Adolf Nowaczyński

System Doktora Caro

Utopia humorystyczna

I.
Tu, gdzie teraz na rogu Nowego Światu i Alej
Jerozolimskich w Warszawie wznosi się dwudziestopiętrowy
gmach „Az-Amu”, nasz trzeci z rzędu drapacz nieba
pogodnego, imponujący nawet jankesom i jankełesom swoją
dwudziestoczterokolumnową fasadą i tą dziwaczną
ośmiogranną wieżą w głębi (najwyższą w naszym Stanie); tu
(jak to mało kto dzisiaj chyba sobie przypomina) za naszych
ongiś czasów stała sobie z frontu przykryta, odrapana
sarmacka rudera. W oficynie zaś, od ogrodu na parterze,
mieściło się, mało zresztą i wówczas komu znane, „Koło
Racjonalnego Rybołówstwa”.
Nikt by się teraz nawet nie domyślał, że tu, gdzie dziś
niezliczone kantory i biura Azjatycko-Amerykańskiej
Kompanii („Az-Amu”), Banku Wschodnioeuropejskiego,
gdzie „Syndykat Azotowy”, „Puck-Singapore Line”,
„Towarzystwo Syberyjskie”, „Hydro-Sarmatia”, „AeroRadio”
i tyle, tyle innych wielkokapitalistycznych,
handlowych, przemysłowych przedsiębiorstw, tu, gdzie teraz
wre spotęgowane, wzmożone życie o gorączkowym,
rozwścieczonym tempie, tu, gdzie osiemnaście wind bez
przerwy zwozi i odwozi na najwyższe trzydzieste piętra setki
interesantów, tu, gdzie brzęczy nieustannie pół tysiąca
telefonów, gdzie pneumatyczna poczta rozwozi co godzinę 
radiogramy na wszystkie piętra, gdzie rozbrzmiewają
wszystkie języki globu..., że tu niegdyś przed przeszło chyba
pięćdziesięciu laty rezydował sobie klub najspokojniejszych,
najsenniejszych, najniemrawszych, najbardziej zatyłych,
zakatarzonych i zapajęczonych obywateli stolicy: „Koło
Racjonalnego Rybołówstwa”.
Portierem i filarem stropowym klubu był wówczas
Jędrzej Wąsik, prezesem – radca Towarzystwa Kredytowego
Andrzej Pociejowski. Członków zwyczajnych: dwustu
czterdziestu dwóch. Honorowych: czternastu.
W głównej sali paradnej dwa własnoręczne obrazy
Żmurki, dziesięć oryginałów Kostrzewskiego oraz
dwadzieścia sześć portretów członków klubu pędzla mistrza
Jana Gwalberta Ślaza.
Ruch w klubie zaczynał się koło szóstej wieczorem,
aczkolwiek już i w południe na obiad przychodzili starzy
kawalerowie, wdowcy i rozwodniki, skoro szef kuchni był
ongiś, wedle tradycji, pomocnikiem kucharza „u samego
Gucia Potockiego” i miał opinię mistrza. Do jego bowiem
specjalności należały: bitki à la Moukhanof, poularde braisée
aux marrons à la Nepropos, zraziki gubernatorskie, jajko
Kolumba na słoninie, faisan à la Branicki itp.
„Klub Racjonalnego Rybołówstwa”, trzeba już to mu
przyznać, nie grał wielkiej roli w mieście.
Nie można jego autorytetu, prestiżu i obywatelskiej
działalności równać z żadną z resurs ówczesnych, a cóż
dopiero z „Myśliwskim”, z „Ziemiańskim”, ani też
z „Wioślarzami” czy „Technikami”. Wegetował szaro od
dziesiątków lat w podwórzowym kącie, nie roszcząc sobie
żadnych wielkich ambicji ni pretensji i nie wtrącał się do
życia publicznego.
Stolików do kart było dziesięć, bilardów dwa, stolików
do szachów trzy, starej „carskiej” śliwowicy w piwnicy 
jeszcze jakieś 800 butelek, wina reńskiego ze 300, Burgunda
– 2800, Vermouthu – 470, szampańskiego różnych marek
i maści razem około 7200 butelek; w bibliotece klubowej
tomów razem do tysiąca.
W niektórych pokojach nawet pajęczyna po kątach
u sufitu.
Gazety na stołach w czytelni przeważnie odchodziły
w dziewiczym stanie do portiera i kucharza, których rodziny
dopiero używały je do rozmaitych celów praktycznych.
Większy ruch stosunkowo zapanowywał u „Racjonalnych
Rybołówców” koło godziny dziesiątej. Wtedy bywało dość
gwarno i przy bufecie, i w karciarni.
Już atoli około godziny dwunastej przerzedzało się
najpierw przy stolikach do belotki, około pierwszej przy
stolikach od brydża, a około drugiej przy pokerze. Już mniej
więcej o drugiej cały lokal tonął w półcieniu, a tylko dwaj
służący, Filip i Szczepan, krzątali się, sprzątając i wynosząc
cetnarami ogryzki od papierosów i cygar i wypijając resztki
piwa ze szklanek i wina z kieliszków.
Trzy razy do roku atoli i ten lokal jaśniał rzęsiście
oświetlony aż do samego ranka, tj. na św. Andrzeja w dzień
imienin prezesa oraz w dwie noce karnawałowe, kiedy „Koło
Racjonalnego Rybołówstwa” dawało bal i dopuszczało panie,
żony, siostry, wdowy, sieroty i rozwódki oraz młodzież męską
z miasta. Tylko w te trzy noce stęchłe, ciche, stare ustronie
z Nowego Świata szumiało i brzęczało życiem i wesołością
jak ten ul pszczelny.
Na podwórzu, bywało, stały wtedy trzy, cztery
samochody.
Mieszkańcy oficyn nie spali, a przewracali się w łóżkach
i przeklinali „Rybołówców”. A w sali karcianej, gdzie podłogę
poprzednio froterowano przez cały dzień, szedł o dziesiątej
najpierw tradycyjny krótki polonez z prezesem prowadzącym 
dyrektorową, generałem prowadzącym prezesową, dyrektorem
prowadzącym ordynatorową Tarło, po czym od razu przez całą
noc shimmy, charleston, fokstrot, a wreszcie stare, ale jare,
poczciwe tango. Płeć niewieścia bowiem od „Rybołówców”
szła z prądem czasów, a tylko męska połowa frondowała i nie
godziła się z nowoczesnością.
Ale co się to dziwić? W klubie „Racjonalnego
Rybołówstwa” przeważali ludzie starej daty.
Najmłodszy członek, inżynier (dróg i mostów)
Tymoteusz Koreysza-Kołtoński liczył lat czterdzieści
i dziewięć.
Przygniatającą większość w klubie stanowili starsi
posiedziciele realności, pałaców, will podmiejskich oraz
rozmaitych papierów wartościowych, akcji i reakcji. Dalszy
kontyngent rekrutował się z kilku lekarzy ordynujących już
tylko u siebie w domu (z czego dwóch homeopatów), z kilku
adwokatów (specjalistów od spraw rozwodowych), z kilku
radnych miejskich, z kilku dyrektorów pomniejszych banków,
towarzystw i spółek, z kilku kupców i przemysłowców
(szczotki, czekolada, lustra, dywany, mydło, guziki, powozy
i wózki dziecinne).
Duchowieństwo reprezentowali dwaj prefekci ze szkół
i jeden kanonik. Z wojskowości należało tu dwóch
pułkowników i jeden generał; wszyscy trzej z byłej armii
rosyjskiej, zatem szybko spensjonowani i w odstawce.
Z wolnych zawodów, dosłownie „zawodów” życiowych,
zanotować należy dwóch współredaktorów sędziwego
„Dziennika Sarmackiego”, tj. panów Żołzikiewicza i profesora
Goryczkę.
Asem natomiast i rarytasem, chlubą i dumą
„Racjonalnych Rybołówców” był przez krągłe lat trzydzieści
nasz znakomity portrecista, mistrz Jan Gwalbert Ślaz, któremu
też zawdzięczać należy, że omal „większa połowa” wybitnych 
członków Koła uwieczniona na płótnie lub papierze, olejno
lub akwarelowo, w kwadratach lub owalnie, w ramach
złoconych lub dębowych, niektórzy zaś nawet dwukrotnie, to
jest „przed” i „po”, wisiała sobie na ścianach kasyna.
Co znaczy „przed” i „po”?
Otóż „przed” to znaczy przed rokiem 1926, a „po” to
znaczy po roku 1926.
II.
W Warszawie dzisiejszej, w owym rozszerzonym Domu
Baryczków na drugim piętrze w sali nr 8 wiszą obok siebie
pod nr 231 i 231 (w katalogu) dwa portrety tego samego
mężczyzny, które nam najlepiej wytłumaczą, co znaczy
„przed” i „po”.
Są to dwa portrety prezesa Andrzeja Pociejowskiego
przez tego samego mistrza Gwalberta Ślaza wykonane.
Pierwszy jest z czasów pierwszej wojny europejskiej z roku
1916, drugi zaś z roku 1926.
Otóż na pierwszym widzimy mężczyznę w podeszłej sile
wieku o raczej siwych niż szpakowatych wąsach sumiastych,
o twarzy pooranej bruzdami i zmarszczkami, nieco nalanej
i jakby opuchłej, o cerze niezdrowej, nawet cokolwiek
ziemistej. Aczkolwiek w górze portretu jest herb (gdyż
Pociejowscy wywodzą się z Pociejowa i należą do starej
szlachty warszawskiej), to jednakże pan Andrzej jest
kompletnie łysy i tylko nad uszami ma dwie tak zwane
pożyczki (co też całkowicie zgadzało się z rzeczywistością).
Tak go widział i wypisz-wymaluj wymalował dla potomności
mistrz Ślaz anno 1916.
Tuż obok wisi portret drugi, utrzymany również w
klasycznym tonie wizerunków godnych krajowych
osobistości. Rysy twarzy te same, ten sam nos, może nie orli,
ale charakterystyczny, tak samo zakrojony podbródek i kształt
uszu ten sam, ale jakaż zmiana i to w lat dziesięć. Cera
młodzieńcza, zmarszczek ani śladu, wąs blond, jasny
i czupurny, twarz owalna bez śladu nalania, a w miejscu, gdzie
błyszczała łysina, teraz bujna, może nawet zawadiacka
czupryna. Wyraz twarzy rześki, energiczny, nawet nieco
prowokujący.
Takie to dwa portrety posiada dzisiejszy Wielki Dom
Baryczków.
Na składach zaś i magazynach „Towarzystwa Zachęty”
jest jakieś dwadzieścia dzieł olejnych tegoż mistrza Ślaza,
które swego czasu, tj. po zlikwidowaniu i zamknięciu klubu,
ofiarowane zostały ryczałtem „Zachęcie”, a przedstawiających
szereg obywateli miasta Warszawy w różnych czasach różne
godności piastujących, a wieloletnich działaczy z zakresu
racjonalnego rybołówstwa i to tych samych osobników
w wieku młodszym, a potem starszym (po latach dziesięciu,
piętnastu, dwudziestu) i rzecz to zdumiewająca, także młodo
wyglądających na portretach późniejszych, a starszych, albo
wprost starych i zwiędniętych na portretach ze wcześniejszą
datą. Ponieważ te portrety spoczywają w magazynie, w
pakach, przeto nikt się tym nie interesuje, jak również mało
kto zachodzi do sali nr 8 w nowym Domu Baryczków i zwraca
tam uwagę na dwa tajemnicze portrety Andrzeja
Pociejowskiego.
W ogóle nad tym fenomenem, bądź co bądź
artystycznym, wszyscy przeszli do porządku dziennego. Kto
ma tam czas zastanawiać się nad takimi problemami
w dzisiejszej Warszawie, stolicy VII Stanu w Zjednoczonych
Stanach Europejskich, w półtoramilionowej Warszawie, 
w omal międzynarodowej metropolii handlowej, w której
kolonia dziedzicznie polska, aczkolwiek jeszcze bardzo liczna,
nie gra znów tak decydującej roli?
Dopiero w ostatnich czasach, jak wiadomo, zajął się
sprawą jeden z młodych historyków sztuki, pracujący nad
monografią wielkiego malarza z końca XIX wieku
i początków XX wieku, Jana Gwalberta Ślaza.
I temu to historykowi sztuki zawdzięczamy rozwiązanie
zagadki związanej z całą kolekcją portretów wybitnych
obywateli Warszawy z lat przełomowych.
III.
Profesor Jurand Sztumpf (gdyż o nim tu mowa) w badaniach
swoich doszedł od nitki do kłębka.
Studiując w magazynach „Zachęty” „obrazy Boskie”
Ślaza, znalazł tam między innymi i portrety dzisiejszego
generalnego dyrektora "Az-Amu", sędziwego już, ale jeszcze
bardzo krzepkiego i dziarskiego starca Tymoteusza
Kołtońskiego, wielokrotnego w latach 1930–1945 ministra
handlu, przemysłu, skarbu, kolei, elektryfikacji itp.
Portret pierwszy przedstawiał znakomitego finansistę
(„naszego Morgana”, jak go nazywano) w całej figurze,
siedzącego w wygodnym fotelu z ręką opartą na lasce (z którą
się wtedy nigdy nie rozłączał), nieco przybladłego i jakby
schorowanego: świetnie oddana żółta, pergaminowa skóra na
suchych, pełnych wyrazu rękach.
Na dole podpis: Jean Gwalbert Ślaz pinxit 1925.
Na drugim portrecie identycznie: Jean Gwalbert Ślaz
pinxit 1926.
I oto ten sam człowiek, również w całej figurze 
uwieczniony, ale teraz jako sportsmen w popielatym
garniturze angielskim, z pończochami do kolan, z rakietą
tenisową w ręku, rześki, smukły, z głową zadartą czupurnie.
Cera twarzy rumiana i czerstwa, wzrok przenikliwy, uśmiech
pogodny i radosny. Ten sam, ale nie ten sam. W przeciągu
jednego roku i taka zmiana, i to w odwrotnym kierunku, nie
ku starości, a ku młodości? Chyba omyłka w datach, jakie
mistrz Ślaz postawił na swoich obrazach? Tak zdawałoby się.
Tymczasem atoli równocześnie jednak i w innych portretach
Ślazowych uderzało to samo zjawisko, każdemu z miejsca
widoczne i narzucające się. Później malowane te same modele
stanowczo robiły wrażenie wcześniejszych, młodszych,
znacznie młodszych.
Co znaczył ten fenomen?
Jak to wytłumaczyć? W czym rzecz?
I tedy to młody esteta, profesor Jurand Sztumpf,
zdecydował się na krok stanowczy. Postanowił osobiście
dotrzeć do samego generalnego dyrektora „Az-Amu”, senatora
Kołtońskiego, i od niego wydobyć tajemnice metamorfoz
w portretach Ślazowych
Nikt inny nie mógłby go objaśnić, gdyż wszyscy inni
portretowani w różnych czasach powymierali z kretesem
i nieodwołalnie.
Tylko ten cyklop zdrowia trzymał się krzepko, jak ten
dąb, czy też Wyrwidąb raczej, ściskając w ręku ster kilkunastu
karteli, banków, trustów, spółek, towarzystw, syndykatów.
Oczywiście przystęp i dotarcie do takiego potentata
międzynarodowego kapitału przedstawiało dla takiego
przeciętnego (choć już cenionego powszechnie) estetyka
i historyka sztuki jak nasz Sztumpf niezwykłe trudności. Listy
polecające nie pomogłyby nic. Ani też listy z pogróżkami. Nad
starym Kołtońskim czuwało zawsze dwóch detektywów, gdyż
rodziny ani potomstwa już nie posiadał.
Trzeba było użyć podstępu.
I profesor Sztumpf wpadł na pomysł, aby pewnego
pięknego poranka, kiedy stary młodzieniec wyjeżdża rano ze
swego pałacu w dzielnicy milionerów na Polach
Mokotowskich, po prostu dać się tam wtedy Kołtońskiemu
przejechać, naruszyć nieco i poturbować. Kiedy go
połamanego przeniesie służba do pałacu (tak kombinował),
wtedy wyzna szczerze Kołtońskiemu, o co mu chodziło.
I tak też się stało.
Pewnego pięknego wiosennego poranka, kiedy samochód
senatora Kołtońskiego wyjeżdżał w główną aleję dzielnicy Pól
Mokotowskich, nagle z bocznej Alei Akacjowej, tuż spod
pomnika Karola Szymanowskiego (dłuta Augusta
Zamoyskiego) wysunął się na środek jezdni jakiś
przygarbiony jegomość w niebieskich okularach. No
i oczywiście został z miejsca przetrącony.
Co prawda, przy tej okazji i kilka żeber mu połamało.
Wniesiony do pałacu, kiedy tylko odzyskał przytomność,
natychmiast wygarnął senatorowi, z czym tu (co prawda
z połamanymi żebrami) przybywa.
– Zaimponowałeś mi, młodzieńcze. Człowiek, który
pozwala dać sobie zgnieść cztery żebra na to tylko, by
wydobyć ze mnie tę tajemnicę, ma wielką przyszłość przed
sobą. Na razie zasługujesz pan na zaufanie natychmiastowe.
Jak pan mnie tu widzisz przed sobą, mam obecnie oficjalnie
lat 86, a w gruncie rzeczy liczę sobie sto dziesięć.
Dwadzieścia cztery lata zataiłem przed publiką i skreśliłem
sobie, aby nie być obiektem sensacji i nagabywania przez
reporterów tutejszych i zagranicznych. Życie prowadzę
istotnie bardzo higienicznie. Dziennie wypalam najwyżej
sześć cygar. W południe wypijam najwyżej półtorej butelki
czerwonego wina, wieczorem ad libitum, do poduszki pół
butelki koniaku, przed zaśnięciem szklaneczkę grogu lub 
whisky.
– No więc w jaki sposób właściwie?
– W jaki sposób tak się zakonserwowałem i czemu
zawdzięczam druga młodość, pan pyta?
– Nie tylko to, nie tylko to, panie senatorze, ale jak pan
zachowałeś tę wspaniałą pełnię władz umysłowych, ten
geniusz finansowy, te niesłychane, niespotykane u nas
pomysły ekonomiczne, tę największą skalę inicjatywy
i inwencji gospodarczej, to wszystko, czemu zawdzięczamy
wspaniały wzrost naszej marynarki handlowej, wysuszenie
Pińszczyzny, uprzemysłowienie Polesia, elektryfikację kolei
państwowych, Hydro-Sarmatię, Towarzystwo Syberyjskie,
wykupienie Krety od Anglików, nasz Adampol – ten
wspaniały polski port nad Morzem Czarnym, nasze sześć
tunelów w Karpatach i w Tatrach?
– Powoli, powoli, kochany profesorze. Nie ubieraj mnie
pan w cudze piórka i nie przypisuj mnie jednemu tego
wszystkiego, czego dokonał cały szereg moich przyjaciół
i rówieśników, którzy, niestety, nie doczekali już dnia
dzisiejszego rozkwitu i którym już wcześniej rozstanie ze
światem przypadło.
– Tak, owszem, przyznaję, że kilku...
– Nie kilku, panie, nie kilku. To, czym ojczyzna nasza
jest dzisiaj, to zawdzięczamy nie mnie i nie kilku, nie kilku,
a krągło dwudziestu członkom „Koła Racjonalnego
Rybołówstwa”.
– Racjonalnego Rybołówstwa? Pierwszy raz o tym
słyszę.
– To źle, mój młodzieńcze, że pierwszy raz, ale mniejsza
z tym. Jako estetyk i historyk sztuki nie mogłeś się zajmować
rozwojem „Racjonalnego Rybołówstwa” w kraju. Ale i ja
także teraz nie mogę wobec tego, że już godzina ósma rano,
a mnie w „Az-Amie” czeka zapewne kilkudziesięciu 
interesantów. Okoliczności atoli składają się dla ciebie, młody
przyjacielu, wyjątkowo szczęśliwie. Ponieważ mój samochód
potrącił panu sześć żeber, przeto jest moim obowiązkiem zająć
się odtąd pańską niedolą. Angażuję pana na dwa lata do
napisania wielkiej, pomnikowej, monumentalnej monografii
„Kola Racjonalnego Rybołówstwa”. Naturalnie musi być
ilustrowana, bogato ilustrowana, z portretami.
– Senatorze najszanowniejszy! Gdyby nie ta okoliczność,
że muszę leżeć i mam podwyższoną temperaturę, rzuciłbym
się w pańskie objęcia.
– Obejdzie się. Leż pan spokojnie i panuj nad afektami.
A oto tutaj wręczam panu, panu pierwszemu, rzecz niezwykle
interesującą. Jeżeli gorączka pańska nie będzie zbyt wzrastała,
to po operacji, kiedy panu mój lekarz przyboczny wyjmie już
potrzaskane żebra i wstawi świeże, aluminiowe, możesz pan
wonczas zagłębić się w lekturę tego oto „Pamiętnika”. Nikt go
jeszcze w ręku nie miał. Nikt nie wie i nie domyśla się, że taki
pamiętnik istnieje. Pisałem to lat temu będzie, zdaje się...
chyba... ze siedemdziesiąt. I dlatego pismo będzie dziś nieco
nieczytelne, zamazane i wyblakłe. Pisywałem bez ładu
i składu, czasem co dzień, czasem raz na miesiąc w tej erze
mojego życia, kiedy cierpiałem przewlekle na perdurację
cerebralis (partielle Gehirverstpfung) – „częściowe
przetwardzenie mózgu”. Nie tylko zresztą ja, ale moi wszyscy
przyjaciele i rówieśnicy. Wskutek nieracjonalnego odżywiania
się. Spisywałem tylko to, co się wydarzyło w roku, zdaje się,
w roku 1926, dobrze nie pamiętam. Potem już nie miałem ani
czasu, ani ochoty. Ale ten okres jest najważniejszy. W tym
okresie zaszły te niesłychane przemiany. I w tym
„Pamiętniku” znajdziesz pan rozwiązanie tajemnicy portretów
mistrza Ślaza... Teraz żegnam go i wrócę tu wieczorem.
Gdybyś atoli zmarł w tym czasie, mój przyjacielu, no to
oczywiście napisanie monografii „Racjonalnych 
Rybołówców” powierzyłbym komu innemu. Rodziną pańską
oczywiście się zajmę i zaopiekuję. Żegnam profesora...
I to mówiąc, starzec stuletni obrócił się na pięcie jak
młokos i elastycznym krokiem omal cowboya podążył do
drzwi szklanych na tarasę i do samochodu, z którego szofer
już przeciągłym, dojmującym chwistaniem dawał oznaki
zniecierpliwienia.
Nie potrzeba tu chyba dodawać, że profesor Jurand
Sztumpf nie zastosował się do zaleceń prezesa generalnego
„Az-Amu”.
Ani nie wstrzymał się z lekturą „Pamiętnika” do przyjścia
doktora, ani nie zwrócił uwagi na swą wzrastającą gorączkę.
Z pośpiechem przedarł grubą zapieczętowaną kopertę
i wyciągnął z niej zwój kartek.
Z łapczywością i zachłannością człowieka, który dorwał
się do Sezamu, zaczął czytać rękopis przy wzrastającej
gwałtownie gorączce, która pod koniec lektury „Pamiętnika”,
kiedy właśnie wchodzili chirurdzy na operację, doszła do
czterdziestu dwóch stopni w cieniu.
Znaleziono go w bezprzytomnym stanie, zaplątanego
w pościel, leżącego nie na łóżku milionera, ale na dywanie
przy łóżku z grubym rękopisem w zaciśniętych kurczowo
dłoniach.
Jedno z żeber nadłamanych wbiło mu się dość boleśnie
w sam środek żołądka.
Według nowych metod leczenia szybko wstawiono mu
nowy żołądek oraz cztery żebra ze specjalnie srebrzonego
aluminium.
Tego dnia wieczorem już nasz pacjent mógł siąść przy
biurku w jednym z gościnnych pokoi pałacu Kołtońskich przy
alei Platanowej na Polach Mokotowskich i zabrać się z energią
do pisania dziejów „Koła Racjonalnego Rybołówstwa”.
Równocześnie zaś przygotowywał się też do pisania 
monografii znakomitego malarza z końca XIX i z początków
XX wieku – Jana Gwalberta Ślaza.
Dwa te bowiem tematy dwóch poważnych prac
naukowych, aczkolwiek pozornie niekonkordujących ze sobą,
w gruncie rzeczy atoli okazały się bardzo bliskie, pokrewne
i ze sobą splątane.
Pamiętnik Tymoteusza Koreysza-Kołtońskiego
6 stycznia 1926 r.
„Człowiek jest zwierzęciem wielokomórkowym, tj. o
wielu zróżniczkowanych komórkach tak samo jak gąbka lub
pierścienice. Należy do rzędu antizoidów
(A.N.T.I.Z.O.I.D.O.W.), ponieważ posiada głowę, brzuch,
grzbiet, dwupołowiczną symetrię... Należy człowiek do typu
kręgowców, gdyż ma chrząstkowy szkielet, do klasy ssących,
do pół-klasy łożyskowych, do grupy naczelnych obok
rękoskrzydłych i gryzoniów”. Amen.
…Ciekawe!...Ciekawe!
Nędza w kraju jest taka, że Łyczkowscy, żeby
przetrzymać, przenoszą się na rok do Rzymu, cała rodzina
w siedem osób. Jest tam pensjonat „Quisisana” przy Piazza di
Fra Diavolo, gdzie dziennie będą płacili od sztuki cztery liry.
Łyczkowski obliczył nam ściśle, że w Wiecznym Mieście na
Siedmiu Wzgórzach w siedem osób, tuż pod nosem Ojca
Świętego (mogą się codziennie kapać w łaźniach Caracalli lub
Tytusa) rocznie wydadzą tyle, ile w ojczyźnie wydaliby
w jeden kwartał. Jak tak pójdzie dalej, wszyscy, co się liczą
z groszem, powynoszą się do Włoch, do Paryża, do Nicei,
a w kraju zostaną tylko utracjusze, lekkomyślniki i element
hulaszczy...
7 stycznia
Rano strzykanie i bóle w lewej nodze, nie wziąłem wanny,
bo Wojciechowa odradziła.
Trzeba będzie spróbować tego „Capsinapu”; podobno nic
na podagrę i reumatyzm tak nie pomaga, jak ten „Capsinap”.
Bierze go pułkownik i od kilku tygodni czuje się lepiej, tylko
w uszach zaczęło mu coś strzykać i rwać w śledzionie.
Przeczytałem w łóżku „Kurierka” od deski do deski,
szczególnie ogłoszenia, w których można się najlepiej
dowiedzieć o stanie ekonomicznym i o tym, kto tam ze
znajomych znów umarł.
„Za mieszkanie dwupokojowe z centralnym
ogrzewaniem, byle bez wanny, w śródmieściu, z kanarkiem
i wygodnym umeblowaniem, odstąpię natychmiast majątek
sześćsetwłókowy z pałacem z osiemnastego wieku tuż pod
Białymstokiem. Wiadomość u stróża”.
Witamina znów zdrożała.
Zmartwienie w Klubie, bo redaktor Goryczka ma mieć
w środę pojedynek, a w czwartek proces w sądzie. Pojedynek
z mecenasem Grünszpanem za to, że go zwymyślał
w „Dzienniku Sarmackim” od Wallenrodów, a proces
z mecenasem Kruczkiem (ongiś Raabe), który Goryczkę
oskarżył za nazwanie go „znajdą”. Grünspan podobno strzela
jak sam Nemrod, brał lekcje na strzelnicy, a w Monte brał
udział w „Tire aux pigeons” i trafia we włosek na jajku
i w środek asa kierowego. Otóż, jeżeli go zastrzeli lub
postrzeli w środę, stary Goryczka nie będzie mógł stawić się
we czwartek i nałożą mu pięć tysięcy złotych kary.
A tymczasem, gdy całą frakcję Żołzikiewiczów i Goryczków
przycisnąć do ściany, to z nich pięciu tysięcy nie wyciśnie.
…Nic mnie do takiej pasji nie doprowadza, jak ta gra
w szachy w Klubie... Wprost nie pojmuję, jak można tyle
godzin trwać nad tak przeraźliwie nudną grą. Odprawiają to 
stale homeopata, ksiądz prefekt, sam prezes i jeszcze kilku.
Najlepiej pono gra i kombinuje Safian Dulski, ale i on
podobno skończony fuszer i poza klubem nigdzie by się grać
nie odważył z prawdziwymi szachistami. Siedzą i siedzą przy
tym stoliku pod oknem, przy nich zawsze kilku kibiców
ziewających, popijają wodę „Vichy” i suwają figurkami.
Zafundowałem Klubowi tego mah-jonga, ale nikt z nas jakoś
w to grać nie umie i karty więdną w szufladzie. Podobno
bardzo trudna i mozolna ta gra mah-jong i wymaga jakiejś
specjalnej inteligencji i kalkulacji. Skąd takie żółte Chińczyki
mogły wymyślić taką grę skomplikowaną? Warkocze jeszcze
szelmy noszą, opiumem się narkotyzują, a takiego mah-jonga
wymyśliły.
Kibicowałem dziś trochę przy partii szachów
i dowiedziałem się przy tym ciekawych sprawek. Otóż
szampionem wszechświatowym w szachach jest teraz w tym
roku niejaki Lasker. Na imię mu Bernard czy Izydor, czy coś
podobnego. Brata ma w Berlinie lekarzem. Otóż ten Lasker
zdobył szampionat w samym Petersburgu i jeszcze w roku
1914. Grał z takim Kubańczykiem Capablanca 8 partii,
z czego 6 wygranych, dwie remis. Potem go Capablanca znów
zabrał na turniej, ale do siebie na Kubę. I tam znów grali
sobie dwa dni bez przerwy wobec świadków z całego świata,
ale że na Kubie gorąco bardzo (do stu stopni dochodzi) i
wszyscy chodzą sobie w trykotach kąpielowych, a Lasker
jako nasz rodak (podobno z Będzina) do gorącego klimatu
nieprzyzwyczajony, więc przerżnął i szampionat światowy
wziął Kubańczyk. Teraz znów grali w jakiejś stolicy, ale
zimnokrwistej. Znów był taki turniej. Grało podobno
trzydziestu z całej kuli ziemskiej i znów ten stary Lasker
wygrał i jest na nowo szampionem wszechświatowym. Ma lat
68. A to zawzięta sztuka.
Podobno jest w Warszawie jakiś mały chłopczyk. Ma lat 
8. Nazywa się Spiro. Na imię mu Izydorek czy Bernardek, czy
coś podobnego, a potrafi grac ze starymi szachistami
równocześnie osiem partii, tzw. „brylantowych” i wszystkie
wygrywa. Bądź co bądź musi być bardzo zdolny, bo do tego
trzeba mieć taki zmysł do kombinacji i kalkulacji (szachy
i szachrajstwa).
Wieczorem, po powrocie z Klubu, Wojciechowa zdawała
mi bieliznę z prania. Nie mogę się doliczyć chustek do nosa.
Miałem przecie trzy tuziny. Tymczasem jest ni stąd, ni zowąd
39, zatem trzech brakuje. Awanturę zrobię, ale już rano, po
kawie.
8 stycznia
Bratanek prezesa Pociejowskiego oświadczył się o pannę
Mirtę Feinsteiniankę (firma „Bergsohn i F. Eistein”), tak
zwaną jedynaczkę króla łoju, tę starszą, co to bierze wszystkie
nagrody w konkursach hipicznych. I został przyjęty.
Pociejowski, szczwany lis, udaje niby oburzonego, ale
w gruncie rzeczy podobno bardzo kontent z tego mezaliansu
i jakby go kto na sto koni wsadził. Młody jest przystojny,
wysoki blondyn, w tenisie się nie męczy i nie sapie,
z przekonania i zasad umiarkowany, nieco socjalista
i umiarkowany narodowiec, a od roku jest w MSZ i ma zostać
(jeśli mu się z tym mariażem uda) szefem attachatu ambasady
w Portugalii, w Lisbonie. Panna posiedzicielka sześciu domów
i ze sześćset tysięcy złotych dostanie z rączki do rączki (na
razie, a potem więcej), tylko że choć ma na imię Myrta, to
z mirtem podobno gorzej i w ogóle podobno puszczała się
jako lotniczka nawet w kabinie tysiąc metrów nad ziemią.
Odważna!
W Klubie wcale nie byłem, bom się gryzł i martwił od
samego rana! Z czego my będziemy żyli, jak tak dalej
pójdzie? I to wszyscy „nasi”. Dokoła jakoś ludzie sobie dają 
rady, robią różne geszefta, kombinują, kalkulują, to kupują
lasy, to sprzedają, wycinają, wywożą. Ten na lnie, tamten na
konopiach, ten nawet na mydle nie wychodzi jak Zabłocki.
A my jakoś nic. Po prostu nie orientujemy się w dzisiejszym
życiu czy co, u diabła? Nowi ludzie nas we wszystkim
dystansują, a my nic, tylko żyjemy z kapitałów, z kuponów,
z tego, co nazbierali nasi ojcowie właściwie. I to wszyscy
w „Kole Racjonalnego Rybołówstwa”. Jak tak dalej pójdzie,
wypiszę się z Klubu i albo do „Techników”, albo do
„Kupieckiej”.
Przyjaciółka (stosunek) Stefka Ramołyńskiego, ta
aktorka, telefonowała, proszą na kolację. Jutro jej imieniny,
Marcjanna ma widocznie na imię, czy coś podobnego. Rano
poślę kilo pralinek od Wedla i chryzantemy. Ciekawym, czy
czekolada znowu zdrożała?
Wkrada się w Klubie przykry zwyczaj nieregulowania
długów karcianych.
Dywaniarz przegrał czterysta jeszcze przed Bożym
Narodzeniem i od dwóch tygodni „nie bywa”.
Szef dał nam wczoraj takie bitki à la Strogonow, żeśmy we
czterech poszli do kuchni pogratulować mu uroczyście. Miał
łzy w oczach ze wzruszenia, ale ledwie się na nogach trzymał.
I pomyśleć sobie, że on jeszcze z Guciem Potockim tak
się urzynał za czasów Hurki i Marii Andrejewny. Od lat
czterdziestu dzień w dzień od siódmej rano do siódmej rano.
Jednak nasz lud jest wytrzymały i ma przyszłość przed
sobą.
Niektóre akcje zaczynają się poprawiać.
Szczególnie Pol-bele (Kabel polski) i Pilbole (Fabryka
pilników krajowych). Może ta Polska jednak coś będzie warta.
9 stycznia
Długa, kilkugodzinna konferencja z „X”. Ponieważ 
cierpię tak na tę amnezję (utrata pamięci), więc jak zwykle
starałem się notować wszystko dość pedantycznie w godzinę
po konferencji, dlatego boję się, czy pewnych szczegółów nie
poplątałem z innymi i czy te, co ważne, nie uleciały mi
z głowy.
W każdym razie jest to fakt, że ten profesor Caro
mieszka we Florencji!
Jest doktorem (najwybitniejszy z uczniów Woronowa)
i całą tę metodę stara się udoskonalić do ostatnich granic.
Z zawodu, z profesji – uczony, bada patologię ras. Co to
jest ta patologia ras, to dokładnie nie wiemy, ale to do rzeczy,
do naszej rzeczy, nie należy. Otóż ten doktor Caro kilka razy z
naukową wyprawą bywał sobie w Abisynii (w Afryce
Północnej – popatrz na mapę). I tam ci uczeni odnaleźli
wysoko w górach jeden zupełnie zagubiony szczep ludzki,
który się sam tam uchował, nic a nic o reszcie ludzkości nie
wiedząc. Ponieważ mieszka w górach, więc oczywiście jest to
góralski szczep.
Nazywa się ten szczep Falasza. Pochodzi, według
tradycji, od królowej Judyty czy też Saby, czy też Sary,
w każdym razie jest tej samej rasy co Sara. Będzie tego
szczepu ze sto pięćdziesiąt do dwustu tysięcy sztuk.
Ponieważ atoli żyli w odosobnieniu od reszty ludzkości,
więc trochę kompletnie zdziczeli, a że w gorącym klimacie,
więc odzieży nie używają, a tylko nieco zarastają na całym
ciele (jak małpy). Jeszcze ich bardziej zbliża do małpiego
gatunku czy szczepu niesłychana zwinność i zgrabność, jakiej
nabrali, bytując w górach i na drzewach. (Góralska zgrabność
– juhasy).
Doktor Caro pierwszy raz natknąwszy się na ten szczep,
był przekonany, że to może pawiany.
Dopiero dłuższa konwersacja w narzeczu hetyckim (argot
hebrajskiego) przekonała go, ze to nie tylko ludzie, ale pod 
względem predyspozycji mózgowych jacyś nadludzie. Żywią
się wyłącznie jarzynami (pewnym gatunkiem cebuli,
odmianami selera, bulw, karczochów i czosnku) oraz rybami,
których to ryb morskich oraz kawioru mają sporo w jeziorach
między górami rozlokowanych. Pomiary kraniologiczne,
jakie ta wyprawa naukowa, z doktorem Caro na czele, tam
wyczyniała, wykazały, że są to „dwugłowce”, najbliżsi
kształtem korpusu do starożytnych Fenicjan i Kartagińczyków.
Otóż wtedy doktor Caro wziął sobie z Abisynii za
niewielką cenę cały ładunek Falaszów do swej kliniki we
Florencji i tam dalej dokonywał badań antropologicznych i
kraniologicznych, szczególnie na samcach, tj. raczej na
mężczyznach.
Okazało się, że te górale abisyńskie to jest wprost jakiś
fenomen gatunku ludzkiego o niezwykłej hypertrofii
wszelkich zdolności i talentów, widocznie wypoczętych
i nieużywanych wskutek niestykania się przez wieki całe
z resztą ludzkości. Eksperymenty, jakie na nich robił doktór
Caro dały niesłychane rezultaty.
To, do czego normalny człowiek, tj. Europejczyk (albo
Murzyn, albo Japończyk), w ogóle homo humanus potrzebuje
roku, do tego im wystarczy tydzień. W trzy dni nauczyli się
czytać i pisać po włosku. W tydzień algebra, w miesiąc
stenografia, w trzeci – chemia organiczna.
W dwa miesiące niektóre okazy umiały zgłębić jakiś
system filozoficzny albo zrobiły jakieś odkrycie w dziedzinie
astrofizyki czy sejsmografii itp.
Falasze z niektórych okolic górskich w głębi Abisynii są
podobno potomkami w prostej linii Matuzalema i żyją po sto
trzydzieści do stu sześćdziesięciu lat, a nawet dłużej.
Podobno dwa centymetry kubiczne, czyli tysięczna część
litra czystej krwi falaszowej już by wystarczyła?
Doktor Caro trzyma ich w zamknięciu i odosobnieniu 
w swej klinice, która jest rodzajem twierdzy. Żyją w ogrodzie.
Ani Stejnach, ani Woronow nic o tym wszystkim nie
wiedzą.
Mój „X” jest szwagrem doktora Caro...
Tak się szczęśliwie dla mnie złożyły okoliczności....
Zatem do dzieła, do dzieła, do dzieła!
10 stycznia
Mistrz Ślaz będzie robił z magnifiki naszego homeopaty
landszaft do kolan w balowej sukni z dekoltem na 48 nakryć.
Karnacja cielesna podobno jeszcze wcale, wcale mimo trojga
dzieci, z których jedno bardzo niedowarzone czy
niewydarzone.
Kartka z Paryża od tego idioty Hipcia.
Pisze tylko kilka słów: „Veni, vidi, vici”. Podobno takie
kartki aroganckie dostało ze trzydziestu członków Klubu. Co
to znaczy? Skąd się wzięło takiemu niedołędze wiecznie
zakatarzonemu, takiemu notorycznemu impotentowi (ni do
wina, ni do winta) cytować zdanie Hannibala spod Kapui?
W nocy tegoż dnia.
Kolacyjka u „naszej Sary Bernard” była bardzo miła. Ona
naprawdę ma wielki talent i dużo wdzięku. Na scenie
występuje pod nazwiskiem Królikowskiej, choć podobno
nazywa się całkiem inaczej.
Z naszych był Żołzikiewicz z „Dziennika Sarmackiego”,
mistrz Ślaz i jeszcze dwóch panów z miasta oraz dwie
koleżanki, dość szpetne.
Zauważyłem od dawna, że ładne artystki zawsze
przyjaźnią się z brzydkimi. Dlaczego to robią, nie wiadomo.
Za tydzień gra Królikowska tytułową rolę w dramacie
Gabriela d`Annunziego pt. „Okręt”. Zanotowałem to sobie 
specjalnie, żeby być au courant na kolacji. Dało to oczywiście
pretekst Ślazowi do wygłoszenia toastu ku czci naszej
krajowej boskiej „Sary”, który się wypiło prawdziwym Moet
Chandonem. Nawiasem mówiac, skąd Ramołyński ma jeszcze
na takie luksusy?
Ten d`Annunzio to podobno nazywa się Rappaport
i pochodzi z Brodów. Oczywiście dużo było mowy o sztuce,
malarstwie (futurystach), o jej konkurentkach i rywalkach,
z których niektóre, jak się okazało, są wprost urodzonymi
kryminalistkami (jedna podobno nawet kleptomańska). Mistrz
Ślaz robi jej portret jako Jessiki w tym „Geldhabie”. Stary
Ramołyński znał osobiście Sarę Bernard za swoich dobrych
czasów, więc dużo było mowy o niej. Syn Sary opowiadał
Ramołyńskiemu, że jego dziadek pochodził z Polski, z Leszna
na Górnym Śląsku, czy coś podobnego. Za niemieckich
czasów nazywało się to Lissa. Miał tam sklep z gwoździami
czy też aptekę, czy coś podobnego i dopiero na stare lata
przeniósł się z rodziną do Francji. Sara, mając lat
osiemdziesiąt, wyjeżdżała jeszcze do Ameryki na gościnne
występy! 80 lat! I nie miała jednej nogi (prawej) i jednej ręki
(lewej).
I to się nazywa płeć słaba, rasa słaba! Pisali jej takie role,
żeby sobie cały czas siedziała na fotelu. I zarabiała po 200000
franków rocznie czy też miesięcznie! To jest energia i siła. To
jest rasa taka Sara!
Tak, to jest rasa ta Sara!
Co my wobec tego? Dziwnym zbiegiem okoliczności
Królikowskiej też na imię Sara, aczkolwiek oficjalnie, tj. na
afiszach, nosi piękne i poetyczne imię: „Wanda”...
Wanda Królikowska.
Pojedynek Goryczki odbył się dziś rano w Konstancinie
na tak zwanej Grapie. Nieszczęsny człowiek ma przestrzelone
bardzo ważne szczegóły. W Klubie ogromne poruszenie. Już 
na obiad zamówiło się ze trzydziestu. Były zrazy zawijane
z kaszą, makaron, naleśniki à la Popielka. Wrzało jak w ulu.
Jedni twierdzili, że to powód do rozwodu dla Goryczkowej,
ale mecenas z Miodowej zaprzeczył. Większość upiera się
przy tym, że w pracy umysłowej nic to mu przeszkadzać nie
będzie, gdyż „Dziennik Sarmacki” zawsze był od lat stu
kurierkiem solidnym, ale i najlepszym środkiem nasennym
w kraju.
Po południu wybraliśmy się do Goryczków gremialnie
z kondolencyjną wizytą. Przyjęła nas tylko pani domu,
oczywiście bardzo zakłopotana i spłakana. Skąd takie
Grünspany mogą nauczyć się tak strzelać? Do czego to
dojdzie, jak tak dalej pójdzie? Wieczorem w Klubie tak pełno,
jak nie pamiętam od dawna. Na każdym stole było wino.
Hałas, gwar, nawet ktoś usiadł do pianina i zagrał kilka
walców z oper. Mówiło się oczywiście o dwóch sprawach, tj.
o przestrzelonych częściach Goryczki i o tych triumfalnych
widokówkach idioty Hipcia z Paryża...
À propos tego drugiego kursują rozmaite legendy, ale nie
wiadomo, co prawdy w tym...
W szpitalu Dzieciątka Jezus zmarł wczoraj na zapalenie
opon mózgowych Ryszard Kołtoński, mój daleki kuzyn.
Pracował całe życie nad takimi wynalazkami i trochę zbziczał
na tym punkcie. Rok temu wynalazł jakąś „dynamomaszynę
na prąd stały o wysokim napięciu”. Opatentował to podobno
na Francję, Anglię i Niemcy. Potem znów wynalazł jakieś
„pompy rtęciowe” czy coś takiego i znów opatentował na
dziesięć państw. Belgijczycy założyli dla eksploatacji tego
wynalazku z tymi „pompami rtęciowymi” duże konsorcjum.
Kołatał i u nas do ludzi o pieniądze, ale nikt mu dać nie chciał.
Nasz człowiek był z duszą i kośćmi i do „Bergsohnów
i Einsteinów” iść z tym nie chciał. Co jakiś czas mu tam ktoś
z rodziny coś kapnął, ale jak zaczął fiksować zupełnie, to 
trzeba było z nim zerwać zupełnie. Próbowałem w Klubie
zainteresować tą jego „dynamomaszyną” kilku takich, co mają
większą gotówkę, ale wszyscy wzruszali ramionami, radząc,
żeby z tym jechał do Berlina, bo Niemcy na takie wynalazki
chytre i łakome. Nie pojechał. W szpitalu, w ostatecznej nędzy
przeleżał na ogólnej sali ze trzy miesiące. Te opony to bardzo
ważna rzecz. Osiwiał podobno z bólu przez trzy dni.
Posyłałem mu od czasu do czasu to i owo. Miał dwóch braci
rodzonych, bardzo, bardzo bogatych w Kaliskiem, to ani jeden
palcem nie ruszył. Przedwczoraj właśnie mu doręczyli
telegram z Brukseli, że tam powstało takie „Societé
Anonyme” do eksploatacji tego wynalazku. Tak się tym
nieboraczek przejął, że w godzinę był gotów. Może go tam
i szkoda. Kto wie, czy w nim nie tkwił jakiś Edison polski, czy
coś podobnego. Okropnie wiele ludzisków w ten sposób
marnuje się u nas. Zdolny naród, ale jakiś ogromnie
niezaradny i prawdę mówiąc może i zupełnie głupi.
Wieczorem mam seans spirytystyczny z nowym medium,
świeżo odkrytym przez naszego Guzika. Będzie z osiem osób
z naszych i z miasta i to poważnych dwóch lekarzy i książę
Jerzy, prezes „Ferro-polu”. Mam 300 akcji tego „Ferro-polu”,
nie wiem, co z nimi zrobić. Może on mi poradzi.
Dziwny ból w lewym łokciu od samego rana... Może by
tak jakieś prześwietlenie?
11 stycznia
Nędza rośnie, drożyzna się trzyma. Wiceprezes zamknął
swoją fabrykę. Nikt szczotek elektrycznych nie kupuje, a jak
tak dalej pójdzie, przestaną ludzie chyba w ogóle zamiatać.
Ślub bratanka Pociejowskiego jeszcze w bieżącym
kwartale. Ale czy w synagodze, czy w kościele, nie wiadomo,
aczkolwiek mówią, że panna jest już od dłuższego czasu 
zreformowana.
Kamienicki twierdzi, że w jego kamienicy
czterofrontowej ośmiuset lokatorów płaci razem tyle
komornego, że mu to ledwie wystarcza na pensję dla szofera
i na papierosy dla żony, dwóch córek i dwóch ciotek
odchowywanych w domu.
Ordynat Tarło, jadąc wczoraj na śniadanie do ambasadora
tureckiego, zatrzymał karetę, wysiadł z niej i z miejsca
naciągnął naszego rejenta (o którym wie, że zawsze teraz nosi
gotówkę całą przy sobie) na pięćset złotych ciepłą rączką.
Goryczce lepiej. Wobec tego, że jest postrzelony,
rozprawa w sądzie odłożona.
Pani Hipciowa dostała telegram dzisiaj, że jej safanduła
wraca. À propos tego w Klubie wieczorem kursowały
rozmaite koncepty, przeważnie bardzo pieprzne
i niecenzuralne.
Od jutra będę chodził na te elektryzacje, na które także
kilku z naszych uczęszcza. Może mnie to nieco postawi na
nogi, gdyż czuje się w ogóle fatalnie. Jakaś ospałość,
ociężałość, czczość, brak apetytu, brak snu. Nie jestem zresztą
w tym odosobniony. Wszyscy nasi na to się skarżą.
Pułkownik mi mówił, że już od jakiegoś czasu nie ogląda
się na ulicy za dziewczynkami. To samo prezes, to samo cały
stół spod zegara od winta. Jakieś ogólne skapcanienie nas
ogarnia.
Może sobie psa dog-germana kupię albo się ożenię
z córką Wojciechowej, tą starszą. Zdrowa jak ćwikła,
brunetka, z małą brodawką.
Tylko czy właściwie to by jeszcze sytuacji mi nie
zagmatwało?
Dzisiaj przy obiedzie zgadało się coś o Hipciach. Był
indyk z truflami, że palce lizać. Suflecik à la Kawecka.
Butelka Rüdersheimera. W Klubie wszyscy wiedzą, że Hipcio 
to ostatniej klasy pantoflarz, a ona podobno regularnie go bije
we czwartki. Wobec tego profesor Pieterkiewicz, który od
trzydziestu lat pisze dzieło o owadach, opowiadał nam
ciekawe szczegóły o niejakiej modliszce.
Ten owad jest unikatem, bo ma szyjkę. Inne podobno nie
mają. Potem ma tak zwany „szczękoróżek”, to jest rodzaj piły
zazębionej. Samczyk tej modliszki jest bardzo mały, łagodny,
cierpliwy, tchórzliwy i głupi. Samiczka olbrzymia i okrutna,
i drapieżna. Otóż kiedy on się w niej zakocha, biorą ślub
i miesiąc godowy trwa sześć godzin. Sześć.
Można sobie wyobrazić, co za sensację przy stole
wywołało takie opowiadanie. Ale nie koniec na tym. Podczas
nocy poślubnej modliszka-żona jednym cięciem tej swej piły
odwala mu łeb, a on na to nie reaguje. Bez łba na karku kocha
ją dalej. Teraz baba zaczyna go zjadać całego. Ale nie koniec
temu. Ponieważ kilku modliszków czeka zwykle dokoła, więc
modliszkowa zdradza go kolejno z innymi i zjada
równocześnie kolejno jednego po drugim!
Równocześnie! Ładny okaz!
Wobec tego oczywiście się nie żenię. Każda kobieta ma
w sobie coś z modliszki. Weźmy taką Hipciową na przykład.
Od jutra szukam w „Kurierku” i w „Dzienniku”, czy kto nie
ma psa, ale już wytresowanego do odstąpienia dog-germana!
Może ratlerka?
12 stycznia
Wreszcie więc dostałem te wszystkie cztery adresy od
„X”. A więc:
Doktor Woronow (Samuel Leonowicz) mieszka: Paris
XVI rue Marquis de Sade, III etage.
Doktor Heluan Jaworski – Paris VI, 18 rue Ninon de
Lanclos.
Prof. dr Siegfried Steinach – Wien, Mariahilferstrasse 32
(Mezzanin).
Wreszcie, co dla mnie najważniejsze. Dr Giacomo Caro,
Firenze (Florencja), via Cristophoro Colombo 13 (w
ogrodzie).
Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli, to jadę
w połowie lutego. Tak mi Panie Boże dopomóż.
Wesele młodego Pociejowskiego ze starszą „jedynaczką
króla łoju” jeszcze w tym sezonie.
Pokazywali mi dzisiaj w „Europie” tę Myrtę F.
Einsteiniankę, no i wyznaję szczerze, że wcale, wcale.
Siedziała z kilkoma panami z dyplomacji i porucznikami
z gwardii, tj. huzarami z pułku imienia Kozietulskiego.
Śliczne mundury, a chłopaki zdrowe aż miło patrzeć. Przede
wszystkim nie nazywa się F. Einstein, tylko Einstein, ale
ponieważ firma jest „F. Einstein i H. Bergsohn”, więc się
utarło.
Papa panny zrobił fortunę na łoju i stearynie. Jest to dziś
pierwsza w ojczyźnie i w państwie fabryka świec, od łojówek
począwszy do gromnic włącznie. Jego wspólnik Bergsohn zaś
zbił olbrzymi majątek na gałganach. Takie to są czasy.
Podobno bardzo uczciwy człowiek. Ale bądź co bądź zrobił
majątek na gałganach... Są skończone gałgany, które stają się
Krezusami, spekulując na papierach giełdowych, a ten
Bergsohn stał się Krezusem przez gałgany, z których robi się
papier specjalny, podobno nawet pergamin (ośla skóra).
Kiedy to opowiadano w Klubie, literalnie nikt nie chciał
temu wierzyć. Okazuje się, że na takich gałganach, szmatach,
strzępach, co się je wyrzuca na śmieci, można zarobić
kokosowe miliony! No, tylko trzeba się znać na gałganach, no
i mieć ten taki spryt handlowy. No, a to znowu nie tak łatwo.
Na to trzeba mieć w głowie dużo kombinacji i umieć
kalkulować.
Prezes Pociejowski zapewniał dziś przy czarnej kawie, że
dom Bergsohnów wywozi dziś z samej Warszawy miesięcznie
do czterystu wagonów gałganów! A ile to jeszcze zostaje!
Z każdego dnia przecież można by zebrać jeden wagon! Kiedy
ten Einstein ożenił się z Bergsohnówną, oba interesy połączyli
i teraz mają wielki Dom Handlowy na rogu Staszica i
Traugutta (dawniej Berga i Kotzebue'go). Myrta jest blond,
jasny blond. Włosy przystrzyżone „à la Garçonne”. Podobno
nie pali i nie pije, a jednak konno jeździ tak ślicznie, że
wszyscy dżokeje kochają się w niej na zabój, ale podobno
wielu bez powodzenia.
W „Europie” jadłem doskonałego karpia w śmietanie.
Nawiasem mówiąc, jutro robię awanturę w Klubie
kucharzowi.
Jak rok długi, tak u nas nigdy ryby nie zobaczy! Ani à la
carte! Tyle co w dzień wigilijny. Albo śledzie do wódki czy
piklingi lub rolmopsy! Nie jest to też skandal? „Koło
Racjonalnego Rybołówstwa” i tylko mięsożerstwo! Nigdy
ryba! Nawet na lekarstwo!
Wandzia Królikowska mówiła wtedy u siebie, że
najsławniejszy angielski komediopisarz Bernard Shaw (po
polsku Owca) był do śmierci jaroszem. A podobno jeszcze
żyje, choć bardzo stary, ale jary. Skądinąd wiem z jednej
książki o wegetarianizmie, że angielski kanclerz i filozof
Bacon z Werulamu (Bacon to Słonina), choć „Słonina”, a jadał
wyłącznie ryby i tylko w dzień śmierci zjadł beafsteak z rożna
i umarł.
W ogóle Anglicy zjadają bardzo dużo ryb gotowanych
i surowych i w każdej rodzinie jeden zostaje jaroszem.
U „naszych” także.
Może stąd mają taki spryt do geszeftów?
Może to nałogowe mięsożerstwo w naszym Klubie
wpływa tak jakoś na to zwapnienie mózgów, bądź co bądź 
przedwczesne?
Hipcio telefonował! Wczesnym rankiem już przed
dziesiątą! Coś niesłychanego! Jakimś głosem rześkim,
młodzieńczym, energicznym.
Skąd mu się to wzięło? Co za nowa moda? Nigdy tego
nie bywało. Czy mu ten Paryż tyle dodał wigoru? Ale przecież
tyle razy tam jeździł i nigdy w Paryżu nie zrobili z tego owsa
ryżu. Zawsze wracał jeszcze większym kapcanem.
Zajadę do Klubu wcześniej, żeby się wywiedzieć, kogo to
jeszcze nasi Hipciowie zaprosili.
W Klubie natknąłem się dziś zaraz na homeopatę z ulicy
Orlej (którą teraz przemianowali na Sępią). Korzystając
z okazji uciąłem sobie z nim rozmówkę, taki gratisowy
wywiad lekarski. Co teraz brać? Przez ostatnie lata zjadłem
chyba pół cetnara „Fitiny”, beczkę „Haemetogenu”, kilka kilo
„Piperasiny”, worek mączki Nestla, gąsior „Hemogenu”, głaz
arszeniku, ostatnio pijam kuflami „Motofer”, tak jak wielu
z nas w Klubie. I jakoś mi to wszystko nie pomaga.
Homeopata radził, żebym dużo chodził piechotą w Aleje
tam i z powrotem, od placu św. Aleksandra Drugiego do
Belwederu tam i z powrotem ze cztery razy, to po miesiącu
będę się czuł jak nowonarodzony podrzutek. Idiota! W ogóle
te homeopaty to kretyny. No, a już ten nasz, to oczywiście
kwadratowy i patentowany.
Po obiedzie wszyscy mówili o podatkach i braku
gotówki. Jest to już chroniczny temat gadaniny po jedzeniu.
Ludziska irytują się, wpadają w szewską pasję, a to podobno
dobre dla konkokcji żołądka i pomaga w trawieniu. Zaczyna
zwykle ględzenie któryś z byłych ziemian wysadzonych na
bruk. Mamy takich dziedziców akurat tuzin, samych
Ramołyńskich trzech.
Hipcio całe dwa dni nie pojawiał się w Klubie. Na
czwartek proszeni do niego: prezes, wiceprezes, generał, trzej 
Ramołyńscy, mistrz Ślaz, profesor Pieterkiewicz, ordynat
Tarło. Co to wszystko ma znaczyć? Co Hipciowi znowu do
głowy strzeliło? Skąd takie rewolucyjne pomysły? Co to za
nowe zwyczaje? Odkąd najstarsi członkowie pamiętają, było
zwyczajem „Racjonalnych” na śniadanie prosić, ale tylko do
Klubu. Jeszcze od czasów Hurki i Marii Andrejewny!
W Klubie krążyły wieczorem na ten temat różne wersje i
pomysły. Niektórzy twierdzą z uporem, że Hipcio naprawdę
przeszedł w Paryżu to, o czym mówił przed wyjazdem (czyli
kuracje Woronowa).
Ano dzisiaj wszystko jest możliwe na tym świecie. No,
ale żeby na Nowym Świecie u nas wkradały się takie nowalie,
to już rzecz niesłychana!
Czytałem taki anons dzisiaj:
„Pasy X” po 80 złotych. „The Barlow Company” NewYork
4-th Avenue. Kupić można w „Maison aux Quatre
Saisons” na ulicy Berga (którą przezwali teraz jakoś inaczej,
ale nie można tego zapamiętać, bo 3000 ulic tak przechrzcili i
przebierzmowali. Skąd my, warszawianie, możemy dziś
zapamiętać te wszystkie nowe nazwy?).
Podobno po noszeniu takiego pasa przez jeden tylko
miesiąc najgrubszy mężczyzna wraca do normalnej figury.
Taki pas usuwa zbytnie tkanki tłuszczowe i zastępuje masaż.
Żaden Karlsbad wtedy ani żadne sporty niepotrzebne.
Jutro rano zajdę do „Maison aux Quatre Saisons”
i zafunduję sobie. Podobno wszyscy paskarze już noszą takie
paski. Ja choć ani z paskiem nie mam nic wspólnego, ani
głowy do interesów żadnej, ale tuszę już mam przedwcześnie
niemożliwą, więc tuszę, że na moją tuszę się przyda. Jeżeli
promienie X okazały się tak skuteczne, to chyba i pasy X
także?...
Aha. Jeszcze jedno. 30 członków Koła zalega
ze składkami. Signum temporis...
Jeszcze jedno. Odkryłem w szafie bibliotecznej u siebie
cztery pudełka „Fosfatyny” Faillere'a, kupione jeszcze przed
wojną. Zatem już chyba nieświeża. Zresztą biorę teraz tylko
neo-Fosfatynę. Dwa dam w prezencie profesorowi
Pieterkiewiczowi, a dwa Wojciechowej na imieniny.
13 stycznia
W łaźni rzymskiej jak zawsze tradycyjnie w każdą środę
przed 15-tym i ja zawsze z profesorem Pieterkiewiczem. Bądź
co bądź co tu gadać, jeszcze on z całej kompanii klubowej
najinteligentniejszy, najwięcej czyta gazet, no i nawet książką
się nie brzydzi jak inni. Choć goły jak święty turecki, a biedny
jak mysz kościelna, jednak czasami kupuje książki. Kupuje!
Toteż przy wycinaniu nagniotków rozmawiało się o tym
i owym. Bardzo ciekawe detale o przyszłych teściach młodego
Pociejowskiego (firma F. Einstein & H. Bergsohn). Okazuje
się, że mają w Europie wielkie koligacje w uczonym świecie.
Jeden z F. Einsteinów i jeden z Bergsohnów są podobno
znakomitościami, filozofami takimi jak Sokrates. Nie będę
tego umiał powtórzyć, ale poczciwy Pieterkiewicz wykładał
mi to szeroko i długo, jakby łopatą. Żeśmy atoli siedzieli
w bademantlach, więc nie miałem notesika pod ręką i nie
mogłem notować sobie, jak to mam w zwyczaju. Podobno
nawet sfilmowano jedno dzieło któregoś z nich, ale którego,
to już nie pamiętam. Dosyć, że panna Myrta ma w rodzie po
obu spólnikach znakomitości wszechświatowe. Być może, że
z Paryża i Einstein, i Bergsohn na wesele przyjadą! Można
jeszcze sobie wyobrazić, jaki teraz Pociejowski będzie chodził
nadęty. Otóż jeden z tych dwóch Feinsteinów podobno (jak
mówił profesor) „zgalwanizował metafizykę”, a drugi
wynalazł „prawo bezwzględności” czy coś takiego. Dziś są tak
sławni, że do którego by hotelu i do którego by miasta 
zajechali, zaraz o tym dziennikarze wiedzą i piszą tak, jak
o Battistinim czy Cyganiewiczu. Przy tej okazji atoli
Pieterkiewicz wyznał mi, że w ogóle teraz filozofia jest
specjalnością tych dwóch rodzin i ich bliższych i dalszych
krewnych. I wymienił mi cały szereg nazwisk takich
filozofów, co po prostu żyją z tego, z tych abstrakcji i to
dostatnio, i nawet majątki robią i w pierze, i sławę obrastają.
Okazuje się, że ten profesor Steinach jest uczniem
i następcą, czyli jak mi mówił Pieterkiewicz, tak zwanym
kontynuatorem tamtego filozofa Einsteina. Kiedy bowiem ten
Einstein odkrył tak zwaną teorię względności (!), co znaczy,
że wszystko jest względne (RELATIWUM), a nic nie ma
bezwzględnego, Steinach dalej tę metodę zastosował do wieku
ludzkiego. Nie ma bezwzględnej starości ani bezwzględnej
młodości. Można być młodym jak ćwik, a już zdradzać
początki niekompetencji i impotencji, a znowu można być
starym jak grzyb, a przeprowadziwszy kurację odpowiednią
(bezbolesną!) na nowo czuć się jak nowonarodzone źrebię. Co
tedy Einstein zaczął, to Steinach dokończył, czyli że razem się
nawzajem niejako uzupełniają, kompletują (EINSTEINACH).
Będę sobie tedy musiał przedtem zakupić wszystkie
dzieła naukowe jednego i drugiego, żeby je sumiennie
przestudiować.
Wieczorem tegoż dnia
Niestety, wieczorem przerżnąłem 30 złotych. O zakupie
książek ani już marzyć.
14 stycznia
Jest godzina 1-sza w nocy. Przed chwilą wróciłem
z Klubu i zapisuje przed spaniem. Tylko czy ja będę mógł spać 
w ogóle? Wezmę ze trzy proszki bromu, a oprócz tego nogi
w gorącej wodzie wymoczę, to może jednak zasnę.
Wojciechowa grzeje mi wodę w wannie. Ja piszę. Ale zacznę
ab ovo. Chaos wrażeń jest tak olbrzymi, że muszę od początku
wszystko zanotować od samego dzisiejszego poranka. Coś
zupełnie niezwykłego i niespodziewanego. Jestem pokonany,
zdruzgotany, oszołomiony... Byłem jako ten niewierny
Tomasz. Kpiłem! Szydziłem! Nie wierzyłem! A jednak dziś
się przekonałem! Widziałem na własne oczy!
Wstałem w samo południe. W łóżku czytałem sobie, jak
zwykle, mego Spenglera, ten „Zmierzch Zachodu”.
Pożyczyłem to sobie od Kanonika trzy lata temu i odtąd co
dzień rano po białej kawie czytam i czytam, właściwie już
trzeci rok w małych dozach homeopatycznych, żeby wszystko
zrozumieć. I już dobrnąłem omal do samego końca. Jeszcze
mam ze 200 stronic. Dlatego to czytam, żeby po prostu dać
przykład innym w Klubie, że trzeba coś czytać poważnego.
W Klubie to wiedzą już od dwóch lat. Dawniej to nawet
imponowało. I interpelowano mnie często w materii „Upadku
Zachodu”. Teraz już się z tym otrzaskali i rzadko kto zwraca
się do mnie z zapytaniem: „A co tam z Europą, panie
Kołtoński?”.
Głupawy Hipcio doszedł do tego, że kilka razy pozwolił
sobie na aroganckie kpinki z mojej uczoności.
Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Krawat wziąłem, na to paryskie śniadanie, paryski. Kilka
kropel „Houbiganta” na chusteczkę. Wyglądałem w lustrze tip
top. Tylko cera jakoś, jak zawsze w ostatnich czasach, niemiła
i plamista. Wpół do drugiej byłem już na miejscu.
W salonie goście zebrani, ale obecna tylko pani domu,
jakaś dziwnie rozpromieniona, podniecona, pewna siebie,
wesoła. „Kompozytora” nie było. A trzeba tu przyznać, że
w ostatnim kwartale „przyjacielem domu” Hipcia („rogacza 
niewspaniałego”) był jakiś stroiciel fortepianów, który się
zainstalował do nich na stałe, stroił fortepian chyba trzy razy
na tydzień i został awansowany na „kompozytora”, o którym
się mówiło, ze będzie drugim Moniuszkiem albo nawet
Karasińskim!
Rozmawialiśmy już z kwadrans o pogodzie i o
podatkach, o Pociejowskich i o Klubie, o karnawale i o
stabilizacji stagnacji. Już zaczęliśmy się niecierpliwić coś
niecoś, że gospodarz nie zaczyna się zjawiać, kiedy nagle
drzwi od gabinetu otwierają się zamaszyście i szeroko. I w
drzwiach staje Hipcio i nie Hipcio, on i nie on. Matołowicz, a
nie Matołowicz!
W tym momencie pani domu, cokolwiek zażenowana,
wstała...
…Panowie pozwolą, że na chwilę zajmę się jeszcze
gospodarstwem i zostawię was z Hipciem... Zaraz siadamy.
…Ależ prosimy...
I tylko dzięki temu, ze zostali w salonie sami mężczyźni,
rozmowa mogła teraz potoczyć się swobodnie. Przed nami stał
Hipolit odmłodzony! O lat najmniej piętnaście. Rześki,
smukły, sprężysty.
Ze zgarbionego, zgiętego w kolanach, limfatycznego,
skrofulicznego, kaprawego Hipcia – jakiś bokser czy harcerz,
marynarz czy cowboy.
Posypał się grad pytań i na te pytania tysiące odpowiedzi.
Potem, oczywiście, daliśmy mu uroczyste słowo honoru, że
nic z tego, co nam zwierzył i z czym nam zaufał, nie dostanie
się na zewnątrz.
Nawet w Klubie.
Tyle tylko można wyjawić na razie, że doktor Woronow
nazywa się właściwie doktor Samuel. Zabiegi trwały dwa
tygodnie. Dr Samuel o wiedeńskim profesorze Steinachu
mówi jako o szarlatanie, natomiast o profesorze Einsteinie 
wyraża się z szacunkiem. Tylko znów filozof Einstein
podobno wyraża się o fatalnie o doktorze Samuelu, ponieważ
jego „teoria bezwzględności” zestarzała się już tak przez kilka
lat, że ani Steinach, ani Woronow nawet nie zdołaliby jej
odmłodzić.
Na śniadanie był barszcz i dwa dania rybne. Turboty
w sosie astrachańskim. Jarząbki à la Grande Duchesse.
I maleńkie kotlety z móżdżku. Po prostu więc śniadanie
postne, choć to czwartek, a nie piątek. Były i toasty. Sautern.
Dziś jestem tak zmęczony, że dalej pisać nie mogę. Bromu nie
wezmę.
W cztery dni później
„Sprawa Kolumba”:
Specjalnością kucharza w Klubie, jak wiadomo, są także
jajka faszerowane, jajka sadzone w majonezie i jajka „à la
Columb”.
Wymyślił to podobno kiedyś któryś z wielkich książąt,
Włodzimierz Konstantynowicz czy też Borys Cyryłowicz.
Stawiane są sztorcem w majonezie z kaparkami.
Dało to powód dzisiaj do wielkiej dysputy przy kolacji,
jakiej właściwie narodowości jest odkrywca tamtego
wielkiego „Nowego Świata”. Jedni twierdzili, że Włoch, inni,
że Portugal, inni, że Hiszpan. Redaktor Goryczka, który się
już wylizał z pojedynku, ale chodzi o lasce, wystąpił
z hipotezą, że Columb to po prostu „Gołąb” („Gołomb”), ergo,
że musiał być polskiego pochodzenia z gatunku tych
podróżników awanturników, jak pan Pasek lub pan Beniowski.
Hipotezę tę podtrzymuje głównie to, że pieniądze na podróż
swą wypożyczył od starozakonnych, tak jak to praktykował
każdy szlachcic polski. Znane są nawet nazwiska tych
Feinsteinów, co Kolumbowi pieniądze na tę eskapadę
awanturniczą pożyczyli.
Tymczasem młody Pociejowski, bratanek prezesa (ten
z MSZ, co się żeni z panną Myrtą Feinsteinianką), a który
wczoraj był pierwszy raz w Klubie, wystąpił bardzo śmiało
i stanowczo z całkiem nowym odkryciem. Że zaś ma wielką
swadę, erudycję i wiedzę, to nas wszystkich przekonał. Jest to
podobno pogląd uczonych francuskich i hiszpańskich.
Ponieważ zanotowałem sobie wszystko, co Pociejowski junior
rozpowiadał, przeto teraz to sobie uwieczniam w sztambuchu.
Otóż genialnemu odkrywcy Ameryki na imię było Cristobal, a
nie Krzysztof, a nazywał się nie Kolumb, tylko Colon di
Fonterosa. Ani nie był Włochem, ani Genueńczykiem, tylko
po prostu Galicjaninem. Pochodził z Galicji (Galilei). Od tego
czasu też się mówi : „Galiziane vincisti!”
Już to trzeba przyznać, że te Galicjany to zdolny szczep.
Nawet Amerykę potrafią odkryć. Co się dziwić, że u nas
w Polsce tak za łeb wszystkich wzięły. Był więc Columb
„Galeyo” i nawet jeden okręt sobie nazwał „El Galeyo” –
znaczy Galicja. Pochodził z miasta „Ponte Verde”, ale się
wstydził tego, bo Galicjany tamtejsze miały też złą markę
w Hiszpanii i w Portugalii. W jego listach i dokumentach
pełno jest galicjanizmów. Zaś matka jego była z domu
wyznania mojżeszowego, jak wszystkie Fonterosy. Stąd na
portretach niektórych podobny jest do jednego z F. Einsteinów
czy Bergsohnów.
Od Kolumba się dysputa zaczęła. Ale kiedy Pociejowski
z bratankiem wyszli, potoczyła się rozmowa o mieszanych
małżeństwach w ogóle. Czy przynoszą szczęście i jakie
potomstwo z tego, czy co warte, czy nie? Wyliczono
wszystkie figury w Warszawie i w Polsce, i w Galicji
z mieszanych małżeństw, z czego dużo jest potomków
zdolnych, ale dużo i degeneratów, i utracjuszów.
Po matkach mają zmysł do geszeftów, bankowości,
kombinacji, ale potem po ojcach odzywa się sarmacka 
lekkomyślność i wszystko, co zarobili, puszczają. Dużo też
takich, co są i bardzo zdolni, a trzeba przyznać, nie hulaki.
Wyliczali cały szereg nazwisk takich, co są z matki
„Fonterosy” i w życiu publicznym mają takie oryginale idee,
jak ten Kolumb ze swym jajkiem. Dużo było wczoraj o tym
gadania w Klubie do późnej nocy. Nawet bridge'a sobie
przerwali niektórzy, bo temat ekscytujący i aktualny.
Morał taki, że jak my nie będziemy mieli w sobie zmysłu
do geszeftów, do wielkich geszeftów, to przepadniemy. Bo
z Niemcami konkurencji nie wytrzymamy, no i najmilsi nas
zjedzą w kaszy. Trzeba więc w sobie, w narodzie,
w społeczeństwie, w młodzieży wyrabiać ten zmysł do
geszeftów! Ale jak? Gdyby matka Kolumba była rodowitą
Hiszpanką, taką sobie po prostu „Carmeną” z opery, to by
może Ameryka dotychczas była zakrytą, bo rasowe Hiszpany
to też podobno ostateczne kapcany (oprócz Galeyów –
Galicjanów).
W głowie mi się mąci od rozmaitych myśli i pomysłów,
i wątpliwości, i kwestii, i problematów. Trzeba będzie wrócić
do fosfatyny, bo to dobrze robi na mózg. W ostatnich
tygodniach niepotrzebnie piłem tę „emulsję tranową” i to mi
się, zdaje, na głowę rzuciło.
Homeopata zachwala „Jecorol”.
Pojutrze wybory doroczne do wydziału „Koła”.
Na wiceprezesa kandyduje (jak dziś oficjalnie stało
w „Dzienniku Sarmackim”) „nasz znany i wybitny
przemysłowiec p. Hipolit Matołowicz”.
18 stycznia
Podobno Mussolini jest też z „naszych”
najserdeczniejszych. Papa jego zwał się Beniamin Mauzel
i był z Brodów. Tak pisze „Journal de Cairo”. Mówił nam
o tym Ramołyński. Jemu mówiła Wanda Królikowska (nasza 
Sara Bernhard), która w ogóle starego hreczkosieja jak może,
tak we wszystkim kształci i cywilizuje.
Jutro jej premiera. Jedziemy oczywiście wszyscy, całe
„Koło Racjonalnego Rybołówstwa”.
Gra „Lanawę”, tytułową rolę w sztuce tego Rappaporta
(d`Annunzia) „Okręt” .
Ramołyński zmobilizował na premierę nawet kilku
naszych admirałów bezrobotnych, a marynarze na balkonie
będą robili klakę. Co to z takiego sarmatołka zdołała
wykrzesać taka Sara z takiej rasy.
19 stycznia
Wiceprezesem wybrany Hipcio, jak to mówią,
druzgocącą większością i przez aklamację.
Zaraz po elekcji wygłosił mowę.
Jak Klub Klubem jeszcze czegoś podobnego nie
słyszano. Szkoda tylko, że nie było stenografa albo
gramofonu, albo sejsmografu.
„Przyjmuję”, „dziękuję”, ale kondycjonalne.
Tak dalej iść nie może... A to, żeśmy się zasklepili. A to,
że jako żółwie w skorupie („że zamknięty w skorupie
niewygodnie siedział, żałowała mysz żółwia”). A to, że
odgraniczyliśmy się od świata, od „Nowego Świata”, od ludzi,
skostnieli, skiśli, zdziwaczeli. A to, że to istny „Klub
Pickwicka”. A to, że czas otworzyć wszystkie okna na
powietrze. Nowych ludzi wprowadzić albo zamknąć budę i
zlikwidować. „Ekskluzywizm nasz doprowadziliśmy do
absurdu”... Jesteśmy jako więdnące drzewo o schnących
gałęziach. Dokoła przewala się, pieni, parska życie
spotęgowane, ludzie robią interesy, spółki, jeżdżą, wracają,
budują, a my tylko z kapitałów, z procentów, z papierów.
Musimy zmienić statut Klubu, zaagitować, rozszerzyć 
się, zająć się „problemami” ogólnymi itp., itd. i etc.
Z nowych gier musimy wprowadzić belotkę i winchestera
(z paniami).
Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobiła ta bomba.
Do głosu zapisało się czternastu mówców z miejsca. Walne
zebranie (po raz pierwszy od stu lat podobno) trwało siedem
godzin z rzędu. Głównymi mówcami opozycji i contra byli
redaktorzy Goryczko i Żołzikiewicz z „Dziennika
Sarmackiego”.
Jestem dziś tak zmęczony wrażeniami z całego dnia, że
już więcej pisać nie mogę.
Wziąłem proszek bromu i kładę się spać.
Jutro dopiszę. Do Florencji zdecydowałem wyjazd na 15
lutego, nieodwołalnie, nieodwołalnie.
20 stycznia
Od rana lekka migrena. Ale bo też co człowiek przeżywa
w tych czasach. Najpierw te podatki bez przerwy, co tydzień
nowy. Wnet będzie podatek od spania, podatek od mebli,
podatek odchodowy. W każdym mieszkaniu będzie
w odpowiedniej ubikacji taki „licznik”, który będzie ważył:
ile? I stosownie do tego po miesiącu: płać, bracie!
Teraz ta afera w Klubie. Przedwczoraj już nie mogłem
dokończyć relacji o niej w „Pamiętniku”.
Otóż, kiedy swą świetną, co tu gadać, porywającą mowę
skończył nowy prezes Matołowicz, do głosu zapisali się od
razu obaj Dioskurowie z „Dziennika Sarmackiego” –
Goryczka i Żołzikiewicz. Goryczka miał z alternacji wypieki
i jąkał się w obrzydliwy sposób:
„Żadnych zmian, żadnych innowacji! Tak ma być, jak
było za dawnych (ruskich?) czasów”. Jak zawsze jadowity
i cierpki pozwolił też sobie na aluzję co do tego, że cała ta 
filipika za odmłodzeniem Koła ma źródło mętne, bo co tu
owijać w bawełnę, w tym głównie, że Matołowicz przeszedł
w Paryżu kurację doktora Woronowa.
Na to ozwały się zewsząd głośne protesty, aby nie
mieszać się do życia prywatnego prezesa, a Pieterkiewicz
słusznie wyraził się, że niejednemu z naszych w ogóle bardzo
przydałaby się taka kuracja. Goryczka wziął to oczywiście do
siebie i wczoraj wysłał profesorowi sekundantów. Stąd sprawa
honorowa, a dzisiaj sąd polubowny.
Piszę to rano. W południe pierwsza sesja w tej sprawie
w redakcji „Dziennika Sarmackiego”.
Jestem jednym z mandantów po stronie Pieterkiewicza.
Superarbitrantem jest mistrz Ślaz.
Drugim po naszej stronie Ramołyński, ale Wiktor (nie ten
od Wandzi Królikowskiej, tylko ten nasiennik – ma skład
nasion pastewnych i okopowych), ale mu fatalnie idzie, bo
o handlu wyobrażenia nie ma i nigdy w swej firmie nie bywa.
W południe był „X”. Poczęstowałem go najlepszym
cygarem, jakie miałem jeszcze w hamburskim pudełku. Jest
on w stałej korespondencji z Paryżem, z Wiedniem
i z Florencją. Studiuje wszystkie trzy systemy, ale stanowczo
upiera się przy tym, że system jego szwagra, doktora Caro,
jest najlepszy. Nawiasem mówiąc muszę się nieco wziąć do
antropologii i anatomii, bo właściwie nic się na tym nie znam.
Strawiłem trzy lata na czytaniu „Zmierzchu Zachodu”, a to
właściwie psu na budę i niepotrzebny wydatek. Jutro
sprzedam Spenglera, a kupię jakiś podręcznik anatomii, tym
bardziej, że już „pasa X” nie kupuję, gdyż wczoraj mierzyłem
się w pasie i już straciłem dwa centymetry przez te zgryzoty i
podatki (w czerwcu miałem 120 centymetrów, a teraz 114).
Ale wracajmy do „X-a” i do tego, co mi powiedział.
Otóż cały wynalazek polega na tym fundamentalnie, że
składniki krwi są takie same u małp, jak u ludzi. Bywa nawet, 
że małpy z bardzo starych szczepów mają krew niebieską,
względnie niebieskawą, w żyłach. Do naszych celów służą
orangutangi, szympansy, gorillas, pawiany, hamadryjasy i
najbardziej Uistiti (U.I.S.T.I.T.I.). We Francji, według
tamtejszych praw, nie wolno nic a nic brać z organizmu
drugiego człowieka.
Wobec tego stary Woronow musiał się ograniczyć tylko
do pawianów, które sprowadza się z krainy Kafarów.
Próbowano i z Kafarami samymi, ale wypadło gorzej (chociaż
taniej). Przeciętny normalny pawian kosztuje, wedle
ostatniego notowania, do 15000 franków francuskich
(szczęśliwie, że nie szwajcarskich). Roślejsze
i inteligentniejsze typy dochodzą do 30000 franków bez porta
i opakowania. Otóż metoda wiedeńsko-austriacka polega na
transplantacji (przeszczepianiu), tak, jak się przeszczepia
gatunki drzew owocowych, jak na przykład gruszki można
zaszczepić nawet na pewnych odmianach wierzby, tak samo
przeszczepia się tak zwane glaudes (GLAUDES), czyli
gruczoły.
Dzwonek od frontu. To pewnie sędziowie w aferze
Goryczka – Pieterkiewicz.
Muszę pisanie przerwać. Wieczorem dokończę.
21 stycznia
W południe z W. Ramołyńskim w redakcji „Dziennika
Sarmackiego” na Pradze.
Ramołyński za swoich dobrych czasów (jako rotmistrz
w keksholmskim pułku huzarów) był podobno raz z wizytą
w redakcji „Birżewych Wiadomości” [Właścicielem
„Wiadomości giełdowych” był S.M. Proper, który nie władał
dobrze językiem rosyjskim, przybył bez grosza do Rosji, ale
później stał się członkiem Rady Miejskiej w Petersburgu (Igor
Szafarewicz – Trzytysiącletnia zagadka) – dodał skryba] lat 
temu ze trzydzieści i w Paryżu raz w redakcji „Figara”. Teraz
po raz pierwszy w redakcji sarmackiej. Po wizycie mówił mi,
że czegoś podobnie niechlujnego jeszcze w życiu nie widział.
No i ja po prawdzie także.
Już w kantorze, na dole, gdzie pytaliśmy, jak się idzie na
górę, śmierdziała kapusta kiszona i chloroform, i paskudne
jakieś krople na zęby. Stara wiedźma za kratą w kantorze,
z gębą obwiązaną brudnym ręcznikiem, przyjęła nas jak psy
dziada w ciasnej ulicy.
W sieni, na dole, kupa śmieci, z prawej sterta końskiego
łajna. W drzwiach szklanych od schodów obie szyby wybite,
zaklejone zatłuszczonymi papierami. W klatce schodowej
smród od kleju i dziegciu, a schody pełne psich pamiątek od
kilku dni nieusuwanych.
Dzwoniliśmy dobre pięć minut, nikt nie otwierał.
W antresoli woźny głuchoniemy. Gaz się niby pali, ale ciemno
i nowy smród: koci, wyraźnie koci! Ponieważ woźny ziewa
i nie myśli nas meldować, więc włazimy sami, nie rozbierając
się, w futrach.
Wchodzimy w jakieś spelunki ze samych przepierzeń
drewnianych. Duszno, że siekierę byś powiesił. Z lewej
i z prawej strony jakieś budki, sklecone jak kuczki lub szalety.
Na ścianach brudnych i zapstrzonych nalepione na tapetach
napisy: „Módl się i pracuje” (sic), albo „Społem i z Sokołem”,
albo „Niech żyje Konstytucja Marcowa”. W półcieniu
i zaduchu ujrzeliśmy jakieś bujnie owłosione stwory, siedzące
przy stołach i machające olbrzymimi nożycami lub
wygniatające sobie nawzajem wągry z nosów.
Na grzeczne zapytanie „Gdzie pan redaktor?” jakiś
przedziwny kaktus na głowie jak arbuz uprzejmie wskazał
kłykciem: na prawo, potem w bok, znów prosto i na lewo.
Wiktor Ramołyński wyciągnął chustkę mocno uperfumowaną
i trzymał chronicznie przy nosie, trzęsąc się z odrazy. 
Weszliśmy w nowy labirynt przepierzeń i kurytarzyków,
potknęli się o jakaś balię, w którą łapano wodę przeciekającą
z sufitu i wreszcie dobrnęliśmy do nory, na której drzwiach
wydrukowano (zdaje się błędnie): „Gabinet Redagtora”.
Niedługo a łagodnie przeszła dyskusja wstępna.
Spieszyliśmy się, gdyż dłuższy pobyt w tym sanktuarium
opinii publicznej groził mdłościami. Aczkolwiek bowiem
w rogu wisiał święty obrazek i pod nim paliła się lampka
oliwna, to jednakże dym z papierosów i zaduch wydzielin był
tak skondensowany, że oddychanie stawało się wprost torturą.
Nie! W lokalu tak „zorganizowanym” nie można pisać
ani optymistycznie, ani altruistycznie, a tylko żółciowo
i z pasją do świata i ludzi. Toteż Ramołyński naprzód poprosił
stanowczo o otwarcie okna (choć był mróz), a dopiero potem
wszczęliśmy sprawę omal na mrozie.
Mówił Ramołyński, a ja wodziłem okiem po brudnych
i tu, i ówdzie porozdzieranych tapetach, na których
pluskiewkami poprzyszpilano do ściany popluskwione,
a drukowane na papierze, kolorowe wizerunki świętych
pańskich; obok Bartosza Głowackiego wisiał brodaty
Kraszewski, a tuż nad głową Goryczki:
„Książę Józef Poniatowski tęgo panny kropił,
a tylko bieda, że się nam utopił”.
Na energiczne nasze zapytanie, czy chciał obrazić prof.
Pieterkiewicza, odparł Goryczka równie energicznie, że to
bynajmniej nie leżało w jego intencji. Gdy atoli przy tej okazji
znów złośliwie zaczepił w ogóle oba systemy, i doktora
Woronowa, i prof. Steinacha, wtedy ja już zabrałem głos
i najstanowczej zaprotestowałem przeciw bagatelizowaniu
i ośmieszaniu wiedzy nowoczesnej i wyników postępowej
antropoterapii. Zanadto jestem w tym już osobiście
zainteresowany i uświadomiony (przez „X-a”), żeby pozwolić
laikom na bagatelizujące wyrażanie się o naukowych 
metodach odmładzania...
Po czym szybko doszliśmy do porozumienia i ugody.
Goryczko ma Pieterkiewicza przeprosić. Przy pożegnaniu sam
coś bąkał, że kto wie, czy i on w tych czasach nie wybierze się
do Wiednia...
Wieczorem mieliśmy premierę tego d`Annunzia
(Rapaporta?) z Wandzią Królikowską w tytułowej roli.
Bez muzyczki to jest i wszyscy mówią do siebie białym
wierszem. Lubię od czasu do czasu „barszcz zabielany”, ale
biała deklamacja mnie usypia. Klub był w komplecie
i w smokingach, bractwo ziewało co się wlezie, ale brawo biło
na wyścigi i wywoływaniom i owacjom nie było końca. Nieco
niefortunnie wyrwał się homeopata, który krzyknął po
ostatnim akcie: „Niech żyje nasza Sara!”. Myślał oczywiście
o tej Sarze Bernhard, ale bywalcy wzięli to za demonstrację
Sarmatów przeciw tragiczce i nagadano mu przygodnie co
nieco impertynencji.
22 stycznia
Wyczytane w „Dzienniku Sarmackim” (z „Jüdische
Presszentale Zurich”). W nr. 309 podają następującą depeszę
z Warszawy:
„W ostatnich czasach coraz częściej zgłaszają się
w rabinacie warszawskim chrześcijańskie prośby o przyjęcie
ich na judaizm. W ostatnim miesiącu liczba ich wynosiła 35-
ciu, wszyscy chętnie poddali się operacji obrzezania. Rabinat
przyjmuje już wyłącznie tych, co do których stwierdzono, że
ich przejście na judaizm płynie z najgłębszego przekonania”.
Tak pisze nasze pisemko.
Zresztą czyta się o tym i gdzie indziej. Trzydziestu pięciu
w jednym miesiącu i to tylko w Warszawie? To nie jest dobrze
chyba? Podobno przeważnie z miłości. Zakocha się taki
w Esterce i poddaje się z miłości bolesnej operacji. Czy to ma 
sens jakiś? No, oczywiście, że żadnego. A z czasem może się
to rozszerzyć w stolicy i w kraju na jakąś kolektywną modę,
tak jak „Ja-wa” lub mah-jong. Taki jeden z drugim myśli, że
jeśli wejdzie między wrony, będzie spryciarz jak i one, i jeżeli
będzie z nimi obcował na co dzień, to zmądrzeje i nabierze ich
genialności w geszeftach. Tymczasem to iluzja. Tą drogą nic
nie wskóra. Wprost przeciwnie, bywa, że normalny Bergsohn
czy Feinstein jeżeli przebywa i przesiaduje za często wśród
czystych Sarmatów, to w dość szybkim tempie więdnie
i tumanieje. Ile tego przykładów! Ale czy nasz Lechita przez
samą operację obrzezania już zmądrzeje? Oto jest pytanie! Jak
mawiał Hamlet!
Nie tędy droga, rodacy kochani! Ani przez promiskuicję
w małżeństwach mieszanych, ani przez progeniturę mieszaną,
ani przez obcinanie, ani przez redukcję.
Ja, tylko ja... Tymoteusz Kołtoński znam właściwą drogę
do:
1) Odmłodzenia Sarmatów
2)Położenie kresu chronicznej nieproduktywności
słowiańskiej.
23 stycznia
Piszę w południe. Rano w łóżku nie czytałem już jak
zwykle tego Szwaba Spenglera, tylko sobie rozmyśliwałem
nad tym wszystkim, co zaszło w ostatnich czasach.
Wczoraj wyjechali do Paryża dwaj członkowie „Koła
Racjonalnego Rybołówstwa”, to jest Safian Dulski
i Ferdynand Otto Sztumpf (młyny parowe na Pradze i na
Starym Bródnie), dla przestudiowania tamże na miejscu
organizacji i życia wielkich klubów paryskich. Wyjechali
oficjalnie z ramienia wydziału.
W Klubie już zawiały nowe prądy co się zowie. 
Wczoraj, wbrew statutowi, było kilka pań wieczorem
i przy dwóch stolikach grano w winchestera i w ping-ponga.
Jedna z tych pań jest posłem do sejmu czy senatu, druga
docentem astronomii czy astrologii na uniwersytecie.
W mah-jonga grano już przy dwóch stolikach.
Szefa kuchni zmuszono, żeby i w południe, i wieczorem
bywały przynajmniej dwa dania rybne, szczególnie łosoś.
Portier Wąsik wreszcie musiał wdziać nową liberię, którą
mu sprawiono pięć lat temu.
Pajęczyna w bilardowej sali, w rogu nad obrazem Żmurki
(„Odaliski w haremie”), którą to pajęczynę nad odaliską
pamiętam od lat dziesięciu, została usunięta. Raz na zawsze.
Na karcie menu wieczorem po raz pierwszy pojawiła się
nowa nazwa „Bigos à la Maréchal”.
W sobotę pierwszy odczyt w Klubie. Co znaczy
„odczyt”?
Otóż nowy wydział skonstatował, że przez pięćdziesiąt
lat myśmy właściwie nic a nic nie uczynili, żeby jakoś
usprawiedliwić naszą nazwę: „Klub Racjonalnego
Rybołówstwa”. Kilka lat temu było podobno kilku członków,
którzy chadzali sobie z wędkami na Saską Kępę i tam
godzinami wysiadywali, oczekując na płotki, które im potem,
przed powrotem do domu, odsprzedawali na kilo dzielni
flisacy. Ale ten sport dawno wyszedł z mody.
Otóż kiedy na pierwszym posiedzeniu nowego Wydziału
poruszono też i kwestię tytułu klubu, zdecydowano coś zrobić
w tym kierunku.
Nowy Wydział uprosił więc przede wszystkim profesora
Pieterkiewicza o odczyt o „Racjonalnym Rybołówstwie”.
Ponieważ atoli ten temat wydał się za ciężki, za fachowy, za
„sierozny”, mało przyciągający i pojęty dla miasta, przeto
uproszono profesora, aby z tej dziedziny wyszukał coś
bardziej pociągającego, coś, co mogłoby zainteresować 
i szersze koła inteligencji w Warszawie. Przezacny profesor
zgodził się i na to. Tytuł będzie: „Syrena, czyli miłość ryb”.
Odbędzie się w wielkiej sali karcianej. Wstęp mają i rodziny.
Dziś poszły nawet notatki do gazet!
Odczyt w Klubie!... Coś niesłychanego! Wszyscy mówią,
że się uda, bo temat pociągający. Przeźroczy nie będzie, gdyż
ryb w tych momentach fotografować się nie da...
I pomyśleć sobie teraz, że tego wszystkiego dokonał…
Hipcio! Hipcio, którego uważaliśmy jeszcze w listopadzie za
największego fujarę z Mościsk i kozę z Pacanowa.
Po południu wysłałem Wojciechową z telegramem do
Rzymu do Łykowskiego, żeby 16-tego lutego stawił się
punktualnie we Florencji.
Najpierw tylko jego wtajemniczam w cały proceder
doktora Caro. Zawsze z nim żyłem w najlepszej przyjaźni.
Choćby zresztą wywdzięczając się za to, że mi odradził
w 1922 roku kupowanie niektórych akcji.
Nawiasem mówiąc i Dulskiemu, i F.O. Sztumpfowi
(młyny parowe na Pradze i na Starym Bródnie) dał prezes
Matołowicz listy polecające do doktora Woronowa.
Od jutra zaczynam studiować „Anatomię człowieka”
doktora Adama Bochenka. Martwię się tylko tym, że
dotychczas wyszły podobno trzy tomy, a czwarty jeszcze nie
wyszedł. A nuż w czwartym będzie to, co najciekawsze i co
dla mnie właśnie potrzebne? … Przecież już jakiś grecki
filozof powiedział, że człowiek musi przede wszystkim
poznać samego siebie. Tym bardziej przed tak ważną
operacją.
24 stycznia
Rano z Pociejowskim na spacerze higienicznym
w Alejach, jak zwykle tam i z powrotem dwa razy. I gadu,
gadu o tym i owym. 
Pociejowski, od czasu jak prezesem został Hipcio, zrobił
się jakoś niemożliwie markotny i zgryźliwy. Wszystko mu
w tej Polsce złe i nieudałe. Dziś mi podczas całego spaceru
wygadywał o nędzocie miast i miasteczek krajowych oraz
o braku wszelkiej cywilizacji w ogóle i w szczegółach. Na 611
miasteczek i miast tylko 60 posiada wodociągi, z czego na
Pomorzu i w Poznańskiem 40 oczywiście pozakładali Niemcy.
W Małopolsce 15, w Kongresówce tylko 5. Skandal.
Kanalizacyjnych urządzeń jeszcze mniej... I to ma być
mocarstwo? Bez kanalizacji? Na sto kilkanaście gazowni jest
15 w Małopolsce, a 6 w Kongresówce, reszta, to jest 100,
w Wielkopolsce, ergo Niemcy. O elektryfikacji lepiej nie
mówić... Podobno Haiti i Honduras są więcej
naelektryfikowane.
A te pretensje, te wielkie pretensje! Pociejowski jest po
prostu skończony pesymista. Tak jakby on Spenglera
czytywał, a nie ja.
„Wyobraź sobie, panie Tymoteuszu – mówił do mnie – tę
naszą kochaną ojczyznę bez „ludzkiego nawozu” kulturalnego
z Niemców, no i z Bergsohnów i Feinsteinów... Tylko pan
sobie na chwilę wyobraź taka sarmacką Sarmację. Sami swoi.
Toż to, paniedzieju, gorzej byłoby od Albanii i Zanzibaru.
Miasta nam pobudowali Niemcy. Kamienice, fabryki, banki,
huty, młyny, kominy – Bergsohny i Feinsteiny. Co to gadać, co
to sobie blagować. Kraków w XV-tym wieku, Lwów w XVItym,
Warszawę w XVIII-tym wieku, Poznań w XIX-tym
wieku! Niemcy. Wyobraź sobie, panie Kołtoński,
Wielkopolskę bez „nawozu” niemieckiego! Oni to siebie sami
nazywają „Kulturdünger”. I czy nie mają racji, paniedziejski?
A koleje? Warszawsko-Wiedeńska? A IwangrodzkoDąbrowska?
A cała industrię, mój łaskawco? Całą! Caluteńką!
Weź pan książkę adresową „Przemysłu i handlu”. Ilu pan tam
Sarmatów znajdziesz? Co by było bez Blochów, 
Kronenbergów, Wawelbergów, Meyerów, Epsteinów,
Rotwandów, Natansonów, Steinachów, Bergsohnów,
Feinsteinów? Tożbyśmy jeszcze dyliżansami jeździli do
granicy, za granicę! Cukier, jedwab, skóra, płótna, pończochy,
futra, szmuglerstwo. Gdyby nie ten „Kulturdünger”,
paniedziejski, tożbyśmy nadal mieszkali tylko jedni
w pałacach, inni w lepiankach, ale normalnych kamienic pan
byś nie zobaczył nawet na lekarstwo! Nie ma o czym mówić,
panie Kołtoński, wierz mi pan albo nie wierz, mnie jest
wszystko jedno, ale ja panu tylko tyle powiem, że my, jako
my, jesteśmy w sumie i w jednostkach do chrzanu. Moskale
dali cywilizacji przynajmniej samowar i bolszewizm. Myśmy
podobno dali barszcz. Tak myślałem dawniej, potem się
przekonałem, że też Moskale. Co nam wobec tego zostaje?
Powiedz pan, co nam zostaje?”…
Tak krzyczał, omal głośno, Pociejowski przed pałacem
Wertheinów, bijąc laską o trotuar... Aż się zaperzył i zasapał
z alteracji stary mantyka.
Chciałem mu coś przerwać i oponować, ale mi nie dał
przyjść do słowa.
…Mogą sobie bufonować, paniedziejski, te nacje, które
dały cywilizacje: takie Angliki, Francuzy, Niemcy, Włochy.
Ale my, co żyjemy z drugiej ręki, z okruchów kultury, co
pasożytujemy na Zachodzie całym, co przeżuwany tylko to, co
oni wynaleźli i wyprodukowali? Jakim prawem? Gdy się tam,
w Europie, na swoich „obcych” ciska paryżanin, all-right, bo
on to sam wszystko wynalazł, zorganizował, pobudował to
i owo, i tamto, piąte i dziesiąte. Tak samo Włoch, Szwajcar,
Szwab czy jak im tam... Ale skąd nasze ciskanie się na
„krajowych cudzoziemców”, skoro...
… Daruje prezes, ale...
…Nic nikomu nie daruję, nie darowałem i darować nie
chcę. Taki naród, który potrzebuje tyle superfosfatu obcego, 
żeby coś tam u niego rosło i kiełkowało, nie ma po prostu
prawa urągać na ten swój superfosfat. To jest moje zdanie.
Jakie zaś jest pańskie, to mnie nie obchodzi!...
Wobec takiego postawienia kwestii, pożegnaliśmy się
chłodno przed pałacem Natansonów i on poszedł w swoją
stronę, a ja w swoją.
Wieczorem tego dnia znów nie mogłem zasnąć.
Stary zrzęda i przekora tak mnie zaraził swoim
desperackim światopoglądem na kompletną nieproduktywność
czystych Sarmatów, żem się przewalał po pościeli z boku na
bok do północy.
Swoją drogą i ta Wojciechowa coraz gorzej mi ściele,
a materace trzeba będzie oddać do przeróbki. Ale to już po
moim wyjeździe.
Nawiasem mówiąc, homeopata mi mówił niedawno (pod
hajrem i na ucho), że Pociejowski coraz częściej zdradza
objawy tzw. „kurzej ślepoty”.
Jedyne na to lekarstwo jest „aqua vitamina”. Kurza
ślepota u mężczyzn to konsekwencja wadliwego odżywiania
się. W jedzeniu muszą być koniecznie substancje witaminowe
(VITAMINA). Tam, gdzie tego nie ma, całe szczepy, rodziny,
narody cierpią na kurzą ślepotę. Okazało się, że na przykład
jeden gram drożdżowego wyciągu, w którym jest 99 procent
witaminy, uratował w ostatniej chwili życie 250 gołębiom już
zdychającym. Bez witaminy odżywczej ani człowiek, ani
zwierzę, ani w ogóle stworzenie wielokomórkowe nie może
istnieć produktywnie. Może ja się tu wyrażam niezbyt
naukowo i medycznie, ale „Anatomię” trzytomową już
kupiłem i teraz przeinaczam się na antropologa. „Poznaj
siebie samego”.
Mistrz Jean Gwalbert Ślaz dzisiaj wieczorem expressem
wyjeżdża do Wiednia. Twierdził, że w celach artystycznych.
Jednym mówił, że na zakup farb olejowych i lakierów, bo 
w Warszawie zabrakło. Innym, że urządza tam zbiorową
wystawę swoich szkiców i obrazów (Boskich).
Ponieważ ode mnie wziął dokładny adres profesora
Steinacha (Wien, XX. Mariahilfstrasse 32, parter), przeto
miejmy nadzieję, że wróci artystycznie odmłodzony.
Ja wyjeżdżam 15-go, od jutra zaczynam się pakować.
25 stycznia
„X” opowiedział mi dzisiaj rano i to przez telefon, że
„Poliklinikę” doktora Caro finansowo postawiła na nogi
„Banca Commerciale” w Mediolane. Ucieszyło mnie to jako
warszawiaka, co się zowie. Przecież to ten bank, co nam dał
pierwszą większą pożyczkę, i to pieniężną, w gotówce (a nie
w towarach). Niedawno temu obchodziła „Banca
Commerciale” trzydziestolecie swoje, a na jej czele stoją nasi
dwaj rodacy, i z krwi (i z kości) warszawianie. Z okazji tego
jubileuszu chef Banku dostał order „Polonia Restituta” first
class. All right.
Starym zwyczajem wynotowałem sobie dzisiaj
z „Kuriera” kilka zabawniejszych ogłoszeń z dziedziny
naszego ściśle rodzimego handlu i przemysłu.
A więc:
„Poszukuję wspólnika z kapitałem do zakupu dwóch
krów dojnych”.
„Prawdziwą herbatę holenderską sprzedaję hurtownie
i detalicznie. Nabywam też większe ilości zeszłorocznego
siana”.
„Odstąpię 4000 sztuk wytwornych papierosów swojskich
za pięć funtów prawdziwego tytoniu tureckiego”.
„Wyższy urzędnik ministerialny, Małopolanin
z doktoratem (i bez psa) poszukuje pokoju umeblowanego,
choćby w suterynie. Małżeństwo niewykluczone”. 
„Zamienię ubranie frakowe, szapoklak, zegar kurantowy,
ryngraf będący w rodzinie od 300 lat oraz drzewo
genealogiczne za drzewo na opał i kanapę ceratową”.
„Wyuczę gimnastyki rytmicznej (system Dalcroze’a) oraz
wszystkich nowoczesnych tańców amerykańskich,
elastycznych, modernistycznych, murzyńskich, alianckich
oraz krajowych i salonowych („ojrę”) pełny komplet z 12-tu
osób za obiady i kolacje przez sezon zimowy”.
„Jest do odstąpienia osiem tysięcy akcji
najprzeróżniejszych (w tym Rontalery, Spiessy, Orthweiny,
Wedle, Lilpopy, Haberbusche, Schilery, Noble, Girardy,
„Stearyna” i inne) za jedną maszynę do szycia Singera”.
Takie to inseraty, i to z jednego dnia, wyłowiłem sobie
przed spaniem z „Kurierka”.
Nie całkiem dobrze jest w kraju, w którym takie
ogłoszeniowe kwiatki rosną sobie jak grzyby po deszczu.
26 stycznia
Skandal nad skandale.
W życiu to jest tak: albo się koło nas nic a nic nie dzieje,
albo jak już się zaczyna dziać, to jedna seria po drugiej.
Młody Pociejowski zerwał z Myrtą Einsteinianką.
Złapał corpus delicti in flagranti i podobno w Tettestalu,
ale nie w samym salu, a jakoś w stajence. Przestępca i partner
jest nie tylko dżokejem, ale i synem naszego portiera Wąsika
Jędrzeja i jako taki nazywa się: John Bols. Cała Warszawa
końska, sportowa i wyścigowa trzęsie się od tego skandalu.
Opowiadają sobie detale bardzo pikantne. Cofnąć się już nie
było możliwości. Wszystko w asystencji koni najlepszej rasy.
On podobno krzyknął w gniewie: „Nigdy się tego po pani nie
spodziewałem!”. A ona wobec świadków dość arogancko:
„A ja gwiżdżę na pana! Je m`en fiche pas mal”. I jeszcze coś
po angielsku bardzo obrażającego. Po czym wzięła pod rękę 
hrabinę Koniecpolską i jakby nigdy nic wyszły obie do bufetu.
Dżokej podobno stał jak zmyty, nie wiedząc, czy siąść, czy
wyjść, czy się zapiąć i co począć z sobą w ogóle.
Oczywiście Jurek Pociejowski już z wielką karierą
polityczną musi się pożegnać.
W Klubie wieczorem ścisk jak na odpuście. Jeszcze takiej
frekwencji dawno mnie pamiętam. Wszystkie stoły zajęte.
W karciarni puściej. Wszyscy oczekiwali przybycia starego
Pociejowskiego, ale poszkodowany się nie zjawił. Żałować go
tam nie żałują, gdyż ostatnimi czasy stawał się niemożliwie
arogancki, pewny siebie i ustawicznie urągał na wszystko, co
polskie, tak jakby nasiąknął jakąś atmosferą i przebywał
w środo- i wtorkowiskach, na których tylko się bagatelnie
o nas mówi. Czasami to tam i on miał swoje racje, ale czasami
przesadzał.
Dyskusje, gorączkowe oczywiście, znów o mieszanych
małżeństwach z rasami i narodami wybranymi.
Czy taka promiskuicja robi dobrze, czy niedobrze?
Dużo było mowy o Judycie i Holofernesie, Samsohnie
i Dalilii oraz o Kazimierzu (nad Wisłą) i Esterkach.
Przeważały głosy przecie amalgamii ras i szczepów
i twierdzono, że krzyżowanie w małżeństwach doprowadza
tylko do tego, ze obie strony mają z tym krzyż pański przez
całe życie.
Te Sary z tamtej rasy szczęścia Sarmatom przeważnie
nawet nie przynoszą. Bardzo często zdradzają swych mężów
już przed ślubem, co jest zjawiskiem stanowczo
niepożądanym. Podobno krzyżowanie z rasami
różnokolorowymi daje rezultaty świetne, ale tylko w Ameryce.
Podobno co drugi mulat i co trzeci metys są kompletnie
genialni. Ale skąd u nas wziąć rasę o odmiennym kolorze? To
jest czerwonoskórą lub czarną, kiedy tu tylko sami swoi, biali
jak się patrzy. Nadto ze stanowiska eugeniki, tj. czystości rasy, 
nie jest pożądanym, ażeby się w ogóle zanadto wszystkim
w głowie nie pomieszało (dobór nienaturalny).
Toteż w Klubie większość pochwalała zerwanie
Pociejowskiego z firmą „Bergsohn-Einstein”. Ale były i głosy
przeciwne. Byli i tacy, co twierdzili, że żenienie się tylko
w swoim plemieniu „dogłupi nas do reszty”. Ktoś wyrwał się
nawet z tym, że przydałaby się nam domieszka F.Einsteińska.
Był to, jak się łatwo można domyśleć, stary Ramołyński (ten
od Królikowskiej „Wandzi”), który może o sobie powiedzieć
podobno: „Z matki obcej, krew jego dawne bohatery, a imię
jego 44”, a to dlatego, bowiem babka jego z domu baronówna
Joselewiczówna (bratanica słynnego Berka), tego, co to
w powstanie z 1831 roku służył pod Mierosławskim, a wraz
z Bartoszem Głowackim przywiódł Kościuszce dwanaście
armat zdobytych na Prusakach.
Podczas całej tej dyskusji stałem sobie z boku i nie
mieszałem się do niczego.
Korciło mnie po prawdzie, żeby zabrać głos
w krytycznym momencie i krzyknąć do nich gromko:
Panowie, przyjaciele, koledzy, rodacy! Jest już i na to sposób!
Nie trzeba nam się krzyżować z innymi rasami, ażeby pozbyć
się zastarzałej i dotychczas nieuleczalnej „l`improductivè
slave”! Można temu inaczej zaradzić! Przyszłe pokolenie
nasze będzie genialne! Będzie miało amerykański rozmach
i yankesowiecką przedsiębiorczość i inicjatywę! Co więcej, to
nawet my sami! Nawet my już możemy wyleczyć się
z niedołęstwa i niezaradności, i z kurzej ślepoty, i ze śpiączki!
Ale nie tą metodą, co nasz prezes Hipolit Matołowicz. Jeszcze
inną, jeszcze lepszą, doskonalszą, idealną, a mianowicie:
systemem doktora Caro!
Już chciałem to wszystko wyrecytować, alem się
oczywiście wstrzymał. Sam „X” odebrał ode mnie słowo
honoru i certyfikat na piśmie, że ani jednego słowa o tym 
nikomu nie powiem.
A ponieważ w ogóle mówić lubię i muszę, więc słusznie
chyba zdecydowałem się pisać ten „Pamiętnik”.
Dopiero jeżeli moja kuracja da rezultat nie tylko dodatni,
ale świetny, wtedy wybiorę sobie z grona przyjaciół z Klubu
osób dwadzieścia. Tym wybrańcom powierzę tajemnicę
systemu doktora Caro. A tych dwudziestu przejdzie sobie jak
i ja pięknie przez podwójny zabieg doktora Caro,
a powróciwszy do Ojczyzny, w przeciągu lat dwudziestu,
zrobi z naszej Sarmacji nową Saksonię, nową Belgię,
Amerykę, Nowy Świat. Zobaczycie!
Jest już godzina druga w nocy!
Spać!
27 stycznia
Ten stary Sztumpf Fryderyk (Młyny parowe), co do
Paryża wyjechał dla zbadania tam organizacji działalności
klubów tamtejszych ma, jak wiadomo, dziewięciu synów
i cztery córki, zaczem już szesnaścioro wnucząt. Z nas
wszystkich w Klubie jeszcze on się trzyma najlepiej i choć
Sarmata jak się patrzy (dawał pieniądze na propagandę, na
wybory, na „Dziennik”), to jednak na starość nie zdurniał
jakoś do krzty i bardzo jest a to obywatelski, a to znów
„uświadomiony społecznie”. Daje też i teraz pieniądze na
różne cele i towarzystwa, a jednak powodzi mu się doskonale.
Podczas okupacji pruskiej stary Sztumpf i jego synowie
najbardziej się Szwabom stawiali i choć protestanci, to jednak
dwóch młodych Sztumpfów siedziało w twierdzy w Modlinie.
Teraz też od lat sześciu ogromnie się cieszą tą Polską
i dotychczas nie mogli się dosyć nacieszyć.
I synowie, i maleńkie wnuki imiona mają bardzo polskie:
Mieszek, Leszek, Dobrosław, Kinga, Dąbrówka. Wnuków
sobie ponazywali tylko z Sienkiewicza (z Krzyżaków): 
Jurand, Litawor, Alpuhara, Dewajtis, Aldona, Rymwid,
Perkunas itp. I rzecz zdumiewająca, choć tam z Niemców się
wywodzą, to jednak zewnętrznie tak wyglądają, jakby byli
najrasowszymi, modelowymi Lechitami!!
Dziś dwaj młodzi Sztumpfowie (bliźniacy, obaj mają
akurat okrągłe sto lat) byli u nas w Klubie na kolacji i na
imieninach Kamienickiego. Jeden inżynier i drugi także. Jeden
specjalista od wiercenia, drugi od rżnięcia, bo jeden pracuje
w nafcie, drugi buduje tartaki.
Siedziałem między nimi przy stole i od jednego
nasłuchałem się nowin przykrych, i od drugiego
niepocieszających. Drzewo i nafta to niby nasze najważniejsze
bogactwa, to posag naszej Republiki, to nasz skarbiec.
Prawda? Tymczasem pożal się Boże!
Sztumpf (starszy o pięć minut, na imię mu Kordian)
siedzi sobie w tych puszczach i tartaki buduje, ale nie
Sarmatom, nie Anglikom angielskim, ale tutejszym...
25 procent terytorium Polski jest zawłosione lasami!
Szóste miejsce w Europie! No i co z tego? 80 procent drzewa
biorą jeszcze od nas Niemcy już jakby z łaski, a nasze zapałki
tyle że tam trochę do Rumunów idą. Białowieża, Naliboki,
wszędzie rabunkowa obca gospodarka, a teraz w ogóle zastój.
Znów stabilizacja stagnacji. Rosyjska konkurencja coraz
większa! A tartaki nasze zaczynają zasypiać jeden po drugim.
A wszystkie firmy przemysłu drzewnego bankruty. Już nawet
te perfumowane Rumuny konkurują z nami zwycięsko, a ich
drzewo idzie nawet do Egiptu, do Afryki, do Turcji i do
Niemiec!
Dziesięć milionów hektarów lasów posiada ta Polska, 20
procent całego eksportu naszego to drzewo, a pieniądze z tego
gdzie? Ile z tego ma państwo? Ile Polacy?
I klął Konrad Sztumpf, i lamentował, i żalił się, co
wlezie. 
A ja sobie cicho myślałem w duszy: Czekajże bratku,
czekaj tylko cierpliwie, jeszcze z dwa, trzy lata! Przez ten czas
przecież wszystkich puszcz nie wytrzebią, całego drzewostanu
nie wytną.
A tymczasem przejdzie nas dwudziestu z „Koła
Racjonalnego Rybołówstwa” przez kurację doktora Caro, to
jeden z tych dwudziestu zajmie się w przyszłości
i drzewostanem w Polsce, pobuduje kolejki, fabryki słomek
zapałczanych, celulozy, mebli. Potem zorganizuje leśne spółki
akcyjne, własny port, flotę do eksportu, giełdę drzewną i w
Białowieży, i w Nalibokach, i w Niepołomickiej, i w
Tucholskiej puszczy wszystko pójdzie jak z płatka. My, tak jak
teraz jesteśmy, naszym rasowym rozumem domorosłym (bez
szóstej klepki) nikomu nie zaradzimy. To jest kalectwo
dziedziczne, nieodwołalne, nieuleczalne: „l`improductivè
slave”. Trzeba nam zatem iniekcji krwi... Falaszów. Tak!
Lasze! Ale i Falasze! Falaszów! I przeszczepienia! Jak
najprędzej. I to się zrobi.
28 stycznia
Wiktor Ramołyński sprzedał swój sklep z nasionami
spółce, w której jest jeden hrabia Tarło, dwóch byłych
obywateli ziemskich z Kresów i Olgierd Bergsohn (z firmy
Bergsohn & F. Eisnstein) jako kiepełe, tamci od frontu i od
szyldu. Ramołyński przerzuca się do produkcji sztucznego
jedwabiu czy też bawełny strzelniczej, coś takiego. Nic się na
tym nie zna, ale zna kogoś, kto się na tym zna, więc zakłada,
no i oczywiście za pół roku fajtnie. Dużo u nas jest takich
ludzi, co się czepiają ogonami rozmaitych gałęzi przemysłu,
o których nie mają pojęcia ni wyobrażenia, no i oczywiście
z gałęzi spadają i kark na tym kręcą.
Ramołyński zakładał kolejno: fabrykę czernienia
kawioru, gdzie różowy gruboziarnisty przebarwiali 
i sprzedawali jako drobnoziarnisty czarny. Ale się publika na
tym poznała, kiedy kilkanaście obywateli na śmierć się
zatruło. I musieli budę zamykać. Potem zajął się kilimami.
Założył towarzystwo eksportowe wywozu naszych kilimów
do Algieru i Maroka. Jakiś czas to szło, ale potem cały okręt
naładowany kilimami odesłali mu z powrotem do Gdańska.
Potem te polopony (opony do samochodów z gumy
hartowanej). Zbankrutowali, bo były te opony sześć razy
droższe od najdroższych niemieckich i włoskich. Potem
założył „scating-ring” (co innego scating, a co innego
scouting) dla jazdy na wrotkach, do czego trzeba było
sprowadzać na posadzkę drzewo cedrowe aż z Meksyku.
Znalazł na to kapitalistów i scating miał powodzenie przez
jeden sezon. Ale kiedy kilkanaście osób połamało sobie
odnóża górne i dolne, scating zamknęli, a cedrową posadzkę
Ramołyński sprzedawał na opał (zamiast na ołówki, bo to
najtańszy gatunek drzewa na świecie) i przerzucił się do
handlu nasionami.
Genialny człowiek co się zowie, ale z fiołem we łbie. Ma
po babce Joselewiczównie apetyt na geszefty i tę ruchliwość,
ten niepokój, ten „mobilizm” (la donna mobile), ale czegoś mu
brakuje. Już zatracił w trzecim pokoleniu węch, to jest tę
szóstą klepkę, bez której ani rusz dzisiaj nikt poradzić sobie
nie może.
A tylko ja wiem, w czym tkwi feler, choć boję się, czy to
zdefiniuję dość naukowo.
Oto niedorozwój pewnych gruczołów, wydzielających
pewną substancję... Laicy o tym nic nie wiedzą, ale ja już
wiem.
Otóż rozstrzygającym jest rozwój zwojów mózgowych,
tak zwanych ganglii (GANGLIE). Charakterystyczne jest, że
w słowie ganglie słyszy się poddźwięk: Anglia, a bądź co bądź
Anglicy dzisiaj górą. Otóż na rozwój zwojów mózgowych
bardzo wpływa rozwój gruczołów wydzielających pewne
substancje, które to gruczoły są nie tylko tam, gdzie je można
dojrzeć gołym okiem, ale także w mózgu i w szyi każdego
kręgowca i ssaka. I grają te gruczoły wielką rolę
w organizmie.
„X” mnie pouczył, że my wszyscy jako rasa jesteśmy
biologicznie upośledzeni pod względem tych właśnie
gruczołów. Specjalnie zaś znowu wyposażona jest w te
gruczoły rasa Sary (Królikowskiej) – Chazarowie... Otóż
system leczenia doktora Caro z Florencji właśnie kładzie duży
nacisk na rozwój tych gruczołów...
Wieczorem tegoż dnia
Od pewnego czasu zauważyłem, że tak Wojciechowa, jak
i portier klubowy Wąsik patrzą na mnie z pewnym
niepokojem, nieufnością, podejrzliwie, jak to mówią, spode
łba. Wojciechowa coraz częściej mnie zapytuje: Czy mi co
dolega? Czy mnie głowa nie boli? Czy nie posłać po lekarza?
Nadto wieczorami zamyka drzwi do kuchni i wzbrania się
otworzyć, gdy pukam i proszę o herbatę. Irytuje ją też, że
nocami studiuję „Anatomię”, zamiast spać.
Wczoraj nawet schowała dwa tomy „Anatomii” przede
mną do szafy z lodem.
Za osiem dni wyjazd. Trzeba już na gwałt się pakować.
29 stycznia
Co to znaczy kultura, Zachód! Cywilizacja...
Oto dokument!
Polska krowa daje przeciętnie rocznie 600 litrów mleka.
Dużo ryczy, ale mało mleka daje. Gdzie indziej dochodzi jej
wydajność do tysiąca litrów; w Wielkopolsce (gdzie były
Prusaki) 2000 litrów rocznie.
Tymczasem przeciętna szwajcarska lub holenderska daje 
do 6000 litrów rocznie, zaś była jedna, unikat, rekordowa,
szampion mlekodajności krowa, która jednego roku dała 10
tysięcy litrów.
600 i 10000 – to różnica! W tym ta kultura!
Dopóki więc polskie krowy nie będą dawały
przynajmniej 2000 litrów, nie powinniśmy ryczeć tak głośno,
że jesteśmy przedmurzem cywilizacji.
Wczoraj kupowałem funt jabłek i funt mandarynek.
Jabłka są sarmackie z Powsina (na drodze do
Konstancinopola), mandarynki z Sycylii (Włochy).
Jabłka są o 25 procent droższe od mandarynek.
Otóż w jednym funcie trzy jabłka był zgniłe.
Mandarynki zdrowsze. Owococaryca tłumaczyła mi, że
owoce krajowe w tym roku muszą być droższe, ponieważ
drzewa w niemożliwy sposób obrodziły i nie wiedzieć, co
z owocami robić...
Dalej!
…Warszawskie tramwaje sprowadzają swe wagony
z Belgii i Włoch....
W kraju jest normalnie stale powyżej 100000
bezrobotnych, a 400000 rodaków przez siedem lat naszej
samostarczalności państwowej wyemigrowało do Francji.
Akcja krajowej fabryki wagonów warta jest tyle, co bilet
tramwajowy. Atoli i takie wykupili doszczętnie Belgowie.
...W roku 1920 były do kupienia każdej chwili za pieski
pieniądz dwa obiekty: jedna z największych fabryk broni
i amunicji na kontynencie (Manfred Weiss w Budapeszcie)
i jedna z największych stoczni okrętowych na kontynencie
(Klawittery w Gdańsku). I jedną, i drugą ofertę Sarmaci
odrzucili.
…Karpie Polska importuje z Czech...
…W jednej dzielnicy Berlina, tj. w Moabit biblijnym,
wybudowano w roku pańskim 1924 tyle domów, ile w całym 
państwie polskim, we wszystkich miastach i miasteczkach,
w przeciągu lat siedmiu... jeszcze nie wybudowano.
…Marynarka handlowa nasza składa się z następujących
statków: Wawel, Lwów, Wisła, Hamanet, Englich. Co do ilości
ton (1600 + 811 + 830 + 322 + 750), razem 4293 ton. Jak na
mocarstwo, które od pięciu lat ma już dostęp do morza, to
mało, skoro się zważy, że jeden z mniejszych okrętów
handlowych jednej z drugorzędnych kompanii greckiej
„Salamis” (Averow) ma 4500 ton.
Dlaczego ja w tym „Pamiętniku” piszę dziś o krowach,
marynarkach, mandarynkach, jabłkach, tramwajach, karpiach,
Moabicie, Klawitterze itp.? Oto dlatego, żeby wykazać czarno
na białym, jak beznadziejnie fatalny jest stan niezaradności
krajowej obecnie, tj. przed naszą kolektywną, gremialną
kuracją systemem doktora Caro… a jak to wszystko ulegnie
czarodziejskiej metamorfozie po, to jest po trzytygodniowym
naszym pobycie w poliklinice doktora Caro.
29 stycznia
W Klubie śniadanie we dwójkę z Hipciem
Matołowiczem, który jakby coś podejrzewał, ciągle bierze
mnie na spytki i pytaniami mnie dokoła obchodzi, a raczej
stara się zaskoczyć.
Zauważyłem w nim pewne symptomata, nie
powiedziałbym, że sympatyczne, jako obserwatorowi
z profesji nic nie ujdzie przed moim okiem.
Otóż przede wszystkim ręce. Jeszcze nigdy u nikogo nie
widziałem rąk tak owłosionych jak u niego teraz, po
niedawnym powrocie z Paryża. Zainterpelowany przeze mnie,
odpowiada, że sam też to już zauważył i jutro sprowadza sobie
golarza na kilka godzin, gdyż podobno na całym ciele
w przeciągu jednego miesiąca obrósł zbyt obficie i bujnie.
Następnie w ruchach. Hipcio dawniej miał ruchy 
i gestykulację spokojną i poniekąd estetyczną. Teraz ni stąd ni
zowąd odkłada nóż i widelec i zaczyna się gorączkowo drapać
pięcioma placami to po twarzy, to po żakiecie, to po łydkach,
przekrzywiając się przy tym nieprzyjemnie i trzęsąc
ustawicznie głowiną z jakimś niepokojącym i nieładnym,
nerwowym tikiem.
Ale nie dość tego. Kiedy nam podali na deser owoce
z kokosowym orzechem na środku patery, prezes Matołowicz
wpatruje się przenikliwie przez chwilkę w kokos tak, jakby
sobie coś z trudem przypominał i nagle raptownym ruchem
chwyta kokos w rękę i podrzuca, żonglując wysoko
w powietrzu, chichocząc przy tym niemile i jakoś nieludzko.
Szczęściem, że w pokoju, w którym jedliśmy, było
niewielu członków i tak zagadanych ze sobą o mankamentach
bliźnich, że nie patrzyli w naszą stronę. Od razu pojąłem
wszystko, przypominając sobie, co mi mówił „X” o objawach
zaobserwowanych u pewnych pacjentów doktora Woronowa.
Były już trzy takie wypadki (captain Howard-Wilson,
bankier Sparman z Toronto i fabrykant samochodów markiz
de Vendôme-Chamfort). Otóż u tych panów po doskonałej
operacji, po zrośnięciu się „parenchyma testis” z cząstkowymi
gruczołami orangutana – następowała przewidziana przez
Woronowa reakcja, tak zwana „retroria bestialis cum stupore”.
Najjaskrawszy był wypadek z markizem de VendômeChamfort,
który będąc ze swoja żoną w większym
towarzystwie w luksusowej ogrodowej restauracji w Paryżu,
nagle znalazłszy się przy drzewie mangrowym, skoczył
równymi nogami na gałąź i ze zręcznością wprost dosłownie
małpy, ku zdumieniu całego towarzystwa, wdrapał się na
najwyższy wierzchołek mangrowca i w żaden sposób
z powrotem zejść nie chciał.
Byłoby wprost straszne, gdyby nasz prezes, tak
szczęśliwie odmłodzony i odrodzony, nasz prezes, który 
w przeciągu niecałego miesiąca tyle w Klubie dokonał i taką
energię rozwinął, wpadł teraz w tę „retroria bestialis cum
stupore”...
W każdym jednak razie pocieszam się tym, że: jedyną
metodą rejuvenalizacji jest tylko metoda doktora Caro.
Gdyby te symtomaty nieco pawianiczne i nieco wsteczne
u prezesa zaczęły się teraz powtarzać, to najbardziej oczywiste
jest, że zatryumfowaliby: Homeopata-Konował i obaj
redaktorzy „Dziennika Sarmackiego”, tj. Goryczko
i Żołzikiewicz, którzy są zdecydowanymi wrogami
wszelkiego odświeżania się i odmładzania, jak tego dowodzi
dzisiejszy artykuł wstępny w „Sarmacie”, zohydzający
w czambuł obie metody: paryską i wiedeńską, metody
należące, jak wiadomo, już do… przeszłości.
O mojej, to jest o florenckiej Carowej metodzie ignoranci
oczywiście jeszcze nic nigdy nie zasłyszały i nie wiedzą.
No, już ja i tam o niej nic nie powiem.
I im ani słówkiem jednym się nie zdradzę.
Nigdy.
30 stycznia
List z Florencji, list z Florencji!
„Policlinica Giacomo Caro” Via Cristophoro Colombo 5.
Można sobie wyobrazić, jak drżącymi rękoma rozdarłem
kopertę. Cztery strony! Po esperancku. Zeskoczyłem z łóżka.
Telefon do „X”.
Na szczęście znał esperanto. Odetchnąłem. Zaraz będzie.
Sam zrozumiałem tylko intytulację: „Onorevole Monsiero”.
Dalej jeszcze kilka słów...
„casa numero centi... Appellante: Izmael ben
Matuzalem”...
Czekam więc na „X” niecierpliwie, spisując sobie tych,
których wtajemniczę po udałej kuracji.
A więc:
Obaj Ramołyńscy, Homeopata, Fr. W., Otto Sztumpf,
mistrz Ślaz, zacny profesor Pieterkiewicz, młody Pociejowski,
dalej Łykowski, Połanieccy – ojciec i syn, Wokulski, Zabłocki
(ten od fabryki mydeł pachnących), ordynat Tarło, Safian
Dulski, Kresowiecki, Kamieniecki. W ogóle i w zasadzie
wtajemniczę tylko dwudziestu i tych tylko, którzy nie zanadto
ograli mnie w karty, którzy interesowali się serio moimi
studiami nad Spenglerem, nie pokpiwali sobie z mego
przetwardzenia mózgu („perdurantia cerebralis”, partielle
Gehirnverstopfung), sami leczyli się według moich rad ze
swych artretyzmów i reumatyzmów, chadzali ze mną na
specery higieniczne i do łaźni rzymskiej. W ogóle dzielnych
Polaków i dobrych patriotów... Razem dwudziestu.
Dzwonek „X”. Wieczorem dokończę…
Nie mogłem wczoraj wieczorem pisać, gdyż musiałem
nieco przestudiować „Embriologię” oraz „Abisynię”
w Encyklopedii Wielkiej Orgelbranda, co mi się udało, ale
tylko w pewnej mierze, gdyż oba tematy są zbyt obszerne jak
na jeden raz.
Jeżeli dodam tu jeszcze to wszystko, co mi nawykładał
przeszło przez dwie godziny „X”, to nikt by się nie dziwił, że
mam głowę jakby opuchłą wiedzą tajemną w tej dziedzinie.
Cokolwiek też zaczyna mi się mieszać to wszystko.
Aczkolwiek notatki robiłem swoim zwyczajem detalicznie
i skrupulatnie.
A więc co do przeszłości naszego systemu.
Otóż kiedy doktor Caro poróżnił się na dobre z doktorem
Woronowem, urządził sobie dwie ekspedycje naukowe na
Kaukaz i do Bombaju dla badania „antropometrycznego”,
„biologicznego”, „somatycznego” tamtejszych swoich
zagubionych rodaków i wyznawców (czy współwyznawców).
Okazuje się, że w Dagestanie (Kaukaz) jest także pewien
szczep góralski, który się wywodzi od Judyty i Holofernesa.
W Bombaju zaś, w Travancore, są nawet czarni (KALA),
którzy twierdzą, że w prostej linii idą od Sary i Aarona.
I ci, i tamci dla celów doktora Caro się nie nadawali.
Jedni jako czarni, drudzy jako zuchwali górale kaukascy,
których za żadną cenę nie było można nakłonić i zaagitować
do opuszczenia swego Dagestanu i poddania się zabiegom
lekarskim.
Uważali to bowiem za krzywdzące dla siebie (?).
Wobec takiego niezrozumienia wyższych naukowych
celów (no i dobra ludzkości w ogóle), nasz uczony całą swoją
uwagę i energię skoncentrował na Falaszach-Abisyńczykach.
Ci okazali się ulegli i powolni, i chętni, i bardzo zaciekawieni
całym tym procederem. Ponieważ wpływowi w Europie
współwyznawcy doktora Caro tych Falaszów uważają
właściwie za odszczepieńców już od dwóch czy trzech tysięcy
lat, przeto patrzą przez palce na wszystkie eksperymenty
z nimi i pozwalają tak doktorowi Caro, jak i jego asystentom
doktorom G. Loria (GLORIA) i S. Spiro (Contra spem Spiro)
praktykować, co im się żywnie tylko podoba.
Wyznaczony dla mnie egzemplarz nazywa się Izmael ben
Matuzalem. Lat ma osiemnaście. Wzrost półtora metra.
Podkowy łamie jak opłatki. Wykazał superlatyczne zdolności
matematyczne. W trzy tygodnie pojął całą algebrę. Tablice
logarytmiczne umie na pamięć. W listopadzie zapoznał się
z wyższą matematyką i astronomią i obecnie studiuje teorie
Einsteina. Po operacji będzie z powrotem odesłany do swej
wioski, do Gabriol, gdzie zajmuje się stale pasterstwem.
Teraz co do tych chromosomów („CHROMOSOM”).
Otóż są to już szczegóły bardzo trudne, bo z wiedzy
ścisłej. Z Anatomii notowałem jak mogłem, jednak boję się, że
mi się jedno z drugim poplątało. W każdym razie jest tak, że 
ilość „chromosomów” w ziarnie komórki jest taka sama u lilii,
jak i u człowieka, tj. 29, czyli inaczej, że substancja
komórkowa u człowieka i u lilii jest omal identyczna.
Nigdy w życiu nie byłbym się tego spodziewał, że
w każdej komórce mego korpusu jest tylko tyle akurat
chromosomów, ile w wiotkiej, wonnej, delikatnej lilii. Ale
mniejsza z tym, bo ta lilia do rzeczy nie należy.
Dalej od ilości „chromosomów” w plemnikach zależy
właściwie wszystko: czy człowiek będzie geniuszem, czy też
jest sobie zwykłym idiotą, takim jak normalni ludzie dookoła.
Bardzo ważnym szczegółem jest redukcja czy też redakcja
„chromatyny” w komórkach plemnikowych.
Jeszcze ważniejsza jest tak zwana spermatogeneza, no
a najważniejsze to „Testis”, czyli „parenchyma Testis”
u każdego mężczyzny.
Wstyd mnie doprawdy za siebie i za moich rówieśników,
i w ogóle za całą burżuazję, że tego nic a nic nie wiedzą i że
na cały Klub „Racjonalnego Rybołówstwa”, na 240 członków
zwyczajnych i czternastu honorowych, właściwie tylko ja
jeden reprezentuję pewien poziom, pewne studium
intelektualnego rozwoju i rozrostu, że tylko ja jeden idę
naprzód z prądami wiedzy i nauki, że tylko ja jeden trzymam
dłoń na pulsie postępu np. w antropologii.
No i co nieco też profesor Pieterkiewicz. Homeopata to
już przecież skończony ignorant.
No, a inni? Pożal się Boże!
Wojciechowa dziś bardzo uroczyście wymówiła mi
miejsce. Rozbeczała się, ale wymówiła. Jako powód główny
podała, że całą noc wypalam elektrykę, czytam książki i przez
sen mówię ciągle, zamiast chrapać jak Pan Bóg przykazał
i uczciwi ludzie czynią. Między wierszami dała mi do
zrozumienia, że prawdopodobnie już cierpię na „dementia
opraecox” i że lada chwila mogą mnie przewieźć do Prze-
Tworek. Zdaje się, że jest to wszystko demonstracja i zemsta
za to, że nie oświadczyłem się o rękę córki (tej starszej
brunetki z brodawką), o czym kilka razy
w bezpretensjonalnych i nieobowiązujących pogawędkach jej
kiedyś nadmieniałem. Skończyło się na tym, że jej znów
podwyższyłem gażę tak, że teraz otrzymuje mniej więcej tyle,
ile dyrektor departamentu w którymś z ministerstw.
Jeszcze raz konkluduję: od ilości i jakości
„chromosomów” zależy rozwój zwojów (ganglii); Anglia
i naród wybrany mają zwoje najbardziej rozwinięte.
Zawdzięczają to między innymi także racjonalnemu
odżywianiu się... „Racjonalnemu Rybołówstwu” (Śledź!!!).
A my? Wstyd powiedzieć! Przeszło 50 lat istnieje „Koło
Racjonalnego Rybołówstwa”, a propagowało u siebie
wyłącznie „mięsożerstwo” i niczym, literalnie niczym, nie
przyczyniło się do wzrostu konsumpcji ryb w kraju, co jedynie
mogło się przyczynić do pewnych przemian zasadniczych
w układzie i rozwoju zwojów mózgowych i w ogóle
w charakterze moich rodaków.
Godzina 11-ta w nocy.
Przed chwilą telefonowała Hipciowa, cała zabeczana
w telefon. Niedołęga coś znów awanturuje się w domu i to
wśród dziwnych objawów.
Posłała po lekarza... Boję się, żeby nie wywiązało się
z tego coś kompromitującego cały ten kierunek antropologii
doświadczalnej.
A mówiłem mu, a ostrzegałem, żeby czekał jeszcze
i jechał dopiero ze mną.
Radziłem jej bańki, a może nawet pijawki...
Utrapienie z tym prezesem.
Jutro odczyt...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
31 stycznia
Rano telefon od Hipciowej. Wszystko dobrze.
Lekarz ich domowy (dr Dobbermann) oczywiście
poradził to, co i ja, to jest banki cięte i dęte, jakie pod ręką,
choćby nawet mydlane. Z telefonu Hipciowej
pomiarkowałem, że pan małżonek, jak przedtem całe lata
ugorował jako czynnik maskularny, tak obecnie znowu
grzeszy nadmierną żywotnością zapału koniugalnego.
Hipciowa, wprost przerażona tymi wybuchami afektów,
zaczęła coś oponować i to doprowadziło pana domu i łomu do
wybuchu imperatywnej woli. Okazało się przy tym, że baniek
stawiać naszemu prezesowi nie można, gdyż przez ostatni
miesiąc tak cały owłosiał i pokrył się czarnym runem, że
żadna bańka by się go nie imała, ni wielka, ni mała. Dostał
więc cztery kataplazmy na kark, kieliszek kamfory
i w godzinę się uspokoił, aczkolwiek biedna Hipciowa jest tak
już zmęczona tym wszystkim, że wątpi nawet, czy na odczyt
dziś przyjść będzie mogła.
Telefonował z pożegnaniem drugi Sztumpf (ten, co
wierci), brat tego od tartaku. Ten nafciarz. Wodzisław mu na
imię. Bardzo dzielny człowiek. Wciągnąłem go na listę
wybrańców, których wtajemniczam. Co prawda, gdy go tak
trochę sondowałem, zresztą bardzo delikatnie, czyżby nie miał
kiedy zamiaru poddania się także kuracji juwenalizującej, to
najpierw spojrzał na mnie w telefonie zdumionymi oczyma,
a potem zaczął się śmiać do rozpuku. Śmieje się na literę „a” –
hahahaha...
Tu dodam nawiasem cośkolwiek o mojej metodzie
w badaniach psychiki ludzkiej na podstawie kolorytu
samogłoski, na którą się homo sapiens, człowiek, „ssak
łożyskowy” śmieje.
Jedni się śmieją na eee: Hehehe...
Inni: Hihihi... Jeszcze inni: Hohoho...
Otóż moje badania i doświadczenia psychoanalityczne
wykazały, że ci, co się śmieją na „u”: huhuhu, to są
wątrobiarze, samotnicy, egoiści, niechętni ludziom, pesymiści
(Goryczka, Żołzikiewicz, stary Pociejowski). Ci, co na „i”
(hihihi), mają coś z dzieci, pewną nieporadność, naiwność, są
niezdecydowani, ale bardzo dobrotliwi, płacą długi, dają dobre
napiwki, lubią zwierzęta (prof. Pieterkiewicz).
Ci, co na „a” (hahaha), to najlepszy materiał, wierni
przyjaciele, szerokie natury, jowialni, lubią anegdoty i wiele
ich znają na pamięć, zawsze starają się pocieszać tych, co są
zmartwieni, pierwsi stawiają szamapana i w ogóle dużo
z dziewczynkami mieli do czynienia.
Wodzisław Sztumpf śmieje się na „a” (hahaha). I tak się
śmiał ze mnie. Ale zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni!
Jeszcze przyjdzie koza do woza i na moje podwórko.
Jeszcze on będzie mnie prosił o listy polecające do
Florencji.
Jego sobie wyznaczam na reorganizatora naszej
gospodarki nafcianej.
Ale bo też opowiadał wtedy na tym śniadaniu (imieniny
Kamienieckiego) istne horrendalia. Twierdził, że gdyby nie
nosił nazwiska niemieckiego, to by tam byli do nafty go nie
przyjęli, bo tam teraz dyrygują sami Niemcy i cudzoziemcy
(zagraniczni i krajowi) i bez pardonu Polaków bojkotują,
pędzą precz!
Odkąd państwo polskie nastało, przepędzają tam z posad
i stanowisk Polaków jak się patrzy i ile wlezie. Podobno do
roku 1908, kiedy jeszcze żyła stara Austria, wszystkie
kopalnie i szyby były w rękach polskich, potem zaczęło się
paniczne sprzedawanie terenów i teraz już 85 procent
wszystkiego należy do Anglików, Holendrów, wiedeńczyków,
paryżanów i budapesztetów. I te Tustanowice, i ta Suchodnica, 
i Drohobycz, to wszystko już obce. Im Polska większym
mocarstwem się robi, tym więcej nafcianych kopalń
przechodzi do obcych. Wiercą coraz lepiej i głębiej, ale co
wywiercą, to wszystko wlewa się do kieszeni niesarmackich.
W Warszawie to nawet nie znają nazwisk polskich
Rocquefellerów, naszych królów petroleonowych.
Zanotowałem więc sobie od Sztumpfa kilka nazwisk, a to
są: Wahrhafting, Dchefer, bracia Spitzman, J.U. Waterkant
(Holender). A szyby i kopalnie to sobie nazwali
międzynarodowo: „Fotogen”, „Mugden”, „Deverice”,
„Kismet”, „Oil Spring”, „Rena”, „Lola”, „Stella”, „Villy”,
„Silva Plana”, „Stateland”, zupełnie tak jak w Kalifornii albo
w kinematografie, żeby nie można było poznać, że to
w państwie polskim.
Sztumpf zaręczał, że jeszcze pięć lat temu to tam w tym
zagłębiu nafciarskim Polaków tolerowali na podrzędniejszych
stanowiskach, a nawet jako techników, dyrektorów, majstrów.
Teraz już jest gorzej, ale jeszcze można się ostać, jak się ma
niemieckie nazwisko i mówi się po angielsku. Zresztą ze
względu na robotników Fellachów muszą tolerować i takich,
co po polsku mówią, ale wolą swoich, co się galicyjskiego
języka trochę pouczyli od autochtonów, niż naszych, nawet
tych, co płynnie mówią w żargonie rządzącej „mniejszości”.
Dyrekcja tego towarzystwa, z którego kopalni dyryguje
Sztumpf junior, rezyduje w Budapeszcie i nazywa się
w skrócie „G.M.P.” (Gaude mater Polonia?). W Radzie
Nadzorczej jest kilku Węgrów (Bela Bergsohnyi, Ferencz
Einstein), jeden Włoch (Castiglione di Fonteropse), jeden
Polak.
Jak my dojdziemy, pod moim przewodem, do zdrowia,
do młodości i do władzy, wszystko to musi się zmienić od a do
zet. Wszystkie dyrekcje, wszystkie spółki i towarzystwa
przeniesie się do Warszawy. Żadnego surowca wywieźć nie 
damy. Rafinować tylko u siebie. Wiercić będziemy jeszcze
głębiej i co wywiercimy, wszystko musi się wlewać do
kieszeni sarmackich.
Oświadczyłem to kategorycznie Sztumpfowi przez
telefon. Ale się zaśmiewał.
Zapewne teraz nieboraczek myśli, ze u mnie „perduratio
cerebralis partialis” (przetwardzenie zwojów mózgowych,
czyli „ganzliche Gehirnverstopfung”) postępuje już
siedmiomilowymi butami.
3 lutego
Całe przedpołudnie pakowanie do wyjazdu... Asystował
przy tym „X”, który jeszcze poduczał mnie arkanów metody
doktora Caro. Najpierw więc będą zastrzyki krwi abisyńskiego
Falaszy i potem dopiero we dwa tygodnie: ceremonia
przeszczepienia. Przez cały ciąg kuracji ostra dieta, pokarmy
tylko roślinne, tj. cebulowate, leguminosy (strączkowe)
i sycylijski czosnek przypiekany. Nadto pastylki Spionozany
(SPIONOZA). Jest to specjalny preparat tamtejszej polikliniki,
podobno arcydzieło „farma-kopiczne”. No i woda źródlana.
Cała kuracja trwa trzy tygodnie i kosztuje trzy setki tysięcy
lirów.
Ponieważ cokolwiek mi do tej sumy jeszcze brakowało,
przeto sprzedaję mieszkanie wraz z Wojciechową i wszystkimi
nieruchomościami i całym inwentarzem żywym i martwym;
kupuje go Olgierd Bergshon na biuro swego przedsiębiorstwa
„Polasbest”.
„X-a” zaprosiłem na śniadanie do Bristolu. Nie mogłem
do Klubu, bo mogłoby się wydać, kto zacz..
Przed Bristolem wstąpię do mojego banku przybocznego,
gdzie mam odebrać różne dywidendy.
Nie będzie tego wiele, bo od trzystu akcji „Poloponu”
dostaje 9 złotych, podczas gdy na tantiemy i gratyfikacje dla 
zarządu idzie tam po 20 złotych od akcji. Jeszcze w innym
Towarzystwie Akcyjnym (które nazwać wprost się wstydzę)
rok ubiegły dał 895 miliardów zysku, z czego na gratyfikacje
i tantiemy poszło 175 miliardów, członkowie zarządu 82 i pół
miliarda.
Nam proletariuszom akcjonariuszom wydzielono siedem
miliardów. Mnie z tego przypada siedemset złotych.
No i gdzie tu sprawiedliwość?
Swoją drogą wściekły na siebie jestem, że ja nie jestem
w żadnej Radzie, w żadnym Zarządzie ni w żadnej Komisji.
Taki Pociejowski stary zasiada w dwudziestu kilku Spółkach
Akcyjnych i Spółkach Społecznych. Zsiada i siedzi. Ma czas
na jedne i drugie. I choć ciężki przemysł przechodzi ciężkie
przesilenie, jemu jest lekko.
Odczyt Pieterkiewicza o szóstej.
Tegoż dnia w nocy o północy.
Jak Klub Klubem, jak „Koło Racjonalnego
Rybołówstwa” Kołem, to tak wspaniałego ścisku, takiego
tłoku, takiego rautu po prostu nikt nigdy nie pamiętał.
Wypływamy na wielkie wody!
Zacny! Światły Pieterkiewicz okrył się wielkim
płaszczem chwały, a na nasze stowarzyszenie padł wielki snop
światła, splendoru itp. Elita stolicy w stolicy elity, czyli
śmietanka inteligencji i kwiat narodu oraz społeczeństwa
u nas! U nas!
Już przed szóstą pełniutko było po ostanie miejsce.
Magistrat, ministerstwa, sztab chefów, chef sztabu, wianek
Galicjan z naszej dyplomacji, duchowieństwo i świeccy,
kawalerowie Virtuti Restituti, żakiety, perfumy. Z teatrów:
„nasza Sara”, nasza znakomita tragiczka Wanda Królikowska.
Dalej Hipciowa, jak zawsze po pępek, z tyłu, z przodu
i z dołu... Dalej stołeczna prasa w ogóle, a w szczególe 
Goryczko i Żołzikiewicz, dalej dwóch przodowników narodu
z policji, wreszcie nawet młodzież dorastająca, przy czym
klub w komplecie ze wszystkimi byłymi prezesami
i gospodarzami oraz ich rodzinami. Samych poczciwych
a bujnie z germańska rozrodzonych blondynów Sztumpfów
przeszło trzydziestu. Na estradzie obecny Wydział z prezesem
Matołowiczem. Nad estradą herb stolicy pieknie wymalowany
ręcznie ad hoc przez uczniów mistrza Ślaza
„Syrena, czyli życie miłosne u ryb swojskich
i obcokrajowych” – tak brzmiał pełny tytuł.
Grzmot i huragan oklasków przywitał wchodzącego na
estradę profesora. Ale niech nikt nie myśli, nie podejrzewa, że
tylko zagadnienie erotyczne u zimnokrwistych było samo
w sobie celem predylekcji profesorskiej. O nie!
Pieterkiewicz pojął swoje zadanie jako pierwszą wielką
propagandę dla stworzenia wielkiej krajowej wylęgarni
łososiów, pstrągów, fundowanej z inicjatywy naszego „Koła”.
I tak pojąwszy ten cel, uświęcił nim środki, rzucając przed
zdumione audytorium przepiękną wizję żywota płciowego
u jestestw, które nawet płci nie znają! Toteż nie dziw, że
z zapartym oddechem słuchano wywodów znakomitego
erotologa i ichtiognosty, tu i ówdzie nagradzając
frenetycznymi oklaskami co celniejsze ustępy i pomysły.
Ja, jak zwykle, stałem sobie z boku z mym notatnikiem,
aby wedle starowłoskiej zasady carpe diem non perdidi nic nie
uronić ze skarbca wiedzy. Koło mnie stali dwaj Ramołyńscy.
Ponieważ zacny Pieterkiewicz obiecał mi pożyczyć przed
wyjazdem bezcenny rękopis swej „Syreny”, przeto notowałem
pobieżnie.
To są rzeczy naprawdę interesujące i fenomenalne.
I wstyd człowiekowi nowoczesnemu, a już co więcej, wstyd
każdemu „racjonalnemu rybołówcy”, ze dopiero teraz się
o tym dowiaduje.
Na przykład:
Dużo ryb jest sobie po prostu hermafrodytami, tj
„obojnakami” po naszemu. Ten sam karp, śledź, leszcz, ta
sama makrela jest i masculinum, i femininum jednocześnie.
Na to nic już poradzić się nie da. Co więcej, nawet taka
ostryga jest po prostu hermafrodytą (herr = pan i Afrodyta =
pani). Ostryga jest od maja do września mężczyzną i wtedy
jest naturalnie jadalną, od września do maja jest damą i wtedy
oczywiście jest niesmaczną i niestrawną, gorzką, cierpką,
niejadalną. Weźmy dalej przykład minogi. Tylko te jedne
podobne są do człowieka pod względem dwupłciowości
i związanych z tym zwyczajów i obyczajów.
Smaczniejszy jest oczywiście minog od minogi.
Teraz w ogóle co do ryb, specjalnie ryb jadalnych, tj.
łososi i pstrągów. Otóż te ryby prowadzą życie erotyczne już
nie tylko nienaganne, ale wprost wzorowe, klasztorne,
bezprzykładnie cnotliwe. Łosoś nie jest żadnym obojnakiem!
Żadną hermafrodytą. O nie. W ogóle jako „on” nazywa się
„klemp”, a tylko „ona” nazywa się łososiem, choć właściwie
powinno się nazywać ją „łososiną”, jeżli już nie obelżywie
„klempą”.
Miewają potomstwo i to nieprzeliczoną ilość potomstwa
(1500) młodych, ale bez wszystkiego. Żadnych pieszczot,
dotknięć lubieżnych, westchnień, serenad, oświadczyn,
zabiegów, wałęsań, żadnych rokoszy, zrywań, rozwodów,
pogodzeń się, żadnej wspólnoty od łoża, nic. Po prostu nawet
się nie znają. Mają dzieci, ale się nie znają. Nawet się na oczy
nie widzieli nigdy ci, co mają potomstwo!!
Łosoś nie zadaje się z żadna w ogóle klempą.
Ale nie tylko pod tym względem zachowuje się wprost
przeciwnie, jak np. człowiek (tj. ssak łożyskowy) (HOMO
SAPIENS). My jedziemy do morza na lato, łososie i klempy
na zimę. 
Na wiosnę olbrzymimi gromadami płyną sobie ku
Tatrom, w górę rzek, do potoków i strumyków, po
protestancku, najpierw panie, potem samce, potem młodzież
i ta tworzy straż tylną.
Tak dojeżdżają do Dunajca, pod Szczawnicę, pod
Zakopane i Poronin (z czego też pochodzi znany termin
ginekologiczny). Tu wyszukują sobie spokojne, zaciszne kąty
i gęstwiny na willegiaturę i w piasku rozkopanym składają
panie ikrę i mężczyźni mlecz (nie pacierzowy, oczywiście).
Każda płeć wyczynia to oddzielnie. Naukowo już się to
utarła na to nazwa tarło, choć to z rodziną Tarłów i naszym
ordynatem Tarło i tarłem w ogóle nie ma nic wspólnego. Teraz
przychodzi fala górskich potoków, która faluje, faluje, faluje
i znów faluje i wtedy przez to falowanie łączy się ikra
z mleczem, podczas gdy rodzice się ani nie widzieli, ani się
nie znają. Nadchodzi zima, robią się mrozy i wtedy wszystko
znów w drogę na północ na zimowy sezon do Bałtyku, gdzie
już czekają na nie nasi rodacy Kaszubi i wycieńczone
wysiłkiem tarła po piasku i długą podróżą w zimnej wodzie
gromady klemp i łososi łapią sobie masowo i bez litości.
Nie znają się więc łososie: on i ona nie obcują z sobą
nigdy, nawet przelotnie. Nie widzą siebie nigdy, a jednakże
mają potomstwo i „gatunek zachowany”, rasa łososi czysta.
Czy można sobie wyobrazić idealniejszą, piękniejszą
i czystszą etycznie formę małżeństwa?
Takim retorycznym pytaniem zakończył profesor
Pieterkiewicz ustęp swój, łososiowi poświęcony, wywołując
frenetyczne owacje ze strony słuchaczów, głównie męskich.
Mówił jeszcze o szczupakach, karasiach, linach, mówił
bardzo, bardzo sensacyjne szczegóły o wielorybach
erotomanach, którzy pod wieloma względami seksualnymi
podobni są do ludzi normalnych, a nawet w miłosnych
ceremoniach, podrygach i gestykulacjach, figurynkach, 
fortelach i błazeństwach ich naśladują...
Ale tej części odczytu słuchałem już z mniejszą
żarliwością, gdy mnie zaabsorbował problem rozrodczości
łososi i zachowania gatunku! Zachowanie gatunku! Rasy!
A bez małżeństwa.
I oto znów znalazłem w tym łososiowym pożyciu
stwierdzenie teorii naczelnej doktora Caro, że można
„gatunek” zachować, ergo, że można też gatunek uszlachetnić,
rasę naprawić bez promiscuicji płci, bez fizycznej amalganii,
ergo, że nie potrzeba do wytwarzania potomstwa, czy
gatunku wyższego, sprytniejszego, wyrafinowańszego,
energiczniejszego, aktywniejszego łączyć się w stadła
z osobnikami generis feminini z rasy panów (Herrenvolk czy
narodu wybranego – Bergshon, Einstein, Columb, d`Annunzio
Rappaport, Lasker, Spinoza etc.).
Rasowość łososi stwierdza też, że mogą być i inne
sposoby multiplikacji i ewolucji ku wyższemu gatunkowi!!
Toteż i ta prelekcja mojego przyjaciela Pieterkiewicza
napełniła mnie jeszcze większą otuchą, wiarą w przyszłość,
optymizmem i silną radioaktywną nadzieją w przemianę,
w wielką przemianę, w możliwość wielkiej polskiej
przemiany.
Humor tego przedostatniego wieczoru przepędzonego
w ojczyźnie zepsuł mi oczywiście (jak tyle zresztą razy) były
prezes Pociejowski.
Kolacja była galowa o dziesiątej z paniami. Ja siedziałem
między Hipciową (omal zupełnie gołą aż do miejsca, gdzie się
u człowieka zaczyna wycięta ślepa kiszka) a starym mantyką,
który wobec entuzjazmu, panującego na sali,
i podzwrotnikowej temperatury towarzyskiej, i tych
wszystkich w ogóle reform i metamorfoz w Klubie, miał minę
pogrzebową i skrzywioną, jakby połknął ropuchę albo jeża.
Ledwie tylko zaczęliśmy się z Hipciową entuzjazmować 
i prelekcją, i kolacją, szczególnie delektując się drugim
daniem, tj. sandaczem, gdy Pociejowski z jadowitą,
jaszczurczą miną zagadnął:
– Zgadnijcie, najmilsi, jaki to sandacz?
– No, przecież wiemy z menu, à la Szuwałow.
– Nie o to się pytam państwa... Tylko skąd może być?
– Z wody.
– Ale z jakiej?
– Z morskiej!... Z mokrej!
– Koncept, ale bardzo stary. Nie o to się pytam... Ale czy
import? Czy tutejszy?
– Oczywiście, że nasz, oczywiście, że domorosły,
wodomorosły, swojski, rodzinny, wiślany, bałtycki.
– Akurat. Hu-hu-hu. Otóż właśnie, że nie. Nie macie
pojęcia, jak widzę, najmniejszego pojęcia. Ha-ha-ha! To jest
sandacz rosyjski. Hi-hi-hi... Nasza gospodarka rybna jest cała
pod zdechłym Medoquiem. Trzebienie lasów wpływa na to, że
ryby z kretesem sobie wymierają. Pstrągi u nas wymierają
galopem. Rybostan z roku na rok coraz gorszy. He-he-he.
Bolszewiki już nas zasypują rybami. Pięć wagonów szło do
nas już w zeszłym roku. Hy-hy-hy. A kilo rosyjskiego
sandacza jest w Polsce o pięć razy tańsze od polskiego. Hi-hihi.
– A niech sobie będzie tańszy, byle był smaczny –
odparła mu Hipciowa.
– Zresztą zarabiają na tym imporcie i nasze firmy. I to coś
znaczy.
– Nasze? Nasze? Hi-hi-hi, he-he-he... Takżeś się z tym
wybrał, panie Kołtoński. Pan masz wyobrażenie
o koniunkturze na rynku rybnym, o firmach rybnych, he-hehe...
– Będę miał, gdy wrócę z zagranicy, to i tym się zajmę,
i na to wyglądnę, i to zreformuję od podstaw. Racjonalne 
rybołówstwo postawimy na wyżynie zawrotnej!...
– Ślicznie. Ale tymczasem się pan dowiedz, że są
w mocarstwie naszym dwie firmy chazarskie, które regulują
cały handel rybny, firmy kawiorowe, które handlują z Rosją
i dostają wagony ryb omal gratis za pchanie kawioru na
zachód. My z naszych ryb mamy zaledwie 8 procent zarobku.
Tyle co z nafty! Z drzewa! Z węgla! Ze wszystkiego!...
Śliczna rasa! Ani do Sasa, ani do lasa... Hu-hu-hu.
– Och, żeby się tak udławił tą ością, którą w zębach
trzyma – szepnąłem teraz półgłosem do gorsu Hipciowej.
– I z tej racji zamiast odczytu o tym, jak ryby się parzą
i kopulują, może lepiej byłoby...
Nie dokończył już stary, bo nagle spąsowiał, ryknął,
zakasłał, zakrztusił się i zaczął się dławić i dusić, i prężyć.
Zamieszanie się zrobiło przy stole i przerażenie, i popłoch,
żeby nam w taki dzień spektaklu nie zrobił na całego.
Dopiero kiedy go z wyjątkową, bo i samarytańską
satysfakcją, zacząłem walić pięścią w kark tak, że aż
zadudniło, puściło mu gardło ość wyjątkowych rozmiarów.
I odtąd siedział cicho i tylko jadł za dwóch i pił za trzech.
Ja zaś zająłem się intensywnym zapuszczaniem żurawia
aż do samego dna studni rozkoszy Hipciowych...
4 lutego
Przepisane dzisiaj z „Dziennika Sarmackiego”:
„Na posiedzeniu Komisji Ligi Narodów dla współpracy
intelektualnej Henryk Bergshon powitał Alberta Einsteina,
który ponownie wstąpił do tej Komisji, w tych słowach: Czyn
Einsteina jest największym wysiłkiem, jaki kiedykolwiek
uczynił człowiek od niepamiętnych czasów, by unicestwić
granice umysłu ludzkiego. Einstein stworzył teorię, która da
początek najważniejszym odkryciom XX wieku. Einstein
pozyskał znaczną część ludzkości na obu półkulach dla swojej 
teorii. Od czasów Kopernika i Newtona ludzkość nie wydała
większego geniuszu itp., etc.
Tyle stało w „Dzienniczku”.
Wczoraj zaś już opowiadano na mieście, że Olgierd
Bergshon, znany przemysłowiec i sportsmen, zaręczył się ze
skompromitowaną Myrtą Einsteinianką i że ślub odbędzie się
jeszcze w bieżącym karnawale.
Oto jest chazarska solidarność.
A u nas? A u Sarmatów? Nie wiem, jak tam jest u
naszych uczonych, czy też się tak wychwalają, jak te dwa
filozofy zagraniczne, ale to wiem od przedwczoraj, że
Żołzikiewicz pokłócił się z Goryczką na całego, że wystąpił
z „Dziennika” i że wczoraj już o Żołzikiewiczu bardzo
szpetnie napisano w „Dzienniku”, niby bez nazwiska, ale
łatwo się i głupiemu czytelnikowi domyśleć, o co chodzi.
Żołzikiewicz był w Klubie i opowiadał nam w większym
gronie, w czym rzecz: zakłada już konkurencyjny „Głos
Sarmacki”.
Otóż prof. Goryczka (z zawodu zresztą weterynarz
i podobno specjalista w tej dziedzinie), jako polityk we frakcji
konsekwentnych republikanów, reprezentuje skrajne skrzydło
tak zwanych ortodoksów.
Żołzikiewicz zaś jest leaderem „Umiarkowanych
Sarmatów”.
Nadto Goryczka w wolnych chwilach pisze na 3 Maja, na
Wielkanoc oraz na Boże Narodzenie bardzo długie i rymujące
się okolicznościowe wiersze, zaczem jest takim poetą na
domowy Patrii i Partii użytek, podczas gdy Żołzikiewcz
ostentacyjnie brzydzi się, a nawet gardzi łatwym rymem,
a w wolnych chwilach nazywa Goryczkę
„Pobiedonoscewem”, „Torquemadą”, a jego rymowanie „obskurantami
sarmackimi”.
Stąd tarcia od lat wielu. Ponieważ zaś bratowa 
Żołzikiewicza wyszła drugi raz za mąż za jednego
z Frankowskich, więc Goryczka podejrzewa Żołzikiewicza
o kontakty z frankistami i gdy jest w dyshumorze (skoro tylko
źle mu karta idzie przez dwa wieczory) lub frakcja
republikanów ponosi jakaś piekielną porażkę polityczną (a to
się zdarza co trzeci dzień powszedni i w każde święto w roku),
zwykle zwala całą winę na Żołzikiewicza, nazywając go to
frankistą, to żyrondystą, to anabaptystą, to zgoła
„Chazarem”...
W Klubie wszyscy, co są powyżej lat 55, przychylają się
ku Goryczce, zaś ci, co poniżej – ku Żołzikiewiczowi.
Przedwczoraj wybuchł u nich w redakcji konflikt na tle
psa (P.S.A.).
Goryczka, jako stary kawaler, zafundował sobie od
niedawna buldoga obrzydliwego, starego, kaprawego, którego
nazwał „Chochoł”, a który przeraźliwie ujada i wyje na
każdego, kto wchodzi do redakcji, odstręczając do reszty
interesantów i zbieraczy anonsów i stronników dla partii.
Żołzikiewicz, który normalnie pasjami lubi psy, a już
specjalnie egzaltuje się do buldogów, atoli „Parchoła” nie
mógł znieść od samego początku, szczególnie zaś od zeszłego
czwartku.
Zeszłego czwartku przyszedł bowiem do redakcji z wizytą,
bawiący obecnie w ojczyźnie, jedyny polski dyplomata, a nie
rodak dzielnicowy Kolumba (nie Galyeos – Galicjanin),
należący do frakcji republikańskiej, Sarmata, synowiec ś.p.
Podfilipskiego, a nasz pan poseł w Polanegri. Że miał futro
z kołnierzem małpim (U-Y-STITI), a buldogi tych małp
organicznie dziedzicznie nie znoszą, więc psisko rzuciło się
z furią na ostatniego i jedynego ambasadora Sarmatę i zanim
śpiący przy swoich biurkach żurnaliści się spostrzegli i zdążyli
przybiec na ratunek, ambasador w Polanegri leżał na ziemi
poszarpany i pogryziony, broczący krwią, podczas gdy dzika 
sobaka kolejno obrabiała zębami broniącego Podfilipskiego
referenta sejmowego „Dziennika Sarmackiego”.
I wtedy to Żołzikiewicz, zaraz po wyjściu posła, postawił
Goryczce ultimatum:
– Albo Parchoł albo ja!
– Jeżeli pan tak stawia psa na ostrzu noża, to kwestia już
jest rozstrzygnięta.
– W sensie?
– Pańska dymisja przyjęta. Damy sobie radę i bez
żyrondystów.
Jeszcze Żołzikiewicz nie zdążył zapakować swego
„Underwooda” i jeszcze żegnał się z kolegami, kiedy
Goryczka w swoim gabinecie (godnym nie tylko szefa, ale
szewca pokątnego) już pisał artykuł lekko insynuujący, że
Żołzikiewicz jeżeli jeszcze nie był kiedyś utajnionym rojalistą,
to w każdym razie będzie, a tymczasem już zanadto coś
podejrzanie agituje za ugodą z Kownem i Kowniarzami.
W Klubie przychyla się opinia stanowczo ku
Żołzikiewiczowi.
Bracia Sztumpf z miejsca ofiarowali mu się z subsydium
jednorazowym na nowy organ. Mnie, osobiście mnie (jako
Kołtońskiego) sprawa ta specjalnie obchodzi, gdyż po
sumiennym przestudiowaniu przez trzy lata „Zmierzchu
Zachodu” („Untergang des Abendlandes” – Spengler scripsit)
doszedłem do wykrycia, dlaczego to wszędzie opadają
(Untergang) Zachodowcy (Okcydentale – Ariowie) na benefis
Orientalów (Chazarów).
Oto przez niesolidarność i nielojalność wzajemną.
Jak to wychwala w Genewie taki Bergson takiego
Einsteina? Jak to w krytycznym momencie ratuje opinię takiej
„Myrty” taki „Olgierd”? Jak to trzymają się za ręce
w łańcuszku czy na pasku nasi Chazarowie?
A u nas?
Jak to osłabiają się wzajemnie przez lata całe i Lechici, i
Sarmaci ma benefis tych trzecich (Omne trinum perfectum).
Siódmy już rok, odkąd mocarstwo nasze nastało, wrą
takie cacy-walki Gwelfów z Gibelinami, rojalistów
z republikanami, Sarmatów z Lechitami, a tymczasem trzeci
(tertius gaudenty) korzysta, zagarnia lasy, kopalnie, naftę,
ryby, grzyby, azot, tlen, gałgany, domy, drukarnie, huty,
pałace, miasta, wszystko, co po drodze.
Tak czy nie tak? Przesadzam czy mówię prawdę?
A przyczyna tego „Zmierzchu Zachodu” w Polsce
i przedświtu Wschodu (Grand Orient), czy tylko niesolidność?
Otóż nie. Także i niesolidarność, zawadiactwo, zadzierżystość,
pieniactwo, kłótliwość, zwady... Nie mówię już
o zremontowaniu frontu wspólnego Sarmatów z Lechitami, bo
to niemożliwe. Ale uderzmy się wzajemnie w piersi. U nas,
Sarmatów samych, czy może zajść dalej obustronna
i wzajemna nielojalność? Gorliwsze podstawiania sobie nóg
i stołków? Szybsze kopanie dołków pod sobą? Namiętniejsza
porywczość w dyskredytowaniu samych siebie?
Konflikt Żołzikiewicza z Goryczką dał nam dziś
w Klubie sporo materiału do dysputy wieczorem. Wrzało jak
w ulu. Ci za Soplicą, ci za Horeszką, ci za Gawłem, tamci za
Pawłem.
Przy tej okazji pokłóciliśmy się cokolwiek na zabój ja
z Homeopatą, którego kretynizm człowieka i o świętej
cierpliwości może wyprowadzić z równowagi.
Dałbym na jakiś cel dobroczynny (mimo tego, że ze mną
finansowo krytycznie) krągłe 100 złotych albo i 10000 akcji,
żeby tego kretyna, irytującego nas, wyrzucili z Klubu!
W dyskusji zgodziliśmy się niby we wszystkim. I on też był za
Żołikiewiczem na całej linii i we wszystkich punktach. Ale,
gdy przyszło do tego, czy Żołzikiewicz dobry moment i
właściwy motyw wybrał do rozwodu z Goryczką, to 
Homeopata zaczął oponować tylko dla samej pasji
oponowania.
„Pies pospolity (canis vulgaris), i to jeszcze buldog, nie
może być kamieniem obrazy” – krzyczał, widocznie
podchmielony i pijany jak król Bela.
„Przez buldoga nie może przyjść do rozłamu wśród
Sarmatów” – wył jak opętany.
Ja mu na to kilka słów do słuchu. Potem on mnie. Znowu
ja jemu. Znowu on mnie. I tak od słowa do słowa przyszło
zgoła do ordynackiej awantury, która mogłaby się skończyć
rękoczynnie, gdyby nie wrodzony dziedziczny takt
Kołtońskich, moja indywidualna zimna krew, no i ta
okoliczność, że nas szybko rozerwało i odrodziło ze 30
członków, perswadując i przekładając, że to skandal o taką
bagatelę.
Taki kretyn, taki podrzędny homeopata ośmiela się
decydować o motywach i momentach! To niesłychane!
Miałem więc na miejscu, zaraz w Klubie, naocznie
przykład w Homeopacie, do czego dochodzi ta sarmacka
nieszczęsna, nieuleczalna kłótliwość, zadzierżystość,
niesolidarność u „najmłodszych z Ariów!”.
Szczęście, że już wnet wyjeżdżam z Warszawy, gdyż
inaczej absolutnie postawiłbym Klubowi ultimatum: albo ja,
albo ten hemoroidalny pokątny znachor.
10 lutego
Wszystko już spakowane i gotowe do drogi.
Alea iacta est. Sleeping do Wiednia na pojutrze.
Paszporty jak za dawnych czasów, tylko więcej pieczęci, bo
siedem. Przekraczam Rubikon. W nocy śnił mi się mój
abisyński Falasza Izmael ben Matuzalem. Kiwał do mnie
serdecznie kędzierzawą główką i dawał znaki rękami, żebym
się pospieszył.
Chciałem rano może iść do spowiedzi, alem się namyślił
i pójdę do okulisty, żeby mi skontrolował wzrok, bo nużby mi
ksiądz przy spowiedzi dał dłuższą pokutę? I wtedy co?
Wojciechowa z kawą weszła bardzo wcześnie i zaprasza
na zaręczyny swojej córki, tej starszej z brodawką (myszką),
z dżokejem Jackiem Bolsem, synem Jędrzeja Wąsika, portiera
w naszym Klubie. O ósmej w mieszkaniu Wąsika, recepcja
w suterynach, w oficynie koło naszego Klubu. Pójdę,
pobłogosławię, dam coś ciepłą ręką, bo Pepcia, jeszcze
dziewczynką, zachodziła do mnie czasami rano na
przekomarzanki i ślicznie deklamowała bajeczki z „Nowego
Jachowicza”, szczególnie te:
„Nie ma kresu bez zdjęcia dessous”...
„Tylko ostrożnie! I nie obłożnie!”...
Najniespodziewańsza wizyta Wiktora Ramołyńskiego
o dziesiątej rano. Zziajany, podniecony, podekscytowany
(babka – baronówna Joselewiczówna). Rozpowiada tedy, że
całą noc nie spał. Zrobił wynalazek epokowy. Nie chce już
słyszeć o fabryce bawełny strzelniczej czy sztucznego
jedwabiu, a tylko o tym nowym, najnowszym. Ja żebym mu
pomógł i zainteresował nim Zagranicę!
Sława będzie dla narodu. Duży interes dla nas obu.
Ponieważ jadę do Włoch, to może by „Banca Commerciale”?
O co się rozchodzi?
Oto teraz przednówek. Drożyzna wzrasta w kraju
wskutek zeszłorocznego nieurodzaju. Nieurodzaj zaś jest
zawsze, albo przez okropną suszę, albo przez przesadne opady
wodne. Deszcze i ulewy sprowadzają zawsze wezbranie rzek,
z których żadna dotychczas nie jest uregulowaną (łącznie
z królową rzek, modrą, ale niemądrą, Wisłą). Ale mniejsza
z tym. Nie ma co mówić o uregulowaniu rzek bez
uregulowania budżetu; teraz w periodzie stabilizacji
stagnacji i utrwalenia kryzysu tym bardziej. Ale temu 
wszystkiemu można zaradzić. Można uregulować palącą
kwestię opadów wodnych.
I tu dzielny „nasz Edison”, jeden z tych wynalazców,
którzy co dzień w innej dziedzinie robią jakieś kapitalne
odkrycia (a którymi Opatrzność dość hojnie nas zasypuje),
rozłożył na stole dużą mapę, całą zarysowaną i zamalowaną,
zacyfrowaną i zaczął mi demonstrować.
– Jak zapobiec zbytnim deszczom i gradom? Przez
rozpraszanie chmur i obłoków. Za dużo u nas deszczów. Otóż
zawrzeć trzeba roczny kontrakt z „Aeroloydem”. Każdy
Junkers może zabrać ze sobą 40 kg piasku i pewną instalację
elektryczną z prądnicą poruszaną przez małe śmigło.
Instalacja pozwala naładowywać piasek elektrycznością
dodatnią lub ujemną do bardzo wysokiego napięcia... Otóż,
proszę ja pana, ten piasek naładowany jest do 10000 wolt.
Tak?
– Tak. I owszem. Czy nie za dużo?
– Nie. Każde ziarnko piasku na ładunek 0,00007
jednostek. Tak?
– Ależ naturalnie, bezwzględnie.
– Otóż ma pan duży majątek ziemski? Tak? Jest koniec
żniw? Mają zwozić do gumien. Tymczasem ludzie meldują, że
idą groźne chmury z zachodu, z północy, z południa, jak pan
chce.
– Tak, tak...
– Powiedzmy z północy... z północy. Dobrze? Telefonuje
pan do Warszawy; województwo to a to, powiat ten a ten.
Przyjeżdżajcie natychmiast. Majątek na Kresach, dajmy na to.
Tak?
– Broń Boże, ale może być. I co teraz?
– Co teraz? Co teraz? Junkers pędzi i leci. Przybywa
w trzy godziny. Obłoki teraz powoli sobie nadchodzą
i nadchodzą... nadchodzą. Maszyna na wysokości 1800 
metrów staje nad zwałem chmur i zaczyna akcję. Co? Hę?
Świetnie?
– Kapitalnie!
– Wszystko to trwa 5 do 10 minut. Chmury mogą mieć
do 56 wiorst długości nawet, a 100 metrów grubości. To nic!
Obojętnie. I teraz rozsypuje się nasz piasek, rozsypuje
błyskawicznie z pomocą innego aparatu reżyserującego,
a w otaczającym suchym powietrzu zaczyna się wilgoć
rozpraszać! Tworzy się coraz szerszy otwór w mgławicy
i w kwadrans, no, w 16 minut masz pan w swoim majątku
pogodę, a u sąsiadów dokoła ulewa wali jak z cebra. Co? Hę?
Tak perorował Ramołyński, wiodąc nerwowo palcami po
mapie całej Polski.
W takich wypadkach, jak doświadczenie uczy, nie należy
ani słówkiem cośkolwiek oponować, gdyż demonstrowanie
wynalazków może się przeciągnąć do północy.
W groźniejszych przypadkach może nawet wystąpić atak
szału.
– Doskonale! Wynalazek jest epokowy. Plany biorę
z sobą do Mediolanu. Skoro tylko uda mi się przekonać
dyrekcję „Banca Commerciale”, telegrafuję do pana. A teraz
wyjdźmy na miasto, gdyż mam jeszcze kilka spraw
i sprawunków do zlikwidowania...!
Po czym padliśmy sobie w objęcia i wycałowali
z dubeltówy.
I pomyślałem ja sobie: „Teraz, dziś, to on biedaczyna ma
fioła w każdym pomyśle, wynalazku i odkryciu, jakaś myłkę
organiczną w kalkulacji. Ale jest na mojej liście Kawalerów
Dr. Caro. Więc przejdzie kurację solidnie i systematycznie,
organizm jego wzbogaci się o przeszczepione gruczoły
z wybranego szczepu Falaszów. Wpłynie w jego żyły krew ta,
co w Fonterozach, Spinozach, Koilumbach, Laskerach,
Einsteinach, Bergsohnach. Mózg ulegnie regeneracji. I do 
Ojczyzny wróci naprawdę, serio genialny wynalazca bez fioła
już, a z szóstą klapką.
Wyszliśmy z Ramołyńskim o 11-tej.
W Klubie krótkie śniadanie – pożegnanie serdeczne
z Pieterkiewiczem. Oziębłe i sztywne z Homeopsychopatą,
który ośmielił się czelnie pozwolić sobie na jakąś głupowatą
aluzję co do mego wyjazdu i nadziei z tym związanych.
Bęcwał, który (choć z powołania homeopata) doradzał mi
przez dziesięć lat z rzędu objadanie się kolejno wszystkimi
anonsowanymi w „Kurierku” i w „Dzienniku” specyfikami,
urodonalami, fosfatynami, fitynami, neofitami, granulkami itp.
i doprowadził mnie wreszcie do „perdurantia cerebralis
partialis” (częściowe przetwardzenie mózgu), teraz ma
czelność pokpiwać sobie ze mnie, kiedy ja przekraczam
Rubikon i, poddając się pierwszy kuracji doktora Caro,
wskazuję ziomkom drogę do regeneracji, do juwenilizacji, do
młodości, do wiosny, do słońca!!!!
Tego samego dnia w nocy
Wieczorem na zaręczynach Pepci (córki Wojciechowej)
z Wojtkiem Wąsikiem (Johnem Bolsem, dżokejem stajni
wyścigowej ordynatów Tarłów). Teraz takie wizyty się
praktykują, bo jest period demokratyczny i wszyscy sobie
równi i niepodlegli.
Nie wiedziałem, jak to tam będzie, więc nie wbiłem się
w żakiet, a tylko tak po prostu wybrałem się
w marynarkowym, ani nie przeczuwając gali. W tym samym
domu, gdzie Klub, w oficynie, w sutenerach schodzi się po
schodach do piwnicy. Wybraliśmy się razem z prezesem
Matołowiczem, bo tylko jego prosił z całego Klubu stary
Wąsik. Matołowicz w smokingu już po operacji wygolenia
i wystrzyżenia całego ciała.
Wchodzimy przez kuchnię, gdzie jakieś damy smażą 
i warzą kolację. Jacyś młodzi ludzie pomagają nam zdjąć
futra. Jędrzej wita nas wzruszony. Poważne „shakehands”,
a mnie pada w objęcia. Wycałowaliśmy się z dubeltowej
i wchodzimy dalej do dużej izby jarząco „ostramówkami”
berlińskimi oświeconej. Tu już tańczą przy gramofonie
amerykańskim, oczywiście „Jawę”. Przecieram oczy, czy na
jawie, czy sen?
Towarzystwo wcale niczegowate. Wąsik przedstawia nas
kolejno różnym grupom gości – pan Kołtoński, pan
Matołowicz. Pepcia w tańcu dostrzegła nas i uprzejmie kiwa
główką i rączką. Tańczy z jakimś pułkownikiem, tak,
pułkownikiem sztabu. Dokoła panny i panie wcale, wcale.
Włosy ondulowane i fryzowane. L`Origan i Houibigant.
Przeciskamy się między tańczącymi i stajemy z boku, a zacna
Wojciechowa ubrana w czarną suknię z żetonu czy z żetonami
bierze nas obu pod ręce i objaśnia uprzejmie, ale godnie. Tyle,
że ma duże wypieki na buzi i trochę od niej jedzie
akwawitaminą. Rozglądamy się dokoła nie bez zdumienia.
Ja przygotowany byłem na to, że powinszuję zaręczonej
parze, wypiję kieliszek, dam swój prezent i wyjdę na górę do
Klubu, że będą tu w ogóle ludzie mniej okrzesani, prości –
lokaje, szwaczki – coś takiego. A tu widzimy socjetę jak się
patrzy. Damy we wcale gustownych toaletach, pantofelki
szyk, pończoszki cieliste jedwabne, włosy przeważnie po
kozacku przystrzyżone à la garçonne, to jest jako
„chłopaczynki” czy „dziewczaki”. Houibigant i L`Origan.
Mężczyzny to tam rozmaitego fasonu i sortu, ale ci co tańczą
– correct, niektórzy ubrani first class. Oficerów naliczyłem
czterech, jeden kapitan.
Wojciechowa objaśnia: ta tu to plisowaczka, ta
w beżowej masażystka... tamta wysoka blondyna to żona tego
montera niskiego. Tamta wygolona po pasek top
egzaminowana akuszerka, ale będzie wnet hrabiną, bo jest 
narzeczoną tego szofera łysego, co ma swój samochód pod
Foksalem, a mówi niedobrze po polsku, bo to kamerjunker
graf Szuwałow... A te dwie przystojne jednakowo ubrane to
manekiny od Hersego. A ta gruba fryga, co tak hula jak
zatracona, to dyrektorowa departamentu w ministerstwie robót
publicznych.
Czasem to tu przy tych objaśnieniach dolatywał i zapach
gorszejszy, skondensowanych wypocin, ale przeważnie
Houibigant i L`Origan. Przede wszystkim zaś, co od razu
rzucało się w oczy, to to, że goście wszystkie jakoś dobrze
odżywione, zdrowej cery, niewychudzone przednie odnóża,
choć tu i ówdzie niedomyty karczek, a żałoba po odpalonych
konkurentach za paznokciami, ale gatunek zdrowy, dziarski,
silny, nadchodzący.
Po chwili zapoznaliśmy się z pułkownikiem sztabu
jeneralnego. Młodziutki, symatyczny chłopczyna, okazało się,
że służył w II oddziale naczelnego dowództwa, a teraz zostaje
attachem naszego poselstwa w Lizbonie. Z zawodu Galicjanin
(jak w naszych sferach i Kolumb, który przecież też był
Galeyo), a więc baczki à la Pepi Poniatowski, na nosku
„cwiker” jak mówią w naszych sferach ministerialnych, ale
sympatyczny i wygadany. Po jawie tańczą „fox – terriera”
tego znanego („Betsy y lowe you nur dise eine Nacht und
nackt”), tak samo, jak w resursach i dancingach czy u
ordynatów, tylko nieco przyzwoiciej. Równocześnie na tacach
roznoszą Malagę i Maderę (?). O dziewiątej Wąsikowie proszą
do „jadalki”. Otwierają się szeroko drzwi, a że nie sposób już
zwiać, więc prezes bierze pod rękę moją Wojciechową,
dyrektor departamentu zacną Wąsikową, pułkownik sztabu
jeneralnego Papcię, szczęśliwy narzeczony jakąś malowaną
ale fresko damulkę, która jest ponoć reporterem „od bali” i
„rautów” najpoczytniejszego dziś w stolicy organu nie tyle
wstydliwego, ile bezwstydnego. I maszerujemy do stołowego. 
Tableaux!
Tak! Tu nie znać „ciężkiego położenia w kraju” ani
deruty gospodarczej, ani kryzysu w industrii, ani stabilizacji
stagnacji. Ciasno jest, ale własno, nieco duszno, ale przejdzie.
Długi stół aż się gnie. Trzy półmichy nakrajanego indyka,
olbrzymie sterty sardynek francuskich wyłożonych z puszek,
dwie miednice majonezu z homarów. Na komodzie, na
szafach – ciężkie baterie win. W blaszanych kubełkach mrozi
się szampańskie (rumuńskie, ale szampańskie!). Dostrzegam
kawiorek w kilku puszkach rozwartych... Winne gronka... figi,
daktylki... ananasy...
Odetchnąłem z ulgą. No więc nie jest tak źle w ojczyźnie,
kiedy klasa fizycznie pracująca może sobie takie zrękowiny
aranżować. Jakoś to będzie. Nie damy się, nie damy! Byle
tylko bractwo częściej się kąpało i pedantyczniej myło
i podmywało.
Siedziałem między dyrektorem departamentu
(w Ministerstwie Ochrony Robót) a jakąś panią o cudownie
wymanicurowanych bardzo grubiuchnych paluszkach, która
(jak się okazało z rozmowy) była masażystką, a kształciła się
na śpiewaczkę operową.
Koniak Meukowa? Do tego trzy kwiczołki!... Potem
pulardka.
Przez ten czas dyrektor departamentu zabawiał mnie
pouczająco o naszym drogostanie. Nie miałem mego notesika
pod ręką, alem co nieco zapamiętał. Katastrofalny ten nasz
drogostan. Wszystkiego razem mamy 12000 km dróg
państwowych, a 44000 dróg gminnych (tj. jedna dziesiąta
tego, co ma Kanada, a jedna piąta tego, co w Transwalu),
a jednak więcej od takiego Czarnogórza (oraz więcej od
Konga). Żeby się zrównać pod względem drogostanu
z Wielkopolską, musimy wybudować 60000 km dróg i szos,
co dałoby się uskutecznić w przeciągu 50 lat, gdyby rząd 
dawał tyle a tyle. Wobec tego żadnej nadziei nie ma. Mocno
nas poreperowały pod względem drogostanu szelmy Prusaki,
które w dwa lata dały nam w czasie okupacji 3000 km dróg
bitych. Myśmy zaś w przeciągu lat 5-ciu w naszym
mocarstwie wybudowali 600 km dróg (co prawda już trochę
się psujących). Jeżeli tym tempem pójdzie dalej, to zrównamy
się z Wielkopolską dopiero koło roku pańskiego 2120. Kto
tego doczeka z żyjących dzisiaj?
Opowiedziawszy mi o tym wszystkim jednym haustem,
golnął dyrektor departamentu (widocznie z desperacji)
duszkiem trzy kieliszki portweinu, po czym zaczął jeść,
a właściwie objadać się i tak jadł aż do północy, truchtem już
nie wtrącając się do konwersacji i wprost już nie
odpowiadając nawet na pytania.
Od mojej sąsiadki (masażystki z lewicy) dowiedziałem
się, że dygnitarz nazywa się Wąsik, jest stryjecznym bratem
Jędrzeja, w roku 1915 emigrował do Rosji. Tam odznaczył się
jako bolszewicki komisarz, po czy nawrócił się do Polski,
zorganizował dwa strajki agrarne, wreszcie zmęczony tym
wszystkim, przeniósł się do ministerstwa. Ma za to wszystko
Polonia Resituta, Virtuti Militari, jedną żonę Rosjankę
w Charkowie, drugą „chazarkę” w Krakowie i gra na bałałajce
cygańskie romanse.
Po kolacji nam taki zagra.
Z charakterystycznych momentów muszę zanotować
jeszcze, że gdy przy stole któraś z „chłopczynków” czy
„dziewczaków” zapaliła papierosa, to moja Wojciechowa
z miejsca na głos zwróciła jej uwagę, że palić można tylko
w sieni, w kuchni lub w lokalu zupełnie ustępowym, bo
mieszkanie ciasne. Słusznie. Albo jest savoir vivre, albo go nie
ma.
Oficerowie nasi, zaobserwowałem, noszą przeważnie
ordery „bałkańskie” i „bałtyckie”; angielskich stosunkowo 
mało. Mundury natomiast nie powinny być tak zaplamione ani
angielskim sosem, ani atramentem, raczej czyste.
Prezent wręczyłem Pepci po kolacji. Wzruszona, miała
łzy w oczach, prosiła tylko, żeby jej często przysyłać
widokówki. Po północy wielu gości już wstawiło się
w sytuację nieco zawianą.
Byli to najwidoczniej ludzie najsumienniej pojmujący
swe obowiązki obywatelskie, gdyż monopol spirytusowy musi
w tym miesiącu dać państwu minimalnie 12 milionów złotych
(więcej od tytoniowego). Im kto więcej tedy „spożywa”
spirytualiów, tym większy spłaca państwu w tej formie
podatek pośredni. Słusznie więc, że ci, co nie mają żadnego
majątku i wobec tego nie płacą podatku majątkowego,
przynajmniej w ten sposób uiszczają swą daninę. Dyrektor
departamentu stosunkowo najbardziej się monopolizował, po
czym zagrał nam „kozaka” na bałałajce, a sztabowy Pepci
w „cwikierze” tańczył solo z prysiudami (wbrew całemu
swemu, zdawałoby się, politycznemu światopoglądowi).
Opisuję to wszystko z tej racji tak skrupulatnie, ponieważ
pro primo pełen wrażeń w żaden sposób zasnąć nie mogę, pro
secundo na pierwszym piętrze mojego trzeciego piętra
u mecenasa Grünspana jest bal i właśnie tańczą mazura
z oberkiem (Joselewiczem), a pro tertio jestem głęboko
wzruszony tym, że ostatni mój wieczór w Ojczyźnie przed
wielką przemianą spędziłem jakby symbolicznie, bo
demokratycznie, wśród ludu naszego, wśród warstwy
pracującej fizycznie, prostej, młodej, szczerej, naturalnej.
Nawiasem mówiąc, rozkosz pomyśleć, jak ten nasz rdzennie
sarmacki gmin wiejski i miejski jest podobny do nas, po
prostu dalszy ciąg czy popularne wydanie tego, co wczoraj.
Jak dwie krople wody. Jak towarzysko łatwo i prędko się to
wyrabia i szlifuje. Kość z kości! Tak samo – zastaw się
i postaw się, „czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą”...
Przecież taka recepcja dzisiejsza to musiała kosztować
bajońskie sumy? Chyba folwark za to można by kupić?
Takie Szwaby ordynarne albo Czechy chytre, albo Szkoty
obrzydłe czy Szwajcary nudne toby wolały za taką sumę
nakupić betów do łóżek, pościeli, bielizny, gratów, kwiatków
do okienek, firanek, klateczek z kanarkami, obrazeczków,
oleodruczków, nieruchomości albo i nierogacizny. Boga
chwalić, że my „morituri” i oni, co idą po nas, nie są jak te
Szkoty, Szwajcary, Szwaby itp.
Postscriptum: Co prawda: Ave Izrael morituri te
salutant... niech sobie tak mówią tylko ci, co nie jadą do
ojczyzny doktora Caro.
Ja jadę.
12 lutego
Żegnam się z miastem, z mieszkaniem,
z „Pamiętnikiem”, z Wojciechową, z przeszłością,
z teraźniejszością, ze sobą samym. Graty idą na skład,
„Antropologia” zapakowana i z nią Cicerone Baedeker po
Florencji i nowy rewolwer w palcie.
Rano kąpiel ostatnia.
Śniadanie pożegnalne z „X”. „X” był bardzo uroczysty
i poważny. Dawał jeszcze ostatnie rady i instrukcje. Spokój,
zimna krew, nie przejmować się. Warunek sine qua non plus
ultra: przerwanie wszelkiego kontaktu z krajem w czasie
kuracji. Ani jednego listu! Ani jednej kartki! Ani telegramu,
ani do rodziny, ani do obcych, po prostu jak kamień u szyi
i w wodę.
Dopiero po wszystkim, mniej więcej z końcem marca
zdekonspirowanie, zaagitowanie i sprowadzenie pierwszej
partii rodaków i to trójkami. Ja już wybrałem. Na pierwszy
ogień Pieterkiewicz, Łykowski i któryś ze Sztumpfów, potem
druga trójka, trzecie, piąta, siódma, w ostatniej dopiero 
„Homeopata”.
O jedenastej „X” wyszedł, otrzymawszy stosowny
upominek: papierośnicę złotą z osiemnastego wieku w stylu
Ludwika XV. Zaraz po nim przyszedł Matołowicz, tak że
miałem pewne obawy, czy się na schodach nie spotkali. Ale
zdaje się, że nie.
Z Matołowiczem ostatnia przejażdżka po mieście.
Wziąłem dwukonkę jak za dawnych, dobrych czasów
i kazałem stępa jechać do Zamku, potem w Aleje, Belweder,
Bagatelę i Marszałkowską, Królewską na Teatralny...
To się wszystko musi zmienić. Tak dalej być nie może.
Nam się taka stolica może podobać, bośmy się przyzwyczaili,
ale to nie jest żadna stolica. Obcy, cudzoziemcy, turyści,
dyplomaci itp. to nam to w oczy chwalą, ale poza oczy kpią na
funty szterlingi. W najgłówniejszych arteriach parterowe
rudery, szalety, parkany! Obdrapane to, brudne, wali się. My
to zmienimy. Dwudziestka to zmieni. Te bruki, te trotuary, te
balkony, te witryny i wystawy sklepowe, szyldy. Prowincja!
Czysta prowincja! Brudna prowincja! Czasem coś przypomina
czy zerwie z Europy jakiś front, jakiś dom, ale częściej
przypomina się Łuck, Grodno, Trembowla, Bródno!
Do tego można się przyzwyczaić i z tym się oswoić.
Nawet takie cudactwo pokochać. Ale kontentować się tym nie
można, bo tak „rozbudowana” Warszawa, to jakby
powiększona redakcja „Dziennika Sarmackiego” na Pradze,
gdzie brud, nonsens, stęchlizna, kalectwo dały sobie rendezvous...
Podobne to do Paryża jak rzepa do ananasa. Ale co się
przystawiać do Paryża? Niełaska z Hagą, Kopenhagą, Pragą?
Ale i to salony wobec naszej graciarni czy lamusu.
Kochać to można, ale kontentować się takim obozowiskiem
murowanym? Nigdy! Ale my to zmienimy. W przeciągu 25
lat musi się to miasto obrócić na osi frontem do Wisły. My
tego dokonamy. My, Carolingowie. 
Wszystkie stolice europejskie są frontem do rzek! Tylko
ta jedna, jedyna tyłem. My weźmiemy za kark syrenę i twarzą
obrócimy do wody...
Tak gwarzyliśmy sobie z Hipciem, objeżdżając miasto
w rannych godzinach. Potem odwiozłem Hipcia do sądu na
Miodową i sam poszedłem już piechotą do tego okulisty,
którego mi Homeopata świeżo doradził, a pułkownik sztabu
jeneralnego, wczoraj na balu zaręczynowym u Wąsików,
zachwalał. Spisuję te ostatnie słowa w „Pamiętniku” po
południu o czwartej już po okuliście, to jest po awanturze
u okulisty, i po drzemce, więc mogę szerzej.
Wszystko spakowane. Bilety są. Do wieczora już z domu
nie wyjdę, „X” mnie na kolej odprowadzi. Homeopatę już
telefonicznie zbeształem, że mi takiego okularnika poradził,
gdzie do takiej awantury w ostatni dzień doszło
najniepotrzebniej.
Ale opowiem i opiszę ab ovo.
Najpierw ulica obskurna. Sień brudna, na schodach ciemno.
Gaz się tli i kopci. W poczekalni niechlujstwo i nieład, krzesła
o trzech nogach, subreta otwierająca drzwi pocinami cuchnie.
Natomiast na ścianie olbrzymi afisz z napisem:
„Chcemy Króla!”.
Zrozumiałem oczywiście zaraz, gdzie jestem i gdzie mnie
to złośliwy homeopata skierował.
Tak też było. Okulista ten był rojalistą.
Należał do tego rozgałęzionego wszędzie bractwa
spiskującego, które jednego z brygandierów zamierzało
koniecznie zrobić Królikiem, ustrój republikański
zredukować, a stolicę przenieść do Krakowa, na Wawel, bliżej
Kazimierza. Uparli się przy tym brygandierze i nie można
było podstawić im innego na Pretendenta. Co jakiś czas
wyciągali tego swojego kandydata z mieszkania i pędzili, żeby
mówił do narodu. I Bogu ducha winien wielkolud o 
skromniuchnych gangliach mózgowych stawał to na balkonie
jakimś, to na estradzie, to na beczce od piwa, to na ławce w
jakimś parku, wygadywał niestworzone anegdoty i kawały,
cierpiąc przewlekle na biegunkę słowną...
A każde takie przemówienie czy przegadanie się
prezydenta drukowały zaraz pewne pisemka z chronicznego
braku materiału sensacyjnego.
I z tego zrobił się kierunek polityczny i wielkie
stronnictwo, i dużo z tego było dla jednych pociechy, a dla
drugich – niepotrzebnej irytacji.
Ten atoli rojalista, do którego zaszedłem, aby mi okulary
wybrał, nie tylko był okularnikiem nadwornym całej partii, ale
i rymopiskiem, panegiryczącym w dnie uroczyste
laurkowymi, okolicznościowymi wierszykami ku chwale
brygandiera. Świadczyły już o tym porozkładane na stole
w poczekalni, w cielęcą skórę oprawne, „Kuranty
o brygadierze”, „Królewski poemat”, „Za Niemen het precz”...
Wszystko to napisał Otto Sołneczko (widocznie
Białorusin z domieszką germańską).
Kiedy przyszła na mnie kolej, kiedy wszedłem do
gabinetu, wprost oniemiałem.
Przede wszystkim – smród. Smród i stęchlizna, zapach
i kocich, i psich wydzielin. Chloroform i jodoform, zaduch.
Zupełnie jak w gabinecie redaktora Goryczki. Identycznie
ten sam skład chemiczny złego powietrza, bez cienia ozonu,
bez uncji tlenu, nie mówiąc już o azocie.
I ten sam nieład w gabinecie o zamkniętych szczelnie
oknach na świat.
W szafkach od przyrządów zbite szybki, posklejane
zatłuszczonym papierem. Na podłodze porozlewany jakiś płyn
fioletowy w olbrzymich strugach. Na stoliku, obok waty
i przyrządów, przygotowane jadło, płatki szynki na gazecie
i masło w słoiku od musztardy, przy czym duży rosyjski tulski 
samowar kopcący! Samowar w XX wieku!!
Okulisty-rojalisty w gabinecie nie było. Więc dokoła
mogłem rozejrzeć się dokładnie. Na ścianach może z kilkaset
poprzyczepianych do ścian pluskiewkami, a nieco
popluskwionych wizerunków i fotografii „Pretendenta”:
stojąco, siedząco, frontem, bokiem, tyłem, z szablą, do pasa,
cała figura, do kolan, na bagnecie, na armacie okrakiem,
z buławą, z jataganem, pod słupem, z oszczepem, na tanku,
pod drzewem, na słupie, w łódce, w zytzbadzie,
w samochodzie, sam, ze sztabem, w łóżku, w wannie, na
stolcu (widocznie królewskim), a wreszcie na pryncypalnym
miejscu w gabinecie okularnika, na postumencie, popiersie
gipsowe Pretendenta w stylu kubicznym z koroną na
czupurnej czuprynie.
Przypadkowo spojrzałem na przybory i aparaty okulisty
trubadura. Wyszczerbione, zardzewiałe, niedomyte, a w tak
obrzydliwym nieładzie, niechlujstwie i nieporządku, jaki tylko
pamiętam jeszcze w… gabinecie redaktora Goryczki!
Jak to pogodzić? Przecież to były dwa bieguny z dwóch
przeciwnych partii, nienawidzących się aż do utraty
przytomności. Tu Lechici brygandziści, tam Sarmaci
republikanie. Gdzie się tylko kiedykolwiek zetknęli, tam szli
ze sobą na noże i obcinali sobie skalpy lub nosy (co było
poręczniej). Goryczka o Sołneczku, a Sołneczko o Goryczce
pisali to rymem, to prozem, najokropniejsze przykrości.
Ale jednak coś widocznie mieli wspólnego, rasowo
dziedzicznego. Oto zamknięte okna na świat! Brak
powietrza świeżego, nieprzewietrzany lokal, stęchlizna, brud,
zapach wydzielin kocich i psich, kult bohaterów na papierze,
na zapluskwionym papierze... no i jakaś organiczna,
prasłowiańska niezdolność do zorganizowania nawet swoich
czterech ścian. I takie typy chciały narzucić Polsce swego
królika i urządzić państwo po swojemu?... 
Właśnie tak oto rozmyślałem sobie, patrząc na otomanę
z rozdartą w kilku miejscach czarną ceratą (załataną zielonym
suknem), kiedy z drugiego pokoju dobiegł mnie śpiewny,
kresowy głos męski:
– Ta całujcie mnie gdzieś z waszym obiadem, jak tam na
mnie swołocz pacjenty czekają...
I w tej chwili drzwi się szeroko otworzyły i do gabinetu
wszedł sam okulista-poetaster, jeden z nieprzeliczonych
kamelotów brygandiera, „ssak łożyskowy” o poczciwej
kałmuckiej czaszce, o oczach dziecka jakuckiego i o jasno
słomianej blond czuprynie (germańskiej?).
– Ta proszę, siadaj pan tu na tym fotelu.
Spojrzałem na fotel na zepsutej śrubie, obluzowanych
wszystkich sprężynach i ani drgnąłem. Już brakło mi też
powietrza do oddychania w tym zaduchu.
– Ot, siadajcie serdeńko! Pan nie wiesz, kto na tym fotelu
już siedział.
– Nie wiem i nie chcę wiedzieć, o ile przedtem nie
otworzysz pan okna na świat!
– Okna otwierać? W zimie? Ot i zachciało się! Na tymże
fotelu siedział przyszły Król Polski, braciszku, a okna nie
kazał mi otwierać. I trzy godziny tu siedział i rozpowiadał co
nie bądź, a okna nie kazał otwierać! Jeszcze czego by
brakowało?
I tu już nie pamiętam dokładnie, jak to się dalej
potoczyło.
Wiem tylko tyle, ze nagle porwała mnie dzika pasja na
tego fetyszystę. Przekonawszy się naocznie, ze jedni i drudzy,
i Lechici, i Sarmaci, i republikanie, i rojalisty, i rasowi,
i mieszańce jednakowo okien na świat nie otwierają i żyją
w parafialnym, smrodliwym zaduchu, straciłem wszelkie
panowanie nad sobą.
Zanim dostrzegł mój ruch Otto Sołneczko (zapiewajła 
„Kurantów o brygadierze”), wyciągnąłem swój rewolwer
z kieszeni, walnąłem prosto w łeb.
Oślepiony i ogłupiały padł na wznak brzuchem do sufitu,
frontem do biustu swego kajzera.
Był to nowy wynalazek, przez policję angielską teraz
używany, zabawka, ale groźna. Nawet skończonego idiotę taki
rewolwer jeszcze więcej otumania i na półtorej minuty odbiera
mu wszelką przytomność i władzę w ruchach. Kiedy się po
chwili taki zabity rozbudzi, oczywiście zrywa się na równe
nogi, klnie na czym świat stoi, ale napastnika już nie ma.
Wobec tego okulary sprawię sobie we Florencji.
Teraz dochodzi godzina ósma. Pisałem przed dwie
godziny z rzędu. Przedtem testament godzinę: razem trzy. Za
chwilę będzie tu „X”. Aha. Już dzwonek! To on...
Wyjeżdżam...
Koniec pamiętnika
List profesora Januarego Pieterkiewicza do pana
Kołtońskiego we Florencji
Warszawa, dnia 15 marca
Drogi Panie!
Dopiero dostawszy wreszcie adres pański i zwycięskie
relacje o szczęśliwym przebiegu kuracji Carowej, pośpieszam
z listem. Dziękuje panu przede wszystkim za wtajemniczenie
mnie we wszystko i za dowód zaufania, jakiem mnie pan
obdarzył oraz za propozycje przyjazdu natychmiastowego.
Starania o gotówkę niezbędną już rozpocząłem. Ponieważ
dzieło moje „O owadach”, nad którym pracowałem lat
trzydzieści, nie znalazło w Polsce nakładcy, przeto 
przerzuciłem się do przerwanego ongiś studium nad rybami
swojskimi i mam nadzieję, że ta praca łatwiej znajdzie
nakładcę, tak, że, jak tuszę, zaliczka na „Ryby rodzinne”
pozwoli mi już w kwietniu stawić się we Florencji i poddać się
tam temu zabiegowi odmładzającemu.
Spełniając pańską prośbę, będę się starał donieść panu,
o ile możliwości, o wszystkim, co przez ten czas, to jest z górą
miesiąc, zaszło w Klubie i w kraju. Wyjechał pan w okresie
stabilizacji stagnacji i uruchomienia kryzysu. Pod tym
względem mało się zmieniło, ale i ja mało się znam na tym,
tak że w tej dziedzinie najlepiej poinformuje i objaśni nasz
kochany prezes Matołowicz, który, o ile mi wiadomo, również
od pana list florencki otrzymał. Wobec tego i ja Drogiemu
Panu zreferuję tylko to głównie, co w Klubie się przez ten
czas wydarzyło.
Zaraz omal po pańskim wyjeździe wrócili z Paryża
Sztumpf z Dulskim, a z Wiednia mistrz Ślaz. Ani ci, ani tamci
nie poddali się. O Woronowie i Steinachu mówią, jako
o ostatnich, a raczej o pierwszych szarlatanach XX wieku.
Podobno tyle warci, co Guzik, czy też ten znachor – lekarz
obecnie tak modny w Warszawie, leczący ludzi manuterapią,
tj. przykładaniem rąk do bolesnej cześć ciała... Mistrz Ślaz
skorzystał atoli bardzo z pobytu nad modrym Dunajem, gdyż
przywiózł z sobą taki zapas farb, lakierów i likierów
rozmaitych, że to mu podobno wystarczy na dziesięć lat
intensywnej twórczości.
Zabrał się też zaraz do portretu panny Pepci, jako
bachantki, której akt cały robi w nowoczesnej balowej sukni.
Portret zamówił jej narzeczony Wojciech Wąsik. Zna go pan?
Ten dżokej z dawnej stajni wyścigowej Tarłów, a obecnie
Bergsohnów i F. Einsteinów.
Teraz à propos tych ostatnich. Ślub Myrty z Olgierdem
odbył się z wielką paradą u Panien Wizytek. Na weselu była 
podobno cała dyplomacja in corpore i sam Pretendent także,
a jakże (gdyż ta gałęź Bergsohnów jest wydelegowana do
obozu brygandiera), a pan Olgierd finansowo popiera podobno
całą agitację. Na weselu odczytano tysiąc telegramów, między
innymi także od Was, tam z Włoch, z Watykanu podpisany
przez kardynała Gasparoniego. U mistrza Ślaza zamówił pan
młody portret żony na koniu na tle pałacu, który kupili
zeszłego tygodnia od Koniecpolskich. Tak więc, jak widzi pan
z tego, twórczość Ślazowa jest w takim rozkwicie i płodności,
że nasz mistrz żadnego odmłodzenia właściwie nie potrzebuje.
Spodziewanej redukcji podatków jeszcześmy się nie
doczekali, tylko redukcja urzędnicza trwa nadal i jest
w pełnym rozwojowaniu. Biedny Wokulski, po zwinięciu
„Głównego Urzędu Żywnościowego”, stracił posadę, starał się
dostać na młodszego referenta w „Państwowej Radzie
Spożywczej”, ale na próżno i dostał wreszcie miejsce
starszego referenta w „Biurze Badania Cen”, to jest w nowej
instytucji, rozbudowanej szeroko dla zwalczania drożyzny.
Czy podatek od kotów będzie uchwalony i przejdzie
w Sejmie, to jest rzecz bardzo wątpliwa, gdyż trudno będzie
o większość dla tej idei wobec tego, że kontrola nad tym, kto
i ile kotów posiada, przedstawia niezwykłe trudności.
W każdym jednak razie tymczasem opłaty psów podwyższono
dwudziestokrotnie, tak że egzekucjom i sekwestrom za
niepłacenie „sobaczego” nie ma końca.
O rozmaitych bankructwach, upadłościach i plajtach
naszych znajomych, przyjaciół i ich krewnych napisze
Drogiemu Panu zapewne mecenas Matołowicz szczegółowo.
Ja tylko tyle wiem, że ostatnio położył się jak długi nasz
genialny Ramołyński Wiktor. Nie wiem, czy Panu wiadomo,
że chciał w lutym założyć fabrykę biczów z piasku. Ale się
rozmyślił i przerzucił do branży skórzanej. Ponieważ obecnie
rząd masowo zdziera ze wszystkich skórę, więc Ramołyński 
założył „Hurtownię skóry ludzkiej”. Jakiś czas to
prosperowało, gdyż szła ta skóra na torby dziadowskie. Ale
nagle i to im się pogorszyło. Zaprotestowali im weksli na
olbrzymią sumę (mówią o 50 000 dolarów), opieczętowali
składy i Wiktor uciekł autem za Ocean. Jest to już coś
dwudziesty w stolicy wypadek wielkiej upadłości i szybkiego
nocnego wyjazdu plajtmanów do Ameryki, co dało asumpt
Pociejowskiemu do dowcipu o amerykanizacji naszego
przemysłu i handlu.
Kamieniecki z wiosną zaczyna remont swego domu,
z którego tynk odpada kawałami centnarowymi na trotuar.
Ponieważ koło jego domu, sąsiadującego z Jockey-Clubem
Erywańskim, przechodzić muszą rozmaici dyplomaci, więc
tak się fatalnie zdarzyło, że kiedy zagadali raz, przystanąwszy
pod ich balkonem, Sowdepecki z Angielskim, nagle oderwał
się olbrzymi kawał gzymsu i obu dyplomatów na chwilę
przysypał. Wyciągnęli ich spod gruzu, ale na Kamienieckiego
nałożyli karę. Wobec tego sprzedaje swój majątek na Pomorzu
i za gotówkę stąd uzyskaną z wiosną remontuje kamienicę.
Zresztą w ogóle nikt nigdzie nie buduje, a przerabia się tylko
rozmaite gmachy, co nam Prusaki, Moskale i Austriacy
pozostawili.
O czymże tu Drogiemu Panu jeszcze donieść coś
ciekawego? W „Klubie” ruch słabszy, nawet bardzo słaby.
Dwa, trzy, cztery stoliki wieczorem. W bufecie także. Ja sam
rzadko zachodzę, bo się wziąłem intensywnie do moich ryb
domorosłych.
Wczoraj przy jednym stoliku wznowili starego
preferansa: Homeopata, Generał, Pociejowski i Połaniecki.
Kibicowaliśmy przy tym z Żołzikiewiczem. Ile razy ktoś
powiedział „caro”, przypominałem sobie zaraz Pana i to, co
nas wszystkich czeka wtajemniczonych, wezwanych
i wybranych. Cieszę się, że są na liście predestynowanych 
i biedny Homeopata, i Żołzikiewicz.
Otóż à propos tego ostatniego. Od pierwszego wydaje on
ten swój „Głos Lechicki”, w którym dzień w dzień kłócą się
i polemizują z Goryczki „Dziennikiem Sarmackim”,
wywlekając sobie wzajem różne gafy i usterki, z czego wielką
radość mają nasi zwolennicy brygandiera.
Trzeba przyznać, że i Goryczka, i Żołzikiewicz nawet
odmłodnieli teraz, nabrali energii i werwy. Nigdy z taką pasją
nie pisali wspólnie o swoich antagonistach, z jaką teraz mówią
i piszą o sobie. Goryczka dał niedawno do poznania między
wierszami w swoim artykule, że Żołzikiewicz po kądzieli
pochodzi z Chazarów i że „Głos Sarmacki” subwencjonują
Litwini z Kowna. Najbardziej na tym profituje ten okulista
wierszykarz Sołneczko, bo co tydzień kropi jeden sonet
o Goryczce, a drugi o Żołzikiewiczu ad maiorem Pretendenti
gloriam. I za „Żelazną Bramą Narodów” oba pisemka teraz
lokatorzy Nalewek czytają...
Poza tym cóż jeszcze donieść? Stan sanitarny w Klubie
także nieświetny. U jednych astma, u innych skneroza
rozwijają się pomyślnie. Tu i ówdzie oczywiście i hemoroidy
dają się we znaki. Moja nadzieja cała teraz we Florencji
i w Drogim Kochanym Panu i jego protekcji. Aczkolwiek
bowiem przysłowie łacińskie mówi, że „omnis caro foenum”,
ten Caro jednakże wydaje się być prawdziwym cudotwórcą.
Ściskam serdecznie dłoń pańską i łączę wyrazy szacunku
i poważania.
January Pieterkiewicz
PS À propos tego Kolumba, o którym swego czasu tyle
było mowy ze względu na jego pochodzenie po kądzieli. Otóż
okazuje się, że to było szarlataństwo i reklama, jaką mu zrobili
przez kilkanaście lat krewniacy matki, majstrzy, jak
wiadomo, w procederze kłamstwa. Okazuje się, że Kolumb 
wcale Ameryki nie odkrył pierwszy. Wykazują to nowe
badania naukowe. Młody uczony „duński” Bergstein
przedstawił Akademii Kopenhaskiej serię dokumentów,
z których wynika, że Amerykę odkryli najstarsi z Ariów –
Skandynawowie. Najdawniejsze ślady odkrycia Ameryki są
już w sagach norweskich. Ponieważ Drogi Pan się tym bardzo
interesował, więc jeszcze panu dodam te szczegóły, jakie we
wczorajszym „Głosie Lechickim” wyczytałem. Otóż w sagach
norweskich wyraźnie mówią, że rycerz (Wiking) Zeif, syn
Eryka z Grenlandii dotarł do Nowej Finlandii, a stamtąd do
Nowej Szkocji, aż wreszcie znalazł się w okolicy Rhode
Island około roku 1000. Tam też znaleziono niedawno wśród
wykopalisk szkielety ludzkie z ozdobami typowo
skandynawskimi. Zatem już w roku 1001, przeszło 400 lat
przed Kolumbem!
Oczywiście w dzisiejszym „Dzienniku Sarmackim”
umieszczono artykuł o Żołzikiewiczu jako o masonie,
ponieważ obala pogląd o Kolumbie jako o odkrywcy Ameryki
właśnie wtedy, kiedy Kolumb ma zostać świętym i kiedy już
się zaczął proces kanonizacyjny.
Proszę mi zaraz napisać, jak się to nazywa ten Falasza
abisyński dla mnie przeznaczony. Pojmie Drogi Pan, że to
mnie bardzo, bardzo obchodzi.
Wtóry list profesora Januarego Pieterkiewicza
Warszawa, dnia 25 marca.
Drogi i Kochany Panie!
Nie mam dość słów wdzięczności za misję, którą mi Pan
powierzył. Wszystkie papiery, dokumenty, świadectwa,
wykazy uzdrowieńców, zdjęcia fotograficzne i plik lekarskich 
pism włoskich otrzymałem w całości.
Stosownie do polecenia i instrukcji pańskiej zaprosiłem
do siebie wszystkich 20 wybranych na piątek godzinę 10
wieczór. Stawiło się 17, inni usprawiedliwili swoje
niestawiennictwo pisemne.
Do prelekcji przygotowywałem się dwa dni. Przed
prelekcją odebrałem uroczystą przysięgę milczenia
i tajemnicy. Po czym wszyscy zebrani podpisali się na
certyfikacie, który przy niniejszym dołączam. Sam wywód
lekarski poprzedziłem wstępem o stabilizacji stagnacji, czyli
o stagnacjonalizmie naszym, o utrwaleniu kryzysu, o anemii
budowlanej, o „l`improductivite slave”, o niezaradności
i kalectwie, o zaniku inicjatywy, o uwiądzie szóstego zmysłu,
o kurzej ślepocie, o śpiączce, apatii, ataraksji, zwapnieniu,
rozrzedzeniu oraz przetwardzeniu mózgu oraz mózgów
w ogóle, o naszym geniuszu dezorganizacji, demobilizacji,
destrukcji, dekompozycji, deformacji, dezagregacji,
dekonfitury itp. Po czym przedstawiłem im w rozmiarach
apokaliptycznych niebezpieczeństwo chazarskie, łącznie
z predyspozycjami rasowymi, fizjologicznymi
i psychofizycznymi dla Chazarów.
Nie omieszkałem cytować to wszystko, co Drogi Pan
zalecił (Spengler, Freud, Sombart, Bergshon, F. Einstein), po
czym dopiero po dwugodzinnym wstępie przeszedłem do
demonstrowania ad oculos metody doktora Caro, poddawszy
równocześnie systemy Woronowa itp. innych znachorów
i okpiświadków druzgocącej krytyce. Specjalnie ostro
wystapiłem przeciwko metodzie dr. Steinacha, jego
wazoligaturze, tj. podwiązywaniu i przerywaniu kanału
odchodowego, wyprowadzającego normalnie materie
rozrodcze z odnośnych gruczołów na zewnątrz. Wykazałem
jasno, że ostatnie „sukcesy” doktora Harry Beniamina (Nowy
Jew-Jork) z przeszło stoma pacjentami ludzkimi i czterema 
końmi wyścigowymi są skończonym, a typowo amerykańskim
humbugiem.
Odmładza na kuli ziemskiej tylko jeden jedyny doktor
Caro, przyjaciel Polaków, a posiedziciel całej kolonii czy
plantacji zdrowych i młodych Falaszów (Semitów
abisyńskich).
Wrażenie było wstrząsające. Zapisali się jednogłośnie
i solidarnie wszyscy i wszyscy zdawali sobie jasno sprawę
z olbrzymiego znaczenia, jakie będzie miało dla narodu i dla
społeczeństwa dostarczenie w krótkim stosunkowo terminie
grona, gremium, gromady skądś genialnych młodych,
długowiecznych indywidualności. Kiedy jeszcze
przedłożyłem im materiał faktyczny, autentyczny entuzjazm
dosięgnął szczytu. Płakaliśmy i rzucaliśmy się sobie
w objęcia. Homeopata zemdlał ze wzruszenia. Rozeszliśmy
się nad ranem.
Dalsze szczegóły w dalszym liście, który wyślę
wieczornym pociągiem.
Dłonie Przodownikowi i Przewodnikowi naszemu
ściskamy. Ja w imieniu wszystkich wdzięczny do grobowej
deski.
J. Pieterkiewicz
PS Dzisiaj ogłoszono niewypłacalność firmy „Bergshon,
F. Einstein & Comp.”. Na giełdzie panika. Bank i „Dom
Handlowy” opieczętowane.
Telegram J. Andrzeja Pociejowskiego
Firenze, Policlinica Giacomo Caro, via Cristobal Colombo 5,
Kołtoński 
Połaniecki, Płoszowski, Pieterkiewicz, Dulski – partirent
aujourd`hui avec rapid du soir. Demain partira la seconde
partie
Pociejowski junior.
Karta korespondencyjna Fr. Feliksa Szczęsnego Dołęgi
Szanowny Panie! Oczywiście dziękuję, dziękuję i jeszcze
raz dziękuję za to, że znalazłem się na liście wybranych, zdaje
się chyba przypadkowo, gdyż ostatnimi czasy, o ile pamiętać
mogę, byłeś Pan dla mnie cierpki i niechętny, a za co, to
doprawdy nie wiem. Czy z uprzejmej propozycji jeszcze
skorzystam, to rzecz inna, wątpliwa. Na owym zebraniu
„wiekopomnym” u prof. Pieterkiewicza nie byłem. Będę
w tych dniach, ale się nie kwapię, gdyż jako niewierny
Tomasz jeszcze to uważam za znachorstwo i naukowo rzecz
niepewną. Po drugie, ta cała kuracja to bardzo drogi koncept.
Nie każdy może sobie na to pozwolić. Pieterkiewiczowi
wyrobiłeś Pan gratisowe miejsce (tyle, że go kolej będzie
kosztować). Dla mnie Pan nie łaskaw oczywiście, choć Bóg
świadkiem, ile to lat miałem Pana w mej lekarskiej pieczy
i pigułkami i ziołami jakoś jednak przy zdrowiu trzymałem
(bezinteresownie). No, mniejsza z tym, dość, że to
„Carowanie” bardzo kosztowne, a tu gotówki w kraju jak nie
było, tak i nie ma. Im więcej piszą artykułów o „obiegu
banknotów”, tym mniej ich obiega. Konsolidacja kryzysu
trwa. W przemyśle reumatyzm, w handlu artretyzm. Czy Pan
wiesz, że w Polsce na głowę przypada teraz 46 procent
obciążenia podatkowego, to znaczy o 60 procent więcej jak za
Moskala? Jak z tak obciążoną głową można dziś myśleć
o wyjeździe do Pańskiego Carogrodu? (Do tej Florencji).
Ubocznie donoszę Panu jako szachista, że ten Lasker 
(z Będzina) już utracił swój szampionat światowy. Teraz znów
jest Capablanca, choć tam Kubańczyk, ale bardzo, bądź co
bądź, z „najstarszych Ariów”, a nie z Chazarów. Neofytynę
bierz Pan mimo wszystko, bo to Panu nigdy nie zaszkodzi,
a może pomóc więcej od tego całego doktora Caro.
Z należytym szacunkiem,
Feliks Szczęsny Dołęga
(Homeopata, jakeś Pan go podobno raczył nazwać)
List Mistrza Jeana Gwalberta Ślaza
Varsovie...
Place Varecki (Napoleon Premier), Etage nr 5
Cher Monsieur!
Imaginuj Pan sobie, Panie Tymoteuszku, qu`un masse de
travail, zamówień i obstalunków jeszcze wstrzymuje mnie od
wyjazdu do boskiej Firenze la Bella. Mon tableau wystawiony
w Zachęcie pod tytułem „Bachantka”, do którego pozowała mi
la ravissante et douce mademoiselle Pepa (la fille de Votre
Wojciechowa) wywołał formalną sensation et une grande
fourore. Futurysty po prostu pękały de la jalousie. Ofert
miałem oczywiście bez liku. La plus belle femme de Varsovie,
madame Tarło, chciała kupić, Koniecpolscy aussi,
Ministerstwo, Muzeum, pewien Kunsthändler de Kattowitze,
ale ostatecznie musiałem go avec grand domage odstąpić
najwięcej dającej pewnej segefemmie, która kształciła się na
cantatrice operową i kolekcjonuje sobie galerię. Imaginez
vous, że teraz ten sam obraz muszę jeszcze wymalować cinq
fois pour faire plair aux amateurs. Pomagają mi w tym les
deux rapins z Ecole des Baeux Arts i za dwa tygodnie będą
gotowe. 
No, a teraz skandal!
Podobno pani Hipciowa, la plus belle famme de Varsovie
(której portret, przeze mnie zrobiony swego czasu, wywołał
beaucoup de bruit et fourore), już Panu, cher Monsieur,
doniosła o jej nieszczęściu. J`en doute fort, czy wiernie
i szczerze? Ja tam byłem wtedy dans nos Tuilleries, imaginez
vous, więc mogę avec des detailles...
Podobno i za Króla Stasia te Obiady Czwartkowe też nie
były bardzo ravissant et amusant. Te obecne five o' clock teas
są już istotnie może czarujące mais ennuyant comme tout.
Bywają rozmaite bardzo starsze mais toujours belles dames
z towarzystwa, te same, które bywały na Zamku u ś.p.
Engalyczewych, potem u ś.p. Besselera, dalej rendez vous de
tous les Galiciens, kilka uroczych pań z dyplomacji, zawsze
dwóch aktorów, jeden starszy, drugi notre jeune premier
i zawsze quelqu`es artistes pour le piano. Widywałem w życiu
dużo recepcji, na których on baille po kątach et dans les
fumoiris, ale tak ziewającej do ściany socjety jeszcze nigdy!
Je vous jure dans ma vie, nie widziałem. Pijałem dans nos
pèlerinages et vagabondages européns rozmaite wina, ale tak
„owocowego” jamais de la vie. „Pana Tadeusza” zaś
deklamowanego par notre celebre Coquelin et mon très cher
ami, można słuchać 30, enfin 32 razy, mais 60 fois pardonnez
moi ont devient fou! Completement fou!!!
Coraz mniej osób bywało na tych charmantes sóirees
czwartkowych, tak że wreszcie (pour attirer le monde)
zdecydowano się urządzić un dancing presidentiele avec
jazzband, mais naturellement très correct et chic. Pour la
première fois rozesłano quatre milles invitations. Przyszło 200
osób. Les Galiciens z ministerstw en complet... les kanoniczki,
mesdames de Macbeth (wiedźmy), les blanbecs de MSZ, les
professionels fox-trotteurs, wszystkie żony dyplomatów
bałkańskich i bałtyckich.
Et moi malheureux! Na moje nieszczęście namówiłem na
Zamek ce monstre de Matołowicz...
Weszliśmy, kiedy grały jazzbandits „Betsy, I love you,
nur diese eine Nacht aber nackt”. Tarło odbywało się
w rycerskiej. W kolumnowej urządzono jardin d`hiver
z roślinności tropikalnej, z palm kokosowych, eukaliptusów,
magnolias, pomarańczowych drzew z liściem figowym itp. Na
kanapie, obok najwyższej żeńskiej osobistości la plus belle
femme de Varsovie, siedział metropolita prawosławny
z jednego, brygandier-pretendent z drugiego boku, monsieur
l`ambassadeur des Soviets z trzeciego.
Notre Hipcio nie zdradzał na początku żadnych objawów, au
contraire był w doskonałym humorze. Sprezentowany kanapie
pocałował przez omyłkę Metropolitaina, ale to nie zwróciło
niczyjej uwagi, gdyż wszyscy obserwowali tańczącą
ambasadorową Anagorską, kocicę śliczną i ubraną tylko
w długi, przeźroczysty, okręcony koło ciała ręcznik batikowy
(żonę Chaifec-Paszy). Nic nie przeczuwając, naturellement,
zaflirtowalem się z jedną z młodych ministrowych, która
w bardzo uroczej manierze faisait sa petite manicure...
wykałaczką, kiedy nagle jazzbandits zagrały jakiś
horriblement murzyński stepowy, one step.
Imaginez vous jarząco oświetloną salę kolumnową, w niej
haute volée i highlife. I nagle na jedną kolumnę marmurową
wskakuje jeden z panów z niesłychaną zręcznością comme un
singe, jak pitecantropos erectus, wspina się do góry coraz
wyżej, wyżej, aż do samego kapitelu. Un cri zdumienia
i przerażenia. Początkowo myślano, że to któryś
z jazzbandytów. Ces messieurs les musiciens wyprawiają takie
extravagances et des equiliobristiques przy graniu, qu`on a
supposé, że to jeden z nich wskoczył na kolumnę.
Cependant, ja patrzę, a ten pitecantropos to nasz prezes!
Heureusement, heureusement, że biednej pani Hipciowej nie 
było. Widocznie podziałał na jej męża odeur tych
egzotycznych roślin podzwrotnikowych, magnolii, liści
figowych, palm daktylowych i kokosowych. Łącznie
z muzyką i tylu obnażonymi biustami przypomniał mu się
jakiś dawny paysage... son pays natal. Et voila, to są skutki
szczęśliwie przebytej kuracji tego Woronowa! Operacja
zawsze się udaje, ale często zanadto, bo pacjent przemienia się
w pitecantropos erectus.
Możesz sobie wyimaginować, drogi panie Tymoteuszu,
co się potem działo dans le Chateau Royal. Quel scandale!
Quel scandale! Nie mam po prostu sił i zdrowia, żeby Panu
resztę wydarzeń opisywać.
Teraz le pauvre melheureux leży u siebie oczywiście
potłuczony i poraniony. On dit, że będzie się musiał znów
poddać kontroperacji à la menière des ennuches sultanes.
W Cara cudotwórcę wierzymy tu natomiast wszyscy
nadal sans restrictiones...
I jedziemy do boskiej Firenze jak jeden mąż, unisono.
Za sprostowanie co do koligacji Mussoliniego
i d`Annunzia mille gracies. Ucieszyliśmy się bardzo, że nie są
z Brodów, a że są Rzymianami pur sang, sans pur et sans
reproche. Nigdy nie mogłem uwierzyć w tę doctrine et
hypothèse très moderne mais triste, że genialnymi ludźmi
naszej epoki są seulement les neofitines, seulement les
Bergsons les Einsteins, po mieczu lub przynajmniej po
kądzieli… Enfin (odrzucając wrodzoną modestię) ja sam
przecież jestem w Polsce une vivante contradiction de cette
doctrine pejsymite...
O dacie mojego wyjazdu tam, gdzie cytryna dojrzewa,
doniosę panu w najbliższych dniach.
Jutro wyjeżdża la quatrième partie, to jest Wokulski,
Ramołyński, Pociejowski oraz notre cher Żołzikiewicz a cuse
de quoi son journal „Głos Sarmacki” już przestał wychodzić 
wczoraj.
Ściskam drogiemu panu obie ręce, et à bientôt votre
sincère et toujours devoué.
Jean G. Ślaz
Chevalier de Legion d`honneurs et de Cordon Rouge du
Roi Michael Roumanie.
PS Zapomniałem panu dodać, że nasz charment vieillard
„Dziennik Sarmacki” z braku gości zawiesił się własnoręcznie
zeszłego tygodnia, a pan Goryczka wrócił po dwudziestu
latach do swej profesury w Akademii Weterynaryjnej.
* * * * *
„Wykaz naszej działalności”
sporządzony własnoręcznie przez senatora Tymoteusza
Korejszę-Kołtońskiego w roku 1964).
Następujący członkowie byłego „Koła Racjonalnego
Rybołówstwa”, którzy w roku 1925 poddali się (pierwsi
w Europie, najmłodsi z Ariów) regeneracyjnej kuracji doktora
Giacoma Caro we Florencji, zdziałali między latami 1926
a 1942, co następuje (w alfabetycznym porządku):
D o ł ę g a F e l i k s S z c z ę s n y (lekarz homeopata)
D u l s k i A n a s t a z y F e l i c j a n S a f ia n
K a m i e n i c k i M e l c h i o r
K r e s o w i e c k i M i k o ł a j
Ł y k o w s k i R o c h R o m a n
M a t o ł o w i c z H i p o l i t
P i e t e r k i e w i c z J a n u a r y
P ł o s z o w s k i M a t e u s z
P o c i e j o w s k i A n d r z e j (senior)
P o c i e j o w s k i An d r z e j J e r z y (junior)
P o ł a n i e c k i F l o r i a n
R a m o ł y ń s k i W i k t o r
R a m o ł y ń s k i S t e f a n
S z t u m p f K o r d i a n
S z t u m p f L i t a w o r
S z t u m p f W o d z i s ł a w
W ą s i k A d a l b e r t
W o k u l s k i K r z y s z t o f
Ż o ł z i k i e w i c z A l b i n
A mianowicie:
1) D o ł ę g a S z c z ę s n y F e l i k s (ongiś
homeopata):
Jako poseł do parlamentu: przeprowadzenie w ciągu
trzech lat w ciałach prawodawczych ustawy o prohibicji
(wzorowanej na amerykańskiej). Zamknięcie wszystkich
gorzelni rolniczych i przemysłowych (produkcja w roku 1924
– 1 104 000 + 96 000 hektarów wódki). Dostarczenie w ten
sposób linii okrętowej Gdynia – Buonos Ayeres kontyngentu
emigracyjnego z 12 tysięcy Chazarów-szynkarzy.
Instytut „Radiorapia” (Nałęczów) dla leczenia raka na
1800 łóżek (największy w Europie Wschodniej).
Instytut „Ozonorapia” (Chojnice) na 800 łóżek
(największy w Polsce).
Wreszcie: „Akwawitania” – preparat specjalny,
zastępujący wszystkie narkotyki i alkoholedryny,
podniecający energię i siły życiowe, zawierający w dużym
procencie „Vitaminę”.
Przebudowa sześciuset gmachów więziennych na „Domy
Pracy” wytężonej. Przeniesienie mennicy państwowej do
Wiślicza, a Drukarni Państwowej – do więzienia na
Mokotowie. Pierwsze kadry polskiej „Armii Zbawienia”.
Dołęga jako polski „jenerał Booth”.
2) D u l s k i A n a s t a z y F e l i c j a n:
Sześciokrotny wyjazd do Ameryki w roku 1928.
Przeprowadzenie z rządem Stanów Zjednoczonych
pertraktacji w sprawie reemigracji.
Sfinalizowanie ugody z Detroit z Polonią amerykańską
i amerykanizującą się, rozsierdzoną utratą milionów
(zaoszczędzanych przez 50 lat) dolarów. Organizacja tejże
reemigracji masowej wespół z J.A. Pociejowskim. Idea: linia
żeglugowa Puck – Singapore. Przeprowadzenie wykupu
wyspy Krety... Wysiedlenie Kretynów tamtejszych do Samary.
Kolonizacja i amerykanizacja naszych Kresów Wschodnich.
Rozbudowa miasta: „Covel”. Spolonizowanie Krety
Białorusinami. Filia Forda w Brześciu Litewskim. Roczna
produkcja Fordsonów 3800 (rok 1927).
3) K a m i e n i e c k i M e l c h i o r:
Parcelacja i rozbudowa dzielnicy Pól Mokotowskich.
Uruchomienie tysiąca cegielni (rok 1928). Kartel Cementowy.
„Ferro-Beton” (Żwirówka). Towarzystwo z nieograniczoną
poręką. Wysiedlenie ludności z Sosnowca; zbombardowanie
i zniszczenie tegoż. Ż e r o m s k – fabryczne miasto-ogród
w myśl ideałów Ruskina i Morrisa.
Przeniesienie trzech pomników z Warszawy na Pragę.
Obelisk Windsorski na Krakowskim Przedmieściu (dar
dynastii angielskiej). Odbudowa zamku w Sieniawie i zamku
Piastów w Pszczynie (Pless). Łaźnie stołeczne i 30 łaźni
wojewódzkich.
4) K r e c h o w i e c k i M i k o ł a j:
Projekt permanentnego zjazdu miesięcznego geometrów
i inżynierów w Warszawie.
Pierwsza mapa plastyczna najgorszych dróg i szos na
globie ziemskim. Konsorcjum polsko-szwajcarskie.
Makadamowanie jezdni w 36 miastach polskich. „Szosa
karpacka”. 28 tysięcy kilometrów asfaltowanych gościńców. 
36 tysięcy kilometrów szos bitych.
Wpływ melioracji szosowych na rozwój i rozrost
automobilizmu. Filia Fiata w Falencinie.
„Samorusy”, tj. największa we Wschodniej Europie
polska fabryka samochodów siedmiokołowych specjalnie
przeznaczonych dla Rosji Europejskiej, Sybiru, Tybetu,
Chiwy, Buchary. Filia „Samorus” w „ultima Thule” (Tuła).
5) Ł y k o w s k i R o c h R o m a n:
Generalny gubernator Włosko-Polskiego Banku (Banca
Commerciale). Twórca naszego A.E.G. Elektryfikacja
pierwszej linii kolejowej Poznań – Gdańsk.
Sztuczny wodospad Bugu. Instalacja trzech linii
jednotorowego tramwaju elektrycznego: Lwów – Baranów,
Kraków – Ojców, Warszawa – Puławy. Funikulerki na Babią
Gorę i z Babiej Góry, na Czarnohorę i z Czarnohory.
Pertraktacje z ramienia rządu z rządem czeskim (rok 1931).
Czesi otrzymują Będzin (na lat 99), Polska dostaje Piszczany,
część drugą Cieszyńskiego i trzy dziesiąte w zakładach Škody.
Prezes budowy pomnika Curie-Skłodowskiej na Placu
Zbawiciela w Warszawie.
6) M a t o ł o w i c z H i p o l i t:
Senator i dwukrotny prezes „Banku Słowiańskiego”.
Reorganizacja wszystkich krajowych fabryk likierów na
fabryki lakierów. Przeprowadzenie w celach prawodawczych
(wraz z posłem Dołęgą) ustawy zakazującej eksport żywego
towaru ludzkiego za granicę i drugiej ustawy zakazującej
importu luksusowej konfekcji i trunków musujących.
Tayloryzacja pracy w przemyśle łódzkim i bielskim.
Trust walcowni. Konsorcjum czesko-polskie „Metropolitan”
oraz budowa pierwszych kolejek podziemnych w Warszawie
(Praga – Wola, Mokotów – Jabłonna, Powsin – Bielany).
7) P i e t e r k i e w i c z J a n u a r y (były profesor
gimnazjum Reja w Warszawie):
Pierwsza krajowa wylęgarnia łososiów i pstrągów
(w Szczawnicy, rok 1920). „Ostryga Wiślana”, tj.
wyhodowanie i uprawa krajowa ostryg na największą skalę.
„Akwarium Bałtyckie” w Wejherowie. Centralizacja całego
handlu kawioru wschodnioeuropejskiego w Kartuzach.
Wyższe Seminarium Racjonalnego Rybołówstwa w Mławie.
Wytwórnia wagonów lodowni (chłodziarki) tamże.
Wyhodowanie i uprawa gatunku „Sardynka sarmacka”
(płotki). Fabryka puszek blaszanych dla tychże (roczna
produkcja 558000 sztuk, rok 1933).
Wespół z posłem Dołęgą i braćmi Sztumpfami
organizator wielkiego politycznego stronnictwa postępowych
narodowców „Nacjonalizm Oświecony”. Dwukrotny prezes
gabinetu.
8) P ł o s z o w s k i M a t e u s z :
Autor broszury „Z dogmatem”. Pierwsza polska fabryka
gramofonów zatrudniająca wszystkich polskich grafomanów
(2600 robotników w roku 1930). Obrót roczny (1940) – 6 765
000 złotych. Filie w Kijowie i w Jassach.
9) P o c i e j o w s k i A n d r z e j:
Liga „Pro Palestyna”. Pierwszy wiec w Warszawie, 1926
rok. Czterysta wieców w całej Polsce. Propaganda
konsekwentnego aktywnego Syjonizmu. Wielkie Towarzystwo
Transportowe Emigracyjne z kapitałem międzynarodowym
(„Speyer”, „Wahruburg”, „Kuhn, Loeb, Loenstein”,
Rotszyldzi londyńscy). Dwie nowe linie: Tczew – Haifa i Hel
– Krym.
Pierwsze lata wywozu:
1927 . . . . . . . . . . . . . .22 000
1929 . . . . . . . . . . . . . .47 000
1931 . . . . . . . . . . . . .270 000
1934 . . . . . . . . . . . . .875 000
W roku 1931 mianowany komandorem Wielkiej Gwiazdy 
Syjonu, w roku 1932 C.M.B. (kawaler orderu „Podwiązki”).
10) P o c i e j o w s k i A n d r z e j J e r z y (junior):
Idea połączenie wszystkich istniejących w Polsce w roku
1926, w sumie 44, Towarzystw i Lig Żeglugowych, a po
złączeniu tychże zlikwidowanie wszystkich połączonych
Towarzystw i Lig Żeglugowych. „Societa Italiano-Polacca de
Navigazione” (Tczewo – Trieste). Wypuk stoczni Klawitterów
w Gdańsku. Obaj Pociejowscy z Dulskim tworzą wspólnie
polską Cunard-Line „Sarmatia”. Rozbudowa portu Adampol
nad Czarnym Morzem na podstawie umowy z rządem
tureckim w Angorze. Fuzja Pociejowskich z White-Star Line
i japońską Kobe-Asaka. Pobyt czterokrotny Pociejowskiego
w Tokio. Zainteresowanie kapitału japońskiego dla rozwoju
hut szklanych w Polsce. 100 instruktorów japońskich dla
prowadzenia krajowych fabryk porcelany. Nowy Korzec.
„Majolikalisz” (kierownik prof. Kawasaki z Kobe). Pałac
w Belwederze zamieniony na państwową fabrykę porcelany.
11) P o ł a n i e c k i F l o r i a n (były urzędnik gazowni
miejskiej w Warszawie):
Dwuletni pobyt w Ameryce i Kanadzie.
Studia w laboratorium gazów trujących u pułkownika
Lewisa. Instalacje gazowniane w stu miastach polskich
(Kresy). Laboratorium gazowe w Modlinie. Udoskonalenie
lewisytu.
Epokowy wynalazek hydroksylitu i pyropykliny, tj. gazu
zatruwającego wodę (w rzekach, studniach, stawach,
wodociągach) oraz gazu błyskawicznie spalającego
roślinność. Modlin ewakuowany i zamieniony w całości na
wytwórnię hydroksylitu. „Międzynarodowa Komisja
Rzeczoznawców”, wydelegowana z Ligii Narodów
w Genewie (rok 1933) uznaje, że w tych warunkach i wobec
tego wynalazku każda wojna zaczepna z Polską trwać może
najdłużej 2 do 3 godzin. Połaniecki laureatem pokojowej 
nagrody Nobla (1933). Nocny nalot samolotów gdańskich na
Modlin (3.4.1933). Odwet (4.4.1933). Połaniecki
nadburmistrzem gdańskim.
12) R a m o ł y ń s k i W i k t o r, dyrektor nowej Opery
Popularnej na Pradze (3500 miejsc):
Polskie Oberammergau w Jaremczu. Widowiska pasyjne
dla Słowian, Rumunów, Hucułów, Węgrów. Przedłożenie
rządowi projektu ewakuacji Zakopanego; spalenie i zrównanie
z ziemią Krupówek z przyległościami. „La Cyrla” –
międzynarodowe uzdrowisko w Tatrach. Roentgenoterapia,
Ozonoterapia, Caroterapia. Połączenie z Krakowem linią
powietrzną (18 minut jazdy), kąpiele słoneczne i księżycowe.
Hotele: „Ritz”, „Splendid”, „Waldorf Astoria”, „Braganza”,
Continental”, „Monaco”, „Prince of Wales”, „Leninhof”,
„Selamlik”, „Philadelphia”.
13) R a m o ł y ń s k i S t e f a n:
Żył krótko. W roku 1929, to znaczy na rok przed śmiercią
(niestety leczony u Jana Bożego), wynalazł zabawkę
dziecinną, dziś tak ulubioną i popularną na całym globie, tj.
polskie „Perpetuum mobile” (klepsydrę z piaskiem,
samoprzewrotną).
14) S t u m p f K o r d i a n:
Przede wszystkim preparat chemiczny do zwalczania
pasożyta leśnego, tzw. sówki choinówki. Odebranie Anglikom
monopolu na Białowieżę. Park Narodowy i rezerwat
w Puszczy Naliobockiej. Sprowadzenie (łącznie
z Połanieckim) 40 żubrów z Kanady oraz 60 sztuk
niedźwiedzi ze Sybiru. Wyhodowanie i wprowadzenie
gatunku cedru polskiego. Dwie szkółki leśne cedrowe.
Plantacja chmielu (dla browarów). Próby hodowli mandarynek
na stokach Karpat. Wprowadzenie kultury jabłek tyrolskich
(Calville). Ogród w Powsinie z 44000 drzew owocowych
(instruktorzy czescy). Kultura modrzewia polskiego (Larix 
Polonica). Przetwórnie owocowe. Park narodowy
w Kampinoskiej Puszczy.
15) S z t u m p f W o d z i s ł a w:
Wyzwolenie polskiej nafty. Sfinalizowanie układów
z Bankiem Berneńskim (Caro-Pick-Brothers). „Kartel
gazolinowy”. Odkup „Oleum” i „Sylvia Plana”. Pionier
Taylor-Systemu i tayloryzacja pracy w Borysławiu,
Drohobyczu, Tustanowicach, Schodnicy. Odkrycie szybów
naftowych w Górach Świętokrzyskich. Kolej elektryczna
Kielce – Katowice i Kielce – Częstochowa.
16) S z t u m p f L i t a w o r:
Trust gałganiarzy. Pięć hurtowni odpadków
włókienniczych, szmat, strzępów.
Tak zwana „Nagroda Sztumpfa” – za punktualność
i dotrzymywanie terminu u rzemieślników, krawców,
szewców, stolarzy itp.
17) W ą s i k A d a l b e r t (samouk, ongiś dżokej):
„Polotanki” – pierwsza krajowa wytwórnia tanków
spacerowych, specjalnie nadających się do wycieczek
górskich.
18) W o k u l s k i K r z y s z t o f (architekt):
Dokończenie budowy Mostu Poniatowskiego
w Warszawie. Budowa czterech mostów na Wiśle (rok 1929).
Grupa Banków Amerykańskich („Finezyjne”, „ReserveFederal
Banc”, „Bergsohn and Caro”) wprowadza na giełdę
nowojorską 7%-ową pożyczkę dla finansowania regulacji rzek
polskich. Towarzystwo „Spław” przemianowane na „HydroSarmacja”.
Regulacja rzek: Pilicy i Bzury, Wieprza i Wisły.
Bulwary praskie (łącznie z Kamienieckim). Pałac prezydenta
na Solcu (1930 – 1934). Pałac prymasa na bulwarze
lwowskim (obok „Banku Pomorskiego” i „Biblioteki
Narodowej”).
19) Ż o ł z i k i e w i c z A l b i n (były współpracownik 
i redaktor „Dziennika Sarmackiego i „Głosu Sarmackiego”):
Dwa wynalazki epokowe:
Nowy typ pióra wiecznego „Standard” – samopiszące
i samomyślące.
Maszyna do pisania artykułów wstępnych (nie potrzebuje
obsługi, pracuje automatycznie na dany temat, z napędem
elektrycznym; w nocy świeci, zarazem budzik).
W roku 1930 założył Sanatorium w Reymontowie dla
dziennikarzy podupadających, zaniedbanych intelektualnie,
ciepiących na partyjne rozrzedzenie mózgu (rabies polemica
cerebralis).
W tymże roku utworzył kartel wszystkich papierni, stanął
na jego czele, ogłosił lokaut na pół roku i przerwał pracę
w papierniach. Drukarnie wszystkie oczywiście też stanęły.
Równocześnie zainicjował skup jednodniowy całej prasy
periodycznej w Polsce, uzyskawszy na to kapitał za napisanie
scenariusza filmowego („Faraon” Prusa) dla nowojorskiej
wytwórni („Pincus-Players”). Trzy te po sobie idące fakty, tj.
lokaut papierni, zamknięcie drukarń i zlikwidowanie prasy
rodzimej wypłynęły niezwykle dobroczynnie na stan
księgarstwa, stan czytelnictwa i stan sanitarny w kraju.
Rzucono się do rozkupienia olbrzymich zapasów
nadrukowanych książek, które już od roku 1925 nie
znajdowały literalnie żadnych nabywców i w olbrzymich
zwałach i archipelagach zalegały wszystkie księgarnie,
magazyny, piwnice.
Równocześnie wzrosła wprost oszałamiająco frekwencja
czytelników w nielicznych bibliotekach polskich (z 3% na
98%) do tego nawet stopnia, że przy istniejących bibliotekach
musiano szybko dobudować hale czytelnicze
w prowizorycznych barakach, pawilonach, namiotach.
W ten sposób w przeciągu sześciu miesięcy cała
inteligencja współczesna zapoznała się po raz pierwszy z całą 
wiedzą nowoczesną oraz z literaturą przeszłą i bieżącą; doszło
do tego, ze rdzenni „najmłodsi z Ariów” zaczęli czytywać
książki polskie, a nawet po dworach i pałacach można było
widzieć dzieła Kochanowskiego, Mickiewicza, Krasińskiego.
Zlikwidowanie zaś prasy codziennej wpłynęło niezwykle
na zdrowotność mieszkańców i na stan sanitarny kraju oraz
zmniejszyło procent śmiertelności u dorosłych i noworodków,
równocześnie ograniczając przestępczość oraz zbrodniczość
do minimum.
Tego dokonał Żołzikiewicz w jednym roku 1930.
W styczniu 1931 roku zaczął wydawać pierwszy polski
Journal sans fil de fer, cogodzinne mówione pismo,
złożywszy sztab redakcyjny z pięciuset dziennikarzy,
uzdrowionych w Reymontowie. Tytuł : „Radio”.
20. „X” …
Epilog
Na tym „Wykazie” chlubnej, owocnej i produktywnej
działalności dwudziestu odmłodzieńców, uzdrowionych
systemem doktora Caro w roku 1926, kończył się i urywał
fragmentaryczny „Pamiętnik” senatora Kołtońskiego,
jeneralnego dyrektora „Az-Amu” wraz z jego aneksami,
korespondencją itp.
Jak widzimy, o swoich zasługach wiekopomnych,
o swojej tytanicznej działalności nie wspomniał nasz „grand
old man” ani jednym słówkiem.
Również ani jednym słówkiem nie wyjaśniono, kto zacz
jest tajemnicza postać pana „X”.
Godzi się żywić nadzieję, że profesor Jurand Sztumpf,
syn Wodzisława, a wnuk Fryderyka Ottona, pisząc swą
autobiografię ilustrowaną „Koła Racjonalnego Rybołówstwa”,
rozjaśni nam zagadkę pana „X”, a największy rozdział 
monografii poświęci działalności i zasługom senatora
Kołtońskiego, bądź co bądź pioniera całej tej akcji
zeuropeizowania Polski, dokonanego przez odmłodzenie
systemem doktora Caro dwudziestu członków „Koła
Racjonalnego Rybołówstwa” w roku pańskim 1926.

