpowiem, kiedy ta teologia mnie nie wzrusza. Było
to dobre kiedyś dla wszystkich, dziś wystarcza – niektórym.
Kobiety i dzieci są bardziej uczuciowe, więc jeszcze w to
wierzą, a ja już nie mogę.
– Bo się pan, taki duży i mądry mężczyzna, wstydzi w to
wierzyć, w co kobiety i dzieci wierzą, wstydzi się pan
uwierzyć w Chrystusa. Lecz kto się Chrystusa wstydzi, tego
się wstydzi i Chrystus. Czy pan wierzy w wielką, powszechna
miłość wśród ludzi?
– Chciałbym w nią wierzyć...
– Otóż dla was, niewierzących w księże, jak je nazywacie,
bajdy, Bóg i Chrystus to właśnie owa wielka powszechna
Miłość. Bo Zbawiciel powiada o sobie: Jam jest miłość
najwyższa. I poucza, byśmy się nade wszystko społecznie
miłowali. Miłując się społecznie, stwarzamy w sobie jedynego
Boga. Lecz my wstydzimy się tej miłości. Więc i miłość
najwyższa wstydzi się nas. Stąd nie ma końca utrapieniom
ludzkim, głodom, morom i wojnom powszechnym.
– A to dobre! – zawołałem. – Jakże mam ukochać tych, co
mi jedyną siostrą moją do studni wpędzili?
– Bóg ich osądzi i z pewnością pomści się lepiej, niż pan.
Bo czy pan myśli, że gdyby się za śmierć siostry pomścił na
nich, obłupiwszy ich własnoręcznie ze skóry, to by panu
ulżyło na sercu?
– Wątpię...
– Toteż sądzić ich będzie to, czego nigdy w sobie nie mieli,
a zemści się na nich najstraszliwiej to, co przez całe życie
poniewierali: Miłość, czyli Bóg. Czy pan mniema, że człowiek
szczęśliwy jest, czyniąc zło? Dla człowieka naturalną jest
rzeczą czynić raczej dobro, tak jak dla słońca – świecić i
grzać, a dla drzewa – kwitnąć i owocować. Słońce, które nie
świeci, jest umarłe, drzewo, które nie kwitnie – jest uschłe.
Jeśli zatem czyny człowieka, stworzonego po to, aby miłując
bliźnich – dobro czynił, są złe, okrutne, ohydne – cóż musi
dziać się w nim samym, w jego głowie i sercu? Więc nie
pomstą będziesz z nim walczył, ale skuteczniej –
miłosierdziem. A jeśli chcesz zwyciężyć go, odpuść mu, bo to
czyniąc „węgle ogniste zgromadzisz na głowę jego”. Powiada
tak Pismo, które traktujecie, panowie, jak książeczkę
odpowiednią dla drobnej dziatwy szkolnej, w najlepszym zaś
razie stawiacie je, gdy chodzi o praktyczne zastosowanie, na
jednym poziomie z elukubratami europejskich profesorów od
metafizyki lub z importowaną mistyką rozmaitych pań
Bławatskich, stworzoną dla zamożnych próżniaków i
nudzących się histeryczek.
– Siostra Honorata jest wymowna jak dysputujący Ojciec
Kościoła – żartobliwie ją zbywałem niewyraźnym uśmiechem.
– Ale siostra Honorata ma rację, której nie ma pan! – z
głębokim przekonaniem odpowiadała szarytka.
– Bo ja wiem... może i ma... – pojednawczo kończyłem
nasze dysputy.
Po jednej z takich rozmów, na zdrowiu czując się już lepiej,
myślałem o tym i o owym, patrząc na wychudłe od choroby
ręce moje, leżące na kołdrze, na którą szyby okna, odbijające
jesienne słońce, rzucały żywe, roześmiane refleksy.
Myśl moja obracała się mimo woli wciąż koło konia ze
wzgórza, bowiem sen wyżej opisany nie przestawał mnie
trapić co dzień po dawnemu. W chorobie i nieszczęściu ma się 
skłonność do przesądów, a ponieważ i czasu wtedy nie brak
do ustawicznego myślenia na temat, który wyobraźnię
porusza, więc na wszelki sposób obmyśliwałem swój sen,
widząc w nim niejaki znak, sygnał dawany zza świata. Bo i w
tak zwany zaświat zaczynałem już wtedy wierzyć.
Czułem w tej godzinie w sobie wielką tęsknotę.
Marzycielstwo smętne przenosiło mnie w siostrzane,
kołyszące ramiona, ukazując cały świat w świetle radośnie
cichym, jakby widziany przez tę szybę, błyszczącą słońcem
jesiennym. Poczucie uroczystej samotności własnej, tej, co to
w zadumaniu naszym łączy nas Bożym przeniknięciem z tym
wszystkim, co jest stworzone pod słońcem i księżycem –
owładnęło mną, jak prąd wielkiej rzeki prowadzi łódź bez
wioseł płynącą.
„...Jeśli czyny człowieka stworzonego po to, aby czynił
dobro, są złe i tak ohydne – cóż musi dziać się w nim samym,
w jego głowie i sercu? ” – przewiały mi przez myśl słowa
siostry Honoraty, jak nić babiego lata w powietrzu przewiewa.
Jeśli tedy czyny tych ludzi, co jedyną siostrę mi zamordowali,
którzy bliźnich żywcem do ziemi zakopują – są tak ohydne,
jak ów odarty ze skóry koń na wzgórzu, ten ucieleśniony
symbol czynu ich rąk – cóż dziać się musi w nich samych?
Czyż nie jest dusza ich czymś stokroć, tysiąckroć
straszliwszym w swej nędzy i ohydzie i czymś cierpiącym
dotkliwiej jeszcze bólem niewypowiedzianym – aniżeli owo
okropne żywe ścierwo końskie? I czy ja sam, wyznając
czynnie zasadę: oko za oko, ząb za ząb – duszę mam lepszą,
doskonalszą niż oni? Sześć lat wojny nie wystawiło sobie i w
mej duszy pomnika w duchowym kształcie konia odartego ze
skóry na wzgórzu serca mojego? Serca, które sześć lat uczyło
się nieludzkiej obojętności, aby tym łatwiej nienawiść rodzić?
Zatem tę, zionącą na cały świat, przepaść zdziczenia i
nienawiści, której na imię: bolszewizm, my „obrońcy 
cywilizacji i chrześcijaństwa” zdołamy zasypać, jak faszyną,
jedynie gruzem polskich ciał, pozbawionych ducha wyższego
niż zły duch miotający się w przepaści? Czymś zasadniczo
innym stać się musimy. Bo kto by chciał nienawiść i zło złem
zwalczać i nienawiścią, niech pamięta, że wielką nienawiść
zwalczy tylko od niej większa, zaś zło wielkie może być
pożarte jeno przez zło, od wielkiego większe. Czy jednak
wbrew swej naturze polskiej, z której się chełpimy, że jest
wyższa od moskiewskiej, zdołamy wytworzyć w sobie
nienawiść i zło większe od tego, z którym tak krwawo
walczymy? A jaki jest kres nienawiści i zła; czyliż pożarłszy,
co pożreć mogą, same siebie w końcu nie pożerają, jak to się
stało w państwie nieszczęsnym, które za godło ma krwawą
płachtę zatkniętą na bratobójczym bagnecie?
Setki pytań, w rodzaju tych, przelatywały mi przez głowę.
Aż jaśniejsza od nich wspanialszą błyskawicą rozświetliła
mnie całego i zadzierzgnęła się węzłem ostatecznym ta oto
myśl:
– Przeciw ich duszy, okropnej, jak ów koń na wzgórzu,
odarty ze skóry – musimy wystawić zwyciężające wszystko
Boże człowieczeństwo duszy. Oto jedyny sposób i środek
zwycięstwa. Inaczej – biada nam!...
Niezliczony rój myśli, niby rój mądrych pszczół, zaczął
dzwonić w mojej duszy o rzeczach starych i oklepanych od
dwóch tysięcy lat jak dziadowski pacierz pod kościołem, lecz
równie jak słowa tego pacierza cudownych, rodzących ład i
piękno życia i zwyciężających śmierć.
...Odpuść mi winy moje, jako i ja odpuszczam im
wszystkim... im wszystkim... – wyszeptałem idącym z
nietkniętych wojną jakichś głębin serca, modlitewnym
samozłożeniem się ust.
I rozkwitłem w tej chwili sznurami słodkich łez, jak
bisiorem nowonarodzonego pąkowia bezlistne rozkwita 
drzewo w kwietniowy świt, w mgnieniu nie podpatrzonym
przez niczyje oczy...
Ze łzami w oczach zasnąłem.
I znów mi śnić się począł dawny sen.
...Że leżę na trawniku, porosłym kwitnącą trawą, podobną
do kędzierzawego owsa, wśród połamanych krzewów róż i
georginii, słoneczników i malw. Opodal wznosi się zrąb
studni, murowany z potężnych głazów. Nie dolega mi już nic.
Odświętnie jest mi w duszy, choć jeszcze strasznie jestem
chory i w jakieś bandaże tak szczelnie, mocno owinięty, że nie
mogę się poruszyć. Lecz pełen jestem takiego radosnego
zatajenia się w sobie, takiej otuchy ufnej, taki rozśpiew
wewnętrzny nadziei wielkiej we mnie wzbiera, że ten stan da
się porównać chyba z niewysłowionym uczuciem motyla,
który na mgnienie, krótsze od rozłożenia swych skrzydeł,
wyfrunąć ma z truchła poczwarki. Myślę różne rzeczy, a co
pomyślę – wnet mi się staje. Lecz nie wiem, czy to, co się
staje, staje się zanim pomyślę, czy potem, czy może to
stawanie się cudowne odbywa się razem z myślą moją...
Przychodzi mi na myśl Marychna. I – jest Marychna. Zanim
pomyślałem o niej, już wyszła spośród głazów zrębu
studziennego, a tak zwyczajnie wyszła, jak przez drzwi
otwarte. Stąpa bosa po trawie, sięgającej do jej kolan
drobnych, odziana jedynie w giezłeczko białe,
przekrzywiające się na jedno z ramion. Konwi w ręku nie
dźwiga. Wprost ku mnie idzie.
– Siostrzyczko dobra, weź mnie ze sobą, weź! – myślę do
niej.
A myśl własna rozległa się w mej duszy, niby słowo na głos
mówione, mające moc cuda czynić, kamienie ożywiać, drzewa
uschnięte pokrywać liściem i rozkwiecać, umarłych
wskrzeszać.
Nie wiem, kiedy i jak, ale z ziemi już łatwo się
podźwignąłem i obok dobrej siostrzyczki idę, objęty
rodzonym jej ramieniem, niby wiosennym obłokiem albo
gałęzią kwitnącej jabłonki.
Idziemy w świat-nieświat, w zaświat-niezaświat. A na
naszej drodze cuda się dzieją. Połamane róże i georginie,
malwy i słoneczniki, na rozkazanie nasze, ustami mi
wymówione, odrastają w oczach, pączkują i oblepiają się
obfitym kwiatem wszystkich zapachów i barw. Trawy rosną
bujnie. Słyszymy, jak rosną. Stają się wysokie jak pszenica,
kiedy kwitnie, potem stają się jak zagajnik leszczyny w maju,
gdy sto słowików kląskaniem w niej szaleje, wreszcie stają się
– borem sosnowym, wznoszącym się pień przy pniu niby łan
grubych źdźbeł potężnego zboża.
Idziemy dalej tym borem sosnowym, stąpając lekko po
srebrnej pilśni mchu. A omszałe, proste pnie same się nam
ustawiają w aleję leśną, w przestrzał z dawien dawna znajomy.
I oto już idziemy jakby aleją sosen w lesie naszym, gdzieśmy
w dzieciństwie razem chadzali. Poznaję miejsce – o kilka
kroków przed nami – dokąd, gdy dojdziemy, coś odmiennie
cudownego musi się stać.
I ledwo postawiliśmy tam stopę – przemienił się od razu
cały bór niby w kościół rozegrany i rozśpiewany, tłumny i
lśniący rojami zapalonych świec – kościół wiejski w ranek
Rezurekcji.
Granie dudniących organów, triumfalny współśpiew chóru
kobiecych i dziecięcych głosów i licznych jaskółek, mających
gniazdka w oknach kościelnych, jakoby wielki, radosny,
spazmatyczny skwir...
A my wśród tego powietrzem gdzieś płyniemy, bo ziemia,
ruchoma jak grzbiet fali morskiej, łagodnie podmywa nam
stopy i w górę unosi łatwym, potężnym rozkołysaniem. I
dobra siostrzyczka pyta się:
– Wiesz teraz... braciszku... co jest... Miłość Najwyższa...
która nazywa się: Bóg?!...
VI
Od czasu, jak opuściłem szpital, minęły tygodnie, miesiące.
Teraz, chodząc pośród smreków prostych, zapatrzony w
granitowe wniebowzbicie Tatr, wspominam tę godzinę, co
wtedy przyszła do mnie, kwitnąca od słodkich łez i ów sen,
przez który wędrowałem wraz z siostrzyczką dobrą w
zachwycenie duszy, uczłowieczonej odtąd na żywot nowy. W
słownictwie, ułożonym dla spraw mego ducha, owo zdarzenie
– godzinę łez i cudownego snu – określam jako „moje
pierwsze zachłyśnięcie się Bogiem”.
Okiem uważnym, uchem czujnym zwracam się nieustannie
we własną głębię i zdejmuje mnie podziw niezmierny: jak
mogłem istnieć z sobą tyle lat, a siebie nigdy nie odkryć, ani
razu nie zauważyć!...
Wprawdzie, jak powiedziałem na początku opowieści,
nachodzą mnie często godziny tak straszliwego ucisku ducha,
że na mych samotnych przechadzkach chce mi się obejmować
drzewa przydrożne, przyciskać je do piersi i płakać
w głos – lecz nawet w stanie tej depresji, zdającej się być
ponad możność ludzkiego wytrwania, widzę w sobie jakiś
punkt przejasny, niby owo oko błękitne, którym pogoda
niebieska w jednym miejscu spogląda przez zwichrzone zwały
gradowych chmur. I szybko, nawet po dotkliwym smutku
(bylebym go ścierpiał cicho, w sobie), ogarnia mnie całego
rozradowanie zbożne. Ów punkt przejasny, do błękitnego oka
podobny, rozszerza się, rozlewa we mnie w całkowity lazur
duchowy – sercem niezmierzony, myślą nieobeszły, duszą
nieogarnięty.
I czuję w sobie rozdwojenie przedziwne – takie jak pąk
kwiatu, gdy rozkwitając, dzieli się na niepodzielne w swej
istocie płatki korony, i kwiatową woń, która jest duszą kwiatu.
Rozdwajam się na dwóch ludzi: duchowego i cielesnego,
wiekuistego i wczorajszego, na tamto, co będzie po śmierci
żyć wiecznie, i na to, co od życia w śmierci zniszczeje. I
myślą – wyraźną w głowie, jak mówione w głos słowo,
mające moc cuda czynić, kamienie ożywiać, umarłych
wskrzeszać – wołam za Wielkim Poetą Narodu mego, wołam
za geniuszem, który przez całe swe życie „podejmując trud, co
go zabijał”, wydzierał śmierci jej oścień morderczy:
– Ach, któryż jestem żywy?!...
Bardzo często zaglądam do jednej starej książeczki, która
ma prawie dwa tysiące lat. Jej tytuł grecki tłumaczy się po
polsku jako „Dobra Nowina”. Książeczka pisana jest słowem
podobnym do gwiazd, błyskawic, ptaków niebieskich,
kwiatów polnych i do naiwnych powiedzeń cudownych dzieci.
Ale jej wiekuiste królowanie nad nami zawiera się nie w
słowach cudownych, lecz – w mocy. W ciągu dziewiętnastu
wieków tysiące milionów ludzi czerpało ze źródeł tej mocy
wszystką duszą i sercem całym, lecz źródłom nic nie ubyło z
ich wody żywej, podobnie jak rzesze najliczniejsze nie
zdołałyby w ciągu wieków, pracując wszystkim mnóstwem
swych dłoni, wyczerpać głębin Atlantyku.
Znalazłem w tej książeczce rozdział krótki, patosem uczucia
przewyższający wszystko, co tylko ma najwspanialszego i
istotnego liryka powszechna. Apostoł pogan, największy po
swym Mistrzu Ukrzyżowanym podpalacz serc ludzkich,
przewodnik tych wszystkich, którzy w drodze do swego
Damaszku „wierzgają przeciw ościeniowi Bożemu” – w
słowie potężnym, jakby w płomiennej żagwi ducha, rzuconej
ku potomnym w czeluść wieków, aby do nas, ludzi
dzisiejszych, kłębem ognia niebieskiego doleciała – woła 
wołaniem archanielskim: „Gdybym mówił językami ludzkimi
i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałbym się jako miedź
brząkająca, albo cymbał grzmiący. I chociaż bym miał
proroctwo i wiedziałbym wszystkie tajemnice i wszelką naukę
i miałbym wszystką wiarę, tak, iżbym góry przenosił, a
miłości bym nie miał: niczym nie jest. I choćbym wszystkie
majętności moje rozdał na żywność ubogich i choćbym wydał
ciało moje tak, iż bym gorzał, a miłości bym nie miał, nic mi
nie pomoże. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie
zajrzy, złości nie wyrządza, nie nadyma się. Nie jest czci
pragnąca, nie szuka swego, nie wzrusza się ku gniewu, nie
myśli złego. Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się weseli
z prawdy. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego
się nadziewa, wszystko wytrwa. Miłość nigdy nie ginie: choć
proroctwa zniszczeją, chociaż języki ustaną, chociaż
umiejętność będzie zepsowana. Albowiem po części znamy i
po części prorokujemy. Ale gdy przyjdzie, co jest
doskonałego, co jest po części, zniszczeje. Gdym był
dziecięciem, mówiłem jako dziecię, rozumiałem jako dziecię,
myślałem jako dziecię. Lecz gdym się stał mężem,
wyniszczyłem, co było dziecinnego. Teraz widzimy przez
zwierciadło, przez podobieństwo: lecz w on czas twarzą w
twarz. Teraz znam po części: lecz w on czas poznam jakom i
poznany jest. A teraz trwają wiara, nadzieja, miłość: to troje, a
z tych większa jest miłość”.
Ilekroć czytam ten rozdział, będący płomiennym wichrem
ducha, który przez ciąg stuleci wieje ogniem żywym i porywa
się na nas w imię Miłości Najwyższej – przychodzą mi na
myśl słowa siostry Honoraty:
„Że dla człowieka naturalną jest rzeczą czynić raczej dobro
niż zło, tak jak dla słońca – świecić i grzać, a dla drzewa
kwitnąć i owocować. I że Miłość Najwyższa nakazała nam,
ażebyśmy się nade wszystko społecznie miłowali. Lecz my 
wstydzimy się tej Miłości, więc i Ona wstydzi się nas. Stąd nie
ma końca utrapieniom ludzkim, głodom, morom i wojnom
powszechnym”.
Czymże jest wojna? Lud prosty nazywają najstraszliwszym
z dopustów Bożych. Czy nie jest ona krwawym wyrównaniem
szachrajskich rachunków, wystawionych Ludzkości przez tzw.
zbrojny pokój? Czy sześcioletnie wyrzynanie się 55 000 000
zbrojnych mężów nie jest wprowadzeniem jakiegoś bilansu
generalnego do buchalterii Boskiej, której całokształtu objąć
nie możemy, gdyż sami w niej jesteśmy tylko jedną z
kolejnych liczb, jedną z Bożych cyfr, ciałem i krwią
wypisanych na olbrzymiej karcie bytu?
Wojna sprowadza upadek tego, co nazywa się kulturą i
niszczy to, co jest cywilizacją. Lecz w jednostkach i masach
ludzkich wzbudza dotkliwy głód czegoś, co jest bardziej
niezbędne, niż chleb powszedni. Wojna przychodzi ku
jakiemuś wielkiemu opamiętaniu ludzi. Aby syn marnotrawny
nawrócił się do Ojca, potrzeba było, aby mu najpierw zbrakło
pokarmu świńskiego. Aby Ludzkość mogła się nawrócić do
czegoś, co jest niezbędniejsze, niż chleb powszedni, potrzeba
było, aby wpierw Wojna zachwiała naszą samoubóstwiającą
się inteligencję, która wyhodowała w sobie żądło samobójcze
– technikę wojenną.
Przede wszystkim jednak Wojna, tak mi się zdaje, musi
mieć ten oto wyższy swój cel: za jej sprawą tu, na ziemi, ma
się nagromadzić, stać się ciałem pewna ilość Miłości czynnej
– tyle, ile jest potrzeba do pchnięcia świata na ścieżki
wyprostowane, na drogę nową, podobną do drogi mlecznej.
Bo prócz ohydy, mrożącej krew w żyłach, czyż nie rozkwita
z Wojny najszczytniejsze bohaterstwo, poświecenie się,
szlachetność, to wszystko, co jest posągowym, heroicznym
kształtowaniem Miłości czynnej? Jeden dzień Wojny daje tego
więcej, niż sto lat zbrojnego pokoju.
A ja – czy mógłbym bez wojny dostąpić łaski „zachłyśnięcia
się Bogiem”? Czy bym się odrodził, gdyby serca, które
obojętnością zarosło, nie przypieczętował mi Bóg bólem
nadludzkim, niby żelazem do białości rozpalonym, a na moją
głowę nie nasypał rozżarzonych węgli nieszczęścia?
Oto widzimy, jak „proroctwa możnych tego świata
niszczeją, języki ustają, umiejętność bywa zepsowana”, lecz
Miłość, która nigdy nie ginie, zaczyna powstawać w chwale i
jako Bóg Żywy objawia się w jednostkach a niebawem
wybuchnie i w powszechności ogniem wszystko trawiącym.
Ta Miłość objawiona jest jak słońce. Kto jej nie widzi – jest
ślepy. Dzieje się, wprawdzie, dokoła źle, a nawet coraz gorzej.
Lecz to tylko wedle ciała dzieje się źle. Bo pytam: któż by w
Polsce zamienił ducha dzisiejszego na ducha, który w nim
marniał przed wojną? Patrzę i ja na to zło dokoła, które
zaczyna już samo siebie pożerać i cierpię, bo nie mogę nie
cierpieć. Biada by mi było, gdybym nie cierpiał. Byłbym
wtedy uschłą gałęzią na drzewie swej społeczności, drżącej od
siekiery do korzenia przyłożonej.
Spotykam co dzień wielu ludzi. Rozmawiam z nimi o
sprawach na dobie. I co mi się rzuca w oczy i straszliwym
wspomnieniem przeszywa, to podobieństwo spotkanych osób,
których Wojna tak lub owak dotknęła, do owej końskiej
zmory ze wzgórza – podobieństwo ledwo dostrzegalne: z
jakiegoś gestu, z wyrazu zmęczenia na twarzy, z martwoty w
zniechęconych oczach, z jakby odartego z psychicznej skóry
jestestwa tych ludzi, przejechanych druzgocącym kołem
Wojny.
Widzę, czego im brak. Miłości im niedostaje. Kochają się
samolubstwem zmęczonym i obojętnym. A tylko wielka
Miłość mogłaby ich uleczyć. Gdyby wszyscy ludzie na ziemi
miłowali się społecznie, wówczas każdy człowiek byłby
półtora miliarda razy mocniej kochany, niż jest, bowiem 
kochałaby go Ludzkość, półtora miliarda serc licząca, a tak:
lubi się sam jeden i dlatego wystarczyć sobie nie może.
Gdy widzę wspaniałą prostotę tej prawdy oczywistej, chce
mi się krzyczeć, gdziekolwiek jestem, do ludzi mi nieznanych.
– Przez litość własną – zmiłujcie się nad sobą! Nie
wstydźcie się Miłości Najwyższej, aby i Ona wreszcie
przestała się wstydzić was!...
Myślę nieustannie o Polsce. Cóż lepszego w tych czasach
miałby Polak do myślenia? Z Miłości Najwyższej wypływa
niesprzeciwianie się wszelkiemu złu. Czyżby więc Polska
miała się stać zbiorową tołstojanistką, biernie dającą szyję pod
bolszewicki lub pruski nóż? Nie daj tego Boże! Wydaje mi
się, że źle rozumiemy na czasy obecne – ideę tego
niesprzeciwiania się. Bo czy jednak sens słów: „nie
sprzeciwiaj się złu”, rozczłonkowany duchowo, nie znaczy
tyle, co: „przeciw złu „ja” swego nie staw”, czyli: nie walcz ze
złem w imię egoizmu, czy to będzie twój egoizm osobisty, czy
też egoizm narodowy?
Ale walka ze złem w imię Miłości Najwyższej trwać musi i
będzie! Jeśli dotychczas zwyciężaliśmy zło, działo się to
dlatego, że walczące z nami hordy przerastaliśmy zawsze o
jakąś jedną piędź miłującego ducha, odmierzoną królewskim
szponem Orła Białego. Lecz jeśli chcemy zwyciężyć całe zło,
musimy wpierw przerosnąć je duchem Miłości o całe
niebotyczne Tatry.
Są ludzie, którzy nie wierzą w to, iż duch w Narodzie może
się wznieść aż do takich szczytów. Oni sprawę wiekuistą, jaką
jest Polska, mierzą spadkiem lub zwyżką waluty. Dla nich
Polska ginie już wówczas, gdy cena na artykuły pierwszej dla
nich potrzeby wynosi dziś aż tyle, gdy wczoraj wynosiła tylko
tyle. Są to ci sami, którzy w listopadzie 1918 roku nazywali
szaleństwem wiarę w Niepodległość Ojczyzny. Oni to podczas
wrogiej nawały w lecie 1920 roku trwali w przerażeniu 
biernym, nie śmiejąc przypuścić, że stratowana do połowy
Rzeczpospolita powstanie na nogi jednego dnia i nad
zagrożoną Wisłą groźnie zaryczy niby srogi Lew, okrutną moc
w kościach czujący. Nie wierzyli wtedy, jakże uwierzą teraz?
A jednak w powszechnym zamęcie polskiej współczesności
pełni się jakiś wielki czas. Godzina nadchodzi ostateczna.
Im jest gorzej, tym będzie lepiej. Wzmoże się, udoskonali,
wybuchnie duch. Kto umie leżeć duchowo krzyżem na świętej
ziemi polskiej i, obejmując ją z miłością, słucha, co się w niej
dzieje – ten usłyszy jakby niezliczone mnóstwo odmiennie
tętniących serc. To my: w nadziei zakonspirowani,
legitymujący się wiarą, zbrojni Miłością. W zgiełku
sejmikującego życia jeszcze nie słychać nas. A wkrótce
wzmoże się w rzeszach dotkliwy wielki głód tego, co jest
niezbędniejsze, niż chleb powszedni. A wtedy przyjdziemy
my, duchem dzielni, czyli się nim dzielący. Stoimy w
drzwiach.
Niejeden z nas tak, jako i ja, jest schorzałym worem
cielesnym, pełnym miazgi zdruzgotanych kości i zszarpanych
nerwów. Ale cóż na ziemi pokona tę naszą radość ufną w to,
iż nowy człowiek w nas się narodził? Ewangelista powiada:
„Niewiasta, gdy rodzi, smętek ma, iż przyszła jej godzina; lecz
gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta uciśnienia dla radości,
iż się człowiek na świat narodził”. Tak i my. I dlatego w imię
Miłości Najwyższej zwyciężymy świat.
I stanie się z Polską w ów przełomowy dzień to, co w
poranek kwietniowy bywa z gajem, który jeszcze niedawno
miał na swych rózgach bezlistnych tylko pąki, podobne do
śpiących pszczół. Zazieleni się i rozmai naraz cała Polska
wiosną wybornego ducha. Zaś ci, którzy uparcie nie wierzyli
w żaden cud, choć tyle cudów w ich oczach się stało, będą
zaskoczeni jak człowiek, który w poranek kwietniowy ujrzy 
nagle gaj wiosennie ulistniony, i jak on powiedzą w
zdumieniu:
– Jeszcze niedawno nie było tu jednego listka, a oto już gaj
cały bujnym listowiem bucha, niby płomieniem zielonym!...
Dziś mówimy jak dzieci, rozumiemy jak dzieci, myślimy jak
dzieci, widząc i pokazując przez zwierciadło ducha, przez
podobieństwo słowa. Lecz wtedy stanie się każdy mężem
dojrzałym, aby wyniszczył w sobie, co ma dziecinnego. Dziś
wiemy po części, lecz wówczas Miłość Najwyższą wszyscy
ujrzymy twarzą w twarz.
Jednak już teraz możemy rzec:
– Zdziercom wszelkiego rodzaju, siedzącym, niby na kupach
gnoju, na stosach złupionych z bliźniego marek, których
wartość spada zawrotnie w dół; politykom, sztukującym
zgniłe koncepcje łatami nowych pomysłów; pisarzom, lejącym
skwaśniałe wino sprzedajnych swych racji do zwiotczałych
miechów zadrukowanej bibuły; artystom kunsztu wszelakiego,
którym „pogańska żądza doskonałości w pięknie wyjaławia
serce” – tym wszystkim, wszystkim, wszystkim, którzy tyle
razy oglądali, lecz nigdy w żaden nie uwierzyli cud – że w
Polsce powstaje plemnie nowych ludzi, jakich jeszcze nie
widziano.
Stoimy w drzwiach.

