Franciszek Mirandola


Tropy


Zatruta studnia
Łan niezmierzony leżał pod żarem słońca. Na puszystym dywanie wybielałego od promieni
złota uwĳali się żeńce.
Człowiek z wiadrem sieǳiał na cembrowinie studni i spozierał¹ zadumany wokół.
Miał przykaz poić wszystkich spracowanych, gdy pić zapragną.
To był jego urząd. Ochotnie wziął sznur z rąk poprzednika, który odszedł zwolniony
ze służby we właściwym czasie.
Silnymi ramiony² pełnił wiadro dobytą z głębi ziemi krystaliczną wodą.
Przychoǳili rozradowani, świadomi, że pracują, jak trzeba, i chłoǳili czoła na powiewie
wiatru, nim usta przytknęli do wody.
Przychoǳili też okryci kurzem drogi wędrowcy ze stron widać dalekich, nie będący
pracownikami na złocistym łanie. Twarze ich były obce, ubiory nieznane, mowa ǳiwna.
I tym dawał pić wedle przykazu.
Zgłaszali się też próżniacy, szyǳący z pracowników, ciskający im słowa szydercze.
Spragnione ich usta pożądały napoju.
I tym dawał wedle przykazu.
Najchętniej nachylał wiadro ku ustom ǳieci zgrzanych, spoconych, zmęczonych zbytkami³.
Poił spragnionych, bo ten był cel życia jego. A że myśli jego nie zajmowało w zupeł-
ności to zajęcie, przeto pozwalał im krążyć, gǳie chciały.
Zrazu latały wokół ponad łanem i przyglądały się żeńcom.
Byli tam młoǳi chłopcy, chylący się elastycznie ku ziemi, ǳiewczęta w jasnych strojach
roześmiane i zalotne, starzy luǳie osiwiali w pracy, poglądający często ku niebu,
kobiety wiekowe w czarnych szatach, szepczące pacierze. Łzy padały gęsto z oczu tych
kobiet, a spojrzenia szukały raz po raz mogił, kędyś w łanie życia skrytych.
Byli tam kapłani głoszący nauki pracującym. Podnosili ręce nad pochylonymi głowami,
darząc pracowników błogosławieństwem niebiosów⁴.
Nie brakło też kramarzy z pudłami pełnymi tandety i wrzaskliwych skoczków zachę-
cających do wesołości.
Wróciwszy sponad łanu, myśli usiadły na cembrowinie studni, pytając:
— Gǳie teraz polecimy?
— Lećcie wzdłuż gościńców dalekich, snujących się bezmiarem widnokręgu.
Poleciały.
Wzbiły się zrazu w niebo, by obrać kierunek, potem ruszyły każda w inną stronę
świata.
Człowiek z wiadrem pełnił tymczasem dalej swą powinność, w duszy miał przy tym
wielką ciekawość, co mu też jego myśli przyniosą. Sieǳiał i pracował i tak był zajęty, że
¹spozierać (gw.) — patrzeć.
²ramiony — daw. forma N.lm; ǳiś: ramionami.
³zbytek — tu: zabawa.
⁴niebiosµw — ǳiś popr.: niebios.
nie spostrzegł, iż jedna z myśli nie poleciała wraz z innymi, ale sieǳiała na cembrowinie
niepewna i zakłopotana, strzepując jeno czasem skrzydełkami.
— Czemu zostałaś tutaj? — spytał, spostrzegłszy ją nagle.
— Chcę się udać gǳie inǳiej! — odpowieǳiała.
— A dokądże się to chcesz udać?
— Chcę zejść w głąb studni.
— Po co?
— Chcę poznać, skąd płynie woda, chcę przebyć całą drogę źródła i wiǳieć, gǳie
jego początek.
— Więc idź!
— Nie mogę tam zejść gołębiem. Przyzwól mi przemienić się w maleńką rybkę albo
pajączka wodnego, albo kreta, lub inne jakie stworzenie, tak bym mogła zaspokoić me
pragnienie.
— Dobrze! — odparł — daję ci moc przybierania postaci, jakich ci bęǳie potrzeba.
Idź i opowieǳ, coś wiǳiała.
Znikła, plusnąwszy we wodę, a człowiek z wiadrem pracował dalej, barǳiej jeszcze
niż przedtem ciekawy na to, co mu jego myśli przyniosą, i spoglądał często w dal, ku
skrajowi widnokręgu.
Gdy tak patrzył, ujrzał nagle daleko na równi jakąś postać idącą w jego stronę.
Nieznajomy był biało oǳiany i połyskiwał na tle zieleni jak obłok srebrzystego oparu.
Ale obowiązek nie pozwolił Człowiekowi z wiadrem wpatrywać się długo w oddal.
Zgłaszali się luǳie, których musiał napoić.
Pracował wytrwale. Wszyscy jednak, którym przychylał wiadra, wydali mu się teraz
mniej piękni, mniej godni. Dostrzegał brud ich rąk i twarzy, rzucały mu się w oczy ślady
wyuzdania w ich rysach, w podkrążonych oczach wiǳiał szał cielesny, w drżeniu rąk
skutek nałogów brzydkich. Młoǳieńcy wydali mu się łakomymi samcami, ludźmi żądnymi
uciech, ǳiewczęta rozpustnicami. Starcy wyglądali na skąpców i bezmyślne ruiny,
wiekowe kobiety na pozbawione czucia i pobożności dewotki, kapłani nawet przedstawiali
mu się teraz bez wiary, bez zdolności do uniesień… świat mu cały zbrzydł i sczerniał
w oczach.
Pragnął, by nastała chwila spokojna, kiedy bęǳie mógł zobaczyć, co się stało z ǳiwnym
nieznajomym.
Gdy napoił ostatniego, postawił puste wiadro na cembrowinie, wstał i przysłoniwszy
oczy ręką, zapuścił spojrzenie w dal.
— Bądź pozdrowiony!
Głos jakiś rozebrzmiał tuż obok.
Spojrzał zdumiony i zobaczył, że nieznajomy sieǳi na wielkim kamieniu przy studni.
Skłonił się przed nim głęboko. Potem ujął silnymi ramiony linę i wyciągnął świeżej
wody.
Pochylił wiadro ku jego ustom.
Nieznajomy uczynił gest odmowny.
— Nie pĳę tej wody — powieǳiał.
Człowiek z wiadrem stał zaǳiwiony i patrzył na przybysza, a im dłużej patrzył, tym
barǳiej rosło jego zdumienie.
Szata nieznajomego biała była i połyskiwała jak srebro, mimo dalekiej wędrówki czysta,
niepokalana. Spadała z jego ramion w przecudnych fałdach, niepodobna zgoła do
ubiorów luǳi współczesnych. Ni rąbek jej dolny nawet nie nosił śladu pyłu lub błota, iż
wydawało się, że nieznajomy nie dotyka stopami ziemi, ale unosi się ponad nią, jak anioł.
Kapelusz złożył na trawie.
Twarz jego okalały długie, ciemne włosy, spadające w kęǳiorach na ramiona.
A twarz sama…
Człowiek z wiadrem wpatrywał się w tę twarz długo. Zrazu zgoła nieznana, coraz mu
się wydawała bliższą, barǳiej pamiętną, podobniejszą do twarzy zapamiętanych kiedyś…
— Znasz mnie? — spytał nieznajomy.
— Nie wiem… coś sobie przypominam‥ — odparł z wahaniem. Potem dodał: —
Wyglądasz, panie, jak ktoś znany mi…
— My wszyscy mamy podobne rysy… wszyscy…

— Któż to wy jesteście? — spytał.
— My wszyscy, niepĳący tej wody! — odpowieǳiał przybysz.
W tej chwili szum się rozległ w powietrzu nad głowami rozmawiających.
Człowiek z wiadrem spojrzał w górę i zobaczył stadko gołębi.
Były to jego myśli, które wróciły z drogi.
Sunęły na dół i przypadły do kolan nieznajomego, tuląc się doń miłośnie.
Brał je łaskawie po kolei i przyciskał do piersi.
Od dotknięcia jego rąk i szaty stawały się srebrzyste i piękne.
Gołębie opowiadały, co wiǳiały.
Jak daleko sięgnąć mogły wzrokiem, wszędy na całym świecie pracowali luǳie. Ścinali
lasy, karczowali poręby, drążyli się w głąb ziemi, szukając kopalin użytecznych, inni zaś,
pozornie nic nie czyniąc, wytężali myśl nad sprawami świata, albo znów dumali o tym, żali
w zaświatach, w przepastnych głębiach przestrzeni, znajdują się twory podobne luǳiom,
stworzone na ich podobieństwo. Znów inni zatapiali się w pytaniach o początku i sensie
świata, byli zaś i tacy, którym ponad wszystko stało prawić, jak to żyć trzeba poczciwie
i zgodnie z wolą bożą.
Wszędy zaś, przy każdej gromaǳie sieǳiał zawsze Człowiek z wiadrem i poił spragnionych
wodą dobytą z głębi ziemi, wspólnej roǳicielki wszystkich.
Gdy to mówiły gołębie, zjawili się u studni luǳie, pić żądający.
Człowiek z wiadrem wstawał niechętnie i napoił ich, a oni odeszli.
Ale zbrakło wody dla ostatniego.
Człowiek z wiadrem musiał znowu napracować się niemało, nim naciągnął wody.
Gdy wiadro stanęło na cembrowinie, nagle plusnęło coś i wyskoczyła na trawę maleńka,
złocista rybka.
Poderwała się raz jeszcze w górę i przemieniła nagle w skrzydlatego gołębia, który
usiadł na cembrowinie studni.
Gołąb był zadyszany i drżał ze zmęczenia czy strachu.
— Opowiadaj! — ozwał się nieznajomy. Człowiek z wiadrem pochylił się ku niemu
i szepnął:
— Panie… może lepiej bęǳie zaczekać, aż ten oto nasyci się i odejǳie.
— On nie zrozumie… — odparł nieznajomy. — On nawet nie wiǳi mnie, ni tego
gołębia, ani słów, jakie zamieniamy, nie pochwyci. Nie znasz, wiǳę, luǳi…
— O panie! — zaczął gołąb. — Przybierałem różne postaci i dotarłem wszędy⁵, gǳie Woda, Historia, Kondycja
dotrzeć może myśl człowieka. Posuwałem się pod bieg luǳka ⁶ wody, zaglądając wszędy, skąd się
sączy choćby jedna kropla. Przy samej studni toruje sobie drogę źródło przez wielki, stary
grobowiec, opłukując kości poległych w jakichś dawnych zapasach, powyż⁷ jest złoże
zbroi zarǳewiałych, kopii i mieczów starożytnych. Wiǳiałem, jak krew luǳka mięsza⁸
się z wodą, jak w nią wsiąkają ostatnie westchnienia konających, ich klątwy i ból. Płynie
poprzez zaciśnięte pięści i zakamieniałe serce, opłukuje czarne zgliszcza popalonych wsi
i miast, napawa się słonymi łzami sierot i wdów. Przez całą drogę nie spotkałem najmniejszej
przestrzeni, gǳie by źródło płynęło przez nietknięte niedolą luǳką pokłady.
Czy starsze, czy młodsze mĳałem warstwy, wszędy wiǳiałem, jak woda zabiera i unosi
z sobą ślady bólu i grzechu, jak się pełni⁹ trucizną okropną, trupim zakaża się jadem.
Granitowych chyba starych skał dawnych epok sięgnąć by musiało źródło, by dotrzeć
do czystych, nieskalanych miejsc, pozostałych z czasów, kiedy nie było człowieka na ziemi.
Ale stamtąd nie bĳą źródła.
Nieprawdą jest, że woda czyści się, ciekąc przez ziemię. Krystaliczność jej to pozór
tylko. Żadna nauka nie wykryje składników, jakie zawiera. Czyż można to zbadać?
O, zaprawdę teraz wiem dobrze, że luǳie stąpają po zmarłych, karmią się ich ciałem
i pĳą ich ból i ich grzech.
I dlatego są, czym są.
Gołąb zamilkł, a Człowiek z wiadrem obrócił wzrok na nieznajomego.

Sieǳiał zamyślony.
Nagle stuknęło coś.
Obejrzeli się obaj.
Spragniony objął ciężkie naczynie i przyłożył usta do jego brzegu.
Człowiek z wiadrem rzucił się ku niemu, chcąc mu wzbronić napoju.
— Niech pĳe… niech pĳe! — powieǳiał nieznajomy i dodał: — Czyń, co ci zostało
przykazane.
— Jakoż to będę mógł teraz czynić, o panie? — jęknął boleśnie Człowiek z wiadrem.
— Jakoż to będę mógł teraz czynić?
— Bęǳiesz mógł czynić przez cały czas, jaki ci został przeznaczony, jeśli zaprzestaniesz
gołębie wypuszczać swobodnie, gǳie im się latać spodoba.
Wstał z kamienia, skinął mu przyjaźnie głową i odszedł z wolna.
Za chwilę majaczył już tylko jak opar srebrzysty na bezkreślnej, szafirowej dali.
Ulica ǲiwna
Po wąskich, krętych, licho oświetlonych schodach wydostał się na trzecie piętro starego,
zamieszkałego przez biedaków domu i otwarł drzwi wielkim, niezdarnym kluczem.
Był zmęczony długą służbą w biurze telegraficznym. Ile razy wracał do siebie, tętni-
ło mu w głowie, stukało najniemożliwsze¹⁰ rzeczy. Dopiero po dwu szklankach herbaty
z rumem wyjaśniała mu się duchowa sytuacja, ale i ona nie była najlepsza. Wiǳiał przed
sobą nieskończenie długie lata pracy beznaǳiejnej, jednostajnej, męczącej i głupiej.
Zaświecił małą, krzywą lampkę, przysłoniętą papierową umbrą, wǳianą na szczątki
właściwej szklanej umbry, która przed latami już utraciła blisko połowę swej peryferii.
Pokój, a raczej pokoik i kuchnia, wyǳielone z większego mieszkania, zajmowanego
przez jakieś ǳiwnego nabożeństwa damy, był brudny, zaniedbany i wyglądał barǳo nieprzyjemnie.
Ale polubił je z biegiem czasu, jak człowiek ostatecznie polubić musi każdą
rzecz, z którą obcuje ciągle. Więźniowie przywiązują się do swej celi równie dobrze jak
bogacz do wspaniałego gabinetu… barǳiej może, bo ciasnotę wypełniają myśli i sny…
jedyne dobro człowieka biednego. Śni się i zdaje się, że tyle… jeszcze tyle przed nami.
Zapalił maszynkę naową i poszedł do kuchni po wodę. Wyciągnął rękę, chcąc odkręcić
kurek, gdy nagle zatrzymał się.
Z ǳioba wodociągu spadały krople. Machinalnie wsłuchał się w ten szybki rytm
nieregularnie kapiącej wody.
Czytał pośpiesznie:
— Ulica ǲiwna liczba … ulica ǲiwna…
Zimny dreszcz go przeszedł. Potem szybko przebiegł myślą adresy ǳisiejszych depesz.
Nie, takiego nie było. Ulica ǲiwna…
Czyż była taka ulica w mieście?
Słuchał dalej:
— Ulica ǲiwna liczba … ulica ǲiwna liczba … — wypukiwały krople.
Otrząsnął się i czyniąc wielki wysiłek, odkręcił z impetem kurek. Woda rzuciła się
w muszlę, opryskując go tak, że się musiał cofnąć. Z pełnym saganem wrócił do pokoju
i postawił go na maszynce. Potem zwrócił się ku patyczkowej półce, gǳie się mieściły
różne graty i parę książek, wziął flaszkę, nalał kieliszek rumu i wychylił go duszkiem.
Uczyniło mu się ciepło, po chwili zaś raźnie i wesoło.
Sieǳiał na łóżku i patrzył w niebieski płomień na, obejmujący naczynie zakopcone,
podrapane, biedne jak wszystko naokół.
Zawisł oczyma na półce, gǳie były książki, ale odwrócił po chwili głowę.
— Ulica ǲiwna — przemknęła mu przez myśl. — Gǳież to może być?
Uczuł, jakby wstępował na jakiś zgoła odmienny poziom odczucia, spostrzegł się na
chwilę na innej płaszczyźnie świadomości, otoczyły go ǳiwne zjawy, nieznane. Ale po
chwili otrząsnął z siebie to przywiǳenie.

— Głupstwo! — rzekł do siebie głośno. — Oto skutki tego mego idiotycznego zawodu.
I zatroskał się, co się z nim stanie za rok, za dwa, ǳiesięć…
— Oszaleję… na pewno oszaleję! — powieǳiał znów głośno. Potem wstał i udał się
do kuchni… Nie zdawał sobie sprawy, po co tam iǳie. U drzwi przystanął i wytężył słuch.
Z wodociągu padały w muszlę krople wody.
— Psiamać — rzekł znowu.
Zawrócił szybko, ale nim doszedł do łóżka, stanął, namyślił się i po chwili był już
w kuchni.
Stanął u drzwi.
— Ulica ǲiwna, liczba … ulica ǲiwna liczba …
Tak nie ulegało wątpliwości, woda wyǳwaniała te słowa.
Szybko podbiegł do wodociągu i zakręcił kurek, jak mógł najsilniej.
Krople przestały padać…
Odetchnął. Czekał jednak jeszcze, niepewny, co bęǳie. Cisza była zupełna, z do-
łu tylko od podwórza dobiegał pogłos przyciszonej rozmowy i gǳieś pod nim kwiliło
niemowlę.
Wrócił do pokoju zupełnie uspokojony. Podniósł nakrywkę sagana. Kłąb pary rzucił
się w górę. Nasypał do imbryka herbaty i czekał. Rozległ się ǳwonek.
— Tośka! — powieǳiał do siebie. — Dobrze!
Był zadowolony, że nie pozostanie ǳisiaj sam w mieszkaniu.
— Serwus! — przywitała go wesoło, objęła za szyję i pocałowała w same usta.
Potem rzuciła na łóżko kapelusz i okrycie.
— Co słychać? — pytała — Cóżeś taki jakiś osowiały? No, gadaj! Możeś sobie wczoraj
dał na piec… ej, ty paskudny człowieku!
— Nie, nie… — bronił się. — Jestem przemęczony, piekielnie przemęczony, a o urlopie
mowy nawet nie ma. Zróbże herbaty!
— Gǳież to iǳiesz? — spytała, wiǳąc, że wychoǳi z pokoju.
— Nigǳie! Zobaczę tylko…
Wszedł do kuchni… i zdumiał się, a nawet przeraził.
Z wodociągu kapały krople. Nie wysilał się już nawet, by słuchać, wieǳiał, co bęǳie.
— Ulica ǲiwna liczba … ulica ǲiwna…
Wrócił i stanął przy stole, który Tośka już trochę zdołała uporządkować.
— Przyniosłam coś dobrego! — szczebiotała. — Zgadnĳ co… no zgadnĳ!
Nie odpowiadał, aż spojrzała zdumiona.
— Jezus Maria! Jakiś ty blady! — krzyknęła. — Co ci się stało? Powieǳ! Może
byś się położył… tak, tak… kładź się zaraz! Wypĳesz herbatę w łóżku. Popatrz no, co
przyniosłam… jaka śliczna mieszanina… prawda?
Patrzyła mu przymilnie w oczy, uśmiechała się.
— Od paru dni jesteś blady! Czy cię co boli?
Zaprzeczył ruchem głowy.
— Chodź no ze mną! — powieǳiał poważnie.
Zǳiwiła się, ale posłusznie poszła do kuchni.
— Słuchaj! I powieǳ mi, co słyszysz! — rzekł tajemniczo.
Przeraziła się na dobre.
— Co ci jest Franek! Boże drogi… co ci jest?
— Pst! — wyszeptał, kładąc palec na ustach. — Słuchaj pilnie!
Słuchała, szeroko otwarte oczy wlepiwszy w jego twarz.
— Nie słyszę nic! — odparła po chwili. — Ktoś rozmawia na podwórzu, płacze ǳiecko
i kapie woda…
— Otóż to właśnie… — szepnął — woda… ale co kapie: słuchaj!
— Boże drogi… czy ja wiem? Prawda… to trochę podobne do telegrafu… tak, coś
stuka… ale nie wiem co… wszak nie umiem telegrafować. Puk… puk puk… puk… puk
puk… i tyle. Mój drogi, wszakże to czyste ǳieciństwo! Niechże sobie kapie. Sam wiesz
dobrze, że to ǳieciństwo… jesteś zmęczony i na tym koniec… Chodź, kładź się!
Pociągnęła go w stronę łóżka.
— Rozbieraj mi się zaraz! — powieǳiała stanowczym tonem.

— Ale cóż znowu… — bronił się. — Wszakże dopiero ósma, ledwo się na dobre
ściemniło.
— Rozbieraj się… jesteś chory…
— Nie, nie, wypĳemy herbatę, a potem zobaczę. Nie jestem zresztą chory, głowa mnie
tylko trochę boli. Dajże spokój… przyznaję, że mi się czasem trochę kręci w mózgu, gdy
wrócę z biura. To straszny zawód, Tośka, powiadam ci… straszny zawód.
Krzątała się wkoło stołu zadowolona, że mówi rozsądnie.
— Masz tobie! — zawołała nagle. — Zabrakło cukru… Czekaj, skoczę do sklepiku
na rogu.
— Pozwól… ja pójdę! — rzekł pospiesznie. Wziął kapelusz, zarzucił na ramiona okrycie
i wyszedł.
Przechoǳąc przez kuchnię, zamknął oczy, by nie wiǳieć przeklętego wodociągu. Ale
uszu zatkać nie mógł, posłyszał przeto owo wstrętne, głupie kapanie, które brał za jakąś
ǳiwną depeszę.
— Ulica ǲiwna liczba … ulica ǲiwna… liczba …
Goniło za nim, gdy szybko zstępował na dół.
Poszukał oczyma policjanta. Ujrzał go na końcu ulicy stojącego na przeciwległym trotuarze.
Przed sklepikiem zawahał się, sięgnął do kieszeni, zwolnił kroku. Ale po chwili,
party jakimś przymusem, minął drzwi sklepiku i ruszył spiesznie przed siebie. By przystąpić
do żołnierza, musiał przejść w poprzek ulicę. Nie namyślając się, wstąpił wbrew
swojemu przyzwyczajeniu, w błoto. Doznał tylko na sekundę niemiłego wrażenia, jakby
zǳiwienia, że oto robi coś zgoła głupiego, ale brnął dalej.
— Proszę pana — rzekł, uchylając kapelusza — gǳie to jest ulica ǲiwna… Zna pan
tę ulicę?
Policjant spojrzał nań z góry. Obserwował go przez długą chwilę, potem obrócił się
na pięcie i odszedł wolnym krokiem. Był widocznie obrażony.
Odetchnął głęboko. Gdyby wypadało, byłby ucałował stróża bezpieczeństwa publicznego.
Więc wszystko to jest zwyczajnym głupstwem, pomyślał.
Zawrócił i zaczął szybko iść w kierunku sklepiku, gǳie się jeszcze świeciło.
W sklepiku było trochę ciasno. Stanął przy laǳie obok jakiegoś starszego jegomości,
który widocznie nie był całkiem trzeźwy. Cuchnęło odeń silnie. Z trudem szukał pienięǳy
w kieszeni spodni i liczył potem mozolnie.
Coś go tchnęło i spytał po cichu:
— Proszę pana… czy zna pan ulicę ǲiwną?
Jegomość liczył dalej pieniąǳe, nie dosłyszał pytania. Wreszcie otrzymał swój pakiet,
ale nie wychoǳił. Znaleźli się razem na ulicy.
— Młoǳieńcze — spytał jegomość — jak się nazywasz?
— Franciszek Szary! — odparł zdumiony.
— A ja Jan Bylejaki! Tak się teraz nazywam, od kiedy chaǳam na ulicę ǲiwną…
— Gǳież ta ulica?
— Chciałbyś wieǳieć? Co?
— Chciałbym.
— A masz dużo do stracenia? Ile?
— Pienięǳy… pienięǳy… pienięǳy niewiele… — bąkał.
— Nie pienięǳy! Ale czy masz dużo do stracenia w życiu?
— W życiu… nic… prawie nic…
— No to dobrze! Chodźmy…
Zrobiło mu się jakoś ǳiwnie. Nie miał zaufania. Wolałby iść sam.
— Czeka na mnie ktoś…
— Kobieta?
Milczał.
— Pluń na to, powiadam ci! Pluń! Chodźmy. Ale mówię ci z góry: stamtąd powrotu
nie ma. To wieǳ wprzód. Ciałem wrócisz, duszą nigdy! Nigdy!
Szarym wstrząsnął dreszcz. Ten człowiek nie był pĳany. Wyrwał ramię, które tamten
ujął po przyjacielsku.
— Nie. Nie pójdę. Proszę mi tylko powieǳieć, gǳie to jest.
— Wszęǳie i nigǳie.

— Nie rozumiem.
— Wiem to. Teraz powieǳ mi, skąd wiesz o tej ulicy.
— Nie mogę powieǳieć!
— No to już dobrze! — zaśmiał się stary. — Nie powieǳiał ci tego, przypuszczam,
żaden porządny człowiek.
— Nie, to mi się tak przywiǳiało.
— Wybornie! Wyśmienicie! — radował się Jan Bylejaki. — Jednemu się to przyśni,
drugiemu się zjawi na jawie w danym momencie. Wybornie. Powiadam ci: chodźmy!
Wzbraniał się.
— Niech mi pan powie, gǳie to jest i co tam jest. Pójdę sam.
— Tego nie ma nigǳie! Rozumiesz? Tak jak nie ma nigǳie szczęścia ani miłości, ani
dobroci, ani jasnowiǳenia. Ale to jest wszęǳie, bo nastąpić może jak tamto wszystko,
w tej chwili i za sekundę możesz stanąć na ulicy ǲiwnej, która wieǳie poprzez życie.
Ulicą Prostą, Dostojną, Senatorską choǳą tak zwani luǳie porządni, my zaś chaǳamy
ulicą ǲiwną, Przepastną, Zaświatową.
— A jednak chciał mnie pan gǳieś prowaǳić…
— Gǳie? Do siebie, do mego mieszkania. Chciałem cię uczynić swoim uczniem.
— Tyle tylko… — odrzekł rozczarowany. — A jednak ja wiem, że jest to gǳieś…
przy ulicy ǲiwnej, liczba .
— To numer domu, w którym mieszkam.
— ǲiwne! ǲiwne! — szeptał Franciszek Szary. — Skąd mi się to mogło przywi-
ǳieć?
— Nie pytaj, to za trudne pytanie na ǳiś. Kiedyś sam sobie na nie odpowiesz. Chodź,
powiadam ci. Zostaniesz moim uczniem.
— I cóż z tego?
— Czuję, że jesteś powołany… Wskażę ci drożynę, którą się wychoǳi poza łany
uprawne życia na cudne, wolne, boże bezdroża…
— I cóż tam znajdę?
— Wolność i mądrość. Zachwyty, jakich nie pomieści pierś luǳka, miłość, która by
cię ǳiś zamieniła w garstkę popiołu. Wyszkolę twe serce, by stać się kiedyś mogło czarą
pełną niebiańskiego nektaru.
Słuchał zǳiwiony, przerażony.
— Przyjdę jutro… — rzekł wymĳająco.
— Nie przyjǳiesz nigdy, jeśli nie przyjǳiesz ǳiś. Chodź ze mną.
Franciszek Szary wyrwał ponownie ramię, szarpnął się w tył i powieǳiał stanowczo:
— Przyjdę jutro!
— Nie ma jutra, jest tylko ǳiś… Znalazłeś skarb, a chcesz go podnieść jutro dlatego,
że ǳiś masz zbierać łachmany? Pomyśl tylko… pomyśl!
Franciszek Szary zdjął kapelusz, czując zimny pot na czole. Drżał nerwowo.
— Proszę pana o adres! Zaręczam, że przyjdę jutro wieczór i rad będę posłuchać pana.
ǲiś doprawdy nie mogę!
— Nie możesz… — zaśmiał się cicho — Ach! Wieǳiałem o tym, że nie możesz.
Tylu was już było. Żaden nie mógł, każdy musiał spełnić jakiś obowiązek… właśnie w tej
chwili… przy ulicy Pańskiej, czy Oczywistej, czy Pięknej… Dobrze… idź, idź…
— Daj mi pan adres! — prosił.
— Adres? Znasz go przecież…
— Nie znam! Daj mi pan adres dokładny…
Jegomość odwrócił się i poszedł bez słowa. Franciszek Szary patrzył za nim z głębokim
żalem.
Nagle zadrżał. Stary uszedłszy kilka kroków, znikł nagle, jakby się zapadł w mrok.
Strach nagły zatrząsł patrzącym. Przetarł oczy i spojrzał wokoło.
Spostrzegł, że stoi w sklepiku oparty o ścianę. Właścicielka patrzyła nań ze współ-
czuciem.
— Słabo się panu zrobiło?
Nie odparł nic. Zapłacił, wziął swój pakunek i szybko pobiegł do domu.
W susach dostał się do swego mieszkania, szarpnął drzwi i stanął jak wryty.
Nadsłuchiwał z wytężoną uwagą, nie spuszczając z oka wodociągu.

Ni kropla nie padła w muszlę.
Zatrząsł nim straszny, niepohamowany żal. Wpadł do pokoju i zwracając się do Tośki,
wrzasnął, aż szyby w oknach zabrzękły¹¹.
— Precz!
Wskazywał drzwi, stał blady, zęby mu szczękały.
— Zwariowałeś? — spytała przerażona.
— Precz! — powtórzył i tupnął nogą. Zaczęła zbierać części ubrania, blada, smutna,
obrażona do głębi duszy, a piersiami jej wstrząsał jęk okropny.
On zaś czując, że się nogi pod nim uginają, padł na łóżko i wybuchnął strasznym
płaczem.
— Franek! Franek! — zawołała przez łzy. Objęła go za szyję i płakała razem z nim.
Wolność
Niewysłowiona nim owładnęła radość.
Powód?
Równie nieznany, jak w gruncie rzeczy nieznane jest wszystko.
Przecież to takie proste. Buǳisz się pewnego ranka… i wyciągasz ręce do świata, by
go objąć, by go ucałować.
Zazwyczaj w sekundę potem dostajesz prztyczka w nos.
Na przykład… Zresztą i na cóż przykładów…
Ale są takie dni, kiedy prztyczków owych nie czujesz… po prostu rozśmieszają cię one
tylko… ot całkiem jakby ich celem był nos twego np. krawca.
I cóż ǳiwnego, że się w dniu takim radujesz?
Pomieszana tu, jak widać, przyczyna ze skutkiem i nie wiadomo już… co było na
początku.
Dość, że rozpierała go po prostu radość.
Chciał pocałować świat.
Zbuǳił się tego ranka w bajecznym kraju swobody.
Wszystko, co go otaczało, było piękne i nowe.
Pokój wielki, widny, świeżo malowany, wokoło ogrody…
,gnoruję was
Tak napisał na lamusie pełnym wczorajszych trosk i o ǳiwo… troski one, wspomnienia,
żale i niemiłe obrazki z dni minionych… przepadły.
Przyszła fala radości i zmyła wszystko do żywej skały. Nie zostało nic… prócz miejsca
na rzeczy nowe.
To były jakieś, sit Yenia Yerbo¹², miodowe sekundy, jakieś momenty małżeństwa tajemniczego
z nową formą zewnętrzną, w jakiej się ukazał świat… ten stary, a tak wy-
śmienicie zawsze ucharakteryzowany komediant.
Szukał formy wypowieǳenia się i latał po pokoju. Nie biegał, nie! Latał. Dotykał
jeno ziemi, ale tak sobie z grzeczności, niepotrzebnie… Właściwie latał… nie chciało mu
się tylko tak znów całkiem dokładnie machać skrzydłami…
Oczywiście, Oczywiście! Przytakiwał zgłaszającej się do życia formie. Wybierał. Ale
nie uznał żadnej.
Zdawało się, że wreszcie uwieńczy najstarszą z nich.
Kołysały nim rytmy, bajecznie te same, a cudne jakieś, nieznane… i znów… oklepane…
ach! jakże oklepane!…
Złapał się za głowę, omal że nie począł śpiewać.
A wracały ciągle. Ile razy wyjrzał przez okno, ile razy zachwycił w oczy tego słonecznego,
złotego blasku, którym tam na świecie przepojone było wszystko, tyle razy czuł, że
na nowo rozpoczynają nim kołysać rytmy cudne jakieś, a znane dobrze, choć znowu pełne
nowej, przeǳiwnej, niewypitej treści, choć tę samą czarę tyle razy miał przy wargach…

Stanął na chwilę. Potem, jakby się namyślił, usiadł przy stole i na ćwiartce listowego
papieru począł pisać:
0oja jedyna
Ale tylko tyle był w stanie nakreślić. Powinien zaś był nierównie więcej i to od dawna
już…
Cała ta ogromna radość miała być… tak się wydawało przez chwilę, powierzona tej
ćwiartce papieru tant bien Tue mal¹³… i iść kędyś, daleko, cieszyć drugą duszę.
Ale o ileż łatwiej byłoby list taki malować, niż pisać: pokój jasny, czysty, ściany pięknym
kryte deseniem, a pod oknami czuby kwitnących czeremch. To przede wszystkim.
Dalej zaś, po obu stronach niedawno dopiero wyciętej ulicy… ogrody, wielkie, zapuszczone
od niepamiętnych widno¹⁴ czasów, ogrody. Pozłocone były kopuły widnych w dali
kościołów, a także i kołki w rozwalonym do połowy płocie, co koślawo, niezdarnie biegł
pomięǳy parcelami. Wypolerowane były wszystkie klamki u drzwi, wyczyszczone szyby
domów, obmyte tramwaje skrzypliwe, dorożki rozklekotane, konie, psy, luǳie, a wszystko
przysłaniała przecudna, nie do określenia przeźroczysta mgła. Czułeś czystość samej
nawet kałuży błota… krystaliczną dostojność brylantowej powierzchni z odbiciem cudów
nieba i ziemi. Co tam… gǳieś, w głębi… o tym ǱIŚ i mowy nie ma. Owo ǱIŚ takie
wydało rozporząǳenie, takie hasło. Iǳie ǳiad kościelny. Szara, czerwonym krzyżem
znaczona opończa błyszczy na słońcu, podobnie jak i brudne koszulki dwojga ǳieci, co
czerpią skorupkami wodę rynsztoka, starając się napełnić nią stary, słomiany kapelusz.
Szkoda, że nie widać karawanu. Jakiż byłby ǳisiaj? Zapewne purpurowy, ognisty, słoń-
cem na kolor radości malowany… A posuwałby się szybko raźnie, nieasobliwie. Oto
oddaje ziemi cząstkę WCZORAJ, po to, by się zjawić mogło ǱIŚ…
I jakże to wszystko napisać?
Więc tylko chyba zaśpiewać czy zagrać na skrzypcach… A może najlepiej otworzyć
jedno okno i powieǳieć:
Patrz
Opisywać znaczy podawać powody, tłumaczyć, objaśniać, często też zaciemniać, by
ukryć, ale zawsze powody… te powody…
No a jakże tu podać powody, czemu się weszło do drugiego pokoju, jasno oświeconego
słońcem…
Stało się
Począł szybko pisać:
„Moja jedyna… Nie wiem, co się stało, ale choć ciebie tu nie ma, choć
losy nasze nie najjaśniejsze, rad jestem z czegoś strasznie”…
Nagle zrozumiał, że jest to niemożliwe.
O, jakże się trudno porozumieć luǳiom. Za każdym słowem, tylekroć sprofanowanym,
utarzanym w błocie podejrzeń… uzasadnionych… tyle się mieści stworów skrytych,
pokracznych, pełnych drwin.
Oto ona pomyśleć może:
„Spotkał pewnie dawno niewiǳianą kochankę”.
Albo:
„Nie jestem mu widać niczym, kiedy wieǳąc, jak jestem smutna, jak samotna…”
Albo, w najlepszym razie, nie rozumie wcale.
I słusznie, bo skądże by…
Rzucił pióro i podszedł do okna.
Powiódł okiem z wysoka po świecie w krąg i pomyślał:
Wszystko to jest królestwo moje.
Uczuł się władnym mocarzem, który by¹⁵ orzeł sieǳi na wysokiej turni, w zamczysku
i mruży oczy, bo wie, że oto ǳiś nikt nie ruszy jego włości.
Nadchoǳiły z wolna różne myśli, ale jednej nade wszystko rad był.
To jest Wolność

Tak mu się przedstawiła wolność, a dusza radosna uciekła z ciała, siadła by¹⁶ ptak
na kwitnącej czeremsze i ǳiwiła się osłupiałemu: „Cóż to za gamoń tam stoi w oknie
z otwartą gębą”.
1ieprawdopodobnie dobrze
I dlatego… dlatego ani listu, ani…
W odległej, ledwo co wyznaczonej ulicy przechodnie nie bywali częstym zjawiskiem;
toteż stojąc w oknie, zauważył zaraz człowieka wlokącego się kędyś widocznie bez celu.
Modny płaszcz wisiał luźno na wyschłym jego ciele, pomięty kapelusz chwiał się na
głowie, tak nisko na piersi opuszczonej, że twarzy wcale widać nie było.
Szedł człowiek ów, a patrzącemu wydało się, że suną za nim wielkim korowodem
zjawy rozliczne.
Skradały się popod¹⁷ parkany chytre pomysły niskich wybiegów, posuwiste a przygięte
do ziemi, jakby zawsze gotowe do skoku szły ambicje, środkiem zaś ulicy, zataczając się
z lekka, toczyły się krągłe, tuczne jak wieprze, uciechy towarzyskie i inne. Wyprzeǳał
jednak wszystkich, sparty¹⁸ na krzywym parasolu poważny, stary, w połamany cylinder
przybrany orangutan z wielką, ciężką księgą pod pachą.
A z ǳiur w chodniku, z otworów suteryn wypełzły różne inne gady i węże i z sykiem
roiły się pod nogami idącego lub wiły spiralnymi skręty¹⁹ w powietrzu.
Od czasu do czasu smutny człowiek przystawał, jakby niepewny drogi i ruszał po chwili
dalej na oślep, byle ujść napastowania potworów, obskakujących go, ledwo się zatrzymał.
Patrzący z okna poznał znajomego i głośno niemal zawołał:
Tak wygląda szczęśliwiec
Tak wygląda, gdy nań nikt nie patrzy… w odległej ulicy. Nie zastanawiając się, co
robi, wychylił się całym ciałem za okno, osłonił usta dłonią i już miał zawołać, gdy nagle
przypomniał sobie swą turń-zamczysko, tę samotnię swoją, tę ciszę, to ogarnianie z wysoka
królestwa… Ach, w cóż by się zmieniły i słoneczna radość, i pustka po zapomnianych
grzechach wczorajszych…
Skrył się
Ogarniony strachem, wspomniawszy, iż tamten może rozgląda się i szuka pomocy,
że mógł go dojrzeć w chwili owego nierozsądnego wychylenia… przywarł z boku do ramy
okiennej i czekał, modląc się, by bez skutku pozostał jego poprzedni, nierozważny
uczynek.
Wszystko mieć musi jakiś skutek i wszystko jest skutkiem — myślał.
Dobrze, dobrze, byle nie to… byle nie to…
No i jakoś… jakoś minęło…
Znajomy poszedł dalej, zabierając swoją menażerię. Ostrożnie wychyliwszy głowę,
obserwował to król zamczyska… No i jakoś minęło… ǲiwny, ǳiwny ǳień.
Uczucie wǳięczności nim owładnęło, uczucie, które zwykle pożąda się przejawić
w czynie.
Jakiś piękny tedy… ale piękny czyn.
Do pracy, do pracy!
Tak. Trzeba się okazać godnym łaski otrzymanej niespoǳiewanie, uzyskanego nowego
życia.
A praca ta, musi to być coś całkiem nowego, przepojona być winna uczuciem, z któ-
rego wzięła życie.
(wangelia radości
Musi to być. Tak. Nie inaczej.
I znowu zakołysały nim rytmy dawne, odwieczne, nowe, nieznane, zgoła niepoznawalne.
Jednym ruchem skrzydeł wzbił się wysoko i z tych wyżyn spoglądając na opuszczone
ciało, pytała dusza jego zdumiona: „Cóż to za gamoń tam stoi przy oknie z otwartą gębą?”.
Od chwili już oǳywało się coś na ulicy monotonnie.
Nie słyszał naturalnie.

Było to, jakby skrzypiała taczka, nienasmarowany wózek czy coś podobnego.
Cały balast doświadczeń… myślał… precz… naturalnie.
Z wszystkiego samo jego uczucie wyzwolenia… tak…
A cóż tam znowu tak skrzypi?
Poskoczył do okna.
Ulicą pustą, otoczoną parkanami, spoza których wychylały się śnieżyste czuby rozkwitłych
czeremch, szedł z trudem człek jakiś i ciągnął za sobą na konopnej szlei spory
wózek.
Na wózku onym rzeczy było niemało, w miarę zbliżania się widać je było coraz wyraźniej.
Przeważały skorupy z potłuczonych, cudnych niegdyś amfor. Ale trucizny snadź mie-
ściły w sobie, bo zielone na nich i sine widniały osady, z innych zaś dotąd mętna ściekała
ciecz na bruk uliczny. Dalej czerniły się przekisłe, popękane garnki, w których królowa
NĘǱA wczoraj jeszcze pewnie gotowała strawę coǳienną. Z boku wychylały się
na świat niepewnie trzewiki, podarte na drogach cnoty, poplamione błotem, po krętych
ścieżynach życia uzbieranym mozolnie. Nad tym drobiazgiem, przygniatając go wprost
swą ważką personą, trzęsła się wielka komoda, pełna fałszowanych dokumentów szlachetności,
a obok niej widniała miednica ku myciu w czystości rąk służąca i jako żywo
w tej służbie obrzydliwymi plamami okryta.
Ale wszystko to byłoby niczym, gdybym zapomniał o niewielkim, sterczącym nogami
w górę stole. Przy nim… zresztą mniejsza o dokładność… dość, że był on przykrą,
nader przykrą pamiątką dni minionych. Coś o uczcie się zaplątało w pamięci niechętnej
wspomnieniom, o uczcie braterskiej, kartach, cykutowym winie, gościu spoǳiewanym,
tym i owym… ot smutne, smutne rzeczy…
Wszystko, a nie wyliczyłem ni małej części onych rupieci, mieściło się na wózku,
a przewiązane były troskliwie porządnym sznurem, z widocznym nawet staraniem o elegancję.
Ten, kto to uczynił, w całej pełni zasługiwał na miano zdolnego i o dobro klientów
dbałego fachowca.
Człek to był zresztą ǳiwny jakiś.
Teraz, gdy przystanął dla spocznienia i ocierał pot z czoła rękawem, widać go było
wyraźnie.
Rysy miał ostre, haczykowaty nos, zarost czarny, kęǳierzawy.
Uśmiechał się jowialnie, szeroko otwierając usta.
Na głowie jego widniała czerwona czapka, z przypiętą z przodu blachą. Słońce grało
na niej barwami tęczy, jak na szybie katedry i z dala jaśniał wyraźnie napis:
Posługacz publiczny
Czapka sieǳiała na głowie krzywo jakoś, a spod niej wyzierał mały, krzywy, kosmaty
rożek diabelski.
Ogon biesi dla większej wygody okręcony był około bioder i zastępował sznur, jakim
się opasują zazwyczaj tragarze.
Postał chwilę, zapiął na piersiach rozwartą niebieską bluzę, a znalazłszy oczyma stoją-
cego u okna w osłupieniu człowieka, zdjął uprzejmie czapkę z głowy, skłonił się i zawołał:
— Całuję tyż pokornie rączki pana dobroǳieja. Zmaruǳiło się. Ale nimem się ta na policyi
o adrys dopytał… Straśna ciżba…
Cel
— Nie wiǳę powodów zapuszczania się w badanie początków i celu naszego bytu! —
mówiła do swej sąsiadki drobina bromku srebra, tkwiąca w żelatynie płyty fotograficznej.
— Świat jest to ogromna, bliżej niezbadana płaszczyzna, sięgająca na wszystkie strony
w „CZARNY PAPIER”, czyli nieskończoność, a każda z nas ma stałe swoje miejsce od
wieków wyznaczone przez„WIELKĄ CIEMNOŚĆ”, jedyną, dobroczynną, niepoǳielną
i ostateczną przyczynę wszystkiego, co istnieje. Istnieją zaś tylko dwie rzeczy na świecie:

my i żelatyna. Ta ostatnia jest stworzona dla nas. Oto wszystko, co wieǳieć można…
reszta jest głupstwem.
— A jednak przypuścić możemy, że był czas, kiedy zgoła inaczej ǳiało się pod
CZARNYM PAPIEREM… mógł istnieć czas, kiedy…
— No… kiedy co?
— Kiedy nie było nawet samego CZARNEGO PAPIERU!
— Milcz!
— Być może, iż nawet nasz stan obecny, wytworzony przez WIELKĄ CIEMNOŚĆ,
nie jest odwiecznym i jedynym, a także nie jest ostatecznym i definitywnym… być mo-
że, że przedtem… niezmiernie dawno, w toniach przedwieczności istniało coś całkiem
innego… coś‥
Zamilkła, nie śmiejąc dalej snuć przypuszczeń, pewna zresztą, że nie znajǳie zrozumienia
u sąsiadki.
Tak się też stało.
Ortodoksyjna interlokutorka, nie mogąc się odwrócić od buntowniczki, ni oddalić,
zamilkła na znak wzgardy. Złorzeczyła w ciszy WIELKIEJ CIEMNOŚCI za to, że umie-
ściła ją obok tej wariatki, na całą wieczność skazała na to okropne sąsieǳtwo i pozbawiła
rozkoszy harmonĳnego, spokojnego życia pośród równych sobie pojęciami i charakterem.
Z nieznanych źródeł zroǳone, nie wiadomo jak i przez kogo dalej snute, plątały się
wśród statecznego zbiorowiska drobin, istot jednakich z pozoru, rząǳących się absolutną
oczywistością i nietykalną uznających równość, niejasne, mgliste legendy o rzeczach
naǳwyczajnych, przekraczających rozum, niepodległych prawom normalnego spostrze-
żenia… słowem głupstwa!
Legendy owe, nazywane przez niektórych „wspomnieniami”, mówiły o początku Obraz świata, Bóg
PŁYTY i jej stopniowych przemianach, zanim wraz z istotami na niej osiadłymi stała
się tym, czym była obecnie. Niby wątłe cienie snuły się klechdy o słodkim, czerwonym,
łagodnym spojrzeniu innego boga, boga, który istniał dawno, dawno, przed naroǳeniem
WIELKIEJ CIEMNOŚCI, który wisiał wysoko w przeraźnej dali, kędyś poza ǳisiejszą
nieskończonością i mówiły, że to on, ten bóg jest stwórcą PŁYTY i wszystkiego co się
na niej znajduje. W on czas, WIELKA CIEMNOŚĆ nie istniała jeszcze w obecnej swej
formie, kształtowała się dopiero. Władał zaś dobroczynny, niepojęty i słodki bóg: CZERWONA
LAMPA. Ale z biegiem czasu zaszły zmiany. WIELKA CIEMNOŚĆ rozrósłszy
się niezmiernie, z potężnym szumem, dnia jednego oblała świat i w jej czarnych falach
zatonęło dobroczynne bóstwo. Na znak tego zwycięstwa ciemności, legł na świecie potęż-
ny demon CZARNY PAPIER i nastąpiwszy potężną swą stopą na zdrętwiałą ze strachu
płytę, rozkazał nazywać siebie Nieskończonością. Był to jakby wielkorządca nowego boga,
absolutny, jedyny i nieodpowieǳialny tyran. Oznaczył granice istnienia i zakazawszy
myśleć o czymkolwiek poza sobą, zabiwszy wszelaką możność badania… obojętny na urą-
gliwe pogwary i chybotliwe marzenia, legł spoczywać na zdobytym świecie. I zdawało się,
że odpoczynek ten trwać bęǳie wiekuiście.
Gǳieś ponad nim, o czym wieǳieć jeszcze pozwalała wieǳa urzędowa, w niepewnej
dali, trwała WIELKA CIEMNOŚĆ, przyczyna wszechrzeczy, jako taka jedyna, odwieczna,
niepoǳielna i wyłączna. Zaś idea boga czerwonookiego nikła z wolna, jawiąc się już
teraz tylko w marzeniach.
Tak głosili poeci.
Ale nikt ich nie chciał słuchać.
Wiekowe doświadczenie przeczyło wszelkim zmianom i przemawiało silniej do umysłów.
Było faktem. Narzucało się jako prawo natury, przez samo swe istnienie udowodnione.
Zezłoszczona sąsiadka marzycielki, rozpowieǳiawszy pobliskim o przypadłościach
mózgowych biedaczki, rozpęǳiła się tak w elokwencji, że zapominając o zaprzysiężonej
pogarǳie, przerwała milczenie:
— Zaprawdę moja droga, mówi mi głos wewnętrzny, że ty właściwie nie należysz
do naszego zbiorowiska. Ty, wprost myślę, dostałaś się do nas tylko przypadkiem. Tak!
Tak! Wiǳę to jasno! Spadłaś tu do nas z innego świata (o ile są światy inne). Ha, ha,

ha! Barǳo być może, że gǳieś w przestrzeniach, pod samym CZARNYM PAPIEREM
wiszą zwariowane drobiny, przez Opatrzność wykluczone z życia, dla dobra naszej płyty.
Niezawodnie spadłaś stamtąd i utkwiłaś pośrodku nas! Nie wiem tylko, czemu cię złośliwy
przypadek rzucił właśnie koło mnie. Prawǳiwe nieszczęście!
Zgromiona milczała długo. Wreszcie zaczęła z cicha:
— Nie gniewaj się, moja droga! Wybacz, że cię może nuǳę. Ale rada bym zapytać
jeszcze o jedno. Tylko o jedno!
— Mów! — odsapnęła zapytana, rada, że ją proszą o pouczenie. Uczyć to barǳo
przyjemnie, to pochlebia.
— Powieǳ mi, jaki tedy cel naszego istnienia?
— Cel?
— Tak. Taki rozumny sens życia. Wszystko wkoło ma cel. Tedy²⁰ jaki jest nasz cel?
Zaległa cisza. Wreszcie powieǳiała nauczycielka:
— Muszę uchylić to pytanie. Znam tylko samo życie. Wszystko, co ma cel, ma ten cel
dla życia. Jeżeli zaś samo życie ma cel jaki, to celem tym jest tylko ono samo. Zrozumiałaś?
— Nie.
— Spoǳiewałem się tego. Nie znasz filozofii.
— Myślę tak: czy my kiedyś staniemy się czymś wyższym i czy żyjemy po to, aby się
kiedyś tym stać?
— To nie jest żadna filozofia, moja droga! To się nazywa „circulus vitiosus”! Rozumiesz?
To jest błędny sylogizm, czyli, inaczej mówiąc, głupstwo! To nawet nie jest żadna
kwestia, bo taka kwestia w ogóle nie istnieje. Czymś wyższym? Phi! Najwyższym, poznawalnym
jest CZARNY PAPIER… Czymś wyższym? No powieǳ no mi moja droga, jak
sobie wyobrażasz to „wyższe”? Czym chciałabyś zostać? Powieǳ, a śmiało, mam trochę
czasu zbędnego! Milczysz?… Jeszcze milczysz… Czyżbyś nie miała do mnie zaufania?
Nie było odpowieǳi.
Po chwili dopiero ozwała się pytająca:
— To prawda. Nie jestem w stanie określić formy bytu innej jak nasza. Ale czemuż ja
to czuję? Dlaczego tęsknię? Czy tęsknić można za absurdalnym, za niemożliwym. Czuję…
— Oczywiście! I ja też czuję… — przyznała mentorka.
— Naprawdę! A co? — spytała rozkosznie zǳiwiona.
— Czuję, że mi barǳo dobrze w żelatynie! — Wygrawszy sprawę, sapnęła z ukontentowania,
a na jej powierzchni pojawiło się coś niby uśmiech satysfakcji. Tak samo
sąǳił ogół.
Niewiǳialna WIELKA CIEMNOŚĆ i najwyższe z poznawalnych CZARNY PAPIER,
oto wszystko. Marzenia i przeczucia… oto nic.
— Czyż to prawda, że jestem wariatką? — pytała się samej siebie nieszczęsna drobina
bromku srebra. — Czyż rzeczywiście wszyscy, na całej PŁYCIE myślą tak, jak to
słyszałam, a tylko ja jedna… tylko ja jedna… Tak, tak… to jasne…
Rozpaczliwym spojrzeniem objęła swe otoczenie. Wokół, jak okiem sięgnąć, same
przysadkowate, wtopione po szyję w rogowatą masę drobiny zezowały ku niej złośliwie.
„Tak, tak… nie ma wątpliwości… ona ma rację, one wszystkie mają rację!” — krzyknęło
jej w sercu.
„A może jest ktoś? — myślała. — Może tak samo jak ja cierpi druga dusza… może
ich jest dużo…”
To byłoby ocaleniem! Może są… Są na pewno! Tylko daleko niezawodnie, ogromnie
daleko, gǳieś poza tą gęstwą wrogów… Są może opodal… coś mi mówi, że są barǳo
blisko! Ale to wszystko jedno. Czy są blisko, czy daleko, są zawsze poza sferą porozumienia…
czyli… nie ma ich wcale!
I znowu niepodobna znaleźć wyjścia. Znowu staje się wobec klęski.
Czas mĳał.
Wszyscy wkoło mierzyli go poczuciem dobra i zadowolenia, ona jedna gorączką niepokoju
i rozpaczy.
Aż pewnego dnia stało się coś strasznego.
Powstał szum.

Drobiny od razu pogłuchły, a tu i ówǳie odezwały się głosy:
— Legenda! Legenda! Wspomnĳcie legendę!
Marzycielka nasza ożyła na nowo i w tym chaosie i przerażeniu ogólnym ona jedna
powitała radosną naǳieją groźną katastrofę, siląc się przy tym na dojrzenie owych drobin
pokrewnych, skrytych gǳieś wśród ciżby obcych, chociaż tak bliskich. Ale daremnie.
Nie ujrzała ich wcale.
A groza rosła.
Szum zrazu lekki wzmagał się ustawicznie. Płyta poczęła się chwiać, jak gdyby wichr
uniósł ją na niezmierny, wzburzony ocean. Moce jakieś szarpały CZARNYM PAPIEREM,
który kłębił się i wił, jakby walczył z potężnym wrogiem.
Konwulsyjne wstrząśnienia uczuli wszyscy. Powstała panika, a tym straszniejszą była,
że wszystko tkwiło na swoim miejscu, omdlałe jeno²¹, na poły martwe.
Nikt nie ǳiwił się, choć ǳiały się rzeczy niesłychane, nikt się nie ǳiwił, choć padło
w niwecz odwieczne prawo.
Wszyscy się bali.
Tylko nasza marzycielka pobladłymi ze strachu usty²² szeptała:
— Legenda! Legenda! Wspomnĳcie legendę!
Ale znów nikt nie słuchał.
Nagle, pośród największego szamotania, stała się rzecz niepojęta.
Oto nastała cisza. Cisza absolutna, niemal zgodna z prawem odwiecznym, a wśród tej
ciszy, powoli, bezgłośnie rozwarły się niebiosy i oczom zdrętwiałych z przerażenia ukazało
się Bóstwo:
CZERWONA LAMPA.
Świat opłynął nagle falą krwi. Zatonął w czerwieni. A czerwień ta słodka była i łagodna.
Pieściła pochwycone w topiel drobiny. Całowała je jak matka… i zdawało się, że
mówi: „Nie bójcie się! Nie bójcie! Jam jest światłość miłosierǳia. Nie bójcie się!”.
Długo trwało, nim się ustalił nowy porządek rzeczy. Obraz świata, Religia
A jednak tak się wreszcie stało.
I ǳiwne. Teraz nikt się nie ǳiwił cudowi, od kiedy narzucił się jako prawo. Katastrofa
nabrała wyglądu konieczności, co więcej to, co ongiś potępiano jako marzenie
i herezję, teraz posłużyło do ugruntowania nowego światopoglądu. Przyznano, iż poeci
i marzyciele wieku minionego mieli niejasne, prorocze przeczucie tego, co nastąpi. Czy
było to proroctwem, czy tylko wspomnieniem… O to spierano się długo, aż wreszcie
ogłoszono następującą: „Prawdę o istotnych właściwościach świata i jego początku”.
. Świat widomy, czyli PŁYTA, jest to wielka, niezmierzona płaszczyzna, która zaczęła
swe istnienie w czasie, ale końca mieć nie bęǳie.
. Świat widomy, czyli PŁYTA, stworzonym został w czasie przez Bóstwo najwyższe
CZERWONĄ LAMPĘ i oddanym został w opiekę Bóstwu drugorzędnemu, WIELKIEJ
CIEMNOŚCI. Bóstwo to jest emanacją pierwszego i pozornie tylko z nim sprzeczne,
w istocie zaś substancjonalnie identyczne, choć różniące się funkcjonalnie. WIELKA
CIEMNOŚĆ wyłoniła z siebie, materialniejsze już o wiele, bóstwo trzeciorzędne, CZARNY
PAPIER, którego emanacją, jeszcze barǳiej grubą i materialną jest żelatyna, która
dała życie drobinom bromku srebra.
. Na PŁYCIE nic się nie zmienia, wszystko trwa wiecznie, natomiast bóstwa objawiają
się przez zmiany, czyli LUNACJE.
. CZERWONA LAMPA nawieǳa stworzenie, darząc je światłem, pozwalając im
spozierać w oblicze swoje i darząc rozlicznymi dary.
. Od zachowania się drobin zależą zjawiania się bóstwa przedwiecznego i ǳieje samejże
PŁYTY. Tak to same stworzenia są twórcami swego losu i w tych granicach cieszą
się posiadaniem wolnej woli.
. Ideałem doskonałości jest stan, w którym wszystkie drobiny zasługiwałyby na cią-
głe oglądanie twarzy CZERWONEJ LAMPY. Stan taki nastąpi i wówczas bóstwa dru-

gorzędne znikną, jako już niepotrzebne. Spalą się w płomieniu CZERWONEJ LAMPY
i z nią na wieki zjednoczą.
. Dojście do tego stanu jest celem świata. Tedy celem tego życia jest dojście do życia
wyższego, wydostanie się z kręgu ciemności, ǳiś panującej, w kręg światła, który jest
zarazem stanem definitywnym, ostatecznym i niezmiennym.
. Drogą do tego celu jest wiara, posłuszeństwo i modlitwa.
. Nad wykonaniem praktycznym i nienaruszalnością tej prawdy czuwa kolegium
kapłańskie.
Podpisano: MARZYCIELKA, przewodnicząca
Niedługo po ogłoszeniu „Prawdy o istotnych celach i początku świata” znikło bóstwo
i WIELKA CIEMNOŚĆ znowu roztoczyła swe panowanie.
Ale prawdy raz powstałe nie znikły wraz ze światłem. Pozostały jako jego abstrakcyjny
odblask, jako dobra nowina.
Tryumf Marzycielki był niezmierny, cześć i szacunek, jakimi ją otoczono, niewypowieǳiane.
ǲięki to jej bowiem, ǳięki jej tęsknocie, ǳięki jej wierze, PŁYTA otrzymała rozumowane
prawo moralne, skończył się okres mętnego i płytkiego materializmu, świat
cały przejrzał i poznał swój cel ostateczny.
Otrzymała tytuł: „Dobroczyńcy świata”.
Zaiste nie było to za wiele.
Wszystkie drobiny marzyły teraz o tym, by się dostać w jej pobliże. Ale to było niemożliwe.
Sąsiadka usilnie się starała paść jej do nóg, ale i to okazało się niewykonalne.
Poprzestała tedy na tym, że marzyła bez przerwy, by się jej przypodobać.
Niestety, jej marzenie, jako iż nie była zbytnio lotną, wrychle przybrało postać narzekania.
— O jakże to dawno — jęczała — jakże dawno zniknęło światło! Czyliż już nigdy
WIELKA CIEMNOŚĆ nie rozwinie swych opon?
— Nie szemraj! — nakazywała jej Marzycielka.
I wskazywała na wieki długie, wieki legendarnej wiary w bóstwo, jakie przetrwał świat
od chwili pierwszej zjawy.
— Nie szemraj! — nauczała ją. — Trwaj w tęsknocie!
— Ach! Znowu zeschła ta żelatyna na kamień, tak, że ani wytrwać dłużej!
— Strzeż się! — upominała już surowiej. — Opóźniasz światłość sobie i innym! Módl
się!
— Ach! Modlę się, ale CZERWONA LAMPA widać nie słucha moich modłów!
— Modlitwa twoja pełna jest niecierpliwości! Takich błagań nie słucha bóstwo jedyne,
nieogarnione, wyłączne, prócz którego nic nie ma na świecie, a którego formą jest
wszystko, co istnieje…
Nie mogła domówić swych słów do końca.
Stało się coś przerażającego.
Oto nagle, niespoǳianie, bez szumu i wstrząśnienia, rozdarła się czarna opona WIELKIEJ
CIEMNOŚCI i na świat spadł… piorun!
Jakiś grom bezgłośny.
Jakaś śmierć nagła.
Nagła, a niewypowieǳianie piękna.
Rozpękł się byt, zawaliło życie.
A przez zgliszcza wionęła wizja bezkształtna, niewyobrażalna.
Wizja życia innego, życia, którym żyć nie sposób. Życia-śmierci.
Spadła na świat NICOŚĆ, będąca wszystkim!
Stało się Niezapamiętalne! Niemożliwe!
Przyszło skądś, gǳie przed sekundą żył Bóg.
Jego tam już nie było!
Padł trupem i został pochłonięty.
Cicho i na zawsze.

Było znów czarno, tak czarno, że nie widać było WIELKIEJ CIEMNOŚCI.
Zdawało się, że to jej zwęglone zwłoki wiszą w szmatach ponad światem.
A wokół cisza… cisza… martwota niezmierna.
Cisza, co trwać nie przestanie, bo jest sam trupem, cisza próżna, nie zawierająca nawet
wspomnień, bo TO wszystkie przeraziło.
TO!
Tak się wydawało wszystkim drobinom na płycie.
Wszystkim?
Gdy przeminęło pierwsze osłupienie i poczęto się rozglądać wkoło, nastąpiło nowe
zǳiwienie i nowe, lepiej już uświadomione przerażenie.
Marzycielka, przewodnicząca kolegium kapłańskiego zagadnęła sąsiadkę i nie otrzymała
odpowieǳi. Zǳiwiona, że gadatliwa ta osoba nagle zaniemiała²³, obejrzała ją dokładnie
i… omal nie zemdlała sama ze strachu.
Sąsiadka zmarła.
Tkwiła dalej na swoim miejscu i z pozoru nie zmieniła się wcale. Ale ustało w niej
nagle coś, czego określić nie sposób, czego wypowieǳieć nie można. Jednym słowem,
zmarła.
Od początku świata stało się to po raz pierwszy.
Właśnie jej się to przydarzyło.
Czyż tylko jej?
Wokoło stało się to samo.
W jednym miejscu zmartwiała cała grupa drobin, w innym wszystkie ostały się żywe.
Tam TO uśmierciło kilka tylko, gǳie inǳiej wielka przestrzeń usiana była zmarłymi.
Stał się nowy, niepojęty cud. Śmierć, Zło, Koniec świata
Śmierć.
I to śmierć ǳiwna, fantastyczna, bezprawa²⁴ i bezcelowo okrutna.
Ustalone, wyrozumowane, zgodne z rzeczywistością prawa życia i wynikające z nich
prawa moralne w puch rozbił jakiś piorun, jakieś ZŁO, ǳiałające bez sensu, bez celu,
ǳikie i nieobliczalne.
ZŁO ostateczne, wszechpotężne, a bezrozumne.
ZŁO, którego żywiołem chaos, a skutkiem rozpacz niema, bezbronna i sama w sobie
nierozumna.
Nie warto już było żyć, ani myśleć, nie warto już budować żadnych wartości logicznych,
ani etycznych, nie warto się modlić, ani kląć, cieszyć się, ni smucić.
Czyż poginęli sami źli?
Czyż poginęli sami dobrzy?
Czyż to była kara?
Czyż to była nagroda?
Czy było w tym coś możliwego do poznania?
Ale było w tym jednocześnie wszystko, bo kładło, bo kłaść mogło kres wszystkiemu.
Ale czy wedle woli jakiejś… czy wedle przypadku…
Pewne stało się tylko jedno: CZERWONA LAMPA ZMARŁA.
CZERWONA LAMPA, Bóstwo twórcze, rozumne, logiczne, miłosierǳie, źródło
prawa, emanujące bóstwa inne, wykonawców prawa, zawiadowców szczęścia i zbawienia…
Zmarła… i wszystko przepadło.
Zostało ZŁO…
Szaleństwo siadło na tronie Boga.
Nastał czas ǳiwny.
Zaczęły się szybkie zmiany, których już nawet notować w świadomości nie mogły
skazane na zagładę drobiny bromku srebra.
Przestały się ǳiwić.

Wszystko, z trudem przez wieki ustalone, wypłakane łzami tęsknoty, wyżebrane modłami
długich nocy oczekiwań, wszystko podarło się w szmaty. Związki przyczynowe
pękały. Coś, co dotąd było przyczyną, nagle stało się skutkiem.
Co zmarło, żyło, natomiast żywe przestało istnieć.
Miłosierne, mężne, stało się niemocne i jakby głupkowate…
Nic ǳiwnego. Wszak rząǳiło szaleństwo.
WIELKA CIEMNOŚĆ gǳieś się zapoǳiała.
CZERWONA LAMPA wstała z martwych i zjawiła się po to, by z uśmiechem dobrotliwego
idioty przyświecać męczarniom.
ZŁO poraziło w niej bóstwo, pozostał uśmiech boski, pozostał łagodny, słodki blask…
Jakby w masce swej własnej, dawnej twarzy, przeszedłszy krainę śmierci, wyszła znów
wysoko, jakby na czyjś rozkaz, służalczo i spoglądała na rzeczy straszne, nie mrugnąwszy
okiem. A ǳiały się rzeczy przeraźliwe.
Jakaś nowa moc zanurzyła świat, wraz z wszystkimi żywymi i umarłymi w otchłań
oceanu, w toń niezgłębioną a przejrzystą.
Odwieczne środowisko, w którym żyły drobiny, wzdęło się niezmiernie.
Teraz wszyscy porażeni przez szaleństwo, poczęli czernieć, stawać się podobnymi do
WIELKIEJ CIEMNOŚCI, jakby w zimnym tym morzu bez płomieni spalali się na wę-
giel.
Otoczyło ich płynne piekło.
A żywi, półżywi ze strachu, poprzez toń przeźroczystą, patrzyli w twarz nieboszczyka-
-boga swego, w jego oko czerwone i obojętne. Spoglądali bez modlitwy i bez rozpaczy.
Bo i rozpacz umarła.
Potem zaczął się koniec. Świat ginął w konwulsjach ǳiwacznych i dla samej nawet
zagłady bezcelowych.
Siła jakaś wyniosła płytę wysoko, przewróciła ją ku CZERWONEJ LAMPIE, zatrzymała
na chwilę w tym położeniu, wreszcie zatopiła w inne morze, niewypowieǳianie
zimne i mętne.
Zali²⁵ chciało SZALEŃSTWO pokazać Bóstwu po raz ostatni ruiny?
I po co? Bóstwo przecież przestało rozumieć. Marzycielka zamknęła oczy. Potem
czuła, pogrążona w białych odmętach, że odrywa się od PŁYTY.
Wokół niej fale odrywały kawały roǳimego podłoża wraz z żywymi.
Martwi trzymali się mocno swego grobowca, jakby się z nim zrośli.
Potem wraz z innymi spłynęła… uczuła, że miota nią coś z niezmierną siłą, uderzyła
o skałę śliską i twardą niezmiernie i wreszcie… zatonęła.
Zapadła w biel, nieprześwietloną nawet czerwonym światłem i doznała ǳiwnego wra-
żenia.
Było to jakby rozstępowanie się ciała, rozkład, któremu przyświecała świadomość. Ale
nikła i ona szybko, ginęła… wreszcie skończyło się wszystko.
Na świecie, zeżartym przez orkan SZALEŃSTWA, pozostały same tylko sczerniałe
trupy. Chociaż szarpane zębem ZŁA, z uporem nieświadomym trzymały się powierzchni,
szklistej teraz i niepodobnej do siebie. Leżały w bezładnych kupach, bez celu rozrzucone,
jak je poraził piorun, to blisko siebie, to porozǳielane wielkimi przestrzeniami, to
w cieńszych, to w grubszych warstwach… słowem w niełaǳie bezrozumnym, nikomu
na nic nieprzydatne, niezdolne już nawet odczuwać przeraźliwej jasności; na jaką je wyniesiono,
niezdolne wiǳieć, że CZERWONA LAMPA błysnęła niedługo po śmierci
Marzycielki po raz ostatni i zgasła na wieki.
Czyż Bóstwo oprzytomniało wobec grozy zagłady istoty wybranej i skonało z żalu za
tą, której tęsknota długa, bolesna i wytrwała sprawiła tyle dobrego?
Zginęła Marzycielka, zginął jej świat i cel jego. I nie wieǳiała, że na zeżartym Szaleństwem
świecie stała się rzecz nowa. Powstał obraz istoty wyższej, a cel PŁYTY spełnił
się dla niej.
Powstał portret CZŁOWIEKA.

Istoty, której świat drobin bromku srebra nigdy nie wiǳiał i nie mógł wiǳieć.
Portret CZŁOWIEKA.
A jakież długie szeregi aniołów postępują drogą wiodącą z nizin pojęć człowieczych,
do tronu BOGA.
Pułapka
Trzymał się półprzytomny ze strachu zimnych, rǳawych krat więzienia i szeptał w czarną
noc:
— Słuchaj! Słuchaj!
— Słucham! — mówiła noc czarna i wył wichr²⁶.
— Zbłąǳiłem w zakamarek, zbłąǳiłem… Coś zatrzasnęło drzwi… wyjść nie było
sposobu… domy się poczęły ruszać… obstąpiły mnie parkany… przygięły się drzewa od
góry… a nade wszystko, ktoś zatrzasnął drzwi…
— Ja… noc, ciemność…
— Ty?… Nie, nie mów tak… Nie przerywaj… Nie może być… Więc mówię… zbłą-
ǳiłem… A chciałem jeno… czekaj… coś chciałem… Aha… Coś połyskało na bruku…
— Szkło! Szkło! Rozbita flaszka z wódki… Przeglądał się w niej Syriusz świetny…
— Skąd wiesz? Nie, to było coś cudnego… I po cóż bym….
— Nie… nie…
— I po cóż bym dlatego miał zbaczać? Zresztą… wszystko jedno… nic zmienić tego
nie zdoła, że: zbłąǳiłem.
— Nieprawda…
— Zbłąǳiłem… błąǳił… ǳił…‥ ǳił… eeeem… em!… Żeeee… błąǳił… błą… Żeee… Sumienie, Kondycja luǳka,
Coś jak papuga wrzeszczało gǳieś z góry spod sufitu. Zwierzęta
Więzień zeskoczył z przymurka, na którym wisiał, kurczowo trzymając się kraty.
Papuga się zbuǳiła. Sumienie! Cała znów noc męczarni… Co począć… co?
Wyciągnął pięści w stronę ptaka i wbiwszy oczy w ciemność, rozkazał:
— Milcz!
Przez chwilę łopotały skrzydła i rozlegały się gardłowe dźwięki. Potem nastała cisza.
Liczył sekundy: jedna, dwie, trzy… dobrze!
— Posłuchaj! — szepnęła znów ciemność — To było tak…
— Czekaj! Czekaj! Jest tu pewnie jeszcze druga bestia. Poczekaj. Wlecze się przecież
za człowiekiem druga forma sumienia… poczekaj…
Z wyciągniętymi ramiony²⁷ obszedł całą celę. Nic.
A może tam w górze, pod sklepieniem? — pomyślał.
I jakby w oǳew przypuszczeniu rozległ się kędyś spośród rozgałęzień gotyckich żeber
cichy, szyderczy śmiech.
Szukał skrzętnie za czymś²⁸, co by mu posłużyć mogło.
— Mam! — odetchnął radośnie.
Znalazł deskę ze sporym, sterczącym gwoźǳiem.
Oparł ją o mur, wspiął się wzwyż i szukał po sklepieniu.
Natrafił na gotyckie wypukłe żebra, niby napęczniałe krwawe żyły ciała luǳkiego czy
gałęzie drzewa.
Szedł po konarze żebra i wnet dotknął zwornika.
Misternie był wyrobiony w kształt małpy.
Położył dłoń na jej ustach. Śmiały się szyderczo, cicho.
Zamachnął się i trzasnął pięścią w te usta.
Zeskoczył na dół, rad barǳo.
Kopnął deskę. Padła z łoskotem. Zahuczało rozgłośnie, potem kaźnię zaległa cisza
głęboka.

— Teraz mów! — powieǳiał w ciemń nocy. — Jak się to stało?
Nic mu nie odpowieǳiało. Czekał, czekał… daremnie. Ta cisza wprowaǳiła go w rozpacz.
Zrozumiał, że chcąc nawiązać kontakt z zaświatem… zerwał go.
Chcąc uprościć drogę, zadeptał ślady w gąszczu życia.
Cisza.
Rad by był usłyszeć cokolwiek, bodaj głos jakiś, bodaj papugi wrzask, bodaj śmiech
małpy.
— Mów! — prosił jak ǳiecko spłakane, zestraszone²⁹.
Nie odpowiadało nic.
Jak człowiek, który wszystko utracił, począł rozumować trzeźwo, zimno, porządnie.
Był zdany na siły własne. Przede wszystkim więc: Jak się to stało?
— Szedłem prosto… nagle…
I już nic więcej nie wieǳiał, bo jakże może cokolwiek wieǳieć człowiek, który nagle
zapadł się w świat inny.
Byle promyk słońca, byle głos jakiś. Po tej wątłej nici wydostałby się jakoś w świat
żywych.
To nie był sen. O, sen jest jaśnią i prawdą wobec tych oto ciemności. Nie grób… grób Strach, Ptak
jest ogrodem wobec tej kaźni!
Wstał i jął³⁰ choǳić wokół zamkniętej przestrzeni.
Naraz stanął. Coś pukało… pukało… cichutko, lekko… ledwo dosłyszalnie. Zaczął
szukać. Woǳił rękami po ścianach. Suwał je z góry aż do posaǳki. Nic. Szukał dalej…
idą za owym nieuchwytnym pukaniem.
Nagle zadrżał.
Natrafił na coś miękkiego, ciepłego.
Po chwili trzymał w dłoniach małą ptaszynę.
Serce ptaka waliło młotem.
Od uderzeń tych drżał cały, drżały mury więzienia, tętniła ziemia…
Czuł, że uderzenia te mogą rozwalić ziemię.
Albowiem był to strach.
Porwał się biec ku oknu, ale musiał go długo szukać. Nareszcie trafił i wsunąwszy
rękę poprzez kraty otworzył dłoń.
Rozległ się furkot skrzydeł.
— A to było tak… — posłyszał nagle z ciemności.
Ciemń zaczęła opowiadać.
Przywarł do krat łakomie. Ujrzał słońce na czerni, rozświetliła się noc. Zrozumiał, że
może w ciemku żyć radość.
Leżał na twardej słomie, głos od okna przywołał go i szeptać począł:
— A to było… tak…
— Jak? — spytał.
— Szedłeś prosto… prościuteńko, jak każe prawo… a nad głową twą była pieśń…
— Tyle wiem sam. Była pieśń radosna.
— Tak. Szedłeś tedy… gdy wtem nagle‥
— Już wiem! Szkło! Rozbita flaszka!
— Nie!… Gǳież tam!
— Nie?
— Więc mówię ci… Szedłeś… wtem… nagle z bocznej, brudnej uliczki ktoś krzyknął:
„Ratunku!”.
— I co? I co dalej? — pytał rozciekawiony. Nagle pod sklepieniem załopotały skrzydła.
Więzień skurczył się ze strachu. Czekał… wysilił swą wolę, skupiał do rozkazu, ale
czuł, że mu jej braknie, że nie uśmierzy sumienia.
— Wiesz, jak to się stało — powieǳiała znów ciemność.
No wiem… Ktoś z bocznej uliczki zawołał…
— Ale nie! Nie!
— Znowu inaczej?

— Tak było… Słuchaj! Szedłeś ulicą… szedłeś… ponad twoją głową był sztandar Jutra
z koroną cierniową na czerwieni niepokalanej… wtem nagle…
— Ktoś krzyknął…
— Nie! Wcale nie!… Nagle zapłakało ǳiecko… ǳiecko… mała ǳiecina przestraszona
tym, że śmieci porwane wiatrem tańczą ǳiwacznie w kółko.
— I dlatego… ja…?
— Któż ci mówi, że dlatego…? Tak… było… to dosyć… tak lub podobnie… Dlaczego
to ON jeden chyba wie sam tylko… albo i ON nie wie… Może tego pytania całkiem
nie ma… Któż zgadnie… Wiele „kwestii” pojawiało się na świecie, pojawia się i pojawiać
bęǳie… choć wcale nie istnieją.
…To prawda. Na pytanie: „Dlaczego?”… odpowieǳieć się całkiem nie da… i koniec…
podobnie jak na skrzyp drzwi źle nasmarowanych albo dźwięk ǳwonka… pomyślał.
Poweselał. Rzeźwy był, silnym się czuł, wszystko w nim wołało o czyn.
Z wyciągnionymi³¹ przed się rękami choǳił po kaźni od muru do muru.
Ratować, myślał, ratować trzeba…. ratować koniecznie, jeśli już nie mnie, to to, co
niosę… …Serca mego męstwo, woli rozmach spętany rozkuć muszę… Tak człekowi nie
wolno ginąć… nie wolno… Złe patrzy… a gdy pozna, że silne… Ratować trzeba siebie….
ratować… ratować!
Potrącił deskę, z której sięgał ku sklepieniu i po chwili dłubał wyjętym z niej gwoź-
ǳiem koło osady kraty. Ale to było czyste ǳieciństwo… Ileż lat… ile lat, a co jeść tymczasem?
Jedynie u drzwi coś by się może zrobić dało… zaraz… ten szty… potem… tamten…
ano może się uda…
Zajęła go praca, klęczał u drzwi odwrócony od okna, którego prostokąt nieznacznie
odciął się od czarnego wnętrza kaźni. Wytężywszy wzrok, dostrzec też można było obok
okna wypukłe żebro sklepienia i jakieś połyskujące oczy wysoko ponad drzwiami, jakby
ptak drapieżny sieǳiał przyczajony na gzymsie.
Pracował żarliwie, chociaż bez widocznego skutku, wybić usiłował nity wiążące zamek,
dostać się do jego wnętrza.
Przestał rozmyślać, był niemal wesoły, miał coś w roǳaju naǳiei… To był przynajmniej
realny, prawǳiwy zamek, zrobiony przez prawǳiwych luǳi… już bez pytania
oczywista jawa… Dotykał palcami tej rzeczywistości… syn ziemi pieścił żelazo wykopane
z tej ziemi, obrobione rękami czy maszynami luǳkimi…
— Chodź no! Chodź! — szemrało od okna, mimo że nikogo nie było widać.
Zbliżywszy się, choć ciemności zalegały wszystko, miał wrażenie, że okno więzienne
znajduje się wysoko, barǳo wysoko ponad ziemią i że wychyliwszy się, można by patrzyć
wprost z góry na czuby drzew i dachy domów.
— Wychyl się… wychyl się… — usłyszał.
Nagle coś mu się ciężkiego położyło na ramionach, jak gdyby ktoś go przytrzymywał
z tyłu i nad samym uchem coś szepnęło:
— Samobójca!… Samobójca…
Chwycił się krat i trzymając się ich silnie, pił powietrze całą piersią. Teraz, gdy było Wolność, Śmierć
bodaj trochę rozwidnione, stało mu się z dławiącej trucizny nektarem.
Pił powietrze, nie słuchając wcale, co szemrze koło niego. Był nawykły do głosów,
dobywających się z każdego stworzenia… czytał ruch chmur i gwiazd hierogli…
Wołało go wciąż, bez ustanku:
— Chodź no! Chodź! Już czas!
— Kędyż³²? Kędy? — pytał.
— Przez Wrota Strachu! — odpowieǳiał głos, jakby z wielkiej dali.
Dreszcz nim wstrząsnął.
— Jak to? Już?… ǲiś?
Pytał jak ǳiecko, co się boi dać wyrwać ząb zepsuty.

Znowu nie rozumiał nic a nic… Ten głos, ten głos, który go ratował tyle, tyle razy…
teraz, w chwili nieszczęścia, w zawikłania momencie, strasznej goryczy, czaszę śmierci do
ust mu przykłada?
Wrota Strachu… Nie, kiedyś, wśród światłości i ciszy, gdy zbieleją już włosy… ale
teraz… ǳiś…
Umiał czytać ruch chmur, gwiazd hierogli… i cóż z tego… nie umiał przeczytać
swego życia…
— Chodź! — mówiła ciemność z coraz większej dali. — Chodź w przemienione istnienie,
w wolność, ty spracowany za młodu… chodź po szafirze radosnych tropów szukać
życia innego co dnia…
— I czemuż — pytał — ty oddalająca się, tająca się w czerni wabisz mnie na okropną,
przeraźną³³ ścieżkę? Mówiłaś mi zawsze o zwycięstwie, o nieśmiertelności…
Z dali, ale wyraźnie, jak głos ǳwonu, posłyszał:
— Jak to?… nie wiesz?… Nieśmiertelność jest córką skonu.
— Wiem, wiem — odparł, trzymając się krat — Wiem, ale… wszakże kraty…
— Chodź! Jeszcze chwila, a drzwi się mogą zamknąć z trzaskiem… na zawsze…
Na poły zdecydowany zszedł jednak z przymurka i nagle rzucił się na posłanie ze
słomy.
— A niech się tam zatrzaskują drzwi — pomyślał lekceważąco — byleby wróciło to,
co jest prawǳiwą, coǳienną prawdą… to życie bez maski, czy też nawet w masce, ale
w znanej, dobrze znanej masce jawy… ach… byle wróciło…!
Ale nim dokończył tej myśli, już zawołał:
— Nie! Nie! Nie chcę przemazać³⁴ pragnień…. nie! Raczej śmierć!
— Chodź! — doleciało go z dali wielkiej. Zerwał się.
— Dobrze! — wrzasnął z rozpaczą na całe gardło, aż jękły³⁵ echa potężne. — Dobrze!
Idę!
Wyskoczył na okno i przechylił się na zewnątrz.
Zǳiwiło go, że przemknął kratę jak duch. Zǳiwiło go też, że nie zaskrzeczała papuga.
— Ach! Więc ja nie zbłąǳiłem! — pomyślał — to była moja droga… kawałek tylko
biegła pośród ciemności…
I ogarnięty nagle ogromną radością, wolny już wnętrznie³⁶, rzucił się w półmrok
gęsty.
Ledwo stracił spod nóg ziemię, uczuł, że się kłębi pod nim powietrze, że go niesie,
że u rąk ma długie, kładące się na fali wiatru skrzydła giętkie, ruchliwe, czułe na każde
drgnienie, a stalowe, zdolne nieść wysoko… w samo choćby niebo.
Spłynął. I nagle ujrzał przed sobą w niepojętej oddali coś błyszczącego, niby mała
gwiazda.
Podobne to było błyszczącemu ziarnu pszenicy.
Otaczała je jakby mgła jasna, jakby płomień liliowy, to znów szafirowy…
Od gwiazdy tej jaśniała szybko ciemna przestrzeń. Pęǳił w topiel światła, ciągniony,
bezwolny, choć jednocześnie własną mocą, pospiesznie, nagląc się sam, jak do wybawienia.
Pod sklepieniem kaźni więziennej rozległ się łopot skrzydeł.
Wielkie, ciężkie ptaszysko sunęło na dół, siadło na przymurku okna i wsaǳiwszy
głowę w kwaterę kraty patrzyło w rosnącą jasność, mrugając oczami.
A ponad ptakiem chwiała się w powietrzu na długiej, wężej³⁷ szyi maska rozgrymaszonej
małpy.
Patrzyła, co się ǳieje.

Świt
Ciemno. Wysoko, na gankach, nad przepaścią podwórza miejskiego zawieszonych jedne
nad drugimi, za dnia snują się coǳienności, dudniąc obcasami, szmer spódnic dolata
stamtąd… Teraz cicho. Deski tylko tu i ówǳie rozsunięte, tak iż z dołu wiǳisz przez
szpary niebo, a w ǳień, idąc gankiem, patrzysz ze strachem wprost w kałużę, nisko pod
tobą na ziemi.
Ciemno. Nie głosi życia ruch ni szmer ciągły, który jest za dnia bytu znamieniem…
ciemno, czerń zaś ta, zda się, leży wprost na piersiach twoich, jak ziemia na rzuconym
w dół i zasypanym psie bezpańskim.
Ciemno. Nie wybiła goǳina wstawania nowych radości, a czarność leczy rany wczorajsze…
chowa pomarłe stworzenia… dobra jest bowiem dla tych, co już wyrośli spod
opieki słońca… dojrzeli do WIELKIEJ PODRÓŻY.
Ciemno. Ale choć oczom, co mają po ziemi szukać swych pożytków… uciech… i mi-
łości, światła za mało, patrzmy, czy na bezjawej pustaci nie zalśni tu kędyś ślad PRZEWODNIKA.
Nad miastem wysoko Bóg-Orzeł przed świtem, Bóg-Orzeł mocny, dalekowiǳ nad
dalekowiǳe wisi na rozpostartych skrzydłach i patrzy.
Nim świat się z nicości wychyli, iǳie z dołu niby oddech śpiącego, gorąca fala, mdła,
niemiła.
Linie zaczną nabierać znaczenia, staną się znakami, z plamy wstanie kształt, rzecz
żywa, stwora śpiąca albo rzecz, co kryje w sobie żywe.
On, patrzący z góry, wie dobrze, że to wszystko jeno symbol. Kontur światłem okre-
ślony, plam parę. Tajemnica na przykład słońca przez to, że na nią patrzymy co dnia, nie
staje się ǳięki temu jasną… my jeno, my patrzący kujemy słowa i stajemy się dewotkami,
co skutkiem częstego sypiania po kościołach mniemają, iż mogą z familiarnym uśmiechem
patrzyć, jak się w rękach kapłana dokonywuje przemiana prochu ziemi w BOGA
żywego…
On też patrzy, chcenie swe twórcze odsunąwszy ręką od ǳiałania, jak się odsuwa
natrętne ǳiecko. Patrzy na zjawę błędną, co ǳiwną, zygzakowatą drogę zakreśliwszy, od
wczoraj spadła ot tu… po wiekach czy sekundach, nie wiadomo… pod bramę kamienicy
dotąd zamknioną³⁸ i drżąc ze zimna, przytulona u proga czeka… czeka smutnie, by
wpaść co żywo… co żywo… i nie płacąc ODŹWIERNEMU-LOSOWI, który otworzy
skrzypliwe wrota, co pręǳej wbiec na schody… po dwa… po… trzy… skacząc do siebie
do łóżka… do coǳienności, watowanej cichością półmroczną, do spokoju, odrętwienia.
On się nie złuǳi niczym, choć wnet się „życie” wynurzy, to jest to, co ja, ty, on,
my, wy, oni… zwiemy znanym i bliskim… my, kiepscy astronomowie, co nie świadomi
pokrewieństwa gwiazd, tworzymy konstelację pozorów, fakty, majaki, nicość na nicości,
głuszę w milczeniu, ciemń na czerni… słowa.
Coś leci pustymi ulicami. Coś tętni donośnie, pogłos wzrasta… przybliża się.
Jakiż to wczesny znak życia?
Nie jest to pewnie wóz-śmietnik, bo ǳwoni inaczej, sunie powoli… wieǳąc, że co
krok zatrzymać mu się trzeba, by nowe brzemię nabrać na się.
Nie pora mu zresztą jeszcze. Jeszcze ciemno i wóz śpi cicho, czyściuteńko wymieciony
z wczorajszych obrzydliwości…
Coraz to głośniejszy tętent. To podkowy. Koń leci po nierównym bruku… rzuca się
naprzód jak ryba we woǳie… pęǳi wśród nocy.
Mignął w kopcącym świetle latarni dalekiej cień i poszła od zaułka do zaułka pogłoska:
Na rozpęǳonym koniu, jeźǳiec… do ciała przywiązany duch… duch jeszcze przed
chwilą promienny, teraz poczerniały jak ośnieǳiałe złoto.

Lecą. W omdlałym ręku ducha nad ranem zwolniały woǳe, czy chciał może do-
świadczyć siły swej… i uległ? Nie wiadomo. Koń niesie jeźdźca. Ratunku nie ma… Noc…
ciemno… pusto… ni żywego człeka…
Pęǳą… tam… ku… rzece… czy dokądś…
Może w ostatnią przed świtem kałużę użycia, świadomi, iż powstyǳić się przyjǳie
słońca…
Nie. Pęǳą w dół, ku rzece… Niechby się wreszcie bestia i zatopiła… rzeka się ǳiwnie
szybko sama oczyszcza…. ale duch… duch… kto odwiąże ducha?
Łomocą po bruku podkowy, odbłysk skier krzesanych dolata… zniszczała cała cisza
przedświtowa. Błędny tułacz pod progiem, który śnił o domu, nie mając czym doń wejścia
opłacić, zbuǳił się i uczuł, że zimno, że barǳo zimno… Huczy po ulicach przeraźnie³⁹,
a echa echom podają gryzące, pilne pytanie:
Ale duch… duch… kto odwiąże ducha?
Zza węgła domu, ze szpary pomięǳy murem a parkanem ogrodu wypełzło coś. Leciuteńkie,
szarawe tony przylgnęły już do ścian, choć na niebie zmian nie widać wyraź-
nych ku jasności. Zda mi się, widać łeb. Wieczysty, pretensjonalny żal, jaszczur zielony
powraca z łowów nocnych.
Rusza się, miele żuchwami jaskry, stokrocie… Jada wszystko, mówią… wszystko, co
się zjeść daje, tylko baczy, by nikt nie wiǳiał… przecież on „żal”.
Wiǳę go. Napęczniały, opity wodą, lśniący stoi w niepewnej, roǳącej się poświacie,
u okienka piwnicznego i czeka na coś.
Jeszcze noc… jeszcze się liczy noc, jeszcze nikt nie wiǳi, że oto nażarł się znowu, że
syty i dlatego to nie ginie… żyje ciągle, ciągle…
Syty? Wstyd… wstyd… Spaliłby się ze wstydu, okryłby się płomieniem przed oczyma
człowieka, który by dostrzegł, że jada po nocy… do… sytości… Skandal!
Podniósł łeb… miele gębą, a z paszczy zwisają mu pęki ziela rozmaitego, nasiąknione⁴⁰
wodą.
Wszyscy wieǳą, iż on… on… to tak zwana: „potrzeba duszy”… No, tego by jeszcze
brakło.
Łypie oczami i spoziera w górę… Patrzy w górę. No, Boga nie wstyd mu chyba… któż
się tam Boga wstyǳi… to się nie liczy… to się nie liczy…
Spojrzał raz… drugi… i postąpił krok jeden, drugi i wsunął się do piwnicy.
Ale Bóg-Orzeł nie patrzył na niego.
Rozmawiał właśnie z wiatrem, który zerwawszy płachtę jakąś ze szczytu wieży ratuszowej,
rzucił ją na plecy czekającemu pod progiem, zmarzłemu na poły.
Już świta, świta. Czuję, że kędyś hymny płyną, trąby grają. Modlitwa poważna, zamyślona.
Jakie to JUTRO, to wstające… nie wiadomo wcale… może to wielkie…
Wznoszę się na fali modłów, jak dym pod obłoki.
Tu cicho jeszcze i pusto, nic nie gra… przywiǳiało się.
Jasność tylko rozlewa się z wolna, prostuje, kłaǳie na ziemi i patrzy z niska, skośnie
po samej powierzchni ziemi.
W dole, słychać skrzyp. Otwarto drzwi starej wieży. Iǳie stary ǳwonnik ogłaszać
ǳień nowy.
Ptaka zaśnionego⁴¹ na ramieniu nie zbuǳił. Jak spał w fotelu, wstał i iǳie. Idą razem
głosić ǳień nowy, ach… jaki ǳień… jaki… czyli nie ów… ów, o którym się potem śpiewa
ǳieciom w kołyskach leżącym… ǳień-baśń szczęścia…
Wstawaj ze snu, ǳwonie.
Zwieszony kielich ǳwonu jest jak kwiat o stulonych płatkach korony, w ten szary
przebrzask.

Śpi. Szemrze wiatr, słabo coś na rąbku spiżowym wygrywając. Szarpnięcia trzeba.
Drżąca ręka starca spoczęła na ramie okiennej, ǳwonnicy, siwa głowa zwrócona ku
wschodowi. Stoi.
Serce uprzeǳiło ǳień, przymusiło stare nogi, ręce… Serce bywa czasem dokuczliwe.
Szarość się srebrna rozpłynęła wokół, a z tej topieli wynurzać się powoli zaczęły zębate
szczyty, ostre igle, długie grzbiety nasiekane i spuściste garby dachów.
Jako prawda uznane i dlatego natrętne, co dnia się narzucające panowanie złudy pocznie
się niebawem.
Chociaż kto wie… nie powieǳiano wyraźnie, po czym to poznamy ów świt inny,
upragniony.
Ostatnie momenty skupienia w ciszy i bezkształcie, kiedy dusza nie rwie się jeszcze
w stu sprzecznych kierunkach.
Słyszę pacierz poranny obłoków poważnie sunących, ledwo zarysowanych na niebie.
ǲwonnik czeka z ptakiem zaśnionym na ramieniu.
Bóg-Orzeł posłyszał oddech przyspieszony, gorączkowy. Tam w dole pracował człowiek,
śpieszył się…
Z wysiłkiem, z napięciem całej woli pracował ów człowiek łopatą. Wbĳał ją w twardy,
kamienisty grunt i wyrzucał w powietrze czarne, rozlatujące się gruzły.
Padały z ciężkim łoskotem, podobnym do westchnienia.
Tak, tak, pomyślał, śpieszy się… a wieǳąc, iż mu ulży i sił doda, pytając (bo człekowi Praca, Słowo
pomaga rozmowa o wielkim celu), zagadnął:
— Hej! Jakże tam robota?
Gruzły przestały padać, łopata szczękła⁴² o bruk, a z dołu doszły wyrazy wyrzucone ze
zdyszanych piersi:
— Iǳie… iǳie… bo ja wiem zresztą… Może… gdyby noce dłuższe… gdyby długo,
długo pożyć…
— Albo mieć komu zostawić łopatę…
— Hm… to trudno… trudno… Wolałbym dożyć…
— Nie bój się! Nie bój! Dożyjesz… myślę, że dożyjesz…
— Tak myślisz… ano to i dobrze…
Znowu rozległo się pośpieszne kopanie. Człowiek pracował, by nagroǳić czas paru
sekund na rozmowie zmarnowany… Tętniło o kamienie żelazo, padały z ciężkim postę-
kiem wielkie gruzły ziemi… a nad pracującym coraz to się robiło jaśniej i jaśniej.
— Co on robi? — spytałem wszystkowiǳa⁴³ zawieszonego wysoko.
I usłyszałem werset znany, ach znany… ale zapomniany werset z pieśni 2 krzyľowaniu
Tęsknoty.
„I dam im moc wytrwania, iż ze świata ducha uczynią przekop w życie
coǳienne, a wody niebiańskie spłyną i omyją, i użyźnią je… i pięknym się
stanie”.
Zawieszony na skrzydłach wysoko Bóg-Orzeł patrzył na wznoszący się, to znów chylący
grzbiet pracującego z wysiłkiem i przytakiwał głową jego ruchom.
On, zdało mi się, on jeden, jedyny na całym świecie przytakiwał mu… Chociaż może…
Może gǳieś w ciemności skryty… zadyszany, z sercem głośno tętniącym któż wie jakimi
przestrzeniami i czasami odległy mozolnie pracuje jeszcze ktoś inny, śpiesząc się, nim
wzejǳie słońce i przywieǳie przechodniów… brat po duchu i tęsknocie nieznany… od
wieków i na zawsze niepoznawalny… daleki, a bliski jak druga gwiazda jednej konstelacji…
Grzbiet ruszał się, wybłyskiwał z ciemni i tonął w niej znowu, ostrze łopaty migało
w powietrzu rozjaśnionym już teraz barǳiej.
I tak pracowali obaj, ten na ziemi i ten w górze, a posłaniec jutra, anioł skrzydlaty
stał opodal i czekał.

Wieǳiałem… gdy odejǳie pracownik Boga, anioł usięǳie⁴⁴ na wale świeżej ziemi
i nakryje przekop skrzydłami.
Wieǳiałem… czuwa tak co dnia… co dnia… rękami odsuwając różnych luǳi… różne
zamiary… strzeże roboty świętej przed pysznym bezrozumem jawy.
Posłyszałem westchnienie. Ledwo zadrgały odeń szyby, ledwo się ujawniło, ale któż
wie, jak silne było w miejscu swego poczęcia, jak wielkiego bólu było znakiem…
Zbuǳił się ten tęskniący, który czeka odpowieǳi ziemi i waży w ręku każdą zjawę.
Zbuǳił się. Ciemno było wokół, nic nie wiǳiał, czuł jeno, że leży na wonnej, cieniuchnej
pościeli, a w powietrzu nad nim wisi nieruchoma fala zapachu.
Paliłem wczoraj, myślał, kaǳidło, leżałem krzyżem przed obliczem wyśnionej pierwszej
litery imienia nowego Boga… ot tam leżałem z jękiem wielkim:
Zjaw się! Zjaw!… błagałem… i wszystko nadaremnie.
Tak było: …w cudnej, kamieniami zbieranymi po całej ziemi, siedmiobarwnymi, najdroższymi
klejnotami saǳonej kaǳielnicy ze złota palił się on sam w męce nieopisanej
miast⁴⁵ kaǳidła, ku czci Boga.
Zjaw się! Zjaw!… błagała jego dusza.
Jawiły się twarze przerozmaite, ale wołał do każdej zjawionej⁴⁶:
— Nie ty! Nie ty! Nie ty!
Zdawało się, jakby tęsknota jego bezskrzydłą była i oǳiewała się jeno w szaty szarej
barwy, podjęte z pyłu dróg publicznych ziemi.
— Nie ty! Nie ty!… — wołał. — Zdejmĳcie maski, o bogowie, albowiem znam was
wszystkich i bibliotekę posiadam świętych ksiąg ogromną.
Przestali mu się tedy zjawiać.
Owinęły się chmury jak u szczytu jedli o jego duszę i dumał skryty, odpęǳiwszy
kształt wszelaki.
Dumał w ciszy o promieniu siły bezformej⁴⁷, bezdźwiękiej⁴⁸, o przelewaniu się jej
w próżnię od wieków… w próżń⁴⁹ straszną, gǳie wyzbywszy się wszystkiego prócz bycia,
tkwiła zawieszona, bezojczyźniana… serce luǳkie… on sam.
Marzyło mu się dalej pochłanianie owej siły, ekstaza sytości wiecznością… niewysławialne
obcowanie z Niewysłowionym.
Zbuǳił się… ciemno…
— To nic — myślał — wszak odpęǳiłem kształty, uczyniłem się naczyniem próżnym,
w które spływa napój wiǳenia.
Ciemno… to dobrze… to jest światłu żywemu uczyniona droga, by przyszło, przez
mrok się ścieląc…
Objąć ją, tę ciemność silnie w ramiona, by nie pierzchła, by nie odeszła, jak odchoǳi
wszystko…
Zerwał się, ukląkł, wyciągnął przed się ręce chciwe…
Nagle tuż obok usłyszał lekkie westchnienie, jakby kogoś buǳącego się.
Zdrętwiał nagle, nie śmiejąc głowy zwrócić ku stronie, skąd głos doleciał.
Myśl jego szeptała bezgłośnie, błagalnie:
— Zjaw się! Zjaw się!
Ale cisza znów zaległa głęboka, więc oprzytomniawszy nieco, począł szukać wokoło
siebie, a jednocześnie, z wolna zaczęło wracać wspomnienie dnia ubiegłego… z cieniów
świadomości, niby konary z mgieł pod wiatru wiewem, mgliste zrazu, potem coraz to
jaskrawsze, wyłaniały się kształty.
Za każdym takim uświadomieniem, jęcząc boleśnie, jakby go biczowano u słupa,
szeptał:
— Ona… tak… ona… ona… włosy jej, ramiona… tak… oczy… to… ona… tylko…
ona…

Kilka łez gorących spadło z wysoka na twarz zaśnionej, więc ocknęła się i wyciągając
w ciemną dal ręce, spytała pośpiesznym, cichym szeptem:
— Co ci to ukochany? Co ci to?…
ǲwon! ǲwon! ǲwon! Bĳe ǳwon!
Strzał armatni wstrząsnął szarą, ciężką oponą co niebo słoniła⁵⁰.
Pękła.
Drugi strzał.
Siecią srebrnych pęknięć pokryły się niebiosy, a tam, gǳie, zda się, padł pocisk tonu,
na wschodnim skłonie firmamentu, złota rozlała się krew.
Ścichło znów.
Bĳe ǳwon. Kręgi się podnoszą wirujące szybko. Wichr je podtrzymuje w locie. Płoszą
rozpędem czarniawe zbite, kry-chmury.
Uciekają, tłoczą się, jak z owczarni wypęǳane przez psa czarne barany. Zbĳają się we
wał⁵¹ na zachoǳie, potem toną w jakimś przepastnym, dalekim morzu.
Wtem nagle człek pod progiem czekający, okryty od zimna sztandarem z wieży…
podniósł na światło coś błyszczącego, a Bóg-Orzeł spojrzał z góry. Pochylił się na potęż-
nych, nieruchomych skrzydłach i spytał:
— Cóż to masz?
Człek drgnął. Trwożnie obejrzał się wokoło i schował w zanadrze rzecz trzymaną
w ręku.
— Nie bój się! To ja — krzyknął mu spod gwiazd wszystkowieǳący.
Obłędnik spojrzał w górę i kiwnął Orłowi na ǳień dobry głową. Znali się… dobrze
się znali…
Wyjął, co skrywał i podnosząc rzecz błyszczącą, zawołał:
— To… z samego… dna… z sa-me-go dna…
— Skarb?
— Nienazwany żadnym imieniem… przeto nie będą wierzyć, ale skarb. Ja wiem.
— Więc im go nazwĳ!
Ruszył ramionami i uśmiechnął się wzgardliwie…
— NAZYWAJĄCY jeszcze śpi… ty sam wiesz… SĘǱIA WARTOŚCI NOWYCH
jeszcze się nie naroǳił… nazywać nie można, bo w szkło się zmieni każda perła z samego
dna dobyta…
Patrzył na rzecz trzymaną w ręku i kiwał smutnie głową. Potem westchnąwszy, rzekł:
— Ot i koniec, rzekłem szkło… i stało się szkło… Nie pora spoczywać…
Ruszył spod proga, w dalszą tułaczkę, a Bóg-Orzeł nie namawiał go, by spoczął…
Daremne… jakby daremnym było prosić czas, by stanął, choćby to miało przyczynić życia
komuś, kogo się barǳo, barǳo kocha…
Szedł prosto przed siebie, drogi nie pytając, a z pleców zwisał mu sztandar wypełzły,
płaszcz darowany przez wiatr.
LOS-ODŹWIERNY sapnął głośno i kopnąwszy kołdrę, spuścił na ziemię długie,
kosmate swe nogi.
Przeciągał się, stojąc nad pustą miednicą.
Zadumał się… Jakiż to u licha ǳisiaj ǳień… …ha?… Spojrzał w okno, posłuchał przez
chwilę… nic.
I po rozwaǳe, zważywszy, że ǳień to barǳo sobie zwyczajny, a do onego JUTRA
pewnie jeszcze dość daleko i czasu dość… uznał, że myć się nie warto.
W otwartej bramie stał dobrą chwilę.
Pusto było. Nie czekał nikt… ale to nikt dosłownie, jeśli mowa o luǳiach. Kot jeno
wraz z odźwiernym wyszedł z podwórza znużony nocnymi łowy⁵², a nienapasiony nimi,
i wyprężywszy grzbiet, machał ogonem z rezygnacją.

ODŹWIERNY-LOS pomyślał: Nie czekał nikt… znowu ǳiś nie czekał nikt… hmmm…
to ǳiwne… nie ma tego, kto by plon nocy dniowi przynosił… Przepaść… istna przepaść…
bez mostu… bez najwątlejszej kładeczki… Zresztą… diabli mi tam do tego… Nie moja
w tym głowa! Niech ich tam siarczyste pioruny…
Klął, ale nie był pewny. Przeciwnie, gǳieś w głębi świadomości czuł, że oto mogło
się stać, iż wielu, wielu odeszło, znuǳiwszy się staniem… ǳwonieniem nawet… ǳwonieniem…
Odeszli, zrzekłszy się schrony⁵³, przyjaciół miłości… bóstw mających tu swą
świątynię… bóstw, o które spytać zawsze warto, bo nie wiadomo, które zostanie ukoronowane
na Pana nad Pany, skoro nadejǳie on ǳień…. on wielki… oczekiwany…
Przez chwilę stał zapatrzony w niebo, jakby śleǳił drogę dusz, co ostatniej nocy odeszły
do OJCZYZNY…. potem powiódł po ziemi oczyma, jakby stóp śladów szukając w złe
i dobre drogi idących po ciemku, za niewyraźnym głosem… dumał też o tym, co mu i czy
mu cośkolwiek INNEGO robić wypadnie ǳisiaj.
Stał nierad wracać do zwyczajnej pracy, stęskniony za odmiennym bodaj ruchem rąk…
Nagle tupnął.
— Psiakrew, sto tysięcy diabłów‼ — i splunął z pasją.
Złości było dość powodów… wreszcie i do siebie się zwracał, do ogarniającej go ocięża-
łości, i… do… owych, do owych, co… pono⁵⁴ myśleć mieli o jakimś ponagleniu, o jakimś
sposobie, by nareszcie się stało coś… coś… co przepowieǳiane…
— Zatracona ich mać! — mruczał, idąc w głąb podwórza, ku swej izdebce, gǳie
głośno chrapiąc, spała wśród pierzyn żona jego, tuląc do siebie ǳieci… jedno… drugie…
trzecie… czwarte…
Stał chwilę z rękami w kieszeniach spodni i patrzył na śpiących, potem splunąwszy
niechętnie, wziął z kąta miotłę przytartą już porządnie i wyszedł.
Idąc, mamrotał końcami warg pacierz coǳienny. Czasem przymieszała się do słów
nabożnych, jakowaś lżejsza klątwa, czasem je rozǳieliło splunięcie…
Zamiatał sień, podnosząc tumany kurzu.
*
Zadudniły ganki, skrzypnęły drzwi, ukazały się wnętrza straszne, nieposłane łoża rozpusty,
stoły ciekące winem, twarze się wychyliły pĳane, żółte, blade, o podkrążonych
oczach… a wszystko to spozierało tam, skąd szedł ǳień… a wszystko pytało niemo dnia,
co szedł:
— Coś ty zacz?… kiedyż nadejǳie ów… wielki?
Zajęczały deski pod stopami, biedne deski ganków spiętrzonych jedne nad drugimi…
Kobieta z wielkim koszem na ramieniu pobiegła do miasta po sprawunki…
Bóg-Orzeł z wysoka rzucił pióro z swych skrzydeł do zabawy ǳiecku, co zadumane
na kupie przygotowanego do wywózki śmiecia patrzyło na swe ręce bezczynne.
Podniosłem ku niemu oczyma. Wisiał na błękicie nieruchomy, maleńki, teraz niedostrzegalny
tym, którzy zajęci są zawsze rzeczami położonymi nisko.
Wpatrzyłem się we wszystkowiǳa, przed którego okiem, mówią, nic złego ni dobrego
utaić się nie może… i zdawało mi się, że bystrooki, zwany latarnią morską świata, patrzył
za czymś z wytężeniem, a dojrzeć nie mógł.
Wisiał na zawrotnej wyży i zwarty w sobie, skupiony, cichy wypatrywał na wielkiej,
niezmierzonej rozchwiei zjawisk, tropów onego marzonego, idącego z bezmiarów przestrzeni,
wielkiego świtu ziemi.
Pociąg naǳwyczajny
Tętniły sygnały. W czarnej nocy jarzyły się ślepia czerwone, zielone, żółte. Jasne trójkąty
zwrotnic, plamy lamp i latarń nie oświecały niczego, jakby w zawoje, we mgły kłęby okry-

te. Majaczyły tu i ówǳie kawałki szyn, poruǳiałe od drzemiącej na nich poświaty, ale
nie szły w głąb, przerywały się co chwila, w głębi zaś była niepewność, ruch chaotyczny
i szerokie, czarne pole dla wszelkiego przypadku. W ciemności poruszały się nieokre-
ślone postacie, pląsały cienie ǳiwne, zmienne, nieuchwytne, szemrały w rytm deszczu
słowa, brzmiały rozkazy, nawoływania, a wszystko było niespokojne, niepewne, zachwiane
w mocy swej przez mrok, mgłę i sieczenie kropel wody. Zdawało się, iż wszystko
co luǳkie, co rozumem urząǳone i przewiǳiane, co doświadczone w rozlicznych wypadkach
i w warunkach światła i pogody, teraz skurczyło się, zmalało i tylko jeszcze sili
się na ton pewności, na spokój i powagę, ale wszelaka gromkość i rozmach zatapia się
w pomroce, staje bezsilną demonstracją, pozorem… niczym.
Panował LOS. Właśnie przed chwilą objął służbę. Sieǳiał niewyspany, spotniały
u stolika i poruszał drżącą ręką papiery. Przed nim giął się w ǳiwnych ruchach młody
człowiek. Naciągał pośpiesznie mundurowy płaszcz, jednocześnie recytując sprawozdanie:
— Pan naczelnik spóźnił się nieco, przeto odebrałem z przestrzeni co trzeba… regularnie…
tylko naǳwyczajny… ostre krzyżowanie z personką⁵⁵… nic szczególnego… jakaś
wycieczka… zatrzyma się… aha… tu nowe doniesienie na Gnoma… Rył, prosił… Zresztą
najmocniej przepraszam… mam tu pożegnać siostrę… sługa najniższy… upadam do nóg
Pana naczelnika dobroǳieja!
Znikł w otworze drzwi, zanim zawiadowca mógł mu rzucić swe ospałe „ǲiękuję!”.
Zawiadowca potniał i trząsł się jednocześnie. Kołnierz munduru podstąpił w górę skutkiem
sieǳenia na niskim krześle. Dławił go. Lekki, ale nieznośny szum w głowie…
drganie jakieś ogromnie przykre w całym ciele… od czasu do czasu strzyknięcie… ale
nade wszystko ten straszny ruch w żołądku, ten ǳiwny ruch skądś z głębi trzewi… ku
gardłu… uuuch! Ta fala kwaśna, gryząca, co niesie na siebie różne smaki… Drżał… ale
poprzez wszystko słyszał jeszcze tętnienie ǳwonka elektrycznego… Służba…
Zwlókł się z krzesła, westchnął i skierował się ku drzwiom. Idąc, otulał się starannie
płaszczem.
Wkroczył w noc i począł się posuwać naprzód, nastawiając głowę pod prąd wiatru,
który mu rzucał deszcz w oczy. Nie wiǳiał nic. Ledwie postąpił kilka kroków zatoczył
się, z nagła potrącony.
— Uważaj cymbale! — krzyknął za śpieszącą się postacią.
— Sameś⁵⁶ cymbał! — usłyszał odpowiedź.
Zatłukło mu się w żołądku, uczuł zawrót głowy. Za chwilę, gdy jakoś przeszło, powlókł
się dalej drogą, przecinaną przez światło i ciemność, ku zwrotnicy.
Irytowało go wszystko. Podniesione kołnierze płaszczów u służby kolejowej, wciśnięte
na czoła czapki, ostrożne chlupanie nóg po woǳie, to, że nikt go nie spostrzegał, nie
kłaniał się…
— Michał! — zawołał wściekły.
Ale nikt mu nie odpowieǳiał.
— Bydło! Bydło! — mruczał pod nosem. — Niechże was diabli…
Uczuł, że idąc, ociera się o luǳi, o większe grupy luǳi szepcących.
— Tyle luǳi… tutaj… w takiej ǳiurze… i to wśród deszczu?
Przyśpieszonym krokiem ktoś biegł za nim. Obrócił się.
Coś dźwięczało, światło latarki podskakiwało.
Zatrzymał się.
Człowiek ociekający wodą, zadyszany począł mu się w pas kłaniać.
— Melduję się posłusznie… Gnom… ślusarz… kontrola osi… proszę też łaski Pana
naczelnika… przepraszam… ale potem odjeżdżam szesnastką…
Wielka torba zwisała mu z ramienia niemal do ziemi, na piersiach miał latarkę, w ręku
młotek na długiej rękojeści.
Zawiadowca wyprostował się z godnością.
— To wszystko nieprawda… co on tam napisał… to fałsz… klnę się, przysięgam…
proszę też łaski wielmożnego pana naczelnika…

— Daj mi spokój! Co mnie to… pójǳie do dyrekcji!
— Na rany boskie… na rany boskie… niechże się pan naczelnik zmiłuje… To wszystko
ten Fafajda… on, na pewno… ze szczerej zazdrości.
Ale zawiadowca nie słyszał lamentu. Już od chwili począł chwytać jakieś ǳiwne słowa,
nastawił tedy uszu. Od bliskiej grupy luǳi szedł szmer głośny. Z podniesioną do postawienia
kroku nogą posłyszał początek, ale zanim się doczekał końca, chlupnął w wodę.
Prysnęła wysoko. Mimo że uczuł ją na twarzy, nie przyszło mu na myśl zakląć. Podniósł
tylko rękę i przerwał potok wymowy ślusarza. Słuchał.
— Jadą! Jadą! — mówił głos w ciemni.
— O Boże! Ześlĳ na nich swoje błogosławieństwo!
— I na ich ǳieci i na ich mienie.
— Cudny lot… hej orły… hej orły nasze…
— Wszyscy!
— Dusza świetlana idei wzięła tysiąc ciał, aby się wyżyć mogła potężniej… szczytniej…
— Historia zapisze… ten ǳień… to miejsce…
— Cicho… cicho… konspiracyjnie…
— Nie będę cicho… za długo byliśmy cicho! Niech żyją!
— Tak! Rzecz się domaga wielkich słów… hymnu…
— W ogóle… czemu się to ǳieje w nocy?
— Jak to… a policja…
— Cicho, Władek… tyle razy ci już tłumaczyłem…
— Ale bajki… ǳiś jest co innego…
— Stulże pan pysk! Proszę najuprzejmiej…
— Kto gada?… hej…
— Cicho… słyszałem, że naczelnik zakonspirowany… służba… wszyscy…
— Aha! Więc będą mowy…
— Kto to gadał o pysku?
— Już poszedł. Daj pan spokój.
— Ale niech ten pan nie przychoǳi…
— Dobrze. Powiem mu!
Śmiech się zerwał, ale ucichł zaraz.
— Jadą wszyscy. Powiadam, wszyscy. Tego nie było jak dawna historia!
— Kwiaty… powiadam, kwiaty! Myśl przyszła rankiem i wzięła w welon swój złocisty
wszystkie kwiaty, jakie zakwitły w ogroǳie. Niesie je do BOGA. Oto, powie mu, co
znalazłam w ogroǳie. Nie daj go podeptać… nie daj! Takie wydaje kwiaty…
— A jednak nie wolno kwitnąć… strengstens Yerboten⁵⁷…
— Cicho… cicho… nie słyszę dudnienia szyn, a przecież ja jestem od słyszenia, jak
dudnią szyny…
— Chroń ich Panienko Najświętsza!
— Wszyscy wstali przed świtaniem… biali starcy… cudne kobiety…
— Pany… chłopy… chłopy… pany…
— Kwiat narodu!
— Cicho, cicho! — doleciało z dali — Delegacje z wieńcami naprzód!
— I czemuż to tutaj? Taka ǳiura!
— Dokument… Znak… Gǳie inǳiej… nie wolno.
Ktoś zbliżył się szybko do grupy.
— Kolego… a gǳie Prezes, nie mogę go znaleźć!
— Prezes?… Zajrzyj do bufetu.
Skądś, z dalsza dobiegła komenda.
— Porządek! Baczność! Chodem marsz!
— Do jakichże cudnych zórz płyniecie duchy… na jakiż jasny szczyt?
— Poeto… potem… potem…
Zaszeleściło wokół, jakby wieńce tarły się o siebie w ciemku⁵⁸ liśćmi lauru i szarfami
o złotych napisach.

Zawiadowca chwiał się na nogach jak pĳany.
Ślusarz, włożywszy młotek do torby, oburącz ujął go za łokieć.
— Jezus Maria! Cóż to wielmożnemu panu naczelnikowi!
— Nic, nic! — odparł. — Herr Gott⁵⁹… i żadnej instrukcji! A może co jest! Może
telefon… nikogo nie było przy aparacie… Herr Gott!
Porwał się za głowę i z miejsca ruszył pędem do biura.
Leciał. Woda bryzgała mu na twarz, na piersi, na czapkę, tryskała wokoło tak, że
luǳie rozskakiwali się przed nim.
W biurze stukał aparat. Puścił pasek i wpił się weń wzrokiem.
— Sechs Wagen Zuchtschweine⁶⁰… Kierpeć & Kula… ǲieǳice… nie, nie… Szła jakaś
depesza.
Skoczył do telefonu. Zaǳwonił.
Cisza. ǲwonił… ǳwonił… ǳwonił…
Poprzednia stacja spała już widać po wypuszczeniu w odstępach obu pociągów. „Personka”
tutaj schoǳiła na drugą linię.
— Herr Gott! Herr Gott!
Rozpaczliwie rozejrzał się wokoło, szukając pomocy.
Przy drzwiach stał ślusarz. Oczy miał szeroko otwarte, przerażone. Młotkiem na długiej
rączce wywĳał w powietrzu młyńca.
Zawiadowca patrzył jak lunatyk.
„Tak, tak! — przemknęło mu przez myśl na widok tego wywĳania. — $ushalten⁶¹…
Dobrze by było, ale jak… jak to zrobić…”
Patrzył na ślusarza i kiwał głową jak oszalały Chińczyk porcelanowy.
Wreszcie zdecydował się. Siadł przy aparacie i znakiem właściwym przerwał depeszę.
„Mniejsza z tym — pomyślał — zapłacę… wytłumaczę się… pal diabli te świnie zatracone!”
Wołał… wołał… wołał… alarmował… beształ wreszcie kolegę sieǳącego przy przesy-
łaczu… groził doniesieniem… Cisza.
— Ja ci dam obrazę, szelmo jakaś! — wrzasnął. — Nie gada łajdak! Pewnie wziął za
świnie… Kanalie! Kanalie!
Zaczął rozpaczliwie wołać:
— Michał! Michał! Michał!… Jarzyński… lampist!
Był bezprzytomny.
— Dobrze by pana Ignaca! — poddał ślusarz.
— A gǳie pan Ignac?
— Niby na placu.
— To leć!
— Lecę. Ale on nie na placu skróś tej panny… wiadomo…
— Więc gǳie…
W tej chwili zadudniało na dworze, przemknęły przed oknami biura czerwone oczy
wielkiej lokomotywy, zazgrzytały hamulce, okrzyk z wielu, wielu piersi wstrząsnął powietrzem,
stało się niemal jasno, a wszystko pokryła sobą fala pieśni potężnej, rozlewnej,
zrywającej tamy ciemności, wątpienia, niepewności i złuǳeń.
Zawiadowca zaraz za progiem utknął w tłumie. O pełnieniu służby nie było co myśleć.
Noc wyrzuciła z siebie masy niezmierne i stłoczyła tak, że pociąg ugrzązł w nich formalnie.
Jaśniał jak brylant na czarnym aksamicie, na tle nocy.
Okna zatłoczone były głowami, ale rysów rozpoznać nie dało się stąd.
Tysiące rąk powiewało chustkami, kapeluszami…
Serca tętniły głośno, gorący oddech uniesienia kłębił się jak kurzawa gęsta nad ludźmi
i coraz huczniej, śmielej, płynęła pieśń.
Zwyciężać noc…
Iść świtem poprzez ciemnie…
Wstań! Wstań!

Wstań! Buǳę cię tajemnie…
Wstań buǳę cię o zorzy…
Jestem moc…
DUCH BOŻY!
Niewoli gród…
Zburzyły wichry duchy
I każdy niesie krzyż…
Bierwiono każdy wlecze
Mój LUD.
Przenosi ściany wzwyż…
Nad mgły, nad zawieruchy…
Serca człowiecze.
Rozchwiały się pieśnią ciemności… roztętniły, dodając ech, dodając modulacji nieskończonych,
jakby wszystko jeszcze było za małe, zbyt nikłe.
Luǳie powtarzali słowa niejasne, radosne, pełne obietnic, łkali… Przerywano okrzykami.
Chwilami słychać było teraz głos mówcy.
— …symbolem odnowy… ruchu zbiorowego w przyszłość… Jakiż naród wiǳiał podobny
czyn? W ciszy głębokiej, kiedy prześladowcy zasnęli, zeszedł anioł z nieba i usiadł
na grobie. I pękła płyta, gdy jej dotknął dłonią…
Jakaś grupa poczęła śpiewać. Uciszono śpiewających.
— …bo oto Pan woła cię na ucztę, a chleb, który z tobą łamać pragnie, jest to nowe
życie… a wino, które chce z tobą ǳielić, to krew odnowy. Zaprawdę… któż wiǳiał taką
komunię narodu, od kiedy istnieją narody ziemi!
Wśród ciszy poczęło coś ǳwonić. Od czasu do czasu brzękło coś, jakby opadła jakaś
ogromna kropla wody.
— ǲyńńń!
— …więc patrzy świat zdumiony na duchy-żurawie, które za cichym głosem płyną
ufne, beztroskie… klucz karny i potężny tą powolnością dla głosu…
— ǲyńńń!
Podniosły się głosy oburzenia.
— Cóż to za cymbał tak ǳwoni… wyrzucić go!
— To nic! Kontrola osi… głupstwo. Nie przerywać! Cicho!
Znowu wybił się głos mówcy.
— …nie wieǳiał wróg, że na pustce wioski małej przystanął orszak królewski, korowód
sławy. I któż znał nazwę tego miejsca wczoraj jeszcze?
— ǲyńńń! — brzęczało coraz bliżej.
— Podobnie nikt nie zna przed bitwą nazwy, która złotymi zapisze się głoskami
w Panteonie serc, nikt nie wie, gǳie leżą nasze przyszłe Grunwaldy ducha… I może
właśnie tu… może właśnie tej nocy…
— ǲyńńń!
Wszczął się rumor.
— To nie do wytrzymania…
— Dawać draba jednego… to umyślnie…
— To jakiś anarchista…
Nagle rozbrzmiało wołanie gromkie.
— Na bok! Na bok! Pociąg iǳie! Uciekajcie!
A jednocześnie zajękła⁶² gwizdawka urzędnika.
— Jazda! Odjazd!
Odepchnięty strachem niebezpieczeństwa i łokciami służby, tłum zatoczył się wstecz.
Odkrył się tor przed pociągiem naǳwyczajnym.
Zamigotały latarnie i na stację wpadła „personka”.
— Odjazd! Odjazd!
Trąbka zabrzmiała i pociąg naǳwyczajny ruszył powoli. Daremnie jednak sunął przed
osobowym. Personka zakryła go powoli długością swoją.

Dwa te ruchy tak się zmieszały, pożegnanie tak zostało nagle przerwane, że tłum przez
chwilę oniemiał i dopiero kiedy zabrzmiał hymn, począł się znów kołysać i falować.
Ale był to już ruch wstecz. Nagle powiało zimnem, wszyscy spostrzegli, że ciemno
i że deszcz pada… że daleko do domu… pod dach bodaj…
Zawĳano się troskliwie w okrycia i wszystko potoczyło się ku wyjściu.
Tłoczono się teraz, ale inaczej… ordynarnie… szukano sobie miejsca kułakiem, gdy
inaczej być nie mogło. Tu i ówǳie ktoś zaklął. Spluwano gęsto, ucierano nosy. Przez
chwilę tętniły miarowe kroki, jakby odchoǳącego odǳiału. Milkło wszystko tak szybko,
jak szybko znikają obrazy snu czarownego, przepadało jak one, niknące przecież, zanim
się jeszcze rozewrą oczy zbuǳonego.
„Osobówka” była długa, ale niemal pusta i ciemna.
Z jednego tylko wozu dochoǳiło jękliwe zawoǳenie jakiegoś znuǳonego alkoholika.
— Ooooooj! Mówiła wrona wrooonie… Nie chodź pooo zagooonie…
Z innego wozu dama w chusteczce na głowie wyglądała ciekawie.
Ktoś jej rzucił słowo.
Roześmiała się i odrzuciła dowcip oklepany.
Tłum topniał, wsiąkał doszczętnie w noc, jak woda w czarny miał węglowy zaścielający
ziemię na stacji.
Konduktor „osobówki” z latarką uczepioną u guzika wychylił się daleko poza pomost
wagonu i patrzył, czy w dali dostrzeże trójkąt zwrotnicy, wskazujący, że nastawiona
dobrze.
Drugi choǳił machając lampą. Od zwrotnicy kroczył zawiadowca. Gdy się zbliżył,
podniósł do ust gwizdawkę i dał sygnał. Jęknęła trąbka. „Osobówka” powoli poczęła się
posuwać.
Znuǳony pasażer zanucił znowu:
— Ooooj mówiła wrona wrooonie…
Dama rzuciła w ciemń całusa.
Gdy pociąg przeszedł, ukazał się widok niespoǳiewany.
Przygasły już nieco… nieco rozespany stał jednak ciągle jeszcze pociąg naǳwyczajny,
stał sobie spokojnie na torze i czekał.
W snopach przenikającego co jeszcze światła, widniały zarysy wieńców, połyskiwały
cylindry, migotały kapelusze pań, ale czasem mignął odejścia „osobówki”.
Zawiadowca stał w miejscu, gǳie dawał sygnał też biały rękaw koszuli, szal się zatrzepotał
w powietrzu… układano się do snu widocznie.
Powoli z ciemni wybłysnęła iskierka latarki niesionej i poczęła się zbliżać.
Był to ślusarz, wracający po służbie. Szedł, a ramię opadało mu ku ziemi pod ciężarem
wielkiej torby, z której sterczała długa rękojeść młotka.
Właśnie przechoǳił popod⁶³ oknem jednego z wozów pociągu naǳwyczajnego, gdy
okno się opuściło w dół i siwy jegomość, wychyliwszy się, zawołał:
— Panie… człowieku…
— A wedle tam czego? — odmruknął niechętnie ślusarz.
— Prędkoż my pojeǳiemy dalej?
— Ha… Bóg to raczy wieǳieć proszę jaśnie pana dobroǳieja…
— Cooo?
— Osie mają heisslauI ⁶⁴… proszę jaśnie pana dobroǳieja…
— Co to znaczy? A może my musimy przesiadać…
— Ta niby to i tak by znaczyło… ale nie da rady… bo nie ma wozów na takiej małej
stacji, proszę jaśnie wielmożnego…
Zawiadowca LOS uśmiechał się teraz. Nie czuł już nudności… ani nawet strzykania
w głowie. Ba, samo nawet owo drżenie bolesne gǳieś się poǳiało. Nie ma jak emocja…
nie ma jak ona… myślał.
— Na Boga… cóż to wszystko znaczy! — wykrzyknęła spoza jegomości jakaś dama
otulona w szal.
— To znaczy, proszę jaśnie pani dobroǳiejki, że osie mają heisslauI.

— Więc może pan, panie zawiadowco, — zwrócił się do stojącego nieco dalej —
może pan zechce łaskawie poinformować mnie, dokąd bęǳiemy tak stali?
Zawiadowca podszedł z ugrzecznieniem i przyłożył rękę do daszka kepi.
— Aż do dalszego zarząǳenia łaskawy panie… aż do zarząǳenia… które oczywiście…
naturalnie… ale proszę się nie obawiać… już dałem notę… właśnie dałem notę.
Gościniec dusz
Czarne zwały fal przelewały się niespokojnie, dęły się i rozluźniały na przemian, podobne
muskułom olbrzymiego ciała gorączką trawionego, podobne rytej histerią twarzy, myśli
wichrem brużdżonemu czołu… na grzbietach fal biała strzępiła się piana.
Pociemniało już stare, odwieczne niebo, pustynia, kędy tyle od wieków przemieszkiwało
stworów ǳiwnych, ciągle innej postaci, ciągle pożądanych tym pełzającym po
dołach bogotwórczym… tym, jako morze ustawną targanym udręką.
Noc nachoǳiła świat burzliwa, zdradna⁶⁵, żądna łupu, kryjąca zamachy w sobie, do
złego skłonna…
Pomału, ostrożnie zstępując ze śliskich grzbietów fal w parowy płynne, migotliwe
nawet w pomroce, to znów dźwigając się na wyże, nie wiadomo skąd się jawiące, po
szafirowym morzu sunął wielki okręt.
Śmigłe maszty darły się w górę, wydymały się białe, na zieleni ciemnej toni żagle,
skrzypiały na wietrze reje, a z pokładu zapełnionego tłumem luǳkich postaci dochoǳiły
dźwięki poważnego hymnu o modlitewnych akordach.
Na pomoście przednim, wysoko, widoczny wszystkim innym stał kapłan w białą
ubrany szatę.
Orlim wzrokiem śleǳił horyzont, zaś u stóp jego na marach pokrytych białym płótnem
spoczywał człowiek uśpiony czy zmarły, nie wiadomo.
Wiatr powiewał szerokimi rękawami szaty kapłana, iż wydawało się, że uleci w przestworze
na skrzydłach uniesienia wnętrznego, niby przeǳiwny duch — albatros, pan
mórz nieprzebytych…
Rytm hymnu, zda się, nie wiatr, nie podwodne prądy niepokoiły fale.
Akordy kładły się czasem, by⁶⁶ dłonie przyjacielskie na spiętrzonych, zaǳierżystych
grzywach i wtedy pod ich lekkim, a możnym uciskiem, strzępiste, garbate grzbiety mieniły
się w płaszczyzny lśniące, podobne podstawom jedwabnych tkanin rzuconych na
powietrze. Czasem znowu ton tętniący, mocny, rozpęǳony wpadał, zatapiał się ǳiobem
w toń, pruł ją, rozǳierał, głębił się⁶⁷, sięgał… aż czerwona jawiła się posoka fali, a on
szedł coraz dalej, dalej, aż na dno, aż gǳieś… gǳieś…
Chór śpiewał:
O Panie, o Panie!
Kędyż posłałeś nas, wichry swoje?
Kędyż na wielki bój, płyniemy oto o ciemku duchy ducha niosące, drogą
przeznaczeń, niepisanych nawet w snach duszy człowieczej!
Jako oddech TWÓJ jest świat, jako tchnienie TWE jawi się życie i jako
nicość jest, gdy zechcesz, a wciągniesz w głąb swoją wszystkie jawy, wszystkie
znaki Bytu.
Oddechem BRAHMY jest to, co jest, a nic prócz tego w przestrzeni.
O Panie! Kędyż wysłałeś nas, tchnienia swoje?
Kędyż na wielki bój na spełnienie chwili następnej płyniemy o ciemku,
duchy ducha niosące, bezmiernym gościńcem stawania się, szlakami, kędy
nie stąpa nawet myśl śpiącego u stóp tronu TWEGO archanioła… Kędyż
o Panie!…”

Fale szły coraz to wyżej, rozchylało się głęboko morze, jak rozǳierający szaty swe
trwogą, bólem, rozpaczą, męką czekania i niepewności targany człowiek.
Zawył wiatr, uderzył czołem w płonący nisko ponad wodą hymn stary, zwinął się
z nim, zmieszał, omotał go sobą, zwichrzył i poroztrącał akordy niby wilk, co skowytem
porazi śpiew idących lasem kompanii pobożnych o mroku.
Czyliż dalekie, czy bliskie lądy, gǳie paść ma ptak zdyszany, dusza niewcielona…
czy bliskie?
Czyliż zaśnionym bęǳie szła światem w doły rozliczne wpadając, czyli
bęǳie krwawe zostawiała tropy za sobą?
Czy może wybiła goǳina światłości dla promienia idącego przez czerń
mięǳygwiezdną, od bytu do bytu?
Czy wybiła goǳina jaśnienia?…
Kapłan wzniósł w górę białą dłoń, połyskliwą jak mewa na mroku. Gǳieś daleko,
niewiǳialna człowieczym oczom ukazała się na widnokręgu wyspa.
Dwaj młoǳieńcy w białych tunikach pochylili się nad leżącym u stóp kapłana, marynarze
spuścili zawieszoną z boku łódź. Gdy się zakołysała na falach, rozwinięto sznurową
drabinę i zniesiono ciało zmarłego, czy zaśnionego, ostrożnie na dół, a młoǳieńcy stanęli
przy leżącym w głowach i u stóp jego, jako dwa cheruby pilnujące arki świętych tajemnic.
Ponownie zabłysły na czarnym niebie białe ręce kapłana, tak białe i świecące, jakby
promienna w nich krew płynęła… a łódź odbiła od okrętu.
Ślizgała się po ścichłym nagle morzu, które przyczaiło się w wielkim oczekiwaniu,
a górą płynął hymn prastary powoli, majestatycznie, niewstrzymanie, zwycięsko.
Nad morzem na piaszczystym wybrzeżu jęczał pod razami człowiek.
Dwu tęgich oprawców smagało pletniami jego plecy, a smagając, szyǳili:
— Masz oto proroku od wiernych swoich! Masz oto na pamiątkę od wielbicieli!
Przyjmĳ, co dajemy wǳięcznym sercem!…
Ponoszący kaźń stał z otwartymi ustami, głową wstecz odwróconą, na poły przymknionymi⁶⁸
oczyma i stękał głucho.
Zbuǳony ze snu o ranku, po kilkudniowym więzieniu miał być wypuszczony, ale
przedtem jeszcze wymierzono mu plagi.
Liczył je w duszy, nie wieǳąc, na ile wyrok opiewa, liczył i wyczekiwał końca.
— Dwaǳieścia jeden… aaach… dwaǳieścia dwa… dwaǳieścia trzy… Boże, Boże!…
— szeptały zbielałe wargi.
Nagle osłabł, upadł na kolana, a głowa jego opadła na belek⁶⁹ porzucony na piasku
wybrzeża.
Posypały się pletnie na leżącego, ale on jeno⁷⁰ na poły czuł ból.
Nagle światło jakieś zjawiło mu się pod powiekami.
Rozwarł oczy.
Hen tam daleko, na ciemnym morzu, pośród zwichrzonych fal, nie wiadomo skąd,
nie wiadomo dokąd, płynął wielki okręt. Ciemny kontur, olbrzymią sylwetą odcinającą się
na powietrzu brzeży a jasny nimb zaś na przednim pomoście jaśniała biała szata kapłańska
i błyszczały ręce wysoko wzniesione, błogosławione ręce, uǳielające rozgrzeszenia.
Szeroko rozwartymi oczyma patrzył, patrzył, pił ten widok, nie rozumiejąc go wcale…
— Dwaǳieścia siedem… dwaǳieścia osiem… — liczyli oprawcy. Nie czuł wcale,
dusza cała poszła ku zjawisku i pytała, idąc ku niemu:
— Ktoś ty?
A zjawisko odpowiadało głosem cichym, przekonywującym: „Pokój tobie, o tęskniący…
pokój i cześć twemu bólowi, bowiem on ziszcza przyszłość… bowiem on mnie
sprowaǳa, przeciągając mocą nieprzepartą z przestrzeni wszechświata”.
Ogromna radość zalała duszę udręczonego. Kwiat bólu począł śnić, iż wyda owoc czasu
sobie właściwego, zawołały tedy usta: „Więc ty jesteś śmierć, wyzwolenie?”.

A od okrętu wiatr poranny przyniósł tejże chwili cichy, spokoju dokonanego ǳieła
pełny akord:
„Oto bĳe goǳina światłości dla promienia idącego ode mnie!
Oto utracony jest koniec śmierci, oto wieczyste zmiłowanie postawiło
stopę na paszczy ciemności i zawarła się na wszystkie czasy…”
Tej samej chwili przybiła do piaszczystego brzegu łódź z zaśnionym człowiekiem.
— Czy kończyć? — pytał jeden oprawca drugiego, spoglądając na martwo leżącego
skazańca.
— Nie ma potrzeby… myślę. Chodźmy!
I poszli ku miastu.
Otoczyli go luǳie, domy, wszedł w życie zaǳiwiony i nierychło nauczył się nie okazywać
zdumienia, jak to czynili inni. Tak mniemał bowiem, że wszyscy udają obojętność,
będąc ciągle w duszy olśnionymi i zdumionymi tym, co umyślnie… może umyślnie.
Jestem! Cud wielki, niepojęty! Skąd wyszedł rozkaz: bądź! I oto jestem! Kto wydał
rozkaz, kiedy i czemu? Oto pytania pierwszej wagi.
I ślubował sobie nie spocząć, dopóki tych pytań nie rozwiąże, czując słusznie, że niegodnym
jest żyć, przyjmować gościny na ziemi, nie wylegitymowawszy się: jestem ten,
a ten!
Ale gdy zwierzył się jednemu człowiekowi z tego postanowienia, ten roześmiał się
i rzekł mu:
— Umrzesz tedy niebawem. Zamęczysz się.
Barǳo go to zmartwiło.
— Cóż tedy mam czynić? — spytał człowieka onego.
— Zapomnieć! — odparł tenże. — Zapomnieć albo…
— Albo co? — zagadnął chciwie.
— Albo przyjąć naukę.
— Jaką naukę?
— Jedną z wielu. Najlepiej przyjm naukę dnia, co płynie. Ona najlepiej zasłania pytania
wszelkie.
— Jakaż ona?
— Powiada: wyrośliśmy jako drzewa owe, z gleby ziemskiej powstaliśmy, jako wszystko
powstaje z prochów przodków naszych. Należymy wszyscy do jednego bractwa nicości
i przemĳamy bez echa jak przemĳa ton trąby w lesie, jak mĳa kształt zaspy śnieżnej pod
promieniami wiosennego słońca.
— I to wystarcza? — zǳiwił się.
— Naturalnie. Zwłaszcza gdy się tym człowiek przejmie od ǳiecka. To niezmiernie,
uważasz, uspokaja, to jest społecznie barǳo pożyteczne, toteż król, pan nasz miłościwy,
wydał edykt, mocą którego znosi się wszystkie uprzednie nauki, zakazuje się na razie
wszelkich innych tłumaczeń zasadniczych zagadnień bytu… aż do dalszego rozporząǳenia.
Tak. To ostatnie zastrzeżenie wskazuje, jak barǳo jesteśmy postępowi, przezorni.
Ustawa owa, którą ci przytoczyłem jest wynikiem unii zawartej pomięǳy kościołem naszym,
który zarzucił dogmat właǳy świeckiej i nauki… Wprawǳie nie ulega kwestii, że
dla siebie… święte nasze kolegium kapłańskie posiada jeszcze inne jakieś tłumaczenia…
Nie ulega kwestii, że są pewne domysły oparte na prastarych podaniach i rzekomo nawet
doświadczeniach. Jeśli tedy masz ochotę, poznaj się z tymi rzeczami o ile zdołasz, ale przestrzegam
cię, że zajmowanie się tym pociąga złe skutki, odbĳa się na karierze osobnika
po prostu fatalnie… fatalnie… Oto weź na przykład, żebrak spod klasztoru WIELKIEGO
MIŁOSIERǱIA. Człowiek ten mógł zajść barǳo daleko… ale żegnaj mi! Wiǳę, że
zbliża się jego wysokość Przynaglacz Pracy. Zmykam! Zmykam, inaczej dostanę kreskę
w KSIĘǱE SPRAWIEDLIWEJ OCENY.
Lubił przesiadywać nad morzem. Próżnował, jak mówili luǳie, po całych dniach
i gapił się bez celu.

— Czemu? Czemu? — jęczała jego dusza. A w KSIĘǱE SPRAWIEDLIWEJ
OCENY czerniło się od kresek na jego stronicy.
Często otaczali go luǳie. Przystąpił naprzód jeden i zagadnął:
— Nad czym to dumasz Istagogu? Powieǳ.
— Nad daremnym, zabronionym pytaniem, Chloerze pracowity. Nad tym, kto wydał
rozkaz, bym się stał, kiedy się to stało i czemu się stało?
Pracowity robotnik kiwnął smutnie głową i szeptał drugim, o czym duma Istagog,
który myśli za luǳi.
Tak się zbierały czasem spore tłumy, pośród nich pojawiał się zaś niekiedy mądry
Saceidos i wstąpiwszy na kamień jak i albo belek porzucony przez fale, mówił.
A mówił różnie. Czasem podawał w wątpliwość urzędowe tłumaczenie istnienia świata
i luǳi. Czynił to w porze poobiedniej zwłaszcza, kiedy Wielki Przynaglacz pracy odprawiał
swą sjestę i w czasie takim rozwoǳił się szeroko, jakby ksiąǳ na kazalnicy. Często śród
przemowy urywał z nagła, jakby coś chciał powieǳieć ważnego, coś co rozbĳa wszelkie
wątpliwości, coś naocznego chciał przytoczyć, ale właśnie to najważniejsze nie mogło być
widać wyrażone po luǳku, czy też nie było w jego duszy gotowe… dość, że w takich
razach cichł nagle i znikał pomięǳy tłumem.
Częściej atoli Saceidos śpiewał tylko żałośliwie zwrócony ku morzu o nimfie tęsknocie,
która wygnana z Przybytku Światłości nie mogła zapomnieć drogi do niego, może przez
pomyłkę anioła wymierzającego karę, a może nawet umyślnie… może umyślnie.
Zgorzkniały, wielokrotnie karany chłostą i więzieniem za tłumaczenie niewytłumaczonego,
Saceidos mniemał, że stało się to umyślnie, ze złośliwości jakiejś straszliwej, zaś
wyrok opiewał: na całą wieczność!
Kiedy tak razu pewnego zebrany był tłum nad morzem, w dali ukazał się silny odǳiał
żołnierzy. Stąpali rozgłośnie, nad ich głowami falował w wietrze proporzec królestwa,
a od złotego jego ostrza spływała na dół czarna krepa.
Rycerstwo niosło zwłoki króla, który tej właśnie nocy zmarł ze starości. Umieszczone
były w złotej łoǳi krytej, blachą łuskową obitej i miały być wedle prastarego obyczaju
puszczone na fale wraz z odpływem morza.
Na czele pochodu kroczyli biali młoǳiankowie, niewinni, prawie ǳiecięcego wieku,
sposobiący się do tajemnic urzędu kapłańskiego, za nimi zaś połyskiwały rogate, w kształt
półksiężyca wycięte czapki wtajemniczonych stróżów arki.
Pochód dotarł do wybrzeża, utworzono olbrzymie koło, pośrodku niego ustawiono
na ziemi pogrzebną łódź i rozpoczął się uroczysty obrzęd.
Odpłyniesz oto zanim minie ǳień i noc zapadnie,
Odpłyniesz jako kropla w wielki zdrój wot swój,
Odpłyniesz jako kropla w wielki zdrój
I spoczniesz kędyś TAJEMNICY na dnie…
Tak zawoǳił chór śpiewaków.
Ledwo posłyszał te pierwsze słowa człowiek zwany przez tłum Istagogiem, zapadł
w rozmyślanie tak głębokie, że nie wiǳiał już, co się koło niego ǳieje.
Oto już w pierwszej zaraz strofie prastarego hymnu pogrzebnego bez trudu odnalazł
on prostą, ǳiecięcą, nieprawdopodobnie prostą odpowiedź na pytanie dręczące od dawna
nie tylko jego, nie tylko jego… Wszakże każdemu zmarłemu, ten sam hymn nuconym
jest od wieków… Czegóż tedy chce żebrak, za czym wzdycha tłum? Cóż zostaje z marnego
oficjalnego tłumaczenia? Jedna strofa pieśni zwyciężyła całą, długą, forsowną pracę
rozumu czy złej woli…
Na co wreszcie cała ta komedia? Na co to wszystko… kiedy przecież tam w dali… Tak
mówi serce.
Nagle uczuł, że ramienia jego ktoś dotyka.
Spojrzał. Wciśniony⁷¹ w tłum, tak pochylony, by go nikt nie wiǳiał, stał przed nim
biały młoǳian w wieńcu z róż na złotych kęǳiorach. Zdumiony Istagog patrzył i nie

wyciągał ręki, chociaż młoǳian podał mu przedmiot jakiś mały. Wieǳiał, że nie wolno
go dotykać, gdyż jest czysty i poświęcony Bogu.
Młoǳieniec upuścił u nóg Istagoga mały zwitek papieru, potem wskazał w stronę
kolegium kapłańskiego, zgromaǳonego koło trumny króla i zniknął w ciżbie.
Istagog spojrzał i ujrzał skierowany na siebie wzrok arcykapłana.
Wysoki mężczyzna ubrany w wielką ciemnoszafirową tiarę z białą gwiazdą pośrodku,
mierzył go wzrokiem, a Istagogowi wydawało się, że mówił:
— Czytaj!
Podjąwszy tedy zwitek papieru, przeczytał:
Z człowiekiem zadumanym wśród tłumu nie mogą porozumieć się ci,
którzy mogliby być jego szczęściem. Przyjdź ǳisiaj o północy pod bramę
klasztoru WIELKIEGO MIŁOSIERǱIA.
Instynktownie podarł kartkę na drobne kawałki i poszedł, szukając miejsca, gǳie by
je po jednemu powrzucać w morze.
O północy znalazł się u bramy klasztoru. Była zamknięta. Zapukał raz, drugi, trzeci…
nadaremnie.
Księżyc świecił blado poprzez oponę chmur. Ze wzgórza, na którym stał klasztor,
widać było morze smagane wichrem, który tam gǳieś daleko pęǳił przez rozchwiej
samotną w tej ostatniej podróży opuszczoną przez wszystkich łódź-trunę królewską…
pojazd ostatni.
Mĳały chwile. Już miał Istagog odejść, niepewny, czy rzecz cała nie była złuǳeniem,
gdy w górze ponad głową, wysoko spostrzegł maleńkie w grubym murze wycięte okienko,
w którym połyskiwało światło. Ledwo je dostrzegł, głowa czyjaś wyjrzała i głos jakiś rzekł
mu:
— Obejdź klasztor wokoło i zobacz, czy kogo nie ma w pobliżu.
Nie było nikogo. Powrócił i zdał sprawę.
Wtedy u stóp jego upadł klucz.
Arcykapłan nacisnął guzik w murze i natychmiast rozstąpiły się ciężkie głazy. Z ciemni
buchnęły jarzące wielobarwne promienie. W świetle kaganka bezcenne klejnoty połyskiwały
wszystkimi kolorami tęczy, rudo krwawiły się długie, ciężkie sztaby złota, cienie
wielokształtne nieprzeliczonych, rozmaitych naczyń drogocennych, saǳonych kamieniami
łamały się po sklepieniach.
Arcykapłan mówił:
— Patrz! Oto skarby mocą naszą z dna morza dobyte. Oto naczynia obrzędowe wygasłych
doszczętnie, wynicestwiałych kultów czasów tak odległych, że przeszłości tej umysł
luǳki boi się dać wiarę, w snach swoich dopuścić marzeniom o onych bóstwach prze-
ǳiwnych i ich wielkiej, ǳiś niepojętej potęǳe.
Wystarczy wziąć jeden z tych oto kamieni, ten na przykład szafir niewielki z napisem
w zaginionym języku.
— I co… co? — spytał pożądliwie.
— Wystarczy… to jest wystarczyło im, dawnym mędrcom świadomym rzeczy, wobec
których wszystko, co my wiemy, jest niczym, wystarczyło im położyć ten kamyczek na
czoło, a stawała przed oczyma jasnowiǳa przyszłość cała i przeszłość, co bliskie stawało
się dalekie, a co odległe przybiegało na wezwanie z drugiego krańca wszechświata. Czytać
mogli oni czas i przestrzeń mięǳygwiezdną nieogarniętą, jak my książkę w znanym nam
języku napisaną.
— A teraz! — wykrzyknął.
— Teraz te wszystkie rzeczy, które dla praojców naszych były literami wielkiego ǳie-
ła, klawiszami niezmiernego organu w kościele Bytu, teraz to wszystko, to tylko skarby
bezcenne, to tylko majątki niezmierne, za które można kupić zabójcę króla, wystawić
wojsko dla napaści na kraj sąsiada, kupić żonę przyjaciela, zapłacić zdrajcę kraju roǳinnego.
Wszystko to, to jeno ziemskiej, małej środki potęgi, nieudolnej tam, gǳie trzeba
zmierzyć się z tym, co poza grobem, niezdolnej rozświecić ani jednym błyskiem tych

niezmiernych ciemni, jakie istnieją za kręgiem życia naszego. Wszystko to tylko zwłoki
cudu…
Trupem jest ten wielki opal wyjęty z oka Kali i złoty posąg samej Kali też jest trupem.
Dusza tych rzeczy zgasła, znikła, jak znika cały świat, gdy pociemnieje słońce. Po
omacku choǳimy tu wszyscy, nie wiǳimy wcale, jeno rękami dotykamy zimnych twarzy
trupów. Oto nasz świat, oto mądrość nasza, oto wieǳa. Nie wiemy nic, podobnie jak
tłum tęskniący i podobnie jak on sieǳimy nad morzem bezmiernym i płaczemy słońca.
Odpłyniesz oto zanim minie ǳień i noc zapadnie…
Odpłyniesz w dal gǳie wszystko wzięło swój żywot…
— Stara to pieśń, barǳo stara, i także trup. Przyjrzyj jej się, a spostrzeżesz, że ani
słowa nie rozumiesz. Tak jest ze wszystkim. Dawniej słowa co innego znaczyły, co innego
mogły. Mówisz: morze. Ależ ono zbadane zostało jak najdokładniej przez żeglarzy
naszych. Dal? Znamy ją wybornie w każdym calu. Zmierzyliśmy odległość gwiazd sta-
łych, znamy ich skład chemiczny, z wieloma światami zamieszkałymi utrzymujemy stałe
stosunki, nasze aeroplany wychylają się nieraz poza sferę powietrzną otaczającą nasz glob
ziemski… a mimo to możemy jeno powieǳieć, że znamy zaledwie ściany więzienia naszego,
kędy nas ktoś na jakiś nieokreślony czas zamknął, nie wiemy zaś nic o rzeczach
zewnątrz murów istniejących, nie wiemy nic… nic… tylko tęsknimy. Ktoś trafnie wiek
bieżący nazwał czasem przerażającej tęsknoty i niepokoju.
Zapanowała cisza. Żółte światełko latarni skakało po szarych murach pod wiewem jakiegoś
wiatru, a rogatą szafirową czapką nakryta głowa arcykapłana chwiała się podobnie.
Po chwili zaczął cichym głosem, który wnikał w duszę:
— Czasem tylko… barǳo rzadko… raz na wiek cały zjawia się człowiek, który chwilami
ma właǳę spojrzenia poza mury. Czasem, wiatr jakiś zaziemski na ziemię przyniesie
liść z drzewa poznania zerwany, z tego wielkiego drzewa, które symbolizuje w sobie życie,
jak mówi prastara legenda… Nikt nie wie, kiedy się to stawa⁷² i dlaczego… Nikt nie
wie, kto i czemu bywa posłańcem innych światów, nie wiemy nawet, czy przestrzenią czy
inną przeszkodą światy te od naszego są odǳielone. Przychoǳi taki człowiek i nie ma
z ludźmi nic wspólnego, jest samotny i ǳiwi się życiu.
— Skąd wiesz arcykapłanie? — zǳiwił się Istagogos.
— Stare zapiski — odparł arcykapłan — trochę obserwacji, ot i wszystko!
Długo milczeli obaj, a potem zapytał kapłan:
— Istagogu! Jest żeś ty owym samotnym posłańcem, który ma list dla ziemi, wieść,
nakaz… którego nikt odczytać nie może?
Zapytany milczał.
— Dawniej — mówił dalej arcykapłan — nie poznawano owych luǳi i brano ich
za wrogów, a przeto palono na stosach i krzyżowano. Oni zaś umierali, ucząc miłości.
Jeno w tej formie potrafili wypowieǳieć swe posłannictwo, przeto ich nie rozumieli ci,
co dopiero do nienawiści dorośli. ǲiś wszystkie serca czekają, by poseł otwarł usta, by
przemówił. Wzmogła się strasznie tęsknota i nie masz już pośród nas zawistnych. Utonęło
co złe we wspólnej wszystkim męce czekania.
Nagle w duszy słuchającego głos jakiś zawrzasnął:
— Nieprawda! Nieprawda! On kłamie! Nie wygasła nienawiść mięǳy ludźmi! Nie
wygasła!
Zdumiał się Istagog i spojrzał nagle na arcykapłana. Stał pochylony, wpĳając się weń
wzrokiem, a oczy jego, wbrew słowom pałały żarem pożądania. Głos łagodny i słodki
płynął tymczasem jak pieśń:
— Wniknĳ w siebie — szeptał najwyższy dostojnik sanhedrynu — wniknĳ w siebie!
Nie wolno zapoznawać powołania swego. Odrzuć precz pokorę, bo byłaby tutaj zbrodnią…
Powieǳ… Jest żeś ONYM?… Pomyśl tylko… lud cię otacza miłością, masz za sobą
wolę ludu. To wiele. To niezmiernie wiele. Nie posiadał tyle, mimo swych skarbów, król
przedwczoraj zmarły… Powieǳ… Jest żeś ONYM…?

Istagogos milczał ciągle, głębiąc się bowiem we wnętrze swego ducha, nie odnajdywał
w nim odpowieǳi na pytanie, wiǳiał tylko tam tęsknotę, słyszał tylko akord hymnu
modlitewnego.
— Nie zawsze jest dane człowiekowi wieǳieć jasno… — zaczął.
A arcykapłan ciągnął dalej:
— Jeszcze nie wiesz nic Istagogu. Czyny twe własne muszą przemówić do twojej
świadomości. Przeto mówię ci: chciej! Reszta przyjǳie sama z siebie.
— Chcę! — wykrzyknął Istagog silnym głosem.
— TEDY zostaniesz królem.
— Ja? — zapytał oszołomiony.
— Tak. My, najpotężniejsi w królestwie, my wtajemniczeni, my stróże arki tajemniczej,
oddamy ci w ręce berło właǳy.
— Wy? A cóż ja mogę dać wam w zamian, ja biedak, który nie wie, skąd się wziął
tutaj, który za całą dań życia ma jeno jakieś wiǳiadlane wspomnienia, jakiś zabłąkany
w sercu akord innego świata… ja parias, ja skazany na wieczyście jedną tułaczkę po droǳe
wiodącej do PRZYBYTKU WIELKIEJ ŚWIATŁOŚCI…
— Ty, parias, ty skazaniec dasz nam, potężnym, twe wspomnienia wiǳiadlane, wy-
śpiewasz nam akord innego świata zabłąkany w twej duszy, a my ci oddamy za to wszystką
potęgę tej ziemi, całą moc władania ludźmi i rzeczami, pośród których iǳiesz zadumany
nad początkiem swoim.
— I czemuż to? — spytał lękliwie i z wielkim zǳiwieniem.
— Dla samego właśnie dobra tych luǳi i rzeczy, których ǳieǳicznymi kierownikami
jesteśmy od wieków my, święte kolegium.
— Tedy zostawcie mnie, gǳie jestem, a jeśli zdołam coś odczytać w duszy własnej,
powiem wam… powiem całemu światu dla jego dobra.
— Wiem to, spoǳiewam się i dlatego wzywam cię: złóż w moje ręce przysięgę, że
nikt nie dowie się od ciebie ani słowa!
— Nikt, dlaczegóż to?
— Słuchaj! Czy dałbyś szalonemu albo ǳiecku miecz ostry w rękę? Nie. Otóż wie-
ǳa twoja byłaby mieczem i zagładą, nie dobro rozszerzyłaby po świecie, oddana w moc
tłumów zawistnych i żądnych posiadania. Z potęgi zdolnej poruszyć ziemię z posad, z wie-
ǳy tej uczyniono by szał straszliwego użycia, chaos piekielnych uciech, w których świat
spłonąłby dnia jednego, jak garstka słomy na ognisko rzucona.
Nie czekając odpowieǳi, pochwycił arcykapłan pałkę wiszącą u ściany i uderzył nią
uroczyście trzy razy w wielki złoty gong.
Natychmiast napełniła poǳiemie światłość wielka i muzyka rozbrzmiała wspaniała.
Jakby cudem zjawili się lewitowie, biali, strojni rycerze, ǳiewczęta z koszami pełnymi
kwiatów, sztandary zwinięte i pochylone w poǳiemiu, gotowe szeleścić w powiewie
morskiego wichru.
— Skąd się to wzięło? Skąd wieǳiałeś?
Zdumiony Istagogos oglądał się za kapłanem, szukał go oczyma, ale nie mógł dojrzeć.
Zresztą nie dano mu dumać, posaǳono go w krześle nośnym i pochód ruszył.
— To sen, to sen — rzekł cicho do siebie.
— Wszystko jest snem — odpowieǳiał mu z pobliża głos jakiś. — Błogosławiony
ten, który pamięta sny swoje i buduje z nich życie.
Tearcha mieszkał we wspaniałym pałacu wzniesionym na wysokiej górze, skąd się
wiǳiało całą wyspę i wielką, nieogarniętą roztocz morza. Świtę jego stanowili młoǳi
lewitowie, czujni, cisi, zakamieniali w ekstazie pełnienia obowiązku, a przeto nieposzlakowani.
Kiedy sieǳiał na złotym tronie smutny był, czuł się więźniem, kiedy odbierał hołdy
poddanych, czuł się manekinem, formułką bez treści. Wszystko, co go spotkało, było jak
sen, a czyż można walczyć z ułudą?
Wolnym czuł się jeno w nocy, wonczas kiedy posnęli wszyscy, chciwie wsłuchani
w każde jego słowo, usiłujący myśli w locie rozpoznać i przytrzymać na to, by uczynić
z niej… ach tak wieǳiał już teraz… by uczynić z niej narzęǳie właǳy, środek panowania.

Raz, o wczesnym ranku, podczas przejażdżki, smutnymi woǳił wokoło oczyma. Przechoǳący,
śpieszący do pracy spoglądali ponuro na pojazd królewski. Lud, który go jeszcze
tak niedawno miłował, który go słuchał tam nad morzem, nieufny stał się, miał się
widocznie za zdraǳonego…
Istagogos spostrzegł przy droǳe sieǳącego na kamieniu Saceidosa. W podartą suknię
ubrany żebrak miał złośliwą minę. Widać go znów niedawno oćwiczono. Rzucił on
Istagogowi takie spojrzenie, że nie mogąc dłużej znieść tego, Tearcha kazał zatrzymać
konie.
Skinął na starca, a gdy ten się zbliżył, podał mu król pierścień i chciał się wytłumaczyć.
Ale ledwo otwarł usta, jakby spod ziemi wyrośli biali lewitowie, stanęli zwartym kołem
u powozu, tak że zdołał on jeno wykrzyknąć, w chwili gdy pojazd ruszał:
— Zawsze ten sam, wierzcie!
Reszta utonęła w rozgwarze donośnej fanfary trąb, które witały zawsze każde królewskie
słowo i szczęku oręża rycerskiej świty.
Był to barǳo smutny ǳień. Istagogos był więźniem. Przegrał, uczuł to dobrze, całą
stawkę życia swego. Koło przeklęte zamknęło się za nim, ledwo w nie wstąpił. Był oto
w rozgwarze sprzecznych interesów i omyłek, stał się ich źródłem, mimo woli zbuǳił na-
ǳieje nieziszczalne niemal. ǲiwna sytuacja zaiste. Naprzód zeskontowano jego mgliste
wspomnienia, sny, domysły. Bolał go nad wyraz ten straszny przymus duszy, nad którą
stoją pochyleni chciwcy, żądni byle agmentu, słowa, byle strzępu myśli. I dlatego pewnie
ona, ta dusza, stępiała, zawarła się dumnie, jak świątynia, do której chyłkiem skrada
się po nocy złoǳiej bluźnierca… Męka, coǳienna męka! O, jakimże prawem krzyknął
im ǳisiaj: „Zawsze ten sam!”. Nie jest już ten sam… O nie! Jako pąk był, który się nie
okwiecił. I oto porwały go brutalne ręce, brudne palce rozdarły oponę delikatną, się-
gły maleńkich płatków korony i poodwracały je przemocą na to, by przymusiwszy do
rozkwitu ustawić na biesiadnym stole użycia, gǳie wino cieknie strugami, gǳie twarze
pĳanych przywarły do obrusa i toczą bezprzytomnymi oczami, a usta wołają: „Zaczynać,
zaczynać!”… jak na widowisku. Jako pisklę był dotąd, które w jajku rozwarło oczy. Jako
oprawcy wzięli go luǳie, rozbili skorupkę i trzymając pod słońce badają ściśle i pytają:
„Powieǳ, co wiǳiałeś, a my ci za każde z twych słów zapłacimy doskonałą cenę. Powieǳ.
Zapłaty takiej nie brali dotąd prorocy tej ziemi”.
„Powieǳ, bo jesteśmy zdecydowani zasypać cię złotem i klejnotami, jako stać nas,
potężnych stróżów tego zewłoku arki świętej, z którego uciekła dusza, owej pustej skrzyni,
w której gospodarzą myszy jeno i szczury”…
Uczuł, że nie zdoła przebić muru odgraniczającego go od świata żywych. Od tego też
dnia począł się uważać za zmarłego. O wymknięciu się z niewoli nie było co i marzyć,
pokusić się o wywieǳenie w pole kapłanów także wydawało się szaleństwem. Ale lekceważyć
odtąd począł Istagogos swych wrogów i nie przyjmował już arcykapłana coǳiennie,
jak to miało miejsce dawniej, kiedy był przekonany o jego szlachetnych zamiarach.
Zostawiono go w spokoju, strzegąc pilnie.
Raz noc nadeszła czarna, bezksiężycowa. Istagogos, odprawiwszy służbę, rzucił się
w ubraniu na łoże i zapadł w smutną zadumę.
Zrazu barwnym pochodem przeciągał przed oczyma jego duszy ǳień ǳisiejszy. Wszystkie
szczegóły życia ujrzał z wielką wyrazistością, słyszał każde z wyrzeczonych słów, jakby
je cud jakiś utrwalił w nim na wieki.
Wokół głęboka panowała cisza. Morze zda się zmartwiało pod czarnym, bezgwiezdnym
niebem. Nie dochoǳił z tamtej strony szum zwyczajny. Jakieś ukojenie zapanowało
czy otępiałość.
Mĳały goǳiny, król leżał bez ruchu.
Dusza jego tymczasem powoli, powoli oddalała się, płynęła szarą dalą bez kształtów
i nazwy.
Lampa raz jeszcze błysnęła światłem i zgasła. Czarny aksamit otulił wszystko szczelnie,
zdawało się, że z każdym westchnieniem wciąga się pył czarny, niezmiernie subtelny
w płuca. I jakby płyn ten był wodą Lety, znikały od niego zjawy wszystkie po kolei… to,
co nazwy nosi nicestwiło się, zachoǳiło za chmurą nicości, wytrzebiały się lasy myśli,
a na ugorzysko jałowe stępowała bezforma mgła NIENAZWALNEGO, NIEWYSŁOWIONEGO…

A wówczas, na tym tle jakby niebytu, gdy krew odpłynęła od wypoczywającego mó-
zgu, gdy oddech spadł do szmeru niedosłyszalnego, a piersi zamarły bez ruchu, wtedy
czarną nicością począł kołysać rytm jakiś.
Było to falowanie ciemni.
Było, jak kiedy DUCH BOŻY unosił się ponad wodami w przedstworzennej pustce.
Płynęła z dali fala tak lekka jak sen o przypływie. Nastawał powoli prąd ku lądom
nieokreślonym w języku jawy. Echowe rozbrzmiały stąpania… Czas niósł coś poprzez
nicość na ręku, niósł je w darze spragnionemu, zǳiwionemu sercu.
I poczęło serce promienieć. Szło naprzeciw oblubieńca ze światłem miłości w ręku.
Wezbrało rzewnością wielką, ukochaniem ǳiękczynnym, łkającym uwielbieniem.
Pojmowało już teraz, na co się stała nicość.
Tak niezawodnie, tak niezawodnie.
Z dali szedł hymn:
O Panie, o Panie,
Kędyż posłałeś nas, wichry swoje?
Kędyż na wielki bój płyniemy oto po ciemku, duchy ducha niosące, drogą
przeznaczeń niepisanych nawet w snach duszy człowieczej.
Jako oddech TWÓJ jest świat. Jako tchnienie TWE jawi się życie… Obraz świata
i jako nicość jest, gdy zechcesz, a wciągniesz w głąb swoją wszystkie zjawy,
wszystkie znaki bytu.
Oddechem BRAHMY jest to co jest, a nic innego w przestrzeni.
Serce otwarło się, jak kwiat lotosu i chłonęło objawienie.
Wnikało kołysane rytmem w tajniki stworzenia, przemógłszy formę poznania niedołężną,
przezwyciężywszy czas, patrzyło na stawanie się zjaw.
Pragnienia jego, by ręce w modlitewnym uwielbieniu, wyciągnęły się w dal z prośbą:
„Wiem Panie, wszystko wiem, wiǳę aż do dna duszy każdej ubranej w ciało i tęskniącej
w formie. Zaglądam kształtom wszelakim w oczy i wiǳę każdego, świetlny, nieśmiertelny
powód istnienia… Czuję życie, jestem wszystko i nic poza mną w TOBIE… Dosyć Panie!
Obawiam się, że ciało moje skona z miłości, dosyć Panie. Nie mów do mnie, bo spłonę
na popiół, nie mów, zajmuję się płomieniem od każdego Twego słowa, od szeptu głuchnę
boleśnie. Ginę. Przekroczone są progi możliwości…”
A hymn rozkołysał się jak ǳwon. Ciemń grała:
O Panie, o Panie!
Kędyż posłałeś nas, tchnienia swoje?
Kędyż na wielki bój, na spełnienie chwili następnej płyniemy oto po
ciemku duchy, ducha niosące, niezmiernym gościńcem stawania się, szlakami,
kędy nie stąpa nawet myśl śpiącego u stóp TWEGO tronu archanioła…
Zamarło zmorzone, spłynęło potokiem łez wǳięczności serce.
A wówczas, jakby w ostatniej, przedskonnej sekunǳie wid się ukazał:
Czarne zwały fal przelewały się niespokojnie, dęły się i rozluźniały na przemian. Podobne
muskułom olbrzymiego ciała gorączką trawionego, podobne rytej histerią twarzy,
myśli wichrem brużdżonemu czołu… Na grzbietach fal biała strzępiła się piana.
Pomału, ostrożnie stępując ze śliskich grzbietów w parowy płynne, migotliwe nawet
w pomroce, to znów dźwigając się na wyże, nie wiadomo skąd się jawiące, po szafirowym
morzu sunął wielki okręt.
Śmigłe maszty darły się w górę wysoko, wydymały się białe na zieleni ciemnej żagle,
skrzypiały w wietrze reje, a z pokładu zapełnionego tłumem luǳkich postaci dochoǳiły
dźwięki poważnego hymnu o modlitewnych akordach…
Na pomoście przednim, wysoko, widoczny wszystkim innym, stał kapłan w białą
ubrany szatę i orlim wzrokiem śleǳił horyzont.
Wzniesione jego ręce jaśniały blaskiem białym, jak skrzydła mewie podlatywały szerokie
rękawy szaty. Szukał oto po ciemni serca wołającego wzrokiem słodkim, a ostrym,
wiǳącym wszystko, i znalazłszy je, ogrzał spojrzeniem i ukoił.
A serce szukało słów uwielbienia.

— Jakże cię zwać mam RABI? Jakie słowo znaczy TY, jakie słowo CIEBIE znaczy,
Panie? Zniknĳ, cień swój świetlisty zostawiając wiekom przyszłym, a wtedy może
bęǳiemy mogli ochłonąć i nadać ci imię pochwalne, które się zmieści w ustach naszych!
Jakby słońce spadło do komnaty, nagle rozbłysło wszystko jaskrawo, a z powoǳi tej
z fali, z gęstej jasności wyłoniły się dwie ręce i palce jakieś dotknęły, by⁷³ powiew wiatru,
głowy jego.
Uczuł lodowaty prąd, znikło mu wszystko spod czaszki i tylko wieǳiał, że leci wysoko,
że opuścił ziemię…
Powietrze rozdarł krzyk wielki. Istagogos rzucił się na posłaniu wysoko i padł na
powrót zemdlony na pościel.
Drzwi komnaty rozerwały niecierpliwe ręce. Wpadł ze światłem arcykapłan i kilku
lewitów, czuwających onej nocy nad spoczynkiem króla.
Istagogowi cichą, straszną śmierć głodową przeznaczono.
Mĳał ǳień piąty. Więzień leżał wyczerpany na twardych deskach łoża więziennego
i myślał. Ale myśli jego osłabłe, zgłoǳone snuły się po ziemi, złożywszy skrzydła na
plecach.
W kaźni mrok panował ciemny, nie wieǳiało się, jaka pora dnia we świecie szerokim,
tej oto goǳiny.
Więźnia nie odwieǳali dozorcy, bo i cóż pilnować konania. Arcykapłan sam wziął
klucz od grobu, zewnątrz na nim położywszy pieczęć świętego kolegium.
Skazaniec woǳił oczyma długo po murach, a oczy same wbrew rozkazowi rozsądku
i woli szukały, szukały pilnie, jak by i kędy uciec się dało, zwieǳały każdą szczelinę jak
jar pełen bezcennych skarbów, zmierzyły troskliwie rozmiar gęstych oczek silnej, żelaznej
kraty, spróbowały mocy żelaza, najgłębiej się w tę rzecz zapuszczając… wreszcie… poszły
na świat, za mury, tam, gǳie spaǳisto zbiegają się w morze skały i dalej, brzegiem, gǳie
piasek płukany tysiące razy falami, wyjałowiony do granic ostatecznych.
Nad morzem, idąc powoli, myśli więźnia jasne teraz i wyraźne ukazały mu tłum luǳi.
Pośrodku tłumu, na porzuconym przez morze tramie drzewa, nie wiadomo skąd,
z odległości wielkiej przyniesionego, stał Saceidos i mówił:
— Jako ten belek, na którym oparte są stopy moje jest dusza nasza. Nie wiadomo,
skąd przyszła, nie wiadomo dokąd i jaki prąd ją ponosi w przestrzeni… Ponad rozję-
kiem serc naszych wołających o odpowiedź, jako oliwa na wzburzonych falach unosi się
WIELKIE MILCZENIE. Nie zmąci go jęk milionów, nie wzruszy płacz. Pod NIEWIADOMEGO
straszliwym sklepieniem, nakryci gęstym oparem łez naszych trwamy,
trwamy bez początku i końca, naroǳin ni skonu nie świadomi, jak krople rzeki niewie-
ǳące, gǳie i jakie płyną zalewać czy żyźnić łąki, jakie pustoszyć sieǳiby, jakie unosić
kolebki z niemowlętami…
Istagogos uczuł wielki żal, wielkie współczucie. Oto człowiek, pomyślał, który snuje
dalej mój płacz i prostuje ścieżki tęsknoty, by nie zagmatwały się dusze. Azaliż nie jest to
drugi liść onego drzewa, o którym mówił arcykapłan… liść jednym ze mną przyniesiony
wiatrem, czekający nowego podmuchu, by ulecieć nie wiadomo kędy?… I zebrawszy całą
siłę woli, rzekł mu:
— Sacejdosie! Sacejdosie! Zaprawdę powiadam ci, rozpłomieniaj kierz⁷⁴ tęsknoty,
albowiem on ci jest WIELKIM HASŁEM, jakie ma być na równiach ziemi zapalone
BOGU, na znak, że czas znĳść! Sacejdosie! Powiadam ci, ty jesteś nowy Jan, a wodą
chrztu jest ogień bólu!
Sacejdos pilnie nadsłuchiwał mówiącego doń dalekiego głosu. Twarz swą zwrócił
w stronę więzienia i ręce wyciągnął, a w oczach miał taki blask i zachwyt, że słuchający
go tłum padł na kolana, jak pada łan pod sierpem wichru przelatującego.
W tej chwili ukazali się od strony miasta zbrojni.
Istagogos ujrzał w ich rękach pletnie i uczuł naprzód smaganie, jakie zgotowane było
Sacejdosowi.
Serce jego wezbrało gniewem wielkim, wzniósł przeto ręce swe ku niebu i wykrzyknął:

— O Boże! Skiń na mnie, bym poszedł na ratunek prześladowanym.
Ledwo wyrzekł te słowa, uczuł wielką lekkość, jakieś nienazwalne wyzwolenie, jakby
go wir jakiś ciągnął kędyś, a on miał nakaz słuchać musu. Nie opierając się tedy, poszedł
za tym nakazem…. przeniknął mury więzienia… począł iść ku morzu.
Sennie, niepewnie pamiętał jeszcze ostatnie spojrzenie rzucone po celi więziennej.
W czarnym lochu, który zalegał gęsty mrok, na tapczanie z twardych desek leżało
nikłe ciało człowieka, którego dawniej gǳieś widywał… tak… tak… widywał go, kiedy
pochylony nad wodą przy brzegu umywał się o świcie w morzu.
Skierował się ku wybrzeżu.
Nagle, na zakręcie drogi, spoza klombu agaw wyniosłych ujrzał idącego samotnie
człowieka.
Na głowie jego chwiała się szafirowa, arcykapłańska czapka. Szedł zadumany. W ręku
kręcił wielki klucz, a u pasa święte pieczęci brzękały uderzając jedna o drugą. Drogocenna
szata z bisioru wlokła się po ziemi w prochu.
Istagog ujrzał w duszy tego człowieka tęsknotę wielką. Klęczała we włosiennicy i wyciągnąwszy
ku niebu splecione ręce, zawoǳiła: „Kędyż? Kędyż o Panie?”.
Wydawało mu się w tej chwili, że czystą jest i nie zaprzęgnie się, jak tylekroć do
czynów marnych, niskich…
Wystąpił tedy na środek drogi i czekał z rozwartymi ramionami, gotów objąć, do serca
cisnąć, przebaczać i wspomagać.
Ale jakby był jeno cieniem, przeszedł arcykapłan miejsce, na którym stał. Zmieszały
się nawet ich stopy na chwilę. Potem Istagog ujrzał się samotnym. Arcykapłan znikł poza
agawami, kierując się w stronę więzienia.
Wpatrywał się weń z natężoną uwagą a kiedy dusza zdawała się wracać w martwe,
stężałe ciało cichym pieszczotliwym głosem przemówił:
— Wszystko złe skończone. Przed chwilą napoiłem cię mlekiem. Bęǳiesz żył, czy
słyszysz?
Istagogowi rozradowało się serce, rozczulił się. Oto w wielkiej troskliwości arcykapłan
poi go mlekiem, by żył. Rzekł mu więc:
— Bądź błogosławiony, iże masz duszę dobrą, ale czyż inaczej żyć bym nie był zdolny,
pomyśl tylko, czyż nie obroniłem żebraka Sacejdosa, kiedy go pochwycić miano na męki,
a przecież wtedy nie jadłem od pięciu dni i nie piłem.
— Nie rozumiem cię! — odparł arcykapłan. Patrzył nań zdumiony. Wreszcie uderzył
nogą w posaǳkę. Zjawił się we drzwiach żołnierz.
— Czy wróciła straż z więźniem Sacejdosem? — spytał go.
Żołnierz był blady, zmieszany barǳo. Nie patrzył na arcykapłana, ale szeroko rozwarte
i jakby niewiǳące nic źrenice utopił w Istagogu. Stał jak skamieniały. Potem niby trzcina
pod wiatrem zachwiał się i upadł na kolana. Ręce splecione wyciągnął ku więźniowi.
— Zmiłuj się, zmiłuj! — szeptały jego zbielałe wargi.
— Precz! — krzyknął zdumiony i przerażony nagle arcykapłan. Żołnierz patrzył na
Istagoga, a więzień, wyciągnąwszy rękę, rzekł mu:
— Odejdź w pokoju!
Żołnierz znikł jak widmo.
Wówczas arcykapłan wstał z niskiego stołka, na którym sieǳiał obok tapczanu więź-
nia, cofnął się o krok w tył i spokojnym, pewnym głosem zapytał:
— Więc powieǳ, czego właściwie chcesz w zamian?
— Czego chcę? — powtórzył więzień. — Oto proszę, powieǳ mi, azali⁷⁵ wiǳiałeś
mnie przed małą chwilą na droǳe wiodącej ku morzu.
Arcykapłan patrzył nań teraz zupełnie, jak przed chwilą żołnierz.
— Spotkałem cię — mówił dalej Istagogos — szedłeś samotny i zadumany w tę
stronę. Na głowie twojej chwiała się szafirowa arcykapłańska czapka, w ręku kręciłeś wielki
klucz, a u pasa święte pieczęcie brzękały jedna o drugą. Drogocenna szata z bisioru wlokła
się po ziemi w prochu. Ujrzałem też na dnie duszy twojej tęsknotę płaczącą. Klęczała ona
we włosiennicę oǳiana i wyciągnąwszy ręce ku niebu zawoǳiła:

Kędyż? Kędyż o Panie?
Wystąpiłem na środek drogi i czekałem z rozwartymi ramiony, gotowy objąć i do
serca cisnąć, ale jakbym był cieniem jeno, przeszedłeś przez miejsce, na którym stałem
i ujrzałem cię samotnym. Odszedłeś, kierując się w stronę mego więzienia.
Zaległa cisza. Arcykapłan patrzył na więźnia jak skamieniały. Poprzez grube mury
dochoǳił teraz niewyraźny, głuchy szmer, jakby tłum luǳi, niespokojnych, podnieconych
oblegał budynek, żywo rozmawiając. Arcykapłan z każdą chwilą bledszy, stał ciągle
wpatrzony w Istagoga.
— Powieǳ, czego chcesz? — powtórzył głucho.
— Chcę jeszcze, byś powieǳiał tęsknocie, klęczącej w więzieniu twej duszy: „Wiǳę,
że czystą jesteś. Płacz tedy, pożądaj szczerze! Płoń! Spłynie ci na czoło nowy chrzest Jutra,
chrzest ognia, a on ci jest hasłem zapalonym na równiach ziemi, Bogu na znak, że czas
wyzwalać”.
Arcykapłan nagłym ruchem podniósł ręce do głowy, zdjął swą szafirową arcykapłańską
czapkę i klękając szybko, jakby padał, cisnął ten symbol władania duszami społeczeństwa
pod stopy skazańca.
Istagoga serce wezbrało miłością. Wyciągnął ręce, objął szyję klęczącego, przyciągnął
go do siebie i przykładając do bladych policzków dostojnika swą twarz wynęǳniałą, powieǳiał:
— O jakżeż pragnę, byśmy się porozumieli bracie! O jakże barǳo pragnę. Jakże
niezmiernie gorąco pożądam goǳiny światłości dla promienia idącego ciemnią, poprzez
nicość, jak mówi hymn stary, przeczyste źródło objawienia. O jakże chciałbym być najniższym
z marynarzy WIELKIEGO OKRĘTU, któremu dana jest w rękę lina żagla…
o jakżebym pragnął…
Obom spływały teraz gorące łzy po policzkach.
Trwali w bezsłownym zachwyceniu.
Szmer dolatujący z zewnątrz, nagle, bez przejść buchnął rozgwarem, jakby rozwarto
grube drzwi. Zabrzmiały okrzyki, wrzask rósł, jak rośnie lawina… zatętniły sklepienia…
pękły wreszcie ostatnie podwoje i rozżarty, pĳany szałem tłum ukazał się na progu kaźni.
Gorąco biło od stłoczonych ciał, żar buchał od dusz ogarniętych pożądaniem pomsty.
— Na krzyż! Na krzyż! — ryczał tłum.
Tak samo jednak rychło, jak wybuchły, głosy zamarły.
Zwite konwulsyjnie ciała zastygły w rozmachu.
Setka ócz wpatrzyła się w tych dwu klęczących na ziemi, w tych płaczących bez słowa,
splecionych uściskiem.
Wreszcie Istagogos opanował wzruszenie, skinął na stojącego najbliżej.
— Bracie — rzekł mu — podaj oto tiarę arcykapłańskiej właǳy. Nie trzeba, by się
walała w pyle.
Wziął ją ucałował ze czcią i włożył na głowę arcykapłana. Potem dał znak stojącym
w odrzwiach i rzekł:
— Odejdźcie! Odejdźcie! Czuję krew! Dusze wasze cuchną krwią, której pożądały. Krew
Czyńcie pokutę!
— Wspomniany człowiek, przybyły ze stron jakoby nieznanych, wedle zaś ścisłych
badań wysaǳony na ląd przez okręt, zdaje się łączyć w sobie cechy wariata z oznakami
posuniętej daleko medialności. Tym wytłumaczyć sobie należy pewne, zresztą niedostatecznie
stwierǳone przypadki jasnowiǳenia, zdwojenia osobowości, poruszania przedmiotami
na odległość i innych zjawisk analogicznych.
Święte kolegium nasze usiłowało rzeczonego Istagoga użyć do świętych i wysoko
założonych celów swoich. Spostrzegłszy, że posiada wspomniane właściwości uczyniliśmy
go władcą… niestety nadaremnie.
Oskarżam tego człowieka, że ukrył przed nami swą duszę, a tajemnice święte oddać
usiłował w ręce tłumu…
Słowa oskarżenia tętniły głucho w poǳiemnej, nisko zasklepionej sali, gǳie zasiadał
tajny sąd świętego kolegium.

Czarne kapy okrywały barki zebranych wysokich dostojników. Spod wielkich rogatych
czapek spływały białe, długie włosy i brody.
— Przekonaliśmy się wreszcie — mówił dalej prokurator świętego kolegium — przekonaliśmy
się dowodnie, że Istagogos nie myśli jak człowiek zdrowy. Czapką arcykapłań-
ską pogarǳił. Nie chciał tedy być ani głową państwa, ani jego namiestnikiem.
Przytłumiony pomruk dał się słyszeć.
Zaduch wielki panował w mrocznej sali.
Gǳieś za ścianą grzmiały organy, jakby odprawiano tam nabożeństwo.
Od pułapu sklepionego nisko i rozpięcie, zwieszał się wielki, poczerniały świecznik,
którego niezapalone lampy szarzały przez ciemń.
Ogromny refektarz, snać⁷⁶ średniowiecznego pochoǳenia, który by czasu swego czynił
wrażenie ciszy i bezpieczeństwa, był ǳiś jak grobowiec pełen żywych, skazanych na
śmierć.
— Ale oto musimy uderzyć się w piersi — zawołał mówca.
Winniśmy, winniśmy po trzykroć.
Rozpętaliśmy burzę groźną.
Tłumy stoją po stronie szaleńca, przylgnęły doń i czekają na objawienie z ust jego.
Nadchoǳi czas zła…
Jęk żałobny przeleciał po sali. Głowy osęǳiałe pochylił wichr, co nagle, jak wilk
o mroku zawył przeraźnie.
Czarno już niemal całkiem było. Nie rozeznałeś nic. Z nocy tej szedł głos oskarżyciela:
— Do tego doszło, że my, członkowie świętego kolegium, tutaj, w tej na poły podziemnej
sali obradujemy, bracia nasi tam obok, narażając życie, ciszą tych z pospólstwa,
którzy się jeszcze ciszyć daǳą… a całe społeczeństwo… cały kraj w rozpętaniu.
Grzmot oburzenia poleciał, warcząc rozgłośnie.
— Ale mamy w ręku zemstę — głosił mówca. — Nowy „Jan Święty”… Sacejdos,
oto tam rozciągnięty na męce.
Nagle rozebrzmiał rechot złego śmiechu.
— W samej tej sali zemstę mamy naszą. W sali tej zaprawdę odbęǳie się sąd nad
jednym z winowajców.
— Na sąd! Na sąd! — wołano.
Zamieszanie nastało wielkie. Raǳono, rozprawiano, bojąc się świecić światła. Nikt
już nie słuchał mówcy, którego jeno pojedyncze słowa słychać było.
Ale nastąpiła rzecz ǳiwna, na którą nikt nie zwrócił zrazu uwagi. Czarność poczęła
z wolna rzednąć, jak noc, gdy świt nadchoǳi.
Z nicości poczęły z wolna występować łuki sklepień, rozpościerać się ściany, nabierając
złoceń, polichromii, linii, gzymsów, zatok i wyskoków.
Dołem zaczerniła się wyraźnie masa luǳka.
Widać już było księżycowato wycinane czapki kapłańskie, tu i ówǳie zabłyskotały
ęǳle kapy żałobnej lub srebrne jej lamowania. Wynikały z wolna z tej ciemni twarze.
Wynurzały się blade, uczernione plamami ócz i ust zaciśniętych lub szeroko rozwartych
w krzyku. W głębi, na podwyższeniu ukazał się tron połyskujący, na tronie zaś majaczyła
szafirowa infuła arcykapłana. Z prawej strony tronu, wysoko w powietrzu sterczała trybuna
oskarżyciela.
Zatopieni w swych sprawach, zebrani nie wiǳieli nic, nie mieli oczu dla świata zewnętrznego.
Wreszcie jasność spoczęła u stopni tronu.
Coś zabielało.
Od tła odstawać poczęły kształty luǳkiego ciała, które nagie, wyciągnięte nadmiernie,
nienaturalnie w tył rzucone, przygwożdżone się okazało do długiej deski opartej skośnie
o podest tronu arcykapłana.
Był to Sacejdos, żebrak, który śpiewał o tęsknocie nad morzem.
Żył jeszcze, czy zmarł już na męce, nie było wiadome, bo ciałem jego nie wstrząsał
ani dreszcz najmniejszy, z rozchylonych warg nie ulatało najsłabsze westchnienie.

Wrzawa nie ustawała. Potworzyły się małe grupy. Raǳono, spierano się, widać było
żywe ruchy rąk i głów.
Światłość potężniała z każdą chwilą.
Jakby szło słońce, jakby się zbliżała jakaś ogromna kometa, jakby pożar jakiś ogarniał
coraz bliższe stepy.
Nagle w szmer wmieszał się daleki, rozlewny rytm pieśni.
Falować zaczęło powietrze, jeszcze zanim tony nadbiegły z oddali wielkiej.
Zamotały się w tę falę słowa mówcy, pokryty został szeleszczący odgłos zmieszanych
w dyskusji wyrazów i w chwili, kiedy na złotym świeczniku pierwsze zamigotały promienie
światła, poprzez mury wtargnął akord śpiewu chóralnego, rozbrzmiewającego z wielu
piersi.
Głowy się podniosły, ujrzano zjawisko. Zapanowała śmiertelna cisza.
I w ciszy tej nagłej, jak spóźnione w rozpęǳie łoǳie wyleciały na brzeg już po cofnięciu
się fali, ostatnie słowa oskarżyciela.
A śpiew i jasność rosły i rosły.
Szła powódź rozśpiewanego światła, jakaś rzeka pozaziemska, przerwawszy groble
przez Opatrzność założone, płynęła tutaj do poǳiemnej sali, groźna, strasząc, oniemiając.
„O Panie! — brzmiało — O Panie
Kędyż posyłasz nas, wichry swoje?
Kędyż na wielki bój płyniemy oto duchy ducha niosące drogą przeznaczeń, niepisanych
nawet we snach duszy człowieczej…”
Zakratowanymi oknami lała się światłość rażąca, mocna, jakby gęsta.
Powódź przybrała kształty tak realne, tak namacalne, że kapłani stali w śmiertelnej
cichości zesztywniali, półmartwi.
Pieśń wypełniła salę, posaǳkę zalewało światło, pryskając po ścianach, odbĳając się
od płaszczyzn, tworząc w wąwozach siklawy⁷⁷.
Nie było ujścia.
Znikły już od jasności kontury sprzętów, zatonęły ich kształty.
A ponad rozpalonym płynem, niby słupy lagunów wbite kędyś we dno, tkwiły luǳkie,
zwęglone strachem postacie.
I nagle puściły w osaǳie kraty okien.
Wszystko jakby zastygło na chwilę, a na toni jasnej nagle zjawił się on, Istagogos.
Patrzący dojrzeli, jak podniósł ręce i usłyszeli głos, który mówił:
— Zbudźcie się!
Drgnęli wszyscy i uczuli ból wielki, jakby ich z martwych wyrwał na moment życia.
— Zbudźcie się i słuchajcie! Nie moją jest owa światłość, w której przychoǳę, jeno
Pańska, na świadectwo światu ujawniona i na uskromienie błędu! Daremneście tu słowa
miotali, daremnie!
Nie przyszedłem zacierać ścieżyn Pańskich, ale całować każde odbicie jego stopy, wyciśnięte
niezatarcie na ziemi i utrwalić je jeszcze łzami serca.
Jam jest liść onego mistycznego drzewa, które jest znakiem życia i samym życiem,
a przywiał mnie wiatr musu, iżbym pokazał się i poszedł dalej dawać świadectwo chwili.
Przyjacielaście mi zabrali i ukrzyżowali we chwale, jakby był Synem Bożym.
ǲięki Wam! ǲięki! Bowiem wziął on z rąk waszych najwyższy chrzest bólu i oto
teraz razem ze mną pójǳie w przestrzeń, gǳie iść ma od wieków.
Idę i zostawiam za sobą jasną smugę.
Idę i zostawiam za sobą drogę dla tęskniących.
Bądźcie uzdrowionymi na duchu…
Zwrócił się do umęczonego i wyciągnął doń rękę:
— Pójdź przyjacielu! — rzekł. — Wstań!
Sacejdos odstał od deski, odjął od niej ręce i nogi i postąpił ku Istagogowi.
— Pójdź przyjacielu! — powtórzył. — Pora nam przetrzeć oczy po krótkim śnie życia
na tej ziemi.
Skinął ręką ku oknom, a oczy wszystkich poszły za tym gestem.

W dali, na morzu, które się stąd ciemnem wydawało, zamajaczył wielki okręt kołysany
falami.
I znowu zabrzmiał hymn, a na jego jakby fali poczęła się zbliżać ku oknom mała,
złocista łódź.
Dwu białych młoǳieńców stało w niej, z oczyma utkwionymi w punkt, do którego
im przybić rozkazano.
„Jako oddech TWÓJ jest świat — brzmiało powietrze — jako tchnienie TWE jawi się
życie i jako nicość jest gdy zechcesz a wciągniesz w głąb swoją wszystkie zjawy, wszystkie
znaki Bytu”.
Istagogos, objąwszy ramieniem Sacejdosa, stał na poły zwrócony ku oknu bliższemu
tronowi, na którym zmarłego arcykapłana tkwiły zwłoki.
Oczyma szukał czegoś na horyzoncie.
I oto nagle na ustach jego wybiegł uśmiech radosny.
Wysoko, pod masztem okrętu, widoczny wszystkim innym, stał kapłan w białej szacie.
Wzniesione jego ręce nawet w tej światłości białe wysyłały promienie. Rękawy szerokie
polatywały jak mewy na wietrze.
Do światła tego rwała się dusza pielgrzyma, leciały doń wszystkie tęsknoty jego jak
łódki zabłąkane do kręgu oświetlonego promieniami latarni morskiej.
Łódź zarzuciła kotwicę u okna. Nie puszczając towarzysza, wstąpił w nią Istagogos
i rzucił w głąb ostatnie spojrzenie. Nieruchomi, popaleni na śmierć, tkliwi w posaǳce
starcy, jak drzewa dokoła pożartych ogniem chat wioski.
Nie mając już do kogo mówić, w milczeniu zwrócili się pielgrzymi ku okrętowi niesionemu
przez wzburzone fale.
Gdy łódź odbiła od brzegu, Istagog jednym ruchem zerwał ze siebie szatę i ciskając
ją na wodę, zawołał:
— Jako tę szatę rzucam ci ziemio imię moje i losy ǳiś dokonane. W bezimiennej
jaśni powracam na łonie życia, liść drzewa, który wiatr przeznaczenia pęǳi.
Odpływali z wolna ku okrętowi.
Morze niespokojne było.
Czarne zwały fal przelewały się, dęły i rozluźniały na przemian, podobne muskułom
olbrzymiego ciała, gorączką trawionego, podobne rytej histerią twarzy, myśli wichrem
brużdżonemu czołu… Na grzbietach fal biała strzępiła się piana.
Pociemniało już znowu, stare, odwieczne niebo.
Noc nachoǳiła świat burzliwa, zdradna, żądna łupu, kryjąca zamachy w sobie, do
złego skłonna.
Pomału, ostrożnie zstępując ze śliskich grzbietów fal w parowy płynne, migotliwe,
nawet w tej omroce, to znowu dźwigając się na wyże, nie wiadomo skąd się biorące, po
szafirowym morzu płynął okręt.
Śmigłe maszty darły się wysoko w górę, dęły się białe na zieleni ciemnej toni żagle,
skrzypiały reje, a z pokładu, zapełnionego tłumem postaci luǳkich, dochoǳiły dźwięki
poważnego hymnu o modlitewnych akordach.
Oddechem Brahmy jest to, co jest, a nic innego w przestrzeni.
O Panie, kędyż wysłałeś nas, tchnienia swoje?
Kędyż na wielki bój, na spełnienie chwili następnej płyniemy oto po
ciemku, duchy ducha niosące bezmiernym gościńcem stawania się, szlakami,
kędy nie stąpa nawet myśl śpiącego u stóp tronu TWEGO archanioła…
Stary dom
Nieskończone, ciągłe zgrzyty, hałas, tętent kroków. Roją się luǳie jak mrówki, brzęczą Dźwięk
jak bąki gderliwe. Szum, zgiełk w korytarzach Starego Domu, a ja muszę słuchać tego
wszystkiego. Oczy zamknąć można…. przez uszy przenika wszystko. Chwytają każdy jęk,
każdą skargę, każdą kłótnię. Najbłahsza sprawa dostaje się do mózgu i rozgrywa się tam,

rozkłada swe akta… Występuje oskarżyciel, obwiniony, obrońca, ława przysięgłych zasiada…
Twoje zaś akta człowiecze, twe własne, najdroższe sprawy spycha woźny brutalnie
na ziemię. Gdy zaś mieszkańcy Starego Domu chcą tańczyć, to chociaż masz w duszy
pogrzeb dnia tego, musisz wycinać hołubce. Uszy to straszny wynalazek… straszny!
Słucham, a przede mną rozwarta księga mej duszy, w którą chwila po chwili wpisuje
ktoś spoza kręgu naszego poznania, ku ziemi wychylony, słowa otuchy, przestrogi
i naǳiei.
Rozmyślam, a oni żyją.
Jakże wytrzymać w Starym Domu?
Co gadają…. nie wiem, ale czuję, jakby cięcia tępej szabli po twarzy, wydaje mi się,
że duszę mą tacza ktoś w beczce nabitej ostrymi gwoźdźmi.
Iǳie deputacja na strych. Strych oglądają. Parlament kazał obejrzeć strych, skąd kapie.
Idą.
Za chwilę słyszę ich ponad sobą. Choǳą, przesuwają ciężary, stukają młotami…
Nikomu nie przyjǳie na myśl, że to wszystko osłabia jeszcze barǳiej stare belkowanie
i rujnuje do reszty poszycie uczynione ze słomy zbutwiałej, której dostarczają rośliny,
jakich obecnie już nie ma chyba na ziemi.
O, czemuż nie mogę was przemienić w lekkie motyle!
Łażą, suwają się na brzuchach. Niezmiernie gorliwi, niezmiernie punktualni.
Wracają.
A co?… Kapie?
Rozgwar głosów; idąc po schodach, kłócą się, wymyślają sobie.
Nagle łoskot, ktoś upuścił siekierę. Wydaje się, że spadła wprost na moją głowę.
Nie mogę… uciekam.
Leżę w trawie.
Naprzeciwko mnie Stary Dom. Roi się jak mrowisko w lesie. Dosłownie jak mrowisko,
bo naokół ǳiwny, ogromny, nieznany bór, który oni zowią „Wielki Las” i którego
się boją. W podwórcu Starego Domu gromadka luǳi. Dyskutują. Dom, Polityka
— Ho, ho… — powiada ktoś — postoi jeszcze, postoi… wszakże stał tak długo…
dlaczegóż by miał teraz właśnie…
— Tylko trzeba dach zrzucić! — woła drugi. — Cięży starym murom i powoduje ich
zamakanie. Trzeba odnowić dach nad naszymi głowami uczynić życie w Starym Domu
pewniejszym.
— Tak, tak! — przytakują inni.
— To jest właściwie wydaje mi się… — zaczyna architekt stojący na uboczu.
— Tu nie ma żadnego „wydaje się”, tu trzeba koniecznie niezwłocznej decyzji!
— Panowie! Wszak powieǳiałem w komisji: więcej światła… postęp wymaga światła,
czyli okien… To jest rzecz przesąǳona w całym świecie. Tu nie ma dwu zdań…
— To prawda… — wołają głosy.
— W ogóle na co są ściany? — pyta ktoś. — Zaćmiewają tylko pogodny pogląd na
świat. Słońce to wszystko…
— Precz ze ścianami! — zawołano.
— Za pozwoleniem… a na czymże spocznie belkowanie dachu? — pyta ktoś.
— Patrzcie! Oto jest rozumowanie konserwatysty… jemu dach jest wszystkim, wydaje
mu się, że górować, panować, gnębić to jedyna racja życia.
— Ależ panowie… wszakże to jest rozumowanie szaleńca… bez ścian i dachu…
— Szaleniec… szaleniec!
— Panowie! Proszę się uciszyć… Zabieram głos dla zreasumowania sprawy. Zaszczycony
waszym wyborem…
— Ja głosowałem za Nietoperzem… Veto⁷⁸!
— Zaszczycony wyborem na prezesa, konstatuję w pierwszej linii niezwykłe zainteresowanie
obywateli sprawą przebudowy…
— Restauracji… nie przebudowy!
— To jest właściwie… racja… restauracji, sąǳę, że utrafię w myśl wszystkich, jeśli…
— Się pan powiesisz! — dokończył ktoś.

W czwartym oknie drugiego piętra stoi człowiek jakiś i śmieje się szyderczo.
To Habdank, krawiec gromaǳki, ǳiwnie pyszny i bezceremonialny.
— Cymbał! — woła, pokazując w nie palcem. — Patrzcie na cymbała! Czyż ktoś się
w ogóle wyprowaǳa kiedy ze Starego Domu? Czyż można się w ogóle wyprowaǳić? To
człowiek szalony, człowiek niebezpieczny… rewolucjonista!
Z drzwi głównych wychoǳi komisja, która była na strychu. Jest ich kilkunastu. Najgrubszy,
widocznie prezes, wyłazi z trudem na beczkę kapusty. Jakaż to dostojna postać!
Tamci, obradujący przed chwilą, cofają się półkolem, by zrobić miejsce mówcy.
— Panowie! — zaczyna prezes komisji.
Wtem z brzękiem otwiera się okno w suterynie. Słychać zmieszane głosy. Odbywa
się jakieś zgromaǳenie. Widać głowy, ciżba, mrok w sali poǳiemnej.
— Do fundamentów Starego Domu ściekło wiele łez i krwi. Grunt rozmoczyła fala
gorzkich łez. Nie ǳiwcie się tedy, że pękają sklepienia, że się rysują groźnie plafony
z drzewa fiołkowego, cudnymi obrazami pokryte. Nie ǳiwcie się temu wy, którzy poszukujecie
zła, by je usunąć i wy, którzy poszukujecie zła, by je utrwalić… Do fundamentów
Starego Domu ściekło wiele łez i krwi.
Takie słowa leciały z suteryny.
— Panowie! — wołał mówca z beczki. — Zaszczycony wyborem na prezesa komisji
dla badania ewentualności prawdopodobieństwa przypuszczenia, jakoby czcigodny, kryjący
głowy długich pokoleń, dach waszego Starego Domu miał się znajdować w stanie
niezupełnie odpowiednim…
— Błazeństwo! — ryknął ktoś z dołu. — Gadaj wyraźnie!
Z okna pierwszego piętra wyjrzała łysa głowa kierownika dobrego wychowania narodowego.
— A to co? — syknął. — A to co? Wszakże głos ma czcigodny prezes Trupia Czaszka!
— Panowie! — zaczął znów mówca. — Najskrupulatniejsze badania komisji, której
mam zaszczyt przewodniczyć, wykazały, że właściwie wszelkie obawy, tylekroć wyrażane
nie mają żadnego uzasadnienia!
— Wszakże cieknie straszliwie! — zagrzmiało z dołu.
— To niczego nie dowoǳi! — ozwały się liczne głosy.
— Za pozwoleniem! — wołał prezes. — Nie przeczę wcale, że cieknie… nie o to iǳie
jednak…
— A o cóż?
— O zasadę niweczenia rzeczy czcigodnych, rzeczy świętych, w imię fałszywie poję-
tego postępu i rzekomej praktyczności.
— Precz z dachem! — wołano z dołu. — Niech go diabli biorą!
— Protestujemy!
— Panowie! Wchoǳę in medias res⁷⁹…
— Zrzucić dach!
— Panowie… pozwólcież… Komisja zbadała, że wprawǳie rzeczywiście dach Starego
Domu…
— A wiǳisz pan… ha!
— Rzeczywiście wymaga pewnych… powieǳmy, ulepszeń… ale odrobina dobrej woli…
— Raczej nowych gontów!…
— Konopi wiecheć!…
— Dajcież mi mówić…
— Zgoła niepotrzebne… To sprawa architektów, nie polityków… precz z adwokatami!
Gębą nie zatkasz pan ǳiury w dachu!
— Troszkę ufności! — błagał mówca.
— Absurd!
— Troszkę wiary w celową i troskliwą ǳiałalność rządu…
— Zrzućcież go raz z tej beczki!
— Tak… zrzućmy go! To dureń!

— Podaj się do dymisji! Rząd Trupiej Czaszki nie może się utrzymać, odmawiamy
mu zaufania!
— Tak nie można! Tak nie można! To jest terror! Głosujmy!… Głosować!
Ponad zmieszane głosy wzbiło się czyjeś wołanie.
— Obywatele! Zapraszam wszystkich na wielkie zgromaǳenie. Na porządku ǳiennym
referat radcy Nietoperza pt. Więcej światła czyli 2 sposobie wyjęcia ścian bez dotykania
ich. Metoda premiowana. Obywatele, stawcie się jak jeden mąż. Rzecz to niezmierzonej
wagi społecznej. Wolność słowa i bĳatyki po odczycie zagwarantowana. Przestrzegane
też bęǳie jak najliberalniejsze traktowanie wszelakich nonsensów.
Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem prosto przed siebie. Las, Ucieczka
Otoczyła mnie cisza leśnego ostępu, objął w ramiona chłód rozkoszny. Rzuciłem się
wyczerpany na mech. Ciało legło spać zwolnione z ustawicznej, dręczącej konieczności
odbierania tych wszystkich wrażeń, które niósł każdy ǳień w Starym Domu przeżyty.
Ogarnął je zaraz sen głęboki. Dusza zaś poszła w las przeżywać wiǳenie, które by nazwać
można: 0are Yiriditatis⁸⁰.
Oto nowa ojczyzna… — radowała się dusza, spoglądając jak ptak z wierzchołka drzewa
po rozlewnej dali.
Nie było widać końca, las nietknięty toporem słał się aż do skraju widnokręgu. Wydawało
się, że wszystko co na dole musi być zielone, jak wszystko co w górze, szafirowe.
Szarą plamą odcinał się jeno Stary Dom podobny wielkiemu strupowi na ciele natury.
Brzydki był, barǳo brzydki.
— Podpalę tej nocy Stary Dom!
Przebiegło to niby strzała rzucona z jakichś niedosiężnych dali… i znikło, zanim dusza
mogła się zaǳiwić.
Nagle rozległ się szmer jakiś.
— Sługa pana dobroǳieja! Co pan tam robi na drzewie?
Głos dochoǳił z dołu.
Niezwłocznie byłem przy mówiącym i poznałem naszego woźnego Milczka. Zazwyczaj
nie gadał nic, uprzątając pilnie i cierpliwie rozliczne ubikacje Starego Domu.
Była to stwora jakaś niesamowita, instynkt ostrzegał, ilekroć zbliżał się do mej stancyjki
na poddaszu. Ale zachoǳił tam rzadko i znaliśmy się mało.
— Jak to, więc i pan wyprowaǳił się ze Starego Domu? — spytałem zǳiwiony.
— I, nie… — zaśmiał się z cicha — Ja tak sobie tylko… na spacer… Właściwie tom
przyszedł zobaczyć, jak się panu powoǳi.
— ǲiękuję! Na razie doskonale!
— W Starym Domu popłoch! ǲiwią się, że pan się wyprowaǳił. Pytali mnie, z czego
pan niezadowolony. Wydaje mi się, że oni się tego pańskiego postępku przelękli…
— Przelękli się? Cóż ja im mogę uczynić, ja, lokator z poddasza?
— Poddasza i suteryny Starego Domu to najniebezpieczniejsze miejsca! — powieǳiał
Milczek — Stamtąd wychoǳiły zawsze idee… wie pan… idee… a taka idea to gorsze, jak
beczka prochu, to, powiadają, może wysaǳić w powietrze Stary Dom.
— Nie ma obawy. Stary Dom dobrze jest pilnowany. Są żołnierze, są latarnie sygnałowe.
Zresztą wszystkim, mimo rozlicznych narzekań, dobrze w Starym Domu. Poza
tym, zważ pan tylko: wszak poza Starym Domem, jak mówią, nie ma wokół dosłownie
nic, prócz ostępu leśnego, gǳie tajń i mroki, gǳie mieszkają straszliwe stwory niewi-
ǳialne, a mocne. Poza Starym Domem, powiadają, człowiek żyć nie może… rozumiesz
pan… nie może!
— A jednak wyprowaǳiłeś się pan?
Błysło mi podejrzenie.
— Wysłano pana, wiǳę, drogi Milczku na przeszpiegi… co?
Zaprzeczył energicznie.
— Nie! Mylisz się pan. Lubię luǳi śmiałych… barǳo lubię.
— Cieszy mnie to. Ale czy poza tym nie masz pan do mnie jakiegoś konkretnego
interesu? Wydaje mi się…

— Tak jest w istocie. Przede wszystkim jednak pytam… czy pan, który wiesz mnóstwo
rzeczy, nie domyśliłeś się dotąd, kim ja jestem właściwie?
— Nie pomyślałem o tym… choć prawda… podejrzewałem zawsze, że pan jakoś tylko
luźnie związany jest ze Starym Domem.
— O… barǳo luźnie… barǳo…
— Pełni pan jednakże określone funkcje, jest pan na etacie, posiada pan ordery
i mundur z herbami Starego Domu.
— Streszczę się. Posłuchaj pan. W Starym Domu mieszkają nie sami jeno luǳie…
— Co?
— Mieszkają zarówno niższe od luǳi organizmy, jak zwierzęta, a jednocześnie i wyż-
sze. Człowiek jest formą przejściową, a Stary Dom terenem tej ciągle trwającej przemiany.
Od bakterii do istoty nadluǳkiej, do anioła, czy szatana nie ma luki w wielkim
łańcuchu rozwojowym. Bez jednego, choćby najmniejszego ogniwa, sam byt byłby niepodobieństwem.
Wy, luǳie, wiǳicie w Starym Domu tę rzeczywistość, którą ogarniają
wasze zmysły i to uważacie za prawdę. Ale i tam wasza prawda nie jest wieczną i trwałą.
Podobnie jak gwiazdy stałe, pozornie od setek tysięcy lat tkwiące na jednym miejscu
przestrzeni, posiadają jednak swój ruch własny i w ciągu milionów lat zmieniają poło-
żenie, podobnie i wasza luǳka prawda z wolna przesuwa się, wykonuje ruch po przestworzach
poznania. Stajecie się coraz bliżsi innej prawdy, prawdy anielskiej, podobnie
jak wasz układ słoneczny posuwa się z zawrotną chyżością w kierunku Wagi w konstelacji
Lutni…
— Jak to, wy… ? — przerwałem mu. — Czyż pan nie jesteś człowiekiem?
— Naturalnie, że nie. Czyż inaczej przychoǳiłbym tutaj? Czyż miałbym odwagę
wyłamać się spod autorytetu Habdanka?
— Wielkiż to autorytet?
— Barǳo wielki. Habdank jest krawcem gromaǳkim. Każdemu szyje mundur z guzikami
jego rangi i jego luǳkich atrybucji. Jest on rozdawcą praw. Można powieǳieć, że
szyje on ciało duszom luǳkim, bo czymże byłaby w Starym Domu dusza bez tego ciała,
bez rangi, z której wynika wszystko inne, jak płaca, utrzymanie, szacunek, prawo głosu,
prawo deptania innych.
— A jednak ja wyłamałem się, a czyż nie jestem człowiekiem?
— Znowu szemat⁸¹. Powtarzam, człowiek jest to wiecznie żywa i wiecznie zmienna
sprawa. Przypomina chmurę, która ciągle zmienia kształt, barwę, zawartość wilgoci
i ustawicznie co innego niesie ziemi od ożywczego dżdżu, do niszczącego gradu. Pan
wstawszy rano nie jesteś już tym samym, którym byłeś, kładąc się spać. Poza tym róż-
ni luǳie, jak różne gwiazdy, posiadają różną szybkość ruchu własnego. Jedni wiszą jak
martwiejące półksiężyce czarne u boku ciał promiennych, wiecznie ku nim jedną stroną
zwróceni, inni pęǳą z szybkością, wobec której szybkość pocisku największego ǳia-
ła Starego Domu jest jeno krokiem ślimaka. Luǳie o szybkości przekraczającej pewną
miarę nie ulegają już atrakcji⁸² Ziemi i wylatują poza jej orbitę, jak komety paraboliczne,
czy hiperboliczne.
— I nie wracają?
— Niemal zawsze. Stwierǳono, że chyżość jest zmienna i słabnie w miarę oddalania
się od Słońca. Właściwie nie ma hyperboli, a komety z reguły wracają. Tylko wracają
po milionach lat w postaci odmiennej, tak że je poznać trudno. Mówi się wówczas: to
człowiek zesłany od Boga. Takie przynajmniej mają zapatrywanie mieszkańcy Starego
Domu.
— Dobrze! — zakończyłem. — Proszę mi teraz powieǳieć, jaki masz pan do mnie
interes. Ciało moje zbuǳi się niebawem i zechce jeść. Muszę coś dlań obmyślić.
— Nie znajǳiesz pan nic dla swego ciała w Wielkim Lesie. Zioła tam rosnące to
trucizna dla człowieka ǳisiejszego.
— A to ładna historia. Cóż się więc stanie?
— W tej sprawie przybywam właśnie.

— Poradźcie przeto drogi panie Milczku… ale ¢ propos… nie pojmuję, z jakiego powodu
właśnie pan zajmujesz stanowisko tak niskie w Starym Domu.
— A jakież zajmowałeś pan? Ranga nieużytka-myśliciela z mieszkaniem na poddaszu?
Rangi, wiǳisz pan, są rozǳielone na zasaǳie praw, których badać nie należy. Byłaby
to jałowa praca i daremna. Ale każda osobowość luǳka posiada poza swą widoczną, zewnętrzną,
drugą jeszcze misję życiową „tajny rozkaz”, którego częstokroć sama nie zna.
Najczęściej zdarza się, że najniższa ranga posiada misję niezmiernie doniosłą. Jest to nawet
zrozumiałe, ci, którym nie dano nic na ziemi, muszą mieć przecież coś dla siebie
w niebie… prawda? Ale wracajmy do spraw aktualnych. Cóż tedy poczniemy z pańskim
ciałem?
— Nie wiem… nie myślałem o tym…
— Pyszny człowiek… panu niewątpliwie dano barǳo piękny „tajny rozkaz”.
— Zginąć?…
— Hm… możliwe… Albo może odnowić Stary Dom…
— Jakże to?
— Przypuszczam, że należałoby po prostu podpalić go na cztery strony!
— Co? — krzyknąłem wstrząśnięty do głębi, bo myśl taka zabłysnęła mi przed chwilą.
— Tak jest! Byłaby to nawet rzecz piękna taki pożar ziemi… to jest chciałem powieǳieć…
Starego Domu. Pomyślano by w przestrzeni, że uroǳiła się nowa gwiazda,
a któraś z konstelacji oglądanych od przeciwległego krańca przedwieczności wzbogaciłaby
się o nowe słońce.
— Ależ wszakże Stary Dom jest dla luǳi wszystkim, co posiadają…
— I nic prócz niego nie mają…
— Cóż by im tedy pozostało?
— Konieczność zbudowania Nowego Domu.
— Trud nadluǳki…
— Praca wznosząca ku anielstwu…
— Kara okropna…
— Za to, że uczynili swój dom nieznośnym…
Zamyśliłem się głęboko, potem zaś chcąc zmienić treść rozmowy, spytałem:
— Ale cóż pan raǳisz uczynić z moim ciałem?
— Użyjemy go do spełnienia czynu!
— Zginie?
— Naturalnie! Rzecz prosta! Każdy wielki Odnowiciel świata, ginął zawsze… Czyż
mam wymieniać nazwiska…
— Tak, tak… to prawda. Ale wiǳisz pan, mimo owych odnowicieli, Stary Dom stoi,
jak stał. Nie powiodło się widać żadnemu…
— Znowu szemat⁸³. Zastanów się pan! Czy to jest… pierwszy Stary Dom… człowieka?
Nie… wcale nie. Spadło na miejsce, które zajmuje mnóstwo piorunów i szalały
pożary ogromne… To jest tylko ostatni… Stary Dom, to jest ostatnia formuła poznania
luǳkiego, dobra na ǳiś, zgoła nieprzydatna na jutro. Nic nie jest trwałe, co tylko jest
żywe… nie zapominaj pan o tym… nie zapominaj ani na chwilę!
Czułem zawrót myśli, niby czerwone fale przelewały się jedna w drugą. Czułem, jakby
sen mój był jawą, z której przeszedłem w drugi sen. Wszystko wydało mi się innym,
ǳiwacznym na tym głębszym poziomie snu, podobnie jak oczy napotykają coraz inne
ǳiwne zjawy w miarę zapuszczania się coraz głębiej w bezdeń morza.
W pierwszej linii zatroskałem się teraz na dobre o moje ciało leżące oto tam niedaleko
na mchu.
Rozejrzałem się wokół. Rozłóg wysokiej trawy. Witki jej ruszały się ustawicznie, kłaniały
sobie, zbliżały się ku sobie i oddalały. Żadne źdźbło nie stało na swoim miejscu.
Wydawało się, jakbym tkwił w olbrzymim, ǳiwnym wężowisku, cieniuteńkich żmĳ, gotowych
kąsać. Pośród traw widniały olbrzymie, niemal czarne kwiaty z pozoru przypominające
pełne maki. Płatki koron poruszały się nieumiarowo, jakby dowolnie, odsłaniając
żółte plamy, podobne do wielkich kocich oczu. Także pnie drzew nie tkwiły nieruchomo
w ziemi. Oddalały się od siebie, to znów zbĳały w gromadki. Korony ich szeptały zaś

poufnie, naraǳając się ze sobą, konary wyciągały się ku sobie, niby ręce gotowe objąć,
pieścić czy dławić…
Przeraziłem się.
W tym lesie nie sposób znaleść schrony⁸⁴ ni pożywienia dla ciała.
Stałem zmieszany, nasłuchując odgłosu. Milczało wszystko, nie musnął mnie najlżejszy
nawet powiew wiatru.
Przystąpiłem do ciała leżącego we śnie.
Pochylone, w ruchu zǳiwienie wyrażającym, stały nad nim trzy niezmiernie wielkie,
czarno szafirowe kwiaty. Płatki ich poruszały się szybko, migały rozwarte szeroko, to
znów mrużące się oczy. Obok kwiatów wzniesiona w powietrze zwisała wielka purpurowa,
metalicznie połyskująca żmĳa.
— Wstawaj! — krzyknąłem z całej mocy.
Kwiaty uciekły szybko, żmĳa znikła w trawie.
Zerwałem się na równe nogi i obejrzałem się wokół.
Stałem na leśnej polanie, wśród gęstej trawy. Był zmrok. Poprzez pnie drzew przebłyskiwało
światło.
Były to latarnie sygnałowe Starego Domu, umieszczone na jego peryferii, tam gǳie
przytykał Wielkiego Lasu.
Uczułem pewien niepokój. Czegoś mi brakło. Nie mogłem odnaleźć się w otoczeniu,
jak się to ǳieje zawsze po nagłym przejściu do jawy. Wydawało mi się, że przed chwilą nie
byłem sam, że rozmawiałem z kimś. Powietrze drżało, zda się jeszcze, od słów ǳiwnych,
ważnych…
Jakież to słowa?… Kto mówił?
Coś należało uczynić!… Ale co?
Kroczyłem machinalnie w stronę Starego Domu. Gdym doszedł do bramy, późno już
było tak, że mogłem niepostrzeżenie wśliznąć się tuż za plecami zagapionego w ciemń
żołnierza.
Szedłem dalej. Wspomnienie, że padły jakieś ǳiwne słowa towarzyszyło mi ciągle.
Nagle w chwili, gdym zaczął wstępować na schody, uczułem się sam, zupełnie sam,
a wrażenie słów zasłyszanych pierzchło i nie wróciło.
— Ciekawym, co mówił tajny radca Nietoperz o przysporzeniu oświaty w Starym
Domu — pomyślałem i zamyśliłem się nad tym problemem.
Na drugim piętrze natknąłem się na zakręcie korytarza na woźnego Milczka.
Był to człowiek małomówny i znaliśmy się niewiele.
— Dobry wieczór! — powieǳiał grzecznie i skłonił się.
— Dobry wieczór! — odpowieǳiałem i poszedłem dalej.
Na wysokości mego poddasza zatrzymałem się. Ktoś mówił na dole, tętniły kroki.
Odbierano raporty.
— Wszystko w porządku! Zamykać bramę! Spać!
Rozkazy donośnie zahuczały po pustych korytarzach.
Wśliznąłem się do mojej stancyjki i zbliżyłem się do stołu.
Na rozwartych kartach ukochanej księgi leżał ogromny, ciemnoszafirowy, nieznany
mi zupełnie kwiat, przypominający pełny mak. Leżał jak zamordowany człowiek. Bezwładnie,
ciężko spoczywały płatki korony na bieli papieru, niby na śmiertelnej pościeli.
W rozchyleniu dwu płatków widniały ogromne, żółte, zaszłe bielmem śmierci oczy.
Zamknięte
Okrągłe, tłuste kucyki wyǳierają lejce z rąk, rzucając łbami. Słońce przecudne, maj,
krystalicznie, połyskliwie wokół… wózek wydaje się złoty, kuce z brązu odlane, tylko
piękniejsze… wiele, wiele piękniejsze od tamtych… Ach gǳież to gǳie… wiǳiałem przecież…
mniejsza z tym.
Mignęła w przedpokoju suknia.

— Mańka! — wołam. — A kiedyż się tam wyguzdracie?
— Zaraz, zaraz… Hej! Stefa! Józek! Drucha!…
— Jak to? Wszyscy?
Zły jestem. Przecież to nie do darowania zamęczać konie! Przy tym, to moje… te
kuce… wyłącznie moje.
Ale spaśne są, więc po chwili przychoǳę do przekonania, że im nic nie bęǳie.
— Wawrzon! — wołam.
Psiadusza! Pewnie dopiero czyści buty… Nie bęǳie z niego nigdy dobry furman… co
nie, to nie…
Rozkoszny mnie oblewa wiatr. Idę oczyma po linii topoli, aż tam do gnącego się we
wietrze wierzchołka.
Cudna jest. Szemrze. Pachnie! A ten krąg żywopłotu… Jak się ǳiś rysuje elipsą cię-
tych krzaków!…
Iǳie Wawrzon. Nie patrzę, a wiem, że dociąga paska. To robi zawsze na ostatku. Nie
do gniewu mi zresztą. Patrzę na szyby ganku… liczę je… Błyszczą… jak błyszczą… Wiem,
tam za nimi, gǳieś w głębi, głowy drogie, kochane, cudne przez to, że takie kochane…
Są. To dość… nie umiem im powieǳieć nic nad poǳiękę, że są… ale zdaje mi się…
rozumieją. Ot kochani…
— No, bęǳie tam raz⁈ — wołam w nagłej pasji. — Idź Wawrzon i powieǳ!…
Waha się i spoza moich pleców mówi:
— A… naręcznemu klapie lewa podkowa…
— Co?… Do kroćset diabłów!… A czemużeś… Cóż robi Antoni… ha?
— Poszedł do kościoła… że to niby nieǳiela… W mieście się przybĳe… dojdą…
dojdą… mówię tylko zawczasu, żeby się pan nie gniewał…
— Cymbale jakiś! — wołam. Ale on wie, że to tak z obowiązku, więc nic z tego sobie
nie robi.
Przekonany, że tak jest, milknę i ja… Nie, to nie do wytrzymania!
— Mańka! Mańkaaaa!
— Nie krzycz! Adaś nie krzycz! Wstydź się!
— Proszę cioci, bo nie mogę się doczekać!…
Staje w progu. Złote ma ǳiś od słońca włosy. Słyszę kaszel wuja.
— Nie wrzeszcz, Adaś! — mówi wujek — Panny muszą się zawsze guzdrać. Całkiem
proste.
— Więc jakże? — mówi Mańka — miałam w halce jechać na sumę?
Nareszcie wychoǳą wszyscy. Co tu tego!
— Nie biorę tyle hołoty! — mówię. — Stanowczo nie.
— Patrzcie go! — szyǳi Józek. — Albo to twój wózek.
Nie twierǳę, że mój, bo wujek słyszy, więc atakuję go tylko pośrednio.
— A to co znowu? — wołam. — Na cóż ty bierzesz aparat fotograficzny? Czy myślisz
fotografować księǳa przy ołtarzu?
— Daj mu spokój Adaś, niech sobie weźmie, to przecież…
— Mój ǳień ǳisiaj — woła butnie.
— Wiǳisz, to jego ǳień… Niech sobie weźmie! — prosi ciotka.
— No, pręǳej hołoto Branickiego! Pręǳej! Mam interesy!
— On ma interesy! Patrzcie go! — szyǳi teraz Mańka.
— I ja też! — woła Józek — Pręǳej!
— O ty smarkaczu… Ty chyba w Jedlnej!…
— Wypraszam sobie przytyki osobiste! Proszę wuja!…
— Pręǳej bando! Pręǳej! Wio!
— Czekaj! Czyś oszalał? A, gǳież Andrzej?
— Ajajaj! Moja noga⁈ Wstań Stefa — mówię — wstań! No, nie ruszysz się?
Drucha poważny, z książkami pod pachą całuje starych w ręce.
— Pamfil! — wołam — Pamfil!
— Tak… jeszcze psa brakuje tylko. Nie ma go. Gǳieś poleciał. Zły jestem, nie wiem
sam czemu.
— No, w imię boskie… — mówi ciotka.

— Wracajcie wnet! — dodaje wujek — A powiedźcie ta w Jedlnej, żeby mi przysłali
tego rymarza, skoro tylko tam skończy robotę.
— I zaproszę chłopców na popołudnie. Dobrze?
— No dobrze! Zaproś! I panny też. — Józek i Stefa zamieniają zagadkowe spojrzenia.
Ruszamy. Objeżdżam gazon, by raz jeszcze spojrzeć na nich.
— Kochani! — rzucam im cicho, barǳo cicho, by moja banda nie słyszała. Patrzą za
nami. Uśmiechają się. Zrozumieli. Ten uśmiech był dla mnie, wyłącznie dla mnie.
I zaraz zapomniałem o gniewie. Świstam. Jak cudnie.
Raz jeszcze się oglądam… nic już nie widać.
Zakryły ich lipy, zakryła stojąca pośród nich kaplica…
Ale słyszę, jak mówią do siebie, tam daleko, może tylko myślą zresztą:
— Kochany! Kochany chłopiec!
— O jakżem wam wǳięczny, że jesteście! — odpowiadam cicho.
— Płakać się chce… tak cudnie. Ależ ta moja banda gada!
Całkiem jak w hajderze.
*
— A pruuu! — woła Józek i łapę swą kłaǳie na lejcach.
— Co? — pytam, przychoǳąc do siebie.
— Oszalał! — woła Józek. — Przecież to już Jedlna! Stój!
— Co?
Nie mogę wrócić ku jawie. Nie odnajduję drogi pośród mrocznych gęstw rojeń. Cią-
gną mnie przemocą ku przytomności.
— Stać! Wysiadamy! Ja i Stefa.
— Na cóż Stefa? — pytam.
— Na to samo, co i Józek! — szyǳi Mańka.
— Miłostki… ha, ha!
— Wypraszam sobie! Poskarżę wujkowi! No, piśnĳ jeszcze słówko, no, piśnĳ!
— Cicho! Cicho! — przynaglała Drucha — Spóźnię się! Jedźmy!
— Stać. Inaczej stłukę aparat fotograficzny! — woła Józek…
— Spróbuj tylko! — ostrzega Mańka — Miałbyś się z pyszna!
— Może nie ma nikogo… — mówię. — Jakoś pusto.
— Są! — stanowczo twierǳi konsorcjum zakochanych.
Oni to wieǳą.
— Bęǳiemy w lesie! — informuje łaskawie Józek. — Gdybyś nas nie zastał, powracając…
pamiętaj… przy droǳe w lesie…
Więc wszystko dawno ułożone…
Nie mogę zapomnieć, że miała ǳiś złote w słońcu włosy. Słyszę jego kaszel, wiǳę
szarą kapotę… Niczym by się mógł nie wyróżniać spośród wielu, a poznano by go…
kochany bowiem jest… kochany barǳo on i ona… jakże ich kocham! I oni mnie kochają.
I to nie minie… nie zapadnie się w bezdeń! Wyciągam dłoń… Zostańcie na zawsze. Taką
ma moc miłość. Jak to? Nie wieǳieliście? Wyciągam dłoń i odejść już nie zdołacie, bo
do miejsca was przykuje coś, co największe, najogromniejsze z istniejących zjaw w tym
i wszystkich innych życiach, tu i tam… tu i tam… w tej dali, skąd przychoǳi ona…
tęsknota, nowych, ciągle nowych stawań się… Miłość! Twórca nieśmiertelności!
*
— Co to? — drgnąłem nerwowo.
— Przy tamtym domu — mówi Drucha, a ręką w powietrzu kreśli przy tym jakieś
kontury — przy tamtym domu staniesz. Albo nie, tu… Prr! To zwraca uwagę…
Wysiadł. Zbierał rozrzucone pod nogami roǳeństwa notatki.
— Można do was zajrzeć? — spytałem.
— Można. ǲiś mój ǳień. Ale idź naokoło. Iǳie o dobry przykład.
Mańka patrzy nań z niepokojem.

— Odrywasz się od pnia. Wiǳę to… Odchoǳisz! Może daleko… strzeż się!
— Prorokini jakaś! — odrzucił jej — Na razie idę pożyczyć książek⁸⁵.
— Nie — upierała się — ty odchoǳisz… ja wiǳę cię co dnia dalej.
Westchnął.
— ǲiecko. Może nim minie chwila i ty się przeprawisz na swój własny brzeg.
Zamyśliła się.
— No, dość kiepskich imitacji Apokalipsy — rzucił żartem. — Pa!
Znikł w zaułku ciasnej uliczki miasteczka.
— Te smarkacze, pewnie zapomną o mszy. Zapomniałam im powieǳieć, by poszli
bodaj na chwilę do kościółka w Jedlnej. Szkoda, ciotce to zrobi przykrość.
— Czy sąǳisz, że im to dobrze robi takie udawanie?
— Niech udają. Może się zjawić dnia pewnego potrzeba…
— Albo rutyna.
Nie odpowieǳiała nic, jak zwykle natrafiwszy na opór.
Wózek podskakiwał po haniebnym bruku. Błoto pryskało wysoko. Mańka otulała się
skórzanym fartuchem, jak mogła.
Ochoczo dość i z niejaką fantazją wpakowaliśmy się do okropnej, cuchnącej sieni
zajezdnej. Przeciąg tu był nie do zniesienia, więc skróciwszy do ostatecznych granic powitania
ze Szlomą, wyszedłem na rynek z Mańką.
Różnymi mienił się barwami, bo słońce świeciło jasno.
Tłumy były gęste, zwłaszcza w wąskim przesmyku wiodącym do drzwi kościelnych.
— Popatrz no tam! — wykrzyknęła Mańka.
— Przez tłum przeciskała się zakonnica w czarno-brązowym habicie.
— To i cóż! — odparłem. — Jakaś felicjanka. Pewnie ze szpitala.
— To Wanda… Pamiętasz Wandę… ma już kwef…. to ǳiwne spotkanie. Chodź,
przedstawię cię, przypomnę raczej. Chcesz?
— Nie! Idź sama. Spotkamy się przy wyjściu. Wówczas mnie przedstawisz.
Skinęła mi głową i znikła w cieniu kamiennej bramy.

— Jak to? Już po nabożeństwie? — spytałem ǳiadka kościelnego zamiatającego pod-
łogę.
— Ma się wi… — i zamiatał dalej. ǲiwnie niegrzeczny, pomyślałem sobie. Pewnie
mu Mańka zapomniała dać jałmużnę.
Ale i potem ǳiad nie okazał się łaskawszym.
Mamrotał coś. Raz nachylił i podniósł wielką, kraciastą chłopską chustkę.
Wyszedłem. Miasto nie wrzało zwykłym nieǳielnym ruchem, niebo oblazły teraz
ciężkie, z trudem dźwigające swoje brzemiona chmury. Luǳie się spiesznie rozjeżdżali.
W zajeźǳie nie było Szlomy, tylko jakiś młody Żydek, trochę do niego podobny.
A i Wawrzon widno jeszcze od kowala nie wrócił. W mrocznej sieni jakieś konie
chłopskie chrupały siano, pojazdów w stłoczeniu i ciemni wcale widać nie było.
Wreszcie chętnie zobaczyłbym tę Wandę, pomyślałem… Tylko gǳie one poszły?
Nie, nie będę czekał w zajeźǳie.
Hm… deszcz zaczyna padać.
Nie, nie zostanę w zajeźǳie. Pójdę tam, do nich, do małoletnich fabrykantów wielkiego
JUTRA.
Wielkie się porobiły kałuże, widno ziemia była nasycona wodą. A tam, u nas przeszło
tyǳień pogody, pomyślałem, człapiąc w zbyt nowych na taką wyprawę trzewikach. Despekt
każdy uczyniony mojemu obuwiu dotyka mnie osobiście, więc byłem zły, wściekły,
kipiałem gniewem.

— Nie mam przyjemności…
— Jak to? Nie znasz pan mego brata Andrzeja?…
— To jest w istocie… — jąkał się młody studencik.
— A rozumiem, rozumiem… No ja nie jestem niebezpieczny. Ale jeśli już tacy jesteście
mistyczni, gotyccy, wolnomularscy, to sobie bądźcie! Proszę tylko powieǳieć
mojemu bratu, że czekamy w zajeźǳie… proszę zaraz powieǳieć…
— To właściwie… to jest…
— Proszę barǳo! — huknąłem mu nad uchem z wielką pasją.
— Oczywiście! Natychmiast! Padam do nóg! — krzyknął i zamknął drzwi na klucz.
— A to szelma! Taki arogancki, małoletni fabrykant wielkiego JUTRA! Nie zna
Druchy! Konspirator! Szelma!
A tu błoto… Psiakrew!
Trzewiki już i tak na nic. Można iść dalej.
W szalonym jestem humorze. Mam wrażenie, że oto jestem na całym świecie sam
jeden, opuszczony, odumarty przez swoich… Wyłazi żyłka literacka. Przerabiam błoto,
smutek, przypadki rozmaite na powieść.
Wyjechał kucykami na sumę.
W pierwszej wsi, znaczy się, w pierwszym czasokresie zgubił, znaczy się, śmierci
dał brata i siostrę… nie… nie… nie… To zbyt bolesne na temat! Kochany Józek… cicho…
cicho… Stefa… nie… nie… A to smarkacze! Proszę, już się temu śnią amory, no…
no… Okropność robić z życia bibułę… okropność. Pamiętam, doznałem barǳo przykrego
uczucia, ilekroć czytając książkę wspomniałem: „I o nas można by taką historię
napisać!”. Płakałem. Ciotka uspokajała mnie:
— Wiǳisz, to nieprawda! Czyż u nas są np. jak w tamtej bajce mury zębate, przez
które by można wyrzucić zwłoki pomordowanych⁈
— Prawda!
— No wiǳisz! Nie płacz. Takich smutnych bajek nie można by pisać ani o cioci, ani
o wujku, ani o was.
— A wesołe, prawǳiwe, całkiem dokładne, można by…?
— Naturalnie! Naturalnie! — powieǳiała raz.
A ja się ǳiwiłem. Dlaczego jest aż tak wielka mięǳy smutnymi, wesołymi różnica…
Wszak i w wesołych przychoǳą czasem rzeczy, których tu nie ma… więc…
Nie mogłem nigdy wybrnąć z zawikłania. Czułem jednak, że należy przyznać: tak, tak,
najsmutniejsze rzeczy, a całkiem prawǳiwe, można by napisać o mnie, Józku, Stefie…
Brakło mi odwagi dokończyć nawet w myśli tej listy… Ale potem w życiu nieraz wracało:
„Ano, można by!”. I zawsze ten ǳiecinny lęk…
Psiakrew! Trzewiki na nic!
A wszystko przez te przeklęte… Zawahałem się.
Nie było winnych, mniejsza z tym. Na złość pójdę piechotą aż do Jedlnej, a Mańka
i ten Drucha-Konrad, fabrykant wielkiej światłości, niech się trapią, niech mnie szukają!
— Aż do samej Jedlnej! — wrzasnąłem głośno, jakbym tą odległą metą miał się zemścić…
na… kimże… no na wrogu… na swej może własnej niezaradności, żyłce literackiej
czy złej pogoǳie, co mi zniszczyła trzewiki.
Tak. Przybywa dalszy rozǳiał powieści, przemknęło mi przez myśl.
Machnięciem ręki odegnałem precz szatana literackiego i natychmiast dumny z siebie Literat, Szatan
i z tego też, że mam swego własnego, własnego szatana do odpęǳania, powlokłem się po
rzadkim błocie ku widnym na zachoǳie górom.

— Cóż u licha! Gadasz czy nie?
Tupnąłem z pasją. Ale to nie zmieniło wcale sytuacji. Głupawy ogrodniczek dalej
śmiał się rechotliwie, nie wypuszczając fajki z ust, ani doniczki z dłoni.
— Przybywa dalsza karta powieści! — ryknął mi w ucho mój roǳony szatan literacki.
Ale teraz już nie bałem się tej myśli… Nonsens! Nonsens! Nie odganiałem wcale
szatana, usunąłem się nawet na bok, by mu zrobić miejsce na ławce kamiennej, gǳiem
sieǳiał.

Oni w lesie i nie wrócą wnet, bo jak na złość wypogoǳiło się! (teraz, gdy moje trzewiki
na nic)…
Nudy… kto by w takiej sytuacji odpęǳił interesującego szatana literackiego, niech
pierwszy rzuci na mnie kamieniem.
Więc mu przyzwoliłem snuć przykry wątek powieści… czekałem… minutę… dwie…
daremnie.
Tak, to jakiś naprawdę literacki szatan, pomyślałem, jest ǳiwaczny, kapryśny, całkiem
współczesny… całkiem…
Rozległo się szczekanie, gǳieś od strony gościńca.
— Pamfil na tu! Poczciwy pies szuka mnie! To jedyna żywa i mądra istota, jaką spotykam
od paru goǳin… Na tu!…
Z krzaków wybiegł pies łaciaty. Stanął, podniósł przednią łapę i patrzył.
— Na tu, głupi Pamfil! — krzyknąłem.
Szczeknął, przypadł do ziemi, ale nie przyszedł do nogi.
Zmyliło go widać jasne, zmoczone moje ubranie nieǳielne. Ale po chwili już łasił
się po staremu i podskakiwał do kawałków cukru, ocalałych w kieszeniach od spodni.
Nosiłem je stale dla psów i koni.
Jakoś wszystko od razu z pojawieniem się tego psa nabrało innych barw. Ten „fakt”
uczynił rzeczy otaczające zwyczajnymi, coǳiennymi… Znikł gǳieś literacki szatan, natomiast
pojawił się głód.
— Psiakość! A tom się musiał spóźnić! Nie mam zegarka… prawda, pożyczył go sobie
ǳiś Józek szelma, żeby zaimponować damie swego serca…
— Musieli wszyscy od dawna wrócić… Wujek bęǳie znowu po swojemu drwił… Kochany…
drogi… o drwĳ… drwĳ!… A ona bronić… dobra… moja… brońże, broń mnie…
O jakże się naraz zrobiło dobrze! To bliskość domu… i ten poseł… Ten żywy fakt…
Prawda! Jest gazeta! Sam po droǳe wziąłem z poczty. Doskonale! A teraz marsz
w drogę! Pamfil! na tu!
Czytałem, idąc szybko. Ach, czyż mi trzeba aż oczu, by znaleźć tę drogę, tę moją
własną… Zaczytałem się. Jakieś były awantury w parlamencie, głupkowate, a ciekawe ze
względu na znane osobistości.
— Pamfil! Masz cukru! Pif! Ale to ostatni kawałek!…
Na czas podniosłem oczy, by nie uderzyć się o leżącą w poprzek alei ogrodu kłodę.
Cóż to za głupi żart młodych jegomościów, pomyślałem i krzyknąłem ku stajniom:
— Wawrzon! Wawrzon! Antoni! Antoni!
Ale pewnie świątkowali, więc sam z pewnym wysiłkiem odsunąłem kłodę na bok.
Kończąc notatkę o zwaǳie posłów liberalnych, wstępowałem po kamiennych schodach.
Wetknąłem gazetę w kieszeń i układając, jak opowiem przeczytaną krotochwilę moim
starym, położyłem rękę na klamce…
Cóż to, tak cicho?
Oczywiście są przy stole. Tak, tak, jeść, jeść!
Co to? Także, żarty! Hej!…
I nagle, nagle… wróciły wszystkie… wszystkie okropne myśli… Co?… Pytałem nie
wiadomo kogo… Co?… ZAMKNIĘTE?…
A z głębi domu, gdym szarpnął za klamkę coś posępnie potwierǳiło: ZAMKNIĘTE!
ZAMKNIĘTE! DOBRZE ZAMKNIĘTE!
Chleb i woda
Stali nad brzegiem i klęli.
— Znowu zabiera, znowu jucha zabiera. Ot, tyle zagroǳone było łońskiego⁸⁶ roku
na wiosnę. A teraz o jakie trzy sążnie podeszło spodem, że ani przystąp… A tu… o i tu

zrysowana ziemia. Wciórności‼ Żniwa nadchoǳą, kłos twardy, żółci się już na dobre
słoma… a ty teraz broń się przed złoǳiejem… ratuj…
Klęli i bili w brzeg grube, wierzbowe kloce.
Wielkie wybrane doły na pół zalane wodą czerniły się rzędem. Długie, śmigłe wikliny
zwaliły się ścianą pochyłą… czekały schnąc i dumając o swym losie.
Bracia wielkimi babami drewnianymi walili po głowicach kloców wierzbowych. Każdy
uderzył raz i stęknął… A kloc, obsunął się trochę wgłąb i chlupnął wodą.
Co chwila przerywali pracę… ocierali pot z czoła rękawami koszuli… to jednym, to
drugim i klęli.
Wielka kiść żółkniejącego⁸⁷ żyta zwisała smutnie z wysokiej szkarpy brzegu. Kłosy
walały się w błocie rozrobionym stopami pracujących. Górą widniał dach chaty i kawał
białej ściany…
— Dość tego! — powieǳiał starszy i cisnął babę o ziem⁸⁸.
Młodszy nie rzekł nic, usiadł na skrawku ziemi pokrytym trawą i zwiesił głowę.
— Chodź jeść! — rzekł starszy.
— Idź sam! — odrzekł sieǳący. — Zmordowałem się… przyjdę.
Został sam.
Wpatrzył się w nurt wartko płynący.
Na drugim brzegu połogo⁸⁹ się ścielącym i zasutym⁹⁰ żwirem i namułem, stały chaty.
Stały, a raczej sieǳiały na ziemi szeroko rozkraczone.
Ściany się dołem rozlazły, rozszerzyły, jakby puściły korzenie w grunt.
Przybudówkami, chlewkami, niby rozstawionymi dłońmi objąć się starały największą
przestrzeń.
Zdawało się, iż mówią ziemi:
— Ha! Mojaś jest… nie puszczę, nie puszczę… mojaś jest!
A woda płynęła i zdawała się mówić do zadumanego chłopca:
— Ach! Nikt mnie nie rozumie… nikt mnie nie rozumie.
Zdumiał się.
I nagle zebrawszy śliny… chciał plunąć we wodę. Ale na czas wspomniał, że to niedobrze…
— A wiǳisz! — rzekła mu woda. — A wiǳisz! Nie pluj we wodę, nie bluźnĳ wo-
ǳie… nie bluźnĳ woǳie… szanuj wodę… szanuj… a lepiej jeszcze staraj się zrozumieć,
kto ja jestem… ja WODA.
— Ty jesteś złoǳiej! — powieǳiał.
I zdumiał się sam dźwiękiem swego głosu i tym, że mówi do wody jak do żywej istoty.
— Nieprawda… nieprawda… mówisz jak cię nauczyła ta stara chałupa rozkraczona…
jak cię nauczyła wieś… jak cię nauczył rozum luǳki… To wszystko nieprawda!
Tak mówiła woda z szumem.
— Mówię, jak naucza rozum… ba, a jakże mam mówić?
— A wiesz, kto tego rozumu nauczył luǳi i tę chatę, i wieś całą… Wiesz, kto nauczył
ich tego rozumu?
— Nie… nie wiem… — odparł. I już się nie ǳiwił, że mówi do wody jak do żywej
istoty.
— Nauczył ich tego mój brat, CHLEB.
— Twój brat?
— Mój brat, który żyć beze mnie nie może… jak i ja nie mogę… z tęsknoty, kiedy
go nie ma koło mnie.
Rozległo się wołanie od strony chaty:
— Jasieeek! Jaaasiek!
— Słyszysz! — powieǳiała woda do Jaśka — Mój brat, CHLEB woła cię… idźże,
idź…
Zerwał się żwawo. Oprzytomniał. Przetarł dłonią czoło.

— A tom się zdrzemnął… — mruknął i poszedł ku chacie, nie spojrzawszy już na
wartki nurt z szumem płynący.
Długo nie było nikogo na brzegu. Panowała cisza południowa. Słońce stało w samym
niemal zenicie i piekło, słoma zżółkła, szypułki kłosów otwierały się powoli i wyzierały
ciekawe główki ziaren. Trawa przygnieciona ciężarem Jaśka powstawała lękliwie, powoli,
a konik polny wystraszony ze swego osiedla w zielonej kępce namyślał się, czy można
wrócić. Odarte z kory, biedne kloce wierzbowe tkwiły w błocie i żaliły się niebu, wznosząc
w górę biedne udręczone głowy, zaś skryte w głębi ziemi małe strumyczki posłane przez
rzekę, ryły się przez pulchną, gorącą glebę jak krety.
Woda płynęła wartko. Nie mówiła nic. Czasem tylko jakaś fala rzuciła na brzegu
przeciwnym rozsięǳionej⁹¹ chacie pogardliwie pod nogi garść namułu.
— Naści masz… naści weź…
— Dobra nasza! dobra nasza!… — śmiała się chałupa i łyskała do słońca oczami okien.
— Naści kamień…
— Dobre i to… panie Kmito… — rechotała.
— Naści drewno zbutwiałe…
— W piecu zetleje całe… ha, ha, ha…
— Naści i zdechłą mysz…
— Przyda się tyż… przyda się tyż…
— I kwiat zerwany gǳieś…
— Tylko nieś… tylko nieś…
A chałupa Jaśkowa wytrzeszczała oczy, zazierała ponad brzeżek, by dojrzeć, czy woda
czego nie skradła. Blada i zielona była ze złości. Zdawało się, że zgrzyta zębami i że włosy,
że strzecha staje jej dęba na głowie z oburzenia.
Po południu wrócił Jasiek sam jeden do pracy.
Maciek poszedł z koniem holować łódź proboszcza, którą woda wczoraj jeszcze zniosła
daleko i osaǳiła o parę stajań, na prost dworskiego ogrodu.
Stanął na brzegu i spode łba spojrzał na wodę.
— Wiǳisz! — zaczęła od razu, jak do znajomego. — Posłałam Maćka z koniem, by
nam nie przeszkaǳał. Siadaj!
Nagle ogarnęła go pasja, pasja istoty żywej i pana gruntu i chałupy w dodatku…
— Wciórności… psiakrew jedna!…
Chciał kląć, ale się splątał, bo nie wieǳiał, jak kląć wodę, która gada. Więc napluł
tylko w garść, porwał ze ziemi babę dębową, zamachnął się i palnął z całej siły w głowicę
nieszczęsnej, umęczonej wierzby, aż jęknęła.
Ale czy zamach był za wielki, czy kloc uchylił głowy przed ciosem, dość, że baba się
ześliznęła i potrąciła Jaśka dosyć silnie w nogę…
— A niech to wszyscy diabli!… — jęknął boleśnie, chwytając się za nogę…
Musiał usiąść, bo go aż zesłabiło⁹².
— A nie mówiłam ci, żebyś se usiadł? — rzekła woda i zaśmiała się.
— Ty nieczysty duchu… ja ci… — wrzasnął ostro.
Nagle włosy mu stanęły dęba ze strachu na głowie.
— Boże ratuj! Toż ja tu pogawędki toczę z jakąś mocą piekielną…
Zerwał się, by uciec, ale nim krok postąpił, woda rzekła:
— Przy chrzcie świętym nalano mnie na twoje czoło!
— Prawda! — przyznał Jasiek.
— Tedy⁹³ siadaj.
— Ale ja mam robotę. Nie mam teraz czasu słuchać kazania.
— To nie bęǳie kazanie. A cała ta robota niepotrzebna.
— Jak to? Więc ma wszystko podmulić… ej gadanie…
— Nie podmula temu, kto ma przymierze z wodą. I prawo wolności od chleba uzyska…
ale to trudne…

— Moiściewy kochani! — wmieszała się do rozmowy Jaśkowa chałupa… — Moiściewy…
powieǳcież mi też… Więc ta czarownica… ot tamta na drugim brzegu… ma
przymierze z wodą?
— A mam! A mam! — wrzasnęła z drugiego brzegu sąsiadka.
— Moja wodo jedyna, powieǳże nam prawdę… mnie i Jaśkowi… — prosiła chałupa
Jaśkowa.
— Czy powieǳieć? — spytała woda chałupy z przeciwka.
Ale stara jakoś nagle przycichła, zawarła oczy swych okien, przyczerniała na ścianach,
zgarbiła się, niby pod ziemię kuląc… Nie odpowiadała wcale.
— Stójcie sobie spokojnie, nie przeszkaǳajcie! — nakazała ostro woda chałupom.
Jasiek zobaczył, że obydwa domostwa zmartwiały nagle, i taki jakiś inny mają wygląd
niż przedtem. Ot chaty. Ale i woda stała się zwykłą wodą, co płynie nie wiadomo skąd
i w jaki kraj. Szemrała, pieniła się na kamiennych progach rzucała fale o brzegi… nie
oǳywała się głosem zrozumiałym.
Czekał cierpliwie sąǳąc, że się namyśla.
Sieǳiał i czekał, a słońce szło po niebie nieustannie.
Nareszcie wstał, machnął ręką i podjął leżącą na ziemi dębową babę.
Za chwilę tętniły już uderzenia mocne, wytrwałe, uporczywe. Pot mu zalewał oczy…
nie zważał… pracował zażarcie.
— A toby też było, gdyby się tak rozniesło⁹⁴ po wsi! Rety!
Pośpiewując, pracował do zmierzchu. Zaciągnął trzy nowe kloce. Gdy się zmierzchło
i miał iść do domu, schylił się, podjął ciężki kamień i cisnął z rozmachem w rzekę.
— Masz nagrodę za twoje bajdy!
Roześmiał się. Naciągnął kaan i sięgnął po paczkę z tytoniem do bocznej kieszeni.
Skręcił papierosa, zapalił i ruszył przed się.
— A możeś ciekawy… — doleciało go od wody.
Splunął z pasją i poszedł, nie odwracając się już wcale. W domu zastał już brata sie-
ǳącego przy stole. Bratowa stawiała przed mężem miskę klusek.
— A dalibyście się ta czego napić matka! — powieǳiał Maciek do żony. — Zmordowaliśmy
się ǳiś pono⁹⁵ obaj! — dodał, spoglądając z zadowoleniem na brata.
Wypili po razu i po drugim wcale niemałe sztakaniki⁹⁶ wódki, potem jedli w milczeniu
kluski, póki starczyło. Gdy skończyli, zapytał starszy:
— Dużoś zrobił?
— Ta cosiem tam zrobił! — odparł niepewnie, bo mu żal się zrobiło straconego nad
wodą czasu.
— A to bestia podmywa… — rzekł Maciek — Ciekawość czemu akuratnie nasze
pole.
— Akuratnie psiamać nasze!
— Andrzejowego, to ani tknie… jakby…
— Jakby co?
— Jakby bestia, pĳanica miał jakie tajemne przymierze z wodą.
— Przymierze! — wrzasnął i zerwał się z ławy.
Maciek spojrzał na brata zdumiony wielce.
— Niewiele popiłeś, ale jakoś ci się sprzeciwiło…
Nie odpowieǳiał nic, ale wstał i wyszedł przed dom. Księżyca nie było, ale gwiazdy
jasno świeciły. Szum zalatywał od rzeki. Jasiek czuł, wieǳiał dobrze, że teraz trzeba by
tam pójść… tam… do niej… bo ona teraz właśnie powieǳiałaby niejedno…
— Nieciekawym!… — uparł się — Wcalem nieciekawy!
I poszedł do karczmy.

Pan komisarz łapał ryby. Pan komisarz był na urlopie.
Urlop, rzecz dobra.
Oooj dobra!
„Nic jakoś nie bierze ǳisiaj” — myślał, patrząc na korek, o który, jakby był mocno
we dno rzeki wbity, woda rozbĳa się z szumem.
Ooo! Urlop rzecz doskonała! Tylko niełatwa.
Wszystko co dobre, trudne jest.
— A! Mam cię! — wrzasnął nagle z radością wprost ǳiką.
Ale to było złuǳenie.
Ileż to razy choćby ǳisiejszego dnia.
Urlop, rzecz wyborna, ale co ǳień, to pechoważy⁹⁷ wielce.
Pan komisarz począł myśleć.
Myśleć bowiem wiele można przy takim ryb łowieniu.
Ale o czym.
O awansie nie potrzeba. Właśnie zaawansował… i to… ach pewnie po raz ostatni
w tym życiu.
A w życiu przyszłym?
Et! Pan komisarz był wolnomyślicielem, przeto…
Wolnomyślność rzecz doskonała. Rzecz jasna.
Dobrze jest tedy myśleć wolno i jasno.
A jak się trawi przy tym, niam, niam!
A propos. Pono jest jakiś szczep NIAM, NIAM, gǳieś w Ameryce. Prawda?
Ale co to ma do trawienia?
Chyba, że to są ludożercy.
Pfuj! Na co człowiek schoǳi, myśląc…
Korek zapchał się gǳieś we wiklinę, pan komisarz tego nawet nie spostrzegł.
Szum rzeki porywał go w jakieś fantazje, mieszał tok myśli, rzucał nią jak kawałkiem
drewna.
Pan komisarz myślał to wolno, to pręǳej, ale nic się nie kleiło.
Zatracał się w tej mieszaninie, tonął w tym szumie, z którego coś jakby czasem wypływało,
coś ǳiwnego, nieswojskiego, nie wolnomyślnego… a on nawet nie ǳiwił się…
nie bronił.
Na powierzchni tej zjawiało się raz po raz jedno tylko jasne pojęcie: Urlop… urlop…
Ale i to zjawiało się coraz rzaǳiej i rzaǳiej.
Wreszcie zanikło. Pan komisarz przestał być komisarzem… niemal utracił rangę…
rzeka go pochłaniała… degradowała do rangi zwyczajnego człowieka… nie, jeszcze niżej…
do poziomu poety…
Pan komisarz marzył na jawie.
W takich chwilach wszystko jest możliwe.
Toteż rzeka poczęła do niego mówić, a on do rzeki.
— Ach! Nikt mnie nie rozumie… nikt mnie nie rozumie!
Tak mówiła rzeka.
Zdumiał się.
— Jak to niby? — spytał.
— Nikt nie wie, co to ja jestem… ja WODA.
— Ty… ty… ty jesteś oczywiście… no, w tobie są ryby i koniec.
Rzekł i jakby zǳiwił się znowu, że przemawia do wody jak do żywej istoty. Ale zǳiwienie
nie było wielkie.
— Nieprawda, nieprawda! — odparła woda. — Mówisz tak, jak cię nauczył urlop…
jak cię nauczył rozum zmętniały nad aktami wyzierający w lecie na świat boży…
To wszystko nieprawda! Tak mówiła woda.
— A jakże mam mówić inaczej? — spytał.
— A wiesz, kto tego rozumu nauczył luǳi twej sfery, skąd wzięły go wszelkie urlopy
od początku świata uǳielane urzędnikom wszelkich ras i wieków?
— Nie wiem! — westchnął z pokorą, iście nie siódmej rangi.

— Nauczył ich tego mój brat CHLEB!
— Aaa! Wiem. Do tego nie trzeba wielkiej filozofii!
— Tak? A mnie się zdaje, że dużo większej jak twoja.
— Phi! No na przykład!
— CHLEB jest to wszystko, co mówi: „Stój! Milcz! Giń!”. Woda, Chleb, Urzędnik
WODA to wszystko, co mówi: „Idź! Drżyj! Płacz! Czyń!”.
Czyś kiedy nad tym pomyślał… ty niewolniku mego brata… ty…
Nikt tak od czasów Amenhotepa Czwartego nie przemawiał do urzędnika siódmej
rangi na urlopie.
Komisarz oprzytomniał. Wstał.
W pierwszym zapęǳie chciał się rzucić na bezczelnika, ale wstrzymał się, uczyniwszy
krok jeden. Splunął pogardliwie na ziemię i zaczął zabierać się do domu. Mieszkał sielsko,
anielsko w karczmie pobliskiej, gǳie Jasiek pĳał wódkę i insze trunki.
Ale haczyk zaplątał się we wiklinę, sznurek mokry zaguził się niemożliwie.
Chcąc go wydobyć, musiał się położyć na brzegu i manipulować wychylony ponad
wodę.
Dotykał jej niemal twarzą.
Męczył się, potniał. Czuł zawrót głowy.
— Tak! — powieǳiała, musnąwszy go falą. — Teraz ci jeszcze coś powiem.
I zaczęła szumieć w ten sposób, że uczepiony rękami do sznurka znieruchomiał.
Uległ ponownie hipnozie ruchu jednostajnego, bezlitosnego…
— Ja i on jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą, jak brat za siostrą, siostra za
bratem. Cóż ǳiwnego… Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko… On mówi ciągle: „Stój!
Milcz! Giń!”. I niewolnicy jego stoją… stoją w miejscu, jak zaklęci i milczą, i giną… A moi
idą, mĳają, przepadają gǳieś w dali śmierci i… zostają żywi na wieki… I nie wieǳą, że
zostali. A tamci nie wieǳą, że zginęli.
Rozumiesz?
Nie odpowiadał.
— A luǳie… którym ustały kontrasty CHLEBA i WODY… luǳie tacy, którzy
żywią się swym ruchem… swą falą… swoim przeznaczeniem… luǳie wolni, sprzymierzeni
z WODĄ i sprzymierzeni z CHLEBEM… ach, tacy luǳie… Ale czy ty mnie rozumiesz?
Nie odpowiadał.
— Chłop… o nie! Ty… wy… nigdy, nigdy!
Mówiła teraz chyba do siebie, chyba do brata, chyba do wiatru czy chmur nim pę-
ǳonych, krewnych sobie na niebie. Szumiała ciszej, jakby… sobie samej.
A spod fali zaczęło coś śpiewać: Oooooj rzeko, rzeko, rzeko… Wzięłaś mnie daleko…
— Cicho bądź! — powieǳiała temu niewiǳialnemu. I znowu szemrała do siebie: —
I któż rzuci CHLEB do WODY!… komu chleb wodą się stanie… kto dokona przemiany…
największej z przemian ziemi?
— Ooooj! Wodo, wodo, wodo… Zabrałaś mnie młooodo! — zajękło⁹⁸ śpiewem.
Rzuciła się niecierpliwie i odrzekła:
— Nie zabrałam cię ǳiecko… Leżysz niedalecko!
— Pod progiem leżę chaty… Nie wiǳą mnie braty! — wypominał głos żałośliwy.
— No… cichaj chwilkę jeszcze… Zaraz cię popieszczę… — uspokajała go.
— Eeeej! Trzeba było trzeba.
W służbie pana CHLEBA… — narzekało coś.
— Spróbować chciałeś przecie tęsknoty na świecie…
Gdyś wiǳiał, że nurt toczy błyskały ci oczy.
— Eeej zażyłaś sposobu… Ściągnęłaś do grobu… — odrzekł głos niecierpliwie.
Na skrzypcach zagrać chciałeś co we mnie słyszałeś — tłumaczyła woda. Zamyśliła
się, ucichła. Czyż chciała ściągać do grobu?
Ale wspomniawszy sobie swoje przykazanie, rzekła:
— Co ujrzę, jaką duszę, każdą wołać muszę…
A chcąc pocieszyć biedne, umarłe ǳiecko, co nie miało sił iść w dal, powieǳiała
jeszcze pieszczotliwie:

— Wzruszona żalami twemi
Daję ojcom ziemi…
Za każdy jęk malutki
Przyrzucę im grudki…
Będą szerzej orali,
Ciebie wspominali…
ǲiecko ucichło.
Woda osmutniała⁹⁹ sama od dawanego pocieszenia.
Tak bywa… oj tak bywa! I znowu spytał malec:
— A czy wieǳą ojcowie
Żeś ty ze mną w zmowie?
A czy wie grunt i chata,
Za co ta zapłata?
I nagle zawiedło¹⁰⁰ krzyk głośny, tętniący daleko:
— Kochani!… Czy wy wicie,
Że to moje życie!…

— Jesteś ǳiś rozmarzony? Co? — pytała WODA.
— Jak zawsze… jak zawsze! — wtrącił CHLEB i zaśmiał się.
Młody, osiemnastoletni student leżał na skrawku trawy nad wodą. Nad nim kołysała
się wiecha pszenicy.
Nie mówił nic.
Zapatrzony w to, co wszyscy zwą „rzeczami nieistniejącymi”, milczał.
A tymczasem te rzeczy wywoływały w nim ustawiczny, gorący, niemy krzyk:
— Cuda! Cuda! Cuda!
To nie świat mu się tak podobał.
— Cóż świat? Phii! To zachwycanie się… a dźbełkiem… a trawką… a mrówką… ha,
ha, ha… My jesteśmy ǳieci wieku, ǳieci wieku. Zresztą to jest tam w książce, w literaturze…
pełno tego. Teraz zaś mościǳieju: są wakacje! Rozumiesz pan? Ha? — A w środku
wrzeszczało ciągle, a ciągle:
— Cuda! Cuda! Cuda!
Takie już głupie wrzeszczenie.
A tymczasem CHLEB zapytał przymilnie:
— Trza by na podwieczorek! Nie głodno osobie?
— Ha!… A co komu do tego! — krzyknął ze złością. — Zresztą… — dodał całkiem
łagodnie i jakby tłumacząc się — Zresztą wcale mi się nie chce iść.
— Aha! — rzekł CHLEB — Przepraszam, nie wieǳiałem, że kolega nie ma w domu
podwieczorku…
— Mam! Do kroćset tysięcy! Mam! Nie jestem proletariusz. Kto to powieǳiał?
Usiadł. Rozejrzał się dokoła, ale nie było nikogo.
— Facecje¹⁰¹! — rzekł do siebie. — Ktoś do mnie gada ciągle… a tu nic!
— Prawda? Nie ma nikogo! — rzekł znów CHLEB.
— Jestem do tego przyzwyczajony! — odparł z powagą i naciskiem i położył się
znowu.
— Przyzwyczajony? No proszę — rzekł CHLEB.
— Tak. Iǳie tylko o to, by nikt nie słyszał. Nasz bowiem wiek jest trzeźwy i jasny…
i tak dalej… proszę popatrzyć do jakiego ǳieła.

— A więc — nastawał CHLEB — pozwolę sobie zaprezentować się. Jestem CHLEB,
król świata trzeźwego i jasnego, a przeto król tu niżej leżącego osobnika, którym pan
jesteś.
— Dobrze kromko, dobrze. A ja jestem… Ja!
— To genialne. Ale to słyszałem tysiące razy. Tak mówi nawet ten, który nie jest
wcale: Ja!
— Dobrze. Czerstwiej pan dalej, panie CHLEBIE.
— Słyszysz no siostro? — rzekł CHLEB do WODY — Jakoś mu nie imponuję.
— Może z niego coś być! — odparła woda.
— Może być! — powieǳiał student. — Kolega Fajferek zawsze mówi: „Był czas,
kiedy i mój papa był człowiekiem”.
— Pan jesteś niezmiernie, ale to niezmiernie inteligentny! — odciął się CHLEB.
— Być może! Teraz każdy cham jest inteligentny, nawet CHLEB, w postaci zdeptanej
przez świnie pszenicy, sterczący nad kałużą.
— Czyli że pan jesteś cham!
— Mniejszy niż pan! Zapewniam!
— Ależ to jest kłótnia?
— Nie! To są nudy i brednie!
— Poddawali się i tacy! — krzyknął mu nad uchem.
— Tak jest, ale drwili przy tym.
CHLEB umilkł.
A WODA powieǳiała:
— Tak! Tak! Potęga jego leży w czci. Ona robi niewolników. Buntownik nie jest Buntownik, Niewola
niewolnikiem, jest tylko jeńcem.
Student rzekł WOǱIE:
— Ty jesteś jego wrogiem!
— Nie. Ja jestem jego siostrą… kocham go.
— Jakże to?
— A on ciebie kocha… kocha cię.
— Nie rozumiem.
— Tylko trzeba umieć jeść CHLEB.
— Nie rozumiem.
— Wiesz, trzeba przemienić CHLEB w Chleb żywota…
— Bywasz czasem w kościele?
— Nie, bo ja tego nie rozumiem…
— A rozumiesz, czemu w tobie woła: Cuda! Cuda! Cuda!
— I to wiesz?
Wiem. Największe rzeczy są NIEPOZNAWALNE.
— Circulus Yitiosus¹⁰².
— Tak to nazywają luǳie.
— Naturalnie. Bo skądże wieǳieć mogę, czy są największe, skoro są niepoznawalne.
— Na to nie ma odpowieǳi, bo mnie nie iǳie o twój rozum, ja nie będę cię pytała
przy maturze.
— Oczywiście. I co dalej.
— Rzuć CHLEB do WODY.
— Aaa!
— CHLEB mówi: „Stój! Milcz! Giń!”. WODA mówi: „Idź! Drżyj! Płacz! Czyń!”. Chleb, Woda, Kondycja
Czyś kiedy nad tym pomyślał? On i ja jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą jak brat luǳka, Przemiana
za siostrą, siostra za bratem! Cóż ǳiwnego. Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko! ǲielą
nas luǳie! W duszach luǳkich zmieścić się nie możemy razem. On mówi ciągle: „Stój!
Milcz! Giń!” i niewolnicy jego stoją w miejscu, jak zaklęci, milczą i giną. A moi idą,
mĳają, przepadają gǳieś w dali smutnej śmierci i… zostają żywi na wieki… Nie wieǳą,
że zostali. A tamci nie wieǳą, że już ich nie ma. Rzuć przeto CHLEB do WODY! Żyw
się swoim ruchem i swoją falą… śpiesz się… śpiesz! Już czas, najwyższy czas dokonać tej
WIELKIEJ PRZEMIANY, największej z przemian ziemi.

Hotel pod ideałem
Z wysiłkiem niezmiernym, widocznie ostatkiem sił, wǳierał się pielgrzym po głazach
ostrych, uślizgujących się pod zmęczoną stopą, na niebosiężną górę, największą spośród
gór…
Wędrował długo… Mówiła o tym szata pokutna, postrzępiona, zwisająca w ǳiwacznych
ęǳlach u dołu, kĳ też mówił sękaty, pielgrzymi, o kolcu startym od walki z twardą
skałą, także twarz brunatna od opalenia i ręce drżące nerwowo.
Teraz stanął… oddech mu zaparło.
Zapatrzył się na opar mgieł tulących szczyt.
Usta szeptały modlitwę…. której słów nie ma w żadnej, żadnej książce.
Serce jego mówiło:
— Ty… Ty Nienazwalny…
Ból go oprzytomnił… Słońce chyliło się do zachodu, nogi się pod nim uginały… ciało
osuwało się na ziemię… Klęknął. Potem po krótkiej walce, mimo woli legł, niezdolny się
ruszyć.
Patrzył wokoło.
Jakby się zapadł w ogromne jakieś głębie, świat znikł kędyś… przepadł…
Pod stopami pielgrzyma kłębiły się chmury białe, a tylko czasem, gdy wiatr zadął
silniejszy, zjawiała się za chmurami skryta, szafirowa dal, w której domyślać się można
było gór, rzek, miast i wsi.
Daleko to gǳieś tkwiło wszystko… tak daleko, że zdało się, można było, raz tu doszedłszy…
wcale nie brać rzeczy onych w rachubę…
Niedostrzegalnymi stały się troski ziemi, jej radości, przesądy, marzenia… ból… tę-
sknota nawet.

Pielgrzym poszukał na piersiach manierki z wodą.
Gorąca była… nieznośna, pragnienia nie gasiła, goryczy jeno w ustach przymnażając.
Połknął ją ze wstrętem.
Wiatr odsłonił właśnie wielką połać błękitnej dali.
Zarysowało się na tym tle jaśniejszą plamą morze, sino wystąpiły góry… ale i mowy
być nie mogło, by dojrzeć coś więcej.
Szczegóły znikły, potonęły jak łódki maleńkie na ogromnym oceanie, a tylko barǳo
wprawne oczy mogły śleǳić upłaz samej góry, aż do jej podstaw.
Dla wielu, wielu, nieobdarzonych orlim wzrokiem, mimo że poranione stopy wymownie
o tym świadczyły, wydać się musiało, że nic wyżu onego z ziemią nie łączy, że
unosi się on w przestworzu, niby jej satelita, bliski jeno dlatego, iż mu wiekuiste prawa
ciążyć kazały do globu większego…
Pielgrzym patrzył.
Oddychał teraz swobodniej, a głaz jakiś litościwy osłonił mu przed słońcem głowę.
Wszystko zdawało się szeptać:
Spocznĳ! Spocznĳ!
Choć chłodniej już było, gorączkę czuł jakąś wewnętrzną… piekło go w piersiach.
A nade wszystko głośniej wołało udręczone ciało:
— Spocznĳ! Spocznĳ!
I powieki się spuściły na oczy.
Podniósł je jeszcze raz przemocą.
Chciał się modlić… ale miast tego, spojrzał jeno w stronę, skąd przyszedł.
Błogosławieństwo wyszeptał.
I porwał go sen w objęcia.
Wiǳiał się niby znów młoǳieńcem na ławie szkolnej.
Na wysokiej katedrze sieǳiał chudy doctor philosophiae z ogromnymi uszami, które
odstawały od głowy. Wyliczał na palcach punkty jakiegoś dowodu…

— Po pierwsze……no cóż… ha?
Nikt jakoś nie wieǳiał, a profesor gniewał się barǳo.
W uszach tętniło:
— Po pierwsze… po drugie… po trzecie…
W powietrzu gǳieś barǳo wysoko chwiały się palce profesora, sterczały jego niezmierne
uszyska.
ǲiwny to był, męczący sen… jakby kara za coś… tu… wśród drogi na szczyty…?
Zbuǳił się o cudnym ranku i nie mógł zrazu poznać, gǳie jest. Całkiem już znikła
wszelka łączność ze ziemią… chmury odǳieliły dwa te królestwa, legły morzem…
zaprzeczyły oczom wszystkiego, co nie w górze… Tam zaś straszliwie było ǳiko, choć
i niewymownie pięknie zarazem.
Wichry wyżynne tak spolerowały skałę, że powyż¹⁰³ miejsca, gǳie stał pielgrzym,
chyba na kolanach już iść trzeba było… wyżej jeszcze piersią musiałeś przylgnąć do ziemi
i przeć się wzwyż rozpostartymi ramiony¹⁰⁴.
Z wolna chmury się rozstąpiły. Pielgrzym stał i spoglądał na przecudne widowisko.
Był tu jakby uniesiony na skrzydłach anielskich… stąd wiǳiał… mógł wiǳieć piękno
ziemi.
Mieszczące się w szczegółach…. fałsz, głupota…. dysonanse wszelkie, znikły. Z tych
dali nie było widać mącących harmonię zboczeń, tylko cudny…. wiekuiście wierny sobie
rytm praw kierowników, podobny rytmowi fal morza…
Stąd wiǳiałeś, jako najwyższa wolność jest zarazem nieuchronną koniecznością, jako
najszaleńszy rzut, najsilniejszy rozpęd woli człowieka jest konieczności tej jeno koniecznym
drgnięciem, podobnie jak najwyższy szczyt Himalajów składową jeno częścią
powierzchni ziemi, zgoła jej kulistego kształtu nienaruszającą.
Stał zapatrzony w cudny widok, a wargi jego szeptały:
— ǲięki Ci o NIENAZWALNY!
Zachód się już czerwienił, gdy schyliwszy się po porzucony kĳ, spostrzegł w załomie
skały ǳiwną postać.
Barǳo podobny do oglądanego we śnie nauczyciela z lat chłopięcych, sieǳiał tam
w kucki człeczek czarno ubrany, z olbrzymią głową, wielkimi rękami oplótłszy kolana.
Wpatrywał się bacznie w pielgrzyma, który zǳiwiony, cofał się mimo woli, zasłaniając
rękami.
— Ach! Jakżeśmy wysoko! — ozwał się natręt: — Jakże wysoko! Hi… hi… hi… hi… Interes, Kuszenie
hi‥; luǳie całkiem już dojść nie mogą… i dlatego z ziemi przynoszę wieść… okrzyknęli
cię wielkim… rozpisali konkurs na kantatę… zarezerwowali w Panteonie miejsce…
Przysięgam! Nie widać stąd, ale… wiǳiałem na własne oczy… no i cóż teraz?… Ha!…
Zdaje mi się, żeś dość się narozmyślał nad nicością luǳkich głupstw… Jakiż stąd wniosek
praktyczny? Szaloną podróż może przedsięwziąć człek najmądrzejszy, ale z szaleństwa
nie wyciągnąć korzyści… to potrafi głupiec jeno.
— Popatrz no w górę… Wyżej po prostu żadna istota luǳka dostać się nie może…
nie jest w stanie… przy tym twe zdrowie…
— Idź precz! Idź precz! — krzyknął przerażony pielgrzym.
— Słyszałem coś podobnego w dawnych czasach… barǳo dawnych… Ale ty nie posiadasz
siły tamtego… o nie!… Dlatego usiądź tu oto… pogadamy rozsądnie. Nikt przecież
nie wiǳi, nie słyszy… Tak… wysoko zaszliśmy… jesteśmy już ponad sądem luǳkim…
powyżej ich opinii… hi… hi… hi… hi… hi… Ale do rzeczy! Owa świętość… tam na szczycie…
ha! Wiesz sam dobrze, że świętość owa to legenda, piękna, wspaniała legenda! Nie
sposób się dostać na szczyt, a nawet dostawszy się, nie znalazłbyś oczywiście nic! Więc
nie ma się po co spinać. Ale wykorzystać sytuację… to rzecz zgoła inna…
— Idź precz! — wykrzyknął raz jeszcze pielgrzym.
— Powtarzasz się… a pamiętaj… masz słuchacza… to niebezpiecznie…
Oszołomiony tą paplaniną, ulegając jakby jakiemuś wnętrznemu¹⁰⁵ przymusowi, pielgrzym
usiadł, przerażone oczy utkwiwszy w ǳiwacznej stworze.

— Doskonale! — wykrzyknął prześladowca. — Zaczynasz, wiǳę, zachowywać się,
jak przystało na porządnego człowieka. Otóż najsamprzód dowieǳ się, że jestem ci życzliwy.
Wbrew temu, co mówią o mnie tam… na ziemi… pasjami kocham luǳi… oczywiście
osobniki śmiałe, jak ty, pociągają mnie przede wszystkim. Podczas gdyś trwał na
pobożnych, czy jak właściwiej mniemam, niepochlebnych dla swych ziomków rozmy-
ślaniach… uplanowałem dla ciebie coś…. ale to mówię ci… …coś bajecznego! Posiadam
ogromny dar orientowania się… toteż zaraz spostrzegłem, że można by zrobić świetny
interes. Przystępuję do rzeczy. Wyobraź sobie ogromne towarzystwo akcyjne… kapitał
wynosi… powieǳmy dwa miliony… Ty nie wpłacając nic… w zamian za tajemnicę… za
pomysł… dostajesz tyle, a tyle akcji… no… i… powieǳmy… posadę dyrektora… co? Podoba
ci się to?… Wiǳisz… nieźle to nawet brzmi… Pewnieś ciekaw, co dalej? Całkiem
słusznie. Otóż byłeś, myślę, w Szwajcarii… i wiesz, że najjałowsza góra może przynieść
zyski… stokroć nawet większe jak potrójnej wielkości łan najpiękniejszej pszenicy.
No, chyba mnie rozumiesz? Co tam długo gadać… trafia się rzecz naǳwyczajna…
pomogę ci…. zbuduj tu hotel.
Pielgrzym zerwał się ze ziemi. Porwał swój kĳ sękaty i machając nim, wrzasnął głosem
wielkim:
— $page satanas¹⁰⁶! $page satanas! $page…
Ale czarnej postaci już nie było.
Ogromne, kilkunastopiętrowe gmachy „Hotelu pod ideałem” ledwo pomieścić mogły
pielgrzymów i kuracjuszów, ledwo docisnąć się można było do sal gry, stołów biesiadnych
i przystani, skąd łoǳie motorowe ruszały w drogę okrężną po mistycznym jeziorze
Ekstazy. Z dnia na ǳień, rzec można, powstawały też nowe odǳiały, tak, iż groziło, że
zabraknie dla nich liter alfabetu. Afisze pokryły mury wszystkich dworców kolejowych
świata całego, akcji nie można było dostać za podwójną nawet cenę, a o miejsca najdroższe
dobĳano się formalnie.
Pielgrzymka modną się stała, tylko odbywano ją teraz w tak ponętny sposób, że barǳo
jeno niewielu pozostało przy dawnej lokomocji. ǲiwacy ci, wytyczyli sobie inną rutę¹⁰⁷,
z dala od hotelowego liu¹⁰⁸ elektrycznego, ale widoczne było, że uczynili to jeno, by się
oryginalniejszym wydać w oczach dam, bo raz po raz któryś się zjawiał w hotelu.
Doszło do tego, że dla wygody stron obu, ponad stromą „Ścieżką Pokutników” wzniesiono
roǳaj werandy, skąd się idącym przyglądały damy. Jakiś Anglik zaprowaǳił tu
totalizatora, ale ǳienniki podniosły wrzask… no… i musiano go skasować. Zakładano się
więc mięǳy sobą, a nie zdaje mi się, by „Pokutnicy” wiǳieli w tym coś złego.
Rojno było w hotelu od pierwszych zaraz dni, afisz dotrzymywał, co obiecywał, chwalono
sobie tedy pobyt i pisywano co dnia masy kart z widokami. Ach tak… to jedno chybiło
trochę… widoków nie było prawie żadnych skutkiem owych chmur pod nogami…
Ale to nic… nie każdy może przecież sobie pozwolić na luksus pobytu w tak modnej
instytucji, więc można sobie wobec znajomych raǳić widokami… fantazyjnymi… od
czegóż malarze hotelowi…
Skrajne organy lewicowe usiłowały z samego zaraz początku popsuć kurs „Ideałek”,
zniechęcić publiczność do kupowania tych walorów… pewnego zaś agenta pewien redaktor
zrzucił z pewnych schodów, przy czym pewne, a znaczne pieniąǳe rozsypały się… itd.
No, ale nie wszyscy redaktorowie¹⁰⁹ byli tak nieokrzesani.
Pisma wymienionego gatunku wiele szkody nie robiły, jako ich klienci hotelu nie
czytywali wcale. Nie przeszkaǳało im to jednak pisać dalej w tym guście:
Wieprz kapitału pasie się ciągle na świętych stokach, pomyje oblewają
dalej głazy zroszone krwią pokutników.
¹⁰⁶apage satanas (łac. z gr.) — idź precz, szatanie; daw. formuła egzorcystyczna, przen. odmowa przyjęcia
kuszącej propozycji.

Inaczej myślał dyrektor zakładu, zarazem główny promotor i twórca pomysłu samego…
podobnie jak on myśleli wszyscy, a jeśli byli zrazu innego zdania, to wygody, jakich
zażywali w hotelu, troskliwa czuła opieka, rozpogaǳały ich ponure myśli.
Pokoje tańsze mieściły się w gmachu wschodnim począwszy od suteren, aż po czternaste
piętro. Było ich jednak niewiele i temu, jak sąǳą wszyscy dotąd, przypisać trzeba
burzę, która wstrząsnęła dnia pewnego cichym, rajskim życiem kuracjuszów. Z tego to
wielkiego salonu, odǳiału P, około jedenastej przed południem rozbrzmiały fanfary rewolucji,
o której wieści zachwiały giełdami całej Europy, powodując nagłą bessę „Ideałek”,
zawikłania finansowe, bankructwa wielu starych firm, kilkanaście samobójstw nawet.
Dyrektor, wróciwszy z wycieczki łoǳią motorową po jeziorze Ekstazy, którą to wycieczkę
urząǳono dla pewnego bawiącego tu incognito króla… dyrektor, mówię, ujrzał
w rzeczonym salonie ǳiwne zbiegowisko.
Pośrodku tłumu stał na stole człowiek ubrany w podartą, zniszczoną, białą szatę pielgrzymią,
ową wstrętną rzecz, którą po pierwszych zaraz dniach pobytu w hotelu, zrzucać
byli nawykli „Obłaskawieńcy”.
W rękach trzymał wzniesiony wysoko, naiwny kĳ wędrowny z kolcem na końcu.
Wołał głosem wielkim, oczy jego jarzyły się fosforycznym blaskiem, a zwichrzone włosy
w ǳiwacznych czubach piętrzyły się nad czołem.
Dokoła niego był tłok niemały. Pierwszy rząd stanowiły kobiety z najdroższych od-
ǳiałów… drugi i dalsze… służące hotelowe… potem stali luǳie wszelakich kondycji,
a wreszcie… o nieba… gotowi jakby do drogi… do walki, zbrojni „Obłaskawieńcy”, poubierani
w buntownicze szaty pielgrzymie.
Blady, na pół przytomny dyrektor spytał napotkanego płatniczego:
— Cóż to za jeden?
— Obcy. Dopiero co przybył. Nie było pokoju… i to go widać do takiej doprowaǳiło
pasji.
— Durnie! Trzeba było umieścić gǳiekolwiek!
— A gǳież? Zresztą któż mógł przeczuć?
— Idioty! Przeklęte idioty! — wrzasnął dyrektor. — Niechże was wszyscy diabli…
Począł się przepychać do mówcy, wołając:
— Jaśnie Wielmożny Panie!… Jest apartament… Są nawet dwa do wyboru!
— Cicho! Cicho! Milcz! Precz stąd! — rozległo się.
Tłum ogarnęła gorączka, a mówca grzmiał dalej, szalał jak burza wiosenna.
— Trupią jest, mówię wam, dusza człowieka czasów naszych… zgniłą jest! ǲiś zbudowany
ołtarz z zakrzepłych w brylantowe głazy łez rozpaczy… w brudną jutro zamieni
się kałużę. Łkajmy, że błotem jest dusza nasza… łkajmy, że szyderczym szaleństwem jest
tęsknota nasza, że świętości imienia pomyśleć nam nie wolno… płaczmy!
— Pozachmurzały nam się szczyty wszystkie, bo mgły lepkie obiegły serca, iż nie bĳą
jak dawniej.
— Nie do WIELKIEGO SZCZYTU, nie do świątyni złotej, gǳie ŚWIĘTE ŚWIĘ-
TYCH… wyciągają się ręce nasze… ale do chimery zmysłów, co kształt jeno NAJWYŻ-
SZEGO bluźnierczo przybrawszy, wabi mirażem zbrodniczym.
— Widome się stały zbrodnie nasze, przeszły pożądań i skrywanych morderstw formy
i oto panoszą się teraz bezkarnie, połyskując złotem i adamaszkiem.
— ǲiwię się, że ogień dotąd nie pożarł tych murów, jak mury Sodomy pożarł i skruszył
na proch.
— ǲiwię się, że oto stoimy wszyscy w tym salonie, którego fundamenty depcą
zbrodniczo świętą skałę, której czoło jeno i usta konającego z mąk wędrówki pielgrzyma
dotykały od wieków.
— ǲiwię się, że jesteśmy tu wszyscy tak liczni, a tak niepotrzebni, gdy połowie należy
się znajdywać w cyrku albo w menażerii.
— ǲiwię się, że wiǳę ot tu tego człowieka, zwanego dyrektorem, gdy powinien on
być ciałem w poǳiemnym lochu więziennym, a duszą na mękach wstydu i wyrzutów
sumienia.

— Wiǳiałem u progów miejsca NAJWYŻSZEGO trędowatych i obłąkanych, a byli
oni, gǳie ich BÓG postawił… ale zaprawdę… połowę z was moi bracia wwiódł tu szatan
po to jeno, byście wrychle¹¹⁰ spadli w bezdeń sromoty… za to, iżeście się ośmielili
profanować nieznane, święte.
— Duszy mi żal człowieka czasów moich, nie świętej góry.
— Czyż może człowiek ubliżyć BOGU?
— Myśl taka sama śmieszną jest i głupią.
— Duszy mi żal człowieka moich czasów, bo ją kocham!
— Kochani ją i chcę, by wielką była!
— Zwiększcie lot dusz waszych!
— Skrzydła rozpostrzyjcie na wichry… wołam!
— Nie bójcie się szczytów skalnych… aniołami być niech się wam śni! Potężne, wielkie
sny o mocy chcę, byście śnili!
— A czasu jawy, prężcie ramiona, sięgajcie JUTRA., sięgajcie jeno ciągle… ciągle…
a piórami ręce porosną długimi, od wiania tych dalekich, tych wyżynnych wichrów.
— Orłowie tak się skrzydeł doczekali i aniołowie także.
— Opuśćmy ziemię! Pierwszy to krok do nieba! I w mocy leży człowieka najsłabszego!
Opuśćmy ziemię!
— Opuśćmy ziemię! — zawrzasnął tłum.
— Tak. Opuśćmy ziemię z jej nęǳą, jej małością małpią, skłonnością robienia błazeń-
stwami wszystkiego, co wielkie, święte, godne szacunku i czci. Obalmy przybytki hańby,
powalmy Bastylie głupoty i żąǳ poǳiemnych, skrytych, bo podłych. Niech przepadną!
— Niech przepadną! — zahuczało wokoło.
— W gruzach niech legnie Sodoma!
— W gruzach niech legnie!
— Inaczej nie sięgniemy skrzydłami szczytu!
— Nie sięgniemy!
— BÓG się nam zaćmi!
— Aaaaach!
— Poginiemy marnie i potomność nie znajǳie na ziemi, ani niebie imion naszych,
ani ǳieł naszych.
— Aaaaach!
— Precz z przybytkiem zbrodni!
— Niech przepada‼!
Tłum wrzał, kołysał się jak lawa dyszącego wybuchem wulkanu. Na stół wyskoczył
drugi mówca.
— Oto człowiek przez BOGA posłany — wrzeszczał. — Patrzcie na jego twarz! Czyż
nie mówi o nim Pismo:
Powstanie pośród was prorok, a twarz jego jako księżyc czerwony od
wichru jutra! A twarz jego mieǳiana od zórz dni, co idą… Mówię wam
zaprawdę… Idźcie, gǳiekolwiek powieǳie…!
— Nawet na szczyt! Nawet na śmierć! — wołał pierwszy głosiciel nowej, mocno
apokryficznej ewangelii.
— Nawet na śmierć! — ryczał tłum.
— Do świątyni! Do świątyni! Rewolucja
— BÓG się nam zaćmił!
— Obalmy przybytek hańby.
— Niech przepada!
Wyznawca proroka, uniesiony szałem, cytujący fałszywie, choć z wiarą, wyrwał komuś
stojącemu w pobliżu gruby, sękaty kĳ pielgrzymi, zamachnął się potężnie i cisnął, jakby
maczugą w wielkie, weneckie lustro, wiszące na głównej ścianie salonu.
Rozprysnęło się na tysiąc kawałków.
Wulkan wybuchnął. Zawirowało, huk się uczynił ogromny, a na przeǳie, siejąc zniszczenie,
pĳany entuzjazmem szedł wyznawca.

Daremnie sam mistrz wyciągał ręce, daremnie wołał.
— Niech przepada Sodoma! — wył tłum, nieuznający przenośni, a w powietrzu wirowały
stoliki marmurowe, krzesła, obrazy… tysiąc rąk darło, tysiąc gardeł wyło:
— Niech przepada! Niech przepada!
Komunikacja z dołem od pierwszej zaraz chwili ustała, snadź¹¹¹ przerwano liny liItu,
przecięto druty telefonów. Nie podobnym było dowołać się telegrafem Marconiego posterunku
żandarmerii. A może dobrze słyszano tam, na dole, a tylko bano się… albo też
jakiś pomysłowy buntownik puszczał fałszywe depesze.
Cóż mówić o chaosie, cóż o stratach! Rozszalały, w trzech czwartych „wykwintny”
tłum, hulał po całym nieszczęsnym hotelu, demolując, paląc, stając dęba…
Dyrektorowi los nastręczył wygodne względnie schronisko. Wpadł on biedak, nie
myśląc, co czyni, do sza z paramentami kościelnymi, w kaplicy odǳiału C, gǳie znalazły
się też dwie flaszki mszalnego wina.
ǲięki temu nie umarł z głodu i strachu i doczekał się ukojenia umysłów.
Nastąpiło ono po odejściu przywódcy buntowników na czele garstki pielgrzymów,
którzy pod woǳą „Wyznawcy”, utworzywszy legion „rycerzy czystego serca”, poszli ku
szczytowi.
Wylazł dnia onego dyrektor i zasiadł sąǳić winnych, przyjmować potem do łask na
powrót… a jednocześnie sam był sąǳony przez radę naǳorczą… besztany… skazywany…
no i wreszcie na powrót do łask przyjęty… gdy kilka wpływowych ǳienników zamieściło
wyjaśnienie tej treści, iż wszyscy nabrali przekonania, że rewolucja pałacowa była ǳiełem
wariata albo „przewrotowca”.
Powiększono tylko liczbę tańszych pokojów, dobudowano dwa nowe pawilony R i S,
aby zadosyć¹¹² uczynić „duchowi czasu”, który się pono tego gwałtownie domagał. Barǳo
słusznie. Z przeciwności człowiek rozsądny powinien wyciągać naukę.
ǲień był szary, mglisty, gęste chmury zległy na zboczach góry, nie było nic widać
i tylko paru amatorów robiło zdjęcia, reszta gości pochowała się po pokojach.
Dyrektor, kwaśny, komponował właśnie jeden z wielu, wielu już wysłanych po katastrofie
listów, gdy mu lokaj dyżurny zameldował:
— Pątnik. Prosi o audiencję natychmiast.
— Skąd przyszedł? Z dołu czy z góry? — spytał.
— Z góry.
— Hm! Przypadek groźniejszy. Dobrze. Herbata… koniak… pokój odǳiał A… Prosić
do mnie. Tutaj… podasz.
Lokaj znikł. Po chwili w progu gabinetu zjawił się człowiek szary jakiś, jak mgła na
dworze, ponury, o zaciśniętych wargach, ubrany w ongiś białą, pielgrzymią suknię.
Dyrektor podbiegł na powitanie.
— Aaaaaa, jakże mi miło! — począł od razu. — Pan… pan… doprawdy, że zdaje
mi się… istotnie… czyżbym się mylił… z odǳiału „rycerzy czystego serca”… wszak nie
inaczej. Oooo znajǳie łaskawy pan kolegów… kilku… kilku. Właśnie dopiero wczoraj…
Jakże pożałowania godne było całe to niemiłe zajście… Ale ǳięki Bogu… minęło. Co…
wszak pokoik? Już rozporząǳiłem. Sąǳę, że odǳiałek A, na początek… dla odpocznienia
po trudach, nabrania sił… Może by też kąpiel słoneczną?
— ǲiękuję panu! Ale czy mnie pan poznajesz? Nie zdaje mi się… Jestem przywódcą
legionu… byłego legionu…
Dyrektor zerwał się na równe nogi.
Przybyły chwycił go za rękę, którą już wyciągnął w stronę telefonu.
— Moment jeden — zawołał. — Jedna chwila! Przychoǳę w interesie!… Posłuchaj
pan, a potem zrobisz, co zechcesz…
— Co za bezczelność! Co za straszna bezczelność! — bełkotał przerażony i ogłupiały
jednocześnie dyrektor — Toż to pan rozbiłeś… pan pierwszy… wielkie… wielkie lustro
weneckie… Pan jesteś… rozbójnik! Pan… pan… ja‥ panu… ja… — dławił się, a ręka
szukała wciąż aparatu.

— Na miłość boską! Uspokój się pan, panie dyrektorze! — prosił przybyły. —
Moment tylko! Pytanie… Oczywiście… przez to samo, że tu jestem, potępiam… żałuję
wszystkiego, co miało miejsce. Moja obecność tu to roǳaj ekspiacji… a rad bym, by
także była zadośćuczynieniem dla pana… któryś tyle… tyle… Posłuchaj pan. Potępiam
jak najsurowiej tego samozwańczego proroka, który nas wszystkich… wszystkich… tak
obałamucił… ©a Ya sans dire¹¹³… A teraz do rzeczy:
— Cóż się z nim stało? — spytał, oprzytomniawszy trochę, dyrektor.
— Bo ja też wiem! Zostawił nas, po bezskutecznym namawianiu do dalszej wycieczki
na szczyt nieistniejący… no… i poszedł sobie! Niepodobna, by żył dotąd…
— ǲięki Bogu! — odsapnął dyrektor. — Odprawimy jutro piętnaście mszy ǳiękczynnych…
za pomyślność naszego zakładu… ufff… To dobrze!
— Przystępuję do rzeczy. Otóż, wałęsając się samotny po górze zaszedłem do przecudnej
roztoki utworzonej przez odpływy jeziora Ekstazy. Nie mam dość słów, by opisać
to miejsce. W tych oto, naprędce porobionych notatkach znajǳiesz pan szczegóły, teraz
zwrócę tylko na to i owo uwagę pańską. Wszak nie zaprzeczy pan, że „Hotel pod Ideałem”
ma te i owe braki.
— Cóż znowu! Mój panie! Takaż to skrucha?
— Momencik! Zamierzam coś zgoła innego jak wówczas… Otóż jedną z głównych
rzeczy, na którą się już nieraz uskarżały ǳienniki, jest nadmiar mgieł i chmur, tak że
o widoku stąd właściwie nie ma i mowy. Druga rzecz to wiatry wyżynne. Otóż w mojej
roztoce… Ach… i po cóż mówić… Sąǳę, że zechcesz pan przestudiować te oto notatki.
Wyjął plik papierów.
— Pobieżnie to, jak pan wiǳi naszkicowane, ale zawsze daje o rzeczy niejakie pojęcie.
Proszę, spojrzyj pan.
— Wszystko to dobrze — rzekł uspokojony już dyrektor. — Nie pojmuję tylko, po
co mi pan to wszystko mówisz? Cóż pan zamierzasz robić w tej roztoce?
— Co? Ależ oczywiście hotel!
— Ho… ho… pan?
— My… my… rozumiesz pan drogi dyrektorze… my! Mam już nazwę. Tak. Nasz
hotel bęǳie się zwał:
HOTEL CZYSTEGO SERCA
Dyrektor otworzył szeroko oczy. Patrzył na swego gościa zrazu, jakby go podejrzewał
o niecne jakieś, na nowych apokryfach oparte zamiary, ale po chwili, na widok tej dobrodusznej,
pełnej prostoty twarzy, namyślił się inaczej i z lekkim westchnieniem pochylił
się nad rozłożonymi na stole notatkami.
W tej chwili wszedł lokaj. Niósł na srebrnej tacy zamówiony posiłek. Na widok pracujących
z zapałem, zawahał się. Postawił na bocznym stoliczku zastawę i rzekł:
— Proszę Jaśnie Pana Dyrektora! Pan kasjer generalny pyta, czy mógłby się wiǳieć.
Sprawa pilna… nie może czekać audiencji. Czeka w westybulu.
— Ha?… C… Co?…
— Pan kasjer generalny…
— Dobrze… dobrze… nie… nie… nie! Potem… potem… Nie mam teraz czasu…
Dola
Wysoko, barǳo wysoko gǳieś, przewracał się po powietrzu, kąpał się w blaskach słońca,
nurkował w światłości.
Poddawał ciepłu to plecy, to puszczał promienie po piersiach, to po bokach, ku stopom.
Jakże piecze! Jak zatapia! Jak mocni¹¹⁴!
Chciałoby się jedną ręką chwycić kędyś w tej jaśni utajoną gwiazdę, drugą ręką drugą
i tak wydźwignąć się na wyże niezmierne, jak gimnastyk wywĳa się na drążek.

Albo znów jak orzeł, skrzydła po ciele położyć i spaść w dół… piorunem spaść…
ale dobiegając ziemi, skręcić w bok, minąć ten drobiazg i wpaść w pokryte jej cieniem
otchłanie mięǳygwiezdne.
Szeroko, tu jest gǳie latać, nie zawaǳi o nic, chyba tam niżej chmurę przetnie i znowu
wynurzy się człek z oparu jak księżyc.
Przegiął się grzbietem do słońca i spojrzał w dół.
Zobaczył chmurę, a na niej DOLĘ zadumaną.
Płynęła ku zachodowi, by zastąpić od tamtej strony promieniowi słońca i przed zbytnim
żarem zasłonić łan pszenicy.
Miała ciemną, siwą szatę. Sieǳiała ponura z łokciami na kolanach, głową w dłoni
złożoną. Z czoła jej czarne spadały włosy. Palce rąk włożyła w zęby.
Cicha, spokojna, na ciągle zmiennej chmurze twardym obrysowana konturem, trwała,
nieprzemĳająca pośród rozpływań i skupiań, zatracań kształtów i tworzenia bezustannego
— ǳiwne sprawiała wrażenie. Zdawała się w swej realności, na tle złudy, lotną mgłą,
pośród twardych skał rzeczywistości. Obcą się tu wydawała, paradoksalną na własnym
terenie, nie na miejscu, tu, skąd rząǳić światem nawykła.
Roześmiał się na myśl, ile ma ta Dola ǳiś do roboty i nagle, w poczuciu swego
królewskiego nadmiaru czasu, rozpostarł skrzydła, zamknął oczy i całą siłą rzucił się prosto
przed siebie.
Leciał bez pamięci i kierunku. Wichr¹¹⁵ mu gwizdał zrazu wielki koło uszu, ale potem
i on ustał. Nie szarpał go teraz pęd za włosy, zrobiło się cicho, dreszcz nim tylko wstrząsnął
zimny i czuł, że skrzydeł nie ma na czym oprzeć.
Mniejsza! Nie odmykał oczu, myślał tylko:
To jest chwila upojenia. Ach tak, to jest upojenie, to sen o wolności…
Ach, jakże się to robi… trzeba by zapamiętać… Mocne skupienie, wnętrzna¹¹⁶ wola,
a rozmach członków sam się wyzwala w ruch. Ledwo sobie to uświadomisz, już wichry
przeganiasz, wichry lecące w służbie.
To inny lot, po służbie… to przymus…
Rozkosz to bezkierunkowość. Rozkosz
Im zbaczać z drogi nie wolno, chyba że się roztrzaskają o przeszkodę.
Latać… bez przynagleń, co późnią¹¹⁷, bez brzemienia spełniań… to znaczy: latać… być
wichrem-włóczęgą pośród wichrów żołnierzy, goǳinami nie wiǳieć ziemi, nie czuć jej
pod nogami nawet w wielkiej, ogromnej dali… być wysoko… wysoko, gǳie już nie ma
nic do roboty nawet najprawowierniejszy promień słońca… to jest latać… Strasznie jakoś
zimno!
Czuł pod zamkniętymi powiekami, że tonie w ciemni, pod bĳącymi skrzydłami brakło
powietrza…
Otworzył oczy.
Tkwił w czerni niezmiernej. Niby jarzące się knoty świec pogaszonych błyszczały czerwono
gwiazdy w oddali przeraźnej.
Przewrócił się na wznak, zdrętwiały niemal, a jednocześnie rozkoszą zamrozu objęty
w tej bezdennej bezgłosej ciszy.
Chciał nabrać tchu w piersi, a wetchnął pustkę jeno. Krzyknął… nie zaszemrało nawet…
Był gǳieś na krańcach atmosfery, gǳie życie ustające już form żadnych nie ma.
I nagle z czarnej tej pustaci wyjrzała ona, DOLA.
— Czego chcesz? — spytał szeptem — Czegóż się we mnie wpatrujesz, ty czarnowłosa,
na nicości pilnująca nicości…?
Znowu mu była onej chwili tak wyraźna, tak materialna, wśród bezmaterialności otoczenia,
że się zdumiał.
Zbliżała się, szła na niego… szła… szła…. jak idą czasem różne rzeczy, gdy się w nie
mocno, mocno wpatrywać… Wyłoniła się, jakby ot, z tamtej mgławicy błyszczącej, i pę-
ǳiła, pęǳiła… Widać było coraz to lepiej owal twarzy na dłoniach opartej i oczy… Parły
go, spychały w dół ku ziemi jak obce, wrogie ciała niebieskie.

Szła przed nią fala wielkiej energii, wiał prąd niewiǳialny, zmiatający wszystko z drogi.
— Precz! Precz!
Próbował walczyć, wbił się skrzydłami w rzadkie powietrze i stanął jej wbrew.
Chwila… i cofnął się, uśliznął, przegrał i pchnięty potężnie, spadł.
Uczuł znów pod skrzydłami ciepłej gęste powietrze kręgów przyziemnych.

— I mówią — prawił stary, że tylko wielka determinacja z nóg ją powalić zdoła…
Choć znowu… pamiętam… ha… moiściewy, któż ta odgadnie co lepiej… Jemu, nieborakowi,
nie na najlepsze wyszło…
Obciosywał siekierą kawałek drzewa na orczyk i słuchał starych.
Ale nie wieǳiał, o co im iǳie. Myślał. Myślał, że wszystko, co się rusza na świecie,
rusza się za pomału.
Pręǳej! Pręǳej! Jak wówczas!… Ach!
Sama wola… czuł, samo jeno: „CHCĘ”… samo to miało moc pochłaniania przestrzeni,
zbliżania rzeczy odległych, usuwania bliskich zjaw.
CHCĘ… i gwizdał koło uszu wiatr…
CHCĘ… i ziemia stawała się małą połyskliwą kulką… Gǳieś, pod nogami znikały
niebiosy i czerwieniały gwiazdy najzłotsze.
Mrok zapadł. Wstał, spostrzegłszy teraz dopiero, że nic nie wiǳi i że cała robota na
nic.
Hej! Na świat! Na świat!
Nagle otworzył drzwi i okroczyć chciał próg. Ale zdążył się jeszcze rozpęǳić, dać sobie
rozmach. Dlatego nie przewalił się przez coś, co sieǳiało w drzwiach, szare, w pierwszym
spojrzeniu nie do poznania.
Skoczył i zǳiwiony obejrzał się zaraz, nie bez trwogi.
Sieǳiało ich dwoje. Stary wskazywał nań palcem i opowiadał coś kobiecie… kobiecie
o czarnych włosach, sieǳącej z głową w dłoniach z palcami w ustach… Tak… tak, to
znowu ona… — pomyślał — DOLA… a on?…
Strach mu zjeżył włosy na głowie, uciekać począł i stanął dopiero, zmiarkowawszy, że
go od nich sto kroków bodaj ǳieli.
Obejrzał się w sam czas, by wiǳieć, że wstają i idą w jego stronę.
Kroczą powoli, a przestrzeni tak szybko ubywa… zauważył, zdrętwiały…
Wokół pusto, nic tylko krzaki. Naraz, wydało się, że za każdym skryty stwór jakiś, co
go bęǳie łapał, przytrzymywał…
Kroczą powoli, a coraz są bliżej, coraz bliżej… już jeno sięgnąć ręką… Świecą… by¹¹⁸
wilcze oczy DOLI… a on?
Starzec; włosy długie, płowe na twarz narzucił… twarzy nie miał żadnej. Wydało się,
że szedł tyłem…
I w tym zamaskowaniu taki straszny był, że czuło się, iż życie się urwie jak nić pajęcza,
skoro tylko… on… zechce…
Szedł. Szli. Prosto na niego.
Serce mu bić przestało… Już nie myślał nic… tylko coś w duszy, jakby obce, wrogie,
a dobroczynne zarazem, bo skracające mękę czekanie, wołało ku zbliżającym się: „Pręǳej!
Pręǳej!”.
Ale nie umarł, bo oto oni ulitowali się w ostatniej chwili, skinęli sobie na pożegnanie
i naraz rozeszli się w prawo i lewo, skręcając z nagła w pola objęte mrokiem.
Dawno ich nie było, nim się odetchnąć ważył.

Szedł z wysiłkiem, prąd był wartki.
Minęły czasy górnych jazd, szczęśliwej bezkierunkowości. O nogi biły fale, każdy krok
to zmaganie się bolesne, walka o nieświadome.
Pustać. Roztoką płynie potok, a zadanie… jakiś niewyraźny nakaz:
„Tę oto łódź, bez wioseł, dla kogoś… po coś hen… aż do lodowca, skąd płynę, doprowadź!”
Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: pełnia sił!
Łzy do ócz napłynęły.
Ktoś inny prędko, w sekunǳie z wartkim płynie prądem… może prześpi nawet chwilę
podróży… A ty, rób!
Na płaczu cuǳym, na łzach płynąć w Jutro? Po co?
Rzeką szedł, co rwała z gór nienazwanych.
Rzeką szedł i cierpiał, biorąc na siebie cały przeciwny prąd i całą świadomość, że to
daremne, że kiedyś zostanie spostrzeżone i ustanie taka rzecz, zgoła niepotrzebna.
Rzeką szedł w górę i czuł cały żal, że go teraz nie ma wysoko, wysoko na niebie.
Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: pełnią sił!
I ledwo tak pomyślał, osłabł rozkosznie i nie mógł walczyć z prądem przeciwnym i nie
mógł podnieść nogi.
Zǳiwiony był i osłabły, prąd go znosił.
O jakże prędko! Dwa dni temu mĳałem ten zakręt… idąc w górę rzeki…
Niosła go woda, tonął i ǳiwnie mu było:
— Zwyciężam! — myślał… — Ginę! — myślał jednocześnie.
Podniósł oczy.
Brzegiem rzeki, pod prąd szła kobieta.
Szła obojętna, cicha, szata za nią siwa wiała i włosy czarne płynęły w przeciwnym
wietrze.
Głowę na piersi zwiesiła, złożyła ją w obu dłoniach.
Szła pewnie, równo po płaskim brzegu, nie oglądając się wcale.
Gdy ją ujrzał tonący, nabrał sił.
Wbił nogi w grunt, rękami czepił się umykających wodorostów i ruszył naprzód…
naprzód… naprzód… z zaciśniętymi zębami… łkaniem przyczajonym w piersi… naprzód…
naprzód… naprzód…

Był gzyms kamienny stary, ścieżka skalna, niewiadomymi rękami ułożona dla stóp
nieznanych.
Stał, w ręku ǳierżąc koniec łańcucha długiego i ciężkiego.
Dorobek — mówili — wieków…
I podać go trzeba tam, naprzeciwko, o kroków sto… włożyć w dłoń, co się wyciągnie…
A jeśli nie? A jeśli tam nie ma nikogo?
Domki wiǳiał w dole niskie, jakby rozpłaszczone… przez komin by zajrzał niemal
prosto w garnek…
Pod nogą się głazy chwieją. Powypierały je z oprawy zielska przerozmaite, poruszyły
stopy czyjeś…
Ostrożnie… Ostrożnie!
Z dołu, spod nóg dolatuje głos ǳwonu.
Świat do snu kołyszą te ǳwony. Jakże nisko… Jak nisko zlatać muszą z nieba anioły
z wiatykiem, do mrących tam w dole…
Na niczym nie możesz oprzeć dłoni. Skała odbiegła daleko, za ǳiesiątym krokiem…
łańcuch ciężki… Spocznę!

Ale w spoczynku jeszcze trudniej… Nie. Ten gzyms, ten kawał drogi trzeba wziąć
rozmachem…
Przeklęty kamień… Śliski gzyms łuku, którego filary niezmierne, wkopane gǳieś na
dnie przepaści…
Ach, jakże daleko… Mówili: nie dalej, jak od jednej myśli, do drugiej… tak mówili…
W drogę! W drogę!
Świat na dole, teraz czerwony. Słońce zachoǳi właśnie… ogląda się… Na mnie patrzy…
Czuje żal, że nie zobaczy, jak się to skończy… Widowisko niecoǳienne…
Hej staruchu! A co się tam stało z ostatnim… z ostat…
Jezus Maria! Nie! Nie sposób… Spocznę!
Drżą nogi. Mówili… wytęż moc chcenia… nie spoglądaj na prawo, nie spoglądaj w lewo…
Nie ma cieniów… nie daj się łuǳić cieniom, co zastępują drogę… Ach… jest… jest
cień… Wychylił się zza skały… Nie, to ręka się wychyla… ręka… Masz! Bierz!…
Iǳie ktoś śmiało po śliskich głazach z wyciągniętą dłonią.
— Pokaż stygmat!… — wołam.
Iǳie, nie słucha…
— Pokaż znak!
Wyciąga dłoń… Nie ma znaku… A… to ona!
Czego chcesz? Nie dam!… Nie… nie! Precz! Z drogi!
Spoza pleców DOLI wychylił się człek z włosami płowymi na twarzy. Śleǳił tok
walki… krótkotrwałej.
Człowiek z łańcuchem pchnął DOLĘ w pierś. Zachwiała się.
— Precz — krzyknął i wymierzył cios drugi, mięǳy oczy.
Wtedy ów przyczajony podniósł rękę do twarzy powoluteńku, drugą podtrzymując
padającą od uderzenia DOLĘ.
I wpatrzony w wysłańca, rozchylił na czole włosy.
Ciężki łańcuch uderzył o kamienie i stoczył się w bezdeń przepaści wraz z zmartwia-
łym ciałem pielgrzyma, wysłanego pracownika JUTRA…. którego poraził ZAMRÓZ-
-STRACH.

Otworzył oczy. W szafirowej jakby mgle ujrzał śmigłe filary mostu. Leżał na wznak
na łące kwietnej, bezsilny, jakby po ciężkiej chorobie.
Nie bolało go nic. Tylko przy każdym ruchu, przy każdym niemal oddechu, szeptało
mu coś: „I na cóż! I na cóż!”.
Wszystko już skończone, załatwione, wyczerpana treść życia… ot wspomnienie jedno,
drugie i koniec.
Dawne czasy… Loty dalekie na wszystkie strony, bezobowiązkowe naǳorowanie
wszechświata‥ Porażenie Strachem…
Od jakichże drobnych rzeczy, pomyślał, zależy Jutro… Od jakichże nikłych ocznych
złud…
Nie chciało mu się myśleć. Woǳił oczy, a wokoło, po łące, na każdym kwiatku napotkanym
dając wypoczywać oczom.
Podniósł wzrok.
Był łuk potężny, od skały do skały, górą gzymsem obrzeżony. Jakieś wpółzatarte na
nim widniały rzeźby, końskie nogi wzniesione do skoku, ostrza ǳid w rękach wojowników.
Zamykał widać jar głęboki, był jakby bramą doń… tak, bramą był.
Potężne skrzydła bramy, zawarte, świeciły ponuro pociemniałymi okuciami spiżu.
Dźwigały się poważnie ku górze.
Wiódł oczyma po wstępującej linii potężnych gwoźǳi.
Nagle zerwał się. Siadł, przerażone oczy wbĳając w półkolistą przestrzeń nad skrzydłami
bramy.
Tkwiła tam twarz olbrzymia, ciemna, o wielkich, połyskujących oczach.

Dola złożyła głowę na splecionych rękach, palce włożyła w usta i wpatrywała się cicha,
niema w sieǳącego.
Teraz dopiero zobaczył, że ona to sama była skrzydliskami bramy, do jaru wiodącej…
Suknia jej ciemna opadała w szerokich, płaskich fałdach, suknia siwa, usiana gwiazdami
z poczerniałego złota.
*
I nagle śmigło mu przez głowę, by stoczyć z nią bój.
Pamiętał, że się zachwiała pod jego ciosem wówczas… czuł moc teraz… czuł w sobie
nakaz…
Zerwał się i rzucił na zapatrzoną.
Wymierzył cios potężny w jej kolano… i padł na ziemię. Pięść jego nie trafiła na ciało.
Wstał.
U stóp jego leżała siwa suknia Doli… Na trawie zaś, poczwarne jakieś błyszczały kwiaty
czy oczy…
Wpatrzył się w nie…
Rozpływały się, wyraźnie zachoǳiły mgłą, wsiąkały w ziemię…
Gdy tak stał zapatrzony, uczuł nagle, że go ramię czyjeś obejmuje.
Podniósł oczy i ujrzał pochyloną nad sobą twarz anioła ciszy wieczornej.
Anioł podparł silnym ramieniem chwiejącego się z wysiłku walki i przerażenia i rzekł
cichym, śpiewnym głosem:
„Oto nadszedł czas odpocznienia… chodź, pracowniku wierny pożywać wieczerzę po
dniu znojnym. Otwarte są ogrody pańskie dla spracowanych na polu jego”.
Uczuł, że na oczy mgła mu spada jakaś przejrzysta, a przez tę mgłę ujrzał w zamkniętej
łukiem przestrzeni długie, nieskończenie długie aleje cyprysowe, ginące gǳieś w pomroce
dali.
— Chodź! — powtórzył anioł i poszli.
Drogowskaz
Była pełnia. Księżyc świecił jaskrawo, a pnie brzóz połyskały żółtawym blaskiem, na tle
czerni zwikłanych¹¹⁹, ǳiwnych kształtów pełniących¹²⁰ głąb lasu. Noc nie ǳiałała kojąco.
Wydawało się, że księżyc przybrał maskę słońca i przedrzeźnia oto śpiącego władcę dnia.
Cienie były jak aksamit czarne, przepastne, by¹²¹ otchłanie, w które zapadały oczy śleǳące
formy znane czy prawdopodobne. Zapadały i nie znachoǳiły¹²² niczego, czasem tylko
dostrzec się dawał prostolinĳny pień podobny do filara, jeden, drugi, trzeci… Były jak
kolumny podpierające strop ogromnej kaplicy przedpogrzebnej.
Czarno-stalowe były fale rzeki płynącej pod lasem. Woda zatraciła przejrzystość. Sunęła
upornie¹²³, bez przerwy, monotonnie. W poprzek zwalił się kloc żółty, słup światła
i leżał w bezruchu otępiałym, ciężki, posępny.
Od dni i dni sieǳiał na brzegu rzeki Człowiek z toporem obrócony plecami do lasu
i spozierał pod prąd rzeki. Nie spuszczał oczu z punktu, gǳie się rzeka zatraca — tam na
widnokręgu, skąd nadpłynąć miały upragnione i wyglądane dębowe tramy. Słuch wysłał
na zwiady, czy nie pochwyci dźwięków fanfary, jaka rozebrzmieć¹²⁴ miała, w momencie,
gdy święte drwa znajdą się w jego pobliżu.
Czekał wolen¹²⁵ niecierpliwości, tłumiąc samą zaródź buntu, bowiem samo to czekanie
świętobliwe i pokorne było nowicjatem wielkiego zakonu pracy, do którego wstąpić

miał oznaczonej goǳiny. Była to część ważna i niezbędna samego wtajemniczenia, diakonat
bliskiego kapłaństwa. Wieǳiał, że nadpłynąć muszą. Powstanie tutaj oto nowa
świątynia, staremu Bogu wzniesiona, nowy kształt przedwiecznej prawdy, nowe hasło
rzeszom stęsknionych, więź jedności, co zewrzeć ich miała w legion bojowników, pod
sztandarem nieziszczalnego ideału.
Z dalekich krajów nadpłynąć miał budulec, stamtąd, kędy mieszka Tęsknota.
Człowiek z toporem sieǳiał spokojnie na brzegu, sparłszy¹²⁶ łokcie na kolanach,
z brodą na pięściach złożoną, a spojrzenie tkwiło w dali widnej tej nocy jakby w ǳień
biały.
Sieǳąc tak zapatrzony, nie wieǳiał, co się wokół niego ǳieje. Zatracił czucie ze
światem zewnętrznym, a w świecie tym ǳiwne zachoǳiły sprawy.
Las, do niedawna jeszcze cichy i zmartwiały rozszemrał się naraz głosami. Coś rozsuwało
gałęzie z lekkim szmerem, trzaskały pod czyjąś stopą suche gałązki, tętniły głucho
po mchu spieszne kroki. Najlżejszy powiew wiatru nie musnął listowia drzew ponad głową
sieǳącego, ni trawy dźbła¹²⁷ tuż przy nim, a jednak w głębi lasu poruszały się krzaki
i szemrało coraz mocniej, coraz donośniej.
Nagle roztętniły się wyraźnie echa szybkiego biegu. Ktoś pęǳił, stąpając ciężko. Darł
sobą gąszcz leśny, słychać było postęk¹²⁸ zadyszanych z wysiłku płuc i po chwili na czerni
ostępu zamigotało białe ciało.
Człowiek z toporem poruszył się, obrócił ku lasowi głowę. Nadsłuchiwał.
Nagle, niby strzał wśród nocy, zagrzmiał okrzyk trwogi.
I wraz za nim rozebrzmiał śmiech… długi, cyniczny śmiech.
Ten śmiech luǳki, a jakby nieluǳki przez zamróz, jaki od niego szedł, dochoǳił tuż
z pobliża, jakby spoza najbliższego krzaka.
Rozebrzmiał raz jeszcze, trochę ciszej i urwał się nagle. Biegnący, zbliżał się z każdą
chwilą barǳiej.
Człowiek z toporem ścisnął silniej swój topór w dłoniach.
Nagle spostrzegł przybysza. Był całkiem nagi. Biegł, dobywając ostatnich sił.
Zerwał się na nogi i poskoczył naprzeciw, ale gdy go tamten spostrzegł, wydał przeraźny¹²⁹
okrzyk trwogi, dał ogromnego susa w bok, rzucił się w gęstwę ostrężyn¹³⁰,
przedarł przez nią i skoczył z wysokiego urwiska w sino-czarne fale rzeki. Za chwilę
zajaśniały jego ramiona na ciemnym tle. Pruł fale nerwowymi ruchami, płynął szybko,
jakby mu szło o uratowanie życia. Po krótkim czasie znikł w oddali, stopił się w jedno
z granatowym zarysem przeciwległego brzegu.
Człowiek z toporem stał przez chwilę zdumiony i poglądał¹³¹ za uciekającym. Nie
mógł zrozumieć, czemu tak barǳo przeraził się na jego widok.
Jednocześnie wysłał na zwiady słuch w głąb lasu. Mniemał, że nadbiegnie stamtąd
więcej luǳi. Ale nie dochoǳiły odgłosy kroków.
Posłyszał natomiast co innego. Znajdywały się poblisko jakieś istoty i rozmawiały.
Ciche słowa zdawały się wychoǳić tuż, spoza najbliższego krzaka.
Człowiek z toporem pochylił się ku ziemi, podpełznął bez szelestu nieco bliżej i położył
się w trawie.
Dwie jakieś istoty, nie wieǳiał, zali¹³² byli to luǳie, zajęte były żywą rozmową.
Nastawił uszu.
— Mówię tedy, że mało któremu uda się umknąć?
— Naturalnie. Nie ma potrzeby ścigać go… sam wróci… po latach może, ale wróci
niezawodnie. Przymus zbyteczny… dlatego też roześmiałem się na widok, jak zmykał.
Myślał, że go ktoś goni…
— Powieǳ no mi raz wyraźnie, co to jest takiego to ich „szczęście”.

— Dokładnie oczywiście określić ci tego nie potrafię, ale musi w tym coś być, bo
inaczej czyżby go luǳie szukali z takim wysiłkiem, czyżby ginęli w poszukiwaniach daremnych.
— A gǳież ono jest? Powieǳ. Czy miejsce jego pobytu zna stary kapłan… czy może
tylko kpi sobie z luǳi?
— Nie wiem, ale nie musi wieǳieć, bo w takim razie przejrzałby nasz podstęp i zauważył,
że nastawiamy drogowskaz w fałszywym kierunku.
— Któż to wie? Może i wieǳiał za młodu, ale zapomniał w starości. To zgrzybiały
człowiek, nie wie sam, ile ma lat.
— Bo ja wiem? Wszakże nie jestem człowiekiem. Nie zadawaj mi ciągle tych głupich
pytań. Co wiem, to ci powiem.
— Oto luǳie widocznie żyć bez rzeczy owej nie mogą, musi to więc być coś ważnego.
Każdy szuka gǳie może i pęǳi w pogoni za szczęściem swoją własną ścieżką. Ale wszyscy
schoǳą się ostatecznie tutaj, jako pielgrzymi długimi procesjami. Czy to się ǳieje
z prostego przypadku, czy jest w tym coś innego, nie wiem i nie mogę wieǳieć. Jestem
z natury dosyć ciekawy, przeto usiłowałem nieraz…
— Co?… Powieǳ…
— Badałem, szukałem, przetrząsłem cały nasz kraj. Ale nie znalazłem niczego więcej
prócz drzew, łąk, zwierząt, roślin, rzeki i tym podobnych rzeczy. Oczywiście nie pominąłem
także owego straszliwego, iście szatańskiego ostrowu¹³³ leżącego w stronie, gǳie
wskazuje drogowskaz.
— Ba… jakże mogłeś znaleźć, skoro nie wiesz, jak to wygląda. Musi tu jednak być
gǳieś ukryte… nie dam sobie tego wytłumaczyć…
— Oj głuptasie, głuptasie! Czyż nie wiesz, że przed moim okiem nic się nie ukryje?
Jakżebym ja, który musi wieǳieć wszystko, co się tutaj ǳieje, mógł nie odnaleźć tej
rzeczy, do której złażą się luǳiska. Sprawa jednak ma się inaczej. Jest tutaj jakaś omył-
ka. Nie iǳie o miejsce, ale o zrozumienie samej istoty szczęścia. Podobnie rzecz się ma
z niebem i z piekłem. Jakże długo luǳie szukali po ziemi bramy do piekieł wiodącej, a po
niebie ǳiury, przez którą przeciska się promień światłości wiekuistej. Luǳie wszystko
zamieniają i mieszają jedno z drugim. Tedy owo szczęście, o ile przypuszczam, musi być
jako niebo i piekło… jest wszęǳie i nie ma go nigǳie. Nie jest to więc właściwie rzecz,
ale coś podobnego do: „Niego”.
— Niepodobna….
— Zrozum tylko… jest wszędy i nie ma go nigǳie… zupełnie jak On… nieśmiertelne.
— Cicho bądź… wszakże słyszy nas!
— No tak… słusznie. Zresztą cóż mnie to wszystko właściwie obchoǳi! Czyż jestem
człowiekiem? Basta!
— Czekajże… możemy przecież gadać o luǳiach…. to wolno!
— Wolno, ale to nudne.
— Jestem innego zdania… mnie to ciekawi…
— Nic ǳiwnego, jesteś żółtoǳiób… nie miałeś jeszcze służby na strasznym ostrowie.
— Tam, dokąd wskazuje drogowskaz?
— Tak. Ale nie wolno rozmawiać o tym. Rozumiesz?
— No dobrze… ale na cóż właściwie sieǳi pod drogowskazem ten starzec? Powieǳ
mi! Czy on zawsze sieǳiał na tym miejscu, czy był przed nim inny kapłan?
— Mój praǳiad mawiał… ale bęǳie temu z górą sto lat i drogowskaz już wówczas
był nastawiony na straszny ostrów… otóż mój praǳiad mawiał, że czasu jego młodości
inny kapłan sieǳiał pod drogowskazem.
— I cóż się z nim stało?
— Co?… Osioł z ciebie. Oczywiście umarł, jak każdy człowiek. Pełno wśród lasu
wzgórków podobnych do mogił. Są to zapewne groby dawnych kapłanów szczęścia.
— A co głosili tamci? Czy to co ten, czy może coś odmiennego?
— Phi… możliwe, że głosili to samo, ale może też co innego…
¹³³ostrµw — wyspa na rzece.
இஓஂஏ஄ஊஔ஛ஆ஌ எஊஓஂஏஅஐ஍ஂ Tropy 
— To jest ważna kwestia. Gdybym wieǳiał dokładnie wszystko, co mówili wszyscy
kapłani szczęścia, mógłbym sobie wyrobić pogląd, co to takiego jest. Chciałbym wieǳieć,
czy zawsze jest ono takie samo, jak np. słońce, czy też ulega zmianom, jak księżyc.
— Spytaj więc człowieka. Ale nie wiem, w jaki sposób bęǳie cię mógł zobaczyć…
— To prawda. Luǳie są całkiem inni jak¹³⁴ my. Muszą też mieć inne oczy i wiǳą
zgoła inaczej.
— Nie zbyt dobre te oczy luǳkie, mówiąc mięǳy nami… Zawsze im ktoś musi
pokazywać najprostszą rzecz, inaczej nie wiǳą nic… Ale mniejsza z tym… Otóż w jednym
goǳili się obaj kapłani ze sobą… mówił mój praǳiad.
— Cóż to takiego! Mów! Czemuż przemilczałeś tę rzecz ważną?
— Obaj, dawny i teraźniejszy uważali się za posłańców Boga i prawǳiwych, nieomylnych
wyznawców prawdy.
— I głosili jednocześnie sprzeczne rzeczy?
— Nie wiem czy sprzeczne. Nie chcę ich oczerniać.
— Może mieli w młodości swej inne poglądy, a znów inne, gdy się postarzeli?
— Nie wiem. Tamten zmarł, zanim przyszedłem na świat… Ale cóż ci tak barǳo na
tym wszystkim zależy?
— Jestem młody… a młody diabeł nie bywa tak zły, jak wygląda z gęby… Tak mówi
przysłowie.
— No i bierze wały…
— Niestety…
— Cicho no! Zdaje mi się, że ktoś nas podsłuchuje.
Człowiek z toporem poruszył się mimo woli. Zatrzeszczała gałązka. Przywarł do ziemi,
zapierając oddech. Nastawił uszu. Ale daremnie. Rozmowa się urwała, nic nie przerywało
ciszy. Las zamarł w bezruchu. Nie pochwycił ani słowa więcej. ǲiwne istoty uciekły.
Czekał jeszcze czas jakiś. Ale las milczał, jak gdyby zapadł na nowo w głęboki sen,
po krótkiej chwili półjawy. Człowiek z toporem wstał i kroczył przed się, nie oddalając
się jednak od brzegu rzeki. Tajemnicze rzeczy i podsłuchana rozmowa wprowaǳiły go
w ǳiwny stan podniecenia. Zasadniczo nie wierzył, by to wszystko było naprawdę rzeczywistością.
Nic. Drogowskaz?… Niepodobieństwo! Musiała to być jeno jakaś metafora.
Coś podobnego nie może mieć przecież realnego bytu. Rzecz jasna… zdrzemnął się…
wbrew silnemu postanowieniu musiał się zdrzemnąć. Tylko ten człowiek… ten uciekają-
cy, nagi człowiek! Był to człowiek fizyczny, realny. Dudniała ziemia pod jego krokami,
dyszał ciężko, dał olbrzymiego susa w bok, a potem skoczył w fale. Wiǳiał przecież na
własne oczy… A może i to było snem?
Nie był w stanie wyrobić sobie jasnego pojęcia, gǳie kończy się tutaj sen, a zaczyna
jawa. Jedno z drugim stopiło się tak barǳo, że musiał, w celu wydobycia się z mgieł
marzenia, zwrócić swe myśli ku świątyni.
Tak, świątynia, przyszła świątynia. Oto jedyna realna rzecz w tym wszystkim.
Ale nagle i to mu się przysłoniło mgłą. Czyż i jej byt to marzenie, które przeżywał?
I zǳiwił się w głębi duszy, że nawet ta rzeczywistość niezaprzeczalna, jedyne dobro jego
serca, ten najistotniejszy cel życia stał się jak sen czasu tej ǳiwnej, niepojętej nocy.
Śnimy prawdę, jak się przeżywa sen. Radość i ból to tylko zwrotki jednej kołysanki, Prawda, Obraz świata, Życie
którą nuci los-piastunka, kolebiąc nas w kołysce życia. snem
Zapuścił się w las i zauważył, że zmienił się znacznie. Cienie były teraz mniej jaskrawe,
jaśniejsze, barǳiej przejrzyste, partie jaśni stały się matowe i bledsze. Na wszystkim po-
łożyła się srebrzysto-szafirowa mgła, a szafirowy jej ton stawał się z każdą chwilą głębszy
i ciemniejszy. Las nie był już ponury, śnił słodko jak dusza mająca za chwilę zbuǳić się
z rozmarzenia. Pośród drzew zaczęło przebłyskiwać coś białego, a plama ta stawała się
z każdą chwilą bielszą i większą. Unosiła się ponad wysoką trawą, wisiała chmurą…
Rozpoznał mgłę poranną.
Rozróżniał teraz olbrzymie pnie drzew i niskie, strzępiaste krzaki. Dostrzegł kręte
ścieżki snujące się poprzez gęstwinę.
Ogarnęła go nagle ǳiwnie słodka radość. Miał ochotę ćwierkać jak ptaki, które jeszcze
zaspane, w czubach drzew próbowały nieśmiało głosu.

Stal jego toporu¹³⁵ rozbłysła niebieską łuną.
Spostrzegł to, oprzytomniał i uśmiech wybiegł na jego usta.
Tak, tak… pomyślał. Wszystko tamto, to sen. Jedyna prawda, to moje narzęǳie, mój
topór święty.
Wywinął młyńca w powietrzu i nagle przyszła mu wielka chęć rąbać coś twardego,
coś opornego… Poczuł siłę, młodość… Ale łoskot zmąciłby cudną ciszę poranku. Zresztą
poświęcona stal nie mogła dotknąć niczego innego, prócz cudownych tramów świątyni.
Zbliżał się z wolna do polany leśnej zalanej gęstą mgłą. Drzewa się tutaj rozstąpiły
w krąg, mógł spojrzeć w niebo.
Sklepienie niebios nad jego głową było teraz cudne, błyszczące. Lśniło turkusowo,
a ton ten bladł z każdą chwilą, mieniąc się w srebro przeszywane złotymi nićmi. Blada
tarcz¹³⁶ księżyca zapadła kędyś poza drzewa, śląc wokół siebie jeno rǳawy poblask,
kontrastujący z tonem nieba, co podnosiło jeszcze jego jaśnienie.
Świtało.
Człowiek z toporem kroczył przed siebie z oczyma utkwionymi w górze.
Nagle potknął się o coś twardego.
Stanął i ujrzał wielki kamień leżący w trawie.
Spojrzał wokół i mało nie krzyknął ze zdumienia.
Ujrzał tuż przed sobą niewielki pagórek utworzony z dużych kamieni. Leżały spię-
trzone jedne na drugich niby mur, ale narzucone niedbale tworzyły coś, co dawało wrażenie
jakiegoś kopca czy ołtarza. Pośrodku sterczał wysoki, z gruba ociosany pal sczerniały
od dżdżów i pokryty naroślą mchów.
Na poprzek słupa była przybita wąska deska przypominająca w ogólnych zarysach
wyciągnięte, wskazujące dokądś ramię.
— Drogowskaz! — wykrzyknął mimo woli Człowiek z toporem.
Zjawił się sen, nasunął się na jawę jak mgła i prześwietlił ją na wskroś, tak iż stał się
prawdą, oczywistą prawdą.
Patrzył oniemiały.
Oparty plecami o kamienie sieǳiał pod drogowskazem zgrzybiały starzec o długiej,
falistej, białej broǳie i spał z głową spartą na dłoniach. Srebrzyste włosy otaczały czcigodne
jego oblicze i spadały w pierścieniach na błękitną szatę spływającą bujnymi fałdami na
kamienie ołtarza.
Gdy tak patrzył zdumiony na niezwykły obraz, wydało mu się, że słyszy gǳieś w dali
chóralny śpiew, pieśń nuconą przez tysiące luǳi, zagubioną w przestrzeni, dolatującą jak
nikłe echo. Płynęło to echo z wolna, podobne do fali, w obranym, niezmiennym kierunku,
a jednocześnie ustępował z polany biały opar mgły, cofając się coraz to barǳiej w głąb
lasu.
A więc to prawda, pomyślał Człowiek z toporem, więc to prawda.
Doznał uczucia, że nieprawdopodobieństwo otoczyło go niby sieć i nie tylko jego.
Majak ogarnął luǳi i świat i zastąpił prawdę. Nie było możliwości wydobycia się na twardy
grunt trzeźwej jawy.
Jednocześnie zbuǳiła się potrzeba czynu. Sen czy jawa, wszystko jedno. Wołał go Czyn
czyn. Objął rolę narzuconą.
Przystąpił do śpiącego i potrząsł nim tak, że głowa starca straciwszy równowagę spadła
na piersi, a ramiona zesunęły się na kolana.
Starzec spał dalej skurczony, wrosły jakby grzbietem w kamienie.
Krzyknął nań raz i drugi, ale to pozostało bez skutku.
Zbuǳiły się tylko ptaki w gałęziach drzew i zawiodły tak głośny świegot, że śpiący
powinien by się był ocknąć z samego już tego hałasu.
Stary kapłan nie żyje, pomyślał Człowiek z toporem i doznał wielkiego ukojenia.
Umarł, a przeto nie pośle na zatracenie tych oto nad ciągających w procesji pielgrzymów.
ǲięki Bogu!
Osunął się na pobliski kamień i usiadł z toporem mięǳy kolanami.

Sieǳiał spokojnie czas jakiś, rozglądając się wokół. I spostrzegł przede wszystkim,
że ołtarz z drogowskazem stał dokładnie pośrodku okrągłej polany. Od niego biegły na
wszystkie strony ścieżki, niby promienie koła, i gubiły się w gęstwinie lasu. Niezdarne
drewniane ramię wskazywało gestem zdecydowanym w jednym kierunku, ślad drugiego
ramienia ledwo był widny. Odpadło widać z biegiem czasu zbutwiałe, zjeǳone przez
mchy.
ǲień się czynił coraz to wyraźniejszy, buǳiły się barwy, zajmując przynależne sobie
miejsca na każdej rzeczy z osobna. Walczyły ze sobą, wypierały się wzajem. Ptaki wrzeszczały
z całej mocy, jakby chciały zgłuszyć pieśń chóralną, która rosła, potężniała z każdą
chwilą.
Nagle spostrzegł Człowiek z toporem, że kapłan porusza się.
Patrzył przerażony, co czyni, gotów wkroczyć, gdyby miało się stać co złego.
Kapłan powstał, wyprostował się i podniósł ramiona ku słońcu.
Wydawało się, że ma skrzydła i chce lecieć na powitanie władcy nieba. Wyglądał jak
duch, ciało jego prześwietliły promienie, szata stała się mgłą szafirową, stopy ledwo tykały
ziemi.
Człowiek z toporem zerwał się na równe nogi, nie wieǳąc, co czynić.
Starzec śpiewał hymn, w tej samej poruszającej się kadencji, co pieśń pielgrzymów.
Nie można było pochwycić uchem słów… czyż były to zresztą słowa? Starzec znajdywał
się teraz w nastroju ducha, gǳie nikną słowa nawet najwyższe, najgórniejsze, nie mogąc
niczego wyrazić. Witał słońce radością serca i dźwiękami zbratanymi najbliżej jeszcze ze
świegotem ptaków leśnych.
Nie był już materialną istotą, rysował się zaledwo na tle polany, a wokół jego głowy
rozpromienił się nimb świetlisty zharmonizowany przecudnie z blaskami promieni
sypiącymi się od wschodniej strony.
Człowiek z toporem padł na kolana ogarniony wzruszeniem i czcią niewysłowioną.
W tej chwili ukazały się na skraju polany pierwsze szeregi pielgrzymów.
Pochód zatrzymał się, luǳie rozstąpili się w wielki krąg i poklękli¹³⁷, czekając, aż
kapłan skończy modlitwę poranną.
Nie trwało długo. Nimb dokoła głowy starca począł gasnąć, ciało jego zarysowało
się znów ostrą sylwetą, szata zszarzała i niebawem stał na polanie prosty, skromny stary
człowiek, a słowa, które głosił brzmiały również prosto i niewyszukanie.
— Moi mili — rozpoczął — dobrze się stało, żeście tutaj oto przyszli. Jest to barǳo
pocieszające i dobre dla was wszystkich. Wiem, że przemierzyliście stopami świat cały, że
błąǳiliście długo po drogach fałszywych, a poznawszy, iż są takimi, z mozołem szukaliście
drogi dobrej. Niemało was to kosztowało cierpień i zaparcia. Wiǳę każdą kroplę krwi,
każdą ranę stóp waszych. Policzyłem je i rachunek długi przedłożyłem Bogu do zapłaty.
Teraz oto głoszę wam dobrą nowinę: koniec cierpień nastąpi, uzyskacie wszyscy pokój
i szczęście.
Skąd pochoǳi, że mnie to właśnie wybrał Bóg za swego posłańca, nie waszą rzeczą
badać. Tak się stało. Przyjmĳcie tylko szczere zapewnienie, że pycha nie mówi przez moje
usta.
Pielgrzymi pochylili się w niskim pokłonie, twarze ich leżały w trawie.
— Nie należy mi się cześć żadna, o bracia moi! — powieǳiał starzec — Jestem
tylko głosicielem słów cuǳych, słów świętego wybrańca bożego. Jemu się cześć, nie mnie
należy. Podnieście się i słuchajcie pilnie.
Tysiąc spojrzeń zawisło na jego ustach, jak gdyby pielgrzymi chcieli wiǳieć złote
słowa, które z nich ulecą.
— Przed wielu latami — zaczął kapłan — przed barǳo wielu latami, a wiecie droǳy
bracia, że lat życia świętego liczyć nie należy, jeno mierzyć tym, co zawarły, gdyż czasem
są jak wieki, a czasem znów przemĳają niepostrzeżone, otóż w czasie odległym od chwili
obecnej żył na świecie mąż świątobliwy, którego Bóg umiłował. Chcecie wieǳieć, jak się
nazywał? Trudna odpowiedź. Weźcie słońce, księżyc, gwiazdy, zwierzęta ziemi, stwory
powietrza i morza, wielkie i małe, dalej weźcie człowieka wraz ze wszystkimi jego rado-
ściami i troskami, z wszystkim pięknym i szlachetnym, które się przezeń objawić może,

zgromadźcie wszystkie wielkie myśli, jakie się naroǳiły od zarania czasów w duszach,
wszystkie natchnienia poetów, artystów i filozofów, wszystkie modlitwy serc gorących
i bogobojnych i utwórzcie z tego wszystkiego słowo, które by streszczało w sobie rzeczy
i sprawy, które wyliczyłem… a bęǳiecie mieć imię świętego męża.
Posiadał szlachetne, miłujące cały świat serce. Człowiek taki jawi się na ziemi raz
tylko w tysiącu lat, albo i rzaǳiej może jeszcze. Odczuwał każdy ból świata i brał uǳiał
w każdej radości jego. Nie było dlań stworzenia zbyt małego i zbyt niegodnego, nie było
zbyt wielkiego i nieprzystępnego, nie było zbyt głupiego i dość wstrętnego. Wszystko co
żyje otaczał miłością jednaką i pieczą miłosną. Istoty, które się naszym grubym zmysłom
przedstawiają jako pozbawione życia, znał i odczuwał w ich najistotniejszej treści i zawarł
również w swoim sercu. A ta ogromna, nadluǳka zdolność miłowania całego świata
uczyniła, że dane mu było wszystko martwe i żywe radować, wspomagać i podnosić.
Żył długo kochany i czczony, chociaż odsuwał od siebie oznaki czci i polecał, by luǳie
brali tylko to, co dawał, zaś jego samego nie chowali nawet w pamięci. Chciano go zasypać
bogactwami, uczynić władcą państw i ludów. Wówczas płakał gorzko i żalił się, iż luǳie
go nie rozumieją.
Jedyne, co mi dać możecie, mawiał, jest, abyście żyli, jako ja żyję. Idźcie w moje ślady,
a szczęście stanie się waszym uǳiałem. Taka bęǳie wasza i moja nagroda. Stałem się Szczęście
szczęśliwy miłością i współczuciem… naśladujcie mnie!
Prawił to wszystkim ciągle i uczył przykładem własnym. Ale luǳie nie umieli go
naśladować. Człowiekowi łatwiej uczynić wszystko, jak żyć wbrew sobie. I dlatego trudnym
było barǳo świętemu mężowi sprowaǳić szczęście na ziemię. Tu i ówǳie przyjął się
pięknie złoty posiew, ale marniał po największej części i stało się widoczne, że nie sposób
świata do szczęścia zbliżyć. Świat nie umiał być szczęśliwy, mimo że wołał o szczęście
ogromnym głosem. Luǳie nie mogli pojąć, że szczęście nie przychoǳi z zewnątrz, jak
świetny, wspaniały meteor, albo cudna kometa z zaświatów, ale że wyrasta w głębi duszy
ze ziarna miłości i pleni się w ciszy, a kwiaty i owoce wysyła dopiero w świat, gdy czas
właściwy nadejǳie.
Świątobliwy mąż rzucał ciągle posiew szczęścia w ziemię, ledwo się jednak oddalił,
marniało ziarno i usychało niepolewane i pozbawione pieczy.
Tak być dłużej nie może, rzekł sam do siebie. Starzeję się, a gdy umrę, zapadnie cały
świat w niedolę i cierpienie. Po chwili rozmysłu udał się w daleką podróż. Zwieǳił świat
cały, chcąc znaleźć dla luǳi wszystkich ras i krajów wspólną formułę szczęścia, wspólny
symbol, który by zawierał to, co łączy w pracy nad przemianą człowieka w istotę wyższą,
światlejszą. Taki symbol, jak mniemał, byłby dla luǳkości znakiem odnowy, ostoją wśród
rozchwiei przypadkowości, domem, pod dach którego chroniłby się nieszczęsny twór
żywy. Gdy wrócił, oczy jego czerwone były od płaczu. Poznał, że luǳiom prócz siebie nic
więcej dać nie może… siebie i przykład swój. Tylko taki przykład, stawiony pokoleniom
przez wieki i wieki zbliżyć mógłby królestwo szczęścia na ziemi.
A właśnie około tego czasu otrzymał z nieba znak, że wnet mu umierać przyjǳie.
Zasmucił się barǳo i poprosił o zwłokę.
— Zgoda! — powieǳiał Stwórca — Albo nie, zrobimy inaczej. Umrzesz, a mimo
to pozostaniesz na ziemi. To bęǳie praktyczniej. Nie mogę przez ciebie opóźniać biegu
świata. Oto tak bęǳie. Przez całe życie wskazywałeś luǳiom drogę szczęścia. Uczynię, że
bęǳiesz ją wskazywał także i po śmierci. Ci, którzy zrozumieją, zaznają szczęścia.
— A ci, którzy nie zrozumieją? — spytał święty mąż.
— Ci, którzy nie zrozumieją będą cierpieć dalej, ale uczynię, że będą musieli po
wychyleniu czary bólu wracać do ciebie i będą musieli powtarzać to tak długo, aż wreszcie
zrozumieją.
— Któż ich pouczy, że tak mają czynić? — pytał dalej święty.
— Polecę bogobojnemu mężowi, by się zjawił u ciebie dla nauki. Uǳielisz mu swych
wskazówek i on zastąpi twe miejsce na ziemi. Bęǳie żył lat sto…
— A gdy minie sto lat… — przerwał święty.
— Za dużo żądasz! — zawołał Stwórca — Ale ponieważ poznałeś istotę szczęścia
i ponieważ cię miłuję, przeto przychylam się do twej prośby. Po śmierci męża pierwszego,
ześlę drugiego na ziemię.

— A gdy drugi umrze? — pytał święty dalej.
— Tego za wiele! — wykrzyknął Stwórca. Po chwili jednak dodał — No, niechże
bęǳie! Nuǳisz mnie, ale zróbmy układ. Możesz liczyć na to, że będę zsyłał na ziemię co
sto lat posłańców moich, nauczycieli szczęścia, którzy póty głosić będą twoje nauki, aż
przenikną do serc luǳkich i zakorzenią się w nich. Myślę żeś nareszcie zadowolony? Co?
— ǲiękuję Ci Przedwieczny! — powieǳiał święty mąż — Jestem mniej więcej
uspokojony. Nie wiem tylko, czy luǳie będą tych nauczycieli szczęścia należycie rozumieli.
— Na to już ja nic nie poraǳę! — odparł Stwórca świata — Wszakże oni nie rozumieli
twoich własnych nauk!
Rozpłakał się święty mąż, pokłonił się panu Bogu i powędrował przez świat, aż zaszedł
do tego oto kraju. Czuł, że się zbliża jego goǳina, usiadł tedy tutaj oto na tej polanie
i rozpoczął objawiać następcy swemu, którego mu Bóg przysłał, jaką jest nauka szczęścia,
którą ma głosić luǳiom, a barǳiej jeszcze, jakimi sposobami może trafić do serc luǳkich.
Uczeń słuchał pilnie i powtarzał wiernie słowa świętego męża, a gdy już wszystko
umiał dokładnie na pamięć, przyszła na starca wielka niemoc.
Kiedy uczuł, że umiera, powstał i podpierany przez ucznia trwał na modlitwie. Chciał,
by go anioł boski zastał gotowym do drogi, nie zaś gnuśnie leżącym na ziemi. Stał długo
zamodlony, nic nie jeǳąc, ani nie pĳąc. I z każdą chwilą coraz to barǳiej więzy ziemskie
opadały z niego, czuł w sobie niezmierne wnętrzne przeistoczenie. Zatraciła się gǳieś
niemoc ciała, przestało mu ciężyć i ciągnąć ku ziemi. Im dłużej stał, tym barǳiej czuł
się lekkim, miał wrażenie, że unosi się w powietrze. Dosłownie opuszczał ziemię. Ale
i w tej chwili nie zapomniał o luǳiach i modlił się, by im uprosić łaskę zrozumienia
nauki i przykładu następcy, jakiego im przygotował.
Pewnego dnia rozkazał temuż następcy, by położył u stóp jego kamień!
— I po cóż to? — spytał tenże.
— Nie pytaj, ale uczyń, co mówię! — rozkazał i dodał — Rozkazuję ci i zalecam.
Gdy bęǳiesz umierał, niech uczeń twój i następca położy obok tego pierwszego, drugi
kamień… rozumiesz?
— Rozumiem!
— Ale tylko jeden, nie więcej!
— Rozumiem, ale jakiż cel tego?
— Nie pytaj! — odpowieǳiał święty i zatopił się znowu w modlitwie.
Pewnego ranka, kiedy uczeń spał jeszcze, zmarł święty mąż. Ale nie upadł na ziemię.
Za łaską boską stało się, że trwał dalej, stojąc…
— Oto wszystko moi mili, co wam mogę powieǳieć — kończył starzec — Od czasu
onego przeminęły tysiączne lata. Nie wiem sam naturalnie, gǳie kończy się legenda, a zaczyna
prawda oczywista. Jest to niepodobieństwem. Objawiłem wam naukę i spełniłem
swoją powinność. Szczęśliwi, którzy zrozumieli.
Podczas gdy mówił, zbliżali się doń pielgrzymi coraz to barǳiej. Uczynił się ścisk.
Wszyscy przelewali łzy radości, niektórzy całowali rąbek jego szaty, inni kamienie ołtarza
i czarne drzewo słupa.
Człowiek z toporem był także wzruszony. Nie mógł się temu oprzeć. Po chwili jednak
zbliżył się do starca i powieǳiał stłumionym głosem:
— Czcigodny ojcze! Muszę ci coś ważnego objawić. Posłyszałem barǳo złowrogie
i groźne rzeczy, podczas gdy spałeś.
— Któż ty jesteś mój synu? — spytał starzec. — Nie zaliczasz się, wiǳę, do rzeszy
pielgrzymów.
— Jestem Człowiek z toporem, któremu poruczono czynność bogobojną i świętą.
— Wykonaj ją tedy mój bracie… wykonaj wedle najlepszych sił twoich…
— Posłyszałem rozmowę… — ciągnął dalej przybysz — Złe duchy naigrawają się Religia
okrutnie z tych luǳi. Istnieje tu w pobliżu gǳieś miejsce nieluǳkiej kaźni, gǳie biorą
tych nieszczęsnych na męki. Wiǳiałem jednego, któremu się udało uciec. Biegł od tej
właśnie strony, ku której zwrócone jest ramię drogowskazu.
— Drogi synu… — odparł łagodnie starzec — Mylisz się, to wcale nie jest drogowskaz.
Legenda powiada, że są to szczątki doczesne ciała świętego męża, o którym
opowiadałem, jego ciało z ramionami wzniesionymi w niebo. Ale w rzeczy samej są to

jeno resztki drzewa zbutwiałego. Świętość każdej relikwii tkwi jeno w sercu wiernego.
Jest to ciało symbolu… strzeż się brać je za formę rzeczywistości… strzeż się, powiadam
ci, źle rozumieć…
— Wszystko jedno… czcigodny ojcze… nie dozwól, by luǳie ci udali się w tym
kierunku… tam czeka ich śmierć!
— Luǳie uczynią, jak mówi nauka, nauka, którą słyszałeś, jak inni. Czyż zrozumiałeś
moje słowa? ǲiwny z ciebie człowiek! Czyż nie ubiegasz się o szczęście, jak ci wszyscy?
— Spełnienie obowiązku… oto moje szczęście! — wykrzyknął dumnie.
— To samo czuję i ja! — zgoǳił się starzec.
— Źle spełniasz swój obowiązek, ojcze czcigodny! — powieǳiał twardo Człowiek
z toporem.
— Źle! — zǳiwił się.
— Powinien byś ochronić tych luǳi od mąk, które płyną ze złego zrozumienia symbolu!
Obowiązkiem twym jest powieǳieć im, że treść nie kryje się z formą, że nauki nie
trzeba brać formalnie, ale wniknąć w jej treść prawǳiwą… powinieneś… powinieneś…
bo ja wiem, powinieneś ich ocalić…
— Nie rozumiem cię drogi synu! — rzekł starzec — Wszakże wszystko to powie-
ǳiałem luǳiom i powtarzam ciągle…
— Drogowskaz, czy rzecz, którą za niego biorą, to jakaś poczwarna ironiczna pomyłka,
ohydna maska szlachetnej nauki, grymas wstrętny…
— Wiǳę, że nie zrozumiałeś nauki! I ty jej nie zrozumiałeś. Powtarzam: szczęśliwi,
którzy zrozumieli. A inni… inni pójdą i wrócą… będą wracać, aż zrozumieją. Tak
powieǳiał Stwórca świata.
— Ale te męki…
— Są one częścią nieodłączną nauki. Zło jest jednocześnie głupie. Mniema, że zdolne
uczynić coś przeciw dobru… Nie! To nieprawda, ono jest bezsilne… bezsilne, choć prędkie
porywcze i łuǳące pozorami. Ale dosyć tego…
Odwrócił się od niego.
— Słowo… jedno słowo tylko! — zawołał Człowiek z toporem.
— Mów… ale prędko!
— Kiedyż luǳie zrozumieją nareszcie?
Starzec zwrócił się doń i objął go miłosnym spojrzeniem.
— Synu… synu drogi! — zawołał — Mówisz, jak ongiś mówił święty mąż.
— Odpowieǳ! — zawołał.
— Onego dnia, gdy zgromaǳone pod drogowskazem kamienie zakryją go — odparł
uroczyście.
Zwrócił się ku pielgrzymom.
Tymczasem utworzyła się znowu procesja i zabrzmiał śpiew chóralny. Luǳie, płacząc
ze wzruszenia, z oczyma zawieszonymi na sklepieniu niebios poruszali się uroczystym
pochodem w kierunku wyciągniętej ręki drogowskazu.
— Stójcie! Ani kroku dalej! — krzyknął z całej mocy Człowiek z toporem.
Pochód sunął dalej, ani jedno spojrzenie nie skierowało się na wołającego, nikt nie
zwrócił nań uwagi.
— Każ im stanąć! — prosił starca.
Ale starzec nie słyszał jego słów. Stał wyprostowany na kamieniach ołtarza. Oba ramiona
uniósł w górę i błogosławił idących.
— Na miłość boską, stójcie! — zagrzmiał ponownie i podniósł w górę topór.
Procesja płynęła dalej. Jawili się luǳie coraz to nowi, sunęły postacie mnogie, korowód
nie miał końca. Śpiewali radośnie a poważnie, bez słów. Było to jakby harmonĳny oddech
duszy zbiorowej, pieśń tęsknoty. Nie było w tym słów, bo słowa nie mogły wystarczać
w tej chwili.
Starzec wydawał się słupem kamiennym, zastygł w bezruchu błogosławieństwa.
— Święta stali! — zawołał Człowiek z toporem. — Przeznaczone ci było ciosać czcigodne
tramy na świątynię Bogu. Podnoszę cię oto w wielkiej sprawie. Niszcz majak kłamu,
który zakrywa Boga, ciosaj święte tramy światłości, buduj świątynię Temu, którego
imię prawda!

Jednym rzutem ciała wskoczył na ołtarz kamienny, podniósł topór, zamigotał iskrami
w powietrzu i ciął strasznie w wyciągnięte ramię drogowskazu.
Stoczyło się po kamieniach z głuchym stukotem.
Pochód stanął jak wryty. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na świętokradcę. Dopiero
teraz dostrzeżono go i tłum spoglądał zdumiony, osłupiały. Pieśń zgasła jak płomień
zdmuchnięty. Martwa cisza ogarnęła polanę i las cały.
Jak strzał armatni padł w tę ciszę ryk tłumu. Skowyt roztętnił wszystko wokół.
Korowód rozprysnął się na części, pielgrzymi otoczyli śmiałka szerokim kręgiem.
Stał spokojnie sparty na rękojeści topora, a spojrzenie jego skierowane było ku rzece,
spozierał ku niej, ponad głowy tłumu.
Z warkotem śmignął przez powietrze kamień i uderzył go w ramię.
Zwisło zaraz bezsilnie.
Stał dalej, ściskając topór drugą ręką i nie odwracał oczu od rzeki, której migotliwe
fale przebłyskiwały poprzez drzewa.
Posypały się nań kamienie gradem.
Były to kamienie ołtarza.
Upadł, a ciało Jego pokrywały z wolna głazy ciężkie, szare, ostre.
Jasna, połyskliwa, młoǳieńcza jego krew migotała wesoło w słońcu. Krew
Uczynił się nad nim wzgórek. Tłum szalał i miotał pociski.
Nagle wszystko umilkło.
Albowiem stała się rzecz ǳiwna.
Z oddali nadpłynęły dźwięki fanfary, radosne, skoczne tony pieśni, jakiej nie słyszano
tutaj jeszcze. Nowe były, nieznane, porankowi, który schoǳi na świat, podobne, a stare,
prastare jak słońce, które roǳi poranek.
Na falach rzeki kołysały się święte tramy dębowe. Płynęły z wiatrem, który dął w biały
żagiel barki.
W szatach rozwianych, z wieńcem mirtowym na skroni stała Tęsknota u steru.
Lux perpetua¹³⁸
Szliśmy ku niemu poprzez noc. Szliśmy ku świecącemu przed oczyma… gǳie… nie wiadomo.
Szliśmy, a wieki mĳały, szliśmy, nie wieǳąc nic prócz tego, że iǳiemy, że trzeba
nam iść.
— Czemu?
— To pytanie gǳieś się zapoǳiało wśród pokoleń, zaginęło w ciemności, odeszło
precz.
Szliśmy… iǳiemy.
Szliśmy po czerni niezmiernej, wielką falangą. Ciasno było, czułeś oddechy gorące,
znojne czoła okrywał pot… wokoło ciała, luǳkie ciała stłoczone w jeden kłąb, ogarnione
jednym pędem ku czemuś, co przed nim. Zresztą¹³⁹ nic.
Tylko ono, to światło w dali tak zimne, obojętne, jak dalekiej gwiazdy ogromnej
łyskanie, które nie daje ani jednego promienia idącym, nie oświeca nic… Tylko ono
wiecznie oddalone tak, że mówią — ucieka przed pielgrzymami.
A pono¹⁴⁰ pod nogami przepaści.
Nie wiadomo dobrze gǳie są, tylko czasem krzyk strachu się rozlegnie i wydaje się,
jakoby ktoś przepadł.
Przestronniej robi się chwilami.
— Kiedyś dopiero cała gromada przepadła! Słyszę głos jakiś tępy, zaaferowany, a twardy.
— Eee nie! — odpowiadam — Nie! Pewnie jeno poszli na bliższe ścieżki…

— Taaak? — ǳiwi się ktoś koło mnie. Słyszę szmer zmieszanych głosów, żywą rozmowę.
— Nowe ścieżki… bliższe ścieżki…
Śmiechy wybuchają, szepty szemrzą.
Powstały „nowe, bliższe ścieżki”. Naroǳiła się nowa prawda. Czuję, że jestem obecny
na chrzcinach nowej prawdy. Wiem, do jakiej wejǳie klasy prawd, ǳiału, wiǳę jakieś
widowisko, jakby w teatrze, słyszę jakąś muzykę, głos mówcy. A wszystko to jak we śnie,
niejasno, ale pewnie znaczy: „Bliższe ścieżki”. Naroǳił się symbol naǳiei.
Kto to uczynił we mnie, myślę.
I jak we śnie wiem zaraz: Tęsknota.
Ciemno. Przez chwilę nie wiǳiałem, ciemność, zajęty wraz z nimi nowym kłamstwem,
ale teraz… boli.
— O, jakże boli ciemność! — mówi sąsiad po lewej.
Zamykam oczy i zaraz mi lepiej.
— Zamknĳ pan oczy! — raǳę — W ogóle… nie wiadomo, na co są oczy… Czy
może potrzebne będą tam… Organy… na potem…?
Krzyk.
— Zapadł się człowiek pod ziemię!…
Wyciągnąłem rękę… nie ma go… przepadł.
— Morderca! — powiada ktoś nieśmiało, a zawistnie.
— Morderca! — podejmuje kilka głosów z przekonaniem.
— Wszakże nic nie widać! — broni mnie jakiś ǳiecięcy głosik.
— Morderca! — huczy wokoło, tak pewnie i harmonĳnie, że powtarzam razem
z tłumem:
— Morderca!
— Umyślnie kazał mu zamknąć oczy!
— Umyślnie! Ciasno mu było!
— I to w najgorszym miejscu.
— Strzeżcie się mordercy!
— Zabił go! To zazdrość. Silny był. Mógł dojść… tam.
— Mógł zażegnąć pochodnię od Wiekuistej Światłości…
— Silny był. Mógł dojść.
— I poświecić nam…
Jakże naraz stało się przestronno¹⁴¹. Nie dowierzają mi luǳiska.
Nagle potknąłem się i jednocześnie uczułem pod stopą krawędź skalną. Noga, jakby
miała oczy, zobaczyła śmierć.
— Stać! — krzyknąłem. — Przepaść!
Ścichły kroki. Ale nie, ktoś iǳie dalej. Wyciągnąłem dłoń.
— Stać!
Dotknąłem ramiona czyjegoś. Ręka, czułem, trzymała gruby kĳ.
Sąsiad szukał swym grubym kĳem stoku. Posunąłem po nim ręką, kierując w stronę
właściwą.
— Ot, tutaj, wiǳi pan! Tutaj…
— Hm… to nic, to niewielka ǳiura.
— Ależ tam… tam…
ǲiwny jakiś kĳ, pomyślałem. Na końcu ma daszek lejkowaty, zaś pod daszkiem
gruby hak. Drugi hak sterczy na końcu.
Latarnik jakiś, czy co?
Obeszliśmy, widać, szczęśliwie szczelinę, bo nikt nie płacze pomarłych swoich.
Iǳiemy. Bliżsi rozważają minioną przeszkodę.
— Ho, ho! — powiada jakiś facecjonista¹⁴². — Nie takie braliśmy z nieboszczykiem
panem Hieronimem, świeć Panie nad jego duszą. Pamiętam, było to jakoś w Zapusty…
Z dalszych szeregów dolata¹⁴³ wołanie:

— Morderca! Morderca!
Ale słowo już mdłe jakieś, spóźnione, nic nie mówi.
Śpiew słychać: pieśń w ciemności, to niemal jasność.
Ścieżyny bliższe, ścieżki nowe kędyżeście, kędy?
O ścieżki tajemne, gǳieżeście? Któż był ten mąż, który was wyśleǳił?
Gǳież te naǳieje się naroǳiły, kiedy? Nie wiem sam nic, jak i oni. Tylko mi coś
poczyna rozwĳać w piersiach skrzydła, coś powstaje. Śpiewam wraz z tłumem:
Czy obiegacie ziemię wokół po twardych rozwinięte skałach?
Słyszę płacz kobiet tęskny i bezmyślny bek ǳieci. Słyszę stąpanie wielu stóp, jakby
po woǳie… Czy to nie fala łez przelanych?
Ty, któryś znalazł bliższe ścieżki, witeziu¹⁴⁴ nasz… niech się stanie Kró-
lestwo Twoje… Niech bęǳie Wola Twoja… władaj… prowadź… rządź na
wieki wieków Amen…
Podnoszę się na palcach, wyciągam się wysoko, posyłam wzrok na ciemń… Gǳieś,
tam… na przeǳie… On… odkrywca pewnie musi kroczyć na czele tłumów, obwołany
królem… Czuję gorący oddech sąsiada.
— Czy sąǳisz obywatelu, że tam coś w ogóle zobaczymy? — pyta ktoś szeptem.
— Oczywiście… naturalnie… — zapewniam, cały zasłuchany jeszcze w pieśń.
— Tak? — pyta.
— Hm… to jest… przypuszczam… — powtarzam i czuję, że znów mdleje we mnie
światło i radość.
— Przypuszczasz… hm… ano to mało obywatelu… mało… Ale przypuśćmy, że tak
jest. Tedy pytam: cóż my tam zobaczymy?
— Ot, nic nie wieǳą! — mówi ktoś za nami.— Mówiłem ci, nie wieǳą zgoła nic.
Bo zresztą…
— Dajże spokój! Wszak słyszałeś, jak mówił: oczywiście… naturalnie…
— Światło zazwyczaj coś oświeca… po cóż by istniało! — wołam rezolutnie… —
Wszyscy filozofowie…
— Thiii! Powiadasz tedy…
— A wiǳisz! — woła tryumfująco ten z tyłu. — Powieǳiał, że światło zazwyczaj coś
oświeca. Poparł swoje twierǳenie świadectwem wieków myśli luǳkiej…
— Ładne poparcie! — wykrzyknął nagle jakiś desperat. — Zupełnie jak z tym Cyganem,
co się świadczył własnymi ǳiećmi.
— To wariat. Nie zważajmy — ozwał się jakiś cichy głos przede mną. — Więc tedy
twierǳi pan… no, ale gǳież dowód, gǳie jakiś namacalny dowód, że empiria nasza nie
traci swych praw tam… uważasz pan… tam, poza szrankami poznawalnego… ha?
— Dowód… dowód! — rozległo się wokoło. Umilknąłem, kryjąc się w ciemności,
podczas gdy wokoło wrzało. Pochód zwichrzył się na chwilę.
Nagle tuż przy mnie posłyszałem szept:
— To ty?
— ǲięki Bogu. Znalazłeś mnie…
— W tym zamieszaniu…
Rozległ się odgłos pocałunku, raczej domyśliłem się tego odgłosu. Czegoś się oboje
bali, widać. Pośród tych mąk po ciemku, luǳie mieli czas bronić sobie jeszcze pocałunku,
uścisku, związków wedle woli, kaprysu nawet… ǳiwni luǳie…
— O pani — szeplenił teraz jakiś głos niedaleko. — Wiǳi pani tedy, że wszystko
to są to tak zwane „legendy o Wielkiej Światłości”, utwory fantazji, przez wieki wytwarzane,
budowane, spojone w gmach jednolity, piękne, szlachetne nawet w swej naiwnej,
pierwotnej formie, przyznaję… w jakimś tam wieku trzynastym porywające nawet, ale
ǳiś, teraz…
— Więc czemuż wyszliśmy? — spytała kobieta.

— Paradne! Nie, pani na serio zachwycająca jest w tej swojej ǳiecięcej naiwności.
Dlaczego wyszliśmy? Po pierwsze… ot tak z wnętrznej¹⁴⁵ ochoty… a po wtóre… po prostu
wytrzymać w domu nie było sposobu… Te ciągłe ciemności, ta czerń ciążąca na myśli,
całun rozciągnięty na duszy… a pod nogami te nieznane, niepewne, śliskie rzeczy jakieś!
Tu przynajmniej…
— Ta jasność daleka, która choć nic nie oświeca przed nami, jednak…
— Pani myśli: ten śpiew o jasności, ten wid cudu… prawda?
— Więc pan wiǳi, ot, tam…?
— Zachwycająca… zawsze zachwycająca… Ta wyobraźnia…
Więc zapomniałaś już pani? To, co wiǳieć się daje na ciemni, to jest projekcja stanów
subiektywnych, obiektywacja ich, eksterioryzacja, powieǳmy fotografia uzewnętrzniona
na przestrzeni… Jednym słowem jeno coś, czego nie ma zgoła realnie, faktycznie, obiektywnie.
Dla istot innych, niżej albo wyżej luǳi stojących prawdopodobnie nie istnieją
wcale te kształty i blaski, które my zwiemy: światłem. Więc możemy to wszystko jeszcze
nazwać chorobą luǳką, epidemią, jaka grasowała na tym, a tym stopniu rozwoju istoty
zwanej homo sapiens… Pani mnie rozumie? Ach! Cóż do diabła! Uważaj durniu jakiś!
— Cóż to panu?
— Jakiś cymbał trącił mnie w głowę drągiem. Ouu! To gorzej, że na końcu było coś
żelaznego, jakiś hak, czy coś… Latarnik przeklęty! Z gasidłem wybiera się na procesję…
Bałwan! Pani się śmieje? Cieszy mnie ten doskonały zawsze humor…
— Więc pana boli?
— Oczywiście…
— Pocieszam się, że jest to tylko stan subiektywny, który właściwie realnie, faktycznie
nie istnieje, wszak prawda?
— Nieporównana! Zachwycająca! Co za dowcip!
— Powieǳ mi pan — nalega sąsiad z prawej — co możemy tam zobaczyć… tam…
wiesz pan? Mów pan do ucha.
— Nie wiem.
— To wiem i ja. Ale co panu powiada nauka?
— Nie jestem uczonym.
— Inteligencja… zdrowy rozum… przeczucie? Co powiadają?
— Że możemy ujrzeć tam albo rzecz pomyślną, zgodną z naszymi tęsknotami…
— Albo zaprzeczenie ich i tragedię ostatnią… tak?
— Tak jest. Albo nic. Po prostu coś, co z nami nie ma nic wspólnego.
— Jak to? Nic wspólnego? Więc bezcelowymi byłyby te tęsknoty odwieczne…
— Przede wszystkim nie są odwieczne, a po wtóre kwestia celu jest jeno zbyt po-
śpiesznym uogólnieniem faktów zaobserwowanych w życiu osobniczym. Nie da się zaś
zastosować do wielkich kwestii bytu.
— Słuchajcie! Słuchajcie! — rozległo się wołanie. — Dwaj mędrcy się zeszli i rozważają
nasze przeznaczenie.
— Jak to, nie są odwieczne? — ǳiwił się sąsiad z lewej strony.
— Nie. Tak mówi zoologia.
— To nie dwaj mędrcy! Nie! To mędrzec i jego uczeń. Wszak słyszycie, że jeden wciąż
pyta, a drugi mówi.
— A który mądrzejszy? — kpił ktoś inny.
— Obaj osły kwadratowe! — krzyknął ochrypły człowiek.
— Oszalał! Cicho bądź, cymbale! Pĳanico!
Odwróciłem się i mówię:
— Ten pan ma wiele racji, tylko trochę przesaǳa. Powinien był powieǳieć: dwaj
poszukiwacze prawdy, dwaj miłośnicy jasności, męczennicy dociekań… Na czymże to
stanęliśmy? — spytałem sąsiada.
— Na kwestii metody.
— Ach! O to panu iǳie. Więc powieǳmy na kwestii, jak należy postawić tezę istnienia
samego problemu Wiekuistej Światłości… prawda?
— Tak. Bowiem nie spostrzegam rzeczy pewnych i niezmiennych.

— Wiǳicie, że to dwa osły. Miałem rację. Nie chcieliście mi wierzyć… Ha?
— Może i tak być…
— Jest tak, jak powiadam. Ja, panie święty, mam zawsze rację… Zawsze. Tylko psiakość,
panie święty, gǳieś mi się zagubiła droga do karczmy. Zabłąǳiłem, panie święty…
— Więc pan ośmieliłbyś się podać w wątpliwość trwanie Wielkiej Światłości… Więc
pan… Ach, Jezus Maria!
— Co to panu?
— Wbiłem sobie coś w nogę… O!
— Czekaj no pan, zejǳiemy na bok. Proszę o miejsce dla chorego. Na bok moi
państwo. Przepraszam…
Znaleźliśmy się na wolnej przestrzeni opodal głównego koryta płynących fal.
Mój ranny przestał narzekać.
— Panie łaskawy! — szepnął — Nie wbiłem sobie niczego do nogi. Chciałem tylko
oddalić się od sąsiadów, by z panem swobodnie porozmawiać.
— Przykro mi, ale nie mam czasu! — zawołałem z trwogą. — Spieszę się barǳo,
a i panu raǳę nie tracić ani chwili drogocennego czasu. Nic tego nie nagroǳi!
— E, cała wieczność przed nami! — odparł.
— Nie znamy dnia ani goǳiny, mój panie!
Porwał mnie za ramię.
— Cóż znaczy to wszystko? Co to znaczy? — krzyczał nade mną.
Trząsł się na całym ciele.
— Powieǳ mi pan zaraz! Te półsłowa napawają mnie wielkim niepokojem… mów
pan!
— Wracajmy — odparłem — Nie traćmy ani chwili życia. Lada moment bowiem
może stać się coś okropnego…
— Co⁉ — wrzasnął.
— Może stać się wokoło nas tak straszliwie ciemno… tak ciemno, że słów nie ma
w luǳkim języku, ani krzyków w luǳkim gardle, ani serce tak mocno ze strachu bić nie
potrafi w piersi.
Zerwał się i uciekł ode mnie.
Jeno to miałem na celu, jeno to. Źle jest cierpieć wraz z natrętnym sąsiadem. Wmieszany
w tłum szedłem po chwili spokojnie.
Cicho płynęła pieśń o ścieżynach bliższych. Była jakby skrzydłem anioła, co zasłania
przepaść śmierci. ǲiękowałem Bogu, że przeze mnie to uczynił.
Zatopiony w rozważaniu prawdy i kłamstwa, owego podwójnego oblicza Boga życia
doczesnego, szedłem, a ponad mną, niby sztandar, wiła się pieśń owa, pieśń-kłam o ście-
żynach bliższych, wolnych od zasaǳek, witeziu jakimś niewiǳialnym posłanym przez
Wiekuistą Światłość ku pomocy idącym.
Czasem także szły szmery o mordercy, który przebĳa nożem każdego, kto się doń
zbliży. Czasem opowiadał ten i ów o sporze proroków, z których jeden był fałszywy,
a drugi prawǳiwy. Pono stoczyli ze sobą walkę o władanie światem. Walczyli długo,
aż prorok prawǳiwy pożarł fałszywego. Radość wielka zapanowała na moment, a sama
Światłość wiekuista miała tak się ucieszyć, że, jak mówiono, rozsiała swe blaski po ziemi.
Zalała świat jasność, ale tak była przeraźliwa i krótka, że nikt nie skorzystał z błyskawicy…
Pono tylko mąż zabić miał czas niewierną przysięǳe żonę, no i pĳak trafił do karczmy.
Tyle wszystkiego dobrego się stało. Szły legendy różne, pełzły cicho, nie rozgłośnie, jak
szmer fal rzeki poǳiemnej, co płynie niedostrzeżona ku morzu wiecznego zapomnienia.
Jakby mnie od nich, od tych idących pośród ciemni odǳieliło coś nieznanego, zostałem
sam w ścisku. Nikt do mnie nie mówił, nie dyskutował ze mną, nie pytał o nic.
Anim wieǳiał, czy jest kto obok, ani oni nie zdawali sobie pewnie z tego sprawy. Zostało
tylko jakieś głuche, niepewne uczucie, że otom część z części, atom masy całej, kropla
fali.
Nic ponadto.

Jako kropla bezwiednie toczyłem się naprzód niezdolny zboczyć, nie chcąc, nie mogąc
chcieć, chyba w fantazji czasem… przez ten sen, który zowią rozumowaniem.
I naraz uczułem… (a może trwało to już czas jakiś, tylko teraz uświadomiło się…)
uczułem, że kroczy ktoś koło mnie z intencją zaczęcia rozmowy, z zamiarem powieǳenia
czegoś ważnego.
Coś nas ǳieli, czułem, coś nas ǳieli, niepotrzebnie ǳieli, albowiem należałoby wy-
świetlić barǳo ważną rzecz.
Milczenie nas ǳieli, pomyślałem i począłem śpiewać wraz z innymi. Głosy płynęły
harmonĳną, szeroką falą. Pieśń o naǳiei była już teraz samą naǳieją. Akordy spiętrzyły
się w ruchome kształty, jak fale morza, a na nich zamigotał żagiel, nie… rycerz płynący
na białym płaszczu swoim, witeź opowiadany, a teraz już dopełniony, ożywiony tęsknotą
i postawiony na czele tłumów idących po ciemni… Był już, czułem, wiǳiałem go
nieledwie, i śnił mi się szum sztandaru, który trzymał w ręku.
Śpiewaliśmy chwałę jego, pobudkę bohaterowi nuciły serca.
I ciągle ten jakiś człek, tuż przy mnie, a daleki, obojętny, a złączony z moimi myślami. Filozof
— Tak, tak! — począł mówić w tej chwili — Złączony jestem z twymi myślami
obywatelu, podobnie jak i tamten, ów na przeǳie… Hej, hej! Jednegośmy wszyscy rodu,
po prawǳie, jednego!
— Cóżeś to pan zacz?
— Sługa waszmości, ba, ǳiecko roǳone! Przypuszczenie jestem, które było na tyle
śmiałe że wzięło na siebie formę widoczną. Mogłem być tym, mogłem być owym, wisia-
łem ponad ludźmi jako możliwość jeno… Tyś rzekł… no i stałem się. A mogę być jeszcze
czymś innym…
— Dialektyka po ciemku mnie nie bawi.
— Po ciemku mówisz? O, nie wiesz, co znaczy ciemno… A wszak myślałem, że wiesz.
Przecież mówiłeś: „…tak ciemno, że słów nie ma w luǳkim języku, ani krzyku w luǳkich
piersiach, ani serce ze strachu tak bić mocno nie potrafi”… …Wszak tak mówiłeś? Otóż
posłuchaj… Myślę, że coś się wielkiego stanie?
— Cóż takiego?
— Słabe wyginą od ciemności. To jest tajemnica Sądu.
— Czemu? Filozof, Kondycja luǳka
— To pytanie stworzyli luǳie. Nie ma go wcale.
— Nieprawda. Ja nie chcę. Ja zniszczę wszystko, co jest w tobie. Wszak mogę cię
unicestwić, gdy zechcę.
— Mogłeś. Teraz już nie. Patrz…
— Czekaj!
Uczułem, że jego ręka z gasidłem wyciąga się ku stronie, gǳie błyszczy naǳieja nasza,
przeto chwyciłem ją, ściągnąłem ku ziemi i zawołałem głośno:
— Hej! Stójcie! Stójcie!
Chwała ci jasny na ciemności, chwała bliski zwycięstwa, w przededniu
szczęścia witamy cię pokłonem my, umęczeni drogą niezmierną…
Nie słyszeli.
Zaparłem się nogami w ziemię, wbiłem plecy w postępujących za mną i przejęty
przerażeniem wołałem:
— Hej! Stójcie! Stójcie!
— Na bok! Na bok! Nie tamować ruchu!
— Z drogi! Z drogi!
Pociągnęli mnie ze sobą.
— Pomrą — jęknąłem — poszaleją zaraz w pierwszej sekunǳie! Co czynić? Co
czynić?
— Sięgam! Patrz! Idę! — mówił straszny człowiek.
Krzyknąłem i zaraz oprzytomniałem pod silnym wrażeniem.
Co za głupstwo. Co za głupstwo!
Strach przywiódł mnie do równowagi. Uczułem bezsens własnej halucynacji.

Wyciągnąłem ręce przed siebie i dotknąłem luǳi żywych. Złuǳenie. Głupie złuǳenie.
— Więc sprawa załatwiona?
— Oczywiście. Za goǳinę dostaniesz pan zadatek. Doskonale, do wiǳenia.
Słyszałem znowu rozmowy. Finał jakiegoś interesu pieniężnego. Roześmiałem się.
Więc luǳie załatwiają jeszcze interesy finansowe… ǳiwni luǳie…
Było mi teraz raźnie, wesoło niemal. Jakaś zmora usunęła się z piersi moich.
Z ufnością, jak nigdy dotąd, spojrzałem przed siebie, ku owej naǳiei kroczącej przed
nami w niezgłębione dale.
Naraz ziemia zatrzęsła mi się pod nogami. Coś białego spadło na głowę. Uczułem, że
kolana ugięły się, w piersiach zabrakło tchu. Skamieniało wszystko, nawet ból…
Huk jakiś w głowie… zimno…
I znowu dobrze. Znowu dobrze.
Życie ruszyło naprzód… naprzód… świat się zachwiał, ale nie padł jeszcze martwy…
To tylko „ono” zachwiało się na małą chwilkę…
Świat wydał jęk, stęknięcie. Przeleciał wielki głaz, z wirchu oberwany, przeleciał blisko,
bliziuteńko, musnął człeka i z cichym szelestem, po trawach zesunął się w przepaść.
Jękła pierś ocalonego, zawyło pierwsze odetchnienie samo z siebie, gdy rozum jeszcze
niczego podjąć nie zdołał.
Trawy załopotały i tyle. Nie zrozumiały niczego.
I oni nie spostrzegli nic. Przeminęło, przeminęło szybciej, jak lata, jak zdolny był
latać ich strach, ciężkie, niezdarne ptaszysko o nietoperzych skrzydłach.
Więc nie można ich przygotować na zło.
Nie można.
Także nie trzeba im innego pokazywać szczęścia. Nie poznają twarzy obcej.
A gdyby nawet to wszystko, co zwie się naǳieją, gdyby nawet Wiekuista Światłość
zagasła, szliby dalej ku niej, wpatrzeni w nią, jak patrzą na gwiazdę przed wiekami spaloną;
której promienie dawno, dawno wysłane ku ziemi, nie dobiegły dotąd, nie sięgnęły w ten
zakątek daleki, gǳie płynie fala głów po ciemni, gǳie brzmi rozlewna pieśń o bliższych
ścieżkach, ku uciekającemu mirażowi wiodących.

