Anna Mostowska

Strach w zameczku

Jeżeli nas bawią zdarzenia,
które tylko samej imaginacji są
płodem, tym więcej dla naszej
rozrywki służyć powinny te, które
nic w sobie nie zawierają próczistotnej prawdy. Historyjka pod
tytułem Strach w Zameczku jest
z tego rzędu. Wszystko, co się
w niej znajduje, w samej rzeczy
stało się w domu moim. Myślałam,
że oprócz zabawy może mieć
jeszcze ten użytek, iż czytanie jej
dowodzić będzie młodzieży
skłonnej do łatwowierności ku
rzeczom nadprzyrodzonym, jak
mocno strzec się potrzeba
zwodzących pozorów: i że nigdy
w podobnej okoliczności nie trzeba
żałować ani czasu, ani fatygi dladojścia źródła mamiącego widma.
Do tego wszystkiego, co się u mnie
działo, najprostszych tylko użyto
sposobów, cóż dopiero, gdyby
najpiękniejsze z tych mamideł
przywołano sztuki wyzwolone
i nauki doskonałe; i jakież by nie
można czynić cuda za pomocą
chemii, fizyki i mechaniki?
Najwięksi czarnoksiężnicy nic
innego nie byli, tylko uczeni,
Komusy i Pinetowie.
Inną jeszcze miałam pobudkę do
wydania na świat tego zdarzenia.Wiele osób o nim słyszało, lecz jak
powszechnie bywa, każdy rzecz tę
przed niewiedzącym opowiadając,
przydawał lub ujmował według
swego upodobania, co nie zawsze
się czyniło z zupełną słusznością
dla aktorów tej sceny, może nawet
i z krzywdą dla niektórych.
Przechodząc na koniec z ust do ust
stała się tak niepodobną do siebie
i tak nieprzyjemną dla mnie
samej, że znalazłszy teraz
dogodną okoliczność opowiedzenia
rzeczy tak jak była, nieomieszkam oddać jej do druku.STRACH
W ZAMECZKU
Powieść prawdziwa
Jest coś w człowieku, co nie
może być odgadnionym i co nasprowadzi do chęci nabycia
nadprzyrodzonych wiadomości. To
wszystko, czego zrozumieć nie
możemy, ma dla nas
nieprzezwyciężony powab. Skoro
nocne pomroki okryją niebo,
a długie cienie przez niepewną
poświatę, co gwiazdy rzucając,
powstawać zdają się po ziemskiej
przestrzeni, aliści wyobrażenia
nasze, wystawiają nam tysiące
mar, które żadnej istoty nie mają.
Zdaje się nam, że widzimy,
słyszymy; a gdy dojdziemy źródłamamiącej przyczyny, żałujemy,
żeśmy się dowiedzieli, iż nic w tym
nadprzyrodzonego nie ma.
Przypisują najbardziej płci
żeńskiej ten pociąg do łatwego
wierzenia temu wszystkiemu, co
tylko żywą ich imaginację bawi.
Lecz to tak nie jest. Mężczyźni nie
są uwolnieni od tego; cały rodzaj
ludzki temu błędowi jest podległy,
jeśli to jednak błędem nazwać
można. Raczej myśleć by trzeba,
że dusza nasza pojmuje istoty,
które zmysłom naszym podpadaćnie mogą, i że dla tego niepewne
jest jej odgadnięcie, iż jej
materialna powłoka przeszkadza
jej zapewnić się w tym, co tylko
wnosić teraz może. Że ten wniosek
w głowie męskiej, równie jak i w
kobiecej miejsce swe znajduje,
rzecz aż nadto pewna, nawet dla
tych, którzy najwięcej śmiałków
udają i niczemu niewierzących
chcą grać rolę. Próbą jest
zdarzenie u mnie, które
przytrafiło się kilka lat temu. To
aż nadto dowodzi, że ludzie, jakiejbądź są płci, bądź jakiego wieku
i jakiegokolwiek rozumu, wszyscy
jednym podpadają słabościom
i wszyscy zawsze uwierzą, kiedy
sposobu znaleźć nie mogą, dociec,
że to co za rzecz nadprzyrodzoną
brali, jest jednak zdarzeniem
naturalnym.
Byłam na wsi w towarzystwie
dwóch osób, które chociaż pełne
rozumu i wiadomości, jednak tak
różnych między sobą charakterów,
że w żadnej rzeczy zgodzić się nie
mogli. To do różnych rozmówniewyczerpaną było dla nich
pobudką. Ponieważ osoby są
żyjące i może by im przykro było
czytać swoje przezwiska i być
wspomnianymi w tym zdarzeniu,
zataję więc ich imiona, nadając im
inne. Idalia, tak albowiem
nazywać będę towarzyszkę mojej
samotności, panna pełna rozumu
i posiadająca tysiąc przyjemnych
talentów. Edmond, człowiek
charakteru melancholijnego,
w pięknych naukach biegły,
doskonały rysownik i z gruntupoczciwy. Oto są osoby, które od
półtora roku na wsi żyjąc ze mną,
składały obręb towarzystwa mego:
przeciwność ich charakteru do
mojej przyjemności dodawała, bo
niezgodny ich sposób myślenia
przeszkadzał smutnemu
milczeniu. Gniewał nas często
Edmond, gdy nam utrzymywał, że
płeć nasza, nie może być użytą do
tajemnicy, że się
nadprzyrodzonych rzeczy boimy
i gusłom wierzymy, a nigdy stale
żadnego przedsięwzięcia do końcanie doprowadzimy. Nie wiem, jak
długo by nam jeszcze równie
przyjemne rzeczy rozprawiał,
gdyby zwyczajna przygoda jednym
razem nie przerwała tego gatunku
rozmów i doprowadziła aż do
zapomnienia wszystkiego, co się
dotąd z nim działo.
Położenie mego mieszkania jest
dzikie, zdaje się, że w tym miejscu
ponura wróżka ulubione sobie
założyła siedlisko. Puszcze, które
końca zdają się nie mieć, góry,
jeziora i dwa starożytne zamki:jeden na wyspie wśród jeziora, już
od dawna zamieniony w smutny
klasztor; drugi na kwiecistej łące
jest położony: drzewa i różne
rośliny obrosły te starodawne
zabytki tych, którzy w tym
miejscu panowali pod nazwiskiem
Książąt Z...ch, tak się albowiem
wieś ta zowie, która dawniej
państwa tego stolicą była. Ten
zamek był na wzgórku
wyniesiony. Ledwo ślady znaleźć
można, że tam kiedyś mury były.
Wysokie wały gęstym obrosłegajem i tak jak gdyby kunszt
działał, to co dawniej w miejscu
dziedzińca było, zostało wolne
i tylko jak dla ozdoby
gdzieniegdzie wyrosły drzewka:
dwa tylko są wejścia do tego
miejsca i to jedno na przeciw
drugiego. Z jednej strony widzieć
można niewielkie pólko, a za nim
ciemną puszczę; z drugiej
dostrzega się tylko obszerne
jezioro i wyniosłą wieżę, na której
zawieszone dzwony, kiedy
niekiedy smutny wydając odgłos,powiększają melancholię, którą to
miejsce wyraża. Tam, od tego
czasu, jak los mi w tej wsi
mieszkać przeznaczył, zawsze dla
mnie było ulubionym miejscem,
gdzie po długiej przechadzce
spoczywać lubiłam. Wystawiłam
tam szałas, który mnie ochronić
może od burzy lub deszczów, gdy
nazbyt długo w tym miejscu czas
na czytaniu lub w myślach moich
trawiąc, niepogoda mnie schwyci.
Wieleż to razy tam bawiąc,
przeszłe wieki snuły się przezmyśli moje, wieleż to razy
uniesiona gorącą imaginacją,
zdawała mi się widzieć błąkające
się cienie starożytnych
mieszkańców tego niegdyś
zamieszkałego miejsca, a teraz tak
opuszczanego.
Lecz wkrótce zdarzenie
nadzwyczajne, w rzeczywistość
przemieniła marzenia tych, co to
samotne ustronie uczęszczać
lubili. Dnia jednego, według
zwyczaju mego poszłam z książką
do owego miejsca, dotąd odwszystkich mieszkańców
Zameczkiem nazywanego, a że
ranek niewypowiedzianie był
piękny, kazałam tam zanieść moje
śniadanie. Po wzięciu go czeladź
moja oddaliła się i ja sama jedna
zostałam. Czytałam bardzo długo
i widząc po słońcu, że już południe
minęło, zabierałam się wrócić do
domu, gdym blisko siebie ujrzała
kawalera na koniu. Był to
Edmond, który powróciwszy
z przechadzki i nie znalazłszy
mnie w domu, domyślił się, żempewnie w Zameczku bawiła i tam
przybył. Wstałam, on chciał
skoczyć z konia, lecz jęk, który
zdawał się wyjść z ziemi między
mną i koniem, wstrzymał go na
koniu, a mnie do ziemi przykuł...
Gdy pierwsze zdziwienie minęło,
poczęliśmy szukać przyczyny tego
niepojętego jęku, lecz usiłowanie
nasze było nadaremne.
Przebiegliśmy lasek cały, już to
było w połowie września, liście
opadały, przejrzeć można było
z łatwością obszerne pole, które tomiejsce otacza, zupełnie pod tę
chwilę z żywiołów ogołocone,
a choć wszystko jak na dłoni
rozpoznać można było, nie
ujrzeliśmy nawet przelatującego
ptaka. Cichość powietrza, nie
dozwoliła wnosić, aby wiatr
wiejący pomiędzy drzewa dźwięk
mógł jakiś wydać. Dzwony
milczały, pora południowa
mieszkańców w domu dla
pożywienia trzymała. Zgoła żadna
przyczyna, mimo wszelkich starań
i wniosków, nie mogła nasnauczyć, co by ten okropny
i przerażający jęk, o którym
wątpić nie mogliśmy, że z ziemi
prawie z pod nóg naszych wynikł,
sprawić mogło.
Powróciliśmy do domu żywo tym
przejęci zdarzeniem. Edmond
szukał długo jeszcze fizycznych do
tego przyczyn i na koniec lubo
wyznał, że znaleźć ich nie może.
Przystał na to równo z nami, że
musiało jednak być coś takiego,
czegośmy nie dostrzegli, lecz
pewnie to samo powtórzonebędzie, i może się nam powtórnie
uda lepiej doścignąć tego, cośmy
dotąd zrozumieć nie mogli.
Dzień cały i do późnej nocy
strawiliśmy chwile na
rozmawianiu o różnych
przygodach równie jak ta
niezrozumianych, takie rozmowy
przyprowadziły opowiadanie
rozmaitych opowieści o strachach.
Edmond zwyczajem swoim
przeczył bytu rzeczom zmysłom
niepodpadającym, utrzymując, iż
wszystko się naturalnie dzieje,tylko trzeba rzecz dobrze
zgruntować. Idalia przystała na
prawdę tego wniosku. Ja
utrzymywałam, że mogą być
istoty, które pod zmysły nam nie
podpadają i przywiodłam na
przykład zdarzenia w historii nam
zostawione, jako widmo
Pompejusza na brzegach
afrykańskich, gdy mu się Geniusz
Rzymu ukazał i śmierć jego mu
przepowiedział; ten, który pokazał
się Brutusowi; to co Pliniusz
o niewolniku swoim dowodzi [1] ;wiele innych podobnych. Lecz
próżna moja była wymowa, Idalia
i Edmond pierwszy raz ze sobą się
zgodzili i usiłowali zbić zdanie
moje. Ja przy nim trwale zostałam
i tak rozeszliśmy się.
Nazajutrz każdy z nas zdawał
się, iż o tym, co się stało i o tym,
o czym tak wiele mówiliśmy,
równie zapomniał. W dni kilka po
tym ujrzałam Edmonda mocno
pomieszanego. Szperał ciekawie po
wszystkich pokojach
i apartamentach; zdawał się liczyćosoby i wybadywać, jeśliby która
z kobiet domowych nie
wychodziła; wszystkie jednak
znajdował na miejscu, każdą
zatrudnieniem sobie powierzonym
zaprzątniętą. Wypytywał się także
bardzo ciekawie, jeśli ktoś mimo
przejeżdżający nie przechadzał się
w Zameczku, lecz że nikt nie był,
że nikogo nie widziano, było
powszechną odpowiedzią.
Chcieliśmy dowiedzieć się
przyczyny tego osobliwszego
wypytywania się. Wzbraniał sięz początku Edmond wytłumaczyć
przed nami, lecz nie mogąc znieść
dłużej sam w sobie swego
zdziwienia, a nawet może
i przestrachu, tak nam rzecz swą
opowiedział:
– Pamiętno Paniom, jak dni
temu kilka jęk słyszany
w Zameczku, któregośmy dociec
nie mogli, zaprzątnął nam głowy.
Panie zdałyście się zapomnieć
o tym, lecz inaczej ze mną się
działo. Chciałem koniecznie
odgadnąć tego przyczynę i z tegopowodu co dzień na to miejsce
chodziłem, lecz nic nie słyszałem
ani widziałem. Dziś rano tą samą
pobudką wiedziony, wszedłem do
tego gaju, gdy oto prosto przeciw
mnie ujrzałem siedzącą osobę pod
szałasem. Postać jej była taka,
żem wraz został przekonany, iż to
żadna z was Panie być nie mogła,
ile żem was obydwie tylko co
w swoich pokojach zostawił. Ta
postać trzymała na kolanach
wielką księgę czarną. Zdawała się
pilnie czytać, była przykryta odgłowy aż do nóg ciemnym
welurem: zdziwienie i ciekawość
sprawiły, żem prędko poszedł ku
niej, lecz szelest kroków moich
przerwał jej czytanie. Obróciła się
ku mnie, wstała, uczyniła kilka
kroków poważnie i zniknęła
między krzewinami. Bliziuteńko
niej byłem, tylko com ją nie
chwycił, a jednak nigdzie jej
znaleźć nie mogłem, lubom długi
czas bardzo strawił na jej
szukaniu.
Idalia głośno się roześmiała, jaścisnęłam ramionami:
– Byłeś w gorączce – rzekłam do
niego – albo ducha ujrzałeś,
a wszakże wręcz mi zawsze
przeczysz, że są duchy?
Urażony Edmond urągającym
się śmiechem Idalii, nic nie
odpowiedział, lecz odszedł
z twarzą ponurą i nic cały dzień do
nikogo nie przemówił.
Krotko po tym, zabawiwszy
według mego zwyczaju w tym
samym Zameczku, wychodząc
z niego, zapomniałam mojąksiążkę, a znalazłszy Edmonda
w bawialnym moim pokoju,
prosiłam go, aby poszedł po nią, co
on natychmiast uczynił, lecz ledwo
w kilka godzin stamtąd powrócił.
Pomieszanie jego było tak
znaczne, gdy mi moją książkę
oddawał, żem go spytała, jeśliby
nie był chory lub czyli duch jaki
znowu go w tym miejscu nie
przywitał.
– Żartuj, Pani – rzecze do mnie
– lecz to jest aż nadto pewne, że
się coś nadprzyrodzonego w tymmiejscu dzieje. Skoro wszedłem na
wzgórek, alić oto postrzegam
postać białą, która się zdawała nie
tykać ziemi, stojącą naprzeciw
mnie, w miejscu którym się po
drugiej stronie z Zameczka
wychodzi. Wiadomo ci, Pani, że od
miejsca wejścia aż do tego, którym
wyjść można, liczy się kroków sto
trzydzieści. Postać na miejscu
stała, mogłem widzieć doskonale
całą jej kibić, która prawie
przezroczysta się wydawała
i cienkim pokryła białym welurem.Gdy pierwsze podziwienie minęło,
pobiegłem szybko ku niej, a gdym
na pół znajdował się drogi, postać
obróciła się poważnie i bardzo
powolnym schodząc krokiem,
prawie w oczach moich zniknęła.
Kilka godzin strawiłem na jej
szukaniu, lecz, tak jak
i pierwszego razu, na próżno
usiłowałem znaleźć przyczynę tak
nadzwyczajnego widma.
– Jesteś chory, biedny
Edmondzie – odpowiedziałam
z politowaniem. – Czytałamw jednym dzienniku niemieckim,
iż pewien człowiek bardzo uczony
przez czas długi widywał tysiące
postaci, których nikt nie
postrzegał. Zdawało mu się, że się
z nim witają, do niego mówią
i rady mu dają. W tym
towarzystwie widywał równie
osoby zmarłe i żyjące, znajome mu
bardzo dobrze i wcale nigdy od
niego niewidziane, a to równie
w dzień i w nocy, w domu i na
ulicy. Czasami natłok tak wielki
mu się wydawał, iż widziano goprzyciskającego się w kąt jaki
stancji swojej, aby nie być
przygniecionym. Trwało to póty,
póki mądry doktor i wielki jego
przyjaciel, dowiedziawszy się
o tym, odwiedził go w tym celu,
aby go przekonał, że to choroba.
Dał sobie uczony człowiek
wyperswadować i zezwolił na to,
aby przyjaciel przedsięwziął jego
uleczenie, po czym przez dni kilka
brał chłodzące napoje, po tym mu
mocno krwi upuszczono: podczas
tej operacji, zdało mu się, iż naciskw jego pokoju był nadzwyczajny,
a ubiór cisnących się osób
w kolorach bardzo jasnych i nawet
lśniących, lecz pomału wszystkie
te postacie blednieć poczęły, po
tym podobne do cieniów się stały,
na koniec zupełnie zniknęły.
Odtąd nigdy już więcej nic
podobnego nie widział. To
zdarzenie, Edmondzie, mówi za
moim wnioskiem: chorym być
musisz. Czy żądasz, ażebym
posłała po doktora?
Edmond słuchał mniez cierpliwością, gdym skończyła.
– Nie – rzecze – bardzo pewny
jestem, że to co po drugi raz już
widzę, nie jest mamidłem
wyobrażenia mego. Zmysły moje
są zupełnie zdrowe i masa krwi
mojej nie potrzebuje być
umniejszoną.
– Więc zostajesz przekonany, iż
ci się w tym miejscu coś
nadzwyczajnego ukazuje?
– Jestem przekonany.
– Lecz za cóż ja nic nie widzę?
– Tego nie wiem – odpowie miEdmond – ale ponieważ o tej
samej porze, to jest między piątą
a szóstą, postać mi się tu
powtórnie okazała, bywaj Pani co
dzień o tej godzinie w Zameczku,
może równie jak i ja będziesz to
widmo widziała.
– Zgoda – na to rzekłam.
Nazajutrz o naznaczonej porze
kazałam, aby nam kawę tam
zaniesiono i sami pierwej, to jest:
ja, Idalia i Edmond udaliśmy się
do Zameczku. Lecz ledwo na
wzgórek wstąpiliśmy.– Oto ona jest! – zawołał
Edmond i tak jak piorun poleciał.
W moment po tym powrócił,
mówiąc tonem pomieszanym:
– Znowu w oczach moich
i kiedym prawie ją już miał
schwycić, jak cień znikła.
– Kto? – zawołałyśmy obie.
– Alboście nic nie widziały?
– Nic, zgoła nic.
– To rzecz osobliwsza, jednak
nigdy tak wyraźnie się nie
ukazała. Co za piękna kibić! Co za
kształt! Nie, ta istota śmiertelnąkobietą być nie może.
– Zaręczamy cię, Edmondzie –
rzeknę – żeśmy nic nie
spostrzegły, lubo z największym
natężeniem wlepiałyśmy uczy w to
miejsce, gdzie powiadasz, żeś
widział tak nadzwyczajne
ukazanie się. Edmondzie, lękam
się o twoją głowę.
Idalia mocno się śmiała.
– Otóż mężczyźni – rzecze –
nam przypisują słabość wierzenia
nadprzyrodzonym rzeczom; a oto
kawaler, który w środku dniastrachy widuje.
– Idalio! – powie Edmond tonem
urażonym. – Nie, zmysły moje nie
są obłąkane, proszę poprzestać ten
śmiech przegwizdujący.
Poznałyśmy, że Edmond był
dotknięty. Powróciwszy do domu,
strawiłyśmy całą noc prawie na
dochodzeniu tak nadzwyczajnego
zdarzenia.
Odtąd co dzień chodziliśmy do
Zameczku. Rzadki był dzień,
w którym Edmond widma tego nie
postrzegł. Już nie biegł za nim, byłdo niego przywykł, lecz stał się
smutnym i mocno zamyślonym.
Prawie nigdy o czym innym nie
rozmawialiśmy, jak o cudownej
postaci lub Strachu w Zameczku,
tak albowiem nazywaliśmy tę
niepojętą postać, która dotąd
jednak tylko oczom Edmonda
widzialną była.
Już tak parę tygodni było
upłynęło, gdy dnia jednego
wchodząc do owego nowego
zaczarowanego miejsca, Idalia
krzyknęła głosem przerażającym:– Oto ona! – i wtedy upadła na
ziemię.
Przyskoczyliśmy do niej, twarz
jej była blada jak najbielsza
chusta, wielkie łzy z oczu jej
spadały. Z trudnością ją
podniesiono i do domu
zaprowadzono. Gdy mówić mogła,
spytaliśmy się, co było przyczyną
jej przypadku.
– Wyznaję – rzecze tonem
jeszcze strach oznaczającym – że
byłam warta nagany, gdym się
z Edmonda naigrywała. Widmo,które on widuje i mnie się
pokazało.
Opis jej zupełnie był zgodny
z opowieściami Edmonda.
– To dziwna – rzekł ten ostatni
– właśnie dziś nic nie widziałem.
– I ja także nic nie spostrzegłem
ani uczułem – rzeknie do nas głos
cudzy – lubo leżałem na tym
samym miejscu, gdzie się Strach
ten ukazuje, i właśnie nade mną
stać był powinien.
Na te słowa postrzegliśmy
sąsiada, który ciekawy własnymioczyma przekonać się o tym,
o czym tak wiele słyszał, udał się
przebrany w podłe odzienie i kilka
godzin leżąc przebył, czekając pory
tego ukazania się. Dziwiliśmy się
jego odwadze. Nie łatwowierny
sąsiad przysiągł, iż lubo w tym
razie nic nie widział, póty ścigać
będzie upiornego ducha, póki go
wyśledzi. Prosiliśmy go wszyscy,
aby trwał w tak chwalebnym
przedsięwzięciu.
– Lecz niestety – dodaliśmy –
stanie się z Waśnie Panem to coi z Idalią.
– Zobaczysz go zapewne, a kto
wie, jeśli za swoje niedowiarstwo
nie będziesz ukarany – dodał
Edmond. – Spójrz na Idalię: oto
chora z przestrachu, a jednak od
początku wierzyć nie chciała.
– Wyznaj, Edmondzie –
przerwałam – że mężczyźni nie
umieją w niczym zachować
pomiarkowania: dawniej
przeczyłeś wszystkiemu, teraz
przeciwnie, łatwowierność twoja
granic nie upatruje. Niedawno takmocno uprzędzony przeciw
wszystkim objawieniom,
nazywałeś naukę o duchach
gorączką rozumu, a tych, co o niej
pisali, omamiaczami szkodliwymi.
Teraz nie tylko byt ich uznajesz,
postępujesz dalej, dajesz im
słabości ludzkie, w ich być
zdolnymi zemsty. Edmondzie,
bądź ostrożny, niezadługo
uwierzysz w upiory.
– Cicho, cicho – rzecze Idalia. –
Wieczne milczenie o tym. Jużem
przekonana o wszystkim. Niezgłębiajmy tej tajemnicy.
– I za cóż nie?
– Bo myślę, tak jak Edmond, że
upiorne szperania mogłyby jakieś
zło na nas ściągnąć.
Tu sąsiad pożegnał się z nami,
a lubo każdy z nas udał się do
spoczynku. Nie wszyscy jednak
spokojnie spali. Edmond wyznał
nazajutrz, że długo w nocy
rozmyślał nad tym osobliwszym
wypadkiem.
Dzień, który po tym nastąpił,
był dniem zdziwienia dlawszystkich. Kilka sąsiedzkich
osób, wszyscy domownicy
udaliśmy się do Zameczku
w gromadzie. Już dłużej nikt z nas
wątpić nie mógł. Duch się
wszystkim pokazał. Jedni w koło
otoczyli byli to miejsce, drudzy na
górę weszli, lecz wszyscy ujrzeli tą
postać. Krzyk, pomieszanie było
powszechne. Jedni pobiegli ku
niej, inni jak wryci stali. Ci, co
wkoło pilnowali, do środka
różnymi stronami wbiegli. Nic
ducha zmieszać nie mogło. Zszedłpoważnie i w oczach wszystkich
wsiąkł w ziemię, która go w sobie
oczom naszym skryła.
Odtąd co dzień się ukazywał,
mniej lub więcej dawał się widzieć.
Czasem wzrost jego był mierny,
czasem wysoki i imponujący.
Ośmieleni i oswojeni z tak
nadzwyczajnym gościem,
gadaliśmy do niego, wołaliśmy go,
lecz żadnego nie dał głosu. Zawsze
w tym samym miejscu, zawsze
milczący, zawsze cudownym
sposobem niknący w oczachnaszych, został dla nas
niedoścignioną gadką.
Edmond w głęboką wpadł
melancholię. Lękać się poczęłam,
aby zdrowie jego nie ucierpiało.
W pierwszych dniach młodości
swojej kochał zapamiętale młodą
i piękna kobietę, którą śmierć
niewcześnie porwała. Rozgrzana
imaginacja wyobraziła mu, iż to
ona może jemu się ukazuje.
Wkrótce ten błahy domysł stał mu
się ulubioną istotą. Czekał godziny
zwyczajnej z niecierpliwością, nieopuszczał jej nigdy i zawsze
smutniejszy powracał.
Wieczoru jednego, gdyśmy
każdy z osobna zanurzeni
w myślach naszych siedzieli,
usłyszeliśmy dźwięk gitary. Nie
było podobnego instrumentu
w całym domu. Podziwienie
zdumiało nas wszystkich,
przyłożyliśmy ucha i usłyszeliśmy
głos bardzo przyjemny śpiewający
następujące wiersze:
Wszystkim żywiołom,o przyjazna noco!
Ukrywaj bytność moją twoim
cieniem,
Niech wszystkie twory uśpione
twą mocą
Nieprzebudzone zostaną mym
pieniem.
Głuche milczenie nakaż
przyrodzeniu,
Niech jedna w całym ja czuwam
stworzeniu.
O tej solennej i okropnej porze,
O której duchy zstępują naziemię,
Błąkam w tym miejscu, aż
dopóki zorze
Swym światłem ludzkie nie
oświeci plemię.
Me udręczenie póty się nie
skończy,
Póki kochanka duch z mym się
nie złączy.
O wy, śmiertelni, których jest
mniemaniem,
Że miłość w grobie kończy się
koniecznie,Niech los mój będzie dla was
przekonaniem,
Że ten sentyment trwać
powinien wiecznie!
Ty, który opłakujesz śmierć
niewczesną moją,
Bądź pocieszony – jeszcze będę
twoją.
– Co za głos! – zawołał Edmond,
gdy harmonia nas zadziwiająca
ustała.
Przypadek zrządził właśnie, że
Edmond siedział pod oknem, podktórym głos i gitara słyszeć się
dały. Chciał przez nie zobaczyć,
ale było okiennicą przysłonięte.
Wtem kilka akordów i smutne
z głębi serca wychodzące
westchnienie zakończyło
wszystko. Wybiegliśmy, lecz prócz
wartowników nocnych żadnej
żywej istoty nie było.
Przebiegliśmy domy, dziedzińce,
ogrody. Nigdzie ślad żaden nawet
nie wyjawił nam tej tajemnicy.
Wielu z ludzi cudzych i służących
głos i instrument słyszało, lecznikt nic nie widział, myśleli, że
która z nas się bawi.
– O Boże! – mówił smutnie
Edmond. – Cóż się to w tym domu
dzieje!
Tu się zapomniał i jakby był
sam jeden przed sobą wymawiał
niewyraźne słowa, w których ten
frazes zrozumieliśmy:
– Tereso! Czuła Tereso! Czekaj...
Niedługo się złączymy.
Takie poruszenie mocne nas
o obawę przywiodło. Fantastyczne
jego mniemanie, że duch zmarłejkochanki do niego wraca, mogło go
życie kosztować. Umyśliliśmy dać
umysłowi jego zwrot jakikolwiek,
aby na nowo zacząwszy tego
zdarzenia dochodzić, czułość jego
zawieszona, uczyniła przerwę
szkodliwym na jego zdrowie
wnioskom.
– Słuchaj, Edmondzie –
mówiłam. – To widmo, te jęki, ten
dźwięk dziś pod oknem tego
pokoju słyszany, wszystko to jest
sztuką sprawioną na omamienie
niewiedzących, jakim to sięsposobem dzieje. Tych sztuk
działaczami my jesteśmy: ja
i Idalia.
Edmond mocno się roześmiał.
– I jakże możecie myśleć, że nie
widzę w waszych oczach
przyczyny, dla której mnie to
kłamstwo czynicie? Umiecie
czarować – to aż nadto prawda –
lecz czar wasz znajduje się
w waszych oczach i przymiotach.
Pozwólcie, abym w tym razie
prosił was lepiej mnie umieć cenić.
Jak możecie myśleć, gdyby przezczas tak długi igraszka udać się
mogła, a jeszcze igraszka przez
kobiety ułożona. Dawno same
byście wyjawiły to mniemane
cudo, gdybyście wy jego
stwórczyniami były. Lecz oto
nawet i w tym momencie widzę
smutek na twarzach waszych.
Dochodzę przyczyny, dlaczego żart
ten przede mną w ten moment
stroicie. Lękacie się, abym
w nazbyt wielką nie wpadł
melancholię, a może nie umarł...
Sądźcie lepiej o męskim umyśle.Umiemy znosić wszystkie
przygody życia naszego
z męstwem i cierpliwością. Strach
i straszliwe skutki jego są tylko
dla kobiet, a nie zapominajcie,
żem mężczyzna.
Po tej mowie sądziliśmy, że na
próżno przedsiębierzemy przynieść
jakąś ulgę jego umysłowi,
zostawiliśmy to czasowi, który
powinien był przynieść koniec tej
przygodzie. Nic więc nie
odpowiedzieliśmy Edmondowi,
a Strach ukazywał się zawszezwykłym sposobem, jednak znowu
nie co dzień, lecz kiedy niekiedy,
ale w dniach, w których go nie
widziano, zawsze coś słyszano.
Jednej pogodnej nocy, siedząc
pod oknami domu, otoczyła nas
razem atmosfera, tak przyjemna,
iż wonie, któreśmy uczuli,
przechodziły to wszystko, co
lubieżna wytworność mieszkańców
Azji i nawet samej Arabii spłodzić
może. Zachwycenie nasze
najwyższego doszło stopnia,
gdyśmy powtórnie usłyszeli akordgitary i tenże sam głos, lecz z góry
i tak jakby z obłoków wychodzący,
który te słowa czule i zwolna
śpiewał:
Przedwiecznych duchów wy
mnogie szeregi!
Z waszych rozkoszy na czas
oderwana
Doznaję czucia, miłości potęgi,
Byłam szczęśliwą, tu byłam
kochaną.
Córce powietrza, której otwarte
są Nieba,Na smutnym tym okręgu
szczęścia szukać trzeba.
– Nie, to nie do wytrzymania! –
zawołał Edmond.
Milczeliśmy wszyscy. Nie można
było szukać, skąd głos wychodził,
bo wyraźnie w powietrzu nad
głowami naszymi słyszeć się zdał.
Mamiąca zmysły, napełniona
wonią atmosfera, noc cicha
przyświecona tysiącami świateł,
które Bóg na firmamencie zapalił,
głos tkliwy i do duszy wdzierającysię, mistyczne słowa
niewidzialnego, czyli raczej
powietrznego śpiewaka, solenne po
tym milczenie... Wszystko duszę
naszą najtkliwszym uczuciem
przejmowało. Każdemu z nas
chciało się upaść na kolana, czcić
tę Wszechmocność, taką słodyczy
napajać może serce śmiertelnych.
O, rozkoszy niepojęta, którą
czułość napaja tych, co tym darem
są napojeni! Nie! Dusze zimne
i samoistne, wy jej pojąć nigdy nie
będziecie mogli. Dla was towszystko, co przyrodzenie ma
pięknego, przenikającego
i tkliwego, jest stracone. Wy nie
żyjecie, byt wasz podobny do
latorośli prowadzi was przez długą
i krętą ścieżkę życia, bez
wzruszenia, bez odmiany.
Zlodowaciałe wasze uczucia nie
przerywają nigdy jednostajności
dni waszych. A gdy kres
wszystkim przeznaczony przerwie
pasmo dni waszych, żaden
świadek zgonu waszego łzy nie
uroni nad łożem waszymśmiertelnym, żadne serce tkliwe
nie rzuci kwiatka na wasz
grobowiec, nie zagrzeje zimnego
kamienia, który pokrywa zwłoki
wasze łzami gorącymi uczucia!
Nikt was nie kochał, bo nikogo nie
kochaliście! Żyliście, lecz nie
czując! Przeszliście, nikt waszego
bytu już nie pamięta. O, czułości!
Święta cnoto serc poczciwych. Bez
ciebie cóż byłoby przyrodzenie?
Stworzenie całe byłoby
niedoskonałe, ciebie Bóstwo
zsyłając, dokończyło daru swego.Z tobą i przez ciebie jesteśmy
szczęśliwi.
Tymi to uwagami przejęci,
każdy z nas milcząc, udał się do
swego spoczynku. Gdy dusza
mocno przejęta, słowa w ten czas
brakną. Wkrótce sen zawarł oczy
nasze. Tysiące snów, lekkie obrazy
dniowych zdarzeń i słodkich
marzeń łudziły nas swoją
przyjemną obłudą. A gdy słońce
rozpędziło nocną pomrokę,
zdarzenie, które się na jawie stało,
zmieszało się z nocnymi marami,które uśpione zmysły przynoszą,
i wszystko za sen poczytaliśmy.
Tyle nadprzyrodzonych zdarzeń
zwróciło uwagę całej prowincji.
Wiele osób umyślnie do mnie
zjechało, aby się tym cudom
przypatrzeć. Nie było nigdy innej
rozmowy jak o Strachu w Z...
Edmond jednym razem zdał się
ocknąć z długiego swego marzenia.
– Nieba! – zawołał dnia jednego.
– Cóż bym nie dał, gdyby teraz
jakiś mądry teolog, dobry zarazem
fizyk mógł tu przybyć!Ledwo to wyrzekł, aliści jakby
te słowa moc czarodziejską miały,
usłyszeliśmy turkot kół, zajeżdża
pojazd i z niego wysiada X. P.,
człowiek posiadający właśnie
przymioty żądane przez Edmonda.
Nie dał mu ten ostatni czasu
przywitania gospodyni; już mu bez
odetchnienia opowiada zdarzenie,
które od pięciu lub sześciu tygodni
zadziwia wszystkie okolice tego
miejsca. Mądry i rozsądny słucha
go z uśmiechem i po tym nas pyta,
czy ów kawaler przy zdrowymumyśle. Odpowiedź nasza
zastanawia uczonego człowieka.
Prosi natychmiast o pojazd, w tym
momencie będąc nadto
zmordowanym, by mógł iść
piechotą. Czynimy zadość jego
żądaniu. Przybywa on na miejsce
wyznaczone, lecz nic nie widzi.
Szuka przyczyn fizycznych, jeśli
jaka optyka lub ewaporacja nie
czyni skutku, który ten błąd rodzi,
lecz nic znaleźć nie może: czyni
wszystkie próby, egzaminuje ściśle
położenie, gaj, grunt; szukaw samej ziemi, jeśliby coś nie było,
co by ekshalacją jakąś pod tym
kształtem wydać mogło. Nic nie
znajduje zgoła i powraca
zadziwiony; wątpi w głębi duszy
swojej, lecz przez grzeczność nie
wyjawia skrytego swego
mniemania. Wypytuje się u ludzi;
żąda, aby mu Idalia obszernie
jeszcze powtórzyła, co mu już po
tysiąc razy Edmond objaśnił,
i zamiast pojęcia czegoś, co raz
bardziej ciemno w tym widzi.
Ogłasza nam na koniec, że dnikilka z nami zabawi dla dojścia
tak osobliwego i niepojętego
trafunku.
Nazajutrz w porze, w której
duch się ukazuje, co tylko w domu
się znajduje, nam towarzyszy.
W drodze szanowny mąż,
roztropnymi uwagami zatrudnia
nas:
– Religia – rzecze – każe nam
wierzyć, że dusze od ciał oddalone
modlitw naszych potrzebują.
Kościół każe nam błagać Boga,
aby kary ich zmniejszył i prędzejich ku sobie przywołał. Modlić się
trzeba, a duch nie ma przyczyny
przypominać nam naszej
powinności; poczciwy człowiek
pełni ją; ten co religii nie ma,
temu nadaremne byłyby takie
upominki. Pismo Święte niektóre
przykłady nam dowodzi, lecz teraz
Bóg tych cudów nie potrzebuje.
Dał nam prawdziwą religię; krwią
nas swoją odkupił. Te cuda
położyły tamę innym, nie trzeba,
aby Bóg zwrot czynił
przyrodzeniu, możemy być beztego cnotliwi.
Podobne mowy nie były do
smaku Edmonda ani tym
wszystkim, którzy przez czas tak
długi co dzień na ukazującego się
ducha patrzyli. Przeczyli
uczonemu. Ja i Idalia szłyśmy
obok niego w głębokim
zamyśleniu, smutek na naszych
twarzach był widoczny. Spostrzegł
go Edmond i według swego
sposobu sobie go tłumaczył. Na
koniec stanęliśmy w Zameczku. X.
P. i Edmond szli na czele. Duch sięswoim zwyczajem ukazał
i zwykłym sposobem znikł z oczu
o dziesięć kroków od X. P., który
chyżo za nim pobiegł.
Zadziwiony X. P. nic nie mówił,
zdawał się szukać przyczyny tego,
co zobaczył. Oddalił się od miejsca
sceny, usiadł pod szałasem
i znowu wypytywać się począł
o niektóre szczegóły. Ludzie
przytomni rozbiegli się, głębokie
w tym miejscu panowało
milczenie; głos tylko uczonego
człowieka i odpowiedzi Edmondasłyszeć się dawały. Zamyślona
zeszłam ze wzgórka, z którego
duch schodził i tak cudownie
niknął. Ledwo byłam na dole,
aliści krzyk mój ściągnął
wszystkich, nie tylko X. P.,
Edmonda, Idalię, lecz i tych,
którzy wkoło Zameczku chodzili
i o tym rozmawiali, co po tyle razy
oczyma swymi już widzieli. Gdy
wszyscy mnie otoczyli, pokazałam
im, że odkryłam koniec deski,
który darnią zdawał się być
pokrytym.– Coś to być musi – rzeknę – pod
tą deską. W podobnej okoliczności
nic zaniedbanym być nie powinno.
Edmond wziął swą laskę,
podkłada ją pod deskę przeze mnie
wskazaną.
– Boże! – rzecze ten człowiek,
niedawno jeszcze tak niczemu
niewierzący, a teraz drżący
z tysiącznych poruszeń, których
sam sobie wytłumaczyć nie mógł.
– Boże Wszechmocny! I cóż... my...
tu... znajdziemy.
Wtem podnosi wielkie wieko:była to zapadnia. Jama się
odsłania, a w niej postać zupełnie
biała... Ręce wyciągnięte, rysy
twarzy przewrócone przez
konwulsyjne targania. Wargami
drżącymi Edmond mocnym
zawołał głosem:
– O nieba! Co ja widzę?
Odrzuca wieko. Jeden moment
podziwienia, przestrachu; drugi, co
za nim następuje, przyprowadza
uwagę. Poznaje przezroczystą
zasłonę, że ją ludzka ręka utkać
musiała. Zdziera ją z owej postacii odkrywa... Cóż? Piękną głowę,
lecz głowę należącą do śmiertelnej
kobiety! Jednym słowem, poznaje
Marcysię, ładną garderobianą,
pozostającą na usługach Idalii.
Śmiech powszechny dał się
słyszeć. X. P. śmiał się z nami.
Edmond, przywrócony do
przytomności, poznaje potrzebę
udania, że się śmieje jak i drudzy.
– Wybacz Panie – rzeknę do
szanownego X. P. – Wybacz nam,
żeśmy cię uczyniły świadkiem tej
dziecinnej igraszki. Kosztowałomnie niezmiernie, żem ci się
wczoraj jeszcze odkryć nie mogła.
Niezmordowana czynność
Edmonda nie zostawiła nam
jednego wolnego momentu. Znam
uszanowanie, które ci winnam;
ten sentyment łączy się do
wdzięczności. Lecz w tym
zdarzeniu mniemaliśmy, iż
ponieważ Edmond nie dał nam
czasu prawdy ci odkryć, to
zdarzenie zabawi ciebie i długie
chwile wiejskie skróci.
– Nie gniewaj się, Edmondzie –rzekła Idalia. – Wszakże nieraz ci
powiadałyśmy, że się zemścimy.
– A to za co? – powie X. P.
– Kawa gotowa – rzeknę –
idźmy ją wypić, potem ci
opowiemy, szanowny przyjacielu,
przyczynę tej zemsty, która
jednak zawsze za pierwszy cel
zabawę miała.
Gdyśmy wszyscy usiedli,
a czeladź się oddaliła, prosił mnie
powtórnie X. P. i Edmond, abym
opowiedziała, jakim sposobem
potrafiłyśmy przez czas tak długitak wielu ludzi utrzymać
w mniemaniu, że się duch prawie
codziennie i na jednym zawsze
miejscu ukazywał.
– Najłatwiejszym sposobem –
rzekłam – dół wykopany w ziemi,
zapadnia misternie zrobiona i tak
darnią zręcznie przykryta, że ją
rozpoznać od ziemi, co ją otacza,
nie można było. Oto cały
mechanizm do tego użyty. Dwie
dziewczyny niejednostajnego
wzrostu kolejno grały role ducha.
Ubrane w odzienie przezroczyste,z daleka nadzwyczajną postać
miały, a nierówność wzrostu
sprawiała odmianę, do której
imaginacja dodawała.
Przychodziły i odchodziły drogą
nieużywaną. Sekret, do którego
dwóch tylko mężczyzn użyłam,
a pięć kobiet, dokonał reszty. Pięć
kobiet! Słyszysz, Edmondzie?
Powinno to być próbą, że płeć
nasza równie utaić może
tajemnicę, jak i wasza. Oto
sposób, jakim się ta rzecz udała,
teraz powiem przyczynę naszejzemsty: Edmond utrzymywał, że
my nie posiadamy przymiotu
milczenia; że skłonne jesteśmy do
przykładania wiary rzeczom
nadprzyrodzonym i nie mamy ani
dosyć stałości umysłu, ani dosyć
odwagi szukać źródła rzeczy na
pierwszy pozór niedościgłych.
Przekonałyśmy w tym
zdarzeniu nie tylko Edmonda, lecz
cały rodzaj męski, że milczeć
umiemy, a że przeciwnie
mężczyźni równie z nami skłonni
są wierzyć w ukazanie się duchówi że gdy się ich imaginacja zapali,
nie gruntują istoty, lecz dają się
z łatwością uwodzić przez
mamidła.
Czas, aby ludzie obojga płci
obopólną oddali sobie słuszność;
kobiety czy mężczyźni, wszyscy
ogólnie posiadamy jednostajne
przymioty i te same przywary.
Płcią tylko się różnimy, a nie
mając nic sobie do wymówienia,
będąc we wszystkim sobie
podobni, szanujmy jedni
w drugich, co jest warte pochwały,a błędy nasze wzajemnie
wybaczajmy.
Pozostaje mi jeszcze
wytłumaczyć ducha śpiewającego
pod oknem i na powietrzu. Tu nic
innego nie było prócz śpiewaczki,
która po świecie chodząc z mężem,
na chleb zarabiała. Tę
zatrzymałam pierwszego razu
nauczywszy ją piosenki
potajemnie i po odśpiewaniu owej
wysłałam ją nocną porą. Za jej
powtórnym przejazdem toż samo
wykonała już nie pod oknem anina powietrzu, jak się słuchającym
wydawało, lecz na dymniku pod
dachem; co większą jest próbą, że
bardzo prostych potrzeba
sposobów do omamienia umysłu,
gdy imaginacja dopomaga.
Ta historia w oczach tylu
świadków dziejąca się byłaby
przez nas może puszczona w świat
i pomnożyłaby mnóstwo
podobnych zdarzeń, które pewnie
jak i tu nie miały innego
fundamentu, lecz nie chciałyśmy
także przez to zdarzeniepowiększać źródła dla przesądów,
świadectwo bowiem takich jak my
osób zachwiać by mogło niejeden
umysł zdrowy, a nade wszystko
przytomność twoja, Panie,
i uszanowanie, któreśmy ci winne,
przynagliły nas położyć tamę tej
zabawie. Daruj, Edmondzie,
i wyznaj, że ci ten żart nieraz
przyjemne sprawił marzenia,
a dusze tkliwe z łatwością je
pojmą.[1] Pliniusz
Młody pisze w liście
swoim do przyjaciela, że dwie
mary w białych szatach ogoliły
jego niewolnika, gdy on był
uśpiony. Co od innych
niewolników widziane było
