Helena Pajzderska

Nad przepaściami


Na długie miesiące przed opuszczeniem kraju, ja – dziecko Gór Świętokrzyskich, rozkochana w ślicznych Pieninach i wielbicielka Tatr wspaniałych – marzyłam o wdarciu się na szczyt Clarence Peaku, trzeciej co do wysokości góry w Afryce, dumnej strażniczki mej przyszłej siedziby, wyspy Fernando Poo!
Bardziej niż inne cuda nieznanej przyrody nęciły mnie te skłony dziewicze, o których wiedziałam, że stoją samotne i tajemnic pełne, parę razy zaledwie stopą białego człowieka dotknięte, chociaż u ich podnóży już od lat stu gnieździło się życie europejsko-cywilizowanych zapędów.
Pragnęłam odetchnąć powietrzem tych wyżyn dzikich i przekonać się, czy one – wolne nad wolnymi – większą jeszcze swobodą uskrzydlić mogą ducha, czy i tu także, im dalej od ziemi, a im bliżej nieba, tym wszystko bardziej ze sobą się brata, i czy na krawędziach afrykańskich przepaści, wśród ekwatorialnej wegetacji nie natrafię raptem na coś takiego, co mi żywo tatrzańskie źlebki i tatrzańską kosodrzewinę przypomni.
Marzyłam o tym wszystkim tym chętniej, że miałam prawie zapewnione urzeczywistnienie moich – bądź co bądź dość śmiałych – planów; gdyż Rogoziński, od czasu swojej ekspedycji na szczyt kameruński, nosił się z zamiarem wejścia na Clarence Peak dla porównania właściwości tych dwóch pokrewnych sobie wierzchołków i ścisłego oznaczenia wysokości tego ostatniego, która dotychczas rozmaicie jest podawaną. [...]
Nic dziwnego, iż wielkie zawsze zamiłowanie moje w podróżniczych książkach spotęgowało się ogromnie w owym czasie i pochłaniałam wszystkie dzieła tego rodzaju, jakie dostać mogłam, zwłaszcza też odnoszące się do badań geograficznych afrykańskich.
Między innymi wpadło mi w ręce dzieło Burtona pt. Abeokuta and the Camaroon Mountains i znalazłam tam parę wzmianek o dostaniu się na tak bardzo zajmujący mnie Clarence Peak [...] botanika Gustawa Manna. Burton, który wysoko podnosi zasługi tego niezmordowanego zbieracza afrykańskiej flory, podaje wyjątek z jego listu drukowanego w Sprawozdaniach Towarzystwa Linneusza (Proceedings of the Linnean Society) [...] do Sir Wiliama Hookera.
Brzmi on jak następuje:
„Słyszałem, że Pan dowiadywałeś się, czy wdarcie się na szczyt kameruński jest możebnym. Zapewne usłyszysz wkrótce, że jest to zupełnym niepodobieństwem i że posłać tam człowieka, znaczy to samo, co go zabić, ale i mnie mówiono, iż dojście do Clarence Peaku jest rzeczywiście szalenie trudnym, w każdym razie jednak jest możebnym”.
Ta opinia człowieka sumiennego i poważnego, którego nie można było posądzać o turystowską blagę, w zestawieniu z tą okolicznością, iż, jak wyczytałam dalej, ten sam Mann dwa razy się zapędzał i dwa razy zwyciężony trudnościami, z drogi cofać się musiał, i dopiero za trzecią próbą w towarzystwie i przy pomocy delegata hiszpańskiego do prac geodezyjnych, Don Juliana Pellon, dotarł na szczyt – mogła była dać mi do myślenia; lecz, jak się to pospolicie w takich wypadkach zdarza, zamiast ostudzić, podnieciła tylko moją wyobraźnię.
Tak zawsze i we wszystkim tkwi ten stary urok zakazanego lub przynajmniej trudnego do zdobycia owocu.
Toteż, gdy okręt wiozący nas z Kadyksu zanurzył wreszcie kotwicę w spokojnych głębiach zatoki Fernando Poo, moje pierwsze spojrzenie, jakie padło na tę uroczą wyspę, pobiegło szukać na horyzoncie jej najdroższego klejnotu, pysznego Clarence Peaku!
Nie zobaczyłam go – stał cały w mgłach i chmurach, jak mu się to zresztą najczęściej zdarza. Dopiero w kilka tygodni później, po gwałtownym w nocy tornadzie, cudny, przejrzysty poranek odsłonił mi to potężne pasmo gór, ciągnące się z północnego wschodu na południowy zachód i przecinające ukośnie wyspę na dwie połowy, tak sobie obce i żadnej styczności ze sobą niemające, jak gdyby je całe oceany dzieliły.
Bo i naprawdę, jakby potopu światła fale, tylko niezamrożone, lecz w wieczystą zieleń w swoim biegu zaklęte, przewalają się te wzgórza jedne nad drugimi w głąb, coraz wyniosłej, coraz bardziej zlewając się ze sobą, aż ich grzbiety, lasami porosłe, wtłoczą się w jedną krawędź, odciętą od horyzontu bez wgięć, bez przerw, bez śladu tej pełnej fantazji architektoniki gotyckiej, jaką prawie każde pasmo gór się szczyci. Tylko zbite wierzchołki drzew strzępią ją z lekka, gdy się tak posuwa monotonna lecz majestatyczna, rosnąc stopniowo, ku środkowi wyspy.
W tym miejscu dopiero, jak gdyby tu nagle żywiej twórcze łono ziemi zadrgało, położysta linia wydyma się gwałtownie w podniebną kopułę. Ostre jej boki, przedarłszy dokoła lesiste opony skłonów, wynurzają się z nich nagie, imponujące, niby ręką artysty wymodelowane w doskonałą harmonię swych baniastych, o rozdwojonym czubku kształtów. W zagłębieniu tego czubka, przy takim jasnym, potornadowym dniu, oko z łatwością dostrzega wielką, fioletowo ciemniejącą plamę i rozgałęziające się w niej jaśniejsze pręgi: to otwarte, zmartwiałe dziś serce ognistego niegdyś Clarence Peaku, wystygły jego krater. Cała zresztą powierzchnia kopuły zdaje się być pooraną w bruzdy rozpadlin i błyszczy krawędziami dzikich zrębów. Coś niedostępnego, co niektóre rzeczy piękne mają w sobie, coś, co nęci i odstrasza zarazem, wieje od tego samotnego szczytu.
Jak się później okaże, jest to tylko złudzenie optyczne, spowodowane odległością; przeciwnie – największe trudności dla badacza Peaku kryją się wgłębi tych na pozór łagodnych spadków; gdy raz je przebrnie, odsłonięta pierś wierzchołka gościnniej go przyjmie, niż mógłby przypuszczać.
Z prawej strony szczytu ten sam obraz co z lewej: ta sama jednostajność linii, opuszczającej się nieznacznie ku brzegom, ku morzu. Całość tego pasma robi wrażenie dwóch piastujących ramion z macierzyńską troskliwością i dumą podnoszących ku niebu na pokaz światu swe jedyne, ukochane dziecię.
Różne okoliczności sprzeciwiały się długo spełnieniu naszego projektu i rok pobytu na Fernando Poo dobiegał właśnie do końca, kiedy mogliśmy sobie powiedzieć nareszcie: „Jutro jedziemy”.
Jedną z najważniejszych przeszkód, dla których nie dało się to wcześniej uskutecznić, była trudność w wynalezieniu przewodnika.
Czarna ludność Fernando Poo składa się z dwóch żywiołów: z Potonegrów, mieszkańców miasta portowego Santa Isabel (dawnego Clarence Anglików), potomków osadzonych tu za czasów krucjaty przeciw niewolnictwu wyzwoleńców z różnych stron Afryki, którzy uważają się za białych, przez omyłkę tylko w czarnej skórze urodzonych i mieliby sobie za ubliżenie, gdyby ich kto śmiał posądzić o coś tak niecywilizowanego jak nieznajomość rodzinnego kraju; i z Bubisów, autochtonów wyspy, którzy wprawdzie są dzicy za tamtych i za siebie i na skłonach gór mieszkają, ale sami nigdy na Peak nie wchodzą, tak przez zabobon, jak z braku rzeczywistej po temu potrzeby.
Po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć coś pośredniego i wyjątkowego zarazem: cywilizowanego Bubisa. W Europie dwa te wyrazy nie dźwięczą żadnym dysonansem, ale trzeba znać Bubisów, to najkonserwatywniejsze i najuparciej w pierwotności zasklepione plemię, żeby zrozumieć w całej pełni fenomenalność połączenia tych dwóch antytez.
Otóż ten feniks, ubrany w surdut i spodnie, mówiący jako tako angielskim żargonem i tytułujący się „Mr. George Scott”, zasłyszawszy o naszych poszukiwaniach, sam się zgłosił, zapewniając, iż znajdzie nam takiego krajowca, który zna drogę na Peak, tę samą drogę, którą przed laty szedł Hiszpan Pellon, i zaprowadzi nas na tę samą górę, gdzie tenże Pellon maszt z flagą hiszpańską zatknął i pismo w butelce na pamiątkę swej bytności zostawił. Zobowiązał się również towarzyszyć nam w tej wyprawie osobiście w charakterze tłumacza i pośrednika w stosunkach z krajowcami, z jakimi wypadłoby mieć do czynienia w drodze. W zamian za to po powrocie z wyprawy otrzymać miał skrzynkę dżinu [...].
Umowa ta zawartą została pisemnie w Santa Isabel w obecności świadków, po czym Mr. George Scott odpłynął na wschodni brzeg wyspy, do swej siedziby, zwanej Basuala, gdzie za kilka dni mieliśmy się z nim połączyć, on zaś przez ten czas miał znaleźć i ugodzić owego przewodnika, obiecując mu w naszym imieniu jako zapłatę: fuzję, dwie baryłki prochu i sześć główek tytoniu.
Pewnego dnia stycznia odbiliśmy od brzegu o ósmej godzinie z rana. Ekspedycja nasza składała się z dwóch łodzi, tu rosłych i silnych Krumanów i tyluż pakunków. Wielki serfboat (baleniera) dźwigał większą część ludzi i bagaż; podczas gdy sunący przodem lekki jig niósł tylko nas dwoje, czterech wioślarzy, teodolit i duży barometr, spoczywający w objęciach, specjalnie do opiekowania się nim delegowanego Murzyna, który, siedząc na przednim dziobie łodzi, zdawał się wysoce przejętym ważnością swego posłannictwa.
Intrygował go szczególnie krzyż, czerwoną kredą na wierzchu tej wysokiej, wąskiej skrzynki nakreślony, a oznaczający pionową pozycję instrumentu, której pod surową karą nie wolno mu było zmienić.
Zaledwie minęliśmy przylądek Punta Fernanda, będący jakby rogatką wyspy, którego bez paszportu, przedstawionego na pontonie opłynąć nie można, gdy przyłączyła się do naszego grona zgoła niepożądana towarzyszka: febra, ze specjalną do mnie wizytą.
Gorąco było straszliwe, falisty ruch łodzi powiększał moje cierpienia; byliśmy więc zmuszeni, puszczając przodem balenierę, zatrzymać się na parę najskwarniejszych godzin na jednej z nadbrzeżnych farm, należącej do znajomej Potonegerki, i tam, lekki zresztą, atak wkrótce przeminął. Popsuł on nam jednak szyki o tyle, że uniemożliwił dotarcie przed zachodem słońca do Basuali, znanej ze swego ohydnego lądowania.
Około trzeciej z południa puściliśmy się w dalszą drogę, płynąc wciąż wzdłuż północnego brzegu wyspy aż do rodzaju kanału, utworzonego przez brzeg i trzy maleńkie skaliste wysepki, jedna obok drugiej sterczące, zwane Horacio. Wąski ten przesmyk, najeżony podwodnymi skałami, w czasie odpływu prawie niepodobny do przebycia, jest krańcowym punktem północnego brzegu. Minąwszy go, łódź skręciła na prawo i znaleźliśmy się na wschodniej stronie wyspy.
Zmiana kierunku nie przyniosła żadnej różnicy w wyglądzie linii brzegowej. Tu i tam ta sama amfiteatralna ściana lasów, zstępujących ze skłonów gór aż po samo morze, którego fale mnóstwem większych i mniejszych zatok zabiegają w ląd, obejmujący ją w długie, ostre ramiona przylądków.
Kaskady roślinności jak strugi wody pod słońce mienią się i błyszczą cudowną grą kolorów. Młode liście kapią kroplami rubinu po ciemnych szmaragdach dojrzałego listowia; girlandy bladożółtych, prawie białych, gałęzi zwieszają się nad błękitnawymi głębiami ukrytych w gąszczach parowów, a rażąco jasne jak mchy zielone kopuły młodych mangusów puszą się na skłonach pośród smukłych blado różowawych pni ceibów (puchowców). Gdzieniegdzie z łona tej niezrównanej, jakby na palecie najśmielszego impresjonisty poczętej, wegetacji wykwita szara kiść dymu, czepiając się wierzchołków drzew. To bandera niewidzialnej bubiskiej wioski (Bese).
Dzień miał się ku końcowi.
Lekka mgła, przyćmiewająca dotąd tęczową świetność szat, jaką góry Fernando Poo na swych barkach noszą, rozwiała się w zachodnich blaskach słońca; ochłodzone powietrze nabrało dziwnej przezroczystości, a każdy powiew od brzegu niósł nam narkotyczne wonie, te milczące pieśni kwiatów, kładących się do snu w ciszy dziewiczych lasów.
Na morzu, po przeciwnej brzegowi stronie rozlało się szkarłatne jezioro zachodniej łuny, poza którym w głębi, nieco ku północy, podnosił się na horyzoncie Peak kameruński, jak płonący żużel, podczas gdy widzialna już tylko z profilu kopuła szczytu błyszczała złocistym rąbkiem na zaróżowionym delikatnie tle niepokalanego błękitu.
I był to rzeczywiście widok wspaniały dla oka kołyszącego się w łódce wędrowca, o tyle wspaniały, o ile do odmalowania słowami trudny: te dwa szczyty potężne, w królewskie barwy przyodziane i spoglądające na siebie przez morskie głębiny, co im stopy obmywają.
Noc już była głęboka, gdyśmy do Basuali przybyli.
Na pokrzyki Krumanów naszych zajaśniały światła na wzgórku i ukazała się zatoka, będąca istnym rumowiskiem złomów kamiennych, wśród których wąska, zygzakowata ścieżka wodna wiodła do brzegu. Niepodobieństwem było zapuszczać się w nią szalupą; zatrzymaliśmy się więc opodal, a George Scott, lawirując zręcznie małą pirożką, podpłynął ku nam i przewiózł nas na ląd.
Niewesołe czekały nas tam wieści. Przewodnika, na którego rachował nasz pośrednik, nie udało mu się zwerbować; i w ogóle cała ludność górskiej wsi Basoso, nad Basualą leżącej, przez którą droga na Peak wieść miała, była bardzo nieżyczliwie usposobiona dla naszych zamysłów.
Scott jednak nie tracił nadziei, że osobiste porozumienie się z nami i widok przywiezionych przez nas podarków zmiękczą ich opór.
Tymczasem prosił, abyśmy się rozgościli i oprowadzał nas z dumą po swoim domu, który jak na bubiską siedzibę był obszerny i względnie czysty. W pierwszej izbie wisiał hamak, w którym sypiał sam właściciel. Dwie pozostałe oddano nam do dyspozycji. W każdej palił się w dużym żelaznym kociołku olej palmowy. Ściany, naturalnie, klecone były z mat bambusowych, bez drzwi i okien.
George Scott szastał się, udając światowca:
– Proszę siadać, Mrs Scott – rzekł do mnie, i wnet, niby poprawiając się, zawołał:
– Ach! Przepraszam, ale oprócz mojej żony nigdy tu żadnej innej damy (a lady) nie było, więc omyliłem się.
Na to weszła jakaś stara, zgięta we dwoje, szkaradna Bubiska. Na szczęście nie była to jego żona, która o tej porze znajdowała się w Santa Isabel; w każdym razie jednak dość już byłam obeznana z wdziękami bubiskich kobiet, starych czy młodych, żeby się uczuć głęboko upokorzoną w swej próżności taką omyłką pana Scotta.
Nazajutrz rano przyszedł kacyk z Basoso: stary, silnie zbudowany Bubis, z siwą brodą, zaplecioną w dwa warkoczyki, kończące się jednym.
Rozpoczęły się palawry (narady) i trwały półtora dnia. Kacyk odchodził, wracał, zabierał podarunki, odnosił je, przyprowadzał innych Bubisów; Scott parlamentował z nimi i kłócił się po trosze. Chwilami wszyscy, siedząc na ziemi, zapadali w pełne namysłów milczenie, po czym zaczynali mówić razem, sprawiając hałas nieopisany. Rogoziński z samego początku dla zjednania starego kacyka ofiarował mu niebieską koszulę, nadmieniając, że może ją zatrzymać, choćby nawet układy nie doszły do skutku. Bubis przyjął ją z wielką radością, nazajutrz jednak odniósł, oświadczając żałośnie, że na ogólne żądanie swych współbraci zwraca ją, jako dash (podarunek) białego człowieka, któryby niechybnie przyniósł mu nieszczęście.
Oznajmił dalej, że jeżeli chcemy iść na górę przez jego Bese, to nam drogi tamować nie będzie, ale przewodnika stanowczo dać nie może.
Rzecz prosta wychodziło na to samo jakby nam przystęp z tej strony, najdogodniejszej zamknięto. Należało próbować szczęścia gdzieindziej.
Scott upewniał, że popłynąwszy niżej jeszcze na południe, do miejscowości zwanej Bau, znajdziemy chętniejszych krajowców.
Zirytowani taką stratą czasu, wsiedliśmy ze Scottem do szalupy, zostawiając ciężką balenierę z jej ładunkiem i załogą w Basuali, by jej na próżno może po tych skalistych brzegach nie ciągać.
Nie szczęściło nam się jednak tego dnia. Po godzinie niespełna żeglugi niebo za nami pokryły zbiegające się raptownie w półkole z dwóch przeciwnych stron czarne chmury. Huczał w nich grzmot stłumiony, przeciągły, coraz bliższy. To tornado nas goniło! Przed nami było jeszcze jasno i pogodnie.
Przepływaliśmy właśnie koło jakiejś nędznej przystani, nad którą na wysokim, wytrzebionym po trosze wzgórzu, szarzały dwie na wpół rozwalone szopy. Scott, oglądając się niespokojnie za siebie, radził przybić do brzegu i, choć mocno niezadowoleni z tej nowej zwłoki, usłuchaliśmy go.
Jakoż ledwo szalupa wryła się w grunt, szalony wicher zatrząsł drzewami w górze, nadbrzeżne trzciny zachrzęściły ogłuszającym grzechotem, z czarnej chmury, która dognawszy nas, nad głowami naszymi zawisła, lunął deszcz rzęsisty, deszcz podzwrotnikowy, a przypędzony wichrem bałwan wparł się z tyłu do łodzi, zalewając nas i rzeczy. Wylądowaliśmy, co żywo mocując się z wściekłą wichurą, podczas gdy ludzie ledwo mogli dać sobie radę z szalupą, którą tornado chciało zapędzić na morze.
Przemoczeni do nitki wdrapaliśmy się na urwistą pochyłość wzgórza, pędząc co sił do jednej z owych szop, z której wydobywający się dym zwiastował obecność ognia. Na drodze, którą przebiec nam trzeba było, stało jedno jedyne, olbrzymie drzewo. Nim jeszcze dopadliśmy chaty, potężny konar, wielkości sporego dębczaka, ułamał się i spadł z łoskotem taż za nami tak blisko, że parę jego drobnych gałązek otarło się o moją suknię, a zamiast lejących z góry strug objęła nas na chwilę fontanna kropli rozprysłych od gwałtowności tego upadku. Chwila wcześniej, a nie tylko wyprawa na Peak, lecz wszystkie sprawy doczesne byłyby rozstrzygnięte dla nas w sposób ostateczny.
Huragan szalał. W chacie, do której schroniliśmy się, paru Krumanów, pracujących na tej nędznej faremce, grzało się przy tlejącym na ziemi ognisku. Ale i to wkrótce zgasło, zalane potokami deszczu, wpadającymi przez dach zrujnowany. Zimno było dojmujące.
Spędziliśmy tak ze trzy godziny, siedząc na ziemi błotnistej, w przemokłym odzieniu, trapieni ulewą i głodem – bo w tym deszczowym bagnie niepodobna było dobrać się do jakichś zapasów, a te, co mogły być pod ręką, przesiąkły słoną wodą – zasypywani od czasu do czasu wilgotnym, gorącym jeszcze popiołem, którego tumany każdy gwałtowniejszy podmuch wiatru po chacie roznosił. Że jej nie rozwalił, to chyba tylko przez pogardę dla tak lichej zdobyczy; bo w górze nad nami wśród kanonady piorunów słychać było wciąż trzask i głuchy huk padających leśnych olbrzymów.
Na krótko przed zachodem słońca uspokoiło się; mogliśmy odpłynąć.
Niebo i morze: to pierwsze nisko opuszczone, strzępami chmur okryte; to drugie, wzdęte i pianą zbryzgane, ciążyły ku sobie, pierś do piersi, niby dwaj atleci, co po skończonej walce, w której zwycięzcy nie było, mierzą się zaiskrzonym wzrokiem i dyszą żądzą nowych zapasów.
Na zachodzie, w kłębach brudno czerwonawych chmur zanurzone słońce mrugało ku nim pobłażliwie okrągłą, purpurową źrenicą, idąc spać śpiesznie, bez ostentacji, jakby znudzone miotaniem się tych podwładnych mu tytanów. Góry stały groźnym, ciemnogranatowym murem, po którym grube płachty białej jak śnieg mgły zwieszały się ciężko, przesiąkłe wilgocią. Wzdłuż brzegu szerokim pasem leżała – niby opadła kurzawa huraganu – drgająca ławica naniesionych z gąszczu liści, tych samych w cudne barwy malowanych liści, które mnie tak wczoraj zachwycały, a które teraz sprawiały wrażenie jakiegoś zatrzęsienia poszarpanych skrzydeł całego motylego świata.
Wielkie gałęzie, ciśnięte potężną dłonią tornada niby piórka aż na pełne morze, podnosiły się na białych garbach bałwanów i zapadały w ich zielonawe zagłębienia. Wielkie szkielety trzcin uwijały się pomiędzy nimi, wlokąc za sobą długie warkocze lianów. Wtem pośród tego roślinnego pobojowiska ujrzeliśmy dużą, wywróconą dnem do góry pirogę, bujającą posępnie swój czarny, pusty kadłub: istny wodny kurhan nad wodną mogiłą...
Już w powrocie z Peaku dowiedzieliśmy się, że czterech płynących w tej pirodze do swego Besé Bubisów zatopiło dnia tego tornado, z którego szponów tak szczęśliwie ujść nam się powiodło.
Późno znowu przybyliśmy do Bau. Jest to farma bogatego Murzyna Vivoura, który po brzegach całej wyspy porozrzucane ma większe i mniejsze plantacje kakao, a majątek swój liczy na setki tysięcy funtów sterlingów.
Na spotkanie nasze wyszedł zawiadowca tej plantacji, młody, bardzo przystojny Murzyn, Sierraleończyk z jasno oliwkową cerą, mówiący angielsko-hiszpańsko-portugalskim żargonem i uprzejmie ofiarował nam nocleg w porządnym domu, z kalabarów, czyli łat drzewnych, zbudowanym.
Do Bau Besé, czyli wsi bubiskiej, właściwego celu naszego tu przybycia, w górze, nad farmą leżącej, za późno już było iść; Scott tylko wybrał się tam na noc, obiecując, że rano z pomyślnym rezultatem wróci.
Deszcz zaczął znów padać. Kucharczyk nasz zgotował nam kolację w podróżnych kociołkach i zasiedliśmy do niej, mając za widzów owego Sierra Leończyka i grubą jak beczka Bubiskę, traderkę Vivoura, czyli handlarkę, która dla niego olej palmowy u Bubisów skupowała. Ta, pierwszy raz w życiu widząc białą kobietę, przyglądała mi się z niezmiernym zajęciem, a gdy po skończonym jedzeniu wzięłam się do pisania, podziw jej nie miał granic. Kładła mi się prawie na plecach, zaglądając przez ramię i wykrzykując z zachwytu.
Sierraleończyk ruszał lekceważąco ramionami na te naiwne ekstazy. Widocznym było, że się uważa za światowca, któremu już nic zaimponować nie może. Zapytany, jak się nazywa, odparł:
– Alfonso. Alfonso doce (dwunasty) – dodał z naciskiem i wskazał na ściany izby, na których białą kredą nabazgrane imię zmarłego hiszpańskiego króla powtarzało się nieskończoną liczbę razy.
Następnie oryginalny ten spadkobierca tytułu monarszego życzył nam dobrej nocy, upominając, abyśmy całą noc światło palili, bo inaczej szczury nam spać nie dadzą, a w dodatku mogą któremuś z nas piętę odgryźć, jak się to już tu kilkakrotnie zdarzyło, ludzka pięta bowiem jest ulubionym szczurzym przysmakiem.
Pomimo tak zachęcającej perspektywy, ukazanej nam na dobranoc, spaliśmy wybornie i obudziwszy się rano, mieliśmy przyjemność przekonać się, że pięty nasze pozostały nietknięte.
Wkrótce nadszedł Scott z kacykiem Bau Besé, starcem, potwornie brzydkim i ślepym na jedno oko, z ohydnymi resztkami dwóch samotnych zębów w pustych szczękach, które ciągle pokazywał, narzekając, że go bolą.
Nam jednak, którzy nie przybyliśmy tu szukać Antinousów, wydał się kacyk bardzo sympatycznym, ponieważ po nieuniknionych palawrach oznajmił, że przewodnika da, ale dopiero jutro, jest on bowiem w górach na polowaniu i trzeba dopiero po niego posłać.
Razem z kacykiem przyszły dwie jego żony, umazane szkaradnie N’tolą, czyli czerwoną pomadą, wyrabianą z rośliny tego nazwiska i oszpecającą, już i tak dostatecznie szpetne, podłużnymi bliznami od nacięć nożem (innej znowu ozdoby) pokiereszowane, twarze bubiskie.
Cała ta gromada – bo i kilku wyrostków się znalazło – usiadłszy na ziemi w izbie, dotrzymywała nam towarzystwa aż do zmierzchu, paląc fajki i pogryzając kolę. Mogę zaręczyć, iż nie przyczyniali się zgoła do odświeżania powietrza, a deszcz, padający przez cały dzień, nie pozwalał wychylić się z izby.
Na dobitkę kacyk, powziąwszy do mnie dziwne zaufanie, gdzie się obróciłam, zachodził mi drogę, prezentując swe bolące zęby i prosząc o trochę tytoniu lub wódki, co miało być niezawodnym lekarstwem na jego dolegliwości.
Alfons XII nudził nas także, opowiadając szeroko dzieje swojego żywota. Miał on dwa olbrzymie morskie żółwie, klapiące swymi grubymi łapami na trawie za domem, i namawiał nas koniecznie, byśmy je kupili. Ledwie można mu było wytłumaczyć, że byłby to zapas żywności, co najmniej uciążliwy do zabrania w góry. Wtedy zażądał, żeby mu podarować koszulę, gdyż, jak się wyraził, nie ma co na grzbiet włożyć. Widocznie tytuł królewski skąpo go jakoś okrywał.
Minął nareszcie ten dzień, męczący jak każda zwłoka, gdy pilno do celu. Baleniera, po którą posłaliśmy, przybyła z Bassuali. Kacyk z orszakiem swoim odszedł, zaręczając, że gdy staniemy w jego Besé, już tam przewodnik na nas czekać będzie.
Nazajutrz szarzało jeszcze, gdy niecierpliwi zerwaliśmy się z polowych łóżek naszych. Dotychczas przecież był to tylko prolog, przeciągający się ponad miarę. Po wczorajszym dniu deszczu poranek był nieoczekiwanie pięknym.
Ludzie nasi stanęli rzędem przed domem i każdy swój pakunek otrzymał. Traderka, ujrzawszy mnie w męskim stroju, za nic uwierzyć nie chciała, że to ta sama biała Mami. Była pewna, iż jakiś nieznajomy chłopiec wczoraj wieczorem szalupą przyjechał, i szukała mnie po całym domu.
Uśmieliśmy się z jej naiwności, ale bardziej jeszcze zabawił nas pan Scott, który przed samym wymarszem tajemniczo wziął Rogozińskiego na stronę, radząc mu, aby mnie na farmie w Bau zostawił.
– Ja to brałem za żarty, że się Missis na Peak wybiera – mówił – Myślałem, że popłynie tu tylko z nami i zostanie. Niech jej pan lepiej nie bierze, bo to nie dla kobiety droga. Missis gotowa umrzeć na górze, a tu będzie zupełnie bezpieczna do naszego powrotu.
Śmiejąc się, wytłumaczył mu Rogoziński, że białej lady nie zostawia się jak pakunku na drodze i upewnił go, że się nie potrzebuje obawiać o moje życie. Kręcił mocno głową pan Scott, ale ustąpić musiał.
Ruszyliśmy wreszcie. Scott, jako znający drogę do Bau Besé, otwierał pochód. Dalej szedł Kruman Tai, piastując skrzynkę z barometrem, za nim my, aby mieć ciągle na oku szacowny instrument, w tyle długa defilada tragarzy.
Minąwszy po kamieniach rzeczkę, której źródła miały het w górach gasić nasze pragnienie, znaleźliśmy się u stóp szerokiej i od razu bardzo bystro pod górę pnącej się drogi.
Spojrzałam i przetarłam oczy: czary czy śnieg przede mną? Naturalnie ani jedne, ani drugie tylko gruba warstwa, drobniuchnego białego kwiecia, sypiącego się cichym deszczem za najlżejszym podmuchem powietrza z nieznanych mi wysokich drzew splatających w górze łukowate swe gałęzie. Kwieciem tedy słał nam się nasz szlak górski na początek, ale był to tylko łudzący uśmiech zalotnicy, która zupełnie co innego daje, niż dać zapowiada.
Po wczorajszym deszczu rozmiękła ziemia śliską była jak szkło, zresztą była to jedna szachownica wybojów głębokich i sterczących, omszałych kamieni, ten gościniec bubiski, z którego kacyk zdawał się przecież bardzo dumnym, gdy nas zapewniał wczoraj, że do jego besé idzie się drogą wygodną i piękną.
– Wygodną i piękną – myślałam, potykając się co krok i chwiejąc na tych szklistych stromościach, z których jakaś siła niewidzialna zdawała się mnie w tył ciągnąć – cóż to będzie dalej?
Tymczasem ustał nam jeden z Krumanów, który już w Basuali miał febrę. Siadł na drodze, jęcząc i trzeba go było na dół do Bau odesłać. Szczęściem wysłane na nasze spotkanie dwie żony kacyka, rozdzieliły pomiędzy siebie jego ładunek.
Po dwugodzinnym marszu spadzistość gruntu zaczęła łagodnieć i ujrzeliśmy pierwszą palisadę z bangów (palmowych łodyg), zwiastującą miasto bubiskie.
Minąwszy ją, znaleźliśmy się na wyczyszczonej starannie, okrągłej jak arena cyrkowa polanie, na której Bubisi przy blasku księżyca odprawują swe tańce i religijne obrzędy. Zwie się ona Rioso.
Dalej szliśmy już drogą względnie równą i płaską wśród dwóch puszystych żywopłotów bujnej roślinności, różnobarwnym kwieciem przetykanej. Gdzieniegdzie przerywały ją plantacyjki N’toli lub rodzaj sztachetowania, na którym rozpięta wiła się kalabasa i dojrzewały jej dynie już z nadanym im sztucznie kształtem pękatych flaszek o długich cienkich szyjkach.
Dwie takie kalabasy, wiszące u niskich opłotków, strzegły wnijścia do zagrody bubiskiego księcia. Na czysto umiecionym placyku, w wieńcu bananów i palm stała bambusowa chata ze stożkowatym dachem, spuszczającym się do ziemi. Wyszedł z niej, a raczej wypełznął przez mały otwór, jednooki nasz przyjaciel i po pełnym godności powitaniu oznajmił, że przewodnik dotąd nie nadszedł, ale to nic nie szkodzi, gdyż on ma nadzieję, że zabawimy w jego mieście do jutra i podarujemy dużo dżinu mieszkańcom, którzy mają ochotę uczcić nas wieczorem tańcami na Rioso.
Tak się spodziewał kacyk; ale my nie po to zerwaliśmy się przed świtem, żeby o dziewiątej z rana utknąć na całą dobę w bubiskiej wiosce. Zresztą te ciągłe zwłoki groziły wyczerpaniem zapasów naszych, obrachowanych na dni dziesięć, z których już cztery tak dobrze jak zmarnowane były za nami.
Rogoziński oświadczył kacykowi, iż to owszem szkodzi, i to tak dalece, że jeżeli przewodnik natychmiast się nie stawi, wrócimy na dół, uważając układ za zerwany.
Długo trwały palawry, te nieskończone afrykańskie palawry, mogące samego Hioba do pasji doprowadzić; przy czym zauważyłam, że stary cyklop bubiski zupełnie był zawojowany przez swe na ceglasto ufarbowane nimfy, z których najmłodsza, widocznie bardzo tańców żądna, głównie go do oporu pobudzała.
Jednak stanowczość nasza i obietnica wyprawienia upragnionego balu po powrocie przezwyciężyły interesowną gościnność. I przewodnik, choć niby gdzieś w gąszczu antylopy tropiący, znalazł się jakoś raptem, a po uroczystych zapewnieniach z jego strony przez usta Scotta, że wybornie zna drogę i złożeniu fuzji wraz z prochem na ręce kacyka – cała nasza karawana stanęła na pogotowiu.
Słońce wzbiło się przez ten czas wysoko i prostopadłe jego promienie paliły nas silnie, ale nie trwało to długo. O kilkaset kroków za wioską znikły pióropusze bananów, powiewające nad półkami, pod uprawę jamsu przygotowanymi, znikły niskie kwadraty N’toli i wysokie, cienkie trawy; droga stawała się coraz węższą, coraz bardziej stromą, aż utonęła w nieopisanej gęstwinie afrykańskiego buszu. W jednej chwili objął nas cień głęboki, nigdzie jedną bodaj strzałką słońca nieprzebity i owiała chłodna a duszna atmosfera wieczystej wilgoci i wieczystego rozkładu gnijącej roślinności.
Choć oswojona już z potęgą podrównikowej wegetacji, bardziej jeszcze rozwielmożnionej na Fernando Poo niż na sąsiednich brzegach, zdumiałam, ujrzawszy się w tych kłębach zieleni, w tej gmatwaninie pni, konarów, korzeni, staczającej się po prostopadłym niemal grzbiecie wzgórza, na które zaczynaliśmy się wspinać, zostawiając za sobą pierwszy szczebel drabiny Clarence Peaku: płaskowzgórze Bau Besé.
Roślinność była też tu inna zupełnie. Palmy i trawy skończyły się – a ich miejsce zajęły pyszne paprociowe drzewa o smukłych, kolczatych pniach, uwieńczonych delikatnym jak koronka listowiem, obrosłych czarnym, wilgotnym mchem i podszytych gęstwą grubo mięsistych, szerokolistnych krzewów.
Pomiędzy tę młódź leśną wtłaczały się z brutalnym egoizmem starości potworne kadłuby drzew odwiecznych, rozpościerających swe olbrzymie konary w nieskończoność dziwacznie pokręconych arkad, gniotących bezlitośnie wątłe wachlarze paproci i tłumiących ich bladą zieleń jaskrawością swych liści różnobarwnych. U stóp ich szare wężowiska korzeni oplatały ziemię, stercząc nad nią wysoko miejscami jakby w jakimś konwulsyjnym rzucie znieruchomiałe, śliskim, mocno zielonym mchem cętkowane. Fontanny lilianowych porostów wytryskały z każdego pnia, zlewając się wzajem i zapełniając skwapliwie każdą przerwę, przez którą kropla słonecznego złota lub błękitu nieba kapnąć by mogła.
Wąziutka ścieżyna, nitka raczej oślizgłego kamienistego gruntu, nogami bubiskich myśliwców wydeptanego, wciskała się we wnętrze tego ruchomego, szelestów i szumów pełnego muru.
Spadzistość była tak wielka, że co chwila należało literalnie wciągać się rękami, chwytając za najbliższy pień lub korzeń, a ilekroć spojrzałam w górę, widziałam zawsze tuż nad sobą pięty Krumana z barometrem, który mnie tylko o kilka kroków wyprzedzał.
Często pałąkowato przerzucony korzeń zagradzał przejście niską arkadą, pod którą niemal plackiem przepełznąwszy, trafiało się na wysoką na parę metrów barykadę pni wywróconych, zatrzymującą cały pochód, dopóki jedni przez drugich podsadzeni nie wdrapali się na zarojony mrówkami wał, zeskakując już potem z łatwością na wywyższony po drugiej stronie grunt.
Ścieżka wiodła po samym zrębie wzgórza tak, że gdy po lewej ręce mieliśmy jego garb, ginący w zatłoczeniu następujących na siebie drzew, z prawej otwierały się jakby nisze głębokie, opierające swe wnętrza o pierś innego wzgórza, oddzielonego od nas otchłanią, której się nie widziało, bo wypełniała ją jak wszystko dokoła powódź roślinna, lecz którą się czuło, gdy raptem pomiędzy dwoma pniami tuż u stóp własnych ujrzało się na równym z niemi poziomie wierzchołek podnoszącego się gdzieś z dna przepaści olbrzymiego drzewa, podobnego do tych, które się nad nami w sklepienie bez końca zamykały.
I było to rzeczywiste zanurzenie się w samo centrum macierzystego łona natury, to stąpanie po linii zetknięcia się korzeni z koronami: początku z końcem. Jakiś oszołamiający nadmiar żywotności wrzał tu i zapierał oddech w piersiach i gniótł myśl w minotaurowych kręgach swej dzikiej, ślepej siły.
Posępne kadzielnice wilgoci, błękitnawymi oparami dymiące z jam i bruzd przez zgniliznę wyżartych; sinozielonawe półświatło, sączące się z góry przez fantastyczne floresy leśnego sklepienia; stosy zbutwiałych liści, poruszające się nieprzyjemnie ukrytym w nich życiem tych tysięcznych, podzwrotnikowych płazów, robaków, owadów, którym każda psująca się materia jest przerażająco płodną rodzicielką; mokre mchy, połyskujące mętnie na brunatnej chropowatości pni; strugi lian, zielonym deszczem spływające z gałęzi – wszystko to tchnie dziwną, wrogą człowiekowi tajemniczością.
Przyroda nie idzie tu na spotkanie człowieka z otwartymi ramionami, uśmiechnięta, rada jak przyjaciółka, pobłażliwa jak dobra królowa, która majestat swój tłumi, by nim nie onieśmielać, piękna jak źródło natchnienia, boska jak odradzająca potęga – lecz następuje nań z góry z pychą i zaciętością: chmurna, nieodgadniona, zdając się szeptać złowieszczo:
– Idź precz! Idź precz!
Pierwszy to raz znalazłam się tak oko w oko z tym, co Europa nazywa dziewiczym lasem i otacza taką poetyczną aureolą: z tą zaklętą krainą, w której mają drzemać wszystkie czary i cuda południa i doznałam uczucia wielkiego rozczarowania. Zrozumiałam także od razu jak alpinista i taternik co przywykł po otwartych skłonach wdzierać się na szczyty, widząc swój cel przed sobą, że darmo by szukał znajomych wrażeń i uczuć górskich na grzbietach afrykańskich wyżyn.
Zapewne tam i tu jest walka: tylko tam śmiałość i zręczność, lecz tu wytrwałość i przezorność zwycięża; tam oko mierzy się z niebezpieczeństwem – tu musi je zgadywać; tam wspaniała rozmaitość widoków, czarodziejskie efekty świateł i linii rozmarzające uroki perspektywy – tu bezbrzeżna monotonia potęgi, w jednym wytężonej kierunku; tam każdy krok szersze widnokręgi otwiera, każdą kroplę potu czystszy, wolniejszy powiew ochładza – tu jedynie wysiłek fizyczny i czas mówią ci, że się dźwigasz – excelsior. Tam człowiek staje się ptakiem, tu kretem. Tamto jest rozweselającą umysł gimnastyką ciała; to mozolną, posępną pracą w kopalniach.
Przewodnik nasz Tiodo, należący do arystokratycznej kasty Butuków, skrępowanej mnóstwem rytualnych przepisów, trochę Talmud przypominających, zabrał był ze sobą dwie swoje żony, nie w obawie jakiejś nadzwyczajnej za nimi tęsknoty, lecz aby mu w drodze gotowały jedzenie. On bowiem nie tylko sam sobie gotować nie może, ale nie wolno mu nawet jeść z innych naczyń niż z własnych, wyłącznie do tego użytku przeznaczonych: cóż dopiero pożywić się z garnka białego człowieka (Bukara)!
Powabne te niewiasty widząc, że po dwóch godzinach forsownego marszu z coraz większym wysiłkiem winduję się pod górę, chciały mi dopomóc i wziąwszy mnie między siebie, jedna z przodu, druga z tyłu, – bo tu tylko gęsiego posuwać się można – tak osobliwie dokuczliwym sposobem zamanifestowały swe dobre chęci, szarpiąc mnie, szczypiąc i obmazując N’tolą, że podziękowałam im czym prędzej, uniósłszy na pamiątkę ich gorliwości kilka siniaków w okolicach ramion i bioder.
To mi przypomniało naszych przewodników tatrzańskich, ich niezrównaną zręczność i delikatność w ułatwianiu gościom przejść trudnych. Ach, jak by mi się który z nich tu przydał! Choć co prawda, w tych wąziutkich afrykańskich tunelach roślinnych, przez które pojedynczo z trudem przecisnąć się można, najbardziej umiejętna pomoc bywa najczęściej nie do zastosowania.
Na krótko przed zachodem słońca, którego skośna, krwista smuga tu i ówdzie wkręcała się pomiędzy pnie, zamieniając w rubiny przejrzyste listki paproci, usłyszeliśmy szum bystro pędzącej wody. Była to zapowiedź rzeczki Kote, przy której mieliśmy rozbić namiot na pierwszy nocleg. Po niejakim czasie i ona sama wypadła jak z otwartej nagle paszczy: z głębokiego, wąskiego parowu, który ryjąc piersi wzgórza, wężem po nim na prawo w dół przebiegał.
Właśnie mieliśmy się w ten wąwóz spuścić, gdy idący przede mną z barometrem Kruman Tai odwrócił się raptem i właściwym mu, ochrypłym, grobowym głosem wyrzekł tylko:
– Mami, look! (Pani, patrz!) – nie wdając się w bliższe określenia.
Zatrzymałam się i podnosząc oczy w górę, zaczęłam szukać, na co on mi patrzeć radzi. Wprawdzie nade mną jakby druga rzeka, ujęta w postrzępione brzegi rozdartego przez wodny parów gąszczu, płynęła zaróżowiona wstęga błękitu; wprawdzie na tym tle delikatnym rzeźbiły się cudownie twarde, mieczowate liście wspaniałych krzewów i kapryśne wiązania lian, od pnia do pnia siatkę swą snujących; nie mogłam przecież posądzać Krumana, aby mnie do artystycznej kontemplacji tych piękności powoływał.
Trwało to dobrą chwilę. On stał, patrząc na mnie; ja stałam, rozglądając się dokoła, aż nadchodzący za mną mniej lakoniczny Murzyn, krzyknął:
– Mami! Ants! (Pani! Mrówki!)
Skoczyłam jak oparzona – niestety, już za późno! – Okazała się, że przez cały ten czas stałam sobie najspokojniej w ogromnym mrowisku, a owo Mami, look!, dzięki któremu tak nie w porę zatrzymałam się, miało być właśnie ostrzeżeniem.
W chwilę potem las napełnił się przeraźliwym wrzaskiem. Nie wstydzę się bynajmniej przyznać, że to ja tak krzyczałam. Duże, czarne afrykańskie mrówki nie żartują, gdy gryzą, a są tak zażarte, że gdy się wpiją w ciało, wprzód się dadzą rozerwać, nim puszczą swoją ofiarę.
Skoro więc kilkadziesiąt takich miłych żyjątek zacznie dawać znaki swej obecności, a drugie tyle spaceruje po ciele, zanim się do roboty zabierze; skoro się ma na sobie obcisły strój męski i skórzane getry po kolana, zapięte na parę tuzinów sprzączek; skoro się jest kobietą jedyną wśród kilkunastu mężczyzn i niemogąca nawet w najkrytyczniejszej chwili zapomnieć o prawidłach przyzwoitości; skoro w dodatku stoi się na stromej, oślizgłej ścieżce nad przepaścią, gdzie ani usiąść, ani się nigdzie skryć nie można – wtedy położenie jest w istocie rozpaczliwym.
Ale rozpacz wobec mrówek ma to dobrego, że sił dodaje.
Sama prawie nie wiedziałam, jak zbiegłam, a raczej stoczyłam się na dno parowu, jak skacząc po kamieniach, przebyłam rzeczkę i wdrapałam się na przeciwległy brzeg i jak, ubiegłszy jeszcze kilkadziesiąt kroków pod górę wśród konwulsyjnych podrygów, zatrzymałam się wreszcie bez tchu, dygocąca z nerwowego podniecenia za wielkim jakimś pniem, i tam dopiero mogłam rozpocząć walkę z mymi dręczycielkami. Jak zwykle w takich razach sprzączki nie chciały się odpinać, tasiemki rozwiązywać; tragarz niosący rzeczy na zmianę znalazł się właśnie na końcu karawany – dość, że nim się od stóp do głów przebrałam, znalazłam się literalnie bez zdrowego miejsca na ciele i bez głosu w gardle.
Jedno ukąszenie jadowitego węża brzmi bardzo tragicznie; ale paręset ukłuć driversów, czyli wędrownych mrówek, jest o wiele boleśniejszym.
Tymczasem nieopodal rozkładano pośpiesznie namiot.
Miejsce wybrane na ten cel niczym się nie różniło od reszty otoczenia i na pierwszy rzut oka wydało mi się nie podobieństwem, aby tu można było nocować, w takim gąszczu i na takiej spadzistości. Gąszcz znikł jednak szybko, pod czternastoma cutlassami (tasakami) silnych Krumanów, a chociaż namiot rozpięty nad oczyszczonym w ten sposób placykiem chylił się gorzej od wieży pizańskiej, zapewniał jednak schronienie tym bardziej pożądane, że deszcz kropić zaczynał.
Większy kłopot był z ustawieniem wewnątrz łóżek polowych. Spadzistość bowiem była tak wielką, że dopiero po wykopaniu głębokich dołów pod dwie nogi każdego łóżka z jednej strony, a podłożeniu dużych kamieni pod dwie przeciwległe, mogło się na nich jako tako strudzone członki rozciągnąć.
Wieczór nastąpił szybko, ciemny i chłodny. Deszcz rozpadał się w najlepsze, a ponury szum jego wyśpiewywał nam niepożądane horoskopy jutrzejszego marszu.
[...]
Dokoła namiotu rozpalono cztery ognie na całą noc tak dla ciepła jak dla odstraszenia mrówek i płazów.
Pomimo że bardzo zmęczona, nie mogłam zasnąć. Otaczająca mnie zewsząd dzika ku niebu pnąca się puszcza, tajemnicze nieznane odgłosy, chichoty, wrzaski, sykania, rozdzierające raz po raz głęboką ciszę, jaka po północy z ustaniem deszczu zapadła, fantastyczne migoty to gasnącego, to wybuchającego płomienia, łamiące się na płóciennych ścianach namiotu, półgłośne rozmowy czuwających na zmianę przy ogniskach Krumanów, wszystko to stanowiło dziwnie rozmarzające fantastyczne tło dla różnych dumań, wspomnień i zestawień.
Nazajutrz o świcie cały nasz obóz był na nogach. Ranek chłodny zapowiadał się jednak dość pogodnie.
George Scott, skrzywiony i narzekający, gdyż uważał za odpowiednie swemu stopniowi cywilizacji okazywać, że noc spędzona w buszu wielce go utrudziła, po naradzie z przewodnikiem Tiodo oświadczył, że do następnego noclegu nie spotkamy żadnej wody, należy więc zaopatrzyć się w nią tutaj. Radził także, aby część mniej potrzebnego bagażu zostawić na miejscu, teraz bowiem dopiero zacznie się naprawdę uciążliwa droga, przy czym, zaliczając mnie widocznie do owej mniej potrzebnej części bagażu, zaproponował, abym pod opieką jednej z żon Tioda wróciła do Bau Besé:
– Póki czas jeszcze – dodał złowrogo.
Za całą odpowiedź ujęłam swój kij góralski i wyruszyliśmy we wczorajszym porządku. Nie przesadził George Scott: był to istotnie pochód piekielny. Z każdym niemal krokiem grunt pod naszymi nogami stawał się bardziej stromy, otaczająca przyroda bardziej surowa i nieprzystępna. Mięsiste, mocne krzewy, za które czasem można się było uchwycić, znikły zupełnie, a równocześnie Krumani, posuwający się dotąd pod swymi ciężkimi ładunkami z zadziwiającą swobodą, zaczęli sykać z bólu, chwytać się za łydki i rozglądać na wszystkie stron jakby nieświadomi, co im dokucza.
Dla nas zagadka stała się jasną wkrótce. Chwyciwszy, nie patrząc za jakiś krzak, musiałam szybko cofnąć rękę i syknęłam także, ale syknięcie moje przemieniło się natychmiast w okrzyk prawie miłego zdziwienia, zupełnie jak gdybym się witała z jakąś dawno niewidzialną, energiczną i twardo kościstą znajomą, której szorstkie uściski sprawiły mi ból, ale i przyjemność zarazem.
Krzak ten albowiem był niczym innym jak dużą pokrzywą, taką samą poczciwą pokrzywą, jaka pod płotami naszych wiejskich sadów rosnąć lubi, a z jaką się już od dwóch lat nie spotkałam. Oddawszy jednak należyty hołd europejskim wspomnieniom, byłabym wolała na tym jednym bąblu poprzestać. Tymczasem był to tylko początek; i w ciągu kilku następnych godzin przedzieraliśmy się przez istne morze pokrzyw i ostów, z których niejedne twarzy sięgały. Paprociowe pnie, nabijane ostrymi końcami, stanowiły jedyną kolącą rozmaitość, w tej parzącodrapiącej powodzi.
Na szczęście, w tych bujnych strefach wiele gatunków nadmierne swe bogactwo ilościowe okupuje ubóstwem jednostek. W Europie taka kilkogodzinna wędrówka przez gęstwinę pokrzyw, zwłaszcza w równie lekkim stroju jak naszych Krumanów, skończyłaby się co najmniej silnym zapaleniem skóry; tu te złośliwe, włochate liście zieją o wiele słabszym i szybciej przemijającym ogniem.
Około południa zatrzymaliśmy się w miejscu, którego łagodniejszy spadek zapewniał względną wygodę dla posiłku i odpoczynku. Stała tu grupa potwornie wielkich i grubych – nawet w tym państwie olbrzymów – drzew o pniach powyginanych w dziwaczne garby. Dwa z nich zrastając się ze sobą o jakieś półtora metra nad ziemią, utworzyły obszerną grotę, gdzie mogliśmy się swobodnie z naszymi zapasami rozłożyć, a nawet rozpalić ogień, któremu na otwartym powietrzu przeszkadzał padający znów obfity deszcz.
Z gałęzi tych drzew zwieszały się rozliczne liany, a pomiędzy nimi dostrzegliśmy sporą ilość kauczukowych jabłuszek, co było dość ważnym odkryciem, dotychczas bowiem twierdzono powszechnie, że Fernando Poo nie posiada wcale kauczuku.
Druga polowa marszu tego dnia odbyła się w mniej więcej tych samych warunkach, co pierwsza, tylko Bubisi nasi, jako niedźwigający ciężarów i nawykli do tych bardziej dla małp i antylop niż dla ludzi stworzonych szlaków, wyprzedzili nas kilkakrotnie tak znacznie, że straciwszy ich z oczu, byliśmy w obawie zabłądzenia i trzeba było bardzo energicznie przywoływać ich do porządku.
Tymczasem w miarę zniżania się blado przez mgły przeświecającej tarczy słonecznej, chłód coraz dotkliwszym się stawał i gdy wreszcie stanęliśmy przy kamienistym łożysku rzeki Essé, cała karawana szczękała zębami. [...] Każdy przedmiot metalowy w dotknięciu sprawiał wrażenie lodu. Kucharczyk nasz, poobwijany w kołdry, skulony najpocieszniej, wsunął się do namiotu i dygocąc z zimna i przerażenia, oznajmił mi, że stało się wielkie nieszczęście: masło zepsuło się zupełnie!
Nie widział on nigdy masła w innym stanie niż w na wpół płynnym i raptowne jego stężenie w puszce nabawiło go tej kulinarnej trwogi. Ledwo go mogłam uspokoić, że takie właśnie masło jest w porządku.
Nocleg to był pod każdym względem fatalny. Pochyłość, na jakiej wypadło rozpiąć namiot, była jeszcze większa niż poprzedniej nocy, a twardy jak opoka grunt nie pozwolił wykopać dołów pod nogi łóżek polowych. Stały więc w taki fantastyczny sposób, że leżenie na nich, zamiast być odpoczynkiem, było torturą wymagającą ciągłej gimnastyki, aby się na ziemię nie zsunąć.
Toteż nazajutrz, nie zmrużywszy oka przez całą noc, wstałam z korpusem sztywnej lalki, i jakby przyprawionymi rękami i nogami. Ubrawszy się, z nieopisanym trudem wywlokłam się przed namiot.
Oczekiwał mnie tu dosyć oryginalny widok. Przy odrobinie wyobraźni mogło się zdawać, żeśmy nocowali w samym środku jakiegoś monstrualnego ula. Całe nasze obozowisko, paki, ściany namiotu, wszystko pokryte było szczelnie niby żółtą, ruchomą masą, tysiącami pszczół; w powietrzu wisiała złotawa, pełna brzęku i szumu chmura, a wśród niej, wyrzucając głowami, wymachując rękoma z całą żywością gestykulacji, właściwej czarnym, uwijali się nasi ludzie.
Na szczęście znowu afrykańskie pszczoły są równie anemiczne jak afrykańskie pokrzywy. Ukąszenie ich sprawia tylko trochę bólu na razie, nie wywołując w następstwie żadnego zapalenia ani puchliny. W Europie taki napad żądłowatej hordy byłby katastrofą – tutaj niecierpliwił przede wszystkim, i skończyło się na tym, że musieliśmy wyrzec się śniadania, nie chcąc nakarmić się jednocześnie pszczołami, które pomimo że za każdym z nas stał Kruman machający chustką, zapełniały co chwila nasze talerze i łyżki.
Niewielka to zresztą była ofiara. Woda rzeki Essé, wyschłej prawie o tej porze i tylko gdzieniegdzie wąskim żółtym sznurkiem wijącej się wśród łomów swego łożyska, była tak mętną i mineralnymi pierwiastkami przesyconą, że ugotowane na niej jadło nabierało smaku jakiejś obrzydliwej mikstury.
Scott, wychyliwszy swą ranną rozgrzewkę, potężną szklanicę Old Tomu, oznajmił nam, że dziś będziemy na szczycie, a ponieważ zdążymy jeszcze z powrotem na nocleg nad Essé, więc najlepiej będzie zastawić tu namiot i prowizje.
Nie usłuchaliśmy go na szczęście.
Ścigani przez pszczoły, przeszliśmy na drugą stronę rzeki i wkrótce z wilgotnych mroków leśnych wynurzyliśmy się na przestrzeń otwartą, skąpaną w słońcu, porosłą gęstą, wysoką trawą, upstrzoną mnóstwem jaskrawego kwiecia.
Jest coś elektryzującego w tym nagłym rozstąpieniu się roślinnego muru, który nas czas długi otaczał, w tym buchnięciu wolnej fali powietrza w pierś przytłoczoną wyziewami nieprzebitej matni drzewnej, w tym zerwaniu ciemnego liściastego dachu znad znękanej głowy, aby nad nią niedościgły, przejrzysty błękit nieba zawiesić. Jakieś niewidzialne pęta zdają się spadać z zesztywniałych członków; mgła apatii, zasnuwająca duszę, rozprasza się w złotych blaskach budzącej się energii.
Dla mnie w tym stanie prostracji, w jakim od wyjścia z noclegu znajdowałam się, ta cudowna podnieta była po prostu dobrodziejstwem. Kto wie, czy gdyby nie ona, nie byłabym padła gdzieś na drodze wyczerpana, niezdolna kroku dalej postąpić; wlokłam się bowiem ledwo żywa z jakimś zamętem w głowie i z nieopisanym bólem we wszystkich stawach, zaciskając zęby, aby się z tym co się we mnie działo, nie zdradzić i może całej wyprawy w niwecz nie obrócić.
Wiedziałam, że gdyby mi sił zabrakło, musielibyśmy wrócić, postanowiłam więc nie dopuścić do tego. Nie życzyłam sobie również – choć to był wzgląd podrzędny – aby pan George Scott triumfował nade mną i okrył się sławą proroka. Wszakże tylokrotnie zapewniał, że Missis na szczyt nie dojdzie i tylko kłopotu narobi!
Wytrwałość jednak była mi ciężką, coraz cięższą. Ale na widok tej pysznej łąki, pokrywającej pierś wzgórza falistym płaszczem zieleni, tych krasnych zygzaków różnobarwnego kwiecia, odżyłam.
Po raz pierwszy uczułam się tu w górach!
Słońce piekło. Byłam mu rada. Droga wiodła nad krawędzią głęboko w dole wyżłobionego łożyska rzeki Essé. W porze deszczowej muszą tu szumieć wspaniałe katarakty; teraz tylko ich progi skaliste i nagie sterczały ku nam z otchłani.
Wkrótce wypadło nam przejść w bród jeden z dopływów tej uśpionej snem posuchy ziemi: mały, mętny strumyk, a zarazem ostatnią wodę, jaką mieliśmy spotkać aż do celu wyprawy. Napełniły się więc wszystkie możliwe naczynia, a ludzie nasi sprawili sobie kąpiel.
Zaraz potem zagłębiliśmy się znowu w las, ale jakiś weselszy, pełen orzeźwiającego chłodu, woni i słonecznych przebłysków. Drzewa były niższe, liany rzadsze; natomiast tu i owdzie z gałęzi spływały długie, delikatne włókna jasnozielonych mchów niby splot włosów wyszarpnięty z kosy jakiejś uciekającej Driady. W lesie tym Tiodo zastrzelił szarą niewielką małpkę. Biedaczka jadła właśnie jakiś czerwony owoc i trzymająca go w zaciśniętych agonią zębach zwaliła się u naszych stóp.
Teraz droga stawała się coraz bardziej urozmaiconą i nie tak dziką. Ponownie wyszliśmy z lasu na szeroki grzbiet bardzo stromej, śliską, twardą trawą porosłej góry. Pięcie się po niej było nadzwyczaj uciążliwe. Upał wzmógł się; nagie ciała naszych ludzi pokryte potem połyskiwały w słońcu jak ulane z metalu. Żar zdawał się od nich buchać. Miejscami musieliśmy się wszyscy czołgać, aby nie zsunąć się w czarną przepaść leśną, z której wnętrza wyszliśmy niedawno.
Kępki niskich, rozłożystych krzaków, podobnych do tatrzańskiej kosodrzewiny, rozsypane po tej spalonej słońcem prerii, odbijały wieczystą, chłodną zielenią igliwia od gorącożółtego jej kolorytu. Wysoko nad trawami bujały prześliczne bukiety białych i złocistych nieśmiertelników i krwawe grona, jarzębinę przypominające, które żony Tioda wskazały mi z oznakami trwogi jako straszną truciznę.
Godzinę przeszło trwało mozolne pełzanie pod górę. Ręce mdlały od chwytania za ostre trawy, ale krzepiła nas myśl, że może z wierzchołka tej szklanej góry, ujrzymy nareszcie naszą zaczarowaną księżniczkę: szczyt ClarencePeaku.
Jakież więc było nasze zdumienie, gdy zauważyliśmy, że zaczynamy znowu spuszczać się na dół i zatoczywszy elipsę po skłonie, wracamy na to samo miejsce, z któregośmy wyszli, to jest na skraj lasu! Tiodo, zainterpelowany, co znaczy takie idiotyczne kołowanie, odpowiedział przez Scotta, że tak chodzili jego ojcowie i on nas tak prowadzi.
Był to jednak, jak się później pokazało, wykręt; nie znał on dobrze drogi i właśnie na tym skraju ją stracił, ale nie chciał się do tego przyznać w nadziei, że ją odnajdzie.
Zmarnowawszy więc parę godzin, szliśmy znów dalej lasem wciąż bystro pod górę, aż wydostaliśmy się na wielkie płaskowzgórze, a raczej kotlinę, wieńcem większych i mniejszych wierzchołków okoloną, wysianą miękką łąką, po której zbolałe stopy deptały z rozkoszą jak po aksamitnym kobiercu. Bezpośrednio przed nami wznosił się najwyższy kopulasty szczyt – nie był to jednak Clarence Peak. Zarówno położenie jego jak kształt świadczyły przeciw temu.
Tiodo i Scott chcieli w nas to wprawdzie z początku wmówić, ale widząc, że się nie udaje, dali za wygraną, wymieniając jednocześnie krajową nazwę tego wierzchołka: Basa Babu Eleleh.
Nie o ten wierzchołek tu jednak chodziło. Sytuacja stawała się niewesołą. Z pomieszanej twarzy Bubisa zgadnąć było łatwo, że tyle wie w tej chwili, gdzie szukać Clarence Peaku co i my.
Była godzina trzecia po południu. Karawana upadała ze zmęczenia i głodu. Do tej chwili szanowny Tiodo wodził nas, nie dając spocząć ani się posilić w ciągłych obietnicach, że już, już dochodzimy do szczytu.
Wobec tego i niepewności dalszej drogi postanowiliśmy zostać tu na noc. Pan George Scott usłyszał kilka słów prawdy za tak niesumienny wybór przewodnika i zarazem kategoryczne oświadczenie, że skoro tak daleko zaszliśmy, do celu bądź co bądź dotrzeć musimy. Niechaj Tiodo idzie szukać drogi, lecz,żeby mu nie przyszła ochota zemknąć, obie jego żony zostaną pod strażą Krumanów jako zakładniczki.
Nie podobało im się to mocno; umalowane N’tolą damy pospazmowały na sposób bubiski, to jest, otworzywszy szeroko usta, zaczęły terkotać coś tak szybko i bez żadnej przerwy, że od samego słuchania można się było zadyszeć, ale ustąpić musiały.
Stanął więc namiot, po raz pierwszy na równym gruncie, w półkolu małych kępek drzew niby drobnych gajów rozsianych po całej polanie.
Dziwaczne to były laski. Drzewka niskie, pokurczone, splątane ze sobą, bezlistne prawie, okryte białawą, chropowatą korą niby szronem, a od nich od góry do dołu spływały długie festony brodatych mchów: czarnych, srebrnych, szarych, lub majowo zielonych.
Gdy wieczorem we wnętrzu jednego z takich gaików Krumani rozpalili ogień, a czerwone blaski płomienia oświetliły ich czarne postacie, ślizgając się po pniach karłowatych, rozsypując złote iskry wśród ciemnej gmatwaniny gałęzi, gdy obłoczki dymu zawisły na chwiejących się z lekka porostach, ujrzeliśmy przed sobą jakby fantastyczną dekorację do Snu nocy letniej, istne siedlisko dla Puków i Chochlików.
W ogóle cała ta „dolina szczytów” miała nieopisany, odrębny urok, którego wspomnienie czaruje mnie po dziś dzień.
Ponad krawędziami opasujących ją wierzchołków leżał drugi, niewidzialny mur bezbrzeżnej ciszy, odosabniającej ją od świat, jak oazę niczym nigdy niezakłóconego spokoju. Burzy w tym gnieździe natury niepodobna sobie było wyobrazić. Samo słońce zachodziło nad nim z jakąś łagodną pieszczotą. Całą jaskrawość barw swych skryło poza szczytami, a na jasny jak źrenica dziecka lazur, który nad kotliną wisiał, rzuciło tylko pęki różowych i ametystowych smug niby skrzydła zwolna żeglujących ptaków. A pomiędzy nimi jak blade szmaragdy migotały już latarenki wczesnych gwiazd.
Było coś prawie bajecznego w przezroczystości atmosfery, która nas otaczała. Zdawało się po prostu, że zakres wrażeń optycznych rozszerzył się tu nagle, że oko spostrzega całe mnóstwo delikatnych jak pyłek odcieni; subtelnych jak igiełki kształtów, które dotąd były dlań obce. A wśród tego wszystkiego żadnego szmeru, żadnego dźwięku, prócz tych ludzkich odgłosów, które my przynieśliśmy ze sobą.
Natura stała dokoła nas, nie senna, nie drętwa, lecz nieporuszona jakby w ekstazie spoczynku bez granic. Taką może była niegdyś ziemia cała w pierwszych dniach stworzenia, nim ją zmęczyło życie..
Od czasu do czasu na zrębach widnokręgu ruchomą plamą ukazywała się czarna sylwetka naszego Tiodo. Widać go było, jak z szybkością małpy biegał ze skłonu na skłon, pochylał się, prostował, wzrokiem badając okolicę, pomieszany, wahający się, obnoszący po tym zaciszu przyrody troskę i niepokój ludzkiej egzystencji.
Noc już była zupełna, gdy wrócił z wiadomością, że odnalazł drogę i jutro wyprowadzi nas na szczyt niewątpliwie. Prosił tylko, aby żonom jego dozwolić wrócić do Bau Besé, dla nich tam bowiem będzie za zimno i za straszno.
My tymczasem spoczywaliśmy na trawie przy ognisku, podziwiając piękność południowego firmamentu i dziwny blask wielu nieznanych gwiazd, na które stąd może po raz pierwszy oko ludzkie spoglądało.
Po drugiej stronie ogniska, pieszcząc czułem wejrzeniem butelkę Old Tomu – niestety ostatnią, bo pan George Scott zbyt często pokrzepiać się lubił – siedział ten dżentelmen, nie bez celu zaproszony, aby nam raczył towarzystwa dotrzymać. Chcieliśmy w ten piękny, cichy wieczór, przy pomocy rozwiązującego język trunku wydobyć z niego jak najwięcej szczegółów o teraźniejszym władcy Bubisów, królu Moka.
Jest to postać niemal legendarna, otoczona urokiem tajemniczości, której imię cała górska ludność wyspy wymawia ze czcią religijną; która w każdym przebywającym na Fernando Poo Europejczyku budzi pełną podziwu i szacunku ciekawość.
Zanim ten nadzwyczajny człowiek został królem, czyli Kokoroko, działo się wiele rzeczy, których już teraz śladu nie ma.
Bubisi, choć niby potulni i niegrzeszący odwagą, są kłótliwego usposobienia i ustawiczne zatargi były u nich na porządku dziennym, a do najmilszych rozrywek należało napadanie mieszkańców jednej wsi na drugich, ku czemu życie wśród gąszczy wybornie im sprzyjało. Europejczyk tak bezpieczny na wybrzeżach nie mógł zapuścić się w góry, żeby nie zostać napadniętym, zbitym niemiłosiernie, ograbionym, a częstokroć i zamordowanym.
Mieli przy tym ci ludzie, tak łagodni i litościwi w gruncie, że psy swoje, gdy jeszcze małe, na ręku piastują, parę obyczajów do tego stopnia okrutnych i potwornych, iż pióro wzdryga się przed ich opisem.
Ale oto zjawia się król Moka i wszystko się zmienia. Kradzież i kłamstwo, te dwie cnoty etyki murzyńskiej, dostają od niego nazwę zbrodni i na równi z zabójstwem podlegają karze śmierci. Nad wykonywaniem nowych praw czuwa sąd wędrowny Boala, złożony z najbardziej zaufanych podwładnych Moki.
W pewnych epokach roku Boala wychodzi z królewskiego siedliska i poprzedzana przez heroldów dmących w rodzaj piszczałki, zwanej Bututu, podąża do najbliższego Bese.
Mieszkańcy uwiadomieni przez te dźwięki o jej zbliżaniu się wychodzą na jej spotkanie i wytaczają przed nią wszystkie swe skargi, spory, pretensje i krzywdy, a starają się robić to jak najprędzej, bo przez cały czas pobytu Boali we wsi, ciężar utrzymania sędziów na nich spoczywa. Wymierzywszy sprawiedliwość, Boala udaje się do następnej wsi i tak obchodzi całą wyspę przy dźwiękach Bututu, odgrywającej tu rolę trąby archanioła en miniature.
Boala obowiązaną jest po powrocie do króla zdać mu ścisły raport ze swej działalności; tym sposobem wie on wybornie, co się w jego państwie dzieje, choć sam osobiście nigdy go nie odwiedza.
Zdumiewającym jest wpływ tego niewidzialnego władcy; zdumiewającą wzniosła, czysto chrześcijańska moralność pojęć tego człowieka, do którego nie doszło nawet echo pojęć cywilizowanego świata. Bo Bubisi tradycyjną swą nienawiść białych i trwogę przed nimi przechowali w sposobie życia swych królów.
Nigdy wyraziściej nie objawił mi się fantastyczny niemal urok, jaki Moka wywiera na swoich poddanych, jak tego wieczora przy ognisku, gdym słuchała opowiadań o nim George’a Scotta i patrzyła jak ten kolorowy dżentelmen, ten typ w wysokim stopniu śmieszny i ujemny jak większość pseudo cywilizowanych Murzynów, ten góral z urodzenia, udający dla szyku, że mu trudno piąć się na szczyty jak on, na samą wzmiankę świętego imienia Moki, stawał się naiwnym dzieckiem natury, ubierającym w nadprzyrodzone kształty wszystko co kocha, w co wierzy i co mu imponuje.
Oto mniej więcej treść jego długiej gawędy:
„Na południowej stronie wyspy, w samym środku, pomiędzy zachodnią zatoką Boloko a wschodnią Biappa stoi wielka płaska góra, a w niej otwór głęboki, tak obszerny, że w nim wieś cała wygodnie zabudować się mogła. To Riaba, miejsce święte, siedziba króla Moki. Tam on mieszka ze swymi żonami i dziećmi, a chaty sług, domowników i przyjaciół otaczają jego domostwo.
Król sam jest wysoki, tak wysoki, że najdorodniejszych głową przerasta. Sile jego pięści nic się nie oprze, a oko jego dostrzega mrówkę wędrującą po pniu palmy dalekiej. Chodzi nago i przepasuje się tkaniną z kory drzewnej. Nie widział on nigdy, nie tylko białego człowieka (Bukara), ale nawet brzegu morskiego, bo stamtąd biali ludzie przebywają.
Biali dużo złego ze sobą przynieśli na Mamamamu (tak Bubusi nazywają wyspę Fernando Poo) i dlatego król nie chce znać niczego, co od nich pochodzi. Nie używa soli do swych pokarmów, bo sól to przysmak białych; nie pije wódki (Coroco), bo wódka z białymi przywędrowała; tytoń nie splamił nigdy ust jego i echo strzału nie zraniło nigdy jego ucha. Ale gdyby się dowiedział, że któryś z jego poddanych krzywdę białemu człowiekowi wyrządził, ukarałby go srodze, bo sprawiedliwość króla Moki nie zna kolorów skóry.
Wszyscy Bubusi kochają go i są ślepo posłuszni jego rozkazom; każdy umarłby za niego bez wahania, ale mało kto poza otoczeniem króla oglądał jego oblicze, dostęp bowiem do niego trudny i dla czarnych – chyba, że kto, wyjątkowej krzywdy doznawszy, przywędruje ze skargą: wtedy zawsze posłuchanie uzyska.
Niedawno, bo przed kilku laty, gubernator hiszpański chciał go koniecznie zobaczyć i namówić, by dzieci swoje do misji katolickiej posyłał. W tym celu wyprawił posłów z bogatymi podarunkami, ale Moka podarunków nie przyjął, a na usilne żądanie osobistego porozumienia się kazał przez ludzi swoich odpowiedzieć, że od gubernatora do niego tak daleko jak od niego do słońca (Itochi)”.
– A jednak – zarzuciłam Scottowi – znamy dwóch białych, którzy nigdy nie kłamią, a którzy zapewniali nas, że widzieli króla Mokę we własnej osobie.
Scott uśmiechnął się chytrze.
– Oni nie kłamią, a przecież go nie widzieli – odpowiedział – Widzieli jego brata, który bardzo podobny do niego, a którego krewni królewscy, złakomieni na podarki, pokazują czasem tym, co koniecznie chcą króla widzieć. Ale sam Moka nie wie o tym i wpadłby w srogi gniew, gdyby się dowiedział. Bo Moka jest człowiekiem prawdy!
Tym, dziwnie w ustach Murzyna brzmiącym, określeniem zakończył George Scott swoje opowiadanie, a ja zadumałam się nad nim, patrząc w ognisko.
Więc w tym świecie istot nieoświeconych, u których instynkty zastępują miejsce uczuć, a zaspokojenie najpierwotniejszych potrzeb fizycznych starczy za wszelkie ideały, w tym świecie tak poziomym, tak tępym, zdołał zakiełkować i rozwinąć się kult jednego człowieka, który nie zawojował tych ludzi siłą zbrojną, nie olśnił ich przepychem bogactw, nie zjednał szczodrymi darami – lecz cudowną intuicją wiedziony, wsparł swój tron dziki w kraterze samotnej afrykańskiej góry – wsparł na dwóch najwspanialszych filarach, to jest na prawdzie i sprawiedliwości!
Zaświtał wreszcie pamiętny dla nas styczniowy dzień. Ranek był nad wyraz ponury, chłodny, przygnębiający. Grube, szare mgły ciężkimi ławicami leżały na skłonach; rosa z szelestem spływała po mchach na wilgotną ziemię; deszcz wisiał w powietrzu, a w oddali raz po raz pogrzmiewało przeciągle, złowrogo.
Tiodo miał twarz wystraszoną i milczał jak grób. Tylko, gdyśmy już mieli wyruszać, stanął przed nami, twarzą ku wschodowi zwrócony, i zaczął szeptać coś uroczyście, czyniąc pełne tajemniczości znaki. George Scott, również jakby niepojętą jakąś trwogą napełniony, wytłumaczył nam, że przewodnik nasz wzywa w ten sposób wielkiego ducha Urno, by się opiekował nami. Prosił także, aby nakazać Krumanom jak najgłębsze milczenie, gdyż duchy gór nie znoszą głosów ludzkich i mogłyby cisnąć na nas gromy i nawałnice.
Ruszyliśmy więc prawdziwie pogrzebowym marszem i znacznie zmniejszoną karawaną. Nie było już obu żon Tioda, a wraz z nimi odeszło czterech naszych Krumanów po wodę do rzeki Esse, gdyż z naczerpanych wczoraj rano zapasów dwie butelki tylko nam zostały. Ludzie ci mieli, wróciwszy, oczekiwać tu naszego powrotu z Peaku i pilnować bagażu. Zostawialiśmy bowiem namiot, łóżka i inne skrzynie, zabierając tylko instrumenta i trochę żywności. Scott zapewnił najuroczyściej, że Peak już blisko i za kilka godzin możemy być z powrotem w obozowisku.
Czas jakiś posuwaliśmy się po płaszczyźnie, brnąc w porosłych murawą moczarach lub przedzierając się przez owe karłowate laski, których rozwichrzone mchy muskały nam twarze i odzież wilgotną pieszczotą. Tiodo co kilkanaście kroków odcinał cutlassem małe gałązki i wraz z garstką mchu zawieszał je na drzewach, znacząc drogę.
I znowu zaczęliśmy się piąć po bystrej pochyłości na jeden z wierzchołków okalających pozostałą za nami kotlinę. Zostały również za nami mgły i chłód. Dobroczynne, wczesne słońce opłynęło nas złotą falą i wysuszyło zroszoną odzież. Wbrew przesądnej ponurości naszych przewodników byliśmy rzeźwi i weseli. Wszak zbliżaliśmy się do pożądanego celu.
W połowie góry Scott zatrzymał się i odwróciwszy się, w milczeniu ręką przed siebie wskazał. Spojrzeliśmy – i mimowolny okrzyk zachwytu wyrwał się z naszych piersi, a biedny Tiodo aż przykucnął na ziemi ze strachu.
Jeden z najwspanialszych widoków, jakie natura dać może, roztaczał się u naszych stóp.
W dali, szeroko, szeroko jak step błękitny, białymi tumanami dymiący, migotał w rannych blaskach wspaniały ocean, a na nim, jak na mapie, z dziwną ostrością konturów rysował się cały północny brzeg wyspy, zakończony na lewo długim cienkim jak język żmii, przylądkiem de los Frailes, na prawo trzema czarnymi punkcikami odciętymi od lądu wąziuchnym srebrzystym paskiem spienionej fali. Były to owe trzy wysepki Horacio, koło których przepływaliśmy przed ośmiu dniami, dążąc do Basuali.
Przecudna, spokojna zatoka Santa Isabel uśmiechała się w oprawie skalistego wału Punty Fernandy, na którego bazaltowej, połyskującej w słońcu powierzchni można było prawie rozróżnić czarne arabeski oplatających go lian.
Spoza białego dachu pontonu, rozpiętego jak namiot na tym wodnym stepie, strzelała w górę smukła sylwetka hiszpańskiej kanonierki; a nieco dalej czernił się kadłub stojącego w porcie parowca, ku któremu od brzegu posuwała się karawana łodzi.
Dwa żaglowe statki, które jeszcze przy nas do portu z ładunkiem węgla dla wojennych okrętów przybyły, stały w głębi ze zwieszonymi żaglami, uzupełniając obraz tej morskiej osady. Nad nią, na wysokim brzegu, półkolem kredowych kostek świeciły rządowe domy miasta, które dachami tylko wynurzało się z zieleni swych ogródków.
Od miasta ku nam rozlewała się szeroka płaszczyzna, a po jej jasnym tle biegła, łamiąc się kilkakrotnie, ciemna, puszysta linia. To sławna aleja mangusowa, przerzynająca kakaowe i tytoniowe pola naszej plantacji! Widzimy ją dokładnie, rozróżniamy płowe w słońcu kwadraty tytoniu i majową zieloność kakao. Domu tylko, w czarniawym wieńcu palm i ceib ukrytego, nie widać.
Za to na prawo, nieco wyżej, błyszczy cynkowy dach. To plantacja naszych sąsiadów katolickich, hiszpańskich misjonarzy, a jeszcze wyżej, już w ciemnym terasie lesistego amfiteatru, biały drobny punkt rządowego sanatorium w górach zwanego Basileh. To ostatni sztandar ludzkiego życia i cywilizacyjnej pracy.
Dalej już tylko sama, dzika lecz imponująca drabina przyrody pnie się ku nam tytanicznymi szczeblami porosłych gąszczem wzgórz, z których z rzadka niby sęki, wysterczają nagie wierzchołki...
I nie wiadomo co więcej podziwiać, nad którą tajemnicą przyrody bardziej się zdumiewać: czy nad tą, która drży w głębi pod uśmiechnięta powierzchnią oceanu; czy nad tą, która pierś ziemi rozpiera i ku niebu ją podnosi? Tu i tam zawsześ wielką i nieodgadnioną – Przyrodo!
Nasyciwszy wzrok cudną panoramą – przy czym Rogoziński zdjął teodolitem kilka ważniejszych punktów wyspy i brzegu – ruszyliśmy dalej.
Tym razem Tiodo nie zawiódł nas. Wydostawszy się na grzbiet góry, zobaczyliśmy przed sobą potężny szczyt, którego charakterystyczne kształty, a przede wszystkim wyraźnie odznaczający się otwór wygasłego krateru, wtulonego w dwa ścięte lejkowato boki góry, nie pozwalały wątpić, że nareszcie stoimy wobec Clarence Peaku!
Niestety, radość nasza była krótką. Kilkadziesiąt kroków dalej i oto jesteśmy zmuszeni zatrzymać się nad krawędzią otwierającej się pomiędzy nim a nami ciemnej, zarosłej lasem i jak się na pierwszy rzut oka zdawało niepodobnej do przebycia, otchłani.
Chwilę staliśmy w osłupieniu, patrząc na tę fatalną zaporę.
Tiodo, gestykulując gorączkowo, cichym szeptem porozumiewał się ze Scottem. Ten, zasępiony, z widoczną trudnością hamując wewnętrzne wzburzenie, zwrócił się ku nam:
– Tiodo znowu zabłądził, a raczej nie znał innej drogi. Wczoraj zobaczył Peak z daleka i myślał, że się do niego dostanie; ale wszak sami widzimy, że to niepodobieństwo? Zresztą Tiodo właściwie spełnił swoje zadanie; miał nam pokazać Peak i pokazuje go nam. A teraz potrzeba wracać.
Parsknął śmiechem Rogoziński na tę bubiską sofistykę, ale zarazem stanowczo i krótko oznajmił Scottowi, że takich bredni słuchać nie ma czasu. Jeżeli Tiodo twierdzi, że tędy dojść nie można, więc niechaj szuka innego wejścia. Żeby pioruny z nieba biły, mając Peak przed oczami, dojść nań chcemy i dojdziemy.
Tego było za wiele dla kolorowego dżentelmena – i wybuchnął: Nie! On nie jest dzikiem zwierzęciem i nie myśli dłużej błąkać się po gąszczach i przepaściach! Podarł już i tak w tej przeklętej wędrówce nowy piękny garnitur, który go mnóstwo dolarów kosztował (nawiasem mówiąc, miał na sobie stare, perkalowe spodnie i marynarkę, która dawno zapomniała, jakiego była koloru). Niech się dzieje, co chce, ale on dalej nie pójdzie. Woli stracić zapłatę niż życie itd.
Tak wykrzykując dobrze podniesionym głosem, bo trwoga rzeczywistości wypłoszyła zeń obawę czegoś nadprzyrodzonego, zawrócił i szybkim krokiem puścił się po przebytej drodze, nie zważając na groźby i wołania.
Co do mnie, stałam podczas tej utarczki opodal, nie mieszając się do niej, lecz uchem chwytając każde słowo, bo tu o losy naszej wyprawy chodziło, a jednocześnie badałam wzrokiem otchłań. Czyżby w niej wszystkie nasze trudy i plany utonąć miały?
W miarę jak się w nią wpatrywałam, wiadome mi się stawało, że nie jest ona tak prostopadłą i bezdenną, jakeśmy zrazu sądzili. Zsuwając się wzrokiem po biegnących w dół wierzchołkach, zauważyłam, że o jakieś paręset metrów pode mną postrzępiona ta linia łamała się, stawała mniej więcej poziomą i znowu podnosiła się ku górze. Tam więc pod tym załamaniem musiało być dno parowu. Skinęłam ręką na Rogozińskiego, aby mu to pokazać. Zrozumieliśmy się w jednej chwili. Rogoziński pochwycił za ramię Tioda, który zdradzał niekłamaną ochotę pójścia za przykładem Scotta i wskazując mu przepaść, dawał na migi do zrozumienia, że ma iść przodem. Wylękły i drżący Bubis próbował się opierać. By się więc z nim nie mocować, Rogoziński zwrócił się do Krumanów, rozkazując im siłą go w dół pociągnąć. Ale i tu nieszczególnie stała nasza sprawa.
Krumani, dotychczas tak dzielni, zdemoralizowani teraz ucieczką Scotta, nastraszeni jego tchórzostwem, stali niepewni – i już, już wybuchnąć mający bunt malował się w ich chmurnych twarzach.
Chwila była nad wyraz krytyczną.
Byliśmy dwoje na dziesięciu ludzi, którzy – wiedzieliśmy to dobrze – w obawie o własne życie gotowi będą podeptać wszelką subordynację i zbiec, jeżeli im się zostawi czas do namysłu. Widząc to, chwyciłam się jedynego w takich razach środka: pseudo niedbałej wesołości.
– Jak to chłopcy! – rzekłam, zwracając się do nich żartobliwie – wy, tacy silni i odważni, boicie się pójść gdzie wasza biała Mami idzie? – To wstyd! – Patrzcie! – i nie czekając na odpowiedź, zsunęłam się pomiędzy pierwsze krzaki przepaści. Środek poskutkował.
W jednej chwili nieszczęsny Tiodo, pociągnięty przez dwóch Krumanów, znalazł się przede mną w gąszczu.
Nie było tu ani śladu ścieżki i wkrótce dalsze spuszczanie się w dół zatamowała nam zupełnie dziewicza wegetacja. Trzeba się było uciec do cutlassów. Przez dwie godziny wyrąbywaliśmy się mozolnie krok za krokiem po gwałtownym spadku i równie bystrym wdzieraniu się pod górę z drugiej strony.
Nareszcie ostatnie uderzenie cutlassów i wynurzamy się z gęstwiny tuż u samego podnóża Peaku.
Tu nowy kłopot z Bubisem. Zatrzymał się on z wyrazem niezłomnej stanowczości w swej pokiereszowanej twarzy i wręczając memu mężowi swoją fuzję, a mnie cutlassów, rozpaczliwą mimiką usiłował dać nam do zrozumienia, że możemy mu tymi narzędziami odebrać życie, jeżeli taka będzie nasza wola, lecz że żadna siła nie zmusi go wejść na szczyt z nami ani nawet dłużej w sąsiedztwie tej straszliwej góry pozostać. My nawzajem staraliśmy się wytłumaczyć mu, że nie chodzi nam bynajmniej o jego towarzystwo na Peaku, skoro ten mamy przed sobą jak na dłoni: niech tylko poczeka tutaj, aby nam powrotną drogę wskazywać. Zgodził się niby; lecz zanim jeszcze stanęliśmy na szczycie, ujrzeliśmy, jak – – nie dbając nawet o swoją fuzję, najdroższy skarb Bubisa, którą jeden z Krumanów zabrał w zakład – skoczył w gąszcz i zniknął nam z oczu.
W danej chwili jednak ucieczka jego nie zrobiła na nas wrażenia. Clarence Peak opanował nas niepodzielnie. Stąpaliśmy po krawędzi jego krateru z oczyma utkwionymi w tę jamę niegdyś ogniem ziejącą, a dziś, jak zresztą cały szczyt, porosłą rzadką, krótką trawą, z której wyzierały drobne, delikatne kwiatki, coś na kształt macierzanki, niezapominajek i stokrotek. Nie było tu żadnych wybojów ani głazów; ten Peak, tak groźny dla oka z oddali, przeobrażał się pod stopami w spokojne wzgórze.
Po drugiej stronie krateru, pędzony chłodnym północno – wschodnim wiatrem, posuwał się biały tuman mgły, grożąc, że prędzej niż my będzie u celu i zasłoni nam widok.
Trzy kwadranse trwała droga na szczyt. Gdyśmy wreszcie na nim stanęli, pierwszą rzeczą, jaką tam zobaczyliśmy, była – któżby się tego spodziewał na tym grobowcu ognia? – żywa istota a zarazem bardzo oryginalne zwierzątko, które krajowcy zwą Neba, i dziwne o nim opowiadają legendy.
O ile mi wiadomo, nie było ono jeszcze zdefiniowane przez żadnego z naturalistów i zakwalifikowanie go do tej lub owej rodziny ssących należy do przyszłości.
Zwierzę to, wielkości małego niedźwiedziątka, a nawet z kształtu do niego podobne, ma nadzwyczaj krótkie nogi, wydłużony i ryjkowato zakończony pysk, małpie, nagie uszy, i na środku grzbietu, porosłego gestem szarorudawym futrem, białą, podłużną cętkę.
Bubisi twierdzą, że gdy jedna kropla deszczu upadnie na tę cętkę, Neba zdycha: toteż za zbliżaniem się burzy przewraca się ona zawsze na wznak. Przeważnie żyje na drzewach, po których ma się piąć z chyżością wiewiórki; po ziemi jednak rusza się bardzo powoli – z łatwością więc przyszło ją złapać i z tą żywą pamiątką Peaku zaczęliśmy szukać pamiątek martwych, jakie poprzednicy nasi mieli tu zostawić.
Nie umiem wyrazić, a choćbym nawet potrafiła, to bym nie chciała kłaść w słowa głębokiego i dziwnego wzruszenia, jakiego doznałam, gdy wśród szczątków spróchniałego masztu i zardzewiałego drutu, jakim zapewne przytwierdził tu Pellon flagę hiszpańską, pod małą kupką kamieni odnaleźliśmy na wpół zakopaną w ziemię butelkę, a w niej zwitek papieru, owinięty w zmurszałe płótno.
Trzydzieści lat czekały te ślady ludzkiej ręki, aby inna dłoń sięgnęła po nie, a myśl ludzka przyniosła im bratnie pozdrowienie.
Zwitek ten był tak wilgotnym, że lękaliśmy się otwierać go tutaj; schowawszy go więc troskliwie dla wysuszenia i przeczytania już w domu w obecności generalnego gubernatora hiszpańskich kolonii w Zatoce Gwinejskiej, umieściliśmy pod strażą tych samych kamieni i rosnących obok nich nieśmiertelników lecz w hermetycznej puszce nasze własne kartki pisane w dwóch językach: polskim i angielskim i dosyć oryginalnym piórem, bo moją szpilką do włosów. Okazało się bowiem, że pióro gdzieś na noclegu zostało i tylko atrament się znalazł.
Następnie Rogoziński zabrał się do obserwacji barometrycznych i termometrycznych, będących właściwym celem wyprawy, ja zaś zrywałam nieśmiertelniki, z których uwity bukiet powędrował potem do Hiszpanii jako dar dla królowej regentki.
Przez ten czas mgły obstąpiły nas półkolem, zasłaniając północną stronę, z której przyszliśmy, lecz zostawiając widok otwarty na południową, zupełnie nam nieznaną, połowę wyspy.
Było to zbiorowisko górskich piasków z przewalającymi się pośród nich kłębami mgieł. Brzegów morza niepodobna było dojrzeć. Wszystko tonęło w chmurach; Clarence Peak zdawał się podniebną wyspą na tym szarym oceanie, gdzieniegdzie tylko rafami poprzedzieranym.
Posiliwszy się odrobiną żywności, zabraną na wszelki wypadek z noclegu, gdzie według zaręczeń Scotta mieliśmy jakoby o południu powrócić, spojrzeliśmy na zegarek. Była godzina wpół do czwartej. Należało bezzwłocznie schodzić.
Teraz dopiero po raz pierwszy cała groza położenia stanęła nam przed oczyma.
Byliśmy sami, na wysokości przeszło 3000 metrów, otoczeni mgłami, oddaleni od wszelkiej ludzkiej pomocy, bez żadnych zapasów, z jedną i pół butelką mętnej wody na dziesięcioro ludzi, zaprzepaszczeni wśród gąszczów, gdzie tylko świadome oko potrafiłoby dopatrzyć się owej nitki drożnej, co wieszając się nad przepaściami, mogła nas wywieść z labiryntu, a gdzie jeden krok w niewłaściwym kierunku groził zabłąkaniem, a co za tym idzie – śmiercią.
Tutaj dopiero, kiedy myśl i wiedza człowieka cywilizowanego cofnąć się musiały, uznając własną bezsilność, instynkt dzieci lasów wystąpił ze zbawczą potęgą. Krumani nasi jednozgodnie oświadczyli, że trafią na ślad świeżo wytrzebionej przez Tioda ścieżki w leśnej otchłani, a potem i do miejsca ostatniego noclegu. Tam mieliśmy już zastać wodę przyniesioną z Essé, żywność, namiot! Byle wiec tylko przede wszystkim dotrzeć do tego punktu, a jutro zobaczymy!
Zaczęliśmy spuszczać się szybko ze szczytu, zanurzając się w coraz głębsze mgły. Wkrótce mętną ciemną linią zarysowała się przed nami owa przepaść, której zawdzięczaliśmy dezercję pana Scotta.
Serca biły nam gwałtownie, naturalnym zresztą niepokojem. Znajdowaliśmy się rzeczywiście na krawędzi naszych losów. Tam, w głębi tej otchłani, znajdowała się nasza zguba lub ocalenie...
Gąszcze zaczynały się dopiero niżej; z początku zarośla były dosyć rzadko rozrzucone. Co będzie, jeżeli najroztropniejszy z naszych Krumanów, idący przodem, omyli się jednak i wejdzie o metr na prawo lub o metr na lewo od tej właśnie kępy, spoza której wyszliśmy tu przed paru godzinami? Nic łatwiejszego nad taką omyłkę wobec wyciągniętej linii krzaków identycznie do siebie podobnych i we mgle tonących.
Raz zaś wszedłszy pomiędzy nie, a wszedłszy mylnie, możemy się błąkać do jutra, do pojutrza, aż do ostatecznego wyczerpania z głodu, pragnienia i trudu...
Nieskończenie długim, a przecież nie więcej niż kwadrans trwającym, było krążenie wśród omglonych zarośli, które coraz stawały się gęstszymi, wyższymi, stopniowo zamieniając się w drzewa, aż obstąpił nas zbity mur roślinny, a wskroś niego, o radości! Ujrzeliśmy ślady cutlassów i połamane gałęzie ścielące nam wąski szlak poszukiwanego przejścia.
Od tej chwili szliśmy już pewnym krokiem, a gdy około wpół do siódmej znaleźliśmy się znowu przed namiotem, odpoczywając u ogniska, przy którym gotowało się jedzenie dla naszych wygłodzonych żołądków i gasząc pragnienie ostatnią butelką wybornego chłodnego piwa, otwartą dla uczczenia tej chwili, doznawaliśmy uczucia ludzi ocalonych i rozkoszujących się odzyskanym bezpieczeństwem.
Wprawdzie nie było ono jeszcze zupełnie pewnym. Przed nami leżał długi, ciężki marsz w dół górskiej puszczy; zapasy nasze były prawie na wyczerpaniu; mogliśmy się jeszcze nieskończoną ilość razy zabłąkać – czuliśmy jednak, że co najgorsze, to zostało już za nami.
Istotnie, w ciągu następnych trzech dni raz tylko zmyliliśmy drogę. Poza tym Krumani orientowali się zawsze z szybkością i pewnością oka, która nas wprawiała w zdumienie. Gdyby nie oni, bylibyśmy niechybnie zginęli.
Po tym powrotnym marszu przebiegnę szybko, jak się zazwyczaj zbiega z góry, choć, co do nas, schodziliśmy bodaj wolniej, niż wchodzili; a jak przedtem ciągle pięty krumańskie miałam na wysokości moich oczu, tak teraz musiałam uważać, aby na jaką kędzierzawą głowę nie nadepnąć. Zresztą nogi grały teraz podrzędną rolę, służąc głównie za punkt oparcia, podczas gdy korpus posuwał się na dół za pomocą ciągłego przysiadania. Była to pewna rozmaitość, nie powiem, żeby przyjemna.
Urozmaiconymi także, to w ten, to w ów sposób, bywały noclegi, z których dwa szczególniej romantycznością swoją utkwiły mi w pamięci.
Jeden był nad samiuteńkim brzegiem przepaści, w miejscu chyba najmniej ze wszystkich odpowiednim na nocleg; ale wieczór, czarny leśny wieczór, zaskoczył nas nagle i nie było wyboru. Zaledwie starczyło czasu, aby oczyścić tyle miejsca, ile wymagało rozpięcie namiotu.
Paprociowe wysokie drzewa tworzyły nad nim baldachim; od przepaści oddzielał go płotek, naprędce z kolczatych paprociowych gałęzi sklecony. Z drugiej strony grunt podnosił się tarasem, na którym parę zwalonych olbrzymich pni, obwieszonych lianami, tworzyło rodzaj groty. W tej grocie Krumani rozpalili ogień i wtedy ten namiot, te kołyszące się nad nim paprociowe wachlarze, ten płotek kapryśny, szwajcarskie płotki przywodzący na pamięć, ta niby jaskinia na podwyższeniu z płonącym w jej wnętrzu ogniskiem – wszystko to, oprawne w przepaścistą czarną ramę lasu, zawieszone nad zrębem otchłani, złożyło się na jakiś niby alpejski, dziwnie dziki a dziwnie uroczy obrazek.
Nazajutrz znowu zachód słońca zastał nas w tak wielkim gąszczu, że zanim Krumani uporali się z połową potrzebnego na nocleg placu, ciemność ogarnęła nas zupełna. Nasz zapas świec już od kilku dni był wyczerpany, ludzie błądzili po omacku, szukając jako tako suchego drzewa na ogień, żeby przy jego świetle dalsze wyrąbywanie prowadzić, a my przez ten czas siedzieliśmy na pakach, nie widząc się nawzajem.
Za to dokoła nas, jak deszcz diamentów, sypały się złotawe punkciki świetlików, których nigdy przedtem ani potem w takiej obfitości nie widziałam, i rozchodziła się upajająca woń orchidei. Kolekcjonowaliśmy te piękne porosty po drodze wraz z mchami, przeznaczonymi dla profesora Rehmana; lecz nie zdarzyło nam się widzieć nigdzie kwitnącego storczyka. Tymczasem mocny zapach wanilii wymownie o jego bliskiem sąsiedztwie świadczył. Nazajutrz rano obiecywałam sutą nagrodę jednemu z Krumanów, aby tylko wynalazł mi ten kwiat, ale poszukiwania jego były daremne.
Piątego dnia od zejścia z Peaku, w południe, wchodziliśmy do Bau Besé.
Przyjęto nas tu inaczej, niż przed dziesięcioma dniami. Mieszkańcy pochowali się po chatach jakby w obawie zemsty i dopiero po długiem czekaniu na placyku kacykowego domostwa jednooki Butuku wyczołgał się drżący cały, a za nim parę żon jego niosło przeznaczoną dla Tioda zapłatę: fuzję, proch i tytoń. Wszystko to kacyk złożył przed nami, a wyraz jego szpetnej twarzy przy tej restytucji był tak zabawnym, że nie mogłam wstrzymać się od śmiechu. Przebijało się w nim i poczucie winy, i żal zwracanych skarbów, i lękliwa nadzieja, że może biały człowiek ulituje się i zostawi je pomimo wszystko.
Nadzieja ta spełniła się zresztą. Czyż można było stosować miarę wymagań etycznych do istoty rządzącej się tylko instynktem, jak Tiodo? Instynkt kazał mu uciekać, więc uciekł. O tym, że istnieje taka rzecz jak obowiązek nie mógł nigdy słyszeć; cóż dziwnego, że nas porzucił? Ale cywilizowany Mister George Scott słyszał o tym i z nim inna miała być sprawa. Źle też trafił ten dżentelmen ze swoją bolejącą postawą, z jaką, zaobserwowawszy widocznie z ukrycia, że panuje atmosfera pobłażliwości, stanął raptem przed nami, istny obraz niewinnie cierpiącej ofiary. Udaliśmy, że go nie spostrzegamy; wtedy on głosem przewlekłym i płaczliwym zaczął się skarżyć, że po tylu trudach i niewygodach ciężka febra go trapi, że lęka się, aby tego życiem nie przypłacił; na wypadek jednak, gdyby go jeszcze śmierć oszczędziła, ma niepłonną nadzieję, że Mister wypłaci mu jego dwanaście skrzynek dżynu. Boć, ostatecznie, Mister i Missis byli na Peaku, więc on święcie swego zobowiązania dotrzymał.
Jako dowód niezmiennej przyjaźni ofiarowuje nam skórę małpy, którą Tiodo w lesie zastrzelił, a wzajem prosi, aby go zabrać naszą łodzią do Bassuali, koniecznie o to prosi – bo inaczej, Bóg wie kiedy dostanie się do domu.
Za całą odpowiedź wstaliśmy, zabierając się do ostatecznej części marszu: zejścia na wybrzeże. Pan Scott ze swoją małpią skórą powlókł się za nami, mrucząc i stękając.
Wielki, bo wielki czas to był znaleźć się już raz w domu. Skrzynie nasze z prowizjami były zupełnie puste, odzienie poszarpane, obuwie ledwo trzymało się na pokrwawionych i obrzękłych stopach, zwłaszcza u mnie, a prócz tego, od ciągłego ściskania przez dziesięć dni w ręku góralskiego kija, palce mi tak zesztywniały, że prawie traciłam w nich władze.
Nazajutrz wieczorem byliśmy już u siebie.
W kilka dni potem, wobec generalnego gubernatora posiadłości hiszpańskich w Zatoce Gwinejskiej, wszystkich oficerów marynarki i urzędników cywilnych nastąpiło otwarcie znalezionego na szczycie dokumentu.
Składał się on z dwóch kawałków pożółkłego papieru. Na jednym dawały się jeszcze odczytać następujące słowa:
Hoy el de Abril ha llegado a este punto Don Julian Pellon y Rodriguez Comisario Especial... Tu wilgoć wydarła znaczną część kartki.
Pozostał końcowy ułamek ze słowami: boca a bajo, con un papel podrido, llado en un trapo, que se supone colocada por el antiguo Gobernador de la Isla Mr. Becroft.. Se ruega Ia conservacion de este apunto donde Ie deja su autor.
Co znaczy: „Dziś, n-go kwietnia, dotarł do tego punktu Don Julian Pellon y Rodriguez, komisarz szczególny...”. A dalej: „Szyjką na dół” (odnosi się to do znalezionej przez Pellona butelki) „a w niej zmurszały papier, owinięty w płótno, prawdopodobnie złożony tu przez dawniejszego gubernatora Wyspy, Mr. Becrofta. Uprasza się o pozostawienie tego dokumentu na miejscu, gdzie go składa jego autor. Julian Pellon y Rodriguez”.
Nie znając treści dokumentu w chwili zabrania go, nie mogliśmy, rzecz prosta, uszanować woli hiszpańskiego eksploratora. Myślę jednak, że gdyby żył dotąd, nie byłby nam wziął tego za złe, choćby ze względu na to, iż to była ręka kobiety, która popełniła tę mimowolną niedyskrecję i zaniosła do Europy dowód jego dzielności.
