Karol May


Klasztor della Barbara


I
STRASZLIWE PRZEŻYCIE
Gdy Kurt Unqer, Sępi Dziób, kapitan Wagner marynarz Peters przybyli na dworzec w Veracruz, zauważyli na peronie francuskiego żołnierza. Przepaska na ramieniu wskazywała, że to zwrotniczy kolejowy.
 Kurt podszedł doń i zapytał po· francusku:
 — Pracujecie tutaj, kolego?
 Żołnierz wyczuł instynktownie, że stoi przed nim oficer, przebrany w strój cywilny.
 — Tak jest, monsieur, — odparł uprzejmie. — Jestem ranny. Czekam na okręt, który ma mnie zawieźć do ojczyzny. Tymczasem zarabiam po parę centymów na tytoń.
 Kurt sięgnął do kieszeni i dał mu pięciofrankówkę.
 — Macie, kolego, będziecie za to mogli kupić sporo tytoniu. Od której pracujecie dziś na dworcu?
 Żołnierz wziął monetę i zasalutował.
 — Dziękuję, monsieur. Wyprawiłem już trzy pociągi.
 — Kiedy odszedł ostatni?
 — Przed jakąś godziną, do Lamaito. To ostatnia stacja.
 — Czy były w pociągu osoby cywilne?
 Żołnierz zrobił figlarną minę i chytrze zmruży oczy.
 — Właściwie nie.
 — A niewłaściwie?
 — Tego nie wolno mi zdradzić. Jestem zwrotniczym; zabrał ich zaś mój przełożony.
 — Dobrze. Więc formalnie nie zabrał nikogo. A naprawdę ile było osób?
 — Tylko trzy. Pomieściły się swobodnie w przedziale konduktora.
 Kurt dowiedział się więc i o tem, że pojechali w przedziale służbowym.
 Pytał dalej:
 — Jakże wyglądali?
 Żołnierz opisał całą trójkę. Gdy skończył, kapitan Wagner rzekł:
 — Oni, bezwątpienia, oni! Nie wiem tylko, kto ten trzeci. Nie było go na pokładzie.
 — Dowiemy się i o tem — rzekł Kurt. — Kiedy odchodzi następny pociąg?
 — Dopiero za trzy godziny. Musimy czekać na lokomotywę z Lomalto. Przywiezie pociąg, pełen żołnierzy.
 — A przedtem nie odchodzi żaden pociąg towarowy?
 — Nie.
 — Dziękuję wam, kolego.
 Kurt odszedł wraz z towarzyszami.
 — A, więc umknęli! — zawołał kapitan, zgrzytając zębami. — To moja własna wina, tylko moja! Co robić?
 — Musimy być cierpliwi, drogi przyjacielu, — uspakajał Kurt. — W każdym razie nie ulega wątpliwości, że wyjechali do Meksyku. Jadę za nimi następnym pociągiem. Niestety, tracę trzy godziny. Mam jednak nadzieję, że ich spotkam w Meksyku.
 — Ach, mam wyprawić gońca do stolicy i do hacjendy del Erina. Chcę przez niego przesłać raporty okrętowe — rzekł Wagner. — Czy pozwoli pan, panie poruczniku, aby się przyłączył do pana?
 — Chętnie. Oczywiście pod warunkiem, że mi nie będzie zawadą.
 — O to się nie lękam. Zgodziłby się pan na mego Petersa?
 — Ależ chętnie. Zna chyba naszych zbiegów?
 — Lepiej ode mnie. No i cóż, Peters?
 Zapytany nie ukrywał zadowolenia.
 — Chciałbym bardzo, panie kapitanie.
 — Rozumiesz trochę po hiszpańsku, co?
 — Tak. Mogę się od biedy rozmówić.
 — Umiesz parę słów po francusku?
 — Akurat tyle, aby powiedzieć, jak bardzo kocham Maksymiljana.
 — Chodźmy więc na pokład! Uporządkuję swoje rzeczy, dam ci odpowiednią instrukcje. Gdzież się spotkamy, panie poruczniku?
 — Najlepiej tu, w restauracji kolejowej.
 — Proszę więc tymczasem o krótki urlop.
 — Ależ służę panu! Na omówienie dalszych szczegółów znajdziemy czas później.
 Kapitan udał się z Petersem w kierunku przystani. Kurt zawrócił wraz z Sępim Dziobem znów na dworzec. Poszedł wprost do biura naczelnika stacji. Urzędnik spojrzał nań z wielką ciekawością.
 — Czy mogę zapytać, kiedy odchodzi następny pociąg do Lomalto? — spytał Kurt, mimo że żołnierz dał mu w tym względzie wyczerpujące informacje.
 Urzędnik spojrzał na zegar.
 — Za dwie i pół godziny — odparł. — Chce pan pojechać tym pociągiem? Nie zabieramy ani ludności cywilne], ani obcokrajowców.
 — Pozwoli pan, że się przedstawię.
 Kurt wyciągnął dokument i podał naczelnikowi. Rzuciwszy nań okiem, urzędnik skłonił się nisko i rzekł:
 — Jestem do pańskich usług, panie poruczniku. Ile miejsc pan potrzebuje?
 — Trzy.
 — Otrzyma pan przedział pierwszej klasy.
 — Dziękuję. Czy pociąg ma połączenie z dyliżansem pocztowym?
 — Nie, nie ma. Wogóle jest to pociąg mieszany; nie radziłbym panu nim jechać. Jeśli pan chce być prędko w stolicy, radzę pojechać konno.
 — Nie mam koni.
 — Ach, tu wszyscy mają konie. Jeżeli pan dłużej pozostanie w naszym kraju, będzie pan musiał kupić sobie konia.
 — Mam zamiar kupić w stolicy.
 — Dlaczegóż w stolicy? Zapłaci pan o wiele więcej i nie dostanie lepszych, niż u nas.
 — Czy jest jaka okazja?
 — Nawet świetna. Mam kilka rasowych koni. Były to prywatne wierzchowce oficerów — nie chcieli ich wieźć ze sobą do kraju. Kosztują niewiele. Chce pan obejrzeć?
 — Owszem, sennor.
 — Proszę za mną. Jeżeli ubijemy interes, nie będzie pan potrzebował czekać w Lomalto na dyliżans. Do Lomalto konie będę mogły dojechać pociągiem; za transport nic nie doliczę.
 Tranzakcja doszła do skutku. W przeciągu pół godziny Kurt został właścicielem trzech koni. Miały, zdaje się, wszystkie zalety, o których mówił naczelnik.
 — Chwała Bogu! — rzekł Sępi Dziób. — Nareszcię będę mógł wyciągnąć nogi na koniu. Z nudów i rozpaczy, że nie dosiadam bieguna, myślałem nieraz o galopowaniu na własnym nosie, zamiast na rumaku. —
 Na jaką godzinę przed odejściem pociągu zjawił się kapitan Wagner z Petersem.
 — Chłopcze, czy umiesz jedździć konno? — krzyknął Sępi Dziób do marynarza. — Kupiliśmy konie. Z Lomalto do Meksyku pojedziemy końmi. Czy wiesz, co to siodło?
 — Jest to rzecz, z której mnie żadna siła ludzka wysadzić nie potrafi. Sądzicie, że marynarze nie mogą się znać na koniach? Jako młody chłopak dosiadałem najdzikszych ogierów.
 — To szczęście. Nie mielibyśmy czasu na podnoszenie cię, co pięć minut.
 Usiedli dokoła stołu. Wagner opowiedział pokrótce o swem spotkaniu z don Fernandem i o podróży na wyspę morza południowego. Kurt znał te wypadki z opowiadań Sępiego Dzioba. Dla uzupełnienia obrazu opowiedział Kurt, co zaszło od chwili lądowania w Guaymas. Wagner słuchał z wielkiem napięciem. Wreszcie zawołał zrozpaczony:
 — A więc znowu zginęli?
 — Niestety, tak. Mam jednak nadzieję, że mi się uda natrafić na ich ślad. Wtedy biada tym, których pochwycę!
 — Może już jesteśmy na ich tropie — pocieszał Sępi Dzićb. — Różne myśli snują mi się po głowie. Dokądże udają się Landola i Cortejo?
 — Prawdopodobnie tam, gdzie przebywa reszta.
 — Może to niebezpodstawne przypuszczenie. W każdym razie musimy tych dwóch odszukać. Wtedy dowiemy się, jakie żywią zamiary.
 — Ale nie możemy mitrężyć — rzekł Wagner. — Nie chciałbym wystawiać moich chłopców na działanie febry, której miazmiaty zatruwają powietrze Veracruz.
 — Niech więc pan poszuka gdzieś wpobliżu zdrowego portu.
 — Dobrze. Będę czekał w zatoce Vermeja.
 Dzielny kapitan tak się zmartwił losem swych przyjaciół, że trudno go było uspokoić. Klął siarczyście Corteja i towarzyszy; sygnał rychłego wyjazdu przerwał potok przezwisk.
 Upewniwszy się, że konie odbędą podróż w dobrych warunkach, Kurt wszedł z Petersem Sępim Dziobem do przeznaczonego dla siebie przedziału. Po żegnanie z Wagnerem trwało krótko, było jednak bardzo serdeczne. Gdy pociąg ruszył, kapitan zdjął czapkę i zawołał:
 — Szczęśliwej podróży, panie poruczniku! Proszę wracać ze wszystkimi przyjaciółmi. A tych szubrawców, tych łotrów niech pan zetrze w pył! —
 Po dwóch godzinach przybyli do Lomalto. Nadzorca pociągu sam otworzył przedział, Przypomniawszy sobie słowa żołnierza, Kurt domyślił się, że ten sam konduktor przewiózł poszukiwaną trójkę. Zapytał więc prosto z mostu:
 — Pan przywiózł poprzednim pociągiem z Veracruz trzy osoby cywilne?
 Konduktor nie umiał się zdobyć na kłamstwo.
 — Tak, monsieur, — odparł niepewnym tonem.
 — Niech się pan nie obawia żadnych nieprzyjemności — uspokoił Kurt. — Chciałbym tylko wiedzieć, dokąd się ci ludzie udali.
 — Do Meksyku. Jechali w moim przedziale i dowiadywali się dokładnie o stan drogi do Meksyku. Widziałem, jak wszyscy trzej wsiedli do dyliżansu pocztowego; który czekał na dworcu.
 — Dziękuję.
 Kurt dał mu napiwek. Konduktor, pragnąc wyrazić radość, ze udało mu się tak szczęśliwie wykręcić, złożył głęboki ukłon i zaczął osobiście wyprowadzać konie.
 Zakupiwszy nieco prowiantu, nasza trójka dosiadła koni i ruszyła galopem. Sępi Dziób, fachowiec W konnej jeździe, objął dowództwo.
 W tej długiej, uciążliwej podróży do Meksyku Peters okazał się dobrym, jeźdźcem: jednakże, z powodu złego stanu drogi, nie udało się dogonić dyliżansu, ciągnionego przez cztery pary mocnych, wytrzymałych koni. Ścigający dowiedzieli się, że dyliżans przybył do stolicy przed południem, to znaczy przed kilkoma godzinami.
 — Jak znaleźć tych łotrów w tem wielkiem mieście? — mruknął Sępi Dziób. — Niech djabli porwą wasze ulice i uliczki! W lesie dziewiczym, lub w prerji nie uszliby mi z pewnością.
 — Mam wrażenie, że można, ich będzie odszukać w dwojaki sposób, — rzekł Kurt. Dziwiłbym się, gdyby nie próbowali wtargnąć do, pałacu Rodrigandów.
 — Do licha, racja! Musimy odszukać ten wigwam. A drugi sposób?
 — Wiadomo wam zapewne, że grób don Fernanda jest pusty?
 — Oczywiście, wiem o tem. Widziałem trupa w stanie żyjącym.
 — Cortejo i Landola przeczują bezwątpienia, że skierujemy nasz atak na pusty grób. Postarają się zapewne o to, by do pustej trumny włożyć innego trupa.
 — Tego się można po tych łotrach spodziewać. Master poruczniku, mimo młodego wieku jest pan bardzo sprytnym człowiekiem. Musimy ich uprzedzić. No, jazda do miasta, które jest właściwie starą wsią!
 Zatrzymali się przed pierwszą napotkaną gospodą. Wypocząwszy nieco, Kurt udał się do pałacu Rodrigandów, którego położenie dokładnie mu opisano.
 Wartownik go zatrzymał. Kurt oświadczył, tak samo jak przedtem Cortejo, że ma interes do administratora. Zarządca był tym razem w kancelarji. Kurt wręczył w przedpokoju swój bilet wizytowy. Zarządca uchylił drzwi i poprosił, aby wszedł.
 — Czem mogę służyć, monsieur? — zapytał urzędnik, tym razem bardzo uprzejmie.
 — Proszę mi wybaczyć, przychodzę po informacje w sprawie osobistej. Czy nie odwiedził dziś pana pewien człowiek, który się podawał za agenta hrabiego Rodriganda?
 — Owszem. Był u mnie przedpołudniem. O jakie szczegóły rozmowy panu chodzi?
 — Chciał zapewne dowiedzieć się o administracji dóbr hrabiego?
 — Nietylko o to mu chodziło, Chciał objąć zarząd majątku.
 — Spodziewałem się tego. Podawał się za Antonia Veridante?
 — Tak
 — Czy wiadome jest panu miejsce pobytu tego człowieka?
 — Nie.
 — Zależy mi bardzo, aby się o tem dowiedzieć. To wyjątkowo niebezpieczny i wyrafinowany ptaszek. Nie jest wykluczone, że wróci tu jeszcze. Gdyby się tak stało, proszę bardzo o przytrzymanie go i zawiadomienie posła pruskiego, pana von Magnusa.
 — Przytrzymać go? Czy potrafię usprawiedliwić ten krok?
 — Bezwątpienia. Wrzekomy Veridante jest przecież Gasparinem Cortejem, bratem Pabla Corteja, którego pan zna z pewnością.
 — Ależ znam go, jak zły grosz!
 — Tak zwanym sekretarzem jego i towarzyszem Jest niejaki Henrico Landola, znany kapitan pirackiego okrętu „Lion“, — Grandeprise. Obydwaj są uszminkowani i przebrani. Mają fałszywe paszporty. Ścigam ich z Veracruz.
 — To mi wystarczy. Skoro tylko raz jeszcze zobaczę tego Corteja, każę go aresztować.
 Udzieliwszy Francuzowi jeszcze kilku informacyj, które uważał za konieczne, Kurt udał się do pana von Magnusa, by mu wręczyć powierzone swej pieczy tajne dokumenty. Został przyjęty z wielką atencją. Podczas rozmowy poruszył sprawę prywatnego celu swej podróży.
 Dyplomata słuchał uważnie. Wreszcie rzekł.
 — Może pan liczyć na moją pomoc; będę się starał zrobić wszystko, co ode mnie zależy. Więc przedewszystklem chce pan zwrócić uwagę na grobowiec? Zalecam panu ostrożność. Rozumie pan chyba, że przedewszystkiem należałoby dokonać tajnych oględzin trumny, oczywiście w obecności bezwzględnie, wiarogodnego świadka. Wyznam szczerze, że na pańskiem miejscu nie wzywałbym na świadka ani francuskiego, ani cesarskiego urzędnika. Wolałbym rodowitego Meksykanina. Może najwłaściwiej byłoby zwrócić się do alkalda, który przywiózł córce Pabla Corteja rozkaz opuszczenia miasta i kraju.
 Dyplomata dawał w ten sposób do zrozumienia, że może nadejść chwila, w której zwolennicy rządów cesarskich nie będą mieli nic do powiedzenia.
 — Czy ten urzędnik spełni moją prośbę? — zapytał Kurt.
 — Z pewnością. To mój znajomy. Napiszę do niego parę słów.
 W kwadrans później Kurt udał się z listem do alkalda. Alkalde wziął list, nie patrząc wcale na Kurta Po zaznajomieniu się z jego treścią, poważna, niemal ponura twarz urzędnika rozjaśniła się. Podał Kurtowi rękę, mówiąc:
 — Pan von Magnus poleca pana bardzo gorąco. Pisze, że przybywa pan w sprawie, w której może będę mógł coś pomóc. Jestem do pańskiej dyspozycji. Mimo; że przy obecnych stosunkach kompetencje moja są niezbyt wielkie, mam nadzieję, iż uda mi się coś dla pana zrobić. Niech pan siada. Słucham.
 Urzędnik usiadł w hamaku i zapalił papierosa. Kurt również zapalił i, usiadłszy na krześle, zaczął opowiadać. Alkalde słuchał uważnie, nie przerywając. Gdy Kurt skończył, wyskoczył z hamaku i zaczął chodzić po kancelarji. Po chwili zatrzymał się przed Kurtem.
 — Opowiedział mi pan niezwykłą historję. Udam, się na cmentarz wraz z kilkoma urzędnikami. Mam nadzieję, że mnie pan zechce odprowadzić?
 — Chciałem właśnie o to prosić.
 — Doskonale! Poślę natychmiast do pałacu Rodrigandów po klucze od grobowca.
 — Ach, sennor, czy nie lepiejby było z nich zrezygnować? Nie uważam za wskazane wtajemniczać zbyt wielu osób, zwłaszcza okupantów.
 — Hm, ma pan rację. Na szczęście, mam przy sobie dodatkowe klucze. Jako urzędnik, mogę ich przecież czasami potrzebować... Idziemy?
 — Jestem do usług.
 Alkad wydał odpowiednie dyspozycje, poczem obydwaj wyszli. Aby nie ściągać na siebie uwagi, alkalde poszedł sam; za nim ruszyli dopiero Sępi Dziób i Peters, których zawiadomił o wszystkiem Kurt. Na cmentarzu, spotkali oddział alguazilow, którzy czekali tu, stosownie do rozkazu alkalda, Jeden z policjantów oddalił się, aby otworzyć drzwi grobowca, nie zwracając uwagi obecnych na cmentarzu ludzi. Po kilku minutach wrócił z meldunkiem, że wszystko gotowe.
 Udano się pojedynczo do mauzoleum. Gdy się wszyscy zebrali, policjanci wyciągnęli latarki. Zeszli nadół i znaleźli trumnę. Otworzono ją — zwłok nie było.
 — Santa Madonna! — zawołał alkad. — Trumna jest pusta!
 Kurt zaczął się dokładnie przyglądać.
 — Proszę popatrzeć na te poduszki. Wyglądają jak nowe.
 — To prawda — odparł urzędnik. — W tej trumnie nic nie zgniło. Zrobię wszystko, aby wpaść na trop sprawcy. Od tej chwili policja bierze pod osłonę cały cmentarz, a szczególnie grobowiec.
16  — Czy to naprawdę dobra myśl? — zapytał Kurt. — Ci, których chcemy schwytać, są przecież kuci na cztery kopyta. Nie będą kładli trupa w biały dzień.
 — Ma pan rację. Zjawią się w nocy. Ale skąd wezmą trupa?
 — Och, Landela i Cortejo dadzą już sobie radę! Wystarczy im trup mężczyzny, który leży w trumnie mniej więcej od tej samej chwili, w której wrzekomo zmarł don Fernando. Uważam, że nie warto obecnie zajmować się tymi ludźmi i cmentarzem. Zato wieczorem będziemy musieli czuwać.
 — Obsadzę wejście do grobowca.
 — Chce ich pan tam ująć? Wolałbym, aby mogli zejść aż nadół. Stamtąd trudniejsza ucieczka.
 — Ma pan rację. A więc teraz każdy pójdzie w swoją stronę, a wieczorem spotkamy się tutaj.
 Z nastaniem wieczora wszyscy zeszli się tajemnie na cmentarzu.
 — Teraz musimy wydać zarządzenia — rzekł alkalde. — Postawię dwóch ludzi przy bramie.
 — To nic nie pomoże — odparł Sępi Dziób. — Byliby ostatnimi idjotami, gdyby weszli przez bramę. Należy przypuszczać, że się wdrapią po murze.
 — To utrudniłoby rzecz całą — stwierdził alkad z niechęcią. — Musiałbym wezwać większą ilość policjantów.
 — Większą ilość policjantów? Ależ, master alkalde, mam wrażenie, że jest ich dosyć. Zostańcie przy grobach; nie obsadzajcie cmentarza policjantami. Ja to załatwię.
 — Pan? — zapytał alkad. — Pan sam? Ależ to nie wystarczy, sennor!
 — Dlaczegóż nie, do pioruna! — fuknął Sępi Dziób, plując z całej siły.
 — Jeden człowiek to za mało.
 — Mylicie się. Przeciwnie — gdzie kucharzy sześć, tam niema co jeść. Oświadczam panu, że para, uszu starego strzelca lepiej będzie pilnowała cmentarza, aniżeli dwudziestu policjantów. Pańscy ludzie z pewnością nie słyszą nocą chrabąszczy wśród trawy.
 — Usłyszycie natychmiast kroki tych ludzi?
 — Jestem tego pewien.
 — Nawet z dalekiej odległości?
 Amerykanina znudziła długa indagacja. Splunąwszy nad głową alkada, rzekł:
 — Kalkuluję, że prędzej mnie możecie powierzyć pieczę nad cmentarzem, niż waszym policjantom. Oto wszystko, co mam do powiedzenia. Jeżeli mi nie wierzycie, jeżeli chcecie obsadzić wszystkie mury, jakgdyby chodziło o odparcie jakiegoś szturmu, nie zapominajcie o tem, że te łotry zauważą nas prędzej, aniżeli my ich. A gdy poczują pismo nosem, daczą noqę.
 — Macie rację. Pozostaniemy więc w podziemiach, wy zaś będziecie czuwać na górze.
 — Możecie postawić przy drzwiach jednego ze swych ludzi, abym nie potrzebował schodzić nadół i mógł przesyłać przez niego wiadomości.
 Sępi Dziób oddalił się z jednym policjantem. Alkad, Kurt i Peters w otoczeniu trzech policjantów pozostali przy grobach.
 Cierpliwość czatujących została wystawiona na ciężką próbę, północ bowiem nadeszła, a Amerykanin nie dawał znaku życia.
 — Może wcale nie przyjdą — rzekł alkalde.
 — Trzeba się z tem liczyć — odparł Kurt. — W takim razie będziemy musieli wrócić jutro.
 — A może przyszli, a ten strzelec...
 Zbliżały się kroki. Policjant szedł po schodach.
 — Idą? — zapytał rozpromieniony alkalde.
 — Tak, sennor! Jest ich trzech. Trapper prosi, byście pogasili latarki. Poszedł ich śledzić. Dwaj z nich zniknęli wśród grobów, trzeci stoi przy bramie na warcie.
 Czekali w wielkiej niecierpliwości. Napięcie wzrosło jeszcze bardziej, gdy po jakimś czasie zjawił się Sępi Dziób. Ponieważ· było ciemno, wymienił swe imię, w obawie, aby nie pomyśleli, że jest jednym ze zbrodniarzy.
 — Gdzie są? Co robią?
 — Schwytamy ich — odparł z uśmiechem. — Wyciągają „hrabiego Fernanda“. Jeden stoi przy bramie na warcie. Wyślijcie dwóch policjantów, niech się doń podkradną i niech pochwycą, skoro tylko dwaj pozostali zaczną schodzić nadół.
 Sępi Dziób oddalił się znowu, aby śledzić Corteja i Landolę. W myśl jego propozycji dwaj policjanci podkradli się pod bramę, aby pochwycić stojącego na warcie człowieka.
 Po długiej chwili Sępi Dziób wrócił. Było mu bardzo śpieszno.
 — Idą — rzekł — Niosą trupa. Musimy się ukryć za grobami.
 Po wejściu Sępiego Dzioba jeden z policjantów otworzył na moment swą ślepą latarkę. Chciał schować, ale Sępi Dziób rzekł:
 — Hola! Nie tak śpieszno. Trzeba naprzód zająć się czemś innem.
 — O cóż chodzi?
 — Zdejm wieko z trumny. Zaraz się dowiesz paco, mój chłopcze!
 Podnieśli wieko. Ku najwyższemu zdumieniu policjanta, Sępi Dziób spokojnie rozłożył się na miękkich poduszkach jedwabnych.
 — Do licha! — rzekł osłupiały alguazil. — Co to ma znaczyć?
 — Zamknij wieko, mój chłopcze! — odparł Sępi Dziób, rozciągając się wygodnie.
 — Nie rozumiem...
 — Pilnuj języka, jeśli nie rozumiesz! Popatrz na mój nos i wyobraź sobie minę człowieka który spodziewa się zastać pustą trumnę, otwiera ją i — — widzi taki koszmarny obuch! Zamykaj wieko!
 Policjant wahał się. Kurt chciał również zaprotestować. Nagle na górze rozległ się jakiś szmer.
 — Do kroćset, zamykaj, bo będzie za późno! — szepnął Sępi Dziób, sztywno wyciągając ręce wzdłuż ciała.
 Nie było innego wyboru. Policjant zamknął ostrożnie wieko i ukrył się czem prędzej.
 W grobowcu zapanowała śmiertelna cisza, zakłócił ją nagle dźwięk klucza. Po chwili rozległy się kroki. W blasku latarni ukazali — się Landola i Cortejo,
 Kurt stał obok Petersa.
 — Czy to oni? — szepnął.
 — Tak — odpowiedział zapytany.
 Landola rzekł do towarzysza:
 — Poświećcie dokoła!
 Cortejo spełnił polecenie. Po chwili znaleźli trumnę; napis, którego szukali, wyryty był na niej złotemi zgłoskami.
 Policjant nie miał czasu włożyć wieka w łożysko. Gdy Landola dotknął mocniej trumny, wieko spadło z hałasem i obydwaj złoczyńcy ujrzeli olbrzymi nos i nieruchomo utkwione w nich oczy Sępiego Dzioba.
 Wydali okrzyk nieludzkiego przerażenia, kostniejąc ze strachu. Znieruchomieli. Cortejo stał jak posąg, trzymając latarkę w ręku.
 Odzyskali mowę po upływie kilku sekund.
 — Wielkie nieba! — zawołał Cortejo. — Kto to taki?
 — Djabeł — syknął Landola.
 Obydwóch łotrów, których bezecne czyny były dowodem, że nie lękają się ani Boga, ani szatana, ogarnęło przerażenie tak okropne, że ruszyć się nie mogli z miejsca.
 — Djabeł — jęknął Landola.
 — Tak, to szatan! — stęknął Cortejo.
 — Pffttf, pffttf! — bluznęło im z trumny sokiem tytuniowym prosto w twarz.
21  — Tak, jestem djabłem, szatanem, Belzebubem! — ryknął Sępi Dziób, wyskakując z trumny. — Pójdziecie ze mną do piekła. Oto chrzest przed wejściem do podziemi!
 Wyciągając długie ręce, wymierzył każdemu z nich tak mocny policzek, że obydwaj znaleźli się na kamiennej płycie. Z bystrością prawdziwego znawcy prerji dojrzał w następnej chwili broń, którą mieli przy sobie. Wyrwał ją i odrzucił w najodleglejszy kąt.
 Padając na płytę, Cortejo wypuścił z rąk ślepą latarkę; wpadła do trumny i nie zgasła. Sępi Dziób ujął ją lewą ręką. Trzymając w prawej bagnet, zagrodził plecami wyjście na schody.
 Obydwom łotrzykom wróciło, tymczasem poczucie świadomości. Zerwali się na równe nogi. Cortejo zawołał:
 — Do pioruna, to przecież człowiek!
 Strach nagle ustąpił miejsca wściekłości. Obydwa łotry zorjentowali się, że mają przed sobą tylko człowieka. Przypuszczając, że w podziemiach oprócz Sępiego Dzioba niema nikogo, odzyskali dawny tupet i bezczelność.
 — Łotrze! Co tu robisz? — rzekł Landola z ponurą miną. — Odpowiadaj, inaczej...!
 — Pah! Pierwszemu, kto się odważy mnie dotknąć, wpakuję w nos latarnię, by mu się zdawało, ze świeci w niej tysiące słońc i księżyców. No, dosyć żartów! Jesteście moimi jeńcami. — Minę miał teraz tak groźną, że nawet Landola zaczął przeczuwać coś niedobrego.
 Cofnąwszy się o krok, z zakłopotaniem rozejrzał się za bronią i krzyknął:
 — Oszalałeś, łotrze? Jakże możemy być twoimi jeńcami?
 — Wątpicie w to? Obróćcie się dokoła.
 Sępi Dziób wskazał na tylną ścianę grobowca. Podniosły się na jej tle postacie, ukryte dotychczas za trumnami, i zapaliły latarki. W grobowcu rozjaśniło się zupełnie, Landola i Cortejo poczuli, co ich czeka.
 — Piekło i szatany! Mnie nie pochwycicie! — ryknął kapitan piratów.
 — I mnie nie! — krzyknął wrzekomy Veridante.
 Rzucili się na Sępiego Dzioba. Był na to przygotowany. Nie używając bagnetu, uderzył latarką w twarz pirata, którego uważał za niebezpieczniejszego z dwóch łotrzyków. Szkło latarki pękło. Oślepiony uderzeniem Landola odskoczył wtył. Cortejo otrzymał niemal równocześnie tak potężne uderzenie nogą, że się znowu zwalił na kamienną płytę. W tejże chwili rzucili się na nich pozostali, obezwładnili szamoczących się złoczyńców i skrępowali powrozami.
 Widząc, że wszelki opór byłby daremny, Cortejo dał za wygrane. Landola jeszcze się opierał, pieniąc z wściekłości. W rezultacie skrępowano go mocniej, niż Corteja.
 — A więc mamy ich! — rzekł alkalde. — Czy zaraz przystąpimy do przesłuchania, panie poruczniku?
 — Mam wrażenie, że nie jest to odpowiednie miejsce, — oparł zapytany. — Musimy przedewszystkiem znaleźć trupa, którego ci dwaj zostawili z pewnością na górze. Prócz tego trzeba ująć człowieka, stojącego na warcie.
 — To się już stało.
 Alkad mylił się, Grandeprise był bowiem doświadczonym strzelcem. Stał przy bramie i czekał na towarzyszy. Nagle usłyszał za sobą jakiś szelest. Wprawne ucho odróżniło kroki dwóch zbliżających się ludzi. Momentalnie padł na ziemię; zaczął pełzać wstecz, aby ich mieć na oku. Dotarł dol gęstego krzaku róży, pod którym zatrzymali się obydwaj policjanci.
 — Nie widzę go — rzekł jeden.
 — I ja nie — odparł drugi.
 — Kto wie, co ten chłop z wielkim nosem zobaczył. Może nikt nie stoi na warcie? Szukajmy dalej!
 Zaczęli się skradać. Grandeprise zauważył dopiero teraz, że tropią go policjanci.
 — Do licha! — mruknął. — Któż to taki? Czy mnie szukają? Chcą mnie może aresztować? Muszę ostrzec towarzyszy!
 Zaczął pełzać w kierunku, w którym poszli Cortejo i Landola. Nie znalazł ich jednak. Szukał dalej, bacząc, aby się nie natknąć na nikogo. Zobaczył wśród krzaków promień światła. Idąc za nim, doszedł do grobowca Rodrigandów, przy którym słychać było głośną rozmowę.
 — Leży tutaj! — rzekł ktoś.
 — Ach, trup! Chcieli włożyć do trumny hrabiego. Jeńcy muszą powiedzieć, z jakiego grobu go wykopali.
 — Schwytali ich — pomyślał Grandeprise. — Niemiła historja. Nie zrobili nic złego, ale panowie Francuzi nie będą się z nimi długo cackać. Jakże w takim razie pochwycę Landolę? Muszę się postarać o ich zwolnienie.
 Ukrył się za jednym z pomników i zaczął podglądać, co się dalej stanie.
 Sprowadzono Corteja i Landolę i postawiono obok trupa.
 — Skąd wzięliście zwłoki? — zapytał alkalde.
 Milczenie.
 — Dosyć! — rzekł Kurt. — Zbrodniarze milczą zwykle, gdy już nie mają nic do stracenia. Z nadejściem dnia zobaczymy, z którego grobowca wykradziono trupa.
 — Ma pan rację — rzekł alkalde. — Do tego czasu wszystko powinno pozostać, jak jest. Postawię na straży swych ludzi. A my odprowadzimy obydwóch łotrów do więzienia.
 Po krótkiej chwili alkad, Kurt, Sępi Dziób i Peters ruszyli z Landolą i Gasparinem Cortejo.
 Niepostrzeżony przez nikogo, sunął za nimi Grandeprise.
 W więzieniu próbowano znowu przesłuchać złoczyńców. Jednak i tu milczeli jak zaklęci. Ponieważ tylko jedna cela była wolna, umieszczono w niej obydwu.
 Kurt zwrócił się do Corteja:
 — Nie sądźcie, sennor Gasparino Cortejo, że milczenie coś wam pomoże. Wiem o wszystkiem. Przyznanie się pana jest mi niepotrzebne.
 Nareszcie Cortejo odpowiedział z wyrazem pogardy:
 — Puste gadanie! Cóż wam może być wiadomo?
 — Nazywam się Kurt Unger. Jestem synem sternika Ungera, którego Landola wywiózł na wyspę. Nie możecie, oczywiście, liczyć na bezkarność, ale pewna skrucha mogłaby wpłynąć na wymiar kary.
 — Tak? Cóż wiecie o nas?
 — Wszystko. Gra wasza przegrana! — —



II
FORTEL TRAPPERSKI
Strzelec Grandeprise obszedł tymczasem budynek więzienny, chcąc zbadać mury. Ku wielkiemu niezadowoleniu stwierdził, że są mocne, że tą drogą nie uda mu się oswobodzić jeńców. Nagle zauważył, że w jednem z zakratowanych okien pali się światło.
 — Ach! — mruknął. — Na pewno umieszczą ich w tej celi. Dobrze, że to wiem przynajmniej. A może ich rozdzielą?
 Czekał, czy światło nie zapłonie w któremś z dalszych okien. Nie doczekawszy się, mruknął:
 — Doskonale! Zdaje się, że są razem. Trzeba teraz dowiedzieć się, kiedy odejdą stąd ich prześladowcy.
 Poszedł w kierunku wyjścia, zatrzymał się, aby nie przeoczyć wychodzących. Po krótkim czasie wyszły przez bramę cztery osoby.
 — To oni. Niema ich już. Cóż teraz począć? — szepnął. — Trzeba działać szybko. Jutro może być za późno.
 Szedł ulicą, pogrążony w rozmyślaniach. Rozległy się kroki i dźwięk ostróg. Minął go Jakiś oficer francuski, wracający późną porą z tertullii, lub z hulanki.
 — Wpada mi pewna myśl do głowy. Toby dopiero był ruch! — mruknął Grandeprise. — Ten człowiek ma postać, podobną do mojej. Jazda naprzód. bez namysłu, bo okazja minąć może!
 Pobiegł za oficerem.
 — Monsieur, monsieur! — zawołał półgłosem.
 — O co chodzi? — zapytał Francuz, zatrzymując się.
 — Wyście może kapitan Mangard de Vautier?
 Grandeprise wymienił nazwisko tylko poto, by znaleźć pretekst do zaczepienia oficera.
 — Nie, nie znam żadnego oficera tego nazwiska.
 — Ja też nie.
 Wypowiedziawszy te słowa, Grandeprise zasznurował gardło Francuza lewą ręką, prawą zaś uderzył go kolbą rewolweru w skroń z taką siłą, że oficer zwalił się nieprzytomny na ziemię.
 — No, leży jak długi! Trzeba jednak przenieść go w bezpieczne miejsce.
 Przerzucił oficera przez plecy i zaniósł pod mur. Tu zdjął z niego mundur, Skrępował chustkami i zakneblował mu usta. Potem mundur włożył na siebie, na oficera zaś narzucił swoje ubranie.
 Wziąwszy broń, ruszył, pobrzękując ostrogami, do więzienia. Stanąwszy przed bramą więzienną, zadzwonił.
 — Kto tam? — zapytał wartownik, stojący po drugiej stronie bramy.
 — Adjutant gubernatora. Otworzyć! — odparł Grandeprise.
 Klucz zgrzytnął w zamku. Grandeprise wszedł. Zbliżył się wartownik. Słaby blask latarki oświetlił mundur oficerski. Wartownik zasalutował.
 — Czy pan inspektor więzienia czuwa jeszcze? — zapytał strzelec.
 — Nie, panie kapitanie. Przed chwilą odebrał dwóch więźniów i położył się spać.
 — Kto go zastępuje?
 — Klucznik.
 — W parterze?
 — Tak. Prócz tego na każdem piętrze czuwają wartownicy.
 Grandeprise minął dziedziniec i zadzwonił do bramy, prowadzącej do właściwego więzienia. Klucznik otworzył. Francuzi byli panami kraju. Słuchano ich z niewolniczą, uległością. Trapper przybrał więc dumną, wyniosłą minę i pytał tonem rozkazującym:
 — Czy inspektor śpi?
 — Tak. Mam go obudzić?
 — Nie trzeba. Ilu ludzi w wartowni?
 — Ośmiu.
 — Jestem adiutantem gubernatora. Czy możecie mi dać na chwilę dwóch ludzi do transportu aresztanta?
 — Owszem.
 — Spieszcie się! Nie mam czasu.
 Klucznik odszedł, aby wykonać krótki i kategoryczny rozkaz. Tymczasem nasz odważny strzelec zaczął rozglądać się po korytarzu.
 Zobaczył tablicę, na której wynotowane były nazwiska wszystkich aresztantów. Pod numerem trzydziestym drugim było napisane: Wrzekomo Antonio Veridante wraz z sekretarzem. Znał już nawet celę, w której znajdzie towarzyszy. Na stole leżały różne kartki, wśród nich potwierdzenie odbioru aresztantów, to było strzelcowi na rękę. Szybkim ruchem wyjął pióro, wypełnił jedno potwierdzenie i podpisał pod niem gubernatora, którego nazwisko było mu znane. Nie znał podpisu gubernatora, nie zmienił przeto charakteru pisma. Ledwie wysuszył papier bibułą i włożył do kieszeni, zjawił się klucznik w towarzystwie dwóch żołnierzy z nabitemi karabinami.
 — Oto żołnierze, których pan kapitan żądał, — zameldował.
 — Dobrze. Gdzie klucz, który otwiera wszystkie cele?
 — Mam przy sobie.
 — Za mną! Naprzód!
 Grandeprise pamiętał po oświetlonem oknie, że cela, o którą mu chodzi, znajduje się na pierwszem piętrze. Udał się więc tam i stanął przed celą Nr. 32.
 — Otworzyć! — rozkazał.
 Klucznik spełnił rozkaz bez wahania. Stojący przed drzwiami wartownik usunął się. Drzwi się otworzyły. Przy świetle latarki klucznika aresztowani ujrzeli francuskiego oficera.
 — Wyście adwokat Antonio Veridante? — zapytał Grandeprise, Corteja.
 — Tak jest.
 — A to wasz sekretarz?
 — Tak.
 — Pakażcie-no!
 Ostatnie słowa skierowane były do klucznika, z którego rąk Grandeprise wziął latarkę. Udał, że chce oświetlić twarze obydwóch aresztowanych, manipulował jednak tak, aby jego twarz mogli zobaczyć. Zorjentowali się w jednej chwili, kto przed nimi stoi.
 — Tak, to oni! — rzekł. — Gubernator chce ich natychmiast widzieć. Wiadomo mu, że są podejrzani o stosunki z Juarezem. Zabiorę ich ze sobą.
 Zwracając się do klucznika, wyciągnął potwierdzenie odbioru i rzekł tonem, wykluczającym wszelki protest:
 — Oto dowód, podpisany przez gubernatora, że obydwaj więźniowie mają mi być wydani. Za jakąś godzinę przyprowadzę ich zpowrotem. Przygotujcie potwierdzenie, abym później nie musiał czekać. Naprzód!
 Pchnął więźniów przez drzwi i skinął na żołnierzy, aby ich wzięli pod swą opieką. Klucznik odczytywał papier przy blasku latarni i nie ważył się protestować.
 Zeszli po schodach, minęli dziedziniec i doszli do bramy, którą otworzył wartownik. Na ulicy żołnierze ruszyli automatycznie w kierunku pałacu gubernatora.
 Z powodu braku latarń ulicznych panowały zupełne ciemności. Żołnierze pilnowali więźniów, trzymając ich ręką pod ramię.
 Gdy uszli spory kawał drogi, Grandeprise wyciągnął ostry bagnet. Już przedtem zauważył, że aresztanci mieli więzy rzemienne. Zapytał żołnierzy:
 — Czy pilnujecie dobrze swych więźniów?
 — Tak, panie kapitanie, — odparł jeden z nich. — Prowadzimy ich pod rękę.
 — A rzemienie?
 — Zdaje się, że trzymają mocno.
 — Nie zawadzi sprawdzić.
 Grandeprise udał, że bada siłę więzów. W rzeczywistości poprzecinał rzemienie. Więźniowie nie dali poznać po sobie, że są wolni.
 — Wszystko w· porządku! — rzekł Grandeprise. — Zdaje mi się, że możemy być teraz spokojni. Naprzód!
 Szli dalej. Na najbliższym rogu ulicy, jeden z żołnierzy wydał przeraźliwy krzyk i padł na ziemię.
 — Cóż się stało? — zapytał Grandeprise.
 — Do pioruna! — zawołał żołnierz. — Mój aresztant wyrwał się i rzucił mnie na ziemię. Biegnie zapewne po przeciwległym chodniku.
 — Za nim!
 Żołnierz pobiegł, trzymając karabin w ręku. Nie strzelał, gdyż w ciemnościach nie mógł nic dojrzeć.
 — Trzymaj mocno swego aresztanta! — rzekł Grandeprise do drugiego żołnierza — Miałbym się zpyszna, gdybyśmy zbiega nie dostali w ręce.
 — Niech się pan nie kłopocze, kapitanie, — uspakajał żołnierz. — Złapiemy go. Ach, ach...!
 — Cóż tam znowu?
 Zapytany leżał na ziemi, podobnie, jak przed chwilą kolega. Krzyczał:
 — I mój mnie powalił!
 — Do kroćset! Świnie z was, nie ludzie. Pozwalacie, aby was rzucały na ziemię takie łotry. Gdzież aresztant?
 — Uciekł — rzekł żołnierz drżącym głosem.
 — Biegnij za nim, nie ociąqaj się, bo gotów jestem wyprostować ci nogi! Niech cię djabli porwą, jeżeli go nie schwytasz!
 Przestraszony żołnierz pobiegł.
 Zaledwie echo kroków przebrzmiało, Grandeprise odwrócił się i ruszył w powrotnym kierunku.
 — Sprytnie to urządzili! — mruczał z zadowoleniem. — Francuzi nic nie zauważyli, ale ja dokładnie się zorjentowałem. Dziwiłoby mnie, gdybym ich tu gdzieś nie spotkał.
 Przypuszczenia jego były słuszne. Po chwili podeszły dwie postacie.
 — Melduję, że przybywam, kapitanie, — rzekła jedna z nich półgłosem, uśmiechając się wesoło.
 — Ja również — dodała druga z uśmiechem.
 Byli to Landola i Cortejo
 — Gdzie żołnierze? — zapytał Landola.
 — Daleko! — odrzekł trapper z zadowoleniem.
 — A to głupcy! Są pewni, że gonimy naprzód, tymczasem ja schyliłem, się poprostu.
 — Ja również — rzekł Cortejo. — Wytłumaczcie nam jednak, sennor Grandeprise, skąd wzięliście ten strój?
 — Rzecz bardzo prosta — rzekł strzelec. — Powaliłem pewnego oficera i ściągnąłem z niego mundur.
 — Do kroćset! Co za odwaga! A oficer, któregoście powalili?
 — Zapewne leży jeszcze tam, gdzie, go zostawiłem. Skneblowałem go, aby pary z ust nie puścił. Oczywiście, odszukam go teraz i oddam mundur.
 Udali się na miejsce, w którem Grandeprise pozostawił oficera. — — —
 Tymczasem Kurt i marynarz Peters, rozstawszy się z alkadem, wrócili do oberży na spoczynek. Sępi Dziób zrezygnował ze snu; był niespokojny o aresztantów. Czy dozór w więzieniu jest dostateczny, czy niema obawy ucieczki? W prerjach, w lesie dziewiczym człowiek sam pilnuje jeńców i wie doskonale, czego się spodziewać. Ale tu trzeba oddawać jeńców pod opiekę władz, a pani władza była w tych czasach w Meksyku osobą dziwnie płochą. Oto przyczyna, dla której Sępi Dziób, wziąwszy rewolwer i nóż, wykradł się z oberży, aby pomyszkować dokoła więzienia i wybadać, czy wszystko w porządku.
 Znalazł się wpobliżu więzienia. Szedł po wąskiej uliczce, otoczonej grubemi murami. Mury były ciemne, niewysokie. Po jednej stronie tworzyły wąski kąt, jeszcze ciemniejszy, niż pogrążona w mroku uliczka. Sępi Dziób skradał się bezszelestnym krokiem doświadczonego znawcy sawany. W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy za rogiem jakieś szmery.
 Zaciekawiony, podszedł bliżej. Bystrem okiem dojrzał na ziemi jakąś masę, która starała się poruszyć. Pochyllł się, trzymając nóż w ręku. — Ach! — Schował nóż do kieszeni, leżała bowiem przed nim postać półnaga, związana, skneblowana; obok niej zawiniątko z rzeczami.
 Stary trapper wyjął tymczasem lężącemu człowiekowi knebel, jednak na wszelki wypadek pozostawił więzy. Chciał się przedewszystkiem upewnić, kogo ma przed sobą.
 — Hej, przyjacielu, coście za jeden? — mruknął.
 — Mon Dieu! — jęknął zapytany. — Co za szczęście, że mogę znów oddychać.
 — Cóż mnie obchodzi wasz oddech? Chcę wiedzieć, kim jesteście? — Ach, jestem oficerem francuskim. Nazywam się kapitan Durand.
 — Opowiadajcie to komu innemu! Oficer francuski nie dałby się tak łatwo napaść i związać.
 — Dostałem nagły cios w głowę, to też straciłem przytomność.
 — Tak. Oto skutki przytomności w głowie, zamiast w pięściach. Rozebrano was nawet. W jakimże to celu?
 — Tego nie wiem. Zwolnijcie mnie, proszę, z więzów!
 — Tylko powoli. Przedewszystkiem muszę się zorjentować w sytuacji. Tu leży jakieś ubranie.
 — To moje.
 — Ach! Kapitan francuski nie nosi munduru?
 — Ależ miałem mundur.
 — A tu leżą wysokie ordynarne buty, płócienne spodnie, stara kurtka, wełniana chustka, stary pasek skórzany i kapelusz, który wśród ciemności wygląda jak niedźwiedź lub czarny koczur.
 — Do kroćset! To nie moje rzeczy. Należą do, mojego napastnika. Nosił ciemny kapelusz z szeroką kresą.
 — Doskonale! A więc tu się rozebrał i włożył wasz mundur? Opowiedzcie, gdzie na was napadł.
 — Wracając z tertullii, spotkałem człowieka, który zapytał, czy nie jestem kapitanem takim a takim, — nazwiska nie pamiętam. Odpowiedziałem, że nie znam żadnego kapitana tego nazwiska! Odparł na to: — I ja nie! — Po tych słowach uderzył mnie tak mocno w głowę, że zwaliłem się na ziemię i straciłem przytomność.
 — Do licha! Tak walą tylko strzelcy prerji. Leżące tu obok łachmany mają zapaszek prerji — są twarde i grube, pełne brudu i przepocone. Czyżby ten człowiek był strzelcem z sawany?
 — Nie wiem. Uwolnijcie mnie z więzów!
 Sępi Dziób powziął podejrzenie.
 — Gdzie na was napadnięto? Wpobliżu muru więziennego?
 — Tak. Niedaleko.
 — Otóź mamy! Nie schwytaliśmy przecież wartownika z cmentarza. A kto najbardziej nadaje się na wartownika? Człowiek prerji.
 — Nie rozumiem, o co wam chodzi, — jęknął oficer.
 — To zupełnie niepotrzebne. Dosyć, że ja rozumiem, co mnie tak wścieka. Leżcie tu sobie spokojnie. Zaraz przyjdę.
 Strzelec odszedł. Oficer zawołał wślad za nim:
 — Na miłość Boską, nie zostawiajcie bezbronnego człowieka!
 Sępi Dziób nie słuchał wcale. Pędził jak koń wyścigowy. Doszedłszy do więzienia, zadzwonił. Wartownik zapytał:
 — Kto tam?
 — Sępi Dziób.
 — Nie znam.
 — To niepotrzebne. Otworzyć!
 — Nie wolno mi. W nocy mogę otwierać tylko urzędnikom.
 — Byłem przecież tutaj wraz z dwoma aresztowanymi.
 — Tak, ale alkad był razem z wami.
 — Niech jasne pioruny! W dodatku nie mogę sobie nawet ulżyć plunięciem przez mur. Czy obydwaj aresztowani są jeszcze w więzieniu?
 — Niema ich.
 — Do stu tysięcy djabłów! A to nieszczęście! Gdzież przepadli?
 — U gubernatora, Zabrał ich pewien kapitan francuski.
 — Aha, jego wpuściliście, co? Tak, łotrów się wpuszcza do tej budy, a dla uczciwych ludzi wstęp wzbroniony. Łotrze, ten „kapitan“ nie jest wcale oficerem, tylko zwyczajnym krętaczem i oszustem! Jeżeli wasz cesarz ma samych takich osłów, jak wy, nie dziwię się, że was tu wysyła. Cóżby począł u siebie z takiemi bydlętami.
 — Hola! — zawołał wartownik, przekręcając klucz w zamku, — Możecie teraz wejść. Proszę, drogi przyjacielu!
 — Dziękuję pięknie! Mogę wejść, ponieważ nawymyślałem wam trochę, co? Oczywiście, mam wejść poto, abyście mnie pochwycili? Nie, nie takim głupiec, jak wy! Jeżeli macie wolne miejsca, daj się zamknąć za mnie. Polecam się, drogi synu!
 Wartownik wyszedł z bramy, chcąc go ująć, ale Sępi Dziób przepadł za rogiem ulicy. Po chwili stanął obok leżącego na ziemi oficera.
 — Nareszcie wróciliście! — jęknął oficer, ujrzawszy trappera zdaleka. — Sądziłem, że mnie tu zostawicie.
 — Chciałem się tylko przekonać, czyście mnie nie okłamali. Mówiliście prawdę.
 — Więc uwolnijcie mnie z więzów!
 — Chwilowo, mimo najlepszych chęci, nie mogę. Nie zdołałbym przecież pochwycić tego łotra, który na was napadł. Niech przypuszcza, że leżycie w tej samej pozycji, w której was pozostawił. Powalił was jedynie dlatego, że potrzebny mu był wasz mundur. Gdy już będzie zbędny, wróci, by mundur oddać. — Baczność, nadchodzą dwaj ludzie!
 Wytężył słuch w kierunku uliczki.
 — Nie — rzekł po chwili. — To kroki trzech ludzi; jeden z nich ma chód człowieka z sawany. To oni. Trzeba znowu zakneblować usta. Udawajcie, że jesteście jeszcze ciągle — nieprzytomni i nie mówcie ani słowa, bo mogłoby się znowu przydarzyć co złego.
 Zanim oficer zorjentował się, miał zakneblowane usta, a strzelec przeskoczył przez mur.
 Ukrył się tak, aby go nie widziano. Oczywiście, mógł stąd słyszeć każde słowo rozmowy.
 Zbliżające się kroki umilkły. Rozległy się szepty, jakaś postać odłączyła się od pozostałych i pochyliła nad oficerem.
 — Do kroćset, musiałem tym razem mocno uderzyć — rzekł półgłosem człowiek, pochylony nad oficerem. — Ta szelma ciągle nieprzytomna.
 — Może go zabiliście?
 — Nie, żyje jeszcze. Zdejmę mundur i położę obok.
 — A więzy? Zostawicie?
 — Nie. Uwolnię go. Kiedy się obudzi, będzie mógł swobodnie odejść.
 — Chodźmy więc tymczasem. Mamy jeszcze coś do załatwienia. Spotkamy się w gospodzie, dobrze?
 — Doskonale.
 Cortejo i Landola oddalili się. Gdy uszli kawałek drogi, notarjusz zapytał:
 — Dlaczego skłamaliście i oświadczyliście, że mamy jeszcze coś do załatwienia?
 — Nie domyślacie się przyczyny? Chciałem się go poprostu pozbyć.
 — Jakżeto? Przecież przyjdzie do gospody.
 — Nie zastanie nas. Musimy natychmiast opuścić miasto.
 — To niemożliwe! Nie spełniliśmy jeszcze naszego zadania.
 — Plan się rozbił i nic nie można naprawić. Wrócimy do gospody, zakradniemy się do pokoju i zabierzemy, tylko to, co najkonieczniejsze. Gdy zobaczy, że rzeczy zostały, będzie czekał na nas przez kilka dni w przekonaniu, że wrócimy.
 — A potem przybędzie do Santa Jaga i tam nas znajdzie — rzekł Cortejo.
 — Nie. Będziemy do tego czasu gotowi.
 — Jakże się tam dostaniemy? Przecież nie możemy iść pieszo.
 — Pojedziemy konno. Widziałem wpobliżu naszej gospody szyld jakiegoś handlarza koni. Tam się zwrócimy.
 — Musimy się śpieszyć, abyśmy mogli odjechać, zanim brat wasz przybędzie.
 Doszedłszy do gospody, Cortejo i Landola wdrapali się na mur i niepostrzeżenie dostali do pokoju. Stosownie do umowy, pozabierali rzeczy najniezbędniejsze i tą samą drogą wrócili na ulicę.
 Energicznem pukaniem obudzili handlarza koni. Oświadczyli, że przybyli na wynajętych koniach z Queretaro. Ponieważ zachodzi konieczność natychmiastowej jazdy do La Puebla, zmuszeni są do kupienia koni zaraz, nie czekając świtu.
 Handlarz zaprowadził ich do stajni, gdzie szybko dobili targu. — — — Tymczasem Grandeprise podszedł do pozornie nieprzytomnego oficera. Zdjął mundur i szablę, a włożył własne ubranie. Uwolniwszy bezwładnie leżącego Francuza z więzów i knebla, odszedł swoją drogą.
 Teraz dopiero Sępi Dziób zaczął działać. Przeskoczył przez mur, nie zwracając najmniejszej uwagi na oficera, i pośpieszył za oddalającym się nieznajomym. Zdjął przytem buty, aby kroków nie było słychać.
 Dotarł tak przez szereg, ulic aż do gospody. Grandeprise zatrzymał się na chwilę. Czekanie znudziło go jednak, przelazł więc przez płot, chcąc wejść do mieszkania przez podwórze.
 Sępi Dziób, pogrążony w rozmyślaniach, poszedł jeszcze nieco dalej. Noc miała się ku końcowi; z za pagórków wschodziło szare światło.
 Otworzono jakąś bramę; ukazali się dwaj jeźdźcy. W bramie stał człowiek.
 — A Dios, sennores, — rzekł. — Szczęśliwej podróży!
 — A Dios! — odparł jeden z jeźdźców. — Muszę przyznać, że ubiliśmy dobry interes.
 Ruszyli. Człowiek, który ich żegnał, zniknął w bramie. Sępi Dziób wytężył słuch.
 — Na Boga! — mruknął. — Ten jeździec ma taki sam głos, jak człowiek, który rozmawiał z dziwnym strzelcem w obecności skrępowanego Francuza. Musi to być jednak pomyłka, bo ci jeźdźcy ruszali w podróż, a Landola i Cortejo wrócili przecież do gospody.
 Uszedł jeszcze kilkadziesiąt kroków. Zatrzymał się znowu, pogrążony w rozmyślaniach.
 — Do stu tysięcy djabłów! — mruknął. — Na tym podłym świecie najlepsi ludzie bywają oszukiwani przez sforę łajdaków. Zasięgnę języka w gospodzie, choć wszyscy śpią jeszcze.
 Wrócił do gospody. Od chwili pojawienia się. Francuzów, we wszystkich hotelach, które dotychczas były wierne dawnym tradycjom, zaprowadzono zwyczaje europejskie. Powstały instytucje kelnerów, kelnerek, odźwiernych. Gdy Sępi Dziób zadzwonił po raz trzeci, zjawił się odźwierny. Miał minę zaspaną i niezadowoloną. Mruknął z niechęcią:
 — Któż to dzwoni o tak późnej porze?
 — Ja — odparł spokojnie Sępi Dziób.
 — Widzę. Kto pan jesteś?
 — Jestem nietutejszy.
 — I to widzę. Czego pan chce?
 — Chcę pomówić z wami.
 — I to zauważyłem. Nie mam jednak czasu! Dobranoc!
 Odźwierny chciał zamknąć bramę, ale Sępi Dziób przeszkodził. Ujął go za ramię i, mimo że odźwierny wyglądał starzej od niego, rzekł:
 — Zaczekaj jeszcze chwilę, mój drogi chłopcze. Czy wiadomo ci, co to jest duro, lub dolar?
 — Pięć razy tyle, co frank.
 — A więc dam ci dwa dolary, albo dziesięć franków, jeżeli zechcesz otworzyć gębę i udzielić mi kilku informacyj.
 Podobna gratka nieczęsto się odźwiernemu trafiała. Spojrzał osłupiałym wzrokiem na rozrzutnego cudzoziemca i zapytał:
 — Czy to prawda, sennor? Jeżeli tak, to dawajcie pieniądze!
 — Nie, nie, mój synu. Naprzód muszę wiedzieć, czy mi będziesz odpowiadać.
 — Będę.
 — Bardzo mnie to cieszy. Oto dziesięć franków.
 Sępi Dziób sięgnął do kieszeni, wyciągnął skórzany worek i wręczył odźwiernemu złotą dziesięciofrankówkę.
 — Dziękuję, sennor! Sen jest każdemu człowiekowi pracy bardzo potrzebny, ale za taki napiwek jestem zawsze do usług. Pytaj, sennor!
 — Niewiele mam zapytań. Czy dużo gości mieszka dziś w gospodzie?
 — Niewielu. Dziesięciu. może jedenastu.
 — Czy jest wśród nich trójka; która mieszka razem?
 — Mam wrażenie, że nie. Wszyscy mieszkają w pokojach oddzielnych, z wyjątkiem dwóch, którzy mają jeden pokój. To sennor Antonio Veridante i jego sekretarz.
 — Trzeciego tam niema?
 — Przybył z nimi jakiś człowiek, ale nie mieszkają razem. Nie wiem, jak się nazywa. Ubiera się bardzo skromnie, jak biedny vaquero, lub strzelec.
 — Czy te trzy osoby wyszły wieczorem?
 — Wyszły o zmroku.
 — I wróciły?
 — Nie widziałem.
 — Chciałbym zamienić z tym strzelcem czy vaquerem kilka słów na uboczu. Czy to się da zrobić?
 — A przyjmiecie na siebie odpowiedzialność, jeżeli go zbudzę, o ile, oczywiście, jest w domu?
 — Jest w domu. Odpowiedzialność przyjmę. Czy jest jakiś kąt, w którym mógłbym pomówić bez świadków i szpiegów?
 — Ten sennor śpi w hamaku. Może was przyjąć, kiedy mu się podoba. Jak mam pana zameldować?
 — Powiedzcie, że chce z nim mówić don Velasquo d’Alcantaro y Perfido de Rianza y Hallendi de Salvado y Caranna de Vesta-Vista-Vusta.
 Sępi Dziób wyrecytował nazwisko z miną tak wyniosłą, że sługus nie wątpił o jego autentyczności. Odszedł, aby spełnić polecenie.
 Z podwórza prowadziły do tak zwanych pokojów gościnnych drewniane schody. Odźwierny zastukał lekko do drzwi. Grandeprise nie spał, wrócił bowiem do domu dopiero przed kilkoma minutami. Leżał w ubraniu na hamaku.
 — Kto tam? — zapytał, zdziwiony pukaniem.
 — Odźwierny. Czy mogę wejść?
 — Owszem.
 Odźwierny wszedł na palcach, aby nie budzić innych gości.
 — Cóż takiego? — zapytał zatroskany strzelec.
 — Sennor, jakiś pan na was czeka. Chciałby pomówić z panem. To szlachcic wysokiego rodu. Nazywa się don—don—don Alcanto de Velasquo y — y — y... — Strasznie długie nazwisko!
 Strzelec potrząsnął głową.
 — Jestem bardzo ciekaw. Niech wejdzie!
 Gdy się odźwierny oddalił, Grandeprise zapalił światło i skontrolował, czy rewolwer jest naładowany.
 Wszedł nieznajomy. Zamknął za sobą drzwi i zaryglował nawet z wielką ostrożnością. Obydwaj spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Tego się żaden z nich nie spodziewał.
 — Do licha! — zawołał Sępi Dziób. — Grandeprise!
 — Do kroćset! Sępi Dziób! Wy tutaj? Jakieście się dostali do Meksyku? Widziałem was przecież Juareza!
 — Byłem świadkiem waszego odjazdu nad Rio del Norte. Nazwisko wasze brzmi pięknie, ale przywodzi mi na pamięć coś obrzydliwego. Znam pewnego nicponia, który tak samo się nazywa.
 — Zounds! Znacie go?
 — Nawet bardzo dobrze! — rzekł Sępi Dziób. — Osobiście i ze słyszenia.
 — Naprawdę? Od dawna szukam tego łotra!
 Sępi Dziób obrzucił go ostrem spojrzeniem.
 — Szukacie? Hm, hm. Nie znaleźliście go jeszcze?
 — Niestety.
 — Hm, hm. Myślałem, że strzelcy mają dobre oczy.
 — Zdaje mi się, że mam wzrok nienajgorszy.
 — Tak, ale mam wątpliwości, czy go umiecie używać.
 Grandeprise zasępił się.
 — Chcecie mnie obrazić?
 Zapytany spojrzał badawczo na towarzysza rzekł:
 — Cały świat wie, że Sępi Dziób jest uczciwym człowiekiem i dzielnym westmanem. Tylko dlatego pozwalam, abyście ze mną w ten sposób mówili. Oświadczam, że pirat Grandeprise jest mi najzacieklejszym wrogiem. Szukam go od lat, aby się z nim ostatecznie rozprawić.
 — Tak, tak, — rzekł Sępi Dziób z uśmiechem. — To zabawne. Szukacie go, a mieliście w ręku. Podczas gdy ja wraz z towarzyszami męczyłem się, aby go odszukać i pozbawić wolności, wy pomogliście mu do ucieczki.
 Sępi Dziób przedstawił w krótkich słowach wywiedzionemu w pole strzelcowi historję hrabiego Rodriganda. Wysłuchawszy go z rosnącem zaciekawieniem, Grandeprise zawołał:
 — Na Boga! Uratowałem również Pabla Corteja i jego córkę!
 — Co? — zapytał Sępi Dziób ze zdumieniem.
 — Tak. Teraz rozumiem wszystko! Bez mojej pomocy zginąłby w ślepocie, a ona zgniłaby w więzieniu.
 — Musicie, mi to, opowiedzieć!
 — Dobrze. Mam jednak wrażenie, że postępowałem głupio.
 Grandeprise opowiedział, co zaszło od spotkania Corteja aż do chwili obecnej. Sępi Dziób słuchał z wielkiem napięciem. Po chwili rzekł:
 — Master! Cieszę się bardzo z odnalezienia was, teraz bowiem wiem, jak można będzie odszukać zaginionych bez śladu. Dowiedzcie się, kim właściwie jest ten Antonio Veridante. — To nikt inny, jak Gasparino Cortejo!
 — Nie może być!
 — Ależ tak. Szuka swego brata. Dziś wieczorem chciał włożyć trupa do pustej trumny żyjącego hrabiego. Schwytaliśmy go. Ale wyście uwolnili.
 — Powtarzam, że to być nie może!
 — Pah! Chcecie wiedzieć, kto był sekretarzem tego Veridante, a właściwie Gasparina Corteja? Poczciwym sekretarzem jest człowiek, którego napróżno szukacie. To Henrico Landola, pirat Grandeprise we własnej osobie!
 Strzelec oniemiał. Zeskoczył z hamaku na początku opowiadania. Z szeroko otwartemi ramionami, z rozdziawionemi ustami i z rozszerzonemi źrenicami wyglądał jak wcielenie zgrozy.
 — Co? — zawołał wreszcie. — To ma być Henrico Landola?
 — Tak. Oszukał was, wywiódł w pole, zakpił sobie z was, nadużył waszego zaufania. A gdyśmy tego człowieka, teqo diabła wcielonego wreszcie ujęli, postawiliście na kartę wolność i życie, by go uwolnić. Żmija będzie więc mogła w dalszym ciągu kąsać i zatruwać świat jadem!
 Grandeprise oddychał z wysiłkiem.
 — Poznałbym chyba swego przyrodniego brata!
 — Ach! A więc to w dodatku taki bliski krewny?
 — Tak. Pokrewieństwo to jest klątwą mego życia. Twierdzę stanowczo, że to nie był on!
 — Pah! Nie zauważyliście, że obydwaj pomalowali sobie twarze? Jedynie wprawne oko mogło wykryć, że są uszminkowani.
 Strzelcowi spadła wreszcie łuska z oczu.
 — Wielki Boże, a więc to on! Ilekroć słyszałem jego głos, miałem wrażenie, że go skądsiś znam. Odrażał mnie tym głosem. Ostatni ze mnie osioł, dureń pierwszej próby! Sępi Dziobie, użyliście zbyt łagodnego wyrażenia, nazywając mnie matołkiem. Pozwalam na ostrzejsze określenie.
 — No, no, — rzekł Sępi Dziób, uśmiechając się dobrodusznie. — Świadomość własnych błędów jest pierwszym krokiem do mądrości.
 — Ale skutki, skutki! — westchnął Grandeprise. — Skąd dowiedzieliście się, że wartowałem na cmentarzu, że napadłem na oficera, że oswobodziłem aresztantów?
 Sępi Dziób opowiedział wszystko dodał wkońcu.
 — To zawikłana sprawa. Jesteście jednak strzelcem, tak jak ja, i dzielnym człowiekiem. Jesteśmy kolegami, mamy u siebie w sawanie swoje reguły i zwyczaje. Cóż nas obchodzą ustawy innych? Bądź co bądź dzięki wam wiemy, że należy szukać Corteja i pirata w klasztorze della Barbara w Santa Jaga.
 Twarz Grandeprise’a nagle się rozjaśniła:
 — Mylicie się — rzekł. — Są znacznie bliżej. Nie uwierzycie nawet, jak blisko.
 Sępi Dziób uśmiechnął się pobłażliwie.
 — Macie rację. że nie uwierzę. A więc sądzicie, że Landola i Gasparino Cortejo są w gospodzie? Czy możecie wejść do ich pokoju?
 — W każdej chwili.
 — Dobrzej zaraz się przekonamy.
 — Obudzimy ich. Już ja się z nimi rozprawię!
 — Nie obudzimy ich, bo ich niema wcale.
 — W takim razie przyjdą.
 — Przeczucie mówi mi coś złego. Chodźmy, zobaczymy.
 Wzięli latarki. i udali się na palcach do pokoju, zajmowanego przez Corteja i Landolę. Weszli bez trudu. Sępi Dziób miał rację — w pokoju nie było nikogo.
 — Wrócą przecież — rzekł Grandeprise.
 — Tak przypuszczacie? Byliby głupcami, gdyby wrócili. Z nadejściem dnia wieść o fałszywym oficerze i zbiegłych aresztantach rozejdzie się po całem mieście. Rozpoczną poszukiwania, wywiady. Ci dwaj są za mądrzy, by czekać, aż ich pochwycą. Już ich niema w mieście.
 — Zostawiliby mnie tutaj?
 — Dlaczego nie? Czy i na to mam dać wam dowód? Popatrzcie tylko.
 Sępi Dziób oświetlił latarką podłogę, schylił się i wskazał na coś strzelcowi.
 Grandeprise zapytał:
 — Co takieqo?
 — Błoto uliczne. Dotknijcie. — I cóż?
 — Jeszcze mokre i miękkie.
 — Kiedy te łotry wyszły z pokoju przed udaniem się na cmentarz?
 — Z nastaniem wieczora.
 — Gdyby błoto pochodziło z wieczora, byłoby teraz twarde i suche. Grudka, którą widzicie, dostała się tutaj najwyżej przed godziną. A więc byli tutaj.
 — Do stu tysięcy djabłów! Nie uda im się uciec! Pojechali z pewnością do Santa Jaga. Tam ich schwytamy.
 — Nie chcę się z wami spierać. Posłuchajcie mojej rady. Policja dowie się w ciągu krótkiego czasu, gdzie zbiegowie mieszkali. Jeżeli tu zostaniecie, rozprawi się z wami bez wielkich ceregieli.
 — Macie rację. Odchodzę, Ale dokąd?
 — Pójdziecie, oczywiście, ze mną. Odźwierny czeka na dole. Zapłaćcie, coście winni za jedzenie, i koniec. Osoba moja jest dobrym pretekstem, abyście mogli spokojnie odejść.
 Grandeprise spełnił radę towarzysza. Po upływie dziesięciu minut opuścili gospodę. Gdy przechodzili obok domu handlarza, sam właściciel stał przed bramą. Sępi Dziób skorzystał ze sposobności i zapytał:
 — Macie dużo koni w stajni, sennor?
 — Dziś tylko cztery — brzmiała odpowiedź.
 — Możecie sprzedać jednego?
 — Tylko jednego. Pozostałe są mi potrzebne. Sprzedałem dziś okazałą parę dwom nieznajomym w Queretaro. Mówili, że jadą do La Puebla.
 Sępi Dziób poprosił, by handlarz opisał wygląd tych, którzy konie kupili, i doszedł do wniosku, że byli to istotnie Cortejo i Landola. Po krótkim targu Grandeprise kupił konia.
 Sępi Dziób udał się z strzelcem do gospody i kazał obudzić Kurta. Kurt zdumiał się, usłyszawszy, co zaszło podczas jego snu. Postanowiono ruszyć natychmiast konno wślad za zbiegami. Kurt musiał jeszcze pomówić z panem von Magnusem i alkaldem, nie mógł więc sobą dysponować. Rzecz zrozumiała, że postanowił nie komunikować tym panom, iż Grandeprise brał udział w zdarzeniach poprzedniej nocy. W interesie bezpieczeństwa własnego strzelec musiał ruszyć natychmiast. Towarzyszył mu Sępi Dziób. Postanowiono, że obydwaj będą czekać na Kurta i Petersa w miejscowości Tula.
 Okoliczność, iż Landola i Cortejo oświadczyli, że przybywają z Queretaro i mają zamiar udać się do leżącej w przeciwnym kierunku la Puebla, nie zmyliła, oczywiście, ani Kurta, ani Sępiego Dzioba.
 Wiadomość o tem, co zaszło w nocy, rankiem obiegła całe miasto. Policja rozpoczęła gorączkowe poszukiwania i, stosownie do przypuszczeń Sępiego Dzioba, stwierdziła wkrótce, gdzie zbiegowie mieszkali. Podejrzenie padło na Grandeprise’a a nawet na Sępiego Dzioba. Odźwlerny zeznał, że w nocy zjawił się jakiś obcy bogaty pan i zabrał strzelca, czy vaquera. Podał nazwisko, opisał wygląd. W czarnej księdze policji zanotowano — jako człowieka niebezpiecznego — sennora d’Alasque Velantario, właściciela olbrzymiego nosa. — —



II
FORTEL TRAPPERSKI
Strzelec Grandeprise obszedł tymczasem budynek więzienny, chcąc zbadać mury. Ku wielkiemu niezadowoleniu stwierdził, że są mocne, że tą drogą nie uda mu się oswobodzić jeńców. Nagle zauważył, że w jednem z zakratowanych okien pali się światło.
 — Ach! — mruknął. — Na pewno umieszczą ich w tej celi. Dobrze, że to wiem przynajmniej. A może ich rozdzielą?
 Czekał, czy światło nie zapłonie w któremś z dalszych okien. Nie doczekawszy się, mruknął:
 — Doskonale! Zdaje się, że są razem. Trzeba teraz dowiedzieć się, kiedy odejdą stąd ich prześladowcy.
 Poszedł w kierunku wyjścia, zatrzymał się, aby nie przeoczyć wychodzących. Po krótkim czasie wyszły przez bramę cztery osoby.
 — To oni. Niema ich już. Cóż teraz począć? — szepnął. — Trzeba działać szybko. Jutro może być za późno.
 Szedł ulicą, pogrążony w rozmyślaniach. Rozległy się kroki i dźwięk ostróg. Minął go Jakiś oficer francuski, wracający późną porą z tertullii, lub z hulanki.
 — Wpada mi pewna myśl do głowy. Toby dopiero był ruch! — mruknął Grandeprise. — Ten człowiek ma postać, podobną do mojej. Jazda naprzód. bez namysłu, bo okazja minąć może!
 Pobiegł za oficerem.
 — Monsieur, monsieur! — zawołał półgłosem.
 — O co chodzi? — zapytał Francuz, zatrzymując się.
 — Wyście może kapitan Mangard de Vautier?
 Grandeprise wymienił nazwisko tylko poto, by znaleźć pretekst do zaczepienia oficera.
 — Nie, nie znam żadnego oficera tego nazwiska.
 — Ja też nie.
 Wypowiedziawszy te słowa, Grandeprise zasznurował gardło Francuza lewą ręką, prawą zaś uderzył go kolbą rewolweru w skroń z taką siłą, że oficer zwalił się nieprzytomny na ziemię.
 — No, leży jak długi! Trzeba jednak przenieść go w bezpieczne miejsce.
 Przerzucił oficera przez plecy i zaniósł pod mur. Tu zdjął z niego mundur, Skrępował chustkami i zakneblował mu usta. Potem mundur włożył na siebie, na oficera zaś narzucił swoje ubranie.
 Wziąwszy broń, ruszył, pobrzękując ostrogami, do więzienia. Stanąwszy przed bramą więzienną, zadzwonił.
 — Kto tam? — zapytał wartownik, stojący po drugiej stronie bramy.
 — Adjutant gubernatora. Otworzyć! — odparł Grandeprise.
 Klucz zgrzytnął w zamku. Grandeprise wszedł. Zbliżył się wartownik. Słaby blask latarki oświetlił mundur oficerski. Wartownik zasalutował.
 — Czy pan inspektor więzienia czuwa jeszcze? — zapytał strzelec.
 — Nie, panie kapitanie. Przed chwilą odebrał dwóch więźniów i położył się spać.
 — Kto go zastępuje?
 — Klucznik.
 — W parterze?
 — Tak. Prócz tego na każdem piętrze czuwają wartownicy.
 Grandeprise minął dziedziniec i zadzwonił do bramy, prowadzącej do właściwego więzienia. Klucznik otworzył. Francuzi byli panami kraju. Słuchano ich z niewolniczą, uległością. Trapper przybrał więc dumną, wyniosłą minę i pytał tonem rozkazującym:
 — Czy inspektor śpi?
 — Tak. Mam go obudzić?
 — Nie trzeba. Ilu ludzi w wartowni?
 — Ośmiu.
 — Jestem adiutantem gubernatora. Czy możecie mi dać na chwilę dwóch ludzi do transportu aresztanta?
 — Owszem.
 — Spieszcie się! Nie mam czasu.
 Klucznik odszedł, aby wykonać krótki i kategoryczny rozkaz. Tymczasem nasz odważny strzelec zaczął rozglądać się po korytarzu.
 Zobaczył tablicę, na której wynotowane były nazwiska wszystkich aresztantów. Pod numerem trzydziestym drugim było napisane: Wrzekomo Antonio Veridante wraz z sekretarzem. Znał już nawet celę, w której znajdzie towarzyszy. Na stole leżały różne kartki, wśród nich potwierdzenie odbioru aresztantów, to było strzelcowi na rękę. Szybkim ruchem wyjął pióro, wypełnił jedno potwierdzenie i podpisał pod niem gubernatora, którego nazwisko było mu znane. Nie znał podpisu gubernatora, nie zmienił przeto charakteru pisma. Ledwie wysuszył papier bibułą i włożył do kieszeni, zjawił się klucznik w towarzystwie dwóch żołnierzy z nabitemi karabinami.
 — Oto żołnierze, których pan kapitan żądał, — zameldował.
 — Dobrze. Gdzie klucz, który otwiera wszystkie cele?
 — Mam przy sobie.
 — Za mną! Naprzód!
 Grandeprise pamiętał po oświetlonem oknie, że cela, o którą mu chodzi, znajduje się na pierwszem piętrze. Udał się więc tam i stanął przed celą Nr. 32.
 — Otworzyć! — rozkazał.
 Klucznik spełnił rozkaz bez wahania. Stojący przed drzwiami wartownik usunął się. Drzwi się otworzyły. Przy świetle latarki klucznika aresztowani ujrzeli francuskiego oficera.
 — Wyście adwokat Antonio Veridante? — zapytał Grandeprise, Corteja.
 — Tak jest.
 — A to wasz sekretarz?
 — Tak.
 — Pakażcie-no!
 Ostatnie słowa skierowane były do klucznika, z którego rąk Grandeprise wziął latarkę. Udał, że chce oświetlić twarze obydwóch aresztowanych, manipulował jednak tak, aby jego twarz mogli zobaczyć. Zorjentowali się w jednej chwili, kto przed nimi stoi.
 — Tak, to oni! — rzekł. — Gubernator chce ich natychmiast widzieć. Wiadomo mu, że są podejrzani o stosunki z Juarezem. Zabiorę ich ze sobą.
 Zwracając się do klucznika, wyciągnął potwierdzenie odbioru i rzekł tonem, wykluczającym wszelki protest:
 — Oto dowód, podpisany przez gubernatora, że obydwaj więźniowie mają mi być wydani. Za jakąś godzinę przyprowadzę ich zpowrotem. Przygotujcie potwierdzenie, abym później nie musiał czekać. Naprzód!
 Pchnął więźniów przez drzwi i skinął na żołnierzy, aby ich wzięli pod swą opieką. Klucznik odczytywał papier przy blasku latarni i nie ważył się protestować.
 Zeszli po schodach, minęli dziedziniec i doszli do bramy, którą otworzył wartownik. Na ulicy żołnierze ruszyli automatycznie w kierunku pałacu gubernatora.
 Z powodu braku latarń ulicznych panowały zupełne ciemności. Żołnierze pilnowali więźniów, trzymając ich ręką pod ramię.
 Gdy uszli spory kawał drogi, Grandeprise wyciągnął ostry bagnet. Już przedtem zauważył, że aresztanci mieli więzy rzemienne. Zapytał żołnierzy:
 — Czy pilnujecie dobrze swych więźniów?
 — Tak, panie kapitanie, — odparł jeden z nich. — Prowadzimy ich pod rękę.
 — A rzemienie?
 — Zdaje się, że trzymają mocno.
 — Nie zawadzi sprawdzić.
 Grandeprise udał, że bada siłę więzów. W rzeczywistości poprzecinał rzemienie. Więźniowie nie dali poznać po sobie, że są wolni.
 — Wszystko w· porządku! — rzekł Grandeprise. — Zdaje mi się, że możemy być teraz spokojni. Naprzód!
 Szli dalej. Na najbliższym rogu ulicy, jeden z żołnierzy wydał przeraźliwy krzyk i padł na ziemię.
 — Cóż się stało? — zapytał Grandeprise.
 — Do pioruna! — zawołał żołnierz. — Mój aresztant wyrwał się i rzucił mnie na ziemię. Biegnie zapewne po przeciwległym chodniku.
 — Za nim!
 Żołnierz pobiegł, trzymając karabin w ręku. Nie strzelał, gdyż w ciemnościach nie mógł nic dojrzeć.
 — Trzymaj mocno swego aresztanta! — rzekł Grandeprise do drugiego żołnierza — Miałbym się zpyszna, gdybyśmy zbiega nie dostali w ręce.
 — Niech się pan nie kłopocze, kapitanie, — uspakajał żołnierz. — Złapiemy go. Ach, ach...!
 — Cóż tam znowu?
 Zapytany leżał na ziemi, podobnie, jak przed chwilą kolega. Krzyczał:
 — I mój mnie powalił!
 — Do kroćset! Świnie z was, nie ludzie. Pozwalacie, aby was rzucały na ziemię takie łotry. Gdzież aresztant?
 — Uciekł — rzekł żołnierz drżącym głosem.
 — Biegnij za nim, nie ociąqaj się, bo gotów jestem wyprostować ci nogi! Niech cię djabli porwą, jeżeli go nie schwytasz!
 Przestraszony żołnierz pobiegł.
 Zaledwie echo kroków przebrzmiało, Grandeprise odwrócił się i ruszył w powrotnym kierunku.
 — Sprytnie to urządzili! — mruczał z zadowoleniem. — Francuzi nic nie zauważyli, ale ja dokładnie się zorjentowałem. Dziwiłoby mnie, gdybym ich tu gdzieś nie spotkał.
 Przypuszczenia jego były słuszne. Po chwili podeszły dwie postacie.
 — Melduję, że przybywam, kapitanie, — rzekła jedna z nich półgłosem, uśmiechając się wesoło.
 — Ja również — dodała druga z uśmiechem.
 Byli to Landola i Cortejo
 — Gdzie żołnierze? — zapytał Landola.
 — Daleko! — odrzekł trapper z zadowoleniem.
 — A to głupcy! Są pewni, że gonimy naprzód, tymczasem ja schyliłem, się poprostu.
 — Ja również — rzekł Cortejo. — Wytłumaczcie nam jednak, sennor Grandeprise, skąd wzięliście ten strój?
 — Rzecz bardzo prosta — rzekł strzelec. — Powaliłem pewnego oficera i ściągnąłem z niego mundur.
 — Do kroćset! Co za odwaga! A oficer, któregoście powalili?
 — Zapewne leży jeszcze tam, gdzie, go zostawiłem. Skneblowałem go, aby pary z ust nie puścił. Oczywiście, odszukam go teraz i oddam mundur.
 Udali się na miejsce, w którem Grandeprise pozostawił oficera. — — —
 Tymczasem Kurt i marynarz Peters, rozstawszy się z alkadem, wrócili do oberży na spoczynek. Sępi Dziób zrezygnował ze snu; był niespokojny o aresztantów. Czy dozór w więzieniu jest dostateczny, czy niema obawy ucieczki? W prerjach, w lesie dziewiczym człowiek sam pilnuje jeńców i wie doskonale, czego się spodziewać. Ale tu trzeba oddawać jeńców pod opiekę władz, a pani władza była w tych czasach w Meksyku osobą dziwnie płochą. Oto przyczyna, dla której Sępi Dziób, wziąwszy rewolwer i nóż, wykradł się z oberży, aby pomyszkować dokoła więzienia i wybadać, czy wszystko w porządku.
 Znalazł się wpobliżu więzienia. Szedł po wąskiej uliczce, otoczonej grubemi murami. Mury były ciemne, niewysokie. Po jednej stronie tworzyły wąski kąt, jeszcze ciemniejszy, niż pogrążona w mroku uliczka. Sępi Dziób skradał się bezszelestnym krokiem doświadczonego znawcy sawany. W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy za rogiem jakieś szmery.
 Zaciekawiony, podszedł bliżej. Bystrem okiem dojrzał na ziemi jakąś masę, która starała się poruszyć. Pochyllł się, trzymając nóż w ręku. — Ach! — Schował nóż do kieszeni, leżała bowiem przed nim postać półnaga, związana, skneblowana; obok niej zawiniątko z rzeczami.
 Stary trapper wyjął tymczasem lężącemu człowiekowi knebel, jednak na wszelki wypadek pozostawił więzy. Chciał się przedewszystkiem upewnić, kogo ma przed sobą.
 — Hej, przyjacielu, coście za jeden? — mruknął.
 — Mon Dieu! — jęknął zapytany. — Co za szczęście, że mogę znów oddychać.
 — Cóż mnie obchodzi wasz oddech? Chcę wiedzieć, kim jesteście? — Ach, jestem oficerem francuskim. Nazywam się kapitan Durand.
 — Opowiadajcie to komu innemu! Oficer francuski nie dałby się tak łatwo napaść i związać.
 — Dostałem nagły cios w głowę, to też straciłem przytomność.
 — Tak. Oto skutki przytomności w głowie, zamiast w pięściach. Rozebrano was nawet. W jakimże to celu?
 — Tego nie wiem. Zwolnijcie mnie, proszę, z więzów!
 — Tylko powoli. Przedewszystkiem muszę się zorjentować w sytuacji. Tu leży jakieś ubranie.
 — To moje.
 — Ach! Kapitan francuski nie nosi munduru?
 — Ależ miałem mundur.
 — A tu leżą wysokie ordynarne buty, płócienne spodnie, stara kurtka, wełniana chustka, stary pasek skórzany i kapelusz, który wśród ciemności wygląda jak niedźwiedź lub czarny koczur.
 — Do kroćset! To nie moje rzeczy. Należą do, mojego napastnika. Nosił ciemny kapelusz z szeroką kresą.
 — Doskonale! A więc tu się rozebrał i włożył wasz mundur? Opowiedzcie, gdzie na was napadł.
 — Wracając z tertullii, spotkałem człowieka, który zapytał, czy nie jestem kapitanem takim a takim, — nazwiska nie pamiętam. Odpowiedziałem, że nie znam żadnego kapitana tego nazwiska! Odparł na to: — I ja nie! — Po tych słowach uderzył mnie tak mocno w głowę, że zwaliłem się na ziemię i straciłem przytomność.
 — Do licha! Tak walą tylko strzelcy prerji. Leżące tu obok łachmany mają zapaszek prerji — są twarde i grube, pełne brudu i przepocone. Czyżby ten człowiek był strzelcem z sawany?
 — Nie wiem. Uwolnijcie mnie z więzów!
 Sępi Dziób powziął podejrzenie.
 — Gdzie na was napadnięto? Wpobliżu muru więziennego?
 — Tak. Niedaleko.
 — Otóź mamy! Nie schwytaliśmy przecież wartownika z cmentarza. A kto najbardziej nadaje się na wartownika? Człowiek prerji.
 — Nie rozumiem, o co wam chodzi, — jęknął oficer.
 — To zupełnie niepotrzebne. Dosyć, że ja rozumiem, co mnie tak wścieka. Leżcie tu sobie spokojnie. Zaraz przyjdę.
 Strzelec odszedł. Oficer zawołał wślad za nim:
 — Na miłość Boską, nie zostawiajcie bezbronnego człowieka!
 Sępi Dziób nie słuchał wcale. Pędził jak koń wyścigowy. Doszedłszy do więzienia, zadzwonił. Wartownik zapytał:
 — Kto tam?
 — Sępi Dziób.
 — Nie znam.
 — To niepotrzebne. Otworzyć!
 — Nie wolno mi. W nocy mogę otwierać tylko urzędnikom.
 — Byłem przecież tutaj wraz z dwoma aresztowanymi.
 — Tak, ale alkad był razem z wami.
 — Niech jasne pioruny! W dodatku nie mogę sobie nawet ulżyć plunięciem przez mur. Czy obydwaj aresztowani są jeszcze w więzieniu?
 — Niema ich.
 — Do stu tysięcy djabłów! A to nieszczęście! Gdzież przepadli?
 — U gubernatora, Zabrał ich pewien kapitan francuski.
 — Aha, jego wpuściliście, co? Tak, łotrów się wpuszcza do tej budy, a dla uczciwych ludzi wstęp wzbroniony. Łotrze, ten „kapitan“ nie jest wcale oficerem, tylko zwyczajnym krętaczem i oszustem! Jeżeli wasz cesarz ma samych takich osłów, jak wy, nie dziwię się, że was tu wysyła. Cóżby począł u siebie z takiemi bydlętami.
 — Hola! — zawołał wartownik, przekręcając klucz w zamku, — Możecie teraz wejść. Proszę, drogi przyjacielu!
 — Dziękuję pięknie! Mogę wejść, ponieważ nawymyślałem wam trochę, co? Oczywiście, mam wejść poto, abyście mnie pochwycili? Nie, nie takim głupiec, jak wy! Jeżeli macie wolne miejsca, daj się zamknąć za mnie. Polecam się, drogi synu!
 Wartownik wyszedł z bramy, chcąc go ująć, ale Sępi Dziób przepadł za rogiem ulicy. Po chwili stanął obok leżącego na ziemi oficera.
 — Nareszcie wróciliście! — jęknął oficer, ujrzawszy trappera zdaleka. — Sądziłem, że mnie tu zostawicie.
 — Chciałem się tylko przekonać, czyście mnie nie okłamali. Mówiliście prawdę.
 — Więc uwolnijcie mnie z więzów!
 — Chwilowo, mimo najlepszych chęci, nie mogę. Nie zdołałbym przecież pochwycić tego łotra, który na was napadł. Niech przypuszcza, że leżycie w tej samej pozycji, w której was pozostawił. Powalił was jedynie dlatego, że potrzebny mu był wasz mundur. Gdy już będzie zbędny, wróci, by mundur oddać. — Baczność, nadchodzą dwaj ludzie!
 Wytężył słuch w kierunku uliczki.
 — Nie — rzekł po chwili. — To kroki trzech ludzi; jeden z nich ma chód człowieka z sawany. To oni. Trzeba znowu zakneblować usta. Udawajcie, że jesteście jeszcze ciągle — nieprzytomni i nie mówcie ani słowa, bo mogłoby się znowu przydarzyć co złego.
 Zanim oficer zorjentował się, miał zakneblowane usta, a strzelec przeskoczył przez mur.
 Ukrył się tak, aby go nie widziano. Oczywiście, mógł stąd słyszeć każde słowo rozmowy.
 Zbliżające się kroki umilkły. Rozległy się szepty, jakaś postać odłączyła się od pozostałych i pochyliła nad oficerem.
 — Do kroćset, musiałem tym razem mocno uderzyć — rzekł półgłosem człowiek, pochylony nad oficerem. — Ta szelma ciągle nieprzytomna.
 — Może go zabiliście?
 — Nie, żyje jeszcze. Zdejmę mundur i położę obok.
 — A więzy? Zostawicie?
 — Nie. Uwolnię go. Kiedy się obudzi, będzie mógł swobodnie odejść.
 — Chodźmy więc tymczasem. Mamy jeszcze coś do załatwienia. Spotkamy się w gospodzie, dobrze?
 — Doskonale.
 Cortejo i Landola oddalili się. Gdy uszli kawałek drogi, notarjusz zapytał:
 — Dlaczego skłamaliście i oświadczyliście, że mamy jeszcze coś do załatwienia?
 — Nie domyślacie się przyczyny? Chciałem się go poprostu pozbyć.
 — Jakżeto? Przecież przyjdzie do gospody.
 — Nie zastanie nas. Musimy natychmiast opuścić miasto.
 — To niemożliwe! Nie spełniliśmy jeszcze naszego zadania.
 — Plan się rozbił i nic nie można naprawić. Wrócimy do gospody, zakradniemy się do pokoju i zabierzemy, tylko to, co najkonieczniejsze. Gdy zobaczy, że rzeczy zostały, będzie czekał na nas przez kilka dni w przekonaniu, że wrócimy.
 — A potem przybędzie do Santa Jaga i tam nas znajdzie — rzekł Cortejo.
 — Nie. Będziemy do tego czasu gotowi.
 — Jakże się tam dostaniemy? Przecież nie możemy iść pieszo.
 — Pojedziemy konno. Widziałem wpobliżu naszej gospody szyld jakiegoś handlarza koni. Tam się zwrócimy.
 — Musimy się śpieszyć, abyśmy mogli odjechać, zanim brat wasz przybędzie.
 Doszedłszy do gospody, Cortejo i Landola wdrapali się na mur i niepostrzeżenie dostali do pokoju. Stosownie do umowy, pozabierali rzeczy najniezbędniejsze i tą samą drogą wrócili na ulicę.
 Energicznem pukaniem obudzili handlarza koni. Oświadczyli, że przybyli na wynajętych koniach z Queretaro. Ponieważ zachodzi konieczność natychmiastowej jazdy do La Puebla, zmuszeni są do kupienia koni zaraz, nie czekając świtu.
 Handlarz zaprowadził ich do stajni, gdzie szybko dobili targu. — — — Tymczasem Grandeprise podszedł do pozornie nieprzytomnego oficera. Zdjął mundur i szablę, a włożył własne ubranie. Uwolniwszy bezwładnie leżącego Francuza z więzów i knebla, odszedł swoją drogą.
 Teraz dopiero Sępi Dziób zaczął działać. Przeskoczył przez mur, nie zwracając najmniejszej uwagi na oficera, i pośpieszył za oddalającym się nieznajomym. Zdjął przytem buty, aby kroków nie było słychać.
 Dotarł tak przez szereg, ulic aż do gospody. Grandeprise zatrzymał się na chwilę. Czekanie znudziło go jednak, przelazł więc przez płot, chcąc wejść do mieszkania przez podwórze.
 Sępi Dziób, pogrążony w rozmyślaniach, poszedł jeszcze nieco dalej. Noc miała się ku końcowi; z za pagórków wschodziło szare światło.
 Otworzono jakąś bramę; ukazali się dwaj jeźdźcy. W bramie stał człowiek.
 — A Dios, sennores, — rzekł. — Szczęśliwej podróży!
 — A Dios! — odparł jeden z jeźdźców. — Muszę przyznać, że ubiliśmy dobry interes.
 Ruszyli. Człowiek, który ich żegnał, zniknął w bramie. Sępi Dziób wytężył słuch.
 — Na Boga! — mruknął. — Ten jeździec ma taki sam głos, jak człowiek, który rozmawiał z dziwnym strzelcem w obecności skrępowanego Francuza. Musi to być jednak pomyłka, bo ci jeźdźcy ruszali w podróż, a Landola i Cortejo wrócili przecież do gospody.
 Uszedł jeszcze kilkadziesiąt kroków. Zatrzymał się znowu, pogrążony w rozmyślaniach.
 — Do stu tysięcy djabłów! — mruknął. — Na tym podłym świecie najlepsi ludzie bywają oszukiwani przez sforę łajdaków. Zasięgnę języka w gospodzie, choć wszyscy śpią jeszcze.
 Wrócił do gospody. Od chwili pojawienia się. Francuzów, we wszystkich hotelach, które dotychczas były wierne dawnym tradycjom, zaprowadzono zwyczaje europejskie. Powstały instytucje kelnerów, kelnerek, odźwiernych. Gdy Sępi Dziób zadzwonił po raz trzeci, zjawił się odźwierny. Miał minę zaspaną i niezadowoloną. Mruknął z niechęcią:
 — Któż to dzwoni o tak późnej porze?
 — Ja — odparł spokojnie Sępi Dziób.
 — Widzę. Kto pan jesteś?
 — Jestem nietutejszy.
 — I to widzę. Czego pan chce?
 — Chcę pomówić z wami.
 — I to zauważyłem. Nie mam jednak czasu! Dobranoc!
 Odźwierny chciał zamknąć bramę, ale Sępi Dziób przeszkodził. Ujął go za ramię i, mimo że odźwierny wyglądał starzej od niego, rzekł:
 — Zaczekaj jeszcze chwilę, mój drogi chłopcze. Czy wiadomo ci, co to jest duro, lub dolar?
 — Pięć razy tyle, co frank.
 — A więc dam ci dwa dolary, albo dziesięć franków, jeżeli zechcesz otworzyć gębę i udzielić mi kilku informacyj.
 Podobna gratka nieczęsto się odźwiernemu trafiała. Spojrzał osłupiałym wzrokiem na rozrzutnego cudzoziemca i zapytał:
 — Czy to prawda, sennor? Jeżeli tak, to dawajcie pieniądze!
 — Nie, nie, mój synu. Naprzód muszę wiedzieć, czy mi będziesz odpowiadać.
 — Będę.
 — Bardzo mnie to cieszy. Oto dziesięć franków.
 Sępi Dziób sięgnął do kieszeni, wyciągnął skórzany worek i wręczył odźwiernemu złotą dziesięciofrankówkę.
 — Dziękuję, sennor! Sen jest każdemu człowiekowi pracy bardzo potrzebny, ale za taki napiwek jestem zawsze do usług. Pytaj, sennor!
 — Niewiele mam zapytań. Czy dużo gości mieszka dziś w gospodzie?
 — Niewielu. Dziesięciu. może jedenastu.
 — Czy jest wśród nich trójka; która mieszka razem?
 — Mam wrażenie, że nie. Wszyscy mieszkają w pokojach oddzielnych, z wyjątkiem dwóch, którzy mają jeden pokój. To sennor Antonio Veridante i jego sekretarz.
 — Trzeciego tam niema?
 — Przybył z nimi jakiś człowiek, ale nie mieszkają razem. Nie wiem, jak się nazywa. Ubiera się bardzo skromnie, jak biedny vaquero, lub strzelec.
 — Czy te trzy osoby wyszły wieczorem?
 — Wyszły o zmroku.
 — I wróciły?
 — Nie widziałem.
 — Chciałbym zamienić z tym strzelcem czy vaquerem kilka słów na uboczu. Czy to się da zrobić?
 — A przyjmiecie na siebie odpowiedzialność, jeżeli go zbudzę, o ile, oczywiście, jest w domu?
 — Jest w domu. Odpowiedzialność przyjmę. Czy jest jakiś kąt, w którym mógłbym pomówić bez świadków i szpiegów?
 — Ten sennor śpi w hamaku. Może was przyjąć, kiedy mu się podoba. Jak mam pana zameldować?
 — Powiedzcie, że chce z nim mówić don Velasquo d’Alcantaro y Perfido de Rianza y Hallendi de Salvado y Caranna de Vesta-Vista-Vusta.
 Sępi Dziób wyrecytował nazwisko z miną tak wyniosłą, że sługus nie wątpił o jego autentyczności. Odszedł, aby spełnić polecenie.
 Z podwórza prowadziły do tak zwanych pokojów gościnnych drewniane schody. Odźwierny zastukał lekko do drzwi. Grandeprise nie spał, wrócił bowiem do domu dopiero przed kilkoma minutami. Leżał w ubraniu na hamaku.
 — Kto tam? — zapytał, zdziwiony pukaniem.
 — Odźwierny. Czy mogę wejść?
 — Owszem.
 Odźwierny wszedł na palcach, aby nie budzić innych gości.
 — Cóż takiego? — zapytał zatroskany strzelec.
 — Sennor, jakiś pan na was czeka. Chciałby pomówić z panem. To szlachcic wysokiego rodu. Nazywa się don—don—don Alcanto de Velasquo y — y — y... — Strasznie długie nazwisko!
 Strzelec potrząsnął głową.
 — Jestem bardzo ciekaw. Niech wejdzie!
 Gdy się odźwierny oddalił, Grandeprise zapalił światło i skontrolował, czy rewolwer jest naładowany.
 Wszedł nieznajomy. Zamknął za sobą drzwi i zaryglował nawet z wielką ostrożnością. Obydwaj spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Tego się żaden z nich nie spodziewał.
 — Do licha! — zawołał Sępi Dziób. — Grandeprise!
 — Do kroćset! Sępi Dziób! Wy tutaj? Jakieście się dostali do Meksyku? Widziałem was przecież Juareza!
 — Byłem świadkiem waszego odjazdu nad Rio del Norte. Nazwisko wasze brzmi pięknie, ale przywodzi mi na pamięć coś obrzydliwego. Znam pewnego nicponia, który tak samo się nazywa.
 — Zounds! Znacie go?
 — Nawet bardzo dobrze! — rzekł Sępi Dziób. — Osobiście i ze słyszenia.
 — Naprawdę? Od dawna szukam tego łotra!
 Sępi Dziób obrzucił go ostrem spojrzeniem.
 — Szukacie? Hm, hm. Nie znaleźliście go jeszcze?
 — Niestety.
 — Hm, hm. Myślałem, że strzelcy mają dobre oczy.
 — Zdaje mi się, że mam wzrok nienajgorszy.
 — Tak, ale mam wątpliwości, czy go umiecie używać.
 Grandeprise zasępił się.
 — Chcecie mnie obrazić?
 Zapytany spojrzał badawczo na towarzysza rzekł:
 — Cały świat wie, że Sępi Dziób jest uczciwym człowiekiem i dzielnym westmanem. Tylko dlatego pozwalam, abyście ze mną w ten sposób mówili. Oświadczam, że pirat Grandeprise jest mi najzacieklejszym wrogiem. Szukam go od lat, aby się z nim ostatecznie rozprawić.
 — Tak, tak, — rzekł Sępi Dziób z uśmiechem. — To zabawne. Szukacie go, a mieliście w ręku. Podczas gdy ja wraz z towarzyszami męczyłem się, aby go odszukać i pozbawić wolności, wy pomogliście mu do ucieczki.
 Sępi Dziób przedstawił w krótkich słowach wywiedzionemu w pole strzelcowi historję hrabiego Rodriganda. Wysłuchawszy go z rosnącem zaciekawieniem, Grandeprise zawołał:
 — Na Boga! Uratowałem również Pabla Corteja i jego córkę!
 — Co? — zapytał Sępi Dziób ze zdumieniem.
 — Tak. Teraz rozumiem wszystko! Bez mojej pomocy zginąłby w ślepocie, a ona zgniłaby w więzieniu.
 — Musicie, mi to, opowiedzieć!
 — Dobrze. Mam jednak wrażenie, że postępowałem głupio.
 Grandeprise opowiedział, co zaszło od spotkania Corteja aż do chwili obecnej. Sępi Dziób słuchał z wielkiem napięciem. Po chwili rzekł:
 — Master! Cieszę się bardzo z odnalezienia was, teraz bowiem wiem, jak można będzie odszukać zaginionych bez śladu. Dowiedzcie się, kim właściwie jest ten Antonio Veridante. — To nikt inny, jak Gasparino Cortejo!
 — Nie może być!
 — Ależ tak. Szuka swego brata. Dziś wieczorem chciał włożyć trupa do pustej trumny żyjącego hrabiego. Schwytaliśmy go. Ale wyście uwolnili.
 — Powtarzam, że to być nie może!
 — Pah! Chcecie wiedzieć, kto był sekretarzem tego Veridante, a właściwie Gasparina Corteja? Poczciwym sekretarzem jest człowiek, którego napróżno szukacie. To Henrico Landola, pirat Grandeprise we własnej osobie!
 Strzelec oniemiał. Zeskoczył z hamaku na początku opowiadania. Z szeroko otwartemi ramionami, z rozdziawionemi ustami i z rozszerzonemi źrenicami wyglądał jak wcielenie zgrozy.
 — Co? — zawołał wreszcie. — To ma być Henrico Landola?
 — Tak. Oszukał was, wywiódł w pole, zakpił sobie z was, nadużył waszego zaufania. A gdyśmy tego człowieka, teqo diabła wcielonego wreszcie ujęli, postawiliście na kartę wolność i życie, by go uwolnić. Żmija będzie więc mogła w dalszym ciągu kąsać i zatruwać świat jadem!
 Grandeprise oddychał z wysiłkiem.
 — Poznałbym chyba swego przyrodniego brata!
 — Ach! A więc to w dodatku taki bliski krewny?
 — Tak. Pokrewieństwo to jest klątwą mego życia. Twierdzę stanowczo, że to nie był on!
 — Pah! Nie zauważyliście, że obydwaj pomalowali sobie twarze? Jedynie wprawne oko mogło wykryć, że są uszminkowani.
 Strzelcowi spadła wreszcie łuska z oczu.
 — Wielki Boże, a więc to on! Ilekroć słyszałem jego głos, miałem wrażenie, że go skądsiś znam. Odrażał mnie tym głosem. Ostatni ze mnie osioł, dureń pierwszej próby! Sępi Dziobie, użyliście zbyt łagodnego wyrażenia, nazywając mnie matołkiem. Pozwalam na ostrzejsze określenie.
 — No, no, — rzekł Sępi Dziób, uśmiechając się dobrodusznie. — Świadomość własnych błędów jest pierwszym krokiem do mądrości.
 — Ale skutki, skutki! — westchnął Grandeprise. — Skąd dowiedzieliście się, że wartowałem na cmentarzu, że napadłem na oficera, że oswobodziłem aresztantów?
 Sępi Dziób opowiedział wszystko dodał wkońcu.
 — To zawikłana sprawa. Jesteście jednak strzelcem, tak jak ja, i dzielnym człowiekiem. Jesteśmy kolegami, mamy u siebie w sawanie swoje reguły i zwyczaje. Cóż nas obchodzą ustawy innych? Bądź co bądź dzięki wam wiemy, że należy szukać Corteja i pirata w klasztorze della Barbara w Santa Jaga.
 Twarz Grandeprise’a nagle się rozjaśniła:
 — Mylicie się — rzekł. — Są znacznie bliżej. Nie uwierzycie nawet, jak blisko.
 Sępi Dziób uśmiechnął się pobłażliwie.
 — Macie rację. że nie uwierzę. A więc sądzicie, że Landola i Gasparino Cortejo są w gospodzie? Czy możecie wejść do ich pokoju?
 — W każdej chwili.
 — Dobrzej zaraz się przekonamy.
 — Obudzimy ich. Już ja się z nimi rozprawię!
 — Nie obudzimy ich, bo ich niema wcale.
 — W takim razie przyjdą.
 — Przeczucie mówi mi coś złego. Chodźmy, zobaczymy.
 Wzięli latarki. i udali się na palcach do pokoju, zajmowanego przez Corteja i Landolę. Weszli bez trudu. Sępi Dziób miał rację — w pokoju nie było nikogo.
 — Wrócą przecież — rzekł Grandeprise.
 — Tak przypuszczacie? Byliby głupcami, gdyby wrócili. Z nadejściem dnia wieść o fałszywym oficerze i zbiegłych aresztantach rozejdzie się po całem mieście. Rozpoczną poszukiwania, wywiady. Ci dwaj są za mądrzy, by czekać, aż ich pochwycą. Już ich niema w mieście.
 — Zostawiliby mnie tutaj?
 — Dlaczego nie? Czy i na to mam dać wam dowód? Popatrzcie tylko.
 Sępi Dziób oświetlił latarką podłogę, schylił się i wskazał na coś strzelcowi.
 Grandeprise zapytał:
 — Co takieqo?
 — Błoto uliczne. Dotknijcie. — I cóż?
 — Jeszcze mokre i miękkie.
 — Kiedy te łotry wyszły z pokoju przed udaniem się na cmentarz?
 — Z nastaniem wieczora.
 — Gdyby błoto pochodziło z wieczora, byłoby teraz twarde i suche. Grudka, którą widzicie, dostała się tutaj najwyżej przed godziną. A więc byli tutaj.
 — Do stu tysięcy djabłów! Nie uda im się uciec! Pojechali z pewnością do Santa Jaga. Tam ich schwytamy.
 — Nie chcę się z wami spierać. Posłuchajcie mojej rady. Policja dowie się w ciągu krótkiego czasu, gdzie zbiegowie mieszkali. Jeżeli tu zostaniecie, rozprawi się z wami bez wielkich ceregieli.
 — Macie rację. Odchodzę, Ale dokąd?
 — Pójdziecie, oczywiście, ze mną. Odźwierny czeka na dole. Zapłaćcie, coście winni za jedzenie, i koniec. Osoba moja jest dobrym pretekstem, abyście mogli spokojnie odejść.
 Grandeprise spełnił radę towarzysza. Po upływie dziesięciu minut opuścili gospodę. Gdy przechodzili obok domu handlarza, sam właściciel stał przed bramą. Sępi Dziób skorzystał ze sposobności i zapytał:
 — Macie dużo koni w stajni, sennor?
 — Dziś tylko cztery — brzmiała odpowiedź.
 — Możecie sprzedać jednego?
 — Tylko jednego. Pozostałe są mi potrzebne. Sprzedałem dziś okazałą parę dwom nieznajomym w Queretaro. Mówili, że jadą do La Puebla.
 Sępi Dziób poprosił, by handlarz opisał wygląd tych, którzy konie kupili, i doszedł do wniosku, że byli to istotnie Cortejo i Landola. Po krótkim targu Grandeprise kupił konia.
 Sępi Dziób udał się z strzelcem do gospody i kazał obudzić Kurta. Kurt zdumiał się, usłyszawszy, co zaszło podczas jego snu. Postanowiono ruszyć natychmiast konno wślad za zbiegami. Kurt musiał jeszcze pomówić z panem von Magnusem i alkaldem, nie mógł więc sobą dysponować. Rzecz zrozumiała, że postanowił nie komunikować tym panom, iż Grandeprise brał udział w zdarzeniach poprzedniej nocy. W interesie bezpieczeństwa własnego strzelec musiał ruszyć natychmiast. Towarzyszył mu Sępi Dziób. Postanowiono, że obydwaj będą czekać na Kurta i Petersa w miejscowości Tula.
 Okoliczność, iż Landola i Cortejo oświadczyli, że przybywają z Queretaro i mają zamiar udać się do leżącej w przeciwnym kierunku la Puebla, nie zmyliła, oczywiście, ani Kurta, ani Sępiego Dzioba.
 Wiadomość o tem, co zaszło w nocy, rankiem obiegła całe miasto. Policja rozpoczęła gorączkowe poszukiwania i, stosownie do przypuszczeń Sępiego Dzioba, stwierdziła wkrótce, gdzie zbiegowie mieszkali. Podejrzenie padło na Grandeprise’a a nawet na Sępiego Dzioba. Odźwlerny zeznał, że w nocy zjawił się jakiś obcy bogaty pan i zabrał strzelca, czy vaquera. Podał nazwisko, opisał wygląd. W czarnej księdze policji zanotowano — jako człowieka niebezpiecznego — sennora d’Alasque Velantario, właściciela olbrzymiego nosa. — —
