Cecylia Niewiadomska


Ostatnie powstanie 1863/4.



Przedświt, r. 1860.

 Czy to znowu Warszawa? ta sama Warszawa, w której grasują zbiry Paskiewicza? Co za zmiana!
 Na ulicy tłum ludzi, tysiące. Ze skromnego mieszkania młodzież akademicka wynosi na barkach trumnę, spływa z niej suknia kobieca. Poważnie rusza kondukt pogrzebowy, za nim młodzież i starcy,, ludzie prości, inteligencja, mężczyźni i kobiety; przez ulice Warszawy posuwa się ten liczny orszak, około dwudziestu tysięcy, a policja milczy i nie napastuje, ruch dorożek wstrzymany.
 To pogrzeb wdowy po Sowińskim, bohaterskim obrońcy Woli. Mieszkańcy Warszawy cześć oddają jego pamięci.
 Na cmentarzu ewangelickim pastor w mowie pogrzebowej głosi jego zasługi, mówi o męstwie, miłości ojczyzny, a lud słucha wzruszony, pełen wspomnień. Jest to rok 1860, więc blisko trzydzieści lat temu...
 Zanim spuszczą trumnę do grobu, publiczność na pamiątkę zrywa z niej ozdoby, dzielą się suknią zmarłej.
 Mogiłę wieńce zielone pokryły, posypały się świeże kwiaty, a tłum cały dąży na Wolę. Tam przed zagrabionym przez wroga kościołkiem uczci jeszcze pamięć niezłomnego męstwa.
 Wiele, bardzo wiele zmienić się musiało, jeśli Warszawa cicho i poważnie, lecz tak tłumnie i śmiało wyraża swe uczucia. Nie można wątpić, że zmieniło się niejedno.
 Zmieniło się od śmierci cara Mikołaja i sługi jego Paskiewicza.
 Umarli prawie jednocześnie. Car kazał się otruć, bo przegrał wojnę z Turcją i wolał nie żyć, niż prosić o pokój. Paskiewicz skonać nie mógł.
 W strasznej chorobie leży już całe tygodnie, ciało na nim gnije, wszyscy go odstąpili, bo nikt się już nie boi i nikt znieść nie może okropnego widoku i powietrza. Lecz okrutnik skonać nie może.
 Szepczą dokoła niego, że to przekleństwa matek, którym pomordował synów. Nieszczęśliwy męczy się strasznie.

 „Aż zaszepcze schrypłym głosem: — Szukać, gdzie jest Zawiszyna, gdzie ta matka, com jej stracił jedynaka — stracił — syna.
 Weszła. Anioł tak zstępuje do piekielnych mąk otchłani... Zrywa się Paskiewicz z jękiem:— Przebacz, matko! Przebacz, pani!
 A ta Polka, chrześcijanka, rzekła: — Niech ci Bóg przebaczy! — A Paskiewicz skonał wtedy — skonał krwawy herszt siepaczy“.

M. Konopnicka. 

 Do Warszawy łaskawie przybywa nowy cesarz, Aleksander II. Miasto gotuje się na powitanie: zawsze to nie Mikołaj, nie był zdetronizowany przez Polaków, mówią o nim, że łagodniejszy, że chce zacząć nową epokę w stosunku dwóch narodów, może... może...
 Z bijącem sercem witają go obywatele. Przyjmuje przedstawicieli narodu, lecz słowa jego jak grad zimny, ostry, padają na ich głowy:
 — Precz z marzeniami! Wszystko, co ojciec zrobił, zrobił dobrze; moje panowanie będzie dalszym ciągiem jego rządów. Dla własnego szczęścia wyrzeczcie się myśli o niepodległości. Przyszłość Polski tylko w zjednoczeniu z Rosją.
 „Precz z marzeniami!“ — powtórzyło echo, powtórzyła Warszawa i kraj cały. „Precz z marzeniami!“
 Poza tem lżej, spokojniej. Na miejsce Paskiewicza mianował cesarz namiestnikiem staruszka generała, księcia Gorczakowa, który pragnął spokoju, odpoczynku. Powróciła garstka zesłańców z Syberji. Otwarto w Warszawie Akademję medyczną zamiast dawnego uniwersytetu, co skupiło trochę młodzieży w stolicy. Hrabia Andrzej Zamoyski uzyskał pozwolenie na zawiązanie Towarzystwa Rolniczego.
 Towarzystwo Rolnicze, pierwsze dozwolone stowarzyszenie w Polsce po roku 1830, gorliwie zajęło się pracą dla kraju. Zakładano szkoły i szkółki, wydawano książki i pisma, dążono do oświaty i bogactwa kraju, a najwięcej radzono nad najważniejszą rzeczą: jaką drogą uczynić chłopa właścicielem ziemi, obywatelem kraju.
 Większość już rozumiała, że od tego przyszłość zależy: że chłop-obywatel bronić będzie swego zagona przed wrogiem; że naród zjednoczony stanie się silniejszym, i przyjdzie chwila, kiedy nikt go nie pokona.
 Więc o to chodzi wszystkim, ale — trzeba obmyślić sposób uwłaszczenia ludu i uzyskać na to pozwolenie rządu.
 A rząd wcale nie pragnie uwłaszczenia. Pozwala o niem mówić, ale woli przecież sam nadać chłopom ziemię, bo wtedy będzie dla nich dobrodziejem.
 Niechże sobie gadają, na tem koniec. Pozwolenie? Ha, można na nie czekać długo.
 Zdawałoby się, że każdy właściciel mógł przecież swoim chłopom nadać ziemię i umówić się z nimi o warunki. Niechby wtedy rząd się sprzeciwił!
 I wielu tak zrobiło, lecz mogli postąpić w ten sposób tylko bardzo bogaci ludzie, których dobra nie były odłużone. Jeżeli na majątku były długi, to właściciel nie może rozporządzać ziemią, nie ma prawa.
 Majątków bez długów było bardzo mało, po większej części uwłaszczone. Reszta obywateli — z nielicznemi bardzo wyjątkami — szczerze pragnęła załatwić tę sprawę, lecz nie śmiała i nie mogła jej rozstrzygnąć bez pozwolenia władzy.
 A pozwolenia niema, i czas płynie, aż nadejdzie godzina, kiedy to stanowić będzie może o losach narodu.
 Czas płynie.
 W październiku 1860 roku przybywa do Warszawy trzech monarchów trzech państw zaborczych. Chcą się zjechać i porozumieć, bo coś psuje się w Europie: podbite narody żądają wolności. Włosi wypędzili z ziemi swojej Austrjaków, pomógł im cesarz francuski, Napoleon III. Trzeba było zaraz zrobić ustępstwa Węgrom, żeby uniknąć wojny. I Polacy napewno myślą też o sobie: pogrzeb Sowińskiej świadczy, że nie wyrzekli się marzeń. Trzeba nad tem się zastanowić we wspólnym interesie.
 Wie Warszawa dobrze o tych odwiedzinach i jakoś się nie lęka. Jest w figlarnem usposobieniu: odważy się z tyranów zażartować.
 Choć nadrabiają miną, oni się teraz boją. Aleksander już w Wilnie zauważył wielką różnicę: witały go milczące i ponure tłumy. Nic dziwnego: niedawno odrzucił zuchwałą prośbę ziemian o pozwolenie uwłaszczenia chłopów, nie chciał przywrócić unji.
 Co też zastanie w Warszawie?
 Pierwsze widowisko: spalenie bramy tryumfalnej, przez którą miał wjechać do miasta. Ulice puste, cisza. Piękna iluminacja wieczorem, lecz nikt jej nie podziwia; ciekawym oblewają suknie kwasem siarczanym. To samo na dworskiem przyjęciu. W karetach potłuczono szyby kamieniami. Loża cesarska w teatrze poplamiona błotem, i taki straszny zapach, że trzeba uciekać. Na afiszach nawet ktoś ponapisywał „trzech złodziei“ zamiast „dwóch“ w sztuce „Robert i Bertrand“.
 Żartuje z cesarza Warszawa, figle mu płata.
 Austrjaka na dworcu witają okrzyki: — Wiwat Magenta i Solferino! — To jego klęski we Włoszech.

 Rozjechali się spiesznie trzej monarchowie z Warszawy: niewygodnie tu radzić.


Pięciu poległych 27 lutego 1861.

 W Warszawie teraz pochody, pochody, pochody, nabożeństwa pamiątkowe, procesje z krzyżem i chorągwiami, śpiewy, coraz częściej manifestacje uliczne.
 Namiestnik nic nie mówi na to wszystko. Wolałby, żeby tego nie było, wolałby, — lecz wojować tak mu się nie chce. Na polu bitwy był zawsze odważny, ale wobec modlitwy, bezbronnego tłumu — stary już książę Gorczakow.
 A Warszawa znów taka inna, zmieniona, prawdziwa z niej syrena. Obchodziła uroczyście 30-letnią rocznicę powstania listopadowego, a teraz chociaż zima modli się i śpiewa głośno na ulicy:

„Boże Ojcze! Twoje dzieci
Płaczą, żebrzą lepszej doli,
Rok po roku marnie leci —
My w niewoli! My w niewoli!“
 I zawsze ten sam nieśmiertelny hymn:

„Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie“!
 Zapomnieli zupełnie, że przed 30-u laty inaczej to śpiewać kazano.
 Towarzystwo Rolnicze nierade tym manifestacjom. Hrabia Andrzej Zamoyski, zasłużony ojczyźnie patrjota, woli drogę cichej, użytecznej pracy, boi się głośnych haseł, nie chce wyzywać wroga, bo kraj do walki nieprzygotowany, a rozbudzony zapał niełatwo potem opanować.
 Młodzież jednak sądzi inaczej i zarzuca Towarzystwu Rolniczemu, że nie skończyło dotąd z uwłaszczeniem chłopów. O przeszkodach ze strony rządu mało wiedzą, więc ich gniewa ta ciągła zwłoka: co tu radzić, niech się zabiorą do czynu, i stanie się, co się stać musi!
 Rozumieją to członkowie Towarzystwa i wielu chciałoby tak samo, ale chodzi o to, aby działać zgodnie, aby wszyscy zdobyli się na krok stanowczy.
 W wielkiej sali pałacu namiestnika na Krakowskiem Przedmieściu posiedzenie. Zjechało się tym razem bardzo wielu obywateli, nie brak wśród członków lekarzy, prawników, literatów, inteligencji, bo Towarzystwo nie z samych rolników się składa: skupili się tu wszyscy, którzy pragnęli gorąco pracować dla ojczyzny. Nie przyjęto jednego tylko wybitnego człowieka, margrabiego Wielopolskiego, za jego przekonania polityczne.
 Zebranie dzisiaj bardzo ożywione. Z jednej strony chcą skończyć ze sprawą włościańską: musi powstać uchwała jednomyślna, którejby rząd nie odrzucił, i któraby pozwoliła reformę rolną przeprowadzić.
 A z ulicy dochodzą niespokojne wieści.
 Już onegdaj, 25 lutego, w rocznicę bitwy grochowskiej, na Starem Mieście zebrała się ludność, by ogromnym pochodem wyruszyć za Wisłę i podobno zawezwać Towarzystwo, aby połączyło się z nimi.
 Rozpędziła ich jednak policja, Kozacy i jazda. Po raz pierwszy Gorczakow chciał przeszkodzić manifestacji. Oberpolicmajster sam zajechał w swojej karjolce na rynek, lecz o tem mówi śpiewka:


Na Starem Mieście, przy wodotrysku,
Generał Trepów dostał po py — !

 Obrzucono go błotem, kamieniami, musiał zmykać. Za to Kozacy nie żałowali nahajek, konnica biła szablami, tłum musiał się rozproszyć.
 Nie dali jednak za wygraną. W dwa dni potem, dziś właśnie, jeszcze liczniejszy pochód wyszedł rano z kościoła Karmelitów na Lesznie i łącząc się z innemi, rosnąc ciągle, od rynku Starego Miasta przez ulicę Święto Jańską płynął na plac Zamkowy.
 Tu zastąpili mu drogę Kozacy i wojsko.
 Stoją naprzeciw siebie.
 Na Pragę ich nie puszczą, to już pewna, ale niechby choć doszli przed pałac namiestnika, na zebranie Towarzystwa Rolniczego. Chcą mu po bratersku swoje życzenia wyrazić. Inni szepczą, że Towarzystwo otoczone wojskiem, że się obawia braci. Czy to prawda?
 Na Krakowskie Przedmieście można dostać się inną drogą, więc chociaż tłum na placu stoi nieruchomy, na Krakowskiem Przedmieściu zbiera się już nowy. Z kościoła Bernardynów właśnie wychodzi pogrzeb. Ścisk wielki, bo wówczas miejsce skweru zajmowały tu jeszcze domy, ulica była ciasna.
 Gdy ruszył z miejsca kondukt pogrzebowy, a za nim tłum, rzucili się wściekle Kozacy, bijąc nahajkami, przyczem krzyż został złamany, i na pamiątkowych medalikach z powstania ten krzyż złamany widzimy.
 Karawan skręcił prędko w ulicę Podwale, a tłum znów stoi, głuchy na groźby, wezwania.
 Wtedy generał Zabołockij przeprowadził oddziałek wojska przez ulicę Kozią i koło starej poczty zjawił się przed tłumem. Podobno z okien rzucono na niego kamienie.
 W Towarzystwie Rolniczem odczytano wreszcie uchwałę, obowiązującą do uwłaszczenia chłopów, a że wieści z ulicy nadchodziły ciągle dziwne, niepokojące, więc zamknięto pospiesznie posiedzenie, aby wyjść i zobaczyć, co się dzieje.
 Lecz trudno się przecisnąć przez zbitą masę ludu. Wtem — salwa karabinów, krzyk, popłoch, ucieczka — na bruku zostało pięć trupów, między niemi dwóch członków Towarzystwa Rolniczego.


Pogrzeb pięciu poległych 1861 r.

 „I spojrzał z niebios wysokich Pan
 Na te pięć trumien z ciernia godłami,
 Co na wzór pięciu Chrystusa ran
 Poniosły Niebu prośbę za nami...“

 Warszawa w żałobie. Sklepy pozamykane, żadnego ruchu kołowego, niema wozów ani dorożek, z balkonów powiewają czarne flagi, zwieszają się kirem naszyte kobierce z białym krzyżem i białemi obwódkami, tu i owdzie wieńce cierniowe i palmy.
 Wojska, policji — w całem mieście ani śladu, Moskale zniknęli, jakby się w ziemię zapadli. Wielu stchórzyło, wyjechało z miasta, inni schronili się do Cytadeli, lub przenieśli tam rodziny, papiery, kosztowności. Inni z gniewem lub wstydem kryją się w głębi mieszkania, niewolno im się pokazywać, zabronił Gorczaków z obawy nowych starć.
 Na ulicach cichych jak w wielkanocną niedzielę od wczesnego ranka pełno ludzi i kobiet w czerni. Grupują się na ulicach, przez które kondukt iść będzie. Porządek utrzymuje straż akademicka.
 Kościół Świętego Krzyża płonie od jarzących świateł, w powodzi wieńców, kwiatów i zieleni stoi pięć czarnych trumien ze srebrnemi krzyżami i cierniowym wieńcem. Uroczyste nabożeństwo celebruje biskup, wspaniały chór artystów, głos organów.
 O dziesiątej otwierają się podwoje, młodzież wynosi trumny, publiczność na chodnikach, środkiem ulicy w porządku wzorowym postępuje orszak żałobny. Prowadzi go arcybiskup Fijałkowski w infule i purpurze, otoczony dwoma biskupami, dalej kanonicy, księża, duchowieństwo, zakonnicy w habitach bronzowych, brunatnych, białych, starcy i sieroty z Tow. Dobroczynności pod opieką sióstr miłosierdzia. Straż ogniowa z brandmajstrem w błyszczących kaskach mosiężnych, studenci, uczniowie Szkoły Sztuk Pięknych i Instytutu Agronomicznego, bractwa kobiece i męskie ze światłem, cechy z chorągwiami okrytemi krepą; na jednej orzeł biały. Towarzystwo Rolnicze, chłopi, pastorowie protestanccy. Trumny niosą aż na Powązki; kobiety w żałobie i czarnych welonach dźwigają ogromny wieniec cierniowy, za niemi pięć żałobnych karawanów. Dalej rabini żydowscy, publiczność, grupa druciarzy-górali, i ludzie wszystkich stanów.
 A dzwony biją we wszystkich Kościołach, nad całem miastem biją dzwony bezustannie; a z nieba słońce świeci pogodne choć blade, powietrze ciepłe, prawdziwie wiosenne. Z okien, z balkonów, stare kobiety i dzieci sypią na przechodzących kwiaty, gałązki zielone. Wszyscy idą z wielką powagą, w milczeniu.
 I to wszystko wolno po strzałach do ludu?
 A wolno.
 W pierwszej chwili książę Gorczakow inaczej był usposobiony: pochwalił Zabołockiego za przywrócenie porządku; lecz bardzo krótko wierzył w swe zwycięstwo.
 Gdy wieczorem na zamku zjawił się arcybiskup z hrabią Andrzejem Zamoyskim, staruszek jeszcze chciał stawiać się butnie. Podobno się wyraził, że buntu się nie lęka, bo ma Cytadelę: może kazać ze wszystkich dział bić do Warszawy.
 Lecz arcybiskup miał mu odpowiedzieć:
 — A ja kazałbym wtedy uderzyć we wszystkie dzwony.
 Opamiętał się książę. W Warszawie wszystkiego około pięciu tysięcy załogi, mogłoby źle być z Moskalami, przypomniał sobie rok 1830. On chciał przecież tylko spokoju.
 Więc zaczyna żałować, że się tak źle stało: to nie z jego winy. On nie dawał Zabołockiemu rozkazu, ukarze go za samowolę, wymierzy sprawiedliwość.
 Ale nie na tem koniec. Późnym już wieczorem przybywa delegacja od całej Warszawy upomnieć się o krzywdę. Należą tu obywatele, kupcy, literaci, bankierzy, duchowieństwo, rzemieślnicy, Żydzi w osobie rabina, wszystkie stany. Książę przyjmują ich bardzo uprzejmie, wszystkie żądania obiecuje spełnić.
 A więc Zabołockij ma być ukarany, wojsko, policja usunięte z miasta, uroczysty pogrzeb pięciu ofiar, dymisja Trepowa, wysłany przez Polaków adres do cesarza, oddanie im na czas pewien władzy w mieście.
 Gorczakow na wszystko się zgadza, tłumaczy, że on nic nie winien. Wtedy szewc Hiszpański miał mu odpowiedzieć:
 — Kiedy w moim warsztacie czeladnik źle buty uszyje, to ja jestem winien, panie namiestniku.
 I pan namiestnik zmilczał.
 Pogrzeb pięciu poległych zjednoczył wszystkie stany, był początkiem szczerej przyjaźni z Żydami, której dali piękne dowody.


Margrabia Wielopolski. 8 kwietnia 1861.

 „Padacie bezbronni pod ciosem przemocy
 Od strzałów ulicznych, od razów z rąk wroga,
 Śród lochów fortecznych, śród lodów północy,
 Przed mordem gołemi stojący piersiami,
 Przed gwałtem broniący się pieśnią do Boga —
 O, biedni Polacy, Bóg z wami!“

 Nie upłynął miesiąc od pogrzebu pięciu poległych, kiedy u steru rządu w Królestwie Polskiem stanął margrabia Aleksander Wielopolski, a pierwszym jego czynem było rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego.
 Musimy zdać sobie sprawę, kto to był. Wielopolski i dlaczego tak postąpił.
 Magnat polski, ambitny, dumny, wykształcony, człowiek żelaznej woli, należał do tych, którzy idą zawsze własną drogą.
 Polityczne swoje przekonania wypowiedział otwarcie po rzezi galicyjskiej: wydał wtedy broszurkę pod tytułem: „List do księcia Metternicha“, to jest do austrjackiego ministra, który chytrze wypadki 46-go roku przygotował. W tym liście Wielopolski oburza się na Austrję, zdradzieckie jej postępowanie i wyraża się, że przyszłość Polski może być lepsza tylko w zjednoczeniu z Rosją, w zjednoczeniu wszystkich Słowian przeciw Niemcom.
 Za ten list właśnie hrabia Andrzej Zamoyski nie przyjął go do Towarzystwa Rolniczego, jako Polaka, który wyrzekł się niepodległości ojczyzny.
 Przeciwnie, rząd rosyjski miał do niego zaufanie i zwrócono się teraz do niego, ofiarując mu stanowisko dyrektora w Komisji spraw wewnętrznych i okręgu naukowego.
 Wielopolski się zgodził, ale pod warunkiem przywrócenia w Warszawie uniwersytetu i wprowadzenia innych zmian w zarządzie, bardzo pożytecznych dla kraju.
 Tym sposobem Wielopolski i Zamoyski stanęli naprzeciw siebie jako przeciwnicy, z których każdy inną drogą chciał prowadzić naród może — do jednego celu.
 W Warszawie powitano go nieufnie, z ciekawością czekając, jak sobie pocznie dalej.
 Dyrektorowi Komisji spraw wewnętrznych i komisji wyznań i oświecenia publicznego przedstawić się musiał liczny szereg urzędników; margrabia przyjął ich dumnie, wyniośle, traktował z góry, a moskaluszki karki zginali w pokorze. Sprawiało to powszechną radość. Powtarzano wyrazy, jakiemi powitał cenzorów: „Widzę, że w tym kraju więcej mażących, niż piszących“. Żydzi byli zadowoleni z łaskawego przyjęcia i obietnic, lecz z duchowieństwem katolickiem odrazu stanął na stopie wojennej.
 Dlaczego?
 Wielopolski postanowił położyć kres manifestacjom, skończyć z tem raz na zawsze. A przecież duchowieństwo brało w nich czynny udział, w jego przekonaniu było kierownikiem ruchu; surowo też wyraził się do delegacji, która przyszła przedstawić mu sprawy kościoła.
 — Nie ścierpię rządu w rządzie.
 Powtarzano te słowa z oburzeniem, a nazajutrz zniknęło ogrodzenie, którem nowy dyrektor kazał odgrodzić dla siebie kawałek uniwersyteckiego ogrodu. Do ostatniego pala przybito kartę z napisem:
 „Nie ścierpimy ogrodu w ogrodzie“.
 Z Andrzejem Zamoyskim szukał margrabia zbliżenia, rozumiał, że ono jest prawie konieczne, jeżeli chce zwyciężyć, uspokoić wzburzone umysły i uczucia. Lecz Zamoyski przyjął go zimno, unikał wszelkiego zetknięcia.
 Wtem — dnia 6 kwietnia ogłoszono rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego.
 A więc otwarta wojna. Kto zwycięży?
 W Warszawie zapanowało wzburzenie. Niechęć ku margrabiemu wybuchła płomieniem.
 Towarzystwo Rolnicze miało nieprzyjaciół, a przynajmniej krytyków: zarzucano mu, że niedosyć energicznie występowało w sprawie uwłaszczenia ludu, że sprzeciwiało się manifestacjom, — lecz teraz zapomniano o tem wszystkiem. Dziś pamiętano tylko, ile zrobiło dobrego, ile dzięki niemu powstało szkółek, fabryk, ilu ludzi znalazło pracę i dobrobyt, ile światła spłynęło w ciemności. Żal i współczucie były powszechne i szczere. Musiano je okazać.
 Na gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, gdzie mieściły się biura Tow. Rolniczego, ukazuje się orzeł biały na purpurze, wieńce, herby województw całej ziemi polskiej, a na ulicy tłum kilkutysięczny, rozlegają się śpiewy, przemówienia. Wielka znowu manifestacja.
 Co z tem począć?
 Zjawia się nowy oberpolicmajster, wybrany przez Polaków i lubiany, pyta, co to znaczy? po co się zebrali?
 Obchodzimy pogrzeb Tow. Rolniczego — odpowiadają mu grzecznie, pół żartem. Namawia do rozejścia. Kończą śpiewy, odchodzą, lecz zjawiają się wkrótce przed pałacem hrabiego Andrzeja na Nowym Świecie.
 I znowu mowy, śpiewy.
 W zamku radzą, jak z tem postąpić. Wtem zbliżają się tłumy, otaczają zamek.
 Gorczakow po wypadkach lutowych obiecał, że w razie potrzeby sam porozumie się z ludem, wysłucha zbiorowych żądań. Więc może uspokoi ich swoją osobą, ukazuje się w oknie, coś mówi, aby się rozeszli do domów.
 Śmieją się i żartują. — Zamknij okno, staruszku, dostaniesz kataru.
 Zjawia się wojsko, Kozacy, konnica, uderzają szablami, nahajkami. Tłum cofa się, lecz wraca, stoi niewzruszony.
 Noc dopiero rozproszyła zbiegowisko. Ludzie rozchodzili się z zadowoleniem, z uczuciem odniesionego zwycięstwa, tryumfu. Wypowiedzieli otwarcie, co czuli.
 I może byłby koniec.
 Lecz nazajutrz czytają na rogach ulic ogłoszenia, zabraniające wszelkich zebrań i pochodów, ostrzegające, że użyta zostanie broń palna.
 Czyżby się ośmielili? Pięciu poległych zbyt świeżo w pamięci: to się powtórzyć nie może. A wobec groźby niepodobna stchórzyć. Nie odważą się strzelać do bezbronnych.
 Na placu przed zamkiem gromadzą się tłumy, wychodzą z bocznych ulic, tu i owdzie krzyże, śpiewają, potem stanęły w milczeniu. Naprzeciw nich piechota i Kozacy. Kozacy nie żałują świszczących nahajek, ale lud nie ustąpi. Znosi bicie, modli się głośno. Postanowił wytrwać: zginie, lecz nie ustąpi.
 Modli się.
 Tratatata! — odgłos bębna. Występuje naprzód piechota z karabinami. — Powtórny odgłos bębna. Gorczakow siedzi w oknie, patrzy na wszystko spokojnie. Generał Chrulew spogląda ku niemu, jakby czekał rozkazu.
 Namiestnik skinął głową.
 W tej samej chwili rozległa się salwa.
 Odpowiedział jej krzyk rozpaczy, ale nie było w nim trwogi. Tłum upadł na kolana i z tysiąca piersi buchnęła krwawa skarga:


„Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej,
Do Ciebie, Panie, bije ten głos!

 Jakieś uniesienie ogarnęło wszystkich: zginąć tak! zginąć z modlitwą na ustach! Krew i życie oddając za ojczyznę.
 Salwy brzmią jedna po drugiej, a lud klęczy, modli się głośno, umiera. Płyną strumienie krwi, nikt nie ucieka. Gdy padł chrześcijanin, trzymający krzyż, Żyd Lande go pochwycił i podniósł wysoko.
 A strzały powtarzają się i powtarzają.
 Tętent: kareta jedzie. Na koźle znany doktór Chałubiński wiezie margrabiego, aby rzeź powstrzymał. Zasypuje ich grad kamieni, z brzękiem wypadają szyby, — wojsko otacza jadących.
 Noc zapadła, strzały umilkły nakoniec.
 Lud rozchodzi się zwolna, w głębokiem milczeniu. Trupów zabrać nie pozwolono.
 Około dwustu osób zostało na miejscu. A ilu rannych?
 Zabitych pogrzebano w rowach Cytadeli.


Ostatnie manifestacje, 15 października 1861.

 Na ulicach Warszawy spokój, mało ludzi, wojska wiele. Obozuje po wszystkich placach, bezustannie krążą wojskowe patrole, niebezpiecznie zatrzymać się w gronie znajomych, bo mogą aresztować. Kobiety w czerni, ale każda z jakąś ponsową wstążką, czy kokardą, bo żałoby nosić niewolno.
 Wojskowe rządy. Gorczakow nie żyje, a jego zastępca wierzy tylko w Cytadelę i nahajkę. Z Wielopolskim walka, oskarżają się wzajemnie przed cesarzem.
 Margrabia bardzo zajęty szkolnictwem. Otworzył uniwersytet, który nazwał Szkołą Główną, bo inaczej nie pozwolono. Ale mniejsza o nazwę, kiedy rzecz jest dobra, a Szkoła Główna piękną zostawiła pamięć: z niej wyszli Prus, Sienkiewicz, Świętochowski i wielu innych znakomitych ludzi, choć istniała tak krótko, zaledwie lat kilka. Oprócz tego zakłada szkoły średnie i niższe, wybiera rozumnych, dobrych nauczycieli, ustanawia wizytatorów, którzy czuwają nad nauką i wychowaniem młodzieży. Takim wizytatorem był też znany pisarz, Józef Korzeniowski.
 To praca bardzo piękna, pożyteczna, i nikt jej nie przeszkadza, tylko — choć manifestacje ucichły, łatwo zdać sobie sprawę, że coś się dzieje skrycie, coś się dzieje. Pod ziemią krąży jakieś życie tajemnicze.
 W Warszawie ucisk straszny, zastępcy Gorczakowa zmieniają się jeden po drugim, coraz srożsi i okrutniejsi, oddychać tu niewolno pełną piersią.
 Aż dnia jednego widzą z przerażeniem, że zniknęła żałoba. Kobiety w jasnych sukniach idą do kościołów, cicha modlitwa, potem zapełniają ogrody, aleje. Co to znaczy?
 To 12 sierpnia, rocznica Unji Lubelskiej.
 W Wilnie w kościołach nabożeństwa, śpiewy, pod Ostrą Bramą brzmi ogromnym chórem „Boże, coś Polskę“, a wieczorem zabawy, tańce, łączą się wszystkie stany.
 W Lublinie pomnik Unji przybrano kwiatami, biały orzeł, śpiewy, zabawa. Powtarza się to w wielu innych miastach, lecz w Kownie uroczystość najwspanialsza.
 Z kościoła wyszła procesja: panny w bieli, chorągwie, krzyże, kwiaty, wieńce, światła. Ze śpiewem dążą do mostu na Niemnie; bo tu się spotkać mają z procesją z polskiej strony.
 Zastępują im drogę Kozacy. Krótki opór i nacisk, tłum przerwał linję pomimo nahajek i posuwa się dalej. Przed mostem znów Kozacy. Lud klęka na drodze i wśród płaczu modli się głośno. Kozacy zdjęli czapki, rozstąpili się na dwie strony.
 Droga otwarta, lecz most rozerwany: usunięto łodzie środkowe, i dwie procesje złączyć się nie mogą. Więc klękają nad wodą Litwini i Polacy wyciągają ręce, pochylają się ku sobie z obu stron chorągwie, padają kwiaty, wieńce, księża błogosławią modlące się tłumy, wysoko wznoszą krzyże, z kilku tysięcy piersi brzmi śpiew uroczysty, modlitwa za ojczyznę i bolesna skarga.
 A wtem przewoźnicy połączyli przęsła mostu, Polacy i Litwini rzucają się sobie w objęcia, płacz radosny, wróżby, okrzyki.
 Więc nie stłumiono ruchu, uczuć nie wydarto z piersi, chociaż milczy pod batem Warszawa, choć i w Wilnie na Pohulance padło znów wiele ofiar niedaleko mogiły Konarskiego.
 Modlić się za ojczyznę niewolno.
 Jednak pogoda w Petersburgu zmienna; w walce z dzikimi ciemiężycielami zwyciężył Wielopolski: cesarz uznał, że trzeba pozyskać Polaków, dać im pewne ustępstwa, zastąpić srogość łagodnością. Inaczej — można się lękać wszystkiego.
 Cesarz powstania nie chce. Wierzy Wielopolskiemu, że on zdoła kraj uspokoić, i odwoławszy zbirów, mianuje namiestnikiem człowieka z europejską kulturą, Francuza z pochodzenia, katolika. Nowy namiestnik, Lambert, powinien wzbudzić zaufanie, zjednać sobie przyjaciół, dążyć do zjednoczenia dwóch .narodów.
 Jest on istotnie grzeczny i wyrozumiały, umie bardzo pozyskiwać sobie ludzi, a Polak łatwo zapomina złego.
 Ale cesarz takim ludziom niedowierza, dlatego dodał mu dozorcę, Gersztenzwejga. Ten pan, niby podwładny, generał, gra rolę Nowosilcowa: pilnuje, donosi, ma prawo nawet rozkazać, gdyby zaszła tego potrzeba. Czuwa on wciąż nad wszystkiem uważnie i bacznie, a na Lamberta patrzy podejrzliwie; nie lubią się nawzajem.
 Musiało przyjść do starcia.
 Sposobność zdarzyła się wkrótce. Dnia 10 października przypada rocznica Unji Horodelskiej, i Polacy nie pominęli sposobności, żeby okazać, czem są i co myślą.
 Tym razem manifestacja miała się odbyć w Horodle, tem mieście pamiątkowem. Ze wszystkich dzielnic byłej Rzeczypospolitej tu zgromadzić się miały delegacje, procesje, przedstawiciele.
 Lecz władze rosyjskie były uprzedzone. Przed morzem głów, płynących w stronę miasta, ukazała, się garstka oficerów, otaczająca już siwego generała.
 Stanęli na drodze. Tłumy się wstrzymały.
 — Dokąd idziecie?
 — Do Horodła, uczcić pamiątkę przeszłości.
 — Do miasta was nie wpuszczę — rzekł generał stanowczym tonem, ukazując stojące działa, przy nich kanonierów z lontami i długą linję wojska.
 — Chcemy się modlić.
 — Macie pola — i wskazał ręką na rozległe równiny zaoranej ziemi.
 To niby pozwolenie, bo nie zamknie przecież do więzienia kilkunastu tysięcy ludzi.
 Najwyższe wzgórze otoczono chorągwiami, wzniesiono na niem ołtarz, rozpoczęła się msza polowa, przemówienia, pochylało się czterdzieści chorągwi i znów wznosiły dumnie złocone przyczoły, łopotały z wiatrem ciężkie jedwabne materje, jak purpurowe maki zakwitały nad nieskończoną falą różnobarwnych strojów, głów pochylonych, albo wzniesionych ku niebu.
 Obok Polaków stoją Litwini, Żmudzini, przedstawiciele Rusi, Kurpie, Pomorzanie, wszystkie dzielnice Polski z chorągwiami dawnych województw. I Żydzi stanowią tu oddzielną grupę.
 Przemawia ksiądz Laurysiewicz, unita, Bazyljanin; kapucyn odprawia mszę świętą; płyną modły i śpiewy z tysięcy piersi, łkania, — wezbrane serca rwą się w głośnym szlochu, ramiona tulą się do matki ziemi, wspólnej matki wszystkich tych dzieci, choć w niewoli, w kajdanach.
 Na zakończenie podpisano nowy akt unji Polski, Litwy i Rusi na zasadach braterstwa i równości.
 W Warszawie tegoż dnia z wielką uroczystością i królewskim niemal przepychem odbył się pogrzeb arcybiskupa Fijałkowskiego, który od początków ruchu szedł z narodem i bronił praw jego całą swą mocą i władzą.
 Niesiono też przed trumną koronę cierniową, orła, berło, śpiewano pieśni narodowe, wygłaszano mowy pełne miłości ojczyzny, wzywające do ofiar i wytrwania.
 Gersztenzwejg zgrzytał zębami. Na to nie pozwoli więcej: pobłażliwość Lamberta rozzuchwala, on ma prawo temu zapobiec. A ponieważ wkrótce potem przypadały smutne rocznice śmierci Kościuszki i księcia Józefa, które miały być obchodzone uroczyście, wymógł rozporządzenie, wzbraniające zebrań ulicznych i pamiątkowych obchodów w kościołach.
 Lambert uległ bardzo niechętnie, lecz uległ i podpisał zakaz.
 Pogodny zaświtał ranek dn. 15 października. Nabożeństwa przygotowane w kościołach, czyż nikt się modlić nie ośmieli? Czy można zakazać modlitwy?
 Bez pochodu, spokojnie i w milczeniu zapełniają ludzie kościoły Ś-tego Krzyża, Bernardynów i Katedralny. Po nabożeństwie powrócą do domów, lecz kościoła się nie wyrzekną. To przecież miejsce święte, nietykalne.
 Gersztenzwejg wściekły, zażądał natychmiast, aby kościoły otoczono wojskiem. Lambert nie śmie tego uczynić. Znowu spory. Wreszcie Lambert ulega. Gersztenzwejg daje słowo, że nie popełni gwałtu.
 Kościoły otoczone i lud w nich zamknięty, nikt nie wychodzi.
 Upływają długie godziny. W mieście zdenerwowanie i na zamku także. Tego się nikt nie spodziewał.
 Wieczór i noc zapada. Ciemność na ulicach. Rozkazano rozpalić ognie. Miasto wygląda ponuro i groźnie. Krążą plotki, że lud się rzuci na żołnierzy, aby odbić zamkniętych, że nastąpi wybuch powstania.
 Lęk ogarnia wszystkich, nikt nie wie, co począć.
 Wreszcie około północy Gersztenzwejg zdenerwowany każe wojsku wejść do kościołów, aresztować obecnych.
 Otwierają przemocą kościół Ś-tego Krzyża: ciemno w nim, pusto. Nikogo tu niema.
 Publiczność się rozeszła w ciągu dnia tylnem wejściem przez sąsiednie domy.
 Kościół Święto Jański jaśniał od świateł płonących; na środku wspaniały katafalk żałobny pod srebrnym baldachimem i potret[1] Kościuszki; księża w lśniących ornatach, lud milczący klęczy, ku ołtarzowi zwrócony.
 Gersztenzwejg osobiście wezwał do rozejścia, lecz nikt nie odpowiedział. Klęczęli[2] wszyscy, jakby skamienieli, nieruchomi, milczący, martwi. A światła wkoło płoną uroczyście, lśnią srebrne ozdoby na kirach żałobnych.
 Padł rozkaz aresztowania. Żołnierze weszli do świątyni, otaczali z brzegu niewielkie gromadki i prowadzili na zamek. Lud nie stawiał oporu. Wtem ktoś uderzył w dzwony, i groźnie, ponuro popłynęły śpiżowe dźwięki niby skarga.
 U Bernardynów broniono się ławkami przed żołnierstwem. Ukończono aresztowania już nad ranem; około piątej więźniów pod konwojem prowadzono do Cytadeli.
 — Ilu? — zapytał Lambert, gdy Gersztenzwejg zdawał mu sprawę z czynności.
 — Około trzech tysięcy.
 Lambert wybuchnął gniewem i rozpaczą, kazał uwolnić wszystkich. Widział, że praca jego zmarnowana, lud wzburzony i groźny zapełnia ulice, — niewiadomo, co stać się może.
 Wtedy z Gersztenzwejgiem nastąpiła kłótnia, pojedynek amerykański i w parę godzin potem dziki tryumfator odebrał sobie życie.
 Lambert zachorował ciężko i wyjechał.
 Kościoły duchowieństwo rozkazało zamknąć, by uchronić je na przyszłość od zniewagi.


Branka.

 I jeszcze raz zwyciężył Wielopolski. Przekonał cesarza, że bez poważnych ustępstw w kraju wybuchnie powstanie. Więc niech cesarz wybiera, jeszcze pora.
 Cesarz powstania nie chciał. Nie obawiał się samej Polski, ale nuż stanie w ogniu cały Zachód? Źle wyszła Austrja na włoskiem powstaniu i teraz głaszcze Węgrów, żeby byli zadowoleni, — tak samo trzeba z Polską. Bo któż może zgadnąć, czy Napoleon III nie da im pomocy, jak Włochom? — czy Anglja nie przypomni, że na kongresie wiedeńskim Polska uznaną była za królestwo konstytucyjne?
 Lepiej nie wywoływać wilka z lasu.
 Więc zgadza się na wszystko, daje rzeczywiście wiele. Jeśli burzę zażegnać można, to chyba ją zażegna.
 Wielopolski jest naczelnikiem władz cywilnych, namiestnikiem książę Konstanty, brat cesarski.
 Mówią o przywróceniu konstytucji, o zupełnej zmianie w stosunku rządu do Polaków, szepczą nawet o odzyskaniu Poznańskiego, o dążeniach Konstantego do korony...
 I kraj dzieli się na dwa obozy: tak zwani „biali‘ gotowi są przyjąć poczynione Polsce ustępstwa, pogodzić się z Konstantym, Wielopolskim, starać się uspokoić wzburzone umysły, zapomnieć krwi przelanej, i na razie przynajmniej utrzymać w kraju spokój.
 Lecz „czerwoni“ nigdy się na to nie zgodzą. Nie chcą ustępstw, bo to chwilowa obłuda. Car dziś daje, jutro odbierze. Oni pragną niepodległości i walki. Wierzą, że lud powstanie, wierzą w pomoc Francji, a najwięcej we własne serca. Te im nie pozwalają uścisnąć ręki wroga.
 Ale jak ją odrzucić? Wielka, wielka odpowiedzialność.
 Jednak odrzucą. W pojednaniu z wrogiem właśnie widzą niebezpieczeństwo największe. To wyrzeczenie się niepodległości. Nie chcą sprzedać praw kraju za miskę soczewicy, precz z łaską carską! Niech odda wszystko, co zagrabił.
 Odrzucono zgodę sztyletem. Spiskowiec Jaroszyński na rozkaz swej partji usiłował zabić księcia Konstantego, Ryll i Rzońca — Wielopolskiego. Wszyscy trzej ujęci i skazani na śmierć.
 Ogół narodu zamachy potępił: sztylet nie jest bronią Polaka. Lecz spodziewano się ułaskawienia.
 Akt łaski Konstantego zjednałby mu serca więcej, niż mamka Polka i syn Wacław; ułaskawienie byłoby dowodem, że rozumie i odczuwa ból narodu, a więc można mu ufać. Miał w ręku wielką moc, moc miłosierdzia.
 Nie umiał z niej skorzystać. Ani książę Konstanty, ani Wielopolski, nie rozumieli, jak wielką jest chwila, nie rozumieli, że własny los trzymają w ręku. Zimnych serc cierpienie ludzkie nie wzruszyło.
 Wyroki śmierci wykonano w sierpniu roku 1862. Trzy szubienice stanęły nieprzebytym murem między narodem a sędziami ofiar. Niema tu dla nich już żadnej nadziei. To była godzina upadku.
 A oni idą dalej, nie wiedząc, co czynią.
 Pozwolono obywatelom zjechać się w Warszawie i wyrazić otwarcie swe życzenia, a gdy się ośmielili wspomnieć o Litwie i Rusi, Zamoyskiemu, jako przywódcy, rozkazano wyjechać za granicę.
 Daremnie Wielopolski wprowadza zmiany użyteczne, nikt z nich korzystać nie chce. Odsuwają się wszyscy od niego, ruch tajemny wzrasta, śledzić go musi zapomocą szpiegów. Co za okropne czasy!
 Wtedy zły duch nasunął mu pomysł szatański: do wojska wszystkich spiskowych!
 Ogłasza nowe prawo: uwalnia w tym roku od branki właścicieli ziemi, chłopów, czeladź dworską, a rekruta z miast weźmie, — bez losowania, podług ułożonej listy.
 Noc z 14 na 15 stycznia 1863 r. Na ulicach Warszawy zwykła ciemność, rozpalono tylko ogniska na placach, gdzie obozuje wojsko, rozstawione na głównych ulicach Warszawy. Po całem mieście gęste i liczne patrole.
 Do wskazanych domów wchodzą policjanci pod osłoną bagnetów. Straż przy bramie. Idą do wskazanych mieszkań i zabierają mężczyzn.
 To branka. W taki sposób odbywał się pobór do wojska.
 Zabranych podług listy prowadzono do ratusza, a stamtąd liczniejszemi oddziałkami pod konwojem do Cytadeli. Pobór ukończono nad ranem.
 Zabrano przeszło 1500 mężczyzn, lecz z tych około 900 niezwłocznie musiano uwolnić. Zabrani byli „przez pomyłkę“.
 Nic dziwnego. Branki się spodziewano, znaczna część młodzieży nie nocowała w domu, zabrano ich ojców i braci.
 Gdzież oni, ci spiskowcy, skazani do pułków rosyjskich?
 Mimo czujności straży, szpiegów i policji niema ich już w Warszawie, uszli w sąsiednie lasy i czekają. Lepiej tu zginąć z głodu albo od bagneta, niż gdzieś tam na obczyźnie, w walce z kaukaskim góralem czy Turkiem.
 A Wielopolski jakby na szyderstwo ogłasza w urzędowym dzienniku, że młodzież chętnie wstępuje w szeregi i okazuje radość, iż kształcić się będzie w szkole porządku, jaką jest służba wojskowa.
 To było kopnięcie nogą wszystkich uczuć narodowych.


Noc 22 — 3 stycznia 1863 r.

 „Chce wróg krwi naszej, niechaj ją wychłepce,
 Chce wróg krwi naszej — niech ją pije rzeką,
 Lecz precz z niewolą! my do niej niezdolni,
 Niechaj ostatnio krople krwi wycieką,
 I padniem wszyscy, ale padniem wolni!
 Wł. Anczyc.

 Komitet Narodowy, który już przeszło od roku kierował organizacją ruchu w całym kraju, stał się w tej chwili rządem. On musiał zdecydować co dalej: pokój czy wojna.
 Pokój — to znaczy uznać się bezsilnym i zdać na łaskę cara; przyjąć w pokorze odrzucane dotąd dobrodziejstwa i wyrzec marzeń o wolności. To znaczy wydać na stracenie ten kwiat młodzieży o najgorętszem uczuciu, który zaufał przywódcom; nazwać ich szaleńcami za to, że nie chcieli dać głowy pod jarzmo. Niech zginą.
 Cóż wtedy? — Wtedy car przestanie lękać się „buntowników“ i uczyni z Polską, co zechce.
 A co on zechce?
 Nie będzie miał przecież powodu do zemsty. Może mniejszem nieszczęściem zguba kilku tysięcy młodzieży, niż klęska narodu? Czy podobna zrywać się do walki dzisiaj, gdy nie mamy broni, pieniędzy, przyjaciół, nic nie przygotowane; wróg zdepcze nas, stratuje jak trawę na łące, dzikie hordy zamienią kraj w pustynię. Czyż możemy w tej chwili oprzeć się jego potędze? Z gołemi rękami pójdziem na armaty?

 Pójdziemy, bo musimy.

„Wy się trwożycie tą liczbą ogromną?
I tą przemocą, co się zda niezłomną?
Cóż jednak znaczy taka ćma motłochu,
Wylęgła z prochu, czołgająca w prochu,
Którą do boju popędzają biczem,
Aby nie pierzchła przed wolnych obliczem?

A nas — nas wszystko do boju porywa:
Każda piędź ziemi, mogiłami żywa,
To jasne niebo, co niesie w obłoku
Cienie poległych, widne duszy oku,
I cała przeszłość, ta przeszłość wiekowa,
Co w swojem łonie tyle sławy chowa!“
 (K. Ujejski)

 Tak, my się cofać nie mamy dziś prawa. Myśmy wierzyli i myśmy budzili do życia naród cały, my uczyliśmy nie lękać się wroga, gardzić nim, kochać wolność, — a dzisiaj mamy zdradzić tych, co nam ufali? Zdrada po stokroć gorsza od nieszczęścia, — to hańba.

„Zmartwychwstaje się z pod gromu,
Nie zmartwychwstaje z pod sromu!“
 Komuż zaufać można, jeśli zdradzają bracia, przodownicy? A bez wzajemnej wiary, zaufania — niema dla nas przyszłości. Zdradzić to znaczy wydać się na zgubę i na hańbę, już bez nadziei, na wieki. A więc wojna? Ilu nas stanie — bez broni? Może powstanie lud. Wtedy nikt nas nie zwycięży.
 Gdyby był uwłaszczony! Gdyby zamiast uchwał każdy pan powiedział chłopu: — Ziemia, na której pracujesz, jest twoja. Rozumiałby wtedy, że bronić jej musi. Lecz chłop dotąd nie dostał ziemi.
 Dostało bardzo wielu.
 Lecz niewszyscy. Nikt nie zgadnie, co lud uczyni w tej chwili.
 Więc my uczyńmy to, co dawno stać się już było powinno: pierwszym czynem naszym uwłaszczenie ludu. To dziś postanawiamy. Księża ogłoszą w kościołach, cały kraj wiedzieć będzie, że zniesiona pańszczyzna. Lud od dziś jest wolnym właścicielem ziemi, — niech jej broni. Jeśli uwierzy...
 Spełnimy zawsze obowiązek. Wahać nam się niewolno. Cóż innego uczynić możemy? Przyszłość nas sądzić będzie i historja. Mogliśmy błądzić, lecz serca nasze były czyste. Jeśli zginiemy nawet, to krew nasza plon wydać musi.
 A może zwyciężymy. Bóg odważnym sprzyja. Nie mamy wyboru.
 Straszną odpowiedzialność bierzemy na siebie. Któż nas od niej uwolnić może? Każda godzina droga. Otoczą ich, wymordują, a krew na nas spadnie. Niema czasu na sejmy i porozumienia, dziś zdecydować trzeba.
 A więc wojna?
 
 Nikt nie śmie zdecydować. Konieczność zmusza. Świta.
 Głosowanie.
 Powstanie zdecydowano. Nie mogli postąpić inaczej.

„Za świętą sprawę, za tę ziemię łaszą,
Wolność powszechną — i naszą i waszą!“
 M. Romanowski.

W lasach.

 „O, nie wsiąka w ziemię mocno
 Krew ta, co za wolność płynie:
 Taka krew jest krwią ofiarną,
 Nie umiera, kto tak ginie!“

 Zima, styczeń, las nagi, śnieg dokoła, wicher i mróz. Lecz tam w głębi, w sosnowym borze jakieś życie: płoną ogniska, śnieg wydeptany, straże, a pośrodku grono młodzieży. Twarze spokojne, śmiałe, kożuszki baranie, owdzie kurtka sukienna, szynel szkolny. W ręku myśliwski nóż lub dubeltówka, stara szabla po dziadku lub rewolwer. Dokoła czarna noc, więc jedni śpią przy ogniu, czuwają, inni oczekują.
 Wieść nadejść musi wkrótce. Co tam postanowią. Każdy z nich zginąć gotów, choćby zaraz. Wierzy, że nie zginie marnie.
 Mało mówią, bo oczekują. Lada chwila stać się coś musi: tam czuwają nad nimi.
 Dzielą się chlebem, wódką, to cały posiłek, lecz żołnierzowi więcej nie potrzeba; będzie lepiej, gdy złamie wroga. Ten i ów nuci półgłosem:


„Dalej, bracia, w las.
Czekać już nie czas!
Wszak jużeśmy dość czekali
I śpiewali i płakali,
Knutowano nas!“

 Cyt, cyt! Ktoś się zbliża, słychać kroki. Hasło? — Nie zna hasła, goniec z Warszawy. Powstanie!
 Ogłoszono powstanie całego narodu, wolność i niepodległość, równość stanów, ziemia własnością jest ludu. Za te hasła walczyć i ginąć kazano.


„Na bój, Polacy! na święty bój!
Wolności duch — to Boga miecz!
Na bój! na bój! Nikczemny zbój
Jak zwierz spłoszony pierzchnie precz!“

 A więc do dzieła. Każdy proboszcz ogłosi uwłaszczenie ludu. Każdy dwór wam dostarczy zapasów i broni. Każdy Polak pośpieszy do obozu, lud powstanie, wzrośniemy w siłę, a „zapał tworzy cudy“, „jedność większa od dwóch“ — jak słusznie powiedział Mickiewicz. Bądźmy „rozumni szałem“, wtedy „jedno nasze ramię tysiąc najeźdźców zgruchocze i złamie!“
 Tak marzy młodzież, ten gorący kwiat narodu, najsilniejszy wiarą niezłomną. Uchodząc przed branką, napełniła puszczę Kampinoską i inne lasy pod Warszawą, i czeka hasła, gotowa zginąć lub zwyciężyć. Młodość sił jej dodaje, wiara, nadzieja i miłość.
 Nie zginie, kto tak ginie.
 A położenie było bardzo trudne. Lud nieuświadomiony, podżegany, szlachta wahająca się, niepewna, co robić, i srogi a potężny wróg.
 Wojsko pruskie stanęło na granicy, by przeciąć komunikację z Poznańskiem i stamtąd nie dopuścić posiłków. Od strony Rosji nowe przysyłają pułki, bo nie są pewni tych, które oddawna karmiły polskie łany; wybierają starannie dzicz najsroższą.
 Lecz pierwsze starcia wypadają świetnie: mało oddziałki walczą z lwią odwagą, jeden rzuca się śmiało na dziesięciu i zwycięża lub ginie. Budzą podziw, zdumienie i lęk nawet.
 — Z takiem wojskiem świat podbić można — mówi stary generał rosyjski — gdyby mieli broń — armaty.
 Ale broni właśnie nie mają, trzeba ją zdobyć na wrogu.
 A wodzowie?
 Mierosławskiego ogłoszono dyktatorem. Przedarł się na Kujawy, stoczył nawet parę szczęśliwych potyczek, lecz rozbity, ścigany, otoczony, uszedł za granicę, aby nie powrócić więcej.
 W Kieleckiem powodziło się Langiewiczowi: zgromadził większe siły, ma kosynierów, jazdę, rozbił raz i drugi większe oddziały moskiewskie, więc jego ogłoszono dyktatorem.
 I znowu otoczony, pobity, ujść musiał, dostał się do więzienia w Austrji.
 Przekonano się wtedy, iż władza powstania musi być tajna, nie zwracać na siebie uwagi. Utworzono Rząd Narodowy w Warszawie.
 A w lasach partyzantka. Kilkudziesięciu wodzów. Każdy może być wodzem, kto zna się na sztuce wojennej, umie gromadzić siły i grać z nieprzyjacielem w ciuciubabkę, a zalewać mu sadła za skórę.
 To też wodzów jest wielu. Każdy z nich działa w swojej okolicy, czasem się łączą, czasem rozdzielają, jak trzeba, jak los zdarzy. Bez broni, armat, swobodnego miejsca, gdzieby można się porozumieć czy schronić, każdy musi być samodzielnym, zależy przedewszystkiem od wypadków i otoczenia.
 Ma np. kilkuset ludzi, źle uzbrojonych, zmęczonych i głodnych, przed nim nieprzyjaciel kilkakroć silniejszy, poszukujący spotkania i starcia. Wódz na razie cofa się, kryje w lasy, rozprasza, oznacza miejsce zboru, a jeśli mu się uda, napadnie niespodzianie, nieoczekiwany, zada poważne ciosy: rozbije, spłoszy, zmęczy i zadziwi, i znowu nagle znika, bo inaczej walczyć nie może.
 Były oddziały po parę tysięcy, były po paruset ludzi; niektórzy walczyli jeszcze, chociaż zginął Rząd Narodowy, i Moskwa zalała kraj cały, — inni jak świetna gwiazda: błysnęli i zgaśli. Imiona ich przechowa historja i poezja. Najczęściej powtarzały się: Padlewski, Suzin, Sierakowski, Bosak, Lelewel-Borelowski, Narbut, Bobrowski, Czachowski, Kruk — i tylu innych! Krótkie ich dzieje — to już wielka księga. Księga bohaterska, z którą równać się nie mogą w najbujniejszej fantazji zrodzone powieści. Księga chwały, która zaszczyt nam przynosi, z której możemy i powinniśmy być dumni.
 Lud nie powstał. Dlaczego? To zupełnie łatwo zrozumieć: bał się silniejszego wroga, jego zemsty. Gdyby gwiazda zwycięstwa zaświeciła jaśniej, byłby niewątpliwie rzucił się do broni. Wielu włościan było w powstaniu, przybywało ich coraz więcej, choć uwłaszczenie wprowadzonem nie zostało, bo Moskal nie pozwalał. Pomoc ludu jednakże wielkie oddawała powstańcom usługi, pozwoliła im przetrwać w lasach aż dwie zimy, czuli się pośród swoich, o ruchach nieprzyjaciela byli często zawiadamiani.
 W niektórych okolicach występowali chłopi niechętnie, nawet wrogo; zdarzały się okropne wypadki; na szczęście nie było ich wiele.
 W oddziałach powstańczych łączyli się ludzie wszystkich stanów i czuli, że stanowią całość, że są jednym narodem. Szedł hrabia obok chłopa, szlachcic z rzemieślnikiem, czeladź dworska i mieszczuch, ksiądz, robotnik — wszyscy są równi. Kobiety pełniły służbę wywiadowców, żywicielek, pośredniczek i sanitarjuszek. Pełniły obowiązki mężnie, niestrudzenie, nikt ich zastąpić nie mógł.
 Byli w oddziałach także cudzoziemcy, zwłaszcza Francuzów wielu, ich bezstronne świadectwo najchlubniej mówi o naszych wysiłkach, oddaje hołd szczery miłości ojczyzny, męstwu i poświęceniu.
 Powstaniec w lesie mimo niebezpieczeństw czuł się wolnym, swobodnym. W chwilach wypoczynku, zwycięstwa nad wrogiem, jeśli głód nie dokuczał, był w dobrym humorze. Jutro może zginie, lecz dziś nie ma pana.


„Wzrok się śmieje, płoną lica,
Konik pod nim hasa,
Skrami pryska mu szablica,
Rewolwer u pasa“.

 Czyż po tem wszystkiem miała pozostać jedynie zielona mogiła gdzieś na skraju lasu?


Na stokach Cytadeli.

 „Szkołą życia nie są księgi,
 Ni uczonych pism foljały,
 Ale groby bohaterów,
 Zmarłych dla ojczystej chwały“.
 M. K. Sarbiewski.


 Ciężką walkę toczyli powstańcy po lasach z przeważającym wrogiem. Rosja rzuciła na nich przeszło dwakroó sto tysięcy wojska, mogli więc szydzić rosyjscy żołnierze na widok garstki bohaterów.
„Szaleni, szaleni!
Jeden na tysiąc! My niezwyciężeni“.

 I ginęła szlachetna młodzież, hojnie rzucała w ziemię krwawy posiew, który po latach, dla przyszłych pokoleń miał zakwitnąć kwiatem wolności.
 Dla nich — pasmo trudów, kilka zwycięstw bohaterskich, kilka promieni nadziei i chwały, a potem — wróg dokoła, zasadzka i przemoc, ostatnia walka — i cisza grobowa.


„Na pobojowisku

Po całodziennem morderczem igrzysku,
Po krwawym trudzie, po skończonej wojnie
Waleczna młodzież — zasnęła spokojnie...
............
A przy nich kruki skaczą i godują,
I chrypłym głosem braci swych zwołują“.
 (K. Ujejski).

 To los walczących bronią.
 Inną i może jeszcze cięższą walkę toczył Rząd Narodowy o pomoc dla powstania, o broń, o pieniądze.
 Pieniądze jeszcze zdobyć można było, nie zbrakło ofiarności, ale broń? ale pomoc?
 Broń jedynie na wrogu zdobyć można, bo granica zamknięta, nikt jej nie przywiezie. A pomoc?
 Francja życzliwie patrzy na powstanie, Napoleon pomógłby chętnie, ale nie sam. Ogląda się na Anglję, Austrję, a oba państwa zwłóczą. Wojny nie zaczną o Polskę.
 Więc daremne wysiłki i złudzenia?
 A Rosja trochę lęka się Zachodu, pragnie stłumić walkę, nim się tam namyślą, i działa energicznie, w sposób wypróbowany tyle razy z najlepszym skutkiem. Wybiera dwóch oprawców: Murawjew obejmuje Litwę, Berg Królestwo, — ci przywrócą szybko porządek.
 I zaczęły się kontrybucje, konfiskaty, aresztowania, zsyłki, szubienice. Obywatelom odbierano ziemię, jeśli kogoś z rodziny brakowało w domu, jeśli ktokolwiek świadczył, że dawali pomoc powstańcomi
 A któż mógł jej nie dawać?
 Chłopów obietnicami zachęcano do denuncjacji, zapełniono więzienia, dręczono, katowano, mordowano.
 Uczciwi Rosjanie rzucali urzędy, nie mogąc patrzyć na to, co się działo. W Wilnie pokazują obszerne podziemie, w którem zamurowano kilkudziesięciu powstańców. Rozstrzeliwano księży, wieszano kobiety, pastwiono się z okrucieństwem nad wszystkimi.
 Murawjew krótki, gruby i szeroki, z wielką głową, twarzą buldoga i nieodstępnym kijem, przechadzał się po Wilnie, upatrując ofiar. Wystarczało, że ktoś mu się nie podobał. Winę znaleziono zawsze.
 Za zdeptanie nieszczęsnej, krwią przesiąkłej ziemi wystawiono mu pomnik w Wilnie.
 Podobnie postępował Berg w Warszawie, tutaj jednak usunąć należało księcia i Wielopolskiego. Książę wrócił do Petursburga, a margrabiemu kazano podać się do dymisji.
 I zaczęła się nowa gospodarka. Wycinano lasy, ażeby powstańcy nie mieli się gdzie ukrywać; zabierano zboże ze dworów, ażeby ich ogłodzić. Chociaż jeńców, w potyczkach wziętych, zabijano, więzienia były przepełnione, wprowadzono tortury, aby wymuszać zeznania.
 Nikt nie jest pewny życia, rozpacz ogarnia wszystkich. Budzi się chęć odwetu: zabić okrutnika!
 Z domu Zamoyskiego na Nowym Świecie pada bomba w chwili, gdy Berg jedzie powozem, otoczony Kozakami. Padł Kozak i kilka koni, Berg wyszedł cało z przygody.
 Lecz ma powód do zemsty. W jednej chwili dom otoczony, zamknięty, rewizja. Wszystkich mężczyn aresztowano, kobiety i dzieci wypędzone na ulicę, meble wyrzucano oknami, wyrzucono w ten sposób i kolebkę z dzieckiem i pamiątkowy fortepian Chopina. Dom skonfiskowano dla rządu, wyrzucone rzeczy spalono, między niemi wiele drogich rękopisów, obrazów i pamiątek.
 W mieście aresztowania i rewizje, wojsko dopuszcza się gwałtów, nakładają na mieszkańców ogromną kontrybucję. Niech będą wszyscy ukarani.
 W tej walce kilkakrotnie zmieniał się Rząd Narodowy: jedni nie mogli podźwignąć ciężaru takiej władzy, inni nie umieli, jeszcze inni dostali się w moc wroga.
 W październiku 1863 r. oddano znowu władzę w ręce dyktatora, Romualda Traugutta.
 Człowiek cichy, gorący Polak, mężny żołnierz wolności, stanął na stanowisku kierownika w chwili, kiedy wszystko już chyliło się ku upadkowi. Objął władzę, bo mu kazano, bo nie było już komu jej sprawować, bo wszystko zawiodło i nikt nie chciał teraz dźwigać brzemienia odpowiedzialności.
 Traugutt dobrał sobie kilku mężnych współpracowników i rąk nie opuszczał, robił wszystko, co było w ludzkiej mocy.
 Byle przetrwać, — przychodziły jeszcze wieści z Francji — byle przetrwać do wiosny; obiecują pomoc.
 Ale w marcu nad ranem zbudził go szczęk broni. Do pokoju weszli żandarmi. Zrozumiał.
 — Już! — powiedział tylko i spokojnie zaczął się ubierać.
 Na stokach Cytadeli szubienica. Tłum ludu ją otacza zbolały, znękany. Chce raz ostatni spojrzeć na skazańców, przesłać im pożegnanie. Ginie Romuald Traugutt i czterech przywódców powstania, których nazwano Rządem Narodowym, Toczyski, Krajewski, Żuliński, Jeziorański. Śmierć przyjmują spokojnie: potrzebna widać ta ofiara dla przyszłości.
 Stało się 5 sierpnia 1864 r.

 „Szubienica w całym świecie wzgardą jest dotknięta, ale w Polsce jak krzyż prawie i jak ołtarz święta.
 Szubienice takim właśnie stawiali Moskale, których imię nie zagaśnie w narodowej chwale.
 Relikwjarzu narodowy, polska szubienico, czcią całego się narodu twe ofiary szczycą“.

M. Konopnicka. 

 W tymże roku łaskawy cesarz nadał włościanom ziemię, za co rozkazano wystawić mu pomnik w Częstochowie.




