Jan Potocki


Rękopis znaleziony w Saragossie



Tom I

Dzień I

Wstęp

 Hrabia Olavidèz jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo które oddziela Andaluzyą od Manszy, zamieszkiwali w ówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku cyganów o których mówiono że pożerali ciała zabitych wędrowców. Ztąd nawet poszło hiszpańskie przysłowie: Las Gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres. — Nie dość na tem. Podróżny który odważał się zapuszczać w tę dziką okolicę napastowany bywał (jak mówiono) przez tysiączne okropności, na widok których drżała najzimniejsza odwaga. Słyszał płaczliwe głosy mieszające się z hukiem potoków, śród poświstu burzy mamiły go błędne ogniki, a niewidome ręcę popychały w bezdenne przepaście.
 Wprawdzie można było czasami znaleźć na tej strasznej drodze jaką Ventę czyli samotną gospodę, ale duchy, bardziej djabelskie niż sami oberżyści, zmusiły tych ostatnich do ustąpienia im miejsca i oddalenia się w kraje gdzie jedynie głos ich sumienia przerywał im spoczynek, a z dwojga złego jedno wybierając, oberżyści woleli z tym drugim mieć do czynienia. Sam gospodarz z Anduhar zaświadczał się ś. Jakubem z Kompostelli, że w opowiadaniach tych żadnego fałszu nie było. Nakoniec dodawał, że zbiry świętej Hermandady zawsze wymawiali się od wycieczek w góry Sierra Morena, podróżni zaś przekładali jechać na Jaen lub Estramadurę.
 — Odpowiedziałem mu na to, że ten wybór mógł przypadać do smaku podróżnym zwyczajnego rodzaju, ale że gdy król Don Phêlipe quinto raczył zaszczycić mnie godnością kapitana w gwardyi wallońskiej, święte prawa honoru nakazywały mi udać się najkrótszą drogą do Madrytu, chociażby takowa była razem najniebezpieczniejszą.
 «Młody Panie — odparł gospodarz — Wasza Miłość dozwoli mi zwrócić uwagę, że jeżeli król zaszczycił was stopniem kapitana zanim najlżejszy mech nieuczynił tego sammego zaszczytu brodzie Waszej Miłości, słusznem byłoby przedewszystkiem dać dowody roztropności, tem bardziej że skoro złe duchy raz się do jakiego miejsca przywiążą...» Byłby mi jeszcze więcej nabredził, ale spiąłem konia ostrogami i wtedy dopiero zatrzymałem się gdym sądził że mnie już słowa jego nie dojdą. Natenczas obróciwszy się dostrzegłem go wywijającego rękami i wskazującego mi drogę na Estremadurę. Służący mój Lopez i przewodnik Moskito, poglądali na mnie litościwym wzrokiem który zdawał się potwierdzać przestrogi oberżysty. Udawałem jakobym nic tego nie rozumiał i zapuściłem się między zarośle gdzie następnie założono osadę nazwaną Carlota.
 Na miejscu gdzie dziś stoi dom pocztowy, znajdowało się wówczas schronienie znane od mulników i nazwane Los Alcornoques czyli «Zielone dęby,» z powodu że dwa piękne drzewa tego rodzaju ocieniały obfite źródło ocembrowane białym marmurem. Była to jedyna woda i jedyny cień jaki można było napotkać od Anduhar aż do gospody Venta Quemada, obszernej i wygodnej, chociaż wystawionej pośród pustyni. Właściwie mówiąc, był to zamek maurytański który Margrabia Penna Quemada kazał wyporządzić i ztąd nazwano go Venta Quemada. Margrabia wynajął go następnie pewnemu mieszkańcowi z Murcyi który w nim założył najznaczniejszą w całym trakcie gospodę. Podróżni więc wyjeżdżali rano z Anduhar, obiadowali w Los Alcornoques zapasami jakie ze sobą przywieźli, i udawali się na nocleg do Venta Quemada. Tam często następny dzień przepędzali, ażeby przygotować się do przebycia gór i zaopatrzyć w nowe zapasy.
 Taki był plan i mojej podróży.
 Ale właśnie gdy zbliżaliśmy się do zielonych dębów i wspominałem Lopezowi o potrzebie posiłku, spostrzegłem że Moskito znikł nam wraz z mułem ojuczonym wszystkiemi zapasami. Lopez odrzekł mi że przewodnik pozostał kilka staj za nami aby poprawić coś przy jukach. Czekaliśmy na niego, postąpiliśmy kilka kroków naprzód potem znowu zatrzymaliśmy się, wołaliśmy, wróciliśmy tą samą drogą aby go wynaleźć, ale wszystko napróżno.
 Moskito znikł i uniósł z sobą nasze najdroższe nadzieje, to jest cały obiad. Ja sam tylko byłem na czczo, Lopez bowiem przez cały czas zajadał ser z Tobozo który wziął ze sobą na drogę, mimo to jednak bynajmniej niebył weselszym odemnie i mruczał między zębami, że gospodarz z Anduhar miał słuszność i że pewno złe duchy porwały biednego Moskita.
 Przybywszy do Alcornoques ujrzałem przy źródle koszyk nakryty winnym liściem; musiały w nim być owoce zapomniane przez jakiego podróżnego. Ciekawie pogrążyłem weń rękę i z przyjemnością znalazłem cztery piękne figi i pomarańczę. Ofiarowałem dwie figi Lopezowi, ale podziękował mi mówiąc, że woli zaczekać do wieczora. Zjadłem więc sam wszystko i następnie chciałem napić się wody ze źródła. Lopez wstrzymał mnie, dowodząc że woda szkodzi po owocach i podał mi trocha pozostałego mu jeszcze Alikantu. Przyjąłem jego ofiarę, ale zaledwie uczułem wino w żołądku gdym doznał nagłego ściśnienia serca, i byłbym niezawodnie zemdlał gdyby Lopez niebył mi pośpieszył na pomoc. Otrzeźwił mnie mówiąc że niepowinienem się dziwić i że stan ten pochodził z czczości i znurzenia. W istocie nie tylko odzyskałem siły ale nawet czułem się w stanie nadzwyczajnego rozdraźnienia. Okolica zdawała się połyskiwać tysiącznemi barwami, przedmioty zaiskrzyły się w mych oczach jak gwiazdy podczas letniej nocy i krew zaczęła mi bić gwałtownie zwłaszcza na szyi i skroniach.
 Lopes widząc żem przyszedł do siebie jął znowu rozwodzić narzekania: «Niestety — mówił — dla czegóżem nie radził się Fra Hieronimo della Trinidad, mnicha, kaznodzieję, spowiednika i wyrocznię naszej rodziny; niedarmo jest on szwagrem pasierba świekry ojczyma mojej macochy, a tak bądąc naszym najbliższym krewnym niepozwala aby co stało się w domu bez jego porady. Niechciałem go słuchać i dobrze mi teraz. Jednakże często mi powiadał, że officerowie z gwardyi wallońskiej byli narodem heretyckim, co też łatwo poznać po ich jasnych włosach, błękitnych oczach i czerwonych policzkach, wtedy gdy reszta uczciwych chrześcijan jest koloru Madony z Atocha malowanej przez świętego Łukasza.»
 Wstrzymałem ten potok zuchwalstw, rozkazując Lopezowi podać mi dubeltówkę i pozostać przy koniach, podczas gdy sam chciałem się wdrapać na góry w nadziei że odkryję zabłąkanego Moskita. Na te słowa Lopez zalał się łzami i rzucając się do mych nóg, zaklinał na imiona wszystkich świętych aby go nie zostawiać samego w tak niebezpiecznem miejscu. Chciałem więc sam przypilnować koni a jego posłać na wyszukanie Moskita, ale ten zamiar jeszcze bardziej go przestraszał. Nakoniec przytoczyłem mu tyle dobrych przyczyn, że wreszcie pozwolił mi odejść i dobywszy z kieszeni różańca począł żarliwie się modlić.
 Wierzchołki gór na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone niżeli na pierwszy rzut oka mniemałem, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem na nie się dostać. Stanąwszy na szczycie ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiego mieszkania, żadnej drogi prócz tej którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem — echo mi tylko odpowiedziało w oddali. Nakoniec wróciłem do źródła, znalazłem mego konia przywiązanego do drzewa ale Lopez znikł bez żadnego śladu. Miałem dwie drogi przed sobą: albo wrócić do Anduhar, albo puścić się w dalszą podróż. Uskutecznienie pierwszego zamiaru nie przyszło mi wcale na myśl, dosiadłem więc konia i puściwszy go wyciągniętym kłusem, po dwóch godzinach przybyłem nad brzegi Guad-al-Quiwiru, który tam wcale nie roztacza się tem spokojnem i wspaniałem korytem jakiem oblewa mury Sewilli. Guad–al–Quiwir przy wypływie z gór pędzi bystrym potokiem bez dna i brzegów, i tłucze fale o skały które mu co chwila w biegu zawadzają.
 Dolina Los Hermanos zaczyna się w miejscu zkąd Guad–al–Quiwir rozlewa się po płaszczyznie. Dolina wzięła nazwę od trzech braci, których wspólna skłonność do rozbojów łączyła daleko więcej niż stosunki pokrewieństwa. Miejsce to długo było widownią niecnych ich postępków. Z trzech braci, dwóch pojmano, i przy wejściu do doliny można było widzieć ciała ich bujające na szubienicach, trzeci zaś nazwiskiem Zoto uciekł z więzień Kordowy i jak mówiono, schronił się w pasmo Alpuhary.
 Dziwne wieści rozpowiadano o dwóch powieszonych braciach; wprawdzie nie mówiono żeby byli upiorami, ale utrzymywano że nieraz w nocy, ciała ich ożywione szatańską potęgą odwiązywały się z szubienic i niepokoiły żyjących. Tę pogróżkę za tak pewną uważano; że pewien teolog z Salamanki napisał obszerny traktat w którym dowodził, że wisielcy sprowadzeni byli do stanu widmowego, czego już nieraz w świecie widziano przykłady, tak że nakoniec najsilniej wątpiący zmuszeni byli uwierzyć. Chodziły także pogłoski, że potępiono niewinnie tych dwóch skazanych, i że mszcząc się za pozwoleniem nieba, dręczyli podróżnych i innych przechodniów. Wiele nasłuchałem się o tem w Kordowie i ztąd zdjęła mnie ciekawość zbliżyć się do szubienicy. Widok ten był tem obrzydliwszy, że podczas gdy wiatr bujał ohydnemi trupami, straszne sępy szarpały im wnętrzności i oskubywały z ostatków ciała. Ze zgrozą odwróciłem oczy i zapuściłem się w góry.
 Trzeba przyznać że dolina Los Hermanos, zdawała się nader przyjazną dla zbójeckich przedsięwzięć, zewsząd bowiem zabezpieczała złoczyńcom miejsca schronienia. Co chwila zatrzymywały podróżnego z gór odwalone skały lub odwieczne drzewa wywrócone przez burze. W wielu miejscach droga przecinała łożysko potoku i mijała głębokie jaskinie których sam widok, nieufność obudzał. Przebywszy tę dolinę wszedłem w drugą i dostrzegłem gospodę w której miałem szukać przytułku, ale z dala już powierzchowność jej nic dobrego mi nie wróżyła. Rozpoznałem że niebyło okien ani okiennic, dym nie buchał z komina, żadnego ruchu dokoła nie było widać i żaden pies nieoznajmiał mojego przybycia. Ztąd wniosłem że gospoda ta była jedną z tych jakie, według powieści oberżysty z Anduhar, opuszczono raz na zawsze.
 Im więcej zbliżałem się do gospody tem milczenie głębszem mi się zdawało. Nareszcie przybyłem i ujrzałem przy wejściu pień przeznaczony do zbierania jałmużn, na którym wyczytałem następujący napis: «Panowie podróżni, módlcie się przez miłosierdzie za duszę Gonzaleza z Murcyi, dawnego gospodarza z Venta Quemada. Nadewszystko mijajcie to miejsce i pod żadnym warunkiem nie przepędzajcie tu nocy.»
 Postanowiłem śmiało oczekiwać niebezpieczeństw jakiemi ten napis zagrażał, wcale nie dla tego abym niebył przekonany o istnieniu duchów, ale jak dalszy ciąg tej historyi pokaże, w całem mojem wychowaniu najwięcej zwrócono uwagę na wyrobienie we mnie uczucia własnego honoru.
 Słońce nie było jeszcze zupełnie zaszło i korzystałem z ostatnich jego promieni aby obejrzeć to mieszkanie, prawdę mówiąc, nie tyle dla zabezpieczenia się przeciw potęgom piekielnym, jak raczej dla wynalezienia jakiej żywności, gdyż ta drobnostka którą znalazłem był w Alcornoques, zaledwie na chwilę mogła wstrzymać ale nigdy zaspokoić głodu jaki mnie trawił. Przeszedłem przez kilka izb i obszernych komnat. Większą część zdobiła mozaika do wysokości czlowieka, sufity zaś pokrywały wspaniałe rzeźby, jakiemi przed laty słusznie szczycili się Maurowie. Zwiedziłem kuchnią, poddasza i piwnice; te ostatnie wykute były w skale, niektóre z nich łączyły się z podziemiami które zdawały się daleko w głąb gór przedłużać, ale posiłku nigdzie znaleźć nie mogłem. Wreszcie gdy poczęło się zmierzchać poszedłem po konia który dotąd przywiązany stał na podwórzu, zaprowadziłem go do stajni gdziem spostrzegł wiązkę siana, sam zaś udałem się do izby gdzie leżała garść słomy, jedyne posłanie jakie zostawiono w całej gospodzie. Pragnąłem zasnąć ale nadaremnie, a tu jak na przekorę nie tylko jadła ale i światła nie mogłem wynaleźć.
 Tymczasem im noc stawała się ciemniejszą tem moje myśli przybierały coraz czarniejszą barwę. To dumałem o nagłem zniknięciu moich dwóch służących, lub znowu o sposobach jakiemi mógłbym gdzie się posilić. Myślałem że złodzieje nagle wyszedłszy z krzaków lub jakiej kryjówki, schwytali. Lopeza i Moskita, że zaś mnie bali się zaczepić widząc moją postać wojskową, która im bynajmniej nie obiecywała tak łatwego zwycięztwa.
 Głód tłumił wszystkie moje uwagi, widziałem wprawdzie kozy na górach, bezwątpienia i pasterz musiał się przy nich znajdować i niepodobieństwem było żeby niemiał przy sobie mleka i chleba. Nadto liczyłem także na moją strzelbę. Ale za nic w świecie niebyłbym wrócił do Anduhar, tak dalece obawiałem się wystawić na szyderskie zapytania oberżysty. Postanowiłem bez wahania puścić się w dalszą drogę.
 Wszystkie te uwagi były już wyczerpane, niemogłem wstrzymać się od powtórzenia w pamięci znanej historyi fałszerzów monet, i wielu innych w podobnym rodzaju któremi kołysano moje dziecinne lata. Również przychodził mi na myśl napis umieszczony na pniu do jałmużn. Nieprzypuszczałem ażeby djabeł skręcił był kark przeszłemu oberżyście, ale nie mogłem sobie wytłómaczyć jego smutnego zgonu.
 Takim sposobem mijały godziny, gdy nagle zadrżałem na niespodziewany głos dzwonu. Usłyszałem dwanaście uderzeń, a jak wiadomo, złe duchy mają tylko władzę od północy do pierwszego piania koguta. W istocie mogłem być zdziwiony gdyż zegar nie bił poprzednich godzin, nareszcie dźwięk ten tętniał mi w uszach grobowo. Po chwili otworzyły się drzwi izby i ujrzałem wchodzącą czarną postać ale bynajmniej nie straszną, była to bowiem piękna do pól naga murzynka z pochodnią w każdej ręce.
 Murzynka zbliżyła się, złożyła mi głęboki ukłon i temi słowy odezwała się w czystym hiszpańskim języku: «Senor kawalerze, dwie cudzoziemki które przepędzają noc w tej gospodzie, proszą abyś raczył podzielić z niemi wieczerzę. Racz udać się za mną.» Pośpieszyłem za murzynką i przeszedłszy kilka kurytarzy znalazłem się w rzęsisto oświeconej komnacie, pośród której stał stół z trzema nakryciami, uginający się pod japońską porcelaną i puharami z górnego kryształu. W głębi komnaty wznosiło się wspaniałe łoże. Kilka innych murzynek krzątało się pilnie wedle służby, ale nagle rozstąpiły się we dwa szeregi i ujrzałem wchodzące dwie kobiety; płeć ich z róż i lilji utkana dziwnie odbijała się od czarnej barwy ich powiernic. Obie młode kobiety trzymały się za ręce. Szczególnie były ubrane, przynajmniej tak mi się wydało, aczkolwiek poźniej w dalszych moich podróżach przekonałem się, że był to zwykły strój jakiego używano na brzegach barbaryjskich. Ubiór ten składał się ze zwierzchniej szaty i gorsetu. Suknia, czyli raczej tunika z ciemnego płótna nie dochodziła całkiem do kolan, dalej zaś aż do kostek, składała się z gazy z Méquinez, tkaniny prawie zupełnie przeźroszystej, gdyby szerokie wstęgi jedwabne jedne obok drugich spływające nie zasłaniały wdzięków które tyle pod tem lekkiem pokryciem zyskiwały. Gorset bogato perłami haftowany i zdobny w dyamentowe zapinki, szczelnie więził śnieżyste łono — rękawy zaś od koszuli, także gazowe, związane były na plecach. Kosztowne bransolety pokrywały ich ramiona. Nóżki tych nieznajomych — nóżki powtarzam, które winny były być pokrzywione i zakończone szponami, gdyby były do złych duchów należały, przeciwnie, skrywały drobne paluszki w małych wschodnich papuciach. — Obrączki dyamentowe otaczały je przy kostkach.
 Nieznajome zbliżyły się ku mnie z uprzedzającym uśmiechem. Każda z nich była w odmiennym rodzaju doskonałą pięknością. Jedna wysoka, giętka, wspaniała, druga zaś mniejsza ale za to łagodna i bojaźliwa.
 Kibić i rysy starszej na pierwszy rzut oka zadziwiały regularnością. Młodsza była bardziej ujmującą i zachwycała drobnemi usteczkami, i niezwykłym blaskiem oczu cienionych długiemi jedwabnemi rzęsami. Starsza temi słowy odezwała się do mnie w czystym kastylskim narzeczu: «Senor kawalerze, dziękujemy ci za uprzejmość z jaką raczyłeś przyjąć tę skromną wieczerzę. — Mniemam że czujesz jej potrzebę.» Ostatnie te słowa wyrzekła z tak złośliwym uśmiechem że w tej chwili posądziłem ją o nakazanie uprowadzenia mego muła z zapasami. W każdym jednak razie niemożna było się gniewać; strata moja sowicie była wynadgrodzoną.
 Siedliśmy do stołu, i ta sama kobieta rzekła przysuwając naczynie z japońskiej porcelany: «Senor kawalerze, znajdziesz tu Ollapodrida złożoną z mięs wszelkiego rodzaju, oprócz jednego, gdyż my jesteśmy wierne, czyli wyraźniej mówiąc, Muzułmanki.» — «Piękna cudzoziemko, — odpowiedziałem — bezwątpienia prawdę wyrzekłaś, komuż słuszniej przystoi mówić o wierności? jestto religija serc prawdziwie kochających. Wszelako zanim zaspokoicie mój głód, raczcie uczynić to naprzód z moją ciekawością i powiedzcie mi kto jesteście?» — «Jedz tymczasem, Senorze — odparła piękna Maurytanka — dla ciebie nie mamy żadnych tajemnic. Nazywam się Emina a moja siostra Zibelda, mieszkamy w Tunis, ale nasza rodzina pochodzi z Grenady i niektórzy z naszych krewnych zostali w Hiszpanji gdzie pokryjomu wyznają wiarę ojców. Ośm dni temu jak opuściłyśmy Tunis i wylądowałyśmy na pustym brzegu blizko Malagi. Następnie przybyłyśmy między Sohha i Antequerra, wreszcie dostałyśmy się tutaj aby zmienić ubiór i zabezpieczyć się przeciw poszukiwaniom. Widzisz zatem Senor że nasza podróż jest ważną tajemnicą którą powierzamy twojej uczciwości.» Zapewniłem piękne podróżniczki że z mojej strony nie mają się czego obawiać i zacząłem się posilać, wprawdzie nieco żarłocznie, zawsze jednak z pewnym wdziękiem, o jakim nigdy niezapomina młody człowiek gdy sam jeden znajduje się w towarzystwie kobiet.
 Gdy spostrzeżono żem pierwszy głód zaspokoił i że zabierałem się do tego co nazywają: w Hiszpanji Las Dolces, piękna Emina rozkazała murzynkom aby mi pokazały jak w ich ojczyźnie tańcują. Zdawało się że żaden rozkaz niemógł być dla nich przyjemniejszym. Wypełniły go z żywością która nawet cokolwiek przechodziła w swawolę. Zapewne niebyłbym nigdy w stanie położyć koniec tym pląsom, gdybym nie był zapytał piękne nieznajome czyli one także czasami oddawały się tej rozrywce. Za całą odpowiedź powstały i kazały sobie podać kastaniety. Taniec ich trzymał środek między Bolero i Foffą które tańcują w Algarwach. Ci którzy zwiedzali te kraje chociaż łatwo mogą sobie przypomnieć te poruszenia, jednakże nigdy nie zdołają pojąć uroku jaki dodawały im wdzieki dwóch Afrykanek, osłonione przezroczystemi fałdy spływającemi po nadobnych kibiciach.
 Długo, spokojnie poglądałem na zachwycające tancerki, nakoniec poruszenia ich coraz gwałtowniejsze, odurzający dźwięk mauretańskiej muzyki, rozognione zmysły obfitym posiłkiem, wszystko to razem mimowolnie wnieznany dotąd obłęd porywało mnie. W istocie niewiedziałem czy to były kobiety lub też podstępne jakie widziadła. Nieśmiałem spojrzeć, zakryłem dłonią oczy i w tej chwili uczułem że tracę przytomność.
 Obie siostry zbliżyły się do mnie i każda z nich ujęła mnie za rękę. Emina troskliwie dowiadywała się o moje zdrowie; zaspokoiłem ją. Zibelda tymczasem pytała cobyto był za medalion który spoczywał na moich piersiach — zapewne wizerunek kochanki? — «Jestto klejnot, odpowiedziałem, który mam od matki i którego obiecałem nigdy niezdejmować; zawiera on cząstkę prawdziwego krzyża.» Na te słowa Zibelda cofnęła się i zbladła.
 «Trwożysz się, — mówiłem dalej, — przecież złe duchy tylko lękają się krzyża.» Emina odpowiedziała za siostrę: «Senor kawalerze, wiesz że jesteśmy Muzułmankami, i nie powinieneś dziwić się nad przykrością jaką ci mimowolnie moja siostra sprawiła. Wyznaję że tego samego jestem zdania i przykro nam że najbliższy nasz krewny wyznaje wiarę Chrystusa. Ta mowa cię zadziwia — ale wszakże twoja matka rodzi się z Gomelezów? my także należymy do tej rodziny która wiedzie ród swój od Abenseragów — ale siądźmy na tej sofie a więcej ci opowiem.»
 Murzynki oddaliły się. Emina posadziła mnie w kącie sofy i podwinąwszy nogi pod siebie, usiadła przy mnie. Zibelda położyła się z drugiej strony, wsparła na mojej poduszce i tak blizko byliśmy jedno od drugiego, że nasze oddechy razem się mięszały. Emina zdawała się dumać przez chwilę, następnie rzucając na mnie wejrzenie pełne uczucia wzięła mnie za rękę i w te słowa zaczęła:
 «Wcale nie pragnę ukrywać przed tobą kochany Alfonsie, że nie prosty przypadek nas tu sprowadza. Czekałyśmy tu na ciebie, a gdybyś powodowany bojaźnią obrał inną drogę, byłbyś na zawsze postradał nasz szacunek.»
 «Pochlebiasz mi piękna Emino, — odrzekłem, — i nie pojmuję dlaczego cię tak zajmuje moja odwaga.»
 «Twoja osoba nader nas zajmuje, — mówiła dalej Maurytanka, — ale może mniej ci to będzie pochlebiać gdy się dowiesz że jesteś pierwszym mężczyzną jakiego w życiu spotykamy. Dziwią cię moje słowa i zdajesz się powątpiewać o ich prawdzie. Obiecałam ci opowiedzieć historyą naszych przodków, ale zapewne lepiej będzie gdy zacznę przez własną.
 «Ojcem naszym jest Jazir Gomelez wuj panującego dziś Deja w Tunis. Niemiałyśmy brata, nieznałyśmy nigdy ojca a od pierwszych lat będąc zamkniętemi w murach seraju, zbywało nam na najmniejszem o waszej płci pojęciu. Natura jednak obdarzyła nas niewypowiedzianą skłonnością do miłości i w braku innych osób pokochałyśmy się wzajemnie. Przywiązanie to zaczęło się od pierwszych lat dziecinnych. Płakałyśmy gdy chciano nas chociaż na chwilę rozdzielić W dzień bawiłyśmy się przy jednym stoliku a w nocy podzielałyśmy jedno posłanie. To tak żywe uczucie zdawało się razem z nami wzrastać i nowych sił nabrało przez okoliczność którą ci opowiem. Miałam w tedy 16 lat a moja siostra 14. Oddawna uważałyśmy że nasza matka pilnie przed nami niektóre książki chowała. Z początku zwracałyśmy na to mało uwagę i tak dość już znudzone książkami na których nas czytać uczono, ale z wiekiem przyszła nam ciekawość... Wypatrzyłyśmy chwilę gdzie zakazana szafka była otwartą i szybko porwałyśmy mały tomik który opisywał: Miłostki Medżenuna i Leili tłumaczone z perskiego przez Ben–Omri. To zachwycające dzieło, ognistemi barwami malujące rozkosze miłości, zapaliło nasze młode głowy. Niemogłyśmy ich zrozumieć, niewidząc nigdy osób waszej płci, ale powtarzałyśmy sobie nowe dla nas wyrażenia. Przemawiałyśmy mową kochanków i nakoniec zapragnęłyśmy kochać się ich sposobem. Ja wzięłam na siebie rolę Medżenuna, siostra zaś moja Leili. Naprzód oświadczyłam jej moją namiętność układając kwiaty w bukiecie. Jest to rodzaj wzajemnego porozumienia się w całej Azyi używany; następnie rzucałam jej pełne ognia spojrzenia, padałam przed nią na kolana, całowałam ślady jej stóp, zaklinałam wietrzyk aby jej moje żale zanosił, i chciałam go rozpłomienić: gorącemi westchnieniami.
 Zibelda wierna naukom swego mistrza, naznaczyła mi schadzkę. Upadłam jej do nóg, ściskałam ją za ręce, oblewałam łzami jej nogi. Kochanka moja z początku lekki opór stawiała, po chwili jednak dozwalała mi ukraść kilka pocałunków i wreszcie podzielała zupełnie wrzące moje uczucia.
 Dusze nasze zdawały się razem zlewać i doskonalszego szczęścia nie pojmowałyśmy. Nie pamiętam jak długo bawiły nas te dziecinne igraszki, ale niebawem gwałtowność naszych uczuć znacznie się uspokoiła.
 Powzięłyśmy chęć do niektórych nauk, szczególnie zaś do znajomości roślin o przymiotach których, jak wiesz, sławny Averroes napisał ogromne dzieło.
 Matka moja w przekonaniu że niemożna dość się uzbroić przeciw nudom seraju, z przyjemnością poglądała na nasze zatrudnienia i chcąc nam ułatwić naukę, kazała sprowadzić z Mekki świętą niewiastę nazwaną Hazareta, czyli święta świętych. Hazareta uczyła nas praw proroka i wykładała nam nauki tym czystym i melodyjnym językiem, jakiego używa dziś jedno tylko pokolenie Horeisz. Niemogłyśmy dość się jej nasłuchać i niebawem umiałyśmy cały koran na pamięć Następnie nasza matka opowiadała nam historyą naszej rodziny i udzieliła nam mnóstwo pamiętników, z których jedne były pisane po arabsku, inne zaś po hiszpańsku. Drogi Alfonsie, nieuwierzysz jak nam zbrzydła wasza religia, jak znienawidziłyśmy jej kapłanów. Z drugiej za to strony koleje i nieszczęścia rodziny, której krew w żyłach naszych płynęła, niesłychanie nas zajmowały. Raz unosiłyśmy się nad Saidem Gomelezem, który cierpiał męczeństwa w więzieniach inkwizycyi, to znowu nad jego synowcem Leissem, który długi czas prowadził w górach życie dzikie i mało różne od zwierząt drapieżnych. Takowe opisy obudziły w nas ciekawość męzczyzn, chciałyśmy ich widzieć, i często wstępowałyśmy na taras ogrodowy aby choć z daleka spostrzedz majtków okrętowych lub wiernych śpieszących do kąpieli Haman Nefu. Chociaż niezapomniałyśmy nauk zakochanego Medżenuna, jednak odtąd nigdy już więcej ich nie powtarzałyśmy. Mniemałam nawet, że w uczuciu mojem dla siostry wygasła zupełnie namiętność, gdy wtem nowy wypadek przekonał mnie że się myliłam.
 Pewnego dnia, matka nasza przyprowadziła nam jakąś księżnę z Tafiletu, kobietę podeszłą już w lata. Przyjęłyśmy ją jak można najlepiej. Po skończonych odwiedzinach, matka oznajmiła mi że księżna żądała mnie w zamęźcie dla swego syna, moja siostra zaś przeznaczona była za żonę jednemu z Gomelezów. Wiadomość ta gromem nas raziła. Naprzód niemogłyśmy słowa jednego wymówić, później nieszczęście tego rozdzielenia tak żywo przedstawiło się przed naszemi oczyma, żeśmy się oddały najgwałtowniejszej rozpaczy. Wyrywałyśmy sobie włosy i cały seraj rozlegał się naszemi krzykami. Nareszcie gdy te oznaki naszej boleści zaczęły przechodzić w szaleństwo, matka nasza przelękła obiecała nas nie przymuszać, i zaręczyła nam wolność zostania dziewczętami, lub zaślubienia tego samego męzczyzny. Te zapewnienia na jakiś czas nas uspokoiły.
 Wkrótce potem matka przyszła nam powiedzieć, że mówiła z naczelnikiem naszej rodziny, i że ten zezwolił abyśmy były poślubione jednemu mężowi z warunkiem, aby ten małżonek pochodził z rodziny Gomelezów.
 Nic na to nie odrzekłyśmy, ale ta myśl posiadania jednego męża, z każdym dniem bardziej nam się uśmiechała. Dotąd niewidziałyśmy ani starego ani młodego męzczyzny chyba bardzo z daleka; ale ponieważ młode kobiety zdawały nam się przyjemniejszemi niż stare, pragnęłyśmy przeto aby nasz małżonek był także młodym. Spodziewałyśmy się że nam potrafi wytłumaczyć niektóre ustępy z książki Ben–Omri, których same niebyłyśmy w stanie zrozumieć»
 Tu Zibelda przerwała siostrze i ściskając mnie w objęciach, rzekła:
 «Kochany Alfonsie, czemuż nie jesteś Muzułmanem, jakże byłabym szczęśliwą gdybym widząc cię na łonie Eminy mogła także nazywać się twoją małżonką, gdyż w naszym domu równie jak w rodzinie proroka, córki mają prawo do dziedzictwa. Od ciebie więc może zależy zostać naczelnikiem naszej rodziny która już chyli się ku upadkowi. Dość byłoby do tego otworzyć serce świętym promieniom naszego wyznania.»
 Słowa te tak mi się wydały podobnemi do pokus djabelskich, że upatrywałem tylko czy nie dojrzę śladów rożków na pięknem czole Zibeldy. Przebąknąłem kilka słów o świętości mojej religji. Obie siostry cofnęły się odemnie. Twarz Eminy przybrała wyraz powagi, poczem piękna Mamurytanka tak dalej mówiła: «Senor kawalerze, zbyt wiele rozszerzyłam się nad sobą i Zibeldą. To niebyło moim zamiarem, usiadłam obok ciebie aby ci powiedzieć szczegóły dotyczące rodziny Gomelezów z których pochodzisz przez kobiety. Oto jest właśnie to o czem chciałam abyś się dowiedział:

HISTORYA ZAMKU KASSAR–GOMELEZ.
 Pierwszą głową naszej rodziny był Massud–Ben–Taher, brat Jussufa–Ben–Taher, który wkroczył do Hiszpanji na czele Arabów i nadał swoje nazwisko górze Gebal–Taher, czyli jak wy wymawiacie, Gibraltar. Massud wiele przyczyniwszy się do powodzenia arabskiej broni, otrzymał od kalifa Bagdadu zwierzchnictwo nad Grenadą, które sprawował aż do śmierci swego brata. Byłby na tym urzędzie dłużej pozostał, gdyż nader był szanowany tak od muzułmanów, jak od mossarabów czyli chrześcijan pod panowaniem maurów pozostałych; ale Massud miał potężnych nieprzyjaciół w Bagdadzie którzy go oczernili przed kalifem. Dowiedział się że zguba jego była nieuchronną i sam postanowił się oddalić. Zebrał więc garstkę wiernych i zapuścił się w Alpuhary, które, jak wiesz, są dalszem pasmem Sierra–Morena i oddzielają królestwo Grenady od Walencyi. Wissygotowie na których zdobyliśmy Hiszpanią nie przedarli się nigdy w Alpuhary; większa część dolin była zupełnie opuszczoną. Tylko trzy z nich zamieszkiwali potomkowie dawnego ludu hiszpańskiego nazwani Turdulami. Nieznali oni ani Mahometa ani twojego proroka Nazarejskiego, zasady ich religji i praw zawarte były w pieśniach, które ojcowie dzieciom przekazywali. Mieli kiedyś księgi, ale te z czasem zupełnie wyginęły. Massud owładnął Turdulami bardziej przekonaniem niż siłą, nauczył ich swego języka i zasad islamizmu. Oba ludy zmięszały się przez wzajemne małżeństwa i temu to zlaniu szczepów jako też powietrza gór, winnyśmy z moją siostrą tę ożywioną płeć, jaka odznacza córki Gomeleza. Można wprawdzie i u Maurów napotkać wiele białych kobiet; ale te zwykle są blade.
 Massud przyjął tytuł szeika i rozkazał wznieść warowny zamek, który nazwał Kassar–Gomelez. Bardziej sędzia niż władzca swego pokolenia, Massud dla każdego był przystępnym, drzwi jego zarówno dla wszystkich się otwierały, tylko w ostatni piątek każdego księżyca żegnał się z rodziną, schodził do zamkowego podziemia i tam zamknięty cały tydzień przepędzał. Te znikania dały powód do rozmaitych wniosków. Jedni utrzymywali, że szeik prowadził rozmowy z dwunastym Imanem, który ma zjawić się ma końcu świata; drudzy zaś, że Antychryst siedział uwięziony w podziemiu, ostatni wreszcie dowodzili, że siedmiu braci śpiących tam spoczywało wraz z wiernym psem ich Kalebem. Szeik wcale na te domysły nie zważał, ale ciągle rządził swoim ludem o ile mu siły wystarczały. Nakoniec wybrał najroztropniejszego z całego pokolenia, mianował go następcą, oddał mu klucz od podziemia i sam schronił się do pustelni gdzie jeszcze długie żył lata.
 Nowy szeik rządził w duchu swego poprzednika i również znikał ostatniego piątku każdego miesiąca. Ten stan rzeczy trwał dopóty, póki Kordowa nie otrzymała swoich kalifów, zupełnie niezawisłych od władzców Bagdadu. Natenczas górale Alpuhary, którzy mieli czynny udział w tych zmianach, zaczęli osiedlać się na płaszczyznach, gdzie wkrótce zasłynęli pod nazwą Abenseragów. Inni zaś, którzy pozostali wiernymi Szeikowi z Kassar–Gomelez, zatrzymali miano Gomelezów.
 Tymczasem Abenseragi zakupili najbogatsze posiadłości w królestwie Grenady i najwspanialsze pałace miasta. Zbytek ich zwrócił powszechną uwagę. Powzięto podejrzenie że podziemie Szeików zawierało nieprzebrane bogactwa, ale nikt nie był w stanie sprawdzić tego mniemania, gdyż sami Abenseragi nie znali źródła swych skarbów. Wreszcie gdy piękne te królestwa ściągnęły na siebie gniew boży, Allah podał je w ręce niewiernych. Dobyto szturmem Grenady, i w kilka dni potem sławny Gonzalw z Kordowy na czele trzech tysięcy Hiszpanów wkroczył w Alpuhary. Hatem Gomelez był wtedy Szeikiem naszego pokolenia. Wyszedł więc naprzeciw Gonzalwa i wręczył mu klucze od zamku. Hiszpan zażądał kluczy od podziemia, Szeik i te mu natychmiast przyniósł. Gonzalw osobiście zszedł do podziemia, zamiast skarbów znalazł grobowiec i kilka starych ksiąg, drwił głośno z czczych domysłów swoich rodaków i pośpieszył napowrót do Valladolid gdzie go wzywały miłość i miłostki.
 Aż do wstąpienia na tron Karola, pokój trwał w naszych górach nieprzerwanie. SefiGomelez był wtedy był Szeikiem. Człowiek ten z niewiadomych przyczyn, doniósł Cesarzowi że pragnie odkryć mu ważną tajemnicę, jeżeliby Karol chciał przysłać w Alpuhary jakiego znakomitego Hiszpana, w którymby pokładał całe zaufanie.
 Za nim piętnaście dni upłynęło, Don Ruys z Toledo, jako poseł cesarski, stawił się u Gomelezów, ale znalazł Szeika nieżywego. Zamordowano go w wiliję przyjazdu posła.
 Don Ruys zaczął prześladować kilka osób, ale znudzony próżnemi usiłowaniami powrócił do Madrytu.
 Tym sposobem tajemnica Szeików przeszła do mordercy Sefiego. Ten człowiek nazwiskiem Billah–Gomelez zgromadził starszych pokolenia i przedstawił im potrzebę zabezpieczenia tak ważnej tajemnicy. Postanowiono żeby zawiadomić o tem kilku członków z rodziny Gomelezów, tak jednak, aby każdy z nich wiedział tylko o jednej cząstce tajemnicy. Wybrani, powinni byli dać dowody nieustraszonej, odwagi, roztropności i wiary.» —
 Tutaj Zibelda znowu przerwała siostrze mówiąc: «Kochana Emino, czy nie sądzisz że Alfons byłby przetrwał te wszystkie próby? Ach któż śmie o tem wątpić. Drogi Alfonsie, jaka szkoda że nie jesteś Muzułmanem, bezwątpienia stałbyś się panem nieprzeliczonych skarbów.» To zupełnie wyglądało na nową pokusę. Duch ciemności nie mogąc znęcić mnie rozkoszą, starał się obudzić we, mnie żądzę złota. Ale tymczasem piękne Maurytanki przytuliły się de mnie i uczułem, wyraźnie dotknięcie ciał żywych nie zaś cieni. Po chwili milczenia Emina tak dalej mówiła:
 «Kochany Alfonsie, wiesz dobrze o prześladowaniach jakich doświadczyło nasze pokolenie za panowania Filipa syna Korolewego. Porywano dzieci, wychowywano je w wierze Chrystusa i oddawano im majątki rodziców którzy niechcieli porzucić wyznania ojców. Wtedy to jeden z Gomelezów został przyjętym do Teketu Derwiszów ś. Domnika i dostąpił godności Wielkiego Inkwizytora.»
 Tu usłyszeliśmy pianie koguta i Emina przestała mówić. Kogut jeszcze raz zapiał... Człowiek przesądny byłby spodziewał się że dwie piękności nagle dymnikiem ulecą. To jednak wcale nie nastąpiło, ale nieznajome zasępiły się nagle i pogrążyły w dumaniach.
 Emina pierwsza przerwała milczenie. «Luby Alfonsie, rzekła, już dnieć zaczyna, zbyt drogie godziny które możemy z tobą przepędzić, abyśmy mieli trwonić je na opowiadaniu danych dziejów. Niemożemy zostać twemi małżonkami chyba że uznasz prawo proroka. Ale wolno ci będzie widzieć nas we śnie. Przystajesz na to?...»
 Zgodziłem się na wszystko. «Niedość na tem, — rzekła Emina z wyrazem najwyższej godności — nie dość na tem kochany Alfonsie, trzeba jeszcze byś przysiągł na najświętsze zasady honoru, że nigdy nie zdradzisz tajemnicy o naszych imionach, naszem istnieniu, i tem wszystkiem co wiesz o nas. Czy odważasz się przyjąć na siebie ten obowiązek?.»
 Przyrzekłem spełnić wszystko czego odemnie żądano.
 «To dobrze, — rzekła Emina — teraz siostro przynieś czarę poświęconą przez Massuda, głowę naszego pokolenia.» Podczas gdy Zibelda poszła po zaklętą czarę, Emina uklękła i odmawiała arabskie modlitwy. Zibelda wróciła z czarą która mi się zdawała wyrżniętą z jednego wielkiego szmaragdu. Obie siostry umoczyły w niej usta i rozkazały mi do razu wychylić resztę napoju. Byłem posłuszny. Emina podziękowała mi za uległość i czule mnie uściskała. Następnie Zibelda złożyła na ustach moich tkliwy pocałunek. Wreszcie obie opuściły mnie mówiąc że niebawem znowu je ujrzę i że tymczasem radzą mi abym srarał się czemprędzej zasnąć.
 Tyle dziwnych wypadków, cudownych opowiadań i nieprzewidzianych wrażeń, dałoby mi przez całą noc nad czem rozmyślać, ale muszę wyznać że obiecane sny nadewszystko mnie zajmowały. Szybko więc rozebrałem się i na przygotowane dla mnie łoże gdym się już położył, zauważyłem z przyjemnością, że posłanie było szerokie i że jak dla snów zanadto było miejsca; ale zaledwie miałem czas uczynić tę uwagę gdy nieprzezwyciężony sen osiadł mi powieki i wszystkie kłamstwa nocy, pochwyciły wnet moje zmysły. Co chwila błądziłem w coraz innnych fantastycznych urokach, a myśl moja niesiona na skrzydłach żądzy, mimowolnie stawiała mnie śród afrykańskich serajów, odsłaniała wdzięki ukryte w ich zaklętych murach i pogrążała w toni nieopisanych rozkoszy. Czułem żem śnił a jednak miałem świadomość że niesenne widziadła cisnę w moich objęciach. Gubiłem się w nieskończonej przestrzeni najszaleńszych złudzeń, ale dobrze pamiętam że zawsze znajdowałem się w towarzystwie moich pięknych kuzynek. Zasypiałem na ich łonie i budziłem się w ich objęciach. Niepomnę ile razy doznałem tych czarownych przemian...





DZIEŃ DRUGI.
 Nareszcie ocknąłem się na prawdę. Słońce paliło mi powieki; zaledwie zdołałem je podnieść, ujrzałem niebo, i znalazłem się na wolnem powietrzu, ale blask lśnił mi wzrok, nie spałem już jednak nie byłem zupełnie rozbudzony.
 Okropne obrazy przesuwały się przed moim umysłem. Trwoga mnie zdjęła. Zerwałem się nagle i błędnym wzrokiem zatoczyłem do koła.
 Gdzież znajdę wyrazy aby opisać zgrozę jaka mnie owładnęła. Leżałem pod szubienicą Los-Hermanos. Trupy dwóch braci Zota nie wisiały ale spoczywały po obu moich stronach. Bezwątpienia całą noc między nemi przepędziłem. Spoczywałem na potarganych postronkach, resztkach kół, odłamkach szkieletów i ohydnych łachmanach niestrawionych jeszcze zepsuciem. Mniemałem żem był we śnie i że przykry sen mnie tłoczył. Przymknąlem oczy i zacząłem przypominać wrażenia przepędzonej nocy. Wtem poczułem szpony wpijające się w pierś moją. Spostrzegłem sępa który spadł na mnie i pożerał jednego z moich towarzyszów noclegu. Ból jaki mi te szpony sprawiły rozbudził mnie zupełnie. Suknie moje obok mnie leżały, począłem się czemprędzej ubierać. Kiedym już był ubrany, chciałem wyjść z szubienicznej zagrody, ale brama była zamknięta i otworzyć jej żadnym sposobem niemogłem. Musiałem więc wdrapać się na to smutne ogrodzenie. Raz będąc na wierzchu, oparłem się o slup szubienicy i jąłem do koła poglądać na okolicę. Znałem już to miejsce. W istocie znajdowałem się przy wejściu do doliny Los-Hermanos, niedaleko od brzegów Guad-al-Quiwiru.
 Gdy tak wodziłem na około błędnemi oczyma, spostrzegłem dwóch podróżnych nad rzeką, z których jeden przygotowywał śniadanie, drugi zaś trzymał za cugle konie. Byłem tak uszczęśliwiony z widoku ludzi że natychmiast zacząłem krzyczeć: «Agour, Agour,» co znaczy po hiszpańsku «dzień dobry» lub też «jak się masz?»
 Dwaj podróżni spostrzegłszy te grzeczności jakie im ktoś z wierzchu szubienicy oświadczał, osłupieli przez chwilę, ale niebawem dosiedli koni i co tchu popędzili drogą do Alcornoques. Wołałem żeby się zatrzymali ale napróżno, im głośniej krzyczałem, tem prędzej umykali i głębiej zapuszczali ostrogi. Gdy nareszcie zupełnie straciłem ich z oczu, przedewszystkiem pomyśliłem o opuszczeniu mego stanowiska. Zeskoczyłem na ziemię i w upadku mocno się stłukłem.
 Cały potłuczony i kulejąc dostałem się na brzegi Gnad-al-Quiwiru i zastałem tam przygotowane śniadanie którego dwaj podróżni z takim pośpiechem byli odbiegli. Posiłek ten przyszedł mi w samą porę, byłem bowiem nader wycieńczony. Znalazłem gotującą się jeszcze czekuladę, sponhao moczone w alikancie, chleb i jaja.
 Zacząłem od pokrzepienia sił i następnie jąłem przywodzić na pamięć wypadki ubiegłej nocy. Wspomnienia moje powikłały się zupełnie, dobrze jednak pamiętam żem dał słowo honoru na dotrzymanie tajemnicy, i postanowiłem święcie dochować przysięgi. Usunąwszy raz pod tym względem wszelką wątpliwość, zacząłem zastanawiać się nad dalszym moim losem, czyli nad drogą którą miałem obrać Teraz bardziej niż kiedykolwiek sądziłem że święte prawa honoru nakazują mi udać się przez Sierra Morena.
 Dziwnem może się wydawać że zajmowałem się tyle moją sławą, a tak mało wypadkami poprzednjej nocy; ale ten sposób myślenia był skutkiem mego wychowania, jak to się pokaże w dalszym ciągu tego opowiadania. Tymczasem wracam do mojej podróży.
 Bardzo byłem ciekawy dowiedzieć się co djabli poczęli z moim koniem którego zostawiłem w Wenta-Quemada, ponieważ zaś droga tamtędy mi wypadała, postanowiłem wstąpić do gospody. Musiałem piechoto przebywać całą dolinę Los Hermanos aż do venty, i tak byłem zmęczony żem z niecierpliwością oczekiwał chwili w której odzyskam mego konia. W istocie znalazłem go w tej samej stajni gdziem go był wczoraj zostawił. Dzielny mój gniadosz nie stracił zwykłej wesołości, a po połysku jego skóry poznałem że ktoś pilne miał o nim staranie. Niemogłem pojąć ktoby się tem był zajmował, ale tyle już widziałem nadzwyczajnych rzeczy, że niewarto się było nad tą jedną długo zastanawiać. Byłbym natychmiast puścił się w drogę gdyby mi chętka nie była przyszła raz jeszcze obejrzeć gospodę. Znalazłem izbę do której naprzód przybyłem ale pomimo najsilniejszych poszukiwań niemogłem wyszukać komnaty gdzie poznałem piękne Maurytanki. Znudziły mnie te próżne przepatrywania kątów, dosiadłem więc konia i udałem się w dalszą podróż.
 Kiedym się obudził pod szubieuicą Los Hermanos, słońce połowy biegu już dochodziło, od tego czasu dwie godzin zużyłem na przybycie do venty, tak więc gdym następnie parę mil ujechał trzeba było pomyśleć o nowem schronieniu, ale niewidząc nigdzie żadnego dachu, postępowałem dalej. Wreszcie dostrzegłem wdali gotycką kaplicę, o którą opierała się mała chatka z pozoru wyglądająca na pustelnią. Wszystko to leżało w dość znacznem oddaleniu od wielkiej drogi, ale gdy głód zaczął mnie przyciskać, niewahałem się zboczyć w nadziei posiłku.
 Przybywszy, przywiązałem konia do drzewa, zapukałem do drzwi pustelni i ujrzałem wychodzącego pustelnika nader poważnej postaci. Uścisnął mnie z ojcowską troskliwością i rzekł: «Wejdź mój synu czemprędzej, nieprzepędzaj nocy pod gołem niebem, strzeż się pokus gdyż Pan odsunął od nas swoją prawicę.
 Podziękowałem pustelnikowi za dobroć jaką mi oświadczył i napomknąłem mu o głodzie który mnie trawił.
 «Myśl tymczasem o zbawieniu duszy, mój synu, — odparł — idź do kaplicy, klęknij i módl się przed krzyżem. Ja pomyślę o potrzebach twego ciała; ale musisz poprzestać na skromnym posiłku na jaki stać biedną chatkę pustelnika.»
 Przeszedłem do kaplicy i w istocie począłem się modlić, gdyż nie tylko że sam nigdy nie byłem bezbożnikiem ale nawet niepojmowałem żeby mogli znajdować się ludzie nie wierzący. Wszystko to pochodziło jeszcze ze sposobów jakiemi mnie wychowano.
 Po chwili pustelnik przyszedł po mnie i wprowadził do chaty gdzie znalazłem dość porządne nakrycie. Wieczerza składała się z owoców, mleka i sucharów miasto chleba; wreszcie znalazła się i butelka wina, którego pustelnik nie pił ale używał jedynie do ofiary mszy świętej. Dowiedziawszy się o tem zostawiłem również wino nietknięte.
 Podczas gdy z przyjemnością posilałem się, weszła do chaty tak straszliwa postać jakiej dotąd jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Był to człowiek jak się zdawało młody ale odstraszającej chudości. Włosy miał najeżone, jedno oko wykłute i świeżo jeszcze rozkrwawione. Z ust wychodził mu język pokryty pianą. Czarna suknia go okrywała, ale nie miał ani koszuli ani obuwia.
 Okropne zjawisko, nie mówiąc ani słowa, skulone usiadło w kącie, i niewzruszone jak posąg jednem okiem wpatrywało się w krucyfix który w obu rękach ściskało. Pożywszy wieczerzę zapytałem pustelnika, coby to był za człowiek?
 «Synu mój, — odparł starzec — jestto opętany z którego wypędzam duchy czartowskie. Straszliwa jego historya jasnym jest dowodem potęgi jaką anioł ciemności wywiera na tę nieszczęśliwą okolicę. Opowiadanie to może się przydać ku twemu zbawieniu, rozkażę mu więc aby zaczął. I to mówiąc obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko, w imię twego odkupiciela nakazuję ci opowiedzieć twoją historyą.» Paszeko zaryczał okropnie i tak się odezwał:

HISTORYA OPĘTANEGO PASZEKO.
 «Urodziłem się w Kordowie gdzie ojciec mój żył w stanie wyższym nad mierność. Matka moja przed trzema laty umarła. Ojciec z początku zdawał się niepocieszonym, ale gdy po kilku miesiącach wypadło mu jechać do Sewilli, tamże zakochał się w młodej wdowie, nazwiskiem Kamilla de Tormes. Kobieta ta nieużywała dobrej sławy i przyjaciele mego ojca starali się odwrócić go od tej znajomości; ale właśnie, jakby im na przekorę, mój ojciec ożenił się z nią we dwa lata po śmierci pierwszej żony. Ślub odbył się w Sewilli i w kilka dni potem mój ojciec — wrócił do Kordowy z nową małżonką i siostrą jej Inezillą.
 Moja macocha zupełnie odpowiadała wieściom jakie o niej krążyły, i przybywszy do naszego domu zaczęła naprzód od rzucania na mnie czułych spojrzeń. Nie powiódł się jej ten zamiar, natomiast ja szalenie zakochałem się w jej siostrze Inezilli. Namiętność moja tak się wzmogła, że upadłem do nóg ojcu i błagałem aby mi ją dał za żonę.
 Ojciec mój podniósł mnie z dobrocią i rzekł: «Zakazuję ci synu mój myśleć o tem małżeństwie, a to dla trzech przyczyn. Naprzód niewypada abyś stał się szwagrem ojca; powtóre, święte prawa kościelne nie pozwalają takich małżeństw; potrzecie, niechcę abyś żenił się z Inezillą.» Mój ojciec wyłuszczywszy mi te trzy powody, odwrócił się odemnie i odszedł.
 Na te słowa oddałem się najgwałtowniejszej rozpaczy. Macocha moja dowiedziawszy się o tem co zaszło, przyszła do mnie i upewniła mnie że bezpotrzebnie martwiłem się, że gdy niemogłem być małżonkiem Inezilli, to wcale nie przeszkadzało abym stał się jej kortehho czyli kochankiem, i że ona całą tę sprawę bierzę na siebie. Zarazem jednak wiele mówiła mi o swojem przywiązaniu ku mnie i spoglądała na mnie wzrokiem, którego znaczenia bynajmniej nie chciałem odgadnąć. Słuchałem tego wszystkiego zdumiony, znając jednak skromność Inezilli nie spodziewałem się nigdy aby moje nadzieje kiedykolwiek zostały spełnione.
 Śród tego mój ojciec wybrał się na podróż do Madrytu, gdzie pragnął wyrobić sobie posadę korredżydora Kordowy i zabrał z sobą żonę i jej siostrę. Podróż ta miała trwać dwa miesiące, ale dla mnie, który jednego dnia bez widoku Inezilli nie mogłem przepędzić, czas ten wydawał się niesłychanie długim. Przy końcu dwóch miesięcy otrzymałem list od ojca, w którym rozkazywał mi abym wyjechał na jego spotkanie i oczekiwał go w Venta-Quemada przy wejściu do Sierra-Morena. Kilka tygodni wprzódy niebyłbym śmiał zapuścić się w Sierra-Morena, ale wtenczas właśnie co powieszono dwóch braci Zota, zgraja poszła w rozsypkę i nie wspominano o żadnych niebezpieczeństwach.
 Wyjechałem więc około dziesiątej z rana z Kordowy i przybyłem na nocleg do Anduhar, do najgadatliwszego oberżysty z całej Andaluzyi. Kazałem sobie zastawie obfitą wieczerzę i połowę spożywszy, drugą zachowałem na dalszą podróż.
 Nazajutrz posiliłem się resztkami mojej wieczerzy w Los-Alcornoques i na wieczór przybyłem do Venta-Quemada. Nie zastałem jeszcze ojca ale gdy ten wyraźnie kazał mi czekać na siebie, zgodziłem się na to tem chętniej, że znalazłem obszerną i wygodną gospodę. Oberżysta który ją trzymał, niejaki Gonzalez z Murcyi, dobry człowiek ale wielki paliwoda, obiecał mi sporządzić wieczerzę godną granda pierwszej klassy. Podczas gdy ją przyrządzał, udałem się na przechadzkę nad brzegi Guad-al-Quiviru, a wróciwszy istotnie znalazłem że wieczerza nie była bez zalet. Kilka godzin jeszcze przepędziłem to czytając, to przewracając się w łóżku, gdym nagle usłyszał dźwięk dzwonu, czyli raczej zegaru, bijącego północ. Zdziwiłem się tem bardziej żem poprzednich godzin nie słyszał. Niebawem drzwi się otworzyły i ujrzałem moję macochę w lekkim podwłośniku ze świecą w ręku. Zbliżyła się do mnie na palcach, postawiła świecę na stoliku, usiadła obok mnie, wzięła moją rękę między swoje dłonie i w te słowa zaczęła:
 «Drogi Paszeko, nadeszła chwila w której mogę spełnić uczynioną ci obietnicę; godzina temu jak przybyliśmy do tej karczmy. Twój ojciec udał się na noc do wioski, ale ja dowiedziawszy się że tu jesteś, otrzymałam pozwolenie zostania z moją siostrą. Inezilla czeka na ciebie, ale pomnij o warunkach twego szczęścia. Ty kochasz Inezillę ale ciebie kto inny kocha z równą mocą: dwoje nie powinno używać szczęścia kosztem trzeciego. Pójdź za mną.» Moja macocha nie dała mi czasu odpowiedzi, tylko poprowadziła mnie przez wiele kurytarzy aż do drzwi ostatnich i jęła spoglądać przez dziurkę od klucza. Kiedy dość się już napatrzyła rzekła: «Wszystko idzie dobrze, sam się przekonaj.»
 W istocie ujrzałem zachwycającą Inezillę, ale wyraz jej twarzy był dalekim od zwykłej jej skromności. Oczy pałały niezwyczajnym ogniem, pierś szybko się wznosiła miotana gwałtownem wzruszeniem. Niemogłem tego pojąć.
 Po chwili Kamilla rzekła: «Zostań tu kochany Paszeko, skoro czas nadejdzie przyjdę po ciebie.»
 Gdy weszła do komnaty, znowu przyłożyłem oko do zamku, i ujrzałem tysiąc niepojętych dla mnie rzeczy. Kamilla namiętnemi słowy przemawiała do siostry; na stole stała szklanka niedopitego białego napoju. Inezilla z rozpłomienienem obliczem błędnie wpatrywała się w twarz tej kobiety, której postać unosiła się nad nią jak jastrząb nad przelekłą gołębicą. Krew we mnie zawrzała, szybko otworzyłem drzwi i ukląkłem obok czarującej dziewczyny okrywając pocałowaniami drobne jej rączki. Szatan widno rozszalał się tej nocy i popychał mnie w przepaść zbrodni. Cały pokój kręcił się ze mną, czułem że zmysły mnie opuszczają i niebawem głęboki sen mnie ogarnął.
 Nazajutrz obudziłem się pod szubienicą braci Zota, których trupy leżały po obu moich stronach.»
 Tu pustelnik przerwał opętanemu i rzekł: «Cóż więc mój synu co o tem myślisz? Mniemam że doznałbyś niesłychanej trwogi gdybyś nagle znalazł się między dwoma wisielcami.»
 «Obrażasz mnie mój ojcze — odparłem — szlachcic nie powinien niczego się lękać, tem bardziej zwłaszcza gdy ma zaszczyt być kapitanem w gwardyi wallońskiej.»
 «Ależ mój synu, — przerwał pustelnik — czy szłyszałeś aby komu wydarzyła się kiedy podobna przygoda?»
 Zastanowiłem się przez chwilę, poczem odrzekłem: «Jeżeli ta przygoda przytrafiła się panu Paszeko, mogła bardzo wygodnie wydarzyć się i innym, osądzę to lepiej jeżeli raczysz mu rozkazać aby mówił dalej.»
 Pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko! Paszeko! w imieniu twojego odkupiciela nakazuję ci mówić dalej.» Paszeko zaryczał straszliwie i tak dalej rozpowiadał:
 «Na pół umarły uciekałem z pod szubienicy; wlokłem się sam niewiedząc gdzie, nareszcie spotkałem podróżnych którzy ulitowali się nademną i odprowadzili do Venta-Quemada. Zastałem oberżystę i moich służących wielce o mnie zakłopotanych. Zapytałem ich czyli w istocie ojciec mój przepędził noc w poblizkiej wiosce, odpowiedzieli że dotychczas nikt jeszcze z mojej rodziny nie przybył.
 Niemogłem już dłużej wytrzymać w Venta-Quemada i powróciłem do Anduhar. Przyjechałem już po zachodzie słońca; pełno było ludzi w gospodzie, posłano mi więc w kuchni. Położyłem się ale nadaremnie usiłowałem zasnąć, okropności przeszłej nocy ciągle stawały mi przed umysłem. Na ognisku kuchennem postawiłem zapaloną świecę, gdy wtem ta nagle zagasła i uczułem jak dreszcz śmiertelny krew mi ścinał w żyłach. Zaczęło mnie coś ciągnąć za kołdrę i niebawem usłyszałem cichy głos przemawiający w te słowa:
 «To ja, Kamilla, twoja macocha, drżę cała od zimna drogi Paszeko, zlituj się nademną.»
 Po chwili drugi głos przerwał:
 «To ja Inezilla, Paszeko, niepoznajesz że twojej kochanki? i mnie także zimno.»
 I wnet poczułem jak zimna ręka głaskała mnie pod brodę. Zebrałem wszystkie siły i krzyknąłem: «Precz odemnie szatanie?...»
 Na co oba głosy znowu cicho odpowiedziały: «Jako? wypędzasz nas? czyliż nas już nie kochasz? Zimno nam, rozpalimy trocha ognia na kominku.»
 W istocie wkrótce potem lekki płomyk zabłysnął na ognisku kuchennem; gdy nieco się rozjaśniło, otworzyłem oczy i ujrzałem już nie Kamillę i Inezillę ale dwóch braci Zota wiszących w kominie.
 Na ten straszny widok, odszedłem prawie od zmysłów; wyskoczyłem z łoża, rzuciłem się przez okno i zacząłem uciekać w pole. Przez chwilę mniemałem żem uciekł szczęśliwie od tych wszystkich okropności, ale obróciwszy się spostrzegłem że wisielcy gonili za mną: puściłem się coraz prędzej i wkrótce zostawiłem upiory daleko za sobą — ale radość moja niedługo trwała. Obrzydłe stworzenia zaczęły obracać się kołem na rękach i nogach i w jednej chwili mnie doścignęły. Jeszcze probowałem uciec, nakoniec sił mi zabrakło.
 Wtedy uczułem że jeden z wisielców chwytał mnie za kostkę lewej nogi; chciałe mu ją wydrzeć, ale wtem drugi stanął mi w poprzek drogi. Zatrzymał się, wytrzeszczył na mnie okropne oczy i wywalił język czerwony jak żelazo z ognia dobyte. Błagałem o miłosierdzie ale napróżno. Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka, wsunął swój język rozpalony, zaczął mi lizać mózg tak że ryczałem z boleści.
 Natenczas drugi wisielec który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów; naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł mi skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznem; widząc jednak że wcale nie wydawałem przyjemnych dlań dźwięków zapuścił szpony pod moje kolano, pozaciągał żyły na pazury i zaczął je nastrajać, zupełnie jak gdyby miał do czynienia z harfą. Nakoniec jął grać na mojej nodze z której utworzył pewien rodzaj psałterionu. Słyszałem jego djabelski śmiech, piekielne wycia towarzyszyły moim krzykom, tętniały mi w uszach zgrzytania potępieńców, wreszcie straciłem przytomność.
 Nazajutrz pasterze znaleźli mnie na polu i przynieśli do tej pustelni. Wyspowiadałem się z grzechów i u stóp ołtarza znalazłem ulgę w moich cierpieniach.» —
 Po tych słowach opętaniec zaryczał straszliwie i umilkł Natenczas pustelnilk zabrał głos i rzekł:
 «Przekonywasz się teraz młodzieńcze o potędze szatana, módl się więc i płacz. Ale już jest późno, wypada się nam rozłączyć; nie ofiaruję ci na noc mojej celi gdyż krzyki Paszeka niedałyby ci zasnąć. Idź, połóż się w kaplicy, tam pod zasłoną krzyża znajdziesz opiekę przeciw złym duchom.»
 Odpowiedziałem pustelnikowi że będę spał tam gdzie mu się podoba; zanieśliśmy małe łóżko na pasach do kaplicy i pustelnik odszedł życząc mi dobrej nocy.
 Znalazłszy się sam jeden, zacząłem przywodzić na pamięć opowiadanie Paszeka; w istocie to coś wyglądało na moje własne przygody i właśnie zastanawiałem się nad tem gdy północ uderzyła. Nie wiedziałem czy to pustelnik dzwonił czyli też zabrzmiało djabelskie hasło. Wtedy usłyszałem że ktoś skrobał do drzwi; poszedłem i zapytałem: «kto tam?..» Cichy głos odpowiedział mi: «Zimno nam — otwórz — to my — twoje drogie kochanki.»
 «Zapewne, przeklęte wisielcy — zawołałem — poszli precz do waszych szubienic!. nie przeszkadzajcie mi spać.»
 Na to cichy głos znowu się odezwał: «Drwisz sobie z nas bo siedzisz w kaplicy — ale pójdźno tu do nas paniczu.»
 «Służę wam w tej chwili» szybko odpowiedziałem. Porwałem za szpadę i chciałem wyjść, ale coż kiedy zastałem drzwi zamknięte. Powiedziałem to upiorom które ani słowa nie rzekły. Położyłem się więc i spałem aż do białego dnia.


DZIEŃ TRZECI.
 Obudziłem się na głos pustelnika, który zdawał się niesłychanie cieszyć widząc mnie zdrowego i wesołego. Uściskał mnie ze łzami w oczach i rzekł: «Synu mój, dziwne rzeczy działy się tej nocy. Powiedz prawdę, czy przepędziłeś noc w Venta Quemada i czy miałeś tam do czynienia z potępieńcami? Jeszcze można złemu zaradzić. Klęknij u stóp ołtarza, wyznaj twoje winy i czyń pokutę.» Tak upominając, zamilkł i czekał na moją odpowiedź. «Ojcze mój, — rzekłem — właśnie spowiadałem się wyjeżdżając z Kadyxu, a od tego czasu nie sądzę abym popełnił jaki grzech śmiertelny, chybaby we śnie. Wprawdzie nocowałem w Venta Quemada, ale jeżelim tam co widział, mam moje powody dla których niechcę o tem wspominać.» Pustelnik na pozór zdziwił się mocno tą odpowiedzią, wyrzucał że dałem się uwieść szatanowi pychy i koniecznie chciał mnie przekonać o nieodbitej potrzebie spowiedzi Wkrótce jednak widząc że niezłomnie trwałem w mojem postanowieniu, udobruchał się, porzucił ton apostolski jakim do mnie przemawiał i rzekł: «Dziwi mnie twoja odwaga, powiedz mi kto jesteś? kto cię wychował i czy wierzysz lub nie wierzysz w duchy. Bądź tak dobry i zaspokój moją ciekawość.»
 «Ojcze — rzekłem — zaszczycasz mnie tą chęcią bliższego poznania mojej osoby i bądź przekonany że umiem ją cenić. Pozwól abym wstał, a wtedy przyjdę do pustelni i opowiem ci wszelkie szczegóły mnie dotyczące jakich sam tylko zażądasz.» Pustelnik znowu mnie uściskał i odszedł.
 Ubrawszy się wszedłem do pustelni; zastałem starca warzącego kozie mleko które mi podał wraz z cukrem i chlebem; sam zaś poprzestał na kilku gotowanych korzonkach.
 Skończywszy śniadanie, pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko! w imieniu twojego odkupiciela, rozkazuję ci zaprowadzić kozy na górę.» Paszeko zaryczał straszliwie i odszedł.

 Natenczas, w te słowa zacząłem opowiadać własne przygody:
HISTORYA ALFONSA VAN WORDEN.
 «Pochodzę z starożytnej rodzjny która jednak więcej obfitowała w znakomitych mężów niż w dostatki. Cały nasz majątek, składało rycerskie dominium nazwane Worden, zależące od Burgundyi i położone śród gór Ardeńskich.
 Ojciec mój, mając starszego brata, musiał poprzestać na małej cząstce dziedzictwa, która mu jednak wystarczała do przyzwoitego utrzymania się w wojsku. Służył podczas całej wojny o sukcessyą i po zawarciu pokoju, król Filip V. zaszczycił go stopniem podpułkownika w gwardyi wallońskiej.
 W wojsku hiszpańskiem podówczas panował punkt honoru posunięty do najwyższego stopnia, który mój ojciec jeszcze za niedostateczny uważał i w istocie niemożna mu tego brać za złe, gdyż prawdę mówiąc, honor powinien być duszą życia wojskowego. W Madrycie nieodbywał się żaden pojedynek żeby mój ojciec nie układał warunków, a skoro raz wyrzekł że zadosyć uczynienie było dostatecznem, nikt przeciw temu wyrokowi nie śmiał stawić oporu. Jeżeli zaś szczególniejszym trafem ktoś nie był zupełnie zadowolonym, natychmiast miał do czynienia z moim ojcem, który ostrzem szpady popierał każde swoje zdanie. Nadto ojciec mój utrzymywał wielką księgę w której zapisywał historyę każdego pojedynku ze wszelkiemi szczegółami, i zwykle w nadzwyczajnych razach do niej odwoływał się po radę.
 Tak ciągle tylko zajęty swoim krwawym trybunałem, mój ojciec długo zostawał nieczułym na ponęty miłości, nareszcie wzruszyły mu serce wdzięki młodej jeszcze dziewczyny, Uraki Gomelez, córki Oidora Grenady, pochodzącej z krwi dawnych królów tego kraju. Wspólni przyjaciele wkrótce zbliżyli obie strony i skojarzyli małżeństwo.
 Mój ojciec postanowił zaprosić na wesele wszystkich tych z którymi kiedykolwiek się pojedynkował, ma się rozumieć których nie pozabijał. Sto dwudziestu dwóch zasiadło do stołu, trzynastu nie było w Madrycie, o miejscu zaś pobytu trzydziestu trzech z którymi bił się w wojsku, nie mógł powziąść żadnej wiadomości. Matka moja opowiadała mi, że nigdy nie widziała tak wesołej uczty i na którejby szczerość tak powszechnie panowała; łatwo temu uwierzyłem, gdyż ojciec mój miał wyborne serce i był lubionym od wszystkich.
 Z swojej strony, ojciec mój, silnie przywiązany do Hiszpanji, niebyłby nigdy opuścił służby, gdyby we dwa miesiące po małżeństwie nie był otrzymał listu podpisanego przez burmistrza miasta Bouillon. Donoszono mu: że jego brat, zszedłszy bezpotomnie ze świata, zostawił mu cały majątek. Wieść ta niesłychanie zmięszała mego ojca, i matka mówiła mi że wpadł w takie roztargnienie, że nie można było jednego słowa z niego wydobyć. Nareszcie rozłożył księgę pojedynków, wyszukał dwunastu ludzi którzy ich mieli najwięcej w całym Madrycie, zaprosił do siebie i przemówił do nich w te słowa:
 «Drodzy towarzysze broni, wiecie ile razy uspokoiłem wasze sumienia gdy honor wasz zdawał się być zagrożonym. Dziś sam jestem zmuszony odwołać się do waszego światła, lękam się albowiem aby mój własny sąd niebył dość jasnym, czyli raczej aby uczucie stronności nie stanęło mi na zawadzie. Oto jest list od burmistrza z Bouillonu, którego świadectwo zasługuje na szacunek, jakkolwiek urzędnik ten bynajmniej nie pochodzi z krwi szlacheckiej. Wyrzeknijcie więc, czy honor nakazuje mi zamieszkiwać zamek moich przodków, lub też czy dalej mam służyć królowi Don Filipowi, który obsypał mnie dobrodziejstwami i w ostatnich nawet czasach wzniósł do godności generała brygady. Zostawiam list na stole i sam odchodzę; za pół godziny powrócę i dowiem się o waszem postanowieniu.»
 To mówiąc, mój ojciec wyszedł z pokoju. Gdy wrócił w pół godziny, zaczęło się głosowanie. Pięć głosów było za zostaniem w służbie siedm zaś za przeniesieniem się w góry Ardeńskie. Mój ojciec bez szemrania skłonił się za większością.
 Matka moja chętnie hyłaby pozostała w Hiszpanji, ale tak dalece kochała swego męża, że bez najmniejszego żalu zgodziła się na opuszczenie ojczyzny. Odtąd zajęto się jedynie przygotowaniami do podróży i przyjęciem kilku osób któreby mogły śród gór Ardeńskich przypominać Hiszpaniję. Chociaż ja, niebyłem jeszcze wtedy na świecie, jednakże mój ojciec bynajmniej nie wątpiąc o mojem przybyciu, pomyślił że czas był wyszukać dla mnie nauczyciela fechtunku; w tym celu rzucił wzrok na Garciaza Hierro, najbieglejszego fechtmistrza w całym Madrycie. Młodzieniec ten, znudzony niespokojnem życiem miasta, chętnie przystał na podane mu warunki. Z drugiej strony, matka moja, niechcąc puszczać się w podróż bez spowiednika, wybrała Inniga Veleza, teologa patentowanego w Cuenza, który miał mnie nauczać zasad religji katolickiej i języka hiszpańskiego. Wszystkie te rozporządzenia względem mego wychowania, poczyniono na rok przed mojem przyjściem na świat.
 Skoro wszystko już było gotowe do odjazdu, ojciec mój poszedł pożegnać się z królem i według zwyczaju przyjętego na dworze hiszpańskim, ukląkł na jedno kolano aby mu ucałować rękę, ale nagle żal tak mu ścisnął serce, że zemdlał i odniesiono go bez przytomności do domu. Nazajutrz poszedł pożegnać się z Don Ferdynandem de Lara, który był na ów czas pierwszym ministrem. Don Fernando przyjął go nader łaskawie i zawiadomił, że król wyznaczał mu dwanaście tysięcy realów dożywotniej pensyi wraz ze stopniem Serhente hénéral, który odpowiada dzisiejszemu generałowi dywizyi. Mój ojciec byłby polową własnej krwi okupił szczęście rzucenia się raz jeszcze do stóp monarchy, ale ponieważ już się był pożegnał, musiał przeto tymrazem poprzestać na listowem wyrażeniu gorących uczuć wdzięczności jaka go wskroś przejmowała. Nareszcie, nie bez rzewnych łez, opuścił Madryt. Mój ojciec wybrał drogę przez Katoloniję aby raz jeszcze zwiedzić pola, na których dał tyle dowodów męztwa i pożegnać się z kilku dawnymi towarzyszami, którzy dowodzili oddziałami wojsk rozstawionemi na granicy. Ztamtąd przez Perpignan dostał się do Francyi
 Całą podróż aż do Lyonu odbył jak najspokojniej, ale wyjechawszy z Lyonu końmi pocztowemi wyprzedzony został przez powóz, który daleko lżej wyładowany, pierwszy przybył do stacyi. Niebawem mój ojciec zajechał także przed dom pocztowy, wziął szpadę i zbliżywszy się do podróżnego prosił o udzielenie mu chwilkę osobnej rozmowy. Podróżny, jakiś pułkownik francuzki, widząc mego ojca w generalskim mundurze, aby mu nieuchybić także przypasał szpadę.
 Weszli oba do gospody położonej naprzeciw domu pocztowego i zażądali osobnego pokoju. Gdy znaleźli się sami, mój ojciec temi słowy odezwał się do podróżnego: «Mości panie, powóz pański wyprzedził moją karetę usiłując koniecznie pierwej zajechać przed pocztę. Postępek ten, jakkolwiek sam przez się nie jest zniewagą, ma przecież dla mnie coś niemiłego, z czego raczysz się pan wytłumaczyć.»
 Pułkownik mocno zdziwiony zwalił całą winę na pocztylionów i zaręczał że bynajmniej się do tego nie mięszał.
 «Mości panie, — przerwał mój ojciec — nieuważam tego bynajmniej za sprawę zbyt wielkiej wagi i dla tego poprzestanę na pierwszej krwi.» To mówiąc dobył szpady.
 «Wstrzymaj się pan na chwilę, — rzekł Francuz — mniemam że to wcale nie moi pocztylioni wyprzedzili pańskich, ale przeciwnie pańscy wlokąc się niedbale pozostali w tyle.»
 Mój ojciec nieco zamyślił się i rzekł do pułkownika: «Sądzę że masz pan słuszność i gdybyś był wcześniej uczynił mi tę uwagę, to jest zanim dobyłem szpady, bezwątpienia byłoby się obyło bez pojedynku; ale teraz pojmujesz pan że doprowadziliśmy rzeczy do lego stopnia, że bez rozlewu trochy krwi nie możemy się rozejść.»
 Pułkownik znalazł zapewne tę przyczynę zupełnie dostateczną i także dobył szpady. Walka krótko trwała. Mój ojciec czując się rannym, natychmiast zniżył ostrze swej szpady i jął przepraszać pułkownika że śmiał go trudzić, na co ten odpowiedział ofiarując swoje usługi, wymienił swoje nazwisko i gdzie można było go znaleźć w Paryżu; poczem wsiadł do powozu i odjechał
 Mój ojciec z początku nie zważał na ranę, ale ciało jego tak było innemi pokryte, że nowy ten cios uderzył w dawną bliznę.
 Pchnięcie szpady pułkownika odkryło postrzał karabinowy po którym kula mu jeszcze, pozostała. Ołów tym razem wydostał się na wierzch i po dwu miesięcznem okładaniu i przewijaniu, rodzice moi puścili się w dalszą drogę.
 Mój ojciec przybywszy do Paryża natychmiast pośpieszył odwiedzić Margrabiego d’Urfé (tak się nazywał pułkownik z którym miał spotkanie). Był to jeden z ludzi najwięcej poważanych na dworze; przyjął mego ojca z niewypowiedzianą uprzejmością i obiecał przedstawić go ministrowi jakoteż pierwszym panom francuzkim. Mój ojciec podziękował mu i prosił tylko o przedstawienie go księciu de Tavannes, który naówczas był dziekanem marszałków, chciał bowiem zasięgnąć bliższych wiadomości względem trybunału honorowego o którym dotąd miał wysokie wyobrażenie, często rozpowiadał w Hiszpanii jako o nader mądrej ustawie i wszelkiemi siłami starał się zaprowadzić ją w tym kraju. Marszałek również rad był memu ojcu i polecił go kawalerowi de Belièvre, pierwszemu sekretarzowi panów marszałków i obrońcy przy rzeczonym trybunale.
 Kawaler często odwiedzając, mego ojca spostrzegł raz u niego kronikę pojedynków; dzieło to tak dalece wydało mu się jedynem w swoim rodzaju, że prosił o pozwolenie pokazania go panom marszałkom, którzy podzielili zdanie ich sekretarza i posłali do mego ojca z prośbą: aby raczył dozwolić uczynić odpis, który miał być na wieczne czasy złożonym w aktach trybunalskich. Żądanie to sprawiło memu ojcu niesłychaną przyjemność i z radością na nie zezwolił.
 Podobne oświadczenia szacunku bezustannie uprzyjemniały memu ojcu pobyt w Paryżu, ale wcale inaczej działo się z moją matką. Postanowiła ona niezwłocznie nietylko nie uczyć się po francuzku, ale nawet nie słuchać gdy przemawiano tym językiem. Spowiednik jej Innigo Velez ciągle gorzko wyśmiewał się z wolnych obrządków kościoła gallikańskiego, Garcias Hierro zaś kończył każdą rozmowę utrzymując, że Francuzi byli tchórzami i niezgrabiaszami.
 Nareszcie rodzice moi opuścili Paryż i po czterech dniach podróży przybyli do Bouillon. Ojciec mój dopełnił aktu rozpoznania przed urzędnikami i objął swój majątek w posiadanie. Dach naszych przodków, oddawna pozbawiony obecności swych panów, w równym stanie znajdował się co do dachówek; deszcz tak dobrze lał w pokoju jak na podwórzu, z tą różnicą: że brak podwórza wkrótce wysychał, podczas gdy kałuże w pokojach ciągle się powiększały. Ten zalew domowego ogniska bardzo podobał się memu ojcu, przypominał mu bowiem oblężenie Leridy, podczas którego trzy tygodnie przepędził stojąc po pas w wodzie.
 Pomimo tych miłych wspomnień, postarał się jednak o umieszczenie w suchem miejscu łóżka swojej małżonki. W obszernym bawialnym pokoju był komin flamandzki przy którym piętnaście osób mogło grzać się wygodnie; wystające sklepienie tego komina tworzyło niejako dach, podparty z każdej strony dwoma słupami. Zabito więc dymnik i pod tym dachem postawiono łóżko mojej matki, stolik i jedno krzesło, ponieważ zaś ognisko było wyniesione na jedną stopę, matka moja przeto mogła zamieszkiwać tę wyspę dość nieprzystępną dla powodzi.
 Ojciec mój osiedlił się w przeciwnym końcu pokoju na dwóch stołach spojonych deskami, oba zaś łóżka połączono mostem umocowanym w środku podwalnią z pak i kufrów. Dzieło to zostało ukończone pierwszego dnia naszego przybycia do zamku i w dziewięć miesięcy potem przyszedłem na świat. Podczas gdy z wszelką czynnością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, mój ojciec odebrał list który przepełnił go radością. W liście tym marszałek książę de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie honorowej która całemu trybunałowi wydala się nader trudną do rozstrzygnięcia.
 Mój ojciec z takiem szczęściem przyjął ten dowód szczególniejszej łaski, że postanowił z tego powodu wyprawić wielki bal dla sąsiadów. Ale ponieważ niemieliśmy żadnych sąsiadów, bal przeto skończył się na fandango wykonanem przez mego fechtmistrza i Signorę Fraskę pierwszą garderobianę mojej matki.
 Ojciec mój, w odpowiedzi na list marszałka, upraszał aby raczono mu w następstwie przesyłać wyciągi z wyroków trybunału. Ta łaska została mu udzieloną i odtąd każdego pierwszego miesiąca otrzymywał wielki zwój papierów, który przez cztery tygodnie wystarczał na domowe rozmowy i sprzeczki pod czas długich wieczorów zimowych przy kominie, w lecie zaś na dwóch ławkach przypartych do zamkowej bramy.
 Gdy zapowiadałem już moje narodzenie, ojciec mój ciągle rozmawiał z moją matką o synu którego się spodziewał i o wyborze ojca chrzestnego. Matka moja obstawała za księciem de Tavannes lub też za margrabią d’Urfe, ojciec zaś utrzymywał że to byłby dla nas wielki zaszczyt, ale przytem obawiał się aby ci panowie nie sądzili że mu czynią zbyt wielki zaszczyt, i tak zrozumiawszy należycie własną godność prosił kawalera de Beliévre, który z swojej strony z szacunkiem i wdzięcznością przyjął zaproszenie
 Nakoniec przyszedłem na świat; w trzecim roku życia wywijałem już małą szpadą, w szóstym zaś strzelałem z pistoletu nie zmrużywszy oka. Już miałem blizko siedm lat gdy mój ojciec chrzestny przyjechał do nas w odwiedziny. Kawaler od tego czasu ożenił się był w Tunak i piastował tam urząd namiestnika i zarazem obrońcy przy trybunale honorowym. Początek tych godności odnosi się aż do czasów sądów bożych, później przyłączono je do trybunału marszałków Francyi.
 Pani de Belièvre była nader wątłego zdrowia i mąż wiózł ją do wód w Spa. Oboje wkrótce niesłychanie mnie polubili a ponieważ niemieli własnych dzieci, uprosili przeto mego ojca aby im powierzył moje wychowanie, które niemogło być pielęgnowanem w samotnej okolicy jaką zamieszkiwaliśmy. Ojciec mój chętnie przystał na ich żądania, zachęcony zwłaszcza urzędem obrońcy przy trybunale honorowym, który mu obiecywał, że w domu Belièvrów zawczasu przejmę się zasadami mającemi ustalić dalsze moje postępowanie.
 Z początku chciano aby Garcias de Hierro mi towarzyszył, gdyż mój ojciec zawsze był tego zdania że najszlachetniejszy pojedynek był ze szpadą w prawej, puginałem zaś w lewej ręce. We Francyi zupełnie nieużywano tego rodzaju szermierstwa. Ponieważ jednak mój ojciec przyzwyczaił się każdego poranku szermować z Garciasem, i ta rozrywka stała się potrzebną dla jego zdrowia, postanowił zatem zatrzymać fechtmistrza przy sobie.
 Również, myślano wysiać ze mną teologa Inniga Veleza, ale ponieważ matka moja umiała tylko po hiszpańsku, niepodobieństwem więc było pozbawiać ją spowiednika znającego ten język. Tak więc rozłączony zostałem z dwoma ludźmi których jeszcze przed mojem urodzeniem przeznaczono na moich nauczycieli. Jednakże dano mi służącego Hiszpana, ażebym w jego towarzystwie nie zapomniał mowy macierzyńskiej.
 Wyjechałem z moim ojcem chrzestnym do Spa gdzie przepędziliśmy dwa miesiące, ztamtąd udaliśmy się do Hollandyi i nareszcie w końcu jesieni wróciliśmy do Turnak. Kawaler de Belièvre wybornie odpowiedział zaufaniu mego ojca i przez sześć lat nieszczędził wszelkich starań aby mnie z czasem wykształcić na znakomitego wojskowego. W końcu szóstego roku mego pobytu, Pani de Belièvre nagle umarła, mąż jej opuścił Flandryę i przeniósł się do Paryża, mnie zaś odwołano do rodzicielskiego domu.
 Po nieznośnej podróży z powodu spóźnionej pory, we dwie godzin po zachodzie słońca przybyłem do zamku, gdzie zastałem wszystkich mieszkańców zebranych koło wielkiego komina. Mój ojciec jakkolwiek uszczęśliwiony z mego przyjazdu, przecież bynajmniej nie objawił oznak radości, lękając się na szwank wystawić to co wy Hiszpanie nazywacie la gravedad; natomiast matka moja przyjęła mnie ze łzami. Teolog Innigo Velez przywitał mnie błogosławieństwem, szermierz zaś Garcias Hierro natychmiast podał mi floret. Wnet uderzyłem na niego i zadałem mu kilka pchnięć które dały obecnym niepospolite wyobrażenie o mojej zręczności. Mój ojciec zbyt był biegłym znawcą aby w tej chwili nie miał zastąpić dawnej oziębłości najżywszym rozczuleniem.
 Zastawiono wieczerzę i wszyscy wesoło zasiedli do stołu. Po wieczerzy znowu przysunięto się do komina i mój ojciec rzekł do teologa: «Przewielebny Don Innigo, uczyń mi tę przyjemność, przynieś wielką księgę z cudownemi historyami i przeczytaj nam którą.» Teolog poszedł do swego pokoju i wkrótce wrócił z ogromnym foliałem oprawionym w biały pargamin który pożółkniał już od starości. Otworzył, księgę na chybił trafił i zaczął czytać w te słowa:

HISTORYA TRIWULDA Z RAWENNY.
 Był raz przed laty we włoskiem mieście nazwanem Rawenna, młodzieniec nazwiskiem Triwuld. Przystojny, bogaty ale przytem nadzwyczaj zarozumiały. Dziewczęta raweńskie wyglądały oknami aby ga ujrzeć przechodzącego, ale żadna nie mogła sprawić na nim wrażenia. Jeżeli zaś przypadkiem która przypadła mu do smaku, milczał z obawy aby się nie poniżył okazaniem kobiecie tak wysokiego zaszczytu. Nareszcie wdzięki, młodej Niny Dei-Gieraci skruszyły jego obojętność i Triwuld oświadczył jej swoją miłość. Nina na to odpowiedziała, że kawaler Triwuld wielce ją tym zamiarem zaszczycał, ale że od dzieciństwa kochała swego kuzyna Teobalda Dei-Gieraci i że zapewne do śmierci kochać go nie przestanie. Na tę niespodziewaną odpowiedź, Triwuld wyszedł dając oznaki najzapalczywszej wściekłości.
 W ośm dni potem, a było to właśnie w niedzielę, gdy wszyscy mieszkańcy Rawenny dążyli do katedry świętego Piotra, Triwuld rozpoznał śród tłumu Ninę wspartą na ramieniu jej krewnego. Zawinął się w płaszcz i pośpieszył za niemi.
 Gdy wszyscy weszli do kościoła gdzie niewolno było twarz płaszczem zakrywać, kochankowie mogli byli łatwo spostrzedz że Triwuld ich ścigał, ale tak dalece zajęci byli miłością że nawet nie uważali na mszę, co prawdę mówiąc wielkim jest grzechem.
 Tymczasem Triwuld usiadł za niemi w ławce, słuchał ich rozmowy i podniecał w sobie zawziętość. Natenczas ksiądz wstąpił na ambonę i rzekł: «Mili chrześcijanie, ogłaszam wam zapowiedzi Teobalda i Niny Dei-Gieraci, czy kto z was ma co przeciw temu małżeństwu?»
 «Ja się temu sprzeciwiam,» krzyknął Triwuld, i w tej chwili zadał obu kochankom kilkanaście ciosów sztyletem.
 Chciano go przytrzymać, ale znowu wziął się do sztyletu, wymknął się z kościoła, następnie z miasta i uciekł do Wenecyi. Triwuld był pyszny i zepsuty przez los, ale duszę miał tkliwą; zgryzoty sumienia zemściły się za nieszczęśliwe ofiary. Triwuld tułał się od miasta do miasta i w rozpaczy pędził życie.
 Po kilku latach, krewni jego załagodzili całą sprawę i powrócił do Rawenny; ale nie był to już ten sam młodzieniec błyszczący szczęściem i dumny z swojej urody. Zmienił się tak dalece że własna mamka nie mogła go poznać.
 Zaraz pierwszego dnia po przybyciu, Triwuld wywiedział się gdzie był grób Niny; powiedziano mu że razem ze zwłokami kochanka została pochowaną w kościele świętego Piotra, tuż obok miejsca gdzie ich zamordowano. Triwuld drżący poszedł do kościoła, upadł na grób i oblał go rzewnemi łzami. Pomimo całej boleści jakiej nieszczęśliwy zabójca doznał w tej chwili, łzy przecież ulżyły mu na sercu; dał więc swoją kiesę zakrystyanowi i otrzymał pozwolenie wchodzenia do kościoła kiedy mu się tylko spodoba. Odtąd przychodził każdego wieczora i zakrystyan tak się do niego przyzwyczaił że niezwracał nań najmniejszej uwagi.
 Pewnego wieczoru, Triwuld przepędziwszy poprzednią noc bezsennie, zasnął na grobie, a gdy się obudził znalazł kościół już zamknięty; postanowił więc śmiało przepędzić noc w miejscu które tak zgadzało się z jego głębokim smutkiem. Słuchał jak godziny biły jedna za drugą i żałował tylko, że każdy ostatni dźwięk niebył ostatnią chwilą jego życia.
 Nareszcie północ uderzyła. Otwarły się drzwi od zakrystyi i Triwuld ujrzał zakrystyana wchodzącego z latarnią w jednej, z miotłą zaś w drugiej ręce. Nie był to jednak zwyczajny, zakrystyan ale kościotrup; miał wprawdzie nieco skóry na twarzy i coś nakształt zapadłych oczu, ale okrywająca go opończa wyraźnie pokazywała że na kościach zupełnie nie było ciała.
 Okropny zakrystyan postawił latarnię na wielkim ołtarzu i pozapalał świece jak do nieszporów; następnie zaczął zamiatać kościół i okurzać ławki, przeszedł nawet kilka razy obok Triwulda ale nie zdawał się go spostrzegać. Nareszcie zbliżył się do drzwi zakrystyi i jął dzwonić w sygnaturkę; na ten dźwięk podniosły się grobowce, wyszli umarli owinięci w całuny i na posępną nutę zawiedli hymny i żałobne i litanie.
 Gdy tak przez jakiś czas już wyśpiewywali, jeden martwiec odziany w albę i stułę, wstąpił na ambonę i rzekł: «Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Teobalda i Niny Dei-Gieraci, przeklęty Triwuldzie, czy masz co przeciw temu?» —
 Tu ojciec mój przerwał teologowi i zwracając się do mnie, rzekł: «Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu Triwulda.»
 «Drogi ojcze, — odpowiedziałem — sądzę ze zląkłbym się niesłychanie.»
 Na te słowa, ojciec mój, porwał się uniesiony szalonym gniewem, poskoczył do szpady i chciał mnie nią przybić do ściany.
 Obecni rzucili się między nas i przecie zdołali go uspokoić. Gdy usiadł na swojem miejscu, spojrzał na mnie straszliwie i rzekł: «Synu niegodny twojego ojca, nikczemność twoja hańbą okrywa pod pewnym względem pułk gwardyi wallońskiej w którym cię chciałem umieścić.»
 Po tych gorzkich wymówkach na które myślałem że umrę ze wstydu, nastąpiło głębokie milczenie. Garcias pierwszy go przerwał i zwracając się do mego ojca rzekł: «Czy nie lepiej byłoby Jaśnie Wielmożny Panie aby zamiast tego wszystkiego, można było przekonać syna Waszej Miłości, że niema na świecie ani widm, ani upiorów, ani umarłych którzy śpiewają litanije. Tym sposobem, bezwątpienia panicz nie drżałby na ich wspomnienie.»
 «Mości Hierro, — odpowiedział cierpko mój ojciec, — zapominasz Wacpan że wczoraj miałem zaszczyt pokazywać mu historyę o duchach, napisaną własną ręką mego pradziada.»
 «Ja bynajmniej, — odparł Garcias — nie zadaję fałszu pradziadowi Jaśnie Wielmożnego Pana.»
 «Jak to rozumiesz, — rzekł ojciec — bynajmniej nie zadaję fałszu. Czy wiesz że to wyrażenie przypuszcza możność zadania fałszu memu pradziadowi, przez Wacpana.»
 «Jaśnie Wielmożny Panie, — mówił dalej Garcias, — wiem że jestem zbyt małoznaczącą osobą, aby Jaśnie Wielmożny pradziad Waszej Miłości, miał wymagać po mnie jakiegokolwiek zadosyć uczynienia.»
 Wtedy mój ojciec przybrawszy jeszcze straszliwszą postawę, zawołał: «Hierro! niech cię Bóg broni abyś miał czynić wymówki, gdyż takowe przypuszczają możność obrazy.»
 «W takim razie, — rzekł Garcias — niepozostaje mi jak tylko z pokorą poddać się karze jaką Jaśnie Wielmożny Pan w imieniu swego pradziada raczy na mnie wymierzyć, śmiem tylko błagać aby dla ochrony godności mego powołania, kara ta została mi wyznaczoną przez naszego spowiednika; tym sposobem będę, mógł ją uważać za pokutę kościelną.»
 «To nie jest zła myśl, — rzekł mój ojciec znacznie uspokojony. — Pamiętam żem kiedyś napisał mały traktat o zadosyć uczynieniach w razie gdyby pojedynek niemógł mieć miejsca; muszę się nad tem głębiej zastanowić.»
 Mój ojciec zdawał się z początku głęboko rozmyślać nad tym przedmiotem, ale przechodząc z jednych uwag do drugich, zasnął nareszcie w swojem krześle. Matka moja i teolog oddawna już spali i Garcias niebawem poszedł za ich przykładem. Natenczas ja odszedłem do mego pokoju i tak minął pierwszy dzień powrotu do rodzicielskiego domu.
 Nazajutrz z rana fechtowałem się z Garciasem, następnie: poszedłem na polowanie, po wieczerzy zaś gdy wszyscy zasiedli koło komina, mój ojciec znowu posłał teologa po wielką księgę. Przewielebny przyniósł ją, otworzył na pamięć i zaczął czytać co następuje:

HISTORYA LANDULFA Z FERRARY.
 W pewnem mieście włoskiem nazwanem Ferrara, żył raz pewien młodzieniec nazwiskiem Landulf. Był to rozpustnik bez czci i wiary, który zgrozą przejmował wszystkich pobożnych mieszkańców. Ten niegodziwiec szukał tylko podobnych sobie kobiet, żadna jednak nie podobała mu się tyle ile Bianka de Rossi z powodu że wszystkie inne przewyższała w lekkomyślności.
 Bianka nie tylko była rozpustną, chciwą złota i zepsutą w głębi serca, ale nadto wymagała zawsze aby jej kochankowie zniżali się do niej hańbiącemi postępkami; nalegała więc na Landulfa aby każdego wieczora prowadził ją na wieczerzę do jego matki i siostry. Landulf natychmiast poszedł do matki i oświadczył jej ten zamiar, jak gdyby nic w tem nie widział nieprzyzwoitego. Biedna matka zalała się łzami i zaklinała syna aby miał wzgląd na dobrą sławę siostry. Landulf pozostał głuchym na te prośby i przyrzekł tylko dochować ile możności tajemnicy, poczem przyprowadził Biankę do domu. Matka i siostra Landulfa przyjęły niegodziwą daleko lepiej niż na to zasługiwała; ale Bianka widząc ich dobroć podwoiła jeszcze zuchwałość, zaczęła rozprawiać o nieprzystojnych rzeczach i dawać siostrze swego kochanka nauki bez jakich ta byłaby się zupełnie obeszła. Nareszcie wyprawiła obie z pokoju, mówiąc że dość już ją znudziły.
 Nazajutrz, bezwstydna rozniosła tę historyę po całem mieście, tak że przez kilka dni o niczem innem nie mówiono; niebawem wieść o tym wypadku doszła Odoarda Zampi, brata matki Landulfa. Odoardo wcale niebył człowiekiem bezkarnie puszczającym urazę, ujął się strony swej siostry i tego samego dnia kazał zamordować niegodziwą Biankę. Gdy Landulf udał się do swej kochanki, znalazł ją broczącą we krwi i nieżywą. Wkrótce dowiedział się że to była sprawa jego wuja, pobiegł więc chcąc go karać, ale dzielni towarzysze otaczający Odoarda naigrawali się jeszcze z jego bezsilnej złości.
 Landulf nie wiedząc na kim wywrzeć swoją wściekłość, pobiegł do matki aby na niej pomścić swojej krzywdy. Biedna kobieta właśnie siadała z córką do wieczerzy i widząc syna wchodzącego zapytała, czy dziś Bianka przyjdzie do stołu?..
 «Oby mogła przyjść, — krzyknął Landulf — i zaprowadzić cię do piekła razem z twoim bratem i całą rodziną Zampich.»
 Nieszczęśliwa matka padła na kolana wołając: «Wielki Boże, przebacz mu jego bluźnierstwu!.»
 W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzano wchodzące straszliwe widmo, pokryte ranami sztyletu, w którem jednak nie można było nierozpoznać trupa Bianki.
 Matka i siostra Landulfa zaczęły żarliwie się modlić i Bóg udzielił im łaskę zniesienia tego okropnego widoku.
 Wiedźma zbliżyła się wolnemi kroki i zasiadła do stołu jak gdyby chciała społu wieczerzać. Landulf z odwagą, jaką samo tylko piekło mogło go natchnąć, podał jej półmisek. Widmo otworzyło tak wielką paszczę że głowa zdawała mu się łupać na dwoje i zionęło czerwonawym płomieniem; następnie wyciągnęło osmoloną rękę, wzięło kawałek, połknęło go i wnet usłyszano jak spadał pod stół. Tym sposobem pożarło cały półmisek, ale wszystkie kawałki upadały pod stół. Wtedy zwracając straszliwe oczy na gospodarza, rzekło:
 «Teraz muszę ci podziękować za wieczerzę drogi Landulfie.» Przy tych słowach zarzuciło mu na szyję skrwawione ręce, zaczęło uśmiechać się i klapać zębami... —
 Tu mój ojciec przerywając spowiednikowi obrócił się do mnie i rzekł:
 «Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu Landulfa?...»
 «Kochany ojcze, — odpowiedziałem — zaręczam że wcale bym się nie zląkł.»
 Odpowiedź ta ucieszyła mego ojca; przez cały wieczór był wesół i z radością na mnie poglądał.
 Tak przepędzaliśmy — dni jeden za drugim, z tą różnicą że w zimie zasiadaliśmy koło komina, w lecie zaś na ławce przypartej do zamkowej bramy. Sześć lat upłynęło w tym słodkim pokoju i gdy teraz sobie przypominam, zdaje mi się że każdy rok nie trwał dłużej jak tydzień.
 Gdy skończyłem siedmnasty rok życia, ojciec pomyślił o umieszczeniu mnie w pułku gwardyi wallońskiej, i w tym celu napisał do kilku dawnych towarzyszów na których najwięcej jeszcze liczył. Ci zacni i szanowni wojskowi połączyli wspólne starania i otrzymali dla mnie patent na kapitana. Mój ojciec otrzymawszy tę wiadomość tak dalece był nią wzruszony, że lękano się o jego życie; wszelako niebawem przyszedł do siebie i odtąd zajmował się tylko przygotowaniami do mego wyjazdu. Chciał abym udał się przez morze i wylądowawszy w Kadyxie, naprzód przedstawił się Don Henrykowi de Sa, wielkorządcy prowincyi, który najwięcej przyczynił się do otrzymania dla mnie stopnia.
 Gdy powóz pocztowy zajechał już na podwórze zamkowe, ojciec mój zaprowadził mnie do swego pokoju i zaryglowawszy drzwi za sobą, rzekł: «Kochany Alfonsie, pragnę powierzyć ci tajemnicę którą otrzymałem od mego ojca a którą ty przekażesz kiedyś twemu synowi, gdy go jej godnym osądzisz.»
 Byłem przekonany że ta tajemnica tyczyła się jakiego ukrytego skarbu, odpowiedziałem więc: że zawsze uważałem złoto jedynie jako środek przyjścia w pomoc nieszczęśliwym.
 «Mylisz się kochany Alfonsie, — odparł mój ojciec, — nie chodzi tu bynajmniej o złoto lub srebro. Pragnę nauczyć cię nieznanego dotąd pchnięcia, za pomocą którego zasłaniając prawy bok i szybkim zwrotem podbijając końcem szpady rękojeść przeciwnika, jesteś pewnym zawsze wytrącić mu broń z ręki.» To mówiąc wziął florety, nauczył mnie nieznanego pchnięcia; dał błogosławieństwo na drogę i zaprowadził do powozu. Uściskałem moją matkę i po chwili opuściłem zamek rodzicielski.
 Udałem się lądem aż do Flessingi, tam wsiadłem na okręt i wylądowałem w Kadyxie. Don Henryk de Sa zajął się mną jak gdybym był własnym jego synem, dopomógł mi do przyzwoitego oporządzenia się i polecił dwóch służących, z których jeden zwał się Lopez drugi zaś Moskito. Z Kadyxu przybyłem do Sewilli, z Sewilli do Kordowy, następnie do Anduhar zkąd postanowiłem obrócić drogę przez Sierra-Morena. Na nieszczęście przy źródle w Alcornoques, oba służący mnie opuścili. Pomimo to, tego samego dnia dostałem się do Venta Quemada, wczoraj zaś wieczorem do twojej pustelni. —
 «Kochany synu, — rzekł pustelnik — twoja historya mocno mnie zajęła i dziękuję ci żeś mi ją raczył opowiedzieć. Widzę teraz po sposobie twego wychowania, że bojaźń jest dla ciebie zupełnie nieznanem uczuciem; ale ponieważ przepędziłeś noc w Venta Quemada, lękam się abyś tam nie był doświadczył nagabań dwóch wisielców i żebyś kiedyś nie uległ smutnemu losowi opętanego Paszeko.«
 «Wielebny ojcze — odpowiedziałem — długom się zastanawiał tej nocy nad przygodami pana Paszeko. Jakkolwiek ma on djabła w ciele, przecież jest szlachcicem, nie sądzę więc aby wszystko co mówił nie było najistotniejszą prawdą. Z drugiej jednak strony, Innigo Velez, nasz spowiednik zamkowy zaręczył mi, że jakkolwiek dawniej znajdowali się opętani, zwłaszcza w pierwszych czasach chrześcijaństwa, atoli dziś niema już ich zupełnie i jego świadectwo tem ważniejszem mi się wydaje, że ojciec mój rozkazał mi we względzie naszej religji, ślepo wierzyć czcigodnemu Velezowi.»
 «Jako? — rzekł pustelnik, — nie widziałeś więc okropnej postaci opętanego, któremu djabli wyłupili jedno oko?..»
 «I owszem mój ojcze, wszelako pan Paszeko, mógł innym sposobem nabawić się tego kalectwa. Wreszcie co się tyczy tych rzeczy, odnoszę się zawsze do tych którzy więcej umieją odemnie. Dość dla mnie że nielękam się żadnych widm ani strachów. Jednakże jeżeli chcesz, dla zachowania spokoju duszy mojej, dać mi jaką świętą relikwiję, przyrzekam nosić ją z wszelką wiarą i poszanowaniem.»
 Pustelnik zdawał się uśmiechać z mojej prostoty, poczem rzekł: «Widzę mój synu, że masz jeszcze wiarę, ale obawiam się abyś na dal zdołał w niej wytrwać. Ci Gomelezowie od których wiedziesz twój ród po kądzieli, są od niedawna dopiero chrześcijanami, niektórzy z nich nawet, jak mówią, w głębi serca wyznają islamizm. W razie, gdyby ci ofiarowali niezmierne bogactwa, z warunkiem przejścia na ich wiarę, co byś wtenczas uczynił?..»
 «Nie przyjąłbym, — odpowiedziałem — gdyż mniemam że wyparcie się wiary lub opuszczenie sztandaru, zawsze może tylko okryć hańbą.»
 Tu pustelnik znowu zdawał się uśmiechać i rzekł: «Ze smutkiem spostrzegam że cnoty twoje zasadzają się na zbyt wygórowanem uczuciu honoru i uprzedzam cię, że dziś niema już tyle pojedynków w Madrycie ile ich bywało za czasów twego ojca. Oprócz tego, cnoty dziś opierają się na innych, daleko trwalszych zasadach. Ale niechcę cię dłużej zatrzymywać gdyż masz jeszcze długą drogę przed sobą, zanim dostaniesz się do Venta del Pegnon, czyli gospody pod skałą. Oberżysta mieszka tam pomimo złodziejów, liczy bowiem na opiekę bandy cyganów która obozuje w okolicy. Po jutrze, przyjedziesz do Venta de Cardegnas i wtedy będziesz już za Sierra-Moreną. Przy siodle znajdziesz niektóre zapasy na drogę.» To mówiąc pustelnik czule mnie uściskał, ale nie dał mi żadnej relikwji dla zachowania spokoju mej duszy. Niechciałem mu przypominać i dosiałszy konia, opuściłem pustelnią.
 Przez drogę rozmyślałem nad szczególniejszemi mniemaniami pustelnika, nie mogłem bowiem pojąć jakim sposobem cnota może opierać się na silniejszej podstawie jak na uczuciu własnego honoru, który sam obejmował w sobie wszystkie cnoty.
 Właśnie zastanawiałem się nad temi uwagami, gdy nagle jakiś jedździec ukazał się z poza skały, stanął mi w poprzek drogi i rzekł:
 «Czy pan nazywasz się Alfonsem van Worden?»
 Odpowiedziałem że tak jest.
 «W takim razie, aresztuję pana w imieniu króla i przenajświętszej inkwizycyi; racz mi pan oddać szpadę.» W milczeniu spełniłem jego żądanie, gdy w tem jeździec gwiznął i zewsząd otoczony zostałem uzbrojonymi. Rzucili się na mnie, związali mi ręce w tył, zapuścili manowcami w góry i po godzinie drogi ujrzałem przed sobą warowny zamek. Spuszczono most zwodzony i wjechaliśmy w dziedziniec; natychmiast zaprowadzono mnie do narożnej wieży i wepchnięto do więzienia, nie troszcząc się bynajmniej o rozwiązanie powrozów które mnie krępowały. Więzienie było zupełnie ciemnem, niemogłem wyciągnąć rąk przed siebie, lękając się zatem uderzyć głową w mur, usiadłem w miejscu gdzie mnie postawiono, i jak można łatwo pojąć, zacząłem rozmyślać nad przyczynami tak gwałtownego ze mną postępowania. Z razu myślałem że inkwizycya schwytała Eminę i Zibeldę i że murzynki opowiedziały wszystko co się stało w Venta Quemada. W takim przypadku, bezwątpienia zadadzą mi zapytania względem pięknych afrykanek. Miałem dwie drogi przed sobą: albo zdradzić moje kuzynki i złamać dane im słowo honoru, lub leż wyprzeć się ich znajomości; utrzymując to drugie zdanie, byłbym zabrnął w pasmo bezwstydnych kłamstw, czego bynajmniej nie chciałem.
 Namyśliwszy się więc przez chwilę, postanowiłem zachować jak najgłębsze milczenie i na wszelkie zapytania nie odpowiadać ani słowa.
 Raz usunąwszy tę wątpliwość, zacząłem marzyć o wypadkach dwóch dni ubiegłych. Byłem mocno przekonany że miałem do czynienia z istotami z tego świata, jakieś tajemne uczucie silniejsze nad wszelkie wyobrażenia o potędze złych duchów utwierdzało mnie w tem mniemaniu; wszelako oburzała mnie niegodziwa psota przeniesienia mnie pod szubienicę.
 Tak mijały godziny. Głód zaczął mi doskwierać; słysząc że w więzieniach nie brakowało chleba i dzbanków z wodą, jąłem szukać nogami czy nie znajdę jakiego pożywienia. W istocie wkrótce domacałem się jakiejś półkuli, która rzeczywiście była chlebem; szło tylko jakim sposobem ponieść go do ust. Położyłem się obok chleba i chciałem go schwycić zębami, ale za każdym razem wymykał mi się dla braku oporu; natenczas przyparłem go do muru, i znalazłszy bochenek rozkrojony przez środek, zdołałem go ugryźć. Dziękowałem opatrzności że pomyślano wprzódy o rozkrojeniu chleba, w przeciwnym bowiem razie usiłowania moje byłyby pozostały bezskutecznemi. Następnie domacałem się dzbanka, ale znowu żadnym sposobem nie mogłem do ust go przychylić; w istocie zaledwie odwilżyłem gardło, wnet cała woda wylała się na ziemię. Tak czyniąc dalsze poszukiwania, znalazłem w kącie garść słomy i położyłem się. Związano mi ręce tak sztucznie że niedoznawałem żadnej boleści i wkrótce zasnąłem.



DZIEŃ CZWARTY.
 Zdawało mi się że spałem już od kilku godzin gdy wtem nagle mnie obudzono. Ujrzałem wchodzącego mnicha z zakonu świętego Dominika a za nim kilku ludzi nader nieprzyjemnej powierzchowności. Niektórzy z nich nieśli pochodnie, inni zaś zupełnie nieznane mi narzędzia, służące zapewne do tortury.
 Przypomniałem sobie o mojem postanowieniu i zamierzyłem na włos nieodstąpić od niego; przywiodłem na pamięć rady mego ojca. Wprawdzie nigdy nie brano go na tortury, ale wiedziałem że śród licznych i bolesnych operacyi chirurgicznych jakich doświadczał, nigdy nawet nie krzyknął.
 «Będę go więc naśladował, — rzekłem do siebie — nie wyrzeknę ani słowa a nawet nie westchnę.» Inkwizytor kazał przynieść sobie krzesło, usiadł obok mnie, przybrał wyraz łagodności i słodyczy, i w te słowa się odezwał «Drogi, kochany synu, podziękuj niebu że cię przyprowadziło do tego więzienia; ale jakiż dałeś do tego powód? jaki grzech popełniłeś? wyspowiadaj się, w łzach i pokorze szukaj ulgi na mojem łonie. — Nie odpowiadasz — niestety, synu mój, źle, bardzo źle czynisz. My według naszego systemu, zostawiamy winowajcy wolność oskarżania samego siebie. Wyznanie to jakkolwiek nieco wymuszone, ma przecież swoją dobrą stronę, zwłaszcza gdy winny raczy wymienić współwinowajców. Jeszcze milczysz?. Tem gorzej dla ciebie, widzę że muszę sam cię naprowadzić na dobrą drogę. Czy znasz dwie afrykańskie księżniczki, czyli raczej dwie niegodziwe czarownice, wiedźmy przebrzydłe.... djablice wcielone?. Nic nie mówisz? niech więc wprowadzą te dwie infantki z dworu Lucypera.»
 Tu wprowadzono obie moje kuzynki z rękami również jak moje w tył związanemi, poczem Inkwizytor tak dalej mówił.
 «Coż więc kochany synu, poznajeszże je? Ciągle milczysz?. Drogi synu, niech cię to wcale nie przestrasza co ci powiem. Sprawią ci tu małą boleść; widzisz te dwie deski? Włożą ci nogi między te deski i skrępują je sznurami, później zabiją ci miotem między kolana te oto kliny. Z początku nogi ci nabrzękną, dalej krew wytryśnie ci z wielkich palców, z drugich zaś poopadają paznogcie; podeszwy ci popękają i wycieknie ci tłustość pomięszana z rozgniecionem ciałem. To cię już więcej będzie boleć. Jeszcze nic nie odpowiadasz?.. masz słuszność, to są dopiero katusze przygotowawcze. Pomimo to jednak zemdlejesz, ale niebawem zapomocą tych oto soli i spirytysów wrócisz do przytomności. Natenczas wyjmą ci kliny i zabiją te tutaj większe. Za pierwszem uderzeniem podruzgocą ci kolana i kostki, za drugiem, nogi wzdłuż ci popękają; szpik wytryśnie i razem z krwią zbroczy tę słomę. Obstajesz przy twojem milczeniu?. dobrze więc, niech mu ścisną palce.» Na te słowa oprawcy porwali mnie za nogi i położyli między dwie deski.
 «Niechcesz mówić?.. zabijcie mu kliny!.. milczysz!.. podnieście młoty!..»
 W tej chwili dały się słyszeć liczne wystrzały broni. Emina krzyknęła: «O proroku! jesteśmy ocaleni! Zoto przybywa nam na pomoc.» Zoto wszedł z swoją czeredą, wyrzucił za drzwi oprawców i przykuł Inkwizytora do obręczy żelaznej wbitej w mur więzienia. Następnie rozwiązał mnie i dwie Maurytanki. Skoro tylko dziewczęta poczuły wolne ramiona, natychmiast zarzuciły mi je na szyję. Rozłączono nas. Zoto rozkazał mi usiąść na konia i ruszyć naprzód, zaręczając że wkrótce z kobietami za mną pośpieszy.
 Przednia straż z którą wyruszyłem składała się z czterech jeźdźców. O świcie przybyliśmy na puste miejsce i przemienieliśmy konie; następnie drapaliśmy się po wierzchołkach i garbach stromych gór.
 Około czwartej po południu, dostaliśmy się między wydrążenia skaliste gdzie zamierzaliśmy noc przepędzić; z mojej jednak strony cieszyłem się że słońce jeszcze nie zaszło, gdyż widok był zachwycający zwłaszcza dla mnie, który dotąd widziałem tylko Ardenny i Zelandyę. U stóp moich rozciągała się czarująca Vega de Granada, którą mieszkańcy tego kraju z dumą nazywają la nuestra Vegilla. Widziałem ją całą z jej sześcioma miastami i czterdziestoma wioskami.
 Henil, krętem korytem toczył swoje fale, potoki z hukiem spadały ze szczytów Alpuhary; migdałowe gaje, wspaniałe gmachy, ogrody i nieskończona ilość letnich domków wprawiały mnie w podziw. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły w wzrok zestrzeliłem i zapomniałem zupełnie o moich kuzynkach, które niebawem przybyły w lektykach niesionych przez konie. Gdy ziasiadły na poduszkach rozłożonych w jaskini i wypoczęły nieco, rzekłem do nich: «Moje panny, bynajmniej nie żalę się na noc jaką przepędziłem w Venta Quemada, ale wyznam szczerze, że sposób w jakim ją zakończyłem, niewypowiedzianie nie przyszedł mi do smaku.»
 «Nie oskarżaj nas Alfonsie, — rzekła Emina, — jak tylko o przyjemną stronę snów twoich; wreszcie na cóż narzekasz? czyliż nie zyskałeś natomiast sposobności okazania nadludzkiej odwagi?.»
 «Jako? — przerwałem — miałżeby kto powątpiewać o mojej odwadze?.. Gdybym znalazł takiego, biłbym się z nim przez płaszcz, przez chustkę, na sztylety, na coby tylko sam zechciał.»
 «Przez płaszcz, przez chustkę?.. nie rozumiem wcale tych wyrażeń, — odpowiedziała Emina — wiem tylko że są rzeczy o których ci mówić nie mogę. Niektóre nawet są takie o których sama dotąd nic nie wiem. Ja wykonywam tylko rozkazy naczelnika naszej rodziny, następcy Szeika Massuda który posiada tajemnicę Kassar Gomeleza. Mogę ci tylko powiedzieć że jesteś naszym blizkim krewnym. Oidor Grenady, ojciec twojej matki, miał syna który stał się godnym odkrycia mu tajemnicy, przyjął wiarę proroka i zaślubił cztery córki Deja panującego w ówczas w Tunis. Najmłodsza z nich miała tylko dzieci, i ta była właśnie naszą matką. Wkrótce po narodzeniu Zibeldy, mój ojciec i trzy jego żony umarli na zarazę która w tym czasie pustoszyła brzegi Barbaryi.... ale dajmy pokój tym rzeczom o których sam później dokładnie się dowiesz. Mówmy o tobie, o wdzięczności jaką ci jesteśmy winne, czyli raczej o naszem uwielbieniu dla twojej odwagi. Z jakąż obojętnością zapatrywałeś się na przygotowania do katuszy?... jak religijną stałość zachowałeś dla twego słowa?. Tak, Alfonsie, przeszedłeś wszystkich bohaterów naszego pokolenia i odtąd należemy do ciebie.»
 Zibelda, która nie przeszkadzała siostrze ile razy rozmowa toczyła się o rzeczach poważnych, odbierała swoje prawa gdy następowała chwila uczucia. Okryty byłem przymilaniami, pochlebstwami i zadowolony z siebie i z drugich.
 Wkrótce przybyły murzynki, zastawiono wieczerzę do której sam Zoto nam usługiwał z oznakami najgłębszego uszanowania. Po wieczerzy, murzynki posłały w jaskini wygodne łoże dla moich kuzynek, ja wynalazłem sobie drugą i niebawom oddaliśmy się spoczynkowi, którego potrzeba tak silnie dawała się nam uczuwać.


DZIEŃ PIĄTY.
 Nazajutrz o świcie karawana gotową była do pochodu. Zstąpiliśmy z gór i zeszliśmy na głębokie doliny czyli raczej w przepaście które zdawały się dosięgać wnętrzności ziemi. Przerywały one pasmo gór w tylu rozmaitych kierunkach, że niepodobieństwem było rozpoznać położenie lub cel do którego zmierzaliśmy.
 Postępowaliśmy tak przez sześć godzin i przybyliśmy do zwalisk opuszczonego miasta. Tam Zoto, kazał nam zsiąść z koni i zaprowadziwszy mnie do studni rzekł: «Panie Alfonsie, racz spojrzeć w tę studnię i powiedz mi co o niej sądzisz?.»
 Odpowiedziałem żem widział wodę i że sądziłem że to była studnia.
 «Mylisz się pan, — rzekł Zoto — jest to wejście do mego pałacu.» To mówiąc pochylił głowę nad otworem i wydał szczególny krzyk.
 Na ten odgłos ujrzałem jak deski wychodziły z boku cembrowin i wznosiły się na kilka stóp nad wodą, następnie uzbrojony człowiek wyszedł tym samym otworem, za nim drugi i trzeci.
 Gdy wydostali się na brzeg, Zoto rzekł pokazujac mi dwóch pierwszych: «Mam zaszczyt przedstawić panu dwóch moich braci Cziczia i Moma; bezwątpienia widziałeś ich pan powieszonych na pewnej dobrze znajomej ci szubienicy, ale to nie przeszkadza że obaj są zdrowi i silni i będą zawsze służyć na pańskie rozkazy, są bowiem równie jak i ja w służbie i na żołdzie wielkiego Szejka Gomelezów.»
 Odpowiedziałem mu że mocno byłem ucieszony widokiem braci człowieka, który mi wyświadczył tak ważną przysługę.
 Chcąc nie chcąc musieliśmy spuścić się do studni. Przyniesiono sznurową drabinę po której dwie siostry zgrabniej zestąpiły aniżeli byłbym się spodziewał. Udałem się w ich ślady. Stanąwszy na deskach, znaleźliśmy małe boczne drzwi, któremi trzeba było wejść skurczywszy się we dwoje. Wkrótce jednak spostrzegliśmy szerokie wschody, wykute w skale i oświecone lampami. Zeszliśmy przeszło dwieście wschodów w głąb ziemi, nakoniec dostaliśmy się do podziemia rozdzielonego na mnóstwo komnat i mniejszych pokojów. Całe mieszkanie, dla ochrony od wilgoci, pokryte było wewnątrz bluszczem. Widziałem później w Cintra, niedeleko Lizbony klasztor wykuty w skale którego cele taż sama roślina pokrywała i który z tego powodu nazywano bluszczowym klasztorem. Oprócz tego ciągle podsycane ognie utrzymywały łagodne ciepło w podziemiu Zota. Konie służące dla jego jazdy stały w przyległych stajniach; w razie potrzeby także dostawały się na ziemię, szerokim otworem wychodzącym na dolinę, urządzono nawet machinę do łatwiejszego ich dobywania, wszelako rzadko kiedy jej używano.
 «Wszystkie te cuda, — rzekła Emina — są dziełem Gomelezów. Wykuli oni tę skałę, podczas gdy byli jeszcze panami kraju, czyli raczej dokończyli pracę zaczętą przez pogan zamieszkujących Alpuharę w chwili ich przybycia. Uczeni utrzywują, że w tem samem miejscu znajdowały się niegdyś kopalnie prawdziwego złota betyckiego, dawne zaś przepowiednie głoszą, że cała ta okolica powróci kiedyś w posiadanie Gomelezów. Co mówisz o tem Alfonsie?. to byłoby piękne dziedzictwo.»
 Nie podobały mi się te słowa Eminy i wyraźnie jej to oświadczyłem, następnie zwracając rozmowę, zapytałem jakie są jej zamiary na przyszłość?...
 Emina mi odrzekła, że potem wszystkiem co zaszło nie mogły dłużej pozostać w Hiszpanji, ale chciały nieco wypocząć, dopókiby nie przygotowano dla nich okrętu.
 Zastawiono nam obfity obiad zwłaszcza w zwierzynę i suche konfitury. Trzej bracia usługiwali nam z bezprzykładną gorliwością. Uczyniłem uwagę moim kuzynkom, że niepodobieństwem było znaleźć bardziej uprzejmych wisielców. Emina przyznała mi słuszność i zwracając się do Zota rzekła: «Bezwątpienia ty i twoi bracia musieliście doświadczyć w życiu dziwnych przygód, które z wielką przyjemnością radzibyśmy usłyszeć.»
 Po chwili nalegania, Zoto zasiadł obok nas i zaczął w te słowa:

HISTORYA ZOTA.
 Urodziłem się w mieście Benewencie, stolicy księztwa tego nazwiska. Ojciec mój, równie jak ja, Zoto nazwany, był z powołania nader biegłym zbrojownikiem. Ponieważ jednak było ich trzech w mieście i tamci dwaj mieli więcej szczęścia, przeto rzemiosło jego zaledwie wystarczało na wyżywienie żony i trojga dzieci to jest mnie i dwóch moich braci.
 We trzy lata po ożenieniu mego ojca, siostra młodsza mojej matki zaślubiła kupca oliwy, nazwiskiem Lunardo, który na podarunek ślubny dał jej parę złotych kolczyków i takiż łańcuszek na szyję. Moja matka wróciwszy z wesela zdawała się być pogrążoną w głębokim smutku. Mąż chciał dowiedzieć się o przyczynie, ona długo wzbraniała się mu ją wyznać, nakoniec odkryła mu, że trawił ją żal że niemiała podobnych jak siostra kolczyków i łańcuszka. Ojciec mój nic na to nie odrzekł. Miał w swoim składzie cudownie wyrobioną strzelbę do polowania z takiemiż pistoletami i kordelasem. Strzelba, nad którą mój ojciec przez cztery lata pracował, dawała cztery strzały od jednego nabicia; mój ojciec cenił ją trzysta neapolitańskich uncyi złota, wyszedł jednak na miasto i całą broń sprzedał za ośmdziesiąt uncyi, następnie kupił kolczyki i łańcuszek i przyniósł je żonie. Matka moja tego samego dnia poszła pochwalić się przed żoną Lunarda i niesłychanie ucieszyła się gdy znaleziono kólczyki jej daleko piękniejsze i bogatsze.
 W tydzień polem żona Lunarda przyszła odwiedzić moją matkę. Tym razem miała włosy splecione w jeden zwinięty warkocz i i przytwierdzony wielką złotą szpilką, zakończoną misternie wyrobioną rubinową różą. Ta złota róża zapuściła w serce mojej matki dotkliwe kolce. Znowu zaczęła się dręczyć i nie pierwej przestała, aż mój ojciec przyrzekł że kupi jej taką samą szpilkę. Tymczasem szpilka podobna kosztowała czterdzieści pięć uncyi, i mój ojciec nie mając ani tyle pieniędzy ani sposobów nabycia ich, wkrótce wpadł w tenże sam smutek w jakim przed kilkoma dniami matka moja zostawała.
 Tymczasem pewnego dnia wszedł do mojego ojca najemny wojak tamtejszy nazwiskiem Grillo-Monaldi i przyniósł mu pistolety do wyczyszczenia. Monaldi, widząc posępność mego ojca, zapytał go o przyczynę i ten mu wszystko wyjawił. Po chwili namysłu, Monaldi rzekł do niego temi wyrazy: «Panie Zoto, jestem ci więcej winien aniżeli sam sądzisz, przed kilkoma dniami znaleziono przypadkiem mój sztylet w ciele człowieka zamordowanego na drodze do Neapolu. Sąd posyłał ten „sztylet do wszystkich zbrojowników, a ty wspaniałomyślnie oświadczyłeś że go po raz pierwszy widzisz, jakkolwiek sztylet wychodził z twego warsztatu i mnie samemu go sprzedałeś. Gdybyś był prawdę powiedział, mogłeś mnie wprowadzić w niepotrzebny kłopot. Oto są więc czterdzieści pięć uncyi których tak potrzebujesz, nadto pomnij że odtąd kiesa moja jest na twoje rozkazy.» Ojciec mój z wdzięcznością przyjął pieniądze i natychmiast poszedł kupić złotą szpilkę, w której tego samego dnia matka moja wystąpiła przed swoją dumną siostrą.
 Moja matka wróciwszy do domu nie wątpiła że Pani Lunardo wkrótce ukaże się ustrojona w jaki nowy klejnot. Ale ta powzięła zamiar wcale innego rodzaju. Chciała pójść do kościoła z najętym lokajem w liberyi i zwierzyła się z tym zamiarem swemu mężowi. Lunardo, z natury niesłychanie skąpy, łatwo przystawał na kupno kawałka złota które zdawało mu się równie bezpiecznem na głowie żony jak w jego własnej szkatule. Ale zupełnie odmiennego był zdania gdy go proszono o danie uncyi złota dla próżniaka, który nie wiedzieć dla czego, przez pół godziny miał stać za ławką jego żony. Jednakże Pani Lunardo tak go męczyła i dręczyła bezustannie, że postanowił nakoniec dla oszczędności sam ubrać się w liberyę i pospieszyć za żoną do kościoła. Pani Lunardo znalazła że mąż równie był zdolnym do tego rzemiosła jak ktokolwiek inny i w nadchodzące święta ukazała się w kościele z lokajem tego nowego rodzaju. Wprawdzie sąsiedzi śmieli się z tej maskarady, ale ciotka moja przypisywała to uczuciu niepochamowanej zazdrości.
 Gdy zbliżała się do kościoła, dziady i baby zaczęli krzyczeć na całe gardło w właściwem im narzeczu: Mira Lunardu che falu criadu de sua mugiera. Ponieważ jednak biedni do pewnego stopnia tylko posuwają swoją śmiałość, przeto Pani Lunardo spokojnie weszła do kościoła gdzie rozstąpiono się przed nią z wszelkiem poszanowaniem. Podano jej wodę święconą, posadzono w ławce, podczas gdy matka moja stała wraz z innemi kobietami w kruchcie.
 Matka moja powróciwszy do domu, natychmiast zaczęła obszywać niebieski kaftan mego ojca, starym galonem odprutym od ładownicy jakiegoś muszkietu. Ojciec mój zdziwiony zapytał o przyczynę, na co opowiedziała mu postępek siostry i jak mąż tejże był tak grzecznym, że ubrawszy się w liberyę, poszedł za nią do kościoła. Mój ojciec zapewnił ją że nigdy nie zdobędzie się na tę grzeczność, wszelako następnej niedzieli najął za uncyą złota wygalonowanego lokaja który poszedł za moją matką do kościoła, i znowu Pani Lunardo tym razem musiała ustąpić siostrze.
 Tego samego dnia, zaraz po mszy. Monaldi przyszedł do mego ojca i odezwał się temi słowy: «Kochany Zoto, dowiedziałem się o współzawodnictwie w dziwactwach jakie żona twoja z jej siostrą wyprawiają. Jeżeli spiesznie temu nie zaradzisz, będziesz nieszczęśliwym przez całe życie; masz więc dwie drogi przed sobą: albo dać żonie porządną naukę, lub też jąć się rzemiosła któreby zaspokoiło jej skłonność do wydatków. Jeżeli chwycisz się pierwszej drogi, ofiaruję ci moją laskę której często używałem z nieboszczką moją małżonką. Nie jest to wprawdzie jedna z tych czarodziejskich lasek, które ujęte za oba końce obracają się w rękach i służą do odkrywania źródeł a nawet czasami i skarbów, ale jeżeli weźmiesz ją za jeden koniec a drugi przyłożysz na plecy twojej żony, zaręczam że wkrótce łatwo ją wyleczysz ze wszystkich przywidzeń. Z drugiej strony, jeżeli pragniesz zaspokoić wszelkie jej żądania, ofiaruję ci przyjaźń najdzielniejszych ludzi w całych Włoszech, którzy na teraz radzi przebywają w Benewencie jako w mieście granicznem. Sądzę że mnie rozumiesz, namyśl się i daj mi odpowiedź.»
 To mówiąc Monaldi położył swoją laskę na warsztacie mego ojca i odszedł. Śród tego, matka moja po mszy, poszła na Corso i do kilku swoich przyjaciółek aby pochwalić się z swoim lokajem. Nareszcie wróciła uradowana do domu, ale mój ojciec całkiem inaczej ją przyjął aniżeli się tego spodziewała. Lewą ręką porwał ją za lewe ramię, prawą zaś ująwszy czarodziejską laskę zaczął wykonywać rady swego przyjaciela Monaldego. Mój ojciec z taką gorliwością oddał się udzielaniu tej nauki że matka moja padła zemdlona, co widząc przestraszony małżonek wyrzucił laskę, jął błagać przebaczenia, otrzymał go i pokój znowu został przywrócony.
 W kilka dni potem, ojciec mój udał się do Monaldego i opowiedziawszy mu jak czarodziejska laska mało skutkowała, polecił się przyjaźni dzielnych towarzyszów o których ten mu wspominał. Monaldi w te słowa mu odrzekł: «Dziwi mnie to że niemając serca ukarać własnej żony, myślisz że ci wystarczy na zastąpywanie podróżnym na publicznej drodze. Wreszcie możemy się o tem przekonać; serce ludzkie składa się z tylu przeciwieństw. Chętnie przedstawię cię moim przyjaciołom, ale musisz wprzódy popełnić jakie morderstwo. Każdego wieczora po skończonej pracy, weź długą szpadę, zatknij sztylet za pas i przybrawszy postać nieco zuchwałą, przechodź się pod galeryą Madony. Być może że kto zażąda twojej pomocy, tymczasem bądź zdrów; oby niebo raczyło sprzyjać twoim przedsięwzięciom.»
 Mój ojciec posłuchał rady Monaldego i wkrótce spostrzegł że różni wojacy jemu podobni a nawet zbiry, pozdrawiali go ze znaczącem spojrzeniem. Po dwóch tygodniach takiej przechadzki jakiś nieznajomy zbliżył się do niego i rzekł: «Oto masz pan sto uncyi złota. Za pół godziny ujrzysz przechodzących dwóch młodych ludzi z białemi piórami na kapeluszach. Zbliżysz się do nich jak gdybyś chciał im powierzyć jaką tajemnicę i rzekniesz półgłosem: «Który z panów jest margrabią Feltri?» Jeden z nich odpowie: «ja nim jestem.» Natenczas pchniesz go sztyletem, ale uważaj dobrze, w samo serce. Drugi młody człowiek jest nikczemnym tchórzem i zaraz ucieknie. Wtedy dobijesz Feltrego. Gdy wszystko już będzie skończonem, wracaj spokojnie do domu, i wcale nie staraj się schronić do kościoła. Ja będę tuż przy tobie.» Mój ojciec wypełnił słowo w słowo dane mu polecenie i gdy powrócił do domu, zastał już nieznajomego którego nienawiści tak dobrze usłużył. «Panie Zoto, — rzekł tenże — mocno ci jestem obowiązany za wyświadczoną mi przysługę. Oto jest druga kiesa ze stoma uncyami złota które chciej przyjąć, i jeszcze jedna tej samej wartości którą wsuniesz w rękę sprawiedliwości gdyby chciała cię napastować.» Po tych słowach, nieznajomy zawinął się w płaszcz i odszedł.
 Wkrótce potem naczelnik zbirów stawił się u mego ojca, odebrawszy jednak sto uncyi złota przeznaczonych dla sprawiedliwości, zaprosił go do siebie na przyjacielską wieczerzę. Udali się do mieszkania przypartego do publicznego więzienia i znaleźli już przy stole dozorcę i spowiednika więźniów. Mój ojciec był nieco wzruszonym, jak to zwykle bywa po pierwszem morderstwie. Duchowny spostrzegłszy jego pomieszanie rzekł: «Odłóż na bok te smutki panie Zoto. Za msze w katedralnym kościele płaci się po dwa skudy od sztuki. Powiadają że zamordowano margrabiego Feltri. Każ zmówić ze dwadzieścia mszy za odpoczynek jego duszy a otrzymasz rozgrzeszenie ogólne.»
 Po tych słowach już więcej nie wspominano o tem co zaszło i wieczerza odbyła się wesoło.
 Nazajutrz Monaldi przyszedł do mego ojca, powinszował mu zręczności i odwagi jakie okazał. Mój ojciec chciał mu zwrócić czterdzieści pięć uncyi które dawniej był od niego pożyczył, ale Monaldi rzekł: «Zoto, obrażasz mnie — jeżeli raz wspomnisz mi jeszcze o tych pieniądzach, będę sądził że czynisz mi wyrzuty iż wtedy okazałem się dla ciebie zbyt skąpym. Kiesa moja jest na twoje usługi i możesz być przekonanym o mojej przyjaźni. Nie będę ukrywał przed tobą że jestem naczelnikiem towarzyszów o których ci wspominałem; są to wszyscy ludzie honorowi i nieposzlakowanej uczciwości. Jeżeli chcesz do nich należeć, powiedz że jedziesz do Brescia dla zakupienia broni i złącz się z nami w Kapui. Zajedź prosto do gospody pod Złotym krzyżem i bądź spokojnym o resztę.» We trzy dni potem mój ojciec wyjechał i odbył wyprawę równie zaszczytną jak zyskowną. Jakkolwiek klimat Benewentu jest nader łagodnym, jednak mój ojciec nie przyzwyczajony do rzemiosła nie chciał podczas złej pory puszczać się na nowe wyprawy. Przepędził więc leże zimowe na łonie rodziny. Odtąd co niedziela, lokaj wygalonowany chodził za moją matką do kościoła, nadto sąsiadki podziwiały jej złote zapinki na czarnym aksamitnym gorsecie i takież kółko do kluczów.
 Z nadejściem wiosny, jakiś nieznajomy służący przyszedł do mego ojca prosząc aby raczył udać się z nim do bramy miasta. Tam znalazł, znakomitego jak się zdawało jeźdźca i czterech konnych. Nieznajomy rzekł mu: «Panie Zoto, weź tę kiesę z pięćdziesięcią cekinami, pośpieszysz za mną do poblizkiego zamku, tymczasem zaś pozwolisz aby ci zawiązano oczy.»
 Mój ojciec zgodził się na wszystko i po długich zakrętach przybyli nareszcie do zamku. Zaprowadzono go do obszernej komnaty i odwiązano mu oczy. Wtedy ujrzał zamaskowaną kobietę, przywiązaną do krzesła i z zakneblowanemi ustami. Starzec rzekł do niego: «Panie Zoto, tu jeszcze masz sto cekinów, teraz bądź tak grzecznym i zamorduj tę kobietę.»
 «Mylisz się pan, — odparł mój ojciec, — widzę że mnie pan wcale nie znasz. Wprawdzie zastępuję ludziom na rogu ulicy lub napadam na nich w lesie jak przystoi na człowieka honorowego, ale nigdy nie wypełniam obowiązków kata.» To mówiąc rzucił obie kiesy pod nogi mściwego małżonka, który więcej na niego nie nalegał, kazał mu znowu zawiązać oczy i polecił służącym aby go odprowadzili do bram miasta. Ten wspaniały i szlachetny postępek uczynił memu ojcu wiele zaszczytu, wkrótce jednak drugi w podobnym rodzaju równe zyskał mu pochwały.
 Było w Benewencie dwóch ludzi bogatych i w znaczeniu, jeden z nich nazywał się hrabia Montalto drugi zaś margrabia Serra Montalto kazał zawołać mego ojca i przyrzekł mu pięćset cekinów za zamordowanie margrabiego. Mój ojciec zobowiązał się, prosił tylko o zwlokę, wiedział bowiem że Serra pilnie się strzegł.
 We dwa dni potem margrabia Serra kazał sprowadzić mego ojca do ukrytego miejsca i rzekł mu: «Ta kiessa, z pięciuset cekinami jest dla ciebie kochany Zoto jeżeli dasz mi słowo honoru że zamordujesz hrabiego Montalto.»
 Mój ojciec wziął kiesę i rzekł. «Mości margrabio, daię panu słowo honoru że zamorduję hrabiego Montalto, ale muszę wyznać że wprzódy już obiecałem mu zabić pana.»
 «Spodziewam się że tego nie uczynisz, — rzekł Margrabia śmiejąc się.
 «Przebacz mi pan, — przerwał mój ojciec — zobowiązałem się i umowy dotrzymam.»
 Margrabia odskoczył na kilka kroków w tył i porwał się do szpady. W tej chwili mój ojciec dobył pistoletów z za pasa i roztrzaskał głowę margrabiemu; następnie udał się do Montalto i oświadczył mu że jego nieprzyjaciel już nie żyje. Hrabia uściskał go i wyliczył pięćset cekinów. Wtedy mój ojciec nieco zmieszany wyznał mu, że margrabia przed śmiercią dał mu za zamordowanie go pięćset cekinów. Montalto wynurzył swoją radość że zdołał uprzedzić nieprzyjaciela. «To się na nic nie przyda, panie hrabio, — przerwał mój ojciec — gdyż przyrzekłem mu śmierć pańską pod słowem honoru.» To mówiąc pchnął go sztyletem. Hrabia padając wydał krzyk straszliwy i zwołał swoich służących. Mój ojciec sztyletem usłał sobie drogę i uciekł w góry gdzie znalazł bandę Monaldego. Wszyscy dzielni towarzysze składający ją, nie mogli dość wyrazić uwielbienia dla tak religijnego pojęcia honoru. Zaręczam wam, że wypadek ten dotychczas jest w ustach wszystkich mieszkańców i długo jeszcze będą o nim mówić w całym Benewencie... —
 Gdy Zoto kończył opowiadanie tej przygody swego ojca, jeden z jego braci przyszedł mu powiedzieć że oczekiwano na jego rozkazy względem przygotowania okrętu. Opuścił nas więc prosząc o pozwolenie odłożenia na jutro dalszego ciągu historyi. Wszelako, to com dotąd usłyszał mocno mnie zastanowiało. Dziwiło mnie że ciągle wychwalał honor, przywiązanie do słowa i nieposzlakowaną uczciwość ludzi, którzy powinni byli za łaskę uważać gdyby ich tylko powieszono. Nadużycie tych wyrażeń któremi szastał z takiem zaufaniem, pomieszało wszystkie moje myśli. Emina, spostrzegłszy moje zamyślenie, zapytała o przyczynę. Odpowiedziałem że historya ojca Zota przypominała mi to co przed dwoma dniami słyszałem od pewnego pustelnika, który utrzymywał: że cnoty towarzyskie mają daleko pewniejsze zasady od bezpośredniego uczucia honoru. «Drogi Alfonsie, — rzekła Emina — szanuj tego pustelnika i wierz temu wszystkiemu co ci powiedział. Nie raz jeszcze spotkasz go w twojem życiu.» Następnie obie siostry powstały i oddaliły się wraz z murzynkami do swoich pokojów, to jest do strony podziemia dla nich przeznaczonej. Powróciły na wieczerzę, po której wszyscy udali się na spoczynek.
 Gdy się już uciszyło w jaskini, ujrzałem wchodzącą Eminę z lampą alabastrową w ręku, jak druga Psyche, za nią zaś Zibeldę piękną jak aniołek. Usiadły obok mnie i Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, wielki Szeik przebaczy nam jeżeli więcej się tobą zajmujemy niż nam tego dozwolono, ale po tem co zaszło, każda chwila spędzona z tobą jest dla nas nieocenionej wartości.»
 «Piękna Emino, — odpowiedziałem, — jeżeli to ma być jeszcze jedna próba na jaką mnie wystawiacie, lękam się aby nie była dla mnie niepodobną do zwalczenia.»
 «Niemasz żadnej przyczyny obawy» — odparła piękna Maurytanka odgarniając mi włosy z czoła alabastrową rączką. W istocie kuzynki moje nosiły ozdoby jakie w średnich wiekach miłość splatała nieufną dłonią. Zachwycała mnie poważna piękność Eminy i lube szczebiotanie jej siostry. Chwile nasze zapełniała rozmowa już sam nie pamiętam o czem — o zamiarach które z szybkością błyskawicy nawzajem się ścigały — ja więcej patrzyłem i słuhałem niż mówiłem — dzięwczęta przymilały się i opowiadały mi ich marzenia, jakie zwykle tkwią między świeżą pamiątką a nadzieją blizkiego szczęścia.
 Nareszcie sen zaczął tłoczyć powieki pięknych Maurytanek i oddaliły się do siebie. Zostawszy sam, marzyłem o nieprzyjemnem wrażeniu jakiego doświadczę, jeżeli znowu nazajutrz obudzę się pod szubienicą. Roześmiałem się z tej myśli, która jednak ciągle chodziła mi po głowie dopókim nie zasnął.


DZIEŃ SZÓSTY.
 Zoto obudził mnie i rzekł że porządnie zaspałem i że obiad już był przygotowany. Ubrałem się czem prędzej i poszedłem do moich kuzynek które czekały na mnie w jadalnej komnacie. Oczy ich błyszczały szczęściem, dziewczęta zdawały się bardziej być zajętemi wspomnieniami ubiegłej nocy, niż ucztą jaką im zastawiono. Po skończonym obiedzie, Zoto zasiadł obok nas i iak dalej zaczął opowiadać swoje przygody:

DALSZY CIĄG HISTORYI ZOTA.
 Miałem w ówczas siódmy rok gdy mój ojciec złączył się z bandą Monaldego i dobrze pomiętam jak moją matkę, mnie i dwóch moich braci zaprowadzono do więzienia. Wszelako było to tylko dla pozoru, ojciec mój bowiem niezapomniał zarobkiem swoim podzielić się ze sprawiedliwością, wkrótce jasno dowiedziono że niemieliśmy z nim żadnych stosunków.
 Naczelnik Zbirów, podczas naszego uwięzienia gorliwie się nami zajmował i nawet skrócił nam czas niewoli.
 Moja matka wydostawszy się na wolność została z wielką czcią powitaną przez wszystkie sąsiadki; w południowych bowiem Włoszech, rozbójnicy są tak bohatyrami ludu, jak kontrabandziści w Hiszpanji. Część powszechnego szacunku spadła także i na nas, ja szczególnie uważany byłem jako książę lampartów całego miasta.
 Śród tego, Monaldi poległ w jednej wyprawie i mój ojciec objąwszy dowództwo nad bandą, chciał świetnym jakim czynem usprawiedliwić zaufanie jakie w nim położono. Uczynił więc zasadzkę na drodze do Salerny na konwój pieniędzy wysłanych przez Wicekróla Sycylji. Wyprawa się udała, ale mój ojciec został kulą postrzelony w krzyż i nie mógł już dalej trudnić się rzemiosłem.
 Chwila w której żegnał się z towarzyszami była niewypowiedzianie rozrzewniającą. Zapewniają że kilku rozbójników na cały głos się rozpłakało, czemu z trudnością bym wierzył, gdybym raz w życiu sam nie był gorzko płakał, zamordowawszy moją kochankę jak to wam później opowiem.
 Banda, bez naczelnika nie mogła długo się ostać, kilku z naszych towarzyszów powieszono w Toskanji, reszta zaś złączyła się z Testa-lungą który w ówczas, zaczynał w Sycylji nabierać pewnej wziętości. Mój ojciec przebył ciaśninę i udał się do Messyny gdzie zażądał schronienia w klasztorze Augustyanów del Monte. Złożył zebrany majątek w ręce przewielebnych ojców, odprawił publiczną pokutę i zamieszkał wygodną celę, w której wiódł spokojne życie, przechadzki zaś używał w ogrodach i na dziedzińcach klasztornych. Mnichy dawali mu rosół, po resztę zaś potraw posyłał do sąsiedniej gospody, nadto braciszek zakonny opatrywał mu rany.
 Domyślam się że mój ojciec musiał nam często przysyłać pieniądze, gdyż obfitość panowała w naszym domu. Moja matka uczestniczyła we wszystkich zabawach karnawału, przed nowym rokiem zaś sprawiła nam drzewko Bożego narodzenia ozdobne lalkami, pałacami cukrowemi, zabawkami i tym podobnemi drobnostkami w których mieszkańcy Neapolu nawzajem się przesadzają. Ciotka Lunardo miała także drzewko, ale daleko mniej świetne od naszego.
 Matka moja, o ile mogę ją zapamiętać, była nadzwyczaj dobrą i często pamiętam jak płakała myśląc o niebezpieczeństwach na jakie się jej małżonek narażał, niedługo jednak wystąpienie w jakim ubiorze lub klejnocie na przekor siostrze lub sąsiadkom, osuszało jej łzy. Radość z pysznego drzewka którem nas obdarzyła, była ostatnią przyjemnością jakiej doświadczyła. Niewiem jakim sposobem dostała zapalenia płuc i w kilka dni umarła.
 Po jej śmierci nie bylibyśmy wiedzieli co z sobą począć, gdyby nadzorca więzienia niebył nas przyjął do siebie. Przebyliśmy u niego kilka dni, po których oddano nas w opiekę pewnemu mulnikowi. Ten przeprowadził nas przez Kalabryę i czternastego dnia przywiózł do Messyny
 Ojciec mój wiedział już o śmierci swej żony, przyjął nas z rozczuleniem, kazał rozesłać maty obok swojej i przedstawił mnichom którzy przyjęli nas do liczby dzieci służących do mszy.
 Służyliśmy więc do mszy, ucierali knoty świecom, zapalali lampy, resztę zaś dnia łotrowaliśmy na ulicy tak dobrze jak w Benewencie. Zjadłszy zupę przysyłaną nam przez mnichów, ojciec dawał każdemu z nas po bajoku na kasztany i obwarzanki z któremi szliśmy bawić się w porcie i powracaliśmy dopiero późno w nocy. Ostatecznie, na świecie nie było szczęśliwszych od nas uliczników, gdy wtem wypadek o którym dziś jeszcze nie mogę mówić bez wściekłości, postanowił o całym losie mego życia.
 Pewnej niedzieli, właśnie gdy miano zacząć nieszpory, przybiegłem przed kościół obładowany kasztanami które zakupiłem dla siebie i moich braci, i dzieliłem między nich ulubiony owoc. Wtem zajechał przed kościół przepyszny powóz zaprzężony sześcią końmi i poprzedzony dwoma lózakami tej samej maści, wedle zwyczaju przyjętego tylko w Sycylji. Otworzono drzwiczki i naprzód wysiadł jakiś pan z panią, za niemi ksiądz, nareszcie mały chłopczyk mego wieku, prześlicznej twarzy, ubrany w bogatą węgierkę, strój jaki powszechnie w ówczas pańskie dzieci nosiły
 Węgierka z szafirowego aksamitu, haftowana złotem i oszyta sobolami, spadała mu niżej kolan i pokrywała wierzch jego żółtych safianowych bucików. Na głowie miał kołpaczek, także z szafirowego aksamitu, oszyty sobolami i ozdobiony kitą z pereł która spadała mu na ramię.
 U pasa, ze złotych sznurków i żołędzi, wisiał mu mały pałasz wysadzany drogiemi kamieniami. Nareszcie w ręku trzymał książkę do nabożeństwa oprawną w złoto.
 Widok tak pięknej sukni na chłopczyku mego wieku tak dalece mnie zachwycił że sam niewiedząc co czynię, zbliżyłem się do niego i ofiarowałem mu dwa kasztany które trzymałem w ręku; ale niegodziwy hultaj, zamiast podziękowania za grzeczność, z całej siły uderzył mnie książką do nabożeństwa w nos. Raz ten wysadził mi na wierzch jedno oko, klamra zaś rozdarła mi nozdrza i w jednej chwili krwią się zalałem.
 Zdaje mi się że słyszałem jak mały panicz zaraz zaczął przeraźliwie krzyczeć, ale niepamiętam tego dobrze gdyż upadłem bez przytomności. Wróciwszy do zmysłów, ujrzałem się obok studni ogrodowej, otoczony moim ojcem i braćmi którzy obmywali mi twarz i starali się zatrzymać upływ krwi. Gdy tak jeszcze leżałem zakrwawiony, spostrzegliśmy wracającego małego panicza z tym panem, który pierwszy wyszedł z księdzem, i dwoma lokajami z których jeden niósł pęk rózg. Podeszły jegomość oświadczył w krótkich wyrazach, że księżna de Rocca-Fiorita kazała aby do krwi mnie oćwiczono za to że poważyłem się ją przestraszyć, również jak jej małego Principina. Natychmiast lokaje wzięli się do wykonania wyroku; mój ojciec lękając się aby klasztor nie wymówił mu schronienia z początku nie śmiał się odzywać, ale midząc że bez litości rozdzierano mi ciało, nie mógł już dłużej wytrzymać i zwracając się do jegomości, rzekł z wyrazem głębokiego oburzenia: «każ pan zakończyć te męczarnie albo pamiętaj że już nie dziesięciu takich zamordowałem którzy więcej byli warci od ciebie.» Niemiłosierny pan, uznał zapewne że słowa te nie były bez pewnego prawdopodobieństwa i kazał zaprzestać, ale podczas gdy leżałem jeszcze na ziemi, Principino zbliżył się i uderzył mnie nogą w twarz mówiąc: Managia la tua facia de banditu. Ostatnia ta zniewaga dopełniła miary mojej wściekłości. Mogę powiedzieć że od tej chwili przestałem być dzieckiem, czyli raczej nie kosztowałem żadnej radości tego wieku i długo potem niemogłem z zimną krwią patrzeć na bogato ubranego człowieka.
 Bezwątpienia zemsta musi być pierworodnym grzechem naszego kraju, chociaż bowiem miałem wtedy dopiero ośm lat przecież dzień i noc myślałem tylko o ukaraniu Principina. Nieraz zrywałem się ze snu marząc że trzymałem go za włosy i okładałem razami, na jawie zaś przemyśliwałem jakimby sposobem możnaby zemścić się z daleka, gdyż przewidywałem że niedozwolą mi zbliżyć się do niego. Raz zadosyć uczyniwszy mojej namiętności, chciałem natychmiast uciec, nareszcie postanowiłem ugodzić go kamieniem w twarz, byłem bowiem dość zręcznym; tymczasem zaś aby więcej wprawić rękę, przez całe dnie rzucałem do celu.
 Pewnego dnia, ojciec zapytał mnie, o przyczynę dla której z taką namiętnością oddawałem się tej nowej rozrywce. Odpowiedziałem, że zamierzyłem naznaczyć twarz Principina, następnie uciec i zostać rozbójnikiem. Mój ojciec udał że mi nie wierzy, jednak poznałem po jego uśmiechu że potwierdzał mój zamiar.
 Wreszcie nadeszła niedziela którą oznaczyłem na dzień mojej zemsty. Gdy kareta zajechała i ujrzałem wychodzących, zmieszałem się, ale wnet nabrałem odwagi. Mój mały nieprzyjaciel spostrzegł mnie w tłumie i pokazał mi język. Trzymałem kamień w ręce, rzuciłem go i Principino padł na wznak.
 Natychmiast zacząłem uciekać i zatrzymałem się dopiero na drugim końcu miasta. Tam spotkałem małego znajomego mi kominiarczyka który zapytał mnie dokąd szedłem?.. Opowiedziałem mu całą przygodę i ten zaprowadził mnie do swego majstra. Właśnie brakowało mu chłopców, niewiedział gdzie ich szukać do tak przykrego rzemiosła, chętnie mnie więc przyjął. Zaręczył że nikt mnie nie pozna skoro sadzami twarz uczernię i że drapanie się po dachach i kominach było nauką często nader użyteczną. Później, nieraz byłem winien życie nabytej w ówczas zręczności.
 Z początku dym i woń sadzy sprawiały mi nieprzyjemne wrażenie, ale na szczęście byłem w wieku w którym można przyzwyczaić się do wszystkiego. Już od sześciu miesięcy wykonywałem nowe rzemiosło, gdy mi się wydarzyła następna przygoda.
 Byłem na dachu i przysłuchiwałem się którym dymnikiem odezwie się mój majster, gdy zdało mi się żem usłyszał głos w sąsiednim kominie. Spuściłem się czem prędzej, ale pod dachem znalazłem dymnik rozdzielający się na dwie przeciwne strony. Powinienem był jeszcze raz zawołać ale nieuczyniłem tego i lekkomyślnie zacząłem złazić pierwszym lepszym otworem. Ześliznąłem się, stanąłem w bogatej komnacie i najpierwszym przedmiotem jaki spostrzegłem był mój Principino w koszuli grający w piłkę.
 Chociaż mały głupiec często zapewne widział już w swojem życiu kominiarzy, tym razem jednak wziął mnie za djabła. Ukląkł, złożył ręce i zaczął mnie prosić abym go z sobą nie porywał, przyrzekając że będzie grzecznym. Byłbym może dał się zmiękczyć temi oświadczeniami, ale trzymałem w ręku moją kominiarską miotłę, pokusa użycia jej zbyt była silną, nadto aczkolwiek zemściłem się już za uderzenie książką od nabożeństwa i w pewnej części za rózgi, ale przyszła mi na pamięć chwila gdy Principino kopnął mnie nogą w twarz mówiąc: Managia la tua facia de banditu. Wreszcie gdy idzie o zemstę, każdy Neapolitańczyk daleko woli oddać jej więcej jak mniej.
 Wyrwałem więc garść rózg z miotły, rozdarłem koszulę Principina i wtedy zacząłem porządnie go chłostać, dziwna jednak rzecz że malec ze strachu ani pisnął.
 Gdy myślałem że już ma dość, otarłem sobie twarz i rzekłem: Ciucio maledetto io no zuno lu diavolu, io zuno lu piciolu banditu delli Augustini. Natenczas Principino odzyskał głos i zaczął wrzeszczeć o pomoc, rozumie się że nieczekałem aż kto nadejdzie i drapnąłem tą samą drogą którąm przyszedł.
 Znalazłem się na dachu, usłyszałem raz jeszcze głos majstra który mnie wołał, ale nie sądziłem za rzecz potrzebną dania mu odpowiedzi. Puściłem się z jednego dachu na drugi, dostałem się na dach jakiejś stajni przed którą stał wóz z sianem, zeskoczyłem z dachu na wóz, z wozu na ziemię i co tchu pobiegłem do klasztoru Augustyanów. Tam opowiedziałem wszystko memu ojcu, który słuchał mnie z wielkiem zajęciem, po czem rzekł: «Zoto, Zoto! Gia vegio che tu sarai banditu, — następnie zwracając się do jakiegoś nieznajomego który stał obok niego: — Padron Lettereo prendete lo chiutoslo vui.
 Lettereo jest to imię chrzestne często używane w Messynie. Pochodzi ono od pewnego listu który Najświętsza Panna miała pisać do mieszkańców tego miasta r. 1452 narodzenia jej syna. Messyńczycy taką cześć oddają temu listowi, jaką Neapolitańczynowie krwi świętego Januarego. Objaśniam wam ten szczegół, w półtora roku bowiem potem, zanosiłem modlitwę do Madony della lettera, która sądziłem że będzie ostatnią w mem życiu.
 Patron Lettereo był kapitanem uzbrojonego jachtu, przeznaczonego niby na połów korali, w istocie zaś szanowny marynarz zajmował się przemycaniem a nawet rozbojem gdy znalazł do tego przyjazne okoliczności. Wprawdzie takowe nie często mu się wydarzały, gdyż nie mając harmat musiał poprzestawać na łupieniu statków osiadłych na mieliznie.
 Dobrze wiedziano o tem w Messynie; ale Lettereo przemycał dla najbogatszych kupców z miasta, celnicy także na tem zyskiwali, z drugiej strony nie tajnem było że patron chętnie bawił się sztyletem i ta ostatnia uwaga odstręczała tych, którzy byliby pragnęli mieszać się w jego sprawy.
 Wreszcie Lettereo miał postać uderzającą, sam wzrok i rozrosłość dostatecznie odznaczały go śród tłumu, cóż dopiero gdy reszta powierzchowności tak dokładnie odpowiadała jego powołaniu, że ludzie nieco lękliwi nie mogli spojrzeć na niego bez uczucia obawy. Twarz jego mocno ogorzałą oczernił jeszcze wystrzał prochu armatniego; prócz tego patron, tak już nakrapianą skórę ozdobił jeszcze różnemi dziwacznemi rysunkami.
 Majtkowie z morza śródziemnego mają zwyczaj, wykalać sobie na ramionach i piersiach różne cyfry, krzyże, zarysy okrętów i inne tym podobne ozdoby. Lettereo prześcignął wszystkich w tym zwyczaju. Na jednym policzku wykłuł sobie Madonę, na drugim zaś krucyfix, wszelako zaledwie można było widzieć wierzch tych obrazków, resztę bowiem zakrywała gęsta broda, nietknięta nigdy brzytwą i którą tylko nożyczki utrzymywały w granicach zwykłej wybujałości. Dodajcie do tego, w uszach ogromne złote kolczyki, czerwoną czapkę, pas takiejże barwy, kaftan bez rękawów, ręce i nogi do kolan gołe i pełne kieszenie złota. Takim był Patron.
 Utrzymywano że w młodości kochały się w nim różne wielkie panie, wtedy jednak był tylko ulubieńcom kobiet swego stanu i postrachem ich mężów.
 Wreszcie aby dokończyć wizerunek Lettera, powiem wam że przed laty żył w ścisłej przyjaźni z pewnym znakomitym człowiekiem, który później szeroko się wsławił pod nazwiskiem kapitana Pepo. Służyli razem u korsarzy maltańskich, później Pepo wszedł do służby królewskiej. Lettrereo zaś, któremu konor był mniej drogim jak pieniądze, postanowił zbogacić się wszelkiemi środkami i zarazem stał się najzaciętszym nieprzyjacielem dawnego towarzysza.
 Mój ojciec za całe zatrudnienie w swoim klasztorze bawiący się tylko owiązywaniem swoich ran z których nigdy nie spodziewał się wyleczyć, chętnie wdawał się w rozmowę z rycerzami sobie podobnymi; w tym więc celu zaprzyjaźnił się z patronem i miał nadzieję że nie może nic lepszego uczynić jak powierzyć mu własnego syna. Tym razem wcale się nie zawiódł. Lettereo rozczulony temi oznakami zaufania, przyrzekł memu ojcu że nowicyat mój będzie mniej przykrym niż innych chłopców okrętowych i zaręczył, że kto zna rzemiosło kominiarskie we dwa dni z łatwością nauczy się drapać na maszty.
 Zmiana ta niesłychanie mnie uszczęśliwiła, gdyż nowy mój stan zdawał mi się daleko szlachetniejszym niż wyskrobywanie kominów. Uściskałem ojca i braci i wesoło udałem się z patronem na jego okręt. Przybywszy na pokład, Lettereo zebrał swoich dwudziestu majtków których postacie wybornie odpowiadały jego powierzchowności, przedstawił mnie tym panom i odezwał się temi słowy: Anime managie quista criadura e lu filiu de Zotu, se uno de vui a outri, li mette la mano sopra, io li mangio l’anima.
 To zalecenie sprawiło pożądany skutek, chciano nawet abym jadł razem z wszystkiemi; ale ja widząc że dwóch chłopców okrętowych posługiwało majtkom i zjadało resztę, wolałem do nich się przyłączyć. Czyn ten zjednał mi powszechną przychylność. Gdy jednak następnie ujrzano jak szybko drapałem się po masztach, zewsząd dały się słyszeć okrzyki podziwu.
 Rozpuściliśmy żagle i trzeciego dnia przybyliśmy do ciaśniny świętego Bonifacego, która oddziela Sardynię od Korsyki. Znaleźliśmy tam przeszło sześdziesiąt łodzi zajętych połowem korali. Zaczęliśmy także łowić lub raczej udawać że łowimy korale. Co się tyczy mnie, wiele przez ten czas skorzystałem, gdyż w przeciągu czterech dni pływałem i nurkowałem jak najbieglejszy z moich towarzyszów.
 Po ośmiu dniach, Gregalada, nazwisko jakie na morzu śródziemnem dają wiatrowi północno-wschodniemu, rozpędziła naszą małą flotę. My zarzuciliśmy kotwicę w opuszczonej zatoce świętego Piotra na wybrzeżach Sardynji. Zastaliśmy tam bryg wenecki który zdawał się mocno skołatany burzą. Natychmiast nasz patron zaczął coś przemyśliwać o tym okręcie i tuż obok niego zarzucił kotwicę. Następnie połowę swoich majtków umieścił na dnie statku, aby osada wydała się mniej liczną. Ostatnia ta ostrożność była całkiem nieużyteczną, gdyż jachty zwykle mają więcej ludzi niż brygi.
 Lettereo uważając ciągle statek weneki dostrzegł że osada była złożoną z kapitana, dozorcy, sześciu majtków i jednego chłopca okrętowego. Nadto ujrzał że wielki żagiel był całkiem podarty i że spuszczano go do naprawy, statki bowiem kupieckie zwykle nie mają żagli do odmiany. Uczyniwszy te spostrzeżenia, włożył do szalupy ośm strzelb i tyleż szabel; przykrył wszystko wysmołowanem płótnem i postanowił czekać przyjaznej chwili.
 Gdy czas się wypogodził, majtkowie weszli na górną kładkę wielkiego masztu dla przymocowania żagla, ale tak sobie niezręcznie w tem poczynali, że dozorca a następnie kapitan weszli za niemi. Natenczas Lettereo kazał spuścić szalupę na morze, wsiadł w nią cichaczem z siedmioma majtkami i z tylu zaczepił się o bryg. Widząc to kapitan stojący na kładce zawołał: Alarga ladron! a larga! Wszelako Lettereo wziął go na cel, przyrzekając zabić pierwszego kto okaże chęć zejścia na pokład. Kapitan, jak się zdaje człowiek odważny, nie zważając na groźbę rzucił się między sznury. Lettereo zabił go w lot; kapitan wpadł w morze i już go więcej nie ujrzano. Majtkowie zdali się na łaskę. Lettereo zostawił czterech ludzi aby ich trzymali na celu, z trzema zaś zszedł w środek okrętu. W kajucie kapitana znalazł baryłkę taką jakiej używają do oliwy, ale ponieważ była nieco ciężką i starannie obręczami obitą, osądził więc że może zawiera w sobie jakie ciekawsze przedmioty. Rozbił ją i z miłem zadziwieniem ujrzał zamiast oliwy kilka worków ze złotem. Poprzestał na tem i zatrąbił do odwrotu. Oddział wrócił na pokład, rozwinęliśmy żagle i mijając statek wenecki, krzyknęliśmy mu na wzgardę: Viva St. Marco!
 W pięć dni potem przybyliśmy do Liwurno. Natychmiast patron z dwoma majtkami udał się do konsula neapolitańskiego — i złożył oświadczcie: jako przyszło do kłótni między jego ludźmi a osadą brygu weneckiego, i jak kapitan tego ostatniego, przypadkiem popchnięty przez jednego z majtków wpadł w morze. Pewna część baryłki oliwy, nadała temu oświadczeniu cechę niezaprzeczonej prawdy.
 Lettereo który miał nieprzezwyciężoną skłonność do rozbojów morskich, byłby bezwątpienia dalej prowadził swoje rzemiosło, gdyby nie przedstawiono mu w Liwurno nowych zamiarów którym dał pierwszeństwo. Niejaki żyd nazwiskiem Natan Lewi, uważając że papież i król neapolitański ciągnęli niezmierne zyski z bicia miedzianej monety, chciał także należeć do tych korzyści. W tym celu kazał sfałszować znaczną ilość takowych pieniędzy w pewnem mieście angielskiem nazwanem Birmingham. Gdy zamówiony towar był już gotowym, żyd osadził swego faktora w Flariola, wiosce rybackiej położonej na granicy obu państw, Lettereo zaś zobowiązał się do przewożenia towaru.
 Handel ten przynosił nam wielkie korzyści i przez cały rok statek nasz, naładowany monetą rzymską i neapolitańską, ciągle odbywał tę samą drogę. Być może że bylibyśmy dłużej pielęgnowali tę gałęź przemysłu, ale Lettereo, w którym rozwinęła się zdolność do handlowych przedsięwzięć, namówił żyda aby tego samego sposobu użyć do monety złotej i srebrnej. Żyd usłuchał jego rady i w samem mieście Liwurno założył małą fabrykę cekinów i skudów. Pewnego dnia gdy Lettereo był w Liwurnie i tylko co miał wyruszyć na morze, doniesiono mu że kapitan Pepo otrzymał od króla neapolitańskiego rozkaz pochwycenia go, że jednak dopiero przy końcu miesiąca będzie mógł puścić się na morze.
 To podstępne doniesienie wymyślił Pepo który już od czterech dni krążył koło brzegów. Lettereo dał się zwieść, wiatr jeszcze dość sprzyjał, sądził więc że może przedsięwziąść podróż i rozwinął żagle. Nazajutrz o świcie ujrzeliśmy się pośród eskadry Pepa złożonej z dwóch galiot i tyluż szalup. Zewsząd byliśmy otoczeni, bez żadnego sposobu ucieczki. Patronowi śmierć wyglądała z oczu, rozpiął wszystkie żagle i kazał sterować prosto na główną galiotę. Pepo stojąc na moście wydawał rozkazy do bitwy. Lettereo porwał strzelbę, wziął go na cel i strzaskał mu ramię. Wszystko to stało się w kilku sekundach.
 Wkrótce potem cztery statki zwróciły się na nas i usłyszeliśmy zewsząd: Mayna Ladro! Mayna can Senzafede! Lettereo pochylił statek, tak że prawy jego brzeg ślizgał się po powierzchni morza; później zwracając się do osady zawołał: Anime managie, io in galera non civado. Pregate per me la santissima Madonna della lettera. Na te słowa upadliśmy wszyscy na kolana. Lettereo włożył w kieszenie dwie kule armatnie; myśleliśmy że chce rzucić się w morze; ale inny był zamiar złośliwego rozbójnika. Na drugiej stronie okrętu stała wielka beczka nadełniona miedzią. Lettereo schwycił siekierę i przeciął przytrzymujące ją sznury. Natychmiast beczka potoczyła się na brzeg przeciwny, ponieważ zaś okręt był już bardzo pochylony, niemógł przeto znieść tego wstrząśnienia i zatonął. Natychmiast my wszyscy którzy byliśmy na kolanach upadliśmy na żagle, które gdy okręt szedł do dna, przez swoją sprężystość odrzuciły nas na kilkanaście łokci.
 Pepo dobył nas wszystkich z wody wyjąwszy kapitana, jednego majtka i chłopca okrętowego. Skoro którego wyciągano z wody, wnet go wiązano i wrzucano na spód okrętu. We cztery dni potem wylądowaliśmy w Messynie. Pepo uprzedził sprawiedliwość że miał jej odkać kilku zuchów zasługujących na jej uwagę. Wylądowanie nasze nie odbyło się bez pewnej okazałości. Było to właśnie w godzinach Corso, podczas których cały wielki świat używa przechadzki na wybrzeżu. Postępowaliśmy poważnym krokiem z przodu i z tyłu strzeżeni przez zbirów.
 Principino znalazł się w liczbie widzów, jak tylko mnie ujrzał natychmiast poznał i zawołał: Ecco lu piciolu banditu delli Augustini. W tej samej chwili skoczył mi do oczu, porwał za włosy i zadrapał w twarz. Miałem ręce związane z trudnością więc mogłem się bronić.
 Przypomniawszy sobie jednak fortel używany przez majtków angielskich w Liwurnie, pochyliłem głowę i z całej siły uderzyłem Principina w brzuch. Niegodziwy malec padł na wznak. Wkrótce jednak porwał się z wściekłością i dobył z kieszeni małego noża którym chciał mnie zranić. Aby uniknąć tego ciosu, podstawiłem mu nogę, upadł mocno na ziemię i nawet padając sam zranił się własnym nożem. Księżna przybyła na tę sprawę i kazała lokajom aby powtórzyli ze mną scenę z klasztoru, ale zbiry sprzeciwili się temu i zaprowadzili nas do więzienia.
 Krótko trwał proces naszej osady, skazano wszystkich na chłostę i następnie dożywotnie galery. Co zaś do chłopca okrętowego którego ocalono i do mnie, wypuszczono nas na wolność jako małoletnich. Jak tylko wydostałem się z więzienia, pobiegłem do klasztoru Augustyanów. Nie znalazłem już w nim mego ojca; braciszek odźwierny powiedział mi że umarł i że bracia moi byli chłopcami okrętowymi na jakimś statku hiszpańskim. Prosiłem o pozwolenie rozmowy z ojcem przeorem; wprowadzono mnie. Opowiedziałem mu wszystkie przygody nie przemijając ani podstawienia nogi ani uderzenia głową w brzuch Principina. Jego przewielebność wysłuchała mnie z wielką dobrocią, po czem rzekła: «Moje dziecko, twój ojciec umierając, zostawił klasztorowi znaczną summę pieniędzy. Był to źle nabyty majątek do którego niemieliście żadnego prawa. Jest teraz w rękach Boga i powinien być użytym na utrzymanie sług jego. Jednakowoż ośmieliliśmy się wziąść z niego kilka skudów dla kapitana hiszpańskiego który postanowił zabezpieczyć los twoim braciom. Co się tyczy ciebie, nie możemy dać ci schronienia w naszym klasztorze, przez wzgląd na księżnę della Rocca Fiorita, znakomitą naszą dobrodziejkę. Ty jednak moje dziecko, pójdziesz do wioski którą mamy u stóp Etny i tam przyjemnie spędzisz twoje dziecinne lata.» Po tych słowach, przeor zawołał braciszka i wydał mu stosowne rozkazy względem dalszego mego losu.
 Nazajutrz ruszyłem z braciszkiem w drogę Przybyliśmy do wioski; umieszczono mnie i odtąd całym moim obowiązkiem było chodzie z posyłkami do miasta. W tych małych podróżach starałem się o ile możności unikać spotkania z Principinem.
 Jednakże pewnego razu zoczył mnie na ulicy kupującego kasztany, poznał i kazał swoim lokajom zbić niemiłosiernie. W jakiś czas potem wśliznąłem się znowu przebrany do jego pokoju i bezwątpienia mógłbym był łatwo go zamordować, dotąd nawet żałuję żem tego nie uczynił; ale nie byłem jeszcze w ówczas dość oswojony z postępowaniem podobnego rodzaju, poprzestałem więc na porządnem go oćwiczeniu. Nieszczęsna moja gwiazda, jak sami widzicie, sprawiła że w pierwszych latach mojej młodości nieprzeszło sześć miesięcy, nawet cztery, żebym nie miał jakiego spotkania z tym przeklętym Principinem który zwykle miał siłę za sobą. Takim sposobem żyjąc doszedłem lat piętnastu i chociaż co do wieku i rozumu byłem jeszcze dzieckiem, wszelako co do siły i odwagi byłem już człowiekiem skończonym, co bynajmniej nie powinno was dziwić jeżeli zważycie, że powietrze morza i gór, dzielnie przyczyniło się rozwinięcia budowy mego ciała.
 Miałem więc piętnaście lat gdym po raz pierwszy ujrzał znakomitego sposobem myślenia i odwagą, Testa-Lungę, najuczciwszego i najszlachetniejszego rozbójnika jaki kiedykolwiek pustoszył Sycylią. Jutro, jeźli raczycie pozwolić, dam wam poznać tego człowieka, którego pamięć wiecznie pozostanie wyrytą w mem sercu. W tej chwili muszę was opuścić. Zarząd jaskini wymaga z mojej strony czujnego starania, którego nie powinienem zaniedbywać. —

 Zoto odszedł i każdy z nas, stosownie do swego sposobu widzenia, zamyślił się nad tem co słyszał. Wyznam, że nie mogłem odmówić pewnego rodzaju szacunku dla ludzi tak odważnych, jakiemi byli ci których Zoto w opowiadaniu swojem odmalowywał. Emina utrzymywała że odwaga wtedy tylko zasługuje na nasz szacunek, kiedy jest użytą na poparcie zasad cnoty. Zibelda dodała, że można było pokochać małego szesnastoletniego rozbójnika. Po wieczerzy, każdy odszedł do siebie, wkrótce jednak obie siostry znowu przyszły do mnie na pogadankę. Usiadły i Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, czy nie mógłbyś uczynić dla nas jednego poświęcenia? idzie tu więcej o ciebie niż o nas.»
 «Wszystkie te przemowy są niepotrzebne, piękna kuzynko, — odpowiedziałem — powiedz mi po prostu czego żądasz odemnie?»
 «Drogi Alfonsie, — przerwała Emina, — ten klejnot który nosisz na szyi i nazywasz cząstką prawdziwego krzyża, razi nas i wzbudza wstręt mimowolny.»
 «O! co się tyczy tego klejnotu, — odparłem szybko — przestań mi o nim mówić. Przyrzekłem mojej matce że go nigdy nie opuszczę, i sądzę że nie ty powinnaś wątpić jak umiem dotrzymywać moich przyrzeczeń.»
 Na te słowa moje kuzynki skrzywiły się nieco i zamilkły, niebawem jednak ułagodziły się i noc ubiegła nam równie szybko jak poprzedzająca.


DZIEŃ SIÓDMY.
 Nazajutrz z rana obudziłem się wcześniej i poszedłem odwiedzić moje kuzynki. Emina czytała koran, Zibelda zaś przymierzała perły i szale. Przerwałem te ważne zatrundnienia słodkiemi pieszczotami w których równie miłość jak przyjaźń się odzywały. Po obiedzie Zoto w te słowa zaczął rozpowiadać dalsze przygody:

DALSZY CIĄG HISTORYI ZOTA.
 Przyrzekłem mówić o Testa-Lundze i dotrzymam wam słowa. Przyjaciel mój był spokojnym mieszkańcem Val-Castera, małego miasteczka położonego u stóp Etny. Miał żonę zachwycającej piękności. Młody książę Val-Castera, zwiedzając pewnego razu swoje majątki, ujrzał tę kobietę która przyszła powitać go wraz z innemi żonami znaczniejszych mieszczan. Zarozumiały młodzieniec zamiast wdzięcznego przyjęcia hołdu jaki mu składali jego poddani ustami piękności, zajął się tylko wdziękami pani Testa-Lunga. Bez żadnych ogródek, wyjawił jej wrażenie jakie sprawiała na jego zmysłach, zuchwałą ręką objął jej kibić i pocałował w twarz. W tej samej chwili mąż, który stał za żoną, dobył noża z kieszeni i utopił go w sercu młodego księcia. Zdaje mi się że na jego miejscu każdy uczciwy człowiek byłby sobie tak samo postąpił
 Testa-Lunga, dokonawszy tego uczynku, schronił się do kościoła i zostawał tam aż do nocy. Sądząc jednakże że wypadało mu pewniejsze środki przedsięwziąść, postanowił złączyć się z kilkoma rozbójnikami którzy od niejakiego czasu ukrywali się na wierzchołkach Etny. Poszedł więc do nich i ci ogłosili go dowódzcą.
 Etna na ów czas wybuchała niesłychaną ilością lawy; pośród ognistych jej potoków, Testa-Lunga umocnił swoją bandę w kryjówkach które jemu samemu były tylko znane. Gdy się już tak ze wszech stron dostatecznie zabezpieczył, dzielny ten wódz udał się do vice-króla żądając ułaskawienia siebie i towarzyszów. Rząd odmówił, jak sądzę z obawy nadwerężenia powagi władzy. Natenczas Testa-Lunga wszedł w układy z głównymi dzierżawcami okolicznych majątków. «Kradnijmy do współki, rzekł do nich, gdy przybędę do was, dacie mi co sami zechcecie, nawzajem ja będę was bronił przeciw waszym panom.» Wprawdzie była to zawsze kradzież, ale Testa-Lunga sumiennie rozdzielał wszystko między towarzyszów, zachowując dla siebie tyle ile najmniej biorący dostawał. Skoro zaś przeciągał przez jaką wioskę, kazał za wszystko płacić podwójnie, tak że w krótkim czasie stał się bożyszczem ludu obojga Sycylji.
 Mówiłem wam już że niektórzy rozbójnicy z bandy mojego ojca, złączyli się z Testa-Lungą, który przez kilka lat przebywał na południu Etny, czyniąc nieustannie wycieczki na Val di Noto i Val di Mazara. Ale w czasie o którym wam mówię, to jest gdy skończyłem piętnasty rok życia, banda wróciła do Val-Demoni i pewnego dnia ujrzeliśmy ją przybywającą do wioski Augustynów.
 Cokolwiek moglibyście wyobrazić sobie świetnego i okazałego, wszystko to da wam słabe zaledwie pojęcie o towarzyszach Testa-Lungi. Ubiory z gwardyi muszkieterów, konie pokryte jedwabnemi siatkami, pasy najeżone pistoletami i sztyletami, długie szpady i strzelby tego samego rozmiaru, oto były przedmioty składające uzbrojenie wojenne bandy.
 Przez trzy dni rozbójnicy zjadali nasze kury i wypijali wino, czwartego doniesiono im że oddział dragonów z Syrakuzy, zbliżał się w zamiarze ich otoczenia. Na tę wieść zaczęli śmiać się z całego serca; zaczaili się w wąwozach, uderzyli na oddział i rozbili go do szczętu. Wprawdzie siła nieprzyjaciela dziesięć razy przewyższała ich zastęp, ale z drugiej strony, każdy rozbójnik miał przy sobie dziesięć wystrzałów z których żaden nie chybiał.
 Po zwycięztwie, banda wróciła do wioski, ja zaś zapatrując się z dala na całą bitwę, tak byłem zachwycony że padłem do nóg dowódzcy i zaklinałem go aby raczył mnie przyjąć na towarzysza. Testa-Lunga zapytał co byłem za jeden? «Syn rozbójnika Zoto,» odpowiedziałem. Na to szanowne nazwisko, wszyscy ci którzy służyli pod moim ojcem wydali okrzyk radości. Następnie, jeden z nich porwał mnie w swoje objęcia, postawił na stole i rzekł: «Towarzysze, w ostatniej walce zabito nam porucznika Testa-Lungi; sprzeczaliśmy się kto go ma zastąpić, niech więc mały Zoto będzie naszym porucznikiem. Widzimy nieraz że powierzają dowództwa pułków synom książąt lub hrabiów, dla czegoż niemielibyśmy tego uczynić dla syna dzielnego Zota. Ja zaręczam za niego że stanie się godnym tego zaszczytu.» Na te słowa, okryto mówcę rzęsistemi oklaskami i jednomyślnie obrano mnie porucznikiem.
 Stopień mój z początku zdał się dla nich być żartem i każdy rozbójnik kładł się od śmiechu nazywając mnie: Signor tenente, wkrótce jednak musieli zmienić dotychczasowe mniemanie. Nietylko zawsze pierwszym byłem w napadzie i ostatnim w odwrocie, ale żaden z nich nie umiał lepiej odemnie wyśledzić obrotów nieprzyjacielskich lub zapewnić bandzie spokojność. Raz wdrapywałem się na szczyty skał aby szerzej objąć wzrokiem okolicę, to znowu całe dnie przepędzałem śród nieprzyjaciół skacząc z jednego drzewa na drugie. Często nawet zdarzało mi się przez całe noce nie złazić z najwyższych kasztanów Etny i gdy niemogłem już oprzeć się znużeniu, zasypiałem przywiązawszy się wprzódy pasem do gałęzi. Wszystko to niebyło zbyt trudnem dla tego kto znał dokładnie rzemiosło kominiarza i chłopca okrętowego.
 Tak ciągle postępując, zyskałem powszechne zaufanie i powierzono mi bezpieczeństwo całej bandy: Testa-Lunga kochał mnie jak własnego syna, nadto śmiem wyznać że niebawem nabyłem sławy, która przewyższała wziętość dowódzcy i wkrótce w całej Sycylji o niczem innem nie mówiono jak tylko o świetnych czynach małego Zota. Tyle sławy nie uczyniło mnie nieczułym na rozrywki właściwe memu wiekowi. Już wam powiedziałem że rozbójnicy u nas są bohaterami ludu, sami więc łatwo osądzicie czy najpiękniejsze pasterki Etny, byłyby wahały się oddać mi serce; byłem jednak przeznaczony uledz bardziej wykwintnym wdziękom i miłość przygotowywała mi pochlebniejszą zdobycz.
 Już od dwóch lat byłem porucznikiem i miałem siedmnaście lat skończonych, gdy nowy wybuch wulkananu, zniszczył dotychczasowe nasze kryjówki i zmusił bandę szukać schronienia w stronie więcej południowej. Po czterech dniach pochodu, przybyliśmy do zamku nazwanego Rocca-Fiorita, siedliska i głównej posiadłości mego wroga Principina.
 Oddawna zapomniałem już o krzywdach jakiem od niego doświadczył, gdy usłyszane nazwisko na nowo rozbudziło we mnie całą zemstę. Nie powinno was to bynajmniej zadziwiać, w naszym klimacie serca są nieubłagane. Gdyby Principino był naówczas znajdował się w swoim zamku, mniemam że byłbym mieczem i ogniem przeklęte gniazdo spustoszył. Tym razem jednak poprzestałem na zrządzeniu o ile możności jak największej szkody, do czego towarzysze, którym nie tajne były moje powody, dzielnie mi dopomogli. Służba zamkowa, która z początku chciała stawiać nam opór, uległa obfitym strumieniom pańskiego wina, które wytoczyliśmy z piwnicy, i niebawem przeszła na naszą stronę. Jednem słowem zamieniliśmy zamek Rocca-Fiorita w prawdziwą wyspę obfitości.
 Hulanka trwała przez pięć dni. Szóstego, szpiegi uprzedzili mnie że wyprawiono przeciw nam cały pułk z Syrakuzy i że Principino wkrótce z matką i licznem towarzystwem kobiet, ma przybyć z Messyny. Cofnąłem bandę, sam jednak chciałem koniecznie pozostać, usadowiłem się więc na szczycie rozłożystego dębu w końcu ogrodu. Dla ułatwienia ucieczki w razie potrzeby, wybiłem otwór w murze ogrodowym.
 Nareszcie ujrzałem nadchodzący pułk, który roztasował się przed bramą zamkową i dokoła porozstawiał straże. Tuż za nim ciągnął szereg lektyk w których siedziały damy, w ostatniej zaś sam Principino rozkładał się na stosie poduszek. Z trudnością wysiadł podtrzymywany przez dwóch koniuszych, wysłał naprzód oddział wojska i gdy zaręczono mu że żadnego z nas nie było już w zamku, dopiero wszedł z kobietami i kilku panami należącymi do jego orszaku.
 Pod moim dębem wytryskało źródło świeżej wody, tuż zaś obok niego stał marmurowy stół otoczony ławkami. Była to najozdobniejsza część ogrodu; nie wątpiłem że całe towarzystwo tu przybędzie i postanowiłem nie złazić aby bliżej mu się przypatrzyć. W istocie po pół godziny ujrzałem nadchodzącą młodą osobę prawie w moim wieku. Aniołowie nie mogą być piękniejszemi, spostrzegłszy ją doznałem tak nagłego i silnego wzruszenia, że byłbym może spadł z wierzchołka dębu gdybym nie był, przez zwykłą ostrożność, mocno przywiązał się pasem do jego gałęzi.
 Młoda dziewczyna szła ze spuszczonemi oczyma i z wyrazem głębokiego smutku na twarzy Usiadła na ławce, wsparła się na marmurowym stole i zaczęła gorzko płakać. Nie wiedząc sam co czynię, zsunąłem się z drzewa i stanąłem tak że mogłem ją widzieć nie będąc sam spostrzeżonym. Natenczas ujrzałem Principina zbliżającego się z kwiatami w ręku. Od trzech lat jak go straciłem z oczu, znacznie wyrósł, twarz miał piękną ale bez żadnego wyrazu.
 Młoda dziewczyna spostrzegłszy go, rzuciła nań wzrok pełen wzgardy, za który mocno jej byłem wdzięcznym. Pomimo to, Principino, zadowolniony z samego siebie, przystąpił do niej wesoło i rzekł: «Kochana narzeczono, oto są kwiaty przeznaczone dla ciebie jeżeli mi przyrzekniesz niewspominać o tym niegodziwym hultaju.»
 «Mości książę, — odpowiedziała moja sąsiadka — sądzę że niesłusznie kładziesz warunki twoim łaskom, wreszcie chociażbym ja nigdy nie wymówiła przed tobą nazwiska Zota, cały dom wiecznie ci o nim będzie wspominał. Wszakże sama twoja mamka zaręczyła w twojej obecności, że nigdy w życiu nie widziała piękniejszego chłopca.»
 «Panno Sylwio!.. — przerwał Principino dotknięty do żywego — racz pamiętać że jesteć moją narzeczoną.» Sylwia nic nie odrzekła tylko zalała się łzami.
 Wtedy Principino w największej wściekłości zawołał: «Nikczemna, ponieważ kochasz się w rozbójniku, oto masz na co zasługujesz!» To mówiąc uderzył ją w twarz.
 «Zoto!. Zoto!.. — krzyknęła biedna dziewczyna — czemuż cię tu nie ma aby ukarać tego nędznika!» Jeszcze nie dokończyła tych słów gdy nagle wyszedłem z mojej kryjówki i rzekłem do księcia:
 «Poznajesz mnie?.. jestem rozbójnikiem i mógłbym cię zamordować; ale zbyt poważam pannę, która raczyła przyzwać mnie na pomoc i ofiaruję ci walkę jaka dla was panów przystoi.» Miałem na sobie dwa puginały i cztery pistolety; rozdzieliłem broń moją na dwoje, położyłem jedną część o dziesięć kroków od drugiej i zostawiłem mu wybór. Ale nieszczęśliwy Principino padł zemdlony na ławkę.
 Sylwia natenczas, temi słowy odezwała się do mnie: «Jestem szlachetnego urodzenia ale biedną, jutro mam zaślubić księcia lub być na całe życie zamkniętą w klasztorze. Zamiast jednego lub drugiego, wolę być twoją na wieki!» To mówiąc padła w moje objęcia.
 Możecie domyślić się że niedałem się długo prosić. Jednakowoż należało zapobiedz abyśmy ze strony księcia nie doznali przeszkody w ucieczce. Wziąłem sztylet i w braku młotka, kamieniem przybiłem mu rękę do ławki na której leżał. Krzyknął boleśnie i powtórnie omdlał. Wysunęliśmy się przez otwór w murze ogrodowym i uciekliśmy w góry.
 Każdy z moich towarzyszów oddawna miał już kochankę, z radością więc powitali moją i kobiety ich przysięgły Sylwji nieograniczone posłuszeństwo.
 Już upływał czwarty miesiąc mojego pożycia z Sylwią, gdy zostałem zmuszony opuścić ją aby obejrzeć zmiany jakie ostatni wybuch wulkanu poczynił w stronie północnej. Podczas podróży odkryłem w naturze nowe wdzięki, na które odtąd wcale nie uważałem. Co chwila spotykałem rozkoszne trawniki, jaskinie, gaje w miejscach, które wprzódy wydały mi się tylko dobremi do obrony lub zasadzek. Sylwia ułagodziła moje rozbójnicze serce które jednak wkrótce miało odzyskać dawną srogość.
 Wróciłem z mojej podróży na północ góry. Wyrażam się tym sposobem dla tego, że Sycylianie wspominając o Etnie zowią ją zawsze il monte, czyli najpierwszą górą w świecie. Zwróciłem się naprzód ku wierzchołkowi który nazywamy wieżą filozofa, ale nie mogłem wdrapać się na szczyt. Podczas ostatniego wybuchu, wulkan zionąc potok ławy, objął wieżę dwoma ognistemi ramiony i następnie łącząc się o milę dalej, opasał ją nieprzebytemi rozpadlinami i utworzył rodzaj wyspy całkiem niedostępnej.
 Poznałem natychmiast ważność tego położenia, nadto na samej wieży, mieliśmy znaczny skład kasztanów, który pragnąłem koniecznie zachować. Dzięki przezorności moich poszukiwań, wynalazłem podziemne przejście, którem dawniej często przechodziłem i które mnie wyprowadziło prosto na samą wieżę. Natychmiast postanowiłem umieścić na tej wyspie całą naszą ludność kobiecą. Kazałem zbudować szałasy z liści i napiękniejszy przeznaczyłem dla Sylwji. Następnie wróciłem na południc i sprowadziłem całą osadę która była uszczęśliwioną z tego nowego schronienia.
 Dziś kiedy przenoszę się pamięcią w szczęśliwe chwile jakie spędziłem na tej wyspie, znajduję je zupełnie oderwane od okropnych wzruszeń które miotały całem mojem życiem. Ogniste potoki dzieliły nas od reszty ludzi, miłość dni uprzyjemniała. Wszystko słuchało moich rozkazów i wszystko ulegało najmniejszym życzeniom kochanej Sylwji. Wreszcie na domiar mego szczęścia dwaj moi bracia przybyli do mnie. Oba doznali nadzwyczajnych przygód i upewniam was że jeżeli zechcecie kiedy posłuchać ich opowiadań, bezporównania więcej was zabawią odemnie.
 Mało ludzi policzy szczęśliwe dnie w życiu, ale niewiem czy jest kto coby mógł szczęście rachować na lata. Moje przynajmniej nie trwało jednego roku. Towarzysze bandy zachowywali się uczciwie względem siebie samych, żaden nie byłby się ośmielił rzucić wzrok na cudzą kochankę, tem mniej zaś na moją. Zazdrość przeto była nieznaną lub raczej najakiś czas wygnaną z naszej wyspy, gdyż szalona ta namiętność zbyt łatwo zawsze znajdzie wstęp do miejsc w których miłość przebywa.
 Młody rozbójnik, nazwiskiem Antonino, lak szalenie zakochał się w Sylwji że niebył nawet w stanie ukryć swojej namiętności. Sam to uważałem, ale widząc go smutnym i pognębionym, mniemałem że kochanka moja niebyła mu wzajemną i byłem spokojny. Radbym był tylko wyleczyć Antonina, kochałem go bowiem dla jego odwagi. Nawzajem znajdował się w bandzie drugi rozbójnik nazwiskiem Moro, którego dla nikczemności sposobu myślenia z całych sił nienawidziłem, i gdyby Testa-Lunga chciał był mi wierzyć, oddawna byłby go już wypędził.
 Moro, potrafił wkraść się w zaufanie Antonina i przyrzekł mu dopomódz w miłości; pozyskał również ufność u Sylwji i przekokonał ją że miałem kochankę w sąsiedniej wiosce. Sylwia lękała się wyznać przedemną powziętych podejrzeń, ale postępowanie jej zaczęło być coraz bardziej wymuszonem, domyślałem się więc że stygnął w niej zapał dawnej miłości. Z swojej strony Antonino, uwiadomiony o wszystkiem przez Mora, podwoił zalecania przy Sylwji i przybrał postać zadowolnioną, która dała mi do zrozumienia że był szczęśliwym.
 Nie byłem wcale wprawnym w odkrywanie podstępów podobnego rodzaju. Zamordowałem Sylwią i Antonina. Ostatni na chwilę przed śmiercią wyznał mi zdradę Mora. Z zakrwawionym sztyletem, pobiegłem do zdrajcy; Moro przeląkł się, padł na kolana i wyjąkał, że książę Rocca-Fiorita zapłacił mu aby mnie i Sylwię zgładził ze świata, i że jedynie w celu uskutecznienia tego zamiaru przyłączył się do naszej bandy. Utopiłem mu sztylet w piersiach. Następnie wybrałem się do Messyny, wemknąłem się przebrany do pałacu księcia i wysłałem go za jego powiernikiem i dwoma mojemi ofiarami. Taki był koniec mego szczęścia i zarazem mojej sławy. Moja odwaga zmieniła się w zupełną obojętność dla życia, a ponieważ okazywałem równą obojętność dla bezpieczeństwa moich towarzyszów, wkrótce zatem całkiem postradałem ich zaufanie. Nakoniec mogę was zapewnić, że odtąd stałem się jednym z najpospolitszych rozbójników.
 Wkrótce potem Testa-Lunga umarł na zgniłą gorączkę i banda jego się rozproszyła. Moi bracia znając dobrze Hiszpanię namówili, mnie aby tam się udać. Stanąłem na czele dwunastu ludzi, przybyłem do zatoki Taormińskiej i ukrywałem się w niej przez trzy dni. Czwartego dnia porwaliśmy mały statek rybacki, puściliśmy się na morze i wylądowali na brzegach Andaluzyi.
 Chociaż w Hiszpanji nie zbywa na górach, które zapewniają bezpieczne schronienie, jednak przedewszystkiemi wybrałem pasmo Sierra-Moreny i niemiałem powodu żalić się na mój wybór. Schwytałem dwa transporty piastrów i uczyniłem później kilka nie mniej korzystnych wycieczek.
 Odgłos naszych powodzeń doszedł aż do Madrytu. Wielkorządca Kadyxu, otrzymał rozkaz dostawienia nas martwych lub żywych i wyprawił przeciw nam kilka pułków. Z drugiej strony wielki Szeik Gomelezów ofiarował mi służbę u siebie i bezpieczne schronienie w tej oto jaskini. Bez namysłu przystałem na jego żądania. Wielkorządztwo Grenady, niechcąc pokazać swojej niedołężności, niemogąc jednak nas znaleźć, rozkazało schwytać dwóch pasterzów z doliny i powiesić ich pod nazwiskiem dwóch braci Zoto. Znałem tych dwóch ludzi i wiem że popełnili kilka morderstw. Utrzymują jednak, że gniewa ich to powieszenie na naszem miejscu i że w nocy odwiązują się z szubienic i wyprawiają tysiączne niedorzeczności. Nie przekonałem się o tem na własne oczy, niemogę więc nic wam o tem powiedzieć. Przecież nie raz przechodząc w nocy obok szubienicy, zwłaszcza gdy księżyc świecił, dokładnie widziałem że niebyło żadnego wisielca, nad rankiem zaś znowu wracali na szubienicę.
 Oto jest historya mego życia którą pragnęliście słyszeć. Sądzę że moi bracia, których życie spokojniej upłynęło, mogli by wam bardziej zajmujące rzeczy opowiedzieć, ale niebędą mieli do tego czasu, gdyż okręt jest już przygotowany i odebrałem wyraźne rozkazy aby jutro puścić go na morze. —
 Gdy Zoto odszedł, piękna Emina rzekła z wyrazem głębokiego smutku: «Ten człowiek ma słuszność, chwile szczęścia zbyt krótkie są w życiu człowieka. Przepędziłyśmy tu trzy dni które może już nigdy w życiu nam się nie powtórzą.» Wieczerza wcale nie była wesoła, pośpieszyłem więc z życzeniami dobrej nocy moim kuzynkom. Spodziewałem się że ujrzę je w moim pokoju i wtedy łatwiej zdołam rozproszyć ich tęsknotę. W istocie przyszły wcześniej jak zazwyczaj i na domiar mego szczęścia spostrzegłem że niemiały na sobie ozdób które pierwszego dnia zaraz tak mi się nie podobały. Zrozumiałem wybornie uprzejmość zachwycających dziewcząt, ale Emina nieufając mojej domyślności rzekła: «Kochany Alfonsie, poświęcenie twoje dla nas było bez granic, pragnę abyś równie sądził o naszej wdzięczności. Być może że się już więcej nie ujrzymy. Może dla waszych kobiet łatwiejszem jest zapomnienie, ale my chcemy wiecznie żyć w twojej pamięci i jeżeli kobiety madryckie przewyższają nas w wykształceniu i obejściu, żadna jednak nie będzie w stanie więcej cię kochać od nas, Jednakże drogi Aflonsie musisz jeszcze raz ponowić przysięgę że nam dochowasz tajemnicy i nie dasz wiary gdyby ci co złego o nas mówiono.» Uśmiechnąłem się lekko na ten ostatni warunek, ale zgodziłem się na wszystko i otrzymałem nagrodę w najczulszych pieszczotach.
 Po chwili, Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, te relikwije które nosisz na szyi, ciągle rażą wzrok Muzułmanek, czy nie możesz ich zrzucić?» Dałem odmowną odpowiedź, ale Zibelda objęła mnie za szyję i nożyczkami które trzymała w ręku, przecięła wstążkę. Emina natychmiast porwała relikwije i rzuciła je w rozpadlinę skały. «Jutro włożysz ją napowrót, — rzekła — tymczasem zawieś na szyi tę plecionkę z naszych włosów wraz z przywiązanym do niej talizmanem, który uchroni cię może od niestałości jeżeli w świecie zdoła uchronić od tego kochanków.» Chciałem poskoczyć za relikwijami, ale dziewczęta opasały mnie pierścieniem z ich śnieżnych ramion i tak ponętnie zaczęły się uśmiechać, że niebawem ogarnęły cały mój umysł i nie miałem czasu o niczem innem myśleć. Czułem jak krew biła we mnie z nadzwyczajną gwałtownością. Mówiąc o krwi dodam, że chociaż zwykle zbrodnią jest niewinną krew przelewać, są jednak wypadki w których człowiek z łatwością może sobie dozwolić zagłuszyć głos sumienia. Całe dalsze postępowanie z mojemi kuzynkami dowodziło mi że marzenia moje w Venta-Quemada były tylko czczem urojeniem. Zmysły nasze ukołysały się, byliśmy już zupełnie spokojni gdy nagle zabrzmiał smutny jęk dzwonu. Zegar bił północ. Na ten odgłos, niemogłem wstrzymać się od wzruszenia i rzekłem do dziewcząt, że obawiam się aby nam nie zagrażał jaki smutny wypadek. — «I ja również lękam się, — odparła Emina — nawet niebezpieczeństwo jest blizkiem, ale posłuchaj tego co ci mówię: nie dawaj wiary żadnemu złemu jakieby ci o nas mówiono, niewierz nawet własnym oczom.»
 W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzałem wchodzącego człowieka wspaniałej postawy, ubranego po maurytańsku. W jednem ręku trzymał alkoran, w drugiem zaś miecz obnarzony; kuzynki moje rzuciły mu się do nóg, mówiąc: «Potężny Szeiku Gomelezów, przebacz nam!» Na co Szeik odpowiedział strasznym głosem: Adonde estan las fahhas? Snać pytał je o te właśnie ozdoby których tego dnia na nich niewidziałem. Później, zwracając się do mnie, rzekł: «Nieszczęsny Nazarejczyku! jak śmiesz razem znajdować się z niewiastami z krwi Gomelezów?.. Musisz przejść na wiarę Proroka lub umrzeć.»
 W tej chwili usłyszałem straszliwe wycie i spostrzegłem opętanego Paszeko który dawał mi znaki zgłębi komnaty; moje kuzynki także go spostrzegły, porwały się więc rozgniewane, schwyciły go i wyprowadziły do drugiej izby.
 «Nieszczęsny Nazarejczyku, — powtórzył znowu Szeik Gomelezów — wypij duszkiem napój zawarty w tej czarze, lub zginiesz haniebną śmiercią a ciało twoje zawieszone między trupami braci Zota, stanie się pastwą sępów i igraszką duchów ciemności które będą go używać do swoich piekielnych przemian.» Zdało mi się że w podobnej okoliczności, honor nakazywał mi samobójstwo. Zawołałem więc z boleścią: «Ach mój ojcze, na mojem miejscu tak samo byś sobie postąpił.» Po tych słowach wziąłem czarę i wychyliłem do dna. Uczułem nieznośne mdłości i padłem bez zmysłów.


DZIEŃ ÓSMY.
 Ponieważ mam zaszczyt wam opowiadać moje przygody, łatwo więc pojmiecie że nie umarłem od trucizny którą myślałem żem wypił. Odszedłem tylko od przytomności i niewiem jak długo zostawałem w tym stanie. Pamiętam jednak że znowu obudziłem się pod szubienicą los Hermanos, ale tym razem z wielką radością, gdyż przynajmniej byłem pewny żem jeszcze nie umarł. Nadto nie znalazłem się już między dwoma wisielcami, leżałem po lewej ich stronie po prawej zaś spostrzegłem jakiegoś człowieka którego także wziąłem za wisielca gdyż zdawał się bez życia i miał stryczek na szyi. Wkrótce jednak poznałem że spał tylko i rozbudziłem go. Nieznajomy, spojrzawszy na miejsce swego noclegu zaczął śmiać się i rzekł: «Trzeba wyznać że w nauce kabalistyki wydarzają się czasem przykre nieporozumienia. Złe duchy tyle umieją przybierać na się kształtów, że niemożna wiedzieć z kim się ma do czynienia. Wszelako, — dodał — zkądże mi się wziął ten powróz na szyi? w miejscu plecionki z włosów, którą wczoraj jeszcze miałem na sobie.» — Później spostrzegłszy mnie rzekł: — «I pan tutaj?.. pan jeszcze za młodym jesteś na kabalistę, chociaż masz także powróz na szyi.» W istocie przekonałem się że miał słuszność. Przypomniałem sobie że Emina wczoraj zawiesiła mi na szyi plecionkę z włosów swoich i Zibeldy, i sam nie wiedziałem jak sobie tę przemianę tłumaczyć.
 Kabalista spoglądał na mnie bystrym wzrokiem i rzekł: «Nie, ty do nas nie należysz, nazywasz się Alfons, twoja matka rodzi się z Gomelezów, jesteś kapitanem w gwardyi wallońskiej, masz wiele odwagi ale mało doświadczenia. Mniejsza o to, trzeba naprzód ztąd się wydostać a potem zobaczymy co z sobą poczniemy.»
 Brama parkanu była otwartą, wyszliśmy i znowu ujrzałem przed sobą przeklętą dolinę los Hermanos. Kabalista zapytał mnie, dokąd chciałem się udać? Odpowiedziałem mu że postanowiłem zwrócić się na drogę do Madrytu. «Zgoda, rzekł, ja także idę w tę stronę, ale zacznijmy naprzód od przyjęcia jakiego posiłku.» To mówiąc dobył z kieszeni pozłacaną czarę, słoik napełniony pewnym rodzajem opiatu i flaszkę kryształową w której znajdował się jakiś płyn żółtawy. Wrzucił do czary łyżeczkę opiatu, wlał kilka kropel płynu i kazał mi wszystko razem wypić. Nie dałem sobie tego powtarzać gdyż omdlewałem z czości. W istocie napój był cudownym. Uczułem się tak pokrzepionym że śmiało mogłem przedsięwziąść dalszą drodę, co wprzódy byłoby mi zupełnie niepodobnem.
 Słońce wzbiło się już wysoko gdy spostrzegliśmy nieszczęsną gospodę Venta-Quemada, kabalista zatrzymał się i rzekł: «Oto jest miejsce w którem tej nocy wyrządzono mi niegodziwą psotę. Trzeba nam jednak wejść do tej przeklętej gospody, zostawiłem tu bowiem niektóre zapasy któremi będziemy mogli się posilić.
 Weszliśmy do opuszczonej Venty i znaleźliśmy w jadalnym pokoju stół zastawiony pasztetem i dwoma butelkami wina. Kabalista zdawał się być przy wybornym apetycie; przykład jego dodał mi odwagi, inaczej bowiem wątpię czy byłbym odważył się ponieść co do ust. Wszystko to co od kilku dni widziałem tak pomieszało moje wyobrażenia, że sam nie wiedziałem co czyniłem i gdyby kto był uwziął się, byłby mógł wprowadzić mnie w wątpliwość o mojem własnem istnieniu.
 Po skończonym obiedzie, zaczęliśmy przebiegać komnaty i przybyliśmy do tej w której spałem pierwszego dnia mego wyjazdu z Anduhar. Poznałem moje nieszczęsne posłanie i usiadłszy na niem jąłem rozmyślać nad tem wszystkiem co mi się wydarzyło, szczególniej zaś nad wypadkami doświadczonemi w jaskini. Przypomniałem sobie że Emina uprzedziła mnie żebym nie dawał wiary, gdyby mi co złego o niej mówiono. Właśnie pogrążyłem się w tych myślach, gdy kabalista zwrócił moją uwagę na coś błyszczącego, utkwionego między szparami podłogi. Pojrzałem bliżej i przekonałem się że były to relikwie zabrane mi przez dwie siostry w jaskini. Widziałem jak je wrzucały w rozpadlinę skały a teraz znajdowałem je w szparze podłogi. W istocie zacząłem powątpiewać czym wychodził kiedy z tej przeklętej gospody i czy pustelnik, inkwizytor, bracia Zota nie byli widmami spłodzonemi przez obłęd czarodziejski. Tymczasem za pomocą szpady dobyłem relikwie i zawiesiłem je na szyi.
 Kabalista zaczął śmiać się i rzekł: «To jest twoja własność Mości kawalerze. Jeżeli tu noc przepędziłeś, wcale nie dziwię się żeś się obudził pod szubienicą. Mniejsza o to, wychodźmy ztąd, musimy tego jeszcze wieczora stanąć w pustelni.
 Opuściliśmy gospodę i nieuszliśmy jeszcze połowy drogi gdy spotkaliśmy pustelnika który z trudnością wlókł się o kiju. Skoro tylko nas spostrzegł, zawołał: «Ach, mój młody przyjacielu, właśnie szukałem cię, wracaj do mojej pustelni; wyrwij twoją duszę ze szponów szatana, ale tymczasem podaj mi rękę: Nie szczędziłem dla ciebie gorliwych usiłowań.» Wypocząwszy przez chwilę, ruszyliśmy w dalszą drogę, starzec postępował z nami wspierając się raz na jednym to znowu na drugim. Nareszcie przybyliśmy do pustelni.
 Zaledwie wszedłem, ujrzałem Paszeka rozciągniętego na środku izby. Zdawał się być na skonaniu, piersiami przynajmniej wydawał to chrapanie jakie rychłą śmierć zapowiada. Chciałem przemówić do niego ale niepoznał mnie; wtedy pustelnik zaczerpnął święconej wody, pokropił nią opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko, w imieniu twego Odkupiciela, nakazuję ci opowiedzieć co ci się wydarzyło tej nocy.» Paszeko zadrżał, zaryczał straszliwie i tak zaczął mówić:

OPOWIADANIE PASZEKA.
 «Mój ojcze, właśnie znajdowałeś się w kaplicy i śpiewałeś litanije, gdy posłyszałem kołatanie do drzwi i beczenie zupełnie podobne do tego jakie wydaje nasza biała koza. Myślałem więc że zapomniałem ją wydoić i poczciwe zwierzę, przyszło mi przypomnieć mój obowiązek. Tem bardziej trwałem w tem przekonaniu że właśnie przed kilkoma dniami wydarzył mi się podobny wypadek. Wyszedłem z chaty i w samej rzeczy ujrzałem naszą białą kozę która obracała się tyłem do mnie, pokazując mi nadęte wymiona. Chciałem ją przytrzymać aby jej oddać żądaną przysługę, ale wymknęła się z moich rąk i co chwila zatrzymując się i uciekając dalej, zaprowadziła mnie na brzeg przepaści tuż obok twojej pustelni.
 Przybywszy tam, biała koza nagle przerzuciła się w czarnego kozła; przeląkłem się na widok tej przemiany i chciałem uciekać ku naszemu mieszkaniu, ale czarny kozioł przeciął mi drogę i wspiąwszy się na tylnych nogach, spojrzał na mnie płomiennemi oczyma. Strach ściął mi lodem krew w żyłach.
 Natenczas czarny kozioł zaczął bić mnie rogami i zwracać ku przepaści; gdy już mnie tam doprowadził, zatrzymał się na chwilę jakby pragnął cieszyć się widokiem moich męczarń. Nareszcie strącił mnie w przepaść. Myślałem że się rozbiję w proch, ale kozioł przedemną stanął na dnie przepaści i przyjął mnie na grzbiet bez żadnego przypadku.
 Tu nowa bojaźń mnie ogarnęła, gdyż zaledwie kozioł poczuł mnie na grzbiecie, wnet dziwnym sposobem zaczął galopować. Jednym skokiem przeskakiwał z góry na górę i przesadzał najgłębsze przepaści, nareszcie otrząsł się i sam niewiem jak znalazłem się w jaskini, gdzie spostrzegłem młodego podróżnego który przed kilkoma dniami nocował w naszej pustelni.
 Młodzieniec siedział na łóżku, obok niego zaś siedziały dwie prześliczne dziewczyny ubrane po maurytańsku. Dziewczęta okrywając go pieszczotami, zdjęły mu z szyi relikwie i w tej chwili straciły całą piękność w mych oczach, poznałem w nich bowiem dwóch wisielców z doliny Los-Hermanos. Wszelako młody podróżny, biorąc je zawsze za piękne kobiety, przemawiał do nich najczulszemi wyrazy. Natenczas jeden z wisielców zdjął stryczek z szyi i zaciągnął go na szyję młodzieńca który dziękował mu z niewypowiedzianą wdzięcznością. Co się dalej stało, już nie widziałem, chciałem krzyczeć ale niemogłem wydać żadnego głosu, siedziałem jak skamieniały; gdy wtem północ wybiła i ujrzałem wchodzącego szatana z ognistemi rogami i płomienistym ogonem który kilku djablików niosło za nim.
 Szatan w jednej ręce trzymał księgę w drugiej zaś widły. Zbliżył się do podróżnego i zagroził mu śmiercią jeżeli nie przejdzie na wiarę Machometa. Wtedy widząc duszę chrześcijańską w niebezpieczeństwie, zebrałem wszystkie siły, krzyknąłem i zdaje mi się że młodzieniec mnie usłyszał. Ale w tej samej chwili wisielcy poskoczyli ku mnie i wyciągnęli mnie do drugiej izby gdzie znalazłem tego samego kozła. Jeden wisielec wsiadł na kozła, drugi na mnie i tak znowu zmusili nas obu galopować z niemi przez góry i przepaście. Wisielec który siedział na mnie ściskał mi boki piętami, ale znajdując zapewnie że nie dość szybko biegłem, podjął po drodze dwa skorpiony, przyczepił je do nóg zamiast ostróg i zaczął mi rozdzierać boki z niesłychanem okrucieństwem. Nareszcie przybyliśmy do drzwi pustelni gdzie mnie straszydła porzuciły. Tego poranku mój ojcze znalazłeś mnie bez przytomności, sądziłem że byłem ocalony, ujrzawszy się w twoich objęciach ale jad skorpionów zatruł mi krew. Jad ten pali mi wnętrzności i czuję że nieprzeżyję więcej tych cierpień.» — To mówiąc opętaniec zaryczał straszliwie i umilkł.

 Wtedy pustelnik zabrał głos i rzekł: «Słyszałeś synu mój, możeż to być żebyś miał był do czynienia z dwoma szatanami? Pójdź, wyspowiadaj się, wyznaj twoje winy. Miłosierdzie boskie jest bez granic. Nie odpowiadasz?. Byłżebyś już tak dalece zatwardziałym w grzechu?»
 Zastanowiwszy się przez chwilę, odpowiedziałem: «Mój ojcze, ten pan opętany widział rzeczy całkiem odmiennie. Jeden z nas bezwątpienia był otumanionym, może nawet i oba źle widzieliśmy. Ale oto masz przed sobą szlachetnego kabalistę, który także nocował w Venta-Quemada. Może zechce nam opowiedzieć swoje przygody w których znajdziemy nowe światło co do wypadków jakie nas od kilku dni zajmują.»
 «Panie Alfonsie, — przerwał Kabalista — ludzie którzy tak jako ja oddają się tajemniczym naukom nie mogą wypowiedzieć wszystkiego. Postaram się jednak o ile możności zadowolić ciekawość, ale jeżeli pozwolisz nie tego wieczora. Posilmy się wieczerzą i idźmy spać, jutro będziemy przy świeższych umysłach.»
 Pustelnik zastawił nam skromną wieczerzę, po której każdy odszedł do siebie. Kabalista utrzymywał że musi przepędzić noc obok opętanego, ja zaś udałem się do kaplicy. Położyłem się na tem samem łożu z mchu na którem już jednę noc przepędziłem, pustelnik życzył mi dobrego snu i uprzedził że dla większej pewności, odchodząc, zamknie drzwi za sobą.
 Zostawszy sam, zacząłem rozmyślać nad opowiadaniem Paszeka. Nie było wątpliwości że znajdował się razem ze mną w jaskini, widziałem także jak moje kuzynki poskoczyły do niego i wyciągnęły go do drugiej izby; ale Emina uprzedziła mnie abym nie wierzył gdyby mi co złego o niej i o siostrze mówiono. Wreszcie szatany które opętały Paszeka, mogły obłąkać mu zmysły i otumanić złudzeniami wszelkiego rodzaju. Tym sposobem szukałem różnych środków usprawiedliwienia i zachowania miłości dla moich kuzynek, gdy wtem usłyszałem bijącą północ.... Wkrótce potem usłyszałem kołatanie do drzwi i beczenie kozy. Wziąłem szpadę, poszedłem do drzwi i zawołałem mocnym głosem: «Jeżeliś szatan, staraj się sam otworzyć te drzwi które pustelnik zamknął.» Koza umilkła. Położyłem się i spałem aż do ranka.



DZIEŃ DZIEWIĄTY.
 Pustelnik przyszedł mnie obudzić, siadł na mojem łóżku i rzekł: «Moje dziecko, złe duchy znowu tej nocy wyprawiały w mojej pustelni piekielne harce. Samotnicy Tebaidy niebyli więcej odemnie wystawionemi na złość szatańską; niewiem przy tem co mam sądzić o człowieku który przybył z tobą i zwie się Kabalistą Przedsięwziął wyleczyć Paszeka i w istocie wiele mu pomógł, ale bynajmniej nie używał exorcyzmów przepisanych przez rytuał naszego świętego kościoła. Pójdź do mojej pustelni, śniadanie czeka na nas, po którem usłyszymy zapewne przygody tego dziwnego nieznajomego.»
 Wstałem i udałem się za pustelnikiem W istocie znalazłem Paszeka w daleko lepszym stanie i z twarzą nawet mniej odrażającą. Zawsze był ślepym na jedno oko, ale nie wywieszał już tak obrzydliwie języka. Usta przestały mu pienić się i pozostałe oko toczyło mniej błędne spojrzenia. Powinszowałem kabaliście, który mi odrzekł, że to był tylko słaby dowód jego umiejętności. Nastędnie pustelnik przyniósł śniadanie, złożone z gorącego mleka i kasztanów.
 Podczas gdy pożywaliśmy tę skromną ucztę, ujrzeliśmy wchodzącego człowieka chudego i wybladłego, którego cała postać wstręt wzbudzała, chociaż nie można było rzec co było przyczyną tego odrażającego wrażenia. Nieznajomy ukląkł przedemną i zdjął kapelusz. Wtedy ujrzałem że miał owiązane czoło. Wyciągnął ku mnie kapelusz jak gdyby prosił o jałmużnę. Rzuciłem mu sztukę złota. Szczególniejszy żebrak podziękował mi i dodał: «Panie Alfonsie, twój dobry uczynek nie będzie straconym, uprzedzam cię że ważny list czeka na ciebie w Puerto-Lapicha. Przeczytaj go zanim wejdziesz do Kastylji.»
 Udzieliwszy mi to ostrzeżenie, nieznajomy ukląkł przed pustelnikiem który mu napełnił kapelusz kasztanami, następnie uczynił to samo przed kabalistą, ale wnet zerwał się mówiąc: «Od ciebie niczego nie żądam, jeżeli powiesz kto jestem, gorzko kiedyś tego pożałujesz.» Po tych słowach wyszedł z pustelni.
 Gdy zostaliśmy sami, kabalista zaczął śmiać się i rzekł: «Aby wam dowieść jak mało lękam się pogróżek tego człowieka, zaraz wam powiem że to jest Żyd wieczny tułacz o którym zapewne musieliście słyszeć. Już przeszło od ośmnastu wieków, ani razu me usiadł, ani położył się, nie odpoczął, nie zasnął. Ciągle idąc przed sobą, zje wasze kasztany i nazajutrz rano będzie już ztąd o jakie sześćdziesiąt mil. Zwykle, przebiega we wszystkich kierunkach, niezmierzone pustynie Afryki. Żywi się dzikiemi owocami, a drapieżne zwierzęta mijają go bez szkody z powodu świętego piętna, wyrytego na jego czole. Dla tego to, jak uważaliście, nosi na głowie przepaskę. Nie bywa on nigdy w naszych okolicach chyba na wezwanie jakiego kabalisty. Wreszcie mogę wam zaręczyć że ja go tu wcale nie wezwałem, nie mogę go bowiem cierpieć. Jednakowoż muszę wyznać, że często wie on o wielu rzeczach, radzę ci zatem panie Alfonsie nie zaniedbywać jego przestrogi.»
 «Mości kabalisto, — odpowiedziałem — Żyd doniósł mi że list czeka mnie w Puerto-Lapiche. Spodziewam się tam po jutrze stanąć i niezapomnę zapytać oberżysty.»
 «Nie potrzeba tak długo czekać, — odparł kabalista — musiałbym mało znaczyć w świecie gieniuszów, gdybym nie mógł mieć tego listu wcześniej.» To mówiąc pochylił głowę na prawe ramię i wyrzekł kilka wyrazów rozkazującym głosem. W przeciągu pięciu minut, upadł na stół wielki list pod moim adressem. Rozpieczętowałem go i przeczytałem co następuje:

 «Panie Alfonsie!
Z rozkazu JK. Mości naszego Najmiłościwszego Pana Don Ferdynanda IV. uprzedzam cię abyś wstrzymał twój przyjazd do Kastylji. Srogość tę winieneś jedynie przypisać nieszczęściu, które spowodowało że rozgniewałeś na siebie święty trybunał zajmujący się zachowaniem czystości wiary w Hiszpanji. Wypadek ten jednak niech w niczem nie zmniejsza twojej gorliwości w chęci służenia królowi. Wraz z niniejszem, załączam ci urlop na trzy miesiące, przepędź ten czas na granicach Kastylji i Andaluzyi, wszelako nie słaniaj się zbyt w żadnej z obu tych prowincyi. Pomyślano już o zaspokojeniu twego czcigodnego ojca i przedstawiono mu całą te sprawę w świetle wcale go nie rażącem.»
Twój życzliwy
Don Sanche de Tor de Pennas
Minister wojny.
Do tego listu, przyłączony był urlop na trzy miesiące, opatrzony potrzebnemi podpisami i pieczęciami.
 Podziwialiśmy pośpiech gońców kabalisty, następnie prosiliśmy go aby dotrzymał nam obietnicy i opowiedział wypadki przeszłej nocy w Venta Quemada. Odrzekł nam jak wczoraj, że niezrozumiemy wiele rzeczy w jego opowiadaniu, ale zastanowiwszy się przez chwilę, zaczął w te słowa:

HISTORYA KABALISTY.
 Nazywają mnie w Hiszpanji Don Pedro de Uzeda i pod tem nazwiskiem o milę z tąd posiadam piękny zamek. Prawdziwe moje miano jest: Rabi Sadok Ben Mamoun, jestem bowiem żydem. Wyznanie tego rodzaju jest cokolwiek niebezpiecznem w Hiszpanji, ale oprócz że ufam waszej uczciwości, uprzedzam was że nie tak łatwo byłoby mi zaszkodzić. Wpływ gwiazd na moje przeznaczenie zaczął objawiać się od pierwszych chwil mego życia. Ojciec mój wyciągnąwszy mój horoskop, przejęty był radością, gdy ujrzał że przyszedłem na świat właśnie gdy słońce przechodziło w znak Panny. Wprawdzie użył całej umiejętności na dopięcie tego celu, ale niespodziewał się tak dokładnego skutku.
 Nie potrzebuję wam mówić że ojciec mój Mamon, był pierwszym astrologiem swego czasu. Wszelako gwiazdarstwo, było jedną z najmniejszych nauk jakie posiadał, szczególniej posunął znajomość kabalistyki do stopnia jakiego żaden z Rabinów dotąd nie dosiągł.
 We cztery lata po mojem przyjściu na świat, mój ojciec miał córkę, która narodziła się pod znakiem Bliźniąt. Pomimo tej różnicy, jednakowo nas wychowano. Nie miałem jeszcze dwunastu lat, moja siostra zaś ośmiu kiedy umieliśmy już po hebrajsku, po chaldejsku, po syro-chaldejsku, znaliśmy mowy Samarytanów, Koptów, Abissyńczyków i różne inne umarłe lub umierające języki. Nadto bez pomocy ołówka, mogliśmy rozłożyć litery każdego wyrazu, wedle wszelkich zasad oznaczonych prawidłami kabalistyki.
 Wtedy to właśnie kończyłem dwunasty rok, z niezwykłą starannością ułożono nasze włosy w pierścienie ażeby zastosować się do znaku pod którym się urodziłem, dawano nam do jedzenia mięso z czystych zwierząt, wybierając dla mnie samców, samice zaś dla mojej siostry.
 Gdy zacząłem szesnasty rok, mój ojciec postanowił nas przypuścić do tajemnic kabały Szafiroth. Naprzód dał nam do rąk Sepher Zoohar, czyli tak nazwaną jasną księgę w której nic nie można zrozumieć, tak dalece jasność dzieła ślepi wzrok patrzących. Następnie zagłębialiśmy się nad Siphra-Dzaniuthą, czyli tajemniczą księgą w której najzrozumialszy peryód mógł wybornie ujść za zagadkę. Nakoniec przystąpiliśmy do Hadra-Raby i Hadra-Suthy, to jest do małego i wielkiego Sanhedrinu. Są to rozmowy w których Rabbi Simeon syn Jochaja, autor dwóch poprzednich dzieł, zniżając styl do potocznej rozmowy, udaje że naucza dwóch przyjaciół najprostszych rzeczy. Tymczasem zaś odsłania im najbardziej zadziwiające tajemnice, czyli raczej wszystkie te objawienia pochodzą nam prosto od proroka Eliasza, który pokryjomu opuścił niebieskie krainy i był obecnym na zgromadzeniu pod przybranem nazwiskiem Rabina Abby. Być może że wy wszyscy wyobrażacie sobie jakobyście nabyli prawdziwego pojęcia o tych boskich księgach, z tłumaczenia łacińskiego wydanego wraz z oryginałem chaldejskim r. 1684. w małem miasteczku niemieckiem nazwanem Frankfurt, ale my śmiejemy się z zarozumiałości tych, którzy sądzą że dość zwyczajnego wzroku ludzkiego aby módz czytać w tych księgach. To zapewne wystarcza do czytania niektórych języków teraźniejszych, ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacyą, każdy peryód straszliwą formułą którą gdy kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.
 Wiecie dobrze że Adunai jednem słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo uderza umysł i powietrze, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie zajmowaliście się temi naukami, możecie jednak zrozumieć że to słowo musi koniecznie pośredniczyć między materyą a istotą duchową wszech rzeczy. Mogę wam tylko powiedzieć, że nie tylko z każdym dniem nabywaliśmy nowych wiadomości, ale nadto nowej potęgi, której jeżeli nieśmieliśmy jeszcze używać, przecież z dumą cieszyliśmy się, że według wewnętrznego naszego przekonania siła ta w nas tkwiła. Wkrótce jednak najsmutniejszy wypadek, przerwał nasze rozkosze kabalistyczne.
 Każdego dnia uważaliśmy z moją siostrą że nasz ojciec Mamon upadał na siłach. Zdawał się być czystym duchem który dla tego tylko przybrał ludzką postać, aby mógł być łatwiej dostrzeżonym przez podksiężycowe istoty. Pewnego dnia nareszcie kazał nas zawołać do swojej pracowni. Postawa jego tak była boską i czcigodną, że mimowolnie padliśmy przed nim na kolana. Zostawił nas w tem położeniu i wskazując na klepsydrę rzekł: «Zanim ten piasek się przesypie już nie będę na tym świecie. Pamiętajcie wszystkie moje słowa. Synu mój, do ciebie naprzód się odzywam, przeznaczyłem ci niebiańskie małżonki: córki Salomona i królowej Saby. Po przyjściu ich na świat nikt nie sądził aby kiedy mogły stać się nieśmiertelnemi, ale Salomon nauczył królowę wymawiać imię tego który jest. Królowa wymawiała to imię w chwili połogu. Nadleciały gieniusze wielkiego wschodu i przyjęły dwoje bliźniąt zanim te dotknęły się nieczystego siedliska, które zowią ziemią; następnie uniosły je w sfery córek Elohima, gdzie udzielono im dar nieśmiertelności z mocą podzielenia go z tym którego kiedyś dwie bliźnie siostry wybierą za wspólnego małżonka. Te to są dwie małżonki niewypowiedzianych przymiotów, o jakich ojciec ich wspominał w swojem Szir-haszirim, czyli kantyczkach nad kantyczkami. Zastanawiaj się nad tym Epitalmem od dziewięciu do dziewięciu zwrotek. — Dla ciebie moja córko, przeznaczam daleko świetniejszy związek. Dwaj Thaminowie, ci sami których Grecy znali pod nazwiskiem Dioskurów, Fenicyanie, Kabirów, jednem słowem bliźnięta Zodjaku, będą twoimi małżonkami. Co mówię?.. serce twoje jest zbyt czułem... lękam się aby jaki śmiertelnik.. — Już brak piasku w klepsydrze... umieram.»
 Po tych słowach mój ojciec zemdlał i w jednej chwili w miejscu na którem spoczywał znaleźliśmy tylko garstkę lekkiego i świetlnego popiołu. Zebrałem te szacowne szczątki, złożyłem je w urnie i umieściłem w skrzyni dziesięciorga przykazań, tuż nad skrzydłami cherubinów.
 Pojmujecie że nadzieja nieśmiertelności i posiadania dwóch niebiańskich małżonek, podwoiła we mnie zapał do nauk kabalistycznych, wszelako przez długie lata nie śmiałem wzbić się do nieograniczonej wysokości i poprzestałem na zawładnięciu przez moje zaklęcia kilku gieniuszami ośmnastego stopnia. Jednakowoż z każdym rokiem nabierałem więcej śmiałości; przeszłego lata zacząłem pracować nad pierwszemi zwrotkami Szir-ha-szirimu. Zaledwie pierwszy wiersz rozłożyłem, gdy w tem przeraźliwy łoskot, jak gdyby cały mój zamek walił się z posad, obił się o moje uszy. Bynajmniej nie przeląkłem się, owszem byłem przekonany że, praca wybornie mi się udała. Przeszedłem, do drugiego wiersza i gdy go ukończyłem. lampa z mego stołu zleciała na podłogę, podskoczyła kilka razy i legła przed wielkiem zwierciadłem zawieszonem w głębi mego pokoju. Spojrzałem w zwierciadło i postrzegłem końce dwóch prześlicznych kobiecych nóżek. Wnet za temi pokazały się i drugie. Pochlebiałem sobie, że te zachwycające nóżki należały zapewne do niebieskich córek Salomona, ale nie śmiałem prowadzić dalej moich poszukiwań.
 Następnej nocy znowu wziąłem się do pracy i ujrzałem dwie pary nóżek do kostek we dwadzieścia cztery godzin później już zaczynałem spostrzegać kolana, ale w tem słońce wyszło ze znaku Panny i musiałem zaprzestać.
 Gdy słońce wkroczyło w znak Bliźniąt, moja siostra ze swojej strony przedsięwzięła podobne poszukiwania i ujrzała nie mniej zadziwiające zjawisko, ale nie myślę wam opowiadać tego co niema żadnego związku z moją własną historyą.
 Tego roku już znowu chciałem rozpocząć przerwaną pracę gdy dowiedziałem się że sławny adept miał właśnie przejeżdżać przez Kordowę. Sprzeczka jaką miałem z tego powodu z moją siostrą, skłoniła mnie do odwiedzenia go. Spóźniłem się nieco z wyjazdem z domu i na wieczór zaledwie stanąłem w Venta-Quemada. Znalazłem gospodę opuszczoną z powodu złych duchów które ją zamieszkiwały, ponieważ jednak ja wcale się ich nie lękam, rozgościłem się w jadalnej izbie i rozkazałem małemu Nemraelowi aby mi przyniósł wieczerzę. Nemrael, jest to mały gieniusz ostatniego stopnia, którego używam do podobnych posyłek i on to właśnie przyniósł twój list z Puerto-Lapiche. Poszedł do Anduhar, gdzie nocował jakiś przeor Benedyktynów, porwał mu bez ceremonji wieczerzę i przyniósł mi ją do gospody. Wieczerza składała się z pasztetu z kuropatw, który znalazłeś jeszcze nazajutrz z rana; byłem jednak tak znużony że zaledwie się jej dotknąłem, odesłałem więc Nemraela do mojej siostry i sam położyłem się spać.
 Śród nocy, rozbudził mnie dźwięk zegaru bijącego północ. Po tej przygrywce czekałem na ukazanie się jakiego ducha i przygotowałem się na odpędzenie go, gdyż w ogóle są to przykrzy i nieproszeni goście. W tych zamiarach, nagle ujrzałem mocne światło na stole pośród pokoju, następnie wyskoczył mały błękitny rabinek który zaczął wybijać pokłony przed pulpitem, jak zwykli czynić rabini podczas modlitwy. Miał zaledwie stopę wysokości i nie tylko jego szaty były błękitne, ale nawet twarz, broda, pulpit i księga. Poznałem natychmiast że nie był to duch ale gieniusz dwudziestego siódmego stopnia. Niewiedziałem jak się nazywa i wcale go dotąd nie znałem. Jednakże użyłem formuły, której powszechnie wszystkie duchy ulegają. Natenczas mały błękitny rabinek zwrócił się do mnie i rzekł: «Zacząłeś całą twoją pracę na wspak i to jest przyczyna dla której ujrzałeś naprzód nogi córek Salomona. Zacznij naprzód od ostatnich zwrotek i staraj się przedewszystkiem odgadnąć imiona niebiańskich piękności.» To wyrzekłszy, mały rabinek znikł bez żadnego śladu. To co mi powiedział było przeciwko wszystkim zasadom kabalistyki, wszelako byłem tak nieprzezornym że posłuchałem jego zdania. Zacząłem składać ostatnią zwrotkę Szir-ha-Szirimu i szukając nazwisk dwóch nieśmiertelnych wynalazłem imiona: Emina i Zibelda. Mocno byłem zdziwiony, wszelako rozpocząłem zaklęcia. Wtedy ziemia straszliwie zadrżała pod mojemi nogami, zdało mi się że niebo pęka mi nad głową i padłem bez zmysłów.
 Przyszedłszy do przytomności, ujrzałem się w miejscu połyskującem niezwykłem światłem i w objęciach kilku młodzieńców piękniejszych od aniołów z których jeden rzekł do mnie: «Synu Adama! powróć do zmysłów, jesteś tu w mieszkaniu tych którzy nie umierają. Rządzi nami patryarcha Henoch który postępował przed Elohimem i porwanym został z ziemi. Prorok Eliasz jest naszym arcykapłanem i wóz jego zawsze będzie na twoje rozkazy, skoro tylko zechcesz używać przejażdżki na tym planecie. My jesteśmy Egregorami, czyli dziećmi spłodzonemi z synów Elohima i córek człowieczych. Zobaczysz także między nami kilku Nefelimów, wszelako w małej liczbie. Pójdź, przedstawimy cię naszemu władzcy.» Udałem się za niemi i stanąłem u stóp tronu na którym Henoh zasiadał; pojrzałem na patryarchę, ale żadnym sposobem nie mogłem znieść blasku jego oczu, moich zaś nie śmiałem podnieść wyżej jak na jego brodę, która była podobną do tego bladego światła jakie otacza księżyc podczas wilgotnych nocy.
 Obawiałem się aby moje uszy były w stanie znieść dźwięk jego głosu, ale głos ten był słodszym nad harmonię boskich organów. Pomimo to jeszcze go złagodził, mówiąc do mnie: «Synu Adama, natychmiast przywiodą ci twoje małżonki.» W tej samej chwili ujrzałem wchodzącego proroka Eliasza i trzymającego za ręce dwie piękności, których wdzięków śmiertelni nigdy pojąć nie mogą.
 Przez przejrzyste ich ciała można było widzieć dusze i dokładnie rozpoznać jak ogień namiętności krążył im po żyłach i mieszał się z krwią. Za niemi dwóch Nefelimów niosło trójnóg z kruszcu tak kosztowniejszego od złota, jak to dla nas droższem jest od ołowiu. Córki Salomona podały mi ręce i zawiesiły na szyi plecionkę utkaną z ich włosów. W tej samej chwili, żywy i czysty płomień wybuchnął z trójnoga i pożarł to wszystko co miałem w sobie śmiertelnego. Zaprowadzono nas do małżeńskiej komnaty, połyskującej chwałą i rozpromienionej miłością, otworzono ogromne okno które wychodziło na trzecie niebo, i wnet zabrzmiały boskie śpiewy aniołów. Rozkosz ogarnęła mi zmysły........
 Ale cóż wam mogę jeszcze powiedzieć?. nazajutrz z rana obudziłem się pod szubienicą Los-Hermanos, między dwoma trupami, równie jak ten oto młody podróżny. Z tego wniosłem że miałem do czynienia z niesłychanie złośliwemi duchami i których istoty nie znam dobrze, lękam się nawet aby ta przygoda nie zaszkodziła mi u prawdziwych córek Salomona, których tylko nóżki widziałem.»
 «Nieszczęśliwy; zaślepieńcze, — rzekł pustelnik — i czegóż to żałujesz?... Wszystko jest tylko złudzeniem w twojej przeklętej nauce. Duchy ciemności, które tylko naigrawały się z ciebie, zadały daleko straszniejsze męczarnio biednemu Paszeko. Bezwątpienia takiż sam los oczekuje tego młodego wojskowego, który przez zgubną zatwardziałość niechce wyznać win swoich. Alfonsie, synu mój Alfonsie! żałuj za grzechy, jeszcze masz czas do tego.»
 Zniecierpliwił mnie ten upór pustelnika w żądaniu odemnie wyznań których niechciałem mu udzielić. Zimno mu odpowiedziałem: że wielce szanuję jego święte przestrogi, ale że uczucie własnego honoru było główną zasadą mego postępowania, poczem zaczęliśmy mówić o czem innem.
 «Panie Alfonsie, — rzekł kabalista — ponieważ inkwizycya cię ściga a król rozkazuje ci trzy miesiące przepędzić na tej pustyni, ofiaruję ci mój zamek, poznasz moją siostrę Rebekę, która równie jest piękną jak uczoną. Tak jest pójdź ze mną, pochodzisz z Gomelezów a krew ta nie jedno ma prawo do naszego współczucia.»
 Spojrzałem na pustelnika aby odgadnąć z jego oczu co myśli o tym zamiarze? Zdawało się że kabalista przeniknął moje zamiary, gdyż zwróciwszy się do pustelnika rzekł: «Mój ojcze, znam cię lepiej aniżeli się tego domyślasz. Wiara nadaje ci wielką potęgę; moje środki, chociaż nie tak święte jednakowoż nie są djabelskie. Racz także przyjąć u mnie gościnność wraz z Paszekiem, którego bądź pewnym że zupełnie wyleczę.»
 Pustelnik za nim odpowiedział zaczął się modlić, po chwili namysłu zbliżył się do nas z wesołą twarzą i rzekł że gotów był nam towarzyszyć. Kabalista pochylił głowę na prawe ramię i kazał przyprowadzić konie. Wnet ujrzeliśmy parę pięknych koni przed drzwiami pustelni i dwa muły dla pustelnika i opętanego. Chociaż zamek oddalonym był o dzień drogi, jak nam powiedział Ben-Mamoun, przecież w przeciągu godziny stanęliśmy u kresu podróży.
 Przez cały czas, Ben-Mamoun opowiadał mi o swojej siostrze, tak że spodziewałem się ujrzeć jakąś Medeę z czarnym włosem, z laską czarodziejską w ręce, mruczącą niezrozumiałe kabalistyczne wyrazy. Zawiodłem się w moich oczekiwaniach. Zachwycająca Rebeka, która nas przyjęła u bramy zamkowej, była najroskoszniejszą jasnowłosą jaką można sobie wyobrazić. Śnieżysta suknia, spięta zapinkami nieocenionej wartości, spływała po jej uroczej kibici. Zdawało się z powierzchowności, że mało dbała o strój, wszelako w przeciwnym nawet razie nie mogłaby powabniej podwyższyć uroku czarownych wdzięków.
 Rebeka rzuciła się bratu na szyję mówiąc: «Jakże byłam niespokojną o ciebie, zwłaszcza pierwszej nocy, żadnym sposobem nie mogłam dowiedzieć się co się z tobą stało. Cóż przez ten czas porabiałeś?.»
 «Później ci opowiem, — odrzekł Ben-Mamoun — teraz staraj się dobrze przyjąć gości których ci przyprowadzam. Oto jest pustelnik z doliny, ten młodzieniec zaś pochodzi z rodziny Gomelezów.»
 Rebeka spojrzała obojętnie na pustelnika, ale rzuciwszy wzrok na mnie, spłonęła lekkim rumieńcem i rzekła ze smutkiem: «Spodziewam się że na szczęście pan do nas nie należysz.»
 Weszliśmy do zamku i wnet podniesiono za nami most zwodzony. Zamek był obszerny i utrzymywany w największym porządku, chociaż służba składała się tylko z jednego młodego mulata i mulatki w tym samym wieku. Ben-Mamoun zaprowadził nas naprzód do swojej biblioteki; była to mała sklepiona komnata służąca zarazem za pokój jadalny. Mulat rozesłał obrus, przyniósł olla-potridę i cztery nakrycia. Rebeka bowiem nie siadła z nami do stołu. Pustelnik jadł więcej jak zazwyczaj i zdawał się być wyrozumialszym. Paszeko, zawsze ślepy na jedno oko, uspokoił się w swem opętaniu, nie rozchmurzył jednak oblicza i siedział w milczeniu. Ben-Mamoun smacznie zajadał, ale ciągle był roztargnionym i wyznał nam że wczorajsza przygoda bezustannie krążyła mu po głowie; gdy wstaliśmy od stołu, rzekł: «Oto są książki dla waszej zabawy, mój mulat jest na wasze rozkazy, tymczasem pozwólcie mi oddalić się, mam niektóre ważne zatrudnienia z moją siostrą. Zobaczemy się jutro w godzinie obiadowej.»
 Ben-Mamoun odszedł i zostawił nas, że tak rzekę, panami całego zamku. Pustelnik wziął z biblioteki legendę o pierwszych ojcach żyjących samotnie na pustyni i rozkazał Paszekowi aby mu przeczytał kilka rozdziałów. Ja wyszedłem na taras zamkowy zwieszający się nad przepaścią w głębi której niewidzialny potok huczał z łoskotem. Jakkolwiek okolica smutną mi się wydała, z niesłychanem jednak zadowoleniem zapatrywałem się na nią, lub raczej oddawałem się wrażeniom niezwykłego widoku. Nie tak tęsknota mnie ogarnęła, jak raczej wszystkie władze mego umysłu uległy odrętwieniu, spowodowanemu przez okropne wzruszenia jakich w ciągu tych kilku dni doznałem. Im bardziej zastanawiałem się nad doświadczonemi przygodami, tem mniej je rozumiałem, nareszcie nieśmiałem już o nich myśleć z obawy abym całkiem nie postradał rozumu. Nadzieja przepędzenia kilku spokojnych dni w zamku Uzeda ukołysała nieco moją znękaną duszę. Tak rozmyślając powróciłem do biblioteki. Przy schyłku dnia mulat zastawił nam wieczerzę złożoną z zimnego mięsiwa i suchych owoców, nie było jednak mięsa zwierząt nieczystych. Następnie rozłączyliśmy się: zaprowadzono pustelnika i Paszeka do jednego, mnie zaś do drugiego pokoju.
 Położyłem się i zasnąłem; wkrótce jednak piękna Rebeka obudziła mnie mówiąc: «Panie Alfonsie, wybacz że poważam się sen ci przerywać. Wracam od mego brata z którym czyniliśmy najstraszliwsze zaklęcia aby poznać istotę duchów które go napastowały w Venta-Quemada, ale usiłowania nasze pozostały bez skutku. Mniemamy że stał się igraszką Baalimów nad którymi nie posiadamy żadnej władzy. Jednakże kraina Henocha jest rzeczywiście taką, jaką ją widział. Wszystko to jest dla nas niesłychanie ważnem i zaklinam cię abyś nam opowiedział własne twoje przygody.» To mówiąc Rebeka usiadła obok mnie, ale zdawała się być jedynie zajętą wyjaśnieniem tajemnicy, którego żądała odemnie. Wszelako wytrwałem w milczeniu i poprzestałem na oświadczeniu, że poprzysiągłem na honor nie wspominać przed nikim o tem co widziałem.
 «Jak możesz jednak mniemać, panie Alfonsie, — mówiła dalej Rebeka — ażeby słowo honoru dane dwom szatanom, było obowiązującem? Dowiedzieliśmy się już że są to dwa złe duchy niewieście, z których jeden zwie się Eminą drugi zaś Zibeldą, wszelako nie możemy dotąd przeniknąć istoty tych szatanów, gdyż w naszej nauce jak we wszystkich innych, niemożna wszystkiego wiedzieć.»
 Dawałem zawsze odmowną odpowiedź i prosiłem piękną dziewczynę aby mi więcej o tem nie wspominała. Natenczas spojrzała na mnie z wyrazem nieopisanej łagodności i rzekła: «Jakże szczęśliwym jesteś że możesz trzymać się zasad cnoty które kierują wszystkiemi twojemi uczynkami?. jakiej spokojności sumienia możesz kosztować?. jakże nasz los różnym jest od twojego?.. Chcieliśmy ujrzeć rzeczy niedostrzeżone dla śmiertelnego wzroku, i zrozumieć to czego umysł ludzki nie jest w stanie pojąć. Ja nie byłam stworzoną do tych nadziemskich umiejętności; cóż mi przyjdzie po marnem panowaniu nad złemi duchami? Wolałabym stokroć panować nad sercem przywiązanego małżonka, ale mój ojciec tak chciał i muszę uledz memu przyrzeczeniu.» Przy tych słowach, Rebeka dobyła chustki i otarła łzy perłami spadające po jej pięknem obliczu, poczem dodała: «Panie Alfonsie, pozwól mi wrócić jutro o tej samej godzinie i jeszcze starać się przezwyciężyć twój upór, czyli jak sam nazywasz, niezłomne przywiązanie do twego słowa. Wkrótce słońce przejdzie w znak Panny, wtedy nie będzie już czasu i spełni się przeznaczenie.» Żegnając, Rebeka ścisnęła mi rękę z wyrazem przyjaźni i zdawała się z przykrością wracać do swoich kabalistycznych zatrudnień.


DZIEŃ DZIESIĄTY.
 Obudziłem się wcześniej jak zazwyczaj i wyszedłem na taras aby odetchnąć świeżem powietrzem zanim słońce go rozpali. Spokój panował do koła, potok nawet zdawał się huczyć z mniejszym łoskotem i pozwalał słyszeć harmonijne śpiewy ptasząt. Pogoda żywiołów odbiła się w mej duszy i mogłem zimno zastanowić się nad tem wszystkiem co mi się wydarzyło od czasu mego wyjazdu z Kadyxu. Teraz dopiero przypomniałem sobie kilka wyrazów, które przypadkiem wymknęły się Don Emmanuelowi de Sa, gubernatorowi miasta, i osądziłem że on także musiał coś wiedzieć o tajemniczym bycie Gomelezów a nawet mieć udział w części całej tajemnicy. Gubernator sam nastręczył mi dwóch służących, Lopeza i Moskita, przypuszczam więc że ci z jego rozkazu opuścili mnie na wstępie do nieszczęsnej doliny Los-Hermanos. Moje kuzynki często dały mi do zrozumienia że chciano wystawić mnie na próby. Myślałem że w Venta-Quemada dano mi usypiający napój i następnie podczas snu przeniesiono pod szubienicę. Paszeko mógł oślepnąć na jedno oko z wcale innego przypadku i jego miłosne stosunki i straszna przygoda z dwoma wisielcami, mogły być bajką. Pustelnik który za pomocą spowiedzi chciał wyrwać mi tajemnicę, zdawał mi się być narzędziem Gomelezów dla doświadczenia mojej stałości. Nareszcie zaczynałem jaśniej przezierać w całym tumanie moich przygód i wykładać je bez przypuszczania uczestnictwa nadludzkich istot, gdy wtem usłyszałem dźwięki wesołej muzyki zdala okrążające górę. Muzyka coraz się przybliżała i spostrzegłem nadchodzącą bandę cyganów, która w takt postępowała przy towarzyszeniu gitar i kaskarras. Rozłożyli się obozem tuż pod tarasem, tak że dokładnie mogłem podziwiać wykwintność ich ubiorów i pociągów. Myślałem że to byli ci sami cyganie złodzieje pod których opiekę schronił się oberżysta z Cardegnas, jak mi to powiedział pustelnik; ale wydali mi się cokolwiek zanadto wyświeżonymi jak na łotrów. Podczas gdy się im przypatrywałem, rozbijali namioty, stawiali kociołki na ogniu i zawieszali kołyski z dziećmi na gałęziach poblizkich drzew. Po ukończeniu wszystkich tych przygotowań, oddali się przyjemnościom koczującego życia, śród których na pierwszem miejscu kładą próżniactwo. Namiot naczelnika nie tylko odróżniał się od innych wielką buławą ze srebrną gałką, utkwioną przy wejściu, ale nadto ozdobniejszą powierzchownością i bogatemi oponami, jakich zwykle nie widać u pospolitych cyganów. Ale jakież było moje zadziwienie gdy, z otwierającego się namiotu nagle ujrzałem wychodzące obie moje kuzynki w tym powabnym stroju jaki w Hiszpanji nazywają: a la Hitana Mahha. Zbliżyły się aż do stóp tarasu ale zdawały się wcale mnie nie spostrzegać. Następnie przywołały towarzyszki i zaczęły wykonywać ulubiony taniec hiszpański na te słowa:

«Quando me paco me azze,
Las palmas para vaylar,
Me se puene el corpecito
Como hecho de marzapan.. etc.
 Jeżeli piękna Emina i luba Zibelda zawróciły mi głowę ubrane po maurytańsku, nie mniej zachwyciły mnie w tym nowym stroju. Zualazłem tylko że tym razem przybrały złośliwy i szyderczy uśmiech, który aczkolwiek dość był stosownym dla cygańskich wróżek, jednak zapowiadał że dziewczęta chcą mi wyrządzić nową psotę ukazując się pod tą nową i niespodziewaną postacią.
 Zamek kabalisty był zewsząd pozamykany, gospodarz miał klucze u siebie, niemogłem więc zejść do cyganów. Przechodząc jednak podziemiem które wychodziło na łożysko potoku, mogłem bliżej je widzieć a nawet rozmawiać z niemi nie będąc wcale dostrzeżonym przez mieszkańców zamku. Udałem się więc tem tajemnem przejściem i niebawem potok rozdzielał mnie tylko od tancerek. Ale to wcale nie były moje kuzynki. Postacie ich wydały mi się nawet bardzo pospolitemi i zupełnie zastosowanemi do ich stanu.
 Zawstydzony moją pomyłką, wolnym krokiem wróciłem na taras. Wtedy znowu spojrzałem i znowu jak najwyraźniej poznałem moje kuzynki. Zdało mi się że one także mnie poznały, gdyż wybuchnęły głośnym śmiechem i uciekły do namiotów.
 Byłem oburzony. «Przebóg! — rzekłem sam do siebie — możesz to być aby dwa tak miłe i rozkoszne stworzenia były złośliwymi duchami, nawykłymi drwić ze śmiertelnych, przybierając kształty wszelkiego rodzaju, albo czarownicami, lub też, co byłoby najstraszliwszem, upiorami którym niebo dozwoliło ożywiać ohydne trupy wisielców z doliny Los-Hermanos. Wprawdzie mniemałem że zdołam sobie te rzeczy zwykłym sposobem wytłumaczyć, ale teraz sam już niewiem czemu mam wierzyć.»
 Zagłębiony w podobnych uwagach zwróciłem do biblioteki, gdzie znalazłem na stole wielką księgę pisaną gockiemi literami, pod tytułem: Ciekawe opowiadania Ilapeliusa. Księga była rozłożoną i stronnica jakby naumyślnie zagiętą na początku rozdziału, w którym wyczytałem co następuje.

HISTORYA TYBALDA DE LA JACQUIÈRE.
 Żył raz w pewnem mieście francuzkiem położonem nad brzegami Rodanu i nazwanem Lyon, bogaty kupiec nazwiskiem Jakób de la Jacquière; Jakób wtedy przybrał to drugie nazwisko gdy porzucił handel i obrany został pierwszym radcą, którą to godność Lyończycy udzielają tylko ludziom majętnym i nieposzlakowanej uczciwości. Takim był w istocie zacny radca de la Jacquière. Miłosierny dla ubogich i dobroczynny dla mnichów i księży którzy są prawdziwymi ubogimi przed Panem.
 Ale zupełnie był odmiennym od ojca, jedyny syn radcy, jespan Tybald de la Jacquière, towarzysz w muszkieterach królewskich. Szałaput, zawadyaka, napastnik dziewcząt, kostera, nieprzyjaciel szyb i latarń, pijak i przeklinacz za dziesięciu majtków. Często w nocy zdarzało mu się zatrzymywać na ulicy spokojnych mieszczan, aby zamienić z niemi swój stary płaszcz lub zużyty kapelusz na nową odzież. Niebawem jespan Tybald napełnił odgłosem swoich sprawek, Paryż, Blois, Fontaine-belle-ean, i inne rezydencye królewskie. Wkrótce wreszcie te doszły uszu naszego Najjaśniejszego Pana, świętej pamięci Franciszka I., zniecierpliwiony wybrykami zuchwałego żołdaka, wysłał go do Lyonu na pokutę do domu jego ojca, zacnego radcy de la Jacquière, który naówczas mieszkał na placa Belle-cour, jak się wychodziło na ulicę St. Ramond.
 W domu ojcowskim przyjęto młodego Tybalda z taką radością, jak gdyby powracał z Rzymu obciążony wszystkiemi odpustami Ojca świętego. Nietylko że zabito tłuste cielę na jego przybycie, ale nadto radca de la Jacquière wyprawił ucztę która kosztowała więcej sztuk złota niż było biesiadników. Więcej nawet uczyniono. Wzniesiono toasty za zdrowie jedynaka i każdy życzył mu roztropności i upamiętania. Ale te przyjazne oświadczenia bynajmniej nie przypadły mu do smaku. Rozpustnik wziął ze stołu złotą czarę i napełniwszy ją winem, zawołał: «Do milion kroć sto tysięcy djabłów, wraz z ich naczelnikiem, któremu w tem winie zapisuję krew i duszę jeżeli się kiedykolwiek odmienię!» Na te straszliwe słowa, włosy najeżyły się na głowach biesiadników, niektórzy przeżegnali się, inni powstali od stołu. Jespan Tybald wstał także i udał się na przechadzkę na plac Belle-cour, gdzie znalazł dwóch swoich dawnych kolegów, podobnych sobie hultajów. Uściskał ich, przyprowadził do domu i kazał przynieść im kilka flaszek wina, nietroszcząc się wcale ani o ojca ani o resztę biesiadników.
 Tak sprawił się Tybald pierwszego dnia po powrocie, nazajutrz powtórzył to samo i ciągle dalej żył tym samym sposobem.
 Biedny ojciec trawiony smutkiem, postanowił polecić się patronowi świętemu Jakóbowi i złożyć na jego ołtarzu dziesięcio-funtową świecę woskową, ozdobioną dwoma złotemi pierścieniami, każdy za pięć marków; ale właśnie gdy chciał położyć świecę na ołtarzu, przewrócił srebrną lampę która paliła się przed świętym obrazem. Radca, dla innego powodu kazał był ulać tę świecę, ale mając przed oczami przedewszystkiem nawrócenie syna, z radością wypełnił to poświęcenie; skoro jednak ujrzał świecę na ziemi i lampę przewróconą, wyciągnął z tego nieszczęsną przepowiednię i ze smutkiem powrócił do domu.
 Tego samego dnia Tybald wyprawił ucztę dla swoich przyjaciół. Po wypróżnieniu mnóstwa butelek, gdy noc już oddawna była zapadła, wyszli wszyscy razem na plac Belle-cour. Tam, wszyscy trzej wzięli się pod ręce i zaczęli z zadartemi głowami przechadzać się po placu, jak to zwykli czynić rozpustnicy kiedy chcą zwrócić uwagę dziewcząt. Tym razem jednak nic nie wskórali, nie było żadnej kobiety na placu a noc była tak czarna, że niepodobna było zoczyć którą w oknie. Gdy tak znudzili się już tą samotnością, młody Tybald dobywszy grubego głosu i klnąc według zwyczaju, zawołał: «Do milion kroć stotysięcy djabłów wraz z ich naczelnikiem któremu w tej chwili zapisuję krew i duszę, jeżeli przyśle mi tu swoją najmłodszą córkę abym się mógł trocha do niej poumizgać.» Mowa ta niepodobała się dwom przyjaciołom Tybalda którzy nie byli jeszcze tak zatwardziałymi grzesznikami i jeden z nich rzekł: «Przyjacielu nasz, pomyśl że szatan jest wiecznym wrogiem człowieka i że aby mu chętnie zaszkodził, nie potrzeba ani żeby go zapraszano, ani wzywano po nazwisku.» Na co Tybald odrzekł: «Jakom powiedział, tak uczynię.»
 Śród tego, trzej hultaje, ujrzeli wychodzącą z sąsiedniej ulicy zakrytą kobietę, udatnej kibici i jak się zdawało pierwszej młodości. Za nią biegł mały murzynek ale nagle potknął się, padł na twarz i stłukł latarnię którą niósł w ręku. Młoda nieznajoma przelękła się i obróciła do koła jakby niewiedząc co z sobą począć?.. Natenczas Tybald zbliżył się i jak mógł najgrzeczniej ofiarował ramię aby ją odprowadzić do domu. Biedna dziewczyna po chwili namysłu przyjęła tę ofiarę. Tybald zwracając się do przyjaciół, rzekł im pół głosem: «Widzicie więc że ten kogo wzywałem nie długo kazał na siebie czekać: do widzenia, życzę wam spokojnej nocy.» Dwaj przyjacieie zrozumieli te słowa i opuścili go, śmiejąc się i żegnając go podobnemi życzeniami.
 Tybald więc ofiarował rękę nieznajomej, podczas gdym ały murzynek, któremu latarnia była zagasła, postępował przed niemi. Młoda kobieta zdawała się z początku tak zmieszaną że zaledwie mogła utrzymać się na nogach, ale niebawem przyszła do siebie i śmielej wsparła się na ramieniu towarzysza, kilka razy potykała się, wtedy ściskała go za rękę aby nie upaść; Tybald z swojej strony, pragnąc ją zatrzymać, przyciskał jej rękę do serca, zawsze jednak z wielką ostrożnością ażeby nie spłoszyć zwierzyny. Tak, długo i długo szli razem, że nareszcie Tybald mniemał że zabłąkali się w ulicach Lyonu. Nie użalał się jednak, gdyż sądził że tym sposobem piękna zabłąkana będzie dlań mniej okrutną. Wszelako chcąc się naprzód dowiedzieć z kim miał do czynienia, prosił ją aby raczyła wypocząć przez chwilę na kamiennej ławce którą spostrzegli przed drzwiami jakiegoś domu. Nieznajoma zgodziła się i usiedli obok siebie. Natenczas Tybald grzecznie ujął ją za rękę i z niezwykłym dowcipem tak się odezwał: «Piękna gwiazdo błędna, ponieważ moja gwiazda zrządziła że cię spotkałem tej nocy, uczyń mi tę łaskę i powiedz mi kto jesteś i gdzie mieszkasz?» Młoda kobieta zrazu wahała się, po chwili jednak nabrała odwagi i zaczęła w te słowa:

HISTORYA POWABNEGO DZIEWCZĘCIA Z ZAMKU SOMBRE-ROCHE.
 Nazywam się Orlandyna, przynajmniej tak mnie nazywało kilka osób które zamieszkiwały ze mną zamek Sombre-Roche w Pyreneach. Nie widziałam tam żadnego ludzkiego stworzenia, prócz mojej ochmistrzyni która była głuchą, służącej, która tak mocno jąkała się że można było uważać ją za niemę i starego ślepego odźwiernego.
 Odźwierny nie wiele miał do czynienia, gdyż raz tylko na rok otwierał bramę i to jednemu wyłącznie jegomości, który przychodził do nas aby pogłaskać mnie pod brodę i rozmawiać z moją ochmistrzynią w narzeczu biskajskiem którego ja wcale nierozumiem. Na szczęście umiałam już mówić gdy zamknięto mnie w zamku de Sombr-Roche, inaczej nigdy niebyłabym się nauczyła z dwoma towarzyszkami mego więzienia. Co się tyczy naszego odźwiernego, widziałam go tylko kiedy podawał nam obiad przez jedyne nasze kratowane okno. Wprawdzie moja głucha ochmistrzyni niekiedy krzyczała mi nad uszami jakieś nauki moralne, ale tyle je rozumiałam jak gdybym była równio głuchą jak ona, gdyż mówiła mi o powinnościach małżeńskich, nie tłumacząc nigdy co to jest małżeństwo. Prawiła mi nie raz i o innych rzeczach, ale nigdy niechciała mi dać żadnego wyjaśnienia. Często też jąkliwa służąca usiłowała opowiedzieć mi jaką historyę, o której zabawności mnie zapewniała, ale nie mogąc nigdy dojść do drugiego peryodu nareszcie zaprzestała i początku, i odchodziła jąkając wymówki które równie trudno jej szły jak cała historya.
 Powiedziałam ci że miałyśmy jedno tylko okno, czyli że jedno tylko wychodziło na podwórzec zamkowy, inne otwierały się na drugie podwórze zasadzone kilku drzewami przedstawiającemi ogród i którego jedyne wyjście prowadziło do mego pokoju. Pielęgnowałam tam niektóre kwiaty i to było całą moją zabawą. Mylę się, miałam jeszcze jedną, równie niewinną zabawę. Było to wielkie zwierciadło w którem przeglądałam się każdego poranku a nawet jak tylko wstawałam z łóżka. Moja ochmistrzyni również w lekkiem ubraniu przychodziła przeglądać się i bawiłam się porównaniem jej postaci z moją. Oddawałam się także tej rozrywce przed pójściem na spoczynek, gdy moja ochmistrzyni głęboko już spała. Czasami wyobrażałam sobie, że widzę w zwierciedle towarzyszkę mego wieku która odpowiadała na moje poruszenia i dzieliła moje uczucia. Im więcej oddawałam się złudzeniu, tem bardziej ta igraszka mnie bawiła.
 Mówiłam ci już o pewnym jegomości, który raz na rok przybywał do zamku, głaskał mnie pod brodę i rozmawiał w narzeczu biskajskiem z moją ochmistrzynią. Pewnego dnia ten jegomość, zamiast wzięcia mnie za brodę, wziął za rękę i zaprowadził do karety z okiennicami w której zamknął mnie z moją ochmistrzynią. Śmiało mogę rzec że zamknął nas, gdyż światło dochodziło tylko z góry.
 Wyszłyśmy z niej trzeciego dnia, albo raczej trzeciej nocy, już bowiem było dobrze późno gdy stanęliśmy u celu naszej podróży. Jakiś nieznajomy otworzył drzwiczki od karety i rzekł: «Oto jesteście na placu Belle-cour, przy wejściu na ulicę St. Ramond, ten zaś dom na rogu należy do radcy de la Jacquière, gdzież teraz chcecie aby was zawieziono? —
 «Każ zajechać w pierwszą bramę za domem radcy,» odpowiedziała moja ochmistrzyni.
 Tu Tybald natężył całą uwagę, gdyż w istocie sąsiadował z pewnym szlachcicem nazwanym panem de Sambre-Roche, który uchodził za niesłychanie zazdrosnego i kilkakrotnie chełpił się przed nim, że mu pokaże jakim sposobem można mieć wierną żonę i że wychowywał w zamku swoim powabne dziewczę, które poślubi i przekona o prawdzie swego zdania; ale młody Tybald wcale nie wiedział żeby dziewczę znajdowało się w tej chwili w Lyonie i mocno cieszył się że je do swoich rąk dostał. Tymczasem Orlandyna tak dalej mówiła:
 Zajechaliśmy więc do bramy, zkąd zaprowadzono nas do obszernych i bogatych komnat, ztamtąd zaś kręconemi schodami do wieży z której zdawało mi się że możnaby widzieć przy dniu całe miasto; ale myliłam się, w dzień nawet niepodobna było nic dostrzedz gdyż gęste zielone sukno zasłaniało okna. Natomiast wieża oświeconą była złoconym kryształowym pająkiem. Ochmistrzyni moja posadziła mnie na krześle i dala swój różaniec do zabawy, sama zaś wyszła i zaryglowała drzwi za sobą.
 Gdy zostałam samą, porzuciłam różaniec, wzięłam nożyczki które miałam u pasa i rozcięłam zielone sukno zasłaniające mi okno. Wtedy ujrzałam obok drugie okno, a tem oknem rzęsisto oświeconą komnątę w której siedziało u stołu dwoje młodych dziewcząt i trzech młodych łudzi, piękniejszych niż można sobie wyobrazić. Śpiewali, pili, śmieli się i umizgali do dziewcząt, czasami nawet głaskali je pod brody ale z cale odmiennym wyrazem twarzy niż pan de Sombre-Roche, który jednak po to tylko przyjeżdżał do naszego zamku. Nadto młodzi ludzie poglądali na swoje towarzyszki szczególniejszym wzrokiem, dziewczęta zaś uśmiechały się do nich, podobnie jak ja niegdyś do siebie samej przed zwierciadłem. —
 Na te słowa Tybald poznał że chodziło o wieczerzę którą wczoraj wyprawił był swoim przyjaciołom, objął więc ręką wysmukłą kibić Orlandyny i przycisnął ją do serca.
 Tak samo czynili ci młodzi ludzie, — mówiła dalej Orlandyna — w istocie, zdaje mi się że musieli się nadzwyczajnie kochać. Nareszcie jeden z biesiadników, napełnił swoją czarę winem, przytknął ją do ust swojej sąsiadki, następnie wychylił duszkiem i pocałował jedną z dziewczyn w same usta. Ciekawość moja coraz wzrastała, gdy nagle drzwi otworzyły się; poskoczyłam szybko do mego różańca, ochmistrzyni bowiem wchodziła.
 Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do karety która nie była już tak zamkniętą jak wczorajsza i gdyby noc nie była tak ciemną, byłabym mogła dokładnie widzieć cały Lyon, ale tak uważałam tylko że jesteśmy gdzieś bardzo daleko i wkrótce minęliśmy mury miasta. Zatrzymaliśmy się przy ostatnim domu przedmieścia. Na pozór była to zwyczajna chata, strzechą nawet pokryta; ale wnętrze jej całkiem było odmienne, jak się pan sam o tem przekonasz, jeżeli mały murzynek nie zapomniał drogi, widzę bowiem że dostał światła i zapalił latarnią. —
 Na tem Orlandyna skończyła swoją historyę. Tybald pocałował ją w rękę i rzekł: «Racz piękna zabłąkana, powiedzieć mi czy sama mieszkasz w tej chatce?»
 «Zupełnie sama, — odrzekła nieznajoma — z ochmistrzynią tylko i tym małym murzynkiem. Ale nie sądzę żeby pierwsza mogła dziś wrócić do domu. Pan, który przyjeżdżał głaskać mnie pod brodę, kazał mi przyjść z nią do swojej siostry, ale nie mógł przysłać karety, posłał ją bowiem po księdza.
 Poszłyśmy więc piechotą. Ktoś zatrzymał nas na ulicy aby nam powiedzieć że znajdował mnie piękną. Głucha ochmistrzyni sądziła że dopuszczał się grubijaństwa i zaczęła mu odpowiadać. Nadeszło wiele ludzi i wmieszało się do sprzeczki. Przelękłam się i jęłam uciekać co siły, murzynek pobiegł za mną, upadł i stłukł latarnię; sama niewiedziałam co począć, gdy na szczęście spotkałam pana.» —
 Tybald zachwycony prostotą tego opowiadania, brał się znowu do umizgów, gdy wtem murzynek przyniósł zapaloną latarnię, której światło padło na twarz Tybalda. «Co widzę, — krzyknęła Orlandyna — ten sam który pocałował tę piękną dziewczynę!.»
 «Najniższy sługa, — odparł Tybald — wszelako możesz być pewną, moja luba, że Pomimo tego samowładnie zapanujesz w mem sercu.»
 «Jakto?.. zdawałeś się przecież tak kochać te trzy dziewczęta,» przerwała Orlandyna.
 «Tem więcej jeden dowód że żadnej nie kochałem,» rzekł Tybald
 I tak ona mu szczebiotała i tak on do niej się przymilał, że sami nie wiedząc kiedy zaszli na koniec przedmieścia do opuszczonej chatki, której drzwi murzynek otworzył kluczem wiszącym mu u pasa. Kobierce flamandzkie tkane w różne wzory osób zdających się oddychać, pokrywały ściany. U sufitu wisiały pająki z gałęziami ze szczerego srebra. Wygodne krzesła z genueńskiego axamitu, ozdobione złotemi frendzlami, hebanem i słoniową kością, stały obok sprężystych sof powleczonych morą wenecką. Tybald na to wszystko jednak nie zważał, widział tylką Orlandynę i oczekiwał rozwiązania dziwnej przygody.
 Śród tego, murzynek przyszedł nakryć do stołu i Tybald wtedy dopiero spostrzegł że nie było to dziecko, jak z razu sądził, ale stary czarny karzeł obrzydliwej postaci. Wszelako mały człeczek przyniósł rzeczy które wcale nie były brzydkie. Naprzód wielki złocony półmisek na którym kurzyły się cztery kuropatwy, smakowite i wybornie przyrządzone, pod pachą zaś niósł flaszkę alikantu. Zaledwie Tybald podjadł i napił się, wnet uczuł jak gdyby ogień krążył mu po żyłach. Co do Orlandyny ta mało jadła ale ciągle poglądała na swego współbiesiadnika, raz rzucając mu czułe i niewinne wejrzenia, to znowu wpatrując się weń tak złośliwemi oczyma, że młodzieniec mieszał się wyraźnie.
 Nakoniec murzynek przyszedł sprzątnąć ze stołu, wtedy Orlandyna wzięła Tybalda za rękę i rzekła: «Na czemże mój luby, spędzimy ten wieczór?» Tybald nie wiedział co na to odpowiedzieć.
 «Przychodzi mi pewna myśl, — mówiła dalej — widzisz to wielkie zwierciadło, chodźmy stroić w niem miny jak to niegdyś czyniłam w zamku Sombre-Roche.» Orlandyna przysunęła krzesło, posadziła Tybalda i zaczęła doń uśmiechać się w zwierciedle. Następnie gładziła mu czoło, bawiła z pierścieniami jego włosów, wreszcie zarzuciła mu śnieżne ramiona na szyję i przytuliła do piersi. Tybald odchodził od zmysłów, zaćmiło mu się w oczach, krew biła w nim gwałtownie, upojony nieopisaną rozkoszą objął kibić zachwycającej istoty; ale w tej chwili doznał uczucia jak gdyby kto szpony zapuszczał mu w szyję. «Orlandyno! — zawołał — Orlandyno, co to ma znaczyć?..»
 Niebyło już Orlandyny; Tybald ujrzał w jej miejscu okropne, nieznane mu dotąd kształty. «Jam nie Orlandyna, — krzyknął potwór straszliwym głosem — jam Lucyper!..»
 Tybald chciał wezwać Zbawiciela na pomoc, ale szatan który odgadł jego zamysł, schwycił go zębami za gardło i niepozwolił wymówić tego świętego nazwiska.
 Nazajutrz wieśniacy idący na targ do Lyonu, usłyszeli w opuszczonej rozwalinie, która służyła za kostnicę, jęki i narzekania. Weszli i znaleźli Tybalda leżącego i trzymającego w objęciach kościotrupa. Wzięli go, zanieśli do miasta i nieszczęśliwy de la Jacquière poznał swego syna.
 Położono go w łóżko, wkrótce Tybald zdawał się przychodzić do zmysłów i słabym i prawie niezrozumiałym głosem rzekł: «Otwórzcie drzwi temu świętemu pustelnikowi, otwórzcie czemprędzej.» Z początku nie zrozumiano go, otworzono jednak drzwi i ujrzano wchodzącego szanownego zakonnika który rozkazał aby go zostawiono sam na sam z Tybaldem. Uczyniono zadość jego żądaniu i drzwi za nim zamknięto.
 Długo słyszano jeszcze napominania pustelnika na które Tybald odpowiadał mocnym głosem: «Tak jest mój ojcze, żałuję za grzechy i całą nadzieję pokładam w miłosierdziu Boskiem.» Wreszcie gdy wszystko ucichło otworzono drzwi. Pustelnik znikł, Tybald zaś leżał umarły z krucyfixem w rękach.

 Zaledwie skończyłem tę historyę gdy wszedł kabalista i zdawał się chcieć wyczytać z moich oczu wrażenie jakiego doświadczyłem. Wprawdzie przygody Tybalda mocno mnie zadziwiły, ale nie chciałem tego pokazać i odszedłem do siebie. Tu znowu zacząłem zagłębiać się nad własnemi wypadkami i prawie dawać wiarę, że szatany dla złudzenia mnie ożywiły trupy dwóch wisielców i że kto wie czy niebyłem drugim Tybaldem.
 Zadzwoniono na obiad, kabalista nie przyszedł do stołu, wszyscy zdawali się być roztargnionymi, może dla tego że sam nie mogłem zebrać myśli.
 Po obiedzie wyszedłem na taras. Cyganie z całym obozem znacznie już byli oddalili się od zamku. Niepojęte cyganki wcale się nie ukazały; tymczasem noc już zapadła i udałem się do mojej komnaty. Długo czekałem na Rebekę, ale tym razem napróżno i nareszcie usnąłem.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.




TOM II


DZIEŃ JEDENASTY.
 Rebeka obudziła mnie. Otworzywszy oczy, spostrzegłem piękną Izraelitkę siedzącą na mem łóżku i trzymającą moją rękę w swych dłoniach. «Zacny Alfonsie,» rzekła, «chciałeś wczoraj znienacka dostać się do dwóch cyganek, ale krata od potoku była zamkniętą. Przynoszę ci klucz od niej. Jeżeli i dziś pokażą się pod zamkiem, upraszam cię abyś poszedł za niemi nawet do ich obozu. Zaręczam ci że uszczęśliwisz mego brata jeżeli zdołasz donieść mu o nich coś nowego. Co do mnie, dodała z tęsknotą, muszę oddalić się. Mój los, moje dziwaczne przeznaczenie wymagają tego po mnie. Ach, mój ojcze, dla czegóż nie porównałeś mnie z resztą śmiertelnych? czuję że jestem zdolniejszą kochać w rzeczywistości niż w zwierciedle.»
 «Co chcesz rozumieć przez to kochanie w zwierciedle?»
 «Nic — nic —» przerwała Rebeka, « dowiesz się o tem kiedyś — teraz żegnam cię, — do widzenia.»
 Żydówka oddaliła się mocno wzruszona, ja zaś mimowolnie pomyślałem że z trudnością potrafi być stalą dla dwojga niebiańskich bliźniąt, którym była przeznaczoną za małżonkę, jak mi to jej brat oświadczył.
 Wyszedłem na taras; cyganie daleko już byli odciągnęli od zamku. Wziąłem książkę z biblioteki, ale niemogłem długo czytać. Byłem roztargniony i miałem głowę zaprzątniętą czem innem. Nareszcie dano znać do stołu. Rozmowa jak zwykle toczyła się o duchach, widmach i upiorach. Gospodarz mówił nam, że starożytni mieli o nich pomięszane pojęcia i znali je pod nazwiskiem empuzów, larw i lamyów, ale że dawni kabaliści równie byli mądrzy jak dzisiejsi, jakkolwiek znano ich tylko pod mianem filozofów, które było im wspólnem z wielą ludźmi niemającymi żadnego wyobrażenia o naukach hermetycznych. Pustelnik wspomniał o Simonie czarnoksiężniku, ale Uzeda utrzymywał że Apollonius z Thyanny zasługuje na sławę najbieglejszego kabalisty z owych czasów, ponieważ dosiągł niesłychanej władzy nad całym światem pandemonistycznym. To mówiąc poszedł wyszukać Filostrata wydanego r. 1608 przez Morela, rzucił okiem na text grecki i bez najmniejszego zatrzymywania, się jął czytać w czystym hiszpańskim języku co następuje:

HISTORYA MENIPA LYCEJCZYKA.
 Żył raz w Koryncie dwudziestopięcioletni Lycejczyk, dowcipny i urodziwy, nazwiskiem Menip. Opowiadano w mieście że kochała się w nim jakaś bogata i piękna cudzoziemka z którą przypadkiem zabrał znajomość. Spotkał ją na drodze wiodącej do Kenkrei; nieznajoma wdzięcznie zbliżyła się ku niemu i rzekła: «O Menipie, oddawna już cię kocham; jestem Fenicyanką i mięszkam na końcu najbliższego przedmieścia Koryntu. Jeżeli chcesz przyjść do mnie usłyszysz mnie śpiewającą i napijesz się wina jakiegoś jeszcze nigdy w życiu nie kosztował. Nie potrzebujesz obawiać się żadnego spólzalotnika i znajdziesz mnie zawsze tak wierną, ile ja sądzę cię być uczciwym.» — Młodzieniec, jakkolwiek z natury umiarkowany, nieumiał oprzeć się tym słodkim słowom, wychodzącym z koralowych ust i całą duszą przywiązał się do nowej kochanki.
 Gdy Apollonius, poraz pierwszy ujrzał Menipa, zaczął zapatrywać się na niego jak snycerz któryby chciał wykuć jego popiersie; następnie rzekł mu: «O młodzieńcze, pieścisz się z wężem który otacza cię zdradliwemi sploty.»
 Zdziwiła Menipa ta szczególniejsza mowa, ale Apollonius pokrótce dodał: «Kocha cię kobieta która nie może być twoją małżonką — czy myślisz że ona prawdziwie cię kocha?»
 «Bezwątpienia,» odparł młodzieniec, «jestem pewny jej miłości —»
 «I ożenisz się z nią?» rzekł Apollonius.
 «Dla czegóż nie miałbym ożenić się z kobietą którą tak szalenie kocham.»
 «Kiedyż się odbędą zaślubiny?»
 «Być może że jutro,» przerwał młodzieniec.
 Apollonius zapamiętał czas biesiady, i gdy goście zebrali się wszedł do komnaty, mówiąc: «Gdziesz jest piękna gospodyni tej uczty?»
 «Jest tu — niedaleko,» odpowiedział Menip, poczem wstał nieco zapłoniony.
 Apollonius tak dalej mówił: «To złoto, srebro i ozdoby tej komnaty, do kogo należą? do ciebie czy do tej kobiety?»
 «Do tej kobiety,» rzekł Menip, «ja prócz mego płaszcza filozowskiego, nic więcej nie posiadam.»
 Wtedy Apollonius, zwracając się do biesiadników: «Czy widzieliście kiedy ogrody Tantala, które są a przecież nie są?»
 «Widzieliśmy je w Homerze,» odpowiedzieli, «gdyż sami nie zstępowaliśmy do piekieł.»
 Naówczas Apollonius rzekł im: «Wszystko co tu widzicie podobnem jest do tych ogrodów. — Wszystko to jest tylko czczem mamidłem, bynajmniej zaś rzeczywistością. I ażeby was przekonać o prawdzie moich słów, dowiedzcie się że ta kobieta jest jedną z empuzów czyli pospolicie zwanych larw lub lamyów. Wiedźmy te nietyle są chciwe uniesień miłosnych ile mięsa ludzkiego, i ponętami roskoszy wabią tych których chcą pożreć.»
 «Mógłbyś nam coś rozsądniejszego powiedzieć» — przerwała mniemana Fenicyanka, i zarumieniona od gniewu poczęła wygadywać na filozofów i nazywać ich szaleńcami, gdy w tem Apollonius wymówił kilka słów i nagle znikły naczynia złote i srebrne i ozdoby komnaty. Również cała służba przepadła w mgnieniu oka. Natenczas empuza udała że płacze i błagała Apolloniusa aby przestał ją męczyć, ale ten wcale nie zważając na jej prośby cisnął ją coraz bliżej, tak że nareszcie wyznała kim była, że nieszczędziła wszelkich roskoszy dla Menipa aby go potem pożreć i że przedewszystkiem smakowała w młodych ludziach których krew dodawała jej zdrowia. —
 «Sądzę,» rzekł pustelnik, «że chciała ona pożreć raczej duszę niż ciało Menipa i że ta empuza była po prostu szatanem pożądliwości; wszelako nie pojmuję tych słów które nadawały taką potęgę Apolloniusowi. Przecież filozof ten nie był chrześcijaninem i niemógł używać straszliwej broni, jaką kościół złożył w naszych rękach; nadto starożytni, jakkolwiek mogli pod pewnym względem zawładnąć złemi duchami przed narodzeniem Chrystusa, atoli krzyż nakazawszy milczenie wszelkim wyroczniom, tem bardziej wyzuł z potęgi bałwochwalców. Mniemam więc że Apollonius nie tylko niebył w stanie wypędzić najmniejszego szatana, ale nawet niemiał żadnej władzy nad ostatnim z duchów, widziadła te albowiem pokazują się na ziemi za Bożem dozwoleniem, i to zawsze prosząc się o msze, których jak wiecie zupełnie nieznano za czasów pogańskich.»
 Uzeda był przeciwnego zdania; utrzymywał że poganie równie jak chrześcijanie bywali nagabani przez złe duchy, chociaż powody nawiedzań mogły być cale odmienne i aby dowieść tego o czem mówił, wziął książkę z listami Pliniusza i zaczął czytać co następuje:

HISTORYA FILOZOFA ATHENAGORY.
 Stał w Atenach dom obszerny i zdatny do zamięszkania ale osławiony i opuszczony. Nieraz śród ciszy nocnej słyszano w nim brzęk żelaza uderzającego o żelazo, a skoro pilniej nadstawiano uszu, szczęk łańcuchów który zdawał się naprzód dochodzić z daleka, następnie coraz się przybliżał. Niedługo potem widziano zjawisko, coś nakształt wychudłego i pokrzywionego starca, z długą brodą najeżonemi włosami i kajdanami na rękach i nogach któremi straszliwym sposobem potrząsał. Obrzydłe to widmo pozbawiało snu mieszkańców, ciągle zaś bezsenności sprowadzały choroby smutnie się kończące. Śród dnia bowiem, jakkolwiek widma nie było, wrażenie jednak okropnego widoku ciągle stało przed oczyma i najśmielszych przejmowało strachem. Nareszcie opuszczono dom i zostawiono go całkiem zjawisku. Wszelako wywieszono napis oznajmiający chęć właściciela do odnajęcia lub sprzedania bezużytecznej budowy, w nadziei, że jaki nieznajomy, niewiedzący o przerażających przeszkodach, łatwo da się oszukać.
 W owym czasie filozof Athenagoras przybył do Aten. Spostrzegł napis i zapytał o cenę; uderzyła go niezwyczajna taniość, zaczął badać jej przyczyny i gdy mu opowiedziano całą historyą, zamiast cofnąć się, z tym większym pośpiechem dobił targu. Sprowadził się do domu i nad wieczorem kazał wnieść łoże do przodkowych komnat, przynieść lampę i swoje tabliczki do pisania, służącym zaś oddalić się na ostatnie skrzydło budynku. Natenczas, lękając się aby rozigrana wyobraźnia za daleko go nie uniosła i nie przedstawiła mu rzeczy wcale nie istniejących, przygotował umysł, oczy i ręce do pisania.
 Z początku nocy, jak w całym domu tak i w tej części panowało głuche milczenie, wkrótce jednak posłyszał zgrzyt żelaza i brzęk łańcuchów; pomimo to nie podniósł oczu, nie porzucił pióra, uspokoił się, i że tak rzekę, zmusił do niezwracania na zewnątrz żadnej uwagi. Tymczasem hałas coraz wzrastał, już dochodził do drzwi, nareszcie dał się słyszeć w samym pokoju. Filozof podniósł oczy i ujrzał widmo zupełnie takie, jakiem mu go opisywano. Zjawisko stało we drzwiach i przyzywało go palcem. Athenagoras dał mu znak ręką aby zaczekało i znowu zaczął dalej pisać, ale widmo znać zniecierpliwione jęło nad samemi uszami filozofa potrząsać łańcuchami.
 Mędrzec odwrócił się i ujrzał że duch nie przestawał go wzywać, wstał więc, wziął światło i poszedł za nim. Zjawisko kroczyło wolnym krokiem jak gdyby przygniecione ciężarem łańcuchów, weszło na dziedziniec domu i nagle w samym środku zapadło się w ziemię. Filozof zostawszy sam, naznaczył to miejsce liściem i kamieniami i nazajutrz udał się do urzędników prosząc aby kazali przedsięwziąść poszukiwanie. Wykopano dól i znaleziono kościotrup skrępowany łańcuchami. Miasto poleciło uczcić te szczątki przyzwoitym pogrzebem, i nazajutrz po oddaniu nieboszczykowi tej ostatniej przysługi, spokój na zawsze powrócił do domu. —
 Kabalista przeczytawszy tę historyą dodał: «Duchy, jak się tu przekonywamy czcigodny ojcze, pokazywały się od najdawniejszych czasów; dowodzi nam tego zdarzenie Baltojwy z Endoru, i kabaliści zawsze mieli ich na swoje rozkazy. Z tem wszystkicm przyznaję że wielkie zmiany zaszły w świecie pandemonistycznym; tak naprzykład upiory, jeżeli śmiem tak wyrazić się, należą do nowych odkryć. Rozróżniam między niemi dwa rodzaje mianowicie: upiory węgierskie i polskie, które są po prostu trupami śród nocy wychodzącemi z grobów dla wysyssania krwi ludzkiej; i upiory hiszpańskie, które ożywiają pierwsze lepsze ciało, nadają mu dowolne kształty i należąc do szatańskiego rodu....»
 Kabalista wyraźnie chciał zwrócić rozmowę do okoliczności mnie dotyczących, powstałem więc, może nawet zbyt gwałtownie, i wyszedłem na taras. Nie upłynęło pół godziny gdy spostrzegłem moje dwie cyganki które zdawały się zdążać do zamku i w tej odległości zupełnie były podobnemi do Eminy i Zibeldy. Postanowiłem natychmiast korzystać z mego klucza. Poszedłem do mego pokoju po kapelusz i szpadę i po chwili byłem już u kraty. Otworzywszy ją ujrzałem że nie dość na tem, gdyż musiałem jeszcze dostać się na drugą stronę potoku. Na szczęście wzdłuż muru, znalazłem jakby naumyślnie poprzybijane haki, za pomocą których dostałem się do kamienistego łożyska i skacząc z jednego kamienia na drugi, stanąłem na drugiej stronie i tuż przed sobą spostrzegłem dwie cyganki, które jednak wcale nie były memi kuzynkami. Jakkolwiek całe ich ułożenie było odmienne, przecież sposób ich obejścia odróżniał je od gburowatych i niewykształconych kobiet tego narodu. Zdawało się prawie, że tylko na jakiś czas dla ukrytych celów przyjęły na siebie te role. Chciały zaraz mi wróżyć; jedna z nich ujęła moją dłoń podczas gdy druga udając że czyta z niej całą moją przyszłość, mówiła mi w właściwem ich narzeczu: «Ah Cavalier, che vejo en vuestra bast. Dirvanos kamela, ma por quen? por demonios.» Co znaczy: «Ach szlachetny panie, widzę namiętną miłość na twojej dłoni, ale dla kogo? dla szatanów.»
 Łatwo można domyślić się, że nigdy niebyłbym odgadł że dirvanos kamela znaczy w języku cygańskim namiętną miłość; ale dziewczęta wytłomaczyły mi te słowa; następnie biorąc mnie pod ręce zaprowadziły do swego obozu, gdzie przedstawiły mnie rześkiemu i czerstwemu starcowi którego nazywały ojcem. Starzec rzuciwszy na mnie złośliwie wejrzenie rzekł: «Czy wiesz pan że znajdujesz się pośród czeredy o której krążą po kraju dość niekorzystne wieści, — czy nie lękasz się naszego towarzystwa?»
 Na to słowo «lękasz» oparłem rękę na mojej szpadzie; ale starzec z uprzejmością podał mi dłoń i dodał: «Wybacz pan, nie miałem zamiaru cię obrazić, przeciwnie, chciałem prosić cię abyś raczył kilka dni z nami przepędzić. Jeżeli podróż w te góry może cię zabawić, przyrzekamy pokazać ci najpiękniejsze i najstraszniejsze miejsca; doliny czarujące wdziękiem, obok przepaści napełniających zgrozą; jeżeli zaś jesteś lubownikiem polowania, będziesz mógł zadość uczynić twemu upodobaniu.»
 Przyjąłem jego ofiarę z tym większym pośpiechem że rozprawy kabaiisty zaczęły mnie już nudzić, jak również samotność jego zamku stawała mi się codzicń nieznośniejszą.
 Natenczas stary cygan zaprowadził mnie do swego namiotu, mówiąc: «Oto jest twoje mieszkanie przez cały czas który raczysz pośród nas przepędzić; nadto każę zatoczyć przy wejściu małą harmatkę, obok której sam będę spał, aby tem lepiej czuwać nad twojem bezpieczeństwem.»
 Odpowiedziałem na to, że mając zaszczyt być kapitanem w gwardyi wallońskiej, we własnej szpadzie powinienembył szukać bezpieczeństwa. Na te słowa starzec uśmiechnął się i rzekł: «Muszkiety naszych rozbójników tak dobrze potrafią zabić kapitana gwardyi wallońskiej jak kogo drugiego; gdy jednak ci panowie raz będą ostrzeżeni, możesz pan spokojnie nawet odłączyć się od naszego towarzystwa. Przedtem, nieroztropnem byłoby narażać się bezużytecznie.» Starzec miał słuszność i zawstydziłem się niepotrzebnej junakieryi.
 Przepędziliśmy wieczór na obchodzeniu obozu i rozmawianiu z dwoma cygankami, które wydały mi się najdziwaczniejszemi ale zarazem najszczęśliwszemi stworzeniami w świecie. Następnie zastawiono wieczerzę, pod rozłożystym dębem tuż przy namiocie naczelnika. Rozłożyliśmy się na skórach jelenich; rozesłano przed nami zamiast obrusa bawolą skórę wyprawną jak najdoskonalszy safian. Potrawy, zwłaszcza zaś zwierzyna, były wyśmienite. Córki naczelnika nalewały nam wino, ja wszakże wolałem gasić pragnienie wodą, która o dwa kroki od nas wytryskała ze skały przezroczystym strumieniom. Naczelnik uprzejmie podtrzymywał rozmowę, zdawał się wiedzieć o poprzednich moich przygodach i zapowiadał mi nowe. Nareszcie czas był udać się na spoczynek. Posłano mi łoże w namiocie naczelnika i postawiono straż przy wejściu. O samej północy rozbudził mnie jakiś szmer. Czułem że z obu stron podnoszono moje nakrycie i tulono się do mnie. «Wielki Boże — rzekłem sam do siebie — mamże znowu obudzić się między dwoma wisielcami?» Jednakże nie zatrzymałem się na tej myśli, mniemałem że gościnność cygańska nakazywała ten sposób przyjęcia i że niewypadało na wojskowego w moim wieku nie stosować się do raz przyjętych zwyczajów. W końcu zasnąłem z głębokiem przekonaniem, że tym razem niemiałem do czynienia z wisielcami.


DZIEŃ DWUNASTY.
 W istocie, zamiast pod szubienicą Los Hermanos, obudziłem się w mojem łóżku, na hałas jaki sprawiali cyganie podnosząc obóz. Wstawaj pan — rzekł do mnie naczelnik — mamy daleką drogę przed nami; ale dostaniesz pan muła jakiego drugiego nie znajdziesz w całej Hiszpanji i ręczę że niepoczujesz znużenia.» Ubrałem się czemprędzej i dosiadłem muła. Ruszyliśmy przodem z czterma cyganami dzielnie uzbrojonymi. Reszta bandy zdaleka zdążała za nami mając na czele dwie młode dziewczyny, które, o ile domyślałem się, były przyczyną przerwania mego snu ostatniej nocy. Zakręty ścieżek często wywyższały mnie lub zniżały o kilkaset stóp od nich. Wtedy zatrzymywałem się, i znowu zdawało mi się że widzę moje kuzynki. Tymczasem stary naczelnik śmiał się z moich kłopotów.
 Po czterech godzinach przyśpieszonego pochodu, przybyliśmy na szczyt wyniosłej góry na którym znaleźliśmy znaczną ilość wielkich pak; naczelnik natychmiast policzył je, zapisał i rzekł do mnie: «Oto masz pan przed sobą towary angielskie i brazylijskie, wystarczające na potrzebę czterech królestw Andaluzyi, Grenady, Walencyi i Katalonji. Król wprawdzie, cierpi nieco na naszym małym handlu, ale z drugiej strony ma inne korzyści, trocha zaś kontrabandy zabawia i pociesza ten biedny lud hiszpański. Wreszcie, tutaj wszyscy się tem truduią. — Niektóre z tych pak zostaną złożone w koszarach żołnierskich, inne w celach mnichów, ostatnie w grobowych podziemiach. Paki czerwono naznaczone, dostaną się w ręce celników, którzy poszczycą się niemi przed rządem, podczas gdy ta ofiara tem więcej przywiąże ich do naszych interesów.» To mówiąc naczelnik cyganów, rozkazał pochować towary po różnych wydrążeniach skał, poczem skinął aby zastawiono obiad w jaskini z której widok rozciągał się dalej niż można było okiem zajrzeć, czyli że widokrąg całkiem zlewał się z błękitem niebios. Powaby natury, z każdym dniem sprawiały na mnie coraz silniejsze wrażenie, widok ten pogrążył mnie w nieopisanem zachwyceniu z którego wyrwały mnie dwie córki naczelnika przynoszące obiad. Z blizka, jak to już powiedziałem, wcale nie były podobne do moich kuzynek, spojrzenia ich dawały mi poznać ich zadowolenie, ale tajemne jakieś przeczucie ostrzegało mnie, że to nie one należały do przygody ostatniej nocy. Tymczasem dziewczęta przyniosły gorącą olla-podridę, którą wysłani naprzód ludzie, rano jeszcze byli sporządzili. Stary naczelnik i ja szczerze zabraliśmy się do niej, z tą tylko różnicą, że on przeplatał swoje jedzenie częstem odwoływaniem się do obszernego bukłaku z winem, ja zaś poprzestawałem na świeżej wodzie z sąsiedniego źródła.
 Gdy zaspokoiliśmy głód, oświadczyłem mu ciekawości bliższego z nim się zapoznania; długo wzbraniał się, ja wszelako usilnie nalegałem na niego, tak że nareszcie zgodził się opowiedzieć mi swoje przygody i zaczął w te słowa:

HISTORYA PANDESOWNY NACZELNIKA CYGANÓW.
 Wszyscy cyganie hiszpańscy znają mnie pod nazwiskiem Pandesowny. Jestto w ich narzeczu dosłowne tłomaczenie mego nazwiska rodzinnego, Avadoro, gdyż dowiedz się pan że bynajmniej nie urodziłem się śród cyganów. Ojciec mój nazywał się Don Phelipe d’Avadoro i uchodził za człowieka najpoważniejszego i najbardziej wyrachowanego w swoim czasie. Do tego stopnia nawet był punktualnym, że gdybym ci opowiedział historyę jednego dnia jego, widziałbyś przed sobą obraz całego jego życia a przynajmniej czasu który upłynął między dwoma jego małżeństwami: pierwszem któremu winien jestem życie, i drugiem które spowodowało śmierć jego, zmieniwszy zwykły tryb według jakiego przepędzał żywot.
 Mój ojciec, będąc jeszcze pod opieką mego dziada, pokochał się był w dalekiej swojej krewnej, którą zaślubił skoro tylko stał się panem własnej woli. Biedna kobieta umarła dając mi życie, ojciec mój zaś niepocieczony po tej stracie, zaniknął się u siebie przez kilka miesięcy, niechcąc nawet widzieć żadnego z krewnych.
 Czas który słodzi wszystkie cierpienia ukoił także jego żal i nareszcie ujrzano go otwierającego drzwi od swego balkonu, który wychodził na ulicę Toledo. Przez kwadrans, oddychał świeżem powietrzem i następnie poszedł otworzyć długie okno które wychodziło na boczną ulicę. Spostrzegł w domu na przeciwko kilka znajomych sobie osób i dość wesoło je pozdrowił. Następnych dni, regularnie powtarzał to samo, aż wreszcie wieść o tej zmianie doszła do uszu Fra Heronimo Santez, Teatyna i wuja mojej matki.
 Zakonnik ten przybył do mego ojca, powinszował mu powrotu do zdrowia, nie wiele mówił mu o pociechach jakie nam religia nastręcza, ale natomiast usilnie namawiał go aby oddał się więcej rozrywkom. Posunął nawet pobłażanie do dania mu rady ażeby poszedł na komedyą. Mój ojciec, pokładając nieograniczone zaufanie w Fra Heronimo, tego samego wieczoru udał się do teatru della Cruz. Właśnie przedstawiano nową sztukę którą utrzymywało całe stronnictwo Pollacos, podczas gdy drugie nazwane Sorices wszelkiemi siłami starało się ją wygwizdać. Spółzawodnictwo tych dwóch stronnictw tak dalece zajęło mego ojca, że odtąd nigdy własnowolnie nieopuścił żadnego widowiska. Wkrótce przyuczył się do stronnictwa Pollacos i wtedy tylko uczęszczał do królewskiego teatru kiedy della Cruz był zamknięty.
 Po skończonem widowisku, stawał zwykle na końcu podwójnego szpaleru, który męzczyzni tworzą aby zmusić kobiety do przechodzenia jedna za drugą, ale wcale tego nie czynił aby przypatrywać im się bliżej, przeciwnie, wszystkie mało go obchodziły i skoro ostatnia przeszła, śpieszył pod krzyż maltański, gdzie przed udaniem się na spoczynek pożywał lekką wieczerzę.
 Z rana, najpierwszem zatrudnieniem mego ojca było otwarcie balkonu wychodzącego na ulicę Toledo. Tu przez kwadrans oddychał świeżem powietrzem, następnie szedł otwierać drugie okno które wychodziło na małą uliczkę. Jeżeli spostrzegał kogo w przeciwnem oknie, pozdrawiał go grzecznie mówiąc: agour, po czem zamykał okno. Ten wyraz agour, był często jedynym jaki przez cały dzień wymówił, chociaż bowiem gorliwie zajmował się powodzeniem wszystkich komedyi odgrywanych w teatrze della Cruz, całe jednak zajęcie wyrażał zawsze klaskaniem w dłonie, nigdy zaś słowami. W razie gdy nikt nie ukazywał się w przeciwnem oknie, z cierpliwością oczekiwał chwili w której będzie mógł kogo pozdrowić. Oprócz tego mój ojciec bywał na mszy u Teatynów. Za powrotem, znajdował pokój uporządkowany przez służącą i z niewypowiedzianem staraniem ustawiał sprzęty na miejscach na których zwykłe stały. Czynił to zawsze z nader pilną uwagą i za jednym rzutem oka odkrywał najmniejsze źdźbło kurzu które uniknęło uwagi służącej.
 Skoro mój ojciec był zadowolony z uporządkowania swego pokoju, brał cyrkiel i nożyczki i krajał dwadzieścia cztery kawałki papieru równej wielkości, napełniał je tytoniem brazylijskim i zwijał dwadzieścia cztery cygar, które były tak gładko i doskonale złożone, że można było śmiało uważać je za najdoskonalsze cygara w całej Hiszpanji. Następnie wypalał sześć tych arcydzieł licząc dachówki pałacu księcia Alby, sześć zaś rachując ludzi przechodzących przez bramę Toledo. To uczyniwszy spoglądał na drzwi swego pokoju, dopóki mu nie przyniesiono obiadu.
 Po obiedzie wypalał dwanaście pozostałych cygar, dalej topił wzrok w zegar, dopóki mu ten nie oznajmił godziny udania się do teatru; jeżeli zaś przypadkiem tego dnia nie było widowiska, szedł do księgarza Moreno gdzie przysłuchiwał się sporom kilku literatów, którzy mieli zwyczaj zbierania się tam w pewnych dniach, niemięszając się jednak nigdy do ich rozmowy. Jeżeli zasłabł i nie wychodził z domu, posyłał do księgarza Moreno po sztukę którą tego dnia grano w teatrze della Cruz, i gdy nadeszła godzina widowiska, zabierał się do czytania sztuki, nieomieszkując szczerze poklaskiwać miejscom ulubionym stronnictwa Pollacos.
 Sposób ten życia był bardzo niewinnym, jednakowoż mój ojciec pragnąc zadość uczynić obowiązkom religji, udał się do Toatynów z prośbą aby mu wyznaczono spowiednika. Przysłano mu Fra Heronimo Santez, który korzystał z tej sposobności aby mu przypomnieć, że ja żyłem na świecie i znajdowałem się w domu Dony Felicyi Dalanosa, siostry nieboszczki mojej matki. Mój ojciec, bądź z obawy abym mu nieprzypomniał ukochanej osoby której śmierci byłem mimowolną przyczyną, bądź też że nie życzył sobie aby moje dziecinne wrzaski zakłócały głuchy spokój jego zwyczajów, uprosił Fra Heronimo aby mnie nigdy do niego nie zbliżał, w tym samym jednak czasie zaopatrzył wszystkie moje potrzeby, wyznaczył mi dochód z wioski którą miał w okolicach Madrytu i oddał mnie w opiekę prokuratorowi Teatynów.
 Niestety, mniemam że ojciec mój oddalał mnie od siebie w przeczuciu niesłychanej różnicy jaką natura położyła między naszemi sposobami myślenia. Uważałeś pan o ile on był systematycznym i jednostajnym w całem swem życiu, otóż mogę śmiało teraz zaręczyć że niebyło na ziemi człowieka więcej niestałego odemnie. Niemogłem nawet wytrwać w mojej niestałości, gdyż myśl szczęścia spokojnego i życia odosobnionego ścigała mnie ciągle pośród dni moich koczowniczych, popęd zaś do zmiany nie pozwalał mi pomyśleć o wybraniu stałego siedliska. Niespokojność ta trawiła mnie do tego stopnia, że raz poznawszy sam siebie na zawsze położyłem tamę moim żądzom, wybierając schronienie pośród tej czeredy cyganów. Jestto wprawdzie rodzaj życia dość jednostajny, atoli nie mam nieszczęścia poglądać zawsze na te same drzewa, te same skały, lub, coby było jeszcze nieznośniejszem, na te same ulice, mury i dachy. —
 Tu zabrałem głos i rzekłem do starca: «Mości Avadoro lub Pandesowna, sądzę że w tem błędnem życiu, musiałeś doświadczyć wielu nadzwyczajnych przygód?»
 «W istocie — odparł cygan — od czasu w którym zacząłem żyć w tej pustyni widziałem wiele nadzwyczajnych rzeczy; co zaś do reszty mego życia, zawiera ono bardzo mało zajmujących wypadków, uderzy cię tylko zapał z jakim chwytałem się coraz nowego powołania, i niesmak z jakim porzucałem go najwięcej po dwóch latach.» Odpowiedziawszy mi temi słowy, cygan tak dalej mówił:
 Wspominałem ci że ciotka moja Dona Dalanosa trzymała mnie przy sobie. Niemiała własnych dzieci i zdawała się łączyć dla mnie cale pobłażanie ciotki z dobrocią matki: jednem słowem, byłem zepsutem dzieckiem w całem znaczeniu tego wyrazu. Z każdym nawet dniem psułem się coraz bardziej, gdyż w miarę jak wzrastałem na ciele i umyśle, tem więcej nabierałem sił do nadużywania niewyczerpanej dla mnie dobroci. Z drugiej strony, nie doznając żadnej przeszkody w moich chęciach, nie przeszkadzałem w niczem drugim, co mi zjednało rozgłos niezwykłej łagodności, nadto, rozkazom mojej ciotki towarzyszył zawsze tak łagodny i pieszczotliwy uśmiech że niemiałem serca stawiać jej oporu. Nareszcie poczciwa Dona Dalanosa. widząc moje postępowanie, wmówiła w siebie że natura stwarzając mnie, wydała jedno z najrzadszych arcydzieł. Brakowało tylko do jej szczęścia, aby mój ojciec mógł był być świadkiem moich niesłychanych postępów, wtedy od razu byłby przekonał się o moich doskonałościach; zamiar ten jednak był trudnym do przeprowadzenia, gdyż ojciec mój trwał w swojem postanowieniu nie oglądania mnie nigdy w swem życiu.
 Gdzież atoli jest upór któregoby kobieta nie umiała przezwyciężyć? Pani Dalanosa z taką gorliwością i dzielnością pracowała nad swoim wujem Hieronimem, że ten nareszcie przyrzekł korzystać z pierwszej spowiedzi mego ojca i zgromić go surowo za okrutną obojętność jaką okazywał dziecku, które nic złego w życiu mu nie uczyniło. Ojciec Heronimo dotrzymał danej obietnicy, wszelako mój ojciec nie mógł bez przerażenia pomyślić o chwili w której po raz pierwszy wpuści mnie do swego pokoju. Fra Heronimo zaprojektował spotkanie w ogrodzie Buen Retiro; ale przechadzka ta bynajmniej nie wchodziła w systematyczny i jednostajny rozkład czasu, od którego mój ojciec nigdy na krok się na oddalał. Wolał więc na ostatek już przyjąć mnie u siebie i Fra Heronimo doniósł tę szczęśliwą nowinę mojej ciotce, która ledwo że nie umarła z radości.
 Muszę ci wyznać że dziesięć lat hypokondryi dodało wiele dziwactw do odosobionego życia mego ojca. Między innemi, powziął był szczególniejszą namiętność do robienia atramentu, pierwsza zaś przyczyna tego dziwnego upodobania była następująca. Pewnego dnia, znajdując się w towarzystwie kilku literatów hiszpańskich i prawników u księgarza Moreno, rozmowa padła na trudność dostania dobrego atramentu; każdy wyznał że niemiał czem pisać i napróżno usiłował sam zająć się fabrykacyą tak potrzebnego materyału. Moreno rzekł na to, że ma w swoim sklepie mnóstwo przepisów, między któremi niektóre muszą być dokładne. Poszedł więc po tę książkę której nie mógł od razu wynaleźć a gdy powrócił, rozmowa toczyła się o czem innem: zagłębiono się w rozbiorze nowej sztuki i nikt niechciał już słyszeć ani o atramencie ani o przepisach za pomocą których go wyrabiano. Wszelako mój ojciec cale odmiennie postąpił, wziął książkę, znalazł natychmiast sposób wyrabiania atramentu i zdziwił się mocno widząc że od razu pojął rzecz którą najznakomitsi uczeni hiszpańscy uważali za niesłychanie trudną. W istocie chodziło tylko o umiejętne pomieszanie tynktury owoców gallasowych z rozczynem kwasu siarkowego i o dodanie stosowne gummy. Autor jednakowoż dowodził, że niepodobna była otrzymać dobrego atramentu jak tylko zaprawiając na raz wielką ilość, gotując płyn i mieszając go pilnie; albowiem gumma nie mając żadnej styczności z materyami kruszcowemi, dążyła usilnie do oddzielenia się od nich, że nadto sama gumma była skłonną do rozkładu organicznego, któremu nie można było zapobiedz jak tylko dodając pewną część alkoholu.
 Mój ojciec kupił książkę, nazajutrz wystarał się o potrzebne ingredyencye, apteczne wagi i największy gąsior jaki tylko mógł znaleźć w Madrycie, stosownie do ostatnich uwag autora. Atrament udał się wyśmienicie; mój ojciec zaniósł butelkę literatom zgromadzonym u Morena, którzy uznali go doskonałym i prosili o więcej.
 Ojciec mój wiodąc życie ciche i odosobnione nie miał nigdy sposobności wyświadczenia komukolwiek jakiej przysługi i odebrania za to należytych pochwał, znalazł więc nową przyjemność w obowiązywaniu ludzi i przyjmowaniu od nich dziękczynień, i szczególnie przywiązał się do zatrudnienia przynoszącego mu tyle miłych chwil. Widząc że literaci Madryccy w mgnieniu oka spotrzebowali największą flaszę jaką mógł znaleźć w całem mieście, kazał sprowadzić z Barcellony beczułkę w rodzaju takich, w jakich majtkowie z śródziemnego morza zwykli przechowywać wino na okręcie. Tym sposobem mógł od razu sfabrykować dwadzieścia flasz atramentu, które literaci równie szybko wypisali, okrywając mego ojca pochwałami i dziękczynieniami.
 Wszelako im flasze były większe tem więcej przedstawiały niedogodności. Nie można było razem grzać i mięszać płynu, cóż dopiero gdy przychodziło do przelewania z jednego naczynia w drugie. Natenczas mój ojciec postanowił, kazać sprowadzić z Toboso wielki kocioł gliniany, jakich używają do wyrabiania saletry. Gdy przybył pożądany kocioł, rozkazał umieścić go na piecu pod którym utrzymywał wieczny ogień. Kurek przyprawiony u spodu służył do wypuszczania cieczy, wlazłszy zaś na brzeg pieca, można było wygodnie małem wiosłem mieszać gotujący się atrament. Kotły te są wysokości człowieka, możesz więc domyślić się jaką ilość atramentu mój ojciec na raz sporządzał, nadto miał zwyczaj w miarę ubywania płynu dodawać ingredyencyi. To była dopiero prawdziwa roskosz, gdy widział wchodzącego służącego od jakiego sławnego literata z prośbą o butelkę atramentu, a gdy ten literat wydał jakie dzieło głośne w piśmiennictwie i rozmawiono o niem u Morena, mój ojciec z radością uśmiechał się na myśl, że on także należy do tych tryumfów. Wreszcie, aby ci już wszystko wyznać, powiem że w całem mieście nie nazywano inaczej mego ojca jak Don Phelipe del tintero largo, czyli Don Filip z ogromnego kałamarza, prawdziwe zaś jego nazwisko Avadoro zaledwie znanem było od kilku osób.
 Ja wiedziałem o tem wszystkiem: często mówiono mi o dziwacznym charakterze mego ojca, o urządzeniu jego domu, o wielkim kotle z atramentem i niecierpliwe pragnąłem na własne oczy te dziwy obejrzeć. Co się tyczy mojej ciotki, ta nie wątpiła że jak tylko mój ojciec raz mnie obaczy, wnet odstąpi od wszystkich dziwactw aby tylko zachwycać się mną od rana do wieczora. Nareszcie naznaczono dzień wzajemnego spotkania. Mój ojciec spowiadał się u Fra Heronimo ostatniej niedzieli każdego miesiąca. Zakonnik miał go umocnić w postanowieniu widzenia mnie, nareszcie wyznać że znajdowałem się w jego mieszkaniu i razem z nim wyjść z kościoła. Fra Heronimo zawiadamiając nas o tym zamiarze, ostrzegł mnie abym nie dotykał się niczego w pokoju mego ojca; zgodziłem się na wszystko, moja ciotka zaś obiecała mnie pilnować. Nadeszła wreszcie oczekiwana niedziela. Ciotka moja ubrała mnie w różową aksamitną sukienkę ze srebrnemi frenzlami i guzikami z brazylijskich topazów. Zaręczyła mi że wyglądałem jak bożek miłości i że mój ojciec spostrzegłszy mnie nie omieszka szalenie się we mnie rozkochać. Pełni nadziei i pochlebnych przeczuć, poszliśmy wesoło przez ulicę Urszulinek i udaliśmy się do Prado, gdzie kobiety zatrzymywały się aby się ze mną popieścić. Przybyliśmy wreszcie na ulicę Toledo i weszliśmy do domu mego ojca. Otworzono nam jego pokój, ciotka lękając się mojej żywości posadziła mnie w obszernem krześle, usiadła na przeciwko i uchwyciła frenzle mego pasa ażebym nie mógł wstać i dotykać się porozstawianych sprzętów.
 Z początku, wynagradzałem sobie ten przymus wodząc wzrok po wszystkich kątach pokoju, którego podziwiałem czystość i porządek. Kąt przeznaczony na wyrabianie atramentu, był tak czysty i symetrycznie zastawiony jak reszta pokoju; wielki kocioł z Toboso wyglądał nakształt ozdoby, obok niego zaś stała szklanna szafa gdzie leżały potrzebne narzędzia i ingredyencye.
 Widok tej szafy wązkiej i długiej, umieszczonej tuż przy piecu z kotłem na wierzchu, podał mi nagłą i niepowściągnioną myśl wskoczenia na nią, sądziłem bowiem że nic nie będzie zabawniejszego jak gdy mój ojciec zacznie mnie napróżno szukać po całym pokoju, wtedy gdy ja najspokojniej będę siedział nad jego głową. W mgnieniu oka, wyrwałem szarfę z rąk mojej ciotki, wskoczyłem na piec ztamtąd zaś na szafę.
 Z początku ciotka zachwycała się nad moją zręcznością, po chwili jednak zaczęła mnie zaklinać abym zlazł z szafy. W tem oznajmiono nam że mój ojciec wchodził na wschody. Ciotka moja upadła przedemną na kolana błagając abym zszedł na ziemię. Nie mogłem oprzeć się tak wzruszającym prośbom, ale złażąc poczułem że stawiałem nogę na brzegu kotła. Chciałem zatrzymać się ale spostrzegłem że pociągam za sobą całą szafę. Puściłem ręce i padłem w sam środek kotła z atramentem. Byłbym niezawodnie utonął gdyby moja ciotki pochwyciwszy wiosło do mieszania atramentu nie była rozbiła kotła na tysiąc drobnych kawałków. Właśnie w tej chwili wchodził mój ojciec i ujrzał rzekę atramentu zalewającą jego pokój a pośród niej wijącą się czarną postać która napełniała dom najprzeraźliwszemi wrzaski. W rozpaczy, uciekł na wschody, zbiegając wywichnął sobie nogę i padł zemdlony.
 Co do mnie, wkrótce przestałem wrzeszczeć, gdyż atrament którego się opiłem pozbawił mnie przytomności. Przyszedłem dopiero do zmysłów po długiej chorobie i długi czas minął za nim zupełnie odzyskałem zdrowie. Do polepszenia mego stanu najwięcej przyczyniła się nowina udzielona mi przez moją ciotkę, która wprawiła mnie w taką radość że znowu lękano się abym niepostradał zmysłów. Mieliśmy wkrótce wyjechać z Madrytu i udać się na stałe mięszkanie do Burgos. Wszelako niewypowiedziana radość, jakiej doznawałem na myśl o tej podróży, zmniejszyła się gdy ciotka zapytała mnie, czy chcę z nią razem siedzieć w lektyce lub też osobno odbywać drogę. «Ani jedno ani drugie — odparłem w najwyższem uniesieniu — nie jestem babą i nie chcę inaczej podróżawać jak na dzielnym koniu lub przynajmniej mule, z dobrym segowskim karabinem u siodła, parą pistoletów za pasem i długą szpadą. Tylko pod tym jedynym warunkiem pojadę i ciotka powinnaś dla własnej korzyści sprawić mi te rzeczy, albowiem obrona ciebie jest odtąd moim najświętszym obowiązkiem.» Powiedziałem jeszcze wiele podobnych niedorzeczności które zdawały mi się najrozumniejszemi a które w istocie bawiły, słyszane z ust jedenastoletniego chłopca.
 Przygotowania do wyjazdu podały mi sposobność rozwinięcia niezwykłej czynności. Wchodziłem, wychodziłem, biegałem, rozkazywałem, ostatecznie byłem tą muchą na wozie furmana i miałem wiele do czynienia, gdyż ciotka moja wyjeżdżając na zawsze do Burgos, zabierała wszystkie swoje ruchomości. Wreszcie nadszedł szczęśliwy dzień wyjazdu. Wysłaliśmy główny transport drogą przez Aranda, sami zaś udaliśmy się przez Walladolid.
 Ciotka moja która z początku chciała podróżować w lektyce, widząc że postanowiłem nieodmiennie jechać na mule, poszła za moim przykładem. Sporządzono jej zamiast siodła małe krzesełko z wygodnem siedzeniem i osłoniono je parasolem. Uzbrojony mulnik postępował przed nią dla oddalenia wszelkiego pozoru niebezpieczeństwa. Reszta naszej karawany, złożona z dwunastu mułów, nader świetnie wyglądała, ja zaś uważając się za jej naczelnika, czasami otwierałem, czasami zamykałem pochód, zawsze z bronią w ręku zwłaszcza zaś na zakrętach drogi lub innych miejscach podejrzanych.
 Można domyślić się że nigdy nie zdarzyła mi się sposobność okazania mojej odwagi i że szczęśliwie przybyliśmy do Alabahos, gdzie spotkaliśmy dwie karawany równie liczne jak nasza. Zwierzęta stały przy żłobach, podróżni zaś, mieścili się w przeciwnym kącie stajni w kuchni, którą oddzielały od mułów dwa kamienne wschody. Prawie wszystkie gospody w Hiszpanji były naówczas podobnie urządzone. Cały dom składał się z jednej długiej izby, której lepszą połowę zajmowały muły mniejszą zaś podróżni. Pomimo to wesołość była ogólną. Mulnik czyszcząc rzeczy smalił cholewki do gospodyni, która odpowiadała mu z żywością właściwą jej płci i powołaniu, dopóki gospodarz powagą swoją nie przerwał na chwilę tych zalecanek. Służące napełniały dom łoskotem kastanietów i tańcowały przy chrapliwej pieśni pasterza kóz. Podróżni zaznajmiali się nawzajem i zapraszali na wieczerzę, następnie wszyscy przysuwali się do ogniska, każdy rozpowiadał kim był, zkąd przybywał i czasami dodawał całą historyę swego życia. Dobre to były czasy. Dziś domy zajezdne są daleko wygodniejsze, ale zgiełkliwe i towarzyskie życie, jakie w ówczas prowadzono w podróży, miało wdzięk którego nie potrafię ci opisać. Powiem tylko, że tego dnia tak byłem szczęśliwym, że postanowiłem przez całe życie podróżować i jak widzisz dotąd szczerze wypełniam moje przedsięwzięcie.
 Tymczasem pewna okoliczność jeszcze silniej utwierdziła mnie w tym zamiarze. Powieczerzy, gdy wszyscy podróżni zebrali się koło ogniska i każdy z nich opowiedział coś o krajach jakie przebywał, jeden z nich który dotąd ani razu ust niebył otworzył, rzekł: «Wszystkie przygody doznane w waszych podróżach zasługują na uwagę i pamięć; co do mnie byłbym rad aby mi się nigdy nie stało nic gorszego, wszelako, zwiedzając Kalabryę, doznałem przygody tak zadziwiającej, nadzwyczajnej i zarazem strasznej, że dotąd nie mogę jej wymazać z pamięci. Wspomnienie to tak mnie tłoczy, zatruwa wszystkie moje przyjemności, że w istocie często dziwię się jakim sposobem smutek ten nie pozbawia mnie rozumu.» — Podobny początek podniecił ogólną ciekawość słuchaczów. Zaczęto go prosić aby ulżył sercu opowiedzeniem tak nadzwyczajnych zdarzeń. Podróżny długo wahał się niewiedząc co ma czynić, nareszcie zaczął w te słowa:

HISTORYA GIULIA ROMATI I KSIĘŻNICZKI MONTE SALERNO.
 Nazywam się Giulio Romati. Mój ojciec Pietro Romati jest jednym z najznakomitszych prawników Palerma a nawet całej Sycylji. Jak możecie domyślić się, mocno przywiązany jest do swego powołania które zabezpiecza mu przyzwoity byt, ale mocniej jeszcze do filozofji której poświęca wszystkie chwile wolne od głównych zatrudnień. Nie chwaląc się, mogę wyznać że śmiało postępowałem za nim w obu tych zawodach, gdyż w dwudziestym drugim roku życia byłem już doktórem prawa. Oddawszy się następnie matematyce i astronomji, wkrótce dość umiałem aby módz kommentować Kopernika i Gallileusza. Nie mówię wam tego w zamiarze chełpienia się z mojej uczoności, ale mając opowiedzieć wam zadziwiającą przygodę, pragnę abyście mnie nie uważali za człowieka łatwowiernego lub zabobownego. Tak jestem dalekim od podobnych błędów, że nawet nauką do której prawie nic się nie przykładałem, była teologia. Co się tyczy innych, zagłębiałem się w nich całą duszą, wytchnienia zaś szukałem tylko wzmianie przedmiotów. Ciągła ta praca wywarła zgubny wpływ na moje zdrowie i ojciec mój przemyślając nad różnemi sposobami rozerwania mnie, zalecił mi podróż i rozkazał abym zwiedził całą Europę i dopiero po czterech latach wrócił do Sycylji.
 Z początku, z trudnością zdołałem oderwać się od moich książek, gabinetu i obserwatoryum; ale mój ojciec życzył sobie tego, musiałem więc być posłusznym. W istocie zaledwie rozpocząłem podróż, natychmiast doznałem niewypowiedzianie miłej zmiany. Odzyskałem apetyt, siły, jednem słowem zupełnie przyszedłem do zdrowia. Z początku podróżowałem w lektyce, ale trzeciego dnia nająłem muła i wesoło puściłem się w dalszą drogę.
 Wiele ludzi zna cały świat wyjąwszy własny kraj; niechciałem podpaść podobnemu zarzutowi i w tym celu rozpocząłem podróż od zwiedzenia cudów jakie natura tak hojnie rozsypała po naszej wyspie. Zamiast udania się prosto nadbrzeżem z Palermo do Messyny, obrałem drogę przez Castro Nuovo, Caltanizetę i przybyłem do wioski, której nie pamiętani już nazwiska, położonej u stóp Etny. Tam przygotowałem się do wejścia na górę i postanowiłem poświęcić miesiąc na tę wyprawę. W istocie cały ten czas przepędziłem na sprawdzaniu niektórych doświadczeń z barometrem, dotąd nie dość dokładnie wykonywanych. Podczas nocy, wpatrywałem się w niebo i z niewypowiedzianem szczęściem odkryłem dwie gwiazdy niedostrzegalne z obserwatoryum Palermo, z powodu że znajdowały się znacznie pod jego widokręgiem. Z prawdziwym żalem opuściłem te miejsca w których zdawało mi się że miałem udział w napowietrznych światłach równie jak w szczytnej harmonji ciał niebieskich nad których obrotami tyle zastanawiałem się w życiu. Wreszcie niezaprzeczonem jest, że rozrzedzone powietrze gór szczególnie działa na nasz organizm, puls bowiem prędzej bije i poruszenia płuc są daleko szybsze. Nakoniec zszedłem z góry od strony Katano.
 Miasteczko to zamieszkuje szlachta równie starożytna ale więcej oświecona od panów z Palermo. Wprawdzie nauki ścisłe mało znajdują lubowników w Katano, jak w ogóle na całej naszej wyspie; ale natomiast mieszkańcy gorliwie zajmują się sztukami, dawnemi zabytkami, historyą starożytną i teraźniejszą wszystkich ludów jakie zamieszkiwały Sycylią. Zwłaszcza poszukiwania i massa kosztownych pamiątek jakie wykopywano, były przedmiotem powszechnych rozmów.
 Właśnie podówczas wydobyto nader piękny płyt marmurowy pokryty głoskami zupełnie nieznanemi. Obejrzawszy go pilnie, poznałem że napis był w języku punickim i za pomocą hebrajszczyzny, którą dość dokładnie posiadam, zdołałem rozwiązać zagadkę w sposób wszystkich zadowolniający. Czyn ten zjednał mi pochlebne przyjęcie i pierwsze osoby z miasta pragnęły mnie zatrzymać, zapewniając mi znaczne korzyści pieniężne. Wszelako porzuciwszy rodzinę dla zupełnie innych celów, odrzuciłem ofiary i udałem się drogą do Messyny. Przez miesiąc zatrzymałem się w tem miejscu sławnem przez swój handel, poczem przebyłem ciaśninę i wylądowałem w Regio.
 Dotąd, podróż moja była tylko rozrywką, w Regio jednak przedsięwzięcie nabrało większej wagi. Rozbójnik, nazwiskiem Zoto, pustoszył Kalabryę, podczas gdy korsarze marokańscy zewsząd uwijali się po morzu. Niewiedziałem jakim sposobem dostać się do Neapolu i gdyby fałszywy wstyd nie był mnie zatrzymał, byłbym niezawodnie wrócił do Palermo.
 Ósmy dzień upływał od czasu jak takowa niespokojność trawiła mnie w Regio, gdy pewnego wieczora przechodząc się po porcie, usiadłem na nadbrzeżnych kamieniach w miejscu gdzie było najmniej ludzi. Tam, zbliżył się do mnie jakiś człowiek uprzedzającej postaci, okryty szkarłatnym płaszczem, nie pozdrowiwszy mnie wcale usiadł i odezwał się w te słowa: «Czy pan Romati znowu zajmuje się rozwiązaniem jakiego zagadnienia z algebry lub astronomji?»
 «Bynajmniej — odpowiedziałem — pan Romati chciałby dostać się z Regio do Neapolu i w tej chwili przemyśla nad rozwiązaniem zagadnienia, jakim sposobem potrafi ujść spotkaniu się z bandą pana Zoto.»
 Natenczas nieznajomy przybrawszy poważną postać rzekł: «Panie Romati, zdolności twoje przynoszą zaszczyt twemu krajowi, zaszczyt ten bezwątpienia jeszcze się powiększy gdy przez nowe podróże rozszerzysz zakres twoich wiadomości. Zoto jest człowiekiem zbyt poważającym naukę aby miał przeszkadzać ci w tak szlachetnem przedsięwzięciu. Weź te czerwone piórka, zatknij jedno za twój kapelusz, resztę rozdaj twoim ludziom i śmiało puszczaj się w drogę. Co do mnie, jestem tym samym Zotem którego się tak lękacz i ażebyś niewątpił o tem co ci powiadam, patrz, oto są narzędzia mego rzemiosła.» — To mówiąc, odwinął płaszcz i pokazał mi pas z pistoletami i sztyletami, poczem przyjacielsko uścisnął mi rękę i zniknął. —
 Tu przerwałem naczelnikowi cyganów i rzekłem, że wiele słyszałem o tym rozbójniku i że nawet znałem jego synów.
 «Ja także ich znam — odparł Pandesowna — tem bardziej że oni razem ze mną zostają w służbie wielkiego szeika Gomelezów.»
 «Jak to? ty także w jego służbie?» zawołałem z największem podziwieniem. W tej chwili jeden z cyganów, zaszeptał kilka słów do ucha naczelnika, który wstał natychmiast i zostawił mi czas do rozmyślania nad tem czego się z ostatnich jego słów dowiedziałem. «Jakież może być to potężne stowarzyszenie, mówiłem sam do siebie, które zdaje się nie mieć innego celu prócz ukrywania jakiejś tajemnicy lub mamienia mego wzroku dziwnemi obłędami, których niekiedy zgaduję pewną część podczas gdy nowe nieprzewidziane okoliczności znowu wtrącają mnie w przepaść zwątpienia. Niema wątpienia że ja sam jestem jednem ogniwem tego niewidzialnego łańcucha, który coraz ciaśniej mnie krępuje.» Córki naczelnika które właśnie przybywały prosząc abym udał się z niemi na przechadzkę, przerwały moje marzenia. Wstałem i udałem się za niemi. Rozmowa toczyła się w czystym hiszpańskim języku, bez żadnej mieszaniny Herigoncy, czyli narzecza cygańskiego. Podziwiałem wykształcenie ich umysłu i wesołą otwartość charakteru. Po przechadzce zastawiono wieczerzę, poczem wszyscy rozeszli się na spoczynek; ale tym razem nie pokazała się żadna z moich kuzynek.


DZIEŃ TRZYNASTY.
 Naczelnik cyganów kazał mi przynieść obfite śniadanie i rzekł: «Señor Alfonsie, zbliżają się nasi nieprzyjaciele, czyli wyraźniej mówiąc, straż celna. Słusznem jest abyśmy im ustąpili pola bitwy. Znajdą tu paki dla nich przygotowane, reszta bowiem jest już w bezpiecznem miejscu. Posil się twojem śniadaniem i następnie dalej w drogę.»

 Ponieważ na drugiej stronie doliny widać już było celników, posiliłem się więc czemprędzej a tymczasem cały obóz ruszał naprzód. Błądziliśmy z góry na górę, zapuszczając się coraz głębiej w pustynie Sierra-Moreny. Nareszcie zatrzymaliśmy się w głębokim jarze gdzie nas już oczekiwano i przygotowano obiad. Po zaspokojeniu głodu, prosiłem naczelnika o dalszy ciąg historyi jego życia, na co ten chętnie przystał i tak dalej mówił:
DALSZY CIĄG HISTORYI PANDESOWNY.
 Zostawiłeś mnie całemi siłami przysłuchującego się zadziwiającemu opowiadaniu Giulia Romati, owóż więc towarzysz nasz tak dalej jął rozpowiadać swoje przygody:

DALSZY CIĄG HISTORYI GIULIA ROMATI.
 Znany sposób myślenia Zota sprawił że zupełnie zaufałem jego przyrzeczeniom. Wróciłem niesłychanie zadowolony do mojej gospody i natychmiast posłałem po mulników. Wnet kilku ich przyszło i śmiało ofiarowało mi swoje usługi, rozbójnicy bowiem tak im jako i ich zwierzętom niewyrządzali żadnej krzywdy. Wybrałem z pomiędzy nich człowieka który miał powszechnie dobrą sławę. Nająłem jednego muła dla siebie, drugiego dla mego służącego i dwa inne pod juki. Sam mulnik miał także swego muła i dwóch pieszych przewodników.
 Nazajutrz o świcie wyruszyłem w drogę i zaledwie oddaliłem się o milę od miasta gdy ujrzałem małe oddziały Zota które zdawały się pilnować mnie z daleka i luzowały się z miejsca do miejsca. Tym sposobem, pojmujesz że nie miałem się czego obawiać.
 Podróż wiodła mi się wybornie i zdrowie z każdym dniem polepszało. Już byłem tylko o dwa dni od Neapolu, gdy nagle przyszła mi myśl aby zboczyć z drogi i zwiedzić Salerno. Ciekawość ta łatwo dawała się usprawiedliwić; długo pracowałem nad historyą odrodzenia sztuk, których Salerno we Włoszech było niegdyś kolebką. Wreszcie sam niewiem jaki fatalizm ciągnął mnie do przedsięwzięcia tej nieszczęsnej podróży.
 Zjechałem z głównego gościńca w Monte-Brugio i wziąwszy przewodnika z poblizkiej wioski zapuściłem się w okolicę najdzikszą jaką tylko można sobie wyobrazić. O południu przybyłem do wpół rozwalonego budynku który mój przewodnik nazywał gospodą, ale niepoznałem tego bynajmniej po przyjęciu jakiego doznałem od gospodarza. W istocie biedak ten zamiast ofiarowania mi jakiego posiłku, błagał mnie abym mu udzielił co z moich zapasów. Na szczęście miałem z sobą mięso na zimno, podzieliłem się więc nim, z moim przewodnikiem i służącym, mulnicy bowiem zostali w Monte-Brugio.
 We dwie godziny potem, opuściłem to nędzne schronienie i wkrótce spostrzegłem obszerny zamek położony na szczycie góry. Zapytałem mego przewodnika jak się to miejsce nazywało i czy było zamieszkanem? Odpowiedział mi, że w kraju nazywano go zwykle Lo monte albo też Lo castello, że zamek był zupełnie spustoszały i niezamieszkany ale że wewnątrz zbudowano kaplicę z kilką celami, gdzie Franciszkanie z Salerno utrzymywali pięciu lub sześciu zakonników, przytem dodał z wielką prostotą: «Dziwne przygody rozpowiadają o tym zamku, ale ja żadnej nieumiem na pamięć, gdyż jak tylko kto zacznie o tem mówić natychmiast uciekam z kuchni i idę do mojej bratowej Pepy, gdzie zwykle zastaję jednego z ojców Franciszkanów który mi daje swój szkaplerz do pocałowania.» Pytałem go dalej, czy będziemy przejeżdżali koło zamku? Odpowiedział mi, że niebawem dostaniemy się na ścieżkę prowadzącą przez środek góry.
 Śród tego, niebo pokryło się chmurami i nad wieczorem zaryczała straszliwa burza, jak na nieszczęście znajdowaliśmy się na pochyłości góry która nieprzedstawiała nam żadnego schronienia; przewodnik oznajmił nam że w pobliżu wiedział o obszernej jaskini, do której jednak droga była nader przykrą. Postanowiłem korzystać z jego rady, ale zaledwie zjechaliśmy między skały gdy tuż obok nas uderzył piorun. Muł mój upadł ja zaś stoczyłem się z wysokości kilku sążni; cudownym trafem zaczepiłem się o drzewo i czując że byłem ocalony, zacząłem wołać na moich towarzyszów, ale żaden mi nie odpowiedział.
 Błyskawice z taką szybkością następowały po sobie, że przy ich świetle zdołałem rozpoznać otaczające mnie przedmioty i stanąć na bezpieczniejszem miejscu. Postępowałem naprzód chwytając się za drzewa i krzaki, i tym sposobem dostałem się do małej jaskini, która jednak nie dotykając żadnej ścieżki nie mogła być tą o jakiej mi przewodnik wspominał. Ulewa, wicher, grzmoty i pioruny zwiększyły się w dwójnasób. Drżałem cały w przemoczonych moich sukniach i przez kilka godzin musiałem zostawać w tem nieznośnem położeniu. Nagle zdało mi się żem ujrzał pochodnie migające na dnie wąwozu. Sądziłem że to byli moi ludzie, jąłem ich przyzywać i wkrótce usłyszałem krzyki odpowiedzi.
 Niebawem postrzegłem młodego człowieka przyzwoitej postaci z kilku służącymi, z których jedni nieśli pochodnie drudzy zaś zawiniątka z odzieżą. Młodzieniec ukłonił mi się z głębokiem uszanowaniem i rzekł: «Panie Romati, należymy do księżniczki Monte-Salerno. Przewodnik którego pan wziąłeś w Monte-Brugio, doniósł nam że zabłąkałeś się w tych górach, przychodzimy więc po pana z rozkazu księżniczki, — racz przywdziać te suknie i pójść z nami do zamku.»
 «Jakto — odpowiedziałem — chcesz pan mnie zaprowadzić do tego opuszczonego zamku położonego na szczycie góry?»
 «Bynajmniej — odparł młodzieniec — ujrzysz pan przepyszny pałac od którego zaledwie o dwieście kroków jesteśmy oddaleni.»
 Myślałem że w istocie jaka neapolitańska księżniczka miała swój pałac w tych okolicach, ubrałem się więc i pośpieszyłem za moim młodym przewodnikiem. Wkrótce znalazłem się przed przysionkiem z czarnego marmuru, ponieważ jednak pochodnie nie oświecały reszty budynku, niemogłem dostatecznie o nim sądzić. Młodzieniec opuścił mnie na dole wschodów, weszłem więc sam na górę i na pierwszym zakręcie spostrzegłem kobietę niezwykłej piękności która mi rzekła: «Panie Romati, księżniczka Salerno poleciła mi pokazać ci wszystkie piękności tego mieszkania.»
 Odpowiedziałem, że sądząc o księżniczce po jej orszaku niewieścim, musiała ona przewyższać wszelkie wyobrażenie jakie można było sobie o niej uczynić.
 W istocie, przewodniczka moja była tak doskonałej piękności i tak wspaniałej postaci, że zaraz z początku pomyślałem że kto wie czyli to nie była sama księżniczka; uważałem także że nosiła na sobie ubiór jaki spostrzegamy na portretach z przeszłego wieku, sądziłem jednak że to był strój dam neapolitańskich które upodobały sobie te odwieczne mody.
 Weszliśmy naprzód do komnaty gdzie wszystko było z lanego srebra. Posadzka składała się ze srebrnych kwadratów, jednych polerowanych drugich nie lśniących. Sufit wyrabiany był w smaku drewnianych rzeźb w dawnych zamkach. Nareszcie lamperye, oprawy obić, zwierciadła, ramy i stoły zadziwiały wykończeniem dłuta snycerskiego. «Panie Romati — rzekła mniemana dama honorowa — zbyt długo zatrzymujesz się nad temi drobnostkami; jestto tylko przedpokój przeznaczony dla pieszej służby księżniczki Monte-Salerno.»
 Nic na to nieodpowiedziałem i weszliśmy do drugiej komnaty podobnej kształtem do pierwszej, wyjąwszy, że wszystko co tam ze srebra tu było złociste z ozdobami z tego cieniowanego złota jakie tak wysoko ceniono przed pięćdziesięcią laty. «Ta komnata, mówiła dalej młoda nieznajoma, należy do szlachty dworskiej, marszałka i innych urzędników naszego dworu; w pokojach księżniczki nie zobaczysz ani złota ani srebra, tam panuje zupełna prostota — możesz to poznać już z tej sali jadalnej.» To mówiąc otworzyła boczne drzwi. Weszliśmy do sali której ściany pokrywał kolorowy marmur, u sufitu zaś na około biegł wieniec misternie wyrobiony z białego marmuru. W głębi w wspaniałych kredensach stały naczynia z górnego kryształu i czary z najkosztowniejszej indyjskiej porcelany.
 Ztąd wróciliśmy znowu do komnaty dworzan i przeszliśmy do sali bawialnej: «Oto jest sala — mówiła dama — która bezwątpienia wzbudzi twoje podziwienie.» Rzeczywiście stałem jak osłupiały i począłem naprzód przypatrywać się posadzce, która była ułożoną z Lapis lazuli przekładanego twardemi kamieniami nakształt mozaiki florenckiej. Jeden stół takiej mozaiki kosztuje kilkanaście lat pracy. Rysunek zdala przedstawiał jeden wielki arabesk, ale przypatrzywszy się bliżej szczegółom, spostrzegano nieskończoną rozmaitość która dodawała wdzięku całości. W istocie jakkolwiek rysunek wszędzie zdawał się jednakowy, tu jednak wyobrażał najpiękniejsze różnobarwne kwiaty, owdzie muszle połyskujęce kolorami tęczy, tam znowu motyle, dalej kolibry. Ostatecznie najdroższe kamienie posłużyły do naśladowania tego co natura ma najpowabniejszego. Środek tej wspaniałej posadzki przedstawiał ubranie kobiece z drogich kamieni otoczone sznurem wielkich pereł. Wszystko wydawało się w płaskorzeźbie jakby rzeczywiste, zupełnie tak jak w stołach florenckich. «Panie Romati — przerwała nieznajoma, jeżeli nad wszystkiem będziesz tak długo się zastanawiał, nieskończymy nigdy.»
 Natenczas podniosłem oczy i spostrzegłem obraz Rafaela, który zdawał się być jego pierwszą myślą szkoły ateńskiej, który jednak piękniejszym był co do kolorytu, z powodu świetności olejnych farb.
 Następnie, ujrzałem Herkulesa u nóg Omfali; postać Herkulesa była pędzla Michała Anioła, w twarzy kobiety poznałem utwór Gwida. Jednem słowem, każdy obraz w tej sali przewyższał w doskonałości wszystko co dotąd widziałem. Obicie było z gładkiego zielonego aksamitu, od którego barwy malowidła wybornie się odbijały.
 Po obu stronach każdych drzwi stały dwa posągi nieco mniejszej niż zwykła pastaci; było ich razem cztery. Jeden był sławny amor Fidyasza wykuty dla Fryne, drugi, faun tegoż sztukmistrza, trzeci prawdziwa Wenus Praksytelesa której medycejska jest tylko kopią, czwarty był Antinous nadzwyczajnej piękności. Oprócz tego w oknach stały marmurowe grupy.
 Na około salonu uszykowane były komody z szufladami, ozdobione zamiast bronzu, misternemi oprawami jubilerskiemi obejmującemi kamee jakie zaledwie możnaby znaleźć w królewskich gabinetach. Szuflady zawierały zbiory złotych metalów ułożone w uczonym porządku.
 «Tutaj to — rzekła moja przewodniczka — pani tego zamku przepędza poobiednie godziny, przeglądanie bowiem tych zbiorów nastręcza rozmowę równie zabawną jak nauczającą, ale pozostaje panu jeszcze wiele rzeczy do widzenia, pójdź więc za mną.»
 Wtedy weszliśmy do sypialni — była to ośmiokątna komnata z czterema alkowami w każdej z których stało obszerne wspaniałe łoże. Niebyło tu widać ani lamperyi, ani obić, ani sufitu. Z wytwornym smakiem rozwieszony, pokrywał wszystko muślin indyjski haftowany w misterne wzory i tak cienki, że można go było wziąść za mgłę, której sama Arachne znalazła sposób uwięzienia w lekką tkaninę.
 «Po cóż te cztery łoża?» zapytałem.
 «Ażeby można przenieść się z jednego na drugie w razie gdy upał nie dozwala zasnąć,» odpowiedziała piękna nieznajoma.
 «Ale dla czegóż te łoża są tak obszerne?» dodałem po chwili.
 «Czasami księżniczka, gdy bezsenność ją trawi ma zwyczaj przywoływania swoich kobiet — ale przejdźmy do kąpieli.»
 Była to okrągła komnata wykładana perłową macicą ze szlakami z korali. Do koła sufitu sznur z wielkich pereł utrzymywał franzlę z klejnotów tejże samej wielkości i wody. Sufit składała jedna wielka szyba szklanna przez którą widać było pływające złocone rybki chińskie; zamiast wanny, we środku wprawiony był wyżłobiony płyt marmurowy, do koła obłożony sztucznym mchem, pośród którego sterczały najrzadsze, indyjskie muszle.
 Na ten widok niemogłem już powstrzymać oznak podziwienia i zawołałem: «Ach pani, raj ziemski niczem jest w porównaniu z tem cudownem mieszkaniem!»
 «Raj ziemski! — krzyknęła młoda kobieta przerażona i prawie z rozpaczą — raj! czy mówiłeś co o raju? proszę cię panie Romati, nie wyrażaj się w ten sposób, usilnie cię o to proszę; teraz pójdź za mną.»
 Natenczas przeszliśmy do ptaszarni, napełnionej wszelkiemi rodzajami ptaków zwrotnikowych i wszystkiemi miłemi śpiewakami naszego klimatu. Zastaliśmy tam stół nakryty dla mnie samego. «Jakże możesz pani sądzić — rzekłem do pięknej przewodniczki — aby ktoś mógł myśleć o jedzeniu w tym boskim pałacu. Widzę że pani nie masz zamiaru dotrzymywać mi towarzystwa, z mojej strony nie odważę się sam zasiąść, chyba pod warunkiem że pani raczysz opowiedzieć mi niektóre szczegóły o księżniczce która posiada te wszystkie cuda.» Młoda kobieta wdzięcznie się uśmiechnęła, podała mi jadło, usiadła i zaczęła w te słowa: «Jestem córką ostatniego księcia Monte-Salerno...»
 «Jak to? ty pani?»
 «Chciałam rzec, księżniczka Monte-Salerno — ale nie przerywaj mi.»

HISTORYA KSIĘŻNICZKI MONTE-SALERNO.
 Książe Monte-Salerno, pochodzący z dawnych udzielnych książąt Monte-Salerno, był grandem hiszpańskim, naczelnym wodzem wojsk, wielkim admirałem, wielkim koniuszym, wielkim marszałkiem dworu, wielkim łowczym, jednem słowem łączył w swojej osobie wszystkie wielkie urzęda królestwa neapolitańskiego. Jakkolwiek sam zostawał w służbie królewskiej, jednakże miał na swoim dworze wiele szlachty pomiędzy którą była i tytułowana. W liczbie tej ostatniej, znajdował się margrabia Spinawerde pierwszy dworzanin księcia, posiadający całe jego zaufanie, które wszelako podzielał z swoją małżonką margrabiną Spinawerde pierwszą damą z orszaku księżnej. Miałam w ówczas dziesięć lat — chciałam rzec że jedyna córka księcia Monte-Salerno miała w ówczas dziesięć lat. Wtedy to oboje Spinawerde opuścili dom książęcy; mąż ażeby zająć się ogólnym zarządem dóbr, żona zaś mojem wychowaniem. Zostawili w Neapolu najstarszą córkę nawiskiem Laurę, w której utrzymywano że sam książę się kochał. Matka jej i młoda księżniczka przybyły na mieszkanie do Monte-Salerno. Jeżeli nie wiele zajmowano się wychowaniom młodej Elfrydy natomiast starano się zadość czynić wszelkim jej żądzom; przyzwyczajano otaczające ją kobiety do słuchania najmniejszych moich skinień. —
 «Skinień Pani?» zawołałem.
 «Nie przerywaj mi pan, już cię raz oto prosiłam,» odparła, poczem tak dalej mówiła:
 Zachciało mi się wystawiać cierpliwość moich kobiet na próby wszelkiego rodzaju. Co chwila dawałam im przeciwne rozkazy których zaledwie połowę były w stanie wypełnić, wtedy karałam je szczypaniem, drapaniem lub zatykaniem im szpilek w ręce i nogi. Niebawem wszystkie mnie porzuciły. Margrabina przysłała mi inne ale i te niemogły długo ze mną wytrzymać. Tymczasem mój ojciec ciężko zachorował i udałyśmy się do Neapolu. Ja mało go widywałam, ale oboje Spinawerde nie opuszczali go na chwilę. Nareszcie umarł i w testamencie naznaczył margrabiego jedynym opiekunem córki i zawiadowcą wszelkich ziemskich i ruchomych majątków.
 Pogrzeb zatrzymał nas przez kilka tygodni, po czem wróciliśmy do Monte-Salerno gdzie znowu zaczęłam męczyć moje służące. Cztery lata upłynęły w tych niewinnych zatrudnieniach, które były dla mnie tem przyjemniejszemi, że margrabina każdego dnia przyznawała mi słuszność, zaręczając że cały świat był na moje usługi i że niebyło dość srogiej kary dla tych którzy niechcieli mi być posłusznymi.
 Pewnego jednak dnia wszystkie moje służące razem mnie opuściły tak że wieczorem musiałam rozbierać się sama. Rozpłakałam się ze złości i pobiegłam do margrabiny która mi rzekła: «Droga, miła księżniczko, osusz twoje piękne oczy, ja sama cię dziś rozbiorę, jutro zaś przyprowadzę ci sześć kobiet z których bezwątpienia będziesz zadowoloną.»
 Nazajutrz za mojem przebudzeniem, margrabina przedstawiła mi sześć młodych i nader pięknych dziewcząt które na pierwszy widok sprawiły na mnie dziwne wrażenie. One same zdawały się być wzruszone. Ja pierwsza ochłonęłam z mego pomieszania, wyskoczyłam z łóżka, uściskałam je po kolei i zapewniłam że nigdy nie będą ani bite ani łajane. W istocie chociaż czasami niezgrabnie poczynały sobie z moim ubiorem, lub ośmielały się mnie niesłuchać, nigdy się na nie nie gniewałam. —
 «Ależ pani — rzekłem do księżniczki — kto wie czyli te dziewczęta nie były miodem i przebranemi chłopcami.» — Księżniczka przybrała dumną postawę i odparła: «Panie Romati, prosiłam cię abyś mi nie przerywał,» i po tych słowach, tak dalej mówiła.
 W dniu w którym skończyłam szesnaście lat, zapowiedziano mi znakomite odwiedziny. Byli to: sekretarz stanu, ambassador hiszpański i książę Guadarrama. Ten ostatni przybywał prosić o moją rękę, pierwsi zaś towarzyszyli mu tylko dla poparcia jego prośby. Młody książę był ujmującej postaci i niemogę zaprzeczyć że uczynił na mnie silne wrażenie. Wieczorem wyszliśmy wszyscy na przechadzkę do ogrodu. Zaledwie uczyniliśmy kilka kroków, gdy byk rozjuszony wyskoczył z pomiędzy drzew i rzucił się prosto na nas. Książe zabiegł mu drogę z płaszczem w jednej ze szpadą zaś w drugiej ręce. Byk wstrzymał się na chwilę, wkrótce jednak poskoczył na księcia i padł przeszyty jego żelazem. Zdało mi się że byłam winna życie odwadze i zręczności młodego księcia, ale nazajutrz dowiedziałam się że koniuszy jego na umyślnie przywiódł tam byka, i że pan jego chciał tym sposobem wyświadczyć mi grzeczność wedle zwyczajów swego kraju. Natenczas zamiast wdzięczności, rozgniewałam się za bojaźń jakiej mnie nabawił i odrzuciłam ofiarę jego ręki.
 Postępek ten z mojej strony, niesłychanie podobał się mojej ochmistrzyni; korzystała z tej sposobności aby dać mi poznać wszystkie moje zalety i wystawiła mi straty na jakie narażałam się zmieniając stan i nadając sobie pana. Wkrótce potem ten sam sekretarz stanu przyjechał do nas w towarzystwie innego ambassadora i panującego księcia Nudel-Hansberg. Zalotnik ten był wysoki, gruby, tłusty, blondyn, biały aż do siności, i ciągle rozmawiał ze mną o majoratach jakie posiadał w dziedzicznych państwach, ale mówiąc po włosku strasznie zarywał z niemiecka.
 Zaczęłam naśladować jego wymowę i tymże samym akcentem zapewniłam go, że jego obecność była niezbędną w majoratach które posiadał w państwach dziedzicznych. Niemiecki książę wyjechał dotknięty do żywego. Margrabina okryła mnie pieszczotami i ażeby tem pewniej zatrzymać mnie w Monte-Salerno, kazała wykonać wszystkie te piękne rzeczy które tu podziwiałeś. —
 «Zaprawdę, wybornie jej się udało — zawołałem — cudowny ten pałac słusznie może być nazwany, rajem ziemskim.» Na te słowa księżniczka powstała z oburzeniem i rzekła: «Panie Romati, już cię prosiłam abyś nie używał więcej tego wyrażenia,» — poczem zaczęła śmiać się ale straszliwym i konwulsyjnym śmiechem, powtarzając ciągle: «tak — rajem — ziemskim rajem — ma właśnie oczem mówić — o raju.» Scena ta poczynała stawać się przykrą; księżniczka nakoniec przybrała dawną surową postać i groźnie na mnie spojrzawszy, rozkazała abym udał się za nią.
 Natenczas otworzyła drzwi i znaleźliśmy się w obsernych podziemiach, w głębi których połyskiwało jak gdyby srebrne jezioro, które w istocie było z żywego srebra. Księżniczka klasnęła w dłonie i spostrzegłem łódkę kierowaną przez żółtego karła. Weszliśmy do łodzi i wtedy dopiero poznałem że karzeł miał twarz ze złota, oczy dyamentowe i usta z korala. Jednem słowem był to automat który za pomocą małych wioseł, krajał fale żywego srebra z niesłychaną zręcznością i pędził naprzód łódkę. Ten, nowego rodzaju przewodnik, wylądował z nami u stóp skały która otworzyła się, i znowu weszliśmy do podziemia gdzie tysiące innych automatów przedstawiło nam najdziwaczniejsze widowisko. Pawie roztaczały ogony wysadzane drogiemi kamieniami, papugi z szmaragdowemi piórami ulatywały nad naszemi głowami, murzyni z hebanu na złotych półmiskach przynosili nam wiśnie z rubinów i winogrona z szafirów — nieskończona ilość innych zadziwiających przedmiotów napełniała te cudowne sklepienia, których końca oko nie mogło dojrzeć.
 Natenczas, sam niewiem dla czego znowu wzięła mnie chętka powtórzenia tego nieszczęsnego porównania o raju, aby przekonać się jakie wrażenie słowo to sprawi tym razem na księżniczce. Ulegając więc niepowściągnionej ciekawości rzekłem: «W istocie można powiedzieć że pani posiadasz raj na ziemi...»
 Księżniczka jednak najwdzięczniej mi się uśmiechnęła mówiąc: «Ażebyś lepiej mógł osądzić o przyjemnościach tego pobytu, przedstawię ci sześć moich służących.» Przy tych słowach dobyła złoty klucz z zapasa i otworzyła ogromny kufer, pokryty czarnym aksamitem ze srebrnemi ozdobami. Gdy wieko odskoczyło, ujrzałem wychodzącego kościotrupa który zbliżał się ku mnie w groźnej postawie. Dobyłem szpady ale kościotrup wyrywając sobie lewą rękę, użył jej zamiast broni i z wściekłością na mnie napadł. Broniłem się dość dzielnie, gdy w tem drugi kościotrup wylazł z kufra i wyłamując żebro pierwszemu, z całej siły uderzył mnie niem w głowę. Pochwyciłem go za szyję, on obwinął mnie kościstemi rękoma i chciał powalić na ziemię. Nareszcie zdołałem go się pozbyć, ale tu trzeci kościotrup wywlókł się z kufra i złączył z dwoma pierwszemi. Za nim pokazały się jeszcze trzy inne. Wtedy niemając nadziei wyjścia zwycięzcą z tak nierównej walki, padłem na kolana przed księżniczką i prosiłem ją o miłosierdzie.
 Księżniczka rozkazała kościotrupom wrócić do kufra, po czem rzekła: «Romati, pamiętaj abyś nigdy w życiu niezapomniał tego co tu widziałeś.» W tej samej chwili, ścisnęła mnie za ramię, uczułem się sparzony aż do kości i zemdlałem.
 Niewiem jak długo zostawałem w tym stanie, nakoniec obudziłem się i usłyszałem w około mnie pobożne śpiewy. Poznałem żem leżał pośród obszernych zwalisk; chciałem ztąd się wydostać i zaszedłem na wewnętrzny dziedziniec gdzie ujrzałem kaplicę i mnichów śpiewających jutrznie. Po skończonych modlitwach, przeor zaprosił mnie do swojej celi. Poszedłem za nim i starając się zebrać moje zmysły opowiedziałem mu wszystko com widział tej nocy. Gdy skończyłem powieść, przeor rzekł: «Synu mój, nie patrzałżeś czyli księżniczka nie zostawiła ci jakich znaków na ręku?»
 Zatoczyłem rękaw i w istocie spostrzegłem ramię oparzone i znaki pięciu palców księżniczki.
 Natenczas przeor otworzył skrzynkę stojącą przy jego łóżku i wyjął z niej stary pargamin. «Oto jest — rzekł — bulla naszego założenia, ona może ci objaśni dzisiejsze twoje zdarzenie.» Rozwinąłem pargamin i przeczytałem co następuje:
 «Roku pańskiego 1503, dziewiątego lata panowania Fryderyka króla Neapolu i Sycylji, Elfrida Monte-Salerno, do ostatnich krańców posuwając bezbożność, głośno chełpiła się z posiadania prawdziwego raju i wyraźnie zrzekała się tego jaki nas czeka w przyszłem życiu. Tymczasem pewnej nocy z czwartku na wielki piątek, trzęsienie ziemi pochłonęło jej pałac, którego zwaliska stały się piekielnem mieszkaniem gdzie szatan, wróg rodzaju ludzkiego osadził chmarę złych duchów, które długo napastowały i napastują tysiącznemi obłędami odważających się przybliżać do Monte-Salerno, a nawet prawowiernych chrześcijan zamieszkujących te okolice. Z tego to powodu my Pius III., naczelnik duchowieństwa etc. etc. upoważniamy do założenia kaplicy w samymże środku rzeczonych zwalisk» itd. itd.
 Nie pamiętam już końca bulli, pomnę tylko że przeor zaręczył mi że nagabania stały się daleko rzadszemi, że jednakowoż czasami się wydarzały, mianowicie zaś w nocy z czwartku na wielki piątek. Zarazom doradził mi abym kazał zmówić kilkanaście mszy za duszę księżniczki i na jednej z nich sam był obecnym. Posłuchałem jego rady i następnie udałem się w dalszą podróż, ale pamięć tej nieszczęsnej nocy zostawiła mi smutne wrażenie którego nic nie zdoła wymazać, nadto ręka ciągle mocno mnie dolega. Przy tych słowach Romati obnażył ramię na którem spostrzegliśmy oparzeliznę i ślady palców księżniczki. —
 Tu przerwałem naczelnikowi mówiąc mu że przeglądałem u kabalisty niektóre podania Hapeliusa i żem w nich znalazł przygodę nader do tej podobną.
 «To być może — odrzekł naczelnik — że Romati nauczył się swojej historyi z tej książki, a nawet że całkiem ją zmyślił. Wszelako opowiadanie jego wielce przyczyniło się do podniecenia we mnie chęci do podróży i zwłaszcza nadziei doznania samemu równie nadzwyczajnych przygód, która zawsze została tylko nadzieją. Ale taka jest moc wrażeń odebranych w młodocianym wieku, że marzenia te długo zawracały mi głowę i nigdy nie zdołałem zupełnie się z nich otrząsnąć.»
 «Panie Pandesowna — rzekłem na to — czyliż niedałeś mi do zrozumienia, że od czasu jak żyjesz w tych górach, widziałeś rzeczy które także możnaby nazwać cudownemi?»
 «W istocie, widziałem pewne rzeczy które mi przypomniały historyę Giulia Romati.»
 W tej chwili jeden z cyganów przerwał naczelnikowi opowiadanie; zastawiono obiad, że zaś Pandesowna miał wiele do czynienia, wziąłem strzelbę i poszedłem na polowanie. Przedarłem się przez kilka pagórków i rzuciwszy wzrok na dolinę rozciągającą się pod memi stopami, zdało mi się żem poznał zdaleka nieszczęsną szubienicę dwóch braci Zota. Widok ten podniecił moją ciekawość, przyśpieszyłem kroku i w istocie znalazłem się u wejścia do szubienicy na której dawnym zwyczajem oba trupy wisiały. Ze zgrozą odwróciłem oczy i smutno wróciłem do naszego obozu. Naczelnik zapytał mnie gdzie chodziłem, odpowiedziałem mu że zapuściłem się aż do szubienicy dwóch braci Zota.
 «Zastałeś ich obu wiszących?» rzekł cygan.
 «Jakto? — przerwałem — czy oni mają czasami zwyczaj odczepiania się?»
 «Bardzo często — rzekł naczelnik — zwłaszcza zaś w nocy.»
 Te kilka słów pogrążyły mnie w tęsknotę; znowu więc byłem w sąsiedztwie dwóch przeklętych straszydeł; czyli zaś to były upiory lub też wymarzone na mnie strachy, zawszem mniemał że należało mi ich się obawiać. Smutek dręczył mnie przez resztę dnia; poszedłem spać bez wieczerzy i przez całą noc marzyłem tylko o widmach, upiorach, duchach, zmorach i wisielcach.


DZIEŃ CZTERNASTY.
 Cyganki przyniosły mi czekuladę i raczyły ze mną śniadać. Następnie znowu wziąłem strzelbę i nie pojmuję jakie nieszczęsne roztargnienie zaprowadziło mnie do szubienicy dwóch braci Zota. Zastałem ich odczepionych; wszedłem wewnątrz szubienicy i ujrzałem oba trupy wzdłuż leżące na ziemi, a między niemi młodą dziewczynę w której poznałem Rebekę.
 Obudziłem ją jak można było najłagodniej, jednakowoż widok, którego niemogłem zasłonić wtrącił ją w stan niewypowiedzianej boleści. Dostała konwulsyi, zaczęła płakać i zemdlała. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do poblizkiego źródła, tam skropiłem jej twarz wodą i nieznacznie przywróciłem do zmysłów.
 Nigdy nie byłbym odważył się powiedzieć jej że zastałem ją pod szubienicą, ale ona pierwsza zaczęła o tem mówić. — «Dobrze to wiedziałam — rzekła — że milczenie twoje będzie miało dla nas zgubne skutki. Niechciałeś opowiedzieć nam twojej przygody i stałam się równie jak ty, ofiarą tych przeklętych upiorów. Dotąd nie mogę jeszcze wytłumaczyć sobie wszystkich okropności tej nocy. Będę jednak starała się przypomnieć je i zdam ci z nich sprawę, ale niezrozumiałbyś mnie gdybym nie zaczęła od początku mego życia.» — Rebeka zamyśliła się przez chwilę i w te słowa zaczęła:

HISTORYA REBEKI.
 Mój brat opowiadając ci swoje przygody, zaznajomił cię z pewną częścią moich. Ojciec mój przeznaczał go na małżonka dla dwóch córek królowej Saby, co zaś do mnie, chciał abym zaślubiła dwóch genjuszów przewodniczących konstellacyi bliźniąt.
 Mój brat, dumny ze związku jaki mu zapowiadano, podwoił zapał do nauk kabalistycznych. Ja doznałam zupełnie przeciwnego wrażenia; przestraszała mnie myśl zaślubienia dwóch na raz genjuszów i tak byłam tem przerażoną że nie mogłam ułożyć dwóch wierszów kabały. Każdego dnia odkładałam pracę na jutro i skończyłam na tem, że całkiem zapomniałam tej sztuki równie trudnej jak niebezpiecznej.
 Brat mój niebawem postrzegł moją opieszałość i obarczył mnie najprzykrzejszemi wymówkami. Przyrzekłam mu poprawę nie myśląc jednak o dotrzymaniu obietnicy. Nareszcie zagroził mi że oskarży mnie przed ojcem; zaklinałam go aby mnie oszczędził, wtedy przyrzekł czekać jeszcze do soboty, ale ponieważ dotąd nic jeszcze nie uczyniłam, wszedł do mnie o północy, rozbudził i rzeki że natychmiast wywoła cień mego ojca — straszliwego Mamona.
 Padłam mu do nóg, wzywałam jego litości ale nadaremnie. Usłyszałam jak wymawiał groźną formułę wynalezioną niegdyś przez Baltoiva z Endoru. Natenczas na tronie z kości słoniowej ukazał się mój ojciec; wzrok jego zagniewany śmierć mi zadawał, myślałam że nie przeżyję pierwszego wyrazu jaki wyjdzie z ust jego. Przemówił jednak. Zaczął od wezwania Boga Abrahama i Jakóba. Tak jest, nie wahał się wyrzec tych przerażających zaklęć. —
 Tu młoda izraelitka ukryła twarz w dłonie i zdawała się drżeć na samo wspomnienie tej okropnej sceny, nareszcie przyszła do siebie i tak dalej mówiła:
 Nie słyszałam reszty mowy mego ojca, zemdlałam bowiem za nim skończył. Odzyskawszy zmysły spostrzegłam mego brata podającego mi księgę Szafirothu. Myślałam że znowu stracę przytomność; ale trzeba było poddać się wyrokowi. Mój brat, który dobrze wiedział że należało wrócić ze mną do pierwszych początków, miał dość cierpliwości i jeden po drugim wszystkie mi je przypomniał. Zaczęłam od składania syllab, następnie przeszłam do wyrazów i formuł. Powoli, wzniosła ta nauka zupełnie mnie oczarowała. Przepędzałam całe noce w gabinecie który służył memu ojcu za obserwatoryum i wychodziłam dopiero gdy światło dzienne przerywało moje badania; wtedy upadałam ze znużenia. Mulatka moja Zulejka rozbierała mnie sama niewiedziałam kiedy. Po kilku godzinach spoczynku wracałam do zatrudnień do których bynajmniej niebyłam stworzoną, jak to sam wkrótce zobaczysz.
 Znasz Zulejkę i zapewne uważałeś nadzwyczajną jej piękność. Oczy jej tchną słodyczą, usta umila roskoszny uśmiech, ciało zaś zadziwia doskonałością kształtów. Pewnego dnia, wracając z obserwatoryum gdy długo napróżno wołałam na nią aby przyszła mnie rozebrać, weszłam do jej pokoju i ujrzałam ją przez pół wychyloną za okno, dającą znaki komuś na drugiej stronie doliny i ślącą namiętne pocałunki które zdawała się ścigać całą duszą.
 Dotąd, niemiałam żadnego pojęcia o miłości; wyrażenie tego uczucia po raz pierwszy uderzyło mój wzrok. Tak byłam przejęta podziwieniem, że stanęłam niewzruszona jak posąg. Zulejka odwróciła się: żywy rumieniec przebił orzechową barwę jej płci i rozlał się po całem jej ciele. Ja także zarumieniłam się i nagle zbladłam. Czułam że odchodzę od zmysłów. Zulejka podbiegła, pochwyciła mnie w swoje objęcia a serce jej bijące wraz z mojem, przelało we mnie zapał jaki krążył po jej żyłach.
 Mulatka rozebrała mnie czemprędzej i gdy położyła mnie w łóżko, zdawała się oddalać z większą roskoszą niż kiedykolwiek. Wkrótce usłyszałam kroki męzczyzny wchodzącego do jej pokoju. Równie szybkiem jak mimowolnem poruszeniem, zerwałam się z łóżka, pobiegłam do drzwi i przyłożyłam oko do dziurki od klucza. Ujrzałam młodego mulata Tantzaï wnoszącego koszyk napełniony polnemi kwiatami. Zulejka pobiegła naprzeciw niego, wzięła pełne dłonie kwiatów i przycisnęła je do łona. Tantzaï zbliżył się aby oddychać ich zapachem który mięszał się z westchnieniami jego kochanki. Zulejka zadrżała, dreszcz i mnie wskroś przejął, powiodła po nim błędnemi oczyma, i padła w jego objęcia. Oblałam łzami moją pościel, łkania dech mi zatrzymywały i w rozmarzeniu boleści zawołałam: «Ach moja sto dwudziesta prababko której imię noszę, łagodna i czuła małżonko Izaaka, jeżeli z łona twego teścia z łona Abrahama widzisz stan w jakim się znajduję, ubłagaj cień Mamona i powiedz mu, że jego córka niegodną jest zaszczytów które dla niej przeznacza!»
 Wołania te zbudziły mego brata; wszedł do mnie i myśląc że byłam chorą, dał mi uspokojające lekarstwo. Wrócił jeszcze w południu i znalazłszy że puls bił mi gwałtownie, ofiarował się dalej za mnie prowadzić moje prace kabalistyczne. Z wdzięcznością przyjęłam tę ofiarę gdyż sama do niczego nie byłam zdolną. Ku wieczorowi zasnęłam i miałam sny cale odmienne od tych jakie dotąd mnie nawiedziały. Nazajutrz, marzyłam na jawie czyli raczej byłam tak roztargnioną że sama niewiedziałam co mówiłam. Brat mój często rzucał na mnie srogie spojrzenia i wywoływał na lica moje niewytłumaczony rumieniec. Tym sposobem przeszło ośm dni.
 Pewnej nocy, brat mój wszedł do mego pokoju; pod pachą trzymał księgę Szafirothu, w ręku zaś szarfę z konstellacyami na której wypisane było siedmdziesiąt nazwisk jakie Zoroaster nadał konstellacyi bliźniąt. «Rebeko — rzekł do mnie — Rebeko, wyjdź z tego stanu który cię poniża. Czas jest abyś sprobowała twej władzy nad ludami żywiołowemi i piekielnemi duchy. Ta szarfa z konstellacyami, zabezpieczy cię przed ich natarczywością. Wybierz na okolicznych górach miejsce które uznasz za najstosowniejsze do twoich działań i pomyśl że cały twój los od nich zależy.» Po tych słowach brat mój wyprowadził mnie za bramę zamkową i zamknął za mną kratę.
 Zostawiona sama sobie wezwałam całej odwagi na pomoc; noc była ciemna, stałam jak wryta w koszuli z bosemi nogami, rozpuszczonym włosem i księgą w ręku. Zwróciłam kroki na górę która zdawała mi się być najbliższą. Jakiś pasterz chciał mnie pochwycić, odepchnąłem go ręką w której trzymałam księgę i padł trupem u mych nóg. Nie będzie to cię dziwiło gdy się dowiesz, że okładka mojej księgi była wystruganą z drzewa arki, które miało własność niszczenia wszystkiego czego tylko się dotykało.
 Słońce zaczęło wstawać gdy dostałam się na wierzchołek który wybrałam do uskutecznienia moich działań, niemogłam jednak ich rozpocząć jak dopiero nazajutrz o północy. Schroniłam się do jaskini gdzie zastałam niedźwiedzicę z kilkoma niedźwiadkami; rzuciła się na mnie ale oprawa księgi i tym razem nie była bezskuteczną — zwierzę upadło u mych stóp. Wzdęte jej wymiona przypomniały mi że umierałam z czczości, nie miałam zaś jeszcze żadnego genjusza a nawet żadnego ducha błędnego na moje rozkazy. Postanowiłam korzystać ze sposobności i ugasić pragnienie mlekiem niedźwiedzicy. Ostatki ciepła które zwierzę jeszcze w sobie zachowało, uczyniły mój pokarm mniej odrażającym, ale w tem niedźwiadki przyszły dopominać się o swoją część. Wyobraź sobie Alfonsie szesnastoletnią dziewczynę, która nigdy dotąd nie opuściła domu gdzie się była urodziła, nagle w tak okropnem położeniu. Wprawdzie miałam w ręku straszliwą broń ale nie byłam przyzwyczajoną jej używać, najmniejsza zaś nieuwaga mogła ją przeciw mnie obrócić.
 Tymczasem spostrzegłam że trawa nagle schła, powietrze rozżarzało się z gwałtownością i ptaki padały martwe w przelocie. Poznałam że szatany uprzedzone o tem co miało nastąpić, zaczynały się już zgromadzać. Poblizkie drzewo samo się zapaliło, buchnęło kłębami dymu które zamiast wznieść się do góry, otoczyły moją jaskinię i pogrążyły mnie w ciemnościach. Niedźwiedzica leżąca u mych nóg zdawała się ożywiać i oczy jej zabłysły ogniem który na chwilę rozproszył ciemność. Natenczas z paszczy jej wyskoczył zły duch pod postacią skrzydlatego węża. Był to Nemrael, duch ostatniego stopnia, którego przeznaczano na moje usługi. Wkrótce usłyszałam rozmowę w języku Egregorów, najznakomitszych strąconych aniołów i zrozumiałam, że uczynią mi zaszczyt towarzyszenia przy pierwszem mojem wejściu w świat istot pośrednich. Mowa ta jest tą samą w jakiej Enoch napisał pierwszą swoją księgę, dzieło nad którem głęboko się zastanawiałam.
 Nareszcie Semiarus, książę Egregorów przyszedł oznajmić mi że czas już było zacząć. Wyszłam z jaskini, roztoczyłam w koło moją szarfę z konstellacyami, otworzyłam księgę i głośno wymówiłam straszliwe zaklęcia które dotychczas zaledwie odważałam się czytać po cichu.
 Pojmujesz dobrze że niejestem w stanie wypowiedzenia ci wszystkiego co się ze mną działo, a nawet nie mógłbyś tego zrozumieć. Dodam tylko że nabyłam dość silnej władzy nad duchami i że nauczono mnie środków zapoznania się z bliźniętami niebieskiemi. Około tego czasu, mój brat dostrzegł końce nóg córek Salomona. Czekałam dopóki słońce wejdzie w znak bliźniąt; z kolei tego dnia, czyli raczej tej nocy, wzięłam się do dzieła. Wytężyłam wszystkie siły moje, wreszcie sen mnie owładnął któremu nie mogłam się oprzeć.
 Nazajutrz z rana gdy Zulejka przyniesła mi zwierciadło, spostrzegłam stojące za sobą dwie ludzkie postacie — obróciłam się alem nic nie ujrzała; rzuciłam znowu wzrok na zwierciadło i znowu ten sam obraz mi się przedstawił. Wreszcie zjawisko to wcale nie było strasznem. Widziałam dwóch młodzieńców których postać nieco przewyższała zwykłego wzrostu ludzkiego. Barki ich były daleko szersze i trocha zaokrąglone jako u kobiet; piersi także były wznioślejsze, wytoczone zaś ramiona wspierali na bokach, w postawie jakie widzimy w posągach egipskich. Błękitno złote włosy spadały im w pierścieniach na szyje, nie mówię ci już o rysach ich twarzy; możesz sobie wyobrazić piękność półbożków, gdyż w istocie były to bliźnięta niebieskie, poznałam je po małych płomykach połyskujących na ich skrzydłach. —
 «Jakżeż byli ubrani ci półbożkowie?» zapytałem Rebeki.
 «Wcale nie byli ubrani — odrzekła — każdy z nich miał cztery skrzydła z których dwa wyrastały im z ramion i spływały na grzbiet, drugie zaś zataczały się wdzięcznie kolo pasa. Jakkolwiek skrzydła te były przezroczyste, atoli iskry srebra i złota któremi były przetykane dostatecznie ich zasłaniały.»
 «Otóż są więc — rzekłam sama do siebie — dwaj niebiescy młodzieńcy którym przeznaczoną jestem za małżonkę. Niemogłam wewnętrznie wstrzymać się od porównania ich z młodym mulatem który tak szczerze kochał Zulejkę, ale zapłoniłam się na tę myśl.
 Spojrzałam w zwierciadło i zdało mi się żem widziała jak pół bożkowie rzucali mi zagniewane spojrzenia, niby odgadli moje myśli i obrazili się żem śmiała mimowolnie poniżyć ich tem porównaniem.
 Przez kilka następnych dni lękałam się spojrzeć w zwierciadło. Nareszcie odważyłam się. Boskie bliźnięta z rękami założonemi na piersiach, łagodnemi i czułemi spojrzeniami rozproszyły moją bojaźń. Nie wiedziałam jednak co im powiedzieć. Aby wycofać się z tego kłopotu, poszłam po jeden tom dzieł Edrisa który wy nazywacie Atlasem. Jestto najpiękniejsza poezya jaką posiadamy. Dźwięki wierszów Edrisa naśladują harmonię ciał niebieskich. Nie jestem dość obeznaną z językiem tego autora, lękając się więc czylim źle nie przeczytała, ukradkiem spojrzałam w zwierciadło aby przekonać się jaki skutek wywierałam na słuchaczach. Mogłam być zupełnie zadowoloną. Taminowie spoglądali po sobie wzrokiem potwierdzającym moje słowa i czasami rzucali w zwierciadło spojrzenia, na widok których byłam mocno wzruszoną.
 W tej chwili brat mój wszedł do pokoju i znikło całe widzenie. Mówił mi o córkach Salomona których widział tylko końce nóg. Widząc go wesołego podzieliłam jego radość, tem bardziej że czułam się przejętą nieznanem dotąd uczuciem. Wzruszenie wewnętrzne, towarzyszące zawsze działaniom kabalistycznym, ustąpiło miejsca słodkiemu rozmarzeniu o którego roskoszach dotąd nic nie wiedziałam.
 Mój brat kazał otworzyć kratę zamkową, która była zamkniętą od czasu mego wyjścia na górę i oddaliśmy się przyjemności przechadzki. Okolica wydała mi się czarowną, pola połyskiwały najświetniejszemi barwami. Spostrzegłam także w oczach mego brata pewien zapał, odmienny od tego jaki w nim przedtem gorzał do nauk. Zapuściliśmy się w lasek pomarańczowy. On poszedł marzyć w swoją stronę ja w moją i powróciliśmy przepełnieni czarownemi myślami.
 Zulejka rozbierając mnie przyniosła zwierciadło; spostrzegłszy że nie byłam samą kazałam go odnieść, przekładając sobie, obyczajem strusia, że sama nie widząc nie będę widzianą. Położyłam się i zasnęłam, ale wkrótce najdziwaczniejsze sny pochwyciły moją wyobraźnią. Zdawało mi się że w przepaści niebios widziałam dwie świetne gwiazdy, które z kręgu zwierzyńcowego wspaniale się do mnie zbliżały. Nagle wystąpiły z koła i znowu się pokazały, prowadząc za sobą mglistego pasa Andromedę. Trzy te niebieskie ciała razem przebiegały powietrzną drogę, poczem zatrzymały się i przybrały postać ognistego meteoru. Następnie wybłysły w trzech świetlnych pierścieniach i długo wirując z osobna, zestrzeliły się w jedno ognisko. Wtedy zmieniły się w wielką gloryę, czyli światłokrąg otaczający tron z szafirów. Na tronie siedziały bliźnięta, wyciągały do mnie ramiona i ukazywały miejsce które miałam zająć między niemi. Chciałam do nich poskoczyć, ale w tej chwili zdało mi się że mulat Tantzaï chwytał mnie za kibić i wstrzymywał. W istocie, uczułam mocne ściśnienie i nagle ocknęłam się.
 Ciemność ogarniała moją komnatę, ale przez szczeliny drzwi ujrzałam światło w pokoju Zulejki. Posłyszałam jej westchnienia i sądziłam że była chorą. Powinnam była ją zawołać ale nie uczyniłam tego. Nie wiem jaka nieszczęsna płochość sprawiła żem znowu pobiegła do dziurki od klucza. Ujrzałam Zulejkę w objęciach kochanka, zaćmiło mi się w oczach i padłam zemdlona.
 Gdy otworzyłam oczy, Zulejka i brat mój stali przy mojem łóżku. Rzuciłam na pierwszą piorunujący wzrok i zabroniłam jej pokazywać mi się na oczy. Brat mój zapytał mnie o przyczynę tej srogości; zapłoniona opowiedziałam mu wszystko co mi się wydarzyło. Odrzekł na to, że od wczoraj sam ich pożenił, że jednak mocno żałuje że niemógł przewidzieć tego co się stało. Wprawdzie tylko wzrok mój był wystawiony na szwank, atoli nadzwyczajna drażliwość Taminów mocno go niepokoiła. Co do mnie postradałam wszystkie uczucia wyjąwszy wstydu, i wolałabym była umrzeć aniżeli spojrzeć w zwierciadło.
 Brat mój bynajmniej nieznał moich stosunków z Taminami ale wiedział że niebyłam dla nich obcą, bacząc zaś że oddawałam się coraz głębszemu smutkowi, lękał się abym nie zaniechała rozpoczętych działań. Gdy słońce miało już wychodzić ze znaku bliźniąt, uznał za potrzebne uprzedzić mnie o tem. Ocknęłam się jakby ze snu; zadrżałam na myśl niewidzenia więcej moich półbożków, rozłączenia się z niemi na jedenaście miesięcy, nie wiedząc nawet jak byłam położoną w ich umyśle i czyli nie stawałam się zupełnie niegodną ich uwagi.
 Postanowiłam pójść do obszernej komnaty zamkowej gdzie wisiało weneckie zwierciadło sześciołokciowej wysokości, dla większej jednak pewności samej siebie, wzięłam księgę Edrisa zawierającą poemat o stworzeniu świata. Usiadłam zdaleka od zwierciadła i zaczęłam głośno czytać. Następnie przerywając i podnosząc nagłe głos ośmieliłam się zapytać Taminów czy byli świadkami tych wszystkich cudów? Wtedy zwierciadło weneckie odczepiło się z haka na którym wisiało i stanęło przedemną. Ujrzałam Taminów; uśmiechali się do mnie z zadowoleniem i pochylili głowy na znak że rzeczywiście byli obecnymi przy stworzeniu świata i że w istocie wszystko tak się odbyło jak pisze Edris.
 Tu odwaga we mnie wstąpiła, zamknęłam księgę i utopiłam wzrok w oczach moich boskich kochanków. Chwila tego zapomnienia mogła mnie drogo kosztować. Zbyt wiele należałam jeszcze do ludzkości, ażeby być w stanie znieść tak blizkie z nimi zetknięcie. Płomień niebieski błyskający w ich oczach zaledwie mnie nie spalił. Spuściłam wzrok i przyszedłszy nieco do siebie jęłam czytać dalej, ale właśnie wpadłam na drugą pieśń, tę samą gdzie wieszcz opisuje miłostki synów Elohima z córkami ludzi. Niepodobna dziś wyobrazić sobie sposobu jakim kochano w pierwszych wiekach świata. Opisy te, których sama nie rozumiałam, często mnie zastanawiały. Wtedy oczy moje mimowolnie zwracały się ku zwierciadłu i zdawało mi się że widziałam jak Taminowie z coraz większą roskoszą słuchali mego głosu. Wyciągali do mnie ramiona, zbliżali się do mego krzesła, roztaczali świetne skrzydła i trzepotali niemi nademną. Gdy tak spostrzegałam w nich coraz gwałtowniejsze poruszenia, zakryłam dłonią oczy i w tej chwili uczułam na niej pocałunek równie jak na drugiej którą trzymałam na księdze. Wtedy nagle usłyszałam jak zwierciadło pękało w tysiąc drobnych kawałków. Zrozumiałam że słońce wyszło ze znaku bliźniąt, które tym sposobem zasyłały mi pożegnanie.
 Nazajutrz, w innem zwierciedle ujrzałam jak gdyby dwa cienie albo raczej dwa lekkie zarysy postaci boskich moich kochanków. W dzień potem wszystko znikło. Natenczas dla uprzyjemnienia tęsknoty nieobecności, przepędzałam noce w obserwatoryum i z okiem przyłożonem do teleskopu, śledziłam moich kochanków aż do ich zajścia. Już dawno byli pod widokręgiem, kiedy marzyłam że jeszcze ich widzę. Nareszcie gdy ogon raka znikał przed moim wzrokiem, odchodziłam na spoczynek a łoże moje często było oblane mimowolnemi łzami, których sama niewiedziałam przyczyny.
 Tymczasem brat mój pełen miłości i nadziei, więcej niż kiedykolwiek oddawał się badaniu nauk tajemniczych. Pewnego dnia przyszedł do mnie i rzekł: że niezawodne znaki które spostrzegł na niebie, oznajmiły mu że sławny adept od dwustu lat zamieszkujący piramidę Saofisa, wyjechał do Ameryki i że dwudziestego trzeciego naszego miesiąca Thybi, o siódmej godzinie i czterdziestej drugiej minucie, będzie przejeżdżał przez Kordowę. Tegoż wieczora poszłam do obserwatoryum i poznałam że miał słuszność, ale rachunek mój dał mi nieco odmienny wypadek. Brat mój utrzymywał prawdę swego dowodzenia, ponieważ zaś zwykł był mocno obstawać przy swoich zdaniach, chciał sam pojechać do Kordowy ażeby mnie przekonać, że ja a nie on byłam w błędzie. Brat mój mógł uskutecznić swoję podróż w tak krótkim czasie, jakiego potrzebuję na powiedzenie ci tych słów; ale chciał użyć przyjemności przechadzki i udał się przez góry, wybierając drogę gdzie piękne położenia zapowiadały mu najwięcej rozrywki. Tym sposobem przybył do Venta-Quemada. Kazał sobie towarzyszyć temu samemu duchowi który ukazał mi się w jaskini i polecił mu przynieść sobie wieczerzę. Nemrael porwał ucztę przeorowi Benedyktynów i zaniósł ją do Venty. Następnie brat mój niepotrzebując już Nemraela odesłał go do mnie. Byłam właśnie wtedy w obserwatoryum i ujrzałam na niebie znaki, na widok których zadrżałam o los mego brata. Kazałam Nemraelowi powrócić do Venty i na krok go nie odstępować. Poleciał i wkrótce przybył na powrót mówiąc, że władza silniejsza od jego potęgi nie pozwoliła mu przedrzeć się do wnętrza gospody. Niespokojność moja dobiegła najwyższego stopnia. Nareszcie ujrzałam cię przybywającego wraz z moim bratem.
 Dostrzegłam w twoich rysach zapewnienie i pogodę które mi dowiodły że niebyłeś kabalistą. Ojciec mój zapowiedział mi, że jakiś śmiertelnik zgubny wpływ na mnie wywrze.
 Wkrótce inne kłopoty całkiem mnie zajęły. Brat mój opowiedział mi przygodę Paszeka i to co jemu samemu się przytrafiło, ale dodał z wielkiem mojem podziwieniem że sam nie wiedział z jakim rodzajem duchów miał do czynienia. Czekaliśmy nocy z najżywszą niecierpliwością, nakoniec zapadła i wykonaliśmy najstraszliwsze zaklęcia. Wszystko było napróżno. Nie mogliśmy niczego dowiedzieć się ani o naturze dwóch istot, ani też czyli mój brat rzeczywiście utracił swoje prawa do nieśmiertelności. Myślałam że będziesz mógł nam dać niektóre objaśnienia, ale wierny niewiem jakiemu tam słowu honoru, nic nie chciałeś powiedzieć.
 Natenczas dla usłużenia i uspokojenia mego brata, postanowiłam sama przepędzić noc w Venta-Quemada i wczoraj wyruszyłam w drogę. Późno już było w nocy gdy przybyłam do wejścia do doliny. Zebrałam pewne wyziewy z których złożyłam błębny ognik i rozkazałam aby mi przewodniczył. Jestto tajemnica zostająca w naszej rodzinie, za pomocą której Mojżesz, rodzony brat siedmdziesiątego trzeciego mego przodka, utworzył słup przyświecający Izraelitom na puszczy.
 Mój błędny ognik wybornie się zapalił i zaczął ulatywać przedemną, wszelako nie obrał najkrótszej drogi. Spostrzegłam jego nieposłuszeństwo ale nie zwracałam na nie zbytniej uwagi. Północ była gdy stanęłam u celu. Przybywszy na podwórze Venty, spostrzegłam światło w środkowej izbie i usłyszałam harmonijną muzykę. Siadłam na kamiennej ławce i zaczęłam niektóre działania kabalistyczne które jednak pozostały bez żadnego skutku. Wprawdzie muzyka czarowała mnie i rozrywała do tego stopnia, że w tej chwili nie mogę ci powiedzieć, czyli moje działania były dokładnie czynione i sądzę że musiałam chybić w jakim ważnym punkcie. Nakoniec byłam przekonaną o ich nieomylności i sądząc że w gospodzie niebyło ani duchów ani szatanów, wniosłam że musieli tam być ludzie i oddałam się roskoszy słuchania ich śpiewów. Głosom tym towarzyszył dźwięk narzędzia o stronach, ale muzyka tak zgadzała się ze śpiewem, że żadna harmonja ziemska nie może iść w porównanie z tem co słyszałam.
 Śpiewy te budziły we mnie roskoszne myśli o jakich dotąd nie miałam wyobrażenia. Długo przysłuchiwałam się im z ławki, ale nakoniec trzeba było wejść, gdyż w istocie po to tylko przybyłam. Otworzyłam drzwi do środkowej izby i ujrzałam dwóch wysokich i kształtnych młodzieńców, siedzących przy stole, jedzących, pijących i wyśpiewujących z całego serca. Ubiór ich był wschodni — na głowach mieli turbany, piersi i ramiona nagie, za pasami zaś błyskała im kosztowna broń. Dwaj nieznajomi, których wzięłam za Turków, powstali, podali mi krzesło, napełnili mi talerz i szklankę i znowu zaczęli śpiewać przy towarzyszeniu teorbanu na którym kolejno przygrywali.
 Uprzejmy ich sposób obejścia wzbudzał zaufanie. Głód mi nieco dokuczał, zaczęłam więc jeść, że zaś niebyło wody, napiłam się więc wina. Natenczas przyszła mi chęć śpiewania z młodemi Turkami, którzy zdawali się uszczęśliwieni z mego głosu. Zanóciłam miłosną pieśń hiszpańską, odpowiedzieli mi podobnemi myślami na te same rymy. Zapytałam ich gdzie nauczyli się po hiszpańsku?
 «Jesteśmy rodem z Morei — odpowiedział mi jeden z nich — i żeglarze z powołania, łatwo więc nauczyliśmy się języka portów do których przybijamy; ale porzućmy miłosne śpiewy hiszpańskie, posłuchaj teraz narodowych naszych pieśni.»
 Cóż ci więcej powiem Alfonsie; głos ich brzmiał melodyą która unosiła duszę przez wszystkie odcienia uczucia, a gdy rozczulenie dochodziło do najwyższego stopnia, niespodziewane dźwięki nagle powracały szaloną wesołość. Jednakże nie dałam się obłąkać tym pozorom; spoglądałam bacznie na mniemanych majtków i zdawało mi się żem znalazła w nich nadzwyczajne podobieństwo z boskiemi mojemi bliźniętami. «Jesteście Turkami — rzekłam — urodzonemi w Morei?»
 «Bynajmniej — odpowiedział ten który dotąd się jeszcze niebył odezwał — nie jesteśmy wcale Turkami, ale Grekami rodem ze Sparty i wylęgłymi z jednego jaja»
 «Z jednego jaja?»
 «Ach boska Rebeko — przerwał drugi — możesz że tak długo nas nie poznawać? Jestem Pollux, to zaś mój brat.»
 Poskoczyłam z krzesła i schroniłam się do kąta izby. Mniemane bliźnięta przybrały kształty zwierciadlane i roztoczyły skrzydła. Czułam że unosiły mnie w powietrze, ale szczęśliwem natchnieniem wymówiłam święte słowo, które ja i mój brat sami tylko znamy z pomiędzy wszystkich kabalistów. Natychmiast zostałam strąconą na ziemię. Upadek ten pozbawił mnie zmysłów i twoje dopiero starania mi je powróciły. Niezawodne uczucie przekonywa mnie, że nic nie straciłam z tego com powinna była zachować, ale zmęczona jestem temi wszystkiemi nadzwyczajnemi zjawiskami. Boskie bliźnięta! nie jestem godną waszej miłości. Urodziłam się na zwyczajną śmiertelniczkę. —
 Na tych słowach Rebeka skończyła swoje opowiadanie i pierwszą moją myślą było, że drwiła ze mnie od początku do końca i że chciała tylko nadużywać mojej łatwowierności. Porzuciłem ją dość porywczo i zacząwszy rozmyślać nad tem co słyszałem, tak sam do siebie mówiłem:
 «Albo ta kobieta jest we współce z Gomelezami i pragnie wystawić mnie na próbę i wymódz ażebym przeszedł na muzułmańską wiarę, albo też dla innych jakich powodów chce wyrwać mi tajemnicę o moich kuzynkach; co zaś do tych ostatnich, bezwątpienia jeżeli nie są szatanami, w takim razie zostają w służbie Gomelezów.» Właśnie zajęty byłem temi myślami, gdym spostrzegł że Rebeka zakreślała koła w powietrzu i inne tym podobne czarodziejskie wydziwiania. Po chwili złączyła się ze mną i rzekła: «Doniosłam bratu o miejscu mego pobytu i jestem pewną że wieczorem tu przybędzie. Tymczasem pośpieszmy do obozu cyganów.» Oparła się szczerze na mojem ramieniu i przybyliśmy do starego naczelnika który przyjął żydówkę z oznakami głębokiego szacunku. Przez cały dzień Rebeka postępowała z wielką naturalnością i zdawała się zapominać o tajemniczych naukach. Gdy nad wieczorem brat jej przybył, odeszli razem, ja zaś udałem się na spoczynek. Ległszy w łóżku, rozmyślałem jeszcze nad opowiadaniem Rebeki ale ponieważ pierwszy raz w życiu słyszałem o kabale, o adeptach i o znakach niebieskich, nie mogłem wynaleźć żadnego stanowczego zarzutu i w tej niepewności zasnąłem.



DZIEŃ PIĘTNASTY.
 Obudziłem się dość wcześnie i czekając na śniadanie poszedłem na przechadzkę. Spostrzegłem z daleka kabalistę który z siostrą prowadził żwawą rozmowę. Odwróciłem się niechcąc im przerywać, ale wkrótce ujrzałem że kabalista dążył w stronę obozu, Rebeka zaś z pośpiechem ku mnie się zbliżała. Postąpiłem kilka kroków naprzeciw niej i razem udaliśmy się na przechadzkę nieodzywając się prawie do siebie. Nareszcie piękna izraelitka pierwsza przerwała milczenie i rzekła: «Panie Alfonsie, uczynię ci zwierzenie które nie będzie dla ciebie obojętnem, jeżeli w każdym razie los mój nieco cię obchodzi. Porzucam raz na zawsze nauki kabalistyczne. Tej nocy głęboko rozmyślałam nad tem postanowieniem. I na cóż mi ta próżna nieśmiertelność jaką mój ojciec chciał mnie obdarzyć? Czyliż i bez tego nie jesteśmy wszyscy nieśmiertelnymi? Czyliż nie mamy złączyć się razem w przybytku sprawiedliwych? Pragnę używać tego krótkiego życia, przepędzić go z prawdziwym małżonkiem nie zaś z gwiazdami. Chcę być matką, widzieć dzieci moich dzieci i potem znudzona i syta życia, chcę zasnąć w ich objęciach i ulecieć na łono Abrahama. Co mówisz o tym zamiarze?»
 «Potwierdzam go z całej siły — odpowiedziałem — ale cóż na to brat twój powiada?»
 «Z początku — rzekła — uniósł się szalonym gniewem, ale następnie obiecał mi że to samo uczyni jeżeli będzie musiał wyrzec się córek Salomona. Zaczeka więc dopóki słońce nie wejdzie w znak panny i potem przedsięweźmie nieodzowny zamiar. Tymczasem chciałby dowiedzieć się co to były za upiory które naigrawały się z niego w Venta-Quemada i nazywały Eminą i Zibeldą. Nie chciał sam zadawać ci względom nich pytań, utrzymuje bowiem że nie wiesz więcej od niego. Tego wieczora jednak chce przywołać Żyda wiecznego tułacza, tego samego którego widziałeś u pustelnika. Spodziewa się że będzie mógł powziąść od niego niektóre wiadomości.»
 Podczas gdy Rebeka tak mówiła, zawiadomiono nas że śniadanie już było gotowem; zastawiono je w obszernej jaskini dokąd pochowano także namioty, gdyż niebo zaczynało pokrywać się chmurami. Niebawem zagrzmiała straszna burza. Widząc że byliśmy skazani na przepędzenie reszty dnia w jaskini, prosiłem starego naczelnika ażeby ciągnął dalej swoją historyę, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Przypominasz sobie panie Alfonsie historyę księżniczki Monte-Salerno, którą mi opowiadał Giulio Romati, mówiłem ci jakie takowa uczyniła na mnie wrażenie. Gdy odeszliśmy na spoczynek, w pokoju przyświecał nam tylko słaby blask lampy. Lękałem się spoglądać na ciemne kąty izby, zwłaszcza zaś na pewną skrzynię gdzie gospodarz zwykł był przechowywać swój owies i jęczmień. Zdawało mi się że za każdą chwilą ujrzę z niej wychodzących sześciu kościotrupów księżniczki. Zawinąłem się w moją kołdrę ażeby nic nie widzieć i wkrótce zasnąłem.
 Dzwonki mułów nazajutrz wcześnie mnie rozbudziły; byłem jeden z pierwszych na nogach. Zapomniałem i o Romatim i o księżniczce i myślałem tylko o roskoszy z dalszego ciągu mojej podróży. W istocie, była ona nader przyjemną. Słońce zakryte nieco chmurami nie paliło nas nadzwyczajnie i mulnicy postanowili cały dzień jechać bez odpoczynku, zatrzymując się tylko przy studni Leones, gdzie droga do Segowji łączyła się z gościńcem do Madrytu. Miejsce to zdobią piękne drzewa, dwa zaś lwy wyrzucające wodę do marmurowaj wanny nie mało przyczyniają się do podniesienia jego uroku.
 Było już południe kiedyśmy tam przybyli i zaledwie stanęliśmy na miejscu, gdy ujrzeliśmy wielu podróżnych ciągnących drogą od Segowji. Na pierwszym mule otwierającym pochód, siedziała młoda dziewczyna, jak się zdawało, mego wieku chociaż w istocie była nieco starszą.
 Zagat prowadzący jej muła był także siedmnastoletni chłopiec, ale przystojny i dobrze ubrany chociaż w zwykłej odzieży stajennych posługaczów. Za niemi postępowała kobieta w pewnym wieku, którą można było wziąść za moją ciotkę Dalanosę, nie tak dla podobieństwa rysów, jak raczej ruchów i całej postaci, zwłaszcza zaś dla tego samego wyrazu dobroci rozlanego na jej twarzy. Służący zamykali pochód.
 Ponieważ my przybyliśmy pierwsi, przeto zaprosiliśmy podróżnych do podzielenia naszego posiłku, który rozstawiano pod drzewami; kobiety przyjęły ale ze smutkiem, szczególniej zaś młoda dziewczyna. Czasami spoglądała czule na młodego mulnika, który gorliwie jej usługiwał, na co podeszła dama patrzyła z politowaniem i łzami w oczach. Uważałem dobrze ich zmartwienie i radbym był powiedzieć im coś pocieszającego, ale niewiedząc jak zacząć, zajadałem w milczeniu.
 Ruszyliśmy w drogę; dobra moja ciotka przysunęła się do podeszłej damy, ja zaś zbliżyłem się do młodej dziewczyny i widziałem jak młody mulnik pod pozorem poprawiania siodła, dotykał się jej nogi lub ręki, czasami zaś całował jej stopę.
 Po dwóch godzinach dostaliśmy się do Elmedo gdzie mieliśmy zatrzymać się na nocleg. Ciotka moja kazała wynieść stołki przed drzwi domu czyli gospody i zasiadła z towarzyszką podróży. Po chwili poleciła mi abym kazał przynieść czekulady. Wszedłem do domu i chcąc poszukać naszych ludzi, znalazłem się w pokoju gdzie ujrzałem młodą dziewczynę w objęciach swego mulnika. Oboje zalewali się rzewnemi łzami. Na ten widok, mało mi serce nie pękło, rzuciłem się na szyję młodego mulnika i rozpłakałem się prawie do szaleństwa. W tem nadeszły obie damy. Moja ciotka niesłychanie wzruszona, wyciągnęła mnie z pokoju i zapytała o przyczynę tych łez. Nie wiedząc dla czego płakaliśmy, nieumiałem jej na to odpowiedzieć. Gdy usłyszała że płakałem bez żadnej przyczyny, niemogła wstrzymać się od śmiechu. Tymczasem druga dama zamknęła się z młodą dziewczyną, usłyszeliśmy jak szlochały razem i nie pokazały się aż przy wieczerzy.
 Biesiada nasza niebyła ani długą ani wesołą. Gdy zebrano ze stołu, ciotka moja obróciła się do podeszłej damy i rzekła: «Señora, niech mnie niebo uchowa od złych sądów o bliźnich, zwłaszcza zaś o tobie która wydajesz się mieć duszę dobrą i prawdziwie chrześcijańską. Z tem wszystkiem jednak miałam szczęście wieczerzania z panią i zawsze będę się tem szczyciła. Tymczasem, oto mój synowiec widział jak córka pani ściskała prostego mulnika, wprawdzie pięknego chłopca, z tej strony niemam mu nic do zarzucenia, ale zdziwiłam się uważając że Pani nie znajdowałaś w tem nic nagannego. Bezwątpienia — niemam żadnego prawa... ale mając zaszczyt wieczerzania z Panią — przytem droga do Burgos jest dość daleką...»
 Tu ciotka moja tak się zaplątała że nigdy nie byłaby wybrnęła z kłopotu, gdyby druga dama w sam czas jej przerywając nie była rzekła:
 «Tak jest — słuszne pani masz prawo, po tem co widziałaś, pytać się o powody mego pobłażania. Powinnabym o nich zamilczeć, ale widzę że nie przystoi abym ukrywała przed panią cokolwiek się mnie dotyczy.»
 To mówiąc zacna dama, dobyła chustki, otarła oczy i zaczęła w te słowa:

HISTORYA MARYI DE TORRES.
 Jestem najstarszą córką Don Emmanuela Norugna, ojdora najwyższego sądu w Segowji. W ośmnastym roku życia zostałam poślubioną Don Henrykowi de Torres byłemu pułkownikowi wojsk hiszpańskich. Matka moja umarła na kilka lat wprzódy, ojca utraciliśmy we dwa miesiące po mojem małżeństwie i przyjęłyśmy do naszego domu młodszą moją siostrę Elwirę, która w ówczas miała dopiero czternasty rok ale już na całą okolicę słynęła pięknością. Puścizna po moim ojcu była prawie żadną. Co się tyczy mego męża, ten posiadał dość znaczne dobra, ale przez urządzenia familijne musiał dawać roczne pensye pięciu kawalerom maltańskim i płacić długi sześciu spokrewnionych z nami zakonnic, tak że ostatecznie dochód nasz zaledwie wystarczał na przyzwoite utrzymanie. Wszelako wsparcie roczne, przyznane przez dwór memu mężowi, polepszało nieco nasze położenie.
 Było w ówczas w Segowji wiele szlacheckich domów które niebyły zamożniejsze od naszego. Złączone wspólną korzyścią wprowadziły zwyczaj ścisłej oszczędności. Rzadko kiedy jedni drugich odwiedzali, kobiety nie wyglądały przez okna, męzczyzni nie zatrzymywali się na ulicach. Grano wiele na gitarze, wzdychano jeszcze więcej, gdyż to wszystko nic nie kosztowało. Fabrykanci sukna wigoniowego żyli wystawnie, ale ponieważ nie byliśmy w stanie ich naśladować, przeto mściliśmy się gardząc i wyśmiewając ich na wszystkie strony.
 Im bardziej siostra moja podchodziła w lata, tem więcej gitar brzęczało na naszej ulicy. Niektórzy z grajków wzdychali podczas gdy inni brzdąkali, lub też wzdychali i brzdąkali zarazem.
 Piękności miejskie usychały z zazdrości, ale ta która była przedmiotem tych hołdów, bynajmniej nie zwracała na nie uwagi. Siostra moja prawie zawsze kryła się w swoim pokoju, ja zaś aby nie okazać się niegrzeczną, siadałam w oknie i przemawiałam do każdego kilka wdzięcznych słów. Był to konieczny obowiązek od którego nie mogłam się uwolnić, wszelako gdy ostatni brzdąkacz odchodził, zamykałam okno z niewypowiedzianą przyjemnością. Mąż mój i siostra czekali na mnie w jadalnym pokoju. Siadaliśmy do skromnej wieczerzy, którą ożywialiśmy tysiącznemi żartami z zakochanych. Każdy dostawał swoją część i mniemam że gdyby byli słyszeli co o nich mówiono, nazajutrz żaden niebyłby powrócił. Rozmowy te niebyły bardzo miłosierne, wszelako oddawaliśmy się im z taką roskoszą, że często poźno w nocy szliśmy dopiero na spoczynek.
 Pewnego wieczora gdy mówiliśmy o ulubionym przedmiocie, Elwira przybrawszy poważną postać, rzekła: «Czy uważałaś moja siostro, że jak tylko wszyscy brzdąkacze odejdą z ulicy i zagaśnie światło w naszym bawialnym pokoju, słychać dwie lub trzy ballady, śpiewane raczej przez mistrza niż przez zwykłego dilettanta.» Mąż mój potwierdził te słowa i dodał że sam już uczynił był tę samą uwagę. Przypomniałam sobie że w istocie słyszałam coś podobnego, i zaczęliśmy żartować z mojej siostry i nowego jej kochanka. Jednakowoż zdało nam się że przyjmowała te żarty z mniejszą wesołością jak zazwyczaj.
 Nazajutrz, pożegnawszy brzdąkaczów i zamknąwszy okno, zgasiłam światło i zostałam w pokoju. Wkrótce usłyszałam głos o którym siostra mi mówiła. Śpiewak zaczął od uczonej przygrywki, po czem zawiódł pieśń o roskoszach tajemnicy, drugą o bojaźliwej miłości i potem nic już nie słyszałam. Wychodząc z pokoju, ujrzałam moją siostrę przysłuchującą się podedrzwiami. Udałam że nic nie widzę, ale przy wieczerzy uważałam że często zadumywała się i wpadała w roztargnienie.
 Tajemniczy śpiewak codziennie powtarzał swoje serenady i tak przyzwyczaił nas do swoich pieśni, że dopiero wysłuchawszy go, siadaliśmy do wieczerzy. Stałość ta i tajemnica rozbudziły ciekawość Elwiry i wywarły na nią wrażenie. Śród tego, dowiedzieliśmy się o przybyciu do Segowji nowej osoby która mocno zajęła wszystkich. Był to hrabia Rowellas, wypędzony z dworu i jako taki nader ważny w oczach mieszkańców prowincyi. Rowellas urodził się w Vera-Cruz; matka jego, rodem Mexykanka, wniosła w dom jego ojca ogromny majątek, ponieważ zaś w ówczas Amerykanie dobrze byli widziani u dworu, młody zatem kreol przebył morze w nadziei otrzymania tytułu granda. Możesz sobie wyobrazić señora, że urodziwszy się w nowym świecie nie wiele miał pojęcia o zwyczajach starego. Pomimo to jednak ćmił zbytkiem i sam nawet król raczył bawić się jego prostodusznością. Gdy atoli wszystkie jego dziwactwa pochodziły z wygórowanej miłości własnej skończył na tem że powszechnie się z niego śmiano.
 Młodzi panowie mieli w ówczas zwyczaj wybierania każdy damy swych myśli. Nosili ich barwy i w niektórych razach ich cyfry, jak naprzykład w sawehach, czyli tak nazwanych karuzelach.
 Rowellas, który był niesłychanie dumny, wywiesił cyfry księżniczki Asturyi. Królowi myśl ta bardzo się podobała, ale księżniczka czując się mocno obrażoną, posłała nadwornego alguazila, który aresztował hrabiego i zawiózł go do więzienia w Segowji. Po wysiedzeniu ośmiu dni w zamknięciu, przeznaczono mu miasto za więzienie. Powód tego wygnania nie był nader zaszczytnym, wszelako hrabia wszystko umiał obracać na swoją korzyść. Z przyjemnością więc rozmawiał o swojej niełasce i dawał do zrozumienia, że księżniczka nie była obojętną na jego oświadczenia.
 Rzeczywiście, Rowellas posiadał wszystkie rodzaje miłości własnej. Był przekonanym że umiał wszystko i że każdy zamiar potrafił przyprowadzić do skutku, szczególniej zaś chełpił się ze sztuki zwalczania byków, śpiewania i tańca. Nikt nie był dość niegrzecznym aby się z nim sprzeczał o dwa ostatnie przymioty, byki tylko nie okazywały tak wykwintnego wykształcenia. Wszelako hrabia przy pomocy swoich matadorów uważał się za niezwyciężonego.
 Powiedziałam ci już, że domy nasze były zamknięte wyjąwszy dla pierwszych odwiedzin, które zawsze przyjmowaliśmy. Mój mąż był człowiekiem powszechnie ważonym, równie dla urodzenia jako dla zasług wojskowych, Rowellas przeto uznał za stosowne zacząć od naszego domu. Przyjęłam go na balkonie, ów zaś stał na dworze, wedle zwyczajów naszego kraju, które kładą znaczny rozdział między nami a męzczyznami przychodzącymi nas odwiedzać.
 Rowellas mówił wiele i z łatwością. Pośród rozmowy moja siostra weszła i usiadła przy mnie. Hrabia tak był zachwyconym pięknością Elwiry że stanął jak skamieniały. Wyjąkał kilka wyrazów bez żadnego związku i następnie zapytał jaka była jej ulubiona barwa? Elwira odpowiedziała że dotąd żadnej nie dała pierwszeństwa.
 «Pani — przerwał hrabia — ponieważ oznajmiasz mi taką obojętność, z mojej strony nie wypada mi jak przywdziać smutek, i kolor ciemny będzie odtąd jedyną moją barwą.» Moja siostra wcale nie przyzwyczajona do podobnych grzeczności, niewiedziała co ma na to odpowiedzieć. Rowellas wstał, pożegnał się z nami i odszedł. Tego jeszcze wieczora dowiedzieliśmy się, że wszędzie gdzie był z odwiedzinami o niczem nie mówił jak tylko o piękności Elwiry, nazajutrz zaś doniesiono nam że zamówił czterdzieści ciemnych liberyi wyszywanych złotem i czarnym jedwabiem. Odtąd nie usłyszeliśmy więcej tkliwych wieczornych pieśni.
 Rowellas znając zwyczaj szlachetnych domów Segowji, który nie pozwalał często przyjmować, z pokorą poddał się swemu losowi i przepędzał wieczory pod naszemi oknami, razem z młodzieżą dobrze urodzoną która wyświadczała nam ten zaszczyt. Ponieważ nie otrzymał godności granda, większa zaś część naszych młodych znajomych należała do kastylijskich Titolados, panowie ci zatem uważali go za równego i stosownie z nim postępowali. Wszelako bogactwa nieznacznie odzyskały swoją przewagę. Wszystkie gitary umilkały gdy on grał i hrabia przewodził tak w rozmowie jak i na koncertach.
 Ta wyższość nieczyniła jeszcze zadość dumie Rowellasa; pałał niepowściągnioną chęcią potykania się z bykiem w naszej obecności i tańcowania z moją siostrą. Oświadczył nam więc z wielkim szumem: że kazał sprowadzić sto byków z Guaramy, i otoczyć parkanem obszerny plac tuż obok amfiteatru, gdzie po skończeniu widowisk towarzystwo będzie mogło przepędzać noce na tańcach. Kilka tych słów uczyniło niesłychane wrażenie w Segowji. Hrabia postanowił wszystkim zawrócić głowy i jeżeli nie zniszczyć, to przynajmniej nadwerężyć wszystkich majątki.
 Zaledwie rozeszła się wieść o walce byków, gdy na raz ujrzano naszych młodych ludzi biegających jakby oszołowionych, uczących się postaw przyjętych w walkach, zamawiających bogate szaty i szkarłatne płaszcze. Sama odgadniesz, señora, co przez ten czas porabiały kobiety. Przymierzały wszystkie jakie tylko miały suknie i stroje na głowy, jednem słowem sprowadzono modniarki i krawców a kredyt zastąpił miejsce bogactw. W dzień potem, Rowellas o zwykłej godzinie przyszedł pod nasze okna i rzekł nam: że kazał przywieść z Madrytu dwudziestu pięciu pasztetników i cukierników i prosił nas abyśmy zawyrokowały o ich zdolnościach. W tej samej chwili wzrok nasz napełnił się widokiem służących w ciemnej liberyi szamerowanej złotem, którzy na złocistych tacach przynosili chłodniki.
 Nazajutrz, powtórzyła się ta sama historya i mąż mój słusznie począł się gniewać. Nie uznawał za stosowne, aby drzwi naszego domu stały się miejscem publicznych schadzek. Raczył poradzić się mnie w tej mierze; byłam, jak w ogóle, zawsze tego samego zdania, postanowiliśmy więc wyjechać do małego miasteczka Villaca, gdzie posiadaliśmy dom i grunta. Tym sposobem nawet łatwiej mogliśmy zastosować naszą teoryą oszczędności, chybić kilka balów i widowisk hrabiego i następnie oszczędzić kilka niepotrzebnych wydatków na stroje. Ponieważ jednak dom w Villaca wymagał naprawy, musieliśmy zatem odłożyć nasz wyjazd do trzech tygodni. Jak tylko zamiar ten został rozgłoszony, natychmiast Rowellas nie krył się z swoją boleścią jakoteż z uczniami któremi pałał ku mojej siostrze. Elwira tymczasem, jak mi się wydaje, zupełnie zapomniała o tkliwym wieczornym głosie, pomimo to jednak przyjmowała oświadczenia hrabiego z przyzwoitą oziębłością.
 Powinnam była wspomnieć, że w ówczas syn mój miał dwa lata — od tego czasu znacznie wyrósł, jak to señora widziałaś, on to bowiem jest tym młodym mulnikiem który podróżuje z nami. Chłopiec ten, nazwany Lonzeto, był jedyną naszą pociechą, Elwira kochała go równie jak własna matka i mogę wyznać że on nas tylko rozweselał gdy byłyśmy znudzone ckliwemi oświadczeniami jakie wyprawiano pod naszemi oknami.
 Zaledwie postanowiliśmy udać się do Villaca, gdy Lonzeto zachorował na ospę. Łatwo pojąć naszą rozpacz; dnie i noce przepędzaliśmy przy jego łóżku a przez cały ten czas tkliwy wieczorny głos znowu wyśpiewywał tęskne pieśni. Elwira płoniła się jak tylko śpiewak zaczynał przygrywać, pomimo to jednak gorliwie zajmowała się Lonzetem. Nareszcie wyzdrowiało drogie dziecię, okna nasze znowu otworzyły się dla wzdychających, ale tajemniczy śpiewak umilkł.
 Jak tylko pokazałyśmy się w oknie, wnet Rowellas stawił się przed nami, oznajmił że walka byków tylko z naszego powodu była spóźnioną i prosił abyśmy naznaczyły dzień widowiska. Odpowiedziałyśmy na tę grzeczność jak się należało. Nareszcie wyznaczono ów sławny dzień na następną niedzielę, która niestety zbyt wcześnie nadeszła dla biednego hrabiego.
 Nie będę wdawała się w opisy szczegółów tego widowiska. Kto widział jedno, ma wyobrażenie o reszcie. Wiadomo jednakże, że szlachta nie potyka się tak jak ludzie gminnego urodzenia. Panowie wjeżdżają konno i zadają bykowi jeden raz rehhonem, czyli dzirytem, poczem powinni sami otrzymać jedno uderzenie, ale konie już są tak wyuczone że cios rozjuszonego zwierzęcia zaledwie draśnie je po grzbiecie. Wtedy szlachetny przeciwnik ze szpadą w ręku zeskakuje z konia. Ażeby to się powiodło, trzeba mieć Toros-francos, czyli żeby byk był otwarty nie zaś złośliwy. Tymczasem służba hrabiego przez zapomnienie wypuściła Toro marahho, który był przeznaczony do czego innego. Znawcy natychmiast poznali błąd, ale Rowellas był już w szrankach i niebyło sposobu wycofania się. Udał że niepostrzega grożącego mu niebezpieczeństwa, zatoczył koniem i zadał bykowi raz dzirytem w prawą łopatkę, sam zaś przewinął rękę i pochylił ciało między rogi zwierzęcia jak tego wymagały przepisy sztuki.
 Zraniony byk udał że ucieka ku drzwiom ale zwracając się nagle, poskoczył na hrabiego i podniósł go na rogi z taką gwałtownością, że koń upadł zewnątrz on zaś został w szrankach. Wtedy byk powrócił na niego, zaczepił rogiem kołnierz jego sukni, zakręcił nim w powietrzu i odrzucił go na drugą stronę placu walki. Po czem widząc że ofiara wymknęła się jego wściekłości, jął szukać ją rozjuszonemi oczyma i nareszcie spostrzegłszy hrabiego leżącego prawie bez duchu, poglądał nań z coraz wzrastającą złością, kopał ziemię nogami i bił biodra ogonem. W tej samej chwili jakiś młody człowiek wskoczył w szranki, pochwycił szpadę i płaszcz czerwony Rowellasa i stanął przed bykiem. Złośliwe zwierze uczyniło kilka mylnych obrotów które jednak nie oszukały nieznajomego, nareszcie wściekły byk pochyliwszy rogi do ziemi, uderzył na niego, wbił się na przedstawioną mu szpadę i padł martwy u stóp zwycięzcy. Nieznajomy rzucił szpadę i płaszcz na byka, spojrzał na naszą lożę, skłonił się nam, wyskoczył ze szranków i znikł w tłumie. Elwira uścisnęła mnie za rękę i rzekła: «Jestem pewną że to nasz tajemniczy śpiewak.» —
 Gdy naczelnik cyganów kończył to opowiadanie, jeden z jego powierników przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności, prosił nas więc abyśmy pozwolili odłożyć dalszy ciąg do jutra i wyszedł zatrudniać się rządami swego małego państwa.
 «W istocie — rzekła Rebeka — przykro mi że przerwano naczelnikowi jego opowiadanie. Zostawiliśmy hrabiego leżącego w szrankach i jeżeli do jutra nikt go nie podniesie, lękam się aby nie było za poźno.»
 «Nie obawiaj się — przerwałem — i bądź pewną że bogacza nie tak łatwo opuszczą; możesz zaufać jego służbie.»
 «Masz słuszność — mówiła żydówka — wreszcie nie to mnie niepokoi, ale chciałabym dowiedzieć się o nazwisku wybawcy i czyli to jest ten sam tajemniczy śpiewak?»
 «Ależ, zdawało mi się — zawołałem — że pani wiesz o wszystkiem.»
 «Alfonsie — odparła — nie wspominaj mi więcej o naukach kabalistycznych, pragnę tylko to wiedzieć co sama słyszę, i niechcę znać innej nauki jak tylko uszczęśliwienia tego kogo pokocham.»
 «Jak to? więc uczyniłaś już wybór?»
 «Bynajmniej — o nikim dotąd nie myślałam; niewiem dla czego wyobrażam sobie że człowiek mojej wiary z trudnością zdoła mi się podobać, nie zaślubię nigdy człowieka waszego wyznania, zostaje mi więc tylko jaki Mahometanin. Powiadają że mieszkańcy z Tunis i Fez są nader piękni i przyjemni. Abym tylko znalazła człowieka z czułem sercem, niczego więcej nie wymagam.»
 «Ależ, dodałem, dla czegóż ta odraza do Chrześcijan.»
 «Nie pytaj mnie o to, wiedz tylko że nie mogę zmienić wiary, chyba na mahometańską.»
 Sprzeczaliśmy się jakiś czas tym sposobem, gdy jednak rozmowa zaczęła upadać, pożegnałem młodą izraelitkę i przepędziłem resztę dnia na polowaniu. Wróciłem dopiero na wieczerzę. Zastałem wszystkich nader wesołych. Kabalista rozprawiał o Żydzie wiecznym tułaczu, utrzymywał że był już w drodze i niebawem przybędzie z głębi Afryki. Rebeka rzekła: «Panie Alfonsie, ujrzysz tego który znał osobiście przedmiot twego ubóstwiania.» Słowa te żydówki, mogły mnie zaplątać w niemiłą dla mnie rozmowę, zacząłem więc mówić o czem innem. Bylibyśmy szczerze pragnęli usłyszeć tego wieczora dalszy ciąg historyi naczelnika cyganów, ale prosił nas o pozwolenie odłożenia jej na jutro. Udaliśmy się na spoczynek i zasnąłem nieprzerwanym snem.




DZIEŃ SZESNASTY.
 Śpiew koników polnych, tak żywy i bezustanny w Andaluzyi, wcześnie rozbudził mnie ze snu. Powaby natury coraz silniej działały na moją duszę. Wyszedłem z namiotu aby przypatrzyć się połyskowi pierwszych promieni słońca, roztaczających się po niezmierzonym widokręgu. Pomyślałem o Rebece: «Ma słuszność — rzekłem sam do siebie — że przenosi roskosze życia ludzkiego i materyalnego nad czcze marzenia idealnego świata do którego i tak prędzej czy później się dostaniemy. Czyliż ta ziemia nieprzedstawia nam dość rozmaitych uczuć, roskosznych wrażeń, ażeby używać ich podczas krótkiego naszego pobytu.» Podobne uwagi zaprzątnęły mnie przez chwilę, poczem widząc że wszyscy udawali się do jaskini na śniadanie, zwróciłem kroki w też samą stronę. Posilaliśmy się jako ludzie oddychający powietrzem gór i po zaspokojenia głodu, prosiliśmy naczelnika cyganów aby raczył dalej ciągnąć swoje opowiadanie, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Mówiłem wam że przybyliśmy na drugi nasz nocleg od Madrytu do Burgos, i że znajdowaliśmy się tam z młodą dziewczyną zakochaną w młodym chłopcu przebranym za mulnika, synie Maryi de Torres. Ta ostatnia powiedziała nam, że hrabia Rowellas leżał prawie martwy na drugim końcu szranków, podczas gdy młody nieznajomy na przeciwnej stronie śmiertelnym ciosem ugodził byka gotującego się dobić swoją ofiarę. Co dalej się stało sama Marya de Torres wam opowie.

DALSZY CIĄG HISTORYI MARYI DE TORRES.
 Jak tylko straszliwy byk powalił się we własnej krwi, służba hrabiego poskoczyła mu na pomoc. Ranny nie dawał żadnego znaku życia; położono go na nosze i zaniesiono do domu. Widowisko, jak można domyślić się, nie miało miejsca i każdy wrócił do siebie. Tego samego wieczora, dowiedzieliśmy się że Rowellas wyszedł z niebezpieczeństwa. Nazajutrz mąż mój posłał z zapytaniem o jego zdrowie. Paź nasz długo nie powracał, nareszcie przyniósł nam list zawarty w tych słowach:
 «Mości Pułkowniku, Señor Don Enriquez de Torres!
 «Przeczytawszy niniejsze, Miłość wasza przekona się że łaska Stwórcy raczyła mi pozostawić ostatki sił. Jednakowoż nieznośne boleści, jakich doznaję w piersiach, każą mi powątpiewać o zupełnem wyleczeniu. Wiesz zapewne Señor Don Enriquez, że Opatrzność obdarzyła mnie mnogiemi dobrami tego świata. Pewną część takowych przeznaczam szlachetnemu wybawcy, który narażał dni swoje dla ocalenia moich. Z reszty, niemogę uczynić lepszego użytku jak składając ją u stóp Elwiry de Norugna twojej nieporównanej świekry. Racz więc Señor, oświadczyć jej odemnie szczere i prawe uczucia, jakie natchnęła temu który może wkrótce stanie się garstką popiołu i prochu, ale któremu niebo pozwala jeszcze podpisywać się jako
 «Hrabia Rowellas, Margrabia de Verra-Lonza y Cruz Velada, dziedziczny kommandor Tollo-Verde y Rio floro, Pan na Tolasquez y Rigo-Guera y Mendez y Lonzos, y otros, y otros y otros.»
 Dziwi cię to señora że pamiętam tyle tytułów, ale żartami nazywaliśmy niemi moją siostrę tak że nareszcie wyuczyliśmy się ich na pamięć.
 Skoro tylko mój mąż otrzymał ten list, przeczytał nam go i zapytał moją siostrę co ma odpowiedzieć. Elwira odrzekła że we wszystkiem chce stosować się do rad mego męża, ale przytem dodała: że przymioty hrabiego mniej ją uderzyły jak wygórowana miłość własna która przebijała się w jego słowach i uczynkach.
 Mój mąż doskonale zrozumiał prawdziwe znaczenie tych słów i odpowiedział, że Elwira była jeszcze zbyt młodą aby mogła cenić jego ofiary, że jednak łączyła swoje życzenia do tych które zanoszono o jego wyzdrowienie. Hrabia bynajmniej nie przyjął tej odpowiedzi za odmowną, przeciwnie wszędzie mówił o swojem małżeństwie z Elwirą jako o rzeczy zupełnie już ułożonej, my zaś tymczasem wyjechaliśmy do Villaca.
 Dom nasz, na samem końcu miasteczka, jakby na wsi, był w czarującem położeniu. Wewnętrzne urządzenie odpowiadało widokowi. Na przeciwko naszego mieszkania stała chata wieśniacza ozdobiona ze szczególniejszym smakiem. Ganek, ocieniała massa kwiatów, okna były wielkie i przezroczyste, w prawym rogu wznosiła się mała ptaszarnia, słowem wszystko oddychało starannością i świeżością. Powiedziano nam że domek ten został zakupiony przez pewnego labradora z Murcyi. Rolnicy, których w naszej prowincyi nazywają labradorami, należą do zamożnej klassy, pośredniej między szlachtą a włościanami.
 Późno już było gdy dostaliśmy się do Villaca. Zaczęliśmy od zwiedzenia naszego domu od strychu aż do piwnicy, poczem kazaliśmy wynieść krzesła przed drzwi i zasiedliśmy do czekulady. Mąż mój żartował z Elwiry mówiąc o ubóstwie domu w którym raczyła mieszkać przyszła hrabina Rowellas. Wkrótce potem ujrzeliśmy wracający z pola pług zaprzężony czterma potężnemi wołami. Krępy chłopak poganiał je, za nim zaś postępował młody człowiek z równego mu prawie wieku dziewczyną. Młody labrador miał szlachetną postawę i gdy zbliżył się do nas, poznałyśmy w nim z Elwirą, wybawcę Rowellasa. Mąż mój nie zwracał na niego uwagi, ale siostra rzuciła mi spojrzenie które doskonale zrozumiałam. Młodzieniec ukłonił nam się jak człowiek który nie chce zabierać znajomości i wszedł do swego domku. Towarzyszka jego bacznie nam się przypatrywała.
 «Piękna para, nieprawdaż?» rzekła nam Dona Manuela nasza gospodyni.
 «Jak to, piękna para? — zawołała Elwira — to więc małżeństwo?»
 «Nieinaczej — odparła Manuela — i jeżeli mam prawdę powiedzieć, jestto związek zawarty przeciw woli rodziców. Jakaś porwana dziewczyna. Nikt tu o tem nie wątpi i zaraz poznaliśmy że to nie są wieśniacy.»
 Mój mąż zapytał Elwiry dla czego się tak obruszyła i dodał: «Mógłby kto mniemać że to jest nasz tajemniczy śpiewak.»
 W tej chwili w domku na przeciwko usłyszeliśmy przygrywki na gitarze i głos który potwierdził podejrzenia mego męża. «Dziwna rzecz, rzekł, ale ponieważ jegomość ten jest żonatym, przeto serenady jego należały zapewne do jednej z naszych sąsiadek.»
 «W istocie — dodała Elwira — byłam pewną że pieśni te były dla mnie.»
 Rozśmieliśmy się z tej prostoduszności i przestaliśmy o nim mówić. Przez sześć tygodni które przepędziliśmy w Villaca, okienice przeciwnego domku były ciągle zamknięte i nie widzieliśmy więcej naszych sąsiadów. Zdaje się nawet że przed nami opuścili miasteczko.
 Po upływie tego czasu, dowiedzieliśmy się że Rowellas przyszedł już nieco do zdrowia i że walki byków miały się znowu rozpocząć, wszelako bez osobistego uczestnictwa hrabiego. Wróciliśmy do Segowji gdzie od razu wpadliśmy na same uroczystości, biesiady, widowiska i bale. Zabiegi hrabiego wzruszyły serce Elwiry i wesele odbyło się z niewidzianym dotąd przepychem.
 We trzy tygodnie po ślubie, hrabia dowiedział się że położono koniec jego wygnaniu i że wolno mu pokazać się na dworze. Z radością mówił o wprowadzeniu tam mojej siostry. Wszelako przed wyjazdem z Segowji chciał dowiedzieć się o nazwisku swego wybawcy, kazał więc ogłosić przez woźnego: że kto mu doniesie o miejscu pobytu nieznajomego torreadora otrzyma w nagrodę sto sztuk złota z których każda ważyła ośm pistolów. Nazajutrz odebrał następujący list:
 «Panie hrabio!
 «JWielmożny Pan zadajesz sobie niepotrzebny trud. Zaniechaj zamiaru poznania człowieka który ocalił ci życie, i poprzestań na przekonaniu że zgubiłeś go na wieki.»
 Rowellas pokazał ten list memu mężowi i rzekł mu dumnie, że pismo to musiało pochodzić od jakiego współzalotnika, że niewiedział iżby Elwira miała była z kim przedtem miłosne stosunki i że w takim razie nigdy nie byłby pojął jej za żonę. Mój mąż prosił hrabiego aby raczył być ostrożniejszym w swoich słowach i odtąd nigdy do niego nie wrócił.
 O wyjeździe na dwór zupełnie przestano myśleć. Rowellas stał się ponurym i popędliwym. Cała jego miłość własna obróciła się w zazdrość a zazdrość następnie w zatajoną gwałtowność. Mąż mój opowiedziawszy mi treść bezimiennego listu, wniósł że wieśniak z Villaca musiał być przebranym kochankiem. Posłaliśmy wywiedzieć się o bliższych szczegółach ale nieznajomy znikł, chatę zaś od dawna kto inny kupił. Elwira była przy nadziei, tailiśmy więc przed nią powody zmiany uczuć jej małżonka. Dobrze ona je postrzegała ale niewiedziała czemu tę nagłą obojętność przypisać. Hrabia oświadczył, że chcąc zostawić żonę spokojniejszą, postanowił sam przenieść się do innego mieszkania. Nie widywał ją jak tylko w godzinach obiadowych, rozmowa wtedy ciężko się wlokła i prawie zawsze przybierała szyderczą barwę.
 Gdy moja siostra zbliżała się do chwili rozwiązania, Rowellas wymyślił ważne sprawy które powoływały go do Kadyxu, i w tydzień potem ujrzeliśmy urzędowego posłańca, który oddał list Elwirze prosząc ją aby raczyła go przeczytać w obec świadków. Zebraliśmy się wszyscy i usłyszeliśmy co następuje:
 «Pani!
 «Odkryłem twoje stosunki z Don Sanchem de Penna Sombre. Oddawna domyślałem się zdrady, ale pobyt jego w Villaca przekonał mnie o twojej niegodziwości, niezgrabnie pokrytej siostrą Don Sancha która udawała jego żonę. Bezwątpienia, moje bogactwa do wały mi pierwszeństwo; nie będziesz ich jednak podzielała, gdyż już się więcej nie zobaczymy. Wszelako zapewnię twój los chociaż nie przyznam dziecka które nosisz w twem łonie.»
 Elwira nie doczekała końca tego pisma i przy pierwszych słowach padła zemdlona. Mój mąż tego wieczora pojechał ażeby pomścić krzywdy mojej siostry. Rowellas tylko co wsiadł był na okręt i popłynął do Ameryki. Mój mąż zabrał się na drugi okręt, ale straszliwa burza obu ich pochłonęła. Elwira wydała na świat dziewczynę którą widzisz tu zemną i we dwa dni potem umarła. Jakim sposobem ja zostałam przy życiu nie pojmuję tego, ale sądzę że nadmiar mojej boleści dał mi siłę do zniesienia jej.
 Nazwałam dziewczynkę Elwirą i starałam się o zapewnienie jej puścizny po ojcu. Powiedziano mi że należało się udać do sądu mexykańskiego. Pisałam do Ameryki. Oznajmiono mi: że spadek został podzielony więdzy dwudziestu pobocznych krewnych i że dobrze wiedziano że Rowellas nie chciał przyznać dziecka mojej siostry. Cały mój dochód nie byłby wystarczył na opłacenie dwudziestu kart procedury sądowej. Poprzestałam więc na potwierdzeniu w Segowji urodzenia i stanu Elwiry, sprzedałam nasz dom w mieście i wyjechałam do Villaca z moim blizko trzechletnim Lonzetem i Elwirą która miała tyleż miesięcy. Największem mojem zmartwieniem był widok przeciwnego domku, który przeklęty nieznajomy zamieszkiwał niegdyś wraz z nieszczęsną swoją miłością. Nareszcie przyzwyczaiłam się i dzieci moje stały się jedyną dla mnie pociechą.
 Już blizko rok upływał od czasu jak mieszkałam w Villaca, gdy pewnego dnia otrzymałam z Ameryki list następującej treści:
 «Pani!
 Niniejsze pismo przesyła ci, nieszczęśliwy którego pełna uszanowania miłość stała się przyczyną nieszczęść twojej rodziny. Szacunek, jaki miałem dla nieodżałowanej Elwiry, był może większym od miłości której na pierwszy jej widok doznałem. Zaledwie więc wtedy ośmielałem się dać słyszeć mój głos i moją gitarę gdy ulica była już pustą i niemiałem świadków mojej śmiałości.
 Gdy hrabia Rowellas oświadczył się niewolnikiem wdzięków krępujących moją wolność, naówczas uznałem za stosowne, zatajenie w sobie najlżejszych iskierek płomienia który mógł stać się zgubnym dla twojej siostry; dowiedziawszy się jednak że miałyście panie przepędzić pewien czas w Villaca, poważyłem się nabyć mały domek i tam ukryty za żaluzyami, spoglądałem na tę do której nie ośmieliłem się nigdy przemówić a tem mniej oświadczyć jej moje zapały. Miałem przy sobie siostrę, która uchodziła za moją żonę dla usunięcia wszelkich pozorów mogących dać do zrozumienia że byłem przebranym kochankiem. Niebezpieczna chorobą mojej matki powołała nas w jej objęcia, a za moim powrotem Elwira nosiła już nazwisko hrabiny Rowellas. Opłakałem stratę dobra do którego wszakże nigdy niebyłbym się poważył podnieść oczu i poszedłem ukryć mój żal w puszczach drugiej połowy świata. Tam to doszła mnie wiadomość o niegodziwościach jakich byłem niewinną przyczyną i o występku o który oskarżano moją miłość pełną czci i poszanowania. Oświadczam więc, że hrabia Rowellas haniebnie skłamał utrzymując, że mój szacunek dla nieporównanej Elwiry mógł być przyczyną dla której stałem się ojcem jego dziecięcia.
 Oświadczam że to jest fałsz i przysięgam na wiarę i zbawienie, nikogo innego nie pojąć za żonę jak tylko córkę boskiej Elwiry. Będzie to dostateczny dowód że ona nie jest moją córką. Na poświadczenie tej prawdy, klnę się Najświętszą Panną i drogocenną krwią Jej Syna, który oby mi towarzyszył w ostatniej godzinie.
 Don Sancho de Penna Sombre.
 NB. Poleciłem potwierdzenie tego listu korregidorowi z Acapuleo i kilku świadkom, racz pani to samo kazać uczynić przez najwyższy sąd w Segowji.»
 Zaledwie dokończyłam czytania tego listu gdy powstałam z miejsca przeklinając Don Sansza i jego miłość pełną poszanowania: «Ach niegodziwcze — mówiłam — dziwaku, belzebubie, szatanie, lucyperze!! dla czegóż byk którego zabiłeś w naszych oczach raczej z ciebie nie dobył wnętrzności? Twój przeklęty szacunek spowodował i śmierć mojej siostry i mego męża. Skazałeś mnie na życie łez i nędzy a teraz przychodzisz żądać w małżeństwo dziesięciomiesięczne dziecię — niech cię niebo.. niech cię piekło...» Wypowiedziawszy wszystko co miałam na sercu, pojechałam do Segowji gdzie kazałam potwierdzić list Don Sansza. Przybywszy do miasta znalazłam interesa nasze w jak najgorszym stanie. Wypłaty za dom sprzedany zatrzymano za roczne pensye które dawaliśmy pięciu kawalerom maltańskim, wsparcie zaś pobierane przez mego męża dla mnie zupełnie ustało. Ułożyłam się ostatecznie z pięcią kawalerami i sześcią zakonnicami, tak że za cały majątek został mi tylko w Villaca dom z przyległościami. Schronienie to stało się tem dla mnie droższem i powróciłam do niego z większą jak kiedykolwiek przyjemnością.
 Zastałam dzieci zdrowe i wesołe, zachowałam kobietę która miała o nich pierwsze starania, z resztą jeden służący i drugi chłopiec od pługa składali całą moją służbę. Tym sposobem żyłam bez zbytku ale i bez nędzy. Urodzenie moje i urząd jaki mąż mój zajmował, nadawały mi znaczenie w całem miasteczku i każdy czem mógł tem mi się przysługiwał. Tak minęło sześć lat — obym nigdy w życiu nie doznała była nieszczęśliwszych.
 Pewnego dnia alkad naszego miasteczka przyszedł do mnie; wiedział on dobrze o szczególnem oświadczeniu Don Sansza i rzekł: «Pozwól pani abym ci powinszował świetnego małżeństwa jakie oczekuje twoją synowicę. Przeczytaj pani ten artykuł.
 «Don Sanszo de Penna Sombre, wyświadczywszy królowi ważne przysługi, tak przez nabycie dwóch prowincyi bogatych w miny srebra, położonych na północ nowego Mexyku, jako też przez roztropność z jaką uśmierzył powstanie w Kasko, zostaje wyniesionym do godności granda hiszpańskiego z tytułem hrabiego de Penna-Velez. W tej chwili Jego Królewska Mość raczyła go wysłać do wysp filipińskich w stopniu generalnego gubernatora.»
 «Dzięki niech będą niebu — odpowiedziałam alkadowi; — Elwira jeżeli nie męża to przynajmniej będzie miała opiekuna. Oby mógł szczęśliwie powrócić z wysp, być mianowanym wicekrólem Mexyku i pomódz nam do odzyskania naszego majątku.»
 Życzenia moje, we cztery lata potem zostały spełnione. Hrabia de Penna-Velez otrzymał godność wicekróla i wtedy napisałam do niego list wstawiając się za moją synowicą. Odpowiedział, że krzywdziłam go okrutnie sądząc że mógł zapomnieć a córce boskiej Elwiry, że nietylko nie był winnym podobnego zapomnienia ale nadto uczynił już stosowne kroki do rządu mexykańskiego, że proces będzie trwał długo, że nie śmiał przyśpieszać jego biegu ponieważ pragnąc poślubić moją synowicę, nie wypadało ażeby dla własnej korzyści zmieniał zwyczaje sprawiedliwości. Poznałam że Don Sanszo nie odstąpił od swego zamiaru. W kilka czasów potem bankier z Kadyxu, przysłał mi tysiąc sztuk złota, każda po ośm pistolów, niechcąc powiedzieć od kogo pochodziła ta summa. Domyśliłam się że była to grzeczność wicekróla, ale nie chciałam przyjąć ani nawet dotknąć się tych pieniędzy i prosiłam bankiera ażeby zostawił je u siebie.
 Starałam się wszystkie te wypadki zachować w jak najściślejszej tajemnicy, ale ponieważ niema rzeczy której by ludzie nie odkryli, dowiedziano się zatem w Villaca o zamiarach wicekróla względem mojej synowicy, i odtąd nie nazywano jej inaczej jak małą wicekrólową. Elwira miała w ówczas jedenaście lat; bezwątpienia drugiej dziewczynie marzenia te byłyby zawróciły głowę, ale jej serce i umysł wzięły inny kierunek nieprzystępny próżności i dumie. Na nieszczęście za poźno tylko spostrzegłam, że od dziecięcych lat, nauczyła się wymawiać wyrazów kochania i miłości, przedmiotem zaś tych uczuć przedwczesnych był mały jej brat cioteczny, Lonzeto. Często myślałam o rozłączeniu ich ale nie wiedziałam co począć z moim synem. Napominałam moją synowicę i zyskałam tylko że odtąd kryła się przedemną.
 Wiesz señora, że na prowincyi, zabawa nasza składa się jedynie z czytania romansów lub nowelli i deklamowania romanserów przy towarzyszeniu gitary. Posiadaliśmy w Villaca ze dwadzieścia tomów tej pięknej literatury i pożyczaliśmy je jedni drugim. Zakazałam Elwirze brać którąkolwiek z tych książek do ręki, ale gdy pomyślałam o zakazie już ona większą ich część umiała na pamięć.
 Dziwna rzecz że mały mój Lonzeto miał umysł równie skłonny do romantyczności. Oboje rozumieli się doskonale i kryli przedemną, co nie przychodziło im z wielką trudnością, wiadomo bowiem że co się tyczy tych rzeczy, matki i ciotki równie krótko widzą jak mężowie. Dorozumiewałam się jednakowoż oszukaństwa i chciałam umieścić Elwirę w klasztorze, ale nie miałam na to dość pieniędzy. Pokazuje się że bynajmniej nie uczyniłam tego com była powinna i mała dziewczyna zamiast być uszczęśliwioną z tytułu wicekrólowej, wyobraziła sobie zostać nieszczęśliwą kochanką, straszną ofiarą losu. Udzieliła tych pięknych myśli swemu bratu ciotecznemu i oboje postanowili bronić świętych praw miłości, przeciw okrutnym wyrokom przeznaczenia. Trwało to przez trzy lata i tak skrycie, że ja niczego się nie domyślałam.
 Pewnego dnia, zeszłam ich w moim kurniku w jak najtragiczniejszych postawach. Elwira leżała na kojcu, trzymając chustkę i zalewając się rzewnemi łzami, Lonzeto na kolanach o dziesięć kroków od niej, również z całych sił płakał. Zapytałam ich co tam porabiali? — odpowiedzieli że powtarzali scenę z romansu «Fuen de Rozaz y Linda Mora.»
 Tym razem dorozumiałam się wszystkiego i poznałam że prawdziwa miłość zaczynała błyskać z pod tych komedyi. Udałam że niepostrzegam niczego, ale czemprędzej poszłam do proboszcza ażeby się poradzić co mam czynić w tym wypadku. Proboszcz zastanowiwszy się przez chwilę rzekł: że napisze do jednego ze swoich przyjaciół, który będzie mógł wziąść Lonzeta do siebie, tymczasem zaś kazał mi odmawiać różaniec do Najświętszej Panny i dobrze drzwi zamykać od sypialnego pokoju Elwiry.
 Podziękowałam mu za radę, zaczęłam odmawiać różaniec do Najświętszej Panny i zamykać drzwi od pokoju sypialnego Elwiry, ale na nieszczęście nie pomyślałam o oknie. Pewnej nocy, posłyszałam szmer u mojej synowicy, otworzyłam nagle drzwi i zastałam Lonzeta klęczącego u nóg Elwiry. Lonzeto poskoczył i padłszy z Elwirą do mych nóg, oświadczył mi że pojął ją za żonę. — «Któż was pożenił? — zawołałam — jakiż ksiądz dopuścił się tej niegodziwości?»
 «Wybacz pani — odpowiedział Lonzeto z powagą — żaden ksiądz się w to nie mieszał. Pobraliśmy się pod wielkim kasztanem. Bóg natury przyjął nasze przysięgi a rumiana zorza nas pobłogosławiła; świadkami naszemi były ptaszki śpiewające z roskoszy na widok naszego szczęścia. Tak to pani zachwycająca Lindamina stała się małżonką mężnego Fuen de Rozaz, wreszcie wszystko to jest wydrukowane.»
 «Ach nieszczęśliwe dzieci — zawołałam — niejesteście połączeni świętym związkiem i nigdy nim być nie możecie. Czyliż nie wiesz hultaju że Elwira jest twoją cioteczną siostrą?»
 Rozpacz tak gwałtowna mnie ogarnęła, że niemiałam nawet siły czynić im wyrzutów. Kazałam Lonzetowi wyjść z pokoju sama zaś rzuciłam się na łóżko Elwiry i oblałam je gorzkiemi łzami. —
 Gdy naczelnik cyganów, domawiał tych słów, przypomiał sobie że miał ważną sprawę do załatwienia i prosił nas o pozwolenie odejścia. Po jego oddaleniu się, Rebeka rzekła do mnie: «Dzieci te mocno mnie zajmują. Miłość wydała mi się zachwycającą w rysach mulata Tantzaï i Zulejki, musiała być jednak daleko powabniejszą gdy ożywiała pięknego Lonzeta i miłą Elwirę. Była to grupa Amora i Psyche.»
 «Szczęśliwe to porównanie — odpowiedziałem — wróży że wkrótce uczynisz tyle postępu w nauce której nauczał Owidyusz, jak w twoich badaniach nad księgami Enocha i Atlasa.»
 «Mniemam — dodała Rebeka — że nauka o której mówisz, jest może niebezpieczniejszą od tych którym dotąd się poświęcałam i że miłość ma swoją stronę równie czarodziejską jak kabała.»
 «Co się tyczy kabały — rzekł Ben-Mamoun — oznajmiam wam, że Żyd wieczny tułacz tej nocy przebył góry armeńskie i że spiesznym krokiem zbliża się do nas.»
 Cała magia tak mnie już była znudziła że niesłuchałem gdy zaczynano o niej rozmawiać. Oddaliłem się więc i poszedłem na polowanie. Wróciłem dopiero na wieczerzę; naczelnik niewiem gdzieś wyszedł, zasiadłem więc do stołu z jego córkami. Kabalista ani jego siostra wcale się nie pokazali. To sam na sam z dwoma młodemi dziewczętami zmięszało mnie cokolwiek. Zdawało mi się jednak, że to nie one ale moje kuzynki zaszczyciły mnie swemi odwiedzinami w namiocie; ale kto były te kuzynki, szatany czyli prawdziwe ziemianki, o tem w żaden sposób nie umiałem zdać sobie sprawy.




DZIEŃ SIEDMNASTY.
 Spostrzegłszy że wszyscy zbierali się do jaskini, poszedłem złączyć się z towarzystwem. Pośpieszono czemprędzej ze śniadaniem i Rebeka pierwsza zapytała naczelnika, co się dalej stało z Maryą de Torres. Pandesowna nie dał się długo prosić i zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI MARYI DE TORRES.
 Wypłakawszy się długo na łóżku Elwiry, odeszłam do mego pokoju, bezwątpienia zmartwienie moje byłoby mniej dotkliwem, gdybym mogła była kogo się poradzić; ale niechciałam objawiać wstydu moich dzieci, sama zaś umierałam ze zgryzoty, uważając się za jedyną przyczynę wszystkiego złego. Przez dwa dni ciągle nie mogłam zatamować łez; trzeciego dnia ujrzałam zbliżające się do nas mnóstwo koni i mułów; oznajmiono mi korregidora z Segowji. Urzędnik ten po pierwszem przywitaniu, uwiadomił mnie: że hrabia de Penna-Velez, grand hiszpański i wicekról Mexyku przysłał mu list z rozkazem spiesznego mi go doręczenia; szacunek zaś jaki miał dla tego dygnitarza, był przyczyną dla której postanowił osobiście przywieść mi jego pismo. Podziękowałam mu jak się należało i otworzyłam list następującej treści:
 «Pani!
 Trzynaście lat mniej dwoma miesięcami dziś właśnie upływa jak miałem zaszczyt oświadczenia Pani, że nigdy nie będę miał innej żony prócz Elwiry de Norugna, która przyszła na świat na ośm miesięcy przed napisaniem tego listu w Ameryce. Szacunek jaki miałem w ówczas dla jej osoby powiększał się wraz z jej wdziękami. Miałem zamiar pośpieszenia do Villaca i rzucenia się do jej nóg, ale najwyższe rozkazy JKMości, poleciły mi zatrzymać się o pięćdziesiąt mil odległości od Madrytu. Teraz więc nie pozostaje mi jak z niecierpliwością oczekiwać waszego przybycia na drodze z Segowji do Biskai.»

Wierny sługa
Don Sanszo hrabia de Penna-Velez.
 Pomimo całego zmartwienia, niemogłam wstrzymać się od uśmiechu czytając ten list pełen poszanowania od wicekróla. Korregidor przytem wręczył mi kiesę w której znajdowała się summa złożona przed laty u bankiera. Następnie pożegnał się ze mną, poszedł na obiad do alkada i wyjechał do Segowji. Co do mnie, przez ten czas stałam niewzruszona jak posąg, z listem w jednej a kiesą w drugiej ręce. Jeszcze nie ochłonęłam była z podziwienia, gdy wszedł alkad, oznajmiając mi że odprowadził korregidora do granicy posiadłości Villaca i że był gotów na moje rozkazy ażeby mi zamówić muły, mulników, przewodników, siodła, żywności, jednem słowem wszystko czego potrzeba było do podróży.
 Zostawiłam alkada jego zatrudnieniom i dzięki jego gorliwości, nazajutrz wybraliśmy się w drogę. Przepędziliśmy noc w Villa-Verde i dziś stanęliśmy tutaj. Jutro przybędziemy do Villa-Reale, gdzie zastaniemy już wicekróla, jak zwykle, pełnego szacunku i poważania. Ale cóż mu powiem nieszczęsna? co on sam powie widząc łzy biednej dziewczyny? Nie chciałam zostawiać mego syna w domu z obawy aby nie wzbudzić podejrzeń, nadto nie mogłam oprzeć się gorącym jego prośbom towarzyszenia nam. Przebrałam go za mulnika i Bóg tylko wie co z tego wyniknie. Drżę a zarazem pragnę aby wszystko się wydało. Z tem wszystkiem, muszę widzieć wicekróla, muszę sama dowiedzieć się co postanowił względem odzyskania puścizny Elwiry. Jeżeli moja synowica nie zasługuje być jego żoną, pragnę aby potrafiła wzbudzić w nim zajęcie i pozyskać jego opiekę. Wszelako z jakiem czołem, ja, w moim wieku, będę śmiała uniewinnić się przed nim z mojej opieszałości? W istocie, gdybym nie była chrześcijanką, przeniosłabym śmierć nad tę chwilę która mnie czeka. —
 Na tem zacna Marya de Torres skończyła swoje opowiadanie i pogrążona w boleści zalała się potokiem łez. Ciotka moja dobyła chustki i zaczęła płakać, ja także płakałem, Elwira rozszlochała się do tego stopnia że trzeba było ją rozebrać i zanieść do łóżka. Wypadek ten sprawił że wszyscy udaliśmy się na spoczynek.

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Położyłem się i natychmiast zasnąłem. Zaledwie zaczęło świtać gdy uczułem że mnie ktoś ciągnął za ramię. Ocknąłem się i chciałem krzyczeć: «Cicho, nie podnoś głosu — szybko mi odpowiedziano — jestem Lonzeto. Elwira i ja wynaleźliśmy środek który przynajmniej na kilka dni wydźwignie nas z kłopotu. Oto są suknie mojej kuzynki, włóż je na siebie, twoje zaś oddaj Elwirze. Moja matka jest tak dobrą że nam przebaczy. Co zaś do mulników i służących którzy towarzyszyli nam od Villaca, ci nie będą mogli nas zdradzić; odeszli już wszyscy do domów gdyż na ich miejsce wicekról przysłał nowych. Służąca Elwiry podziela nasze zamiary, ubieraj się więc czemprędzej i potem położysz się w łóżku Elwiry ona zaś w twojem.»
 Nie miałem nic do zarzucenia zamiarowi Lonzeta, zacząłem się więc ubierać z jak największym pośpiechem. Miałem w ówczas dwunasty rok, byłem dość słuszny na moje lata i suknie czternastoletniej kastylianki wybornie mi przypadały, wiecie bowiem że kobiety w Kastylji, ogólnie nie są tak słuszne jak andaluzki.
 Przybrawszy suknie, poszedłem położyć się w łóżko Elwiry i wkrótce usłyszałem jak mówiono jej ciotce, że marszałek wicekróla czeka na nią w gospodnej kuchni która służyła za wspólną wszystkim izbę. Niebawem, zawołano Elwirę; wstałem i poszedłem na jej miejscu. Ciotka jej wzniosła ręce ku niebu i padła na krzesło; ale marszałek wcale tego nie widząc przykląkł na jedno kolano, zapewnił mnie o głębokiem poszanowaniu swego pana i wręczył pudełko z klejnotami. Przyjąłem je nader wdzięcznie i kazałem mu powstać. Wtedy weszli dworzanie i służący z orszaku wicekróla, zaczęli mnie witać i wołać po trzykroć; «Viva la nuestra Vi-regna.» Na te okrzyki wbiegła moja własna ciotka wraz z Elwirą przebraną za chłopca; zaraz na progu dała Maryi de Torres znaki porozumienia i litości które znaczyły, że niebyło co czynić jak tylko poddać się naturalnemu biegowi wypadków.
 Marszałek zapytał mnie, kto była ta dama? odpowiedziałam że jestto znajoma moja z Madrytu, udająca się do Burgos w celu umieszczenia swego synowca w kollegium Teatynów. Na te słowa marszałek prosił ją aby raczyła przyjąć lektyki wicekróla. Moja ciotka prosiła o jedną dla swego synowca który, jak utrzymywała, był słabym i zmęczonym podróżą. Marszałek wydał stosowne rozkazy, poczem podał mi swoją rękę w białej rękawiczce i wsadził do lektyki. Otworzyłam pochód i cała karawana zaraz za mną ruszyła z miejsca.
 Otóż nagle zostałem przyszłą wicekrólową, z pudełkiem pełnem dyamentów w rękach, niesiony przez dwa białe muły, w złoconej lektyce i z dwoma koniuszymi którzy galopowali przy moich drzwiczkach. W tem tak dziwnem położeniu dla chłopca mego wieku, po raz pierwszy jąłem zastanawiać się nad małżeństwem, rodzajem związku którego dobrze jeszcze nie pojmowałem. Byłem jednak pewny że wicekról nie ożeni się ze mną, nie pozostawało mi więc nic lepszego, jak przeciągać jego złudzenie i dać czas memu przyjacielowi Lonzetowi, wynalezienia jakiego środka któryby raz na zawsze wywiódł go z kłopotu. Mniemałem że oddanie przysługi przyjacielowi, było zawsze szlachetnym uczynkiem. Jednem słowem, postanowiłem o ile możności udawać młodą dziewczynę, i ażeby się do tego wprawić, zagłębiłem się w lektykę, uśmiechając się, spuszczając oczy i strojąc różne kobiece miny. Przypomniałem sobie także, że chodząc powinienem był wystrzegać się stawiania zbyt szerokich kroków, jak w ogóle wszelkich zbyt wolnych poruszeń.
 Gdy tak zapuściłem się w te uwagi, nagle gęsty tuman kurzu oznajmił nam zbliżanie się wicekróla. Marszałek prosił abym raczył wysiąść z lektyki i oprzeć się na jego ramieniu. Wicekról zeskoczył z konia, ukląkł na jedno kolano i rzekł: «Racz pani przyjąć wyznanie miłości która zaczęła się z twojem urodzeniem a skończy z moją śmiercią.» Następnie pocałował mnie w rękę i nie czekając odpowiedzi wsadził do lektyki, sam zaś dosiadł konia i ruszyliśmy w dalszą drogę.
 Gdy tak toczył obok moich drzwiczek i rzadko kiedy na mnie spoglądał, miałem czas dowolnego mu się przypatrzenia. Niebył to już ten młodzieniec którego Marya de Torres znajdowała tak pięknym, gdy zabijał byka lub powracał z pługiem w Villaca. Wicekról mógł jeszcze uchodzić za przystojnego męzczyznę, ale płeć jego spalona przez zwrotnikowe skwary, bardziej zbliżała się do czarnej jak do białej.
 Obwisłe brwi nadawały jego twarzy tak straszny wyraz, że nawet gdy chciał złagodzić go, rysy mimowolnie łamały mu się w przerażające kształty. Do męzczyzn przemawiał grzmiącym głosem, do kobiet zaś piszczał tak cienko że nie można było powstrzymać się od śmiechu. Gdy zwracał się do swoich ludzi, zdawało się że dawał rozkazy całemu wojsku, do mnie zaś mówił jak gdyby pytał o radę na chwilę przed bitwą.
 Im więcej uwag czyniłem nad wicekrólem tem bardziej byłem niespokojny. Przewidywałem że gdy odkryje płeć moją, zapewne każe oćwiczyć mnie bez miłosierdzia i lękałem się tej chwili jak ognia. Nie potrzebowałem więc udawać bojaźliwego, gdyż w istocie cały drżałem i nieśmiałem na chwilę podnieść oczu.
 Przybyliśmy do Valladolid. Marszałek padał mi rękę i zaprowadził do przeznaczonych dla mnie pokojów. Obie ciotki udały się wraz ze mną. Elwira także chciała wejść ale odpędzono ją jako ulicznika. Co zaś do Lonzeta, ten wraz z służbą pozostał w stajni.
 Znalazłszy się sam na sam z ciotkami, padłem do ich nóg zaklinając aby mnie nie zdradzały i przedstawiając im srogie kary na jakie ich gadatliwość mogła mnie wystawić. Myśl że mogę być ćwiczony, pogrążyła moją ciotkę w rozpaczy, połączyła więc swoje prośby z mojemi; ale wszystkie te nalegania były niepotrzebne, Marya de Torres, równie jak my przestraszona, myślała tylko o spóźnieniu o ile możności ostatecznego rozwiązania wypadku. Oznajmiono że obiad już był gotów. Wicekról przyjął mnie u drzwi jadalnego pokoju, zaprowadził na moje miejsce i siadając po prawej stronie rzekł: «Pani, dotychczasowe moje inkognito, zawiesza tylko moją wicekrólewską godność ale jej nie znosi. Przebacz mi żalem jeżeli poważam się siadać po prawej stronie, ale tak samo czyni łaskawy monarcha, którego mam zaszczyt przedstawiać, względem najjaśniejszej królowej.» Następnie marszałek usadowił resztę osób wedle ich znaczenia, zachowując pierwsze miejsce dla pani de Torres.
 Długo wszyscy jedli w milczeniu, gdy w tem wicekról przerwał je i zwracając się do pani de Torres, rzekł: «Z przykrością widzę że w jednym liście który pani pisałaś do mnie do Ameryki, zdawałaś się powątpiewać o wypełnieniu obietnic uczynionych ci przezemnie przed trzynastą laty i kilką miesiącami.»
 «W istocie, Jaśnie Oświecony Panie — odpowiedziała ciotka Elwiry — gdybym była spodziewała się tak niezawodnego wypełnienia obietnicy, starałabym się aby moja synowica mogła stać się godniejszą waszej miłości.»
 «Widać że pani jesteś z Europy, gdyż w nowym świecie, wszyscy dobrze wiedzą że ja nie lubię żartować.»
 Po tych słowach, rozmowa ustała i nikt więcej się nie odezwał. Gdy obiad się skończył, wicekról odprowadził mnie aż do drzwi moich pokojów, obie ciotki poszły dowiedzieć się co się stało z Elwirą, której nakryto przy marszałkowskim stole, ja zaś zostałem z jej służącą która odtąd przy mnie odbywała służbę. Wiedziała ona że byłem chłopcem, posługiwała mi jednak z gorliwością, chociaż także niesłychanie bała się wicekróla. Dodawaliśmy sobie wzajemnie odwagi i jakoś czas nam ubiegał wesoło.
 Ciotki wkrótce powróciły, ponieważ zaś wicekról oznajmił że przez cały dzień nie będzie mnie widział, tajemnie więc wprowadziły Elwirę i Lonzeta. Wtedy wesołość stała się powszechną, śmieliśmy się z całego serca tak że aż wreszcie ciotki zadowolone z chwili wytchnienia, musiały dzielić naszą radość.
 Gdy wieczór już dobrze zapadł, usłyszeliśmy dźwięk gitary i spostrzegliśmy zakochanego wicekróla, który zawinięty w ciemny płaszcz, krył się przez pół za sąsiednim domem. Głos jego chociaż nie młodzieńczy, miał jednak wiele powabu, nadto wykształcił się jeszcze pod względem metody, co dowodziło że wicekról i w Ameryce nie zaniedbywał muzyki.
 Mała Elwira, znając dobrze zwyczaje niewieściej grzeczności, zdjęła jedną z moich rękawiczek i rzuciła ją na ulicę. Wicekról podniósł ją, pocałował i schował w zanadrze. Ale zaledwie wyświadczyłem mu tę łaskę, gdy zdało mi się że sto rózg więcej na mój rachunek przybędzie, skoro wicekról dowie się jaką ja jestem Elwirą. Uwaga ta tak dalece mnie zasmuciła że myślałem tylko o udaniu się na spoczynek. Elwira i Lonzeto ze łzami pożegnali się ze mną. «Do jutra,» rzekłem. «Być może,» odpowiedział Lonzeto. Następnie położyłem się w tym samym pokoju gdzie stało łóżko mojej nowej ciotki i zasunąwszy firanki, zasnąłem.
 Nazajutrz, ciotka moja Dalanosa rozbudziła nas rano mówiąc, że Lonzeto i Elwira uciekli w nocy i że niewiedziano co się z niemi stało. Wiadomość ta gromem raziła biedną Maryę de Torres. Co do mnie myślałem sobie, że niemogłem nic lepszego uczynić jak na miejscu Elwiry zostać wicekrólową Mexyku. —
 Gdy naczelnik tak nam swoje przygody rozpowiadał, jeden z jego ludzi przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności; wstał więc i prosił o pozwolenie odłożenia dalszego ciągu na dzień następny.
 Rebeka z niecierpliwością uczyniła uwagę, że zawsze ktoś nam przerywa w miejscu najbardziej zajmującem, po czem rozmawiano o dość obojętnych rzeczach: kabalista oznajmił że doszły go wieści o Żydzie wiecznym tułaczu który przebył już Bałkan i wkrótce przybędzie do Hiszpanji. Ostatecznie nie wiem co wszyscy przez cały ten dzień porabiali, przechodzę więc do następnego, który był daleko obfitszym w wypadki.




DZIEŃ OŚMNASTY.
 Obudziwszy się ze świtem, przyszła mi chętka odwiedzenia nieszczęsnej szubienicy Los Hermanos, w nadziei że znowu tam znajdę jaką ofiarę. Przechadzka moja niebyła nadaremną, w istocie bowiem znalazłem człowieka leżącego między dwoma wisielcami. Nieszczęśliwy, zdawał się zupełnie pozbawionym czucia, zesztywniał, wszelako dotknąwszy się jego rąk, przekonałem się że miał jeszcze w sobie resztki życia. Przyniosłem wody i skropiłem mu twarz, widząc jednak że bynajmniej nie wracał do zmysłów, wziąłem go na plecy i wyniosłem z szubienicznego ogrodzenia. Powoli przyszedł do siebie, wlepił we mnie błędne oczy, potem nagle wyrywając się zaczął uciekać w pole. Przez jakiś czas ścigałem go oczyma, spostrzegłszy jednak że rusza w krzaki i łatwo może zabłądzić w tej pustyni, sądziłem moim obowiązkiem pobiedz za nim i zatrzymać go. Nieznajomy obrócił się a widząc że goniłem go, jął tem prędzej uciekać, nareszcie zatoczył się, upadł i zranił się w głowę. Otarłem mu chustką ranę, poczem oddarłszy kawał własnej koszuli, owiązałem mu głowę. Nieznajomy nic mi nie rzekł, wtedy zachęcony tą uległością podałem mu rękę i zaprowadziłem do obozu cyganów. Przez cały ten czas nie mogłem wydobyć z niego ani jednego słowa.
 Przybywszy do jaskini, zastałem wszystkich już zebranych na śniadanie; zachowano dla mnie jedno miejsce, rozsunięto się dla nieznajomego, nie pytając wcale kim był i zkąd przybywał. Takie są zwyczaje gościnności hiszpańskiej, którym nigdy nikt niepoważa się uchybiać.
 Nieznajomy jął zapijać czekuladę, jako człowiek gwałtownie potrzebujący posiłku. Naczelnik cyganów zapytał, czyli złodzieje go tak srodze zranili: «Bynajmniej — odpowiedziałem; — znalazłem tego jegomości zemdlałego pod szubienicą Los Hermanos; jak tylko wrócił do zmysłów natychmiast zaczął z całych sił uciekać w pole, wtedy w obawie aby nie zabłądził w zaroślach, pogoniłem za nim i właśnie miałem go schwytać gdy upadł. Szybkość z jaką uciekał jest przyczyną dla której tak się pokaleczył.
 Na te słowa nieznajomy położył łyżeczkę i obracając się do mnie, rzekł z poważną miną: «Mylnie się pan wyrażasz, co zapewne jest skutkiem błędnych zasad jakich panu w młodości udzielano.»
 Możecie łatwą osądzić jakie ta mowa sprawiła na mnie wrażenie. Pomiarkowałem się jednak i odpowiedziałem: «Mości nieznajomy, śmiem panu zaręczyć że od najmłodszych lat wpajano we mnie jak najlepsze zasady, które tem mi są potrzebniejsze, że mam zaszczyt być kapitanem w gwardyi wallońskiej.»
 «Mówiłem panu — przerwał nieznajomy — o zasadach jakie powziąłeś względem przyśpieszonego biegu ciał po płaszczyznach pochyłych. Jeżeli bowiem chcesz pan mówić o moim upadku i dowieść jego przyczyn, powinieneś był uważać że szubienica będąc umieszczoną na miejscu wyniosłem, ja muziałem biedz po płaszczyznie pochyłej. Ztąd należało uważać linię mego biegu jako hypotenuzę trójkąta prostokątnego, którego podstawa równoległa z widokręgiem, kąt zaś prosty musiał być zawarty między tąż podstawą a prostopadłą prowadzącą do wierzchołka trójkąta, czyli do spodu szubienicy. Wtedy mógłbyś pan był powiedzieć, że bieg mój przyśpieszony po płaszczyznie pochyłej, tak się miał do tej którą obrałem padając wzdłuż prostopadłej, jak ta sama prostopadła miała się do hypotenuzy. Ten to bieg przyśpieszony, oceniony tym sposobem, sprawił że upadłem, nie zaś podwojenie mojej szybkości. To jednak w niczem nie przeszkadza że uważam pana za kapitana w gwardyi wallońskiej.»
 Po tych słowach, nieznajomy wziął się znowu do swojej filiżanki zostawiając mnie w niepewności nad sposobem w jakim miałem przyjąć jego dowodzenia, w istocie bowiem nie wiedziałem czy prawdziwie mówił, czyli też chciał ze mnie zadrwić.
 Naczelnik cyganów, widząc że dowodzenie nieznajomego tak mnie obruszyło, chciał nadać inny kierunek rozmowie i rzekł: «Ten szlachetny podróżny który zdaje się wybornie posiadać geometryą, potrzebuje zapewne spoczynku; nie należy dziś zatem nalegać na niego aby mówił, i jeżeli towarzystwo pozwoli, zastąpię jego miejsce i będę ciągnął dalej, rzecz wczoraj zaczętą.» Rebeka odpowiedziała że nic dla niej niemogło być przyjemniejszem i naczelnik zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Właśnie gdy nam wczoraj przerwano, opowiadałam jakim sposobem ciotka Dalanosa przybiegła z oświadczeniem, że Lonzeto uciekł z Elwirą przebraną za chłopca, i jaki przestrach na tę wieść nas ogarnął. Ciotka Torres, która od razu straciła syna i synowicę, oddała się najgwałtowniejszej rozpaczy. Ja zaś opuszczony przez Elwirę, osądziłem że niepozostawało mi jak wstać wicekrólową, lub poddać się karze której obawiałem się bardziej od śmierci. Właśnie zagłębiałem się nad tem okropnem położeniem, gdy marszałek oznajmił że wszystko było gotowem do podróży i ofiarował mi ramię chcąc mnie sprowadzić ze schodów. Tak miałem umysł nabity koniecznością zostania wicekrólową, że mimowolnem poruszeniem podniosłem się z powagą, wsparłem na ramieniu marszałka z postawą skromną ale nie bez godności, na widok której biedne ciotki uśmiechnęły się pomimo całego ich zmartwienia. Tego dnia wicekról nie galopował już przy moich drzwiczkach, ale zastaliśmy go w Torquemada przy drzwiach gospody.
 Łaska jaką okazałem mu wczoraj, uczyniła go śmielszym; pokazał mi rękawiczkę schowaną na piersiach i wdzięcznie podając ramie wysadził z lektyki. W tej chwili skrycie porwał moją rękę i pocałował ją z zapałom. Nie mogłem wstrzymać się od doznania pewnego uczucia przyjemności, widząc że sam wicekról tak się ze mną obchodził, gdy nagle przyszły mi na myśl rózgi które zapewne miały nastąpić po tych wszelkich oznakach głębokiego poszanowania.
 Zostawiono nas przez kwadrans w pokojach przeznaczonych dla kobiet, po czem zaprowadzono do stołu. Usiedliśmy tak jak wczoraj. Pierwsze danie przeszło w nieprzerwanem milczeniu, przy drugiem jednak, wicekról obracając się do ciotki Dalanosy rzekł: «Dowiedziałem się o figlu jaki pani wypłatał jej synowiec wraz z tym hultajem małym mulnikiem. Gdybyśmy byli w Mexyku, wkrótce miałbym już ich u siebie, pomimo to jednak kazałem aby puszczono się za niemi w pogoń. Jeżeli moi ludzie ich przytrzymają, synowiec pani zostanie uroczyście oćwiczonym na podwórzu ojców Teatynów, mały zaś mulnik przewietrzy się na galerach.»
 Na ten wyraz «galery» połączony z myślą o jej synu, Pani de Torres natychmiast zemdlała, ja zaś słysząc o rózgach na podwórzu ojców Teatynów, spadłem z krzesła.
 Wicekról pomógł mi powstać z jak najwykwintniejszą grzecznością; uspokoiłem się nieco i o ile możności najweselej czekałem końca obiadu. Gdy sprzątnięto ze stołu, wicekról zamiast odprowadzenia mnie do moich pokojów, zawiódł nas troje pod drzewa naprzeciwko gospody i posadziwszy na ławce, rzekł: «Zdaje mi się że panie przestraszyłyście się nieco mniemaną srogością jaka przebija się w moim sposobie myślenia a której nabyłem wykonywając różne obowiązki. Myślałem także że dotąd znacie mnie tylko z kilku rysów mego charakteru, których nie dorozumiewacie się ani powodów ani następstw. Sądzę przeto że rade usłyszycie historyą mego życia i że wypada abym wam ją opowiedział. Wtedy bezwątpienia zabrawszy ze mną ściślejszą znajomość, pozbędziecie się tej trwogi jaka was dziś tak nagle napadła.»
 Po tych słowach, wicekról w milczeniu oczekiwał naszej odpowiedzi. Oświadczyliśmy mu żywą chęć poznania bliższych o nim szczegółów; podziękował nam i uradowany temi oznakami zajęcia, tak zaczął:

HISTORYA HRABIEGO PENNA-VELEZ.
 Urodziłem się w pięknej okolicy otaczającej Grenadę w wiejskim domku, który mój ojciec posiadał nad brzegami czarującego Prenilu. Wiadomo wam, że poeci hiszpańscy umieszczają w naszej prowincyi teatr wszystkich scen pasterskich. Tak dobitnie przekonali nas że klimat nasz powinien pomagać do rozwijania uczuć miłosnych, że niema Grenadczyka któryby nie przepędził młodości swojej, a czasami i całego życia, na zalecaniu się i kochaniu.
 Gdy młody człowiek u nas pierwszy raz wychodzi na świat, naprzód zaczyna od wyboru damy swoich myśli, jeżeli zaś ta przyjmuje jego hołdy, wtedy ogłasza się jej embecevido, czyli opętanym jej wdziękami. Kobieta przyjmując takową ofiarę zawiera z nim milczącą umowę, na mocy której jemu wyłącznie powierza wachlarz i rękawiczki. Również daje mu pierwszeństwo gdy idzie o przyniesienie jej szklanki wody, którą embecevido podaje na kolanach. Nadto, szczęśliwy młodzian ma prawo galopowania przy jej drzwiczkach, ofiarowania wody święconej w kościele i kilka innych równie ważnych przywilejów. Mężowie wcale nie są zazdrośni o ten rodzaj stosunków, gdyż w istocie nie ma o co być zazdrosnym; naprzód dla tego że kobiety żadnego z tych zalotników nie przyjmują u siebie, powtóre że zawsze są otoczone ochmistrzyniami lub służebnemi. Jeżeli zaś mam prawdę powiedzieć, kobiety niewierne mężom zwykle dają komu innemu pierwszeństwo niż embecevidom. Udają się wtedy albo do młodych kuzynków mających przystęp do domu, podczas gdy najbardziej zepsute wybierają kochanków w ostatnich klassach społeczeństwa.
 Na tym stopniu stały zaloty w Grenadzie gdy wyszedłem na świat, zwyczaj ten jednak wcale nie pociągnął mnie za sobą, nie dla tego żeby miało mi zbywać na czułości, przeciwnie, serce moje więcej może jak czyje inne uległo wpływowi naszego klimatu i potrzeba kochania była pierwszem uczuciem które ożywiło moją młodość. Wkrótce jednak przekonałem się że miłość była zupełnie czem innem jak prostą wymianą czczych grzeczności, przyjętą w naszem towarzystwie. Wymiana ta była zupełnie niewinną, ale w skutkach zajmowała serce kobiety człowiekiem, który nigdy nie miał posiadać jej osoby i zarazem osłabiała uczucia dla tego, do kogo rzeczywiście należała. Rozdział ten oburzał mnie tem więcej, że miłość i małżeństwo uważałem zawsze za jedno. To ostatnie, ozdobione wszelkiemi powabami miłości, stało się ukrytą i zarazem najdroższą z moich myśli, bóstwem mojej wyobraźni.
 Nareszcie wyznam wam że myśl ta owładnęła tak dalece wszystkiemi władzami mojej duszy, że czasami zaczynałem prawić od rzeczy i zdaleka można mnie było wziąść za prawdziwego embecevido.
 Jeżeli wchodziłem do jakiego domu, zamiast zajmowania się powszechną rozmową, wyobrażałem sobie natychmiast że dom należał do mnie i umieszczałem w nim moją żonę. Ozdabiałem jej pokój najpiękniejszemi indyjskiemi tkaninami, matami chińskiemi i kobiercami perskiemi na których zdawało mi się że widzę już ślady jej stóp. Również wpatrywałem się w sofę, na której, wedle mego mniemania, najczęściej lubiła siadać. Jeżeli wychodziła dla odetchnięcia świeżem powietrzem, znajdowała ganek umajony najwonniejszemi kwiatami i ptaszarnię napełnioną najrzadszem ptastwem. Co zaś do jej sypialni, zaledwie odważałem się marzyć o niej jak o świątyni, do której nawet moja wyobraźnia lękała się wkroczyć.
 Gdy tak nawet w towarzystwie zatapiałem się w moich marzeniach, rozmowa szła zwykłym trybem, ja zaś należałem do niej odpowiadając czasami bez związku na zapytania jakie mi zadawano. Nadto odzywałem się zawsze cierpko, nie rad że przerywano mi moja marzenia.
 Tak dziwnym sposobem zachowywałem się przyszedłszy gdzie w odwiedziny. Na przechadzkach ogarniało mnie równe szaleństwo: jeżeli miałem potok do przebycia, brnąłem w wodzie po kolana, zostawiając kamienie dla mojej żony, która wspierała się na mojem ramieniu wynagradzając te starania boskim uśmiechem. Dzieci kochałem do szaleństwa. Spotkawszy jakie pożerałem je pieszczotami, moja żona zaś z niemowlęciem na ręku wydawała mi się arcydziełem stworzenia. —
 To mówiąc, wicekról zwrócił się do mnie, rzekł z powagą i czułością zarazem: «Pod tym względem, niezmieniłem dotąd uczuć i spodziewam się, że nieporównam Elwira nieprzeprowadzi przez żyły swych dzieci nieczystej krwi obcego kochanka.» Wyrazy te zmieszały mnie więcej niż możecie sobie wyobrazić. Złożyłem ręce mówiąc: «Jaśnie Oświecony Panie, racz nigdy nie wspominać mi o tych rzeczach których cale nie rozumiem.»
{{tab}«Mocno ubolewam anielska Elwiro — odparł wicekról — że pozwoliłem sobie obrazić twoją skromność. Przystępuję teraz dodalnego ciągu mojej historyi i przyrzekam nie wpadać więcej w podobne błędy.» W istocie tak dalej mówił:
 — Roztargnienia te sprawiły, że w Grenadzie uważano mnie za obłąkanego, jakoż w istocie towarzystwo nie zupełnie się myliło. Wyraźniej mówiąc, wydawałem się obłąkanym dla tego, że szaleństwo moje różnem było od obłędów reszty Grenadczyków; mógłbym zaś uchodzić za rozsądnego, gdybym był jawnie oświadczył się opętanym wdziękami której z moich współobywatelek. Ponieważ jednak podobne mniemania nie mają w sobie nic pochlebnego, postanowiłem przeto opuścić ojczyznę. Były jeszcze inne powody które mnie do tego skłaniały. Chciałem być szczęśliwym z moją żoną i tylko przez nią szczęśliwym. Gdybym był ożenił się z jaką rodaczką, ta stosownie do zwyczajów, musiała by przyjąć hołdy jednego z embecevidos, który to stosunek jak uważacie, bynajmniej nie zgadzał się z moim sposobem myślenia. Powziąwszy zamiar wyjechania, udałem się na dwór madrycki; ale i tam znalazłem te same mdłe grzeczności, pod innemi tylko nazwiskami. Miano embecevidów, które z Grenady przeszło dziś do Madrytu, niebyło jeszcze w ówczas znanem. Damy dworu nazywały wybranych chociaż nieszczęśliwych kochanków «Cortehhos» innych zaś z którymi surowiej się obchodziły i zaledwie wynagradzały ich raz na miesiąc uśmiechem, «galantami.» Pomimo to, wszyscy bez różnicy nosili barwy ulubionej piękności i galopowali przy jej pojeździe, co każdego dnia taki kurz podnosiło w Prado, że niepodobna było mieszkać na ulicach dotykających tego czarownego miejsca przechadzki.
 Nie miałem ani odpowiedniego majątku ani dość wysokiego stopnia ażeby zwrócić na siebie uwagę u dworu, wszelako znano mnie ze zręczności jaką okazywałem w walkach byków. Król kilka razy przemówił do mnie, grandowie zaś uczynili mi zaszczyt poszukiwania mojej przyjaźni. Znałem się nawet z hrabią Rowellas, ale ten pozbawiony przytomności, nie mógł mnie widzieć gdy wyratowałem go od śmierci. Dwóch jego koniuszych dobrze wiedziało kim byłem, ale snać w ówczas zaprzątnięci byli czem innem, inaczej niebyliby omieszkali żądania tysiąca sztuk złota nagrody, jaką hrabia przyrzekł temu, który mu odkryje nazwisko jego wybawcy.
 Pewnego dnia, obiadując u ministra Haziendy czyli skarbu, znalazłem się obok Don Henryka de Torres, męża Pani, który za swemi sprawami przybył do Madrytu. Po raz pierwszy miałem zaszczyt zbliżenia się do niego, ale postać jego wzniecała zaufanie, wkrótce więc naprowadziłem rozmowę na ulubiony przedmiot, to jest na miłość i małżeństwo. Zapytałem Don Henryka czyli damy w Segowji miały także swoich embecevidos, cortehhów i galantów: «Bynajmniej — odpowiedział — zwyczaje nasze nie wprowadziły dotąd osób tego rodzaju. Gdy kobiety nasze idą na przechadzkę zwaną Zocodover, zwykle przez pół są zasłonięte i nikt nie odważa się przystępować do nich, bądź czyli idą pieszo, lub też czy jadą pojazdem. Nadto w domach naszych przyjmujemy tylko pierwsze odwiedziny, tak męzczyzn jako i kobiet, ale natomiast wszyscy przepędzają wieczory na balkonach mało co wzniesionych nad ulicą. Męzczyzni wtedy zatrzymują się i rozmawiają ze znajomemi, młodzież zaś zwiedziwszy jeden balkon po drugim, kończy wieczór przed domem gdzie jest panna na wydaniu.
 «Z tem wszystkiem — dodał Don Enriquez — ze wszystkich balkonów Segowji, mój najliczniej bywa odwiedzanym dla mojej świekry. Elwiry de Norugna, która, do nieporównanych przymiotów mojej żony, łączy wdzięki jakich niema drugich w całej Hiszpanji.»
 Mowa ta uczyniła na mnie silne wrażenie. Osoba tak piękna, obdarzona tak rzadkiemi przymiotami i z kraju gdzie niebyło embecevidów, zdała mi się przeznaczoną przez niebo na moje uszczęśliwienie. Kilku Segowczyków z którymi rozmawiałam, jednomyślnie potwierdziło zdanie Don Henryka o wdziękach Elwiry, postanowiłem więc osądzić je na własne oczy.
 Jeszcze nie opuściłem był Madrytu, gdy uczucia moje ku Elwirze doszły głębokiej namiętności, ale zarazem stosunkowo zwiększyły moją bojaźliwość. Przybywszy do Segowji niemogłem odważyć się pójść z odwiedzinami do pana de Torres lub innych osób z któremi zapoznałem się w Madrycie. Chciałbym był wstawienia się za mną kogoś trzeciego do Elwiry, i uprzedzenia jej względem mnie jako ja względem niej byłem już uprzedzony. Zazdrościłem tym, których rozgłośne imie lub świetne przymioty, wszędzie poprzedzają, sądziłem bowiem że jeżeli na pierwsze wejrzenie nie pozyskam przychylności Elwiry, wszelkie moje późniejsze starania będą bezużytecznemi. Tak przepędziłem kilka dni w gospodzie nie widząc nikogo. Nareszcie kazałam zaprowadzić się na ulicę gdzie stał dom pana de Torres; naprzeciwko spostrzegłem napis oznajmiający mieszkanie do najęcia. Pokazano mi izbedkę na poddaszu, zgodziłem ją za dwanaście realów na miesiąc, przybrałem nazwisko Alonza i powiedziałem żem przybył za sprawami handlowemi.
 Tymczasem sprawy moje handlowe ograniczały się na spoglądaniu przez żaluzye moich okien, gdy w tem wieczorem, spostrzegłem panią na balkonie w towarzystwie nieporównanej Elwiry. Mamże się przyznać? z początku zdawało mi się że widzę przed sobą pospolitą piękność, ale przypatrzywszy się bliżej poznałem, że niewysłowiona harmonija jej rysów, czyniła jej wdzięki z razu mniej uderzającemi, wkrótce jednak olśniała całym ich blaskiem, zwłaszcza gdy ją porównywano z inną kobietą. Pani sama, byłaś w ówczas nader piękną, wszelako muszę wyznać że niebyłaś w stanie wytrzymać porównania z jej siostrą.
 Z poddasza mego z roskoszą przekonałem się, że Elwira była zupełnie obojętną na składane jej hołdy i że nawet zdawała się niemi znudzoną. Z drugiej jednak strony, postrzeżenie to całkiem odjęło mi chęć pomnożenia tłumu jej wielbicieli, czyli ludzi którzy ją nudzili. Postanowiłem spoglądać przez okno dopóki nie zdarzy się lepsza sposobność zabrania znajomości i jeżeli mam prawdę powiedzieć, niecierpliwie oczekiwałem walek byków.
 Przypominasz sobie pani że w ówczas nie źle śpiewałem, niemogłem przeto wstrzymać się żeby nie dać usłyszeć mego głosu. Gdy wszyscy kochankowie już poodchodzili, zstępowałem z poddasza i przy towarzyszeniu gitary jak umiałem nalepiej, śpiewałem narodowe nasze pieśni. Powtarzałem to z kolei przez kilka wieczorów, nareszcie spostrzegłem że oddalaliście się państwo dopiero po wysłuchaniu moich pieśni. Odkrycie to napełniło duszę moją niepojętem słodkiem uczuciem, które jednak dalekiem było od nadziei.
 Wtedy dowiedziałem się że wygnano Rowellasa do Segowji. Rozpacz mnie ogarnęła, na chwilę bowiem nie wątpiłem że zakocha się w Elwirze, jakoż nie omyliły mnie moje przeczucia. Myśląc że znajduje się jeszcze w Madrycie, oświadczył się publicznie cortehhem siostry pani, przybrał jej barwy lub też te które być niemi rozumiał i ustroił w nie swoją służbę. Ze szczytu mego poddasza długo byłem świadkiem tej zuchwałej zarozumiałości i z roskoszą przekonałem się, że Elwira sądziła o nim bardziej z osobistych jego przymiotów, jak z blasku który go otaczał. Ale hrabia był bogatym, wkrótce miał otrzymać tytuł granda, cóż więc mogłem ofiarować równego podobnym korzyściom. Nic bez wątpienia. Byłem tak dalece tego pewnym i przytem kochałem Elwirę z tak zupełnem zaparciem się samego siebie, że w duszy sam nawet pragnąłem żeby poszła za Rowellasa. Nie myślałem już więcej o zapoznaniu się i zaprzestałem moich czułych pieśni. Tymczasem Rowellas wyrażał swoją namiętność samemi tylko grzecznościami i nie czynił żadnego stanowczego kroku dla pozyskania ręki Elwiry. Dowiedziałem się nawet że Don Enriquez zamierzał wyjechać do Villaca. Przyzwyczaiłem się już do przyjemności mieszkania naprzeciw jego domu, chciałem więc na wsi zapewnić sobie też samą pociechę. Przybyłem do Villaca podając się za rolnika z Murcyi. Kupiłem domek naprzeciwko waszego i ozdobiłem go wedle mego smaku. Ponieważ jednak zawsze można po czemś poznać przebranych kochanków, przeto umyśliłem sprowadzić moją siostrę z Grenady i dla uniknięcia podejrzeń, udać ją za moją żonę. Urządziwszy to wszystko, wróciłem do Segowji, gdzie dowiedziałem się, że Rowellas miał zamiar wyprawienia wspaniałej walki byków. Ale przypominam sobie że miałaś pani w ówczas dwuletniego synka, racz mi też powiedzieć co się z nim stało? —
 Ciotka Torres, przypominając sobie że ten synek był tym samym mulnikiem którego wicekról przed godziną chciał posłać na galery, nie wiedziała co odpowiedzieć i dobywszy chustki zalała się łzami.
 «Przebacz pani — rzekł wicekról — widzę że odnawiam jakieś boleśne wspomnienie, ale dalszy ciąg mojej historyi wymaga abym mówił o tem nieszczęsnem dziecięciu.»
 «Pamiętasz pani że zachorował w ówczas na ospę; otaczałaś go pani najtkliwszemi staraniami i wiem że Elwira także dnie i noce przepędzała przy łóżku chorego malca. Nie mogłem wstrzymać się od uwiadomienia pani, że był ktoś na świecie kto podzielał wszystkie wasze cierpienia i co noc pod waszemi oknami wyśpiewywałem tęskno pieśni. Niezapomniałaś że pani o tem?»
 «Bynajmniej — odpowiedziała — pamiętam bardzo dobrze i wczoraj jeszcze wszystko to opowiadałam towarzyszce mojej podróży.»
 Wicekról, tak dalej mówił:
 — Całe miasto, zajmowało się tylko chorobą Lonzeta, jako główną przyczyną dla której opoźniano widowiska, dla tego też gdy dziecię wróciło do zdrowia, radość była powszechną.
 Nastąpiła wreszcie uroczystość, wszelako niedługo trwała. Pierwszy zaraz byk nielitościwie pokaleczył hrabiego. Utopiwszy szpadę w karku rozjuszonego zwiedzęcia, rzuciłem wzrok na waszą lożę i ujrzałem że Elwira pochyliwszy się ku pani, mówiła coś o mnie z wyrazem który przejął mnie radością. Pomimo to znikłem w tłumie. Nazajutrz Rowellas, przyszedłszy nieco do sił, oświadczył się o rękę Elwiry; utrzymywano że nie został przyjętym, on zaś dowodził przeciwnie, dowiedziawszy się jednak że wyjeżdżaliście do Villaca, poznałem że hrabia chełpił się według zwyczaju. Wyjechałem więc do Villaca, gdzie przyjąłem wieśniaczy sposób życia, chodziłem sam za pługiem lub też udawałem, gdyż w istocie chłopiec mój tem się zajmował.
 Po kilku dniach pobytu, gdy wracałem za wołami do domu, wsparty na ramieniu mojej siostry która uchodziła za moją żonę, spostrzegłem panią wraz z Elwirą i twoim mężem. Siedzieliście przed domem waszym przy wieczerzy. Poznałyście mnie obie, ale ja wcale nie chciałem się zdradzić. Przyszła mi jednak złośliwa myśl powtórzenia wam niektórych pieśni, jakie wam śpiewałem podczas choroby Lonzeta. Czekałem tylko z ostatecznem oświadczeniem pewności, że Rowellas został odrzucony. —
 «Ach Jaśnie Oświecony Panie — rzekła ciotka Torres — nie ma wątpienia że byłbyś potrafił zająć Elwirę, jak również pewnem jest że odrzuciła rękę hrabiego. Jeżeli później poszła za niego, uczyniła to jedynie w myśli że byłeś żonatym.»
 «Widać że Opatrzność — odparł wicekról — miała inne zamiary względem mojej niegodnej osoby. W istocie, gdybym był otrzymał rękę Elwiry, Chirigony, Askapelki i Apalachy nie zostaliby nawróceni na wiarę chrześcijańską a krzyż, znak naszego wybawienia, niebyłby zatkniętym o trzy stopnie dalej na północ amerykańskich dzierżaw.»
 «Być to może — rzekła pani de Torres — ale za to mój mąż i moja siostra dotychczas by jeszcze żyli. Wszelako nie śmiem przerywać dalszego ciągu tak zajmującej historyi.»
 Wicekról zebrał głos w te słowa:
 — W kilka dni po przybyciu waszem do Villaca, umyślny posłaniec z Grenady doniósł mi ze matka moja śmiertelnie zachorowała. Miłość ustąpiła miejsca synowskiemu przywiązaniu i opuściliśmy z moją siostrą Villaca. Matka moja chorowała przez dwa miesiące i oddała ducha w naszych objęciach. Opłakałem tę stratę, może zbyt krótko i wróciłem do Segowji gdzie dowiedziałem się że Elwira była już hrabiną Rowellas.
 Usłyszałem oraz że hrabia przyrzekł sto sztuk złota nagrody temu kto mu odkryje nazwisko jego wybawcy; odpowiedziałem mu bezimiennym listem i udałem się do Madrytu prosząc o powierzenie mi jakiego urządu w Ameryce. Otrzymawszy go, czemprędzej wsiadłem na okręt. Pobyt mój w Villaca był tajemnicą znaną tylko odemnie i mojej siostry, ale służący nasi mają wrodzoną wadę szpiegostwa, która przenika wszelkie tajniki. Jeden z moich ludzi, który niechciał udać się ze mną do Ameryki, wszedł w służbę Rowellasa; opowiedział służącej ochmistrzyni hrabiny całą historyę kupna domu w Villaca i mego przebrania się za wieśniaka, służąca powtórzyła to samej ochmistrzyni, ta zaś, dla zaskarbienia sobie łaski, powiedziała wszystko hrabiemu. Rowellas, porównywając bezimienność mego listu, biegłość okazaną w walce byków i nagły mój wyjazd do Ameryki, wniósł że musiałem być szczęśliwym kochankiem jego małżonki. Mocno przeraziłem się słysząc o tem co zaszło, przybywszy jodnak do Ameryki otrzymałem list następującej treści:
 «Señor Don Sancho de Penna Sombre!
 Uwiadomiono mnie o stosunkach jakie miałeś z niegodziwą której odtąd zaprzeczam nazwiska hrabiny Rowellas. Jeżeli chcesz, możesz posłać po dziecię które wkrótce się z niej narodzi. Co do mnie, wyjeżdżam natychmiast za tobą do Ameryki, gdzie spodziewam się widzieć cię po raz ostatni w mem życiu.»
 List ten pogrążył mnie w rozpaczy, wkrótce jednak boleść moja dobiegła ostatnich krańców, gdy dowiedziałem się o śmierci Elwiry, męża Pani i Rowellasa którego chciałem przekonać o fałszu jego zarzutów. Uczyniłem jednak co mogłem dla zniweczenia potwarzy i uprawnienia rodu jego córki; nadto poprzysiągłem uroczyście, gdy dziewczynka przyjdzie do lat pojąć ją za żonę. Po dopełnieniu tego obowiązku, osądziłem że wolno mi było szukać śmierci, której religia niepozwalała mi zadać samemu sobie. W Ameryce naówczas, dziki lud sprzymierzomy z hiszpanami toczył wojnę z sąsiednim narodem. Udałem się tam i przyjęty zostałem od ludu. Dla pozyskania jednak, że tak rzekę, prawa obywatelstwa, musiałem pozwolić ażeby wykłuto mi igłą na całem ciele, kształt węża i żółwia. Głowa węża miała zaczynać się na prawem mojem ramieniu, ciało szesnaście razy owijało się kolo mojego i dopiero na wielkim palcu u prawej nogi kończyło ogonem. Podczas obrzędu, dziki operator naumyślnie kłuł mnie do kości, próbując czyli nie wydam surowo zakazanego krzyku boleści. Śród tych męczarni usłyszałem już zdaleka wrzaski dzikich naszych nieprzyjaciół, podczas gdy nasi zawodzili śpiew za umarłych. Uwolniwszy się z rąk kapłanów, pochwyciłem maczugę i rzuciłem się w sam war boju. Zwycięztwo przechyliło się na naszą stronę, przynieśliśmy z sobą dwieście dwadzieścia czupryn, mnie zaś na placu bitwy jednomyślnie okrzyknięto kacykiem.
 Po upływie dwóch lat, dzikie pokolenia nowego Mexyku przeszły na wiarę Chrystusa i poddały się koronie hiszpańskiej.
 Wiadoma wam zapewne reszta mojej historyi. Osiągnąłem najwyższe zaszczyty o jakich może zamarzyć poddany króla hiszpańskiego; ale muszę uprzedzić cię zachwycająca Elwiro, że nigdy nie będziesz wicekrólową. Polityka gabinetu madryckiego nie pozwala ażeby ludzie żonaci piastowali w nowym świecie tak obszerną władzę. Od chwili w której raczysz być moją żoną — ja przestaję nosić tytuł wicekróla. Mogę tylko złożyć u stóp twych godność granda hiszpańskiego i majątek o którego źródłach winienem ci jeszcze, jako o wspólnym na przyszłość, kilka słów napomknąć. Podbiwszy dwie prowincye północnego Mexyku, otrzymałem od króla pozwolenie na wyzyskiwanie jednej z najbogatszych kopalni srebra. W tym celu stowarzyszyłem się z pewnym spekulantem z Vera-Cruz i w pierwszym roku otrzymaliśmy dywidendę wartości trzech milionów podwójnych piastrów, ponieważ jednak przywilej był na moje imię, dostałem więc sześćkroć stotysięcy piastrów więcej od mego spólnika. —
 «Pozwól pan — przerwał nieznajomy — summa przypadająca na wicekróla, wynosiła milion ośmkroćstotysięcy piastrów, na wspólnika zaś, milion dwakroć sto tysięcy.»
 «Tak sądzę,» odparł naczelnik cyganów.
 «Czyli wyraźniej mówiąc — rzekł nieznajomy — połowa summy więcej połową różnicy, jasne jak dwa razy dwa cztery.»
 «Masz pan słuszność,» odpowiedział naczelnik po czem tak dalej ciągnął:
 — Wicekról pragnąc dokładnie mnie uwiadomić o stanie swego majątku, rzekł: Na drugi rok zapuściliśmy się głębiej we wnętrzności ziemi i musieliśmy zbudować przejścia, studnie, galerye. Wydatki które dotąd czwartą część wynosiły, powiększyły się o jedną ósmą, ilość zaś kruszcu spadła o jedną szóstą. —
 Na te słowa, geometra dobył z kieszeni tabliczek i ołówka, ale w myśli że trzyma pióro umoczył ołówek w czekuladzie, widząc jednak że czekulada nie pisała chciał otrzeć pióro o swój czarny kaftan i otarł je o suknię Rebeki. Następnie zaczął coś gryzmolić na swoich tabliczkach. Rozśmieliśmy się z jego roztargnienia i naczelnik cyganów tak dalej mówił:
 — Na trzeci rok, przeszkody jeszcze się powiększyły. Musieliśmy sprowadzić górników z Peru, i daliśmy im piętnastą część przychodu, nie przypuszczając ich wcale do wydatków, które tego roku wzrosły o dwie piętnaste. Natomiast ilość kruszcu zwiększyła się o sześć razy i jedna czwarta więcej w porównaniu z wypadkiem przeszłorocznym. —
 — Tu zaraz dorozumiałem się że naczelnik chciał pobałamucić geometrze jego rachunki. W istocie nadając swemu opowiadaniu formę zagadnienia rzekł dalej:
 — Odtąd pani, nasze dywidendy ciągle zmniejszały się o dwie siedmnaste. Ponieważ jednak umieszczałem na procent pieniądze zyskane na kopalniach i dołączałem do kapitału procenta od procentów, otrzymałem za ostateczny wypadek mego majątku, summę pięćdziesięciu milionów piastrów, którą składam u twych nóg wraz z mojemi tytułami, sercem i ręką. —
 Tu nieznajomy, ciągle pisząc na tabliczkach, powstał i udał się drogą którą przybyliśmy do obozu; ale zamiast iść prosto, zboczył na ścieżkę prowadzącą do potoku gdzie cyganie czerpali wodę i wkrótce potem usłyszeliśmy plusk ciała wpadającego w potok.
 Pobiegłem mu na pomoc, rzuciłem się w wodę i pasując się z prądem, zdołałem wreszcie naszego roztargnionego wyciągnąć na brzeg. Dobyto z niego wodę której się opił, rozpalono wielki ogień i gdy po długich staraniach geometra wrócił do zmysłów, wlepił w nas błędne oczy i rzekł słabym głosem: «Bądźcie panowie przekonani że majątek wicekróla wynosił sześćdziesiąt milionów, dwadzieścia pięć tysięcy, sto sześćdziesiąt jeden piastrów, przypuszczając że część wicekróla tak się zawsze miała do części jego wspólnika, jak tysiąc ośmset do tysiąca dwiestu, czyli jak trzy do dwóch.»
 To powiedziawszy, geometra wpadł w pewien rodzaj letargu, z którego nie chcieliśmy go budzić sądząc że musiał potrzebować spoczynku. Spał aż do szóstej wieczorem i zbudził się z letargu na to, aby jedna za drugą popełniać tysiące niedorzeczności.
 Naprzód zapytał kto wpadł w wodę? gdy mu odpowiedziano że on sam i że ja go wyratowałem, zbliżył się ku mnie z wyrazem najłagodniejszej grzeczności i rzekł: «W istocie nie myślałem żebym umiał tak dobrze pływać; mocno mnie to cieszy że zachowałem królowi jednego z najdzielniejszych oficerów, gdyż pan jesteś kapitanem w gwardyi wallońskiej, sam mi to powiedziałeś a ja mam wyborną pamięć.»
 Towarzystwo parsknęło śmiechem, ale geometra bynajmniej się nie zmieszał i ciągle nas bawił swojemi roztargnieniami.
 Kabalista również był zajętym i bezustannie tylko mówił o Żydzie wiecznym tułaczu, który miał mu udzielić niektórych wiadomości względem dwóch szatanów nazywających się Eminą i Zibeldą. Rebeka wzięła mnie pod rękę i zaprowadziwszy do miejsca z którego głos nasz nie dochodził, rzekła: «Drogi panie Alfonsie, zaklinam cię, powiedz mi twoje zdanie o tem wszystkiem co słyszałeś i widziałeś od czasu przybycia twego w te góry, i co myślisz o tych dwóch wisielcach które wyrządzają nam tyle psot.»
 «Sam niewiem co mam odpowiedzieć na to zapytanie — odrzekłem. — Tajemnica o którą troszczy się twój brat jest mi zupełnie nieznaną. Co do mnie, przekonany jestem że uśpiono mnie za pomocą napoju i zaniesiono pod szubienicę. Wreszcie, sama mówiłaś mi o władzy jaką Gomelezowie skrycie wywierają w tych okolicach.»
 «Tak jest — przerwała Rebeka — zdaje mi się że chcą abyś przeszedł na wiarę proroka i mojem zdaniem powinienbyś to uczynić.»
 «Jak to? — zawołałem — i ty więc należysz do ich zamiarów?»
 «Bynajmniej — odpowiedziała — ja mam własne widoki na celu; wszakże mówiłam ci że nigdy nie pokocham żadnego z moich spółwyznawców ani też chrześcijanina; ale złączmy się z towarzystwem, kiedy indziej pomówimy o tem obszerniej.»
 Rebeka poszła do brata, ja zaś udałem się w przeciwną stronę i zacząłem rozmyślać nad tem wszystkiem co widziałem i słyszałem; ale im więcej zagłębiałem się w moich myślach, tem mniej mogłem dojść w nich ładu.


DZIEŃ DZIEWIĘTNASTY.
 Całe towarzystwo wcześnie zebrało się do jaskini, sam tylko naczelnik nie przybył. Geometra był już zupełnie zdrów, i przekonany że on wydobył mnie z wody, spoglądał na mnie tym zajmującym wzrokiem jakim zwykle patrzymy na tych którym wyświadczyliśmy ważne przysługi. Rebeka uważała ten dziwny stan jego i mocno ją to bawiło. Po skończonem śniadaniu rzekła: «Wiele straciliśmy na nieobecności naczelnika, gdyż umierałam z ciekawości dowiedzenia się jakim sposobem przyjął ofiarę ręki i majątku wicekróla. Wszelako ten oto szlachetny nieznajomy będzie zapewne mógł wynagrodzić naszą stratę, opowiadając nam własne przygody, które muszą być nader zajmującemi. Zdaje się że poświęcał się naukom nie zupełnie dla mnie obcym i bezwątpienia wszystko cokolwiek odnosi się do takiego jak on człowieka, ma prawo do pilnej mojej uwagi.»
 «Nie sądzę — odparł nieznajomy — abyś pani miała poświęcać się tymże samym naukom, gdyż kobiety zwykle nie mogą zrozumieć pierwszych ich początków; ponieważ jednak przyjęliście mnie z taką gościnnością, uwiadomienie was zatem o wszystkiem co się mnie tyczy jest moim najświętszym obowiązkiem. Zacznę więc od oznajmienia że nazywam się... że nazywam się...»
 «Jakto — rzekła Rebeka — byłżebyś pan do tego stopnia roztargnionym żeby zapomnieć swego własnego nazwiska?»
 «Bynajmniej — odpowiedział geometra — z natury mojej wcale nie jestem roztargnionym, ale ojciec mój pewnego dnia przez roztargnienie podpisawszy nazwisko brata zamiast swego, odrazu stracił żonę, majątek i nagrodę za oddane krajowi usługi. Aby więc nie wpaść w podobny błąd wypisałem moje nazwisko na tych oto tabliczkach, i odtąd ile razy mam podpisać się, wiernie je przepisuję.»
 «Ale kiedy my żądamy po panu — rzekła Rebeka — abyś nam powiedział nie zaś podpisywał swoje nazwisko.»
 «W istocie, masz pani słuszność,» odpowiedział nieznajomy i schowawszy tabliczki do kieszeni, zaczął w te słowa:

HISTORYA GEOMETRY.
 Nazywam się Don Pedro Velasquez. Pochodzę ze starożytnej rodziny margrabiów Velasquez którzy, od wynalezienia prochu, wszyscy służyli w artyleryi i byli najbieglejszymi oficerami jakich Hiszpania posiadała w tej broni. Don Ramiro Velasquez, naczelny dowódca artyleryi za Filipa czwartego, wyniesionym został do godności granda przez jego następcę. Don Ramiro miał dwóch synów, obu żonatych. Jakkolwiek starsza linia wyłącznie została przy tytule i majątku, atoli daleka od oddania się próżniactwu dworskich urzędów, ciągle przykładała się do zaszczytnych prac którym winna była swoje wyniesienie, i o ile możności zawsze i wszędzie starała się wspierać linię młodszą.
 To trwało aż do Sansza, piątego księcia Velasquez, prawnuka najstarszego syna Don Ramira. Ten zacny mąż, równie jak jego przodkowie, piastował godność naczelnego dowódcy artyleryi, oprócz tego był gubernatorem Galicyi gdzie też zwykle przemieszkiwał. Ożenił się był z córką księcia Alby; małżeństwo to było równie dla niego szczęśliwem jak zaszczytnem dla całego naszego domu. Wszelako nadzieje Don Sansza nie ze wszystkiem się urzeczywistniły. Księżna miała tylko jedną córkę nazwiskiem Blankę. Książe przeznaczył ją za żonę jednemu Velasquezowi z młodszej linji, na którą miała przenieść tytuł i majątek.
 Ojciec mój Don Enriquez i brat jego Don Karlos, tylko co byli stracili swego ojca, który w tymże samym stopniu jak książę Velasquez, pochodził od Don Ramira. Na rozkaz księcia sprowadzono obu do jego domu. Mój ojciec miał w ówczas dwanaście lat, stryj zaś jedenaście. Sposoby ich myślenia zupełnie się różniły. Mój ojciec był poważny, zagłębiony w naukach i nadzwyczajnie czuły, podczas gdy brat jego Karlos lekkomyślny, trzpiotowaty, niemógł jednej chwili wysiedzieć przy książce. Don Sanszo poznawszy te odmienne skłonności, postanowił że mój ojciec będzie jego zięciem; żeby zaś serce Blanki nie uczyniło przeciwnego wyboru, wysłał Don Karlosa do Paryża, gdzie ten miał pobierać wychowanie pod okiem hrabiego Hereira, jego krewnego i posła naówczas we Francyi.
 Mój ojciec, wybornemi swemi przymiotami, dobrocią serca i niezmordowaną pracą z każdym dniem więcej zyskiwał sobie przychylność księcia, Blanka zaś wiedząc o uczynionym dla niej wyborze coraz goręcej do niego się przywiązywała. Podzielała nawet upodobania młodego kochanka i zdaleka postępowała za nim na drodze nauk. Wyobraźcie sobie młodego człowieka, którego znakomite zdolności ogarniały cały obszar nauk ludzkich, w wieku gdzie inni zaledwie przystępują do pierwszych początków: wyobraźcie sobie następnie tego samego młodego człowieka zakochanego w osobie równego z nim wieku, jaśniejącej niezwykłemi przymiotami umysłu, chciwej zrozumienia go i szczęśliwej z powodzeń które zdawała się z nim podzielać, a wtedy będziecie mieli lekkie pojęcie o szczęściu jakiego mój ojciec kosztował w tej krótkiej epoce swego życia. I dla czegóż Blanka nie miałaby go kochać? Stary książę pysznił się nim, cała prowincya poważała go i niemiał jeszcze dwudziestu lat kiedy sława jego przekroczyła już granice Hiszpanji. Blanka kochała swego narzeczonego nawet miłością własną, Henryk zaś, który tylko dla niej oddychał, kochał ją całem sercem. Dla starego księcia miał prawie równe uczucie jak dla jego córki i często z żalem myślał o nieobecności brata swego Karlosa.
 «Droga Blanko — mawiał do swojej kochanki — czyli nie znajdujesz że do zupełnego szczęścia brak nam Karlosa. Mamy tu dość pięknych panien które mogły by go ustalić; wprawdzie jest on lekkomyślnym, rzadko kiedy do mnie pisuje, ale słodka i rozumna kobieta wykształciłaby jego serce. Kochana Blanko, ubóstwiam cię, poważam twego ojca, ale ponieważ natara obdarzyła mnie bratem, dla czegoż przeznaczenie tak długo nas rozdziela?»
 Pewnego dnia książę kazał przyzwać do siebie mego ojca i rzekł mu: «Don Henryku, w tej chwili otrzymałem od króla naszego najmiłościwszego pana, list który pragnę ci przeczytać. Oto są jego słowa:
 «Mój kuzynie!
 Na ostatniej naszej radzie, postanowiliśmy zażądać nowych planów i umocnić niektóre miejsca służące ku obronie naszego królestwa. Widzimy że Europa dzieli się w zdaniach między systemami Vaubana i Cohorna. Racz użyć najbieglejszych oficerów do opracowania tego przedmiotu. Przyszlij nam ich plany, a jeżeli znajdziemy takie które potrafią nas zadowolić, autor będzie miał powierzonem sobie ich wykonanie. Oprócz tego nasza królewska wspaniałość stosownie go wynagrodzi. Teraz polecamy was łasce Stwórcy i zostajemy przychylnym wam
 Królem.»
 «Cóż więc — rzekł książę — czujeższe w sobie kochany Henryku siłę wejścia w zapasy? Uprzedzam cię że współzawodnikami twymi będą najbieglejsi inżynierowie, nie tylko z Hiszpanji ale z całej Europy.»
 Ojciec mój zamyślił się przez chwilę, po czem odpowiedział z pewnością: «Tak jest Mości książę i chociaż wstępuję dopiero w ten zawód, jednak wasza książęca mość może mi zaufać.»
 «Dobrze więc — rzekł książę — staraj się wykonać jak będziesz mógł najlepiej, a skoro skończysz twoją pracę, nic już nie opoźni waszego szczęścia. Blanka będzie twoją.»
 Możecie domyślić się z jakim zapałem ojciec mój wziął się do pracy. Dnie i noce siedział nad stolikiem, gdy zaś zmęczony umysł gwałtem dopominał się wytchnienia, przepędzał ten czas w towarzystwie Blanki, rozmawiając o swojem przyszłem szczęściu i o roskoszy z jaką uściska za powrotem Karlosa. Tym sposobem cały rok upłynął. Nareszcie poprzysyłano massę planów z różnych stron Hiszpanji i krajów Europy. Wszystkie były opieczętowane i złożone w kancellaryi księcia. Mój ojciec poznał że należało ostatecznie wykończyć swoją pracę i wydoskonalił ją do stopnia, o którym mogę wam tylko dać słabe wyobrażenie. Zaczynał od ustalenia głównych zasad zaczepki i odporu, dowodził w czem Cohorn zgadzał się z temi zasadami, w czem zaś od nich odstępował. Vaubana daleko wyżej stawiał nad Cohornem, wszelako przepowiadał że jeszcze zmieni swój system, jakoż późniejszy czas potwierdził jego zdanie. Wszystkie te argumenta nie tylko potwierdzała uczona teorya, ale nadto szczegóły miejscowości, obliczenie wydatków i wyrachowania niepojęte nawet dla ludzi najbieglejszych w nauce.
 Mój ojciec skończywszy ostatni wiersz swego dzieła, odkrył w niem jeszcze wiele niedokładności których z razu nie dostrzegł, cały więc drżący zaniósł rękopis księciu, który nazajutrz oddał mu go mówiąc: «Kochany synowcze, otrzymałeś pierwszeństwo, natychmiast przeszlę twoje plany, ty zaś myśl tylko o twojem weselu które się wkrótce odbędzie.»
 Mój ojciec padł do nóg księcia i rzekł: «Jaśnie Oświecony książę, racz pozwolić przyjechać memu bratu, szczęście moje bowiem nie będzie zupełnem jeżeli go nie uściskam po tak długiem rozłączeniu.»
 Książe zmarszczył brwi i odpowiedział: «Przewiduję że Karlos będzie nam suszył głowy wychwalaniami wspaniałości dworu Ludwika XIV., ale ponieważ prosisz mnie o to, poślę więc po innego!»
 Mój ojciec ucałował ręce księcia i poszedł do swojej narzeczonej. Odtąd niezajmował się więcej geometryą i miłość zapełniała wszystkie chwile jego życia i władze jego duszy.
 Tymczasem król, obstając mocno przy swoim zamiarze rozkazał, aby przeczytano i zgłębiono wszystkie plany. Praca mego ojca jednomyślnie została przyjętą. Niebawem ojciec mój otrzymał list od ministra, w którym ten wyrażał mu najwyższe zadowolenie i z polecenia króla zapytywał jakimby sposobem pragnął być wynagrodzonym. W innym liście do księcia, minister dawał mu do zrozumienia, że młody człowiek zapewne mógłby otrzymać stopień pierwszego pułkownika artyleryi gdyby go zażądał.
 Mój ojciec zaniósł list księciu który mu nawzajem swój przeczytał, wszelako oświadczył że nie ośmieli się nigdy przyjąć stopnia na który, według jego mniemania, dotąd nie zasłużył i błagał księcia aby w jego imieniu chciał odpowiedzieć ministrowi.
 Książe odmówił mu: «Do ciebie — rzekł — minister pisał i ty powinieneś mu odpowiedzieć; bezwątpienia minister ma w tem swoje przyczyny, ponieważ zaś w liście do mnie pisanym nazywa cię młodym człowiekiem, zapewne młodość twoja zajęła króla, któremu chce przedstawić własnoręczny list młodzieńca pełnego nadziei. Wreszcie potrafimy już napisać ten list bez wielkiej zarozumiałości.»
 To mówiąc książe, siadł do stolika i zaczął pisać w te słowa:
 «JWPanie!
 Zadowolenie JKMości oświadczone mi przez JWPana jest nagrodą wystarczającą dla każdego dobrze urodzonego kastylczyka. Jednakowoż ośmielony Jego dobrocią, poważam się upraszać JKMość o potwierdzenie mego małżeństwa z Blanką Velasquez, dziedziczką majątków i tytułów naszego domu.
 Takowa zmiana stanu w niczem nieosłabi mojej gorliwości w służeniu krajowi i monarsze. Zbyt będę szczęśliwym jeżeli kiedyś przez moją pracę, potrafię sobie zasłużyć na godność pierwszego pułkownika artyleryi, którą wielu moich przodków z zaszczytem piastowało.
 JWPana etc.»
 Mój ojciec podziękował księciu za trud jaki sobie zadał w napisaniu listu, poszedł do siebie, przepisał go słowo w słowo, ale w chwili gdy miał go podpisywać usłyszał głos wołający na podwórzu: «Don Karlos przyjechał! Don Karlos przyjechał!»
 «Kto? mój brat? gdzie jest? niech go uściskam!»
 «Racz dokończyć listu Don Henryku,» rzekł mu goniec który miał natychmiast wyjeżdżać do ministra. Mój ojciec przepełniony radością z przybycia brata i naglony przez gońca zamiast, Don Henryk, podpisał, Don Karlos Velasquez, zapieczętował list i pobiegł przywitać się z bratem.
 W istocie obaj bracia czule się uściskali, ale Don Karlos odskakując w tył, zaczął śmiać się na całe gardło i rzekł: «Kochany Henryku, podobny jesteś jak dwie krople wody do Scaramoucha w komedyi włoskiej. Kryza twoja obejmuje ci podbródek jak miska dogolenia brody, pomimo to kocham cię zawsze; a teraz chodźmy do starego poczciwca.»
 Weszli razem do starego księcia którego Karlos mało nie udusił w swych uściskach, według panującego w ówczas zwyczaju na dworze francuzkim. Poczem rzekł do niego: «Drogi wuju, tłusty wasz ambassador dał mi list do ciebie ale postarałem się zgubić go u mego łaziennika. Wreszcie mniejsza o to, Grammont, Roquelaure i wszyscy starzy serdecznie cię całują.»
 «Ależ mój drogi synowcze — przerwał książe — ja nieznam żadnego z tych panów.»
 «Tem gorzej dla ciebie — mówił dalej Karlos — są to bardzo przyjemni ludzie; ale gdzież jest moja przyszła bratowa, musiała od tego czasu szalenie wypięknieć?»
 W tej chwili weszła Blanka. Don Karlos zbliżył się do niej poufale i rzekł: «Boska moja bratowa, zwyczaje nasze paryskie pozwalają nam całować piękne kobiety,» i to mówiąc pocałował ją w twarz z wielkiem podziwieniem Don Henryka, który widywał Blankę otoczoną zawsze orszakiem jej kobiet i nie ośmielił się nigdy pocałować ją w rękę.
 Karlos powiedział jeszcze tysiąc niedorzecznych rzeczy, które szczerze zmartwiły Don Henryka i zgrozą przejęły starego księcia. Nareszcie stryj rzekł mu surowo: «Idź i przebierz się z twoich podróżnych sukni; tego wieczora mamy u nas bal. Pamiętaj, że co za górami uważają za grzeczność, to u nas uchodzi za zuchwalstwo.»
 «Drogi stryju — odpowiedział Karlos wcale nie zmieszany — ubiorę się w nowy strój który Ludwik XIV. wymyślił dla swoich dworzan, a wtedy przekonasz się jak monarcha ten wielkim jest w każdym kroku. Zamawiam moją piękną kuzynkę do Sarabandy; jestto taniec hiszpański ale zobaczycie jak Francuzi go wydoskonalili.» Po tych słowach Don Karlos wyszedł nucąc jakąś aryę Lullego. Brat jego, mocno zmartwiony tą lekkomyślnością, chciał uniewinnić go przed księciem i Blanką, ale napróżno gdyż stary książę był już zbyt przeciw niemu uprzedzonym, Blanka zaś nie brała mu tego za złe.
 Gdy bal się rozpoczął, Blanka ukazała się wystrojona nie po hiszpańsku ale z francuzką. Zdziwiło to wszystkich, chociaż utrzymywała ze dziad jej ambassador przysłał jej to suknię przez Don Karlosa. Wszelako tłumaczenie to niezadowoliło nikogo i podziwienie było ogólnem.
 Don Karlos długo kazał na siebie czekać, nareszcie wszedł wystrojony wedle zwyczaju przyjętego na dworze Ludwika XIV. Miał na sobie niebieski kaftan cały haftowany srebrem, szarfę i wypustki z również ozdobionego białego atłasu, gors i mankiety z koronek brabanckich, nakoniec niezmiernej wielkości jasną perukę. Strój ten, wspaniały sam przez się jeszcze świetniejszym się wydawał pośród biednych ubiorów jakie ostatni nasi królowie z domu Austryackiego zaprowadzili w Hiszpanji. Nie noszono już nawet kryzy, która cokolwiek przynajmniej dodawała mu wdzięku i zastąpiono ją prostym kołnierzem jakiego dziś używają alguazilowie i prawnicy. W istocie, jak to trafnie powiedział Don Karlos, ubiór ten zupełnie przypominał Scaramoucha.
 Nasz trzpiot odróżniający się od młodzieży hiszpańskiej swoim strojem, jeszcze więcej odznaczył się sposobem jakim wszedł na bal. Zamiast głębokiego ukłonu, lub uczynienia komu jakiejkolwiek grzeczności, z przeciwnego końcu sali zaczął krzyczeć na muzykantów: «Hola, łotry! uciszcie się!... jeżeli mi będziecie co innego grać jak moją sarabandę, potłukę wam skrzypce na uszach.» Następnie porozdawał nuty które z sobą był przywiózł, poszedł po Blankę i wyprowadził ją na środek sali gdzie mieli razem tańcować. Mój ojciec przyznaje, że Don Karlos nieporównanie tańcował, Blanka zaś z natury nader zgrabna, przewyższyła się tym razem. Po skończeniu sarabandy, wszystkie damy powstały aby powinszować Blance wdzięku z jakim ją tańczyła. Wszelako chociaż do niej niby stosowały te grzeczności, przecież ukradkiem spoglądały na Karlosa jak gdyby chciały mu dać poznać, że on był jedynym przedmiotem ich uwielbienia. Blanka pojęła doskonale ukrytą myśl i tajemne hołdy kobiet podniosły w jej oczach zasługę młodego człowieka.
 Przez cały czas balu, Karlos na chwilę nie opuścił Blanki, a skoro brat jego przybliżał się do nich, mówił mu: «Henryku, mój przyjacielu, idź rozwiązać jakie zadanie algebraiczne, będziesz miał dość czasu nudzić Blankę jak zostaniesz jej mężem.» Blanka niepowstrzymanym śmiechem podniecała te zuchwalstwa i biedny Don Henryk cały zmieszany odchodził.
 Gdy dano znak do wieczerzy, Karlos podał rękę Blance i zasiadł z nią na najwyższym rogu stołu. Książe zmarszczył brwi, ale Don Henryk uprosił go aby przebaczył na ten raz bratu.
 Podczas wieczerzy Don Karlos opowiadał towarzystwu uroczystości wyprawiane przez Ludwika XIV., nadewszystko zaś balet pod tytułem: «Olimp Miłości» gdzie sam monarcha grał rolę słońca, po czem dodał: że pamiętał ją wybornie i że Blanka byłaby zachwycającą w roli Diany Rozdał więc wszystkim role i zanim wstano od stołu balet Ludwika XIV. był już zupełnie ułożony. Don Henryk opuścił bal; Blanka nie postrzegła nawet jego nieobecności. Nazajutrz z rana mój ojciec poszedł odwiedzić Blankę i zastał ją powtarzającą z Karlosem scenę nowego baletu. Tak upłynęły trzy tygodnie. Książe stawał się coraz kwaśniejszym, Henryk tłumił swoją boleść, Karlos zaś wygadywał niestworzone rzeczy które damy z towarzystwa uważały za wyrocznie.
 Paryż i balety Ludwika XIV. tak dalece zawróciły głowę Blance, że niewiedziała co się koło niej działo.
 Pewnego dnia, przy obiedzie, książę otrzymał depesze z dworu. Był to list od ministra zawarty w tych słowach:
 «Jaśnie Oświecony Książe!
 JKMość najmiłościwszy nasz pan zgadza się na małżeństwo córki Waszej z Don Karlosem Velasquez, nadto potwierdza mu tytuł granda i mianuje pierwszym pułkownikiem artyleryi.

Najniższy sługa etc.»
 «Co to ma znaczyć?» zawołał książę w największym gniewie.
 «Co w tym liście porabia imię Karlosa, wtedy gdy ja Henrykowi przeznaczyłem Blankę za żonę?»
 Mój ojciec prosił księcia aby raczył ciepliwie go wysłuchać i rzekł: «Niewiem, mości książę jakim sposobem imię Karlosa w tym liście wcisnęło się zamiast mego, ale jestem pewny że brat mój wcale do tego nie należał. Ostatecznie nikt tu nie jest winnym i znać zmiana ta nazwiska jest prostym wypadkiem wyroków Opatrzności. W istocie, sam książę zapewne raczyłeś już spostrzedz że Blanka niema ku mnie żadnej skłonności i że przeciwnie wcale nie jest obojętną dla Karlosa. Niechże więc jej ręka, osoba, tytuły i majątek jemu się dostaną. Ja zrzekam się wszystkich moich praw.»
 Książe obrócił się do córki i rzekł: «Blanko! Blanko! miałażbyś być istotnie tak lekkomyślną i zdradliwą?» Blanka rozpłakała się, zemdlała i nakoniec wyznała swoją miłość dla Karlosa.
 Książe w rozpaczy rzekł do mego ojca: «Drogi Henryku, jeżeli brat twój wydarł ci kochankę, nie może jednak pozbawić cię godności pierwszego pułkownika artyleryi, do której przyłączę pewną część mego majątku.»
 «Przebacz książę — odrzekł Don Henryk — ale majątek twój w całości należy do twojej córki, co zaś do godności pierwszego pułkownika, król słusznie uczynił oddając ją memu bratu, gdyż ja w teraźniejszym stanie umysłu nie jestem zdolny piastować ani tego ani innego stopnia. Pozwól książę ażebym oddalił się w jakie święte schronienie, u stóp ołtarzy ukoił moją boleść i ofiarował ją temu, który tyle za nas wycierpiał.»
 Mój ojciec opuścił dom księcia, wstąpił do klasztoru Kamedułów gdzie przywdział habit nowicyusza. Don Karlos pojął Blankę, wesele jednak odbyło się bez żadnej świetności. Sam książe nie był na niem obecnym. Blanka wtrąciwszy w rozpacz swego ojca, martwiła się nieszczęściami jakich była powodem; Karlos nawet, pomimo zwykłej lekkomyślności, zmieszany był tym powszechnym smutkiem.
 Wkrótce książę zapadł na podagrę która podchodziła mu do piersi i czując że niewiele mu powstaje chwil do życia, posłał do Kamedułów i żądał raz jeszcze widzieć kochanego swego Henryka. Alwarez marszałek książęcego domu przybył do klasztoru i wypełnił dane mu polecenie. Kameduły, stosownie do reguły zabraniającej im mówić, nie odpowiedzieli ani słowa, ale zaprowadzili go do celi Henryka. Alwarez zastał go leżącego na słomie, okrytego łachmanami i przez pół ciała przykutego łańcuchem do ściany.
 Mój ojciec poznał Alwareza i rzekłem: «Przyjacielu Alwarze, jak ci się podoba sarabanda którą tańczyłem wczoraj. Sam Ludwik XIV. był z niej zadowolony, szkoda tylko że muzykanci niegodziwie grali. A Blanka co mówi o tem?... Blanka! Blanka! nieszczęśliwy, odpowiadaj!...»
 Tu ojciec mój wstrząsnął łańcuchami, zaczął gryźć sobie ręce i wpadł w niepomiarkowany napad szaleństwa. Alwarez wyszedł zalewając się łzami i opowiedział księciu smutny widok jaki się jego oczom przedstawił.
 Nazajutrz podagra weszła księciu w żołądek i zwątpiono o jego życiu. Na chwilę przed śmiercią obrócił się do córki i rzekł: «Blanko! Blanko! Henryk wkrótce się zemną złączy. Przebaczamy ci — bądź szczęśliwą.» Ostatnie te jego słowa wpoiły się w duszę Blanki i zaprawiły ją trucizną wyrzutów. Niebawem, wpadła w głęboką melancholią.
 Młody książę niczego nieszczędził dla rozweselenia swojej małżonki, ale nie mogąc nic wskórać zostawił ją jej smutkowi, sprowadził z Paryża sławną zalotnicę, nazwiskiem Lajardin, po czem Blanka oddaliła się do klasztoru. Stopień pierwszego pułkownika artyleryi niebył dla niego stosownym; przez jakiś czas starał się go sprawować, ale nie mogąc zaszczytnie pełnić obowiązków, posłał królowi swoją dymissyą i prosił go o jaki urząd przy dworze. Król ustanowił go wielkim szatnym koronnym: książę wraz z Lajardin przeniósł się do Madrytu.
 Mój ojciec przypędził trzy lata u Kamedułów, podczas których zacni zakonnicy za pomocą najgorliwszych starań i anielskiej cierpliwości przywrócili go nakoniec do zdrowia. Następnie udał się do Madrytu i poszedł do ministra. Wprowadzono go do gabinetu, gdzie dygnitarz odezwał się do niego w te słowa: «Sprawa wasza, Don Henryku, doszła do wiadomości króla który mocno rozgniewał się na mnie za tę pomyłkę; szczęściem posiadałem jeszcze wasz list z podpisem Don Karlosa. Oto go jeszcze mam, racz mi teraz powiedzieć, dla czego nie podpisałeś własnego nazwiska?»
 Mój ojciec wziął list, poznał swoje pismo i rzekł: «Przypominam sobie JWPanie, że w chwili gdy podpisywałem ten list doniesiono mi o przybyciu mego brata; radość doznana z tego powodu była zapewne przyczyną mojej pomyłki. Wszelako nie błąd ten winienem oskarżać o moje nieszczęścia. Gdyby nawet patent na pułkownika był wydany na moje nazwisko, niebyłbym w stanie piastować tej godności. Dziś, odzyskałem dawne siły mego umysłu i czuję się zdolnym do pełnienia obowiązków, jakie JKMość w ówczas mi naznaczała.»
 «Drugi Henryku — odparł minister — zamiary naszych fortyfikacyi wpadły w wodę, a my na dworze nie zwykliśmy odświeżać zapomnianych rzeczy. Mogę ci jednak ofiarować posadę komendanta Ceuty. W tej chwili mam to tylko miejsce do rozporządzenia. Jeżeli jednak chcesz je przyjąć, musisz odjechać nie widząc się z królem. Wyznaję, że urząd ten nieodpowiada twoim zdolnościom, nadto pojmuję że w twoim wieku przykro jest osiedlać się na opuszczonej afrykańskiej skale.»
 «Ta to ostatnia przyczyna — odrzekł mój ojciec — powoduję mną iż upraszam JWPana o udzielenie mi tego miejsca. Spodziewam się, że porzucając Europę, wymknę się losowi który mnie prześladuje; w drugiej części świata stanę się innym człowiekiem i pod wpływem przyjaźniejszych gwiazd odzyskam szczęście i spokój.»
 Mój ojciec otrzymawszy nominacyą, zajął się przygotowaniami do podróży, wsiadł na okręt w Algesiras i szczęśliwie wylądował w Ceucie.
 Cały przejęty radością, stanął na obcej ziemi z uczuciem, jakiego doświadcza żeglarz gdy staje w porcie po straszliwej burzy. Nowy komendant, naprzód usiłował dokładnie zbadać swoje obowiązki i wypełnianiu ich gorliwie się poświęcił; co zaś do fortyfikacyi, nad temi nie potrzebował pracować, wyspa bowiem, przez samo swoje położenie, przedstawiała dostateczną obronę przeciw napadom barbarzyńskim. Natomiast wszystkie siły swego umysłu zwrócił ku polepszeniu losu załogi i mieszkańców i pomnożeniu przyjemności ich życia. Sam odrzucił wszelkie materyalne korzyści jakiemi zwykle nie gardził żaden z poprzedzających go dowódców. Cała osada ubóstwiała go też za to postępowanie. Oprócz tego mój ojciec troskliwie opiekował się więźniami stanu powierzonymi jego straży, i często zbaczał z surowej drogi przepisów mu danych, bądź to ułatwiając im przesyłki listów do rodzin, bądź też nastręczając im rozmaite rozrywki.
 Gdy wszystko w Ceucie, szło już wedle należytego porządku, mój ojciec znowu wziął się do pracy nad naukami ścisłemi. Dwaj bracia Bernouilly napełniali w ówczas uczony świat odgłosem swych sprzeczek. Mój ojciec powierzchownie z nich żartował, w duszy jednak szczerze był niemi zajęty. Często mieszał się do walki przesyłając bezimienne pisma, które jednemu z dwóch stronnictw dostarczały niespodziewanych posiłków. Gdy wielkie zagadnienie o izo-perimetrach przedstawiono pod roztrząśnienie czterech najznakomitszych europejskich geometrów, mój ojciec przesłał im metody analizy, które można uważać jako arcydzieła wynalazku; ale nikt nie przypuścił żeby autor chciał był zachować incognito, i przypisywano je raz jednemu to znów drugiemu bratu. Mylono się; mój ojciec lubił nauki nie zaś sławę jaką te przynoszą. Doznane nieszczęścia uczyniły go dzikim i bojaźliwym.
 Jakób Bernouilly umarł w chwili gdy miał odnieść stanowcze zwycięztwo i plac boju został się przy jego bracie. Mój ojciec widział dobrze jego pomyłkę w uważaniu dwóch tylko pierwiastków w liniach krzywych, wszelako nie chciał przedłużać walki która miotała całym uczonym światem. Tymczasem Mikołaj Bernouilly nie mógł spokojnie usiedzieć, wypowiedział wojnę margrabiemu de l’Hôspital, roszcząc prawo do wszystkich jego odkryć, w kilka zaś lat potem uderzył nawet na Newtona. Przedmiotem tych nowych waśni, była analiza rachunku różniczkowego, którą Leibnitz wynalazł był w tym samym czasie co i Newton i którą Anglicy podnieśli do godności sprawy narodowej.
 Tym sposobem mój ojciec przepędził najpiękniejsze lata swego życia na zapatrywaniu się zdaleka na te wielkie walki, w których najznakomitsze ówczesne umysły stawały do bo juz bronią tak ostrą, na jaką tylko gienjusz ludzki mógł się zdobyć. Jednakowoż przy zamiłowaniu swojem do nauk ścisłych, wcale nie zaniedbywał innych gałęzi umiejętności. Na skałach Ceuty znajdowało się mnóstwo zwierząt morskich które w naturze swej nader zbliżają się do roślin i stanowią przejście między dwoma temi królestwami. Mój ojciec miał zawsze kilka takowych pozamykanych w słojach i z upodobaniem zapatrywał się na cudowność ich organizmu. Oprócz tego, zebrał znaczną bibliotekę ksiąg łacińskich lub tłumaczonych z łacińskiego do których odwoływał się jako do źródeł historycznych. Uposażył się był w ten zbiór w zamiarze poparcia dowodami wyciągniętemi z faktów, pryncypiów prawdopodobieństw rozwiniętych przez Bernouillego, w jego dziele pod tytułem: «Ars conjectandi.»
 Tak mój ojciec żyjąc tylko myślą, przechodząc kolejno z badania do rozmyślania, ciągle nie wychodził prawie od siebie: nadto, za pomocą nieustannego natężania umysłu, zapominał o tej strasznej epoce swego życia w której nieszczęścia przywaliły jego rozum. Czasami jednak serce domagało się swoich praw, co zwykle działo się nad wieczorem, gdy umysł jego był już zmęczonym całodzienną pracą. Wtedy, nieprzyzwyczajony szukać rozrywek za domem, wstępował na swój belweder, spoglądał na morze i widokrąg opierający się zdala na ciemnym pasku brzegów Hiszpanji. Widok ten przypominał mu dni sławy i szczęścia, gdy kochany od rodziny, ubóstwiany od kochanki, poważany od najznakomitszych w kraju mężów, z duszą rozpłomienioną młodzieńczym zapałem, rozjaśnioną światłem dojrzałego wieku, oddychał wszystkiemi uczuciami stanowiącemi roskosz życia i zagłębiał się nad zbadaniem prawd przynoszących zaszczyt umysłowi ludzkiemu. Później wspominał na brata porywającego mu kochankę, majątek, godność i zostawiającego go obłąkanego, na garści słomy. Czasami chwytał za skrzypce i grał nieszczęsną sarabandę, która zjednała Karlosowi serce Blanki. Na głos tej muzyki zalewał się łzami i wtedy dopiero czuł ulgę na sercu. Tak przepędził piętnaście lat.
 Pewnego dnia, namiestnik królewski z Ceuty, pragnąc widzieć się z moim ojcem, wszedł do niego nieco poźno i zastał go pogrążonego w zwykłej tęsknocie. Pomyśliwszy przez chwilę, rzekł: «Kochany nasz komendancie, racz posłuchać z uwagą kilku moich słów. Jesteś nieszczęśliwym, cierpisz, nie jest to tajemnicą, wszyscy o tem wiemy i moja córka wie to także. Miała pięć łat gdy przybyłeś do Ceuty, i odtąd nie minął jeden dzień żeby nie słyszała ludzi mówiących o tobie z uwielbieniem, gdyż w istocie jesteś bóstwem opiekuńczem naszej małej osady. Często mówiła do mie: — Kochany nasz komendant dla tego tak cierpi że nikt nie podziela jego zmartwień.
 «Don Henryku, daj się namówić, przyjdź do nas, to cię więcej rozerwie aniżeli te ciągłe rachowanie wałów morskich.»
 Mój ojciec pozwolił zaprowadzić się do Inezy de Ladonza, ożenił się z nią w sześć-miesięcy potem, w dziesięć zaś po ich małżeństwie ja przyszedłem na świat. Gdy słaba moja osoba ujrzała światło słoneczne, mój ojciec wziął mnie na ręce i wznosząc oczy ku niebu, rzekł: «O potęgo posiadająca nieskończoność za wykładnik, ostatni stopniu wszystkich postępów geometrycznych — Boże wielki — o to jeszcze jedno czułe stworzenie rzucone w przestrzeń; jeżeli jednak ma być tak nieszczęśliwem jak jego ojciec, niech raczej dobroć twoja napiętnuje go znakiem odejmowania.» Skończywszy tę modlitwę, mój ojciec uściskał mnie z radością, mówiąc: «Nie — biedne moje dziecię — nie będziesz tak nieszczęśliwem jak twój ojciec; poprzysiągłem na święte Imię Boga, że nigdy nie każę uczyć cię matematyki, ale natomiast wyćwiczysz się w sarabandzie, baletach Ludwika XIV. i wszystkich niedorzecznościach i zuchwalstwach o jakich gdziekolwiek usłyszę.»
 Po tych słowach mój ojciec oblał mnie rzewnemi łzami i oddał akuszerce.
 Proszę was teraz abyście raczyli uważać na dziwne moje przeznaczenie. Mój ojciec zaprzysięga się że nigdy nie będę uczył się matematyki ale natomiast będę umiał tańcować. Tymczasem stało się zupełnie przeciwnie. Dziś, posiadam głębokie wiadomości w naukach ścisłych, nigdy zaś niemogłem nauczyć się, niemówię sarabandy która dziś już nie jest w zwyczaju, ale żadnego innego tańca. W istocie niepojmuję jakim sposobem można spamiętać figury kontradansa. Żadna z nich nie tworzy się z jednego ogniska ani też podług stale przyjętych zasad, żadna nie może być przedstawioną przez formułę i niemogę sobie wyobrazić jakim sposobem znajdują się ludzie, którzy wszystkie umieją na pamięć. —
 Gdy tak Don Pedro Velasquez rozpowiadał nam swoje przygody, naczelnik cyganów wszedł do jaskini i rzekł: że sprawy hordy wymagały spiesznego wyruszenia w podróż i zapuszczenia się w pasmo Alpuhary.
 «Dzięki najwyższemu — odparł kabalista — tym sposobem prędzej jeszcze ujrzymy Żyda wiecznego tułacza; ponieważ zaś niewolno mu odpoczywać, przeto uda się z nami w pochód i tem więcej skorzystamy z jego rozmowy. Widział on bardzo wiele rzeczy, niepodobna zaś jest mieć więcej od niego doświadczenia.»
 Następnie naczelnik cyganów obrócił się do Velasqueza i rzekł: «Wy zaś señor — chcecieli pójść z nami lub też wolicie aby wam dodano straż, która przeprowadzi was do najbliższego miasta?»
 Velasquez zastanowił się przez chwilę, poczem odpowiedział: «Zostawiłem niektóre ważne papiery obok garści słomy na której onegdaj spoczywałem, wtedy gdy obudziłem się pod szubienicą, gdzie mnie znalazł señor który jest kapitanem w gwardyi wallońskiej. Racz łaskawie posłać do Venta-Quemada, jeżeli nie odzyskam moich papierów, niemam po co jechać dalej i muszę powracać do Ceuty. Przez ten czas, jeżeli pozwolisz, mogę podróżować z wami.»
 «Wszyscy moi ludzie są na pana rozkazy, — rzekł cygan — natychmiast poślę kilku do Venty, którzy złączą się z nami na pierwszym noclegu.»
 Zebrano namioty, ruszyliśmy w pochód i ujechawszy cztery mile roztasowaliśmy się na nocleg na jakimś pustym wierzchołku góry.


DZIEŃ DWUDZIESTY.
 Przepędziliśmy poranek w oczekiwaniu na ludzi których naczelnik wysłał był po papiery Velasqueza do Venty i zdjęci mimowolną ciekawością wpatrywaliśmy się w drogę którą mieli powracać. Sam tylko Velasquez, znalazłszy na pochyłości skały kawał tablicy szyfrowej, wygładzonej przez deszcz, pokrył ją cyframi X’ami i Y’psylonami.
 Napisawszy massę liczb, zwrócił się do nas i zapytał dla czego tak się niecierpliwiliśmy? Odpowiedzieliśmy, że powodem tego były jego papiery które nie przybywały. Odrzekł nam, że to niecierpliwienie się o jego papiery dowodziło dobroci naszych serc i że jak tylko pokończy swoje rachunki, przyjdzie niecierpliwić się razem z nami. Poczem dokończył swoich równań i zapytał na co czekaliśmy z dalszą podróżą?
 «Ależ, Mości geometro Don Pedro Velasquez — rzekł kabalista — jeżeli sam nigdy się nie niecierpliwiłeś, musiałeś czasami stan ten spostrzegać w drugich?»
 «W istocie — odparł Velasquez — często uważałem w drugich niecierpliwość i zawsze sądziłem że musiało to być nieprzyjemne uczucie wzrastające z każdą chwilą, ale tak, że nigdy nie można było dokładnie odznaczyć prawa tego postępu. Jednakowoż można ogólnie powiedzieć, że jest ono w stosunku przeciwnym do siły bezwładności. Ztąd ja będąc dwa razy trudniejszym od was do wzruszenia, dopiero za godzinę będę miał jeden stopień niecierpliwości, wtedy gdy wy staniecie już na drugim. Rozumowanie to da się zastosować do wszystkich namiętności, które można uważać jako siły poruszające.»
 «Zdaje mi się — rzekła Rebeka — że pan doskonale znasz sprężyny serca ludzkiego i że geometrya jest najpewniejszą drogą do szczęścia.»
 «To poszukiwanie szczęścia — odparł Velasquez — według mego zdania może być uważanem jako rozwiązanie równania najwyższego stopnia. Znasz pani ostatni wyraz i wiesz że jest wypadkiem wszystkich pierwiastków, ale za nim wyczerpiesz dzielniki, przychodzisz do liczby pierwiastków urojonej. Tymczasem dzień mija w ciągłej roskoszy rachowania i obliczania. To samo ma się z życiem, przychodzisz także do ilości urojonych które brałaś za rzeczywistą wartość, ale tymczasem żyłaś a nawet działałaś. Działanie zaś jest powszechnem prawem natury. W niej nic nie próżnuje. Zdaje ci się że ta skała spoczywa, gdyż ziemia na której leży, przedstawia oddziaływanie wyższe od jej ciśnienia; ale gdybyś pani mogła podłożyć nogę pod skalę, natychmiast przekonałabyś się o jej działalności.»
 «Ale uczucie nazywane miłością — rzekła Rebeka — czyliż także może być ocenionem za pomocą rachunku? Tak np. zapewniają że ścisłość pożycia zmniejsza miłość w mężczyznach, gdy tym czasem w kobietach ją powiększa. Możeszże pan mi to wytłumaczyć?»
 «Zagadnienie które pani mi podajesz — odpowiedział Velasquez — dowodzi że jedna z dwóch miłości bieży w postępie powiększającym, druga zaś w zmniejszającym. Tym sposobem musi znaleźć się taka chwila, w której kochankowie będą zupełnie równo, w tym samym stopniu się kochać. Odtąd kwestya wchodzi w teoryą de maximis et minimis i zagadnienie może być wyobrażonem pod postacią linji krzywej. Wymyśliłem nader przyjemne rozwiązanie dla wszelkich zagadnień tego rodzaju. Przypuśćmy naprzykład że X.....»
 Gdy Velasquez właśnie przyszedł do tego miejsca swej analizy, spostrzeżono wysłańców powracających z Venty którzy przynosili papiery. Velasquez wziął je, przejrzał z uwagą i rzekł: «Odzyskałem wszystkie moje papiery wyjąwszy jednego, który wprawdzie nie jest mi nader potrzebnym, ale który mocno mnie zajmował podczas tej nocy zakończonej pod szubienicą. Mniejsza o to, niechcę bynajmniej was zatrzymywać.»
 Ruszyliśmy w drogę i postępowali przez znaczną część dnia. Gdyśmy się zatrzymali, towarzystwo zebrało się w namiocie naczelnika i po wieczerzy prosiło go aby raczył dalej ciągnąć opowiadanie swoich przygód, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Zostawiliście mnie z straszliwym wicekrólem który mi rozpowiadał o stanie swego majątku.
 «Pamiętam bardzo dobrze — rzekł Velasquez — majątek ten wynosił sześćdziesiąt milionów, dwadzieścia pięć tysięcy sto sześćdziesiąt jeden piastrów.»
 «Nieinaczej,» odpowiedział cygan, po czem tak dalej mówił:
 — Jeżeli wicekról przestraszył mnie w pierwszej chwili spotkania, uląkłem się jeszcze bardziej gdy mi oznajmił, że wykłuto mu igłą węża który owijał jego ciało szesnaście razy i kończył się na wielkim palcu u lewej nogi.
 Nieuważałem więc na to wszystko co mi mówił o swoim majątku, ale natomiast ciotka Torres zebrała całą odwagę i rzekła: «Majątek wasz JOPanie jest zapewne wielki, ale też i dostatki tej oto młodej osoby muszą być znaczne.»
 «Hrabia Rowellas — odparł wicekról — rozrzutnością swoją, głęboką szczerbę uczynił w swoim majątku i chociaż podjąłem się wszystkich kosztów processu, niemogłem jednak wydobyć jak tylko szesnaście plantancyi w St. Domingo, dwadzieścia dwie akcyi w kopalni srebra w St. Lugar, dwanaście we współce filipińskiej, pięćdziesiąt sześć w Assiento i inne niektóre drobne przedmioty. Dziś więc cała summa wynosi zaledwie, mniej więcej dwadzieścia siedm milionów podwójnych piastrów.» Tu wicekról przyzwał swego sekretarza, kazał mu przynieść szkatułkę z kosztownego indyjskiego drzewa i ukląkłszy na jedno kolano, rzekł: «Córko zachwycająca matki której nie przestałem dotąd uwielbiać, racz przyjąć owoc trzynastoletnich trudów, gdyż tyle czasu potrzebowałem na wydobycie tego dobra z rąk twoich chciwych pokrewnych.» Z początku chciałem przyjąć szkatułkę z wdzięcznym uśmiechem, ale myśl że u moich nóg klęczał człowiek który rozbił tyle głów indyjskich, przytem wstyd odgrywania roli przeciwnej mojej płci, nareszcie sam nie wiem jakie pomieszanie sprawiło że ledwie nie postradałem zmysłów; ale ciotka Torres, której odwagę dziwniepod niosło dwadzieścia siedm milionów podwójnych piastrów, pochwyciła mnie w objęcia i porywając szkatułkę, z poruszeniem może nieco zbyt niepowstrzymanej chciwości, rzekła do wicekróla: «JOPanie, ta młoda osoba nigdy nie widziała klęczącego przed sobą męzczyzny. Racz pozwolić aby oddaliła się do swoich pokojów.» Wicekról pocałował mnie w rękę, następnie ofiarując ramię zaprowadził do moich pokojów. Znalazłszy się sami, zamknęliśmy drzwi na dwa rygle i tu dopiero ciotka Torres oddała się uniesieniom najżywszej radości, całując po tysiąc razy szkatułkę i dziękując niebu za zapewnienie Elwirze nietylko przyzwoitego ale i świetnego losu.
 Wkrótce potem zastukano do naszych drzwi i wszedł sekretarz wicekróla w raz z urzędnikiem sądowym. Spisali papiery znajdujące się w szkatułce i zażądali od ciotki de Torres świadectwa jako je odebrała. Co do mnie zaś, dodali że ponieważ byłam małoletnią, podpis mój był wcale niepotrzebnym.
 Wtedy, gdy znowu zamknęliśmy się, rzekłem do obu ciotek: «Wprawdzie los Elwiry jest już zabezpieczonym, ale jakże wprowadzimy fałszywą pannę Rowellas do Teatynów, prawdziwą zaś gdzie znajdziemy?»
 Zaledwie wymówiłem te słowa gdy obie damy zaczęły gorzko narzekać. Ciotce Dalanosa zdawało się że już mnie widzi w rękach oprawców, pani de Torres zaś drżała o swego syna i synowicę, na myśl o niebezpieczeństwach jakie zagrażały biednym dzieciom, błądzącym bez schronienia i pomocy. Wszyscy w głębokim smutku rozeszliśmy się na spoczynek. Długo marzyłem nad sposobami wydobycia się z kłopotu; mogłem uciec, ale wicekról natychmiast wysłałby za mną pogoń. Zasnąłem nie znalazłszy żapnego środka, a tymczasem byliśmy tylko o jeden dzień oddaleni od Burgos.
 Nazajutrz znowu nic nie wymyśliłem. Wsiadłem do lektyki, wicekról zaś jechał konno przy moich drzwiczkach, przeplatając zwykłą surowość rysów, sam niewiem jakiemi czułemi uśmiechami, których widok krew mi ziębił w sercu. Tak przybyliśmy do ocienionego źródła, gdzie zastaliśmy wieczerzę przygotowaną dla nas przez mieszczan z Burgos.
 Wicekról wysadził mnie z lektyki, ale zamiast poprowadzenia na miejsce gdzie był stół nakryty, odłączył się od towarzystwa, posadził mnie w cieniu i siadłszy obok mnie rzekł: «Zachwycająca Elwiro, im więcej mam szczęście zbliżania się do ciebie, tem bardziej przekonywam — się że niebo przeznaczyło cię na ozdobienie wieczora życia burzliwego, poświęconego dla dobra kraju i sławy mego króla. Zapewniłem Hiszpanji posiadanie archipelagu filipińskiego, odkryłem połowę nowego Mexyku, i przymusiłem do posłuszeństwa niespokojne plemiona Inkasów. Ciągle tylko walczyłem o życie, z falami oceanu, zmiennością klimatu lub zjadliwemi wyziewami otwieranych przezemnie kopalni. I któż mi wynagrodzi najpiękniejsze lata mego życia? Mogłem poświęcić je spoczynkowi, słodkim uniesieniom przyjaźni lub uczuciom stokroć jeszcze przyjemniejszym. Jakkolwiek potężnym jest król Hiszpanji i Indyi, przecież cóż może dla wynagrodzenia mnie uczynić? Ta jednak nagroda spoczywa w twoich rękach nieporównana Elwiro. Jeżeli połączę los twój z moim, nic mi nie pozostanie do życzenia. Pędząc dni tylko na odkrywaniu nowych stron twojej pięknej duszy, będę szczęśliwy jednym twoim uśmiechem i przepełniony radością najmniejszym dowodem przywiązania jaki raczysz mi okazać. Obraz tej spokojnej przyszłości która nastąpi po burzach jakich w życiu doznałem, do tego stopnia mnie zachwyca że postanowiłem tej nocy przyśpieszyć chwilę naszego połączenia. Teraz opuszczam cię piękna Elwiro, jadę czemprędzej do Burgos gdzie przekonasz się o skutkach mego pośpiechu.» To mówiąc wicekról przykląkł, pocałował mnie w rękę, wskoczył na konia i w czwał pogonił ku Burgos. Niepotrzebuję opisywać wam stanu duszy w jakim się znajdowałem. Oczekiwałem nąjnieprzyjemniejszych wypadków, które wszystkie kończyły się na niemiłosiernem oćwiczeniu mnie na podwórzu OO. Teatynów. Poszedłem złączyć się z dwoma ciotkami które posilały się, chciałem opowiedzieć im nowe oświadczenia wicekróla, ale usiłowania moje były nadaremne. Nielitościwy marszałek naglił mnie do zajęcia miejsca w lektyce; musiałem mu być posłusznym.
 Przybywszy do bram Burgos, zastaliśmy pazia przyszłego mego małżonka który nam oznajmił że czekano na nas w pałacu arcybiskupim. Zimny pot, który wystąpił mi na czoło, upewnił mnie że jeszcze żyję, gdyż z resztą bojaźń pogrążyła mnie w taki stan bezwładności że dopiero stanąwszy przed arcybiskupem przyszedłem do siebie. Prałat ten siedział w obszernem krześle naprzeciwko wicekróla. Duchowieństwo zasiadało niższe siedzenia, znaczniejsi mieszkańcy Burgos stali obok wicekróla, w głębi zaś komnaty spostrzegłem ołtarz przygotowany do obrzędów. Arcybiskup wstał, pobłogosławił mnie i pocałował w czoło.
 Miotany tysiącznewi uczuciami które dręczyły mnie wewnętrznie, upadłem do nóg arcybiskupa i wtedy jak gdyby natchniony niewiem jaką przytomnością umysłu zawołałem: «Przewielebny ojcze, miej litość nademną, ja chcę być zakonnicą, tak jest pragnę zostać zakonnicą!» Potem oświadczeniu, które obiło się o uszy całego zgromadzenia, uznałem za potrzebne zemdleć. Podniosłem się ale znowu padłem w objęcia obu ciotek które same ledwie mogły utrzymać się tak dalece były wzruszone. Otworzywszy nieco oczy, ujrzałem że arcybiskup w postawie pełnej uszanowania stał przed wicekrólem i zdawał się oczekiwać na jego zamiary.
 Wicekról poprosił arcybiskupa aby zasiadł na swojem miejscu i zostawił mu czas do namysłu. Arcybiskup usiadł i wtedy spostrzegłem twarz mego znakomitego wielbiciela która, surowsza niż kiedykolwiek, przybrała wyraz będący w stanie przestraszenia najśmielszych. Wtedy, dumnie kładąc kapelusz na głowę, rzekł: «Moje inkognito skończone — jestem wicekról Mexyku — arcybiskup niech raczy siedzieć na swojem miejscu.»
 Wszyscy powstali z uszanowaniem, wicekról tak dalej mówił:
 «Czternaście lat, dziś właśnie mija, panowie, jak bezczelni potwarcy roznieśli pogłoskę jakobym ja był ojcem tej młodej osoby. Niemogłem w ówczas znaleźć innego środka zmuszenia ich do milczenia jak poprzysiężenie, że gdy dojdzie stosownych lat, pojmę ją za żonę. Podczas gdy wzrastała we wdzięki i cnoty, król łaskawy na moja usługi, podwyższał mnie od stopnia do stopnia i nareszcie zaszczycił godnością która mnie zbliża do tronu. Nadszedł czas spełnienia mojej obietnicy, prosiłem króla o pozwolenie przybycia do Hiszpanji dla ożenienia się i rada Madrycka odpowiedziała przychylnie z warunkiem jednak, że tylko do chwili małżeństwa będę piastował wicekrólewską godność. Zarazem niepozwolono mi jak o pięćdziesiąt mil zbliżać się do Madrytu. Łatwo zrozumiałem że należało mi wyrzec się albo małżeństwa albo łaski monarszej, ale przyrzekłem świecie — niebyło więc nad czem się zastanawiać. Ujrzawszy zachwycającą Elwirę, zdało mi się że niebo chciało mnie sprowadzić z drogi zaszczytów i obdarzyć nowem szczęściem spokojnych roskoszy domowych, ale ponieważ to zazdrosne niebo wzywa do siebie duszę której ludzie nie są godni, oddaję ją więc wam, każcie ją zawieźć do klasztoru Annonciady, gdzie niechaj natychmiast wstąpi do nowicyatu. Ja napiszę do króla prosząc go o pozwolenie przybycia do Madrytu.»
 Po tych słowach, straszliwy wicekról, pożegnał ręką obecnych, ze srogiem spojrzeniem wcisnął kapelusz na oczy i udał się do swojej karety przeprowadzony przez arcybiskupa, urzędników, duchowieństwo i cały swój orszak. My zostaliśmy sami w komnacie oprócz kilku zakrystyanów którzy rozbierali ołtarz. Natenczas wciągnąłem obie ciotki do przyległej izby i poskoczyłem do okna w nadziei że znajdę jaki sposób ucieczki i uniknięcia klasztoru.
 Okno wychodziło na obszerne podwórze z wodotryskiem w środku. Spostrzegłem dwóch chłopców, oszarpanych i umierających ze znużenia którzy gasili pragnienie. Poznałem na jednym z nich suknie które oddałem był Elwirze i zarazem ujrzałem ja samą. Drugim chłopcem oszarpanym był Lonzeto. Krzyknąłem z radości. Czworo drzwi było w naszej izbie; pierwsze które otworzyłem wychodziły na schody, prowadzące na powórze gdzie znajdowali się nasze włóczęgi. Czemprędzej pobiegłem po nich i ciotka Torres, ledwie że nie umarła z radości ściskając swoje dzieci.
 W tej chwili usłyszeliśmy arcybiskupa który odprowadziwszy wicekróla, wracał aby kazać mnie zawieźć do klasztoru Annonciady. Zaledwie miałem dość czasu rzucić się na drzwi i zamknąć je na klucz. Ciotka moja zawołała że młoda osoba znowu w padła w mdłości i niemogła widzieć nikogo. Z pośpiechem, drugi raz przemieniliśmy suknie, związano głowę Elwirze jak gdyby była zraniła się padając i zasłonięto jej tym sposobem dla większej niepoznaki, całą prawie twarz.
 Gdy wszystko było już w pogotowiu, wymknąłem się z Lonzetem. Arcybiskup już był wyszedł, ale zostawił swego suffragana który zaprowadził do klasztoru Elwirę i panią de Torres. Ciotka Dalanosa udała się do gospody «las rosas» gdzie mi naznaczyła była schadzkę i gdzie najęła wygodne mieszkanie. Przez ośm dni cieszyliśmy się tylko szczęśliwem zakończeniem tej przygody i śmieliśmy się ze strachu jakiego nas nabawiła. Lonzeto który przestał już być mulnikiem, mieszkał z nami pod własnem nazwiskiem syna pani de Torres.
 Ciotka moja kilka razy chodziła z odwiedzinami do klasztoru Annonciady. Ułożono że Elwira z razu okaże niepowściągnioną chęć zostania mniszką, że jednak ten zapał powoli będzie ostygał, że nareszcie opuści klasztor i wtedy udadzą się do Rzymu, prosząc o pozwolenie dla niej zaślubienia swego ciotecznego brata.
 Wkrótce dowiedzieliśmy się że wicekról przybył do Madrytu i przyjęty był z wielkiemi zaszczytami. Król nawet raczył pozwolić mu przeprowadzenie majątku i tytułów na imię synowca, syna tej samej siostry którą był niegdyś przyprowodził do Villaca, i wkrótce potem odjechał na zawsze do Ameryki.
 Co do mnie, zdarzenia tej nadzwyczajnej podróży, zwiększyły jeszcze lekkomyślne moje skłonności do włóczęgostwa. Z wstrętem przemyśliwałem o chwili w której mieli mnie zamknąć w klasztorze Teatynów, ale ojciec mojej ciotki żądał tego, trzeba więc było po wszystkich zwłokach na jakie tylko zdołałem się zdobyć, poddać się przeznaczeniu. —
 Gdy tak mówił naczelnik cyganów, jeden z jego podwładnych przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności. Każdy z nas czynił swoje uwagi nad tak dziwną przygodą; ale kabalista przyrzekł nam daleko ciekawsze rzeczy, które usłyszymy od Żyda wiecznego tułacza i zaręczył że nazajutrz niezawodnie ujrzymy tę nadzwyczajną osobę.


KONIEC TOMU DRUGIEGO.


TOM III



DZIEŃ DWUDZIESTY PIERWSZY.
 Ruszono w pochód, kabalista zaś, który na ten dzień zapowiedział nam był Żyda wiecznego tułacza, nie mógł powstrzymać swojej niecierpliwości. Wreszcie ujrzeliśmy na oddalonym wierzchołku człowieka, który szedł z niezwykłym pośpiechem nie zważając wcale na ścieżki. «Widzicie go! — zawołał Uzeda — ach leniwiec, łotr niegodziwy! przez ośm dni wlókł się tu z Afryki.» Po chwili Żyd był o kilkadziesiąt kroków od nas. W tej jeszcze odległości, kabalista z całej siły wołał do niego: «Cóż więc?.. mamże jeszcze prawo do córek Salomona?.»
 «Bynajmniej, — odpowiedział Żyd — nie tylko straciłeś do nich wszelkie prawo, ale nawet całą władzę jaką posiadałeś nad duchami wyższemi nad dwudziesty drugi stopień. Spodziewam się także, że niedługo pozbędziesz się i tej władzy którą podstępnie osiągnołeś nademną.»
 Kabalista zadumał się na chwilę, po czem rzekł: «Tem lepiej, pójdę za przykładem mojej siostry, kiedyindziej obszernie o tem pomówimy, tymczasem mości podróżny rozkazuję ci abyś szedł między mułem tego młodego człowieka i jego towarzysza, o którym historya geometryi z dumą kiedyś będzie wspominać. Opowiesz im historyą twego życia, ale uprzedzam cię, wiernie i jasno.» Żyd wieczny tułacz z początku chciał się opierać, ale kabalista przemówił do niego kilka niezrozumiałych słów i nieszczęsny włóczęga tak zaczął mówić:

HISTORYA ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Rodzina moja należy do liczby tych które służyły wielkiemu kapłanowi Oniaszowi i za pozwoleniem Ptolomeusza Philometora zbudowały świątynię w niższym Egipcie. Dziad mój zwał się Hiskias. Gdy sławna Kleopatra zaślubiła brata swego Ptolomeusza Dyonizego, Hiskias wszedł w jej służbę jako nadworny jubiler, nadto miał sobie zleconem zakupywanie drogich materyi i strojów, następnie zaś główne zawiadowstwo nad uroczystościami. Jednem słowem, mogę was zapewnić że mój dziad zostawał w wielkiem znaczeniu na dworze Alexandryjskim. Nie mówię tego ażebym się miał chwalić, na cóż mi się to może przydać? Już siedmnaście wieków, ba więcej nawet, upływa jak go straciłem, gdyż umarł czterdziestego pierwszego roku panowania Augusta, ja byłem w ówczas nader młodym i zaledwie mogę go zapamiętać, ale niejaki Dellius często mi opowiadał o tych wypadkach. —
 Tu Velasquez przerwał Żydowi zapytując: czyli to był ten sam Dellius muzyk Kleopatry, o którym Flawian i Plutarch często wspominają?
 Żyd wieczny tułacz dał potakującą odpowiedź poczem tak dalej mówił:
 — Ptolomeusz niemogąc mieć dzieci z swoją siostrą, posądził ją o niepłodność i wyrzekł się jej po trzech latach małżeństwa. Kleopatra wyjechała do jednego z miast portowych nad morzem czerwonem. Dziad mój towarzyszył jej w tem wygnaniu i wtedy to nabył dla swojej pani owe sławne dwie perły, z których jednę rozpuściła i połknęła na uczcie wyprawionej przez Antoniusza.
 Tymczasem wojna domowa wybuchła we wszystkich częściach państwa rzymskiego. Pompejusz schronił się do Ptolomeusza Dyonizego który kazał mu ściąć głowę. Zdrada ta, mająca zapewnić mu łaskę Cezara, sprawiła wcale przeciwny skutek. Cezar pragnął powrócić Kleopatrze koronę. Mieszkańcy Alexandryi stanęli w obronie swego króla z gorliwością jakiej w historyi mało widzimy przykładów; ale gdy nieszczęsnym trafem monarcha ten utonął, nic już nie przeszkadzało zadość uczynieniu żądzy panowania Kleopatry, która wywięzywała się wdzięcznością bez granic.
 Cezar zanim opuścił Egipt, kazał Kleopatrze zaślubić młodego Ptolomeusza który był jej bratem i szwagrem zarazem, jako młodszy brat Ptolomeusza Dyonizego pierwszego jej małżonka. Książe ten miał w ówczas dopiero jedenaście lat, Kleopatra była przy nadziei i dziecię jej nazwano Cezarionem, dla uniknięcia wszelkich wątpliwości względem jego pochodzenia.
 Dziad mój mając w ówczas dwadzieścia pięć lat postanowił wejść w związki małżeńskie. Było to może nieco za późno jak dla żyda, ale miał nieprzezwyciężony wstręt do poślubienia kobiety rodem z Alexandryi, nie tak dla tego że Żydzi jerozolimscy uważali nas za odszczepieńców, atoli, według naszego zdania, jedna tylko świątynia powinna była istnieć na ziemi. Stronnictwo nasze utrzymywało: że nasza świątynia egipska założona przez Oniasza, jako niegdyś samarytańska, stanie się powodem odszczepienia, którego Żydzi obawiali się, niby nieuchronnej klęski ogólnej zatraty. Takowe nabożne pobudki, niesmak towarzyszący wszelkim dworskim urzędom, sprawiły że mój dziad postanowił oddalić się do świętego miasta i tam pojąć żonę. Śród tego przybył z całą rodziną do Alexandryi, Żyd jerozolimski nazwiskiem Hillel. Córka jego Melea wpadła w oko memu dziadowi i wesele odbyło się z niesłychanym przepychem; Kleopatra i młody jej małżonek zaszczycili je swoją obecnością.
 W kilka dni potem królowa kazała przywołać mego dziada i rzekła mu: «Dowiaduję się w tej chwili, mój przyjacielu, że Cezar został mianowany dożywotnim dyktatorem. Los wyniósł tego pana zwycięzców świata na stopień, na jakim nikogo dotąd nie postawił. Nie wytrzymają z nim porównania ani Belus, ani Sezotrys, ani Cyrus ani nawet Alexander. Szczycę się że on jest ojcem mojego małego Cezariona. Dziecię to wkrótce skończy czwarty rok, pragnę więc ażeby Cezar widział je i uściskał. Za dwa miesiące postanowiłam wyjechać do Rzymu, pojmujesz że chcę uczynić wjazd godny królowej Egiptu. Ostatni z moich niewolników powinien być odzianym w złociste szaty, wszystkie zaś moje sprzęty mają być ulane z szlachetnego kruszcu i wysadzone drogiemi kamieniami. Co do mnie, każesz mi sporządzić suknie z najlżejszych tkanin indyjskich, za strój zaś nie chcę innych klejnotów prócz pereł. Weź wszystkie moje klejnoty, wszystkie złoto znajdujące się w moich pałacach, nadto podskarbi mój wyliczy ci sto tysięcy talentów złota. Jest to cena dwóch prowincyi które sprzedałam królowi Arabów. Powróciwszy z Rzymu potrafię mu je odebrać; teraz idź i pamiętaj żeby za dwa miesiące wszystko było w pogotowiu.»
 Kleopatra miała w ówczas dwadzieścia pięć lat, piętnastoletni brat jej, którego była przed czterema laty zaślubiła, kochał ją z niewypowiedzianą namiętnością. Dowiedziawszy się że miała wyjeżdżać, oddał się najgwałtowniejszej rozpaczy, gdy zaś pożegnał królowę i widział oddalający się okręt, wpadł w taki smutek że lękano się o jego życie.
 We trzy tygodnie potem Kleopatra wylądowała w porcie Ostji. Zastała tam już wspaniałe łodzie które poholowały ją Tybrem i można rzec, że w tryumfie wjechała do tego miasta, gdzie inni królowie wchodzili zaprzężeni do wozów rzymskich hetmanów. Cezar równie wdziękiem obyczajów jako wielkością ducha celując między resztą ludzi, przyjął Kleopatrę z niewypowiedzianą grzecznością, mniej jednak czule niż się królowa tego spodziewała. Kleopatra ze swojej strony, więcej powodowana dumą niżeli przywiązaniem, mało uważała na tę obojętność i postanowiła dokładnie poznać Rzym. Obdarzona rzadką przenikliwością wkrótce poznała niebezpieczeństwa które groziły dyktatorowi. Mówiła mu o swoich przeczuciach, ale bohater nie był w stanie przypuszczenia do serca uczucia bojaźni. Kleopatra widząc że Cezar nie zważa na jej przestrogi, zamierzyła o ile możności dla siebie wyciągnąć z nich jak największą korzyść. Przekonaną była że Cezar padnie ofiarą jakiego spisku i że świat rzymski rozpadnie się w ówczas na dwa stronnictwa. Pierwsze z nich, przyjaciół wolności, miało za widomego naczelnika starego Cycerona, mędrka nadętego, który myślał że dokonał wielkich rzeczy dla tego że szumnie przemawiał do ludzi i który wzdychał do spokojnego życia w swojej tuskulańskiej willi, z zachowaniem jednak wpływu przywiązanego do osobistości przywódzców stronnictwa. Wszyscy ci ludzie pragnęli osiągnąć jakiś wielki cel, ale nie wiedzieli jak sobie począć, nie mieli bowiem żadnej znajomości świata. Drugie stronnictwo, przyjaciół Cezara, złożone z dzielnych wojowników, hucznie używających przyjemności życia, zadosyć czyniło swoim i korzystało z namiętności drugich. Kleopatra nie długo wahała się nad wyborem, zastawiła sidła niewieściej zalotności na Antoniusza, gardziła zaś Cyceronem, który jej tego nigdy nie mógł przebaczyć, jak się możecie łatwo przekonać z listów jakie pisał w ówczas do przyjaciela swego Attyka.
 Królowa, wcale nie ciekawa rozwiązania zagadki której poznała ukryte sprężyny, czemprędzej wróciła do Alexandryi, gdzie młody małżonek przyjął ją z całem uniesieniem rozpłomienionego serca. Mieszkańcy Alexandryi podzielali jego radość. Kleopatra zdawała się uczestniczyć w szczęściu jakie sprawiło jej przybycie, zjednała sobie umysły wszystkich; ale ludzie bliżej ją znający dobrze widzieli, że cele polityczne były głównemi pobudkami tych oświadczeń w których więcej było udawania niż prawdy. W istocie zaledwie zabezpieczyła się względem mieszkańców Alexandryi, wnet pośpieszyła do Memfis, gdzie ukazała się w stroju Izydy z krowiemi rogami na głowie. Egipcyanie szaleli za nią; następnie podobnemi sposobami umiała pozyskać przychylność Etyopów, Nabateenów, Libijczyków i innych ludów opasujących Egipt.
 Wreszcie królowa powróciła do Alexandryi a tymczasem zamordowano Cezara i wojna domowa wybuchła we wszystkich prowincyach imperium. Odtąd Kleopatra stała się coraz bardziej posępną, często się zamyśliwała, otaczający ją zaś poznali że powzięła zamiar zaślubienia Antoniusza i zapanowania nad Rzymem.
 Pewnego poranku mój dziad udał się do królowej i pokazał jej klejnoty świeżo sprowadzone z Indyi. Mocno się z nich ucieszyła, wychwalała smak mego dziada, jego gorliwość w pełnieniu obowiązków i dodała: «Drogi Hiskiasie, oto są banany przywiezione z Indyi przez tych samych kupców z Serendiwy od których otrzymałeś twoje klejnoty. Racz zanieść te owoce mojemu młodemu małżonkowi i proś aby je zjadł natychmiast przez miłość jaką ma ku mnie.»
 Mój dziad wypełnił to polecenie i młody król mu rzekł: «Ponieważ królowa zaklina mnie przez miłość jaką mam ku niej abym natychmiast zjadł te owoce, chcę abyś był świadkiem że żadnego nie zostawię.» Ale zaledwie zjadł trzy banany, gdy nagle rysy boleśnie mu się połamały, wysadził oczy na wierzch głowy, krzyknął straszliwie i padł bez ducha na posadzkę. Mój dziad poznał że użyto go za narzędzie okropnej zbrodni. Powrócił do domu, rozdarł swoje szaty, odział się workiem i głowę posypał popiołem.
 W sześć tygodni potom królowa posłała po niego i rzekła: «Wiadomo ci zapewne że Oktawian, Antonius i Lepidus rozdzielili między siebie imperium rzymskie. Drogi mój Antonius otrzymał Wschód w podziele, chciałabym więc wyjechać naprzeciw nowego władcy do Cylicyi. W tym celu polecam ci abyś kazał zbudować okręt w kształcie muszli i wyłożyć go, tak zewnątrz jako i wewnątrz, perłową macicą. Pokład ma być otoczony misterną siatką złotą przez którą będę mogła być widzianą gdy wystąpię pod postacią Wenery, otoczonej gracjami i amorkami. Teraz idź i staraj się wypełnić moje rozkazy ze zwykłą ci pojętnością.»
 Mój dziad padł do nóg królowej mówiąc: «Pani, racz zważyć że jestem hebrajczykiem i że wszystko co się stosuje do bóstw greckich, jest dla mnie świętokradztwem, którego w żaden sposób nie mogę się dopuścić.»
 «Rozumiem, — odparła królowa, żal ci mojego młodego małżonka. Boleść twoja jest słuszną i podzielam ją więcej aniżelim się tego spodziewała. Hiskiaszu, widzę że nie jesteś stworzonym do życia dworskiego, uwalniam cię więc od pełnienia dotychczasowych twoich obowiązków.»
 Mój dziad nie dał sobie tego dwa razy powtarzać, wrócił do siebie, zapakował swoje sprzęty i oddalił się do małego domku który posiadał nad brzegami jeziora Mereotis. Tam gorliwie zajął się ostatecznem ukończeniem swoich spraw, zawsze mając na myśli osiedlenie się w Jerozolimie. Wreszcie żył w najściślejszem odosobieniu i nieprzyjmował żadnego z dawnych swoich dworskich znajomych, wyjąwszy jednego muzyka Delliusa z którym zawsze łączyła go prawdziwa przyjaźń.
 Tymczasem Kleopatra, kazawszy prawie taki sam zbudować okręt o jakim mówiła, wylądowała w Cylicyi, której mieszkańcy w istocie wzięli ją za Wenerę, Marek Antonius zaś znajdując że niezupełnie się mylili, odpłynął z nią do Egiptu, gdzie związek ich odbył się z wspaniałością niepodobną do opisania. —
 Gdy Żyd wieczny tułacz doszedł do tego miejsca swego opowiadania, kabalista mu rzekł: «Dość tego na dzisiaj mój przyjacielu, oto właśnie przybywamy na nocleg. Przepędzisz dzisiejszą noc krążąc koło tej góry, jutro zaś znowu złączysz się z nami. Co się zaś tyczy tego co miałem ci powiedzieć, odkładam to na później.» Żyd straszliwym wzrokiem spojrzał na kabalistę i znikł w poblizkim wąwozie.



DZIEŃ DWUDZIESTY DRUGI.
 Wyruszyliśmy w drogę dość wcześnie i ujechawszy blizko dwie mile, ujrzeliśmy Żyda który, nie każąc sobie powtarzać rozkazu, wsunął się między mego konia i muła Velasquezowego i zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Kleopatra zostawszy małżonką Antoniusa, pojęła że dla zachowania jego serca, wypadło jej odgrywać rolę raczej Fryny niż Artemizy, czyli wyraźniej mówiąc, kobieta ta posiadała dziwną łatwość przechodzenia z charakteru zalotnicy do obejścia czułej a nawet wiernej małżonki. Wiedziała że Antonius z namiętnością oddawał się rozkoszy, niewyczerpanemi więc wynalazkami zalotności starała się go do siebie przywiązać.
 Wnet dwór jął naśladować królewską parę, miasto naśladowało dwór, następnie cały kraj poszedł za miastem, tak że wkrótce Egipt stał się wielką widownią wszeteczeństwa. Bezwstyd ten dostał się nawet do niektórych osad żydowskich.
 Mój dziad byłby już oddawna przeniósł się do Jerozolimy, ale Partowie właśnie tylko co byli zdobyli miasto i wypędzili Heroda syna Antypasowego, którego później Marek Antonins ustanowił królem nad Judeą. Dziad mój zmuszony do pozostania w Egipcie, sam niewiedział dokąd miał się schronić, gdyż jezioro Mereotis; pokryte gondolami, dzień i noc przedstawiało najbardziej gorszące widowiska. Nareszcie zniecierpliwiony, kazał zamurować okna wychodzące na jezioro i zamknął się u siebie z swoją żoną Meleą i synem którego nazwał Mardochejem. Drzwi jego otwierały się tylko dla wiernego przyjaciela Delliusa. Tym sposobem upłynęło kilka lat, podczas których Herod został mianowany królem Judei i mój dziad znowu wrócił do swego zamiaru osiedlenia się w Jerozolimie.
 Pewnego dnia Dellius przyszedł do mego dziada i rzekł: «Kochany przyjacielu, Antonius i Kleopatra wysyłają mnie do Jerozolimy, przychodzę więc zapytać cię czyli nie chcesz dać mi jakowych poleceń? przytem proszę cię o pismo do twego teścia Hillela, pragnę być jego gościem, chociaż przekonany jestem że będą chcieli mnie zatrzymać na dworze i niepozwolą abym obrał mieszkanie u prywatnego.» Mój ojciec widząc człowieka jadącego do Jerozolimy, zalał się rzewnemi łzami. Dał Delliusowi list do swego teścia i powierzył mu dwadzieścia tysięcy darejków, które przeznaczał na zakupienie najwspanialszego domu w całem mieście.
 We trzy tygodnie potem Dellius powrócił i zaraz dał znać o sobie memu dziadowi, uprzedzając go że dla ważnych spraw dworskich, przed pięcią dniami niebędzie mógł go odwiedzić. Po upływie tego czasu przybył i rzekł: «Przedewszystkiem, oddaję ci kontrakt kupna wspaniałego domu który nabyłem od twego własnego teścia. Sędziowie opatrzyli to pismo swemi pieczęciami i pod tym względem możesz być zupełnie spokojnym. Oto jest list od samego Hillela który będzie mieszkał w domu do chwili twego przybycia i za ten czas zapłaci ci komorne. Co do szczegółów mojej podróży, wyznam ci że niesłychanie jestem z niej zadowolony. Heroda nie było w Jerozolimie, zastałem tylko jego świekrę Alexandrę, która pozwoliła mi wieczerzać z jej dziećmi, Maryanną małżonką Heroda i młodym Arystobulem, którego przeznaczano na arcykapłana ale który musiał ustąpić miejsca jakiemuś człowiekowi z najniższej klassy ludu. Nie mogę ci wypowiedzieć do jakiego stopnia byłem zachwycony pięknością tych dwojga młodych ludzi. Arystobul zwłaszcza wygląda jak półbożek zstępujący na ziemię. Wyobraź sobie głowę najpiękniejszej kobiety na ramionach najkształtniejszego męzczyzny. Ponieważ od czasu mego powrotu o nich tylko mówię, Antonius przeto powziął zamiar sprowadzenia obojga na swój dwór.»
 «Zapewne, — rzekła Kleopatra — radzę ci abyś to uczynił; sprowadź tu żonę króla judzkiego a nazajutrz Partowie rozgoszczą się w samym środku rzymskich prowincyi.»
 «W takim razie, — odparł Antonius — poślijmy przynajmniej brata, jeżeli prawda że młodzieniec ten jest tak powabnym, mianujemy go naszym podczaszym. Wiesz jak niemogę cierpieć koło siebie niewolników i radbym aby moi paziowie należeli do pierwszych rodzin rzymskich, jeżeli już brakuje na synach królów barbarzyńskich.»
 «Nic nie mam przeciwko temu, — odpowiedziała Kleopatra, — poszlijmy więc po Arystobula.»
 «Boże Izraela i Jakóba, — zawołał mój dziad — mamże wierzyć moim uszom? Asmoneeńczyk, czysta krew Machabeuszów, następca Arona, paziem u Antoniusza? nieobrzezańca i wylanego na wszelkiego rodzaju rozpustę. O Delliuszu, za długo żyłem na świecie, rozedrę moje szaty, odzieję się workiem i głowę posypę popiołem.»
 Mój dziad uczynił jako rzekł. Zamknął się u siebie opłakując nieszczęścia Syonu i żywiąc się własnemi tylko łzami. Zapewne byłby upadł pod brzemieniem tych uderzeń, gdyby po kilku tygodniach Dellius niebył zapukał do jego drzwi mówiąc: «Arystobul już nie będzie paziem Antoniusa, Herod poświęcił go na wielkiego kapłana.»
 Natenczas dziad mój otworzył drzwi, pocieszył się tą nowiną i wrócił znowu do dawnego trybu rodzinnego życia.
 Wkrótce potem Antonius wyjechał do Armenji wraz z Kleopatrą, która udała się w tę podróż w celu zagarnięcia Arabji skalistej i Judei. Dellius należał także do podróży i za powrotem opowiedział memu dziadowi wszystkie szczegóły. Herod kazał uwięzić Alexandrę w jej pałacu za to, że chciała uciec wraz z swym synem do Kleopatry, która była niesłychanie ciekawą poznania zachwycającego arcykapłana. Niejaki Kubion odkrył ten zamiar i Herod kazał utopić Arystobula w kąpieli. Kleopatra dopominała się o zemstę, ale Antonius odpowiedział, że każdy król był panem u siebie. Wszelako dla uspokojenia Kleopatry darował jej kilka miast należących do Heroda.
 «Następnie, — dodał Dellius — zaszły inne znowu wypadki. Herod wydzierżawił od Kleopatry wydarte mu przez nią kraje. Dla załatwienia tych spraw udaliśmy się do Jerozolimy. Nasza królowa chciała nadać nieco żwawy tór ugodzie, ale cóż kiedy na nieszczęście Kleopatra ma już trzydzieści pięć lat, Herod zaś do szaleństwa kocha się w swojej dwudziestoletniej Maryannie. Zamiast wdzięcznej odpowiedzi na te zaloty, zebrał radę i wniósł zamiar uduszenia Kleopatry, zaręczając, że Antoniusz był już nią znudzony i bynajmniej o to gniewać się nie będzie. Wszelako rada przełożyła mu, że jakkolwiek Antoniusz w duchu byłby z tego zadowolonym, atoli nie opuści sposobności pomszczenia się; jakoż w istocie, rada miała słuszność.
 «Powróciwszy do domu znowu zastaliśmy niespodziewane nowiny. Oskarżono Kleopatrę w Rzymie o oczarowanie Antoniusza. Sprawa nie jest jeszcze wytoczoną ale niebawem się rozpocznie. Cóż mówisz na to wszystko, drogi przyjacielu, trwaszże jeszcze w zamiarze przesiedlenia się do Jerozolimy?»
 «Aby nie w tej chwili, — odrzekł mój dziad — nie umiałbym ukryć mego przywiązania do krwi Machabeuszów; z drugiej zaś strony jestem przekonany, że Herod niczego nie zaniedba do wygubienia jednego po drugim wszystkich Amonejczyków.»
 «Ponieważ chcesz tu pozostać, — rzeki Dellius — przeto daj mi w twoim domu schronienie. Od wczoraj porzuciłem dwór. Zamkniemy się razem i wtedy dopiero pokażemy się na świat, gdy cały kraj stanie się prowincyą rzymską, co wkrótce zapewne nastąpi. Majątek mój, składający się z trzydziestu tysięcy darejków, oddałem w ręce twego teścia, który polecił mi wręczyć ci komorne z twego domu.»
 Dziad mój z radością przyjął zamiar swego przyjaciela Delliusa i odłączył się od świata bardziej niż kiedykolwiek. Dellius wychodził czasami, przynosił nowiny z miasta, przez resztę zaś czasu, wykładał literaturę grecką młodemu Mardochejowi który później stał się moim ojcem. Często także czytano Biblię, dziad mój bowiem koniecznie pragnął nawrócić Delliusa. Wiecie dobrze jak skończyli Kleopatra i Antoniusz. Zgodnie z przepowiednią Delliusa, zamieniono Egipt w prowincyę rzymską, w naszym jednak domu odosobienie tak dalece weszło w zwyczaj, że wypadki polityczne nie przyniosły żadnej odmiany w dotychczasowym sposobie życia
 Śród tego nie zbywało na ciągłych nowinach z Palestyny: Herod który zdawało się że upadnie razem z opiekunem swoim Antoniuszem, znalazł łaskę w oczach Augusta. Odzyskał utracone kraje, zdobył wiele nowych, przyszedł do posiadania wojska, skarbu, niezmiernych zapasów zboża, tak że zaczynano go już nazywać Wielkim. W istocie możnaby było jeżeli nie wielkim, to przynajmniej mianować szczęśliwym, gdyby kłótnie familijne nie były przyćmiły blasku tak świetnego przeznaczenia.
 Jak tylko spokojność ustaliła się w Palestynie, mój dziad powrócił do zamiaru przesiedlenia się tam wraz z swoim drogim Mardochejem, który liczył w ówczas trzynasty rok życia. Dellius także szczerze przywiązał się był do swego ucznia i cale nie chciał go odstępować, gdy nagle przybył z Jerozolimy żyd z listem zawierającym nastupujące wyrazy:

«Rabbi Sedekias syn Hillela, niegodny grzesznik i ostatni z świętego Sanhendrynu Faryzeuszów, Hiskiasowi małżonkowi siostry jego Melei, pozdrowienie.
Zaraza jaką grzechy Izrasla ściągnęły na Jerozolimę, zabrała mego ojca i starszych moich braci. Są oni w tej chwili na łonie Abrahama i uczestniczą w nieśmiertelnej jego chwale. Oby niebo wytępiło Saduceuszów i tych wszystkich którzy nie wierzą w zmartwychwstanie. Byłbym niegodnym nazwiska Faryzeusza, gdybym śmiał splamić ręce przywłaszczeniem cudzego dobra. Dla tego więc pilnie wyszukiwałem azali ojciec mój nie pozostał komu winnym, usłyszawszy zaś że dom który zajmowaliśmy w Jerozolimie przez jakiś czas należał do ciebie, udałem się do sędziów, ale nie wynalazłem u nich nic takiego coby ten domysł potwierdzić mogło. Dom bez zaprzeczenia do mnie należy. Oby niebo potępiło złych. Nie jestem Saduceuszem.
 Znalazłem także że pewien nieobrzezaniec, nazwiskiem Dellius, umieścił był niegdyś u mojego ojca trzydzieści tysięcy darejków, na szczęście jednak znalazłem wprawdzie nieco zamazany papier, który jednak mniemam że musi być pokwitowaniem rzeczonego Delliusa. Z resztą człowiek ten był stronnikiem Maryanny i brata jej Arystobula, a tem samem nieprzyjacielem naszego wielkiego króla. Oby niebo go potępiło wraz z wszystkiemi złymi i Saduceuszami.
 Bywaj zdrów kochany bracie, uściskaj odemnie moją drogą siostrę Meleę. Chociaż byłem bardzo młodym gdy ją poślubiłeś, atoli mam ją zawsze przytomną memu sercu. Zdaje mi się że posag jaki wniosła w twój dom, przewyższa nieco część na nią przypadającą, atoli pomówimy o tem kiedy indziej. Bądź zdrów kochany bracie, oby niebo mogło wykierować cię na prawdziwego Faryzeusza.»
 Dziad mój i Dellius, długo spoglądali po sobie z zadziwieniem, nareszcie ten ostatni pierwszy przerwał milczenie i rzekł: «Otóż to są skutki odłączenia się od świata. Cieszymy się nadzieją spokoju gdy tymczasem los inaczej zrządza. Ludzie uważają cię za umarłe drzewo, które stosownie do woli mogą ogołocić lub wykorzenić, za robaka którego wolno im zdeptać, słowem za nieużyteczny ciężar na ziemi. Na tym świecie, trzeba być młotem albo kowadłem, bić lub ulegać. Żyłem w stosunkach przyjacielskich z kilkoma rzymskimi prefektami, którzy przeszli na stronę Oktawiana i gdybym nie był ich zaniedbał, nieśmianoby dziś mnie krzywdzić. Ale byłem znudzony światem, opuszczam go więc aby żyć z cnotliwym przyjacielem, gdy oto zjawia się jakiś Faryzeusz z Jerozolimy, wydziera mi moje dobro i mówi że ma zamazany papier który uważa za moje pokwitowanie. Dla ciebie strata nie jest tak ważną, dom twój stanowił zaledwo czwartą część twego majątku, ale ja od razu straciłem wszystko, i bądź co bądź sam udam się do Palestyny.»
 Na te słowa nadeszła Melea. Uwiadomiono ją o śmierci ojca i dwóch starszych braci i zarazem opowiedziano niegodny postępek brata jej Sedekiasa. Wrażenia odbierane w samotności są zwykle nader silne. Do zmartwienia biednej dołączyła się jakaś nieznana choroba która w przeciągu sześciu miesięcy zaprowadziła ją do grobu.
 Dellius właśnie wybierał się do Judei, gdy wtem pewnego wieczora wracając piechoto przez przedmieście Rakotis, został pchnięty nożem w piersi. Odwrócił się i poznał tego samego żyda który przyniósł list od Sedekiasa. Długo leczył się z tej rany, gdy zaś wyzdrowiał, odeszła mu chęć podróży do Palestyny. W tym bowiem razie pragnął przynajmniej zapewnić sobie wprzódy opiekę możnych i rozmyślał nad sposobami przypomnienia się pamięci dawnych swoich opiekunów. Ale August miał także zasadę zostawiania królów samowładcami w ich państwach, trzeba więc było wywiedzieć się jak Herod był usposobionym dla Sedekiasa i w tym celu postanowiono wysłać na zwiady do Jerozolimy, człowieka wiernego i pojętnego.
 We dwa miesiące wrócił posłaniec donosząc, że szczęście Heroda z każdym dniem wzrastało, że biegły ten monarcha zarówno zjednywał sobie Rzymian jak Żydów, i że podczas gdy wznosił posągi Augustowi, ogłaszał zarazem zamiar odbudowania świątyni jerozolimskiej, podług daleko wspanialszego planu, co tak dalece zachwyciło lud, że niektórzy pochlebcy, zawczasu już okrzykiwali go Messyaszem zapowiedzianym przez proroków.
 Odgłos ten, mówił posłaniec, niesłychanie podobał się na dworze i utworzył już sektę. Nowych sekretarzów nazywają herodystami, na ich czele zaś stoi Sedekias.
 Pojmujecie że wieści te mocno zastanowiły mego dziada i Delliusa, ale za nim dalej pójdę, muszę wam powiedzieć co nasi prorocy mówili o Messyaszu. —
 Wyrzekłszy te słowa Żyd wieczny tułacz, nagle zamilkł i spojrzawszy na kabalistę wzrokiem pełnym wzgardy, rzekł: «Synu nieczysty Mamona, potężniejszy od ciebie Adept, wzywa mnie na wierzchołek Atlasu. Bywaj zdrów.»
 «Kłamiesz, — przerwał kabalista — ja mam sto razy więcej władzy od Szeika Tarudantu.»
 «Straciłeś twoją władzę w Venta-Quemada,» odrzekł Żyd, śpiesznie uchodząc, tak że wkrótce straciliśmy go z oczu. Kabalista zmieszał się cokolwiek, ale zastanowiwszy się przez chwilę rzekł:
 «Upewniam was że zuchwalec nic ma pojęcia o połowie formuł będących w mojej mocy i że dopiero pozna je swoim kosztem. Ale mówmy o czem innem. Panie Velasquez, czy dobrze uważałeś na całe jego opowiadanie?»
 «Bezwątpienia, — odpowiedział geometra — bacznie przysłuchiwałem się jego słowom i znajduję że wszystko co mówił zupełnie zgadza się z historyą. Tertulian wspomina o sekcie herodystów.»
 «Miałżebyś pan być równie biegłym w historyi jak w matematyce?» przerwał kabalista.
 «Niezupełnie, — rzekł Velasquez — wszelako, jak wam to już mówiłem, mój ojciec który do wszystkiego zastosowywał wyrachowanie, sądził że można go także użyć do nauki historyi, mianowicie zaś do oznaczenia w jakim stosunku zaszłe wypadki stawiają się prawdopodobnie do tych które mogły zajść. Dalej nawet posuwał swoją teoryę, sądził bowiem że można wyobrażać czyny i namiętności ludzkie za pomocą figur geometrycznych. Dla wyraźniejszego pojęcia podam wam przykład: i tak mój ojciec mówił: Antoniusz przybywa do Egiptu, miotają nim dwie namiętności: ambicya prowadząca go do panowania i miłość która go od niego odciąga. Przedstawiam dwa te kierunki za pomocą dwóch linji AB i AC pod jakimkolwiek kątem. Linija AB, przedstawiająca miłość Antoniusza do Kleopatry, jest mniejszą od AC, ponieważ Antoniusz miał więcej ambicyi niż miłości. Przypuszczam że stosunek jest jak jeden do trzech. Biorę więc liniję AB i przenoszę ją trzy razy w kierunku AC, poczem dopełniam równoległoboku i prowadzę wypadającą przekątnię, która przedstawi mi jak najdokładniej nowy kierunek sprawiony przez siły działające ku B i C. Przekątnia ta zawsze będzie więcej się zbliżać ku linji AB. Jeżeli przypuścimy więcej miłości i przedłużymy nieco liniję AB, przekątnia zawsze będzie więcej zbliżała się ku AC. W razie zaś gdybyśmy nadali wyższość ambicyi, jak naprzykład u Augusta, przekątnia zupełnie zbliżyłaby się ku C, gdyż nicby jej nieodciągało od AC. Ponieważ jednak namiętności wzrastają lub zmniejszają się postępowo, kształt zatem równoległoboku również musi ulegać odmianom i wtedy koniec wypadającej przekątni zwolna przechodzi w liniję krzywą, do której możnaby zastosować teoryę dzisiejszego rachunku różniczkowego.
 «Wprawdzie mądry dawca mego życia, uważał wszystkie te zagadnienia historyczne jako przyjemne zabawki rozweselające samotność dni jego. Gdy atoli dokładność rozwiązań zależała od pewności wiadomych, przeto mój ojciec, jak to już mówiłem, z gorliwą starannością zbierał wszelkie źródła historyczne. Skarb ten długo był dla mnie zamkniętym, jak również książki geometryczne, ojciec mój bowiem pragnął abym umiał tylko sarabandę, menueta i inne tym podobne niedorzeczności. Na szczęście dostałem się do szafy i wtedy dopiero oddałem się nauce historyi.»
 «Pozwól pan, Mości Valasquez, — rzekł kabalista — ażebym powtórzył moje podziwienie, widząc go równie biegłym w historyi jak w matematyce; jedna bowiem z tych nauk zależy więcej od rozwagi, druga zaś od pamięci, tym czasem dwie te władze umysłu są względem siebie całkiem przeciwne.»
 «Ośmielam się, niepodzielać pańskiego zdania, — odparł geometra. — Rozwaga dopomaga pamięci, porządkując zebrane przez nią materyały, tak że w usystematyzowanej pamięci, każde pojęcie poprzedza zwykle możebne z niego wnioski. Wszelako nie przeczę, że tak pamięć jako rozwaga mogą być tylko skutecznie zastosowanemi do pewnej liczby pojęć. Ja naprzykład, wybornie pamiętam wszystko czego uczyłem się z nauk ścisłych, historyi ludzi i natury, podczas gdy z drugiej strony często zapominam o chwilowych stosunkach z otaczającemi mnie przedmiotami, czyli wyraźniej mówiąc, niewidzę rzeczy podpadających mi pod oczy i niesłyszę wyrazów które często krzyczą mi nad uszami. Ztąd pochodzi że niektórzy uważają mnie za roztargnionego.»
 «W istocie, — rzekł kabalista — pojmuję teraz jakim sposobem, wpadłeś pan na ówczas w wodę.»
 «Nie ma wątpliwości, — mówił dalej Velasquez — że sam niewiem dla czego znalazłem się w wodzie w chwili gdy się tego najmniej spodziewałem. Wypadek ten jednak mocno mnie cieszy, tem bardziej że podał mi sposobność ocalenia życia temu szlachetnemu młodzieńcowi który jest kapitanem w gwardyi wallońskiej. Ztem wszystkiem radbym jak najrzadziej oddawać podobne przysługi, gdyż nie znam wrażenia mniej przyjemnego, jak gdy człowiek na czczo opije się wody.»
 Po kilku zdaniach podobnego rodzaju, przybyliśmy na miejsce naszego noclegu gdzie zastaliśmy przyrządzoną wieczerzę. Zajadano smacznie, ale rozmowa powoli się wlokła gdyż kabalista zdawał się być zafrasowanym. Po wieczerzy, brat z siostrą długo między sobą rozmawiali. Nie chciałem im przerywać i odszedłem do małej jaskini gdzie przygotowano mi posłanie.



DZIEŃ DWUDZIESTY TRZECI.
 Czas był zachwycający. Zerwaliśmy się o wschodzie słońca i po lekkiem śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Około południa zatrzymaliśmy się i zasiedli do stołu czyli raczej do skórzanego obrusa rozesłanego na ziemi. Kabalista zaczął odzywać się z pewnemi zdaniami dowodzącemi że niezupełnie był zadowolonym ze swego napowietrznego świata. Po obiedzie, znowu jął to samo powtarzać, aż wreszcie siostra jego znalazłszy że monologi te musiały nudzić towarzystwo, dla zmienienia rozmowy, prosiła Velasqueza aby raczył dalej ciągnąć opowiadanie swoich przygód, co też ten uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI VELASQUEZA.
 — Miałem zaszczyt wam opowiedzieć jak przyszedłem na świat i jak mój ojciec wziąwszy mnie w objęcia, zmówił nademną modlitwę geometryczną i zaprzysiągł że nigdy nie każe uczyć mnie matematyki. W sześć tygodni po mojem urodzeniu, mój ojciec ujrzał przybijający do portu mały statek, który zarzuciwszy kotwicę, wysłał do lądu szalupę. Niebawem wysiadł z niej starzec złamany wiekiem i odziany w strój właściwy dworzanom nieboszczyka księcia Velasquez, to jest w zielony kaftan ze złotemi i czerwonemi wyłogami i wiszącemi rękawami, i szeroki pas ze szpadą na temblaku. Mój ojciec wziął teleskop i zdało mu się że rozpoznał Alwareza. On to był w istocie. Staruszek zaledwie mógł już chodzić. Mój ojciec wybiegł przeciw niemu aż do przystani, obaj padli we wzajemne objęcia i długo niebyli w stanie słowa przemówić z rozrzewnienia. Następnie Alwarez oznajmił że przybywał od księżny Blanki Velasquez, która oddawna zamieszkiwała klasztor Urszulinek, i oddał mu list następującej treści:

«Mości Don Henriquez.
Nieszczęśliwa która spowodowała śmierć własnego ojca i zniszczyła los tego któremu niebo ją przeznaczyło, ośmiela się przypomnieć twojej pamięci
 Pogrążona w zgryzotach sumienia, oddałam się pokucie której surowość miała skrócić kres. Alwarez przedstawił mi że umierając zostawiłam księcia wolnym, i że małżonek mój niechybnie byłby wszedł w powtórne związki, zapewne szczęśliwsze co do potomstwa niż ze mną; przeciwnie zaś, zachowując życie mogłam przynajmniej zapewnić ci dziedzictwo naszego majątku. Uznałam słuszność tego zdania, zaprzestałam zbytecznych postów, porzuciłam włosiennicę i ograniczyłam moją pokutę na odosobnieniu i modlitwie. Tymczasem książę oddany światowym rozkoszom, każdego prawie roku zapadał na zdrowiu i nieraz myślałam że zostawi cię posiadaczem tytułów i majątków naszego domu; ale snać niebo postanowiło zachować cię w ukryciu niezgodnem z twojemi znakomitemi zdolnościami.
 Dowiedziałam się że masz syna; teraz jeżeli pragnę żyć, jedyną tego przyczyną jest chęć powrócenia mu korzyści, jakie przez moją winę utraciłeś. Pomimo to czuwałam tak nad jego jako i nad twoim losem. Dobra allodjalne naszego domu od najdawniejszych czasów zawsze należały do linji młodszej, ponieważ jednak nie upominałeś się o nie, przyłączono je więc do majątków przeznaczonych na moje utrzymanie. Ztem wsystkiem jest to twoja własność i Alwarez wręczy ci dochód z piętnastu lat, jak również odbierze polecenia twoje względem dalszego ich zarządu. Powody wypływające z niektórych cech charakteru księcia Velasquez, nie pozwoliły mi znieść się z tobą wcześniej.
 Żegnam cię Don Henriquez; niema dnia w którymbym nie wznosiła pokutniczego głosu i nie błagała nieba o błogosławieństwo dla ciebie i twojej szczęśliwej małżonki. Módl się także za mnie i nieodpowiadaj mi na list.»
 Wspominałem wam już o władzy jaką wspomnienienia wywierały na umyśle mego ojca, możecie więc pojąć że list ten rozbudził je wszystkie razem. Blizko przez rok nie był wstanie zajęcia się ulubionemi zatrudnieniami; dopiero starania żony, przywiązanie jakie miał do mnie, nadewszystko zaś, wielkie ogólne rozwiązanie teoryi równań, której geometrowie naówczas z zapałom się oddawali, zaledwie zdołały duszy jego powrócić siłę i spokojność. Zwiększenie jego dochodów pozwoliło mu pomnożyć księgozbiór i gabinet fizyczny, wkrótce nawet zdawał się urządzić małe obserwatoryum zaopatrzone w dość dokładne narzędzia. Nie potrzebuję dodawać że nieomieszkał zadość uczynić wrodzonej skłonności do dobrych uczynków. Zaręczam wam że nie zostawiłem w Ceucie żadnego człowieka godnego politowania, gdyż ojciec mój zużywał całą działalność swego ducha, na zabezpieczenie każdemu przyzwoitego utrzymania. Szczegóły jakie mógłbym wam opowiedzieć, zajęłyby bez wątpienia, ale nie zapominam że przyrzekłem wam własną historyę i nie powinienem zbaczać z wytkniętej raz linji.
 O ile zapamiętam, ciekawość była pierwszą moją namiętnością. W Ceucie, nie ma ani koni ani powozów, ani innych tym podobnych niebezpieczeństw dla dzieci, pozwalano mi zatem biegać po ulicach wedle upodobania. Zaspokajałem więc moją ciekawość, sto razy na dzień chodząc do portu i wracając do miasta, wchodziłem nawet do domów, do magazynów, arsenałów, pracowni, przypatrując się robotnikom, towarzysząc tragarzom, zatrzymując przechodzących, jednem słowem, mieszając się do wszystkiego. Ciekawość moja bawiła wszystkich, wszędzie z przyjemnością starano się zadość jej uczynić, tak jest wszędzie, wyjąwszy w domu rodzicielskim.
 Mój ojciec, kazał był zbudować na środku podwórza oddzielny pawilon w którym umieścił księgozbiór, gabinet fizyczny i obserwatoryum. Wzbroniono mi wejścia do tego pawilonu; z początku mało mnie to obchodziło, wkrótce jednak zakaz ten, zaostrzając moją ciekawość, był dzielnym bodźcem który popchnął mnie na drogę nauk. Pierwszą nauką której się oddałem, była część historyi naturalnej zwana konchyologią. Mój ojciec często chodził nad brzeg morski w pewne miejsce otoczone skałami, gdzie podczas ciszy woda przeźroczystą jak zwierciadło. Tam śledził zwyczaje zwierząt morskich, skoro zaś trafiał na piękną muszlę, natychmiast zanosił ją do domu. Dzieci z natury są naśladowcami, mimowolnie więc stałem się konchyologiem i i długo zapewne byłbym w tej gałęzi pracował gdyby raki, pokrzywy morskie i niedźwiadki nie były mi zbrzydziły tego zatrudnienia. Porzuciłem historyę naturalną i zająłem się fizyką.
 Mój ojciec, potrzebując rzemieślnika do odmieniania, naprawy lub naśladowania narzędzi przesyłanych mu z Anglji, wyuczył tej sztuki jednego kanoniera, któremu natura udzieliła stosowne do tego zdolności. Prawie całe dnie przepędzałem w pracowni mechanika, i powziąłem tam wiele wiadomości, ale cóż gdy zbywało mi na pierwszej i najgłówniejszej. Nieumiałem ani czytać ani pisać. Jednakże kończyłem już ósmy rok; ale ojciec mój powtarzał, że dość będzie jeżeli nauczę się podpisywać własne nazwisko i tańczyć sarabandę. Był naówczas w Ceucie pewien ksiądz, odesłany na pokutę z jakiegoś klasztoru. Wszyscy powszechnie go szanowali. Często przychodził nas odwiedzać. Zacny duchowny widząc mnie tak zaniedbanego, przedstawił memu ojcu że należało wyuczyć mnie przynajmniej religji, i podjął się tego obowiązku. Mój ojciec zgodził się i szanowny ksiądz Anzelm, pod tym pozorem wyuczył mnie czytać, pisać i rachować. Czyniłem szybkie postępy zwłaszcza zaś w artymetyce, w której niebawem prześcignąłem mego mistrza.
 Tym sposobem doszedłem dwunastego roku życia i jak na mój wiek, posiadałem wiele wiadomości, wszelako strzegłem się występować z niemi przed moim ojcem, skoro bowiem czasami zapomniałem się, wnet spoglądał na mnie surowo mówiąc: «Ucz się sarabandy mój synu, ucz się sarabandy i porzuć te inne rzeczy które mogą tylko przyczynić ci nieszczęścia.» Natenczas matka moja dawała mi znak abym milczał i zwracała rozmowę inną koleją.
 Pewnego dnia siedząc przy stole, gdy mój ojciec znowu namawiał mnie abym poświęcał się Terpsychorze, ujrzeliśmy wchodzącego człowieka około trzydziestu lat, ubranego z Francuzka.
 Złożył nam ze dwadzieścia ukłonów jeden za drugim, poczem chcąc wykręcić pirueta, potrącił służącego z wazą która rozbiła się na drobne kawałki. Hiszpan byłby rozpłynął się w przeprosinach, cudzoziemiec jednak wcale się tem nie zmieszał. Następnie oznajmił nam w zepsutej hiszpańskiej mowie, że nazywa się Margrabią de Folencour, że zmuszony został opuścić Francyą za zabicie człowieka w pojedynku, i że prosi nas o udzielenie mu schronienia dopóki jego sprawa nie będzie załatwioną.
 Folencour jeszcze nie był ukończył swojej przemowy, gdy mój ojciec nagle porwał się od stołu i rzekł: «Mości margrabio, jesteś pan człowiekiem jakiego oddawna wyglądałem, racz uważać mój dom za własny, rozkazuj jak ci się tylko podoba, w zamian zaś nie wzbraniaj się zająć trocha wychowaniem mego syna. Jeżeli z czasem, stanie się do ciebie nieco podobnym, uczynisz mnie najszczęśliwszym z ojców.»
 Gdyby Folencour mógł był odgadnąć ukrytą myśl jaką mój ojciec do tych słów przywiązywał, byłby zapewne szczerze się skrywił; ale przyjął to oświadczenie dosłownie, zdał się być mocno z niego zadowolonym i podwoił zuchwalstwa, zwracając uwagę na piękność mojej matki i podeszły wiek mego ojca, który pomimo to był z niego uszczęśliwionym i ciągle wystawiał mi go za przykład.
 Przy końcu obiadu, mój ojciec zapytał margrabiego czyliby był w stanie wyuczenia mnie sarabandy; zamiast odpowiedzi, nauczyciel mój parsknął głośnym śmiechem i gdy nareszcie ochłonął nieco z tej wielkiej radości, oświadczył nam, że od dwudziestu wieków nikt nie tańczył już sarabandy ale menueta i gawota. Przy tych słowach, dobył z kieszeni małe skrzypki, jakie zwykli nosić tancmistrze, i zaczął grać melodye tych dwóch tańców. Gdy skończył, mój ojciec rzekł mu z powagą: «Mości margrabio, grasz pan na instrumencie obcym dla wszystkich dobrze urodzonych ludzi i mniemałbym; gdybym nie wiedział z kim mam zaszczyt mówić, że jesteś tancmistrzem z rzemiosła, wreszcie i w takim nawet razie, niesłychanie się cieszę z twego przybycia i dziękuję niebu że raczyło wysłuchać moich życzeń. Proszę cię abyś od jutra zaraz zajął się moim synem i wychował go na zupełnego szlachcica z dworu francuzkiego.»
 Folencour przyznał że w istocie nieszczęścia familijne zmusiły go do oddawania się przez jakiś czas rzemiosłu tancmistrza, że jednak był człowiekiem dobrze urodzonym a tem samem sposobnym na mentora młodzieńca należącego do znakomitej rodziny. Postanowiono więc że od jutra zacznę brać lekcye tańca i światowego ułożenia; ale zanim przystąpię do opisu tego nieszczęsnego dnia, muszę wam opowiedzieć rozmowę jaką tego samego wieczora mój ojciec miał z P. Kadanza, swoim teściem. Nigdy mi ona nie przyszła na myśl, ale w tej chwili całą ją sobie przypominam i zapewne radzi jej posłuchacie.
 Tego dnia, ciekawość zatrzymała mnie przy moim nowym nauczycielu, nie wybiegłem więc wcale na ulicę, pozostałem w domu i przechodząc obok gabinetu mego ojca, usłyszałem jak podnosząc głos z uniesieniem mówił do teścia Kadanzy:
 «Po raz ostatni, przestrzegem cię kochany teściu, jeżeli nie zaprzestaniesz twoich tajemnych wycieczek i wysyłać posłańców w głąb Afryki, będę zmuszonym zaskarżyć cię do ministra.»
 «Ależ mój zięciu, — odpowiedział Kadauza — jeżeli pragniesz dowiedzieć się tajemnicy, możesz to uskutecznić z wszelką łatwością. Moja matka pochodziła z Gomelezów, krew ich więc płynie w żyłach twego syna.»
 «Mości Kadenza, — przerwał mój ojciec — ja tu rozkazuję w imieniu króla i niemam nic wspólnego z Gomelezami i wszystkiemi ich tajemnicami. Bądź pewnym że jutro jeszcze uwiadomię ministra o całej naszej rozmowie.»
 «Ty zaś, — rzekł Kadanza — bądź pewnym że minister zabroni ci na przyszłość, mieszać się w nasze sprawy.»
 Na tem skończyła się ich rozmowa. Tajemnica Gomelezów, mocno mnie zajmowała przez resztę dnia i pewną część nocy, ale nazajutrz przeklęty Folencour dał mi pierwszą lekcyę tańca, która całkiem inaczej się skończyła aniżeli mój ojciec tego sobie życzył. Skutkiem tej lekcyi było, że mogłem nareszcie oddać się moim ulubionym matematycznym zatrudnieniom. —
 Gdy Velasquez domawiał tych słów, kabalista przerwał mu, mówiąc że ma do pomówienia z siostrą o niektórych ważnych rzeczach. Rozeszliśmy się więc i każdy udał się w swoją stronę.




DZIEŃ DWUDZIESTY CZWARTY.
 Znowu zaczęliśmy błąkać się po Alpuharach, przybyliśmy wreszcie na spoczynek i posiliwszy się wieczerzą, prosiliśmy Velasqueza aby raczył dalej opowiadać przygody swego życia, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI VELASQUEZA.
 — Mój ojciec chciał być obecnym przy pierwszej mojej lekcyi tańca i żądał aby moja matka także mu towarzyszyła. Folencour zachęcony tak pochlebnem przyjęciem, zapomniał zupełnie że przedstawił się nam jako markiz i zaczął od szumnej przemowy na pochwałę sztuki choreograficznej, którą nazywał wrodzonym mu talentem. Następnie zwrócił uwagę że trzymałem nogi do siebie i usiłował wytłumaczyć, że zwyczaj ten bynajmniej nie zgadzał się z uczuciami własnej godności. Obróciłem więc palce w pole i próbowałem chodzić tym sposobem, ale Folencour nie był jeszcze tem zadowolony i wymagał żebym stąpał na palcach. Nareszcie zniecierpliwiony, ujął mnie za ręce i chcąc ku sobie przybliżyć, popchnął tak gwałtownie że niemogąc utrzymać się na palcach, padłem na twarz i mocno się potłukłem. Folencour zamiast przeproszenia mnie, uniósł się niepohamowanym gniewem i zaczął używać wyrażeń, których nieprzyzwoitość lepiej byłby osądził gdyby był umiał po hiszpańsku. Przyzwyczajony do powszechnej grzeczności mieszkańców Ceuty, sądziłem że nienależało bezkarnie puszczać takiej zniewagi. Postąpiłem więc ku niemu i porwawszy jego skrzypki, rozbiłem je w drobne kawałki przysięgając, że żadnej nauki nie pragnę od człowieka tak źle wychowanego. Mój ojciec nie rzekł na to ani słowa, powstał w milczeniu, wziął mnie za rękę, zaprowadził do maleńkiej izdebki na końcu podwórza i zamknął drzwi za mną, mówiąc: że wtedy z niej wyjdę, gdy wróci mi znowu ochota do tańca.
 Wychowany w zupełnej wolności, z początku nie mogłem przywyknąć do więzienia i długo gorzko płakałem. Cały we łzach, obróciłem oczy ku jednemu kwadratowemu oknu znajdującemu się w izbie i zacząłem rachować szyby. Było ich dwadzieścia sześć na długość i tyleż na szerokość. Przypomniałem sobie lekcye arytmetyki ojca Anzelma którego nauka nie podnosiła się nad mnożenie.
 Pomnożyłem wysokość kwadratów przez szerokość i z zadziwieniem ujrzałem że wypadła mi prawdziwa ilość szyb. Ustały moje łkania i ukoiła się boleść. Powtórzyłem wyrachowanie odejmując po jednym pasie kwadratów raz na wysokość to znowu na szerokość. Zrozumiałem naówczas że mnożenie było tylko powtarzaniem dodawania i że powierzchnie mogły dać się równo mierzyć jako i długości. Wykonałem to samo doświadczenie na kamiennych flizach któremi moja izdebka była wyłożoną, i tym razem wypadek zadowolił mnie zupełnie. Wtedy nie myślałem już o płaczu, serce biło mi z radości, dziś nawet nie mogę o tem mówić bez wzruszenia.
 Około południa matka moja przyniosła mi czarnego chleba i dzbanek wody; zaklinała mnie ze łzami w oczach abym zgodził się na życzenia mego ojca i rozpoczął lekcye z Folencourem. Gdy skończyła swoją przemowę, pocałowałem ją z czułością w rękę, poczem prosiłem aby mi przysłała papieru i ołówek i nie troszczyła się więcej o mój los, gdyż co do mnie bynajmniej nie pragnąłem zmiany. Moja matka odeszła odemnie zadziwiona i dostarczyła mi żądanych przedmiotów. Wtedy oddałem się wyrachowaniom z niewypowiedzianym zapałem, przekonany że co chwila dokonywałem najważniejszych odkryć; w istocie wszystkie te własności liczb były dla mnie prawdziwemi odkryciami, niemiałem bowiem dotąd o nich najmniejszego pojęcia.
 Tymczasem głód zaczął mi doskwierać, rozłamałem chleb i spostrzegłem że moja matka umieściła w nim kurcze pieczone i kawałek szynki. Ta oznaka dobroci powiększyła moją wesołość, z radością więc powróciłem do moich rachunków. Wieczorem przyniesiono mi świecę, i pracowałem do późnej nocy.
 Nazajutrz podzieliłem na połowę jeden bok kwadratu i ujrzałem że wypadek połowy przez połowę dawał mi ćwierć; podzieliłem dalej ten sam bok na trzy części i otrzymałem jedną dziewiątą; tak powziąłem pierwsze pojęcia o ułomkach. Zapewniłem się jeszcze więcej, pomnożywszy dwa i pół przez dwa i pół, obok bowiem kwadratu z dwóch wypadła mi ilość wartości dwóch i ćwierci.
 Tym sposobem, coraz dalej posuwałem moje badania i widziałem że mnożąc jakową liczbę przez samą siebie i podnosząc wypadek do kwadratu, otrzymałem ilości do których mógłbym był tylko przyjść za pomocą długiego dodawania.
 Wszystkie moje odkrycia nie były wcale wyrażone po algebraicznemu, nie miałem bowiem o tej nauce żadnego pojęcia, ale wymyśliłem sobie osobne znaki powzięte od kwadratów mego okna, które pomimo to zalecały się jasnością i wdziękiem
 Nakoniec szesnastego dnia, moja matka przyniósłszy mi obiad rzekła: «Drogie dziecię, przychodzę do ciebie z dobrą nowiną: odkryło się że Folencour był zbiegiem, twój ojciec zaś który nienawidzi zbiegostwa, kazał go wsadzić na okręt i odesłać do Francyi, spodziewam się że wkrótce wyjdziesz z twego więzienia.» Przyjąłem te słowa z obojętnością która zadziwiła moją matkę. Niebawem wszedł mój ojciec, potwierdził jej wyrazy i dodał, że napisał do swoich przyjaciół Kossiniego i Hughensa, prosząc o przysłanie mu nót i figur tańców najbardziej wziętych w Paryżu i Londynie. Wreszcie sam doskonale pamiętał sposób z jakim brat jego Karlos wchodził do salonu, a ostatecznie tego przedewszystkiem chciał mnie nauczyć.
 Tak mówiąc, ojciec mój spostrzegł zwój papieru wyglądający mi z kieszeni i wziął go do rąk. Z początku mocno się zdziwił, widząc massę liczb a zwłaszcza całkiem nieznane mu znaki. Wytłumaczyłem mu je wraz z wszystkiemi mojemi działaniami. Zdziwienie jego coraz wzrastało, ale dostrzegłem że nie było mu zupełnie nieprzyjemnem.
 Mój ojciec, zważywszy cały postęp moich działań, rzekł: «Mój synu, gdybym do tego okna, mającego 26 kwadratów, we wszystkich kierunkach dodał dwa na dole, chcąc zarazem zachować kształt kwadratu, ileby razem było kwadratów?»
 Odpowiedziałem bez wahania: «Miałbym na tej samej stronie i na górze, dwa pasy każdy z 52óch kwadratów i nadto mały kwadrat o czterech kwadracikach w kącie dotykającym obu pasów.»
 Słowa te przejęły żywą radością mego ojca, którą jednak potrafił ukryć, po czem rzekł: «Gdybym atoli dodał u dołu liniję nieskończenie małą, jaki byłby kwadrat?» Zastanowiłem się przez chwilę i odpowiedziałem: «Miałbym dwa pasy równie długie jak boki okna ale nieskończenie szersze, co zaś do kwadratu bocznego, ten byłby tak małym że niemogę żadnym sposobem sobie tego wyobrazić.»
 Tu mój ojciec upadł na krzesło, złożył ręce, wzniósł oczy ku niebu i rzekł: «Wielki Boże, on sam odgadł prawa binomu, i jeżeli mu nie przeszkodzę, gotów odkryć cały rachunek różniczkowy.»
 Przeląkłem się widząc ten stan mego ojca, odwiązałem mu chustkę i zacząłem wołać o pomoc. Nareszcie wrócił do zmysłów i przycisnął mnie do serca mówiąc: «Moje dziecię, moje kochane dziecię, porzuć te rachunki, ucz się sarabandy, mój przyjacielu, ucz się lepiej sarabandy.»
 Już nie było nawet mowy o dalszem więzieniu. Tego samego wieczora, obszedłem do koła wały Ceuty i chodząc ciągle powtarzałem: «on odgadł prawo binomu, on odgadł prawo binomu.» Mogę śmiało wyznać że odtąd z każdym dniem czyniłem nowe postępy w matematyce. Mój ojciec zaprzysiągł że nigdy nie będzie mnie jej uczył, ale pewnego dnia znalazłem przy łóżku arytmetykę ogólną Don Izaaka Newtona i o ile mi się zdaje, ojciec musiał umyślnie ją tam zostawić.
 Czasami także znajdowałem otwarte drzwi do jego gabinetu i zawsze nie omieszkiwałem korzystać z tej sposobności.
 Niekiedy jednak ojciec mój zwracał do dawnych swoich zamiarów, chciał znowu wykształcać mnie na człowieka światowego, kazał okręcać się na pięcie wchodząc do pokoju, sam nócił jakąś aryą, udawał że niedowidzi, poczem zalewał się łzami mówiąc: «Moje dziecko, Pan Bóg niestworzył cię na zuchwalca, dni twoje nie będą szczęśliwszemi od moich.»
 W pięć lat po mojem wyjściu z więzienia, matka moja zaszła w ciążę i porodziła córkę, którą nazwano Blanką, na pamiątkę pięknej chociaż zbyt lekkomyślnej księżnej Velasquez. Jakkolwiek pani ta zabraniała memu ojcu pisać do niej, wypadało jednak donieść jej o przyjściu na świat córki. Wkrótce nadeszła odpowiedź która odnowiła dawne blizny, ale mój ojciec znacznie już był podstarzał i wiek stępił w nim żywość uczuć.
 Następnie przepłynęło dziesięć lat których jednostajność nie przerwał żaden wypadek. Życie moje i mego ojca, uprzyjemniały tylko nowe wiadomości jakie z każdym dniem wzbogacały nasze umysły. Mój ojciec porzucił nawet ze mną dawny sposób postępowania; w istocie nie od niego nauczyłem się matematyki, on bowiem nie szczędził niczego abym umiał sarabandę. Nie miał więc sobie nic do wyrzucenia i z przyjemnością, bez skrupułu, oddawał się rozmowie ze mną zwłaszcza w przedmiotach nauk ścisłych. Rozmowy te zwykle podniecały moją gorliwość i podwajały pilność, ale zarazem chłonąc całą moją uwagę, nadały mi skłonność do roztargnienia — jak to wam już mówiłem — stan zaś ten musiałem często zbyt drogo opłacać — jak to wam wkrótce opowiem — gdyż pewnego dnia wyszedłszy z Ceuty, sam nie wiem jakim sposobem znalazłem się pośród Arabów.
 Siostra moja tymczasem z każdą chwilą wzrastała w piękność i wdzięki i nic nie byłoby brakowało do naszego szczęścia, gdybyśmy byli mogli zachować naszą matkę, ale rok temu nieubłagana choroba wydarła ją z naszych objęć. Mój ojciec przyjął wtedy do swego domu, siostrę nieboszczki żony, Donę Antonię de Poneras, dwudziestoletnią i owdowiałą od sześciu miesięcy. Była ona z drugiego małżeństwa mego dziada. Don Kadanza, wydawszy córkę za mąż, znalazł się nagle osamotnionym i postanowił powtórnie się ożenić, ale po pięciu latach pożycia stracił i drugą żonę, która wydała na świat dziewczynkę o pięć lat młodszą odemnie.
 Moja młoda i piękna ciotka, wprowadziła się do mieszkania matki i poczęła trudnić się zarządem całego domu. Szczególniej była dla mnie dobrą i dwadzieścia razy przynajmniej wchodziła do mego pokoju, pytając czyli nie chcę czekulady, limonady lub czego podobnego.
 Odwiedziny te często były mi nader nieprzyjemnemi, przerywały bowiem moje wyrachowania. Jeżeli przypadkiem Dona Antonia, przez pół godziny mi nie przerywała, jej służąca ją zastępowała. Była to dziewczyna jednego wieku z swoją panią, tegoż samego humoru i nazywająca się Marika.
 Wkrótce spostrzegłem że siostra moja wcale nie lubiła ani pani ani służącej, podzielałem w tym względzie jej uczucia, których całą przyczyną z mojej strony, była niecierpliwość z natręctwa tych kobiet. Wprawdzie nie wiele na tem traciłem, gdyż miałem zwyczaj, ile razy wchodziły, podstawiać urojone wartości i dopiero po ich wyjściu wracałem do moich rachunków.
 Pewnego dnia, gdy byłem zajęty obliczaniem logarytmów, Antonia weszła do mego pokoju, usiadła obok mnie i zaczęła szczebiotać tysiączne niedorzeczności, przeplatając swoją rozmowę czułemi wejrzeniami. Poznawszy że tym razem zabiera się na długie posiedzenie, zatrzymałem moje wyrachowanie przy czwartej średnio-proporcyonalnej, jąłem zastanawiać się nad naturą logarytmów i nad niesłychaną pracą jakiej ułożenie tablic musiało kosztować sławnego barona Nepera. Wtedy Antonia pragnąc mi się sprzeciwić wstała, zakryła mi oczy swemi rękami i rzekła: «Teraz, spróbujmy czy potrafisz dalej rachować, mości geometro.» Słowa te mojej ciotki zdały mi się prawdziwem wyzwaniem i lekceważeniem mojej nauki, ponieważ jednak w ostatnich czasach, wiele zajmowałem się tablicami logarytmowemi i umiałem je jak to mówią na pamięć, przyszła mi więc myśl rozłożenia na trzy czynniki liczby której szukałem logarytmu. Znalazłem trzy takie których logarytmy wiedziałem, czeprędzej zatem dodałem je i nagle wyrywając się z rąk Antonji, napisałem cały logarytm, także niebrakowało w nim ani jednej dziesiątki. Antonia mocno się tem rozgniewała i wyszła z pokoju mówiąc z oburzeniem: «Cóż to za głupcy te geometry.» Wprawdzie moja metoda z trudnością dawała się zastosować do liczb początkowych, ale nie mniej przeto była dowcipną i mogła służyć w wielu wypadkach. Nie pojmowałem dla czego ciotka moja nazwała mnie głupcem. Wkrótce potem przyszła jej służąca która także jęła oświadczać mi jakieś grzeczności, ale byłem tak rozjątrzony słowami jej pani, że odprawiłem ją bez żadnej ceremonji.
 Teraz zbliżam się do epoki mego życia, w której nowym kierunkiem puściłem moje pojęcia i zwróciłem je wszystkie do jednego celu. Spostrzeżecie w życiu każdego uczonego chwilę, w której silnie uderzony prawdą jakiejś zasady, oczekuje jej skutków i zastosowań i rozwija ją w porządny, właściwy mu system. Natenczas podwaja odwagę i pracę, wraca do punktu z którego wyszedł i uzupełnia niedokładność pierwszych pojęć. Wtedy to zastanawia się nad każdą wiadomością, spogląda na nią ze wszystkich stron, następnie łączy je razem i porządkuje. Jeżeli nie uda mu się zbudować system albo też przekonać się o rzeczywistości jego prawdy, przynajmniej porzuca go mędrszy aniżeli doń przystępował i nabywa pewnych wiadomości o których istnieniu dotąd cale nie myślał. Nadeszła więc i dla mnie ta chwila zbudowania systemu, okoliczność zaś która podała mi pierwszą myśl, była następująca.
 Pewnego wieczora, gdy po wieczerzy kończyłem rozwiązanie nader zawiłego zagadnienia, ujrzałem wchodzącą moją ciotkę Antonię która mi rzekła: «Mój synowcze, widok światła w twoim pokoju nie daje mi zasnąć, ponieważ więc matematyka jest nauką tak powabną, pragnę zatem abyś mnie jej nauczył.»
 Nie mając nic lepszego do czynienia, przystałem na żądanie mojej ciotki. Wziąłem tablicę i wyłożyłem jej dwa zagadnienia Euklidesa; właśnie miałem przechodzić do trzeciego, gdy Antonia nagle wyrywając mi tablicę zawołała: «Nioznośny pedancie, czyliż matematyka dotąd nie nauczyła cię jakim sposobem stworzenia boskie kochają się na świecie?»
 Z początku wyrazy te mojej ciotki, wydały mi się niedorzecznemi, ale głębiej się zastanowiwszy, powziąłem myśl że zapewne chciała mnie zapytać o formułę ogólną, odpowiadającą wszystkim trybom mnożenia używanym przez naturę, zacząwszy od cedru aż do najlichszej trawki, i od wieloryba do żyjątek dostrzegalnych zaledwie za pomocą mikroskopu. Przypomniałem sobie zarazem uwagi jakie niegdyś czyniłem nad rozmaitością stopni pojęć każdego zwierzęcia, których wynalazłem pierwszą przyczynę odnosząc się do wychowania, skłonności i rozradzania. Stopniowanie to pozwalało mi przypuszczenie możebności teoryi o mniejszościach i większościach i następnie prowadzenie całego systemu do zasad matematyki. Jednem słowem, wpadłem na myśl wynalezienia równania zastosowanego do całego państwa zwierzęcego, przypuszczając wszędy jednakowe czynniki rozmaitej wartości i stopnia działalności. Rozogniła się moja wyobraźnia, sądziłem że potrafię oznaczyć matematyczne ogniwo i granicę każdego z naszych pojęć, czyli wyraźniej mówiąc, zastosować wyrachowanie do całego systemu natury. Dręczony takim natłokiem gwałtownych wrażeń uczułem potrzebę odetchnięcia świeżem powietrzem, wypadłem więc na wały i trzy razy je obiegłem, sam nie wiedząc co czynię
 Nareszcie ochłonąłem nieco; dzień poczynał już świtać, chciałem zapisać sobie niektóre wypadki i tak pisząc zdawało mi się że wracałem drogą do domu. Tymczasem stało się inaczej; zamiast pójść na prawo miejskich przekopów, poszedłem na lewo i wlazłem w fossę. Moje wnioski nie tylko były dla mnie jeszcze ciemnemi pojęciami, ale nadto żadnym sposobem nie mogłem odgadnąć jak je przeniesę na tabliczki, gdyż mrok tak gęsty panował że niepodobna było dojrzeć jednej cyfry. Pragnąłem czem prędzej wrócić do domu, i podwoiłem kroku myśląc zawsze że idę prostą drogą. Wtem przekonaniu, dostałem się do wyłomu który sporządzono dla przeprowadzenia dział w chwili wycieczki i na raz znalazłem się za okopami.
 Pomimo to, bynajmniej nie spostrzegłem mojej pomyłki, ale nie zważając na otaczające mnie przedmioty, biegłem ciągłe, gryzmoląc na tabliczkach i tak coraz dalej oddalałem się od miasta. Nakoniec zmęczony usiadłem i cały oddałem się moim rachunkom.
 Po pewnym przeciągu czasu, podniosłem oczy i ujrzałem się śród Arabów, że jednak znam trocha ich język dość używany w Cencie, powiedziałem im przeto kim byłem i prosiłem żeby mnie odprowadzili do mego ojca który nieomieszka dać im sowity wykup. Wyraz wykup, zawsze dobrze brzmi w uszach arabskich; otaczający mnie obrócili się z uśmiechem do naczelnika i zdawali się oczekiwać od niego odpowiedzi, zapowiadającej im obfity zysk.
 Szeik długo stał zamyślony i poważnie głaskał swoją brodę, poczem rzekł: «Słuchaj młody Nazarejczyku, znamy twego ojca jako bogobojnego człowieka; słyszeliśmy także różne rzeczy o tobie. Powiadają że jesteś równie dobrym jak twój ojciec, ale że pan Bóg pozbawił cię pewnej części twego rozumu. Niech cię to bynajmniej nie martwi. Bóg jest wielkim i daje ludziom lub też odbiera im rozum, wedle swego upodobania. Szaleńcy są żywym dowodem potęgi Boskiej i nicości rozumu ludzkiego. Szaleńcy nie znając złego ani dobrego, przedstawiają nam oprócz tego dawny stan niewinności człowieka. Są oni na pierwszym stopniu świętości. Nazywamy ich Marabutami, równie jak naszych świętych. Wszystko to jest w zasadach naszej wiary; zgrzeszylibyśmy więc wymagając za ciebie okupu. Odprowadzimy cię do pierwszej hiszpańskiej forpoczty z wszelkim szacukiem i czcią, jakie podobnym tobie ludziom przynależą.»
 Wyznam wam że mowa ta Szeika, zmieszała mnie do najwyższego stopnia. «Jakto, — rzekłem sam do siebie — miałżebym w ślady Locka i Newtona przejść do ostatecznych granic pojęcia ludzkiego, wspierając zasady pierwszego na wyrachowaniu drugiego? na toż śmiałe stawiałem kroki w przepaści metafizyki, ażeby potem mnie osądzono za szaleńca? zepchnięto do kategoryi istot zaledwie należących do rodu człowieczego? Niech przepadną, rachunek różniczkowy i wszystkie zagadnienia do których przywiązywałem całą moją sławę.» To mówiąc porwałem tabliczki i rozbiłem je na drobne kawałki, następnie jeszcze bardziej rozżalony, rzekłem: «Ach mój ojcze, miałeś słuszność, gdy chciałeś uczyć mnie sarabandy i wszystkich zuchwalstw używanych przez ludzi powierzchownych!» — poczem jąłem mimowolnie powtarzać niektóre poruszenia sarabandy, jak to zwykł był czynić mój ojciec ile razy przypominał sobie dawne nieszczęścia.
 Tymczasem Araby widząc że potłukłem tabliczki na których przed chwilą pisałem z taką gorliwością, zawołali z czcią i politowaniem: «Bóg jest wielkim! Chwała Panu i jego prorokowi! Handullach! Allah Kerim!» Poczem wzięli mnie łagodnie za ręce i odprowadzili do pierwszej forpoczty hiszpańskiej. —
 Gdy Velasquez doszedł do tego miejsca, zdał się nam mocno przygniecionym i roztargnionym, spostrzegłszy więc że z trudnością przyjdzie mu dalej ciągnąć opowiadanie, prosiliśmy aby resztę odłożył na dzień następny.




DZIEŃ DWUDZIESTY PIĄTY.
 Podróżowaliśmy dalej przez piękne ale opuszczone okolice. Obchodząc jedną górę, oddaliłem się od karawany i zdało mi się żem usłyszał jęki w wydrążeniu nader zarosłej doliny, ciągnącej się pod drogą na której w ówczas się znajdowaliśmy. Jęki podwoiły się; zsiadłem z konia, przywiązałem go, dobyłem szpady i zapuściłem się w zarośle. Im bliżej podchodziłem tem bardziej jęki zdawały się oddalać, nareszcie przybyłem na otwarte miejsce gdzie znalazłem się pośród ośmiu do dziesięciu ludzi, uzbrojonych w muszkiety i biorących mnie na cel.
 Jeden z nich krzyknął abym mu oddał szpadę; za całą odpowiedź poskoczyłem chcąc go nią przeszyć na wylot, ale natenczas położył muszkiet na ziemi, jakby sam zdawał się na łaskę, i ofiarował mi kapitulacyę, wymagając odemnie jakowychś obietnic. Odpowiedziałem że nie będę ani kapitulował ani nic obiecywał.
 W tej chwili usłyszano krzyki podróżnych którzy mnie przyzywali. Naczelnik o ile się zdawało bandy, rzekł do mnie: «Mości kawalerze, szukają cię, niemamy czasu do stracenia, za pięć dni racz opuścić obóz i udać się drogą ku zachodowi. Spotkasz osoby które mają ci powierzyć ważną tajemnicę. Jęki jakie słyszałeś, były tylko fortelem użytym na sprowadzenie cię pośród nas. Niezapominaj więc abyś na czas się stawił.» Po tych słowach, lekko mi się ukłonił, gwiznął i zniknął wraz z towarzyszami. Złączyłem się z karawaną ale nie sądziłem potrzebnem zdawać sprawę z mego spotkania. Przybyliśmy wcześnie na nocleg i po wieczerzy prosiliśmy Velasqueza aby kończył swoje przygody, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI VELASQUEZA.
 Mówiłem wam jakim sposobem zwracając uwagę na ogólny porządek wszech świata, sądziłem żem wynalazł zastosowania rachunkowe od nikogo przedtem nieznane; powiedziałem wam następnie, jak ciotka moja Antonia dziwnem zapytaniem sprawiła, że myśli moje zebrały się niejako w jedno ognisko i uporządkowały w system. Nareszcie oznajmiłem, jak przekonawszy się że uważano mnie za szaleńca, z największej exaltacyi umysłu od razu spadłem na same dno zwątpienia. Teraz wyznam wam że stan tego osłabienia był długim i bolesnym, nie śmiałem podnieść oczu na ludzi; zdawało mi się że bliźni moi spiknęli się na odepchnięcie i poniżenie mnie; z niesmakiem poglądałem na książki które mi tyle przyjemnych chwil użyczyły, widziałem w nich tylko nawał czczych wyrażeń. Nie dotykałem więcej tabliczek, nie rachowałem, rozprzęgły się nerwy mego mózgu, straciły całą dzielność i nie miałem siły do myślenia. Mój ojciec spostrzegł stan mego zwątpienia i badał mnie o przyczynę. Długo opierałem się nareszcie powtórzyłem mu mowę Szeika arabskiego i opowiedziałem smutek dręczący mnie od chwili, w której po raz pierwszy nazwano mnie szaleńcem. Mój ojciec opuścił głowę na piersi i zalał się łzami. Po długiem milczeniu, zwrócił na mnie wzrok pełen politowania i rzekł: «Ach mój synu, ty uchodzisz tylko za szaleńca a ja w istocie byłem nim przez trzy lata. Roztargnienie twoje i miłość moja dla Blanki nie są pierwszemi przyczynami naszych trosk; nieszczęścia nasze zkądinąd pochodzą. Natura niesłychanie płodna i dziwaczna w swoich środkach, z upodobaniem gwałci najstalsze swoje zasady; z interessu osobistego tworzy dźwignię wszystkich czynności człowieka, z tem wszystkiem jednak w massie ludzi, płodzi tu i owdzie wyjątki u których samolubstwo zaledwie jest dostrzegalnem, ci bowiem na zewnątrz siebie zwracają cały prąd ich myśli i ciążeń. Jedni kochają się w naukach, inni w dobrze ogółu, wynoszą odkrycia drugich jak gdyby sami ich byli doszli, lub zbawienne dla państwa ustawy, jak gdyby sami z nich tylko korzystali. Zwyczaj ten zaparcia się samego siebie wpływa na ich przeznaczenie, nie mogą widzieć w ludziach narzędzi własnego szczęścia, a gdy los do nich kołace, nie pomyślą o otworzeniu mu drzi. Mało kto potrafi zapomnieć u samym sobie; znajdziesz osobistość w radach jakie ludzie ci będą udzielać, w przysługach jakie ci wyświadczą, w związkach jakich pragną i przyjaźniach jakie zawierają. Namiętni dla własnego interesu, choćby najbardziej oddalonego, obojętni są na wszystko co się ich nie dotyczy. Spotkawszy na drodze życia, człowieka lekce ważącego własny interes, niemogą go zrozumieć, wmawiają w niego tysiące ukrytych przyczyn, odurzenie lub szaleństwo, odtrącają go od swego grona, upadlają i zasyłają na opuszczoną afrykańską skałę.
 «Synu mój, my oba należymy do tego przeklętego plemienia, ale mamy i my nasze rozkosze, które muszę ci dać poznać. Niczego nie szczędziłem dla wykierowania cię na wietrznika i głupca, niebo jednak nie sprzyjało moim usiłowaniom i obdarzyło cię duszą tkliwą i oświeconym omysłem. Powinienem więc odkryć ci przyjemności naszego życia, są one nieznane i nie błyskotliwe ale czyste i słodkie. Jakże byłem szczęśliwy wewnętrznie, dowiedziawszy się że Don Izaak Newton pochwalał jedną z moich bezimiennych prac i chciał koniecznie poznać autora. Nie odkryłem, się ale ośmielony do nowych usiłowań, wzbogaciłem mój umysł massą nieznanych mi dotąd pojęć, byłem niemi przepełniony, niemogłem ich powstrzymać, wybiegłem aby je ogłaszać skałom Ceuty, powierzałem je całej naturze i składałem w ofierze mojemu Stwórcy. Wspomnienie moich cierpień, mieszało do tych wzniosłych uczuć westchnienia i łzy, które także nie dręczyły mnie bez pewnej przyjemności. Przypominały mi one że były około mnie nieszczęścia które mogłem osłodzić, łączyłem się myślą z zamiarami opatrzności, z dziełami ręki Stworzyciela, z postępem ducha ludzkiego. Mój umysł, moja osobistość, moje przeznaczenie nie przedstawiały mi się pod cząstkową postacią, ale wchodziły w skład jednej, wielkiej całości.
 Tak upłynął wiek namiętności, poczem znowu znalazłem samego siebie. Tkliwe starania twojej matki, sto razy na dzień przekonywały mnie że byłem jedynym przedmiotem jej przywiązania. Mój duch zamknięty sam w sobie, dał przystęp uczuciu wdzięczności, słodyczy domowego pożycia. Drobne wypadki dziecinnych lat twoich i twojej siostry, utrzymywały we mnie ogień najsłodszych wzruszeń.
 Dzisiaj, twoja matka żyje tylko w mem sercu i umysł mój zwątlony wiekiem, nie może nic dorzucić do skarbca wiedzy ludzkiej; atoli z radością spoglądam jak ten skarbiec z każdym dniem się powiększa, i ścigam myślą postęp tego wzrostu: zajęcie wiążące mnie z ogólnym ruchem umysłowym, nie pozwala mi myśleć o niedołężności, smutnej towarzyszce mego wieku i dotąd nie doznałem jeszcze nudy w życiu. Widzisz więc mój synu że i my mamy nasze radości i gdybyś był został wietrznikiem, jak tego pragnąłem, miałbyś był także twoje zmartwienia.
 Alwarez, będąc tutaj, mówił mi o moim bracie w sposób wzbudzający raczej politowanie niż zazdrość: — Książe, prawił, zna dwór doskonale, z łatwością rozplątuje wszelkie intrygi; ale ile razy chce sięgnąć po najwyższe zaszczyty, wnet poznaje że brak mu skrzydeł do lotu. Był ambassadorem i powiadają że przedstawiał króla swego i pana z wszelką przyzwoitą godnością, ale za pierwszą trudną sprawą, musiano go odwołać. Wiesz także że należał do składu ministerium i pełnił swoje obowiązki nie gorzej od innego, ale pomimo wszelkich starań jego podwładnych, którzy o ile możności usiłowali oszczędzać mu pracy, nie mógł sobie dać rady i musiał złożyć urząd.
 W tej chwili nie ma żadnego znaczenia ale posiada talent stwarzania małoważnych sposobności zbliżania go do monarchy i pokazywania przed światem że jest w łasce.
 Z tem wszystkiem, nuda go peżera; tyle ma środków uniknięcia jej, ale zawsze upada pod żelazną ręką dławiącego go potworu. Wprawdzie unika go zajmując się wyłącznie samym sobą; ale to wygórowane samolubstwo uczyniło go tak drażliwym na najmniejszą przeciwność, że życie stało mu się ciężarem. Tymczasem częste choroby, ostrzegły go że ten jedyny przedmiot jego troskliwości może łatwo z rąk mu się wyśliznąć i tą jedną myślą zatruły wszystkie jego rozkosze. — Oto jest prawie wszystko co mi o nim mówił Alwarez, i z tego wniosłem że w mojem zapomnieniu, może byłem szczęśliwszym aniżeli mój brat śród wydartych mi dostatków. Co zaś do ciebie, kochany synu, mieszkańcy Ceuty uważają cię za trocha szalonego, jest to skutkiem ich ciemnoty; ale jeżeli kiedyś rzucisz się w świat, wtedy dopiero poznasz niesprawiedliwość ludzi i przeciwko tej powinieneś się uzbroić. Najlepszym może środkiem byłoby stawiać zniewagę przeciw zniewadze, oszczerstwo przeciw oszczerstwu, czyli wyraźniej mówiąc potykać się z niesprawiedliwością jej własną bronią; wszelako sztuka walczenia za pomocą niegodziwości nie jest udziałem ludzi naszego rodzaju. Gdy więc ujrzysz się przygniecionym, odsuń się, zamknij sam w sobie, karm twego ducha jego własnemi zapasami a wtedy jeszcze doświadczysz szczęścia.»
 Mowa ta mego ojca, sprawiwiła na mnie żywe wrażenie, odwaga znowu we mnie wstąpiła i znowu powróciłem do pracy nad moim systemem. Wtedy to zaczynałem już z każdym dniem stawać się coraz bardziej roztargnionym. Rzadko kiedy słyszałem co do mnie mówiono, wyjąwszy ostatnie wyrazy które głęboko wrażały mi się w pamięć. Odpowiadałem logicznie ale zawsze prawie w jedną lub dwie godziny po zapytaniu. Często także, szedłem nie wiedząc gdzie, tak że miałbym słuszność biorąc przewodnika jakoby dla ślepego. Roztargnienia te jednak trwały dopóty tylko dopóki nie uporządkowałem mego systemu. Następnie im mniej zużywałem uwagi, tem mniej z każdym dniem wpadałem w roztargnienie i dziś śmiało mogę powiedzieć że już zupełnie jestem wyleczony.»
 «Tak jest, prawie zupełnie, — rzekł kabalista — pozwól pan abym mu pierwszy tego powinszował.»
 «Szczerze panu dziękuję, — odpowiedział Velasquez — gdyż zaledwie dokończyłem mego systemu, aliści nieprzewidziany wypadek taką zmianę sprawił w mojem przeznaczeniu, że teraz trudno mi będzie, nie mówię utworzyć system, ale niestety poświęcić nędzne dziesięć lub dwanaście godzin z rzędu jednemu wyrachowaniu. Krótko mówiąc, niebo chciało abym został księciem Velasquez, grandem hiszpańskim i panem ogromnego majątku.
 Cztery tygodnie mija jak Diego Alwarez, syn tamtego Alwareza, przybył do Ceuty z listem od księżny Blanki do mojego ojca. Pismo to zawierało następujące wyrazy:

«Señor don Henriquez!
List ten uwiadomi cię że Bóg zapewne wkrótce do siebie powoła księcia Velasquez. Prawa szlachty hiszpańskiej nie pozwalają ażebyś dziedziczył po młodszym bracie, majątek zatem i tytuły spadają na twego syna. Zbyt jestem szczęśliwą, kończąc czterdziesty rok pokuty i będąc w stanie powrócenia mu dostatków których płochość moja ciebie pozbawiła. Ale w tej chwili oboje jesteśmy już u bram wieczystej chwały, ziemska nie może nas zajmować. Przebacz więc po raz ostatni grzesznej Blance i przyślij nam syna którym cię niebo obdarzyło. Książe przy którego łożu jestem już od dwóch miesięcy, pragnie go widzieć.»

Blanka Velasquez.
 Muszę wyznać że list ten napełnił radością wszystkich mieszkańców Ceuty, tak dalece kochano mnie i mego ojca, ja jednak dalekim byłem od podzielania powszechnej wesołości. Ceuta była dla mnie całym światem, wychodziłem z niej tylko myślą ażeby gubić się w marzeniach, jeżeli zaś zapuszczałem kiedy wzrok za okopy na szerokie płaszczyzny zamieszkane przez Maurów, zapatrywałem się na nie jedynie jako krajobraz. Nie mogąc używać na nich przechadzki, obszerne okolice wydawały mi się stworzonemi tylko dla oczu. Oprócz tego mniemałem że niebyłbym w stanie przesiedlenia się do innego miejsca. W całej Coucie nie było żadnego muru na którym nie byłbym nagryzmolił jakiegoś równania, żadnego zakątka gdzie nie byłbym oddawał się rozmyślaniom których wypadki pieściły mój umysł. Wprawdzie czasami dokuczała mi moja ciotka Antonia i jej służąca Marika, ale cóż znaczyły te małe przykrości w porównaniu z roztargnieniami na jakie byłem skazany. Bez długich rozmyślań, bez rachunków, nie pojmowałem szczęścia dla siebie. Takie myśli przychodziły mi do głowy w chwili gdy miałem opuszczać Ceutę
 Mój ojciec towarzyszył mi do samego brzegu i tam kładąc ręce na mojej głowie i błogosławiąc mnie, rzekł: «Synu mój, ujrzysz Blankę, już ona nie jest tą zachwycającą pięknością, która miała stanowić sławę i szczęście twego ojca. Ujrzysz rysy poorane wiekiem, połamane pokutą, ale bo i dla czegóż tak długo żałowała za błąd który ojciec jej przebaczył? Co do mnie, nigdy nie miałem do niej żalu. Jeżeli nie służyłem królowi na szczytnym stopniu, natomiast przez czterdzieści lat, pośród tych skał, przyczyniłem się do szczęścia kilku uczciwych ludzi. Cała od nich wdzięczność należy się Blance, często słyszeli o jej cnotach i wszyscy ją błogosławią.»
 Mój ojciec nie mógł więcej mówić, łzy tłumiły mu słowa w piersiach. Wszyscy mieszkańcy Ceuty, towarzyszyli memu odjazdowi, ze wszystkich oczu można było wyczytać smutek rozłączenia pomieszany z radością jaką sprawiła wieść o tak świetnej przemianie mego losu.
 Rozwinęliśmy żagle i wylądowali nazajutrz w porcie Algesiras, zkąd udałem się do Kordowy, następnie zaś na nocleg do Anduhar. Oberżysta tameczny, rozpowiadał mi jakieś nadzwyczajne historye o duchach i upiorach, których wcale nie słuchałem. Przenocowałem u niego i nazajutrz wcześnie wybrałem się w drogę. Miałem z sobą dwóch służących, jeden jechał naprzód, drugi postępował za mną. Uderzony myślą że w Madrycie nie będę miał czasu do pracy, dobyłem moich tabliczek i zająłem się zwykłemi wyrachowaniami zwłaszcza zaś temi, których brakowało jeszcze w moim systemie.
 Jechałem na mule którego równy i wolny krok sprzyjał temu zatrudnieniu. Niepamiętam ile czasu tym sposobem strawiłem, gdy nagle mój muł się zatrzymał. Ujrzałem się u stóp szubienicy obciążonej dwoma wisielcami, których twarze zdawały się wykrzywiać i napełniały mnie zgrozą. Obejrzałem się do koła ale nie ujrzałem żadnego z moich służących, jąłem więc przyzywać ich z całej siły, ale nadaremnie. Postanowiłem jechać dalej prostą drogą otwierającą się przedemną. Już noc dawno była zapadła gdy przybyłem do obszernej i dobrze zbudowanej gospody, ale opuszczonej i próżnej.
 Umieściłem muła w stajni, sam zaś wszedłem do izby gdzie znalazłem resztki wieczerzy, mianowicie pasztet z kuropatw, chleb i flaszę wina z Alikantu. Od Anduhar nic w ustach nic miałem, sądziłem więc że potrzeba nadawała mi prawa nad pasztetem, który zkądinąd był bez właściciela. Byłem także mocno spragniony, ugasiłem więc pragnienie, wprawdzie może nieco zbyt gwałtownie, gdyż wino uderzyło mi do głowy, ale spostrzegłem się po niewczasie.
 W izbie stało dość porządne łóżko, rozebrałem się, położyłem i zasnąłem. Nagle, niewiem z jakiego powodu obudziłem się i usłyszałem zegar bijący północ. Myślałem że w pobliżu był jaki klasztor i postanowiłem zwiedzić go nazajutrz.
 Wkrótce potem doszedł mnie hałas z podwórza; sądziłem że moi służący powrócili; ale jakież było moje zadziwienie gdy ujrzałem wchodzącą moją ciotkę Antonię wraz z jej powiernicą Mariką. Ta ostatnia niosła latarnię z dwoma świecami, ciotka zaś moja trzymała zwój papierów w ręku: «Kochany synowcze, — rzekła do mnie — twój ojciec nas tu przysłał abyśmy ci wręczyły te ważne papiery.» Wziąłem papiery i przeczytałem napis: «Wykazanie kwadratury koła.» Wiedziałem dobrze że mój ojciec nigdy się nie zajmował tem czczem zagadnieniem. Zadziwiony rozwinąłem papiery, ale wnet z oburzeniem spostrzegłem, że mniemana kwadratura była znaną teoryą Dinostrata, popartą dowodzeniem, w którem poznałem rękę mojego ojca ale bynajmniej jego głowę. W istocie, spostrzegłem że przytoczone dowody były tylko nędznemi paralogizmami.
 Tymczasem moja ciotka, widząc że nie było siedzenia w całej izbie, usiadła przy mnie. Byłem tak zmartwiony myślą że mój ojciec mógł popaść w podobne błędy, że niesłuchałem tego wszystkiego co mi mówiła. Mimowolnie odsunąłem się do ściany, podczas gdy Marika siadała w nogach, wspierając głowę na moich kolanach.
 Wtedy odczytałem dowodzenie, i czy to wino Alikantu uderzyło mi do głowy, czyli też miałem wzrok oczarowany, słowem nie pojmuję jak się to stało, ale znalazłem dowody mniej błędnemi, po trzeciem zaś odczytaniu byłem zupełnie przekonany.
 Przewróciłem arkusz i znalazłem pasmo cudownych formuł oznaczających kwadratowanie lub prostowanie wszelkiego rodzaju linji krzywych, nareszcie ujrzałem zagadnienie izochronów rozwiązane za pomocą zasad geometryi początkowej. Zadziwiony, uszczęśliwiony, odurzony nawet, za każdym rzutem oka wołałem: «Tak jest, mój ojciec uczynił najważniejsze odkrycie.»
 «W takim razie, — rzekła moja ciotka — powinieneś mi podziękować za trud jaki podjęłam, przebywając morze i przynosząc ci te papiery.»
 Uściskałem ją.
 «A ja, — przerwała Marika — czyliż także nie przebyłam morza?»
 Uściskałem i Marikę.
 Towarzyszki moje tak silnie ujęły mnie w objęcia że nie byłem w stanie im się wydrzeć, wprawdzie nie życzyłem sobie tego, gdyż na raz przejęły mnie dziwne uczucia których wartości dotąd nie znałem. Nowy zmysł obudził się we mnie i napróżno do wytłumaczenia go chciałem zastosować jakąkolwiek teoryę. Pragnąłem zdać sprawę z doznawanych wrażeń, ale nie mogłem uchwycić żadnego pojęcia. Nareszcie uczucia moje rozwinęły się w pasmo geometrycznym postępem biegące w nieskończoność. Zasnąłem i ze zgrozą obudziłem się pod szubienicą, na której spostrzegłem dwóch wykrzywiających się wisielców. Taka jest powieść mego życia do której brak tylko teoryi mego systemu, czyli zastosowań matematyki do ogólnego porządku wszechświata. Spodziewam się jednak że kiedyś dam wam ją poznać, zwłaszcza zaś tej pięknej pani, która zdaje mi się że ma popęd do nauk ścisłych, niezwykły osobom jej płci. —
 Rebeka wdzięcznie odpowiedziała na tę grzeczność, poczem zapytała Velasqueza: co się stało z papierami które mu jego ciotka była przyniosła?
 «Niewiem gdzie się podziały, — odrzekł geometra — nie znalazłem ich wcale pomiędzy papierami jakie cyganie mi przynieśli, i mocno żałuję, gdyż nie wątpię że przejrzawszy powtórnie to mniemane dowodzenie, byłbym natychmiast fałsz odkrył; ale jak to wam już mówiłem, krew grała we mnie zbyt gwałtownie; alikant, te dwie kobiety i nieprzezwyciężona senność były zapewne przyczynami mego błędu. Co mnie jednak zadziwia, jest to: ze pismo było ręki mego ojca, mianowicie zaś sposób pisania znaków jemu tylko właściwy.»
 Uderzyły mnie słowa Velasqueza, zwłaszcza gdy mówił że nie mógł oprzeć się snowi. Domyślałem się że musiano mu podać wino podobne do tego, które moje kuzynki przyprawiły mi w Vencie podczas pierwszego naszego spotkania, lub też do trucizny, którą kazano mi wypić w podziemiu a która w istocie była tylko napojem usypiającym. Towarzystwo rozeszło się. Udając się na spoczynek natrafiłem na wiele uwag, za pomocą których sądziłem że zdołam naturalnym sposobem wytłumaczyć wszystkie moje przygody. Takiemi myślami zajęty, usnąłem.


DZIEŃ DWUDZIESTY SZÓSTY.
 Całą tę dobę poświęciliśmy spoczynkowi. Rodzaj życia naszych cyganów i kontrabanda stanowiąca główny sposób ich utrzymania, wymagały ciągłej i męczącej zmiany miejsca: z radością więc przepędziłem dzień tam gdzie stanęliśmy na nocleg. Każdy zajął się nieco swoją powierzchownością, Rebeka nawet dodała niektóre ozdoby do swego stroju i można było rzec, że starała się stać przedmiotem roztargnienia młodego księcia, tym bowiem tytułem odtąd nazywaliśmy Velasqueza.
 Wszyscy zeszli się na trawniku ocienionym pięknemi kasztanami i gdy spożyliśmy obiad bardziej wykwintny niż zazwyczaj, Rebeka rzekła: że ponieważ naczelnik cyganów mniej był dziś zatrudnionym, możemy więc śmiało prosić go aby opowiedział dalszą część swoich przygód. Pandesowna nie dał się długo prosić i zaczął w te słowa:
DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Wszedłem wtedy dopiero do szkół, jak sądzę że wam już mówiłem, gdym wyczerpał wszelkie środki i pozory zwłoki jakie tylko mogłem wymyślić. Z początku rad byłem znalazłszy się pośród tylu towarzyszów mego wieku, ale ciągła podległość w jakiej nas nauczyciele trzymali, wkrótce stała mi się nieznośną. Przyzwyczaiłem się do pieszczot mojej ciotki, do jej tkliwego pobłażania i pochlebiało mi to, gdy sto razy na dzień znajdowała że miałem najlepsze serce. Tu, dobre serce na nic się nie przydało, trzeba było ciągłe się pilnować lub czuć nad sobą jarzmo. Jednego i drugiego nienawidziłem. Ztąd powstała we mnie nieprzezwyciężona odraza do czarnych sukienek, którą zawsze okazywałem płatając im mnóstwa rozmaitych figlów.
 Byli między uczniami chłopcy którzy mieli lepszą pamięć niż serce i którzy z przyjemnością donosili wszystko co wiedzieli o towarzyszach. Utworzyłem związek przeciw nim i wybryki nasze tak były urządzone, że podejrzenie zawsze padało na tych którzy go wzniecali. Ostatecznie czarne sukienki zniecierpiały nas wszystkich tak oskarżonych jakoteż donosicielów.
 Nie będę wam rozpowiadał małoznacznych szczegółów o naszych szkolnych psotach, powiem wam tylko że w przeciągu czterech lat, przez które ćwiczyłem moją wyobraźnię, figle moje przybierały coraz poważniejszą barwę, nareszcie wynalazłem myśl zapewne dość niewinną samą w sobie, ale niegodziwą zważając na środki jakich do uskutecznienia jej użyłem. Mało brakowało żem nieprzypłacił tego wynalazku kilkoletniem więzieniem lub też pozbawieniem mnie wolności na całe życie. Rzecz była następująca:
 Pomiędzy Teatynami którzy surowo się z nami obchodzili żaden nie dał nam uczuć tyle srogości ile ojciec Sanudo rektor pierwszej klassy. Duchowny ten nie był złym z natury, przeciwnie, był nawet może zbyt czułym i jego ukryte skłonności wcale nie zgadzały się z powołaniem duchownego, tak że Sanudo w trzydziestym roku życia nie zdołał jeszcze nad niemi zapanować.
 Bez litości dla siebie samego, stał się nieubłaganym dla drugich. Ciągłe poświęcenia jakie składał na ołtarzu obyczajów, były godne tem większej pochwały, że zdawało się iż sama natura stworzyła go do stanu całkiem przeciwnego temu jaki sobie był obrał. Piękny, jak sobie tylko możecie człowieka wyobrazić, na wszystkich kobietach w Burgos sprawiał niesłychane wrażenie, ale Sanudo spotykając tkliwe niewieście wejrzenia spuszczał oczy, marszczył brwi i udawał że ich nie widzi. Takim był przed laty Teatyn ojciec Sanudo. Tyle jednak zwycięztw zmęczyło jego ducha; zmuszony obawiać się kobiet nie przestawał o nich myśleć, i oddawna tłoczony nieprzyjaciel, z coraz świeżemi siłami występował przed jego wyobraźnią. Nareszcie gwałtownie zapadł na zdrowiu, długo potem nie mógł wrócić do sił, gdy zaś przyszedł do siebie choroba zostawiła mu niewypowiedzianą draźliwość, objawiającą się zawsze pod postacią zniecierpliwienia. Gniewały go najmniejsze nasze wykroczenia, nasze wymówki łzy mu z oczu wyciskały, odtąd ciągle tylko marzył i często chociaż wlepiał oczy w obojętny przedmiot, wzrok jego jednak przybierał tkliwy wyraz, gdy zaś przerywano mu chwile tego zachwycenia, bystro spoglądał, wszelako więcej boleśnie niż srogo.
 Z naszej strony, zbyt wyuczyliśmy się śledzić naszych zwierzchników, aby tak znaczna zmiana mogła była ujść naszej uwagi, nie podobna nam jednak było domyślić się przyczyny, gdy nagle niespodziewany wypadek wskazał nam prawdziwą drogę.
 Dla łatwiejszego mnie zrozumienia, muszę zacząć nieco wyżej. Dwoma najznakomitszemi rodzinami w Burgos byli hrabiowie de Lirias i margrabiowie de Fuen Castilla. Pierwsi należeli do tych których w Hiszpanji nazywają Agraviados, to jest pokrzywdzonemi przez nieudzielenie im zasłużonej godności granda. Pomimo to inni grandowie żyją z nimi poufale jak gdyby w istocie należeli do ich klasy.
 Naczelnikiem rodziny Lirias był siedmdziesięcioletni starzec nader szlachetnego i uprzejmego sposobu obejścia. Miał dwóch synów którzy mu poumierali i cały jego majątek spadał na młodą hrabiankę Lirias, jedyną córkę jego najstarszego syna.
 Stary hrabia pozbawiony dziedziców swego nazwiska, przyrzekł był rękę wnuczki dziedzicowi margrabiów de Fuen-Castilla, który przy tej okoliczności miał przybrać tytuł hrabiego de Fuen y Lirias y Castilla. Związek ten ze wszech stron tak dobrany zgadzał się z wiekiem państwa młodych, z ich powierzchownością i charakterem. Oboje więc kochali się serdecznie i stary Lirias lubował się poglądając na ich niewinną miłość która przypominała mu szczęśliwe czasy jego młodości.
 Przyszła hrabina de Lirias, chociaż mieszkała w klasztorze Annonciady, codziennie jednak chodziła na obiad do swego dziada i zostawała tam przez cały wieczór w towarzystwie swego narzeczonego. Miała w ówczas przy sobie dugenę mayor nazwiskiem doña klara Mendoza, kobietę trzydziestoletnią, nader zacną i wcale nie ponurą, gdyż stary hrabia nie lubił ludzi tego charakteru.
 Codziennie panna de Lirias z swoją dugeną, przechodziły obok naszego kollegium, tędy bowiem wypadała im droga do pałacu, ponieważ zaś mieliśmy naówczas chwile wypoczynku, zwykle więc stawaliśmy w oknach lub też słysząc turkot ich powozu, wybiegaliśmy na ulicę.
 Pierwsi którzy przybiegali do okien często słyszeli jak doña Mendoza mówiła do swojej towarzyszki: «Spojrzyjmy czy niema pięknego Teatyna,» było to nazwisko nadane przez płeć niewieścią ojcu Sanudo. W istocie dugena patrzyła w niego jak w tęczę, co zaś do młodej hrabianki, ta rzucała jednakowy wzrok na nas wszystkich, bardziej bowiem przypominaliśmy jej wiekiem margrabiego de Fuez y Castilla, lub też starała się wyszukać dwóch krewnych umieszczonych w naszem kollegium.
 Sanudo wraz z innymi zbliżał się do okna, ale jak tylko postrzegał że kobiety zwracały nań uwagę, zachmurzał czoło i odchodził z pogardą. Uderzyło nas to sprzeciwieństwo gdyż ostatecznie mówiliśmy: «jeżeli ma takie obrzydzenie do kobiet, po co ciśnie się do okna, jeżeli zaś pragnie je widzieć, dla czego odwraca oczy?» Młody jeden uczeń nazwiskiem Veyras, pewnego razu rzekł mi że Sanudo bynajmniej nie był już jak dawniej nieprzyjacielem kobiet i że on musi się o tem przekonać. Ten Veyras był najlepszym moim przyjacielem w całem kollegium, czyli wyraźniej mówiąc, dopomagał mi we wszystkich psotach których często sam był wynalazcą.
 W owym czasie pojawił się romans pod tytułem: Zakochany Fernando. Autor tego dzieła odmalował w niem miłość tak żywemi barwami, że książka ta była nader niebezpieczną dla młodzieży i nasi przełożeni surowo ją zakazali. Veyras wystarał się o jeden exemplarz i wsunął go w kieszeń, tak jednak że widać było większą połowę. Sanudo spostrzegł i zabrał wzbronioną książkę. Zagroził Veyrasowi najsurowszą karą, jeżeliby kiedykolwiek dopuścił się podobnej winy; ale wieczorem zmyślił jakąś chorobę i niepokazał się między nami. Z naszej strony, naumyślnie dopytywaliśmy się ustnie o jego zdrowie. Weszliśmy niespodzianie do jogo pokoju i zastaliśmy go zagłębionego nad niebezpiezpiecznym Fernandem, z oczyma pełnemi łez, które dowodziły ile przyjemności sprawiło mu czytanie tej książki. Sanudo zmieszał się, udaliśmy że tego nie spostrzegamy i wkrótce otrzymaliśmy nowy dowód wielkiej zmiany w sercu nieszczęśliwego duchownego.
 Kobiety hiszpańskie pilnie przestrzegają obowiązków religijnych i za każdym razem wymagają tego samego spowiednika. Nazywają to: buscar el su padre. Ztąd pochodzi że niektórzy złośliwi żartownisie, widząc dziecko w kościele pytają czy nie przyszło buscar el su padre, to jest szukać swego ojca.
 Mieszkanki Burgos rade byłyby spowiadały się przed ojcem Sanudo, ale posępny zakonnik oświadczył, że nie czuje się zdolnym do kierowania sumieniem kobiet, wszelako nazajutrz po przeczytaniu nieszczęsnej książki jedna z najpiękniejszych kobiet z miasta prosiła księdza Sanudo który natychmiast udał się do konfessyonału. Niektórzy z znajomych winszowali mu dwuznacznie tej zmiany, ale Sanudo z powagą odpowiedział: że nie lęka się nieprzyjaciela którego od tak dawna już pokonał, Być może że szanowni ojcowie uwierzyli temu oświadczeniu, ale my młodzież wiedzieliśmy czego się trzymać. Tymczasem Sanudo z każdym dniem coraz więcej zdawał się zajmować tajemnicami które płeć piękna składała przed jego pokutnym trybunałem. Odtąd często zasiadał do spowiedzi, niektóre kobiety prędko odprawiał inne zaś zatrzymywał dłużej, zawsze jednak nie omieszkał ujrzeć piękną hrabiankę i jej powabną ochmistrzynię, po czem gdy powóz przyjechał, odwracał wzrok z pogardą.
 Pewnego dnia gdy nienauczywszy się lekcyi, doświadczyliśmy całej srogości Sanuda, Veyras tajemniczo wziął mnie na stronę i rzekł: «Czas jest abyśmy zemścili się nad przeklętym pedantem za tyle srogich kar i pokut jakiemi zatruwa najpiękniejsze nasze dnie. Wynalazłem doskonały figiel, ale trzebaby koniecznie wyszukać młodej dziewczyny podobnej z kibici do hrabianki Lirias. Wprawdzie Juanita, córka ogrodnika, gorliwie służy nam w psotach, ale do tej nie ma dość dowcipu.»
 «Kochany Veyras — odpowiedziałem — gdybyśmy nawet znaleźli młodą dziewczynę podobną z kibici do hrabianki de Lirias, nie pojmuję jakim sposobem nadamy jej te zachwycające rysy?»
 «Pod tym względem, bądź spokojnym — odrzekł mój towarzysz — wiesz że kobiety nasze, podczas postu zwykły nosić zasłony zwane catafalcos. Są to falbany z krepy które spadając jedna na drugą, zasłaniają twarz jak gdyby najdoskonalszą maską. Juanita zawsze się przyda jeżeli nie do przedstawienia, to przynajmniej do ubrania nowej hrabianki i jej ochmistrzyni.»
 Veyras tego dnia nic więcej nie powiedział, ale pewnej niedzieli ojciec Sanudo siedząc w konfessyonale, ujrzał dwie kobiety okryte krepowemi zasłonami, z których jedna usiadła na ziemi na macie według zwyczaju hiszpańskiego, druga zaś jako pokutnica przed nim uklękła. Ta która wydawała się młodszą, chociaż przybyła do spowiedzi nie mogła jednak powstrzymać się od gwałtownego płaczu i łkania. Sanudo jak mógł starał się ją uspokoić, ale ona ciągle powtarzała: «Szanowny ojcze, zlituj się nademną, popełniłam grzech śmiertelny.»
 Sanudo rzekł jej, że dziś nie była w stanie otworzyć przed nim duszy i kazał powrócić nazajutrz. Młoda grzesznica oddaliła się, klękła przed ołtarzem, modliła się długo i gorąco i nareszcie wyszła z kościoła wraz z towarzyszką.
 Wszelako — rzekł cygan sam sobie przerywając — nie bez wyrzutów sumienia rozpowiadam wam te niegodziwe igraszki, których nawet młodość nasza nie zdoła uniewinnić i gdybym nie liczył na wasze pobłażanie, nigdy nie ośmieliłbym się dalej mówić. —
 Każdy powiedział co mu się zdało najstósowniejszem do zaspokojenia naczelnika który tak dalej ciągnął swoje opowiadanie:
 — Nazajutrz, o tej samej godzinie powróciły obie pokutnice. Sanudo oddawna ich oczekiwał. Młodsza znowu uklękła przy konfessyonale; była nieco spokojniejszą jednak i tym razem nie obeszło się bez szlochów. Nareszcie srebrnym i dziewiczym głosem wyrzekła te słowa: «Nie dawno temu, czcigodny ojcze jak serce moje zgodne z obowiązkami, zdawało się na wieki ustalonem na drodze cnoty. Przeznaczono mi młodego i szlachetnego małżonka. Sądziłam że go kocham...»
 Tu znowu łkania się rozpoczęły, ale Sanudo świątobliwemi wyrazy uspokoił młodą dziewczynę, która tak dalej mówiła: «Nierozsądna ochmistrzyni, zwróciła moją uwagę na zasługi człowieka do którego nigdy nie mogę należeć, o którym nigdy nie powinnam myśleć, z tem wszystkiem jednak nie jestem w stanie przezwyciężenia świętokradzkiej namiętności.»
 Wzmianka o świętokradztwie dała poznać Sanudowi, że chodziło o księdza, może nawet o niego samego. «Obowiązkiem twoim, — rzekł drżącym głosem — jest ofiara twojej miłości małżonkowi przeznaczonemu ci od rodziców.»
 «Ach czcigodny ojcze — odrzekła — dla czegóż nie jest on podobnym do człowieka którego ukochałam? dla czegóż nie ma jego czułego choć surowego wejrzenia, jego rysów — tak pięknych i szlachetnych, jego wyniosłej postaci?..»
 «Mościa panno — przerwał Sanudo — podobna mowa nie przystoi przy spowiedzi.»
 «Bo też to nie jest spowiedź — odpowiedziała młoda dziewczyna — ale wyznanie.» To mówiąc powstała zapłoniona, złączyła się z towarzyszką i razem wyszły z kościoła. Sanudo ścigał je wzrokiem i przez cały dzień był zadumany. Nazajutrz, zasiadł w konfessyonale ale nikt się nie pokazał, toż samo i następnego dnia. Trzeciej dopiero doby, pokutnica wróciła z ochmistrzynią, uklękła przy konfessyonale i rzekła do Sanuda: «Mój ojcze, zdaje mi się że miałam tej nocy objawienie. Rozpacz i wstyd miotały moją duszą. Mój zły duch nastręczył mi nieszczęsną myśl, porwałam sznurek i okręciłam go koło szyi. W tej chwili zdało mi się że ktoś wstrzymywał mi ręce, nagłe światło oćmiło mój wzrok i ujrzałam świętą Teressę, moją patronkę, stojącą przy mojem łóżku. «Córko moja, rzekła do mnie, wyspowiadaj się jutro przed ojcem Sanudo i proś go aby ci dał pukiel swoich włosów który będziesz nosiła na sercu a który natychmiast powróci ci łaskę Bożą.»
 «Odejdź odemnie — rzekł Sanudo — klęknij u stóp ołtarza i ze łzami błagaj niebo aby wyrwało cię z piekielnego obłędu. Z mojej strony będę modlił się, wzywając nad tobą miłosierdzia Boskiego.» Sanudo wstał, wyszedł z konfessyonału i udał się do kaplicy gdzie aż do wieczora żarliwie się modlił.
 Nazajutrz młoda grzesznica nie pokazała się, ochmistrzyni sama tylko przyszła, klękła przed konfessyonałem i rzekła: «Ach mój ojcze, przychodzę błagać cię o pobłażanie dla młodej nieszczęśliwej, której dusza blizką jest zatracenia. Utrzymuje ona że nie przeżyje srogości z jaką wczoraj się z nią obszedłeś. Odmówiłeś jej, jak powiada, jakiejś relikwji które posiadasz. Obłąkał się jej umysł i teraz myśli tylko o zakończeniu życia. Pójdź do siebie mój ojcze, przynieś te relikwie o które cię prosiła. Zaklinam cię, nieodmawiaj jej tej łaski.»
 Sanudo zakrył twarz chustką, wstał, wyszedł z kościoła i wkrótce powrócił. Trzymał w ręku mały relikwiarz i rzekł podając go ochmistrzyni: «Weź pani ten kawałek czaszki naszego świętego założyciela. Bulla ojca świętego przywiązuje do tych relikwji mnogie odpusty i skuteczniejszych żadnych nie mamy. Niech wychowanica twoja nosi je na sercu i oby Bóg raczył jej dopomódz w powrocie na prostą drogę.»
 Dostawszy relikwiarz do naszych rąk, otworzyliśmy go w nadziei że znajdziemy w nim pukiet włosów, ale oczekiwania nasze były nadaremne. Sanudo jakkolwiek czuły i łatwowierny, może nawet nieco zbyt próżny, był jednak cnotliwym i nie chciał odstąpić od raz powziętych zasad.
 Po wieczornej lekcyi, Veyras go zapytał, dla czego niewolno było księżom wstępować w związki małżeńskie?.
 «Dla nieszczęścia na tym i może potępienia na tamtym świecie — odpowiedział Sanudo, poczem z próżną postacią zawołał: — Zakazuję ci raz na zawsze zadawać podobne pytania.»
 Nazajutrz, Sanudo nie poszedł do konfessyonału. Ochmistrzyni dopytywała się o niego ale przysłał na swoje miejsce innego duchownego. Jużeśmy byli zwątpili o skutku naszych niegodziwych zamiarów, gdy w tem niespodziewany wypadek przewyższył nasze nadzieje.

 Młoda hrabianka de Lirias na krótki czas przed zamęźciem z margrabią de Fuez y Castilla, rozchorowała się na zgniłą gorączkę połączoną z nieustającą maligną. Całe miasto Burgos szczerze zajmowało się temi dwoma znakomitemi domami i wieść o chorobie panny de Lirias przeraziła wszystkich. Ojcowie Teatyni także dowiedzieli się o tem, wieczorem zaś Sanudo otrzymał następujący list:
«Czcigodny ojcze!
 Święta Teressa mocno jest rozgniewaną, powiada że oszukałeś mnie; również nie szczędziła gorzkich wyrzutów dla doñy Mendozy za to, że codziennie przechodziła ze mną obok kollegium Teatynów. Święta Teressa kocha mnie, daleko więcej niż ty. W głowie się kręci — doświadczam niewypowiedzianych boleści — umieram.»
 List ten pisany był drżącą ręką i prawie nieczytelnie. U spodu dodano innnym charakterem:
 «Biedna moja chora pisze na dzień dwadzieścia podobnych listów. W tej chwili nie jest już w stanie wziąść pióra do ręki. Módl się za nami szanowny ojcze. Oto jest wszystko co ci mogę donieść.»
 Sanudo nie mógł znieść tego ostatniego ciosu. Odurzony, pomieszany, zrywał się, wchodził, wychodził, pytał czy radzi jesteśmy że nam nie daje już lekcyi, które zwykle były tak krótkie że mogliśmy wycierpieć je bez nudów.
 Nareszcie szczęśliwa kryzys i starania biegłych lekarzy ocaliły dni pięknej hrabianki de Lirias. Chora zwolna powracała do zdrowia, Sanudo zaś otrzymał list następującej treści:
 «Minęło niebezpieczeństwo szanowny ojcze, ale choroba dotąd umysłu jeszcze nie opuściła. Młoda osoba co chwila może mi się wymknąć i zdradzić swoją tajemnicę. Racz pomyśleć czylibyś nie mógł nas przyjąć w twojej celi. Dopiero koło jedenastej zamykają u was bramę, przybędziemy więc jak tylko mrok zapadnie. Być może że rady twoje więcej będą skutkowały niż relikwie. Jeżeli taki stan rzeczy potrwa dłużej i ja dostanę pomięszania zmysłów.
 Zaklinam cię w imię Boga, czcigodny ojcze, ratuj sławę dwóch znakomitych domów.»
 Słowa te tak dalece przeraziły Sanuda że zaledwie zdołał trafić do własnej celi. Zamknął się, my zaś przyczailiśmy się przy drzwiach aby usłyszeć co z sobą pocznie. Naprzód zalał się rzewnemi łzami, poczem jął żarliwie się modlić. Następnie przywołał odźwiernego i rzekł mu: «Gdyby jakie dwie kobiety przyszły dopytywać się o mnie, nie wpuścisz ich pod żadnym pozorem.»
 Sanudo nie przyszedł na wieczerzę, przepędził wieczór na modlitwie i około jedenastej usłyszał stukanie do drzwi. Otworzył, młoda dziewczyna wpadła do jego celi i wywróciła lampę która natychmiast zagasła. W tej chwili dał się słyszeć głos przeora przyzywający Sanuda. —
 Gdy tak mówił naczelnik cyganów, jeden z jego ludzi przyszedł zdawać mu sprawę z czynności hordy, ale Rebeka zawołała: «Proszę cię abyś nie przerywał w tem miejscu twego opowiadania. Muszę dziś jeszcze dowiedzieć się jak Sanudo wybrnął z tak drażliwego położenia.»
 «Pozwól pani — odrzekł cygan — abym poświęcił kilka chwil temu człowiekowi, poczem będę mówił dalej.»
 Pochwaliliśmy jednogłośnie niecierpliwość Rebeki, cygan zaś wyprawiwszy człowieka który go zatrzymywał tak dalej swoją rzecz ciągnął:
 — Dał się więc słyszeć głos przeora przyzywający ojca Sanudo który zaledwie miał czas zamknąć drzwi na klucz i udać się do swego przełożonego.
 Ubliżyłbym waszej przenikliwości, sądząc że jeszcze nie odgadliście iż fałszywą Mendozą był Veyras, hrabianką zaś ta sama dziewczyna którą chciał zaślubić wice-król Mexyku.
 Znalazłem się więc od razu zamkniętym w celi Sanuda, bez światła, nie pojmując jakim sposobem rozwiąże się cała ta przygoda, która zupełnie inaczej powiodła się aniżeliśmy sobie życzyli. Przekonaliśmy się bowiem, że Sanudo był łatwowiernym ale nigdy słabym lub świętokradzkim. Najstosowniej było zaniechać dalszych figlów i poprzestać na pierwszych. Małżeństwo panny de Lirias zaszłe w kilka dni potem i szczęście obojga małżonków byłyby dla Sanuda niewytłumaczonemi zagadkami i męczarnią na całe życie; ale pragnęliśmy być świadkami pomieszania naszego nauczyciela, łamałem więc sobie głowę: czy należało zakończyć całą scenę głośnym wybuchem śmiechu lub też gorzką ironią. Właśnie wahałem się między temi dwoma zamiarami gdy usłyszałem jak otwierano drzwi. Sanudo wszedł a widok jego bardziej mnie pomieszał aniżeli się tego spodziewałem. Miał na sobie albę i stulę, w jednej ręce trzymał świeczniki, w drugiej hebanowy krucyfix. Postawił świecznik na stole, ujął w obie ręce krucyfix i rzekł: «Señora, widzisz mnie tu odzianego w święte szaty, które powinny ci przypominać charakter duchowny cechujący moją osobę. Jako kapłan Boga Zbawiciela nie mogę lepiej wypełnić świętych obowiązków mego powołania jak wstrzymując cię nad samym brzegiem przepaści. Szatan obłąkał twój umysł, szatan wlecze cię na manowce złego. Cofnij twoje kroki, powróć na drogę prawdy, którą los usypał ci kwieciem — młody małżonek cię wzywa. Przedstawia ci go cnotliwy starzec którego krew krąży w twych żyłach. Twój ojciec był jego synem; poprzedził on was obojga w krainie duchów czystych i ztamtąd ukazuje ci drogę. Wznieś wzrok ku niebieskiemu światłu, wyrwij się z rąk kłamliwego ducha, który otumanił twoje zmysły zwracając je między sługi Boże, wieczne jego nieprzyjaciele.» Sanudo wyrzekł wiele jeszcze podobnych zdań które byłyby mnie nawróciły gdybym był w istocie panną de Lirias zakochaną w moim spowiedniku, ale coż z tego kiedy zamiast pięknej hrabianki stał przed nim mały łotr, osłoniony spódnicą i kwefem i niewiedzący jak się to wszystko skończy. Sanudo nabrał tchu, poczem tak dalej mówił: «Pójdź Señora za mną, wszystko jest już przygotowane do twego wyjścia z klasztoru. Zaprowadzę cię do żony naszego ogrodnika i ztamtąd poślemy po Mendozę ażeby przyszła po ciebie.» Po tych słowach otworzył drzwi, ja zaś natychmiast wyskoczyłem chcąc czem prędzej uciec, jakoż powinienem był to uczynić, gdy wtem niewiem jaki zły gieniusz natchnął mnie że odsłoniłem kwef i rzuciłem się na szyję naszego nauczyciela, mówiąc: «Okrutny! chceszże być przyczyną śmierci nieszczęśliwej hrabianki?»
 Sanudo poznał mnie; z początku osłupiał, potem zalał się rzewnemi łzami i dając znaki najżywszej rozpaczy, powtarzał: «Boże — wielki Boże — zlituj się nademną! Racz natchnąć mnie i oświecić na drodze zwątpienia! Panie w Trójcy jedyny, cóż mam teraz począć?» Litość zdjęła mnie na widok biednego nauczyciela w tym stanie, rzuciłem mu się do nóg, błagając go o przebaczenie i przysięgając że z Veyrasem, święcie dochowamy mu tajemnicy.
 Sanudo podniósł mnie i zanosząc się od łez, rzekł: «Nieszczęśliwy chłopcze, możeszże mniemać żeby obawa okazania się śmiesznym mogła przyprowadzić mnie do tej rozpaczy. Ty to jesteś zgubionym i nad tobą ja płaczę. Nie lękałeś się tego zbezcześcić co nasza wiara ma w sobie najświętszego. Wystawiłeś na szyderstwo święty trybunał pokuty, obowiązkiem moim jest zaskarżyć cię przed inkwizycyą, gdzie więzienie i katusze będą twoim udziałem.» Po czem tuląc, mnie do piersi z najżywszą czułością, dodał: «Dziecię moje, jeszcze nie rozpaczaj; być może że zdołam otrzymać iż nam zostawią twoje ukaranie, wprawdzie będzie ono okropnem, ale nie wywrze zgubnego wpływu na całe twoje życie.»
 To powiedziawszy Sanudo, wyszedł, zamknął drzwi na klucz i zostawił mnie w osłupieniu, które możecie sobie wyobrazić a którego nie będę nawet starał się wam opisywać. Myśl zbrodni dotąd nie przedstawiła się przed naszemi umysłami i uważaliśmy nasze świętokradzkie wynalazki za niewinne psoty. Kary zagrażające mi pogrążyły mnie w odrętwienie które nie pozwalało mi nawet płakać. Nie wiem jak długo zostawałem w tym stanie gdy drzwi się otworzyły. Ujrzałem wchodzącego prefekta z kilku zakonnikami i dwoma ludźmi którzy ujęli mnie pod ręce i zaprowadzili przez niewiem ile kurytarzy do oddalonej izby. Rzucono mnie na podłogę i zatrzaśnięto za mną drzwi na podwójne rygle.
 Niebawem powróciłem do zmysłów i zacząłem rozpatrywać się w mojem więzieniu. Księżyc przez żelazne kraty okna oświecał izbę; spostrzegłem mury pokryte różnemi napisami pokreślonemi węglem i w kącie garść słomy.
 Okno moje wychodziło na cmentarz. Trzy trupy owinięte w całuny i złożone na noszach, leżały pod przysionkiem. Widok ten przestraszył mnie; nieśmiałem otworzyć oczu ani na izbę ani na cmentarz.
 Wkrótce usłyszałem stąpanie na cmentarzu i ujrzałem wchodzącego kapucyna z czterema grabarzami. Zbliżyli się do przysionku i kapucyn rzekł: «To ciało margrabiego Valornez umieścicie w izbie do balsamowania, co zaś do tych dwóch chrześcijan, wrzucicie ich w świeży dół wykopany wczoraj.» Zaledwie kapucyn dokończył tych słów gdy usłyszałem przeciągły jęk i trzy ohydne widma pokazały się na murze cmentarzowym. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca, człowiek który pierwszy raz nam przeszkodził, znowu przyszedł zdawać mu sprawę z czynności, ale Rebeka ośmielona poprzedniem powodzeniem odezwała się z powagą: «Mości naczelniku, muszę się dziś koniecznie dowiedzieć co znaczyły te trzy widma, inaczej przez całą noc nie zasnę.»
 Cygan przyrzekł zadość uczynić jej żądaniu; w istocie nieobecność jego krótko trwała, powrócił i tak dalej mówił:
 — Powiedziałem wam że trzy ohydne widma pokazały się na parkanie cmentarza. Zjawiska te, wraz z towarzyszącym im przeciągłym jękiem, przeraziły czterech grabarzów i naczelnika ich kapucyna. Wszyscy uciekli krzycząc bez miłosierdzia. Co do mnie także przeląkłem się ale z zupełnie odmiennym skutkiem, gdyż zostałem jakby przykuty do okna, odurzony i prawie bez zmysłów.
 Ujrzałem wtedy jak dwa widma zeskakiwały z parkanu na cmentarz i podawały ręce trzeciemu które zdawało się złazić z większą ostrożnością. Następnie pojawiły się inne widma i złączyły z pierwszemi, tak że ich było razem od dziesięciu do dwunastu. Natenczas widmo najbardziej ociężałe, które z trudnością zdołało zleść z parkanu, dobyło latarnię z pod białego całunu, zbliżyło się do przysionka i uważnie oglądając trzy trupy rzekło do towarzyszów: «Moi przyjaciele, oto jest trup margrabiego Valornez; widzieliście jak zemną postąpili niegodni moi koledzy. Z tem wszystkiem każdy z nich mówił jak głupiec utrzymując że margrabia umarł na puchlinę wodną w piersiach. Ja tylko jeden, ja doktor Sangro Moreno miałem słuszność dowodząc że to była anguina polyposa, znajoma wszystkim uczonym lekarzom. Wszelako zaledwie wymówiłem nazwisko anguina polygosa, gdy widzieliście jak się skrzywili moi szanowni koledzy, których niemogę inaczej mianować jak osłami. Widzieliście jak wzruszali ramionami, odwracali się do mnie tyłem, jak gdybym był niegodnym członkiem ich zgromadzenia. Ach zapewne, doktor Sangro Moreno nie jest stworzonym do ich towarzystwa. Oślarze Galicyi i mulnicy Estremadury, oto są ludzie którzy powinni by ich prowadzić i przekonywać. Jednak niebo jest sprawiedliwem. Przeszłego roku między bydłem panowała nadzwyczajna śmiertelność, jeżeli zaraza pokaże się i tego roku, bądźcie pewni że żaden z moich kollegów jej nie ujdzie. Natenczas doktor Sangro Moreno zostanie panem pola bitwy, wy zaś drodzy moi uczniowie, zatkniecie na niem proporzec medycyny chemicznej. Widzieliście jak ocaliłem hrabiankę Lirias za pomocą prostej mieszaniny fosforu i antymonu. Półmetale i mądre ich kombinacye, oto są potężne środki mogące wystąpić do walki i zwyciężyć choroby wszelkiego rodzaju. Nie wierzcie w skutki żadnych ziół lub korzeni, które tylko dobre są na paszę dla bydła i wszystkich moich kollegów.
 «Byliście świadkami, drodzy uczniowie, próśb jakie zanosiłem do margrabiny Valornez aby mi tylko koniec lancetu pozwoliła zapuścić w jaśnie wielmożny żołądek jej małżonka, ale margrabina idąc za namowami moich nieprzyjaciół, wzbroniła mi pozwolenia i musiałem szukać innych środków, zanim postawiłem się w możności złożenia oczywistych na moją stronę dowodów.
 Ach jakże gorzko żałuję, że jaśnie wielmożny margrabia nie może być obecnym przy dyssekcyi własnego ciała, z jakąż rozkoszą pokazałbym mu zarody hydatyczne i polypowe, zaczynające się w żołądku i rozchodzące po całem ciele aż do larynxu!
 Ale co mówię? Skąpy ten Kastylijczyk, obojętny na postęp nauki odmawia nam tego, czego sam wcale nie potrzebuje. Gdyby margrabia miał był najmniejszy pociąg do sztuki lekarskiej, byłby nam zapisał swoje płuca, wątrobę i wszystkie wnętrzności które na nic już przydać mu się nie mogą. Ale nie, ani pomyślał o tem i teraz musimy z narażeniem życia gwałcić przybytek śmierci i kłócić spoczynek umarłych.
 Mniejsza o to kochani uczniowie, im więcej napotykamy przeszkód, tem większą w przezwyciężeniu ich zdobędziemy chwałę. Odwaga więc; czas już raz dopełnić tego wielkiego przedsięwzięcia. Po trzykrotnem gwizdnięciu, towarzysze wasi z drugiej strony parkanu pozostali, podadzą drabinę i natychmiast porwiemy jaśnie wielmożnego margrabiego; powinien on sobie winszować że zmarł na tak rzadką chorobę, jak również że wpadł w ręce ludzi którzy od razu ją poznali i oznaczyli właściwem nazwiskiem.
 Za kilka dni znowu tu powrócimy po pewnego znakomitego nieboszczyka zmarłego w skutek..... ale sza — cicho — nie należy o wszystkiem głośno mówić.»
 Gdy doktor skończył mowę, jeden z jego uczniów gwiznął trzy razy i ujrzałem jak spuszczano z parkanu drabiny. Następnie owiązano sznurami trupa margrabiego i przeciągnięto go na drugą stronę. Pozdejmowano drabiny i widma poznikały. Gdy zostałem sam, zacząłem szczerze śmiać się z pierwszej mojej bojaźni.
 Tu muszę was uwiadomić o szczególnym sposobie grzebania umarłych, używanym w niektórych klasztorach hiszpańskich i sycylijskich. Zwykle urządzają w tym celu małe ciemne jaskinie, gdzie jednak sztucznie wydrążonemi otworami powietrze szparko dochodzi. Wtedy składają w nich te ciała które pragną zachować od zniszczenia — ciemność chroni je od robaków, powietrze zaś wysusza. Po sześciu miesiącach otwierają jaskinię. Jeżeli operacya się udała, mnichy w uroczystej processyi, idą donieść o tem rodzinie. Nareszcie ubierają ciało w kapucyński habit i umieszczają w podziemiach przeznaczonych, jeżeli nie dla zupełnie świętych nieboszczyków, to przynajmniej dla posądzonych o świętość.
 W tych klasztorach, orszak towarzyszy pogrzebowi tylko do bramy cmentarza, poczem braciszkowie odbierają ciało i postępują z niem wedle rozkazu przełożonego. Zwykłe ciało przynoszą wieczorem, przez noc przełożeni się naradzają, nad rankiem dopiero przystępują do pogrzebania, do wielu bowiem ciał sztuka zachowania nie da się zastosować.
 Kapucyni chcieli zasuszyć margrabiego de Valornez i właśnie mieli się tem zająć gdy widma rozproszyły grabarzów, którzy pokazali się dopiero nad świtem, postępując cichaczem i trzymając się jeden drugiego. Wtedy strach ogromny padł na nich gdy ujrzeli że ciało margrabiego znikło. Osądzili że bezwątpienia djabeł musiał je porwać.
 Niebawem zbiegli się wszyscy zakonnicy uzbrojeni w kropidła, kropiąc, exorcyzując i wrzeszcząc w niebogłosy. Co do mnie, padałem ze znużenia, rzuciłem się więc na słomę i wkrótce zasnąłem.
 Nazajutrz pierwsza moja myśl była o karze jaką mi gotowano i o sposobach uniknięcia jej. Veyras i ja tak dalece przyzwyczailiśmy się zakradać do spiżarni, że wdrapywanie się na mury przychodziło nam z wszelką łatwością. Umieliśmy także wysadzać kraty z okien i zasadzać je napowrót bez żadnej poznaki. Dobyłem noża z kieszeni i zacząłem wyjmować gwoździe z okna. Tym sposobem postanowiłem obruszyć jedną kratę. Pracowałem bez odetchnięcia aż do południa. Natenczas, otworzyły się drzwi mego więzienia i poznałem twarz braciszka który nam usługiwał w refektarzu. Podał mi kawał chleba i dzban wody i zapytał czyli nie potrzebuję czego więcej? Prosiłem go aby poszedł odemnie do ojca Sanudo i zaklął go o udzielenie mi pościeli, słusznie bowiem było ażebym wycierpiał karę, ale nie należało porzucać mnie w plugastwie.
 Uznano prawdę mego wnioskowania, przysłano mi czego żądałem i dołączono nawet jakieś mięso na zimno ażebym nie zasłabł z wycieńczenia. Zapytałem kiedy chciano rozpocząć moją karę? Braciszek odpowiedział mi że nie wie, że jednak zwykle zostawiano trzy dni do rozwagi. Nie potrzebowałem więcej i zupełnie się uspokoiłem.
 Użyłem wody którą mi przyniesiono do odwilżania muru i praca moja z szybkością postępowała. Trzeciego poranku, krata z łatwością dała się wyjmować. Wtedy podarłem na szmaty kołdrę i prześcieradła, uwiązałem linę która wygodnie mogła służyć zamiast drabiny sznurowej i oczekiwałem nocy aby uskutecznić ucieczkę. W istocie, nie miałem czasu do stracenia, gdyż braciszek doniósł mi że nazajutrz sąd miał się rozpocząć złożony z Teatynów pod przewodnictwem członka świętej inkwizycyi.
 Nad wieczorem, znowu przyniesiono ciało okryte czarnem suknem ze srebrnemi frendzlami; domyśliłem się że musiał to być ten sam znakomity pan o którym wspominał Sangro Moreno
 Noc już była zapadła, nastało głębokie milczenie, wyjąłem kratę, przywiązałem drabinkę i miałem zaczynać schodzić gdy spostrzegłem te same widma na murze. Byli to jak możecie się domyślić uczniowie doktora. Poszli prosto do znakomitego nieboszczyka i unieśli go, nietykając wszakże sukna ze srebrnemi frendzlami. Skoro odeszli, otworzyłem okno i spuściłem się jak najszczęśliwiej. Następnie chciałem oprzeć o mur które z trag i dostać się na drugą stronę.
 Właśnie stawiałem nogę na pierwszym szczeblu, gdy posłyszałem że otwierano bramę. Czemprędzej uciekłem do przysionka, położyłem się na noszach i przykryłem suknem z frendzlami, podnosząc jednak jeden róg abym mógł widzieć co się dalej stanie.
 Naprzód wszedł jakiś koniuszy, cały czarno ubrany, z pochodnią w jednej i szpadą w drugiej ręce. Za nim postępowała służba odziana w żałobne szaty, nareszcie dama niezwykłej piękności, od głowy aż do stóp osłoniona czarną krepą.
 Piękna zapłakana zbliżyła się o kilka kroków odemnie i padłszy na kolana w te słowa zaczęła gorzkie narzekania: «O drogie szczątki najukochańszego z mężów, dla czegóż nie mogę, jak druga Artemiza, ze łzami memi pomieszać waszych popiołów? Napój ten krążyłby z moją krwią i ożywił to serce które zawsze biło tylko dla ciebie, ukochany mężu; ale ponieważ wiara zabrania mi posłużenia ci za żywy grobowiec, pragnę przynajmniej wyrwać cię ogólnemu prochowi leżących tu nieboszczyków, pragnę każdego dnia, rzewnemi łzami zlewać kwiaty wyrosłe na twoim grobie, gdzie ostatnie moje westchnienie wkrótce połączy nas razem.» — To powiedziawszy, dama obróciła się ku koniuszemu mówiąc: — «Don Diego, każ wziąść ciało twego pana i odnieść je do ogrodowej kaplicy.»
 Natychmiast czterech barczystych dłużących porwało nosze, w myśli że niosą umarłego, jakoż nie zupełnie mylili się, gdyż w istocie byłem na pół umarły z przestrachu. —
 Gdy cygan doszedł do tej części swych przygód, dano mu znać że sprawy hordy wymagały jego obecności. Opuścił nas i już go więcej tego dnia nie widzieliśmy.


DZIEŃ DWUDZIESTY SIÓDMY.
 Następnego dnia, jeszcze zostaliśmy na miejscu. Cygan miał czas wolny; Rebeka korzystała z pierwszej sposobności i przypomniała mu dalszą część przygód; naczelnik chętnie skłonił się do jej żądań i zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Podczas gdy mnie unoszono, wydarłem mały otwór w pokrywającem mnie suknie. Spostrzegłem że dama wsiadła do lektyki czarno pokrytej, koniuszy jechał obok niej konno, służący zaś przemieniali się dla tem prędszego zdążania.
 Wyszliśmy z Burgos, niepamiętam przez którą bramę i postępowaliśmy około godziny, po której zatrzymaliśmy się u wejścia do ogrodu. Zaniesiono mnie do pawilonu i złożono pośród wielkiej komnaty wybitej czarnym kirem i słabo oświeconej kilkoma lampami.
 «Don Diego — rzekła dama do swego koniuszego — zostaw mnie samą, pragnę sama płakać nad temi ukochanemi szczątkami z któremi boleść moja wkrótce mnie połączy.»
 Gdy koniuszy odszedł, dama usiadła przedemną i rzekła: «A tyranie, tu cię więc nareszcie twoja nieubłagana wściekłość doprowadziła! Potępiłeś nas bez wysłuchania — jakże teraz odpowiesz przed straszliwym trybunałem wieczności?»
 W tej chwili, wpadła druga kobieta nakształt furyi, z rozpuszczonym włosem i sztyletem w ręku: «Gdzie są, zawołała, zwłoki tego potworu pod ludzką postacią? Dowiem się czy miał wnętrzności, rozerwę je, dobędę to nielitościwe serce, rozszarpię je własnemi rękami — ha! — nadeszła chwila zemsty!»
 Osądziłem że nadszedł czas oznajmienia tym paniom z kim miały do czynienia. Wydobyłem się z pod sukna i padając do nóg drugiej damy, zawołałem: «Pani, miej litość nad biednym studentem, który przed rózgami skrył się pod to sukno!»
 «Nieszczęśliwy chłopcze — rzekła dama — cóż się stało z ciałem księcia Sidonji?.»
 «Tej nocy, — odpowiedziałem — przed kilkoma godzinami porwali go uczniowie doktora Sangro Moreno.»
 «Sprawiedliwe nieba! — przerwała dama — musiał poznać że książę został otrutym, zginęłam!..»
 «Nie lękaj się pani, — odpowiedziałem — doktor nigdy nie ośmieli się wyznać że porywa trupy z cmentarza kapucynów, ci zaś ostatni przypisując djabłu te sprawki, nie zechcą przyznać się że szatan nabrał takiej mocy w ich świętem schronieniu.»
 Wtedy dama ze sztyletem, spojrzawszy na mnie surowo, rzekła: «Ale ty chłopcze, kto nam zaręczy że potrafisz milczeć?»
 «Ja — odpowiedziałem — miałem być dziś sądzonym przez juntę Teatynów pod przewodnictwem jednego członka inkwizycyi. Bezwątpienia byłbym skazany na tysiąc rózg. Racz więc pani ukrywając mnie przed światem, zapewnić się że dochowam tajemnicy.»
 Dama ze sztyletem, zamiast odpowiedzi, podniosła jedną deskę w kącie komnaty, i dała mi znak abym zszedł do podziemia Posłuchałem jej rozkazu i podłoga zamknęła się za mną.
 Schodziłem zupełnie ciemnemi schodami prowadzącemi do równie ciemnego podziemia Zawadziłem o słup, poczułem łańcuchy pod ręką, nogami zaś namacałem kamień grobowy z krzyżem. Wprawdzie smutne te przedmioty bynajmniej nie zapraszały do snu, ale byłem w owym szczęśliwym wieku gdzie znużenie przezwycięża wszelkie inne względy. Rozciągnąłem się więc na tym grobowym marmurze i niebawem głęboko usnąłem.
 Nazajutrz, obudziwszy się, spostrzegłem że moje więzienie oświecała lampa, zawieszona w pobocznem podziemiu oddzielonem od mego żelazną kratą. Wkrótce dama ze sztyletem pokazała się u kraty i złożyła koszyk nakryty serwetą. Chciała coś mówić, ale łzy tamowały jej głos. Oddaliła się więc, dając mi znakami do zrozumienia że miejsce to budziło w niej straszliwe pamiątki. Znalazłem w koszu obfite zapasy i kilka książek. Rózgi przestały mnie niepokoić, byłem pewny że nie spotkam się z żadnym Teatynem, dwie te zatem uwagi sprawiły że dzień upłynął mi dość przyjemnie.
 Następnego dnia, młoda wdowa przyniosła mi posiłek, ta również chciała mówić ale zabrakło jej siły, odeszła więc nie mogąc wyrzec ani słowa.
 Nazajutrz znowu powróciła, w jednej ręce trzymała koszyk, w drugiej zaś krucyfix. Podała mi koszyk przez kratę, poczem oparła krucyfix o ścianę, uklękła i w te słowa zaczęła się modlić: «Wielki Boże! pod tym głazem spoczywają zwłoki, zamordowanej drogiej mi istoty. Dziś jest ona już zapewne między aniołami których była obrazem na ziemi i błaga Twego miłosierdzia dla okrutnego zabójcy, dla tej która zemściła się za jej śmierć i dla nieszczęśliwej którą los przeznaczył na mimowolną spółwinowajczynię i ofiarę tylu okropności.» Po tych słowach, dama cichym głosem ale z wielką żarliwością modliła się dalej. Wreszcie powstała, zbliżyła się do kraty i uspokojona nieco, rzekła do mnie: «Młody mój przyjacielu, powiedz czy ci czego nie brakuje i w czem możem ci usłużyć?»
 «Pani — odpowiedziałem — mam ciotkę, nazwiskiem Dalanosa, która mieszka obok Teatynów. Radbym aby jej doniesiono że znajduję się w bezpiecznem miejscu.»
 «Podobne zlecenie — rzekła dama — mogłoby nas narazić, przyrzekam ci jednak, że pomyślę nad sposobem zaspokojenia twoje ciotki.»
 «Jesteś pani aniołem dobroci — mówiłem — i mąż który uczynił cię nieszczęśliwą, musiał być potworem.»
 «Mylisz się mój przyjacielu — odrzekła dama. «Książę Medina Sidonia był najlepszym i najłagodniejszym z ludzi.»
 Nazajutrz, druga dama przyniosła mi posiłek. Tym razem wydała mi się mniej znękaną lub też więcej panią samej siebie.
 «Moje dziecko — rzekła — byłam osobiście u pani Dalanosy; widać że ta kobieta kocha cię jak własnego syna. Czy nie masz już rodziców?»
 Odpowiedziałem, że w istocie w pierwszych dniach życia utraciłem matkę i że nieszczęśliwym trafem wpadłszy w kałamarz mego ojca, zostałem na wieki wygnany z jego domu. Dama żądała abym jej wytłumaczył te słowa. Opowiedziałem jej moje przygody które wywołały uśmiech na jej usta.
 «Zdaje mi się — rzekła — żem się roześmiała, co od dawna już mi się nie przytrafiło. I ja miałam syna który spoczywa pod tym grobowcem. Radabym w tobie go odzyskać. Byłam mamką księżny Sidonia, jestem bowiem z wiejskiego pochodzenia, ale mam serce które umie kochać i nienawidzić; wierzaj mi zatem że osoby mego charakteru zawsze są coś warte.»
 Podziękowałem damie, zapewniając jej że do grobu zachowam dla niej uczucia syna.
 Tym sposobem upłynęło kilka tygodni i obie damy coraz bardziej do mnie się przyzwyczaiły. Mamka postępowała ze mną jak z synem, księżna zaś była dla mnie prawdziwą siostrą. Ta ostatnia często kilka godzin przepędzała w podziemiu.
 Pewnego dnia gdy wydała mi się mniej smutną jak zwykle, ośmieliłem się prosić ją aby mi opowiedziała swoje nieszczęścia. Długo opierała się, wreszcie uległa moim naleganiom i zaczęła w te słowa:

HISTORYA KSIĘŻNY MEDINA SIDONIA.
 «Jestem córką jedynaczką Don Emmanuela de Val-Florida, pierwszego sekretarza stanu, przed niedawnemi czasy zmarłego, i zaszczyconego względami nietylko swego władcy, ale jak mi mówiono, kilku królów sprzymierzonych z naszym potężnym monarchą. Dopiero w ostatnich latach jego życia poznałam tego zacnego człowieka.
 Przepędziłam młodość w Asturyi przy matce mojej, która rozłączywszy się z mężem po kilku latach małżeńskiego pożycia, mieszkała u swego ojca margrabiego Astorgas, którego była jedyną dziedziczką.
 Niewiem jakim sposobem matka moja straciła miłość swego małżonka, pamiętam tylko że długie cierpienia jej życia wystarczały na odpokutowanie za najstraszliwsze przewinienia. Smutek ogarnął całą jej istotę. Łzy błyszczały w każdem jej spojrzeniu, boleść w każdym uśmiechu, snu nawet nie miała spokojnego. Łkania i westchnienia ciągle go przerywały.
 Wszelako rozłączenie nie było zupełnem. Moja matka często odbierała listy od swego męża i natychmiast przesyłała mu odpowiedzi. Dwa razy odwiedzała go w Madrycie, ale serce małżonka było dla niej zamkniętem na zawsze. Margrabina miała duszę tkliwą i potrzebującą kochania, całe więc przywiązanie zwróciła na ojca i uczucie to podniesione aż do exaltacyi, osłodziło nieco gorycz długich jej zmartwień. Co do mnie, nie umiem oznaczyć uczucia jakie moja matka mi okazywała. Kochała mnie bez wątpienia, ale można było rzec że lękała się mieszać do mego przeznaczenia. Nie tylko że nie udzielała mi żadnych nauk ale nie śmiała w niczem mi radzić. Być może że doświadczając jakichś wyrzutów sumienia, nie czuła się godną do prowadzenia córki. Opuszczenie w jakiem od pierwszych lat życia zostawałam, byłoby zapewne pozbawiło mnie korzyści dobrego wychowania, gdybym nie była miała przy sobie Giraldy, naprzód mamki, następnie mojej ochmistrzyni. Znasz ją, wiesz że posiada duszę silną i umysł nader wykształcony. Niczego nie zaniedbała aby tylko zapewnić mi szczęście na przyszłość, ale los nieubłagany zawiódł jej nadzieje. Mąż Giraldy znany był jako człowiek charakteru dzielnego ale dwuznacznego. Zmuszony porzucić Hiszpanią, popłynął do Ameryki i nie dawał o sobie żadnych wieści. Giralda miała z nim tylko jednego syna który był moim mlecznym bratem. Dziecię to było nadzwyczajnej piękności, co spowodowało że nazwano go Hermositem. Nieszczęśliwy nie długo cieszył się życiem i tem nazwiskiem. Jedne piersi nas karmiły i często spoczywaliśmy w tej samej kołysce. Zażyłość wzrastała między nami aż do siódmego roku naszego życia. Wtedy Giralda osądziła że nadszedł czas uwiadomienia syna o różnicy naszych stanów, i o rozdziele jaki los położył między nim a młodą jego przyjaciółką.
 Pewnego dnia, gdyśmy zapuścili się w jakąś sprzeczkę dziecinną, Giralda przywołała swego syna i rzekła mu surowo: «Proszę cię abyś nie zapominał że panna de Val-Florida jest twoją i moją panią, i że oboje jesteśmy tylko pierwszymi służącymi jej domu.» Hermosito posłuchał tych słów; odtąd ślepo wypełniał wszelkie moje żądania, starał się nawet odgadywać je i uprzedzać. To nieograniczone posłuszeństwo, zdawało się mieć dla niego niewypowiedziany urok, ja zaś cieszyłam się widząc go tak dla siebie powolnym. Naówczas Giralda spostrzegła, że nowy ten sposób wzajemnego obejścia, narażał nas na inne niebezpieczeństwa, postanowiła więc rozłączyć nas jak tylko skończymy po trzynaście lat. Sądząc że tym środkiem położy granice powstającemu uczuciu, przestała o nas myślić i ku czemu innemu zwróciła uwagę.
 Giralda, jak wiesz, kobieta z wykształconym umysłem, zawczasu oznajomiła nas z dziełami kilku znakomitych autorów hiszpańskich i udzieliła nam pierwszych pojęć o historyi; chcąc także wykształcić w nas rozsądek, kazała nam tłumaczyć się z tego co czytaliśmy i pokazywała jakim sposobem należy zastanawiać się nad wypadkami.
 Zwykle dzieci czytając historyę, z namiętnością przywiązują się do osób odgrywających najświetniejsze role. W takich razach, mój bohater, natychmiast stawał się bohaterem mego towarzysza, gdy zaś zmieniałam przedmiot mego uwielbienia, Hermosito z tymże samym zapałem podzielał moje zdanie.
 Przyzwyczaiłam się tak dalece do uległości Hermosita, że najmniejszy opór z jego strony byłby niesłychanie mnie zadziwił; ale nie było się czego lękać, ja sama musiałam ograniczyć moją władzę, albo też przezornie jej używać.
 Pewnego dnia zachciało mi się pięknej muszli którą spostrzegłam na dnie czystej ale głębokiej wody. Hermosito rzucił się i zaledwie nie utonął. Drugiego razu złamała się pod nim gałęź gdy chciał wybrać gniazdo którego żądałam. Upadł na ziemię i mocno się potłukł. Odtąd z większą przezornością oświadczałam moje życzenia, ale zarazem znajdowałam że pięknie było mieć taką władzę a jednak jej nie nadużywać. Był to, jeżeli sobie dobrze przypominam, pierwszy pojaw mojej miłości własnej, odtąd zdaje mi się że nieraz byłabym mogła czynić podobne spostrzeżenia.
 Tak nam upłynął trzynasty rok życia. W dniu w którym Hermosito go ukończył, matka rzekła mu: «Synu mój, dziś obchodziliśmy trzynastą rocznicę twego urodzenia. Nie jesteś już dzieckiem i niemożesz tak poufale zbliżać się do twojej pani. Pożegnaj się z nią, jutro bowiem odjedziesz do Nawarry, do twego dziadka.»
 Giralda jeszcze nie była dokończyła tych słów, gdy Hermosito wpadł w gwałtowną rozpacz. Rozpłakał się, zemdlał, odzyskał zmysły aby znowu zalewać się łzami. Co do mnie, bardziej zajmowałam się kojeniem jego żalu aniżeli podzielaniem zmartwienia. Uważałam go jako istotę zupełnie zależącą odemnie, nie dziwiłam się więc jego rozpaczy, ale bynajmniej nie okazałam mu wzajemności. Wreszcie byłam jeszcze zbyt młodą i przyzwyczajoną do niego aby jego nadzwyczajna piękność mogła była sprawić na mnie jakiekolwiek wrażenie.
 Giralda nie należała do tych osób które można było wzruszyć łzami, niezważała więc na żal Hermosita i gotowała wszystko do jutrzejszej podróży, gdy wtem po dwóch dniach mulnik któremu powierzyła była syna. przyszedł zafrassowany z oznajmieniem, że przechodząc przez las odstąpił mułów na pięć minut, i wróciwszy nie znalazł więcej już syna, że wołał go i szukał napróżno i że bezwątpienia wilcy go pożarli. Giralda była więcej zdziwioną niż zmartwioną. «Zobaczycie — rzekła — że mały łotr wkrótce do nas powróci.» W istocie nie omyliła się. Niebawem ujrzeliśmy naszego zbiega. Hermosito rzucił się matce do nóg mówiąc: «Urodziłem się ażeby służyć pannie de Val-Florida i umrę jeżeli mnie od niej oddalą.»
 W kilka dni potem, Giralda otrzymała list od męża, o którym dotąd niemiała żadnych wiadomości. Pisał do niej że w Vera-Cruz zebrał znaczny majątek, dodając że radby mieć syna przy sobie, jeżeli ten dotąd zostawał przy życiu. Giralda pragnąc przedewszystkiem oddalić syna, nieomieszkała korzystać z tej sposobności. Hermosito, od chwili swego powrotu, nie mieszkał już w zamku ale w małej wiosce którą posiadaliśmy nad brzegiem morza. Pewnego poranku, matka przyszła do niego i zmusiła go że wsiadł do rybackiej łódki której sternik zobowiązał się odwieźć go do stojącego w pobliżu amerykańskiego okrętu. Hermosito wsiadł na okręt, ale podczas nocy rzucił się w morze i wpław przypłynął do brzegu. Giralda gwałtem zmusiła go do powrotu. Były to poświęcenia jakie czyniła własnemu obowiązkowi i łatwo było widzieć ile ją kosztowały.
 Wszystkie te wypadki które ci opowiadam, bardzo blizko po sobie następowały, poczem nastały inne daleko smutniejsze. Mój dziad rozchorował się; matka moja oddawna trawiona powolną gorączką zaledwie miała dość siły do pielęgnowania ostatnich jego chwil i oddała duszę wraz z duchem margrabiego Astorgas.
 Co dnia oczekiwano przybycia mego ojca do Asturyi, ale król żadną miarą nie chciał go puścić od siebie i powiadają że stan spraw państwa, sprzeciwiał się jego oddaleniu. Margrabia de Val-Florida, w pochlebnych wyrazach napisał list do Giraldy, polecając jej aby mnie jak najśpieszniej przywiozła do Madrytu. Mój ojciec przyjął w swoją służbę wszystkich domowników margrabiego Astorgas, którego byłam jedyną dziedziczką. Urządziwszy mi więc świetny orszak, wybrali się ze mną w drogę. Z resztą, córka sekretarza stanu może być w całej Hiszpanji pewną jak najlepszego przyjęcia, honory zaś jakie mi wszędzie po drodze oddawano. zrodziły w moim umyśle widoki dumy, które później postanowiły o całym moim losie.
 Zbliżając się do Madrytu, inny rodzaj miłości własnej przygłuszył nieco to pierwsze uczucie. Uważałam że margrabina de Val-Florida, kochała swego ojca do szaleństwa, szanowała go aż do uwielbienia, zdawała się żyć tylko dla niego podczas gdy zemną obchodziła się z pewną obojętnością. Teraz, miałam także pozyskać dla siebie mego własnego ojca, przyrzekłam że go będę kochała z całej duszy, chciałam nawet stać się koniecznym warunkiem do jego szczęścia. Nadzieja ta wbijała mnie w dumę, zapominałam o moich czternastu latach, sądziłam że byłam już dorosłą chociaż liczyłam dopiero czternasty rok życia.
 Jeszcze byłam zajętą temi rozkosznemi myślami, gdy powóz wjechał w bramę naszego pałacu. Ojciec mój przyjął mnie przy pierwszym wchodzie i okrył tysiącznemi pieszczotami. Niebawem rozkaz królewski wezwał go do dworu, odeszłam do moich pokojów, byłam jednak mocną wzuszoną i przez całą noc nie zmrużyłam oka.
 Nazajutrz z rana mój ojciec kazał mnie przywołać do słebie, właśnie pił czekuladę i chciał abym z nim śniadała. Po chwili rzekł mi: «Kochana Eleonoro, tryb mego życia jest nie wesoły i charakter mój od pewnego czasu nader zesmutniał, ponieważ jednak niebo ciebie mi powróciło, spodziewam się że odtąd pogodniejsze dni zajaśnieją. Drzwi mego gabinetu stoją zawsze dla ciebie otworem, przychodź tu kiedy zechcesz z jaką niewieścią robotą. Mam drugi oddzielny gabinet do narad i tajemnych prac. W przerwach między zatrudnieniami będę mógł z tobą rozmawiać i mam nadzieję, że słodycz tego nowego pożycia przypomni mi niektóre obrazy od tak dawna straconego domowego szczęścia.»
 To powiedziawszy margrabia zadzwonił. Wszedł jego sekretarz z dwoma koszykami z których jeden zawierał listy tego dnia nadeszłe, drugi zaś listy zadawnione które czekały jeszcze odpowiedzi.
 Przez godzinę, zostawałam w gabinecie, po czem wróciłam w chwili obiadu. Zastałam kilku poufałych przyjaciół mego ojca, zatrudnionych równie jak on sprawami największej wagi. Nie lękali się otwarcie o wszystkiem przedemną mówić, prostoduszne zaś uwagi jakie mieszałam do ich rozmów, często widocznie ich bawiły. Spostrzegłam że zajmowały one mego ojca i mocno byłam z tego zadowoloną. Nazajutrz, jak tylko dowiedziałam się że był w swoim gabinecie, natychmiast poszłam do niego. Pił czekuladę i rzekł mi z twarzą rozpromienioną: «Dzisiaj mamy piątek, nadejdą listy z Lizbony;» po czem zadzwonił na sekretarza który przyniósł oba koszyki. Mój ojciec z niecierpliwością dobył papiery z pierwszego i wyjął list zawierający dwa arkusze: jeden ostęplowany który oddał sekretarzowi, drugi zaś zwyczajny który sam zaczął czytać z pośpiechem i zadowoleniem.
 Podczas gdy zajmował się czytaniem, podjęłam kopertę i jęłam przypatrywać się pieczęci. Rozpoznałam złote runo zawieszone na książęcym płaszczu. Niestety ten szumny herb miał kiedyś zostać moim. Nazajutrz przyszła poczta z Francyi i tak dalej przez dni następne, ale żadna nie zajmowała tak żywo mego ojca jak portugalska.
 Gdy tydzień upłynął i nadszedł piątek, rzekłam wesoło do mego ojca który siedział przy śniadaniu: «Dzisiaj piątek, będziemy znowu mieli listy z Lizbony.» Następnie prosiłam aby mi pozwolił zadzwonić i gdy sekretarz wszedł, pobiegłam do koszyka, dobyłam upragniony list i podałam go memu ojcu, który w nagrodę czule mnie uściskał.
 Tym sposobem postępowałam przez kilka piątków. Nareszcie pewnego dnia ośmieliłam się zapytać mego ojca, co to był za list którego zawsze oczekiwał z taką niecierpliwością?
 «Ten list — odpowiedział — jest od naszego posła w Lizbonie, księcia Medina Sidonia, mego przyjaciela a nawet więcej jak dobroczyńcy, gdyż przekonany jestem że jego los ściśle łączy się z moim.»
 «W takim razie — rzekłam — ten zacny książę ma także prawo i do mego szacunku. Radabym go poznać. Nie pytam się co pisze do ciebie, tajemniezemi znakami, ale zaklinam cię drogi ojcze, przeczytaj mi ten drugi list.» Na te słowa mój ojciec mocno się rozgniewał. Nazwał mnie zepsutem, samowolnem i pełnem przywidzeń dzieckiem. Dodał jeszcze wiele przykrych wyrazów. Następnie ułagodził się i nie tylko przeczytał ale darował mi list księcia Medina Sidonia. Mam go dotąd u siebie na górze i przyniosę, pierwszy raz co przyjdę cię odwiedzić. —
 Gdy cygan doszedł tego miejsca, dano mu znać że sprawy hordy wymagały jego obecności, oddalił się więc i już tego dnia go nie widzieliśmy.


DZIEŃ DWUDZIESTY ÓSMY.
 Zebraliśmy się wszyscy dość wcześnie na śniadanie. Rebeka widząc że naczelnik nie był gwałtownie zatrudnionym, prosiła aby dalej ciągnął opowiadanie, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 — W istocie nazajutrz księżna przyniosła mi list o którym poprzednio wspominała, następującej treści:

«Książe Medina Sidonia do margrabiego de Val-Florida.
 Znajdziesz kochany przyjacielu w tajemnych depeszach, dalszy ciąg naszych układów. Pragnę jeszcze donieść ci co się dzieje na tym dworze świętoszków i rozpustników, na którym skazany jestem przebywać. Jeden z moich ludzi ma odwieźć list do granicy, dla tego więc szerzej będę mógł się rozpisać.
 Król Don Pedro de Braganca ciągle obiera klasztory za widownię swoich miłostek. Porzucił teraz ksienię Urszulinek dla przeoryszy Wizytek.
 JK. Mość życzy sobie abym mu towarzyszył w tych miłosnych wycieczkach, co też muszę czynić dla dobra naszej sprawy. Król rozmawia z przeoryszą, przegrodzony od niej nieprzełamaną kratą która, jak powiadają, za pomocą ukrytych sprężyn zapada się pod dłonią potężnego monarchy.
 My wszyscy którzy mu towarzyszymy, rozchodzimy się po różnych klauzurach gdzie nas przyjmują najmłodsze zakonnice. Portugalczycy mają szczególne upodobanie w rozmowie z zakonnicami która jednak co do sensu podobną jest do śpiewu ptasząt w klatkach. Wszelako zajmująca bladość poświęconych dziewic, ich pobożne westchnienia, tkliwe przystosowania religijnego języka, ich prostoduszna niewiadomość i rozmarzone żądania, wywierają na młodych panach naszego dworu urok jakiego trudno im znaleźć w kobietach z towarzystwa lizbońskiego. Zkąd inąd, wszystko w tych schronieniach upaja duszę i zmysły. Powietrze tchnie balsamicznym zapachem kwiatów nagromadzonych kolo obrazów Świętych, oko za klauzurą spostrzega również przystrojone i dyszące wonnościami kurytarze, dźwięki świeckiej gitary mieszają się z akordami poświęconych organów, i osłaniają tkliwe gruchania młodzieży po obu stronach kraty. Takie zwyczaje panują w zakonach portugalskich.
 Co do mnie, przez krótki czas tylko mogę wdawać się w te czułe szaleństwa, niebawem namiętne wyrażenia miłości przywodzą mi na myśl obrazy zbrodni i zabójstwa. Przecież, popełniłem jedno tylko zabójstwo, zamordowałem jednego tylko przyjaciela, człowieka który tobie i mnie życie ocalił.
 Rozpustne obyczaje wielkiego świata stały się przyczyną tych nieszczęsnych wypadków i skalały mi serce w tym wieku wynurzenia, w którym dusza moja miała dać przystęp szczęściu, cnocie a zapewne i czystej miłości. Ale namiętność ta nie mogła powstać pośród tak okropnych wrażeń. Ile razy słyszałem rozmowę o miłości, tyle razy zawsze zdało mi się że krew występowała mi na dłonie.
 Tymczasem, czułem potrzebę kochania i to co byłoby zrodziło miłość w mem sercu, przetworzyło się w uczucie ogólnej przychylności którą starałem się do koła rozpościerać.
 Kochałem mój kraj, kochałem bliźnich, nadewszystko zaś kochałem ten poczciwy lud hiszpański tak wierny królowi, wierze i danemu słowu. Hiszpanie odpłacili mi wzajemnością i dwór osądził że zbyt mnie kochano. Odtąd na zaszczytnem wygnaniu, jak mogłem służyłem krajowi i przyczyniałem do szczęścia moich poddanych. Miłość ku ojczyznie i ludzkości, napełniła serce moje słodkiemi uczuciami. Co do tej drugiej miłości która miała ozdobić wiosnę mego życia, czegóż się od niej dziś mogę spodziewać? Postanowiłem zakończyć na sobie ród Medina Sidonia. Wiem że córki pierwszych panów pragną połączenia ze mną, ale nie wiedzą że ofiara mojej ręki jest niebezpiecznym podarunkiem. Mój sposób myślenia nie może zgodzić się z dzisiejszemi zwyczajami. Ojcowie nasi składali w swoich małżonkach skarbnice ich szczęścia i honoru. W starej Kastylji, puginał i trucizna karały niewiarę. Bynajmniej nie ganię moich przodków, z drugiej strony, niechciałbym ich naśladować; ostatecznie więc, lepiej że mój ród na mnie się skończy.» —
 Gdy mój ojciec doszedł do tego miejsca listu, zdawał się wahać i niechciał dalej czytać, ale zaczęłam tak usilnie go prosić że niemógł oprzeć się moim naleganiom i tak dalej ciągnął:
 — «Cieszę się wraz z tobą ze szczęścia jakie ci sprawia towarzystwo zachwycającej Eleonory, umysł w tym wieku musi przybierać czarujące kształty. To co o niej piszesz dowodzi mi że jesteś z niej szczęśliwy, i nie mało przyczynia się do mego własnego szczęścia.»
 Na te słowa nie mogłam wstrzymać mego uniesienia, rzuciłam się do nóg mego ojca, zaczęłam go ściskać, byłam przekonaną że stanowiłam jego szczęście. Myśl ta wskroś przejmowała mnie niewysłowioną radością.
 Gdy przeszły pierwsze chwile uniesienia, zapytałam mego ojca, w jakim wieku był książę Medina Sidonia?
 «Jest on, rzekł, o pięć lat młodszym odemnie, czyli ma trzydzieści pięć lat, ale postać jego należy do tych które zdaje się że się nigdy nie starzeją.»
 Byłam właśnie w tym wieku, w którym młode dziewczęta wcale nie zastanawiają się nad latami męzczyzn. Chłopiec tak jak ja czternastoletni, byłby mi się wydał dzieckiem niegodnem mojej uwagi. Mego ojca bynajmniej nie uważałam za starego, książę zaś mając pięć lat mniej, był w moich oczach młodzieńcem. Było to pierwsze pojęcie jakie o nim powzięłam i później przyczyniło się ono wielce do postanowienia o moim losie

 Następnie zapytałam co to były za morderstwa o których książę wspominał? Na te słowa mój ojciec zmarszczył czoło i po kilku chwilach zastanowienia rzekł: «Droga Eleonoro, są to wypadki zostające w ścisłym związku z mojem rozłączeniem się z twoją matką. W prawdzie nie powinienbym ci o tem mówić, ale prędzej czy później, własna twoja ciekawość zwróciłaby się w tym kierunku, zamiast więc domysłów nad przedmiotem równie ślizkim jak smutnym, wolę sam o wszystkiem cię uwiadomić.» Po tej przemowie mój ojciec w te słowa opowiedział mi przygody swego życia:
HISTORYA MARGRABIEGO DE VAL-FLORIDA.
 Wiesz dobrze że ród Astorgas wygasł na twojej matce. Rodzina ta wraz z domem Val-Florida, należała do najstarszych w Asturyi. Ogólne życzenie prowincyi, przeznaczało mi rękę panny Astorgas. Przyzwyczajeni zawczasu do tej myśli, powzięliśmy ku sobie wzajemne uczucia które miały ustalić nasze małżeńskie szczęście. Różne jednak okoliczności opóźniły nasz związek, tak że ożeniłem się dopiero w dwudziestym piątym roku mego życia.
 W sześć tygodni po naszym ślubie, oświadczyłem mojej żonie: że ponieważ wszyscy moi przodkowie służyli w wojsku, przeto honor nakazywał mi iść za ich przykładem, i że wreszcie w garnizonach hiszpańskich daleko przyjemniej można było pędzić życie aniżeli w Asturyi. Pani de Val-Florida, odpowiedziała że zawsze zgodzi się z mojem zdaniem ile razy będzie chodziło o honor naszego domu. Uradzono więc że wstąpię do wojska. Napisałem do ministra i otrzymałem kompaniję jazdy w pułku Medina Sidonia który stał na załodze w Barcellonie. Przybyliśmy i tam urodziłaś się moje dziecię. Wybuchła wojna — posłano nas do Portugalji ażeby złączyć się z armią Don Sansza de Sayedra. Wódz ten rozpoczął wojnę sławną potyczkę pod Villa-Marga. Nasz pułk, najsilniejszy w ówczas w całej armji, odebrał rozkaz zniesienia kolumny angielskiej która tworzyła lewe skrzydło nieprzyjaciela. Dwa razy natarliśmy bezskutecznie i już gotowaliśmy się do trzeciego natarcia, gdy nagle zjawił się między nami nieznajomy oficer w kwiecie wieku i okryty świetną bronią: «Za mną — krzyknął — jestem pułkownik wasz, książę Medina Sidonia.» W istocie słusznie uczynił że się nazwał, gdyż bylibyśmy go wzięli za anioła wojny lub jakiego księcia z niebieskiej armji, tak miał w sobie coś nadludzkiego.
 Tym razem rozbiliśmy angielską kolumnę i sława tego dnia należała do naszego pułku. Mogę śmiało wyznać, że po księciu ja najdzielniej sobie poczynałem. Przynajmniej tak pochlebne świadectwo pozyskałem od mego naczelnika, który natychmiast uczynił mi zaszczyt proszenia o moją przyjaźń. Nie była to czcza grzeczność z jego strony, staliśmy się prawdziwymi przyjaciółmi, chociaż książę nigdy nie dał uczuć mi że był moim zwierzchnikiem, ani też ja, że byłem jego podwładnym. Zarzucają Hiszpanom pewną obojętność w obejściu, wszelako tylko unikając poufałości umiemy być dumni bez pychy i grzeczni bez nadskakiwania.
 Zwycięztwo pod Villa-Marga otworzyło wiele awansów. Książe został generałem, mnie zaś podwyższono na placu na podpułkownika i pierwszego adjutanta.
 Dano nam niebezpieczne polecenie przeszkadzania nieprzyjacielowi w przejściu przez Douro. Książe zajął korzystne położenie i dość długo na niem się utrzymywał, nareszcie całe wojsko angielskie na nas uderzyło. Większość liczby nie mogła zmusić nas do odwrotu, powstała okropna rzeź i nasza zguba była już nieodzowną, gdy wtem pewien Vanberg, dowódca kompanji wallońskich, przybył nam na pomoc z trzema tysiącami ludzi. Dokazał cudów waleczności i nie tylko wyrwał nas z niebezpieczeństwa, ale za jego sprawą otrzymaliśmy plac boju. Pomimo to, nazajutrz złączyliśmy się z głównym korpusem armji.
 Gdy tak cofaliśmy się razem z Wallonami, książę zbliżył się do mnie i rzekł: «Kochany Val-Florida, wiem że liczba dwa, najlepiej przystoi dla przyjaźni, nie można przekroczyć jej bez narażenia świętych praw tego uczucia, sądzę jednak że ważna przysługa jaką Vanberg nam wyświadczył, zasługuje na wyjątek. Zdaje mi się że wdzięczność nakazuje nam ofiarować mu naszą przyjaźń i przypuścić go trzeciego, do węzła jaki nas łączy.» Podzieliłem zdanie księcia który udał się do Vanberga i złożył mu ofiarę naszej przyjaźni, z uroczystością odpowiadającą wadze jaką przywiązywał do nazwiska przyjaciela. Vanberg zdziwił się niepomału i rzekł: «Wasza książęca mość wyświadczasz mi zbyt wielki zaszczyt, ale muszę uprzedzić go, że mam zwyczaj upijać się każdego dnia, gdy zaś nie jestem pijany, gram w grę jak można najgrubszą. Jeżeli zatem wasza książęca mość ma wstręt do podobnych zwyczajów, nie sądzę aby nasz związek mógł być długo trwałym.» Odpowiedź ta zmieszała księcia, po chwili jednak roześmiał się, zapewnił Vanberga o swoim szacunku i użył całego kredytu aby go jak najświetniej wynagrodzono. Vanberg jednak nadewszystko przekładał nagrody pieniężne. Król obdarzył go baronią Deulen, położoną w okręgu Malines; Vanberg tego samego dnia sprzedał ją Walterowi Van-Dykowi mieszczaninowi z Antwerpji i liwerantowi armji.
 Rozłożyliśmy się na leże zimowe w Koimbrze, jednem z najznaczniejszych miast portugalskich. Pani de Val-Florida przyjechała do mnie, lubiła żyć w świecie, otworzyłem więc dom dla zacniejszych oficerów armji. Wszelako książe i ja, mało oddawaliśmy się przyjemnościom towarzystwa; ważne zatrudnienia cały nasz czas nam zajmowały.
 Cnota była bożyszczem młodego Sidonji, dobro ogółu jego marzeniem. Zagłębialiśmy się razem nad ustawami Hiszpanji i układaliśmy plany do zapewnienia jej pomyślności na przyszłość. Dla uszczęśliwienia Hiszpanów, pragnęliśmy naprzód wpoić w nich miłość cnoty i odciągnąć ich od niepomiarkowanej chęci zysku, co bynajmniej nie wydawało się nam trudnem. Chcieliśmy także wskrzesić dawny duch rycerstwa. Każdy Hiszpan miał być równie wiernym małżonce jak królowi, i każdy powinien był mieć towarzysza broni. Ja połączyłem się już z księciem. Nie byliśmy oddaleni od mniemania, że świat będzie kiedyś mówił o naszym związku i że szlachetne umysły postępując w nasze ślady, ułatwią i upewnią drogę cnoty.
 Wstyd mi, kochana Eleonoro, mówić ci o podobnych dziwactwach, ale oddawna to już zauważano że młodzież, w pierwszych latach życia zapuszczająca się w marzenia, wychodzi z czasem na pożytecznych a nawet wielkich ludzi. Przeciwnie, młode katony, wystudzone jeszcze przed wiekiem, nie mogą nigdy wznieść się nad ścisłe rachunki własnej korzyści. Brak serca ścieśnia ich umysł i tworzy ich niezdolnymi tak na ludzi stanu, jako też na użytecznych obywateli. Prawidło to nader mało ma wyjątków.
 Tak przypuszczając wyobraźnię na manowce cnoty, łudziliśmy się nadzieją że rozpoczniemy kiedyś w Hiszpanji wiek Saturna i Rhei. Przez ten czas Vanberg o ile możności zaprowadzał wiek złoty. Sprzedał baroniję Deulen za ośmkroć sto tysięcy liwrów i przysiągł na słowo honoru, że nie tylko, wyda te pieniądze przez dwa miesiące leż zimowych, ale nadto zaciągnie jeszcze sto tysięcy franków długu. Marnotrawny nasz flamandczyk wyrachował następnie: że dla dotrzymania słowa, należało mu wydawać dziennie tysiąc czterysta pistolów, co było dość trudnem w takiem mieście jak Koimbra. Uląkł się myśląc że zbyt lekkomyślnie dał słowo, gdy mu zaś przekładano że mógł użyć część pieniędzy na wspomożenie biednych i uszczęśliwienie tylu ludzi, odpowiedział że przysiągł wydać na siebie nie zaś rozdawać, i że uczucie własnej godności nie pozwalało mu najmniejszej części tych pieniędzy obrócić na dobrodziejstwa, gra nawet w to nie wchodziła, gdyż mógł wygrać, a pieniądze przegrane niebyły wydanemi.
 Tak trudne położenie zdawało się mocno trapić Vanberga, przez kilka dni był roztargniony, nareszcie wpadł na sposób który miał ocalić jego honor. Zebrał ile tylko mógł znaleźć kucharzów, muzykusów, skoczków, komedyantów i innych osób jeszcze weselszego rzemiosła. W dzień wyprawiał sutą biesiadę, wieczorem bal i widowisko, stawiał przed drzwiami maszty obfitości, a jeżeli pomimo wszelkich usiłowań, nie wydano tysiąca czterechset pistolów, kazał resztę wyrzucać oknem, mówiąc: że podobny postępek wchodził w zakres marnotrawstwa.
 Van-berg uspokajając tak sumienie, odzyskał dawną wesołość; w istocie był to nader dowcipny człowiek i zręcznie umiał bronić usterków o jakie go wszędzie napastowano. Te rozumowania, w których się był biegle wyćwiczył, nadawały błyskotliwość jego rozmowie i odróżniały go od nas Hiszpanów zwykle poważnych i milczących.
 Vanberg często u mnie bywał wraz ze znaczniejszymi officerami armji, wszelako przychodził także w chwilach gdy mnie w domu nie było. Wiedziałem o tem i bynajmniej się nie gniewałem, wyobrażałem sobie bowiem, że nieograniczone zaufanie przekona go że wszędzie i o każdej godzinie dobrze był widzianym. Ogół tymczasem innego był zdania, i niebawem zaczęły krążyć wieści ubliżające mojej sławie. Do mnie żadna z nich nie doszła, książę jednak posłyszał je, wiedział jak kochałem moją żonę i przez przyjaźń cierpiał za mnie.
 Pewnego dnia książę udał się do pani de Val-Florida, padł jej do nóg, zaklinając aby nie zapominała swoich obowiązków i nie widywała Vanberga sam na sam. Nie wiem co mu na to odpowiedziano.
 Następnie książe udał się do Vanberga z zamiarem przełożenia mu w podobnym sposobie całego stanu rzeczy i zwrócenia go na drogę cnoty. Nie zastał go w domu. Powrócił po południu, w pokoju pełno było ludzi, ale Vanberg sam siedział na uboczy, ponury i zapewne nieco pijany potrząsał kubkiem z kościami.
 Książe zbliżył się do niego poufale i śmiejąc zapytał jak mu szły wydatki?
 Vanberg rzucił na księcia zagniewane spojrzenie i odpowiedział: «Wydatki moje przeznaczone są dla przyjemności mych przyjaciół, nie zaś niegodziwców, którzy mieszają się do tego co do nich nie należy.» Kilka osób słyszało te słowa.
 «Czy to do mnie ma się stosować? — rzekł książę Vanberg — racz natychmiast odwołać twoje lekkomyślne wyrazy.»
 «Nigdy nic nie odwołuję» odparł Vanberg.
 Książe ukląkł na jedno kolano mówiąc: «Vanberg, wyświadczyłeś mi znakomitą przysługę, dla czegóż teraz chcesz mnie zbezcześcić. Zaklinam cię uznaj mnie za godziwego człowieka.»
 Vanberg odpowiedział niewiem jakąś zniewagą.
 Książe powstał spokojnie, dobył sztyletu z zapasa i położywszy go na stole rzekł: «Zwyczajny pojedynek nie może załatwić tej sprawy. Jeden z nas musi umrzeć a im prędzej to nastąpi tem lepiej. Rzucajmy kości po kolei, kto więcej wyrzuci, weźmie sztylet i utopi no w sercu przeciwnika.»
 «Wyśmienicie — krzyknął Vanberg — to dopiero nazywa się gruba gra, ale przysięgam że jeżeli wygram nie będę oszczędzał waszej książęcej mości.»
 Przerażeni widzowie, stali na miejscu jakby skamieniali.
 Vanberg wziął kubek i wyrzucił podwójną dwójkę. «Do szatana — zawołał — coś mi się nie wiedzie.»
 Z kolei, książę potrząsł kościami i wyrzucił piątkę i szóstkę. Wtedy wziął sztylet i utopił go w piersiach Vanberga, po czem obracając się ku widzom z tąż samą zimną krwią, rzekł: «Panowie, raczcie wyświadczyć ostatnią posługę temu młodzieńcowi którego bohaterskie męztwo na lepszy los zasługiwało. Co do mnie, ruszam natychmiast do głównego audytora armji i oddaję się w ręce sprawiedliwości królewskiej.»
 Możecie wyobrazić sobie rozgłos jaki ten wypadek powszechnie sprawił. Księcia, nie tylko Hiszpanie kochali ale nawet nieprzyjaciele nasi Portugalczycy. Gdy wieść o tem doszła do Lizbony, arcybiskup tego miasta, który jest zarazem patryarchą Indji, dowiódł że dom gdzie zatrzymano księcia w Koimbrze, należał do kapituły, że od najdawniejszych czasów uważanym był za nietykalne schronienie, że przeto książę mógł spokojnie w nim przebywać, nie lękając się przemocy świeckiego ramienia. Książe nader był wzruszony przywiązaniem mu okazywanem, wszelako oświadczył że nie chce korzystać z tego przywileju.
 Audytor generalny zaczął wytaczać sprawę przeciw księciu, ale Rada Kastylji postanowiła koniecznie się wmieszać, następnie wielki marszałek Aragonu, którego urząd teraz właśnie zniesiono, utrzymywał: że sądzenie księcia jako urodzonego w jego prowincyi i należącego do dawnych Viros hombres, do niego należy, słowem wielu usilnie dobijało się o pierwszeństwo, każdy bowiem chciał go ocalić.
 Pośród całej tej wrzawy, łamałem sobie głowę nad wynalezieniem przyczyny tego pojedynku. Nareszcie jakiś znajomy zlitował się i uwiadomił mnie o postępowaniu pani de Val-Florida. Nie pojmuję jakim sposobem wytłumaczyłem sobie, że moja żona mogła mnie tylko kochać. Przez kilka dni, na chwilę nie mogłem przypuścić przeciwnego mniemania, nakoniec pewne okoliczności, zdarły nieco zasłonę z moich oczu, poszedłem więc do pani de Val-Florida i rzekłem: «Dowiedziałem stę że ojciec pani niebezpiecznie zasłabł; sądzę że wypada abyś do niego pojechała, wreszcie córkanasza wymaga twoich starań i jak mniemam, odtąd osiądziesz pani na zawsze w Asturyi.» Pani de Val-Florida spuściła oczy i z pokorą przyjęła wyrok.
 Wiesz jak od tego czasu żyliśmy z twoją matką; miała ona tysiąc nieocenionych przymiotów a nawet cnót, którym zawsze oddawałem sprawiedliwość.
 Tymczasem proces księcia przybrał dziwny obrot. Officerowie wallońscy podnieśli go do znaczenia ogólnej sprawy narodowej. Utrzymywali, że ponieważ grandowie hiszpańscy pozwalali sobie mordować Flamandczyków, wypadało im opuścić służbę hiszpańską. Hiszpanie nawzajem dowodzili że to był pojedynek nie zaś morderstwo. Rzeczy tak daleko zaszły, że król nakazał zwołać juntę złożoną z dwunastu Hiszpanów i dwunastu Flamandczyków, nie dla osądzenia księcia ale raczej dla roztrzygnięcia, czyli śmierć Vanberga nalżało uważać jako zaszłą w skutek pojedynku lub też morderstwa.
 Officerowie hiszpańscy głosowali naprzód i jak się można domyślić zgodzili się za pojedynkiem. Jedenastu pierwszych Wallończyków było przeciwnego zdania, nie usprawiedliwiali swego sądu, przedewszystkiem zaś najwięcej krzyczeli.
 Dwunasty który głosował ostatni, ponieważ był najmłodszym, dał się już zaszczytnie poznać w kilku sprawach honorowych. Nazywał się Don Juan Van-Worden. —
 Tu przerwałem cyganowi mówiąc: «Mam zaszczyt być synem tego samego Van-Wordena i spodziewam się że w twojem opowiadaniu nic takiego nie usłyszę, coby mogło honor jego na szwank wystawić.»
 «Mogę zaręczyć — odrzekł cygan — że wiernie powtórzę słowa margrabiego de Val-Florida do jego córki.»
 — Gdy kolej głosowania przyszła na Don Juana Van-Worden, zabrał głos i tak się wyraził: «Panowie, sądzę że dwie rzeczy oznaczają istotę pojedynku, naprzód wyzwanie lub też w braku tego spotkanie, powtórne równość broni lub też w braku tej równowaga w sposobach zadania śmierci. Tak naprzykład, człowiek uzbrojony strzelbą, mógłby stanąć przeciw drugiemu uzbrojonemu krucicą, z warunkiem ażeby pierwszy strzelał o sto kroków, drugi zaś o cztery, gdyby w każdym razie zgoda poprzednio już była nastąpiła kto ma strzelać pierwszy. W obecnym wypadku, jedna i ta sama broń służyła dla obu, nie można przeto już wymagać większej równości. Kości nie były fałszywe, więc przeciw równowadze w sposobie zadania śmierci, nic niepodobna zarzucić. Naostatek, wyzwanie było wyraźnie oświadczone i z obu stron przyjęte.
 «Wyznaję że z przykrością widzę pojedynek, tę najszlachdtniejszą walkę, zniżoną do losu gry hazardownej, rodzaju zabawy której człowiek honorowy powinien używać z nadzwyczajnem umiarkowaniem: wszelako według zasad jakie na początku przytoczyłem, zdaje mi się niezaprzeczonem że zajmująca nas obecnie sprawa była pojedynkiem nie zaś morderstwem. Tak mi nakazuje mówić moje przekonanie, jakkolwiek przykro mi że takowe sprzeciwia się sposobowi widzenia moich jedenastu kollegów. Będąc zatem prawie pewnym że popadnę w nieszczęście niełaski z ich strony, i pragnąc zarazem jak najłagodniejszemi środkami uprzedzić wyrazy ich niezadowolenia, upraszam aby wszyscy jedenastu raczyli wyświadczyć mi zaszczyt wystąpienia ze mną do pojedynku, mianowicie sześciu z rana, pięciu po obiedzie.»
 Wniosek tego dowodzenia sprawił powszechną wrzawę, wszelako należało przyjąć zaproszenie. Pan Van-Worden ranił pierwszych sześciu którzy stawili się z rana, następnie z pięcioma pozostałymi zasiadł do obiadu.
 Po obiedzie, znowu wzięto się do broni Pierwsi trzej zostali ranni przez pana Van-Worden, dziesiąty skaleczył go w ramię, jedenasty zaś przeszył go szpadą na wylot i zostawił na placu.
 Biegły chirurg ocalił życie panu Van-Worden, ale nie myślano już ani o juncie ani o processie i król ułaskawił księcia Sidonię.
 Odbyliśmy jeszcze jedną kampaniję, zawsze jako ludzie honorowi ale już nie z poprzednim zapałem. Pierwszy raz nieszczęście nas dotknęło. Książe zawsze okazywał wiele szacunku dla odwagi i zdolności wojskowych Vanberga. Wyrzucał sobie przesadzoną gorliwość o mój spokój, która stała się przyczyną tak smutnych wypadków. Nauczył się, że nie wystarczało chcieć dobra, ale należało umieć je wykonywać. Co do mnie, podobnie do wielu małżonków, tłumiłem w sobie boleść i tem więcej jeszcze cierpiałem. Odtąd, przestaliśmy marzyć o naszych zamiarach uszczęśliwienia Hiszpanji.
 Tymczasem nastał pokój, książę postanowił podróżować; przebiegliśmy więc razem Włochy, Francyą i Angliją. Po powrocie, szlachetny mój przyjaciel wszedł do Rady Kastylji, mnie zaś przy tej samej radzie powierzono urząd sekretarza. Podróże i kilka ubiegłych lat zrządziły znaczne zmiany w umyśle księcia. Nie tylko że odstąpił od rozmarzonych obłędów swojej młodości, ale nawet przezorność stała się ulubioną jego cnotą. Garnął się do dobra publicznego nie z szaleństwem ale jeszcze z namiętnością, wiedział bowiem że niepodobna było wszystkiego razem dokonać, że trzeba było wprzódy przygotować umysły, o ile możności zaś ukrywać własne środki i cel. Do tego stopnia posuwał przezorność, że w Radzie zdawał się nigdy nie mieć własnego zdania i iść za cudzem, tymczasem towarzysze przemawiali jego własnemi słowy. Staranność, z jaką książę osłaniał swoje zdolności przed wzrokiem publicznym, tem bardziej je wykrywała. Hiszpanie odgadli go i pokochali. Dwór począł mu zazdrościć. Ofiarowano księciu ambassadę w Lizbonie. Wiedział że niewolno mu było odmówić, przyjął więc ale z warunkiem że ja zostanę sekretarzem stanu.
 Odtąd nie widziałem go więcej, ale serca nasze zawsze żyją razem. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca swego opowiadania, dano mu znać że sprawy hordy wymagały jego obecności. Skoro się oddalił, Velasquez zabrał głos i rzekł: «Jakkolwiek całą uwagę zwracam na słowa naszego naczelnika, niemogę przecie schwytać w nich najmniejszego związku. W istocie nie wiem kto mówi a kto słucha. Tu margrabia de Val-Florida opowiada córce swoje przygody, która opowiada je naczelnikowi który nam znowu je opowiada. To istny labirynt. Zawsze zdawało mi się, że romanse i inne dzieła podobnego rodzaju, winny być pisane w kilku kolumnach, nakształt tablic chronologicznych.»
 «Masz pan słuszność — odpowiedziała Rebeka: — i tak naprzykład w jednej kolumnie czytanoby że pani de Val-Florida oszukuje swego męża, w drugiej zaś ujrzanoby czem ten wypadek go uczynił, co bezwątpienia rzuciłoby wielkie światło na całe opowiadanie.»
 «Wcale nie to chciałem powiedzieć — rzekł Velasquez — ale oto jest naprzykład książe Sidonia którego charakter mam zgłębiać, gdy tymczasem widziałem go już umarłego. Czyliż nie lepiejby było zacząć od wojny portugalskiej, wtedy w drugiej kolumnie ujrzałbym doktora Sangro Moreno zastanawiającego się nad sztuką lekarską. Tym sposobem nie dziwiłbym się widząc że jeden płata drugiego.»
 «Zapewne — przerwała Rebeka — ciągłe niespodzianki zmniejszają zajęcie tej powieści, nigdy nie można zgadnąć co po czem nastąpi.»
 Naówczas ja zabrałem głos i rzekłem: że podczas wojny portugalskiej, mój ojciec był jeszcze nader młodym i że nie można było dość wydziwić się roztropności jaką okazał w sprawie księcia Medina Sidonia.
 «Niema co mówić — rzekła Rebeka — gdyby twój ojciec nie był się pojedynkował z jedenastą officerami, mogłoby było przyjść do sprzeczki, słusznie zatem uczynił że ją uprzedził.»
 Wydało mi się że Rebeka drwiła z nas wszystkich. Odkryłem w jej charakterze coś szyderczego i wątpiącego. Pomyślałem że kto wie czyli nie mogłaby nam opowiedzieć przygód cale odmiennych od historyi niebieskich bliźniąt i postanowiłem kiedykolwiek ją zapytać. Tymczasem nadeszła godzina rozstania i każdy odszedł w swoją stronę.




DZIEŃ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY.
 Zebraliśmy się dość wcześnie i cygan mając czas wolny, tak dalej ciągnął powieść o swoich przygodach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 — Księżna Sidonia, opowiedziawszy mi historyę swego ojca, przez kilka dni wcale się nie pokazała, natomiast Giralda przynosiła mi koszyk. Od niej to dowiedziałem się że dzięki wpływowi wuja matki, załatwiono moją sprawę. Ostatecznie, księża radzi byli żem od nich się wymknął. Wyrok świętej inkwizycyi wspominał tylko o nierozwadze i o dwuletniej pokucie, nazwisko moje nawet oznaczono początkowemi zgłoskami. Giralda uwiadomiła mnie także, że ciotka moja Dalanosa życzyła abym ukrywał się przez dwa lata, podczas których ona sama wyjedzie do Madrytu i tam zajmie się zarządem wioski jaką ojciec wyznaczył na moje utrzymanie. Zapytałem Giraldę czyli myślała że będę zmuszonym przepędzić te dwa lata w podziemiu. Odpowiedziała mi że nie mogłem nic stosowniejszego uczynić i że wreszcie jej własne bezpieczeństwo wymagało tej ostrożności.
 Nazajutrz sama księżna przyszła, z wielką moją radością, daleko więcej ją lubiłem od jej dumnej mamki. Chciałem także dowiedzieć się o dalszym ciągu jej przygód. Prosiłem aby mi go opowiedziała co też uczyniła w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI KSIĘŻNY MEDINA SIDONIA.
 Podziękowałam memu ojcu za zaufanie z jakiem oznajomił mnie z ważniejszemi wypadkami swego życia. Następnego piątku znowu wręczyłam mu list od księcia Sidonji. Nie czytał mi go ani też późniejszych które odtąd odbierał, ale często mawiał o swoim przyjacielu, ta bowiem rozmowa najwięcej go zajmowała.
 Wkrótce potem odwiedziła mnie podeszła kobieta, wdowa po pewnym officerze. Ojciec jej byt wazalem księcia, ona zaś dopominała się o małą wioskę zależącą od jego majątku. Nigdy dotąd nikt mnie nie prosił o wstawienie. Sposobność ta pochlebiła mojej miłości własnej. Napisałem prośbę w której dość jasno i dokładnie wyłuszczyłam wszystkie prawa biednej wdowy. Zaniosłam tę pracę memu ojcu, który mocno był z niej zadowolony i posłał ją księciu. Wyznam ci żem się tego spodziewała. Książe przychylił się do żądania wdowy i napisał mi list pełen grzeczności, unosząc się nad moim rozumem nad lata.
 Później, znowu znalazłam sposobność pisania do niego i znowu odebrałam list w którym zachwycał się nad moim dowcipem, jakoż w istocie cały czas obracałam na kształcenie mego umysłu w czem Giralda dzielnie mi dopomagała. Gdy pisałam ten list, kończyłam właśnie piętnaście lat życia.
 Pewnego dnia, właśnie znajdowałam się w gabinecie mego ojca, gdym nagle usłyszała hałas na ulicy i okrzyki gromadzącego się ludu. Pobiegłam do okna i ujrzałam mnóstwo ludzi zgiełkliwie się tłoczących i prowadzących jakby w tryumfie złoconą karetę na której poznałam herby książąt Menina Sidonia. Tłum dworzan i paziów poskoczył ku drzwiczkom i spostrzegłam wychodzącego męzczyznę nader przyjemnej postaci w kastylijskim stroju, który tylko co dwór nasz był zarzucił. Miał na sobie krótki płaszcz, kryzę, pióro u kapelusza, największego zaś blasku jego ubiorowi dodawało złote runo wysadzone djamentami, zawieszone na piersiach. Mój ojciec także zbliżył się do okna. «Ach to on — zawołał — spodziewałem się że przyjedzie.» Odeszłam do moich pokojów i poznałam księcia dopiero nazajutrz, później jednak co dzień go widywałam, gdyż prawie nie wychodził z domu mego ojca.
 Dwór wezwał księcia dla spraw wielkiej wagi. Chodziło o uspokojenie wzburzenia jakie nowy pobór podatków spowodował w Aragonji. Książe będąc niesłychanie lubionym, przybył ze strony królewskiej i umiał pogodzić życzenie dworu z korzyścią mieszkańców. Zapytano go jakiejby żądał nagrody? odpowiedział że pragnie jakiś czas odetchnąć powietrzem ojczyzny. Książe, człowiek szczery i otwarty, bynajmniej nie taił przyjemności jakiej doświadczał w mojem towarzystwie, dla tego też prawie ciągle byliśmy razem, podczas gdy inni przyjaciele mego ojca zajmowali się wraz z nim sprawami państwa.
 Sidonia przyznał mi się że był nieco skłonnym do zazdrości, czasami nawet gwałtownym; w ogóle mówił mi tylko o sobie lub o mnie, o mnie lub osobie, gdy zaś taki rodzaj rozmowy zawiąże się między męzczyzną a kobietą, stosunki wkrótce stają się coraz ściślejszemi. Wcale więc nie zdziwiłam się gdy pewnego dnia ojciec zawoławszy mnie do swego gabinetu, oświadczył że książę prosi o moją rękę.
 Odpowiedziałam że nie żądam czasu do namysłu, przewidując bowiem że książę może sobie upodobać córkę swego przyjaciela, zawczasu zastanowiłam się nad jego sposobem myślenia i różnicą naszych wieków. «Wszelako — dodałam — grandowie hiszpańscy zwykli szukać związków w równych im rodzinach, jakiemże okiem będą spoglądali na nasze połączenie, być może nawet że przestaną mówić ty do księcia, co jest pierwszym dowodem ich niechęci.»
 «Jest to także uwaga którą uczyniłem księciu — rzekł mój ojciec — ale odpowiedział mi na to, że pragnie tylko twego zezwolenia, o resztę zaś sam się postara.»
 Sidonia był w pobliżu, wszedł z bojaźliwą postawą, dziwnie odbijającą od wrodzonej mu dumy. Widok ten wzruszył mnie i nie długo czekał na zezwolenie. Tym sposobem dwóch uszczęśliwiłam, gdyż mój ojciec nie posiadał się z radości. Giralda także podzielała nasze szczęście.
 Nazajutrz, książe zaprosił na obiad grandów znajdujących się pod ówczas w Madrycie i gdy wszyscy zebrali się i zasiedli, odezwał się do nich w te słowa: «Albo, do ciebie się obracam, uważam cię bowiem za pierwszego z pomiędzy nas, nie dla tego żeby ród twój był zacniejszym od mego, ale przez szacunek dla pamięci bohatera którego nosisz nazwisko.
 Przesąd, czyniący nam zaszczyt, wymaga abyśmy wybierali małżonki pomiędzy córkami grandów, i bezwątpienia gardziłbym tym któryby zawarł niestosowny związek przez miłość bogactw, lub też dla zadość uczynienia występnej namiętności.
 Przypadek, o którym pragnę wam mówić, jest cale odmiennego rodzaju. Wiecie dobrze że Asturyjczycy uważają się za równie dobrze urodzonych jak sam król a czasami nawet za lepiej. Jakkolwiek zdanie to pod pewnym względem jest przesadzonem, wszelako nie podpada wątpliwości, że mają prawo uważania się za najlepszą szlachtę z całej Europy.
 Najczystsza krew asturyjska krąży w żyłach Eleonory de Val-Florida, że już nie wspomnę o znanych powszechnie znakomitych jej przymiotach. Utrzymuję zatem że podobny związek, może tylko zaszczyt przynieść rodzinie każdego granda hiszpańskiego, kto zaś jest przeciwnego zdania, niech podniesie tę rękawicę którą rzucam pośród zgromadzenia.»
 «Ja podnoszę — rzekł książę Alba — wszak aby ci ją oddać wraz z życzeniami szczęścia z tak zaszczytnego związku.» To mówiąc uściskał księcia, co też reszta grandów za nim powtórzyła. Mój ojciec opowiadając mi to zdarzenie, dodał głosem nieco smutnym: «Zawsze w nim ta sama rycerskość, oby tylko mógł się odmienić z dawnej gwałtowności. Droga Eleonoro, zaklinam cię staraj się nigdy w niczem go nie obrazić.»
 Wyznałam ci że w moim charakterze, miałam pewną skłonność do dumy, ale ta niepowściągniona żądza wielkości opuściła mnie jak tylko ją zaspokoiłam. Zostałam księżną Sidonia i serce moje napełniło się najsłodszemi uczuciami. Książe w domowem pożyciu był najprzyjemniejszym z ludzi, kochał mnie bez granic, okazywał ciągle jednostajną dobroć, niewyczerpaną łagodność, czułość w każdej chwili i wtedy anielska jego dusza odbijała się w rysach jego twarzy. Czasami tylko gdy posępna myśl je zmarszczyła, nabierały straszliwego wyrazu. Naówczas drżąca, mimowolnie przypominałam sobie mordercę Vanberga.
 Mało jednak rzeczy mogło go rozgniewać, we mnie zaś wszystko go uszczęśliwiało. Lubił widzieć mnie działającą, słyszeć mówiącą i zgadywał najmniejsze moje myśli. Sądziłam że niepodobieństwem było aby mógł więcej mnie kochać, ale przyjście na świat małej córeczki podwoiło jeszcze jego miłość i uzupełniło nasze szczęście.
 W dniu w którym powstałam ze słabości Giralda przyszła do mnie i rzekła: «Kochana Eleonoro, jesteś żoną i matką, jednem słowem szczęśliwą; moje obowiązki gdzieindziej mnie wzywają. Postanowiłam wyjechać do Ameryki.» Chciałam ją zatrzymać.
 «Nie — rzekła — moja obecność jest tam konieczną.» W kilka dni odjechała. Giralda pełniła przy mnie obowiązki dugeny major.
 Dano mi na jej miejsce Doñę Mensię, trzydziestoletnią kobietę, jeszcze dość piękną, która miała umysł dość wykształcony i ztąd często przebywała w naszem towarzystwie. W tych razach zwykle postępowała jak gdyby była zakochaną w moim mężu. Śmiałam się z tego, on zaś bynajmniej nie zwracał na to uwagi. Z resztą Doña Mensia starała mi się przypodobać a nadewszystko dokładnie mnie poznać. Często zwracała rozmowę na dość wesołe przedmioty lub opowiadała mi miejskie plotki, tak że nieraz musiałam nakazać jej milczenie. Karmiłam sama moją córkę i na szczęście odłączyłam ją przed strasznemi wypadkami o których się dowiesz. Pierwszym ciosem jaki na mnie uderzył była śmierć mego ojca, który złożony dokuczliwą i gwałtowną chorobą, wyzionął ducha w moich objęciach, błogosławiąc nas oboje i nie przewidując gorzkich chwil jakie nas czekały.
 Wkrótce potem wybuchnęły zaburzenia w Biskai. Posłano tam księcia, ja zaś towarzyszyłam mu aż do Burgos.
 Posiadamy majątki we wszystkich prowincyach Hiszpanji i domy we wszystkich miastach, tu jednak mieliśmy tylko letni dom o milę od miasta położony, ten sam w którym się obecnie znajdujesz.
 Książe zostawił mnie z całym moim orszakiem i pojechał na miejsce swego przeznaczenia. Pewnego dnia, wracając do domu usłyszałam hałas na podwórzu. Doniesiono mi że schwytano złodzieja, że zraniono go kamieniem w głowę, ale że był to tak piękny chłopiec jak niebyło w świecie drugiego. W tej chwili kilku służących przyniosło go do mych nóg i poznałam Hermosita.
 Nieba! — zawołałam — to nie jest złodziej ale uczciwy chłopiec, wychowany w Astorgas przez mego dziada. Następnie obracając się do marszałka dworu, kazałam mu wziąść biedaka do siebie i jak najtroskliwiej go pielęgnować. Zdaje mi się nawet żem powiedziała że to był syn Giraldy, ale nieprzypominam sobie dokładnie.
 Nazajutrz Doña Mensia doniosłam i że miody chłopiec był trawiony gorączką i w malignie często o mnie wspominał, i mówił rzeczy nader czułe i namiętne.
 Odpowiedziałam, że jeżeli kiedykolwiek poważy się wspominać o czemś podobnem, natychmiast każę ją wypędzić.
 «Zobaczymy» rzekła.
 Zabroniłam pokazywać mi się na oczy. Nazajutrz przysłała prosić o łaskę, padła mi do nóg i przebaczyłam.
 W tydzień potem, siedziałam sama gdy weszła Mensia wspierając Hermosita, niesłychanie osłabionego. «Rozkazałaś mi pani przyjść,» rzekł drżącym głosem.
 Spojrzałam z zadziwieniem na Mensię, ale niechcąc sprawiać przykrości synowi Giraldy, kazałam mu podać krzesło o kilka kroków odemnie. «Drogi Hermosito — rzekłam — twoja matka nigdy nie wspominała przedemną twego nazwiska, chciałabym więc teraz dowiedzieć się co ci się przytrafiło od czasu naszego rozłączenia.» Hermosito zabrał głos i przestając co chwila z osłabienia, tak zaczął mówić:

HISTORYA HERMOSITA.
 Ujrzawszy nasz statek pod pełnemi żaglami i wiedząc że straciłem wszelką nadzieję dostania się do brzegu, jąłem rozmyślać nad okrucieństwem lub raczej nad szczególną surowością z jaką matka wypędziła mnie od siebie i w żaden sposób niemogłem odgadnąć przyczyn. Powiedziano mi że byłem w twojej pani służbie, służyłem ci więc z całą gorliwością na jaką mogłem się zdobyć. Posłuszeństwo moje było bez granic. Dla czegóż zatem wypędzono mnie jak gdybym popełnił największą winę? Im więcej się nad tem zastanawiałem tem mniej mogłem zrozumieć.
 Piątego dnia naszej podróży, znaleźliśmy się pośród eskadry Don Fernanda Arudez. Kazano nam przepływać z tyłu admiralskiego okrętu. Na wzniosłym balkonie złoconym i przystrojonym mnogiemi chorągwiami, spostrzegłem Don Fernanda bogato ubranego i ozdobionego kilką orderami. Orszak officerów otaczał go z poszanowaniem. Admirał przyłożył tubę do ust, zapytał czyli nie spotkaliśmy kogo w drodze i kazał płynąć dalej. Minąwszy go, kapitan naszego okrętu rzekł: «Widzieliście admirała, dziś jest margrabią a jednak zaczął od takiego chłopca okrętowego jak ten który oto zamiata pokład.»
 Gdy Hermosito doszedł do tego miejsca, kilka razy rzucił niespokojny wzrok na Mensię. Domyśliłam się że nie chciał tłumaczyć się w jej obecności, wyprawiłam ją zatem z pokoju. Radziłam się w tem jedynie mojej przyjaźni dla Giraldy i myśl że mogę wpaść w podejrzenie nie przeszła mi nawet przez głowę. Gdy Mensia wyszła, Hermosito tak dalej mówił:
 Zdaje mi się że czerpiąc pierwszy pokarm życia z jednego z tobą pani źródła, jednakowo wykształciłem z tobą duszę, tak że nie mogłem myśleć, tylko o tobie, przez ciebie, lub o tem co cię dotyczyło. Kapitan powiedział mi że Don Fernand stał się margrabią z chłopca okrętowego, wiedziałem że twój ojciec także był margrabią, zdało mi się więc że nie było w świecie nic piękniejszego nad ten tytuł i zapytałem jakim sposobem Don Fernand go pozyskał. Kapitan wytłumaczył mi, że postępował od stopnia do stopnia i wszędzie odznaczał się świetnemi czynami. Odtąd postanowiłem wejść do służby morskiej i zacząłem wprawiać się do obrotów. Kapitan któremu mnie powierzono o ile możności sprzeciwiał się temu, ale nie chciałem go słuchać i byłem już dość dobrym majtkiem gdy przybyliśmy do Vera-Cruz. Dom mego ojca leżał nad brzegiem morza. Przybiliśmy doń szalupę. Mój ojciec przyjął mnie otoczony czeredą młodych mulatek, kazał mi je kolejno uściskać. Niebawem rozpoczęły tańce, wabiły mnie tysiącznemi sposoby i tak przepędziłem pierwszy wieczór w domu ojcowskim.
 Nazajutrz, korregidor z Vera-Cruz oznajmił memu ojcu że nie wypadało przyjmować syna do domu podobnie urządzonego i że powinien był umieścić mnie w kollegium Teatynów. Mój ojciec acz z żalem, musiał przecie być posłusznym.
 Zastałem w kollegium ojca rektora, który dla zachęcenia do nauki często nam powtarzał że margrabia Campo-Salez, naówczas drugi sekretarz stanu, także był niegdyś biednym studentem i winien był wyniesienie swoje pilności do nauk. Widząc że i na tej drodze można było zostać margrabią, przez dwa lata pracowałem z niezwykłą gorliwością. Tymczasem przeniesiono korregidora z Vera-Cruz, następca zaś jego był człowiekiem mniej surowych zasad. Mój ojciec odważył się na odebranie mnie do domu. Znowu zostałem wystawiony na płochość młodych mulatek które dręczyły mnie wszelkiemi sposobami. Bynajmniej nie rozlubowałem się w tych szaleństwach, atoli nauczyłem się wielu nowych dla mnie rzeczy i teraz dopiero poznałem dla czego mnie oddalono z Astorgas.
 Wtedy to cały mój sposób myślenia uległ okropnej zmianie. Nieznane uczucia rozwijając się w mej duszy, obudziły we mnie wspomnienia niewinnych zabaw moich lat dziecinnych. Myśl o utraconem szczęściu, o łąkach i ogrodach w Astorgas, które z tobą pani przebiegałem, pomieszane wspomnienia tysiącznych dowodów twojej dobroci, razem zwaliły się na mój umysł. Nie mogłem oprzee się tylu nieprzyjaciołom, wpadłem w stan moralnego i fizycznego, rozprężenia. Lekarze utrzymywali że dostałem trawiącej gorączki, co do mnie nie uważałem się za chorego, ale często do tego stopnia wpadałem w obłęd że spostrzegałem przedmioty wcale przed memi oczyma nie istniejące.
 Ty to pani najczęściej w widzeniach przedstawiałaś się rozmarzonej mojej wyobraźni, nie taką jaką dziś cię widzę, ale jaką cię opuściłem. W nocy, nagle zrywałem się z pościeli i widziałem jak biała i promienista ukazywałaś mi się w mglistej oddali. Wyszedłszy z miasta, wrzawa dalekich wiosek i szmer pól powtarzały mi twoje imie.
 Czasami zdawało mi się że przesuwałaś się po płaszczyznie przed moim wzrokiem, gdy zaś wznosiłem oczy ku niebu błagając go o zakończenie moich męczarni, widziałem obraz twój pławiący się w obłokach.
 Zauważyłem żem zwykle najmniej cierpiał w kościele, zwłaszcza modlitwa dodawała mi ulgi. Skończyłem na tem że całe dnie przepędzałem w świętych schronieniach. Pewien zakonnik osiwiały na modlitwach i pokucie zbliżył się raz do mnie i rzekł: «Synu mój, serce twoje przepełnia miłość której świat ten nie jest godnym; pójdź do mojej celi, tam ci pokażę ścieżki do raju. Poszedłem za nim i ujrzałem gwoździe, włosiennicę, dyscypliny i tym podobne narzędzia męczeństwa, na których widok wcale się nie przeląkłem, żadne bowiem cierpienia nie mogły iść w porównanie z mojemi. Zakonnik przeczytał mi kilka kart z żywotów świętych. Prosiłem go o pożyczenie mi książki do domu i przez całą noc oddałem się czytaniu. Nowe myśli zawładnęły mym umysłem, widziałem we śnie otwarte niebiosa i aniołów, którzy wprawdzie twoją postać mi przypominali.
 Dowiedziano się naówczas w Vera-Cruz o twojem zamęźciu z księciem Sidonia. Od dawna miałem zamiar poświęcenia się stanowi duchownemu, całe moje szczęście pokładałem w modleniu się za twoje szczęście w tem i zbawienie w przyszłem życiu. Pobożny mój przewodnik powiedział mi że rozwiozłość zakradła się do wielu amerykańskich klasztorów, i poradził mi abym się udał na nowicyat do Madrytu.
 Uwiadomiłem o tym zamiarze mego ojca; od dawna już niepodobała mu się moja pobożność, wszelako nie śmiejąc otwarcie mnie z tej drogi sprowadzać, prosił abym czekał na mający wkrótce nastąpić przyjazd mojej matki. Odpowiedziałem mu, że nie miałem już rodziców na ziemi i że niebo było jedyną moją rodziną. Nic mi na to nie odrzekł. Następnie poszedłem do korregidora który pochwalił mój zamiar i kazał mnie odwieźć do najpierwszego okrętu. Przybywszy do Bilbao, dowiedziałem się że moja matka tylko co odpłynęła do Ameryki. Miałem, jak to już mówiłem, listy polecające do Madrytu; przejeżdżając przez Burgos powiedziano mi że pani mieszkasz w okolicach tego miasta, pragnąłem więc raz jeszcze cię ujrzeć za nim na zawsze wyrzeknę się świata. Zdawało mi się że jeżeli raz cię jeszcze zobaczę, z tym większym zapałem będę mógł modlić się za ciebie.
 Udałem się więc drogą do waszego domu, wszedłem na pierwszy dziedziniec myśląc że zdajdę którego z dawnych twoich służących, słyszałem bewiem że zatrzymałaś przy sobie cały dwór z Astorgas. Chciałem dać mu się poznać i prosić go, aby mnie umieścił w takiem miejscu z którego będę mógł widzieć cię wsiadającą do karety. Pragnąłem ciebie pani ujrzeć, sam wcale się nie pokazując.
 Tymczasem sami tylko nieznajomi przechodzili i już nie wiedziałem co z sobą począć, gdy ujrzałem jedne drzwi od domu odemknięte. Wszedłem do pokoju całkiem próżnego, następnie zdało mi się żem spostrzegł kogoś znajomego. Wyszedłem, gdy w tem z nienacka uderzono mnie kamieniem w głowę. Ale widzę że opowiadanie moje sprawiło na pani żywe wrażenie. —
 — Mogę ci zaręczyć — mówiła dalej księżna — że obłąkanie Hermosita wzbudziło tylko litość we mnie, ale gdy zaczął mówić o ogrodach w Astorgas, o zabawkach naszych lat dziecinnych, wspomnienie o szczęściu jakiego w ówczas kosztowałam, myśl o teraźniejszem mojem szczęściu i jakaś obawa przyszłości, jakieś uczucie miłe i tęschne razem, ścisnęły mi serce i czułam że łzy płynęły mi po twarzy.
 Hermosito powstał, zdaje mi się że chciał pocałować kraj mojej sukni, ale kolana pod nim zadrżały, głowa opadła na moje nogi i ramiona silnie okrążyły moją kibić.
 W tej chwili rzuciłam wzrok na stojące naprzeciw zwierciadło i ujrzałam Mensię i księcia, ale rysy tego ostatniego przybrały tak straszliwy wyraz że zaledwie mogłam go poznać.
 Krew mi się ścisnęła w żyłach: znowu podniosłam oczy na zwierciadło, ale tym razem nic nie ujrzałam. Wszystko znikło. Wyrwałam się z rąk Hermosita, zawołałam Mensię, kazałam jej aby miała staranie o tym chłopcu który nagle zemdlał i odeszłam do moich pokojów. Widzenie to jednakże nabawiło mnie mocnej niespokojności.
 Nazajutrz posłałam dowiedzieć się o zdrowie Hermosita. Odpowiedziano mi że już go w domu nie było.
 We trzy dni potem, gdy miałam kłaść się do łóżka, Mensia przyniosła mi list od księcia, zawierający te tylko słowa: «Czyń co ci poleci Doña Mensia. To ci rozkazuje twój małżonek i sędzia.»
 Mensia zawiązała mi oczy chustką, czułam że porywano mnie za ręce i zaprowadzono do tego tu podziemia. Posłyszałam szczęk łańcuchów. Zerwałam chustkę i ujrzałam Hermosita przykutego za szyję do słupa na którym się wspierasz. Oczy miał zamknięte i twarz niezmiernie bladą.
 «Tyżeś to pani — rzekł mi po chwili, umierającym głosem — nie mogę mówić, nie dają mi wody i język schnie mi do podniebienia. Męczarnie moje nie długo potrwają, jeżeli pójdę do nieba, będę się modlił za ciebie.»
 W tej chwili wystrzał dał się słyszeć z tego oto otworu w ścianie, kula strzaskała Hermositowi ramię «Wielki Boże — zawołał — przebacz moim katom.»
 Drugi wystrzał zagrzmiał z tego samego miejsca, ale nie widziałam skutku gdyż straciłam przytomność.
 Odzyskawszy zmysły, znalazłam się śród moich kobiet, które zdawały się o niczem nie wiedzieć, oznajmiły mi tylko że Mensia dom opuściła.
 Nazajutrz z rana, koniuszy przyszedł i doniósł mi od księcia, że pan jego tej nocy z tajemnem poleceniem wyjechał do Francyi i że nie wróci aż za kilka miesięcy.
 Tak zostawiona samej sobie, przyzwałam odwagę w pomoc, zostawiłam moją sprawę najwyższemu sędzi i oddałam się wychowaniu mojej córki.
 Po trzech miesiącach zjawiła się Giralda. Przybywała z Ameryki i była w Madrycie gdzie szukała syna w klasztorze w którym miał odprawiać nowicyat. Nieznalazłszy go tam pojechała do Bilbao i za śladami Hermosita dostała się do Burgos. Lękając się smutnych wybuchów, opowiedziałam jej część prawdy; rozżalona potrafiła wydrzeć mi całą tajemnicę. Znasz, przykry i gwałtowny charakter tej kobiety. Wściekłość, rozpacz, najstraszniejsze uczucia jakie mogą opanować duszę, miotały kolejno jej umysłem. Ja byłam zbyt nieszczęśliwą abym mogła ją pocieszać.
 Pewnego dnia Giralda, porządkując w swoim pokoju, odkryła w ścianie tajne drzwiczki i dostała się aż do podziemia gdzie natychmiast poznała słup do którego przywiązano jej syna. Znać było jeszcze ślady krwi. Wpadła do mnie w stanie najokropniejszego obłąkania. Odtąd często zamykała się w swoim pokoju, ale mniemam że musiała przesiadywać w podziemiu i roić jakieś zamiary zemsty.
 W miesiąc potem, oznajmiono mi o blizkiem przybyciu księcia. Oczekiwałam go spokojnie. Wszedł poważnie, popieścił się z dzieckiem, poczem kazał mi usiąść i siadł obok mnie. «Pani — rzekł — długo zastanowiałem się jak mam z tobą postąpić, namyśliłem się aby w niczem nie zaprowadzać odmiany. Będą ci usługiwać w moim domu z tym samym jak dotąd szacunkiem, będziesz na pozór odbierała odemnie dowody tego samego przywiązania; ale wszystko to będzie tylko trwało dopóki córka twoja nie dojdzie szesnastu lat.»
 «Skoro zaś moja córka dojdzie szesnastu lat, cóż się ze mną stanie?» zapytałam księcia.
 W tej chwili Giralda przyniosła czekuladę, nagle przyszła mi myśl o truciznie, ale książę nie dał mi czasu do namysłu i szybko rzekł: — Skoro twoja córka skończy szesnasty rok zawołam ją do siebie i tak się do niej odezwę: Twoje rysy, moje dziecię, przypominają mi twarz kobiety której historyę ci opowiem. Piękna jak anioł, zdawała się mieć duszę jeszcze piękniejszą, ale cóż z tego kiedy udawała tylko cnotliwą. Tak doskonale umiała przybierać różne powierzchowności, że dzięki tej sztuce zawarła jedno z najświetniejszych małżeństw w Hiszpanji. Pewnego dnia gdy mąż musiał oddalić się, kazała sprowadzić ze swojej prowincyi małego nędznika. Przypomnieli sobie dawne miłostki i padli we wzajemne objęcia. Tą niegodziwą obłudnicą jest twoja matka. Następnie wypędzę cię z mojej obecności i pójdziesz płakać na grobie twojej matki, która nie była poczciwszą od ciebie.»
 Niesprawiedliwość tak dalece zatwardziła już moje serce, że mowa ta nie uczyniła na mnie najmniejszego wrażenia. Wzięłam dziecię na ręce i odeszłam do mego pokoju.
 Na nieszczęście zapomniałam o czekuladzie, książę zaś, jak się później dowiedziałam, od dwóch dni nic nie jadł. Filiżanka stała przed nim, porwał ją i wychylił duszkiem, poczem odszedł do ciebie. W pół godziny posłał po doktora Sangro-Moreno i kazał aby oprócz niego nikogo nie wpuszczano.
 Udano się do doktora ale wyjechał był na wieś dla jakiejś dyssekcyi, pojechano za nim ale już go tam nie było, szukano go u wszystkich jego pacyentów, nareszcie we trzy godziny przybył i znalazł księcia trupem.
 Sangro Moreno, z wielką uwagą zastanawiał się nad ciałem księcia, wpatrywał się w paznokcie, oczy, język, kazał przynieść od siebie mnóstwo flaszek i zaczął czynić jakieś doświadczenia. Następnie, przyszedł do mnie i rzekł: «Mogę panią zapewnić że książę umarł w skutek mieszaniny żywicy narkotycznej z metalem gryzącym. Wszelako obowiązki krwawego trybunału nie do mnie należą, zostawiam więc sprawę tę Najwyższemu Sędziemu w niebie. Przed światem, ogłoszę że książe skończył na uderzenie krwi.» Inni lekarze przyszli i potwierdzili zdanie Sangra Morena.
 Kazałam przywołać Giraldę i powtórzyłam jej słowa doktora. Pomieszanie jej zdradziło ją. «Otrułaś mego małżonka — rzekłam — jakimże prawem chrześcijanka mogła dopuścić się podobnej zbrodni?»
 «Jestem chrześcijanką — odrzekła — to prawda, ale jestem także i matką i gdyby ci zamordowano własne dziecko kto wie czyli nie stałabyś się okrutniejszą od rozjuszonej tygrysicy?» Uczyniłam jej uwagę, że mogła mnie także otruć. «Bynajmniej — odpowiedziała, patrzałam przez dziurkę od klucza i byłabym natychmiast wpadła gdybyś się była dotknęła filiżanki.»
 Następnie przyszli Kapucyni domagając się ciała księcia dla zabalsamowania go. Na poparcie żądania przynieśli własnoręczny rozkaz arcybiskupa, niepodobna więc było im się opierać.
 Giralda, która dotąd okazywała dość odwagi, nagle przelękła się i zmieszała. Drżała ażeby balsamując ciało nie odkryto śladów trucizny, i usilne jej prośby skłoniły mnie do tej nocnej wycieczki której jestem winna przyjemność posiadania cię w moim domu.
 Nadęta moja mowa na cmętarzu miała za cel oszukanie służących, spostrzegłszy zaś że zamiast ciała ciebie tu przynieśliśmy, dla nie wywodzenia ich z błędu, musieliśmy obok kaplicy ogrodowej pochować wypchaną lalkę.
 Pomimo tych ostrożności, Giralda dotąd jeszcze nie jest spokojną, mówi ciągle o powrocie do Ameryki i pragnie cię tu zatrzymać dopóki nie przedsięweźmie jakiego stanowczego środka. Co do mnie niczego się nie lękam i jeżeli mnie powołają przed sąd, szczerze wyznam wszystko. Wreszcie uprzedziłam o tem Giraldę.
 Niesprawiedliwość i okrucieństwa księcia pozbawiły go mojej miłości i nigdy nie mogłabym żyć z nim razem. Jedynem mojem szczęściem jest moja mała córeczka; nie lękam się o jej los. Tytuły i mnogie dostatki spadną kiedyś na nią, nie potrzebuję więc troszczyć się o jej przyszłość
 Oto jest wszystko o czem chciałeś się dowiedzieć mój młody przyjacielu, Giralda wie że uwiadamiam cię o wszystkiem i utrzymuje że nienależy zostawiać cię w niepotrzebnych domysłach. Ale duszno mi w tem podziemiu, muszę pójść na górę, odetchnąć świeżem powietrzem. —
 Skoro księżna odeszła, rzuciłem wzrok do koła i w istocie znalazłem że widok mego podziemia był nader smutnym; grób młodego męczennika i słup do którego był przywiązany, dodawały jeszcze posępności. Dobrze mi było w tem więzieniu dopóki obawiałem się Teatynów, ale teraz wiedząc że sprawa była załatwioną, pobyt mój zaczął mi być nieznośnym. Bawiło mnie zaufanie Giraldy, która postanowiła trzymać mnie tu przez dwa lata. W ogóle obie kobiety tak mało znały się na rzemiośle strażników, że zostawiały otworem drzwi od podziemia, sądząc zapewne że oddzielająca mnie krata była nieprzezwyciężoną przeszkodą. Tymczasem ułożyłem już sobie plan nietylko ucieczki ale całego postępowania przez dwa lata które przeznaczono mi na pokutę. W krótkich słowach opowiem wam moje zamiary.
 Podczas mego pobytu w kollegium Teatynów, często zastanawiałem się nad szczęściem jakiego zdawali się kosztować niektórzy mali żebracy, zasiadający u drzwi naszego kościoła. Ich los wydawał mi się daleko przyjemniejszym od mojego. W istocie, podczas gdy ja usychałem nad książkami niemogąc nigdy zadowolić moich nauczycieli, te szczęśliwe dzieci nędzy, biegały po ulicy, grały w karty na schodach przysionku i płaciły sobie kasztanami. Czasami biły się do upadłego i nikt im nie przerywał tej rozrywki, tarzały się w piasku i nikt nie zmuszał ich do mycia, rozbierały się na ulicy i prały koszule przy studni. Możnaż było przyjemniej żyć na świecie?
 Myśli o podobnem szczęściu, zajmowały mnie podczas mego pobytu w podziemiu i osądziłem że najlepiej będzie jeżeli raz wydostawszy się z więzienia przez dwa lata pokuty obiorę stan żebraka. Wprawdzie, byłem dość wykształcony, i można było po mowie rozpoznać mnie od moich towarzyszów, ale spodziewałem się że łatwo potrafię przejąć ich zwyczaje i następnie po dwóch latach powrócić do moich. Jakkolwiek myśl ta była nieco dziwaczną, przecież w położeniu w jakiem się znajdowałem, nie mogłem wpaść na lepszą.
 Raz obrawszy stan, złamałem ostrze noża i zacząłem pracować nad przepiłowaniem kraty. Przez pięć dni męczyłem nad jednym prętem. Sprzątałem starannie proch z kamienia i zasadzałem żelazo na powrót, tak że niepodobna było niczego się domyślić.
 W dniu w którym dokończyłem pracy, gdy Giralda przyniosła mi koszyk, zapytałem, czyli nie lękała się aby nie odkryto przypadkiem że żywi jakiegoś nieznajomego chłopca w podziemiu? «Wcale nie — odpowiedziała — zasuwa którą się tu dostałeś wychodzi do osobnego pawilonu którego drzwi kazałam zamurować pod pozorem że przywodził księżnie na pamięć bolesne wspomnienia, przejście zaś którem przychodzimy do ciebie, prowadzi do mego sypialnego pokoju i zakryte jest kobiercem.»
 «Musi jednak być upewnionem żelaznemi drzwiczkami?»
 «Bynajmniej — odrzekła — drzwi są dość lekkie, ale starannie ukryte, a wreszcie wychodząc, zamykam mój pokój na klucz. Są tu jeszcze i inne podziemia podobne do tego, i jak mniemam, przed nami musiał tu mieszkać niejeden zazdrośnik i popełnić niejedną zbrodnię.» To mówiąc Giralda chciała odejść.
 «Dla czegóż pani już wychodzisz?» zapytałem.
 «Nie mam czasu do stracenia — odrzekła — księżna skończyła dziś szósty tydzień żałoby i pragnie udać się na przechadzkę.»
 Dowiedziałem się czego chciałem i nie zatrzymywałem więcej Giraldy która wyszła i tym razem nie zamykając drzwi za sobą. Czemprędzej napisałem do księżnej list z wymówkami, położyłem go na kracie, następnie wyjąłem pręt i wszedłem do pierwszego podziemia, potem ciemnym kurytarzem dostałem się do jakichś zamkniętych drzwi. Usłyszałem turkot powozu i tentent kilku koni, wniosłem ztąd że księżna musiała wraz z mamką wyjechać z willi.
 Zacząłem wyłamywać drzwi Spróchniałe deski nie długo oparły się moim usiłowaniom. Naówczas dostałem się do pokoju mamki, wiedząc zaś że zamykała drzwi na klucz, osądziłem że mogę bezpiecznie udzielić sobie chwilę wypoczynku.
 Przejrzałem się w zwierciedle i znalazłem że powierzchowność moja wcale nie odpowiadała stanowi jaki miałem obrać. Wziąłem węgiel z komina, przyćmiłem nieco bladość mojej cery, następnie porozdzierałem koszulę i suknie, zbliżyłem się do okna i ujrzałem że wychodziło na ogród ulubiony niegdyś panom domu, w obecnej jednak chwili zupełnie opuszczony.
 Otworzyłem okno, spostrzegłem że żadne inne nie wychodziło na tę stronę, przedział nie był wysoki, mogłem był skoczyć ale wolałem użyć prześcieradeł Giraldy; wylazłem na jakąś starą altanę, ztamtąd wdrapałem się na mur i wydobyłem na czyste pole, szczęśliwy że oddycham wolnem powietrzem i pozbywam się Teatynów, inkwizycyi, księżnej i jej mamki.
 Spostrzegłem zdaleka Burgos, ale puściłem się przeciwną drogą i niebawem przybyłem do nędznej karczmy; pokazałem gospodyni małą sztukę monety którą oddawna już miałem zawiniętą w papierze i powiedziałem że chciałem od razu całą u niej wydać. Na te słowa roześmiała się i przyniosła mi za podwójną wartość chleba i cebuli. Posiliwszy się poszedłem do stajni i zasnąłem jak zwykle człowiek zasypia w szesnastym roku życia.
 Przybyłem do Madrytu bez żadnej zasługującej na wzmiankę przygody. Przedewszystkiem przebiegłem place i ulice, szukając miejsca jak najkorzystniejszego dla mego powołania.
 Przechodząc przez ulicę Toledo, spotkałem dziewczynę niosącą flaszkę z atramentem. Zapytałem czyli przypadkiem nie wracała od pana Avadoro? «Nie, oddowiedziała, idę od Don Filipa del Tintero Largo.»
 Przekonałem się że znano mego ojca zawsze pod tem samem nazwiskiem i że dotąd zajmuje się temi samemi rzeczami.
 Jednakowoż należało pomyśleć o wyborze miejsca. Ujrzałem pod przysionkiem kościoła świętego Rocha, kilku łotrów mego wieku, których powierzchowność przypadła mi do smaku. Zbliżyłem się do nich mówiąc że przybyłem z prowincyi aby polecić się miłosierdziu boskiemu, że jednak została mi garstka miedziaków którą chętnie złożę do wspólnej kassy, jeżeli takową posiadają. Słowa te sprawiły na słuchaczach miłe wrażenie, odpowiedzieli mi że w istocie posiadają małą wspólną kassę, złożoną tymczasowo u przekupki kasztanów na rogu ulicy. Zaprowadzili mnie tam, po czem wrócili do przysionku i zaczęli grać w chapankę. Podczas gdy z całą uwagą oddawaliśmy się tej zabawce, jakiś dobrze ubrany jegomość zdawał się nam kolejno bacznie przyglądać. Już mieliśmy krzyknąć mu jakieś głupstwo, gdy uprzedził nas i zawołał mnie, rozkazując abym szedł za nim.
 Zaprowadził mnie w ciasną uliczkę i rzekł: «Moje dziecko, wybrałem ciebie z pomiędzy twoich towarzyszów, dla tego że twarz twoja zapowiada więcej od innych rozumu, tego zaś potrzeba do polecenia jakie masz spełnić. Słuchajże więc z uwagą. Ujrzysz tu wiele kobiet przechodzących, jednakowo ubranych w czarne axamitne suknie i mantylle z czarnemi koronkami, które tak doskonale zasłaniają im twarze że niepodobna żadnej rozpoznać. Na szczęście wzory axamitu i koronek są rozmaite, tym więc sposobem łatwo dojść śladów pięknych nieznajomych. Jestem kochankiem pewnej młodej osoby, która, o ile mi się zdaje, ma niejaką skłonność do niestałości, postanowiłem zatem stanowczo się przekonać. Oto masz dwie próbki axamitu i dwie koronek. Jeżeli spostrzeżesz dwie kobiety których suknie odpowiedzą tym próbkom, będziesz uważał czyli wejdą do kościoła lub też do tego oto domu naprzeciwko, należącego do kawalera Don Toledo. Naówczas przyjdziesz zdać mi sprawę do kupca win na rogu ulicy. Masz tymczasem jedną sztukę złota, dostaniesz drugą jeżeli dobrze się sprawisz.»
 Podczas gdy nieznajomy to mówił, bacznie mu się przypatrywałem i zdało mi się że wyglądał bardziej na męża jak na kochanka. Przyszły mi na myśl okrucieństwa księcia Sidonji i lękałem się zgrzeszyć poświęcając uczucia miłości czarnym podejrzeniom hymenu. Postanowiłem więc spełnić tylko połowę polecenia, to jest donieść zazdrośnikowi gdyby dwie kobiety weszły do kościoła w przeciwnym jednak razie, chciałem je same uprzedzić o grożącem im niebezpieczeństwie.
 Powróciłem do towarzyszów, powiedziałem im aby grali nie zwracając na mnie uwagi i położyłem się za niemi, rozesławszy przed sobą próbki axamitu i koronek.
 Wkrótce mnóstwo kobiet zaczęło wstępować parami, nareszcie zbliżyły się dwie na których poznałem suknie wskazane mi przez niegodziwego. Obie kobiety udały że wchodzą do kościoła, ale zatrzymały się pod przystankiem, obejrzały do koła czyli kto za niemi nie idzie, poczem szybko przebiegły ulicę i weszły do przeciwnego domu. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca, przysłano po niego i musiał odejść. Wtedy Velasquez zabrał głos i rzekł: «W istocie obawiam się tej historyi, wszystkie przygody cygana zaczynają się po prostu i słuchacz sądzi że wkrótce dopatrzy się końca. Tymczasem nic z tego; jedna historya rodzi drugą z której wywija się trzecia, coś nakształt tych resztek ilorazów, które w pewnych przypadkach można rozdrobić aż do nieskończoności Na zatrzymanie atoli różnego rodzaju postępów są sposoby, tu jednak za całą summę tego wszystkiego co nam cygan opowiadał, mogę tylko otrzymać niepojętą gmatwaninę.»
 «Pomimo to — rzekła Rebeka — słuchasz go pan z wielką przyjemnością, gdyż zdaje mi się że miałeś zamiar prosto udać się do Madrytu a tymczasem niepodobna ci nas opuścić.»
 «Dwa powody skłaniają mnie do zostania w tych miejscach — odrzekł Velasquez; — naprzód zacząłem ważne rachunki które pragnę tu skończyć, powtóre wyznam pani że w żadnej kobiety towarzystwie nie doświadczyłem takiej przyjemności ile w twojem, czyli wyraźniej mówiąc, jesteś pani jedyną kobietą której rozmowa sprawia mi przyjemność.»
 «Mości książę — odpowiedziała żydówka — radabym aby ten drugi powód stał się kiedyś pierwszym.»
 «Mało zapewne na tem zależy — rzekł Velasquez — czyli myślę o pani przed lub po geometryi, inna rzecz wprawia mnie w kłopot. Dotąd nie wiem nazwiska pani, muszę go oznaczyć cyfrą X lub Z, jakie w algebrze nadajemy zwykle wartościom nieznanym.»
 «Nazwisko moje — rzekła żydówka — jest tajemnicą, którą chętnie powierzyłabym twojej uczciwości gdybym się nie lękała skutków twego roztargnienia.»
 «Nie lękaj się pani — przerwał Velasquez. — Za pomocą częstego używania substancyi w rachunkach, przyzwyczaiłem się zawsze jednym sposobem oznaczać te same wartości. Skoro więc raz nadam ci jakie nazwisko, później, pomimo najszczerszej chęci, nie będziesz w stanie go odmienić.»
 «Dobrze więc — rzekła Rebeka — nazywaj mnie zatem Laurą Uzeda.»
 «Jak najchętniej — odparł Velasquez — albo też piękną Laurą, uczoną Laurą, zachwycającą Laurą, gdyż wszystko to są wykładniki twojej ogólnej wartości.»
 Gdy tak między sobą rozmawiali, przyszła mi na pamięć obietnica jaką dałem rozbójnikowi, że go odwidzę o czterysta kroków na zachód od obozu. Wziąłem szpadę i gdy oddaliłem się o tę prawie odległość od obozu, usłyszałem wystrzał z pistoletu. Zmierzyłem kroki w stronę lasu zkąd wystrzał pochodził i znalazłem ludzi z którymi miałem do czynienia. Naczelnik ich rzekł do mnie: «Witaj Señor kawalerze, widzę że umiesz dotrzymać słowa i nie wątpię że jesteś równie odważnym. Widzisz ten otwór w skale, prowadzi on do podziemi gdzie oczekują cię z najżywszą niecierpliwością. Spodziewam się że nie zawiedziesz położonego w tobie zaufania.»
 Wszedłem do podziemia, zostawiwszy nieznajomego który wcale za mną nie zdążał. Postąpiwszy kilka kroków naprzód, usłyszałem łoskot za sobą i spostrzegłem jak ogromne głazy zawalały wejście za pomocą niepojętego mechanizmu. Słaby promyk światła, wdzierający się przez rozpadlinę w skale, ginął w ciemnym kurytarzu. Pomimo jednak ciemności, łatwo postępowałem, droga bowiem była gładka i spadzistość nie wielka. Nie męczyłem się więc bynajmniej; ale sądzę że nie jeden człowiek na mojem miejscu, byłby doznał obawy, zapuszczając się tak bez celu we wnętrzności ziemi. Postępowałem przez dobre dwie godziny ze szpadą w jednej ręce z drugą zaś wyciągniętą dla zabezpieczenia się przeciw uderzeniom. Nagle powietrze wzruszyło się obok mnie i usłyszałem cichy, harmonijny głos który mi szeptał do ucha: «Jakiem prawem śmiertelnik odważa się wkraczać do państwa gnomów?»
 Drugi głos, równie łagodny odpowiedział: «Być może że przychodzi wydrzeć nam nasze skarby.»
 Pierwszy głos mówił dalej: «gdyby chciał rzucić szpadę, zbliżyłybyśmy się do niego.»
 Po kolei, zabrałem głos i rzekłem: «Czarujące Gnomidy, które jeżeli się nie mylę, poznaję po głosie, nie wolno mi rzucać szpady, ale wetknąłem ostrze w ziemię, śmiało więc możecie się przybliżyć.»
 Podziemne bóstwa ujęły mnie w objęcia, wszelako tajemnem uczuciem, odgadłem że to były moje kuzynki. Żywe światło, które nagle ze wszech stron wytrysło, przekonało mnie żem się me pomylił. Zaprowadziły mnie do jaskini ozdobionej węzgłowiami i wyłożonej świetnemi kruszcami połyskującemi tysiącznemi barwami opalu.
 «Cóż — rzekła Emina — czy rad jesteś z naszego spotkania? Żyjesz teraz w towarzystwie młodej izraelitki, której rozum wyrównywa wdziękom.»
 «Mogę ci zaręczyć — odpowiedziałem — że Rebeka nie sprawiła na mnie żadnego wrażenia, ale ile razy was widzę, zawsze z niespokojnością myślę że już was więcej nie ujrzę. Chciano we mnie wmówić że jesteście nieczystemi duchami, wszelako nigdy temu nie dałem wiary. Wewnętrzny jakiś głos, zapewniał mnie że jesteście istotami mego rodzaju, stworzonemi do miłości. Powszechnie utrzymują że nie można kochać prawdziwie jak tylko jedną kobietę — jest to błąd bezwątpienia, gdyż ja kocham was obie zarówno. Serce moje bynajmniej was nie rozdziela, obie razem wspólnie nad niem panujecie.»
 «Ach! — zawołała Emina — otóż to krew Abenseragów mówi przez ciebie, ponieważ możesz kochać razem dwie kobiety. Przyjmij więc świętą wiarę która pozwala na wielożeństwo.»
 «Być może — przerwała Zibelda — że w ówczas, zasiadłbyś na tronie w Tunis. Gdybyś widział ten czarowny kraj, seraje Bardu i Manuby, ogrody, wodotryski, rozkoszne łaźnie i tysiące młodych niewolnic daleko od nas piękniejszych..»
 «Nie mówmy — rzekłem — o tych królestwach które słońce oświeca, jesteśmy teraz w sam niewiem jakiej otchłani, ale jakkolwiek graniczymy z piekłem, możemy przecie znaleźć tu rozkosze, które powiadają że prorok obiecuje swoim wybranym.» Emina tęschnie się uśmiechnęła, po chwili jednak spojrzała na mnie czułemi oczyma. Zibelda zarzuciła mi ręce na szyję.



DZIEŃ TRZYDZIESTY.
 Obudziwszy się nie znalazłem już moich kuzynek. Niespokojny, obejrzałem się do koła i spostrzegłem przed sobą długą, oświeconą galeryę, domyśliłem się że to była droga którą powinienem był postępować. Ubrałem się czemprędzej i po półgodzinnym pochodzie, przybyłem do krętych schodów, któremi wedle upodobania mogłem albo wydostać się na powierzchnię ziemi, albo pogrążać w jej wnętrznościach. Obrałem tę drugą drogę i zaszedłem do podziemia gdzie ujrzałem grobowiec z białego marmuru, oświecony czterma lampami i starego derwisza który odmawiał przy nim pacierze.
 Starzec obrócił się do mnie i rzekł łagodnym głosem: «Witaj nam Señor Alfonsie, oddawna czekamy już na ciebie.»
 Zapytałem go czyli to nie były czasem podziemia Kassar-Gomelezu?
 «Nie mylisz się, szlachetny nazarejczyku — odrzekł derwisz. — Grób ten zawiera w sobie sławną tajemnicę Gomelezów; ale zanim uwiadomię cię o tym ważnym przedmiocie, pozwól abym ci ofiarował lekki posiłek. Będziesz dziś potrzebował wszystkich sił twego umysłu i ciała, a być może — dodał złośliwie, że to ostatnie domaga się wypoczynku.»
 Po tych słowach, starzec zaprowadził mnie do sąsiedniej jaskini, gdzie znalazłem czysto zastawione śniadanie. Posiliwszy się, mój gospodarz prosił mnie abym posłuchał z uwagą i rzekł: «Señor Alfonsie, nie jest mi obcem, że piękne twoje kuzynki uwiadomiły cię o historyi twoich przodków i o wadze jaką ci przywięzywali do tajemnicy Kassar Gomelezu. W istocie, nic w świecie nie może być tak ważnego. Człowiek posiadający naszą tajemnicę, z łatwością mógłby skłonić do posłuszeństwa całe narody i być może założyć nawet uniwersalną monarchiję. Z drugiej jednak strony, potężne te i niebezpieczne środki w nierozsądnych rękach, na długo mogłyby zniszczyć porządek zaprowadzony w posłuszeństwie. Prawa od wielu wieków rządzące nami postanowiły, że tajemnica może być tylko odkrytą ludziom, z krwi Gomelezów i to wtedy gdy mnogie próby przekonają o niezłomności i prawości ich sposobu myślenia. Wypada także żądać złożenia uroczystej przysięgi, popartej całą siłą form religijnych. Wszelako znając twój charakter, poprzestaniemy na twojem słowie honoru. Ośmielam się więc prosić cię o zaręczenie słowem honoru, że nigdy nikomu nie wyjawisz tego co tu zobaczysz lub usłyszysz.»
 Zdało mi się w pierwszej chwili że będąc w służbie króla hiszpańskiego nie powinienem dawać mego słowa, niedowiedziawszy się wprzódy czyli nie ujrzę w tej jaskini rzeczy któreby sprzeciwiały się jego godności. Napomknąłem o tem derwiszowi.
 «Twoja przezorność, Señor, jest na swojem miejscu — odpowiedział derwisz — ramię twoje należy do króla któremu służysz, ale tu znajdujesz się w podziemnych okolicach, gdzie jego władza nigdy się nieprzedarła. Krew z której pochododzisz także wkłada na ciebie obowiązki, nareszcie słowo honoru jakiego od ciebie wymagam, jest tylko dalszym ciągiem tego które dałeś twoim kuzynkom.» Poprzestałem na tem rozumowaniu, aczkolwiek nieco szczegółowem, i dałem słowo którego po mnie żądano.
 Natenczas derwisz popchnął jedną ścianę grobowca i pokazał mi schody prowadzące do głębszych jeszcze podziemi. «Zejdź tędy, rzekł, ja nie potrzebuję ci towarzyszyć, wszelako wieczorem przyjdę po ciebie.» Zszedłem więc i ujrzałem rzeczy, które z prawdziwem szczęściem bym wam opowiedział gdyby dane słowo honoru nie kładło temu nieprzezwyciężonej przeszkody.
 Stosownie do obietnicy, derwisz przyszedł po mnie wieczorem. Wyszliśmy razem i przybyliśmy jeszcze do innej jaskini gdzie nam zastawiono wieczerzę. Stół umieszczony był pod złotem drzewem wyobrażającem rodowód Gomelezów. Drzewo rozrastało się na dwie główne gałęzie, z których jedna przeznaczona dla Gomelezów machometanów, zdawała się rozkwitać całą siłą roślinności; druga zaś Gomelezów chrześcijan widocznie schła i najeżała długie i groźne ciernie. Po wieczerzy, derwisz rzekł: «Nie dziw się nad różnicą jaką spostrzegasz między temi dwoma głównemi gałęziami. Gomelezowie wierni prawom proroka, otrzymali korony w nagrodę, podczas gdy drudzy żyli nieznani i zajmowali różne małoważne urzęda. Żadnego z tych drugich nigdy nie przypuszczono do świadomości naszej tajemnicy, i jeżeli gwoli tobie uczyniono wyjątek, winien to jesteś szczególnej zasłudze jaką sobie zjednałeś pozyskując przychylność dwóch księżniczek z Tunis. Pomimo to, masz dotąd słabe tylko pojęcie o naszej polityce; gdybyś chciał przejść do drugiej gałęzi, do tej która kwitnie i z każdym dniem coraz bujniej kwitnąć będzie, wtedy miałbyś czem zadowolić twoją miłość własną i mógłbyś przedsięwziąść olbrzymie zamiary.» Chciałem odpowiedzieć, ale derwisz nie dał mi wyrzec jednego słowa i tak dalej mówił: «Wszelako należy ci się pewna część dostatków twojej rodziny i pewna nagroda za trudy jakie podjąłeś w przybyciu do tego podziemia. Oto jest wexel na Estevana Moro, najbogatszego bankiera z Madrytu; summa zdaje się tylko wynosić tysiąc realów, ale jeden tajemny pociąg pióra czyni ją nieograniczoną i dadzą ci na twój podpis ile sam zażądasz. Teraz pójdziesz temi krętemi schodami i gdy naliczysz trzy tysiące pięćset stopni, dostaniesz się do nader nizkiego sklepienia gdzie musisz przeczołgać pięćdziesiąt kroków i wtedy znajdziesz się pośród zamku Al-Kassar czyli Kassar-Gomelez. Dobrze uczynisz jeżeli tam przenocujesz, nazajutrz zaś u stóp góry łatwo spostrzeżesz obóz cyganów. Żegnam cię drogi Alfonsie, oby święty nasz prorok, raczył oświecić cię i ukazać drogę prawdy.»
 Derwisz uściskał mnie, pożegnał i zamknął drzwi za mną. Musiałem co do słowa wypełnić jego polecenia. Drapiąc się pod górę często zatrzymywałem się dla nabrania oddechu, nareszcie ujrzałem nad sobą gwiazdziste niebo. Położyłem się pod rozwalonem sklepieniem i zasnąłem.


KONIEC TOMU TRZECIEGO.



TOM IV


DZIEŃ TRZYDZIESTY PIERWSZY.
 Obudziwszy się, spostrzegłem w dolinie obóz cyganów i rozpoznałem poruszenia oznaczające że mieli się ku pochodowi, aby znowu rozpocząć ich błędne wędrówki. Pospieszyłem złączyć się z niemi. Spodziewałem się mnogich zapytań względem mojej nieobecności przez te dwie nocy, ale nikt się do mnie nie odezwał, tak dalece przygotowania do odjazdu zajmowały każdego.
 Skoro wszyscy dosiedliśmy koni, kabalista rzekł: «Jak na dzisiaj, mogę was zapewnić że do woli nasycimy się rozmową Żyda wiecznego tułacza. Nie straciłem całej władzy, jak to zuchwalec śmiał utrzymywać. Już był blizko Tarudantu gdy zmusiłem go do powrotu. Opiera się moim rozkazom i idzie jak może najwolniej, ale mam środki przyspieszenia jego kroków.» To mówiąc dobył z kieszeni książki, zaczął wymawiać jakieś barbarzyńskie formuły i wkrótce na wierzchołku góry spostrzegliśmy starego włóczęgę.
 «Widzicie go — krzyknął Uzeda. — Łotr! leniwiec! Zobaczycie jak się z nim przywitam.» Rebeka jęła wstawiać się za winnym i kabalista zdawał się ochłaniać z gniewu, wszelako gdy Żyd zbliżył się ku nam, Uzeda nie mógł powstrzymać się od uczynienia mu żwawych wyrzutów w języku dla mnie niezrozumiałym. Następnie rozkazał mu kroczyć obok mego konia i ciągnąć dalej opowiadanie swoich przygód, od miejsca w którem był je zaprzestał. Nieszczęśliwy wędrowiec pochylił głowę i tak zaczął:

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Mówiłem wam że utworzyła się w Jerozolimie sekta Herodystów, która utrzymywała że Herod był Messyaszem, nadto obiecałem uwiadomić was o ukrytem znaczeniu jakie Żydzi przywiązywali do tego wyrazu. Powiem wam więc że Messyasz znaczy po hebrajsku «namaszczony, pomazany olejem» — «Christos» zaś jest greckiem tłumaczeniem tego nazwiska. Jakób obudziwszy się po sławnem swojem widzeniu, rozlał olej na kamień na którym głowa jego spoczywała i nazwał to miejsce «Bethel» czyli dom Boga. Możecie przekonać się w Sanchoniatonie że Szam wynalazł Betyle czyli ożywione kamienie. Wierzono na ówczas że duch święty natychmiast wszystko napełniał cokolwiek było poświęconem przez pomazanie.
 Zaczęto namaszczać królów i Messyasz stał się jednoznacznikiem króla. Gdy Dawid mówi o Messyaszu, siebie samego ma w ówczas na widoku, jak to można poznać z drugiego jego psalmu. Skoro jednak królestwo żydowskie rozdzielone, następnie zajęte przez obcych, stało się igraszką sąsiednych mocarstw, zwłaszcza zaś gdy lud zaprowadzono do niewoli, prorocy co sił zaczęli go pocieszać, mówiąc że przyjdzie dzień w którym z pokolenia Dawidowego narodzi się prorok. Ten upokorzy dumę Babilonu i w tryumfie Żydów z niewoli wywiedzie. Najwspanialsze gmachy z łatwością przedstawiały się natchnieniu proroków, ztąd też nie omieszkali zabudowywać przyszłe Jeruzalem, godne przyjęcia w swych murach tak potężnego króla, z świątynią której by niebrakowało nic, coby tylko mogło podnieść w oczach ludu poszanowanie wiary. Żydzi, chociaż do słów ich nie przywięzywali wielkiej wagi, z przyjemnością jednak słuchali proroków. W istocie nie podobna było wymagać aby się gorąco zajmowali wypadkami, które miały dopiero nastąpić dla praprawnuków ich wnuków.
 Zdaje się że pod panowaniem Macedończyków, zupełnie zapomniano o prorokach, dla tego też w żadnym Machabeuszu nie widziano Messyasza, chociaż ci wyzwolili kraj z niewoli cudzoziemców. Żadnego też z ich potomków, którzy nosili tytuł królewski, nie przepowiedzieli prorocy.
 Inaczej wszakże działo się za panowania starego Heroda. Dworzanie tego władcy, wyczerpawszy przez czterdzieści lat wszystkie pochlebstwa uprzyjemniające mu życie, wmówili w niego nareszcie że był Messyaszem zapowiedzianym przez proroków. Herod zniechęcony do wszystkiego, wyjąwszy do najwyższej władzy, której z każdym dniem coraz więcej pragnął, osądził zdanie to za jedyny środek przekonania się, którzy z poddanych prawdziwie byli mu wiernymi.
 Przyjaciele jego więc utworzyli sektę Herodystów, których naczelnikiem był oszust Sedekias, młodszy brat mojej babki. Pojmujecie, że ani mój dziad ani Dellius nie myśleli już o przesiedleniu się do Jerozolimy. Kazali ukuć małą skrzynkę z miedzi i zamknęli w niej kontrakt sprzedaży domu Hillela, rewers jego na trzydzieści tysięcy darejków, wraz z cessyą którą Dellius zeznał na rzecz ojca mego Mardocheja. Następnie przyłożyli pieczęcie i postanowili nie myśleć o tem, dopóki okoliczności nie przybrałyby przyjaźniejszego dla nich obrotu.
 Herod umarł i Judea stała się pastwą najopłakańszych waśni. Trzydziestu naczelników stronnictw kazało się namaścić i ogłosić tyluż Messyaszami. W kilka lat potem, Mardochej zaślubił córkę jednego z sąsiadów i ja, jedyny owoc ich związku, przyszedłem na świat w ostatnim roku panowania Augusta. Dziad mój, chciał osobiście odprawić uroczystość obrzezania i rozkazał w tym celu przygotować wspaniałą ucztę; ale przyzwyczajony do odosobienia, i skołatany wiekiem, w skutek tych zachodów, wpadł w chorobę która w kilka tygodni zaprowadziła go do grobu. Wyzionął ducha w objęciach Delliusa, polecając mu aby starał się zachować dla nas skrzynkę miedzianą i nie pozwolił iżby niegodziwiec spokojnie używał owoców swej zbrodni. Moja matka, której połóg nie odbył się szczęśliwie, o kilka tylko miesięcy przeżyła swego teścia.
 W owym czasie, żydzi mieli zwyczaj przybierania nazwisk greckich lub perskich. Nazwano mnie Ahaswerem. Pod tem to nazwiskiem, r. 1603 w Lubece, dałem się poznać Antoniemu Kolterusowi, jak się można o tem przekonać z pism Duduleusa, toż samo miano nosiłem także r. 1710 w Cambridge, jak tego dowodzą dzieła uczonego Tenzeliusa. —
 «Panie Ahaswerze — rzekł Velasquez — wspominają także o tobie w «Theatrum Europæum».»
 «Być może — odpowiedział Żyd — gdyż prawie powszechnie jestem znany od czasu jak przyszła chętka kabalistom przyzywania mnie z głębi afrykańskich pustyń.»
 Naówczas zabrałem głos i zapytałem Żyda: dla czego szczególniej upodobał sobie te puste okolice?
 «Dla tego że nie spotykam w nich ludzi, — odrzekł Żyd — jeżeli zaś czasem spotkam zabłąkanego wędrowca lub jaką kafrejską rodzinę, wtedy znając legowiska lwicy karmiącej swoje dzieci, prowadzę ją na zdobycz i z roskoszą patrzę jak ich w moich oczach rozdziera.»
 «Panie Ahaswerze — przerwał Velasquez, — zdajesz mi się być człowiekiem niegodziwego sposobu myślenia.»
 «Mówiłem wam — dodał kabalista — że to jest największy łotr w świecie.»
 «Gdybyś tak jako ja żył ośmnaście przeszło wieków — odparł włóczęga — pewno nie byłbyś lepszym odemnie.»
 «Spodziewam się żyć dłużej i daleko uczciwiej — rzekł kabalista; — ale zostawmy te niepotrzebne przygryzki i słuchajmy dalszych jego przygód.» — Żyd nie odpowiedział ani słowa i tak dalej mówił:
 — Stary Dellius pozostał przy moim ojcu na którego tyle trosk odrazu się zwaliło. Żyli więc razem w naszem schronieniu gdy tymczasem Sedekias, przez śmierć Heroda pozbawiony opieki, niespokojnie o nas się dopytywał. Obawa naszego przybycia do Jerolimy, bezustannie go dręczyła. Postanowił za tem poświęcić nas swemu spokojowi i wszystko zdawało się sprzyjać jego zamiarom, gdyż Dellius ociemniał, mój ojciec zaś będąc do niego szczerze przywiązanym, odosobnił się bardziej niż kiedykolwiek. Tak upłynęło sześć lat.
 Pewnego dnia, doniesiono nam że jacyś żydzi z Jerozolimy zakupili sąsiedni dom i że koło naszego schronienia snuło się mnóstwo ludzi, którym źle z oczu patrzyło i którzy wyglądali na rozbójników. Mój ojciec z natury zalubowany w odosobieniu, korzytał z tej okoliczności i wcale się nie pokazywał. —
 Tu niewiem jaki zgiełk przerwał opowiadanie tułacza, który schwycił tę sposobność i znikł nam z oczu. Wkrótce przybyliśmy na nocleg, gdzie zastaliśmy już przygotowany i zastawiony posiłek. Jedliśmy jak na podróżnych przystało i gdy sprzątnięto obrus, Rebeka zwracając się do cygana rzekła: «Jeżeli się nie mylę, w chwili gdy nam przerwano, mówiłeś że dwie kobiety zapewniwszy się że nikt ich nie śledzi, szybko przebiegły ulicę i weszły do domu kawalera Toledo.» Naczelnik cyganów, widząc że życzyliśmy usłyszeć dalszy ciąg jego przygód, zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Doścignąłem obie kobiety, właśnie gdy wchodziły na schody, i pokazawszy im próbki i opowiedziawszy polecenie dane przez zazdrośnika, dodałem: «Teraz, wejdźcie panie na prawdę do kościoła, ja tymczasem pobiegnę po mniemanego kochanka, który zdaje mi się jest mężem jednej z was. Skoro was zobaczy, niechcąc zapewne abyście wiedziały że was śledził, odejdzie, — a wtedy będziecie mogły pójść gdzie wam się podoba.»
 Nieznajome usłuchały mojej rady, ja zaś pobiegłem do kupca win i doniosłem zazdrośnikowi że obie kobiety rzeczywiście przybyły do kościoła. Poszliśmy razem i wtedy pokazałem mu dwie suknie podobne do próbek które trzymałem w ręku.
 Zdawał się jeszcze powątpiewać, ale w tem jedna z kobiet odwróciła się i jak gdyby nienaumyślnie uchyliła nieco zasłony. Wnet radość małżeńska rozlała się po rysach zazdrośnika, wkrótce wmieszał się między tłum i wyszedł z kościoła. Wybiegłem za nim na ulicę, podziękował mi i dał jeszcze jedną sztukę złota. Sumienie nie pozwalało mi jej przyjąć ale niechcąc się zdradzić musiałem schować ją do kieszeni. Ścigałem go wzrokiem, następnie poszedłem po dwie kobiety i odprowadziłem je do domu kawalera. Młodsza, chciała mi dać sztukę złota. «Przebacz pani — rzekłem — sumienie nakazywało mi zdradzić twego mniemanego kochanka gdyż poznałem w nim męża, ale nieuczciwem byłoby przyjmować z obu stron zapłatę.»
 Wróciłem do przysionku Ś. Rocha i pokazałem dwie sztuki złota. Moi towarzysze, krzyknęli z podziwienia. Często poruczano im podobne zlecenia, ale nigdy nikt ich tak sowicie nie wynagradzał. Zaniosłem złoto do wspólnej kassy, chłopcy poszli za mną chcąc nacieszyć się zadziwieniem przekupki, która w istocie nie posiadała się na widok tylu na raz pieniędzy. Oświadczyła, że nie tylko da nam tyle kasztanów ile sami zechcemy, ale że nadto zaopatrzy się w małe kiełbaski i wszystko czego potrzeba do smażenia. Nadzieja takiej biesiady ogarnęła radością naszą czeredę, ja tylko jej nie podzielałem i postanowiłem wyszukać sobie lepszego kucharza. Tymczasem napełniliśmy kieszenie kasztanami, wróciliśmy do przysionka Ś. Rocha i posiliwszy się, każdy zawinął się w swój płaszcz i zasnął.
 Nazajutrz. jedna z wczorajszych kobiet zbliżyła się do mnie i wręczyła mi list, mówiąc abym czemprędzej zaniósł go do kawalera. Poszedłem i oddałem pismo jego kamerdynerowi. Wkrótce wprowadzono mnie do pokoju. Powierzchowność kawalera Toledo z samego początku sprawiła na mnie przyjemne wrażenie. Natychmiast zrozumiałem dla czego miał łaski u kobiet. Był to młodzieniec nader powabnej postaci. Nie potrzebował uśmiechać się, gdyż wesołość przebijała się w każdym rysie jego twarzy, przytem jakiś wdzięk towarzyszył wszystkim jego poruszeniom, można było tylko zarzucić mu pewną lekkość w obyczajach, co bezwątpienia byłoby mu szkodziło u kobiet gdyby każda nie była przekonaną że potrafi ustalić najbardziej płochego męzczyznę.
 «Mój przyjacielu — rzekł kawaler — znam już twój dowcip i uczciwość, chcesz wejść do mojej służby?»
 «Nie mogę żadnym sposobem z tej łaski korzystać. Urodziłem się szlachcicem i nie powinienem przyjmować służalczych obowiązków. Obrałem stan żebracki gdyż ten bynajmniej nie ćmi szlacheckiego klejnotu.»
 «Wyśmienicie — odrzekł kawaler — ta odpowiedź godną jest prawdziwego Kastyliana. Powiedzże mi co mogę dla ciebie uczynić?»
 «Mości kawalerze — odpowiedziałem — lubię mój stan ponieważ jest zaszczytnym i daje mi sposób do życia, ale przyznam się że często niemam co w usta włożyć. Jeżeli więc pan możesz mi pozwolić abym jadał z twemi ludźmi, będę to uważał za największe dla siebie szczęście.»
 «Z największą chęcią — rzekł kawaler — w dniach gdy przyjmuję u siebie kobiety, zwykle odsyłam służących i gdyby w ówczas szlachecki twój klejnot pozwolił ci usługiwać nam do stołu.»
 «Skoro pan będziesz z swoją kochanką — odpowiedziałem — natenczas z przyjemnością mogę usługiwać, gdyż stając się panu użytecznym, uszlachetniam tym sposobem mój postępek.» To powiedziawszy pożegnałem kawalera i udałem się na ulicę Toledo.
 Zapytałem o dom Don Avadora, nikt nie umiał mi odpowiedzieć. Wtedy zapytałem o Don Filipa del Tintero Largo. Pokazano mi balkon na którym ujrzałem człowieka poważnej postaci, polącego cygaro i o ile się zdawało liczącego dachówki pałacu księcia Alby. Jakkolwiek głos natury żywo w mem sercu za nim przemówił, atoli niemogłem wstrzymać się od podziwienia na widok takiego zbytku powagi w ojcu, a natomiast braku jej w synu. Sądziłem że natura lepiej byłaby uczyniła rozdzielając tę powagę między dwóch, wszelako przyszła mi myśl że należało za wszystko dziękować Bogu i poprzestając na tym wniosku, wróciłem do towarzyszów. Poszliśmy spróbować kiełbasek u przekupki które tak dalece mi zasmakowały, że zupełnie zapomniałem o obiedzie u kawalera.
 Nad wieczorem spostrzegłem obie kobiety wchodzące do jego domu. Widząc że dość długo tam bawiły, poszedłem dowiedzieć się zali niepotrzebowano moich usług, ale właśnie w tej chwili wychodziły. Przemówiłem kilka dwuznacznych słów do piękniejszej, która za całą odpowiedź uderzyła mnie lekko wachlarzem po twarzy. Wkrótce potem zbliżył się do mnie młody człowiek wyniosłej postawy, z krzyżem maltańskim wyszytym na płaszczu. Reszta jego odzienia wskazywała podróżnego. Zapytał mnie gdzie mieszkał kawaler Toledo? Odpowiedziałem że mogę go zaprowadzić. Nie znaleźliśmy nikogo w przedpokoju, otworzyłem więc drzwi i wszedłem z nim razem do głównej komnaty.
 Kawaler Toledo zdziwił się niepomału. «Co widzę — zawołał — tyżeś to mój kochany Anguilarze?! przybyłeś do Madrytu, — jakże jestem szczęśliwy! Cóż się tam dzieje w Malcie? co porabia wielki mistrz? wielki komtur — przeor nowicyatu? drogi przyjacielu, niechże cię uściskam!» Kawaler Anguilar odpowiedział na te oświadczenia z równą czułością wszelako z daleko większą powagą. Osądziłem, że dwaj przyjaciele zechcą wieczerzać razem. Znalazłem w przedpokoju nakrycie i pobiegłem czemprędzej po wieczerzę. Gdy stół już był zastawiony, kawaler Toledo kazał mi przynieść od piwniczego dwie butelki musującego wina francuzkiego. Spełniłem jego rozkaz i wysadziłem korki.
 Śród tego obaj przyjaciele, zawiadomili się wzajemnie o wielu dotyczących ich wypadkach, przypomnieli sobie mnóstwo wspólnych wspomnień, poczem Toledo zabrawszy głos tak rzekł:
 «Niepojmuję jakim sposobem, obdarzeni cale przeciwnemi charakterami, możemy żyć z sobą w tak ścisłej przyjaźni? Ty posiadasz wszystkie cnoty, ja zaś pomimo to kocham cię jak gdybyś był największym w świecie rozpustnikiem. W istocie, słów tych czynem dowodzę, gdyż dotąd z nikim nie zaprzyjaźniłem się w Madrycie i ty jesteś jedynym moim przyjacielem, chociaż z drugiej strony, prawdę mówiąc, nie jestem równie stałym w miłości.»
 «Czy zawsze masz te same zasady względem kobiet?» przerwał Anguilar.
 «Nie zupełnie — odparł Toledo — dawniej jak można najszybciej porzucałem jedną kochankę dla drugiej, teraz zaś przekonałem się że tym sposobem tracę zbyt wiele czasu i zwykle rozpoczynam nowy związek za nim zerwę pierwszy, podczas gdy w dali upatruję już trzeci.»
 «Tak więc — rzekł Anguilar — nigdy niechcesz wyrzec się tej przeklętej lekkomyślności?»
 «Ja, nie — odpowiedział Toledo — ale lękam się ażeby ona mnie nie opuściła. Kobiety madryckie mają w swym charakterze coś tak naglącego, tak nieodczepnego, że często pomimowolnie człowiek staje się bardziej moralnym aniżeliby tego sobie życzył.»
 «Nie rozumiem zupełnie twoich słów — rzekł Anguilar, — wreszcie nie ma w tem nic dziwnego, nasz zakon jest wojskowym ale zarazem duchownym, my ślubujemy równie jak mnichy i księża.»
 «Zapewne — dodał Toledo — lub jak kobiety gdy przysięgają na wierność małżonkom.»
 «I któż z nas wie — rzekł Anguilar — czyli złamanie przysięgi nie czeka go straszna kara na tamtym świecie?»
 «Mój przyjacielu — mówił Toledo — wierzę w to wszystko w co chrześcijanin powinien wierzyć, ale zdaje mi się że zachodzi tu pewne nieporozumienie; jakże naprzykład chcesz, ażeby żona ojdora Uscaritza miała być smażoną w ogniu przez całą wieczność za to, że dziś jedną godzinę ze mną przepędziła?»
 «Wiara naucza nas — rzekł Anguilar — że są inne jeszcze miejsca pokoby.»
 «Chcesz mówić o czyścu — odpowiedział Toledo. — W ten najzupełniej wierzę, doświadczyłem go bowiem za życia, kiedym się kochał w tej niegodziwej Inezie z Nawarry, najdziwaczniejszem, najbardziej wymagającem i najzazdrośniejszem stworzeniu jakie kiedykolwiek w życiu spotkałem, ale też odtąd zarzekłem się na wieki bogini teatralnych. Ale ja rozprawiam, a ty ani jesz ani pijesz — ja wypróżniłem całą butelkę a twój kieliczek jeszcze pełny, o czem myślisz? o czem tak dumasz?»
 «Dumałem — rzekł Anguilar — nad słońcem które dziś widziałem.»
 «Niemogę ci tego zaprzeczyć — przerwał Toledo — gdyż ja także je widziałem.»
 «Dumałem także — dodał Anguilar — czyli jutro je zobaczę.»
 «Nie wątpię o tem, zwłaszcza jeżeli mgły nie będzie.»
 «Nie tak bardzo zaręczaj, gdyż może być że nie dożyję jutrzejszego dnia.»
 «Muszę wyznać — rzekł Toledo — że przywozisz nam z Malty nie zbyt pocieszające myśli jak do stołu.»
 «Człowiek zawsze pewnym jest śmierci — przerwał Anguilar — ale nigdy nie wie kiedy ostatnia chwila nań przypadnie.»
 «Słuchaj no — rzekł Toledo — przyznaj się, zkąd wyciągnąłeś te przyjemne zdania? musiał to być jakiś piekielnie nudny śmiertelnik który cię niemi napoił. Czy często zapraszacie go u was na wieczerzę?»
 «Mylisz się — rzekł Anguilar — dzisiejszego poranku spowiednik mój mówił mi o tem.»
 «Jak to — zawołał Toledo — przyjeżdżasz do Madrytu dla pojedynku i tego samego dnia idziesz do spowiedzi?»
 «Właśnie dla tego poszedłem do spowiedzi.»
 «Mniejsza o to — rzekł Toledo — ja sam od dawna nietrzymałem już szpady w ręku i jeżeli chcesz mogę służyć ci za świadka.»
 «Mocno żałuję — odpowiedział Anguilar — ale właśnie ty jesteś jednym człowiekiem którego nie mogę prosić o wyświadczenie mi tej przysługi.»
 «Sprawiedliwe nieba — krzyknął Toledo — znowu więc rozpocząłeś ową nieszczęsną kłótnię z moim bratem?»
 «Nieinaczej mój przyjacielu — odparł Anguilar — książe Lerna niechciał zgodzić się na złożenie mi usprawiedliwienia jakiego po nim wymagałem, dziś więc wieczorem mamy bić się przy pochodniach, nad brzegami Manzanaresu, pod wielkim mostem.»
 «Wielki Boże! — zawołał Toledo w najwyższej boleści — mamże dziś wieczorem stracić brata lub przyjaciela?»
 «Być może obu — odrzekł ponuro Anguilar — wyzwaliśmy się na śmiertelny bój; zamiast szpad zgodziliśmy się na krótkie miecze i puginały w lewem ręku. Wiesz że broń ta jest straszną.»
 Toledo, którego tkliwa dusza, łatwo przejmowała wszelkie wrażenia, z najhuczniejszej wesołości, odrazu wpadł w najposępniejszą rozpacz.
 «Przewidywałem twoją boleść — rzekł Anguilar — i dla tego niechciałem widzieć się z tobą, ale głos z Nieba dał mi się słyszyć i rozkazał abym cię ostrzegł o karach jakie nas czekają w przyszłem życiu.»
 «Ach! — zawołał Toledo — proszę cię, niemyśl wcale o mojem nawróceniu.»
 «Jestem tylko żołnierzem — rzekł Anguilar — nieumiem mówić z ambony, ale powinienem słuchać głosu Boskiego.»
 W tej chwili zegar uderzył jedenastą. Anguilar uściskał przyjaciela i rzekł: «Posłuchaj Toledo — tajemne przeczucie ostrzega mnie że zginę, pragnę jednak ażeby śmierć moja przydała się ku twemu zbawienia. Spóźnię walkę aż do północy. Natenczas uważaj pilnie, jeżeli umarli mogą jakiemi znaki dać się słyszeć żyjącym, w takim razie bądź przekonanym że przyjaciel twój nieomieszka zapewnić cię o istnieniu tamtego świata. Uprzedzam cię tylko, uważaj dobrze, o samej północy.» To mówiąc Anguilar uściskał jeszcze raz przyjaciela i wyszedł.
 Toledo rzucił się na łóżko zalewając się łzami, ja zaś wyszedłem do przedpokoju, ciekawy jak się to wszystko skończy.
 Toledo wstawał, spoglądał na zegarek, poczem znowu padał na łóżko i płakał. Noc była ciemna, tylko migotania dalekich błyskawic, przedzierały się czasami przez szpary okiennic. Burza coraz się zbliżała i okropności jej powiększały jeszcze posępność naszego położenia. Północ uderzyła i z ostatnim dźwiękiem usłyszeliśmy trzy stuknięcia w okiennicę.
 Toledo otworzył okiennicę mówiąc: «Czy zginąłeś?»
 «Zginąłem,» odpowiedział grobowy głos.
 «Czy jest czyściec na tamtym świecie?» zapytał Toledo.
 «Jest i ja w nim już siedzę,» odrzekł tenże sam głos, poczem usłyszeliśmy, długi, bolesny jęk.
 Toledo padł twarzą na ziemię, następnie porwał się, wziął płaszcz i wyszedł. Udałem się za nim; zwróciliśmy się drogą ku Manzanaresowi, ale jeszcze nie doszliśmy byli do wielkiego mostu, gdy ujrzeliśmy czeredę ludzi z których jedni nieśli pochodnie. Toledo poznał swego brata.
 «Nie masz potrzeby iść dalej — rzekł mu książę Lerna — jeżeli nie chcesz potknąć się o trupa twego przyjaciela. Toledo padł bez zmysłów. Widząc że był w rękach swoich ludzi, powróciłem do mego przysionku i zacząłem rozmyślać nad tem wszystkiem czego byłem świadkiem. Ojciec Sanudo nieraz wspominał mi o czyścu, i nowe to zapewnienie nie sprawiło na mnie nadzwyczajnego wrażenia. Zasnąłem zwykłym twardym snem.
 Nazajutrz, pierwszym który wszedł do kościoła Ś. Rocha był Toledo, ale tak blady i zmęczony że zaledwie mogłem go poznać. Długo modlił się, wreszcie zażądał spowiednika. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca, przerwano mu dalsze opowiadanie, musiał nas zatem opuścić i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.



DZIEŃ TRZYDZIESTY DRUGI.
 O wschodzie słońca, puściliśmy się w dalszą drogę i zagłębili w ostatnie doliny pasma. Po godzinie podróży spostrzegliśmy Żyda Ahaswera, który zbliżył się do nas i wszedłszy między mnie a Velasqueza tak dalej opowiadał swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Pewnego dnia oznajmiono nam sądowego, rzymskiego urzędnika. Wprowadzono go i dowiedzieliśmy się że mój ojciec został oskarżonym o zbrodnię stanu za to że chciał wydać Egipt w ręce Arabów. Po odejściu Rzymianina, Dellius rzekł do mego ojca: «Kochany Mardocheju, nie masz potrzeby się usprawiedliwiać, gdyż każdy jest przekonanym o twojej niewinności, chcą ci tylko zabrać połowę twego mienia; najlepiej więc uczynisz jeżeli oddasz ją dobrowolnie.» Dellius miał słuszność, sprawa ta kosztowała nas połowę naszego majątku.
 Następnego roku, mój ojciec wychodząc pewnego poranku z domu spostrzegł przededrzwiami człowieka zamordowanego który zdawał się jeszcze oddychać; kazał go więc przenieść do domu i chciał przywrócić do życia, gdy w tem ujrzał kilku ludzi z sądu i sąsiadów w liczbie ośmiu, którzy zaprzysięgli że widzieli jak mój ojciec zabijał tego człowieka. Mój ojciec przesiedział sześć miesięcy w więzieniu i wyszedł pozbywszy się drugiej połowy swego majątku czyli wszystkiego co nam zostawało.
 Pozostawał mu jeszcze dom, ale zaledwie wrócił do niego gdy nagle zajął się ogień u jego niegodziwych sąsiadów. Było to w nocy. Sąsiedzi dostali się do jego mieszkania, zabrali co mieli pod ręką i podłożyli płomień tam gdzie go jeszcze nie było.
 O wschodzie słońca, zamiast naszego domu, ujrzeliśmy kupę popiołów po których czołgał się ślepy Dellius wraz z moim ojcem, unoszącym mnie w objęciach i opłakującym swoje nieszczęście.
 Gdy pootwierano sklepy, mój ojciec wziął mnie za rękę i zaprowadził do piekarza który dotychczas dostarczał nam chleba. Człowiek ten zdjęty litością dał nam trzy bułki. Wróciliśmy do Delliusa. Ten nam opowiedział: że podczas naszej nieobecności, jakiś nieznajomy, którego niemógł poznać po głosie rzekł mu: «Ach Delliuszu! oby wasze nieszczęścia spadły na głowę Sedekiasa! przebacz tym których niegodziwiec użył za narzędzia swej zbrodni. Zapłacono nam abyśmy was wymordowali, ale my pomimo to zostawiliśmy was przy życiu. Oto masz — będziecie mieli przez jakiś czas żyć z czego.»
 Przy tych słowach nieznajomy wręczył mu kiesę z pięćdziesięcią sztukami złota.
 Ta niespodziewana pomoc rozradowała mego ojca. Wesoło rozesłał na popiołach do pół spalony kobierzec, położył na nim trzy bułki chleba i poszedł przynieść wody w czerepie roztłuczonego naczynia. Miałem w ówczas siedm lat i pamiętam że dzieliłem tę chwilę wesołości z moim ojcem i udałem się razem z nim do studni. Za to też przy śniadaniu niezapomniano o mnie. Zaledwie zaczęliśmy pożywać naszą biesiadę gdy spostrzegliśmy małego chłopczynę w moim wieku, który ze łzami prosił nas o kawałek chleba.
 «Jestem — rzekł nam — synem żołnierza rzymskiego i syryjskiej kobiety która umarła wydając mnie na świat. Żony żołnierzy tej samej kohorty i przekupki, karmiły mnie po kolei. Zapewne musiały dodawać do pokarmu inne jakie pożywienie, gdyż jak widzicie żyję na świecie. Tymczasem ojciec mój wysłany przeciw pewnemu pasterskiemu pokoleniu, poległ wraz ze wszystkiemi towarzyszami. Wczoraj zjadłem ostatni kawałek chleba który mi zostawiono, żebrałem więc po mieście, ale znalazłem wszystkie drzwi i okna zamknięte. Wy jednak nie macie ani drzwi ani domu, spodziewam się zatem że mnie nie odepchniecie.»
 Stary Dellius, który nigdy nie omieszkał korzystać ze sposobności udzielenia komu moralnej nauki, rzekł: «Nie ma więc na święcie tak nędznego człowieka któryby nie był w stanie wyświadczenia bliźniemu przysługi, równie jak niema tak potężnego któryby nie potrzebował pomocy drugich. Tak jest moje dziecie, witaj nam i podzielaj naszą ubogą strawę. Jak się nazywasz?»
 «Germanus,» odpowiedział chłopiec.
 «Oby ci Bóg długich lat użyczył!» — rzekł Dellius — jakoż w istocie ten rodzaj błogosławieństwa stał się prawdziwą przepowiednią, gdyż dziecie to długo żyło i dotychczas nawet żyje w Wenecyi, gdzie znają je pod nazwiskiem hrabiego St. Germain.
 «Znam go dobrze — przerwał Uzeda — posiada on niektóre wiadomości kabalistyczne,» — poczem Żyd wieczny tułacz tak dalej mówił:
 — Po śniadaniu, Dellius zapytał mego ojca czyli zbrodniarze wyłamali także drzwi od piwnicy?»
 Mój ojciec odpowiedział że drzwi były zamknięte jak przed pożarem, i że płomień nie mógł nawet przedrzeć się do sklepienia pokrywającego piwnicę. «Dobrze więc — rzekł Dellius — weź zatem z kiesy którą mi dano, dwie sztuki złota, najmij robotników i wybuduj chatę nad sklepieniem — może przydadzą się jakie szczątki naszego dawnego domu.» Stosownie do rady Delliusa, znaleziono kilka belek i desek nieuszkodzonych, złożono je jak było można, nakryto gałęziami palmowemi, wewnątrz wysłano matami i tym sposobem urządzono nam dość wygodne schronienie. Natura nie wymaga więcej w naszym szczęśliwym klimacie — najlżejszy pozór dachu wystarcza pod tak czystem niebem, jak również najprostszy pokarm jest najzdrowszym. Słusznie więc można powiedzieć że my nieobawiamy się u nas takiej nędzy jak wy w waszych krajach, których jednak klima nazywacie umiarkowanem.
 Podczas gdy zajmowano się sporządzeniem nam mieszkania, Dellius kazał zanieść swoją matę na plac publiczny, usiadł na niej i zaczął grać na fenicyjskiej cytrze, następnie zaśpiewał jedną pieścić którą był niegdyś ułożył dla Kleopatry. Jego głos, aczkolwiek siedmdziesięcioletni, zgromadził jednak mnóstwo słuchaczów którzy z przyjemnością mu się przysłuchiwali. Po skończonym śpiewie, rzekł do otaczających: «Obywatele Alexandryi, dajcie jałmużnę biednemu Delliuszowi którego wasi ojcowie znali jako pierwszego muzyka Kleopatry i ulubieńca Antoniusza.» Po tych słowach mały Germanus, obniósł do koła glinianą miseczkę w którą każdy wrzucił swój datek.
 Dellius, postanowił sobie raz tylko na tydzień śpiewać i żebrać. Tego dnia zwykle tłum się koło niego zgromadzał i rozchodził obdarzywszy go wprzódy hojną jałmużną. Winniśmy byli to wsparcie nie tylko głosowi Delliusza ale także jego rozmowie wesołej, nauczącej i przeplatanej opowiadaniami różnych ciekawych wydarzeń. Tym sposobem pędziliśmy dość wygodne życie, wszelako mój ojciec znękany tylą nieszczęściami, zapadł nagle w ciężką chorobę i w przeciągu roku rozstał się z tym światem. Naówczas zostaliśmy na łasce Delliusza i musieliśmy żyć z tego co nam przynosił jego głos, już i tak dość stary i bezdźwięczny. Następnej zimy dokuczliwy kaszel i słabość piersi, pozbawiły nas tego jedynego ratunku. Na szczęście oddziedziczyłem mały spadek po dalekim krewnym zmarłym w Peluzie. Summa wynosiła pięćset sztuk złota, a chociaż to niebyła trzecia część przypadającego na mnie, dziedzictwa, atoli Delliusz zapewnił mnie że ubogi nie powinien się był niczego spodziewać od sprawiedliwości i że najlepiej czynił gdy poprzestawał na tem co mu z łaski raczyła udzielić. Pokwitował więc w mojem imieniu, ale tak dobrze umiał zarządzić pieniędzmi, że mieliśmy z czego żyć przez cały czas mojej małoletności Pomimo to Dellius nic zaniedbywał mego wychowania, jak również małego Germanusa. Po kolei zostawaliśmy przy nim. Gdy służba przypadała na mego towarzysza ja uczęszczałem do małej żydowskiej szkółki w sąsiedztwie, w dniach zaś w których ja byłem przy Delliuszu, Germanus chodził na nauki do pewnego kapłana Izydy, nazwiskiem Cheremona. Następnie, powierzono mu noszenie pochodni przy tajemnicach tej bogini i pamiętam, że często z zajęciem przysłuchiwałem się jego opowiadaniom tych uroczystości. —
 Gdy Żyd wieczny tułacz doszedł był do tego miejsca swego opowiadania, przybyliśmy na nocleg i wędrowiec nasz korzystając ze sposobności, przepadł gdzieś w górach. Nad wieczorem zebraliśmy się wszyscy, cygan zdawał się być wesołym, Rebeka znowu więc zaczęła mu się przymilać dopóki nie zaczął mówić w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Kawaler Toledo bezwątpienia licznemi grzechy musiał był obciążyć swoje sumienie, gdyż długo zatrzymywał spowiednika. Nareszcie powstał cały zapłakany i wyszedł z kościoła dając znaki najgłębszej skruchy. Mijając przysionek, spostrzegł mnie i dał znak abym szedł za nim.
 Dzień zaledwie świtał i na ulicach niebyło prawie nikogo. Kawaler wziął pierwsze muły które spotkał do najęcia i wyjechaliśmy z miasta. Uczyniłem mu uwagę, że jego służący będą się niepokoić widząc go tak długo nie powracającego. «Bynajmniej — odpowiedział — uprzedziłem ich, żaden nie będzie na mnie czekał.»
 «Mości kawalerze — rzekłem naówczas — pozwól abym uczynił jeszcze jedną uwagę. Głos słyszany wczora, powiedział ci to co mogłeś sam łatwo znaleźć w pierwszym lepszym katechizmie. Wyspowiadałeś się i zapewne nie odmówiono ci rozgrzeszenia. Teraz możesz pan zaprowadzić niejakie zmiany w twojem postępowaniu, ale niewidzę znowu potrzeby obarczania się niewczesnemi zgryzotami.»
 «Ach mój przyjacielu — odpowiedział kawaler — kto raz słyszał głos umarłych, ten zapewne nie długo pobędzie między żyjącymi.»
 Zrozumiałem w ówczas że mój opiekun myślał o rychłej śmierci, że nabił sobie tem głowę, postanowiłem więc nieopuszczać go ani na chwilę.
 Dostaliśmy się na mało uczęszczaną drogę, która biegła śród dzikiej okolicy i zawiodła nas do bramy klasztoru Kamedułów. Kawaler zapłacił mulników i zadzwonił. Jeden mnich pokazał się u forty, kawaler wymienił swoje nazwisko i prosił o pozwolenie przepędzenia kilku tygodni w tem schronieniu. Zaprowadzono nas do pustelni położonej na końcu ogrodu i oznajmiono za pomocą znaków, że dzwonek uprzedzi nas o godzinie ogólnej schadzki do refektarza. W celi, znaleźliśmy pobożne książki któremi kawaler wyłącznie odtąd się zajmował. Co do mnie, zaznajomiłem się z jednym Kamadułą który łowił ryby na wędkę, przyłączyłem do niego i zatrudnienie to było jedyną moją rozrywką.
 Pierwszego dnia nie uskarżałem się na milczenie stanowiące jedną z głównych reguł zakonu Kamadułów, ale trzeciego niemogłem już dłużej wytrzymać. Kawaler tymczasem z każdym dniem stawał się coraz posępniejszym i bardziej milczącym, nareszcie zupełnie zaprzestał mówić.
 Już od ośmiu dni przebywaliśmy w klasztorze, gdy pewnego dnia ujrzałem przybywającego jednego z moich towarzyszów z przysionka Ś. Rocha. Powiedział mi że widział jak wsiadaliśmy na najęte muły i że spotkawszy później tego samego mulnika dowiedział się o miejscu naszego schronienia; doniósł mi zarazem, że zmartwienie z powodu mojej nieobecności rozproszyło całą czeredę i że on sam wszedł do służby pewnego kupca z Kadyxu, który leżał chory w Madrycie i w skutek smutnego przypadku, mając połamane ręce i nogi, niemógł obejść się bez chłopca do usług.
 Odpowiedziałem mu że niemogłem już dłużej znieźć pobytu u Kamadułów i prosiłem go aby chociaż na kilka dni zastąpił mnie przy kawalerze.
 «Chętniebym to uczynił — rzekł — ale lękam się opuścić mego kupca, nadto wiesz że przyjęto mnie pod przysionkiem Ś. Rocha, nie dotrzymanie więc słowa mogłoby zaszkodzić całemu towarzystwu.»
 «W takim razie, ja zastąpię cię u kupca,» dodałem z powagą, wreszcie taką miałem władzę nad mymi towarzyszami, że malec nie śmiał dłużej mi się opierać.
 Zaprowadziłem go do kawalera, któremu powiedziałem: że ważne sprawy powoływały mnie na kilka dni do Madrytu i że na ten czas zostawiam mu towarzysza, za którego ręczę tak jak za drugiego siebie. Kawaler nie odrzekł ani słowa, ale dał mi znakami do zrozumienia że przystaje na zamianę.
 Pobiegłem więc czemprędzej do Madrytu i udałem się natychmiast do gospody wskazanej mi przez mego towarzysza; ale tam powiedziano mi, że kupiec kazał się przenieść do pewnego sławnego lekarza mieszkającego przy ulicy Ś. Rocha. Wynalazłem go z łatwością, powiedziałem kupcowi że przychodzę na miejsce mego towarzysza Chignito, że nazywam się Awarito i że będę pełnił z równą wiernością też same obowiązki.
 Dano mi przychylną odpowiedź ale zarazem uwiadomiono, że powinienem natychmiast iść spać gdyż przez kilka nocy będę musiał czuwać przy chorym. Położyłem się więc i wieczorem stawiłem się do służby. Zaprowadzono mnie do chorego, którego znalazłem rościągniętego na łóżku w nader przykrem położeniu i niemogącego poruszać żadnym członkiem wyjąwszy lewej ręki. Był to młody człowiek zajmującej postaci, i z resztą zdrów wewnętrznie, gdyby potrzaskane kości nie nabawiały go nieznośnych bólów. Starałem się dać mu zapomnieć o jego cierpieniach, zabawiając go i rozweselając wszelkiemi sposobami. To postępowanie tak dalece przypadło mu do smaku, że pewnego dnia zgodził się na opowiedzenie mi swoich przygód i zaczął w te słowa:

HISTORYA LOPEZA SOAREZ.
 Jestem jedynym synem Gaspara Soareza, najbogatszego kupca z Kadyxu. Mój ojciec, człowiek surowy i nieugięty, chciał abym wyłącznie oddał się zatrudnieniom kupieckim i niemyślał nawet o rozrywkach jakich zwykle pozwalają sobie synowie bogatszych kupców z Kadyxu. Starając się we wszystkiem zadowalać mego ojca, rzadko kiedy chodziłem do teatru, w niedziele zaś nigdy nie należałem do tych rozrywek, jakiemi w ogóle zabawiają się towarzystwa wielkich miast handlowych.
 Ponieważ jednak umysł potrzebuje wypoczynku, szukałem go zatem w czytaniu tych przyjemnych ale niebezpiecznych książek, które znane są pod nazwiskiem romansów. Powoli zasmakowałem w nich i mimowolna tkliwość owładnęła moim umysłem, ale wychodząc rzadko na miasto i wcale prawie nie widując kobiet, nie znajdowałem sposobności rozporządzenia mojem sercem. Tymczasem mój ojciec miał niektóre sprawy do załatwienia na dworze hiszpańskim, postanowił więc abym zwiedził Madryt i oświadczył mi swój zamiar. Z radością przyjąłem tę nowinę, byłem tak szczęśliwy z możności odetchnięcia wolnem powietrzem i choć na chwilę zapomnienia o kratach naszego kantoru i pyle naszych magazynów.
 Gdy wszystko było już w pogotowiu do podróży, mój ojciec kazał mnie przywołać do swego gabinetu i odezwał się w te słowa: «Mój synu, jedziesz do miasta gdzie kupcy nie mają tyle znaczenia jak w Kadyxie, powinni więc zachowywać się poważnie i przyzwoicie, ażeby nie poniżali stanu który ich zaszczyca, tem bardziej iż on najdzielniej przyczynia się do pomyślności ich ojczyzny i prawdziwej siły monarchy. Oto są trzy prawidła według których będziesz postępował pod karą mego gniewu:
 Naprzód, zakazuję ci wdawać się w rozmowy ze szlachtą. Panowie myślą że czynią nam zaszczyt gdy raczą do nas kilka słów przemówić. Jest to błąd w którym nienależy się ich zostawiać, gdyż zaszczyt nasz bynajmniej nie ma nic stycznego ze stosunkami w akie moglibyśmy wejść z niemi.
 Powtóre, rozkazuję ci abyś nazywał się po prostu «Soarez» nie zaś «Don Lope Soarez» — tytuły żadnemu kupcowi nie dodają blasku. Cała jego miłość własna, winna polegać na rozległości jego stosunków i przezorności w przedsięwzięciach.
 Potrzecie, zakazuję ci raz na zawsze dobywać szpady; zwyczaj ją upowszechnił, niezabraniam ci więc nosić tej broni. Powinieneś jednak pamiętać, że honor kupca zależy na rzetelności w dotrzymywaniu zobowiązań, dla tego to nie chciałem abyś kiedykolwiek uczył się szermierstwa.
 Jeżeli przekroczysz przeciw któremukolwiek z tych trzech prawideł, narazisz się na mój gniew; w razie jednak wystąpienia przeciw czwartemu, wystawisz się już nie na gniew ale na przeklęstwo moje, mego ojca i mego dziada, który jest twoim pradziadem i zarazem pierwszym sprawcą naszych dostatków. Idzie tu oto abyś nigdy nie wchodził w związki z domem braci Moro bankierów królewskich.
 Bracia Moro słusznie używają powszechnego szacunku i zapewne dziwisz się ostatnim moim słowom, ale daleko więcej się zadziwisz skoro się dowiesz jakie zarzuty dom nasz przeciw nim pokłada Muszę zatem w kilku słowach objaśnić ci całą naszą historyę.»

HISTORYA RODZINY SOAREZ.
 Pierwszym z naszej rodziny który doszedł do majątku, był Innigo Soarez. Spędziwszy młodość na przebywaniu różnych mórz, przystąpił w pewnej znacznej części do wyzyskiwania kopalń Potozu i następnie założył dom handlowy w Kadyxie. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca, Velasquez dobył tabliczek i zaczął coś na nich zapisywać. Widząc to naczelnik, obrócił ku niemu mowę i rzeki: «Książe zapewne życzysz sobie przedsięwziąść jaki zajmujący rachunek, lękam się więc aby dalsze moje opowiadanie mu nie przeszkodziło.»
 «Bynajmniej — odparł Velasquez — właśnie zajmuję się twojem opowiadaniem. Być może że ten pan Innigo Soarez, spotka w Ameryce kogoś który mu opowie historyą kogoś drugiego, który także będzie miał historyę do opowiedzenia. Aby zatem dojść ładu, wymyśliłem rubryki podobne do tych jakie używają do oznaczenia postępów geometrycznych. Racz więc nieuważać na mnie i ciągnąć twoją rzecz dalej.»
 Cygan tak dalej mówił:
 — Innigo Soarez, pragnąc założyć dom handlowy, szukał przyjaźni pierwszych kupców i bankierów hiszpańskich. Rodzina Moro, używała w ówczas niezmiernej wziętości, uwiadomił ją więc o zamiarze wejścia z nią w stosunki. Otrzymał od nich przyzwolenie i aby rozpocząć interesa, zażądał pieniędzy z Antwerpji i wystawił na nich wexel na Madryt, ale jakież było jego oburzenie gdy odesłano mu jego wexel zaprotestowany. Następną pocztą otrzymał list pełen wymówek. Rodriguez Moro pisał mu, że będąc sam w St. Ildefonso u ministra, nie mógł osobiście odebrać wexlu, że pierwszy jego buchhalter niezawiadomiony o stosunkach, obawiał się przyjąć wexlu, że jednak nie ma zadosyć uczynienia jakiemu z najszczerszą chęcią się nie podda.»
 Ale obraza już nastąpiła; Innigo Soarez zerwał wszelkie stosunki z rodziną Moro i umierając, polecił synowi aby nigdy nie ważył się wdawać z nią w interesa.
 Ojciec mój Rujs Soarez, długo był posłusznym rodzicielskim rozkazom, ale liczne bankructwa, które zmniejszyły ilość domów handlowych, zmusiły go mimowolnie do wejścia w stosunki z rodziną Mora. Wkrótce gorzko tego pożałował. Mówiłem ci że mieliśmy pewny udział w wyzyskiwaniu kopalni Potozu i tym sposobem otrzymując znaczną ilość sztab srebra lub złota, zwykłe wypłacaliśmy niemi nasze rachunki. W tym celu posiadaliśmy skrzynie, każda na sto funtów srebra, czyli ogólnej wartości dwóch tysięcy siedmset pięćdziesięciu bitych piastrów. Te skrzynie, z których niektóre mogłeś jeszcze widzieć, okute były żelazem i opatrzono ołowianemi plombami z cyfrą naszego domu. Każda skrzynia miała swój numer. Zwyczajnie szły do Indyi, wracały do Europy, płynęły do Ameryki a nikt ich nie otwierał i każdy z przyjemnością wypłatę niemi przyjmował. W samym nawet Madrycie doskonale je znano. Tymczasem jakiś kupiec mając uskutecznić znaczne wypłaty domowi Moro, zaniósł cztery tych skrzyń do pierwszego buchhaltera, który nie tylko że je otworzył, ale nadto kazał sprawdzić próbę srebra. Gdy wieść o tak krzywdzącem postępowaniu doszła do Kadyxu, mój ojciec wpadł w niepohamowany gniew. Wprawdzie następną pocztą, otrzymał list z wymówkami od Antonio Moro syna Rodrigueza. Antonio pisał mu, że dwór zawezwał go do Valladolid, że po powrocie dopiero dowiedział się o nierozsądnym postępku swego buchhaltera, który będąc cudzoziemcem niedawno przybyłym, niemiał jeszcze czasu poznać zwyczajów hiszpańskich.
 Mój ojciec wcale nie poprzestał na tych wymówkach, zerwał wszelkie stosunki z domem Moro i umierając zakazał mi wdawać się z niemi w jakiekolwiek interesa.
 Długo święcie duchowywałem jego rozkazów i dobrze mi z tem było, nareszcie nieprzewidziane okoliczności znowu połączyły mnie z domem Moro. Zapomniałem, lub raczej na chwilę zaniechałem rad mego ojca i zobaczysz jakem na tem wyszedł.
 Interesa z dworem powołały mnie do Madrytu, gdzie zapoznałem się z pewnym Livardezem; który dawniej utrzymywał dom handlowy, teraz zaś żył z procentu od znacznych summ poumieszczanych po różnych miejscach. Człowiek ten miał w swoim charakterze coś dla mnie przyciągającego. Już, byliśmy się z sobą dość ściśle zaprzyjaźnili, gdy dowiedziałem się że Livardez był wujem Sansza Moro, naówczas naczelnika rodziny.
 Powinienem był natychmiast zerwać z nim wszelkie związki, ale ja przeciwnie, jeszcze ściślej się z nim połączyłem. Pewnego dnia Livardez oznajmił mi, że wiedząc z jaką biegłością prowadziłem handel z wyspami filipińskiemi, postanowił sposobem komandyty umieścić u mnie milion. Przełożyłem mu, że jako wuj Sansza, jemu raczej powinien był powierzyć swoje kapitały; ale odpowiedział mi na to, że nie rad z krewnymi wchodził w interesa pieniężne. Nareszcie przekonał mnie, co mu przyszło z tem większą łatwością że w samej rzeczy tym sposobem nie zawiązywałem żadnych stosunków z domem Moro. Wróciwszy do Kadyxu, dodałem jeden okręt do dwóch moich, które corocznie do wysp wysyłałem i przestałem o nich myśleć. Następnego roku biedny Livardez umarł i Sanszo Moro napisał mi, że znalazłszy w papierach dowód jako wuj jego umieścił u mnie milion, prosił o śpieszne go odesłanie. Może być że należało się zawiadomić go o naszych warunkach i o komandycie, ale niechcąc mieć żadnej styczności z tym przyklętym domem, natychmiast odesłałem milion.
 Po dwóch latach okręta moje wróciły i potroiły kapitał włożony w ładunek. Winienem więc był zapłacić dwa miliony nieboszczykowi Livardezowi. Mimowolnie zatem musiałem napisać do braci Moro, że miałem dwa miliony na ich rozkazy.
 Odpowiedzieli mi na to że przed dwoma laty kapitał był zaciągnięty do ksiąg i że wcale niechcieli słyszeć o tych pieniądzach. Pojmujesz mój synu jak silnie uczułem tę krwawą krzywdę, wyraźnie bowiem chcieli mi darować dwa miliony. Radziłem się kilku negocyantów z Kadyxu, którzy jakby na złość przyznali słuszność moim przeciwnikom dowodząc: że ponieważ dom Moro przed dwoma laty pokwitował mnie z kapitału, niemiał zatem żadnego prawa do zyskanego dziś procentu. Ofiarowałem złożyć własnoręczne umowy, przekonywające że kapitał Livardeza rzeczywiście znajdował się na okrętach, że gdyby te były zatonęły, byłbym miał prawo żądania zwrotu oddanego milionu; ale widziałem że samo nazwisko Moro walczyło przeciw mnie i że gdybym był zwołał juntę z pierwszych negocyantów, ich sąd nie byłby dla mnie przychylnym. Udałem się do adwokata który powiedział mi, że ponieważ bracia Moro zażądali zwrotu milionu bez pozwolenia ich zmarłego wuja, ja zaś użyłem go wedle żądania tegoż wuja, rzeczony zatem kapitał istotnie znajdował się dotąd u mnie, milion zaś przed dwoma laty zaciągnięty w księgi domu Moro, był innym milionem niemającym z drugiemi żadnego stosunku. Adwokat poradził mi abym zapozwał braci Moro przed sąd sewilski. Poszedłem za jego radą i wytoczyłem im proces, który ciągnął się przez sześć lat i kosztował mnie przeszło sto tysięcy piastrów. Pomimo to przegrałem we wszystkich instancyach i dwa miliony u mnie pozostały. Z początku chciałem obrócić je na jaki zakład dobroczynny, ale obawiałem się aby zasługa nie spadła w pewnej części na przeklętych braci Moro. Dotychczas nie wiem jeszcze co pocznę z temi pieniędzmi, każdego jednak roku summując bilans kredytu i debetu, umieszczam w pierwszym dwa miliony mniej. Widzisz zatem mój synu, że mam stanowcze powody dla których zakazuję ci wszelkich styczności z domem braci Moro. —
 Gdy cygan kończył te słowa, przysłano po niego i każdy z nas rozszedł się w swoją stronę.


DZIEŃ TRZYDZIESTY TRZECI.
 Ruszyliśmy w pochód i wkrótce spostrzegliśmy Żyda który złączył się z nami i tak dalej opowiadał swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Wzrastaliśmy więc nie pod oczyma zacnego Delliusa, który ich nie miał, ale pod opieką jego roztropności i przewodnictwem jego mądrych rad. Odtąd ośmnaście wieków upłynęło a wiek mój dziecinny jest jedynym o którym z przyjemnością wspominam.
 Kochałem Delliusa jak własnego ojca i szczerze przywiązałem się do mego towarzysza Germana. Często jednakże z tym ostatnim wiodłem żwawe spory, zwłaszcza w przedmiocie religijnym. Napojony surowemi zasadami synagogi, ciągle mu powtarzałem: «Twoje bałwany mają oczy ale nie widzą, mają uszy ale nie słyszą, złotnik je ulał i myszy się w nich gnieżdżą.»
 Germanus odpowiadał mi zawsze, że nieuważano wcale bałwanów za bogów i że nie miałem żadnego pojęcia o religji Egipcyan.
 Słowa te często powtarzane wzbudziły we mnie ciekawość; prosiłem Germana aby namówił kapłana Cheremona do udzielenia mi kilku nauk jego religji, co musiało nastąpić pod tajemnicą, gdyż w razie gdyby synagoga była o tem posłyszała, bez zawodu byłbym ściągnął na siebie przeklęstwo. Cheremon bardzo kochał Germana, przystał na jego prośbę i następnej nocy udałem się do altany przytykającej do świątyni Izydy. Germanus przedstawił mnie Cheremonowi który posadziwszy mnie obok siebie, złożył ręce, na chwilę pogrążył się w myślach i w języku dolno-egipskirm który doskonale rozumiałem, zaczął odmawiać następującą modlitwę.

MODLITWA EGIPSKA.
 «Wielki Boże, ojcze wszystkich,
Święty Boże który objawiasz się twoim,
Jesteś świętym który wszystko stworzył słowem.
Jesteś świętym którego natura jest obrazem.
Jesteś świętym którego nie natura stworzyła.
Jesteś świętym, potężniejszym od wszelkiej potęgi.
Jesteś świętym wyższym od wszelkiej wyniosłości.
Jesteś świętym lepszym od wszelkiej pochwały.
Przyjm łaskawie ofiarę mego serca i słów moich.
Jesteś niewysłowionym a milczenie jest twoim głosem.
Wytępiłeś błędy przeciwne prawdziwej świadomości.

 Utwierdź mnie, daj mi siłę i pozwól przystąpić do twojej łaski tym którzy pogrążeni są w niewiadomości, jak równie tym którzy poznali cię i są przez to moimi braćmi a twojemi dziećmi.

Wierzę w ciebie i głośno to wyznaję.
Wznoszę się do życia i do światła.

 Pragnę uczestniczyć do twojej świętości, ty bowiem zapaliłeś we mnie tę żądzę.»

 Gdy Cheremon odmówił swoją modlitwę, obrócił się do mnie i rzekł: «Widzisz moje dziecię, że my równie jak wy uznajemy jedynego Boga który słowem swojem stworzył świat. Modlitwa jaką słyszałeś, wyciągnięta jest z Pimanderu, księgi którą przypisujemy trzykroć wielkiemu Thotowi, temu samemu, którego dzieła obnaszamy uroczyście w naszych processyach. Posiadamy dwadzieścia sześć tysięcy zwojów przypisywanych temu filozofowi, który miał żyć przed dwoma tysiącami lat. Ponieważ jednak tylko naszym kapłanom wolno je przepisywać, być może zatem że większa część dodatków wychodzi z pod ich pióra. Wreszcie we wszystkich pismach Thota, przebija się ciemna i dwuznaczna metafizyka, którą można różnemi sposoby tłumaczyć. Poprzestanę więc na wyłożeniu ci powszechnie przyjętych dogmatów i najwięcej zbliżających się do zasad Chaldejczyków. Religie, równie jak wsystkie rzeczy tego świata, ulegają ciągłemu i powolnemu działaniu, które bezustannie usiłuje odmienić ich formy i istotę, tak że po kilku wiekach ta sama religia przedstawia wierze ludzkiej całkiem odmienne zasady, allegorye, których myśli ukrytej nie podobna odgadnąć, lub dogmata którym ogół wierzy zaledwie przez połowę.
 Nie mogę zatem zaręczyć że cię nauczę dawnej religji, której uroczyste obchody możesz widzieć przedstawione na płaskorzeźbach Ozymandysa w Tebach, wszelako powtórzę ci nauki moich mistrzów tak jako wykładam je moim uczniom.
 Przedewszystkiem uprzedzam cię abyś nigdy nie przywiązywał się ani do obrazu ani do godła, lecz abyś wnikał w myśl w nich ukrytą. Tak naprzykład, il przedstawia to wszystko co jest materyalnem. Bożek siedzący na liściu lotusowym i płynący po ile, wyobraża myśl która spoczywa na materyi wcale jej nie dotykając. Jestto godło jakiego użył wasz prawodawca gdy mówił że «duch Boży unaszał się nad wodami». Utrzymują że Mojżesz był wychowanym przez kapłanów z miasta Onu czyli Heliopolis, jakoż w istocie wasze obrzędy bardzo zbliżają się do naszych. Równie jak wy, my także mamy rodziny kapłańskie, proroków, zwyczaj obrzezania, wstręt do wieprzowiny i wiele tym podobnych punktów wspólnych.»
 Gdy Cheremon domawiał tych słów, jeden z kapłanów Izydy, uderzył godzinę oznaczającą północ. Mistrz oznajmił nam że pobożne obowiązki wzywały go do świątyni, ale że możemy nazajutrz wieczorem powrócić.
 Wy sami, dodał Żyd wieczny tułacz, wkrótce przybędziecie na nocleg, pozwólcie więc abym odłożył na jutro dalszą część mojej historyi. —
 Po odejściu włóczęgi zacząłem zastanawiać się nad jego słowami i zdało mi się, że odkryłem w nim wyraźną chęć osłabienia u nas zasad naszych religji, a tem samem popierania zamiarów tych którzy pragnęli abym moją przemienił. Wszelako dobrze wiedziałem co honor nakazywał mi w tym względzie, i byłem mocno przekonanym o bezskuteczności wszelkich usiłowań w tym celu.
 Tymczasem przybyliśmy na spoczynek i posiliwszy się jak zwykle, korzystaliśmy z wolnego czasu naczelnika i prosiliśmy go aby dalej raczył opowiadać, co też uczynił w tych słowach:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Gdy tak młody Soarez uwiadomił mnie o historyi swojej rodziny, zdawał się być zmorzony snem, ponieważ zaś wiedziałem ile spoczynek był mu potrzebnym do odzyskania zdrowia, prosiłem go więc aby odłożył dalszy ciąg swych przygód na noc następną. W istocie spał dość dobrze. Następnej nocy wydał mi się znacznie zdrowszym, atoli nie mógł jeszcze zasnąć, prosiłem go więc aby ciągnął dalej opowiadanie i biedny chory tak zaczął mówić.
DALSZY CIĄG HISTORYI LOPEZA SOAREZ.
 Powiedziałem ci że mój ojciec zabronił mi przybierać tytuł «Don», dobywać szpady i wdawać się ze szlachtą, nadewszystko zaś wchodzić w jakiekolwiek stosunki z rodziną Moro. Mówiłem ci także o niepowściągnionym popędzie jaki miałem do czytania romansów. Wbiłem więc sobie dobrze w pamięć przestrogi mego ojca, poczem obszedłem wszystkich księgarzy Kadyxu aby zaopatrzyć się w ten rodzaj dzieł z których, zwłaszcza w podróży, obiecywałem sobie niewypowiedzianą przyjemność.
 Nareszcie wsiadłem na mały statek kupiecki i muszę wyznać że z radością opuściłem naszą suchą, spaloną i zakurzoną wyspę. W drodze nie mogłem dość nacieszyć się widokiem kwiecistych brzegów Andaluzyi, wpłynąłem do Guad-al-quiviru i wylądowałem w Sewilli.
 Czarujące okolice między Sewillą a Kordową, malownicze położenia gór Sierra Moreny, pasterskie obyczaje Mauszegów, wszystko co widziałem, dodawało wdzięku ulubionym moim książkom. Roztkliwiałem moją duszę, karmiłem ją wymarzonemi i tęsknemi uczuciami tak dalece, że przybywszy do Madrytu, kochałem się już szalenie chociaż nie znałem jeszcze przedmiotu moich uwielbień.
 Stanąwszy w stolicy, zatrzymałem się pod krzyżem maltańskim. Południe wybiło i niebawem zastawiono mi obiad, następnie zacząłem rozkładać moje rzeczy, jak to zwykli czynić podróżni zaraz po wprowadzeniu się do nowego mieszkania. Śród tego usłyszałem jakiś szmer przy zamku od drzwi. Poskoczyłem i otworzyłem nieco gwałtownie, ale opór jakiego doznałem przekonał mnie że musiałem kogoś potrącić. W istocie, ujrzałem za drzwiami człowieka dość porządnie ubranego który nos sobie z krwi ocierał. «Señor Don Lopez — rzekł mi nieznajomy — dowiedziałem się na dole w gospodzie o przybyciu zacnego syna, znakomitego Gaspara Soareza i przychodzę złożyć mu moje uszanowanie.»
 «Mości panie — odpowiedziałem — jeżeli poprostu chciałeś wejść do mnie, byłbym otwierając nabił ci guz na głowie, ale to odrapanie nosa dowodzi że zapewne musiałeś go pan trzymać przy zamku.»
 «Wyśmienicie — zawołał nieznajomy — podziwiam pańską przenikliwość. Nie mogę utaić że pragnąc zaznajomić się z panem, chciałem zawczasu powziąść niejakie wyobrażenie o pańskiej powierzchowności i byłem w zachwyceniu na widok szlachetnej postawy z jaką chodziłeś po pokoju i układałeś twoje rzeczy.»
 Po tych słowach, nieznajomy wcale nieproszony wszedł do mnie i tak dalej mówił: «Señor Don Lopez! widzisz we mnie znakomitego potomka rodziny Busqueros ze starej Kastylji, której nie należy mieszać z innymi Busquerami rodem z Leonu. Co do mnie, znany jestem pod nazwiskiem Don Roque Busquera, ale odtąd pragnę tylko odznaczać się mojem poświęceniem dla usług jaśnie wielmożnego pana.»
 Przypomniałem sobie na ówczas przestrogi mego ojca i rzekłem: «Señor Don Roque, muszę ci wyznać że Gaspar Soarez, którego jestem synem, żegnając się ze mną, zabronił mi raz na zawsze przybierania tytułu «Don» oraz rozkazał abym nigdy nie wdawał się z żadnym szlachcicem. Ztąd pojmujesz señor, że niepodobna mi będzie korzystać z jego łaskawej dla mnie uprzejmości.»
 Na te słowa Busqueros przybrał poważną postać i rzekł: «Wyrazy te waszej wielmożności stawiają mnie w nader przykrem położeniu, albowiem mój ojciec umierając, jak najuroczyściej rozkazał mi abym zawsze dawał tytuł «Don» znakomitym kupcom i o ile możności szukał ich towarzystwa. Widzisz zatem Señor Don Lopez, że tylko kosztem mego posłuszeństwa dla mego ojca możesz słuchać rozkazów twego i im bardziej będziesz mnie unikał, tem bardziej ja jako dobry syn, muszę usiłować narzucać ci się z moją osobą.» Busqueros zmieszał mnie tą uwagą, tem bardziej że mówiąc przybrał srogą postać, a zakaz mego dobywania szpady nie pozwolił mi wszcząć kłótni.
 Tymczasem Don Roque znalazł na moim siole ósmaki, czyli sztuki złota ważące po ośm dukatów hollenderskich. «Señor Don Lopez — rzekł — właśnie zbieram podobne sztuki, złota i pomimo całej usilności dotąd niemiałem bitych z tego roku. Pojmujesz co to jest namiętność do zbiorów i mniemam że sprawię ci przyjemność podając ci sposobność zobowiązania mnie, czyli raczej przypadek szczególniejszy ci ją podaje, gdyż posiadam takowe sztuki z pierwszych lat w których się pojawiły i tylko brakowało mi z dwóch tych lat które w tej chwili na nich spostrzegam.»
 Ofiarowałem przybyszowi żądane sztuki złota z tym większym pośpiechem że myślałem iż potem natychmiast odejdzie; ale Don Roque wcale tego nie uczynił i wracając do dawnej surowej postaci, rzekł: «Señor Don Lopez, zdaje mi się że nie wypada abyśmy jedli z jednego talerza lub co chwila podawali sobie kolejno łyżkę albo widelec. Każę przynieść drugie nakrycie.» To mówiąc Burqueros wydał stosowne rozkazy, zasiedliśmy do stołu i wyznam że rozmowa mego nieproszonego gościa była dość zabawną, tak że gdyby nie myśl przełamania ojcowskich rozkazów, z przyjemnością byłbym go widywał przy moim stole.
 Busqueros, po obiedzie natychmiast wyszedł, ja zaś przeczekawszy upał, kazałem się zaprowadzić do Prado. Z zadziwieniem poglądałem na piękne położenie tego miejsca, z najwyższą jednak niecierpliwością oczekiwałem chwili w której będę mógł zwiedzić Buen-Retiro. Ta samotna przechadzka sławną jest w naszych romansach, i sam niewiem jakie, przeczucie zapowiadało mi że wejdę tam niezawodnie w jakie miłosne stosunki.
 Widok tego zachwycającego ogrodu, oczarował mnie więcej niż ci to mogę wypowiedzieć. Byłbym długo tak stał pogrążony w marzeniach, gdyby jakiś świecący przedmiot, leżący na uboczy między gęstemi krzewy, nie był zwrócił mojej uwagi. Podniosłem go i spostrzegłem portret przywiązany do kawałka złotego łańcuszka. Portret ten wyobrażał bardzo przystojnego młodego męzczyznę — na drugiej stronie była plecionka z włosów przedzielona złotym paskiem na którym wyczytałem napis: «Wiecznie twój, moja najdroższa Inezo.» Schowałem klejnot do kieszeni i kończyłem dalej moją przechadzkę.
 Wróciwszy następnie na to samo miejsce, zastałem dwie kobiety z których jedna młoda i nadzwyczaj piękna, cała zafrasowana z wielką bacznością szukała czegoś na ziemi. Z łatwością odgadłem że chodziło jej o zgubiony portret. Zbliżyłem się więc do niej z uszanowaniem i rzekłem: «Pani, zdaje mi się że znalazłem przedmiot którego szukasz, wszelako roztropność nie pozwala mi oddać go, zanim pani kilką słowami nie raczysz dowieść swoich praw własności do znalezionej przezemnie rzeczy.»
 «Powiem zatem panu — odpowiedziała piękna nieznajoma — że szukam portretu z kawałkiem łańcuszka złotego którego resztę trzymam w ręku.»
 «Ale — dodałem — czy niebyło jakiego napisu na portrecie?»
 «Był — odrzekła nieznajema nieco się zapłoniwszy — wyczytałeś pan w nim że nazywam się Inez i że oryginał tego portretu jest «wiecznie mój». Teraz spodziewam się że pan zechcesz, mi go oddać.»
 «Niemówisz mi pani — rzekłem — jakim sposobem szczęśliwy ten śmiertelnik wiecznie do pani należy.»
 «Sądziłam moim obowiązkiem — odparła piękna nieznajoma — zadosyć uczynić pańskiej przezorności nie zaś zadowalać jego ciekawość, i nie pojmuję jakiem prawem zadajesz mi pan podobne zapytania?»
 «Moja ciekawość — odpowiedziałem — może więcej zasługiwałaby na nazwę zajęcia. Co zaś do prawa, na mocy którego śmiem pani zadawać podobne zapytania, pozwolę sobie uczynić uwagę: że oddający zgubiony przedmiot zwykle otrzymują przyzwoitą nagrodę. Ja błagam panią o tę tylko, która może uczynić mnie najnieszczęśliwszym z ludzi.»
 Młoda nieznajoma zachmurzyła czoło i rzekła: «Zbyt pan jesteś porywczym jak na pierwsze spotkanie, nie jestto bynajmniej sposób otrzymania drugiego; wszelako mogę zaspokoić ciekawość pańską w tym względzie. Portret ten...»
 W tej chwili, Busqueros wyszedł niespodzianie z ubocznej ścieżki i zbliżywszy się do nas poufale, rzeki: «Winszuję pani że zaznajomiłaś się z zacnym synem najbogatszego negocyanta z Kadyxu.»
 Na te słowa rysy twarzy mojej nieznajomej przybrały wyraz najwyższego oburzenia. «Sądzę że niedałam powodu — rzekła — aby nieznajomi śmieli do mnie przemawiać.» Następnie zwracając się do mnie dodała: «Racz pan oddać mi portret który znalazłeś.» To powiedziawszy wsiadła do karety i zniknęła nam z oczu. —
 W tej chwili przysłano po cygana który prosił nas o pozwolenie odłożenia na jutro dalszego ciągu swojej historyi. Gdy odszedł, piękna żydówka którą odtąd nazywaliśmy Laurą, obracając się do Velasqueza rzekła: «Cóż myślisz mości książę o rozmarzonych uczuciach młodego Soareza. Czy kiedykolwiek w życiu zastanowiłeś się choć przez chwilę nad tem co nazywają miłością?»
 «System mój — odpowiedział Velasquez — obejmuje całą naturę, a tem samem musi zawierać wszelkie uczucia jakie ta umieściła w sercu ludzkiem. Zgłębiłem je wszystkie i oznaczyłem, szczególniej zaś udało mi się co do miłości, gdyż odkryłem że można było z wszelką łatwością wyrażać ją za pomocą algebry, a jak wiesz pani, kwestye algebraiczne ulegają rozwiązaniom które nic nie pozostawiają do żądania. W istocie, przypuśćmy że miłość jest rzeczywistą wartością oznaczoną znakiem więcej; nienawiść jako przeciwległa miłości podpadnie wyrażeniu przez znak mniej, obojętność zaś jako uczucie żadne, będzie równała się zeru.
 «Jeżeli następnie pomnożę miłość przez miłość, czyli powiem że kocham miłość albo lubię kochać miłość, wypadną mi zawsze wartości dodalne — więcej bowiem przez więcej daje zawsze więcej. Z drugiej strony, jeżeli nienawidzę nienawiść, wchodzę tem samem w uczucia miłości, czyli w ilości dodatne, i dla tego to mniej przez mniej, daje więcej.
 Nawzajem jeżeli nienawidzę nienawiść nienawiści, wkraczam w uczucia przeciwne miłości, to jest w wartości odjemne, sześcian bowiem z mniej, daje mniej.
 Co do wypadków miłości przez nienawiść, lub nienawiści przez miłość, te są zawsze odjemne, zupełnie jak więcej przez mniej, lub mniej przez więcej, dają zawsze mniej. W istocie bowiem, czy to nienawidzę miłość lub też kocham nienawiść, wiecznie pozostaję w uczuciach przeciwnych miłości. Czy masz piękna Lauro co do zarzucenia temu dowodzeniu?»
 «Wcale nic — odpowiedziała Żydówka — owszem jestem przekonaną, że niema kobiety któraby nie uległa podobnemu rozumowaniu.»
 «Wcale by mnie to nie cieszyło — odparł Velasquez — gdyż ulegając tak śpiesznie, straciłaby następstwo moich równań czyli wniosków wypadających z moich zasad. Tymczasem postępuję dalej w mojem dowodzeniu. Panieważ więc miłość i nienawiść mają się do siebie zupełnie jako wartości dodatne do odjemnych, wypada zatem że zamiast nienawiści mogę napisać mniej miłość, co wszelako nie należy uważać za jedno z obojętnością, której istota równa się zeru.
 Teraz, wpatrz się dobrze w postępowanie dwojga kochanków. Kochają się, nienawidzą, później nienawidzą nienawiść którą mieli do siebie, dalej kochają się więcej niż kiedykolwiek, dopóki odjemny czynnik nie zamieni wszystkich ich uczuć na nienawiść. Niepodobna zatem nie poznać w tych przemianach kolejno działających, potęg dodatnych i odjemnych. Nakoniec powiadają ci, że kochanek zamordował swoją kochankę i sama niewiesz co o tem myślić, czy to jest wypadek miłości czyli też nienawiści. Tak samo w algebrze, przychodzisz do mniej, do więcej, do pierwiastku z X ile razy tylko wykładniki są nieparzyste.
 Dowodzenie to do tego stopnia jest prawdziwem, że często widzisz, jak miłość zaczyna się przez pewien rodzaj odrazy, małą wartość odjemną którą możemy wyrazić przez mniej B. Odraza ta sprowadzi kłótnię, którą oznaczymy przez mniej C. Wypadek dwóch tych ilości będzie więcej BC, czyli wartością rzeczywistą, jednem słowem uczuciem miłości.»
 Tu chytra Żydówka przerwała Velasquezowi, mówiąc: «Mości książę, jeżeli dobrze cię zrozumiałam, najlepiej byłoby wyrazić miłość za pomocą rozwinięcia potęg A — X przypuszczając A daleko mniejszem od X.»
 «Zachwycająca Lauro — rzekł Velasquez — odgadujesz moje myśli. Tak jest, czarowna kobieto, formuła binomu, wynalezionego przez kawalera Don Newtona, powinna nam przewodniczyć w badaniach nad sercom ludzkiem, jak w ogóle we wszystkich naszych wyrachowaniach.»
 Po tej rozmowie, rozłączyliśmy się; ale łatwo było spostrzedz, że piękna Żydówka wywarła silne wrażenie na umyśle i sercu Velasqueza. Poniewiaż on równie jako i ja pochodził z Gomalezów, nie wątpiłem że chciano użyć wpływu zalotnej kobiety, dla namówienia go do przejścia na wiarę proroka. Dalszy ciąg pokaże że nie myśliłem się w moich wnioskach.



DZIEŃ TRZYDZIESTY CZWARTY.
 Razem ze wschodem słońca dosiedliśmy koni. Żyd wieczny tułacz nie sądząc abyśmy mogli tak wcześnie się wybrać, znacznie się był oddalił. Długo czekaliśmy na niego, wreszcie pokazał się, zabrał zwykłe miejsce obok mnie i tak zaczął mówić:

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Godła nigdy nam nie przeszkadzały wierzyć w jednego Boga wyższego nad wszystkich. Wyrazy Thota nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Oto jest ich treść:
 «Jeden ten Bóg jest niewzruszonym w odosobieniu swojej jedności. Nic innego, nawet rozum nie może się z nim połączyć.
 On jest swoim własnym ojcem, swoim własnym synem i jedynym ojcem Boga. On jest dobrem, jest źródłem wszystkich pojęć i wszystkich pierwiastkowych istot.
 Ten Bóg jeden i jedyny, tłumaczy się sam z siebie, ponieważ wystarcza samemu sobie. On jest zasadą, Bogiem Bogów, monadą jedności, początkiem istnienia, a ponieważ był przed pojęciem przeto nosi nazwisko Noetarchy.»
 Widzicie zatem moi przyjaciele, mówił dalej Cheremon, że niepodobna mieć o Bóstwie wznioślejszych pojęć od naszych, ale sądziliśmy że będzie nam wolno ubóstwić pewną część przymiotów Boga i stosunków jego z nami, czyli podnieść niektóre osoby do godności Bóstwa.
 Tak naprzykład: myśl Bożą nazywany «Emeth», gdy zaś takowa słowami się wyobraża nazywamy ją «Toth» czyli przekonaniem, lub też «Armeth» to jest wykładem.
 Skoro myśl Boża, zawierająca prawdę schodzi na ziemię, i wprowadza w działalność siłę płodności, w ówczas nazywa się «Ammoun». Gdy ta sama myśl dodaje do tego pomoc sztuki, w ówczas nazywamy ją «Phtą» czyli wulkanem; gdy zaś pokazuje się w niesłychanej dobroczynności, nosi nazwisko Ozyrisa.
 «Uważamy Boga za jedność, wszelako nieskończona ilość dobroczynnych stosunków jakie raczy mieć z nami, sprawia że pozwalamy sobie bez ubliżania jego czci, uważać go za istotę zbiorową, gdyż w istocie jest on zbiorowym i nieskończenie rozmaitym w przymiotach jakie w nim spostrzegamy.
 Co się tyczy duchów, wierzymy że każdy z nas ma ich dwóch przy sobie, to jest złego i dobrego. Dusze bohaterów najbliższe są natury tych duchów i przewodniczą w szeregu dusz.
 Bogowie co do ich istoty mogą dać się przyrównać do eteru, bohaterowie i duchy do powietrza, zwyczajne zaś dusze mają już w sobie coś ziemskiego. Opatrzność boską przyrównywamy do światła które zapełnia wszystkie przestrzenie między światami. Dawne podania prawią nam także o potęgach anielskich czyli posłanniczych, których obowiązkiem jest oznajmiać rozkazy Boga, i o innych potęgach jeszcze wyższego stopnia, które Żydzi helleńscy nazwali archontami lub archaniołami.
 Ci z pomiędzy nas którzy poświęcili się kapłaństwu, są w przekonaniu że otrzymali władzę sprowadzania obecności bogów, duchów, aniołów, bohaterów i dusz. Wszelako nie mogą wykonać tych teurgji bez naruszenia ogólnego porządku wszech świata. Gdy bogowie schodzą na ziemię, słońce i księżyc skrywają się na jakiś czas przed wzrokiem śmiertelnych.
 Archaniołowie otoczeni są jaśniejszem światłem niż aniołowie. Dusze bohaterów mają mniej blasku aniżeli aniołów, jednakże więcej niż dusze zwykłych śmiertelników, które są nader zacienione skutkami materyalnego cieniu.
 Książęta zwierzyńca niebieskiego przedstawiają się pod nader wspaniałemi postaciami; nadto rozróżniamy massę szczególnych okoliczności towarzyszących ukazywaniu się rozmaitych istot i służących do odróżniania jednych od drugich. Tak naprzykład: złe duchy, można poznać po złośliwych wpływach jakie w ślad za niemi ciągną.
 Co do bałwanów, wierzymy, że jeżeli wyrabiamy je pod pewnemi wróżbami niebieskiemi, lub też z pewnemi uroczystościami teurgicznemi, naówczas możemy ściągnąć na nie niejakie cząstki istoty boskiej. Jednakowoż sztuka ta jest tak zwodniczą i niegodną prawdziwej świadomości Boga, że zwykle zostawiamy ją kapłanom daleko niższego stopnia aniżeli ten do którego mam zaszczyt należeć.
 Skoro który z naszych kapłanów wywołuje bogów, pod pewnym względem uczestniczy do ich istoty. Wszelako nie przestaje być człowiekiem, ale tylko natura boska przenika go do pewnego stopnia i łączy się w pewnym punkcie z Bogiem. Znalazłszy się w takim stanie, z łatwością może rozkazywać duchom nieczystym czyli ziemskim i wypędzać je z ciał które opętały. Czasami nasi kapłani, mieszając kamienie, zioła i pierwiastki zwierzęce, tworzą mieszaninę godną na ofiarę dla bogów; atoli prawdziwym węzłem łączącym kapłana z bóstwem, jest modlitwa.
 Wszystkie te obrzędy i dogmata jakie wam wyłożyłem, nieprzypisujemy wcale Thotowi, czyli trzeciemu Merkuremu który żył za Ozymandjasa, ale prorokowi Bytysowi który istniał na dwa tysiące lat przedtem i wytłumaczył zasady pierwszego Merkurego; atoli, jak to wam już mówiłem, czas wiele dodał, przemienił, tak że niesądzę aby ta dawna religia miała się dostać do nas w pierwotnym jej składzie. Nakoniec, jeżeli mam już wam wszystko powiedzieć, nasi kapłani czasami odważają się grozić własnym bogom i wtedy podczas ofiary tak się wyrażają: «Jeżeli nie spełnicie mego żądania, odsłonię najskrytsze tajniki Izydy, wyjaśnię tajemnice otchłani, zdruzgocę skrzynię Ozyrysa i rozsypię jego członki.»
 Wyznam wam, że wcale nie potwierdzam tych formuł, od których nawet Chaldejczykowie zupełnie się wstrzymują.»
 Gdy Cheremon doszedł był do tego miejsca swojej nauki, jeden z niższych kapłanów uderzył w dzwon na północ, ponieważ jednak i wy także zbliżacie się do miejsca waszego noclegu, pozwólcie zatem abym odłożył na jutro dalszy ciąg mego opowiadania. —
 Żyd wieczny tułacz oddalił się, Velasquez zaś zapewnił nas że nic nie dowiedział się nowego i wszystko to można było znaleźć w księdze Jambliza. «Jestto dzieło, dodał, które czytałem z wielką uwagą i nigdy nie mogłem pojąć jakim sposobem krytycy, którzy uważali za wiarogodny list Porfira do Anebona Egipcyanina, nie przyznawali tego odpowiedzi jaką Abamon udzielił był Porfirowi. Ja mniemam przeciwnie, że Porfir zlał tylko w jedno w swojem dziele odpowiedź Abamona i dodał niektóre własne uwagi nad filozofami greckimi i Chaldejczykami.»
 «Ktokolwiek to był Anebon czy Abamon, — rzekł Uzeda — mogę zaręczyć że Żyd mówił wam szczerą prawdę.»
 Przybyliśmy na nocleg i po wieczerzy cygan mając czas wolny, tak dalej jął rozpowiadać:

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Młody Soarez opowiedziawszy mi jak skończyło się pierwsze jego spotkanie w Buen-Retiro, nie mógł oprzeć się snowi, którego w istocie gwałtownie do odzyskania sił potrzebował. Wkrótce zasnął głęboko, następnej jednak nocy w te słowa prowadził:

DALSZY CIĄG HISTORYI LOPEZA SOAREZ.
 Opuściłem Buen-Retiro z sercem przepełnionem miłością dla pięknej nieznajomej i oburzeniem przeciw Busquerowi. Nazajutrz, a była to właśnie niedziela, sądziłem że spotkam w którym kościele przedmiot moich marzeń. Przebiegłem trzy nadaremnie, wreszcie znalazłem ją w czwartym. Poznała mnie, po mszy wyszła z kościoła i przechodząc zbliżyła się ku mnie i rzekła półgłosem: «To był portret mego brata.»
 Już była znikła a ja stałem jeszcze jak przykuły na mojem miejscu, oczarowany temi kilkoma słowami które usłyszałem, byłem bowiem przekonanym że obojętność nie byłaby jej podała tej uspokajającej mnie myśli.
 Wróciwszy do gospody, kazałem przynieść sobie obiad, w nadziei że tym razem uniknę mego nieproszonego gościa, ale wraz z pierwszem daniem wszedł Burqueros krzycząc na całe gardło: «Señor Don Lopez, odmówiłem dwadzieścia zaproszeń, ale oświadczyłem ci już że jestem zupełnie oddany na twoje usługi.»
 Wzięła mnie chętka powiedzenia czegoś nieprzyjemnego memu natrętowi, ale przypomniałem sobie zakaz mego ojca dobywania szpady, musiałem więc mimowolnie unikać kłótni.
 Busqueros kazał sobie przynieść nakrycie, zasiadł i obracając się do mnie z uradowaną twarzą, rzekł: «Przyznaj Señor Don Lopez że wybornie popisałem się wczoraj. Niby niechcący uprzedziłem młodą osobę że jesteś synem jednego z najbogatszych negocyantów Kadyxu. Wprawdzie udała ona gniew niepohamowany, ale to tylko dla tego aby cię przekonać że bogactwa nie sprawiają na jej sercu żadnego wrażenia. Nie wierz temu Señor Don Lopez. Jesteś młody, przystojny, masz rozum, ale pamiętaj że w każdej twojej miłostce złoto ci nie zaszkodzi. Ze mną naprzykład rzecz ma się inaczej. Gdy mnie kochają to tylko dla mnie, i nigdy nie wzbudziłem namiętności w której by uważano za coś mój majątek.»
 Busqueros, długo jeszcze wygadywał podobne niedorzeczności, wreszcie zjadłszy obiad odszedł. Nad wieczorem udałem się do Buen-Retiro, wszelako z tajemnem przeczuciem że tym razem nie spotkam mojej nieznajomej. W istocie nie przyszła, ale natomiast zastałem tam Busquera który przez cały wieczór już mnie nie odstąpił.
 Nazajutrz, znowu przyszedł na obiad i wychodząc oświadczył mi że wieczorem zejdzie się ze mną w Buen-Retiro. Odpowiedziałem że mnie tam nie zastanie, będąc zaś przekonanym że niezaufa memu słowu, nad wieczorem skryłem się do pewnego sklepu przy drodze do Buen-Retiro i po chwili spostrzegłem Busquera który śpieszył na miejsce schadzki, gdzie gdy mnie nie znalazł, niebawem wrócił cały zafrasowany. Wtedy sam czemprędzej udałem się do Buen-Retiro i przeszedłszy się kilka razy po głównej alei, spostrzegłem moją piękną nieznajomą. Zbliżyłem się do niej z uszanowaniem, które o ile mogłem uważać dość jej się podobało, nie wiedząc jednakże czyli miałem jej podziękować za to co mi powiedziała w kościele. Ona sama znać chciała wywieść mnie z kłopotu gdyż przybrała śmiejącą postać i rzekła: «Utrzymujesz pan, że należy się przyzwoita nagroda temu który znalazł stracony przedmiot i dla tego znalazłszy ten portret, chciałeś dowiedzieć się jakie mam stosunki z jego oryginałem. Teraz znasz je pan, niepytaj się zatem o nic więcej, chybabyś znowu znalazł jaką rzecz do mnie należącą, gdyż w ówczas bezwątpienia znowu rościłbyś prawo do nowych nagród. Wszelako nie wypada aby nas widziano przechadzających się razem. Żegnam pana ale niezabraniam mu zbliżać się do mnie ile razy będziesz miał mi co do powiedzenia.»
 To mówiąc nieznajoma wdzięcznie mi się skłoniła, odpowiedziałem jej na to głębokim ukłonom, po czem oddaliłem się do sąsiedniej i równoległej alei, spoglądając często na tę którą tylko co porzuciłem.
 Nazajutrz z rana, zajęty powstającem we mnie uczuciem i rozmyślając nad jego postępami, osądziłem że może ta chwila nie jest bardzo daleką, w której piękna Ineza da mi prawo pisania do niej; ponieważ zaś nigdy w życiu nie pisałem miłosnych listów, zdało mi się ze powinienem był wprawić się nieco w styl. Wziąłem więc pióro do ręki i napisałem list następującej treści:

«Lopez Soarez do Inezy ***
 Drżąca moja ręka zgodnie z bojaźliwem uczuciem obawia się kreślić te wyrazy. W istocie cóż mogą one przedstawić? Jakiż śmiertelnik zdoła pisać idąc za głosem miłości? gdzież pióro które godnie go na papier przeniesie?
 Chciałbym w niniejszem zebrać wszystkie myśli moje, ale cóż gdy one uciekają przedemną; błądzą zapewne po ścieżkach Buen-Retiro, zatrzymują się na piasku który ślady stóp twoich zatrzymał, i nie mogą się ztamtąd oderwać.
 Czyliż w istocie ten ogród naszych królów jest tak pięknym jak mi się wydaje? Nie — bez wątpienia, urok jest w moich oczach, a ty Pani jesteś jedyną jego przyczyną. Czyliż miejsca te byłyby tak opuszczonemi, gdyby drudzy widzieli w nich te piękności jakie ja za każdym krokiem odkrywam?
 W tym ogrodzie, trawnik świeżej zielenieje, jaśmin tchnie bardziej balsamicznym zapachem i krzewy pod któremi przeszłaś zazdrosne swego miłosnego cienia, z większą siłą opierają się palącym promieniom słońca. A przecież tylko przeszłaś pod niemi, cóż się więc stanie z sercem w którem pani zostaniesz na wieki?»
 Dokończywszy tego listu, od czytałem go i spostrzegłem w nim pełno niedorzeczności, — dla tego też nie chciałem ani go oddać ani odesłać. Tymczasem, niby dla przyjemnego złudzenia zapieczętowałem go i podpisałem: «Do pięknej Inezy» poczem wrzuciłem go do szuflady.
 To uczyniwszy, przyszła mi chęć wyjścia na przechadzkę. Przebiegłem ulice Madrytu i przechodząc obok gospody pod Białym Lwem, pomyślałem że dobrze uczynię jeżeli tu zjem obiad i tym sposobem uniknę przeklętego natręta. Jakoż kazałem sobie dać obiad i następnie wróciłem do mojej gospody.
 Otworzyłem szufladę gdzie leżał mój list miłosny, ale z wielkiem podziwieniem wcale go nie znalazłem. Pytałem moich służących, którzy powiedzieli mi że wyjąwszy Busquera nikt więcej u mnie nie był. Niewątpiłem że on go zabrał i byłem bardzo niespokojny co z nim pocznie.
 Nad wieczorem, nie poszedłem prosto do Buen-Retiro ale skryłem się do tego samego sklepu który mi już służył poprzednio. Wkrótce spostrzegłem karetę pięknej Inezy i Busquera biegącego za nią z całych sił i pokazującego list który trzymał w ręku. Łotr tak krzyczał i wywijał rękami że zatrzymano karetę i oddał list do własnych rąk. Następnie kareta potoczyła się ku Buen-Retiro, Busqueros zaś poszedł w przeciwną drogę.
 Nie mogłem przewidzieć końca tej przygody i zwolna zdążałem ku ogrodowi. Zastałem tam już piękną Inezę siedzącą wraz z swoją towarzyszką na ławce przypartej altany. Dała mi znak abym zbliżył się, kazała usiąść i rzekła: «Chciałam kilka słów z panem pomówić. Naprzód proszę cię abyś raczył mi powiedzieć dla czego napisałeś mi te wszystkie niedorzeczności i następnie dla czego użyłeś do oddania mi ich tego człowieka, którego zuchwalstwo, jak wiesz, już raz mi się nie podobało?»
 «Nie mogę zaprzeczyć, odrzekłem, że ja ten list pisałem, wszelako nigdy nie miałem zamiaru wręczenia go pani. Napisałem go jedynie dla własnej przyjemności i schowałem go do szuflady z której wykradł go ten niegodziwiec Busqueros, który od czasu mego przybycia do Madrytu jak zły duch ciągle mnie ściga.»
 Ineza, zaczęła śmiać się i odczytała mój list z twarzą dość zadowoloną. «Nazywasz się pan Lopez Soarez — czy jesteś pan krewnym tego samego i bogatego Soareza, negocyanta z Kadyxu?»
 Odpowiedziałem że jestem jego synem. Ineza wszczęła rozmowę o rzeczach obojętnych i udała się ku swojej karecie. Zanim wsiadła do powozu, rzekła: «Nie wypada abym zatrzymywała przy sobie podobne niedorzeczności, oddaję je panu z warunkiem jednak abyś ich nie zgubił. Być może że się jeszcze kiedy o nie zapytam.» Oddając mi list, Ineza ścisnęła mnie lekko za rękę.
 Dotychczas, nigdy żadna kobieta nie ścisnęła mnie za rękę. Wprawdzie widziałem podobne przykłady w romansach, ale czytając nie mogłem sobie dostatecznie wyobrazić roskoszy jaka z takiego uściśnięcia wynikała. Znalazłem zachwycającym ten sposób wyrażania uczuć i wróciłem do domu najszczęśliwszym z ludzi.
 Nazajutrz, Busqueros znowu uczynił mi zaszczyt obiadowania ze mną. «No cóż — rzekł — list doszedł swego przeznaczenia? Widzę po twarzy pańskiej że sprawił pożądane wrażenie.» Musiałem wyznać że byłem mu winien pewną wdzięczność.
 Nad wieczorem, poszedłem do Buen-Retiro. Zaraz przy wchodzie spostrzegłem Inezę która poprzedzała mnie o pięćdziesiąt kroków. Była sama, służący tylko szedł za nią zdaleka. Obróciła się, później szła dalej i upuściła wachlarz. Podjąłem go czemprędzej. Przyjęła go z wdzięcznym uśmiechem i rzekła: «Obiecałam panu przyzwoitą nagrodę, ile razy tylko powrócisz mi jaki stracony przedmiot. Usiądźmy na tej ławce i zastanówmy się nad tą ważną sprawą.»
 Zaprowadziła mnie do tej samej ławki na której ją wczoraj widziałem i tak dalej mówiła: «Gdy odniosłeś mi pan, zgubiony portret, dowiedziałeś się że należał do mego brata, o czemże teraz chcesz się dowiedzieć?»
 «Ach pani — odpowiedziałem — pragnę dowiedzieć się kto pani jesteś, jak się nazywasz i od kogo zależysz?»
 «Mógłbyś pan myślić — rzekła Ineza — że twoje bogactwa mnie zaślepiły, ale pozbędziesz się tej myśli gdy usłyszysz że jestem córką człowieka równie bogatego jak twój ojciec, — bankiera Moro.»
 «Sprawiedliwe nieba! — zawołałem — mamże wierzyć moim uszom? Ach pani, jestem najnieszczęśliwszym z ludzi; nie wolno mi myślić o tobie pod kąrą przeklęstwa mego ojca, mego dziada i mego pradziada Inniga Soarez, który przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyxie. Teraz śmierć mi tylko pozostaje!»
 W tej chwili głowa Don Busquera, przedarła się przez altanę do której nasza ławka była przypartą i pokazując się między mną a Inezą, rzekła: «Nie wierz mu pani, on tak zawsze czyni gdy chce się kogo pozbyć. Niedawno, mało dbając o moją znajomość, dowodził że ojciec zakazał mu wdawać się ze szlachtą, teraz lęka się obrazić swego pradziada Inniga Soarez, który przebywszy wiele mórz założył dom handlowy w Kadyxie. Nie trać pani odwagi. Te małe Krezusy, zawsze z trudnością chwytają za haczyk, ale prędzej czy później przychodzi na nich kolej.»
 Ineza powstała w najwyższem oburzeniu i wróciła do swojej karety. —
 Gdy cygan doszedł do tego miejsca swego opowiadania, przerwano mu i już go więcej nie widzieliśmy.




DZIEŃ TRZYDZIESTY PIĄTY.
 Wsiedliśmy na konie, zapuściliśmy się znowu w góry i po godzinnym pochodzie, spostrzegliśmy Żyda wiecznego tułacza. Zajął zwykłe miejsce i temi słowy opowiadał dalej swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Następnej nocy, szanowny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić: «Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu jaki mu nadał Plato. Chcę wam mówić o wierze w słowo czyli w mądrość Boską, którą my nazywamy raz «Mander», to znowu «Meth» lub też czasami «Thot», to jest przekonaniem.
 Jest jeszcze inny dogmat o którym muszę was uwiadomić a który wprowadził jeden z trzech Thotów, nazwany Trismegistą czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował Bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi, mianowicie na samego Boga któremu nadał nazwisko ojca, następnie na słowo i ducha.
 Te są nasze dogmata. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas kapłanów. Wykonywanie cnoty, post, modlitwa, powinny składać tryb naszego życia.
 Pokarmy roślinne które pożywamy, nie zapalają w nas krwi i z większą łatwością pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa, wystrzegają się wszelkich stosunków z kobietami.
 Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metampsykosy, która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiąset laty gdy Pytagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjętą. Nasza dawna mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazywanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki.
 Mówiłem wam już że religie, jak wszystkie inne rzeczy, zmieniają się na świecie.
 Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte tajemnice, wkrótce o wszystkiem się do wiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet do nich należeli, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologji. Otwórzcie historyka Herodota, on należał do naszych tajemnic i za każdym krokiem szczyci się tem, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem Bogów greckich, jak taki któryby nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To co on nazywa świętą mową, nie miało żadnej styczności z historyą. Były to, jak Rzymianie nazywali, «turpi loquentia» czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept zwykle musi wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przystojność. W Eleusis mówią mu o Bunbie który przyjmował u siebie Ceres, we Frygji zaś o miłostkach Bachusa. W Egipcie, wierzymy że ta bezwstydność jest godłem oznaczającem nikczemność istoty materyi, i więcej nic w tej wierze nie wiemy.
 Pewiem znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach, napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam że nie wie zkąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był wieszczkiem a tem samem wiedzącym o wszystkich tajemnicach religji rzymskiej. Niewiadomość przebijająca się we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam że nic nie skorzystalibyście na poznaniu tajemnic naszej wiary. Wszystkie one sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandyasa. Cześć Apisa i Mnewisa, wprowadził do Egiptu Keachus przed trzema tysiącami lat.
 Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historyę bogów, ani nawet na myśl w godłach ukrytą, jednakże zaprowadzenie tajemnic potrzebnem było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie ważne winy do zarzucenia, lub który zmazał swe ręce zabójstwem, staje przed kapłanami tajemnie, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, towarzystwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów a którzy następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.
 W tajemnicach Mithry, podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystyą. Grzesznik pogodzony z Bogiem zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego jakie dotąd prowadzi.»
 Tu przerwałem Żydowi, czyniąc mu uwagę że zdawało mi się jakoby Eucharystya wyłącznie należała do religji chrześcijańskiej. Naówczas Velasquez zabrał głos i rzekł: «Przebacz mi ale słowa Żyda wiecznego tułacza zgadzają się zupełnie z tem co sam czytałem w pismach Ś. Justyna męczennika, który dodaje nawet, że złe duchy tylko, mogły wprzódy wprowadzić obrzęd do jakiego sami chrześcijanie mają wyłączne prawo. Racz więc Señor żydzie, mówić dalej.»
 Żyd wieczny tułacz tak dalej ciągnął swoje opowiadanie.
 «Tajemnice — rzekł Cheremon — mają jeszcze jedną uroczystość wszystkim wspólną. Gdy Bóg jaki umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, poczem Bóg z wielką wszystkich radością zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują że godło to wyobraża słońce, ale pospolicie widzą w niem ziarna powierzone ziemi.
 Oto jest wszystko mój młody izraelito, dodał kapłan, co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci że sądzę iż ani moja ani twoja religia nie wystarcza już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok do koła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.
 W Palestynie, lud tłumem wychodzi na puszczę ażeby słuchać nowego proroka który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widzicie therapeutów czyli uzdrowicielów Magów, którzy do naszej, mieszają wiarę Persów. Młody Apollonius, przechodzi z miasta do miasta z swemi jasnemi włosami i udaje Pytagoresa; kuglarze podają się za kapłanów Izydy; porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na jej ołtarzach.» —
 Gdy Żyd wieczny tułacz kończył te słowa, spostrzegł że zbliżaliśmy się do miejsca noclegu i przepadł gdzieś w wąwozie.
 Wziąłem na stronę księcia Velasqueza i rzekłem mu: «Pozwól abym zapytał cię: co myślisz o rzeczach które nam Żyd wieczny tułacz opowiada? Mniemam że nienależy nam wszystkiego słuchać, większa bowiem część tych rzeczy sprzeciwia się wierze jaką wyznajemy.»
 «Señor Alfonsie — odparł Velasquez — to uczucie pobożności przynosi ci zaszczyt w oczach każdego myślącego człowieka. Wiara moja, śmiem to utrzymywać, jest bardziej oświeconą od twojej, chociaż równie gorącą i czystą. Najlepszy tego dowód masz w moim systemie o którym kilkakrotnie ci wspominałem, a który jest tylko szeregiem uwag nad Bóstwem i jego nieskończoną mądrością. Sądzę zatem Señor Alfonsie że to czego ja spokojnie słucham, możesz także słyszyć z czystem sumieniem.»
 Odpowiedź ta Velasqueza uspokoiła mnie zupełnie, wieczorem zaś cygan mając wolny czas, tak dalej jął opowiadać swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Młody Soarez, opowiedziawszy mi smutną swoją przygodę w ogrodzie Buen-Retiro, nie mógł oprzeć się ogarniającemu go snowi, zostawiłem go więc w spokoju; ale następnej nocy, gdy znowu przyszedłem czuwać przy nim, prosiłem go aby względem dalszych wydarzeń raczył zadowolić moją ciekawość, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORYI LOPEZA SOAREZ.
 Ciągle byłem przepełniony miłością dla Inezy i, jak możesz domyślić się, oburzeniem przeciw Busquerowi. Pomimo to jednak, nazajutrz razem z wazą, zjawił się nieznośny natręt. Zaspokoiwszy pierwszy głód, rzekł: «Pojmuję, Señor Don Lopez, że w twoim wieku niemasz ochoty do małżeństwa, ale przyznam że dziwnem wydało mi się z twojej strony, pokładanie za wymówkę młodej dziewczynie, obawę gniewu twego pradziada Inniga Soarez, który przebywszy wiele mórz założył dom handlowy w Kadyxie. Twoje szczęście Don Lopez, że przecie naprawiłem jakoś całą rzecz.»
 «Señor Don Roque — odpowiedziałem — racz przydać jeszcze jedną przysługę do tych jakie mi wyświadczyłeś: nie chodź dziś wieczorem do Buen-Retiro. Jestem przekonany że piękna Ineza wcale tam nie przyjdzie, jeżeli zaś ją zastanę, bezwątpienia nie będzie chciała słowa do mnie przemówić. Jednakowoż, muszę usiąść na tej samej ławce na której wczora ją widziałem, opłakiwać tam moje nieszczęście i narzekać do woli.»
 Don Roque przybrał zagniewaną postać i rzekł: «Słowa jakie Señor Don Lopez do mnie wyrzekłeś mają w sobie coś nader obrażającego i mogą naprowadzić mnie na myśl, że poświęcenie moje nie miało szczęścia przypadnięcia ci do smaku. Wprawdzie, mógłbym wygodnie pozwolić ci samemu narzekać i opłakiwać twoje nieszczęścia, ale z drugiej strony, piękna Ineza mogłaby nadejść, a jeżeli mnie tam niebędzie, kto w ówczas naprawi twoje niedorzeczności? Nie, Señor Don Lopez, zbyt jestem wylanym na twoje usługi ażebym miał ci być w tem posłusznym.»
 Don Roque, wyszedł natychmiast po obiedzie, ja zaś przeczekałem upał i udałem się drogą ku Buen-Retiro, ale wprzódy nie omieszkałem skryć się na jakiś czas w moim sklepiku. Busqueros zjawił się niebawem, poszedł mnie szukać do Buen-Retiro i nieznalazłszy swego amfitryona, wrócił i udał się, jak sądziłem, drogą do Prado. Naówczas opuściłem moją kryjówkę i poszedłem w te same miejsca w których doznałem już tyle roskoszy i zmartwień. Usiadłem na wczorajszej ławce i zacząłem gorzko płakać.
 Nagle uczułem że ktoś uderzył mnie w ramię. Mniemałem że to był Busqueros i odwróciłem się z gniewem, gdy w tem spostrzegłem Inezę, uśmiechającą się z anielskim wdziękiem. Usiadła obok mnie, kazała oddalić się swojej towarzysze i tak zaczęła mówić: «Kochany Soarez, rozgniewałam się wczoraj na ciebie gdyż nie zrozumiałam dla czego mówiłeś mi o twoim dziadzie i pradziadzie, ale zasięgnąwszy bliższych wiadomości, dowiedziałam się że już prawie od wieku dom wasz nie chce mieć żadnych stosunków z naszym i to dla nader błahych jak utrzymują powodów. Jeżeli jednak z twojej strony zachodzą trudności i mnie na nich nie zbywa. Mój ojciec oddawna już rozrządził mną i lęka się abym nie przedsięwzięła zamiarów małżeńskich, przeciwnych jego widokom. Dla tego zabrania mi często wychodzić i bywać w Prado a nawet w teatrze. Czasami tylko, gwałtowna potrzeba odetchnięcia świeżem powietrzem zmusza go że pozwala mi przyjeżdżać tu z moją ochmistrzynią i to dla tego, że mało kto tu przychodzi, może więc być o mnie zupełnie spokojnym. Przyszłym moim małżonkiem jest pewien magnat neapolitański, nazwiskiem książę Santa-Maura. Zdaje mi się że pan ten pragnie tylko mego majątku dla podratowania swego. Zawsze czułam nieprzezwyciężony wstręt do tego związku i uczucie to powiększyło się jeszcze od chwili gdy cię poznałam. Mój ojciec jestto człowiek nieugiętego sposobu myślenia, wszelako pani d’Avaloz, jego najmłodsza siostra, ma wielką nad nim władzę. Kochana ta ciotka nader jest do mnie przywiązaną, niecierpi zaś neapolitańskiego księcia. Mówiłam jej o tobie, pragnie cię poznać, odprowadź mnie więc do mego powozu a przy bramie ogrodowej znajdziesz jednego ze służących pani d’Avaloz, który cię do niej zawiedzie.»
 Mowa ta zachwycającej Inezy, przepełniła mnie radością i tysiące czarownych nadziei ogarnęło mają duszę. Odprowadziłem Inezę do karety, poczem udałem się do jej ciotki. Miałem szczęście podobania się pani d’Avaloz, wracałem do niej następnych dni o tej samej godzinie i zawsze zastawałem u niej piękną jej siostrzenicę.
 Szczęście moje trwało przez sześć dni. Siódmego, dowiedziałem się o przybyciu księcia Santa-Maura. Pani d’Avaloz kazała mi nie tracić odwagi, służąca zaś z jej domu, tajemniczo oddała mi list następującej treści:

«Ineza Moro do Lopeza Soarez.
 Nienawistny człowiek, któremu mnie przeznaczono, przybył do Madrytu; orszak jego, cały nasz dom zapełnia. Pozwolono mi oddalić się w głąb mieszkania z którego okno wychodzi na uliczkę Augustyanów. Okno nie jest zbyt wysokiem, będziem więc mogli parę chwil z sobą pomówić. Muszę zawiadomić cię o niektórych rzeczach ważnych dla naszego szczęścia. Przyjdź jak tylko noc zapadnie.»
 Otrzymałem ten list o piątej, słońce zachodziło o dziewiątej, pozostawało mi więc jeszcze cztery godzin z któremi nie wiedziałem co począć. Postanowiłem udać się do Buen-Retiro. Widok tych miejsce pogrążał mnie zawsze w słodkich marzeniach, na których, sam niewiedząc kiedy, spędzałem długie godziny. Już przeszedłem się był kilka razy po ogrodzie gdy zdaleka spostrzegłem wchodzącego Busquera. Z początku chciałem wdrapać się na stojący w pobliżu sękaty dąb, ale nie czując się dość na siłach, zlazłem na ziemię, usiadłem na ławce i śmiało oczekiwałem nieprzyjaciela.
 Don Roque, zadowolony u siebie jak zawsze, zbliżył się do mnie ze zwykłą poufałością i rzekł: «No cóż, Señor Don Lopez? zdaje mi się że piękna Ineza Moro, zmiękczy nareszcie twego pradziada Inniga Soareza który przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyxie. Nie odpowiadasz mi Señor Don Lopez, dobrze więc, ponieważ chcesz milczeć, usiędę obok ciebie i opowiem ci moją historyę w której znajdziesz niektóre zadziwiające zdarzenia.»
 Postanowiłem spokojnie wycierpieć mego natręta aż do zachodu słońca, zostawiłem mu przeto wszelką wolność i Don Roque zaczął w te słowa:

HISTORYA DON ROQUE BUSQUERA.
 Jestem jedynym synem Don Błażeja Busquera, najmłodszego syna najmłodszego brata innego Busquera, który także pochodził z młodszej linji. Mój ojciec miał zaszczyt służenia królowi przez trzydzieści lat jako alfier czyli podofficer w pułku piechoty, widząc jednakże że pomimo uporczywości nigdy nie do służy się stopnia podporucznika, porzucił służbę i zamieszkał w mieścinie Allezuellos, gdzie ożenił się z młodą szlachcianką której wuj, kanonik, zostawił był sześćset piastrów dożywotniego dochodu. Jestem jedynym owocem tego związku który nie trwał długo, ojciec bowiem odumarł mnie właśnie gdy kończyłem ósmy rok życia.
 Tak zostałem na opiece mojej matki która jednak nie wiele o mnie dbała, i będąc zapewne przekonaną że dzieci potrzebowały wiele ruchu, od rana do wieczora pozwalała mi biegać po ulicy wcale się o mnie nie troszcząc. Innym dzieciom mego wieku nie pozwalano wychodzić kiedy chciały, ja więc odwiedzałem je jak najczęściej. Rodzice ich przyzwyczaili się do moich odwiedzin i w końcu wcale na mnie nie zważali. Tym sposobem nabrałem zwyczaju o każdej godzinie wchodzenia do każdego domu naszej mieściny.
 Z umysłem dziwnie skłonnym do spostrzegania, ciekawie uważałem najmniejsze szczegóły gospodarstwa naszych mieszczan i opowiadałem je potem mojej matce, która przysłuchiwała się z wielkiem upodobaniem. Muszę nawet wyznać że jej to mądrym radom winien jestem ów szczęśliwy talent mieszania się do cudzych spraw, choć często nie widzę w tem żadnej dla siebie korzyści. Był także czas w którym myślałem że sprawię wielką przyjemność mojej matce, jeżeli będę uwiadamiał sąsiadów o tem co u nas się dzieje. Skoro więc kto ją odwiedził lub rozmawiała z kimkolwiek, natychmiast biegłem o wszystkiem uwiadomić całe miasto. Wszelako rozgłos ten jej czynności wcale nie przypadł jej do smaku i niebawem porządne oćwiczenie nauczyło mnie, że należało tylko przynosić nowiny nie zaś wynosić je z domu.
 Po upływie pewnego czasu, spostrzegłem że sąsiedzi powszechnie kryli się przedemną. Mocno mnie to ubodło i przeszkody jakie mi stawiano tem więcej rozjątrzyły moją ciekawość. Wynajdowałem tysiące sposobów aby tylko módz zajrzeć wewnątrz ich mieszkań, cienkie zaś budowy z jakich składała się nasza mieścina, sprzyjały moim zamiarom. Sufity były z desek źle spojonych, nocami więc dostawałem się na poddasza, wierciłem świdrem dziury, i tak nieraz wysłuchałem nie jedną ważną domową tajemnicę. Naówczas biegłem do mojej matki, opowiadałem jej wszystko, ona zaś powtarzała nowiny przed sąsiadami, ale zawsze przed każdym z osobna.
 Domyślano się że ja przynosiłem mojej matce te wiadomości, z każdym dniem coraz bardziej mnie niecierpiano, wszystkie domy były dla mnie zamknięte, ale wszystkie szpary pootwierane; wtedy skulony gdzieś na poddaczu, przebywałem śród moich współobywateli obywając się bez ich zaproszenia, przejmowali mnie pomimowolnie i wbrew ich chęciom, zamieszkiwałem ich domy nakształt szczura. Drugi wspólny przymiot miałem z tem zwierzęciem, że zakradałem się do spiżarń i wedle możności, napoczynałem zapasy.
 Doszedłszy ośmnastu lat, matka moja oświadczyła mi że czas był abym obrał sobie jakie powołanie. Od dawna uczyniłem już wybór. Postanowiłem zostać prawnikiem, aby tym sposobem zyskać sposobność poznania tajników rodzin i mieszania się do ich spraw. Pochwalono mój zamiar i odesłano mnie na nauki do Salamanki.
 Cóż to za różnica między wielkiem miastem a mieściną w której po raz pierwszy ujrzałem światło dzienne. Cóż to za szerokie pole dla mojej ciekawości, ale zarazem jaka większość przeszkód. Domy były o kilku piętrach, szczelnie na noc pozamykane i jak gdyby na złość dla mnie, mieszkańcy drugich i trzecich piątr otwierali na noc okna dla świeżego powietrza. Poznałem za pierwszym rzutem oka, że sam niczego nie dokonam i że potrzeba było dobrać sobie towarzyszów godnych do wspierania mnie w tak niebezpiecznych przedsięwzięciach.
 Zacząłem uczęszczać na kursa prawne i przez ten czas badałem charaktery moich spółuczniów ażeby zbyt lekkomyślnie nie zmarnować zaufania. Nareszcie znalazłem czterech o których sądziłem że posiadali żądane przymioty, zebrałem ich więc i z początku chodziliśmy tylko hałasując trocha po ulicach, nareszcie gdy osądziłem że byli dostatecznie przygotowani, rzekłem do nich: «Drodzy przyjaciele, czy nie podziwiacie śmiałości z jaką mieszkańcy tego miasta przez całe noce zostawują otwarte okna. Cóż więc, czyli dla tego że wznieśli się o dwadzieścia stóp nad nasze głowy, mają mieć prawo strojenia drwinek z uczniów uniwersytetu? Sen ich krzywdzi nas, a spokojność dolega. Postanowiłem naprzód zbadać co się u nich dzieje, następnie pokazać im do czego jesteśmy zdolni.»
 Słowa te przyjęto z oklaskami, chociaż nie wiedziano jeszcze jakie są moje zamiary. Wtedy wytłumaczyłem się jaśniej: «Kochani przyjaciele, rzekłem, naprzód trzeba postarać się o drabinę przynajmniej na piętnaście stóp wysoką. Trzech z was zawinąwszy się w płaszcze, będzie mogło nieść ją z łatwością, powinni tylko spokojnie postępować jak gdyby szli jeden za drugim, wybierać stronę ulicy mniej oświeconą i trzymać drabinę od ściany. Gdy będziem chcieli użyć drabiny, oprzemy ją o okno, i podczas gdy jeden z nas wdrapie się aż do wygodnego obejrzenia mieszkania, drudzy rozstawią się w pewnej odległości dla czuwania nad powszechnem bezpieczeństwem. Powziąwszy raz wiadomości o tem co się dzieje w górnych krainach, zastanowimy się nad dalszem postępowaniem.»
 Zgodzono się jednomyślnie na mój zamiar, kazałem sporządzić lekką ale mocną drabinę, i jak tylko była skończoną, natychmiast wzięliśmy się do dzieła. Wybrałem dom przyzwoitej powierzchowności i którego okna nie były bardzo wysokie. Przystawiłem drabinę i wlazłem tak aby tylko głowę moją można było spostrzedz z wnętrza mieszkania.
 Księżyc jasno oświecał cały pokój, pomimo to w pierwszej chwili nic nie mogłem rozpoznać, wkrótce jednak spostrzegłem w łóżku człowieka który wpatrywał się we mnie błędnemi oczyma. Bojaźń jak się zdawało odjęła mu mowę, po chwili jednak odzyskał ją i rzekł: «Straszliwa i krwawa głowo przestań mnie ścigać i nie wyrzucaj mi mimowolnego morderstwa.» —
 Gdy Don Roque domawiał tych słów, zdało mi się że słońce chyliło się ku zachodowi, niemając zaś z sobą zegarka, zapytałem go o godzinę.
 To zapytanie obruszyło nieco Busquera, zmarszczył czoło i rzekł: «Mniemam, Don Lopez Soarez, że gdy przyzwoity człowiek ma zaszczyt opowiadania ci swojej historyi, wtedy nie należy przerywać mu w najbardziej zajmującem miejscu, chyba chcesz mu dać poznać, że jest, co my hiszpanie nazywamy, «Pesado» czyli nadziarzem. Nie myślę aby podobny zarzut mógł się do mnie stosować i dla tego ciągnę moją rzecz dalej.»
 — Widząc że sprawiłem wrażenie krwawej i straszliwej głowy, nadałem rysom mojej twarzy jak można najokropniejszy wyraz. Mój nieznajomy, nie mógł wytrzymać, wyskoczył z łóżka i uciekł z pokoju. Wszelako nie był sam. Młoda jakaś kobieta obudziła się, wyciągnęła z pod kołdry dwa śnieżne ramiona, i spostrzegłszy mnie wstała, zamknęła drzwi na klucz, poczem dała mi znak abym wszedł. Drabina była nieco za krótką, wsparłem się więc na ozdobach architektonicznych i postawiwszy śmiało nogę, wskoczyłem do pokoju. Młoda kobieta, przypatrzywszy mi się bliżej, poznała swoją omyłkę, ja także spostrzegłem że niebyłem tym na którego czekano. Tymczasem kazała mi usiąść, okryła się szalem i usiadłszy o kilka kroków odemnie rzekła: «Muszę panu wyznać że czekałam na jednego z moich krewnych z którym miałam pomówić o pewnych sprawach dotyczących naszej rodziny, i pojmujesz pan że jeżeli miał wejść oknem zapewne nie byłby tego uczynił bez nader ważnych powodów. Co zaś do pana, niemam zaszczytu znać go i nie rozumiem przyczyny dla której przychodzisz do mnie w godzinie niewłaściwej do oddawania odwiedzin?»
 «Nie miałem zamiaru — odrzekłem — wejścia do pani pokoju ale chciałem tylko wznieść moją głowę do wysokości okna aby się dowiedzieć jak to mieszkanie wygląda.» Naówczas uwiadomiłem gospodynię o moich upodobaniach, zajęciach, młodości i o spółce jaką zawarłem z czterema towarzyszami którzy mieli dopomagać mi w przedsięwzięciach.
 Młoda kobieta słuchała mnie z wielką uwagą, poczem rzekła: «Opowiadanie pana, wraca mu mój szacunek. Masz pan słuszność, nic nie ma w świecie przyjemniejszego jak wiedzieć co się dzieje u drugich. Od pierwszych lat mego życia, zawsze miałam to przekonanie. Teraz, niepodobna mi dłużej tu pana zatrzymywać, ale spodziewam się że nie poraz ostatni go widzę.»
 «Zanim pani obudziłaś się — rzekłem — małżonek twój uczynił mi zaszczyt wzięcia mojej twarzy za krwawą i straszliwą głowę, która przychodziła wyrzucać mu mimowolne morderstwo. Racz więc pani z kolei uczynić mi zaszczyt opowiedzenia mi tych okoliczności.»
 «Pochwalam tę ciekawość — odrzekła — przyjdź więc pan jutro o godzinie piątej wieczorem, do wielkiego ogrodu. Zastaniesz mnie tam z jedną z moich przyjaciółek. Teraz żegnam pana.»
 Młoda kobieta, z niepospolitą grzecznością odprowadziła mnie do okna, zlazłem po drabinie i połączyłem się z moimi towarzyszami, którym wiernie wszystko opowiedziałem. Nazajutrz, o godzinie piątej wieczorem, udałem się do wielkiego ogrodu. —
 Gdy tak Busqueros mówił, zdało mi się że słońce zupełnie już zachodziło, zniecierpliwiony więc rzekłem: «Señor Don Roque, zaręczam ci że ważna sprawa nie pozwala mi dłużej pozostać, sądzę przeto że będziesz mógł z wszelką łatwością skończyć twoją historyę za pierwszym razem gdy zechcesz uczynić mi zaszczyt przyjścia do mnie na obiad.»
 Busqueros, przybrał tym razem jeszcze więcej zagniewaną postać i rzekł: «Wyraźnie przekonywam się Señor Don Lopez, że chcesz mnie obrazić; w takim razie lepiej uczynisz mówiąc mi otwarcie, że uważasz mnie za bezwstydnego gadułę i nudziarza; ale nie — Señor Don Lopez, nie mogę przypuścić abyś miał tak źle o mnie trzymać, prowadzę więc dalej moje opowiadanie.»
 — Zastałem już w wielkim ogrodzie wczorajszą moją znajomą z jedną z jej przyjaciółek, wysoką, młodą i wcale nie brzydką kobietą. Usiedliśmy na ławce i młoda kobieta pragnąc abym ją bliżej poznał, tak zaczęła opowiadać szczegóły swego życia.

HISTORYA FRASQUETY SALERO.
 Jestem najmłodszą córką zacnego wojskowego, który tak dalece zasłużył się krajowi, że po jego śmierci przyznano całkowity żołd jego żonie. Moja matka, będąc rodem z Salamanki, wróciła do rodzinnego miasta z moją siostrą, nazwiskiem Dorotą, i ze mną którą nazywano w ówczas Frasquetą. Posiadała była niegdyś mały dom w oddalonej części miasta, kazała go wyporządzić zewnątrz i wewnątrz, osiadłyśmy w nim i żyłyśmy z oszczędnością odpowiadającą zupełnie skromnej powierzchowności naszego mieszkania.
 Moja matka nie pozwalała nam uczęszczać ani do teatru, ani na walki byków lub publiczne przechadzki. Sama też nie bywała u nikogo i nie przyjmowała żadnych odwiedzin. Niemając przeto żadnej zabawy, prawie całe dnie przepędzałam w oknie. Będąc z natury nader skłonną do grzeczności, skoro tylko jaki porządnie ubrany męzczyzna przechodził przez naszą ulicę, wnet ścigałam go wzrokiem lub spoglądałam na niego tak, ażeby myślał że obudził we mnie pewne zajęcie. Przechodzący zwykle nie byli nieczułymi na te oznaki grzeczności. Niektórzy składali mi głębokie ukłony, inni rzucali na mnie podobne memu wejrzenia, wszyscy zaś prawie wracali na naszą ulicę, jedynie aby mnie raz jeszcze ujrzeć. Gdy moja matka czasami spostrzegała te obroty wnet wołała na mnie: «Frasqueta! Frasqueta! co tam dokazujesz? bądź skromną i poważną jak twoja siostra, inaczej nigdy nie znajdziesz męża.» Moja matka myliła się, gdyż moja siostra dotąd jeszcze jest panną, ja zaś już przeszło od roku mam męża.
 Nasza ulica była bardzo pustą i rzadko kiedy miałam przyjemność widzenia przechodzących, których powierzchowność mogłaby zwrócić moją uwagę. Wszelako pewna okoliczność sprzyjała moim zamiarom. Tuż pod naszemi oknami, stała kamienna ławka pod ogromnem drzewem, tak że chcący mnie widzieć, mogli bezpiecznie na niej usiąść nie wzbudzając żadnego podejrzenia.
 Pewnego dnia, jakiś młody człowiek, daleko wykwintniej ubrany od tych których dotąd widziałam, usiadł na ławce, wyjął książkę z kieszeni i zaczął czytać, atoli skoro tylko mnie spostrzegł, porzucił czytanie i odtąd oczu ze mnie nie spuścił. Nieznajomy powracał następnych dni i pewnego razu zbliżył się do mego okna, jak gdyby chciał czegoś szukać i rzekł: «Czy pani nic nie upuściłaś?» Odpowiedziałam mu że nie.
 «Tem gorzej — przerwał — gdybyś pani bowiem była upuściła ten krzyżyk który nosisz na szyi, byłbym go podniósł i z radością zabrał z sobą do domu. Posiadając cośkolwiek co do ciebie pani należało, byłbym sobie wyobraził że niejestem ci tak obojętnym jak inni ludzie którzy siadają na tej ławce. Wrażenie jakie pani sprawiłaś na mojem sercu, może zasługuje abyś mnie trocha odróżniła od tłumu.» W tej chwili weszła moja matka, nie mogłam więc nic odpowiedzieć, ale odwiązałam zręcznie krzyżyk i upuściłam go na ulicę.
 Nad wieczorem, spostrzegłam dwie panie ze służącym w bogatej liberyi. Usiadły na ławce, zdjęły mantyle, naówczas jedna z nich dobyła kawałek papieru, rozwinęła go, wyjęła mały krzyżyk złoty i rzuciła na mnie nieco złośliwe spojrzenie. Byłam przekonaną że młody człowiek poświęcił tej kobiecie, pierwszy dowód mojej życzliwości, gwałtowny gniew mnie opanował, tak że przez całą noc nie zmrużyłam oka. Nazajutrz, obłudnik znowu usiadł na ławce i z wielkiem zadziwieniem spostrzegłam że dobył z kieszeni kawałek papieru, rozwinął, wyjął krzyżyk i zaczął go całować.
 Nad wieczorem, ujrzałam dwóch służących, ubranych podobnie jak wczoraj. Przynieśli stół, nakryli go, poczem odeszli i wrócili z lodami, oranżadą, czekuladą, ciastami i innemi łakotkami. Wkrótce pokazały się te same dwie panie, zasiadły na ławce i kazały podać sobie przyniesione rzeczy.
 Moja matka i siostra, które nigdy nie wyglądały oknem, nie mogły tym razem oprzeć się ciekawości, zwłaszcza słysząc brzęk talerzy i szklanek. Jedna z tych kobiet spostrzegłszy je w oknie i znalazłszy postać mojej siostry ujmującą, zaprosiła je do podwieczorku, dodając tylko, aby raczyły kazać wynieść kilka krzeseł.
 Moja matka chętnie przyjęła zaprosiny, kazała wynieść krzesła na ulicę, my zaś poprawiwszy nieco nasze ubrania, poszłyśmy podziękować pani która okazała się dla nas tak grzeczną. Zbliżywszy się do niej, spostrzegłam że bardzo była podobną do mego młodego nieznajomego i wniosłam że musiała być jego siostrą, że zapewne brat mówił jej o mnie, dał jej mój krzyżyk i że dobra siostra przyszła wczoraj pod nasze okna jedynie aby mnie zobaczyć. Wkrótce spostrzeżono że brakowało łyżek, wyprawiono więc moją siostrę; po chwili zabrakło serwet, matka moja chciała mnie posłać, ale młoda dama mrugnęła na mnie i odpowiedziałam że nie potrafię ich znaleźć, i matka moja musiała pójść sama. Skoro tylko odeszła, rzekłam do nieznajomej: «Zdaje mi się że pani masz brata, nadzwyczaj do niej podobnego.»
 «Bynajmniej — odpowiedziała — tym bratem o którym pani mówisz jestem ja sam, ale posłuchaj mnie z uwagą. Mam drugiego brata nazwiskiem książę San-Lugar, ja zaś wkrótce mam zostać księciem d’Arcos, gdyż zaślubiam dziedziczkę, tego tytułu. Nienawidzę mojej małżonki, wszelako gdybym nie przystał na ten związek, powstały by w mojej rodzinie okropne sceny, do których nie mam najmniejszego pociągu. Niemogąc rozrządzać moją ręką wedle własnej skłonności, postanowiłem zachować serce dla kogoś bardziej godnego miłości aniżeli księżniczka d’Arcos. Nie sądź pani przeto abym chciał mówić o rzeczach ubliżających twojej sławie, ale ani pani ani ja nie porzucamy Hiszpanji, przypadek może nas połączyć, w razie zaś gdyby nam go zabrakło, potrafię wynaleźć inne sposoby. Matka twoja wkrótce powróci, racz pani tymczasem przyjąć ten dyamentowy pierścień na dowód że nieskłamałem mówiąc o mojem urodzeniu. Zaklinam cię pani, nieodmawiaj tego upominku, który radbym aby wiecznie przypominał mnie twojej pamięci.»
 Matka moja wychowywała mnie w surowych zasadach, wiedziałam że nienależało od nieznajomych przyjmować podarunków, ale pewne uwagi, jakie uczyniłam naówczas a które teraz sobie przypominam, spowodowały że wzięłam pierścień. Moja matka tymczasem powróciła z serwetami i moja siostra z łyżkami. Nieznajoma pani była nader uprzedzającą tego wieczoru i wszyscy rozeszli się zadowoleni jedni z drugich. Nazajutrz równie jak następnych dni, powabny młodzieniec nie pokazał się więcej pod memi oknami. Zapewne pojechał zaślubić księżniczkę d’Arcos.
 Pierwszej niedzieli, po tym wypadku, pomyślałam że prędzej czy później odkryją u mnie pierścień, będąc więc w kościele udałam że znalazłam go pod nogami i pokazałam mojej matce, która rzekła że bezwątpienia musiał to być kawałek szkła oprawny w tombak, zaleciła mi jednak abym go schowała do kieszeni. Jubiler mieszkał w naszem sąsiedztwie, pokazano mu pierścień; ocenił go na ośm tysięcy pistolów. Cena tak znaczna uszczęśliwiła moją matkę, namawiała mnie zatem abym go ofiarowała ś. Antoniemu Padewskiemu jako szczególnemu opiekunowi naszej rodziny, lub też sprzedała na posag dla nas obojga. «Przebacz mi droga mamo, — odpowiedziałam — ale naprzód wypada ogłosić że znalazłyśmy pierścień, niewymieniając jego wartości. Jeżeli prawdziwy posiadacz zjawi się, oddamy mu zgubę, w przeciwnym zaś razie moja siostra, równie jak ś. Antoni Padewski, niemają doń żadnego prawa, ja bowiem znalazłam pierścień i do mnie on wyłącznie należy.»
 Moja matka nic mi na to nie odrzekła.
 Ogłoszono w Salamance uwiadomienie o znalezionym pierścieniu, zachowano tajemnicę o jego wartości i jak możesz łatwo odgadnąć, nikt się nie zgłosił.
 Młodzieniec od którego otrzymałam tak kosztowny podarunek, sprawił żywe wrażenie na mojem sercu i przez ośm dni wcale nie pokazywałam się w oknie. Później jednak wróciłam do dawnego zwyczaju, i jak przedtem, całe dnie przepędzałam wyglądając na ulicę.
 Kamienną ławkę na której młody książę siadywał, zajmował naówczas jakiś tłusty jegomość, zawsze jednostajny i spokojny. Spostrzegł mnie w oknie i zdało mi się że wcale go ten widok nie cieszył. Odwrócił się, ale widać że i wtedy niepokoiłam go, gdyż chociaż mnie nie widział, często obracał się z niespokojnością. Wkrótce odszedł, dając mi uczuć wzrokiem całe oburzenie jakie go na mój widok przejmowało, ale nazajutrz powrócił i powtórzył te same dziwactwa. Nakoniec dopóty się kręcił i obracał, aż wreszcie zażądał mojej ręki.
 Moja matka z radością przyjęła jego oświadczenia i rozkazała mi dać mu przychylną odpowiedź. Byłam posłuszną. Zamieniłam nazwisko moje Frasquety Salero na Dony Franciszki Cornandez i wprowadziłam się do domu w którym widziałeś mnie pan wczora. Zostawszy żoną Don Cornandeza, zajęłam się wyłącznie jego szczęściem. Niestety, zamiary moje zbyt mi się powiodły. Po trzech miesięcach pożycia, znalazłam go szczęśliwszym niżeli chciałam i co gorsza, wpoiłam w niego przekonanie że on także mnie uszczęśliwiał.
 Wyraz takowego zadowolenia, wcale nie przypadał mu do twarzy, nadto odstręczał mnie od niego i coraz bardziej niecierpliwił. Na szczęście błogi ten stan trwał nie długo.
 Pewnego dnia, Cornandez wychodząc z domu, spostrzegł małego chłopca który trzymał papier w ręku i zdawał się szukać kogoś. Chcąc go wydźwignąć z kłopotu, wziął od niego list i przeczytał napis: «Do zachwycającej Frasquety.» Cornandez skrzywił się tak że mały poseł uciekł ze strachu, poczem zaniósł do siebie szacowny ten dowód i przeczytał co następuje:
 «Możeż to być żeby ani moje bogactwa, ani moje męztwo, ani nazwisko nie zwróciły na siebie twojej uwagi. Jestem gotów na wszelkie wydatki, wszelkie czyny, wszelkie przedsięwzięcia aby tylko zyskać choć jedno twoje spojrzenie. Ci którzy obiecali usłużyć mi, zawiedli mnie bez wątpienia, gdyż nie otrzymałem od ciebie żadnego znaku porozumienia. Wszelako tym razem, postanowiłem użyć wrodzonej mi śmiałości; odtąd nic mnie już nie zatrzyma, gdyż skoro chodzi o namiętność, gwałtowny mój sposób myślenia w samym początku nie zna ani miary ani wędzidła. Lękam jednej tylko rzeczy, to jest twojej obojętności.

Hrabia Penna-Flor.»
 Wyrazy tego listu rozproszyły natychmiast całe szczęście jakiego kosztował mój małżonek. Słał się niespokojnym, podejrzliwym, niepozwalał mi wychodzić, chyba z jedną z naszych sąsiadek, którą polubił dla przykładnej jej pobożności.
 Jednakowoż Cornandez nie śmiał wspominać mi o swoich męczarniach, niewiedział bowiem jak daleko rzeczy zaszły z hrabią Penna-Flor, ani też czyli wiedziałam co o jego ku mnie zapałach. Niebawem tysiączne okoliczności coraz bardziej zwiększały jego niespokojność. Pewnego razu, znalazł drabinkę opartą o mur ogrodowy, drugi raz jakiś nieznajomy wkradł się cichaczem do domu. Tymczasem pod mojemi oknami brzmiały ciągłe serenady i muzyka tak znienawidzona przez zazdrośników. Nareszcie hrabia Penna-Flor nieco się uspokoił. Pewnego dnia, udałam się z moją nabożną sąsiadką do Prado, gdzie zabawiłyśmy dość poźno i prawie same chodziłyśmy po głównej alei. Hrabia zbliżył się do nas, wyraźnie oświadczył mi swoją namiętność, dodał że musi być kochanym lub zginąć, nareszcie porwał mnie za rękę i sama nie wiem czego ten szaleniec niebyłby się dopuścił, gdybyśmy nie zaczęły z całych sił krzyczeć.
 Wróciłyśmy do domu w najżywszej niespokojności. Nabożna sąsiadka oznajmiła memu mężowi, że za żadne skarby nie chce ze mną wychodzić i że szkoda była że niemiałam brata któryby mógł obronić mnie przeciw natarczywości hrabiego, kiedy własny mąż tak mało troszczył się o moją spokojność; że wprawdzie religia zabraniała zemsty, że jednak cześć tkliwej i wiernej żony zasługiwała na większą opiekę i że nakoniec hrabia Penna-Flor zapewne dla tego tak postępował, ponieważ wiedział o niedołężności Don Cornandeza.
 Mój mąż, następnej nocy, wracając ciasną uliczką którą często przychodził do domu, spostrzegł dwóch ludzi z których jeden uderzał w mur szpadą niezmiernej długości, drugi zaś mówił mu: «Wyśmienicie, Señor Don Ramiro, jeżeli tak będziesz sobie poczynał z zacnym hrabią Penna-Flor, nie długo będzie on postrachem braci i mężów.» Nienawistne nazwisko Penna-Flor, zwróciło uwagę Cornandeza, przyczaił się w kącie i słuchał dalej z uwagą. «Kochany przyjacielu — odpowiedział człowiek z długą szpadą — nie trudno by mi było położyć koniec miłosnym wyprawom hrabiego Penna-Flor. Nie pragnę wcale go zabić, ale tylko nauczyć aby tu więcej nie powracał. Nie napróżno nazywają Don Ramira Caramanza, pierwszym pojedynkarzem w Hiszpanji, lękam się tylko skutków mego pojedynku. Gdybym mógł dostać gdzie sto dublonów, pojechałbym przepędzić jakiś czas na wyspach.»
 Dwaj przyjaciele, długo jeszcze rozmawiali o tym samym przedmiocie, nareszcie mieli już odejść, gdy mój mąż wyszedł z kryjówki, zbliżył się do nich i rzekł: «Mości panowie, jestem jednym z tych małżonków którym hrabia Penna-Flor zakłóca szczęście domowe. Gdybyście byli mieli zamiar zgładzenia go z tego świata, nie byłbym mięszał się do waszej rozmowy, ale ponieważ chcecie mu dać tylko małą naukę, z przyjemnością ofiaruję wam sto dublonów których potrzebujecie dla udania się na wyspy. Raczcie tu zaczekać, zaraz wam przyniosę pieniądze.» W istocie, wyrzekłszy te słowa, poszedł do domu i powrócił ze stoma dublonami, które wręczył straszliwemu Don Ramirowi Caramanza.
 We dwa dni potem, wieczorem, usłyszeliśmy gwałtowne stukanie do naszego domu. Otworzono i ujrzeliśmy urzędnika sądowego z dwoma alguazilami. Urzędnik w te słowa odezwał się do mego męża: «Przez wzgląd na pana, przyszliśmy tu w nocy, pragnąc aby nasz widok nie zaszkodził pańskiej sławie i nie przestraszył sąsiadów. Idzie tu o hrabiego Penna-Flor, którego wczora zamordowano. Dowiedzieliśmy się z listu, który jak mówią wypadł z kieszeni jednego z morderców, że poświęciłeś pan sto dublonów w celu zachęcenia ich do zbrodni i ułatwienia im ucieczki.» Mój mąż odpowiedział z przytomnością umysłu o którą nigdy niebyłabym go poradziła. Nigdy w życiu nie widziałem hrabiego Penna-Flor. Dwóch ludzi wcale mi nieznanych, przyszło do mnie wczoraj z wexlem na sto dublonów, który przeszłego roku wystawiłem w Madrycie, musiałem go więc zapłacić. Jeżeli pan żądasz, natychmiast pójdę po wexel.»
 Urzędnik dobył listu z kieszeni i rzekł: «Czytaj pan, jutro odpływamy na St. Domingo z dublonami poczciwego Cornandeza.»
 «Prawda — odparł mój mąż — są to zapewne owe dublony za wexel. Wystawiłem go na okaziciela, niemiałem więc prawa odmawiać wypłaty ani też dopytywać się o nazwisko z nim przychodzącego.»
 «Należę do sądu kryminalnego — rzekł urzędnik i nie powinienem mieszać się do spraw handlowych. — Żegnam cię Señor Cornandez, przebacz żeśmy cię niespokoili.»
 Jak to panu już mówiłam, zdziwiła mnie ta nadzwyczajna przytomność umysłu mego małżonka, chociaż nieraz już uważałam że objawiał prawdziwy genjusz ile razy chodziło o jego własną korzyść lub nietykalność osoby. Po pierwszym przestrachu, zapytałem kochanego Cornandeza czyli w istocie kazał zamordować hrabiego Penna-Flor? Z początku zapierał się, nareszcie przyznał że dał sto dublonów zbirowi Caramanzy, wszelako nie za zabicie ale tylko za upuszczenie mu trocha zbyt gwałtownej krwi, że jednak myśl o przyczynieniu się do morderstwa ciężyła mu na sumieniu i że postanowił odprawić pielgrzymkę do Ś. Jakóba z Kompostelli lub może i dalej, aby tylko pozyskać więcej odpustów.
 Wyznanie to mego męża, poprzedziło że tak powiem najbardziej zadziwiające i najnadzwyczajniejsze wypadki, odtąd bowiem każdej prawie nocy pokazywało mu się jakieś straszliwe zjawisko i zakłócało spokój już i tak nadwerężonego sumienia. Nieszczęśliwe dublony, zawsze wychodziły na plac. Czasami, śród ciemności, słyszano ponury głos wymawiający te słowa: «Oddam ci twoje sto dublonów,» poczem następował brzęk jak gdyby kto liczył pieniądze.
 Pewnego wieczora, służąca spostrzegła w kącie beczułkę napełnioną dublonami, włożyła w nią rękę, ale znalazła tylko kupę suchych liści które nam wraz z beczułką przyniosła.
 Nazajutrz wieczorem, mój mąż przechodząc przez pokój słabo oświecony promieniem księżyca, ujrzał w kącie głowę ludzką na półmisku; przestraszony uciekł z pokoju i opowiedział mi cały wypadek. Poszłam sama i znalazłem drewnianą głowę od jego peruki którą przypadkiem postawiono na miedniczce od golenia brody. Niechcąc wieść z nim sporów i pragnąc zarazem utrzymywać w nim tę ciągłą niespokojność, zaczęłam przeraźliwie krzyczeć, i upewniłam go żem także widziała krwawą i straszliwą głowę.
 Odtąd ta sama głowa, pokazywała się prawie wszystkim mieszkańcom naszego domu i tak dalece przerażała mego męża, że lękałam się o jego rozum. Nie potrzebuję panu mówić że wszystkie te zjawiska były mego wynalazku. Hrabia Penna-Flor był, jak to mówią, osobą moralną, wymarzoną dla niepokojenia Cornandeza i wyleczenia go z dotychczasowego stanu własnego zadowolenia. Urzędnicy sprawiedliwości, równie jak zbiry byli służącymi księcia d’Arcos, który natychmiast po ślubie przybył do Salamanki.
 Tej nocy, postanowiłam nowym sposobem przestraszyć mego męża, nie wątpiłam bowiem że natychmiast ucieknie z pokoju do swojej modlitewni, wtedy miałam zamiar zamknąć drzwi na klucz i oknem wpuścić do siebie księcia. Nie obawiałam się aby mój mąż go spostrzegł, chociaż drabina była przystawioną do ściany, gdyż każdego wieczora, pilnie zamykaliśmy dom, klucz zaś chowałam pod poduszkę. Nagle zjawiłeś się pan w oknie, mąż mój znowu był przekonanym że głowa hrabiego Penna-Flor przychodzi wymawiać mu dane sto dublonów. Nareszcie pozostaje mi napomknąć kilka słów o tej nabożnej i przykładnej sąsiadce, która wzbudziła w moim mężu tak nieograniczone zaufanie. Niestety! ta sąsiadka którą widziałeś razem ze mną wchodzącą, jestto sam książę, przebrany w niewieście suknie; tak jest, sam książę, który mnie kocha nad życie, może dla tego że dotąd nie jest jeszcze pewnym mojej wzajemności. —
 Na tych słowach, Frasqueta skończyła swoje opowiadanie, książę zaś zbliżył się do mnie i rzekł: «Señor Busqueros, nie darmo ci zaufaliśmy, idzie tu o przyspieszenie wyjazdu Cornandeza, chcemy nadto aby nie poprzestał na pielgrzymce ale ażeby przez jakiś czas odpokutował w którem ze świętych miejsce. Do tego potrzebuję ciebie i czterech uczniów którzy zostają pod twemi rozkazami. Wytłumaczę ci mój zamiar.» —
 Gdy Busqueros domawiał tych słów, spostrzegłem z przestrachem że słońce już zaszło i że mogłem opoźnić się na schadzkę naznaczoną mi przez zachwycającą Inezę. Przerwałem mu więc dalszy ciąg i zaklinałem aby raczył odłożyć na jutro uwiadomienie mnie o zamiarach księcia d’Arcos. Busqueros odpowiedział mi ze zwykłem zuchwalstwem, wtedy nie mogąc już powściągnąć gniewu, zawołałem: « Niegodziwy natręcie, wydrzyj więc to życie które mi zatruwasz, albo broń twego!»
 To mówiąc dobyłem szpady i zmusiłem mego przeciwnika że to samo uczynił.
 Ponieważ mój ojciec nigdy nie pozwalał mi dobywać szpady, nie wiedziałem więc jak sobie z nią poczynać. Naprzód zaczęłem obracać młyńca, który z początku zdziwił Don Busquera. Wkrótce jednak przeciwnik mój złożył się z niepospolitą zręcznością i przeszył mi rękę a nawet zranił w ramię. Szpada wypadła mi z ręki, upadłem zalany krwią, wszelako najbardziej dręczyła mnie niemożność stawienia się na umówioną godzinę i dowiedzenia się rzeczy o których piękna Ineza chciała mnie uwiadomić. —
 Gdy cygan doszedł był do tego miejsca, odwołano go dla spraw hordy. Po jego odejściu, Velasquez rzekł smutnie: «Przewidywałem że historye cygana będą ciągle wysuwać się jedna z drugiej. Frasqueta Salero, opowiedziała swoją historyę Busquerowi, ten Lopezowi Soarez, który znowu opowiedział ją cyganowi. Spodziewam się że nakoniec powie nam co się stało z piękną Inezą, jeżeli jednak jeszcze wetknie jaką nową historyę, pogniewam — się z nim jako Soarez pogniewał się z Busquerem. Sądzę atoli że nasz opowiadacz dziś już do nas nie powróci.»
 W istocie cygan nie pokazał się więcej i niebawem rozeszliśmy się na spoczynek.


DZIEŃ TRZYDZIESTY SZÓSTY.
 Ruszyliśmy w pochód. Żyd wieczny tułacz wkrótce złączył się z nami i tak dalej ciągnął opowiadanie swoich przygód.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Nauki mądrego Cheremona, były daleko dłuższemi od wyciągu jaki wam uczyniłem. Ogólnym ich wypadkiem było, że pewien prorok nazwiskiem Bytys, dowiódł w swoich dziełach istnienia Boga i Aniołów, i że drugi prorok nazwany Thot, osłonił te pojęcia ciekną metafizyką, która zdawała się tem wznioślejszą.
 W teologji tej, Bóg którego nazywano ojcem, czczony był jedynie przez milczenie: wszelako gdy chciano wyrazić o ile sam sobie wystarcza, mówiono że jest swoim własnym ojcem i własnym synem. Czczono go także pod postacią syna i wtedy nazywano «rozumem Bożym» lub «Thotem» co znaczy po egipsku, przekonanie.
 Nakoniec, ponieważ spostrzegano w naturze ducha i materyą, poczytywano zatem pierwszy za wynik z Boga i przedstawiano go pływającego po ile, jak to wam już gdzieindziej powiedziałem. Plato, który przepędził ośmnaście lat w Egipcie, wprowadził do Greków teoryę o słowie, za co uzyskał od nich przydomek boskiego.
 Cheremon utrzymywał że wszystko to nie znajdowało się zupełnie w duchu dawnej religji egipskiej, że ta zmieniła się, jak w ogóle zmiana leżała w naturze każdej religji. Zdanie jego pod tym względem, wkrótce potwierdziły wypadki zaszłe w synagodze alexandryjskiej.
 Nie byłem jedynym żydem który badał teologię egipską, inni także zasmakowali w niej, zwłaszcza zaś oczarował ich duch enigmatyczny, który panował w całej ich literaturze, a który zapewne pochodził z pisma hieroglificznego i z zasady egipskiej nieprzywiązywania się do godła ale do myśli w niem ukrytej.
 Nasi rabinowie alexandryjscy, pragnęli takie mieć zagadki do rozwiązywania i wyobrazili sobie, że pisma Mojżesza jakkolwiek przedstawiają opowiadanie faktów i rzeczywistą historyę, były wszelako pisane z tak boską sztuką, że obok myśli dziejowej ukrywały jeszcze drugą, tajemniczą i allegoryczną. Niektórzy z mędrców naszych, wyjaśnili tę myśl ukrytą z przenikliwością która im zaszczyt w owym czasie przyniosła, jednakże ze wszystkich rabinów najwięcej odznaczył się Filon. Długie badania nad Platonem, wprawiły go w rzucanie fałszywego światła na ciemności metafizyki, ztąd też nazywano go Platonem synagogi. Pierwsze dzieło Filona, obejmowało rzecz o stworzeniu świata, szczególniej zaś zastanawiało się nad własnościami liczby siedm. W piśmie tem, autor nazywa Boga ojcem, co zupełnie wchodzi w zakres teologji egipskiej, nie zaś stylu Biblji. Znajdujemy tam równie, że wąż jest allegoryą roskoszy i że historya kobiety stworzonej z żebra męzczyzny, jest także allegoryczną.
 Tenże sam Filon, napisał drugie dzieło o snach, gdzie mówi, że Bóg ma dwie świątynię: jedną na tym świecie, której kapłanem jest słowo Boże; drugą zaś duszę czystą i wyrozumowaną, której kapłanem jest człowiek. W książce swojej o Abrahamie, Filon jeszcze wydatniej wyraża się w duchu egipskim, gdyż mówi: «Ten, którego pismo święte nazywa będącym, (czyli tym który jest), w istocie jest ojcem wszystkiego. Z dwóch stron, kończą go potęgi wielkiej istności, najdawniejsze i najściślej z nim złączone, mianowicie potęga twórcza i potęga rządząca. Jedna nazywa się Bogiem, druga Panem. Takim sposobem wielka istność, złączona z temi potęgami, przedstawia nam raz pojedynczy kształt, drugi raz potrójny: pierwszy gdy dusza zupełnie oczyszczona wznosi się nad wszystkie liczby, nawet nad binar tak blizki jedności i gdy przechodzi nareszcie w wyrażenie oderwane, proste i szczytne; drugi kształt, potrójny, przedstawia się duszy nie zupełnie jeszcze przypuszczonej do wielkich tajemnic.»
 Tenże Filon, który tak się rozplatonował na zabój wzroku i rozumu, jest tym samym który później był posłem przy Cesarzu Klaudyuszu. Używał on wielkiej powagi w Alexandryi i prawie wszyscy żydzi pogreczeni, porwani urokiem jego stylu i popędem jaki wszyscy ludzie mają do nowości, przyjęli jego naukę, tak dalece, że wkrótce byli tylko, że tak powiem, żydami z nazwiska. Księgi mojżeszowe stały się dla nich pewnym rodzajem tła, na którem przetykali według upodobania, własne allegorye i tajemnice, zwłaszcza zaś myt potrójnego kształtu
 W owej epoce, żydzi Essenieńscy, już byli utworzyli dziwaczne ich stowarzyszenie. Nie żenili się i nie posiadali żadnych majątków. Wszystko należało do ogółu. Nareszcie, ze wszech stron ujrzano powstające nowe religie, mieszaniny Judaizmu i Magizmu, mieszaniny Saneizmu i Platonizmu, wszędzie zaś massy przesądów gwiazdarskich. Dawne religie, zewsząd waliły się ze swych posad. —
 Gdy Żyd wieczny tułacz kończył te sława, znaleźliśmy się niedaleko miejsca spoczynku, porzucił nas więc i przepadł gdzieś w górach. Nad wieczorem, cygan mając czas wolny, tak dalej ciągnął swoje opowiadanie.

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
 Młody Soarez, opowiedziawszy mi historyę swego pojedynku z Busquerem, uczuł się zmorzony snem, zostawiłem go więc w spokoju, nazajutrz zaś zapytawszy co się dalej stało, taką otrzymałem odpowiedź:

DALSZY CIĄG HISTORYI LOPEZA SOAREZ.
 Busqueros zraniwszy mnie w ramie, rzekł że z prawdziwem szczęściem chwyta tę nową sposobność okazania mi swego poświęcenia. Rozdarł moją koszulę, owiązał mi ramie, okrył płaszczem i zawiódł do chirurga. Ten opatrzył mi rany, sprowadził powóz i odwiózł mnie do domu. Busqueros kazał wnieść sobie łóżko do przedpokoju. Nieszczęsny skutek moich usiłowań do pozbycia się natręta, odstręczył mnie od podejmowania nowych i poddałem się memu losowi. Nazajutrz, dostałem gorączki jaka zwykle nawiedza rannych. Busqueros zawsze okazywał równą gorliwość i na chwilę mnie nie opuszczał. Czwartego dnia mogłem nareszcie z przewiązaną ręką wyjść na ulicę. Piątego dnia po obiedzie, wszedł do mnie służący od pani d’Avalos i przyniósł list który Busqueros natychmiast pochwycił i czytał co następuje:

«Ineza Moro do Lopeza Soarez.
 Dowiedziałam się kochany Soarez że miałeś pojedynek i zostałeś ranny w ramię. Możesz sobie wyobrazić ile na tem cierpiałam. Teraz jednak idzie o użycie ostatecznych środków. Chcę aby mój ojciec zastał cię u mnie. Przedsięwzięcie jest śmiałem, ale mamy za sobą ciotkę d’Avaloz która nam dopomże. Zaufaj człowiekowi który w ręczy ci ten list — jutro już będzie za poźno.»
 «Señor Don Lopez — rzekł nienawistny mi Busqueros — widzisz że w tym razie nie możesz obejść się bezemnie. Każde podobne przedsięwzięcie, z natury swojej do mnie należy. Uważałem cię zawsze za zbyt szczęśliwego że potrafiłeś zjednać sobie moją przyjaźń, atoli dziś, więcej niż kiedykolwiek, poznasz całą jej wartość. Ach, przez Ś. Rocha, mego patrona, gdybyś był pozwolił mi dokończyć mojej historyi, byłbyś zobaczył co uczyniłem dla księcia d’Arcos, ale przerwałeś mi i to jeszcze tak gwałtownym sposobem. Wreszcie nie skarżę się, gdyż rana jaką ci zadałem pozwoliła mi dać nowe dowody mego dla ciebie poświęcenia. Teraz, Señor Don Lopez, błagam cię tylko o jedną łaskę. Nie mieszaj się do niczego, póki nie nadejdzie stanowcza chwila. Tymczasem, żadnej gadaniny, żadnego zapytania! Zaufaj mi Señor Don Lopez — zaufaj!»
 To powiedziawszy, Busqueros wyszedł do drugiego pokoju z powiernikiem panny Moro. Długo szeptali coś między sobą, wreszcie Busqueros, sam powrócił niosąc w ręku pewien rodzaj planu wyobrażającego uliczkę Augustyanów. «Oto jest — rzekł — koniec ulicy która wychodzi do Dominikanów. Tam będzie stał służący Dony Moro wraz z dwoma ludźmi za których mi ręczy. Ja, zaczaję się na przeciwnym końcu ulicy z wyborem moich przyjaciół którzy są także twoimi Señor Don Lopez. Nie — nie — mylę się, tu będzie ich dwóch tylko, wybór osadzi tylne drzwiczki dla wzbronienia przejścia ludziom księcia Santa Maura.»
 Sądziłem że plany te, także nadawały mi prawo objawienia mego zdania i dowiedzenia się co przez ten czas będę porabiał, ale Busqueros powstał na mnie opryskliwie i rzekł: «Żadnej gadaniny, Don Lopez, żadnego zapytania. Te są nasze warunki, jeżeli ty o nich zapomniałeś, ja dobrze je pamiętam.»
 Przez resztę dnia, Busqueros ciągle wchodził i wychodził. Wieczorem, nastąpiły te same obroty. Raz dom sąsiedni był za nadto oświecony, to znowu pokazywali się na ulicy jacyś podejrzani ludzie, lub nie spostrzeżono umówionych znaków. Czasami Busqueros przychodził sam, zwykle jednak przysyłał z uwiadomieniem jednego z swoich powierników. Nareszcie przyszedł po mnie i wymógł że udałem się za nim. Możesz domyślić się jak mi serce biło. Myśl, że gwałcę ojcowskie rozkazy, przyczyniała się do mego pomieszania, wszelako miłość brała górę nad innemi uczniami.
 Busqueros, wchodząc w uliczkę Augustyanów, pokazał mi drzwi przy których stał wybór jego przyjaciół i dał im hasło: «W razie gdyby kto obcy tędy przechodził — rzekł do mnie — moi przyjaciele udadzą że kłócą się między sobą, tak więc chcąc nie chcąc, będzie musiał zawrócić. Teraz, dodał, jesteśmy już u celu. Oto drabina po której dostaniesz się na górę. Widzisz że mocno jest opartą o cegły. Ja będę uważał na znaki a skoro uderzę w ręce, zaczniesz wstępować.» Ale któżby mógł sądzić że po tych planach i przygotowaniach Busqueros pomylił się w oknach. Uczynił to jednak i zobaczysz co z tego wynikło. Skoro tylko posłyszałem znak, chociaż z przewiązanem ramieniem, natychmiast zacząłem wstępować, opierając się na jednem ręku. Dostawszy się na górę, nie znalazłem według przyrzeczenia otwartej okiennicy. Ośmieliłem się więc stukać, wsparty tylko na nogach. W tej chwili, jakiś człowiek, gwałtownie uderzył mnie okiennicą. Straciłem równowagę i ze szczytu drabiny spadłem na cegły leżące na dole. Złamałem sobie w dwóch miejscach ramię już zranione, potrzaskałem nogę którą zaczepiłem między szczeblami, drugą wywichnąłem i pokaleczyłem się od karku aż do krzyżów. Człowiek który otworzył okiennicę, życzył sobie zapewne mojej śmierci, gdyż zawołał: «Ty nieżyjesz już przyjacielu?» Bałem, się aby niechciał mnie dokonać i odpowiedziałem że nieżyję.
 Po chwili, odezwał się ten sam głos: «Czy jest czyściec na tamtym świecie?» Ponieważ cierpiałem niewypowiedziane boleści, odrzekłem przeto że jest i że już się w nim znajduję. Następnie zdaje mi się że straciłem przytomność. —
 Tu przerwałem Soarezowi i zapytałem go czy była tego wieczora, burza? «Bezwątpienia — odpowiedziałem — grzmiało, łyskało się i być może że dla tego Busqueros pomylił się w oknach.»
 «Co słyszę — zawołałem zdziwiony — to jest więc nasze dusza czyscowa! nasz biedny Anguilar! To mówiąc wybiegłem jak strzała na ulicę. Dzień zaczynał świtać, nająłem muły i czemprędzej pośpieszyłem do klasztoru Kamadułów. Znalazłem kawalera Toledo leżącego krzyżem przed świętym obrazem, położyłem się obok niego, u ponieważ u Kamedułów, niewolno głośno mówić, zbliżyłem się więc do jego ucha i opowiedziałem mu całą historyę Lopeza Soarez. Z początku kawaler Toledo leżał niewzruszony, po chwili jednak obrócił się i rzekł mi do ucha: «Kochany Avarito, jak ci się zdaje? czy żona ojdora Uscaritza kocha mnie jeszcze i czy została mi wierną?»
 «Niezawodnie — odpowiedziałem — ale cicho, nie gorszmy tych zacnych pustelników. Módl się pan jak zazwyczaj, ja tymczasem pójdę powiedzieć że skończyliśmy już naszą pokutę.» Przeor usłyszawszy że kawaler pragnie wrócić do świata, pożegnał go, niemniej jednak chwaląc jego pobożność.
 Jak tylko wydobyliśmy się z klasztoru, kawaler natychmiast odzyskał dawną wesołość. Mówiłem mu o Busquerze, powiedział mi na to że znał go, że był to szlachcic z orszaku księcia d’Arcos, uchodzący za najnieznośniejszego człowieka w całym Madrycie. —
 Gdy tak cygan mówił, jeden z jego podwładnych przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności i już go więcej nieujrzeliśmy.


DZIEŃ TRZYDZIESTY SIÓDMY.
 Następny dzień, poświęciliśmy spoczynkowi. Śniadanie było obfitsze i lepiej przyrządzone. Zeszliśmy się wszyscy. Piękna Żydówka, przyszła ustrojona z większą starannością, ale zachody te były zbyteczne, jeżeli czyniła to w celu przypodobania się księciu. Wcale bowiem nie postać jej go oczarowała. Velasquez widział w Rebece, kobietę odznaczającą się od innych większą głębokością pojęć i umysłem wykształconym, zwłaszcza na naukach ścisłych.
 Rebeka, oddawna pragnęła odkryć sposób myślenia księcia względem religji, sama bowiem nienawidziła chrystyanizmu i wchodziła do spisku, za pomocą którego chciano nakłonić nas do przejścia na wiarę proroka. Zaczepiła go więc przez pół poważnie i żartobliwie i zapytała go, czyli w swojej religji nie znalazł takiego równania którego niepodobna mu było rozwiązać?
 Na wzmiankę o religji, Velasquez zachmurzył czoło, ale widząc że prawie żartem zadawano mu pytanie, z twarzą nie bardzo wesołą zastanowił się przez chwilę, po czem odpowiedział temi słowy: «Widzę dokąd pani dążysz, zadajesz mi pytanie geometryczne, odpowiem więc, wspierając się na zasadach tej wzniosłej nauki.
 Chcąc oznaczyć nieskończoną wielkość, piszę ósemkę poziomą ∞ i dzielę ją przez jedność; przeciwnie, jeżeli pragnę oznaczyć nieskończoną małość, piszę jednostkę i dzielę ją przez takąż ósemkę. Wszelako znaki te używane w rachunkach, nie dają mi żadnego pojęcia o tem co chcę wyrazić. Nieskończona wielkość jest to niebo ze swemi gwiazdami podniesione do nieskończonej potęgi. Nieskończona małość jest to nieskończony pierwiastek z najmniejszej części atomu. Oznaczam więc nieskończoność, ale jej jednak nie pojmuję.
 Jeżeli zatem nie mogę pojąć, nie mogę wyrazić, ale zaledwie tylko mogę oznaczyć lub raczej zdaleka wskazać nieskończoną małość i nieskończoną wielkość, jakimże sposobem wyrażę to co jest zarazem nieskończenie wielkiem, nieskończenie mądrem, nieskończenie dobrem i twórcą wszelkich nieskończoności.
 Tu kościół przybywa mojej geometryi na pomoc. On przedstawia mi wyrażenie trzech zawartych w jednostce, nieniszcząc tej ostatniej. Cóż mogę zarzucić przeciw temu co przechodzi moje pojęcie? muszę się poddać.
 Nauka nigdy nie prowadzi do niedowiarstwa, ciemnota nas tylko w niem pogrąża. Człowiek ciemny, aby tylko codzień widział jaką rzecz, wnet mniema że ją rozumie. Prawdziwy badacz natury, wiecznie postępuje pośród zagadek; ciągle zajęty zgłębianiem, pojmuje zawsze przez pół, uczy się wierzyć w to czego nierozumie i tak zbliża się do świątyni wiary. Don Newton i Don Leibnitz, byli prawowiernymi chrześcijanami a nawet teologami, obaj jednak przyjęli tajemnicę liczb chociaż nie mogli jej pojąć.
 Gdyby byli urodzili się w naszem wyznaniu, byliby równie przyjęli drugą tajemnicę niemniej niepojętą a która zależy na możności ścisłego połączenia człowieka z jego Stwórcą.
 Zagadnienie to nie popiera żaden oczywisty fakt ale przeciwnie, przedstawia same tylko niewiadome, chociaż z drugiej strony, przekonywa nas o zupełnej różnicy między człowiekiem a innemi pojęciami odzianemi w materyą. Jeżeli bowiem człowiek rzeczywiście jest jedynym w swoim rodzaju na tej ziemi, jeżeli dowodnie przekonani jesteśmy o różnicy jego z całem królestwem zwierzęcem, natenczas łatwiej przypuścimy możebność połączenia się jego z Bogiem. Raz tak przygotowani, zajmijmy się na chwilę siłą pojmowania jaka może znajdować się w zwierzętach.
 Zwierzę, chce, pamięta, wnioskuje, waha się, nakoniec przystępuje do czynu. Zwierzę myśli ale bynajmniej nie swoją myślą, i to stanowi siłę pojętności podniesioną do drugiego stopnia. Zwierzę nie mówi: — Jestem istotą myślącą. — Oderwanie to, tak mało jest dlań przystępnem, że nigdy nie widziano zwierzęcia któreby miało najmniejsze pojęcie o liczbach. Liczby jednak należą do najprostszego oderwania.
 Sroka nie opuszcza swego gniazda, dopóki jest przekonaną że człowiek znajduje się w jej pobliżu. Chciano zapewnić się o rozległości jej siły pojmowania. Pięciu strzelców weszło do kryjówki. Wyszli jeden po drugim i sroka nie porzuciła gniazda dopóki nie ujrzała piątego wychodzącego. Skoro strzelcy przyszli w sześciu lub siedmiu, sroka niemogła się doliczyć, lub też odlatywała za piątym. Ztąd strzelcy wnieśli że sroka umiała tylko liczyć do pięciu. Mylili się — sroka zatrzymała obraz zbiorowy pięciu ludzi, ale bynajmniej ich nie policzyła. Rachować jest to odrywać liczbę od rzeczy. Widzimy nieraz szarlatanów pokazujących małe konie, które uderzają nogą tyle razy ile jest czerwieni lub żołędzi na karcie, nie uważamy jednak że skinienie pana do tego ich pobudza.
 Nie mają zatem żadnego pojęcia o liczeniu. To więc oderwanie najprostsze ze wszystkich, może być uważanem jako granica siły pojmowania u zwierząt.
 Nie ma wątpliwości że siła ta u zwierząt, często zbliża się do naszej. Pies z łatwością poznaje pana domu, jego przyjaciół lub obojętnych. Pierwszych lubi, drugich zaledwo znosi. Nienawidzi ludzi którym źle z oczu patrzy, miesza się, kręci, obawia. Spodziewa się i wstydzi gdy go schwytają na wzbronionym uczynku. Pliniusz mówi, że wyuczono słoniów tańcować i że wypatrzono raz jak przy świetle księżyca powtarzały lekcyę.
 Pojętność zwierząt, dziwi nas o ile jest zastosowaną do pojedynczych wypadków. Wykonywają dane im rozkazy, unikają rzeczy wzbronionych jak w ogóle wszystkiego, czego użycie sprawia im cierpienie. Wszelako nie mają ogólnego, oderwanego pojęcia o dobrem, lub szczególowego pojęcia o tym albo owym czynie. Nie mogą rozdzielać czynów na dobre i złe. Oderwanie to jest daleko trudniejszem od oderwania liczbowego, ponieważ zaś niepodobna im zdobyć się na mniej, nie ma przyczyny dla której potrafiły by więcej.
 Świadomość jest w pewnej części dziełem człowieka, gdyż to co uważają w jednym kraju za dobre, w drugim poczytują za złe. W ogóle świadomość a raczej sumienie ostrzega o tem, co oderwanie tym lub owym sposobem oznaczyło jako złe. Zwierzęta nie są w stanie podnieść się do podobnego oderwania. Nie mają zatem świadomości, nie mogą iść za jej popędem, nie zasługują więc ani na nagrodę ani na karę, chyba na takie które im zadajemy dla naszego, nigdy zaś dla ich własnego pożytku.
 Widzimy ztąd że człowiek jest jedynym w swoim rodzaju na ziemi, na której wszystko inne wchodzi do ogólnego systemu. Człowiek sam umie myśleć własną myślą, umie się odrywać i uogólniać liczne przymioty. Tem samem zdolnym jest do położenia zasługi lub wyrządzenia krzywdy: albowiem odrywanie, uogólnianie i rozróżnianie na złe i dobre, wyrobiło w nim sumienie.
 Jednakże, dla czego człowiek posiada przymioty odróżniające go od innych zwierząt? Tu przez analogią przechodzimy do wniosku: że jeżeli wszystko na świecie ma założony pewien cel, sumienie nie może być bez celu danem człowiekowi.
 Tym sposobem, rozumowanie prowadzi nas do pierwotnej religji natury — ta zaś dokąd nas wiedzie jeżeli nie do tego samego celu, dokąd i religia objawiona? to jest do przyszłej nagrody lub kary. Ile razy zaś wypadki są te same, czynniki nie mogą być rozmaite.
 Z tem wszystkiem rozumowanie, na jakiem religia natury się zasadza, często jest niebezpieszną bronią, raniącą tego kto jej używa. Jakiejże cnoty niechciano potępić za pomocą rozumowania, lub nawzajem usprawiedliwić zbrodnię? Czyliż opatrzność wierna mogła wystawiać na szwank los społeczeństwa moralnego, albo też zdawać go na łaskę sofistyki? Nie — bezwątpienia — wiara więc, wsparta na zwyczajach powziętych od dziecinnych lat, na miłości dzieci ku rodzicom, na potrzebach serca, przedstawia człowiekowi podstawę daleko pewniejszą od rozumowania. Zwątpiono nawet o sumieniu, tej najważniejszej różnicy oddzielającej nas od zwierząt; sceptycy chcieli sobie uczynić z niego igraszkę. Usiłowali wmówić, jakoby człowiek w niczem nie różnił się od tysiąca innych istot pojmujących, odzianych materyą i zaludniających kulę ziemskę. Ale na przekor im, człowiek czuje w sobie sumienie, kapłan zaś przy poświęceniu mówi mu: «Bóg jedyny zstępuje na ten ołtarz i łączy się z tobą.» Wtedy człowiek przypomina sobie że nienależy do natury zwierzęcej: wchodzi w samego siebie i znajduje sumienie.
 Jednakowoż, powiesz mi, nie idzie tu wcale o dowiedzenie że religia natury, prowadzi do tego samego celu co i religia objawiona. Jeżeli jesteś chrześcijaninem, powinieneś wyznawać tę ostatnią i wierzyć w cuda o jakich ci prawi. — Za pozwoleniem, oznaczmy naprzód różnicę między religią natury a objawioną.
 Podług teologa, Bóg jest twórcą religji chrześcijańskiej; podług filozofa, także, ponieważ wszystko co się dzieje, pochodzi z woli Boskiej; ale teolog wspiera się na cudach które są wyjątkami w ogólnych prawach natury i tem samem nie przypadają do smaku filozofowi. Ten ostatni, jako badacz natury, mniema że Bóg, twórca naszej świętej religji, chciał ją uzasadnić jedynie na powszechnych prawach natury, nie wyłamując się z tychże praw raz przez siebie stworzonych i rządzących światem moralnym i materyalnym.
 Tu różnica nie jest jeszcze tak znaczną, wszelako filozof pragnie, daleko wydatniej odznaczyć się od teologa. Ztąd mówi mu: Ci którzy widzieli cuda na własne oczy, mogli z łatwością im uwierzyć. Zasługa wiary, tobie się należy jako urodzonemu o ośmnaście wieków później; jeżeli jednak wiara jest zasługą, dostatecznie dowiodłeś twojej, czy to cuda te rzeczywiście miały miejsce, czyli też święta tradycya podała je do twojej wiadomości. Skoro zaś sposób wystawiania na próbę jest ten sam, zasługa równie musi być jednaką.
 Tu znowu teolog przestaje się bronić i mówi do badaczu natury: — Ależ tobie samemu, kto odkrył prawa natury? zkąd wiesz, czyli cuda zamiast być wyjątkami, nie są raczej objawami nieznanych tobie fenomenów? Nie możesz bowiem powiedzieć, że znasz dokładnie te prawa natury do których odwołujesz się od wyroków religji. Te promienie twego wzroku które podciągnąłeś pod prawa optyki, jakim sposobem wszędzie przedzierają się, nigdzie się nie krzyżując, gdy przeciwnie spotkawszy zwierciadło wracają jak gdyby odbiły się o jakie ciało sprężyste? Dźwięki równie się krzyżują a echo jest ich obrazem. W ogóle można je podciągnąć pod prawa zastosowane do promieni optycznych, chociaż są raczej trybami, podczas gdy promienie zdają się nam ciałami. Ty jednak nie wiesz tego, gdyż ostatecznie nic nie wiesz.
 Badacz natury, musi przyznać że nic nie wie, wszelako dodaje: — Jeżeli nie jestem w stanie oznaczenia cudu, ty panie teologu nie masz prawa odrzucać świadectwa ojców kościoła którzy przyznają, że nasze dogmata i tajemnice istniały już w religiach przed chrześcijańskich. Ponieważ więc nie weszły do tych poprzednich religji za pomocą objawienia, musisz zatem zbliżyć się do mego zdania i przyznać, że można było te same dogmata ustalić bez przyczyny cudów. Wreszcie, mówi badacz, oto jest ostateczne moje przekonanie o początku chrystyanizmu: Świątynie starożytnych, były po prostu jatkami, bogowie ich bezwstydnymi rozpustnikami, ale niektórzy prawdziwie oświeceni ludzie, mieli zasady daleko czystsze i składali ofiary mniej odrażające. Filozofowie oznaczali Bóstwo nazwiskiem «Tneos», nie wymieniając ani Jowisza ani Saturna. Rzym, podbijał naówczas ziemię i przypuszczał ją do swoich bezeceństw. Mistrz boski zjawił się w Palestynie, zaczął nauczać miłości bliźniego, pogardy bogactw, zapomnienia krzywd, poddania się woli ojca który jest w niebie. Ludzie prości towarzyszyli mu podczas jego pobytu na ziemi. Po jego śmierci, zeszli się wraz z innymi oświeceńszymi ludźmi i wybrali z obrzędów pogańskich to co najlepiej przystawało dla nowej wiary. Nareszcie ojcowie kościoła, zabłysnęli z kazalnic wymową, bezporównania bardziej przekonywającą od tej jaką dotąd słyszano z mównic. Takim sposobem, za pomocą środków na pozór ludzkich, chrystyanizm utworzył się z tego co było najczystszem w religiach pogańskich i żydowskiej. Tak to jednak zawsze, spełniają się wyroki opatrzności. Stwórca światów mógł bezwątpienia ognistemi głoskami wypisać swoje święte prawa na gwiazdzistem niebie, ale nie uczynił tego. Skrył w dawnych tajemnicach ziarna doskonalszej religji, zupełnie tak jak w żołędzi ukrywa las, który będzie kiedyś ocieniał naszych potomków. My sami, aczkolwiek nie wiemy o tem, żyjemy przecie śród przyczyn, nad skutkami których potomność będzie się zdumiewać. Dla tego to, nazywamy Boga, Opatrznością, w przeciwnym bowiem razie nazywalibyśmy go tylko, potęgą.
 Tak, nakształt linji znanych pod nazwiskiem assymptotów, zdania filozofa i teologa mogą, nigdy nie spotykając się, coraz bardziej się zbliżać aż do odległości mniejszej od wszelkiej jaką możemy sobie wyobrazić, czyli, że ich różnica będzie mniejszą od wszelkiej różnicy podobnej do oznaczenia i od wszelkiej ilości mogącej być ocenioną. Skoro zatem nie jestem w stanie ocenienia różnicy, jakiem prawem odważę się występować z mojem zdaniem przeciw przekonaniom moich braci i kościoła? Czyliż mogę krzewić moje powątpiewania pośród wiary jaką oni wyznają i którą przyjęli za podstawę ich moralności? Nie — bezwątpienia, nie mam tego prawa, poddaję cię więc sercem i duszą. Don Newton i Don Leibnitz, jak powiedziałem, byli chrześcijanami a nawet teologami. Ostatni wiele zajmował się połączeniem kościołów. Co do mnie, nie powinienbym wymieniać się po tych wielkich mężach. Badam teologię w dziełach stworzenia, ażeby wynaleźć nowe powody wielbienia Stwórcy.»
 To powiedziawszy, Velasquez zdjął kapelusz, przybrał zamyśloną postać i wpadł w marzenie które można było wziąść za zachwyt ascetyczny. Rebeka nieco się zmieszała, ja zaś zrozumiałem: że dla chcących osłabić w nas zasady religji, i namówić do przejścia na wiarę proroka, sprawa równie trudną a raczej niepodobną będzie z Velasquezem jak i ze mną.




DZIEŃ TRZYDZIESTY ÓSMY.
 Spoczynek poprzedzającego dnia, pokrzepił nasze siły. Ruszyliśmy w drogę z większą odwagą. Żyd wieczny tułacz nie pokazał się dnia wczorajszego, gdyż niemając prawa ani na chwilę pozostać na miejscu, nie mógł nam opowiadać jak tylko wtedy gdy sami byliśmy w drodze. Zaledwie jednak ujechaliśmy ćwierć mili, zjawił się, zajął zwykłe miejsce między mną a Velasquezem i zaczął w te słowa:

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Dellius starzał się i czując zbliżającą się ostatnią godzinę, przywołał mnie i Germanusa i kazał nam kopać w piwnicy tuż przy drzwiach mówiąc, że znajdziemy tam małą skrzynkę spiżową, którą mieliśmy mu przynieść. Wykonaliśmy jego rozkazy, znaleźliśmy i przynieśli mu skrzynkę.
 Dellius dobył klucza który miał zawieszony na szyi, otworzył skrzynkę i rzekł nam: «Oto są dwa pargaminy opatrzone podpisami i pieczęciami. Pierwszy zapewni ci mój synu posiadanie najpiękniejszego domu w Jerozolimie, drugi jest rewers na trzydzieści tysięcy darejków i procenta od tylu lat urosłe.» Naówczas opowiedział mi historyę dziada mego Hiskiasa i wuja Sedekiasa, po czem dodał: «Człowiek ten chciwy i podły żyje dotąd, co dowodzi że wyrzuty sumienia nie zabijają. Moje dzieci, skoro ja żyć przestanę, udajcie się do Jerozolimy, wszelako nie dawajcie się poznać, dopóki nie znajdziecie opiekunów, a może najlepiej byłoby zaczekać aż Sedekias umrze, co dzięki jego podeszłemu wiekowi, zapewne wkrótce nastąpi. Tymczasem będziecie mogli żyć z pięciuset darejków. Znajdziecie je zaszyte w mojej poduszce która nigdy na chwilę mnie nie odstępuje. Z resztą, drogi mój uczniu, mam ci tylko jedną radę do udzielenia. Żyj zawsze uczciwie a za to będziesz miał wieczór życia spokojny. Co do mnie, umrę jakom żył, to jest śpiewając — będzie to jak mówią łabędzi śpiew.
 Homer, ślepy równie jak ja, ułożył hymn do Apollina, oznaczającego to słońce, którego równie jak i ja niewidział. Przed laty, podłożyłem był hymn ten pod muzykę, zacznę więc pierwszą strofę, ale wątpię abym mógł dokończyć ostatniej.»
 To mówiąc, Dellius zawiódł hymn, zaczynający się od słów: «Witaj szczęśliwa Latono», ale zaledwie doszedł do «Delos, jeżeli chcesz aby syn mój zamieszkiwał twoje brzegi» — głos jego osłabł, pochylił głowę na moję ramię i wyzionął ducha.
 Długo opłakiwaliśmy naszego przyjaciela, wreszcie udaliśmy się do Palestyny i dwunastego dnia po wyjściu z Alexandryi, stanęliśmy w Jerozolimie. Dla większego bezpieczeństwa, odmieniliśmy nazwiska. Ja przybrałem miano Antypa, Germanus zaś kazał się nazywać Glaphyrasem. Zatrzymaliśmy się w nędznej gospodzie zewnątrz miasta i prosiliśmy o wskazanie nam mieszkania Sedekiasa. Natychmiast nam je pokazano. Był to najpiękniejszy dom w całej Jerozolimie, prawdziwy pałac, godny mieścić w sobie syna królewskiego. Najęliśmy małą izdebkę u szewca który mieszkał naprzeciwko Sedekiasa. Ja prawie ciągle siedziałem w domu, Germanus biegał po mieście i zbierał nowiny.
 W kilka dni po naszem przybyciu, wbiegł do mnie i rzekł: «Kochany przyjacielu, mam ci dobrą wiadomość do udzielenia. Potok Cedron, tuż za domem Sedekiasa, rozlewa się we wspaniałe jezioro. Starzec zwykł tam przepędzać całe wieczory w jaśminowej altanie. Już musi tam być, chodź, zobaczysz twego prześladowcę.»
 Poszedłem za Germanem i przybyliśmy nad brzeg potoku, naprzeciw pięknego ogrodu, gdzie ujrzałem śpiącego starca. Usiadłem naprzeciw niego i zacząłem mu się przypatrywać. Jakże sen jego odmiennym był od Delliuszowego. Snać trapiące sny straszliwie go niepokoiły, gdyż wzdrygał się co chwila. «Ach Delliuszu — zawołałem — zaprawdę, mądrze radziłeś mi abym żył uczciwie. Germanus uczynił tęż samą uwagę.»
 Gdyśmy się tak zastanawiali, spostrzegliśmy przedmiot, na widok którego, zapomnieliśmy o wszystkich naszych uwagach. Była to młoda dziewczyna, najwięcej szesnastoletnia, nadzwyczajnej piękności, którą podwyższał jeszcze bogaty ubiór. Perły i łańcuchy wysadzane kosztownemi kamieniami, zdobiły jej ręce, szyję, ramiona i nogi. Na sobie miała lekką tunikę lnianą, przetykaną złotem. Germanus pierwszy krzyknął: «To istna Wenus!» ja zaś mimowolnem poruszeniem, padłem przed nią na kolana. Młoda piękność spostrzegła nas i nieco się zmieszała, wkrótce jednak uspokoiła się, wzięła wachlarz z pawich piór i zaczęła owiewać głowę starca, dla ochłodzenia go i przedłużenia mu snu.
 Germanus dobył książki którą przyniósł był z sobą i udał że czyta, ja zaś że go słucham, podczas gdy zajmowaliśmy się wyłącznie tem co się działo w ogrodzie.
 Starzec ocknął się; po kilku zapytaniach jakie zadał młodej dziewczynie, poznaliśmy że miał wzrok osłabiony i że niemógł dostrzedz nas w naszej kryjówce, co nas mocno ucieszyło, postanowiliśmy bowiem jak najczęściej tu wracać.
 Sedekias odszedł wspierając się na młodej dziewczynie, my zaś powróciliśmy do domu. Nie mając innego zatrudnienia, wdaliśmy się W rozmowę z naszym szewcem, który nam powiedział: że Sedekias nie miał żyjącego syna, że cały jego majątek spadał na córkę jednego z jego synów, że ta młoda wnuczka nazywała się Sara i że dziadek nadzwyczajnie ją kochał.
 Gdyśmy odeszli do naszej izdebki, Germanus rzekł: «Kochany przyjacielu, przychodzi mi myśl skończenia od razu sporu twego z Sedekiasem. Musisz ożenić się z jego wnuczką, w przyprowadzeniu jednak tego zamiaru do skutku potrzeba wielkiej przezorności.» Ta myśl bardzo mi się podobała, długo o niej rozmawialiśmy i przez całą noc o niej tylko marzyłem.
 Nazajutrz, i następnych dni, o tej samej porze wracałem do potoku. Zawsze widywałem w ogrodzie piękną Sarę z dziadkiem swoim lub samą, a chociaż nie przemówiłem do niej ani słowa, niewątpiłam jednak że wiedziała dla kogo tam przychodziłem. —
 Gdy Żyd wieczny tułacz, domawiał tych słów, przybyliśmy na miejsce spoczynku, i nieszczęśliwy włóczęga przepadł gdzieś w górach.
 Rebeka nie zaczepiała już księcia o religię, ponieważ chciała jednak poznać to, co nazywała jego systemem, schwyciła pierwszą sposobność i zarzuciła go zapytaniami.
 «Pani — odparł Velasquez — jesteśmy jako ślepi, którzy potykając się o rogi niektórych domów, znają końce kilku ulic, wszelako nie należy pytać ich o plan całego miasta. Ponieważ jednak nastajesz na mnie, będę usiłował dać ci pewne pojęcie o tem co zowiesz moim systemem, co zaś ja sam nazywam raczej sposobem zapatrywania się na rzeczy.
 Wszystko zatem co nasze oko obejmuje, cały widokrąg rozciągający się u stóp gór, nareszcie całą naturę dostrzegalną za pomocą naszych zmysłów, możemy podzielić na materyę martwą i organiczną, czyli wyraźniej mówiąc, drugi podział różni się od pierwszego organami, należy jednak zupełnie do niego i łączy się z nim pierwiastkami go składającymi. Tak więc moglibyśmy znaleźć w tej skale lub w tym trawniku, takie same pierwiastki z jakich pani się składasz. W istocie, masz pani wapno w swoich kościach, krzemionkę w ciele, alkalia w żółci, żelazo w krwi, sól w łzach. Części mięsne składają się z kombinacyi materyi palnych z pewnemi pierwiastkami powietrza. Nareszcie, gdyby panią wsadzono do pieca chemicznego, możnaby cię sprowadzić do stanu flaszeczki szklannej; gdyby zaś dodano do ciebie metalicznego wapna, otrzymalibyśmy w wypadku piękny materyał do teleskopu.»
 «Przedstawiasz mi książe zachwycający obraz — rzekła Rebeka — proszę cię, racz mówić dalej.» Velasquez mniemał, że sam niewiedząc kiedy powiedział jakąś grzeczność pięknej żydówce, uchylił więc z wdziękiem kapelusza i tak ciągnął dalej:
 «Widzimy w pierwiastkach martwych materyi, niepohamowany popęd, jeżeli nie do organizmu to przynajmniej do kombinacyi. Pierwiastki te, łączą się, rozdzielają aby znowu łączyć z innemi. Przybierają pewne kształty; myślano by że stworzone są do bytu organicznego, wszelako same przez się nie mogą się organizować i bez iskry zapładniającej nie zdołają przejść do innego rodzaju kombinacyi, którego ostatecznym wypadkiem jest życie.
 Podobnie do płynu magnetycznego, życie, spostrzegamy tylko w jego skutkach. Pierwszym skutkiem jest zatrzymanie w ciałach organicznych fermentacyi wewnętrznej, które nazywamy zepsuciem. Zaczyna się ono w ciałach organicznych, skoro tylko życie takowe opuści.
 Życie długo może ukrywać się w płynie, jak naprzykład w jajku lub też w materyi stałej, i ztąd dopiero rozwija się w przyjaznych okolicznościach.
 Życie krąży po wszystkich częściach ciała, nawet w płynach, w krwi która psuje się dobyta z naszych żył.
 Życie jest w naczyniach żołądka, które zachowują go od wpływu soku gastrycznego, rozpuszczającego ciała martwe dostające się do żołądka.
 Życie przechowuje się mniej więcej długo w członkach oddzielonych od reszty ciała: Nareszcie życie, używa własności twórczych. Nazywamy to tajemnicą poczęcia, która tak jest dla nas niepojętą, jak prawie wszystko w naturze.
 Istoty organiczne dzielą się na dwa wielkie rodzaje; pierwszy więcej palny wydaje alkalia stałe, drugi obfituje w alkalia lotne. Rośliny wchodzą do pierwszego rodzaju, zwierzęta do drugiego.
 Są zwierzęta które co do sztuczności organizmu, zdają się być niższemi od wielu roślin. Takiemi są mięczaki ożywione, które widzimy pływające po morzu, lub hydatidy które włażą owcom w mózgi.
 Są inne, daleko wyższego organizmu, w których jednak nie podobna jasno rozpoznać tego co nazywamy wolą. Tak naprzykład: gdy zwierze koralowe rozwiera swoją pokrywę dla połknięcia małych żyjątek któremi się karmi, możemy mniemać że poruszenie to jest skutkiem jego organizmu, jak to widzimy w kwiatach które zamykają się na noc, we dnie zaś obracają ku słońcu.
 Rodzaj woli polypa wyciągającego ramiona, można dość słusznie przyrównać do woli dziecka nowonarodzonego, które chce, choć jeszcze nie myślało. Wola bowiem u dzieci poprzedza myśl i jest bezpośrednim wypadkiem potrzeby lub cierpienia.
 W istocie, przygnieciony jaki członek naszego ciała, chce koniecznie rozciągnąć się i zmusza nas do wypełnienia jego woli. Żołądek często opiera się sposobowi utrzymania jaki mu przepisują. Gruczoły ślinowe wzbierają na widok pożądanej strawy; podniebienie zaczyna łechtać, tak że często rozum zaledwie z trudnością może zapanować. Gdybyśmy sobie wyobrazili człowieka, któryby przez długi czas nie jadł, nie pił, leżał ze skurczonemi członkami, słowem nie wypełniał żadnej funkcyi organicznej, zobaczylibyśmy naówczas, że różne części jego ciała, nastręczały by mu w jednej chwili rozmaite chęci.
 Wola takowa, pochodząca bezpośrednio z potrzeby, zarówno znajduje się w polypie dorosłym jak w nowonarodzonem dziecku. Są to pierwsze pierwiastki wyższej woli, która następnie rozwija się w stosunku doskonalenia się organizmu. Wola w dziecku nowonarodzonem, zapewne poprzedza myśl, ale o bardzo małą przestrzeń, myśl zaś ma także swoje pierwiastki o których wspomnę kiedyindziej.»
 Gdy Velasquez rozwijał tak swoje pojęcia, przerwano mu dalsze dowodzenie. Rebeka oświadczyła księciu całą przyjemność z jaką go słuchała i odłożono na następny dzień dalszy ciąg nauki, która mnie także mocno zajmowała.




DZIEŃ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY.
 O wschodzie słońca, ruszyliśmy w dalszą drogę. Żyd wkrótce się z nami złączył i tak ciągnął swoje opowiadanie.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.
 Podczas gdy całą duszą oddawałem się marzeniom o pięknej Sarze, Germanus, którego moje zamiary mało co obchodziły, przepędził kilka dni na słuchaniu nauk pewnego mistrza nazwanego Jozue, który stał się później sławnym pod nazwiskiem Jezusa. Jezus albowiem po grecku znaczy to samo co Jehoszuah po hebrajsku, jak możecie przekonać się o tem z przekładu Siedmdziesięciu. Germanus chciał nawet udać się za swoim mistrzem do Galilei, atoli myśl że może stać mi się użytecznym, zatrzymała go w Jerozolimie.
 Pewnego wieczoru, Sara zdjęła swoją zazłonę i chciała zawiesić ją na gałęziach drzewa balsamowego, ale w tej samej chwili, wiatr pochwycił lekką tkaninę i podwiewając ją, zaniósł na środek Cedronu. Rzuciłem się w fale potoku, porwałem zasłonę i zaczepiłem ją na krzaku będącym od strony ogrodu. Sara rzuciła mi łańcuszek złoty który zdjęła z szyi. Pocałowałem go z uszanowaniem i wpław dostałem się na drugą stronę potoku.
 Plusk wody, obudził starego Sedekiasa. Chciał dowiedzieć się co zaszło. Sara zaczęła mu opowiadać zdarzenie, starzec postąpił parę kroków naprzód, myśląc że stoi tuż przy ogrodzeniu: tymczasem wszedł na skałę gdzie nie postawiono żadnego płotu z powodu gęstych krzewów które go zastępowały. Noga pośliznęła mu się, rozchyliły się krzewy i Sedekias stoczył się w potok. Rzuciłem się za nim, schwyciłem go i wyniosłem na brzeg. Wszystko to stało się w jednej chwili.
 Sedekias odzyskał przytomność i widząc się w moich objęciach, zrozumiał że winien mi był życie. Zapytał mnie kim byłem? «Żydem z Alexandryi — odpowiedziałem — nazywam się Antyp, nie mam ani ojca ani matki, nie wiedząc zatem co począć przyszedłem szukać szczęścia w Jerozolimie.»
 «Ja ci zastąpię miejsce ojca — rzekł Sedekias — odtąd będziesz mieszkał w moim domu.» Przyjąłem zaproszenie, nie wspominając wcale o towarzyszu który nie wziął mi tego za złe i sam zamieszkał u naszego szewca. Takim sposobem wszedłem do domu mego najzaciętszego wroga i z każdym dniem zyskiwałem coraz większy szacunek człowieka, który byłby mnie zamordował, gdyby się był dowiedział że większa część jego majątku, prawem dziedzictwa do mnie należała. Sara ze swojej strony codziennie okazywała mi większą przychylność.
 Handel wymiany odbywał się w ówczas w Jerozolimie prawie tak samo jak dziś jeszcze odbywa się na wchodzie. Jeżeli będziecie w Kairze lub w Bagdadzie, zobaczycie u drzwi meczetów, ludzi siedzących na ziemi, i trzymających na kolanach małe stoliki z szufladą na boku, do zsypywania odrachowanych pieniędzy. Przy nich leżą worki ze srebrem i złotem które otwierają dla żądających tego lub owego rodzaju pieniędzy. Wymieniaczów tych nazywają dziś sarafami. Wasi ewangeliści mianowali ich trapezytami z powodu kształtu stolików o których wam mówiłem.
 Prawie wszyscy wymieniacze jerozolimscy pracowali na rachunek Sedekiasa, on zaś porozumiewał się z dzierżawcami i celnikami rzymskimi, dla podnoszenia lub zniżania według własnej woli takiego rodzaju pieniędzy, jaki mu zapowiadał największą korzyść.
 Zrozumiałem wkrótce że najlepszym sposobem pozyskania łaski mego wuja, było dokładne poznanie pieniężnych obrotów i pilna uwaga na podwyższanie lub zniżanie się ich wartości. Zamiar mój tak dalece mi się powiódł, że po dwóch miesiącach, ze wszystkiemi sprawami tego rodzaju odnoszono się do mego zdania.
 Około tego czasu rozeszła się pogłoska jakoby Tyberyusz miał w całem państwie nakazać powszechne przetopienie pieniędzy. Srebrne zwłaszcza nie miały więcej krążyć, ale zamierzano zlać je w sztaby i odesłać do skarbca monarchy. Nie wynalazłem wcale tej pogłoski, ale sądziłem że wolno mi było rozsiewać ją, możecie więc wyobrazić sobie jakie wrażenie sprawiła na wszystkich jerozolimskich wymieniaczach. Sam Sedekias nie wiedział co w tym razie począć i łamał sobie głowę nad chwyceniem się tej lub owej strony.
 Mówiłem wam już, że na całym wschodzie wymieniacze zasiadają u drzwi meczetów, w Jerozolimie mieliśmy nasze kantory w samej świątyni, która była tak obszerną że sprawy jakie w jednym jej kącie załatwialiśmy, bynajmniej nie mieszały służb bożych. Od kilku dni wszelako, taki przestrach padł na wszystkich, że żaden wymieniacz się nie pokazał. Sedekias nie pytał mnie o zdanie, ale zdawał się chcieć je wyczytać z moich oczu.
 Nareszcie gdy sądziłem że wartość pieniędzy srebrnych znacznie już była spadła, przedstawiłem plan mój starcowi. Słuchał mnie z uwagą, długo zdawał się zastanawiać i namyślać, nareszcie rzekł: «Kochany Antypie, mam w mojej piwnicy dwa miliony złotych sesterców, jeżeli potrafisz niemi stosownie do twego planu zarządzić, Sara jest twoją.»
 Nadzieja pozyskania ręki pięknej Sary i widok złota zawsze dla Żyda ponętny, pogrążyły mnie w zachwyceniu, które jednak nie przeszkodziło abym natychmiast wybiegł na ulicę w celu zadania śmiertelnego ciosu srebrnej monecie. Germanus z całych sił mi dopomagał. Przekupiłem także kilku, kupców, którzy za moją namową wzbraniali się sprzedawać towarów za srebro. W krótkim czasie rzeczy do tego doszły stopnia, że mieszkańcy Jerozolimy znienawidzili srebrne pieniądze; naówczas przekonani że uczucie to było dość już silnem, przystąpiliśmy do wykonania zamiaru.
 Następnego dnia, kazałem zanieść do świątyni wszystkie nasze złoto w zakrytych naczyniach miedzianych, zarazem oznajmiłem, że Sedekias mając do uskutecznienia znaczne wypłaty w srebrze, powziął zamiar zakupienia dwóchkroćstotysięcy uncyi srebra i ofiaruje uncyę złota za dwadzieścia pięć srebra. Zyskiwaliśmy na tym obrocie przeszło sto od sta.
 Natychmiast lud ze wszech stron zaczął się cisnąć i niebawem wymieniłem połowę mego złota. Nasi służący, co chwila odnosili srebro, tak że powszechnie mniemano iż zaledwie dotąd utargowałem dwadzieścia pięć do trzydziestu tysięcy sesterców. Wszystko szło przewybornie i byłbym bez zawodu podwoił majątek Sedekiasa, gdyby jakiś Faryzeusz nie przyszedł nam oznajmić... —
 Gdy Żyd wieczny tułacz doszedł do tego miejsca swego opowiadania, obrócił się do Uzedy i rzekł: «Potężniejszy od ciebie kabalista wzywa mnie gdzieindziej.»
 «Zapewne — odparł kabalista — niechcesz nam opowiedzieć wrzawy jaka wszczęła się w świątyni i razów które otrzymałeś.»
 «Starzec z góry Libanu, wzywa mnie,» rzekł Żyd i zniknął nam z oczu.
 Wyznam że nie bardzo się tem zmartwiłem i nie życzyłem sobie jego powrotu, gdyż domyślałem się że człowiek ten był oszustem doskonale znającym historyę, a który pod pozorem opowiadania własnych przygód, mówił nam rzeczy, których, jako prawowierni chrześcijanie, nie powinniśmy byli słuchać.
 Śród tego, przybyliśmy na miejsce spoczynku i Rebeka znowu zaczęła prosić księcia aby raczył dalej wykładać swój system. Velasquez zamyślił się przez chwilę, poczem jął mówić w te słowa:
 «Starałem się wczoraj dać wam poznać pierwiastki woli i jak takowa poprzedza myśl. Następnie zamierzyliśmy mówić o pierwiastkach myśli. Jeden z najgłębszych filozofów starożytnych wskazał nam prawdziwą drogę, po której trzeba postępować w badaniach metafizycznych, ci zaś którzy sądzą że do jego odkryć nowe dodali, według mego zdania nie uczynili żadnego kroku naprzód.
 Dawno już przed Arystotelesem, wyraz, pojęcie, idea, znaczył u Greków, obraz, i ztąd pozło nazwanie, bożyszcze — idola. Arystoteles rozpatrzywszy się dobrze w tych pojęciach, poznał że wszystkie rzeczywiście pochodziły od obrazu, czyli od wrażenia sprawionego na naszych zmysłach. Tu widzimy przyczynę dla której gienjusz najbardziej twórczy nie jest w stanie stworzenia czegokolwiek. Mytologowie, złączyli popiersie człowieka z kadłubem konia, ciało kobiety z ogonem ryby, odjęli cyklopom jedno oko, Briarejowi, dodali ramiona, ale nic nowego nie stworzyli, twórczość bowiem nie jest w mocy człowieka. Od Arystotelesa, powszechnie przyjęto zasadę, że to tylko jest w myśli co wprzódy przechodzi przez zmysły.
 Za naszych jednak czasów, powstali filozofowie którzy uważali się za daleko głębszych i mówili: «Przyznajemy że duch nie mógłby wyrobić w sobie zdolności bez pośrednictwa zmysłów, ale gdy zdolności te raz się już rozwiną, duch pojmuje rzeczy które nigdy nie miały żadnej styczności ze zmysłami, jak naprzykład: przestrzeń, wieczność lub prawdy matematyczne.
 Przyznam się że wcale nie pochwalam tej nowej teoryi. Oderwanie zdaje mi się tu zbyt naciągniętem. Chcąc odrywać trzeba odejmować. Jeżeli więc myślą, odejmę od mego pokoju wszystko co się w nim znajduje aż do powietrza, wtedy pozostanie mi czysta przestrzeń. Jeżeli od pewnego przedziału czasu odejmę początek i koniec, mam pojęcie o wieczności. Jeżeli od istoty myślącej odejmę ciało, mam pojęcie o aniołach. Jeżeli od linji odejmę myślą ich szerokość aby tylko zastanawiać się nad ich długością i płaszczyznami jakie w sobie zamykają, otrzymam pierwsze zasady Euklidesa. Jeżeli odejmę człowiekowi jedno oko i dodam mu wzrostu, będę miał postać cyklopa. Wszystko to są obrazy zatrzymane za pośrednictwem zmysłów. Jeżeli nowi mędrcy, przedstawią mi jedno oderwanie którego nie potrafię sprowadzić do odejmowania, natychmiast staję się ich uczniem. Tymczasem będę ściśle trzymał się starego Arystotelesa.
 Wyraz idea, pojęcie, obraz, nie odnosi się wyłącznie do tego co sprawia wrażenie na naszym wzroku. Dźwięk uderza nasze ucho i daje nam pojęcie należące do zmysłu słyszenia. Zęby cierpną nam od cytryny i tym sposobem nabywamy pojęcia o kwasie.
 Wszelako uważajcie że można sprawić na naszych zmysłach wrażenie wtedy nawet, gdy rzeczywisty przedmiot nie znajduje się przed naszemi oczyma. Skoro wspomną nam o ugryzieniu cytryny, na samo pojęcie ślina idzie nam do ust i zęby cierpną. Przeraźliwa muzyka długo brzmi nam w uszach. W teraźniejszym sianie fizyologji nie możemy dostatecznie wytłumaczyć snu i marzeń w nim doświadczanych, wszelako dorozumiewamy się że poruszenia naszych organów, niezawiśle od naszej woli, stawiają je w tymże samym stanie w jakim znajdowały się podczas wrażenia odebranego za pomocą zmysłów, czyli inaczej mówiąc, podczas powzięcia idei.
 Ztąd także wypada, że: «Za nim dalej postąpimy w naukach fizyologicznych, możemy teoretycznie uważać pojęcia jako wrażenia sprawione na naszym mózgu, wrażenia do których organa mogą dochodzić bądź w obecności, bądź w nieobecności przedmiotu. Uważajcie, że gdy myślimy o przedmiocie, wrażenie jest mniej żywem, w stanie jednak gorączkowym, może być równie silnem jak pierwsze odebrane za przyczyną zmysłów.
 Po tem paśmie określeń i wniosków nieco trudnem do natychmiastowego ogarnięcia, spróbujemy rzucić na ten przedmiot nowe światło.
 Zwierzęta, składem swego organizmu zbliżające się do człowieka i okazujące mniej więcej pojętności, mają, o ile sądzę wszystkie, naczynie nazwane mózgiem. Przeciwnie, w zwierzętach zbliżających się do roślin, nie podobna nam wyśledzić tego organu.
 Rośliny żyją, nawet niektóre ruszają się. Pomiędzy zwierzętani są także takie, które podobnie do roślin nie mogą poruszać się z miejsca na miejsce. Widziałem inne znowu zwierzęta morskie, które poruszają się zawsze jednakowo nakształt naszych płuc, jak gdyby zupełnie nie miały żadnej woli.
 Zwierzęta lepiej uorganizowane, posiadają wolę i pewną siłę pojmowania, ale sam tylko człowiek używa władzy odrywania się.
 Wszelako nie wszyscy ludzie posiadają tę władzę. Dezorganizacya systemu gruczołowego, pozbawia tej siły chorych na wola, góralów. Z drugiej strony, brak jednego lub dwóch zmysłów niesłychanie utrudzą siłę odrywania. Głuchoniemi, którzy przez brak głosu podobni są do zwierząt, z trudnością mogą chwytać oderwane pojęcia, pokazując im jednak pięć lub dziesięć palców, kiedy rzecz bynajmniej nie chodzi o palce, daje się im pojęcie o liczbach. Widzą modlitwę, pokłony i nabierają pojęcia o Bóstwie.
 Ociemniali, przedstawiają w tym względzie daleko mniej trudości, posiadają bowiem dar mówienia, to wielkie narzędzie siły pojmowania ludzkiego i rozumieją odrazu podane im pojęcia oderwane. Z drugiej strony niemożność oddawania się roztargnieniu, nadaje ociemniałym szczególniejszą zdolność do kombinacyi.
 Jeżeli jednak wyobrazicie sobie nowonarodzone dziecię, zupełnie ociemniałe i głuchonieme, możecie być przekonani, że nigdy nie będzie ono zdolnem do pojmowania żadnych pojęć oderwanych. Jedynemi pojęciami jakie poweźmie, będą te do których przyjdzie za pośrednictwem powonienia, smaku lub dotykania. Człowiek taki będzie nawet mógł marzyć o podobnych pojęciach. Jeżeli użycie czego wyrządzi mu szkodę a nie zbywa mu na pamięci, na drugi raz potrafi się powstrzymać. Atoli nie przypuszczam aby jakimkolwiek oderwanym sposobem, można wpoić w jego umysł oderwane pojęcie o złem. Nie będzie miał sumienia, świadomości, nie zasłuży więc nigdy ani na nagrodę ani na karę. Gdyby popełnił morderstwo, sprawiedliwość nie miała by prawa wymierzenia nań kary. Oto są więc dwa duchy, dwie cząstki tchnienia boskiego, ale zkądże powstaje w nich tak znaczna różnica, chociaż idzie tylko obrak dwóch zmysłów?
 Daleko mniejszy przedział, aczkolwiek nader jeszcze wielki, odróżnia Eskima lub Hottentota od człowieka z wykształconym umysłem. Jakaż jest przyczyna tego przedziału? Nie jestto brak jednego lub więcej zmysłów, ale raczej mniej więcej znaczniejsza ilość pojęć i kombinacyi. Człowiek który obejrzał całą ziemię oczami podróżników, który widział w dziejach wszystkie ważne wypadki, rzeczywiście ma w głowie mnóstwo obrazów których nie posiada wieśniak, jeżeli zaś kombinuje swoje pojęcia, zbliża je i porównywa, natenczas mówimy że ma wiedzę i rozum.
 Don Newton miał zwyczaj ciągłego kombinowania pojęć i w mnóstwie jakie nagromadził, znajduje się kombinacya jabłka upadającego i księżyca przytwierdzonego w swoim orbicie.
 Ztąd wniosłem, że różnica rozumów polega na ilości obrazów i łatwości ich kombinowania, czyli mówiąc wyraźniej: ma się w stosunku złożonym ilości obrazów do łatwości ich kombinowania. Tu jeszcze na chwilę poproszę was o baczną uwagę.
 Zwierzęta których organizm jest całkiem pomieszany, nie mają zapewne ani woli ani pojęć. Poruszenia ich, jak czułodrzewu, są pomimowolne.
 Możemy wszelako przypuścić, że gdy polyp z słodkiej wody, wyciąga ramiona dla pochłonięcia robaczka i połyka takie które więcej mu się podobają od drugich, wtedy nabiera pojęcia o złem, dobrem lub lepszem. Jeżeli zaś ma władzę odrzucania złych robaków, musimy przypuścić że nie brak mu na woli. Pierwszą zatem wolą, była potrzeba która zmusiła go do wyciągnięcia ramion, połknięte zaś żyjątka dały mu dwa lub trzy pojęcia. Odrzucić jedno żyjątko, połknąć drugie, należy do wolnego wyboru który wypłynął z jednego lub kilku pojęć.
 Zastosowawszy to samo dowodzenie do dziecka, zobaczymy że pierwsza jego wola pochodzi bezpośrednio z potrzeby. Ta to wola zmusza je do przytknięcia ust do piersi matki, ale skoro tylko skosztowało pokarmu, natychmiast nabiera pojęcia, zmysły jego otrzymują inne wrażenie, i tak nabywa jednego pojęcia, drugiego, trzeciego i t. d. Pojęcia zatem można tak samo policzyć, jak widzieliśmy że można było je kombinować. Ztąd pochodzi, że rachunek, lub raczej zasady kombinacyi, dałyby się do nich zostosować. Nazywam kombinacyą, zebranie nie zaś przełożenie, tak naprzyklad AB jest tą samą kombinacyą co BA.
 Dwie przeto litery dają się ułożyć jednym tylko sposobem.
 Trzy litery wzięte podwójnie, mogą dać się ułożyć czyli kombinować trzema sposobami. Czwarty jest gdy wszystkie trzy stawiamy razem. Cztery litery, wzięte po dwie, dają sześć kombinacyi, po trzy, cztery, razem jedną czyli w ogóle, jedenaście.
 Następnie

 	pięć	liter,	daje	razem	16	kombinacyi
 	sześć	„	„	„	57	„
 	siedm	„	„	„	121	„
 	ośm	„	„	„	236	„
 	dziewięć	„	„	„	495	„
 	dziesięć	„	„	„	1,013	„
 	jedenaście	„	„	„	2,035	„
 Widzimy więc że jedno pojęcie więcej podwaja ilość kombinacyi, czyli że kombinacye pięciu pojęć tak się mają do kombinacyi dziesięciu pojęć, jak 16 do 1013, czyli jak 1 do 69.
 Wcale nie jest moim zamiarem, obliczać rozum za pomocą tego materyalnego rachunku, chciałem tylko wykazać ogólne zasady wszystkiego co jest zdolnem do kombinacyi.
 Powiedzieliśmy że różnica rozumów, była w stosunku złożonym ilości pojęć i łatwości ich kombinowania.
 Możemy zatem wyobrazić sobie skalę wszystkich tych rozmaitych rozumów. Przypuśćmy że na szczycie skali stoi Don Izaak Newton, którego rozum przedstawiałoby sto milionów, na dole zaś chłop alpejski, którego rozum wyobrazi sto tysięcy. Pomiędzy dwoma temi liczbami możemy umieścić nieskończoność średnie proporcyonalnych, które będą oznaczały rozumy wyższe od chłopskiego, niższe zaś od gienjuszu Don Newtona.
 W tej skali, znajdzie się mój rozum i Pani. Własnościami umysłów znajdujących się u góry będą: Do odkryć Don Newtona, przydawanie nowych, pojmowanie ich, uchwycenie pewnej części i zawładnięcie siłą kombinowania.
 Tak samo można sobie wyobrazić skalę zstępującą do dołu, któraby zaczynała się od chłopa oznaczonego przez sto tysięcy, schodziła do umysłów oznaczonych przez szesnaście, jedenaście, pięć i nareszcie kończyła na istotach mających cztery pojęcia i sześć kombinacyi, nareszcie trzy pojęcia i cztery kombinacye.
 Dziecie mające cztery pojęcia i sześć kombinacyi, nie umie jeszcze odrywać myśli: wszelako pomiędzy tą liczbą a stoma tysiącami, znajdzie się rozum złożony z pewnej ilości pojęć z ich kombinacyami, których wypadkiem będą pojęcia oderwane.
 Do tego to złożonego rozumu zwierzęta nigdy nie dochodzą ani też dziecie głuche i ociemniałe. To dla braku wrażeń, zwierzęta dla braku kombinacyi.
 Najprostsze oderwane pojęcie jest to, które stosuje się do liczb. Zależy ono na oddzielaniu od przedmiotów ich własności liczbowych. Przed objawieniem go, dziecie nie doszło jeszcze do oderwanych pojęć ale tylko do odejmowania za pośrednictwem analizy własności, która także jest pewnym rodzajem oderwanego pojęcia. Dziecie dochodzi do nich powoli i dopiero przeszedłszy przez pierwsze oderwanie, przystępuje do kombinacyi pojęć.
 Pasmo to zatem tych sił pojmowania, od najmniejszych aż do największych, składa się zawsze z rozmiarów tego samego rodzaju, czyli podobnych wartości, za pomocą ilości obrazów i według zasad kombinacyi. Są to zawsze te same pierwiastki.
 Ztąd siły pojmowania rozmaitych stopni, można uważać jako rzeczywiście należące do jednego rodzaju, zupełnie tak, jak najbardziej zawikłany rachunek nie jest niczem innem, jedno pasmem dodawań i odejmowań. Toż samo możemy powiedzieć o każdem zagadnieniu matematycznem.»
 Velasquez dodał jeszcze kilka podobnych porównań, które Rebeka udała że jak najdokładniej pojmuje, tak że oboje rozeszli się nawzajem z siebie zadowoleni.


DZIEŃ CZTERDZIESTY.
 Obudziłem się wcześnie i wyszedłem z namiotu aby ochłodzić się świeżem powietrzem poranku. Velasquez i fałszywa Uzeda wyszli w tymże samym celu.
 Zwróciliśmy nasze kroki ku wielkiej drodze, dla przekonania się czy nie przejeżdżają jacy podróżni i przyszedłszy do wąwozu wijącego się między dwoma skałami, postanowiliśmy usiąść.
 Niebawem, spostrzegliśmy karawanę, która zbliżała się ku wąwozowi i przeciągnęła o pięćdziesiąt stóp pod skałami na których się znajdowaliśmy. Im bardziej podróżni ci ku nam się zbliżali, tem większą obudzali w nas ciekawość. Czterech Indyan otwierało pochód. Za całe odzienie mieli długie koszule oszyte koronkami. Słomiane kapelusze z pękami piór okrywały ich głowy. Wszyscy uzbrojeni byli w długie muszkiety. Dalej postępowało stado wigoni; na każdej z nich siedziała małpa. Potem, na dzielnych koniach ciągnął orszak murzynów, dobrze uzbrojonych. Za niemi jechało dwóch podeszłych panów, na przepysznych rumakach andaluzyjskich. Obaj starcy owinięci byli w płaszcze z błękitnego axamitu, na których zdaleka błyszczał krzyż kalatrawy. Za niemi ośmiu wyspiarzy malajskich, niosło chiński palankin w którym siedziała młoda kobieta w bogatym hiszpańskim stroju. Młody człowiek na dziarskim rumaku, wdzięcznie toczył obok drzwiczek jej palankinu.
 Dalej postępowała młoda osoba leżąca a nawet omdlała w lektyce: obok niej ksiądz jechał na mule, skrapiał jej twarz święconą wodą, i o ile się zdawało, odprawiał exorcyzmy. Nareszcie zakończał pochód, długi szereg ludzi wszystkich odcieni, zacząwszy od czarno-hebanowego aż do oliwkowego, białego bowiem wcale niebyło.
 Dopóki karawana mijała nas, niemieliśmy czasu zapytać się co za jedni byli ci ludzie, skoro jednak ostatni przeszedł, Rebeka rzekła: «W istocie, wartoby się dowiedzieć co to są za ludzie?»
 Gdy Rebeka czyniła tę uwagę, spostrzegłem jednego człowieka z karawany który pozostał był w tyle. Odważyłem się zleźć ze skały i pobiegłem za włóczęgą. Ten padł przedemną na kolana i cały drżąc z przestrachu, rzekł: «Wielmożny złodzieju, zlituj się, niezabijaj szlachcica, który chociaż urodził się pośród kopalń złota, grosza jednak nie ma przy duszy.»
 Odpowiedziałem mu na to, że wcale nie byłem złodziejem i że chciałem tylko dowiedzieć się, kto były te znakomite osoby które tylko co przeszły?
 «Jeżeli tylko o to idzie — rzekł Amerykanin powstając — chętnie zadowolę pańską ciekawość. Wdrapmy się na tę wysoką skałę; z niej będziem mogli wygodnie widzieć całą drogę jaką karawana ciągnie przez dolinę. Naprzód, widzisz Señor tych ludzi dziwnie ubranych którzy otwierają pochód. Są to górale z Kushoo i Quito, strażnicy tych pięknych wigoni, które pan mój ma zamiar ofiarowania Najjaśniejszemu Królowi Hiszpanji i Indyi.
 Murzyni, są niewolnikami lub raczej byli niewolnikami mego pana, gdyż ziemia hiszpańska niecierpi równie niewoli jak kacerstwa i od chwili gdy ci czarni stanęli na tej świętej ziemi, używają takiej samej wolności jako pan i ja.
 Ten podeszły pan, którego Señor widzisz na prawo, jest to hrabia Penna-Velez, synowiec sławnego wicekróla tegoż nazwiska i grand pierwszej klassy. Ten drugi, starszy od niego wiekiem, jest margrabia Torres-Rovellas, syn pewnego margrabiego Torres i małżonek ostatniej dziedziczki rodziny Rovollas. Oba ci panowie żyli zawsze w najściślejszej przyjaźni, którą ustali jeszcze małżeństwo młodego Penna-Velez z córką jedynaczką margrabiego Torres-Rovellas.
 Widzisz ztąd tę zachwycającą parę. Młodzieniec głaszcze ręką wspinającego się rumaka, narzeczona zaś siedzi w palankinie, który król Borneo darował był przed laty, nieboszczykowi wicekrólowi Penna-Velez.
 Nareszcie, ostatniej dziewczyny leżącej w lektyce, nad którą ksiądz odmawia pacierze, równie jak pan, nieznam. Wczoraj, przez nierozmyślną ciekawość poszedłem do jakiejś szubienicy, stojącej tuż przy wielkiej drodze. Znalazłem tam tę młodą dziewczynę, leżącą między dwoma wisielcami, zacząłem więc wołać na resztę towarzystwa, chcąc im pokazać tę osobliwość. Hrabia mój pan, widząc młodą dziewczynę jeszcze oddychającą, kazał ją zanieść na miejsce naszego noclegu, postanowił nawet przeczekać jeszcze jeden dzień, aby można było lepiej doglądać chorej. W istocie, nieznajoma zasługuje na te starania, gdyż jest nadzwyczajnie piękną. Dziś odważono się umieścić ją w lektyce, ale biedaczka co chwila upada na siłach i omdlewa.
 Ten dworzanin, który postępuje za lektyką, jest to Don Alvar Massa-Gordo pierwszy kuchmistrz a raczej marszałek dworu hrabiego. Obok niego widzisz, pasztelnika Lemadę i Zurgana cukiernika.»
 «Dziękuję ci Señor — rzekłem — mówisz mi daleko więcej niż chciałem wiedzieć.»
 «Nareszcie — dodał — ten który zamyka pochód i ma zaszczyt mówienia z panem, jest Don Gonzalw de Hierro-Sangre, szlachcic peruwiański, pochodzący od Pizarrów i Almagrów i dziedzic ich dzielności.»
 Podziękowałem znakomitemu Peruwianinowi i złączyłem się z mojem towarzystwem, któremu powtórzyłem zebrane wiadomości. Wróciliśmy do obozu i powiedzieliśmy naczelnikowi cyganów, że spotkaliśmy jego małego Lonzeta i córkę tej pięknej Elwiry, której miejsce zajął był niegdyś przy wicekrólu. Cygan odrzekł nam iż wiedział że oddawna mieli zamiar opuszczenia Ameryki, że przeszłego miesiąca wylądowali w Kadyxie, że wyjechali ztamtąd w przeszłym tygodniu i przepędzili dwie nocy nad brzegiem Guad-al-Quiwiru, niedaleko szubienicy braci Zota, przy której znaleźli młodą dziewczynę leżącę między dwoma wisielcami. Następnie dodał: «Zdaje mi się z pewnością, że młoda ta dziewczyna nie ma żadnego związku z Gomelezami i zupełnie jej nie znam.»
 «Jak to? — zawołałem zdziwiony — ta dziewczyna nie jest narzędziem Gomelezów a jednak znadują ją pod szubienicą? Miałyżby te harce piekielnych duchów być prawdziwemi?»
 «Kto wie? może się nie mylisz,» odparł cygan.
 «Trzebaby koniecznie — rzekła Rebeka — przez kilka dni zatrzymać tu tych podróżnych.»
 «Myślałem o tem — odpowiedział cygan — i tej nocy jeszcze każę im skraść połowę ich wigoni.»

KONIEC TOMU CZWARTEGO.



TOM V


Dzień czterdziesty pierwszy


Taki sposób zatrzymywania podróżnych wydał mi się nieco dziwacznym, chciałem nawet przedłożyć w tym względzie naczelnikowi pewne moje uwagi; ale Cygan o wschodzie słońca kazał zwinąć obóz i poznałem po głosie, jakim wydawał rozkazy, że rady moje pozostałyby bez skutku.
Tym razem posunęliśmy się tylko o kilka staj, do miejsca, które musiało było niegdyś ulec trzęsieniu ziemi, gdyż spostrzegliśmy ogromną skalę prawie na dwoje rozłupaną. Zjedliśmy obiad, po czym każdy odszedł do swego namiotu.
Nad wieczorem udałem się do naczelnika, posłyszałem bowiem w jego namiocie nadzwyczajną wrzawę. Zastałem tam dwóch Amerykanów i potomka Pizarrów, który z wyniosłą natarczywością dopominał się o oddanie mu wigoni. Naczelnik słuchał go cierpliwie, a pokora ta ośmieliła senora de Hierro Sangre tak, że jeszcze głośniej zaczął wrzeszczeć, nie szczędząc Cyganowi przydomków łotra, złodzieja, rozbójnika i tym podobnych. Natenczas naczelnik gwizdnął przeraźliwie i namiot zaczął stopniowo napełniać się uzbrojonymi Cyganami. W miarę jak ich było coraz więcej, senor de Hierro Sangre coraz bardziej spuszczał z tonu. wreszcie tak zaczął drżeć, że zaledwie można było dosłyszeć, co mówi. Naczelnik widząc, że się uspokoił, podał mu przyjaźnie rękę i rzekł:
- Wybacz, dzielny Peruwianinie, pozory przemawiają przeciw mnie i pojmuję słuszny twój gniew, ale pójdź, proszę, do margrabiego Torres Rovellas i zapytaj go, czy nie przypomina sobie niejakiej pani Dalanosy, której siostrzeniec, powodowany jedynie grzecznością, podjął się zostać wicekrólową Meksyku na miejscu panny Rovellas. Jeżeli nie zapomniał o tym, proś go, aby raczył zaszczycić nas swymi odwiedzinami.
Don Gonzalw de Hierro Sangre, zachwycony, że sytuacja, która zaczynała go mocno niepokoić, tak szczęśliwie się zakończyła, przyrzekł co do słowa wypełnić dane mu polecenie. Po jego odejściu Cygan rzekł do mnie:
- Dawnymi czasy margrabia Torres Rovellas miał szczególne upodobanie do romansowości, trzeba zatem przyjąć go w takim miejscu, które mogłoby mu się podobać.
Weszliśmy w rozpadlinę skały, ocienioną z obu stron gęstymi zaroślami, i nagle uderzył mnie widok przyrody całkiem odmienny od tych, jakie dotychczas widziałem. Ostre skały - poprzerywane a zarazem ozdobione łąkami, na których kunsztownie, ale nie zachowując symetrii, rozsadzono kępy kwitnących krzewów - otaczały jezioro o wodzie ciemnozielonej, lecz przezroczystej aż do samego dna. Gdzie tylko skały dochodziły do wody, wąskie ścieżki wykute w kamieniu prowadziły z jednej łąki na drugą. Gdzieniegdzie woda wpływała do jaskiń, podobnych do tych, jakie zdobiły wyspę Kalipso. Były to czarowne schronienia, upał nigdy tam nie dochodził, a orzeźwiająca kąpiel zdawała się wzywać przechodnia. Glebokie milczenie oznaczało, że od dawna żaden człowiek w te miejsca się nic przedarł.
Oto jest - rzekł naczelnik - prowincja mego małego państwa, w której przepędziłem kilka lat życia, jeżeli nie najszczęśliwszych, to przynajmniej najmniej burzliwych. Ale wkrótce zapewne przybędą obaj Amerykanie; zobaczmy, czy nie ma jakiego schronienia, gdzie byśmy mogli ich oczekiwać.
Po tych słowach weszliśmy wszyscy do jednej z najpowabniejszych jaskiń, gdzie złączyli się z nami Rebeka, jej brat i Velasquez. Niebawem spostrzegliśmy zbliżających się obu starców.
- Możeż to być - rzekł jeden z nich - abym po tylu latach znowu spotykał człowieka, który w młodości mojej wyświadczył mi tak ważną przysługę? Często dopytywałem się o ciebie, donosiłem ci nawet o sobie, podczas gdy znajdowałeś się jeszcze przy kawalerze Toledo, ale odtąd...
- Tak jest - przerwał stary naczelnik - odtąd trudniej było mnie wynaleźć; dziś jednak, gdy znowu jesteśmy razem, spodziewam się, że uczynisz mi, senor, zaszczyt przepędzenia kilku dni w tej okolicy. Sądzę, że po trudach tak męczącej podróży wypoczynek nie będzie zbyteczny.
- Jest to doprawdy czarodziejska okolica - rzekł margrabia.
- Za taką przynajmniej uchodzi - odpowiedział Cygan - Za panowania Arabów nazywano to miejsce Ifrit hamami, czyli Diabelską Łaźnią, dziś okolica nosi nazwę La Frita. Mieszkańcy Sierra Moreny lękają się do niej zbliżać i wieczorami opowiadają sobie o niezwykłych rzeczach, które się tutaj dzieją. Nie mam zamiaru wyprowadzać ich z błędu, dlatego prosiłbym, aby większa cześć waszego orszaku pozostała zewnątrz doliny, tam gdzie rozłożyłem mój własny obóz.
- Drogi przyjacielu - odrzekł margrabia - pozwól tylko, abym wyjął spod tego prawa moją córkę i przyszłego mego zięcia.
Za całą odpowiedź naczelnik skłonił się głęboko i posłał swoich ludzi dla przeprowadzenia rodziny i kilku służących margrabiego.
Podczas gdy Cygan oprowadzał swoich gości po dolinie, Velasquez podjął kamyk, przyjrzał mu się uważnie i rzekł:
- Nie ma wątpliwości, że w każdej z naszych hut szklanych można by stopić ten kamyk na zwykłym ogniu, nie potrzebując doń dodawać żadnych innych składników. Jesteśmy tu w kraterze wygasłego wulkanu. Ma on kształt odwróconego stożka; gdybyśmy znali długość ściany, to można by obliczyć jego głębokość i obrachować siłę użytą na jego wydrążenie. Warto się nad tym głębiej zastanowić.
Velasquez zadumał się przez chwilę, dobył tabliczek, zaczął coś na nich pisać, po czym dodał:
- Mój ojciec miał nader trafne pojęcie o wulkanach. Jego zdaniem siła wybuchowa, powstająca w ognisku wulkanu, jest daleko większa od sił, które przypisujemy czy to parze wodnej, czy też prochowi strzelniczemu, i stąd wnosił, że ludzie przyjdą kiedyś do poznania płynów, których działanie wytłumaczy im większą część zjawisk natury.
- Mniemasz zatem, książę - rzekła Rebeka - że wulkan wydrążył to jezioro?
- Nie inaczej - odparł Velasquez - rodzaj kamienia i kształt jeziora dostatecznie nam tego dowodzą. Sądząc z pozornej wielkości przedmiotów, jakie spostrzegam na przeciwnym brzegu, średnica jeziora wynosi około trzystu sążni; ponieważ zaś kąt pochylenia ściany stożka wynosi mniej więcej siedemdziesiąt stopni, możemy przyjąć, że ognisko znajdowało się na głębokości 413 sążni. Oznacza to, że wulkan wyrzucił dziewięć milionów siedemkroć trzydzieści cztery tysiące, czterysta pięćdziesiąt pięć sążni kwadratowych materii. Powiedziałem zaś już, że siły natury dotąd nam znane, w jakiejkolwiek ilości zebrane, nie byłyby w stanie sprawić podobnego skutku.
Rebeka chciała odpowiedzieć na to dowodzenie, gdy wtem wszedł margrabia ze swoją rodziną; ponieważ zaś rozmowa ta nie byłaby równie dla wszystkich zajmująca, naczelnik przeto, chcąc położyć koniec matematycznym zagłębianiem Velasqueza, rzekł do swego gościa:
- Kiedym cię znał, senor, duszę twoją przepełniały tkliwe uczucia i byłeś piękny, jak bożek miłości. Związek twój z Elwirą musiał być pasmem niewypowiedzianych rozkoszy. Zrywałeś róże na drodze życia, nic tykając wcale cierni.
- Niezupełnie - odrzekł margrabia. - Wprawdzie uczucia tkliwe pochłonęły może zbyt wielką część mego życia, ale ponieważ nie zaniedbałem żadnego obowiązku uczciwego człowieka, mogę zatem śmiało przyznać się do tej mojej słabej strony. Usiedliśmy w miejscu nader przyjaznym dla romansowych opowiadań i jeżeli chcecie, dam wam poznać historię mego życia.
Całe towarzystwo z rozkoszą przyjęło oświadczenie margrabiego, który zaczął w te słowa:
HISTORIA MARGRABIEGO TORRES ROVELLAS
Gdy oddano cię do kolegium teatynów, mieszkaliśmy, jak wiesz, niedaleko twojej ciotki Dalanosy. Matka moja często chodziła odwiedzać Elwirę, ale nigdy mnie ze sobą nie brała. Elwira wstąpiła do klasztoru, udając chęć zostania zakonnicą i nie wypadało, aby przyjmowała odwiedziny młodego chłopca. Tak więc wystawieni byliśmy na wszystkie dolegliwości rozłączenia, które o ile możliwości osładzaliśmy sobie jak najczęstszymi listy. Matka moja zwykle je odnosiła, chociaż zawsze wzdragała się, utrzymując, że nie tak łatwo otrzymać dyspensę z Rzymu i że właściwie dopiero po jej uzyskaniu mielibyśmy prawo pisywać do siebie. Pomimo jednak tych skrupułów nie zaprzestała noszenia listów i przynoszenia mi odpowiedzi. Co się tyczy majątku Elwiry, nikt nie śmiał go ruszyć, gdyż z chwilą jej obłóczyn miał przejść na poboczną linię rodziny Rovellas.
Ciotka twoja mówiła mojej matce o swoim wuju teatynie, jako o doświadczonym i rozsądnym człowieku, który może jej poradzić w sprawie uzyskania dyspensy. Matka moja z wdzięcznością podziękowała twojej ciotce i napisała do ojca Santez, który znalazł sprawę tę nader ważną i, zamiast odpowiedzi, sam przybył do Burgos z pewnym radcą nuncjatury.
Ten ostatni przybrał zmyślone nazwisko, z powodu tajemnicy, jaką chciano osłonić całą sprawę. Postanowiono, że Elwira przez sześć miesięcy zostanie w nowicjacie, po czym, gdy się pokaże, że ominęła ją chęć do powołania zakonnego, będzie tylko mieszkała w klasztorze jako osoba wysokiego stanu, z przyzwoitym orszakiem, to jest z kobietami wraz z nią zamkniętymi: nadto, że będzie miała osobny dom zewnątrz klasztoru, urządzony tak, jak gdyby w nim mieszkała. Na razie zajęła go moja matka oraz kilku prawników zajmujących się szczegółami opieki. Ja miałem udać się z nauczycielem do Rzymu, radca zaś niebawem miał wyjechać za nami. Ten ostatni jednak zamiar nie przyszedł do skutku, gdyż uznano mnie za zbyt młodego, abym śmiał prosić o dyspensę, i dwa lata upłynęły, zanim opuściłem Burgos.
Podczas tych dwóch lat co dnia widywałem Elwirę w rozmównicy, resztę zaś czasu poświęcałem na pisanie do niej listów lub czytanie romansów, z których po większej części czerpałem myśli do moich oświadczeń miłosnych. Elwira czytywała te same książki i w tymże duchu mi odpowiadała. W ogóle do całej tej korespondencji niewiele zużyliśmy naszych własnych myśli, ale nasze uczucia były prawdziwe, a w każdym razie czuliśmy wzajemny ku sobie pociąg. Krata dzieląca nas podniecała naszą miłość, krew wrzała w nas całym ogniem młodości, i pomieszanie naszych zmysłów powiększało jeszcze zamęt, panujący w naszych głowach.
Nadszedł czas wyjazdu. Chwila pożegnania była okropna. Nie wyuczyliśmy się ani też nie udawaliśmy naszej boleści, która rzeczywiście graniczyła z obłędem. Elwira zwłaszcza była w przerażającym stanie, lękano się o jej zdrowie. Moje cierpienie nie było mniejsze, ale dzielniej je znosiłem, tym bardziej że rozrywki podróży znacznie je uśmierzały. Wiele także byłem winien mojemu mentorowi, który wcale nie zakrawał na pedanta wydobytego z pyłu szkolnego, ale, przeciwnie, był dawnym wojskowym i jakiś czas nawet przepędził na królewskim dworze. Nazywał się Diego Santez i był bliskim krewnym teatyna tegoż nazwiska. Człowiek ten, równie bystry jak obeznany ze zwyczajami świata, starał się tysiącznymi sposoby sprowadzić mój umysł na drogę szczerej otwartości, ale skłonność do urojeń zbyt silnie się już we mnie zakorzeniła.
Przybyliśmy do Rzymu i natychmiast udaliśmy się do monsignora Ricardi, audytora roty, cieszącego się znacznymi wpływami, szczególniej zaś dobrze widzianego od o. jezuitów, którzy podówczas rej wodzili w Rzymie. Monsignore Ricardi, człowiek dumnej i wyniosłej postaci, z wielkim krzyżem diamentowym na piersiach, przyjął nas uprzejmie i oznajmił, że zna powód, dla którego przyjechaliśmy do Rzymu, że sprawa nasza wymaga tajemnicy i że nie powinniśmy zbyt wiele bywać w towarzystwach.
- Wszelako - dodał - słusznie uczynicie, jeżeli będziecie do mnie przychodzili. Zajęcie, jakie wam będę okazywał, zwróci na was ogólną uwagę, unikanie zaś rozrywek światowych pokaże skromność, która postawi was w korzystnym świetle. Ja tymczasem wybadam usposobienie umysłów Św. Kolegium dla waszej sprawy.
Poszliśmy za radą Ricardiego. Z rana zwiedzałem starożytności Rzymu, wieczory zaś przepędzałem w willi, którą Ricardi posiadał niedaleko pałacu Barberinich. Margrabina Paduli przyjmowała gości. Była to młoda wdowa, która mieszkała u Ricardiego, nie mając bliższych krewnych. Tak przynajmniej ludzie mówili, prawdy bowiem nikt nie znał, gdyż Ricardi był rodem z Genui, mniemany zaś margrabia Paduli umarł w zagranicznej służbie.
Młoda wdowa posiadała wszelkie przymioty, jakich potrzeba do uprzyjemnienia domowego pożycia. Z ujmującą postacią łączyła grzeczność dla wszystkich, powściągliwą i pełną godności. Wszelako zdało mi się, że spogląda na mnie bardziej przyjaznym okiem niż na innych i okazuje mi pewną przychylność, która zdradzała się nieustannie, ale w szczegółach niedostrzegalnych dla reszty towarzystwa. Poznałem te tajemne uczucia, jakimi wszystkie romanse są przepełnione, i żałowałem pani Paduli, że zwraca swoje zapały do człowieka, który żadnym sposobem nie może jej odpłacić wzajemnością. Pomimo to chętnie wdawałem się w rozmowę z margrabiną i rozprawiałem z nią o ulubionym moim przedmiocie, to jest o miłości, o różnych sposobach kochania, o różnicy między uczuciem a namiętnością, między stałością a wiernością. Gdy zgłębiałem ważne te zagadnienia z piękną Włoszką, nigdy mi nie przyszło na myśl, żebym mógł jakimkolwiek sposobem stać się niewierny Elwirze. Listy moje do Burgos zawsze ten sam cechował zapał.
Pewnego dnia udałem się do willi bez mego mentora. Nie zastawszy Ricardiego, zwróciłem kroki do ogrodu i zaszedłem do jaskini osłoniętej gęstymi krzewami jaśminu i akacji. Zastałem tam margrabinę pogrążoną w głębokim dumaniu, z którego wyrwał ją szelest, jaki wchodząc sprawiłem. Żywe zdziwienie, jakie ujrzałem na jej obliczu, dało mi prawie do zrozumienia, że byłem jedynym przedmiotem jej marzeń. Oczy miała zalęknione, jak gdyby wypatrujące ratunku przed niebezpieczeństwem. Ocknęła się jednak, posadziła mnie obok siebie i zaczęła zwykłym we Włoszech zapytaniem:
- Lei a girato questa mattina? Czy chodziłeś pan na przechadzkę tego poranku? Odpowiedziałem, że byłem na korso, gdzie widziałem wiele pięknych kobiet między którymi najpiękniejsza była margrabina Lepari.
- Nie znasz więc signor piękniejszej? - zapytała moja sąsiadka.
- Wybacz pani - odpowiedziałem - znam w Hiszpanii pewną młodą osobę daleko piękniejszą.
Odpowiedź ta musiała sprawić przykrość margrabinie, gdyż znowu utonęła w zadumie, spuściła piękne oczy i wzrok pełen smutku utkwiła w ziemi. Dla rozerwania jej zacząłem zwykłą rozmowę o uczuciach miłosnych; natenczas podniosła na mnie omdlewające spojrzenie i rzekła:
- Doświadczyłeś kiedy tych uczuć, które tak wybornie umiesz malować?
- Bez wątpienia - zawołałem - stokroć nawet żywszych, stokroć bardziej tkliwych, i to właśnie dla osoby, o której nadzwyczajnej piękności pani wspomniałem.
Zaledwie domówiłem tych słów, gdy twarz margrabiny pokryła się śmiertelną bladością; padła na ziemię, jak gdyby bez duszy. Nigdy dotąd nic zdarzyło mi się widzieć kobiety w podobnym stanie i sam nie wiedziałem, co począć; szczęściem spostrzegłem dwie służące na drugim końcu ogrodu, pobiegłem wice i przysłałem je na ratunek ich pani.
Następnie wyszedłem z ogrodu, rozmyślając nad tym, co mi się przydarzyło, podziwiając nade wszystko potęgę miłości i to, że jedna iskierka, padając na serce, może w nim spowodować nieopisane spustoszenie. Żal mi było margrabiny, wyrzucałem sobie, że stałem się powodem jej cierpień, wszelako nie wyobrażałem sobie, abym mógł, tak dla Włoszki jak dla jakiejkolwiek innej kobiety w świecie zapomnieć o Elwirze.
Nazajutrz poszedłem do willi, ale mnie nie przyjęto. Pani Paduli była mocno cierpiąca; następnego dnia w Rzymie głośno mówiono o jej chorobie, lękano się o jej życie, ja zaś znowu dręczyłem się myślą, że stałem się przyczyną jej nieszczęścia.
Piątego dnia po tym wypadku weszła do mnie młoda dziewczyna osłonięta mantylą, która jej całą twarz zakrywała. Nieznajoma rzekła mi tajemniczym głosem.
- Signor forestiero, pewna umierająca kobieta pragnie koniecznie cię widzieć, pójdź za mną.
Domyśliłem się, że chodzi o panią Paduli, nie śmiałem jednak opierać się życzeniom konającej. Powóz czekał na mnie na końcu ulicy, wsiadłem doń i przybyliśmy do willi.
Tylnym wejściem dostaliśmy się do ogrodu, weszliśmy w jakąś ciemną aleję, stamtąd zaś przez długi korytarz i kilka równie ciemnych pokojów przybyliśmy do komnaty margrabiny. Pani Paduli leżała w łóżku, podała mi śnieżną rękę, powiodła po mnie łzawymi oczyma i drżącym głosem przemówiła kilka słów, których z początku dosłyszeć nawet nie mogłem. Spojrzałem na nią. Jakże jej pięknie było z tą bladością. Wewnętrzne cierpienia konwulsyjnie łamały jej rysy, na ustach jednak błąkał się anielski uśmiech. Ta sama kobieta, przed kilku dniami tak zdrowa i wesoła, dziś chyliła się już do grobu. Ja więc byłem owym niegodziwcem, który podciął ten kwiat w samym rozkwicie, ja miałem wtrącić w przepaść tyle wdzięków. Na tę myśl serce ścisnęło mi się lodem, niewypowiedziany żal mnie ogarnął, pomyślałem, że może kilkoma wyrazami mogę jej życie ocalić padłem więc przed nią na kolana i przycisnąłem jej rękę do moich ust.
Jej palce pałały: sądziłem, że to z gorączki. Podniosłem oczy na chorą i ujrzałem, że leży na wpół naga. Aż do owej chwili nigdy nie widziałem, żeby kobieta miała odsłonięte coś więcej niż twarz i ręce. Wzrok mój zmieszał się i kolana zadrżały. Stałem się niewierny Elwirze, sam nie wiedząc, jak do tego doszło.
- Boże miłości - zawołała Włoszka - zdziałałeś cud! Ten, którego kocham, przywraca mi życie.
Ze stanu całkowitej niewinności wpadłem w odmęt najbardziej wyrafinowanych rozkoszy. Uszczęśliwiony nadzieją powrotu margrabiny do zdrowia, już sam nie wiem, co mówiłem; duma z wszechmocności moich uczuć ogarnęła całą moją istotę, jedne oświadczenia ścigały drugie, odpowiadałem nie pytany i pytałem nie czekając odpowiedzi. Margrabina widocznie odzyskiwała siły. Tak minęło cztery godziny, na koniec służąca przyszła nam dać znać, że czas się rozłączyć.
Szedłem do powozu z pewnym trudem, zmuszony oprzeć się na ramieniu dziewczyny, która rzucała na mnie równie jak jej pani płomienne spojrzenia. Byłem przekonany, że dobra dziewczyna tym sposobem wyraża mi swoją wdzięczność za przywrócenie zdrowia jej pani, i uszczęśliwiony moim powodzeniem uściskałem ją z całego serca. W istocie, wdzięczność młodej dziewczyny musiała być bez granic, gdyż oddała mi równie serdeczny uścisk, mówiąc:
- I na mnie przyjdzie kolej.
Zaledwie jednak wsiadłem do powozu, gdy myśl, że zdradzam Elwirę, zaczęła mnie niewypowiedzianie dręczyć.
- Elwiro - zawołałem - moja luba Elwiro, zdradziłem cię!... Nie jestem ciebie godny!... Przeklęta niech będzie chwila, w której dałem się namówić na powrócenie zdrowia margrabinie!
Tak wypowiedziałem wszystko, co się zwykle mówi w podobnych wypadkach, i przybyłem do domu z mocnym postanowieniem niepowracania więcej do margrabiny.
Gdy gość nasz domawiał tych słów, Cyganie przyszli po rozkazy do naczelnika, który poprosił swego dawnego przyjaciela, aby raczył odłożyć na jutro dalszy ciąg opowiadania, i sam odszedł.


Dzień czterdziesty drugi


Nazajutrz zebraliśmy się wszyscy w tej samej jaskini i margrabia widząc, że z niecierpliwością pragniemy poznać dalszy ciąg jego przygód, zaczął w te słowa:
DALSZY CIĄG HISTORII MARGRABIEGO TORRES ROVELLAS
Mówiłem wam już o wyrzutach, jakie mnie dręczyły na myśl o sprzeniewierzeniu się Elwirze. Nie wątpiłem, że służąca margrabiny zjawi się nazajutrz, aby mnie znowu zaprowadzić do łóżka swojej pani, ale przyrzekłem sobie, że przyjmę ją jak najgorzej. Wszelako, ku wielkiemu memu zdziwieniu, Sylwia ani nazajutrz, ani następnych dni wcale się nie pokazała. Nareszcie po tygodniu przyszła wystrojona bardziej, niżeli powabna jej postać tego potrzebowała. Dawno już spostrzegłem, że służąca piękniejsza jest od pani.
- Sylwio - rzekłem - idź sobie ode mnie. Z twojej to przyczyny sprzeniewierzyłem się zachwycającej kobiecie, którą kocham. Oszukałaś mnie. Myślałem, że idę do konającej, tymczasem zawiodłaś mnie do kobiety opętanej żądzą rozkoszy. Chociaż serce moje jest niewinne, to jednak nie mogę tego o samym sobie powiedzieć.
- Mój młody cudzoziemcze - odrzekła Sylwia - uspokój się, jesteś niewinny, pod tym względem możesz być zupełnie spokojny, ale nie myśl, że chcę zaprowadzić cię do mojej pani, która spoczywa teraz w ramionach Ricardiego.
- W ramionach swojego wuja? - zawołałem.
- Bynajmniej, Ricardi nie jest jej wujem; chodź ze mną, wszystko ci wytłumaczę.
Zdjęty ciekawością, poszedłem za Sylwią. Wsiedliśmy do powozu, przybyliśmy do willi, zeszliśmy do ogrodu, po czym piękna posłanniczka zaprowadziła mnie do swego pokoju, prawdziwej izdebki garderobianej, zdobnej w słoiki z pomadą, grzebienie i tym podobne przybory do strojów. W głębi stało śnieżnobiałe łóżeczko, spod którego wyglądała para uderzająco wykwintnych pantofelków. Sylwia zdjęła rękawiczki, mantylę i chustkę, którą miała na piersi.
- Wstrzymaj się - zawołałem - takim samym sposobem uwiodła mnie twoja pani.
- Pani moja - odrzekła Sylwia - ucieka się do ostatecznych środków, bez których ja na razie potrafię się obejść.
To mówiąc otworzyła szafkę, dobyła owoców, ciasta, butelkę wina, postawiła to wszystko na stole, który przysunęła do łóżka, i rzekła:
- Wybacz, piękny Hiszpanie, że nie mogę ofiarować ci krzesła, ale tego poranku zabrano mi ostatnie, służące zaś zwykle nie mają wielkiego zbytku w sprzętach. Siadaj zatem obok mnie i racz przyjąć ten skromny posiłek, z całego serca cię zapraszam.
Nie mogłem odrzucić tak wdzięcznej ofiary, usiadłem więc obok Sylwii, zacząłem jeść owoce i pić wino, po czym poprosiłem ją, aby mi opowiedziała historię swej pani, co też uczyniła w tych słowach:
HISTORIA MONSIGNORA RICARDI I LAURY CERELLI, ZWANEJ MARGRABINĄ PADULI
Ricardi, najmłodszy syn znakomitej genueńskiej rodziny, popierany przez wuja swego, który byt generałem jezuitów, wcześnie wstąpił do zakonu i niebawem został prałatem. Ujmująca postać i fioletowe pończochy szczególne wówczas wywierały wrażenie na wszystkich kobietach rzymskich. Ricardi nie omieszkał korzystać ze swoich powabów i postępując za przykładem konfratrów, tak dalece nadużył światowych uciech, że w trzydziestym roku życia wszystkie go znudziły i zamierzył zająć się poważniejszymi sprawami.
Nie myślał oczywiście wyrzec się zupełnie kobiet, wszelako zapragnął nawiązać trwalsze i spokojniejsze stosunki. Nie wiedział jednak, jak sobie począć. Przez jakiś czas był cavaliere servente najpiękniejszych pań rzymskich, ale piękne panie zaczęły go dla młodszych prałatów opuszczać, zresztą znudziły go już te ciągłe nadskakiwania, zmuszające do nieustannych kręceń się i biegań. Utrzymanki też go nie mogły zadowolić; nie biorą one udziału w życiu towarzyskim, więc nie wiadomo, o czym z nimi mówić.
Pośród tych niepewności Ricardi powziął zamiar, który przed nim i po nim niejednemu już przychodził na myśl. Postanowił wynaleźć małą dziewczynkę i wychować ją na swój sposób, ażeby go potem mogła uczynić szczęśliwym. W istocie, cóż można porównać z rozkoszą codziennego spoglądania na młodą istotę, której wdzięki umysłu rozwijają się razem z powabami ciała. Jakież szczęście pokazywać jej samemu świat, towarzystwo, zachwycać się jej spostrzeżeniami, śledzić pierwsze błyski uczucia, wpajać w nią swoje przekonania, jednym słowem, utworzyć z niej istotę całkowicie sobie oddaną. Ale cóż później począć z takim czarującym stworzeniem? Wielu żeni się, by wybrnąć z kłopotu. Ricardi nie mógł tego uczynić.
Śród tych rozpustnych zamiarów prałat nasz nie zaniedbywał swojej kariery. Jeden z jego krewnych, audytor roty, spodziewał się czerwonego kapelusza i otrzymał obietnicę, że będzie mógł wtedy ustąpić swego dotychczasowego miejsca siostrzeńcowi. Trzeba było jednak cztery, a może i pięć lat poczekać, Ricardi zatem osądził, że tymczasem może wyjechać do swojej ojczyzny, a nawet podróżować.
Pewnego dnia, gdy Ricardi przechadzał się po ulicach Genui, zaczepiła go młoda trzynastoletnia dziewczyna z koszykiem pomarańcz i ze szczególnym wdziękiem prosiła, aby raczył kilka od niej kupić. Ricardi rozpustną dłonią odsłonił źle uczesane włosy spadające na twarz dziewczynki i odkrył rysy, zapowiadające niezwykłą piękność. Zapytał małej przekupki, kim są jej rodzice. Odpowiedziała, że ma tylko matkę, bardzo biedną, nazwiskiem Bastiana Cerlli. Ricardi kazał się do niej zaprowadzić, wymienił swojo nazwisko i oznajmił wdowie, że ma daleką krewną nader miłosierną, która z upodobaniom oddaje się wychowywaniu młodych dziewcząt i wyposażaniu ich, po czym dodał, że postara się umieścić u niej małą Laurę.
Matka uśmiechnęła się i odpowiedziała:
- Nie znam krewnej monsignora, która zapewne musi być zacną damą, wszelako słyszałam już o twoim miłosierdziu dla młodych dziewcząt i z chęcią powierzę ci moją córkę. Nie wiem, czy wychowasz ją w cnocie, ale przynajmniej wydobędziesz ją z nędzy, która jest nieznośniejsza od wszelkich występków. Ricardi poprosił, ażeby podała swoje warunki.
- Nie sprzedaję mojej córki - odrzekła - ale przyjmę każdy podarunek, który zechcesz mi, monsignore, ofiarować. Trzeba przecież żyć, a często z głodu sił mi do pracy brakuje.
Tegoż samego dnia Ricardi oddal Laurę na wychowanie jednemu ze swoich klientów. Natychmiast nasmarowano jej ręce migdałowym kremem, zawinięto włosy w pierścienie, na szyi zawieszono perły, a ramiona obrzucono koronkami. Dziewczynka, przejrzawszy się w zwierciadle, nie mogła się poznać, od pierwszego jednak dnia domyśliła się przyszłości i starała się dostosować do swojej sytuacji.
Tymczasem Laura miała rówienniczki i rówienników, którzy nie wiedząc, co się z nią stało, mocno się o nią niepokoili. Najzawziętszym w odszukaniu jej był Cecco Boscone, czternastoletni chłopiec, syn tragarza, niezwykle jak na swój wiek silny i na zabój zakochany w małej przekupce pomarańcz, którą często widywał bądź na ulicy, bądź też u nas w domu, był bowiem naszym dalekim krewnym. Mówię naszym, gdyż także nazywam się Cerelli i mam zaszczyt być stryjeczną siostrą mojej pani.
Tym więcej niepokoiliśmy się o naszą kuzynkę, że nie tylko nigdy nam o niej nie wspominano, ale nawet zakazano nam wymawiać jej imię. Ja trudniłam się zwykle szyciem grubej bielizny, Cecco zaś biegał z posyłkami po porcie, gdzie w przyszłości miał trudnić się przenoszeniem towarów. Skończywszy dzienną pracę, chodziłam do niego pod przysionek jednego z kościołów i tam gorzkimi łzami, we dwoje opłakiwaliśmy los biednej Laury. Pewnego wieczora Cecco rzekł do mnie:
- Przychodzi mi wyborna myśl. Przez ostatnie dni padał ulewny deszcz i pani Cerelli na krok nie wychodziła z domu; jestem jednak przekonany, że jak tylko nastanie pogoda, nie wytrzyma i jeżeli Laura znajduje się w Genui, pójdzie ją odwiedzić. Wtedy z daleka pobiegnę za nią i tak dowiemy się, gdzie Laurę schowano.
Pochwaliłam ten zamiar. Nazajutrz wypogodziło się, poszłam więc do pani Cerelli. Spostrzegłam, jak wyciągała ze starej szafy jeszcze starszą mantylę, porozmawiałam z nią przez chwilę i czym prędzej pośpieszyłam uprzedzić Cecca. Zaczailiśmy się i wkrótce ujrzeliśmy wychodzącą panią Cerelli. Cichaczem postępowaliśmy za nią na drugi koniec miasta i widząc, że wchodzi do jakiegoś domu, skryliśmy się znowu. Po niejakim czasie pani Cerelli wyszła i udała się do siebie. Wchodzimy do domu, wbiegamy na schody, skacząc jedno przez drugie, otwieramy drzwi przepysznego mieszkania i na środku pokoju spostrzegamy Laurę. Rzucam się jej na szyję, ale Cecco wyrywa mnie z jej objęć i zawisa jej na ustach. W tej chwili otwierają się drzwi od przyległego pokoju i wchodzi Ricardi. Dostałam tuzin policzków, a Cecco tyleż kopniaków. Nadbiegła służba i w mgnieniu oka znaleźliśmy się na ulicy, zbici, sponiewierani i nauczeni, że powinniśmy przestać interesować się losem naszej kuzynki. Cecco zaciągnął się jako chłopiec okrętowy na okręt maltańskich korsarzy i już więcej o nim nie słyszałam, ja jednak nie porzuciłam wcale chęci złączenia się z Laurą, ale przeciwnie, chęć ta we mnie coraz bardziej wzrastała.
Służyłam w kilku domach, nareszcie dostałam się do margrabiego Ricardi, który jest starszym bratem prałata. Mówiono tam wiele o pani Paduli, nie pojmując, gdzie prałat wynalazł tę krewną. Długo cała rodzina nie mogła się niczego wywiedzieć, nareszcie, czego panowie nie potrafili, tego dokonała ciekawość służących. Zaczęliśmy z naszej strony czynić poszukiwania i niebawem odkryliśmy, że mniemana margrabina jest po prostu Laurą Cerelli. Margrabia przykazał nam dochować tajemnicy i posłał mnie do swego brata, uprzedzając go, aby podwoił ostrożność, jeżeli nie chce ściągnąć na siebie nader nieprzyjemnych kłopotów.
Wszelako nie obiecywałam ci rozpowiadać własnych przygód i nie powinnam mówić ci jeszcze o margrabinie Paduli, kiedy dotąd znasz tylko Laurę Cerelli, umieszczoną na wychowanie u klienta Ricardiego. Niedługo tam zabawiła; wkrótce przeniesiono ją do pobliskiego małego miasteczka, gdzie Ricardi często ją odwiedzał, a po każdej bytności powracał coraz więcej zadowolony ze swego dzieła.
Po dwóch latach Ricardi wyjechał do Londynu. Podróżował pod przybranym nazwiskiem i podawał się za kupca włoskiego. Laura mu towarzyszyła i uchodziła za jego żonę. Zawiózł ją do Paryża i do innych wielkich miast, gdzie łatwiej było zachować incognito. Laura z każdym dniem stawała się milsza, ubóstwiała swego dobroczyńcę i czyniła go najszczęśliwszym z ludzi. Tak minęło trzy lata z szybkością błyskawicy. Wuj Ricardiego miał otrzymać kapelusz i naglił do jak najśpieszniejszego powrotu do Rzymu. Ricardi zawiózł swoją lubą do włości, które posiadał niedaleko Gorycji. Nazajutrz po przybyciu rzekł do niej:
- Muszę pani oznajmić nowinę, jak sądzę, dość przyjemną. Jesteś wdową po margrabim Paduli, który przed niedawnymi czasy umarł w służbie cesarskiej. Oto są papiery potwierdzające moje słowa. Paduli był naszym krewnym. Spodziewam się, że nie odrzucisz, pani, moich próśb, że raczysz pojechać do Rzymu i przyjąć schronienie w moim domu. W kilka dni potem Ricardi wyjechał. Nowa margrabina, zostawiona swoim własnym myślom, zaczęła zastanawiać się nad charakterem Ricardiego, nad swymi z nim stosunkami i nad dalszym swoim postępowaniem. Po upływie trzech miesięcy rzekomy wuj zawezwał ją do siebie. Jaśniał całym blaskiem nowego urzędu; pewna część tego blasku spadła także i na Laurę i zewsząd ciśnięto się do niej z hołdami. Ricardi oznajmił rodzinie, że przyjął do siebie wdowę po margrabim Paduli, krewnym Ricardich po kądzieli.
Margrabia Ricardi nigdy nie słyszał, żeby Paduli był żonaty. Rozpoczął więc w tym względzie poszukiwania, o których ci wspominałam, i wysłał mnie do nowej margrabiny dla zalecenia jej jak największej ostrożności. Odbyłam podróż morzem, wylądowałam w Civitavecchia i udałam się do Rzymu. Stanęłam przed margrabiną, która wyprawiła służących i padła w moje objęcia. Zaczęłyśmy przypominać sobie nasze dziecinne lata, moją matkę, jej matkę, kasztany, które jadałyśmy razem, nie zapomniałyśmy też o małym Cecco; opowiedziałam, jak biedny chłopiec zaciągnął się na okręt korsarski i przepadł bez wieści. Laura, rozczulona, zalała się łzami, tak że zaledwie zdołałam ją uspokoić. Prosiła mnie, żebym nie dała poznać się prałatowi i żebym udawała jej garderobianą. Gdyby mnie miała zdradzić moja wymowa, to powinnam utrzymywać, że pochodzę spod Genui, a nie z samego miasta.
Laura miała już ułożony plan działania. Przez dwa tygodnie ciągle była równie wesoła i rozmowna, ale potem stała się ponura, zamyślona, kapryśna i zniechęcona do wszystkiego. Ricardi usiłował podobać się jej wszelkimi sposobami, nie mógł jednak powrócić jej dawnej wesołości.
- Kochana Lauro - rzekł pewnego dnia - powiedz, czego ci tu brakuje? Porównaj twój teraźniejszy stan z tym, z jakiego cię wydobyłem.
- Któż cię prosił, abyś mnie z niego wydobywał? - odparła Laura z największą gwałtownością. - Tak jest, żałuję teraz dawnej mojej nędzy. Cóż ja tu pocznę między tymi wszystkimi damami z wielkiego świata? Wolałabym otwarte zniewagi od ich dwuznacznych grzeczności. Ach, moje łachmany! jakże teraz płaczę za wami! Nie mogę bez łez pomyśleć o moim czarnym chlebie, moich kasztanach i o tobie, drogi Cecco, który miałeś mnie zaślubić, jak tylko zostaniesz tragarzem. Z tobą byłabym doznała może nędzy, ale nigdy trosk, zgryzot i nudy; księżniczki byłyby zazdrościły mego losu.
- Lauro! Lauro! co znaczy ta mowa? - zawołał Ricardi.
- To głos natury - odrzekła Laura - która stworzyła kobiety na żony i matki, nie zaś na siostrzenice rozpustnych prałatów.
To mówiąc wyszła do drugiego pokoju i drzwi za sobą na klucz zamknęła.
Ricardi zmieszał się; podawał panią Paduli za swoja siostrzenicę i teraz drżał na myśl, że nierozważna może odkryć prawdę i zniszczyć jego widoki na przyszłość. Przy tym kochał niegodziwą, był zazdrosny, słowem - nic wiedział, jak wyrwać się otaczającemu go zewsząd nieszczęściu.
Nazajutrz Ricardi cały drżący wszedł do pokoju Laury i - ku swemu rozkosznemu zdziwieniu - został jak najmilej przyjęty.
- Przebacz mi, drogi wuju - rzekła - kochany mój dobroczyńco, jestem niewdzięcznicą nie zasługującą, aby żyć na świecie. Jestem dziełem twoich rąk, ty wykształciłeś mój umysł, winnam ci wszystko; wybacz dziwactwo, które bynajmniej nie pochodziło z serca.
Tak nastąpiła zgoda. W kilka dni potem Laura rzekła do Ricardiego:
- Nie mogę być z tobą szczęśliwa. Zbyt jesteś panem w tym domu, wszystko w nim do ciebie nałoży, jestem tu zupełnie twoją niewolnicą. Ten lord, który nas odwiedza, darował Biance Capuzzi najpiękniejszy majątek z księstwa Urbino. Oto jest prawdziwie kochający człowiek! Ja zaś jestem pewna, że gdybym cię prosiła o tę małą baronię, w której przepędziłam trzy miesiące, bez wątpienia byś mi jej odmówił. A przecież jest to zapis twego wuja Cambiasiego i możesz nim według upodobania rozporządzać.
- Chcesz mnie więc opuścić - rzekł Ricardi - kiedy tak pragniesz niezawisłego losu?
- Chcę cię więcej kochać - odparła Laura. Ricardi nie wiedział, czy dać, czy odmówić; kochał, był zazdrosny, lękał się, żeby jego powaga nie została naruszona i żeby nie popadł w zależność od swojej kochanki. Laura czytała w jogo duszy i byłaby przyprowadziła go do ostateczności, ale Ricardi miał niezmierny wpływ w Rzymie i na jedno jego słowo czterech zbirów byłoby schwytało siostrzenicę i zawiozło na długą pokutę do jakiego klasztoru.
Ta obawa wstrzymywała Laurę; aby jednak postawić na swoim, udała niebezpiecznie chorą. Właśnie rozmyślała nad tym zamiarem, gdy wszedłeś do jaskini.
- Jak to - zawołałem zdumiony - nie o mnie więc myślała?
- Nie, moje dziecię - rzekła Sylwia - dumała o zyskownej baronii z dwoma tysiącami skudów rocznego dochodu. Nagle przyszła jej myśl jak najśpieszniejszego udania chorej, a nawet umierającej. Wprawiła się w to już dawniej, naśladując aktorki, które widziała w Londynie, i chciała przekonać się, czy potrafi cię omamić. Widzisz więc, mój młody Hiszpanie, że wpadłeś w zastawioną siatkę, wszelako nie możesz się skarżyć, ani też moja pani, na koniec komedii. Nigdy nie zapomnę, jak byłeś piękny, gdy wyszedłszy od Laury szukałeś mojego ramienia, by się na nim wesprzeć. Przysięgłam sobie wtedy, że i na mnie musi przyjść kolej.
Cóż mogę wam więcej powiedzieć? Wysłuchałem Sylwii pomieszany, w jednej chwili tracąc wszystkie złudzenia. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Sylwia korzystała z mojego stanu, ażeby wprowadzić zamęt w moje zmysły. Łatwo jej to poszło, nadużyła nawet swojej przewagi. W końcu, gdy odprowadzała mnie do powozu, nie wiedziałem, czy należy dręczyć się nowymi wyrzutami, czy też wcale ich sobie nie czynić.
Gdy margrabia doszedł do tego miejsca swojej powieści, Cygan, mając ważne sprawy do załatwienia, prosił go, aby raczył dalszy ciąg odłożyć na dzień następny.



Dzień czterdziesty trzeci


Zebrano się jak zazwyczaj i margrabia, widząc wszystkich czekających w milczeniu, zaczął w te słowa:
DALSZY CIĄG HISTORII MARGRABIEGO TORRES ROVELLAS
Mówiłem wam, jak sprzeniewierzywszy się dwa razy Elwirze, za pierwszym doznałem bolesnych wyrzutów sumienia, za drugim zaś nie wiedziałem, czy znowu mam je sobie czynić, czy też wcale o nich nie myśleć. Zresztą mogę wam zaręczyć, że zawsze jednakowo kochałem moją kuzynkę i równie płomienne pisywałem do niej listy. Mentor mój, pragnąc za wszelką cenę wyleczyć mnie z romansowości, pozwalał sobie czasami na czyny, które wychodziły nieco z zakresu jego powołania. Udając, że o niczym nie wie, wystawiał mnie na pokusy, którym nigdy nie zdołałem się oprzeć; wszelako miłość moja dla Elwiry była zawsze jednakowa i z niecierpliwością wyglądałem chwili udzielenia mi przez kancelarię apostolską dyspensy na małżeństwo.
Nareszcie pewnego dnia Ricardi kazał przywołać mnie i Santeza. Postawa jego była uroczysta, zrozumieliśmy więc, że ma dla nas jakąś ważną wiadomość. Złagodziwszy surowość twarzy łagodnym uśmiechem, rzekł:
- Sprawa wasza jest załatwiona, chociaż nie bez wielkich trudności. Wprawdzie dość łatwo udzielamy dyspensy dla niektórych krajów katolickich, ale inaczej rzecz się ma z Hiszpanią, gdzie wiara jest czystsza i zasady jej ściślej zachowywane. Pomimo to Jego Świątobliwość, zważając na liczne pobożne fundacje, jakie rodzina Rovellas założyła w Ameryce, zważając nadto, że błąd obojga dzieci był następstwem nieszczęść rzeczonej rodziny, nie zaś owocem rozpustnego wychowania, Jego Świątobliwość, powtarzam, rozwiązał węzły pokrewieństwa, jakie was między sobą na ziemi łączyły. Będą one zarówno rozwiązane w niebie; jednakowoż - aby nie zachęcać tym przykładem młodzieży do wpadania w podobne błędy - nakazane wam jest nosić na szyi różaniec o stu ziarnach i przez trzy lata codziennie go odmawiać. Oprócz tego macie wystawić kościół dla teatynów z Veracruz. Teraz mam zaszczyt złożyć ci, mój młody przyjacielu, jako też przyszłej margrabinie życzenia wszelkich pomyślności i szczęścia.
Możecie wyobrazić sobie moją radość. Czym prędzej pobiegłem po breve Jego Świątobliwości i w dwa dni potem wyjechaliśmy z Rzymu.
Pędziliśmy dzień i noc, wreszcie stanęliśmy w Burgos. Ujrzałem Elwirę, która przez ten czas jeszcze wypiękniała. Pozostawało nam tylko prosić dwór o potwierdzenie naszego małżeństwa, ale Elwira była już panią swego majątku, nie zbywało nam więc na przyjaciołach. Otrzymaliśmy upragnione potwierdzenie, do którego dwór dołączył dla mnie tytuł margrabiego Torres Rovellas. Odtąd zajęto się wyłącznie sukniami, klejnotami i tym podobnymi kłopotami, tak rozkosznymi dla młodej dziewczyny mającej zostać małżonką. Tkliwa jednak Elwira mało zwracała uwagi na te przygotowania i zajmowała się tylko szczęściem swego narzeczonego. Nadeszła wreszcie chwila naszego związku. Dzień wydawał mi się nieznośnie długi, obrzęd bowiem miał odbyć się dopiero wieczorem w kaplicy letniego domu, który posiadaliśmy niedaleko od Burgos.
Przechadzałem się po ogrodzie dla zagłuszenia trawiącej mnie niecierpliwości, następnie usiadłem na ławce i zacząłem zastanawiać się nad moim postępowaniem, tak mało godnym tego anioła, z którym wkrótce miałem się połączyć. Przypominając sobie wszystkie popełnione przeniewierstwa, naliczyłem aż do dwunastu. Natenczas wyrzuty sumienia znowu, owładnęły moją duszą i gorzko sam na siebie wyrzekając, rzekłem:
- Nieszczęsny niewdzięczniku, pomyślałżeś o skarbie, jaki ci przeznaczono, o tej boskiej istocie, która wzdycha i oddycha tylko dla ciebie, która kocha cię nad życie i która do kogo innego nigdy słowa nawet nie przemówiła?
Podczas tego aktu skruchy usłyszałem, jak dwie garderobiane Elwiry usiadły na ławce przypartej do przeciwnej strony szpaleru i zaczęły między sobą rozmowę. Pierwsze zaraz słowa zwróciły całą moją uwagę.
- Cóż więc, Manuelo - rzekła jedna z dziewczyn - nasza pani musi się bardzo cieszyć, że będzie mogła kochać naprawdę i dać prawdziwe dowody miłości, zamiast tych drobiazgowych oznak przychylności, jakie tak hojnie rozdawała zalotnikom u kraty?
- Mówisz zapewne - odrzekła druga - o tym nauczycielu gitary, który całował ją ukradkiem w rękę udając, że uczy ją przebierać palcami po strunach.
- Wcale nie - odpowiedziała pierwsza - mówię tu o tuzinie miłostek, wprawdzie niewinnych, ale którymi nasza pani bawiła się i na swój sposób do nich zachęcała. Naprzód ten mały bakałarz, który ją uczył geografii - o! ten kochał się szalenie, dała mu też za to pęk włosów, tak że następnego dnia nie wiedziałam, jak ją mam uczesać. Później ów wygadany administrator, który donosił o stanie jej majątków i zawiadamiał ją o dochodach. Ten to miał swoje sposoby, obsypywał naszą panią pochwałami i upajał pochlebstwem. Dała mu też za to swoją sylwetkę portretową, dała ze sto razy przez kratę rękę do pocałowania, a co kwiatów i bukiecików nawzajem sobie posyłali!
Nie przypominam sobie w tej chwili dalszego ciągu rozmowy, ale mogę was zapewnić, że do tuzina ani jednego nie zabrakło. Byłem wstrząśnięty. Zapewne, Elwira okazywała swoim zalotnikom względy w gruncie rzeczy niewinne, były to raczej dziecinady, ale Elwira, jaką sobie wyobrażałem, nie powinna była pozwolić sobie nawet na najmniejszy pozór przeniewierstwa. Teraz wyznaję, że rozumowanie moje było cale niedorzeczne. Elwira od pierwszych lat życia mówiła tylko o miłości, należało mi zatem zrozumieć, że - zamiłowana w rozmowie o tym przedmiocie, nie tylko ze mną będzie o nim rozmawiała. Nigdy nie byłbym uwierzył w takie postępowanie, ale przekonany na własne uszy, poczułem się zawiedziony i pogrążyłem się w smutku.
Wtem dano mi znać, że wszystko już jest gotowe.
Wszedłem do kaplicy z twarzą zmienioną, która zdziwiła moją matkę i zaniepokoiła narzeczoną. Sam ksiądz zmieszał się i nie wiedział, czy ma nas pobłogosławić. W końcu dał nam ślub, ale mogę wam śmiało wyznać, że nigdy tak gorąco oczekiwany dzień tak źle nie spełnił pokładanych w nim nadziei.
W nocy było inaczej. Bożek małżeństwa, zapaliwszy swoje pochodnie, osłonił nas welonem swoich pierwszych rozkoszy. Wszystkie miłostki uleciały Elwirze z pamięci, a nieznane dotychczas uniesienie wypełniło jej serce miłością i wdzięcznością. Cała należała do swego małżonka.
Nazajutrz oboje mieliśmy wygląd ludzi szczęśliwych, jakżeż zresztą mógłbym trwać w moim smutku!
Ludzie, którzy przeszli przez życie, wiedzą, że wśród wszystkich jego darów nie ma niczego, co można by porównać ze szczęściem, jakim obdarza nas młoda małżonka, wnosząc w małżeńskie łoże tyle nie zgłębionych tajemnic, tyle nie urzeczywistnionych marzeń, tyle rozkosznych myśli. Czymże jest reszta życia wobec tych dni, spędzonych między świeżym wspomnieniem słodkich przeżyć a zwodniczymi złudzeniami na przyszłość, którą nadzieja zdobi w najpiękniejsze barwy.
Przyjaciele naszego domu przez pewien czas zostawili nas w naszym upojeniu samym sobie, ale kiedy uznali, że już jesteśmy w stanie z nimi rozmawiać, zaczęli rozbudzać w nas chęć dostąpienia zaszczytów.
Hrabia Rovellas spodziewał się był niegdyś otrzymać tytuł granda, my więc, zdaniem naszych przyjaciół, powinni byliśmy przyprowadzić jego zamiar do skutku; nie tylko dla nas samych winniśmy to uczynić, ale również dla dzieci, którymi niebo miało nas w przyszłości obdarzyć. Jaki by nie był skutek naszych starań, moglibyśmy później żałować takiego zaniedbania, a zawsze lepiej jest zawczasu oszczędzić sobie wyrzutów. Byliśmy w wieku, w którym ludzie zwykli postępować za radami otaczających, pozwoliliśmy więc zawieźć się do Madrytu.
Wicekról, dowiedziawszy się o naszych zamysłach, napisał za nami list pełen najusilniejszych poleceń. Z początku pozory zdawały się nam sprzyjać, ale były to tylko pozory, które niebawem przybrały na się zwodnicze kształty dworskie i nigdy się nie urzeczywistniły.
Zawiedzione nadzieje martwiły przyjaciół naszego domu i - na nieszczęście - moją matkę, która byłaby wszystko oddała na świecie, żeby tylko ujrzeć swego małego Lonzeta grandem hiszpańskim. Wkrótce biedna kobieta wpadła w przewlekłą chorobę i poznała, ze niewiele już pozostaje jej do życia. Natenczas, pomyślawszy naprzód o zbawieniu duszy, zapragnęła przede wszystkim zostawić dowody wdzięczności uczciwym mieszkańcom miasteczka Villaca, którzy tak nas kochali, gdy byliśmy w biedzie. Zwłaszcza rada była coś uczynić dla alkada i dla proboszcza. Matka moja nic nie miała swego, ale Elwira z chęcią postanowiła dopomóc jej w tak szlachetnych celach i posłała im dary przewyższające chęci mojej matki.
Dawni nasi przyjaciele, dowiedziawszy się o szczęściu, jakie ich spotkało, przybyli do Madrytu i otoczyli łoże swej dobrodziejki. Matka porzucała nas szczęśliwych, bogatych i jeszcze kochających się nawzajem. Ostatnie jej chwile były pełne słodyczy. Spokojnie zasnęła snem wieczystym i w tym jeszcze życiu odebrała pewną część nagród, na jakie zasługiwała przez swoje cnoty, a zwłaszcza przez swą niewypowiedzianą dobroć.
Niedługo potem spadły na nas nieszczęścia. Dwóch synów, jakimi Elwira mnie obdarzyła, po krótkiej chorobie zeszło z tego świata. Wtedy tytuł granda przestał już nas nęcić, zaprzestaliśmy dalszych zabiegów i postanowiliśmy udać się do Meksyku, gdzie stan naszych interesów wymagał naszej obecności. Zdrowie margrabiny było znacznie nadwerężone i lekarze utrzymywali, że podróż morska może ją do sił powrócić. Wybraliśmy się więc w drogę i po dziesięciotygodniowej żegludze, która w istocie wywarła nader zbawienny wpływ na zdrowie margrabiny, wylądowaliśmy w Veracruz. Elwira przybyła do Ameryki nie tylko zupełnie zdrowa, ale piękniejsza niż kiedykolwiek.
Zastaliśmy w Veracruz jednego z pierwszych oficerów wicekróla, wysłanego na powitanie nas i przeprowadzenie do Meksyku. Człowiek ten wiele opowiadał nam o wspaniałości hrabiego de Peńa Velez i o obyczajach, jakie panują na jego dworze. Wiedzieliśmy już o niektórych szczegółach przez stosunki z Ameryką. Zaspokoiwszy zupełnie dumę, wicekról rozniecił w sobie gwałtowną skłonność do kobiet i nie mogąc być szczęśliwym w małżeństwie, szukał pociechy w ujmującym i grzecznym obejściu z kobietami, jakim przed laty odznaczało się towarzystwo hiszpańskie.
Niedługo bawiliśmy w Veracruz i odbyliśmy podróż do Meksyku z wszelkimi wygodami. Jak wiecie, stolica ta leży pośród jeziora: noc już zapadła, gdy przybyliśmy na brzeg. Wkrótce spostrzegliśmy ze sto gondoli oświeconych lampionami. Najwspanialsza wysunęła się naprzód, przybiła do lądu i ujrzeliśmy wychodzącego z niej wicekróla, który zwracając się do mojej małżonki, rzekł:
- Córko nieporównana kobiety, której nie przestałem dotąd uwielbiać! Sądziłem, że to niebo nie pozwoliło ci wejść w związek ze mną, ale widzę, że nie zamierzało ono pozbawić świata najpiękniejszej jego ozdoby, za co składam mu dzięki. Pójdź, piękna Elwiro, zdobić naszą półkulę, która, posiadając ciebie, nie będzie miała czego zazdrościć Staremu Światu.
Wicekról uczynił uwagę, że Elwira tak dalece się zmieniła, że nigdy nie byłby jej poznał.
- Wszelako - dodał - pamiętam cię daleko młodszą i nie powinnaś się dziwić, że krótkowzroki śmiertelnik w róży nie poznaje pączka.
Następnie zaszczycił mnie uściskiem i wprowadził nas oboje do swojej gondoli.
Po półgodzinnej żegludze przybiliśmy do pływającej wyspy, która dzięki pomysłowemu urządzeniu wyglądała zupełnie jak prawdziwa; okrywały ją pomarańczowe drzewa i mnóstwo innych krzewów, a mimo to utrzymywała się na powierzchni wody. Wyspę tę można było popychać na różne strony jeziora i tak cieszyć się coraz nowym widokiem. W Meksyku często można widzieć podobnego rodzaju budowy, zwane chinampas. Na wyspie stał okrągły budynek rzęsiste oświecony i brzmiący z daleka głośną muzyką. Wkrótce spostrzegliśmy, że lampiony układają się w kształt monogramu Elwiry. Zbliżając się do brzegu, ujrzeliśmy dwie grupy mężczyzn i kobiet, odzianych w przepyszne, ale dziwaczne stroje, na których żywe barwy rozmaitych piór walczyły o lepsze z blaskiem najdroższych klejnotów.
- Pani - rzeki wicekról - jedną z tych grup składają sami Meksykanie. Ta piękna kobieta na czele - to margrabina Montezuma, ostatnia przedstawicielka wielkiego nazwiska, które nosili niegdyś władcy tego kraju. Polityka gabinetu madryckiego zabrania jej korzystać z przywilejów, które wielu Meksykanów dotąd uważa za prawowite. Jest za to królową naszych rozrywek; jedyny to hołd, jaki wolno jej składać. Mężczyźni drugiej grupy mienią się Inkami peruwiańskimi; dowiedziawszy się, że córka słońca wylądowała w Meksyku, przychodzą palić jej ofiary.
Podczas gdy wicekról obsypywał moją żonę podobnymi grzecznościami, bacznie w nią się wpatrywałem i zdało mi się, że spostrzegam w jej oczach jakiś ogień, wybłysły z iskry miłości własnej, która od siedmiu lat naszego pożycia nie miała dotąd czasu się rozżarzyć. W istocie, pomimo całych naszych bogactw nie mogliśmy nigdy stanąć na czele towarzystwa madryckiego. Elwira, zajęta moją matką, dziećmi, zdrowiem - nie miała sposobności błyszczenia, podróż jednakże wraz ze zdrowiem powróciła jej dawną piękność. Umieszczona na pierwszym szczeblu naszego społeczeństwa, gotowa była, jak mi się zdawało, nabrać przesadnego wyobrażenia o sobie i objawić chęć zwracania na siebie powszechnej uwagi.
Wicekról mianował Elwirę królową Peruwiańczyków, po czym rzekł do mnie:
- Jesteś bez wątpienia pierwszym poddanym córki słońca, ale ponieważ wszyscy dziś przebraliśmy się, raczysz przeto aż do końca balu poddać się prawom innej władczyni.
To mówiąc przedstawił mnie margrabinie Montezuma i złożył moją rękę w jej dłoni. Weszliśmy w zgiełk balu, obie grupy zaczęły tańczyć raz wspólnie, to znowu osobno, i wzajemne ich współzawodnictwo ożywiło uroczystość.
Postanowiono przedłużyć maskaradę aż do końca sezonu, zostałem więc poddanym dziedziczki Meksyku, podczas gdy moja żona władała swoimi podwładnymi z ujmującym wdziękiem, który zwrócił na siebie moją uwagę. Muszę jednak opisać wam córkę kacyków, czyli raczej dać wam niejakie pojęcie o jej powierzchowności, gdyż nie byłbym w stanie słowami oddać tego dzikiego wdzięku i tego zmieniającego się wciąż wyrazu, jaki namiętna jej dusza nadawała jej twarzy.
Tlaskala Montezuma urodziła się w górzystej okolicy Meksyku i nie miała wcale ogorzałej cery, jaką odznaczają się mieszkańcy nizin. Cera jej była delikatna jak u blondynek, choć ciemniejsza, a jej blask podkreślały czarne oczy podobne do klejnotów. Rysy jej, mniej wydatne niż u Europejczyków, nie były spłaszczone, jak to widzimy u ludzi z amerykańskich plemion. Tlaskala przypominała ich tylko ustami, dość pełnymi, ale zachwycającymi, ile razy przelotny uśmiech przydawał im wdzięku. Co do jej kibici, nic wam nie mogę powiedzieć, zdaję się całkiem na waszą wyobraźnię albo raczej na wyobraźnię malarza, który zamierzałby namalować Dianę lub Atalantę. Wszystkie jej ruchy miały w sobie coś szczególnego, przebijał się w nich gwałtowny poryw namiętności, hamowany z wysiłkiem. Spokojność nie wydawała się w niej spoczynkiem i zdradzała ciągły wewnętrzny niepokój.
Krew Montezumów zbyt często przypominała Tlaskali, że jest urodzona do panowania nad szeroką częścią świata. Zbliżywszy się do niej, spostrzegało się naprzód dumną postawę obrażonej królowej, ale zaledwie otworzyła usta, wnet słodkie spojrzenie wprawiało w zachwyt i każdy ulegał czarowi jej słów. Gdy wchodziła w podwoje wicekróla, zdawało się, że z oburzeniem spogląda na równych sobie, ale niebawem wszyscy widzieli, że nie ma sobie równej. Serca pochopne do uczuć poznawały w niej władczynię i słały się jej do stóp. Tlaskala przestawała być królową, była kobietą i przyjmowała hołd sobie należny.
Pierwszego zaraz wieczoru uderzył mnie ten wyniosły jej sposób myślenia. Wydawało mi się, że powinienem powiedzieć jej jakąś grzeczność, stosowną do charakteru jej przebrania i do godności pierwszego poddanego, jaką mnie wicekról zaszczycił, ale Tlaskala bardzo źle przyjęła moje oświadczenia i rzekła:
- Korona balowa może tylko tym pochlebiać, których urodzenie nie powołało do tronu.
To mówiąc rzuciła wzrok na moją żonę. Elwirę w tej chwili otaczali Peruwiańczycy i służyli jej na klęczkach. Duma i radość wprawiały ją w zachwyt; zawstydziłem się za nią i tego samego wieczoru mówiłem z nią o tej sprawie. Z roztargnieniem słuchała moich uwag i chłodno odpowiadała na moje oświadczenia miłosne. Miłość własna weszła do jej duszy i zastąpiła miejsce prawdziwego kochania.
Upojenie, jakie sprawia kadzidło pochlebstwa, z trudnością daje się rozproszyć; Elwira coraz bardziej się w nim pogrążała. Cały Meksyk rozdzielił się na wielbicieli jej doskonałej piękności i czcicieli nieporównanych wdzięków Tlaskali. Dni Elwiry mijały na radości z powodzeń wczorajszych i na przygotowywaniu jutrzejszych. Z zamkniętymi oczyma leciała w przepaść rozrywek wszelkiego rodzaju. Chciałem ją zatrzymać, ale nadaremnie; ja sam czułem się popychany, ale w przeciwnym kierunku i daleko od kwiecistych ścieżek, po jakich stąpała moja małżonka.
Miałem wówczas niespełna trzydzieści lat. Byłem w wieku, w którym uczucia mają całą świeżość młodzieńczą, namiętności zaś są w pełnym rozkwicie siły męskiej. Miłość moja, zrodzona przy kolebce Elwiry, na chwilę nie wyszła ze świata dziecinnych pojęć, umysł zaś mojej małżonki, karmiony szaleństwami romansowymi, nigdy nie miał czasu dojrzeć. Mój rozum nie o wiele ją wyprzedzał, wszelako tylem już był postąpił, że z łatwością mogłem widzieć, jak pojęcia Elwiry krążą wokół drobnostek, małych próżności, czasami nawet małych obmów, słowem, w tym ciasnym kręgu, w którym częściej słabość charakteru niż rozumu zatrzymuje kobietę. Wyjątki pod tym względem są rzadkie; sądziłem nawet, że wcale ich nie ma, ale przekonałem się, że jest inaczej, gdy poznałem Tlaskalę.
Żadna zazdrość, żadne współzawodnictwo nie znajdowały przystępu do jej serca. Cała jej płeć miała równe prawa do jej przychylności i ta, która swojej płci najwięcej przynosiła zaszczytu pięknością, wdziękami lub uczuciami, najsilniejsze w niej obudzała zajęcie. Rada by była widzieć wszystkie kobiety obok siebie, zasłużyć na ich zaufanie i pozyskać ich przyjaźń. O mężczyznach mówiła rzadko, i to z wielką powściągliwością, chyba że szło o pochwałę jakiegoś szlachetnego uczynku. Wtedy wyrażała swój podziw szczerze, a nawet z zapałem. Zresztą najwięcej rozmawiała o przedmiotach ogólnych i wtedy tylko ożywiała się, gdy mówiła o pomyślności Meksyku i zapewnieniu szczęścia jego mieszkańcom. Był to ulubiony jej przedmiot, do którego wracała, ile razy zdarzała się po temu sposobność.
Wielu ludzi zapewne gwiazda ich, a także sposób myślenia, przeznacza na pędzenie życia pod prawami tej płci, która musi rozkazywać, kiedy nie może być posłuszna. Bez wątpienia ja do tych ludzi należę. Byłem pokornym wielbicielem Elwiry, następnie uległym jej małżonkiem, ale sama rozluźniła moje więzy małocennością, jaką zdawała się do nich przywiązywać.
Bale i maskarady następowały jedne po drugich i obowiązki towarzyskie, że tak powiem, przywiązywały mnie do osoby Tlaskali. Prawdę mówiąc, serce jeszcze więcej mnie przywiązywało i pierwszą zmianą, jaką w sobie spostrzegłem, był polot mojej myśli i wzniesienie ducha. Sposób mego myślenia nabrał więcej siły, wola - dzielności. Czułem potrzebę urzeczywistnienia moich uczuć w czynie i chciałem zdobyć wpływ na losy moich bliźnich.
Prosiłem i otrzymałem posadę. Urząd mi powierzony oddawał kilka prowincji pod mój zarząd; spostrzegłem, że krajowcy gnębieni są przez Hiszpanów, i stanąłem w ich obronie. Powstali przeciw mnie potężni nieprzyjaciele, wpadłem w niełaskę ministerium, dwór zaczął mi zagrażać; stawiłem dzielny opór. Meksykanie mnie kochali, Hiszpanie szanowali, najwięcej jednak uszczęśliwiało mnie żywe zajęcie, jakie wzbudziłem w sercu ukochanej kobiety. Wprawdzie Tlaskala postępowała ze mną zawsze z tą samą, a może nawet z większą powściągliwością, ale wzrok jej szukał moich oczu, spoczywał na nich z upodobaniem i odwracał się z niepokojem. Mało do mnie mówiła, nie wspominała o tym, co czyniłem dla Amerykanów, ale ilekroć do mnie się zwracała, głos jej drżał, wyrazy tłumiły się w piersiach, tak że najobojętniejsza rozmowa toczyła się w tonie wzrastającej zażyłości. Tlaskala sądziła, że znalazła we mnie duszę podobną do swojej. Myliła się, jej to własna dusza przelała się w moją, dodawała mi natchnienia i prowadziła na drodze czynów. Mnie samego ogarnęły złudzenia o sile mego charakteru. Myśli moje przybrały kształt rozważań, pojęcia o szczęściu Ameryki przemieniły się w zuchwałe plany, rozrywki nawet stroiły się w barwę bohaterstwa. Ścigałem w lasach jaguary i pumy i w pojedynkę polowałem na te dzikie zwierzęta. Najczęściej jednak zapuszczałem się w dalekie wąwozy, a echo było jedynym powiernikiem miłości, z którą nie śmiałem się zwierzyć uwielbianej tajemnie kobiecie.
Tlaskala odgadła mnie, ja także sądziłem, że zabłysł mi promyk nadziei, i mogliśmy łatwo zdradzić się przed oczyma przenikliwego ogółu. Na szczęście uniknęliśmy powszechnej uwagi. Wicekról miał ważne sprawy do załatwienia, które przecięły pasmo uroczystości, jakim on sam, a za nim cały Meksyk zapamiętale się oddawał. Przyjęliśmy naówczas spokojniejszy tryb życia. Tlaskala oddaliła się do domu, który posiadała na północ od jeziora. Z początku zacząłem dość często ją odwiedzać, nareszcie przychodziłem co dzień. Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia. Z mojej strony była to cześć posunięta prawie do fanatyzmu, z jej zaś - jak gdyby święty ogień, którego płomień podsycała żarliwie i w skupieniu.
Wyznanie wzajemnych uczuć błąkało się nam na ustach, ale nie śmieliśmy go wymówić. Stan ten był czarujący, poiliśmy się jego rozkoszą i lękaliśmy się w czymkolwiek go zmienić.
Gdy margrabia doszedł do tego miejsca, odwołano Cygana dla spraw hordy i musieliśmy do następnego dnia odłożyć zaspokojenie naszej ciekawości.



Dzień czterdziesty czwarty


Zebraliśmy się wszyscy w milczeniu i margrabia, zasiadłszy, tak zaczął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII MARGRABIEGO TORRES ROVELLAS
Mówiłem wam o mojej miłości do zachwycającej Tlaskali, odmalowałem wam jej postać i duszę; dalszy ciąg mojej historii najlepiej da ją wam poznać.
Tlaskala wierzyła w prawdy naszej świętej wiary, ale zarazem miała głębokie poszanowanie dla pamięci swych ojców i, w tak pomieszanym sposobie widzenia tych spraw, ułożyła sobie osobny raj, który nie był w niebie, ale w jakiejś pośredniej krainie. Podzielała nawet do pewnego stopnia zabobony swoich rodaków, wierzyła, że znakomite cienie królów jej pokolenia śród ciemnych nocy schodzą na ziemię i odwiedzają starodawny cmentarz położony w górach. Tlaskala za nic w świecie nie byłaby tam poszła w nocy. Czasami jednak chodziliśmy tam w dzień i długie spędzaliśmy godziny. Tlaskala tłumaczyła mi hieroglify wyryte na grobowcach jej przodków i objaśniała je podaniami, w których była nader biegła.
Znaliśmy już większą część napisów i postępując dalej w naszych poszukiwaniach, wynajdywaliśmy nowe, które oczyszczaliśmy z mchu i cierniów je pokrywających. Pewnego dnia Tlaskala pokazała mi kolczasty krzak i rzekła, że ma on tu swoje znaczenie, gdyż ten, który go posadził, powziął wprzódy zamiar sprowadzenia zemsty niebios na cienie nieprzyjaciół, i że dobrze uczynię wytępiając tę złowrogą roślinę. Wziąłem siekierę z rąk idącego za nami Meksykanina i wyciąłem nieszczęsny krzak. Wtedy spostrzegliśmy kamień, pokryty hieroglifami gęściej niż nagrobki, które dotychczas oglądaliśmy.
- Napis ten - rzekła Tlaskala - położony został już po zdobyciu naszego kraju. Meksykanie naówczas mieszali hieroglify z niektórymi literami alfabetu, które przejęli od Hiszpanów. Napisy owoczesne łatwiejsze są do odczytania.
W istocie, zaczęła czytać, ale za każdym wyrazem coraz większa boleść malowała się w jej rysach, nareszcie padła bez zmysłów na głaz, który przez dwa wieki ukrywał powód jej nagłego przerażenia.
Przeniesiono Tlaskalę do domu, odzyskała nieco przytomność, ale nie mogła związać dwóch myśli razem i ciągle mówiła od rzeczy. Powróciłem do siebie w najgwałtowniejszej rozpaczy, a nazajutrz otrzymałem list następującej treści:
Alonzo, ażeby napisać te kilka słów, musiałam zebrać wszystkie siły i myśli moje. Pismo to wręczy ci stary Xoaz, dawny mój nauczyciel mowy ojców moich. Zaprowadź go do kamienia, który wczoraj wynaleźliśmy, i proś, aby ci wytłumaczył napis. Wzrok mój miesza się, gęsta mgła pokrywa moje oczy. Alonzo, straszliwe widziadła snują się pomiędzy nami - Alonzo - tracę cię z oczu.

Xoaz był jednym z teoksychów, czyli pochodził z dawnych kapłanów. Zaprowadziłem go na cmentarz i pokazałem nieszczęsny kamień. Przepisał hieroglify i zaniósł odpis do siebie. Poszedłem do Tlaskali, ale maligna jej nie odstąpiła; spojrzała na mnie błędnymi oczyma i nie mogła mnie poznać. Nad wieczorem gorączka nieco opadła, wszelako lekarz prosił mnie, abym do chorej nie chodził.
Nazajutrz Xoaz przyniósł mi tłumaczenie meksykańskiego napisu w następujących słowach:
Ja, Koatrii, syn Montezumy, złożyłem tu ciało nikczemnej Mariny, która poświęciła serce i ojczyznę niegodziwemu Kortezowi, naczelnikowi rozbójników morskich. Duchy moich przodków, które zstępujecie tu śród ciemnych nocy, przywróćcie na chwile te zwlókł do życia i zadajcie im najstraszliwsze męczarnie konania. Duchy moich przodków, wysłuchajcie mego głosu, wysłuchajcie moich przekleństw. Spojrzyjcie na moje dłonie dymiące jeszcze krwią ofiar ludzkich!
Ja, Koatril, syn Montezumy, jestem ojcem; córki moje błądzą po lodowiskach dalekich gór. Piękność jest dziedzicznym przymiotem naszego sławnego rodu. Duchy moich, przodków, jeżeli kiedykolwiek córka Koatrila lub córka jego córki albo jego syna, jeżeli kiedykolwiek która kobieta z mego rodu odda serce i wdzięki komukolwiek z wiarołomnego plemienia rozbójników przybyłych zza morza, jeżeli między kobietami z mojej krwi znajdzie się druga Marina, duchy moich przodków, zstępujące tu śród ciemnych nocy, ukarzcie ją najstraszliwszymi męczarniami. Zstąpcie śród ciemnej nocy pod postacią plemiennych żmij, poszarpcie jej ciało, rozwleczcie po całej ziemi i wtedy niech każda cząstka doznaje osobno boleści śmiertelnego konania. Zstąpcie śród ciemnej nocy pod postacią sępów z żelaznymi dzioby, rozżarzonymi w ogniu, poszarpcie jej ciało, rozproszcie je w powietrznym przestworzu i wtedy niech każda cząstka osobno doznaje boleści śmiertelnego konania. Duchy moich przodków, jeżeli nie wypełnicie mojego żądania - z rękami splamionymi krwią ludzkich ofiar wzywam przeciw wam potęgę bogów zemsty. Oby wam zadali podobne męczarnie!
Wyryłem to przekleństwo, ja, Koatrii, syn Montezumy, i posadziłem na grobie krzak Meskusksaltry.

Mało brakowało, a napis ten uczyniłby na mnie podobne wrażenie, jakie sprawił na Tlaskali. Chciałem przekonać Xoaza o niedorzeczności zabobonów meksykańskich, ale wkrótce spostrzegłem, że nie należy zaczepiać go z tej strony. Starzec pokazał mi inny sposób, jakim mógłbym wnieść pociechę do duszy Tlaskali.
- Nie ma wątpliwości - rzekł do mnie - że duchy królów zstępują na ten cmentarz i że posiadają władzę zadawania męczarni tak żywym, jak i umarłym, zwłaszcza jeżeli kto ich zawezwie za pomocą zaklęć podobnych do tych, jakie widziałeś wyryte na kamieniu. Istnieją jednakże okoliczności mogące osłabić te straszliwe skutki. Naprzód, wyciąłeś, senor, złowrogi krzew, zasadzony na tym nieszczęsnym grobie; następnie, cóż senor masz wspólnego z dzikimi towarzyszami Korteza? Opiekuj się dalej Meksykanami i bądź przekonany, że mamy środki na uspokojenie duchów, a nawet straszliwych bogów, czczonych niegdyś w Meksyku, których wasi kapłani nazywają szatanami.
Poradziłem Xoazowi, aby tak otwarcie nie wynurzał swoich przekonań religijnych, w duchu zaś postanowiłem korzystać z wszelkich sposobności wyświadczenia przysługi krajowcom. Nastręczyły mi się niebawem. Wybuchło powstanie w prowincjach zdobytych przez wicekróla; wprawdzie był to tylko słuszny opór przeciw uciskom, sprzeciwiającym się nawet zamiarom dworu, ale nieubłagany wicekról bynajmniej na to nie zważał. Stanął na czele wojska, wkroczył do Nowego Meksyku, rozproszył zbiegowisko i wziął w niewolę dwóch kacyków, których przeznaczył na ścięcie w stolicy Nowego Świata. Właśnie miano czytać im wyrok, gdy wystąpiwszy na środek sali sądowej, położyłem ręce na oskarżonych i wymówiłem te wyrazy: Los toco por parte de el Rey, co znaczy: "Dotykam się ich w imieniu króla".
Ta starożytna formuła prawa hiszpańskiego takiej jeszcze do dzisiejszego dnia używa wziętości, że żaden trybunał nie poważy się jej oprzeć i wstrzymuje wykonanie każdego wyroku. Używający wszelako tej formuły odpowiada własną osobą. Wicekról miał prawo wymierzyć mi taką samą karę, jaką mieli ponieść dwaj oskarżeni. Nie omieszkał skorzystać z tego przywileju, postąpił ze mną z całą srogością i kazał wtrącić do więzienia, gdzie ubiegły mi najsłodsze chwile mego życia.
Pewnej nocy, a w ciemnym moim podziemiu noc była wieczna, spostrzegłem na końcu długiego korytarza słabe i blade światło, które, zbliżając się ku mnie coraz bardziej, oświeciło zachwycające rysy Tlaskali. Sam ten widok wystarczył, że moje więzienie zmieniło się w rajski przybytek. Ale nie tylko swoją obecnością je upiększyła: przygotowała dla mnie słodką niespodziankę, wyznając mi miłość równie gorącą jak moja.
- Alonzo - rzekła - cnotliwy Alonzo, zwyciężyłeś. Cienie moich ojców są uspokojone. To serce, którego żaden śmiertelnik nie miał posiadać, stało się twoim i jest nagrodą za poświęcenia, jakich nie przestajesz podejmować dla dobra moich nieszczęśliwych rodaków.
Zaledwie Tlaskala domówiła tych słów, gdy padła w moje objęcia bez czucia i prawie bez duszy. Przypisywałem wypadek ten nadzwyczajnemu wzruszeniu, ale - niestety - przyczyna była zupełnie inna i daleko bardziej niebezpieczna. Zgroza, jakiej doświadczyła na cmentarzu, gorączka z maligną, w którą następnie zapadła, nadwerężyły jej zdrowie.
Jednakowoż Tlaskala otworzyła oczy i niebiańska jasność zdawała się zmieniać moje podziemie w promieniejący szczęściem przybytek. Miłości, bożku starożytnych, którzy czcili cię, ponieważ żyli wedle praw natury, boska miłości, nigdy w Paphos ani w Knidos potęga twoja nie okazała się tak wielka, jak w tym posępnym więzieniu Nowego Świata! Podziemie moje stało się twoją świątynią, słup, do którego byłem przykuty, twoim ołtarzem, łańcuchy zaś - wieńcami.
Urok ten dotąd się jeszcze nie rozproszył, dotąd tkwi jeszcze w moim sercu, wyziębionym przez lata, i gdy myśl moja, kołysana wspomnieniami, chce przenieść się w krainę ułud przeszłości, nie zatrzymuje się na pierwszych chwilach miłosnych uniesień z Elwirą ani na zapędach namiętnej Laury, ale przylega do wilgotnych murów więzienia.
Powiedziałem wam, że wicekról uniósł się na mnie niepohamowanym gniewem. Gwałtowność jego sposobu myślenia przemogła w nim poczucie sprawiedliwości i przyjaźń, jaką miał ku mnie. Wyprawił lekki okręt do Europy i posłał raport oskarżający mnie o podżeganie do buntów. Zaledwie jednak okręt wyruszył, gdy dobroć i sprawiedliwość wzięły górę w sercu wicekróla i począł z innego punktu zapatrywać się na moją sprawę. Gdyby nie obawa zadania fałszu samemu sobie, byłby wysłał drugi raport, całkiem przeciwny pierwszemu; wyprawił atoli natychmiast okręt z depeszami, które powinny były złagodzić surowość poprzedzających.
Rada Indii, dość powolna we wszystkich postanowieniach, otrzymała drugi raport na czas i wreszcie przysłała odpowiedź taką, jakiej można było się spodziewać po najbieglejszej roztropności. Wyrok Rady zdawał się być wynikiem nieubłaganej srogości i skazywał na śmierć buntowników. Ale gdyby miano się ściśle trzymać jego sformułowań, byłoby nader trudno odnaleźć winnych, wicekról zaś otrzymał tajemne polecenia zabraniające ich szukać. Ogłoszono nam tylko oficjalną część wyroku, która zadała ostateczny cios nadwątlonemu zdrowiu Tlaskali. Nieszczęśliwa dostała krwotoku z płuc; gorączka, zrazu powolna, niebawem jednak coraz gwałtowniej się rozwijająca...
Rozżalony starzec nie mógł więcej mówić, łkania stłumiły mu głos w piersiach; oddalił się, chcąc dać upust łzom, my zaś pozostaliśmy pogrążeni w uroczystym milczeniu. Każdy z osobna ubolewał nad losem pięknej Meksykanki.




Dzień czterdziesty piąty


Zebraliśmy się o zwykłej godzinie i prosiliśmy margrabiego. aby raczył dalej opowiadać, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII MARGRABIEGO TORRES ROVELLAS
Mówiąc wam, że wpadłem w niełaskę, nie wspomniałam ani słowa, co przez ten czas porabiała moja żona. Elwira z początku sprawiła sobie kilka sukien z ciemnych materii, następnie zaś odjechała do klasztoru, którego rozmownica od razu zmieniła się w salon do przyjmowania gości. Wszelako żona moja pokazywała się tylko z chustką w ręku i rozpuszczonymi włosami. Dowody tak niezmiennego przywiązania mocno mnie wzruszyły. Jakkolwiek uniewinniony, atoli tak dla formalności prawnych, jak też wskutek powolności wrodzonej Hiszpanom, musiałem jeszcze cztery miesiące przesiedzieć w więzieniu. Skoro odzyskałem wolność, natychmiast udałem się do klasztoru margrabiny i przywiozłem ją do domu; gdzie powrót jej uświetnił wspaniały bal - ale jaki bal! sprawiedliwe nieba!
Tlaskali już nie było, najobojętniejsi ze łzami w oczach ją wspominali. Możecie wyobrazić sobie moją boleść; odchodziłem od zmysłów i nic dokoła nie spostrzegałem. Dopiero nowe uczucie, budząc błogie nadzieje, wyrwało mnie z tego opłakanego stanu.
Człowiek młody, obdarzony szczęśliwymi skłonnościami, pała chęcią odznaczenia się. W trzydziestym roku życia pragnie popularności, później szacunku i poważania. Osiągnąłem już popularność, ale zapewne nie pozyskałbym jej, gdyby wiedziano, w jakim stopniu miłość powodowała wszystkimi moimi czynami. Tymczasem przypisywano moje postępki rzadkim cnotom, popartym niepospolitą dzielnością charakteru. Do tego przyłączał się pewien rodzaj entuzjazmu, jakiego zwykle nie szczędzi się dla tych, którzy przez jakiś czas, kosztem własnego bezpieczeństwa, zajmowali publiczną uwagę.
Popularność, otaczająca mnie w Meksyku, dała mi poznać wysokie przekonanie, jakie o mnie powzięto, i pochlebne hołdy wyrwały mnie z głębokiej rozpaczy, w jakiej byłem pogrążony. Czułem, że nie zasługuję jeszcze na taką popularność, ale miałem nadzieję, że okażę się jej godny. Tak więc, gdy znękani bólem, widzimy tylko posępną przyszłość przed nami, nagłe Opatrzność, troskliwa o nasze losy, rozpala niespodziewane światła, które znowu rozświecają nam drogę żywota.
Powziąłem więc zamiar zasłużenia sobie we własnym przekonaniu na popularność, jaka mnie otaczała; otrzymałem udział w zarządzie kraju i wykonywałem moje obowiązki z czynną i dla wszystkich równą sprawiedliwością. Atoli stworzony byłem dla miłości. Obraz Tlaskali ciągle trwał w mym sercu, niemniej odczuwałem w nim pustkę. Postanowiłem ją zapełnić.
Przeszedłszy trzydziesty rok, można jeszcze doznać silnego przywiązania, a nawet wzbudzić je, ale biada człowiekowi, który w tym wieku chce mieszać się do młodzieńczych igraszek miłości. Uśmiech nie igra mu już na ustach, tkliwa radość nie błyszczy w oczach, mowa nie nagina się do czarownych niedorzeczności: szuka sposobów podobania się, ale niełatwo udaje mu się je wynaleźć. Płocha i złośliwa czereda poznaje się na tym i całym rozpędem skrzydeł ucieka od niego, szukając młodzieńczego grona.
Nareszcie, jeżeli mam wam powiedzieć niepoetycznie, nie zbywało mi na kochankach, które odpłacały mi wzajemnością, ale czułość ich zwykle miała inne widoki na celu i jak możecie się domyślić, często opuszczały mnie dla młodszych. Takie postępowanie bodło mnie czasami, ale nigdy nie martwiło. Jedne lekkie więzy zmieniałem na drugie, nie więcej ciężkie, i śmiało wyznam, że w stosunkach tych więcej doznałem rozkoszy niż zmartwienia.
Moja żona zaczynała czterdziesty rok życia: zachowała jeszcze wiele z dawnej swej piękności. Hołdy jeszcze ją otaczały, ale były teraz raczej objawem szacunku; tłum cisnął się do rozmowy z nią, ale już nie ona była tej rozmowy przedmiotem. Świat jeszcze jej nie opuszczał, chociaż dla niej cały wdzięk już postradał.
Śród tego wicekról umarł. Elwira, która dotychczas zwykle przebywała w jego towarzystwie, teraz zapragnęła u siebie miewać gości. Lubiłem jeszcze wówczas towarzystwo kobiet, z przyjemnością zatem pomyślałem, że bylem zszedł o jedno piętro niżej, zawsze je znajdę. Margrabina stała się dla mnie jak gdyby nową znajomością. Wydała mi się pociągającą i starałem się odzyskać jej względy. Córka, która mi towarzyszy w tej podróży, jest owocem naszego ponownego związku.
Późny jednak połóg wywarł zgubny wpływ na zdrowie margrabiny. Parokrotnie zaniemogła, wreszcie wpadła w przewlekłą chorobę, która zaprowadziła ją do grobu. Szczerze ją opłakiwałem. Była pierwszą moją kochanką i ostatnią przyjaciółką. Związki krwi nas łączyły, winienem jej był mój majątek i stanowisko; tyle razem przyczyn do opłakiwania jej straty. Tracąc Tlaskalę, otoczony jeszcze byłem wszystkimi złudzeniami życia. Margrabina zostawiła mnie samego, bez pociechy i w przygnębieniu, z którego nic nie mogło mnie wyrwać.
Jednakże zdołałem odzyskać równowagę. Wyjechałem do moich majątków, zamieszkałem u jednego z moich wasali, którego córka, zbyt młoda jeszcze, aby miała zważać na mój wiek, obdarzyła mnie uczuciem przypominającym miłość i pozwoliła mi zerwać kilka kwiatów w ostatnich dniach jesieni mojego życia.
Nareszcie wiek ściął lodem prąd moich zmysłów, ale czułość nie opuściła mego serca. Przywiązanie do mojej córki żywiej drga we mnie od wszystkich dawnych namiętności. Jedynym moim życzeniem jest widzieć ją szczęśliwą i umrzeć na jej rękach. Nie mogę żalić się, drogie dziecię ze swojej strony odpłaca mi jak najszczerszą wzajemnością. Los jej jest już zapewniony, okoliczności sprzyjają, zdaje mi się, że zabezpieczyłem jej przyszłość, o ile można zabezpieczyć ją komu na ziemi. Spokojnie, choć nie bez żalu, rozstanę się z tym światem, na którym, jak każdy człowiek, doznałem wiele smutku, ale i wiele szczęścia.
Oto jest cała historia mego życia. Lękam się jednak, że was znudziła, zwłaszcza że widzę, iż ten oto senor od pewnego czasu wolał oddać się jakimś obliczeniom.
W istocie, Velasquez dobył tabliczek i pilnie coś obliczał.
- Przebacz mi, senor - odpowiedział nasz matematyk - opowiadanie twoje żywo mnie zajęło i na chwilę nie odwróciłem od niego uwagi. Postępując za tobą po drodze twego życia i widząc, że ta sama namiętność wznosiła cię ku górze, kiedy zacząłeś posuwać się naprzód, utrzymywała cię na osiągniętej wysokości w połowie twego życia i wspiera cię jeszcze u schyłku twoich dni - zdawało mi się. że dostrzegam zamkniętą krzywą, której rzędne w miarę posuwania się na osi zrazu wzrastają, zgodnie z równaniem krzywej, potem koło środka osi są sobie niemal równe, a następnie maleją wprost proporcjonalnie do poprzedniego wzrastania.
- W istocie - odparł margrabia - sądziłem, że można z przygód moich wyciągnąć naukę moralną, ale nigdy nie myślałem, aby dały się ująć w równanie.
- Nie idzie tu o twoje, senor, przygody - rzekł Velasquez - ale o życie ludzkie w ogólności, ale o dzielność fizyczną i moralną, wzrastającą z wiekiem, zatrzymującą się na chwilę, potem zstępującą, a tym samym, podobnie jak inne siły, podległą stałemu prawu, to jest pewnemu stosunkowi między liczbą lat a miarą dzielności wznieconej przez stan duszy. Pragnę dokładniej się wytłumaczyć. Przypuśćmy, ze bieg twego życia jest wielką osią elipsy, że wielka ta oś dzieli na dziewięćdziesiąt lat wyznaczonych do przeżycia, a połowa małej osi podzielona została na piętnaście równych odcinków. Zauważcie teraz, że odcinki małej osi, wyobrażające stopnie dzielności nie są takimi samymi wielkościami, jak części wielkiej osi, oznaczające lata. Z natury wiec elipsy otrzymamy linię krzywą, bystro się naprzód podnoszącą, zatrzymującą się na chwilę prawie w miejscu, następnie zaś zniżającą proporcjonalnie do pierwszego podnoszenia.
Uznajmy chwilę przyjścia na świat za początek współrzędnych, gdzie X i Y równają się jeszcze zeru. Rodzisz się, senor, i po upływie jednego roku rzędna wynosi 31/10. Następne rzędne nie będą już wzrastać o 31/10. Stąd różnica od zera do istoty zaledwie jąkającej o pierwiastkach pojęć jest daleko znaczniejsza od każdej późniejszej różnicy.
Człowiek w dwóch, trzech, czterech, pięciu, sześciu, siedmiu latach ma za rzędne swojej dzielności 44/10, następnie 54/10, 62/10, 69/10, 75/10, 80/10, różnice wynoszą więc: 13/10, 10/10, 8/10, 7/10, 6/10, 5/10.
Rzędna czternastu lat wynosi 109/10, a suma różnic w całym drugim siedmioleciu nie przekracza 29/10. W czternastym roku życia człowiek zaczyna być dopiero młodzieńcem, jest nim jeszcze w 21, suma jednak różnic przez te siedem lat wynosi tylko 18/10, od 21 zaś do 28 lat - 12/10. Przypominam wam, że moja krzywa linia wyobraża tylko życie tych ludzi, których namiętności są umiarkowane i którzy są najdzielniejszymi, gdy przejdą czterdziesty rok i zbliżają się do czterdziestego piątego. Dla ciebie, senor, w którego życiu miłość była głównym czynnikiem, największa rzędna powinna była przypaść przynajmniej o dziesięć lat wcześniej, tak gdzieś między trzydziestym a trzydziestym piątym rokiem życia. Musiałeś atoli wznosić się stosunkowo szybciej. W istocie, największa twoja rzędna przypadła na 35 rok, buduję więc twoją elipsę na wielkiej osi, podzielonej na 70 lat. Stąd rzędna czternastu lat, która u człowieka umiarkowanego wynosiła 109/10, u ciebie wynosi 120/10; rzędna 21 lat zamiast 127/10 wynosi u ciebie 137/10. Natomiast w 42 roku życia u człowieka umiarkowanego dzielność wciąż jeszcze wzrasta, a u ciebie już się obniża.
Racz na chwilę jeszcze skupić całą twoją uwagę. W 14 roku życia kochasz młodą dziewczynę, przeszedłszy 21 lat życia stajesz się najlepszym z mężów. W 28 roku pierwszy raz wyraźnie się sprzeniewierzasz, ale kobieta, którą kochałeś, ma wzniosłą duszę, ogarnia zapałem twoją i w 35 roku zaszczytnie występujesz na widownię społeczeństwa. Wkrótce jednak przychodzi ci popęd do miłostek, doznany już w 28 roku, którego rzędna równa się rzędnej 42 lat.
Następnie znowu stajesz się dobrym mężem, jakim byłeś w 21 roku, którego rzędna równa się rzędnej 49 lat. Nareszcie wyjeżdżasz do jednego z twoich wasali, gdzie zapałasz się miłością ku młodej dziewczynie, takiej, jaką kochałeś w 14 roku, którego rzędna równa się rzędnej 56 lat. Upraszam cię jednak, mości margrabio, abyś nie myślał, że dzieląc wielką oś twojej elipsy na siedemdziesiąt części, ograniczam twoje życie tylko do tej liczby lat. Przeciwnie, możesz bezpiecznie żyć dziewięćdziesiąt, a nawet więcej, ale w takim razie elipsa twoja zmieni się stopniowo w innego rodzaju krzywą, przypuszczalnie zbliżoną do łańcuchowej.
To mówiąc Velasquez powstał, strasznie wywijał rękami, porwał szpadę, zaczął kreślić nią linię na piasku i zapewne byłby nam wyłożył całą teorię linii krzywych zwanych łańcuchowymi, gdyby margrabia, równie jak i reszta towarzystwa, mało ciekawy dowodzeń naszego matematyka, nie prosił o pozwolenie udania się na spoczynek. Sama tylko Rebeka pozostała. Velasquez bynajmniej nie zważał na odchodzących, dość mu było pięknej Żydówki, jął więc przed nią dalej wykładać swój system. Długo mu się przysłuchiwałem, aż nareszcie, zmęczony mnóstwem naukowych wyrażeń i liczb, do których nigdy nie miałem szczególniejszego upodobania, nie mogłem oprzeć się snowi i poszedłem na spoczynek. Velasquez ciągle dalej rozprawiał.



Dzień czterdziesty szósty


Meksykanie, którzy dłużej już z nami pozostawali, aniżeli zamierzyli, postanowili nareszcie nas opuścić. Margrabia usiłował namówić naczelnika Cyganów, aby udał się wraz z nimi do Madrytu i zaczął wieść życie bardziej odpowiednie do swego urodzenia, ale Cygan nie chciał żadnym sposobem na to przystać. Prosił nawet margrabiego, aby nigdy o nim nie wspominał i szanował tajemnicę, którą osłania swoje istnienie. Podróżni oświadczyli przyszłemu księciu Velasquezowi cały szacunek, jaki mieli dla niego, i uczynili mi zaszczyt żądania mojej przyjaźni.
Odprowadziwszy ich do końca doliny długo ścigaliśmy wzrokiem odjeżdżających. Gdy wracałem, przyszło mi na myśl, że kogoś brakowało w karawanie; przypomniałem sobie dziewczynę znalezioną pod nieszczęsną szubienicą Los Hermanos, zapytałem więc naczelnika, co się z nią stało i czy w istocie jest to znowu jakaś nadzwyczajna przygoda, jakieś sprawki przeklętych piekielników, którzy tak nam się dali we znaki. Cygan szydersko uśmiechnął się i rzekł:
- Tym razem mylisz się, senor Alfonsie, ale taka jest natura ludzka, że raz zasmakowawszy w cudowności, rada by najprostsze wypadki życia pod nią podciągać.
- Masz słuszność - przerwał Velasquez - do tych pojęć także można zastosować teorię postępów geometrycznych, których pierwszym wyrazem będzie ciemny zabobonnik, ostatnim zaś alchemista lub astrolog. Między dwoma tymi wyrazami znajdzie się jeszcze wiele miejsca na mnóstwo przesądów ciążących nad ludzkością.
- Nie mam nic przeciw temu dowodzeniu - rzekłem - ale to wszystko nic wyjaśnia mi jeszcze, kim była owa nieznajoma dziewczyna.
- Posłałem jednego z moich ludzi - odpowiedział Cygan - dla dowiedzenia się o niej szczegółów. Doniesiono mi, że jest to biedna sierota, która po śmierci kochanka dostała pomieszania zmysłów i nie mając nigdzie przytułku, żyje z dobroczynności podróżnych lub miłosierdzia pasterzy. Zwykle samotnie błądzi po górach i śpi tam, gdzie ją noc zaskoczy. Zapewne więc tym razem zaszła pod szubienicę Los Hermanos i nie pojmując okropności miejsca, jak najspokojniej zasnęła. Margrabia, zdjęty litością, kazał ją pielęgnować, ale wariatka, przyszedłszy do sił, wymknęła się spod straży i przepadła gdzieś w górach. Dziwi mnie, że dotąd nigdzie jej nic spotkaliście. Biedaczka skończy na tym, że zsunie się gdzie ze skały i marnie zginie, chociaż przyznam się, że nie ma co żałować tak nędznego życia. Czasami pasterze, rozpaliwszy w nocy ognisko, widzą ją nagle zjawiającą się u ognia. Wtedy Dolorita, tak się bowiem ta nieszczęsna nazywa, siada spokojnie, wpatruje się bystrym wzrokiem w jednego z nich, nagle zarzuca mu ręce na szyję i nazywa go imieniem zmarłego kochanka. Z początku pasterze uciekali od niej, ale później przwyczaili się i bezpiecznie dozwalają jej błądzić, a nawet podzielają z nią strawę.
Gdy tak Cygan mówił, Velasquez tymczasem jął dowodzić o siłach sobie przeciwległych, pochłaniających jedną drugą, o namiętności, która po długiej walce z rozumem zniszczyła go nareszcie i - uzbrojona berłem niedorzeczności - sama rozsiadła się w mózgu. Co do mnie, zdziwiłem się, słysząc słowa Cygana, byłem bowiem pewny, że nie zaniedba korzystać z okoliczności i znowu uraczy nas sążnistą historią. Być może, że jedynym powodem skrócenia przygód Dolority było zjawienie się Żyda Wiecznego Tułacza, który bystrym krokiem obiegał górę. Kabalista zaczął wymawiać jakieś straszliwe zaklęcia, ale Żyd długo na nie nie zważał, nareszcie, jak gdyby tylko przez grzeczność dla towarzystwa, zbliżył się do nas i rzekł do Uzedy:
- Skończone twoje panowanie, straciłeś władzę, której okazałeś się niegodnym. Straszliwa przyszłość cię oczekuje.
Kabalista roześmiał się na całe gardło, ale snadź śmiech nie szedł mu z serca, gdyż prawie błagalnym głosem w nieznanym języku zaczął przemawiać do Żyda.
- Dobrze - odparł Ahaswer - dziś jeszcze, dziś ostatni raz. Już mnie nigdy nie ujrzysz.
- Mniejsza o to - rzekł Uzeda - zobaczymy, co się stanie później. Tymczasem, stary zuchwalcze, korzystaj z chwili naszej przechadzki i ciągnij dalej twoje opowiadanie. Już my potrafimy się przekonać, czy szejk Tarudantu ma więcej władzy ode mnie. Zresztą znam powody, dla których nas unikasz, i bądź pewny, że je wszystkim wyjawię.
Nieszczęśliwy włóczęga spojrzał zabójczym wzrokiem na kabalistę, widząc jednak, że nie zdoła mu się oprzeć, wszedł wedle zwyczaju między mnie a Velasqueza i po chwili milczenia tak zaczął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA
Wspomniałem wam, jak wtedy właśnie, gdy miałem osiągnąć najgorętszy cel moich życzeń, powstała wrzawa w świątyni i przypadł do nas jakiś faryzeusz, nazywając mnie oszustem. Jak się to zwykle czyni w podobnych wypadkach, odpowiedziałem mu, że jest oszczercą i że jeżeli natychmiast sam się nie wyniesie, każę go moim ludziom za drzwi wyrzucić.
- Dość już tego - zawołał faryzeusz, obracając się do obecnych - niegodziwy ten saduceusz oszukuje was. Rozsiał fałszywą pogłoskę, aby zbogacić się waszym kosztem; korzysta z waszej łatwowierności, ale czas już zedrzeć z niego maskę. Aby wam dowieść prawdy moich słów, ofiaruję każdemu dwa razy większą ilość złota za uncję srebra.
Tym sposobem faryzeusz zyskiwał jeszcze dwadzieścia pięć od sta, ale lud, uniesiony chęcią zysku, zaczął tłumnie garnąć się do niego i okrzykiwać go dobroczyńcą miasta, podczas gdy dla mnie nie szczędził najostrzejszych przymówek. Powoli rozjątrzyły się umysły, od słów przyszło do czynnej zwady i w mgnieniu oka taki hałas powstał w świątyni, że jeden drugiego nie mógł zrozumieć. Widząc, że się zanosi na straszną burzę, czym prędzej odesłałem do domu, co mogłem srebra i złota; zanim jednak służący zdołali wszystko zabrać, lud, uniesiony wściekłością, rzucił się na stoły i zaczął rozrywać pozostałe pieniądze. Nadaremnie usiłowałem stawić jak najdzielniejszy opór, siła przeciwna przemagała. W jednej chwili świątynia zamieniła się w pole boju. Nie wiem, na czym byłoby się skończyło, może nawet nie byłbym żywy wyszedł, krew bowiem lała mi się z głowy, gdy wtem wszedł Prorok Nazarejski ze swymi uczniami.
Nigdy nie zapomnę tego groźnego i uroczystego głosu, który w jednej chwili uśmierzył całą wrzawę. Czekaliśmy, za kim się opowie. Faryzeusz był przekonany, że wygra sprawę, ale Prorok powstał na oba stronnictwa i zaczął wyrzucać im świętokradztwo, bezczeszczenie przybytku Pańskiego i to, że wzgardzili Stwórcą dla dobra diabelskiego. Słowa jego sprawiły silne wrażenie na zgromadzonych, świątynia zaczęła napełniać się ludem, między którym było wielu zwolenników nowej nauki. Obie strony poznały, że źle wyjdą na wmieszaniu się trzeciego. W istocie nie myliliśmy się, gdyż okrzyk: "Precz ze świątyni" dał się słyszeć jak gdyby z jednej piersi. Lud tym razem nie baczył już na własną korzyść, ale, uniesiony fanatycznym zapałem, począł wyrzucać stoliki i wypychać nas za drzwi.
Na ulicy ciżba coraz bardziej wzrastała, ale lud większą zwracał uwagę na Proroka niż na nas, korzystając przeto z ogólnego zamieszania, chyłkiem, bocznymi uliczkami dopadłem do domu. Zastałem przy drzwiach służących naszych, uciekających z ocalonymi pieniędzmi. Jeden rzut oka na worki upewnił mnie, że jakkolwiek spełzły nadzieje na zysk, straty jednak nie było żadnej. Na tę myśl odetchnąłem.
Sedekias o wszystkim już wiedział. Sara z niepokojem wyglądała mego powrotu; widząc mnie skrawionego zbladła i rzuciła mi się na szyję. Starzec długo spoglądał w milczeniu, trząsł głową, jak gdyby szukał jakiejś myśli, nareszcie rzeki:
- Przyrzekłem, że Sara będzie twoja, jeżeli podwoisz powierzone ci pieniądze. Cóżeś z nimi uczynił?
- Nie moja wina - odpowiedziałem - jeżeli nieprzewidziany wypadek zniszczył moje zamiary; broniłem twego dobra z narażeniem własnego życia. Możesz obliczyć twoje pieniądze, nic nie straciłeś, owszem, są nawet pewne zyski, o których wszelako nie warto wspominać w porównaniu z tymi, jakie nas oczekiwały.
Tu nagle szczęśliwa myśl przyszła mi do głowy, postanowiłem wszystko od razu rzucić na szalę losu i dodałem:
- Jeżeli jednak chcesz, aby dzień dzisiejszy był dniem zysku, mogę innym sposobem zapełnić szczerbę.
- Jak to? - zawołał Sedekias - Rozumiem, pewnie znowu jakieś przedsięwzięcia, które tak udadzą się jak poprzednie.
- Bynajmniej - odpowiedziałem - sam się przekonasz, że wartość, jaką ci zaofiaruję, jest rzeczywista.
To mówiąc spiesznie wybiegłem i po chwili wróciłem, niosąc moją skrzynkę z brązu pod pachą. Sedekias bacznie na mnie spoglądał, uśmiech nadziei przeleciał po ustach Sary, ja zaś tymczasem otworzyłem skrzynkę, wyjąłem znajdujące się w niej papiery i rozdarłszy je na połowę, podałem starcowi. Sedekias w jednej chwili poznał, o co chodzi, ścisnął konwulsyjnie papiery w ręku, wyraz niewypowiedzianego gniewu wybiegi mu na lica, powstał, chciał coś mówić, ale słowa uwięzły mu w piersiach. Los mój miał się rozstrzygnąć. Padłem do nóg starcowi i zacząłem oblewać je rzewnymi łzami.
Na ten widok Sara uklękła koło mnie i, sama nie wiedząc dlaczego, cała zapłakana jęła całować dziadka po rękach. Starzec zwiesił głowę na piersi, tysiące uczuć krzyżowało się w jego duszy, w milczeniu darł papiery na drobne kawałki, wreszcie zerwał się i śpiesznie wyszedł z izby. Zostaliśmy sami, pogrążeni w najboleśniejszej niepewności. Przyznam się, że straciłem wszelką nadzieję; po tym jednak, co zaszło, poznałem, że nie powinienem dłużej zostawać w domu Sedekiasa. Spojrzałem po raz ostatni na zapłakaną Sarę i wyszedłem, gdy nagle ujrzałem w przysionku krzątanie się i ciżbę. Zapytałem o przyczynę, odpowiedziano mi z uśmiechem, że mniej od kogokolwiek powinienem czynić podobne zapytania.
- Wszakże to - dodano - Sedekias wydaje za ciebie swoją wnuczkę i kazał, aby czym prędzej pośpieszono z przygotowaniami do wesela.
Możecie sobie wyobrazić, jak z rozpaczy od razu przeszedłem do stanu nieopisanego szczęścia. W kilkanaście dni potem pojąłem Sarę za żonę. Brakowało mi tylko, aby przyjaciel uczestniczył w tak świetnej zmianie mego losu; ale Germanus, porwany nauką Proroka Nazarejskiego, należał do tych. którzy wyrzucali nas ze świątyni, pomimo więc przyjaźni, jaką miałem dla niego, musiałem zerwać z nim wszelkie stosunki i odtąd zupełnie straciłem go z oczu.
Po doświadczeniu tylu przeciwności zdawało mi się, że zacznę kosztować spokojnego życia, tym bardziej że odrzekłem się wekslarstwa, które tak niebezpiecznie dało mi się już we znaki. Chciałem żyć z mego majątku; aby jednak czasu nie trawić na próżno, postanowiłem wypożyczać pieniądze. W istocie, nie zbywało mi na żądających, ciągnąłem więc znaczna zyski; Sara z każdym dniem coraz więcej uprzyjemniała mi życie, gdy wtem nagły wypadek zmienił dotychczasowy stan rzeczy.
Ale słońce już zachodzi, zbliża się dla was godzina spoczynku, mnie zaś wzywa potężne zaklęcie, któremu oprzeć się nie mogę. Jakieś dziwne uczucia przejmują moją duszę: miałżeby to być koniec moich cierpień? Żegnam was.
To mówiąc włóczęga znikł w pobliskim wąwozie. Zdziwiły mnie ostatnie jego słowa, zapylałem o ich znaczenie kabalistę.
- Wątpię - odrzekł Uzeda - abyśmy usłyszeli dalszą część przygód Żyda. Łotr ten, ile razy dochodzi do epoki, w której za znieważenie Proroka skazany został na wieczną pielgrzymkę, zazwyczaj znika i już żadna siła nie potrafi go na powrót przywołać. Ostatnie jego wyrazy wcale mnie nie zdziwiły. Od niejakiego czasu sam spostrzegam, że włóczęga znacznie się postarzał, ale przecież do śmierci go to nie doprowadzi, gdyż w takim razie cóż by stało się z waszym podaniem.
Widząc, że kabalista chce wpaść na drogę uwag, których nie wypadało słuchać prawowiernym katolikom, uciąłem dalszą rozmowę, oddaliłem się od reszty towarzystwa i sam wróciłem do mego namiotu.
Niebawem wszyscy powrócili, zapewne jednak nie udali się zaraz na spoczynek, gdyż długo jeszcze słyszałem głos Velasqueza, rozwijającego przed Rebeką jakieś matematyczne dowodzenie.



Dzień czterdziesty siódmy


Nazajutrz Cygan oznajmił nam, że oczekuje nowego dowozu towarów i dla bezpieczeństwa umyślił jakiś czas w tym miejscu przepędzić. Z przyjemnością przyjęliśmy tę nowinę, niepodobna bowiem było w całym pasmie Sierra Moreny wynaleźć czarowniejszego zakątka. Z rana zapuściłem się z kilku Cyganami na polowanie w góry, wieczorem zaś wróciwszy złączyłem się z resztą towarzystwa i słuchałem dalszego opowiadania naczelnika, który zaczął w te słowa:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Wróciłem do Madrytu z Toledem, który szczerze obiecywał sobie wynagrodzić czas stracony w klasztorze kamedułów. Przygody Lopeza Suarez żywo zajęły, przez drogę opowiedziałem mu bliższe szczegóły, kawaler bacznie się im przysłuchiwał, nareszcie rzekł:
- Wchodząc niejako w nową epokę życia po pokucie, należałoby zacząć od wyświadczenia komu dobrego uczynku. Żal mi tego biednego młodzieńca, który bez przyjaciół, znajomych, chory, opuszczony, a do tego zakochany, sam nie wie, jak sobie dać radę w obcym mieście. Avarito, zaprowadzisz mnie do Suareza, być może, że mu się na co przydam.
Zamiar Toleda bynajmniej mnie nie zdziwił, od dawna już bowiem miałem sposobność przekonać się o jego szlachetnym sposobie myślenia i skwapliwości do niesienia pomocy drugim.
W istocie, przyjechawszy do Madrytu, kawaler natychmiast udał się do Suareza. Poszedłem za nim. Zaraz na samym wejściu dziwny nas uderzył widok. Lopez leżał w najgwałtowniejszej gorączce. Oczy miał otwarte, ale nic nie widział, czasami tylko błędny uśmiech przelatywał mu po spiekłych ustach, snadź marzył wtedy o ukochanej Inezie. Tuż przy nim w fotelu siedział Busqueros, ale nie obejrzał się nawet, gdyśmy wchodzili. Zbliżyłem się do niego i poznałem, że śpi. Toledo przystąpił do sprawcy nieszczęść biednego Suareza i targnął go za ramię. Don Roque ocknął się, przetarł oczy, wytrzeszczał je i zawołał:
- Co widzę, senor don Jose tutaj? Wczoraj miałem zaszczyt spotkać w Prado jaśnie oświeconego księcia Lermę, który pilnie mi się przyglądał, zapewne chciał się ze mną bliżej poznać. Jeżeli jego książęca mość potrzebuje moich usług, racz senor oświadczyć zacnemu swemu bratu, że każdej chwili gotów jestem na jego rozkazy.
Toledo powstrzymał niekończący się potok słów Busquera i zapytał go:
- Nie o to tu teraz chodzi. Przyszedłem dowiedzieć się, jak się ma chory i czy czego nie potrzebuje.
- Chory ma się źle - odpowiedział don Roque - potrzebuje zaś przede wszystkim zdrowia, pociechy i ręki pięknej Inezy.
- Co do pierwszego - przerwał Toledo – pójdę natychmiast po lekarza mego brata, który jest jednym z najbieglejszych w Madrycie.
- Co do drugiego - dodał Busqueros - nic mu senor nie pomożesz, gdyż nie wrócisz życia jego ojca; względem zaś trzeciego, mogę zapewnić, że nie szczędzę zachodów, aby przyprowadzić ten zamiar do skutku.
- Jak to? - zawołałem. - Umarł ojciec don Lopeza?
- Tak jest - odpowiedział Busqueros - wnuk tego samego Ińiga Suareza, który, przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyksie. Chory miał się już daleko lepiej i wkrótce zapewne byłby zupełnie odzyskał siły, gdyby wiadomość o śmierci sprawcy jego życia nie była go powtórnie rzuciła na łoże. Ponieważ jednak senor - mówił dalej Busqueros, zwracając mowę do Toleda - szczerze zajmujesz się losem mego przyjaciela, pozwól, abym ci towarzyszył w wyszukaniu lekarza i zarazem ofiarował moje usługi.
Po tych słowach obaj wyszli, ja zaś sam zostałem przy chorym. Długo wpatrywałem się w blade jego oblicze, na które cierpienia w tak krótkim czasie w zmarszczkach wybiegły, i w duchu przeklinałem natręta, jako przyczynę wszystkich nieszczęść Suareza. Chory usnął, wstrzymywałem oddech, aby mimowolnym poruszeniem nie przerwać mu chwili spoczynku, gdy wtem zastukano do drzwi. Zniecierpliwiony wstałem i na palcach pomykając się ku drzwiom, poszedłem otworzyć. Spostrzegłem niemłodą już, ale nader przyjemnej postaci kobietę, która widząc, że kładę palec na ustach na znak milczenia, kazała mi, abym wyszedł do niej do sieni.
- Mój młody przyjacielu - rzekła do mnie - nie mógłbyś mi powiedzieć, jak się ma dzisiaj senor Suarez?
- Zdaje mi się, że niedobrze - odpowiedziałem - ale w tej chwili usnął i mam nadzieję, że sen go nieco pokrzepi.
- Mówiono mi, że jest mocno cierpiący - ciągnęła dalej nieznajoma - i pewna osoba, która szczerze się nim zajmuje, prosiła mnie, abym sama przekonała się o stanie jego zdrowia. Bądź tak grzeczny i jak się przebudzi, oddaj mu ten bilecik. Jutro przyjdę sama dowiedzieć się, czy mu lepiej.
Po tych słowach dama znikła, ja zaś schowałem bilecik do kieszeni i wróciłem do izby.
Po chwili przyszedł Toledo z lekarzem; zacny kapłan Eskulapa przypominał mi z wyglądu doktora Sangre Moreno. Zastanowił się nad chorym, pokiwał głową, po czym dodał, że w tej chwili za nic nie może ręczyć, że jednak pozostanie przez całą noc przy Suarezie i że nazajutrz będzie w stanie udzielić ostatecznej odpowiedzi. Toledo uścisnął go przyjacielsko, polecił, aby nie szczędził wszelkich starań, i wyszliśmy razem, obiecując sobie, każdy w duszy, nazajutrz ze świtem powrócić. W drodze opowiedziałem kawalerowi odwiedziny nieznajomej kobiety; wziął ode mnie bilecik i rzekł:
- Jestem pewny, że to pismo pięknej Inezy. Jutro, jeżeli Suarez będzie zdrowszy, możemy mu je oddać. W istocie rad bym połową życia okupić szczęście tego młodego człowieka, któremu zadałem tyle cierpień. Ale jest już późno, my także po naszej podróży potrzebujemy wypoczynku. Chodź, prześpisz się u mnie.
Z chęcią przyjąłem zaproszenie człowieka, do którego coraz silniej zacząłem się przywiązywać, i posiliwszy się wieczerzą, niebawem twardym snem zasnąłem.
Nazajutrz poszliśmy do Suareza. Po twarzy lekarza poznałem, że sztuka odniosła zwycięstwo nad niemocą. Chory był jeszcze bardzo osłabiony, ale poznał mnie i szczerze powitał. Toledo opowiedział mu, jakim sposobem stał się przyczyną jego potłuczenia, zapewnił, że użyje wszelkich środków, aby mu w przyszłości wynagrodzić doznane boleści, i prosił, aby odtąd raczył uważać go za przyjaciela. Suarez wdzięcznie przyjął tę ofiarę i osłabioną rękę podał kawalerowi. Toledo wyszedł do drugiego pokoju z lekarzem; wtedy, korzystając ze sposobności, oddałem Suarezowi bilecik. Słowa w nim zawarte były zapewne najlepszym lekarstwem, gdyż Lopez siadł na łóżku, łzy puściły mu się z oczu, przycisnął pismo do serca i głosem przerywanym łkaniami rzekł:
- Wielki Boże, więc nie opuściłeś mnie, nie jestem sam jeden, na świecie! Ineza, moja droga Ineza nie zapomniała o mnie, ona mnie kocha! Zacna pani Avalos sama przyszła dowiedzieć się o moje zdrowie.
- Tak jest, senor Lopez - odpowiedziałem - ale na miłość boską, uspokój się, nagłe wzruszenie mogłoby ci zaszkodzić.
Toledo usłyszał ostatnie moje słowa, wszedł więc z lekarzem, który zalecił choremu przede wszystkim spoczynek, przepisał mu chłodzące napoje i obiecawszy powrócić wieczorem, oddalił się. Po chwili drzwi otworzyły się i ujrzeliśmy wchodzącego Busquera.
- Brawo! - zawołał - wyśmienicie, nasz chory, jak widzę, jest dziś daleko zdrowszy! Tym lepiej, wkrótce bowiem będziemy musieli rozwinąć całą naszą działalność. W mieście rozchodzi się pogłoska, że córka bankiera w tych dniach wychodzi za mąż za księcia Santa Maura. Niech sobie gadają, co chcą; zobaczymy, kto postawi na swoim. Spotkałem właśnie w gospodzie Pod Złotym Jeleniem dworzanina z orszaku księcia i dałem mu lekko uczuć, że nie mieli tu po co przyjeżdżać.
- Bez wątpienia - przerwał Toledo - i ja mniemam, że senor Lopez nie powinien tracić nadziei, atoli w takim razie pragnąłbym, abyś waszeć nie mieszał się do niczego.
Kawaler wyrzekł te słowa z przyciskiem. Don Roque snadź nie śmiał mu nic odpowiedzieć; zauważyłem tylko, że z przyjemnością spogląda na Toleda, żegnającego się z Suarezem.
- Piękne słówka do niczego nas nie doprowadzą - rzekł don Roque, gdyśmy zostali sami - tu trzeba działać, i to jak najśpieszniej.
Gdy natręt domawiał tych słów, usłyszałem stukanie do drzwi. Domyśliłem się, że to pani Avalos, szepnąłem więc do ucha Suarezowi, aby wyprawił Busquera tylnymi drzwiami, ale ten oburzył się na te słowa i rzekł:
- Tu trzeba działać, powtarzam, jeżeli zaś są to odwiedziny mające styczność z główną naszą sprawą, ja muszę być przy nich obecny albo przynajmniej słyszeć całą rozmowę z drugiego pokoju.
Suarez rzucił błagalny wzrok na Busquera, który widząc, że chory mocno sobie nie życzy jego obecności, wszedł do pobocznej izby i ukrył się za drzwiami. Pani Avalos niedługo bawiła; z radością powitała powrót Suareza do zdrowia, zapewniła go, że Ineza nie przestaje o nim myśleć ani go kochać, że na jej to prośby przyszła go odwiedzić i że na koniec Ineza, niespokojna o niego, dowiedziawszy się o nowym nieszczęściu, jakie nań spadło, postanowiła tego wieczora odwiedzić go z ciotką i słowami pociechy i nadziei dodać mu odwagi do przecierpienia przeciwnych chwil losu.
Po odejściu pani Avalos Busqueros wpadł znowu do pokoju i rzekł:
- Co słyszałem? Piękna Ineza chce nas odwiedzić dzisiejszego wieczora? Otóż to jest dopiero prawdziwy dowód miłości! Biedna dziewczyna nie myśli nawet, że tym nierozważnym postępkiem może zgubić się na wieki; ale my tu za nią pomyślimy. Senor don Lopez, biegnę do moich przyjaciół, rozstawię ich na czatach i każę, aby nikogo z obcych nie wpuszczali do domu. Bądź spokojny, ja całą sprawę biorę na siebie.
Suarez chciał mu coś odpowiedzieć, ale don Roque wyskoczył jak oparzony. Widząc, że zanosi się na nową burzę, i że Busqueros znów zamyśla wyplatać jakiegoś figla, nie mówiąc ani słowa choremu, pobiegłem czym prędzej do Toleda i opowiedziałem ma wszystko, co zaszło. Kawaler zachmurzył czoło, zamyślił się i kazał, abym wrócił do Suareza i zapewnił go, że użyje wszelkich środków dla zapobieżenia niedorzecznościom natręta. Wieczorom usłyszeliśmy turkot zatrzymującego się powozu. Po chwili weszła Ineza ze swoją ciotką. Nie chcąc także być natrętnym, cichaczem wysunąłem się za drzwi, gdy wtem z dołu doszedł mnie hałas. Zbiegłem i ujrzałem Toleda wiodącego żywą sprzeczkę z jakimś nieznajomym.
- Mój panie - mówił cudzoziemiec - zaręczam ci, że potrafię tu wejść. Moja narzeczona naznacza sobie w tym domu schadzki miłosne z jakimś mieszczaninem z Kadyksu, wiem o tym z pewnością. Przyjaciel tego niegodziwca Pod Złotym Jeleniem w obecności marszałka mego dworu werbował jakichś urwiszów, którzy mieli mu dopomagać w pilnowaniu, żeby kto nie spłoszył pary gołębi.
- Przebacz, senor - odpowiedział Toledo - ale żadnym sposobom nie mogę pozwolić ci wejść do tego domu. Nie zaprzeczam, że przed chwilą weszła tu młoda kobieta, ale jest to jedna z moich krewnych, której nikomu ubliżyć nie dozwolę.
- Kłamstwo! - krzyknął nieznajomy. - Kobieta ta jest Ineza Moro i moją narzeczoną.
- Senor, nazwałeś mnie kłamcą - rzekł Toledo. - Nie wchodzę, czy masz słuszność, czy też nie, ale ubliżyłeś mi i zanim krok stąd postąpisz, raczysz dać mi zadośćuczynienie. Jestem kawaler Toledo, brat księcia Lermy.
Nieznajomy uchylił kapelusza i odparł:
- Książę Santa Maura gotów jest na twoje, senor, rozkazy.
To mówiąc odrzucił płaszcz i dobył szpady. Latarnia, zawieszona nad drzwiami, rzucała blade światło na walczących. Przytuliłem się do ściany, oczekując końca tej nieszczęsnej przygody. Nagle książę wypuścił szpadę z ręki, schwycił się za piersi i padł jak długi. W tej samej chwili, jak na szczęście, lekarz księcia Lermy przychodził odwiedzić Suareza. Toledo przyprowadził go do księcia i z niepokojem zapytał, czy rana jest śmiertelna.
- Bynajmniej - odrzekł lekarz. - Każcie go tylko jak najśpieszniej przenieść do domu i opatrzyć, za kilkanaście dni będzie zdrów, szpada wcale nie tknęła płuc.
To mówiąc podał rannemu orzeźwiające sole. Santa Maura otworzył oczy; wtedy kawaler przystąpił do niego i rzekł:
- Mości książę, nie myliłeś się, piękna Ineza jest tutaj, u młodego człowieka, którego kocha nad życie. Po tym, co pomiędzy nami zaszło, sądzę, że wasza książęca mość jesteś zbyt szlachetny, abyś chciał zmuszać młodą dziewczynę do zawarcia związku przeciwnego jej sercu.
- Senor kawalerze - odparł słabym głosem Santa Maura - nie godzi mi się powątpiewać o prawdzie twoich słów, wszelako dziwi mnie, że piękna Ineza sama nie uprzedziła mnie, iż serce jej nie jest już wolne. Kilka słów z jej ust lub kilka liter jej ręką napisanych...
Książę chciał mówić dalej, ale powtórnie omdlał: odniesiono go do domu, Toledo zaś pobiegł na górę donieść Inezie, czego wymaga jej zalotnik, godząc się zostawić ją w spokoju i zrzec się jej ręki.
Cóż mam wam więcej powiedzieć? Sami domyślacie się końca przygody. Suarez, zapewniony o miłości kochanki, szybko powracał do zdrowia. Stracił ojca, ale pozyskał przyjaciela i żonę, ojciec bowiem Inezy nie podzielał nienawiści, jaką pałał ku niemu nieboszczyk Gaspar Suarez, i z chęcią zezwolił na ich połączenie. Państwo młodzi natychmiast po ślubie wyjechali do Kadyksu. Busqueros odprowadził ich o kilka mil za Madryt i potrafił wyłudzić od nowożeńca za mniemane przysługi kiesę złota. Co do mnie, sądziłem, że los nigdy nie zetknie mnie już z nieznośnym natrętem, do którego czułem niewymowną odrazę, ale tymczasem inaczej się stało.
Od pewnego czasu zauważyłem, że don Roque wymawia nazwisko mego ojca. Przewidywałem, że znajomość ta nie może być dla nas korzystna, zacząłem więc śledzić każdy jego krok i dowiedziałem się, że Busqueros ma krewną, nazwiskiem Gita Cimiento, którą chce koniecznie wydać za mego ojca, wiedząc, że don Avadoro jest człowiekiem majętnym, a może nawet bogatszym, niż powszechnie sądzono.
W istocie, piękna Gita zajmowała już mieszkanie w domu przy wąskiej uliczce, na którą wychodził balkon mego ojca.
Ciotka moja była naówczas w Madrycie. Nie mogłem wytrzymać, aby jej nie uściskać. Zacna pani Dalanosa widząc mnie rozczuliła się do łez, wszelako zaklinała, abym się nie pokazywał na świat, dopóki czas mojej pokuty nie upłynie. Opowiedziałem jej zamiary Busquera. Uznała, że należy je koniecznie zniweczyć, i udała się po radę do wuja swego, szanownego teatyna Geronimo Santez, ale ten stanowczo odmówił swojej pomocy, utrzymując, że jako zakonnik nie powinien wdawać się w sprawy światowe i że wtedy tylko miesza się do spraw rodziny, gdy chodzi o pogodzenie zwaśnionych lub zapobieżenie zgorszeniu, o wszystkich zaś wypadkach innego rodzaju wcale nie chce słyszeć. Zdany na własne środki, chciałem zwierzyć się kawalerowi; ale wtedy musiałbym mu powiedzieć, kim jestem, czego bez przekroczenia zasad honoru w żaden sposób nie mogłem uczynić. Tymczasem więc jąłem pilnie uważać na Busquera, który po odjeździe Suareza przyczepił się do Toleda, wszelako z daleko mniejszą natarczywością, i codziennie z rana przychodził pytać się, czy kawaler nie potrzebuje jego usług.
Gdy Cygan domawiał tych słów, jeden z jego bandy przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności i już go tego dnia więcej nie widzieliśmy.



Dzień czterdziesty ósmy


Nazajutrz, gdy zebraliśmy się razem, Cygan, ulegając powszechnym naleganiom, tak dalej jął rozpowiadać:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Lopez Suarez już od dwóch tygodni był szczęśliwym małżonkiem zachwycającej Inezy, Busqueros zaś, dokonawszy, jak mu się zdawało, tego ważnego przedsięwzięcia, przyczepił się do Toleda. Uprzedziłem kawalera o natręctwie jego satelity, ale don Roque sam czuł dobrze, że tym razem należy być przezorniejszym. Toledo pozwolił mu przychodzić do siebie i Busqueros wiedział, że dla zachowania prawa nie należy go nadużywać.
Pewnego dnia kawaler zapytał go, co to była za miłostka, której książę Arcos przez tyle lat się oddawał, i czy w istocie kobieta owa była tak zachwycająca, że potrafiła na tak długo przywiązać do siebie księcia. Busqueros przybrał poważny wyraz twarzy i rzekł:
- Wasza wielmożność jest bez wątpienia silnie przekonany o moim dla niego poświęceniu, kiedy raczy pytać mnie o tajemnice dawnego mego opiekuna. Z drugiej strony szczycę się na tyle bliską znajomością waszej wielmożności, by nie wątpić, że pewnego rodzaju lekkość, jaką spostrzegłem w jego obejściu z kobietami, bynajmniej nie będzie do mnie się stosowała i że wasza wielmożność wydaniem tajemnicy nie zechce narazić swego wiernego sługi.
- Senor Busqueros - odparł kawaler - wcale nie prosiłem cię o panegiryk.
- Wiem o tym - rzekł Busqueros - ale panegiryk waszej wysokości zawsze znajduje się na ustach tych, którzy mieli zaszczyt zawrzeć z nim znajomość. Historię, o którą wasza wielmożność raczy mnie pytać, zacząłem opowiadać młodemu negocjantowi, którego przed niedawnym czasem połączyliśmy z piękną Inezą.
- Ale nie skończyłeś jej. Lopez Suarez powtórzył ją małemu Avarito, który mnie z nią zapoznał. Stanąłeś na tym, gdy Frasqueta opowiedziała ci swoją historię w ogrodzie, książę Arcos zaś, przebrany za jej przyjaciółkę, zbliżył się do ciebie i rzekł, że chodzi mu o przyspieszenie wyjazdu Cornadeza i że chce, aby ten nie poprzestał na pielgrzymce, lecz aby przez jakiś czas odprawiał pokutę w jednym ze świętych miejsc.
- Wasza wielmożność - przerwał Busqueros - ma zadziwiającą pamięć. W istocie, tymi słowy odezwał się do mnie jaśnie oświecony książę; ponieważ jednak historia żony jest już waszej wielmożności znana, wypada dla zachowania porządku, abym przystąpił do historii męża i opowiedział, jakim sposobem zawarł on znajomość ze straszliwym pielgrzymem, nazwiskiem Hervas.
Toledo zasiadł i dodał, że zazdrości księciu takiej kochanki, jaką była Frasqueta, że lubił zawsze zuchwałe kobiety i że ta przewyższała pod tym względem wszystkie, jakie dotąd znał. Busqueros uśmiechnął się dwuznacznie, po czym tak zaczął mówić:
HISTORIA CORNADEZA
Małżonek Frasquety był synem mieszczanina z Salamanki; nazwisko jego stanowiło prawdziwe nomen-omen. Długo w jednym z biur miejskich zajmował jakiś podrzędny urząd i prowadził zarazem mały handel hurtowy, zaopatrując kilku detalistów. Następnie odziedziczył znaczny spadek i postanowił, zwyczajem większej części swych rodaków, oddać się wyłącznie próżniactwu. Całe zatrudnienie jego polegało na uczęszczaniu do kościołów, miejsc publicznych i paleniu cygar.
Wasza wielmożność powie zapewne, że Cornadez z tak wyłącznym upodobaniem do spokojności nie powinien był żenić się z pierwszą lepszą swawolnicą, która stroiła doń miny przez okno; ale na tym właśnie polega wielka zagadka serca ludzkiego, że nikt nie postępuje tak, jak postępować powinien. Jeden całe szczęście upatruje w małżeństwie, przez całe życie zastanawia się nad wyborem i umiera nareszcie bezżenny; drugi przysięga nigdy się nie żenić, a mimo to bierze jedną żonę po drugiej. Takim sposobem i nasz Cornadez ożenił się. Z początku szczęście jego było nie do opisania; niebawem jednak począł żałować, zwłaszcza gdy ujrzał, że mu siedzi na karku nie tylko hrabia de Peńa Flor, ale nadto cień jego, który na męczarnie nieszczęsnego małżonka wymknął się z piekieł. Cornadez zesmutniał i nie odzywał się do nikogo. Wkrótce kazał przenieść swoje łóżko do gabinetu, gdzie stał klęcznik i kropielnica. W dzień rzadko kiedy widywał żonę i częściej niż kiedykolwiek chodził do kościoła.
Pewnego dnia stanął obok jakiegoś pielgrzyma, który wlepił weń tak przerażający wzrok, że Cornadez w najwyższej niespokojności musiał wyjść z kościoła. Wieczorem znowu spotkał go na promenadzie i odtąd zawsze i wszędzie go spotykał. Gdziekolwiek się znalazł, nieruchomy i przenikliwy wzrok pielgrzyma napawał go niewysłowioną udręką. Nareszcie Cornadez, przezwyciężając wrodzoną bojaźliwość, rzekł:
- Mój panie, oskarżę cię przed alkadem, jeżeli nie przestaniesz mnie prześladować.
- Prześladować! prześladować! - odparł pielgrzym ponurym i grobowym głosem. - W istocie, prześladują cię, ale twoje sto dublonów dane za głowę i zamordowany człowiek, który umarł bez sakramentów. Cóż? Czy nie zgadłem?
- Kto jesteś? - zapytał Cornadez, zdjęty strachem.
- Jestem potępieńcem - odparł pielgrzym - ale pokładam ufność w miłosierdziu bożym. Czy słyszałeś o uczonym Hervasie?
- Obiła mi się o uszy jego historia - rzekł Cornadez - Był to bezbożnik, który smutnie skończył.
- Ten sam właśnie - rzekł pielgrzym. - Jestem jego synem, od przyjścia na świat naznaczonym piętnem potępienia, ale w zamian udzielona mi została władza odkrywania piętna na czołach grzeszników i sprowadzania ich na drogę zbawienia. Chodź za mną, nieszczęsna igraszko szatana, dam ci się bliżej poznać.
Pielgrzym zaprowadził Cornadeza do ogrodu ojców celestynów i usiadłszy z nim na ławce w jednej z najbardziej odludnych alei, tak mu jął rozpowiadać:
HISTORIA DIEGA HERVASA OPOWIADANA PRZEZ SYNA JEGO, POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Nazywam się Błażej Hervas. Ojciec mój, Diego Hervas, w młodym wieku wysłany na uniwersytet w Salamance, niebawem odznaczył się szczególniejszym zapałem do nauk. Wkrótce daleko zostawił za sobą swoich kolegów, po kilku zaś latach więcej umiał od wszystkich profesorów. Natenczas, zamknąwszy się w swojej izdebce z dziełami pierwszych mistrzów we wszystkich naukach, powziął błogą nadzieję, że osiągnie taką samą sławę i że nazwisko jego wymieniane będzie wśród nazwisk najznakomitszych uczonych.
Do tej żądzy, jak widzisz, wcale nieumiarkowanej, Diego inną jeszcze przyłączył. Chciał bezimiennie wydawać dzieła i dopiero gdy wartość ich zostanie powszechnie uznana, wyjawić swoje nazwisko i zdobyć w jednej chwili sławę. Tymi zamiarami zajęty, osądził, że Salamanka nie jest widnokręgiem, nad którym wspaniała gwiazda jego przeznaczenia mogłaby uzyskać należyty blask, zwrócił więc swoje spojrzenia ku stolicy. Tam bez wątpienia ludzie odznaczający się geniuszem używali należytego im szacunku, hołdów ogółu, zaufania ministrów, a nawet łaski królewskiej.
Diego wyobraził sobie zatem, że tylko stolica może sprawiedliwie ocenić jego znakomite zdolności. Młody nasz uczony miał przed oczyma geometrię Kartezjusza, analizę Harriota, dzieła Fermata i Robervala. Spostrzegł jasno, że wielcy ci geniusze, torując drogę nauce, postępowali przecież niepewnym krokiem. Zebrał razem wszystkie ich odkrycia, dołączył wnioski, o jakich dotąd nie pomyślano, i przedstawił poprawki do używanych naówczas logarytmów. Hervas przeszło rok pracował nad swoim dziełem. W owym czasie książki o geometrii pisano wyłącznie po łacinie; Hervas, dla większego upowszechnienia, napisał swoją po hiszpańsku, dla zaostrzenia zaś ogólnej ciekawości nadał jej tytuł: Odsłonięte tajemnice analizy wraz z wiadomością o nieskończonościach w każdym wymiarze.
Gdy rękopis był już ukończony, mój ojciec właśnie wychodził z małoletności i otrzymał w tym względzie uwiadomienie od swoich opiekunów; oświadczyli mu oni zarazem, że jego majątek, który z początku zdawał się składać z ośmiu tysięcy pistolów, z powodu różnych nieprzewidzianych wypadków spadł do ośmiuset, które po urzędowym skwitowaniu z opieki natychmiast mu będą wręczone. Hervas obliczył, że potrzebuje akurat ośmiuset pistolów na wydrukowanie swego rękopisu i podróż do Madrytu, czym prędzej więc podpisał pokwitowanie z opieki, odebrał pieniądze i podał rękopis do cenzury. Cenzorowie z wydziału teologicznego zaczęli robić niejakie trudności, ponieważ analiza nieskończenie małych wielkości zdawała się prowadzić do atomów Epikura, którą to naukę Kościół potępił. Wytłumaczono im, że chodzi o wielkości oderwane, a nie o cząstki materialne, i cofnęli swój sprzeciw.
Z cenzury dzieło przeszło do drukarza. Był to wielki tom in quarto, do którego trzeba było ulać brakujące czcionki algebraiczne, a nawet sporządzić nowe matryce. Tym sposobem wydanie tysiąca egzemplarzy kosztowało siedemset pistolów. Hervas tym chętniej je poświęcił, że spodziewał się za każdy egzemplarz dostać trzy pistole, co mu zapowiadało dwa tysiące trzysta pistolów czystego zysku. Aczkolwiek nie ubiegał się za zyskiem, atoli nie bez pewnej przyjemności myślał o zebraniu tej okrągłej sumki.
Druk trwał ponad sześć miesięcy, Hervas sam przeprowadzał korektę i nudna ta praca więcej go kosztowała wysiłku aniżeli samo napisanie dzieła. Nareszcie największy wóz, jaki można było znaleźć w Salamance, przywiózł do jego mieszkania ciężkie paki, na których zasadzał teraźniejszą chwałę i przyszłą nieśmiertelność.
Nazajutrz Hervas, upojony radością i odurzony nadzieją, objuczył swoim dziełem osiem mułów, sam wsiadł na dziewiątego i ruszył drogą do Madrytu. Przybywszy do stolicy, zsiadł przed księgarzem Moreno i rzekł mu:
- Senor Moreno, te osiem mułów przywiozło dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć egzemplarzy dzieła. którego mam zaszczyt wręczyć ci egzemplarz tysiączny. Sto egzemplarzy możesz senor sprzedać na własną korzyść za trzysta pistolów, z pozostałych zaś raczysz zdać mi rachunek. Pochlebiam sobie, że wydanie w przeciągu kilku tygodni będzie wyczerpane i że będę mógł przedsięwziąć drugie, do którego dodam pewne objaśnienia, jakie podczas druku przyszły mi do głowy.
Moreno zdawał się powątpiewać o tak szybkiej sprzedaży, ale widząc zezwolenie cenzorów z Salamanki, przyjął paki do swego magazynu i wystawił w księgarni kilka egzemplarzy na sprzedaż. Hervas wprowadził się do gospody i nie tracąc czasu, natychmiast zajął się objaśnieniami, które chciał przyłączyć do drugiego wydania.
Po upływie trzech tygodni nasz geometra osądził, że czas udać się do Morena po pieniądze za sprzedane książki i że przynajmniej z tysiąc pistolów przyniesie do domu. Poszedł więc i z niesłychanym zmartwieniem dowiedział się, że dotąd nie sprzedano ani jednego egzemplarza. Wkrótce jeszcze dotkliwszy cios weń ugodził, wróciwszy bowiem do gospody, zastał nadwornego alguacila, który kazał mu wsiąść do zamkniętego powozu i zawiózł do Wieży Segowskiej.
Dziwne się wydaje, że postępowano z geometrą jak gdyby z więźniem stanu, ale przyczyna tego była następująca: Egzemplarze wystawione w księgami u Morena wpadły wkrótce w ręce kilku ciekawców uczęszczających do jego sklepu. Jeden z nich, przeczytawszy nagłówek: "Odsłonięte tajemnice analizy" rzekł, że musi to być jakiś paszkwil na rząd; drugi przypatrzywszy się bacznie tytułowi, dodał ze złośliwym uśmiechem, że niezawodnie jest to satyra na don Pedra de Alanyes, ministra skarbu, gdyż analyse jest anagramem nazwiska Alanyes, następna zaś część tytułu, "o nieskończonościach w każdym wymiarze", wyraźnie stosuje się do tego ministra, który w istocie materialnie był nieskończenie mały i nieskończenie opasły, moralnie zaś nieskończenie wyniosły i nieskończenie prostacki. Łatwo wnieść z tego żartu, że bywalcom księgarni Morena wolno było wszystko mówić i że rząd przez szpary patrzył na tę małą juntę szyderców.
Ci, którzy znają Madryt, wiedzą, że pod pewnymi względami lud w tym mieście dorównywa klasom wyższym; zajmują go te same wypadki, podziela te same zdania, a dowcipy z wielkiego świata podawane z ust do ust krążą po ulicach. To samo stało się z przycinkami bywalców księgarni Morena. Wkrótce wszyscy balwierze, a za nimi i cały lud nauczył się ich na pamięć. Odtąd nie nazywano inaczej ministra Alanyes jak senorem "Analizą nieskończoności". Dygnitarz ten przyzwyczaił się już do niechęci, jaką wzbudzał w ludzie, i bynajmniej na nią nie zważał, ale uderzony często powtarzanym przezwiskiem, zapytał pewnego razu swego sekretarza o jego znaczenie. Otrzymał odpowiedź, że początek temu żartowi dała pewna książka matematyczna, którą sprzedawano u Morena. Minister, nie wchodząc w bliższe szczegóły, kazał naprzód uwięzić autora, następnie zaś skonfiskować wydanie.
Hervas, nie znając powodu swej kary, zamknięty w Wieży Segowskiej, pozbawiony piór i atramentu, nie wiedząc, kiedy go wypuszczą na wolność, postanowił dla uprzyjemnienia nudów przypomnieć sobie w umyśle wszystkie swoje wiadomości, czyli przywieść na pamięć wszystko, co umiał z każdej nauki. Natenczas z wielkim zadowoleniem spostrzegł, że rzeczywiście ogarnia cały obszar wiedzy ludzkiej i że byłby mógł jak niegdyś Pico della Mirandola, podołać dyspucie de omni scibili.
Zapalony żądzą wsławienia swego nazwiska w uczonym świecie, zamierzył więc napisać dzieło w stu tomach, które miało zawierać wszystko, co ludzie w owym czasie wiedzieli. Chciał wydać je bezimiennie. Publiczność bez wątpienia byłaby myślała, że dzieło to musi być utworem jakiegoś naukowego towarzystwa; wtedy Hervas chciał ujawnić swe nazwisko i od razu pozyskać sławę i miano wszechstronnego mędrca. Trzeba przyznać, że siły jego umysłu istotnie odpowiadały temu olbrzymiemu przedsięwzięciu. Sam czuł to bardzo dobrze i całą duszą oddał się zamiarowi, który pochlebiał dwom namiętnościom jego duszy: miłości do nauk i miłości własnej.
Sześć tygodni szybko tym sposobem ubiegło Hervasowi; po upływie tego czasu gubernator zamku zawezwał go do siebie. Zastał tam pierwszego sekretarza ministra skarbu. Człowiek ten skłonił się przed nim z pewnego rodzaju poszanowaniem i rzekł:
- Don Diego, chciałeś wejść w świat bez żadnego opiekuna, co było nader wielką nierozwagą; gdy więc oskarżono cię, nikt nie stanął w twojej obronie. Zarzucają ci, że wystosowałeś przeciw ministrowi skarbu twoją analizę nieskończoności. Don Pedro de Alanyes, słusznie rozgniewany, rozkazał spalić cały nakład twego dzieła; ale poprzestając na tym zadośćuczynieniu, raczy ci przebaczyć i ofiaruje ci w swoim biurze miejsce contadora. Będziesz miał sobie powierzone pewne rachunki, których zagmatwanie czasami wprawia nas w kłopot. Wyjdź z tego więzienia, do którego nigdy więcej nie powrócisz.
Hervas z początku wpadł w smutek dowiedziawszy się, że mu spalono dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć egzemplarzy dzieła, które go kosztowało tyle zabiegów, ale ponieważ teraz już na czym innym zasadzał swoją sławę, wkrótce pocieszył się i poszedł zająć ofiarowane mu miejsce.
Tam podano mu rejestry annat, tabele dyskonta z gotówkowym rabatem i inne tym podobne obliczenia, które uskutecznił z niewypowiedzianą łatwością, pozyskując szacunek swoich naczelników. Wypłacono mu z góry kwartalną pensję i dano mieszkaniu w domu należącym do ministerium.
Gdy Cygan domawiał tych słów, odwołano go dla spraw hordy, musieliśmy więc do następnej doby odłożyć zaspokojenie naszej niecierpliwości.



Dzień czterdziesty dziewiąty


Zebraliśmy się wcześnie w jaskini; Rebeka uczyniła uwagę, że Busqueros z wielką zręcznością ułożył swoje opowiadanie.
- Zwyczajny intrygant - mówiła - byłby dla przestraszenia Cornadeza wprowadził widma okryte całunami, które byłyby wywarły nań przelotne wrażenie, ustępujące po kilku chwilach rozwagi. Tymczasem Busquoros postępuje odmiennie: stara się wpłynąć nań tylko słowami. Wszyscy znają historię ateusza Hervasa. Jezuita Granada podał ją w przy-piskach do swego dzieła. Potępiony pielgrzym udaje, że jest jego synem, dla tym silniejszego przepełnienia zgrozą duszy Cornadeza.
- Zbyt pośpieszasz się z twoim sądem - odrzekł stary naczelnik. - Pielgrzym mógł w istocie być synem ateusza Hervasa i nie ma wątpliwości, że tego, o czym mówi, nie znajdziesz w legendzie, o jakiej wspominasz; napotykamy tam zaledwie niektóre szczegóły o śmierci Hervasa. Ale racz cierpliwie wysłuchać tej historii aż do końca.
DALSZY CIĄG HISTORII DIEGA HERVASA, OPOWIADANY PRZEZ SYNA JEGO, POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Powrócono więc Hervasowi wolność i zapewniono mu środki do życia. Praca, jakiej wymagano po nim, zaledwie kilka godzin z rana mu zajmowała, mógł zatem swobodnie oddać się wykonaniu swego wielkiego zamiaru, wytężając wszystkie siły swego geniuszu i rozkoszując się swoją wiedzą. Nasz chciwy sławy poligraf postanowił o każdej nauce napisać jeden tom in octavo. Zauważywszy, że mowa jest szczególną właściwością człowieka, pierwszy tom poświęcił gramatyce ogólnej. Wyłożył w nim nieskończenie urozmaicone sposoby, za których pomocą w poszczególnych językach wyraża się rozmaite części mowy i nadaje rozmaite kształty elementom myśli.
Następnie z myśli wewnętrznej człowieka przechodząc do pojęć, jakie mu otaczające przedmioty nastręczają, Hervas poświęcił 2. tom historii naturalnej w ogólności, 3. zoologii, czyli nauce o zwierzętach, 4. ornitologii, czyli znajomości ptaków, 5. ichtiologii, czyli nauce o rybach, 6. entomologii, to jest nauce o owadach, 7. skolekologii, czyli nauce o robakach, 8. konchologii, czyli znajomości muszel, 9. botanice, 10. geologii, to jest nauce o składzie ziemi, 11. biologii, czyli nauce o kamieniach, 12. oryktologii albo nauce o skamienielinach, 13. metalurgii, sztuce wydobywana i przerabiania kruszców, 14. dokimastyce, to jest sztuce próbowania tychże kruszców.
Z kolei Hervas znów zajął się człowiekiem: 15. tom obejmował fizjologię, czyli naukę o ciele ludzkim, 16. anatomię, 17. miologię, to jest naukę o muskułach, 18. osteologię, 19. neurologię, 20. flebologię, to jest naukę o systemie żylnym.
21. tom poświęcony był medycynie ogólnej, 22. no-sogii, czyli nauce o chorobach, 23. etiologii, to jest nauce o ich przyczynach, 24. patologii albo -nauce o cierpieniach, jakie wywołują, 25. semiotyce, czyli znajomości symptomów, 26. klinice, to jest nauce o sposobach postępowania z obłożnie chorymi, 27. terapeutyce, czyli nauce uzdrawiania (najtrudniejszej ze wszystkich), 28. dietetyce albo znajomości sposobów żywienia, 29. higienie, to jest sztuce zachowywania zdrowia, 30. chirurgii, 31. farmacji, 32. weterynarii.
Dalej następował tom 33. zawierający fizykę ogólną; 34. fizykę właściwą, 35. fizykę eksperymentalną, 36. meteorologię, 37. chemię, a potem szły błędne nauki do jakich ta zaprowadziła, mianowicie zaś: 38. tom zawierający alchemię i 39. filozofię hermetyczną.
Po naukach przyrodniczych następowały inne, wynikające ze stanu wojny, o którym sądzą, że także jest przyrodzony człowiekowi, stąd też 40. tom zawierał strategię, czyli sztukę wojowania, 41. kastrametację, to jest sztukę zakładania obozów, 42. naukę o fortyfikacjach, 43. wojnę podziemną, czyli naukę o minach i podkopywaniu się, 44. pirotechnikę, to jest naukę o artylerii, 45. balistykę, czyli sztukę miotania ciał ciężkich. Wprawdzie artyleria usunęła ostatnio tę umiejętność, ale Hervas, że tak powiem, wskrzesił ją dzięki swym uczonym badaniom nad machinami używanymi w starożytności.
Przechodząc do sztuk uprawianych w czasie pokoju, Hervas poświęcił 46. tom architekturze, 47. budowie portów, 48. budowie okrętów i 49. żegludze.
Po czym, traktując człowieka znowu jako jednostkę wchodzącą w skład społeczeństwa, w 50. tomie umieścił prawodawstwo, w 51. prawo cywilne, w 52. prawo karne, w 53. prawo państwowe, w 54. historię, w 55. mitologię, w 56. chronologię, w 57. biografię, w 58. archeologię, czyli znajomość starożytności, w 59. numizmatykę, w 60. heraldykę, w 61. dyplomatykę, cyli naukę o nadaniach, ustawach i dokumentach, w 62. dyplomację, czyli naukę o wyprawianiu poselstw i załatwianiu spraw politycznych, w 63. idiomatologię, to jest ogólną naukę o wszystkich językach, i w 64. bibliografię, czyli naukę o rękopisach, książkach i wydaniach.
Następnie zwracając się do oderwanych pojęć umysłowych, poświęcił 65. tom logice, 66. retoryce, 67. etyce, czyli nauce moralnej, 68. estetyce, to jest analizie wrażeń, jakie odbieramy za pomocą zmysłów.
Tom 69. obejmował teozofię, czyli badanie mądrości objawiającej się w religii, 70. teologię ogólną, 71. dogmatykę, 72. topikę polemiki, czyli znajomość ogólnych zasad prowadzenia dyskusji, 73. ascetykę, która poucza o pobożnych ćwiczeniach, 74. egzegezę, czyli wykład ksiąg Pisma Świętego, 75. hermeneutykę, która te księgi wyjaśnia, 76. scholastykę, która jest sztuką dowodzenia w zupełnej niezależności od zdrowego rozsądku i 77. teologię mistyki, czyli panteizm rytualizmu.
Z teologii Hervas może nieco zbyt śmiało przeszedł w 78. tomie do onejromancji, czyli umiejętność wykładania snów. Tom ten należał do najbardziej zajmujących. Hervas wykazywał w nim, jakim sposobem kłamliwe i czcze złudzenia przez długie wieki rządziły światem. Przekonywamy się bowiem z dziejów, że sen o chudych i tłustych krowach zmienił ustrój Egiptu, w którym ziemskie dzierżawy od tej pory stały się własnością monarszą. W pięćset lat potem widzimy Agamemnona opowiadającego swoje sny zebranym Grekom. Na koniec w sześć wieków po zdobyciu Troi wykładali sny Chaldejczycy babilońscy i wyrocznia delficka.
79. tom zawierał ornitomancję, czyli sztukę wróżenia z lotu ptaków, używaną zwłaszcza przez augurów toskańskich. Seneka przekazał nam wiadomości o ich obrzędach.
80. tom, uczeńszy od innych, obejmował pierwsze Początki magii, sięgając czasów Zoroastra i Ostanesa. Znalazła się w nim historia tej nieszczęsnej nauki, która ze wstydem naszego wieku zbezcześciła jego początek i dotąd nie jest jeszcze zupełnie zarzucona.
Tom 81. poświęcony był kabale i różnym sposobom wróżenia, jako to: rabdomancji albo zgadywaniu przyszłości za pomocą pręcików, chiromancji, geomancji, hydromancji itp.
Ze wszystkich tych obłędów Hervas nagle przechodził do najbardziej niezaprzeczonych prawd, tak więc tom 82. zawierał geometrię, 83. arytmetykę, 84. algebrę, 85. trygonometrię, 86. stereotomię, czyli naukę o bryłach zastosowaną do rżnięcia kamieni, 87. geografię, 88. astronomię wraz z fałszywym jej płodem, znanym pod nazwą astrologii.
W 89. umieścił mechanikę, w 90. dynamikę, czyli naukę o siłach działających, w 91. statykę, to jest naukę o siłach zostających w równowadze, w 92. hydraulikę, w 93. hydrostatykę, w 94. hydrodynamikę, w 95. optykę i naukę o perspektywie, w 96. dioptrykę, w 97. katoptrykę, w 98. geometrię analityczną, w 99. pierwsze pojęcia o rachunku różniczkowym, nareszcie 100. tom zawierał analizę, która, według Hervasa, była umiejętnością nad umiejętnościami i ostatnią granicą, do jakiej mógł przebić się rozum ludzki.
Głęboka znajomość stu rozmaitych nauk mogłaby się komu wydawać przechodzącą siły umysłowe jednego człowieka. Nie ulega jednak wątpliwości, że Hervas o każdej z tych nauk napisał jeden tom, który zaczynał się od historii nauki, a kończył na uwagach pełnych prawdziwej przenikliwości nad sposobami wzbogacenia i - że tak powiem - rozszerzenia we wszystkich kierunkach granic wiedzy człowieka.
Hervas podołał tomu wszystkiemu dzięki oszczędności czasu i wielkiemu porządkowi w jego rozkładzie. Wstawał równo ze świtem i przygotowywał się do biurowej pracy, rozważając działania, jakie miał uskutecznić. Szedł do ministra na pół godziny przed wszystkimi i czekał na uderzenie naznaczonej godziny z piórem w ręku i głową wolną od wszelkich myśli tyczących się wielkiego dzieła. Gdy godzina wybiła, zaczynał swoje rachunki i dokonywał ich z niepojętą szybkością.
Następnie ruszał do księgarza Moreno, którego zaufanie umiał sobie pozyskać, brał książki, których potrzebował, i wracał do domu. Po chwili wychodził, aby się czymś posilić, powracał do siebie przed pierwszą i pracował aż do ósmej wieczorem. Po pracy grał w pelotę z chłopcami z sąsiedztwa, wypijał filiżankę czekolady i szedł spać. Niedzielę spędzał poza domem, obmyślając pracę -na następny tydzień.
Tym sposobem Hervas mógł rocznie około trzech tysięcy godzin obrócić na dokonanie swego uniwersalnego dzieła, co po piętnastu latach utworzyło sumę czterdziestu pięciu tysięcy godzin. W istocie, nadzwyczajna ta praca została ukończona tak, że nikt w Madrycie jej się nie domyślał, Hervas bowiem z nikim się nie wdawał, nikomu o swoim dziele nie wspominał, chcąc nagle świat zadziwić, roztaczając przed nim niezmierny obszar wiedzy. Ukończył swoje dzieło wraz z trzydziestym dziewiątym rokiem życia i cieszył się, że zacznie czterdziesty u progu ogromnej sławy.
Z tym wszystkim pewnego rodzaju smutek wypełniał mu serce. Przyzwyczajenie do ciągłej pracy, podtrzymywane nadzieją, było dlań najmilszym towarzystwem, zapełniającym wszystkie chwile jego życia. teraz stracił to towarzystwo i nuda, której dotąd nigdy nie zaznał, zaczęła mu doskwierać. Stan ten, zupełnie nowy dla Hervasa, wyrwał go z dotychczasowego trybu życia.
Przestał szukać samotności i odtąd widywano go po wszystkich publicznych miejscach. Robił wrażenie, jak gdyby chciał wszystkich zagadywać, ale nie znając nikogo i nie będąc przyzwyczajonym do prowadzenia rozmów, cofał się, nie wyrzekłszy ani słowa. Wszelako pocieszał się myślą, że wkrótce cały Madryt pozna go, będzie poszukiwał i o nim tylko mówił. Dręczony żądzą rozrywki, Hervas postanowił odwiedzić swoje rodzinne strony, nikomu nie znane miasteczko, które spodziewał się wsławić. Od piętnastu lat za całą zabawę pozwalał sobie tylko grać w pelotę z chłopcami z sąsiedztwa; teraz radował się na myśl, że będzie mógł oddać się tej rozrywce w miejscu, gdzie spędził pierwsze lata dziecinne.
Przed wyjazdem jednak chciał jeszcze nacieszyć się widokiem swoich stu tomów uporządkowanych na jednym wielkim stole. Rękopis był tego samego rozmiaru, jaki miał wyjść w druku, powierzył go więc introligatorowi, polecając wytłoczyć wzdłuż grzbietu każdej książki tytuły poszczególnych nauk i liczby porządkowe, od pierwszej na Gramatyce ogólnej aż do setnej na Analizie. Po upływie trzech tygodni introligator przyniósł książki, stół zaś był już przygotowany. Hervas ustawił na nim okazały szereg tomów, pozostałymi zaś brulionami i odpisami z radością zapalił w piecu. Następnie zamknął drzwi na podwójne rygle, przyłożył na nich swoją pieczęć i wyjechał do Asturii.
Rzeczywiście, widok miejsc rodzinnych napełnił Hervasa oczekiwaną rozkoszą; tysiące wspomnień słodkich i niewinnych wyciskało mu z oczu łzy radości, których źródło, zdawało się, dwadzieścia lat suchej i mozolnej pracy powinno było zupełnie wysuszyć. Nasz poligraf byłby chętnie resztę swego życia spędził w rodzinnym miasteczku, ale stutomowe dzieło powoływało go z powrotem do Madrytu. Rusza więc drogą do stolicy, przybywa do siebie, znajduje nienaruszoną pieczęć na drzwiach, otwiera je... i spostrzega sto swoich tomów podartych na strzępy, ogołoconych z oprawy, z kartkami pomieszanymi i porozrzucanymi na podłodze. Straszny ten widok pomieszał mu zmysły; padł wśród szczątków swego dzieła i postradał uczucie własnego istnienia.
Niestety! przyczyna tej klęski była następująca:
Hervas przedtem nigdy nie jadał w domu, szczury zatem, tak licznie zamieszkujące inne domy Madrytu, nie miały po co zaglądać do jego mieszkania, znalazłyby tam bowiem co najwyżej kilka zużytych piór. Ale inaczej się stało, gdy przyniesiono do izby sto tomów nasyconych świeżym klejem i gdy tego samego dnia właściciel wyniósł się z mieszkania. Szczury, znęcone wonią kleju, zachęcone milczeniem, hurmem się zebrały, poprzewracały, pogryzły i podarły książki...
Hervas wróciwszy do przytomności spostrzegł, jak jeden z tych potworów ciągnął do swojej nory ostatnie karty jego Analizy. Hervas chyba nigdy dotąd nie uniósł się gniewem, ale teraz nie mógł powstrzymać gwałtownego wybuchu, rzucił się na wydziercę jego geometrii transcendentalnej, uderzył głową o ścianę i padł powtórnie omdlały.
Wróciwszy po raz drugi do zmysłów, pozbierał strzępy rozproszone po całej izbie, wrzucił je do skrzyni, po czym usiadł na niej i oddał się najposępniejszym myślom. Niebawem dreszcz go wskroś przejął i biedny uczony wpadł w żółciową gorączkę połączoną ze śpiączką i z maligną. Oddano go w ręce lekarzom.
Odwołano Cygana dla spraw jego hordy, odłożył więc do następnego dnia dalsze opowiadanie.


Dzień pięćdziesiąty


Nazajutrz naczelnik, widząc wszystkich zebranych, tak zaczął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII DIEGA HERVASA, OPOWIADANY PRZEZ SYNA JEGO, POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Hervas, pozbawiony przez szczury swojej sławy, opuszczony przez lekarzy, znalazł przecież opiekę w doglądającej go w chorobie kobiecie. Nie szczędziła ona starań i niebawem szczęśliwy kryzys ocalił mu życie. Była to trzydziestoletnia dziewczyna, imieniem Marika, która z litości przyszła się nim opiekować, wynagradzając tym uprzejmość, z jaką czasami wieczorem rozmawiał z jej ojcem, szewcem z sąsiedztwa. Hervas, przyszedłszy do zdrowia, uczuł całą wdzięczność, jaką był jej winien.
- Mariko - rzekł do niej - ocaliłaś mi życie i osładzasz teraz mój powrót do zdrowia. Powiedz, co mogę dla ciebie uczynić?
- Mógłbyś, senor, uczynić mnie szczęśliwą - odpowiedziała - ale nie śmiem powiedzieć, jakim sposobem.
- Mów - przerwał Hervas - i bądź pewna, że uczynię wszystko, co będzie w mojej możności.
- A gdybym - rzekła Marika - prosiła, abyś się ze mną ożenił?
- Z największą chęcią, z całego serca - odrzekł Hervas. - Będziesz mnie żywiła, gdy będę zdrów, będziesz mnie pielęgnowała podczas choroby i obronisz mnie od szczurów w razie, gdybym na jakiś czas wyjechał z domu. Tak jest, Mariko, ożenię się z tobą, kiedy tylko sama zechcesz, a im prędzej się to stanie, tym lepiej.
Hervas, nie odzyskawszy jeszcze dość sił, otworzył skrzynię zawierającą szczątki encyklopedii. Chciał pozbierać szpargały i wpadł w recydywę, która go mocno osłabiła. Gdy wreszcie wrócił do zdrowia, natychmiast poszedł do ministra skarbu, któremu oświadczył, że pracował przez piętnaście lat i wykształcił uczniów, którzy są w stanie go zastąpić, że nadwerężył sobie zdrowie, i poprosił o uwolnienie od służby i udzielenie mu dożywotniej renty, odpowiadającej połowie jego płacy. W Hiszpanii ten rodzaj łaski nie jest trudny do otrzymania, Hervas uzyskał więc, czego żądał, i ożenił się z Mariką.
Wtedy nasz uczony zmienił dotychczasowy sposób życia. Najął mieszkanie w oddalonej części miasta i postanowił nie ruszyć się z domu, dopóki na powrót nie uzupełni swoich stu tomów. Szczury pogryzły wszystek papier przyklejony do grzbietów książek i pozostawiły tylko mocno uszkodzone połowy kartek; wszelako wystarczyło to Hervasowi, żeby sobie przypomnieć resztę. Tak więc zajął się powtórnym wykończeniem swego dzieła. W tym samym czasie dokonał drugiego, cale odmiennego rodzaju. Marika wydała mnie na świat, mnie, Potępionego Pielgrzyma. Ach, niestety, dzień mego urodzenia był z pewnością świętowany w krainach piekielnych; wieczne płomienie tej straszliwej siedziby rozgorzały nowym blaskiem, a szatany podwoiły męczarnie potępionych, aby tym więcej cieszyć się ich wyciem.
Pielgrzym, domawiając tych słów, zdawał się być pogrążony w głębokiej rozpaczy, zalał się łzami, i zwracając się do Cornadeza, rzekł:
- Dziś nie jestem już w stanie dłużej opowiadać. Bądź tutaj jutro o tej samej godzinie, ale nie waż się nie przyjść, idzie tu bowiem o twoje zbawienie lub zatratę.
Cornadez wrócił do domu z duszą przepełnioną przerażeniem; w nocy nieboszczyk Peńa Flor znowu go obudził i liczył mu nad uchem dublony, od pierwszego aż do setnego. Nazajutrz udał się do ogrodu ojców celestynów i zastał tam już pielgrzyma, który tak dalej mówił:
W kilka godzin po moim przyjściu na świat matka moja umarła. Hervas znał przyjaźń i miłość tylko z określenia tych dwóch uczuć, jakie umieścił w 67. tomie swego dzieła. Strata małżonki dowiodła mu jednak, że i on także był stworzony do przyjaźni i miłości. W istocie, tym razem w jeszcze głębszy wpadł smutek aniżeli wówczas, gdy szczury pożarły mu jego stutomowe dzieło. Mały domek Hervasa trząsł się od krzyków, jakimi go napełniałem. Niepodobna było dłużej mnie w nim zostawić. Dziad mój, szewc Marańon, przyjął mnie do siebie uszczęśliwiony, że będzie miał w swoim domu wnuka, który jest synem contadora i szlachcica. Dziad mój, uczciwy rzemieślnik, używał przyzwoitego bytu. Posyłał mnie do szkół, gdy zaś doszedłem szesnastu lat, sprawił mi wykwintny ubiór i pozwolił w szczęśliwym próżniactwie przechadzać się po ulicach Madrytu. Uważał, że dość był wynagrodzony za swoje trudy, gdy mógł powiedzieć:
Mio nieto, el hijo del contador, mój wnuk, syn contadora. Ale pozwól, żebym wrócił do mego ojca i dobrze znanego smutnego jego losu. Oby mógł on posłużyć za przykład i za naukę dla bezbożników!
Diego Hervas przez osiem lat naprawiał szkodę zrządzoną mu przez szczury. Dzieło było już prawie ukończone, gdy z dzienników zagranicznych, które wpadły mu w ręce, zorientował się, że w ostatnich latach nauki znacznie postąpiły naprzód. Hervas westchnął nad tym powiększeniem pracy, wszelako nie chciał, aby dzieło jego było niezupełne, dodał więc do każdej nauki nowo poczynione odkrycia. Praca ta zajęła mu cztery lata; tak więc dwanaście lat przepędził, nie wychodząc prawie z domu i wiecznie ślęcząc nad swoim dziełem.
Siedzący tryb życia zniszczył jego zdrowie. Dostał boleści w biodrach, bólu w krzyżach, piasku w pęcherzu i wszystkich objawów zapowiadających podagrę. Natomiast stutomowa encyklopedia była skończona. Hervas zaprosił do siebie księgarza Moreno, syna tego samego, który niegdyś wystawił na sprzedaż jego nieszczęśliwą Analizę, i rzekł mu:
- Senor Moreno, oto widzisz przed sobą sto tomów, które zawierają w sobie cały obszar wiedzy ludzkiej. Encyklopedia ta przyniesie zaszczyt twemu zakładowi, a nawet mogę powiedzieć - całej Hiszpanii. Nie żądam żadnej zapłaty za rękopis, racz tylko najłaskawiej wydrukować go, ażeby wiekopomna moja praca nie poszła na marne.
Moreno przejrzał wszystkie tomy, bacznie im się po kolei przypatrzył i rzekł:
- Chętnie podejmę się druku tego dzieła, ale musisz, don Diego, skrócić je do 25 tomów.
- Zostaw mnie w spokoju - odparł Hervas z najgłębszym oburzeniem - zostaw mnie, wracaj do twego sklepu i drukuj ramoty romansowe lub głupio--uczone, które wstydem okrywają Hiszpanię. Zostaw mnie z moim piaskiem w pęcherzu i moim geniuszem, o którym gdyby się ludzkość mogła dowiedzieć, byłaby mnie otoczyła czcią i poszanowanym. Ale teraz niczego już nie wymagam od ludzi, a tym mniej od księgarzy. Zostaw mnie w spokoju!
Moreno odszedł, Hervas zaś wpadł w najczarniejszą melancholię. Ciągle miał przed oczyma swoje sto tomów, dzieci jego geniuszu, poczęte z rozkoszą, wydane na świat z bólem, choć nie bez przyjemności, a teraz tonące w falach zapomnienia. Widział, że zmarnował całe życie i zniszczył byt swój w teraźniejszości i przyszłości. Wtedy to umysł jego, wyćwiczony w przenikaniu tajemnic przyrody, na nieszczęście zwrócił się do zgłębiania przepaści nieszczęść ludzkich i Hervas, przemierzając tę głębię, odkrywał wszędzie zło, prócz złego nic więcej nie widział, zawołał więc w duchu:
- Stwórco złego, kimże jesteś? Hervas sam przeląkł się tej myśli i postanowił rozważyć, czy zło, aby istnieć, musiało zostać stworzone. Następnie z szerszego punktu widzenia jął zastanawiać się nad tą zagadką. Zwrócił się do sił przyrody i przypisał materii energię, która zdawała mu się wszystko tłumaczyć bez potrzeby uznania Stwórcy.
Co się tyczy człowieka i zwierząt, przyznawał początek ich bytu rodzącemu kwasowi, który powodując fermentację materii, nadaje jej stałe kształty, tak samo prawie jak kwasy krystalizujące zasady alkaliczne i ziemne w podobne do siebie wieloboki. Uważał materie gąbczaste, wytwarzane przez wilgotne drzewo, za ogniwo łączące krystalizację skamielin z rozradzaniem się roślin i zwierząt, i wykazując jeżeli nie tożsamość tych procesów, to przynajmniej ich nader ścisłe podobieństwo.
Hervas, pełen nauki, z łatwością podparł swój fałszywy system sofistycznymi dowodami, zmierzającymi do obłąkania umysłów. Tak na przykład znajdował, że muły, które wywodzą się od dwóch gatunków zwierząt, mogą być porównane do soli powstałych z pomieszanych zasad, których krystalizacja nie jest klarowna. Reakcja niektórych minerałów, pieniących się w zetknięciu z kwasami, zdawała mu się przypominać fermentację roślin śluzowych; tę ostatnią uważał za początek życia, które dla braku przyjaznych okoliczności nie mogło bardziej się rozwinąć.
Hervas zauważył, że kryształy podczas tworzenia się osiadają w najsilniej oświetlonych częściach naczynia, a z trudnością ścinają się w ciemni. Ponieważ zaś światło sprzyja również i roślinności, poczytał więc fluid świetlny za jeden z elementów, z których składa się kwas uniwersalny, ożywiający przyrodę. Widział także, iż światło po pewnym przeciągu czasu czerwieni papier błękitny, i to był jeszcze jeden powód, że uznał światło za kwas.
Hervas wiedział, że w wysokiej szerokości geograficznej, około biegunów, krew w braku dostatecznego ciepła jest wystawiona na alkalizowanie się i że dla zaradzenia temu stanowi trzeba spożywać kwasy. Z tego wniósł, że skoro kwas może w pewnych wypadkach zastąpić ciepło, to musi ono być rodzajem kwasu lub przynajmniej jednym z elementów kwasu uniwersalnego.
Hervas wiedział, że grzmoty kwaszą wino i powodują jego fermentację. Czytał w Sanchuniatonie, że na początku świata gwałtowne grzmoty ożywiły istoty przeznaczone do życia i nieszczęśliwy nasz uczony nie lękał się oprzeć na tej pogańskiej kosmogonii, by dowieść, że materia piorunu mogła była wprawić w działanie kwas rodzący, nieskończenie rozmaity, ale niezmienny w odtwarzaniu tych samych kształtów.
Hervas, starając się przeniknąć tajemnice stworzenia, powinien był odnieść całą sławę do Stwórcy i oby był tak uczynił; ale jego anioł stróż go opuścił i umysł jego, obłąkany pychą wiedzy, rzucił go bezbronnego obłędom wyniosłych duchów, których upadek pociągnął za sobą zgubę świata.
Niestety! Podczas gdy Hervas wznosił swoje grzeszne myśli ponad sfery pojęcia ludzkiego, bliska zatrata zagrażała jego śmiertelnej powłoce. Na domiar złego do przewlekłych jego cierpień dołączyły się ostre choroby. Bóle w biodrach przybrały na sile i odjęły mu władzę w prawej nodze, żwirowaty piasek zaczął kaleczyć mu pęcherz, chiragra powykrzywiała palce lewej ręki i zaczęła zagrażać palcom prawej, na koniec najczarniejsza melancholia zniszczyła siły jego duszy i ciała zarazem. Lękał się świadków swego poniżenia, odepchnął moje starania i nie chciał wcale mnie widzieć. Stary jakiś inwalida zużywał resztki sił na krzątanie się koło niego. Wreszcie i ten zaniemógł i mój ojciec musiał zgodzić się na moją obecność.
Wkrótce dziad mój Marańon także zapadł na zgniłą gorączkę. Chorował tylko przez pięć dni i czując się bliskim śmierci, zawołał mnie do siebie i rzekł:
- Błażeju, mój drogi Błażeju, chcę cię jeszcze ostatni raz pobłogosławić. Urodziłeś się z ojca uczonego, któremu oby niebo było mniej udzieliło tej nauki. Szczęściem dla ciebie, dziad twój jest człowiekiem prostym w wierze i uczynkach i wychował cię w tejże samej prostocie. Nie daj się obłąkać twemu ojcu, od kilku lat nie dba on wcale o religię i zdań jego powstydziłby się niejeden heretyk. Błażeju, nie ufaj mądrości ludzkiej; za kilka chwil ja będę mędrszym od wszystkich filozofów. Błażeju, błogosławię cię - umieram.
W istocie, mówiąc to wyzionął ducha.
Oddałem mu ostatnią posługę i wróciłem do mego ojca, którego od czterech dni nie widziałem. Tymczasem stary inwalida także umarł i bracia miłosierni zajęli się jego pogrzebem. Wiedziałem, że mój ojciec jest sam, i chciałem zaopiekować się nim, ale gdy wszedłem do niego, nadzwyczajny widok uderzył mój wzrok i zatrzymałem się w przedpokoju, zdjęty niewypowiedzianym uczuciem zgrozy.
Mój ojciec pozrzucał suknie i owinął się prześcieradłem na kształt całunu. Siedział, wpatrując się w zachodzące słońce. Przez dłuższy czas trwał w milczeniu, potem podniósł głos i rzekł:
- Gwiazdo, której gasnące promienie po raz ostatni odbiły się o moje oczy, dlaczegóż oświeciłaś dzień mojego urodzenia? Czyliż chciałem przyjść na świat? I po co nań przyszedłem? Ludzie powiedzieli mi, że mam duszę, i zająłem się jej kształceniem kosztem mego ciała. Wydoskonaliłem mój umysł, ale szczury pożarły moje dzieło, a księgarze nim wzgardzili. Nic ze mnie nie pozostanie, umieram cały bez śladu, tak jak gdybym nie był się narodził. Nicości! - pochłoń swą zdobycz!
Hervas jakiś czas tonął w posępnych dumaniach, następnie wziął kubek, który zdawał mi się napełniony starym winem, wzniósł oczy ku niebu i rzekł:
- Boże, jeżeli gdzie jesteś, zlituj się nad moją duszą, jeżeli ją posiadam!
To mówiąc wychylił kubek i postawił go na stole; następnie położył rękę na serce, jak gdyby doświadczał w nim bolesnego ściśnienia. Obok przygotowany był drugi stół, obłożony poduszkami; Hervas położył się na nim, skrzyżował ręce na piersiach i słowa więcej nie wymówił.
Dziwisz się, że widząc te przygotowania do samobójstwa, nie rzuciłem się na kubek i nie zawołałem o pomoc. Dziś sam się temu dziwię, ale zarazem pamiętam, że jakaś nadprzyrodzona siła przykuła mnie na miejscu, tak że nie mogłem wykonać żadnego poruszenia. Włosy tylko najeżyły mi się z przestrachu.
Bracia miłosierni, którzy pogrzebali naszego inwalidę, znaleźli mnie w takim właśnie stanie. Spostrzegli ojca leżącego na stole i owiniętego w całun, zapytali mnie więc, czy umarł. Odpowiedziałem, że nic o tym nie wiem. Wtedy zapytali się, kto go owinął całunem. Powiedziałem, że sam to sobie uczynił. Przypatrzyli się ciału i w istocie znaleźli je bez życia. Ujrzeli stojący obok kubek z resztką płynu i zabrali go z sobą dla przekonania się, czy nie ma w nim śladów trucizny, po czym wyszli, dając oznaki oburzenia i zostawili mnie w nieopisanym przygnębieniu. Następnie zeszli się ludzie z parafii, zadawali mi te same zapytania i odeszli, mówiąc:
- Umarł, jak żył, pogrzeb jego nie do nas należy.
Zostałem sam na sam z nieboszczykiem. Straciłem zupełnie odwagę, a razem z nią władzę czucia i myślenia. Rzuciłem się na fotel, na którym jeszcze niedawno siedział mój ojciec, i znowu wpadłem w odrętwienie.
Nocą niebo pokryło się chmurami, a gwałtowna zawierucha rozwarła okno pokoju. Błękitnawa błyskawica przeleciała obok mnie i pogrążyła izbę w większej niż przedtem ciemności. Śród tej ciemności dostrzegłem jakby jakieś fantastyczne kształty, ciało mego ojca wydało długi, przeciągły jęk, który dalekie echa rozniosły po przestrzeni. Chciałem wstać, ale nie mogłem się ruszyć, jak gdybym był przykuty do miejsca. Lodowaty dreszcz przebiegł mi po członkach, krew gorączkowo zaczęła bić w żyłach, dziwaczne marzenia obłąkały moją duszę, sen zaś opanował zmysły.
Nagle zerwałem się: ujrzałem sześć wysokich świec woskowych zapalonych wokół ciała mego ojca i jakiegoś człowieka siedzącego naprzeciw mnie, który zdawał się oczekiwać chwili mego przebudzenia. Wygląd jego był wspaniały i majestatyczny. Wzrostu był wysokiego, włosy czarne, nieco kędzierzawe, spadały mu na czoło, wzrok miał bystry i przenikliwy, ale zarazem łagodny i przyciągający. Nosił na sobie krezę i szary płaszcz, podobne do tych, w jakie szlachta po wsiach się odziewa.
Nieznajomy spostrzegłszy, że się obudziłem, uśmiechnął się do mnie uprzejmie i rzekł:
- Synu mój - tak cię nazywam, traktuję cię bowiem, jak gdybyś już do mnie należał - Bóg i ludzie opuścili cię, a ziemia nie chce przyjąć do swego łona mędrca, który dał ci życie; wszelako my cię nigdy nie opuścimy.
- Mówisz, senor - odrzekłem - że Bóg i ludzie mnie opuścili. Co się tyczy tych ostatnich, masz słuszność, sądzę jednak, że Bóg nigdy nie może opuścić żadnego ze swoich stworzeń.
- Uwaga twoja pod pewnym względem nie jest bezzasadna - przerwał nieznajomy - kiedy indziej jaśniej ci to wytłumaczę. Tymczasem, ażebyś przekonał się, jak bardzo się tobą interesujemy, przyjmij tę kiesę z tysiącem pistolów. Młody człowiek powinien mieć namiętności i środki do ich zaspokajania. Nie oszczędzaj złota i licz zawsze na nas.
Po tych słowach nieznajomy klasnął w dłonie i sześciu zamaskowanych ludzi uniosło ciało Hervasa. Świece pogasły i ciemność znowu ogarnęła izbę. Nie pozostałem w niej dłużej; po omacku dotarłem do drzwi, wyszedłem na ulicę i dopiero ujrzawszy niebo zasiane gwiazdami, odetchnąłem swobodniej. Tysiąc pistolów, które czułem w kieszeni, niemało przyczyniło się do dodania mi odwagi. Przebiegłem Madryt i przybyłem na kraniec Prado, do zakątka, gdzie później postawiono olbrzymi posąg Cybeli. Tam położyłem się na ławce i wkrótce twardym snem zasnąłem.
Cygan, domówiwszy tych słów, prosił nas o pozwolenie odłożenia dalszego opowiadania na dzień następny i w istocie już go więcej tego dnia nie ujrzeliśmy.



Dzień pięćdziesiąty pierwszy


Zebrano się o zwykłej godzinie. Rebeka zwróciła się do starego naczelnika, mówiąc, że historia Diega Hervasa, jakkolwiek po części znana, mocno ją jednak zajęła.
- Sądzę atoli - dodała - że zbyt wiele zadawano sobie zachodów dla oszukania biednego małżonka, którego można było łatwiejszym sposobem wyprowadzić w pole. Być może wszelako, że opowiadano historię ateusza dla przejęcia tym większym przestrachem struchlałej duszy Cornadeza.
- Pozwól - odrzekł naczelnik - abym ci uczynił uwagę, że zbyt wcześnie wydajesz sąd o przygodach, jakie mam zaszczyt wam opowiadać. Książę Arcos był to wielki i wspaniały pan, można więc było dla przysłużenia mu się wynajdywać i udawać różne osoby; z drugiej zaś strony nie ma żadnej podstawy do przypuszczeń, ażeby w tym celu opowiadano Cornadezowi historię syna, o której nigdy dotąd nie słyszałaś.
Rebeka zapewniła naczelnika, że opowiadanie jego ją zajmuje, po czym starzec tak dalej mówił:
HISTORIA BŁAŻEJA HERVASA, CZYLI POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Mówiłem ci więc, że położyłem się i zasnąłem na ławce przy końcu głównej alei w Prado. Słońce już dość wysoko się wzbiło, gdy się obudziłem. Sen mój przerwało, jak sądzę, uderzenie chustki, którą poczułem na twarzy, ocknąwszy się bowiem, spostrzegłem młodą dziewczynę, która chustką oganiała moją twarz od much, ażeby mi nie przerywały snu. Daleko bardziej się jednak zdziwiłem ujrzawszy, że głowa moja miękko spoczywa na kolanach drugiej młodej dziewczyny, której łagodny oddech czułem w moich włosach. Budząc się, nie uczyniłem żadnego gwałtownego poruszenia, śmiało więc, udając, że śpię, mogłem przedłużyć moje położenie. Zamknąłem oczy i wkrótce usłyszałem głos, w którym brzmiała nagana, ale bynajmniej nie przykry, skierowany do moich piastunek:
- Celio, Zorillo, co wy tu porabiacie? Myślałam, że jesteście w kościele, a tymczasem zastaję was tu przy pięknym nabożeństwie.
- Ależ, mamo - odrzekła dziewczyna, która mi służyła za poduszkę - czyż nie mówiłaś nam, że uczynki równą mają zasługę jak modlitwa? A czyż to nie miłosierny uczynek przedłużyć sen biednemu młodzieńcowi, który musiał bardzo przykrą noc przepędzić?
- Zapewne - odezwał się głos, tym razem bardziej ze śmiechem niż z naganą - zapewne, i w tym Jest zasługa. Oto myśl, która więcej dowodzi waszej prostoty niż pobożności, ale teraz, moja ty miłosierna Zorillo, połóż łagodnie głowę tego młodzieńca na ławce i wracajmy do domu.
- Ach, kochana mamo - odparła młoda dziewczyna - patrz, jak on spokojnie śpi. Zamiast go budzić, lepiej byś uczyniła, gdybyś mu odwiązała tę krezę, która go dusi.
- A jakże - rzekła matka - piękne mi dajecie polecenia! Ale też w istocie, młodzieniec ten ma nader ujmujący wygląd.
Jednocześnie ręka jej delikatnie musnęła mnie pod brodę odpinając krezę.
- Tak mu nawet bardziej do twarzy - zauważyła Celta, która dotąd się jeszcze nie odzywała - teraz swobodniej oddycha; jak to dobre uczynki zaraz pociągają za sobą nagrodę.
- Uwaga ta - rzekła matka - dobrze świadczy o twoim rozsądku, ale nie trzeba za daleko posuwać miłosierdzia. Dalej, Zorillo, złóż łagodnie tę piękną głowę na ławce i chodźmy do domu.
Zorilla ostrożnie podłożyła obie ręce pod moją głowę i cofnęła kolana. Pomyślałem naówczas, że nie warto już dłużej udawać śpiącego; podniosłem się na ławce i otworzyłem oczy. Matka krzyknęła, córki zaś chciały uciekać. Zatrzymałem je.
- Celio, Zorillo - rzekłem - jesteście równie piękne jak niewinne; ty zaś, pani, która wydajesz się ich matką dlatego tylko, że wdzięki twoje są bardziej rozwinięte, pozwól, abym zanim mnie opuścicie, poświęcił kilka chwil podziwowi, w jaki wszystkie trzy mnie wprawiacie.
W istocie, mówiłem im szczerą prawdę. Celia i Zorilla byłyby doskonałymi pięknościami, gdyby wiek dozwolił rozwinąć się ich wdziękom, matka zaś ich, która nic miała jeszcze trzydziestu lat, zdawała się liczyć najwyżej dwudziestą piątą wiosnę.
- Senor kawalerze - rzekła ta ostatnia - jeżeli, tylko udawałeś śpiącego, mogłeś się przekonać o niewinności moich córek i powziąć korzystne mniemanie o ich matce. Nie lękam się zmiany twego zdania, gdy cię poproszę, abyś raczył nas odprowadzić do domu. Znajomość tak dziwnym sposobem zaczęta zasługuje, aby się przemieniła w zażyłość.
Poszedłem z nimi i przybyliśmy do ich domu, którego okna wychodziły na Prado. Córki zajęły się przyrządzaniem czekolady, matka zaś, posadziwszy mnie obok siebie, rzekła:
- Jesteś w domu może nieco za zbytkownym na nasze teraźniejsze położenie, ale najęłam go jeszcze w pomyślniejszych czasach. Dzisiaj z chęcią odnajęłabym pierwsze piętro, ale nie śmiem tego uczynić. Okoliczności, w jakich się znajduję, nie pozwalają. abym kogokolwiek widywała.
- Pani - odpowiedziałem - ja także mam powody, dla których pragnę żyć w odosobnieniu, i gdyby pani nic przeciw temu nic miała, z największym szczęściem zająłbym cuartoprincipal, to jest pierwsze piętro.
To mówiąc dobyłem kiesę i widok złota usunął przeszkody, jakie by nieznajoma mogła mi czynić. Zapłaciłem stół i mieszkanie za trzy miesiące z góry. Ułożyliśmy się, że obiad będzie przynoszony do mego pokoju i ze zaufany służący będzie mi usługiwał i załatwiał moje posyłki na mieście.
Gdy Celta i Zorilla wróciły z czekoladą, zawiadomiono je o warunkach naszej ugody. Spojrzenia ich zdawały się obejmować w posiadanie moją osobę; ale wzrok matki wydawał się odmawiać im praw do mnie. Dostrzegłem tę walkę zalotności i wynik jej zostawiłem przeznaczeniu, sam zaś zająłem się wyłącznie wprowadzaniem do mego nowego mieszkania. Nie musiałem długo czekać, by znalazło się w nim wszystko, czego potrzebowałem do wygodnego i przyjemnego życia. Raz Zorilla przynosiła mi atrament, to znowu Celia przychodziła ustawiać na moim stole lampę i układać książki. O niczym nie zapomniano. Każda z nich zjawiała się osobno, a gdy czasami się spotkały, dopieroż to były śmiechy, żarty, wesołość bez miary. Matka także miała swoją kolej; zajęła się zwłaszcza moim łóżkiem, kazała rozesłać na nim prześcieradła z holenderskiego płótna, piękną jedwabną kołdrę i stos poduszek.
Zatrudnienia te zabrały mi cały poranek. Nadeszło południe. Zastawiono mi nakrycie w moim pokoju.
Byłem zachwycony. Z rozkoszą spoglądałem na trzy czarujące stworzenia, które prześcigały się w staraniach około mnie i z wdzięcznością przyjmowały najlżejsze z mojej strony podziękowanie. Ale na wszystko jest czas; z przyjemnością oddałem się zaspokojeniu mego głodu, nie kłopocząc się na razie niczym innym.
Po obiedzie wziąłem kapelusz i szpadę i wyszedłem do miasta. Nigdy jeszcze nie przechadzałem się z taką jak wówczas rozkoszą. Byłem niezależny, kieszenie miałem pełne pieniędzy, czułem się pełen zdrowia, życia i dzięki nadskakiwaniem trzech kobiet powziąłem sam o sobie korzystne wyobrażenie. Tak to zwykle młodzież o tyle sama się ceni, o ile zyskuje w tym względzie potwierdzenie płci pięknej.
Wstąpiłem do jubilera, gdzie nakupiłem klejnotów, stamtąd zaś udałem się do teatru. Wieczorem, wróciwszy do siebie, zastałem trzy kobiety siedzące przed drzwiami domu. Zorilla śpiewała przy towarzyszeniu gitary, a pozostałe dwie robiły siatkę na włosy.
- Senor kawalerze - rzekła mi matka - zamieszkałeś w naszym domu, okazujesz nam zaufanie bez granic, a jednak nie pytasz, kim jesteśmy. Wypada wszelako o wszystkim cię zawiadomić. Dowiedz się zatem, senor, że nazywam się Inez Santarez i jestem wdową po Juanie Santarez, corregidorze Hawany. Ożenił się on ze mną bez majątku i tak samo mnie też zostawił, z dwiema córkami, które tu widzisz, i bez żadnych środków do życia. Gdy owdowiałam, nędza wprawiła mnie w najwyższy kłopot i sama nie wiedziałam, co począć, gdy niespodziewanie odebrałam list od mego ojca. Pozwolisz, że zamilczę o jego nazwisku. Niestety! On także przez całe życie walczył z losem, nareszcie, jak mi to donosił w swym piśmie, fortuna uśmiechnęła mu się i został mianowany podskarbim wojennym. Zarazem przysłał mi weksel na dwa tysiące pistolów i polecił bezzwłocznie powracać do Madrytu. Przyjechałam więc - by dowiedzieć się, że oskarżono mego ojca o sprzeniewierzenie rządowych pieniędzy, a nawet o zdradę stanu i uwięziono w Wieży Segowskiej. Tymczasem ten dom najęto dla nas, wprowadziłam się więc i żyję w jak najściślejszym odosobnieniu, nie widując nikogo, wyjąwszy pewnego młodego urzędnika z biura ministerium wojny. Przychodzi on donosić mi o biegu sprawy mego ojca. Prócz niego nikt nie wie o naszych stosunkach z nieszczęśliwym więźniem.
Domawiając tych słów, pani Santarez zalała się łzami.
- Nie płacz, droga mamo - rzekła jej Celia - jak wszystko na świecie, i zmartwienia kończą się kiedyś. Widzisz, już spotkałyśmy tego młodego senora, którego postać jest tak ujmująca. Szczęśliwe to zdarzenie zdaje się być dla nas pomyślną wróżbą.
- W istocie - dodała Zorilla - od czasu, jak się do nas wprowadził, nasza samotność nie ma w sobie już nic smutnego.
Pani Santarez rzuciła na mnie na pół tęskne, na pół czułe wejrzenie. Córki także spojrzały na mnie, po czym spuściły oczy, zapłoniły się, zmieszały i wpadły w rozmarzenie. Nie było wątpliwości, wszystkie trzy kochały się we mnie; stan ten przepełnił pierś moją szczęściem.
Śród tego zbliżył się do nas jakiś kształtny, wysoki młodzieniec. Wziął panią Santarez za rękę, odprowadził na stronę i długo wiódł z nią cichą rozmowę. Wróciwszy z nim, rzekła do mnie:
- Senor kawalerze, oto don Krzysztof Sparadoz, o którym ci wspominałam, jedyny człowiek, jakiego widujemy w Madrycie. Chciałam także i jemu sprawić przyjemność, zaznajamiając go z tobą, ale chociaż mieszkamy w jednym domu, dotąd nie wiem, z kim mam zaszczyt rozmawiać.
- Pani - odpowiedziałem - jestem szlachcicem z Asturii, nazywam się Leganez.
Sądziłem, że lepiej uczynię, gdy zamilczę o nazwisku Hervas, które mogło być znane.
Młody Sparadoz zmierzył mnie od stóp do głowy zuchwałym spojrzeniem i zdawał się odmawiać mi nawet ukłonu. Weszliśmy do domu, gdzie pani Santarez kazała zastawić lekką wieczerzę z ciast i owoców. Byłem jeszcze głównym celem nadskakiwań trzech piękności, ale spostrzegłem, że i dla nowo przybyłego nie szczędzono spojrzeń i uśmiechów. Ubodło mnie to, chcąc zatem na siebie zwrócić całą uwagę, podwoiłem grzeczności i starałem się, o ile mogłem, rozwinąć mój dowcip. Kiedy triumf mój był oczywisty, don Krzysztof założył prawą nogę na lewe kolano i przypatrując się podeszwie swego trzewika, rzekł:
- W istocie, od czasu jak szewc Marańon rozstał się z tym światem, niepodobna dostać w Madrycie porządnego trzewika.
To mówiąc spojrzał na mnie z szyderstwem i pogardą.
Szewc Marańon był moim dziadem macierzystym, który mnie wychował i dla którego przechowywałem w sercu najżywszą wdzięczność. Pomimo to zdawało mi się, że nazwisko jego szpeci moje drzewo genealogiczne. Sądziłem, że wyjawienie tajemnicy mego urodzenia zgubiłoby mnie w oczach moich pięknych gospodyń. Natychmiast straciłem wszelką wesołość. Rzucałem na don Krzysztofa czasami pogardliwie, czasami dumne i rozgniewane spojrzenia. Postanowiłem zabronić mu wstępu do naszego domu. Gdy odszedł, pobiegłem za nim, chcąc mu to oświadczyć. Dogoniłem go przy końcu ulicy i wypowiedziałem, com sobie wprzódy już w myśli ułożył. Mniemałem, że się rozgniewa, ale przeciwnie, udał uprzejmość i wziął mnie pod brodę, jak gdyby chciał mnie popieścić. Nagle poderwał mnie do góry tak gwałtownie, że straciłem ziemię pod sobą, a potem puścił, podcinając mi nogi. Upadłem nosem w rynsztok. Z początku nie wiedziałem, co się ze mną stało, wkrótce jednak podniosłem się. okryty błotem i miotany niewypowiedzianą wściekłością.
Wróciłem do domu. Kobiety udały się na spoczynek, ale ja na próżno usiłowałem zasnąć. Dwie namiętności mnie dręczyły: miłość i nienawiść. Ostatnia ogarniała tylko don Krzysztofa, pierwsza zaś zawisła pomiędzy trzema pięknościami. Celta, Zorilla i matka ich kolejno mnie zajmowały, urocze ich obrazy krzyżowały się w moich marzeniach i przez całą noc niepokoiły. Usnąłem nad rankiem i późno już było, gdy się obudziłem. Otworzywszy oczy, ujrzałem panią Santarez siedzącą u moich nóg. Zdawała się zapłakana.
- Mój młody gościu - rzekła - przyszłam do ciebie po opiekę. Niegodziwi ludzie żądają ode mnie pieniędzy, których nie jestem w stanie zapłacić. Niestety! Mam długi, ale czyż mogłam zostawić te biedne dzieci bez odzieży i pokarmu? Biedaczki i tak muszą sobie wszystkiego odmawiać.
Tu pani Santarez zaczęła szlochać, a oczy jej, łzami zalane, mimowolnie obróciły się ku mojej kiesie, która tuż obok mnie leżała na stoliku. Pojąłem tę niemą prośbę. Wysypałem złoto na stolik, rozdzieliłem je na połowę i ofiarowałem jedną pani Santarez. Nie spodziewała się tak nadzwyczajnej wspaniałomyślności. Z początku oniemiała z podziwienia, następnie ujęła mnie za ręce, jęła całować je z uniesieniem, przyciskać do serca, po czym zebrała pistole, mówiąc:
- Ach, moje dzieci, moje drogie dzieci! Wkrótce nadeszły córki i także okryły moje ręce pocałunkami. Wszystkie te dowody wdzięczności rozogniły we mnie krew, i tak już wzburzoną przez nocne marzenia. Ubrałem się czym prędzej i chciałem wyjść na
taras naszego domu. Przechodząc obok pokoju dziewcząt usłyszałem, jak płakały i łkając ściskały się nawzajem. Nasłuchiwałem chwilę, a potem wszedłem do środka. Celia, spostrzegłszy mnie, rzekła:
- Posłuchaj mnie, nasz kochany, drogi, najmilszy gościu! Znajdujesz nas w stanie najwyższego wzburzenia. Od czasu naszego urodzenia żadna chmurka nie zasępiła naszych wzajemnych uczuć. Miłość więcej niż sama krew nas łączyła. Od chwili twego przybycia wszystko się zmieniło. Zazdrość wkradła się do naszych dusz i może byłybyśmy się znienawidziły, łagodny jednak charakter Zorilli zapobiegł straszliwemu nieszczęściu. Padła w moje objęcia, pomieszały się nasze łzy i zbliżyły serca. Ty, kochany nasz gościu, musisz dokonać reszty. Przyrzeknij obie nas zarówno kochać i zarówno dzielić między nas twoje pieszczoty.
Cóż miałem odpowiedzieć na tak płomienną i natarczywą prośbę? Po kolei w ramionach uspokoiłem obie dziewczęta. Osuszyłem ich łzy i smutek ich ustąpił najtkliwszemu szaleństwu.
Wyszliśmy razem na taras, gdzie pani Santarez wkrótce się z nami złączyła. Radość z wydobycia się z długów opromieniła jej twarz. Zaprosiła mnie na obiad i dodała, że rada by cały dzień ze mną przepędzić. Zaufanie i zażyłość towarzyszyły naszej uczcie. Służących oddalono i dziewczęta kolejno nam usługiwały. Pani Santarez, wycieńczona doznanymi wzruszeniami, wypiła dwa kieliszki starego wina z Roty. Zamglone jej oczy tym więcej po tym zabłysły i tak się ożywiła, że teraz córki mogłyby mieć powód do zazdrości; wszelako szacunek, jakim matkę darzyły, nie dozwolił temu uczuciu wkraść się do ich serc. Wino wzburzyło krew pani Santarez, pomimo to jednak niepodobna było nic zarzucić jej obejściu.
Z mojej strony myśl o uwodzeniu jej wcale nie przeszła mi przez głowę. Płeć i wiek były naszymi uwodzicielami. Słodkie podniety natury nadawały naszemu obejściu niewypowiedziany urok, tak że z przykrością myśleliśmy o rozłączeniu. Zachodzące słońce byłoby nas rozdzieliło, ale zamówiłem napoje chłodzące u sąsiedniego cukiernika. Wszyscy z przyjemnością powitaliśmy ich zjawienie się, tym sposobem bowiem mogliśmy pozostać razem.
Zaledwie jednak zasiedliśmy do stołu, gdy drzwi otworzyły się i wszedł don Krzysztof Sparadoz. Wkroczenie szlachcica francuskiego do haremu sułtana nie byłoby sprawiło na władcy przykrzejszego wrażenia od tego, jakiego doznałem na widok don Krzysztofa. Pani Santarez i jej córki nie były wprawdzie mymi małżonkami i nie składały mego haremu, ale serce moje pod pewnym względem zawładnęło nimi i nadwerężenie moich praw zadawało mi śmiertelną boleść.
Don Krzysztof wcale się tym nie przejął i nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, ukłonił się kobietom, odprowadził panią Santarez na koniec tarasu, długo z nią rozmawiał, po czym, nie proszony, zasiadł do stołu. Jadł, pił i milczał, gdy jednak rozmowa zeszła na walki byków, odepchnął swój talerz i uderzywszy pięścią w stół rzekł:
- Na świętego Krzysztofa, mego patrona, dlaczegóż muszę ślęczeć w tym przeklętym ministerium? Wolałbym być ostatnim toreadorem w Madrycie, aniżeli przewodniczyć wszystkim Kortezom Kastylii.
To mówiąc wyciągnął rękę, jak gdyby chciał przebić byka, i wystawił na nasz podziw olbrzymie mu-skuły swego ramienia. Następnie dla pokazania swojej siły umieścił wszystkie trzy kobiety w jednym fotelu i zaczął je nosić po całym pokoju.
Don Krzysztof taką przyjemność znajdował w tej zabawie, że starał się o ile możności ją przedłużać. Nareszcie wziął kapelusz i szpadę i zabierał się do wyjścia. Dotychczas nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, teraz jednak, zwracając się do mnie, rzekł:
- Słuchaj no, mój dobrze urodzony przyjacielu, powiedz mi, kto po śmierci szewca Marańona robi najlepsze trzewiki?
Kobietom słowa te wydały się jeszcze jednym błazeństwem, jakich wiele wychodziło z ust don Krzysztofa, ja natomiast wpadłem w wściekłość. Pobiegłem po szpadę i pogoniłem za don Krzysztofom. Doścignąłem go u wylotu bocznej uliczki i stanąwszy przed nim, zawołałem:
- Zuchwalcze, zapłacisz mi za twoje nikczemne zniewagi!
Don Krzysztof ujął za rękojeść szpady, ale spostrzegłszy na ziemi kawał kija, porwał go, uderzył w moją klingę i wytrącił mi szpadę z ręki. Następnie zbliżył się do mnie, porwał mnie za kark, zaniósł do rynsztoka i rzucił weń, podobnie jak poprzedniego dnia, ale jeszcze gwałtowniej, tak że przez dłuższą chwilę leżałem ogłuszony, nie wiedząc, co się ze mną dzieje.
Ktoś wziął mnie za rękę, żeby mnie podnieść; poznałem tego samego szlachcica, który polecił był unieść ciało mego ojca i dał mi tysiąc pistolów. Padłem mu do nóg, podniósł mnie z dobrocią i kazał, abym udał się za nim. Szliśmy w milczeniu i przybyliśmy do mostu na Manzanaresie, gdzie zastaliśmy dwa karę konie. Pół godziny galopowaliśmy wzdłuż rzeki, wreszcie stanęliśmy u wrót opuszczonego domu, którego drzwi same się przed nami poodmykały. Weszliśmy do pokoju wybitego ciemną szarszą i oświeconego srebrnymi świecznikami. Gdy zasiedliśmy w fotelach, nieznajomy tak do mnie przemówił:
- Senor Hervas, widzisz, jakie rzeczy dzieją się na tym świecie, którego urządzenie, szeroko podziwiane, nie odznacza się bynajmniej sprawiedliwym podziałem dóbr. Jednym natura dała osiemset funtów siły, drugim osiemdziesiąt. Na szczęście wynaleziono zdradę, która częściowo przywraca równowagę.
Po tych słowach nieznajomy wyciągnął szufladę, dobył z niej puginał i dodał:
- Spójrz na to narzędzie: jego zakończenie, uformowane na kształt oliwki, przechodzi w szpic cieńszy od włosa. Zatknij je za pas. Żegnam cię młodzieńcze, nie zapominaj o prawdziwym twym przyjacielu, don Belialu de Gehenna. Jeżeli będziesz mnie potrzebował, przyjdź o północy na most na Manzanaresie, klaśnij trzy razy w dłonie, a natychmiast ujrzysz karę rumaki. Zaczekaj, zapomniałem o najważniejszej rzeczy. Oto masz drugą kiesę, może będziesz potrzebował złota.
Podziękowałem wspaniałomyślnemu don Belialowi, dosiadłem karego rumaka, Murzyn jakiś wsiadł na drugiego i przybyliśmy do mostu, gdzie trzeba było się rozłączyć.
Powróciłem do mego mieszkania. Ległem na łóżku i zasnąłem, ale straszliwe sny mną miotały. Wsunąłem puginał pod poduszkę; zdawało mi się, że stamtąd wychodzi i zapuszcza się w sam środek mego serca. Widziałem także don Krzysztofa, porywającego mi sprzed nosa moje trzy piękności.
Nazajutrz ponury smutek mną owładnął i obecność dwojga dziewcząt nie mogła go rozproszyć. Starania ich, ażeby mnie rozweselić, odniosły wprost przeciwny skutek i pieszczoty moje stały się mniej niewinne. Zostawszy sam, chwytałem za puginał i groziłem nim don Krzysztofowi, którego, zdawało mi się, ciągle widzę przed sobą.
Nienawistny natręt wieczorem znowu się zjawił i znowu nie zwracał na mnie uwagi, ale natomiast więcej zalecał się kobietom. Przekomarzał się z nimi, a gdy się dąsały, bawił je i rozśmieszał. Jego głupkowate dowcipy więcej podobały się od mojej grzeczności.
Kazałem przynieść wieczerzę bardziej wykwintną niż obfitą; don Krzysztof prawic sam zjadł całą. Następnie wziął kapelusz i nagle zwracając się do mnie, rzekł:
- Mój szlachetnie urodzony przyjacielu, powiedz mi, co znaczy ten puginał za twoim pasem? Lepiej byś uczynił, gdybyś sobie zatknął szydło od szewca.
To powiedziawszy wybuchnął śmiechem i wyszedł. Wymknąłem się za nim i dopadłszy go na zakręcie ulicy, ze wszystkich sił uderzyłem go w lewą pierś puginałem. Ale łotr odepchnął mnie z równą siłą, z jaką na niego napadłem. Potem obrócił się do mnie i z zimną krwią rzekł:
- Cóż to, chłystku, nie wiesz, że noszę na piersiach stalową siatkę?
Po tych słowach porwał mnie za kark i znowu wrzucił w rynsztok, ale tym razem ku wielkiemu mojemu zadowoleniu, gdyż rad byłem, że nie popełniłem morderstwa. Podniosłem się dość wesoło, wróciłem do domu i położywszy się do łóżka, spałem znacznie spokojniej niż ubiegłej nocy.
Nazajutrz kobiety znalazły mnie daleko spokojniejszym niż poprzedniego dnia i oświadczyły mi swoją z tego powodu radość. Wszelako nie śmiałem pozostać u nich na wieczór. Lękałem się, że nie zdołam spojrzeć w oczy człowiekowi, którego chciałem zamordować. Przez cały wieczór z wściekłością przechadzałem się po ulicach, myśląc o wilku, który zakradł się do mojej owczarni.
O północy poszedłem na most i klasnąłem trzy razy w dłonie; zjawiły się karę rumaki, wskoczyłem na mojego i popędziłem za przewodnikiem aż do domu don Beliala. Drzwi same się otworzyły, mój opiekun wyszedł mi naprzeciw, wprowadził mnie do tej samej komnaty i rzekł głosem nieco szyderskim:
- Cóż, mój młody przyjacielu, morderstwo się nam nie udało? Nie zważaj na to, chęć stanie za uczynek. Zresztą pomyśleliśmy już o uwolnieniu cię od natrętnego współzawodnika. Doniesiono władzom, że wydawał tajemnice stanu, został więc wrzucony do tego samego więzienia, gdzie przebywa ojciec pani Santarez. Teraz od ciebie zależy umieć korzystać z twego szczęścia lepiej, niżeli to dotychczas czyniłeś. Przyjm w darze ode mnie to pudełko, znajdują się w nim cukierki nadzwyczajnych przymiotów, poczęstuj nimi twoje gospodynie i sam zjedz kilka.
Wziąłem pudełko, które roznosiło nader przyjemną woń, i rzekłem do don Beliala:
- Nic wiem, co senor nazywasz korzystaniem ze szczęścia. Byłbym potworem, gdybym chciał nadużyć zaufania matki i niewinności jej córek. Nie jestem tak przewrotny, jak senor sądzisz.
- Sądzę - odparł don Belial - że nie jesteś ani lepszy, ani gorszy od reszty dzieci Adama. Zwykle ludzie mają skrupuły przed popełnieniem zbrodni, a po jej dokonaniu doświadczają wyrzutów sumienia. myśląc, że dzięki temu zdołają utrzymać się na drodze cnoty. Oszczędziliby sobie tych nieprzyjemnych uczuć, gdyby chcieli sobie wytłumaczyć, co to jest cnota. Uważają cnotę za wartość idealną, której istnienie przyjmują bez zastanowienia, a przez to samo pomieszczają ją w liczbie przesądów, które, jak wiesz, są zdaniami nie popartymi poprzednim zgłębieniem rzeczy.
- Senor don Belialu - odpowiedziałem - mój ojciec dał mi pewnego razu sześćdziesiąty siódmy tom swego dzieła, zawierający zasady nauki moralnej. Przesąd, według niego, nie jest zdaniem nie popartym poprzednim zgłębieniem rzeczy, ale zdaniem już osądzonym przed naszym przyjściem na świat i przekazanym nam, że tak powiem, dziedzicznie. Przyzwyczajenia dziecinnych lat rzucają w naszą duszę pierwsze zarody tych zdań, przykład je rozwija, znajomość zaś spraw ustala. Stosując się do nich, jesteśmy uczciwymi ludźmi, wykonując więcej, niż prawa nakazują, stajemy się cnotliwymi.
- Określenie to - rzekł don Belial - nie jest zupełnie zło i przynosi zaszczyt twemu ojcu. Dobrze on pisał, lepiej jeszcze myślał. Kto wie, może i ty pójdziesz w jego ślady. Wracajmy jednak do twojego określenia. Zgadzam się z tobą, że przesądy są zdaniami już osądzonymi, ale to nie powód, żebyśmy ich sami nie mieli sądzić, jeżeli czujemy w nas wykształcony sąd o rzeczach. Umysł żądny zgłębiania rzeczy poddaje przesądy krytyce i bada, czy prawa równie wszystkich obowiązują. Tak postępując, jasno zobaczysz, że prawny porządek wynaleziono tylko na korzyść tych zimnych i leniwych charakterów, które dopiero od hymenu oczekują uczuć rozkoszy, dobrego bytu zaś od oszczędności i pracy. Inaczej jednak dzieje się z geniuszami, z charakterami namiętnymi, chciwymi złota i rozkoszy, które by pragnęły lata w jednej chwili pochłonąć. Cóż dla nich utworzył porządek społeczny? Przepędzają życic w więzieniach i kończą je w męczarniach. Na szczęście, prawa ludzkie są czym innym, aniżeli tym, czym się wydają. Są to zapory, przed którymi przechodzień zwraca się na inną drogę, ale ci, którzy chcą je przezwyciężyć, przeskakują lub podłażą. Przedmiot ten jednak za daleko by mnie zaprowadził, a jest już późno. Żegnam cię, mój młody przyjacielu, pokosztuj moich cukierków i licz zawsze na moją opiekę.
Pożegnałem senora don Beliala i wróciłem do domu. Otworzono mi drzwi, rzuciłem się na łóżko i starałem się zasnąć. Pudełko stało obok mnie i roznosiło najrozkoszniejsze wonie. Nie mogłem oprzeć się pokusie, zjadłem dwa cukierki i zasnąwszy miałem noc nader niespokojną.
O zwykłej godzinie przyszły moje młode przyjaciółki. Znalazły szczególną odmianę w moim wzroku, jakoż w istocie spoglądałem na nie innymi oczyma. Zdawało mi się, że wszystkie ich poruszenia wynikają z niepohamowanej chęci, by uczynić wrażenie na moich zmysłach; słowom ich, nawet najbardziej obojętnym, toż samo nadawałem znaczenie. Wszystko w nich pociągało moją uwagę i pogrążało mnie w odmęt myśli, o jakich przedtem nie miałem żadnego pojęcia.
Zorilla spostrzegła pudełko. Zjadła dwa cukierki i podała kilka siostrze. Wkrótce złudzenia moje zmieniły się w rzeczywistość. Tajemne wewnętrzne uczucie opanowało obie siostry, które mu się bezwiednie oddały. Same się tego przestraszyły i uciekły ode mnie powodowane ostatkami wstydliwości, w której jakaś dzikość się przebijała.
Weszła ich matka. Od chwili gdy ją uwolniłem od wierzycieli, postępowanie jej ze mną nabrało niewypowiedzianej czułości. Tkliwość jej na chwilę mnie uspokoiła, ale wkrótce spojrzałem na nią tym samym wzrokiem, co na córki. Poznała, co się we mnie dzieje, zmieszała się i spojrzenia jej, unikając moich, padły na nieszczęsne pudełko. Wzięła kilka cukierków i odeszła, niebawem jednak wróciła, okryła mnie pieszczotami i ściskała w swoich objęciach, nazywając synem.
Opuściła mnie z widoczną przykrością, z trudem się przezwyciężając. Pomieszanie moich zmysłów dochodziło do szaleństwa. Czułem, jak ogień krąży mi po żyłach, zaledwo widziałem otaczające mnie przedmioty, mgła jakaś zasnuła mi oczy.
Chciałem wyjść na taras. Drzwi od pokoju dziewcząt były uchylone, nie mogłem się powstrzymać i wszedłem do środka. Zmysły ich były w daleko większym nieładzie od moich. Przeląkłem się. chciałem wyrwać się z ich objęć, ale nie miałem na to dość siły. Matka weszła, wymówki zamarły na jej ustach, a wkrótce nie miała już prawa czynić nam wyrzutów.
Przebacz, senor don Cornadez - dodał pielgrzym - przebacz, że mówię ci o rzeczach, których samo opowiadanie jest już śmiertelnym grzechem. Ale historia ta potrzebna jest do twego zbawienia, postanowiłem wyrwać cię zatracie i spodziewam się, że dokonam mego zamiaru. Pamiętaj stawić się tu jutro o tej samej godzinie.
Cornadez wrócił do domu, gdzie w nocy znowu go prześladował cień zamordowanego hrabiego de Peńa Flor.
Cygan, domawiając tych słów, musiał się z nami rozłączyć i odłożyć dalsze opowiadanie na dzień następny.



Dzień pięćdziesiąty drugi


Zebraliśmy się o zwykłej godzinie i stary naczelnik, ulegając niecierpliwości słuchaczów, pośpieszył z dalszym ciągiem historii, którą Busqueros opowiadał na życzenie Toleda.
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Jak tylko Cornadez stawił się o oznaczonej godzinie, pielgrzym tak dalej jął rozpowiadać:
DALSZY CIĄG HISTORII POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Pudełko moje było próżne, cukierki wszystkie zjedzone, ale spojrzenia nasze zdawały się chcieć ożywić przygasłe zapały. Nasze myśli karmiły się występnymi wspomnieniami, a nasza niemoc miała swój grzeszny urok.
Jest właściwością występku, że zagłusza uczucia natury. Pani Santarez, cała oddana wyuzdanym żądzom, zapomniała, że ojciec jej jęczy w wiezieniu i że wyrok śmierci może został już na niego podpisany. Ja tym mniej o nim myślałem, gdy szczególna okoliczność, która opowiem, zwróciła nań moją uwagę.
Pewnego wieczora wszedł do mnie jakiś nieznajomy, starannie osłonięty szerokim płaszczem. Przeląkłem się go nieco, tym bardziej że twarz ukrywał pod maską. Tajemniczy człowiek skinął mi, abym usiadł, i uczyniwszy to samo, rzekł:
- Senor Hervas, zdajesz się być przyjacielem pani Santarez. pragnę więc szczerze i otwarcie z tobą pomówić. Sprawa jest poważna i nierad bym załatwiać jej z kobietą. Pani Santarez zaufała wietrznikowi nazwiskiem don Krzysztof Sparadoz. Dziś przebywa on w więzieniu razem z senorem Goranezem, ojcem twojej gospodyni. Szaleniec ten myślał, że posiadł tajemnicę znaną tylko kilku dygnitarzom, ale mylił się; ja za to znam ją dokładnie. Wyjawię ci ją w kilku słowach. Od dziś za tydzień w pół godziny po zachodzie słońca przejdę przed waszymi drzwiami i trzy razy wymówię nazwisko uwięzionego: Goranez, Goranez, Goranez. Za trzecim razem wręczysz mi kiesę z trzema tysiącami pistolów. Senor Goranez nie przebywa już w Segowii, został przewieziony do więzienia w Madrycie. Los jego ma być rozstrzygnięty przed połową tejże samej nocy. Oto jest wszystko, co miałem ci powiedzieć.
To mówiąc zamaskowany człowiek wstał i odszedł.
Wiedziałem, a raczej domyślałem się. że pani Santarez nie ma żadnych zasobów pieniężnych, postanowiłem więc uciec się do łaski don Beliala. Uwiadomiłem moją gospodynię, że don Krzysztof wpadł w podejrzenie swych przełożonych i nie może więcej u niej bywać, ale że ja mam znajomych w ministerium i spodziewam się szczęśliwego wyniku moich starań. Nadzieja ocalenia życia ojcu napełniła panią Santarez najwyższą radością. Dodała wdzięczność do wszystkich uczuć, jakimi już była ku mnie przejęta. Jej oddanie wydało się jej mniej występne. Tak wielkie dobrodziejstwo zupełnie ją we własnych oczach rozgrzeszało. Nowe rozkosze zajęły nam wszystkie chwile.
Wyrwałem się na jedną noc, ażeby pójść do don Beliala.
- Czekałem cię - rzekł do mnie. - Wiedziałem, że skrupuły twoje krótko będą trwały, a wyrzuty sumienia jeszcze krócej. Wszyscy synowie Adama ulepieni są z jednej gliny. Ale nie spodziewałem się, żeby tak wcześnie znudziły ci się rozkosze, jakich nigdy nie doznawali sami nawet królowie tej małej kuli, którzy nie znali moich cukierków.
- Niestety, senor don Belialu - odpowiedziałem - w połowie prawdę wyrzekłeś, ale co do teraźniejszego mojego trybu życia, ten bynajmniej mi się nie znudził. Przeciwnie, obawiam się, że gdyby się miał kiedykolwiek odmienić, życie straciłoby dla mnie swój urok.
- Pomimo to - rzekł don Belial - przyszedłeś do mnie po trzy tysiące pistolów, którymi chcesz okupić wolność senora Goraneza. Zapewne nic wiesz, że skoro tylko zostanie uniewinniony, natychmiast sprowadzi do swego domu córkę i wnuczki, które od dawna przeznaczył na żony dwom młodym urzędnikom ze swego biura. Ujrzysz w objęciach tych szczęśliwych małżonków dwa zachwycające stworzenia, które poświęciły ci swą niewinność i za całą nagrodę żądały tylko pewnego udziału w rozkoszach, jakich ty sam byłeś ogniskiem. Bardziej natchniona współubieganiem aniżeli zazdrością, każda z nich znajdowała najwyższą nagrodę w szczęściu, którego była przyczyną, i bez zawiści cieszyła się szczęściem, którym darzyła cię druga. Matka ich, bardziej doświadczona, ale niemniej namiętna, dzięki moim cukierkom mogła bez urazy spoglądać na szczęście córek. Po takich chwilach cóż poczniesz z resztą twego życia? Czy pójdziesz szukać uprawnionych rozkoszy małżeństwa lub wzdychać do uczuć zalotnicy, która nie przyrzecze ci nawet cienia rozkoszy, jakich żaden śmiertelnik przed tobą nie doznał? Tu don Belial zmienił nagle ton i rzekł:
- Ależ nie, nie mam racji. Ojciec pani Santarez jest naprawdę niewinny i wolność jego od ciebie zależy. Rozkosz z wypełnienia dobrego uczynku powinna wszystkie inne przewyższać.
- Senor don Belialu - rzekłem - bardzo zimno mówisz o dobrych uczynkach, natomiast bardzo gorąco o rozkoszach, które ostatecznie są grzechami. Myślałby kto, że pragniesz mojej zatraty wiecznej, i mógłbym mniemać, że jesteś...
Don Belial nie dał mi dokończyć.
- Jestem - rzekł - jednym z głównych członków potężnego stowarzyszenia, które postawiło sobie za cel uszczęśliwianie ludzi i leczenie ich z nierozsądnych przesądów, jakie wysysają z mlekiem matek, a które potem w poprzek stają wszystkim ich pragnieniom. Wydaliśmy już wiele mądrych książek, gdzie jak najoczywiściej dowodzimy, że miłość samego siebie jest zasadą wszystkich czynów ludzkich i że miłosierdzie, przywiązanie dzieci do rodziców, gorąca i tkliwa miłość, łaskawość królów są tylko wyrafinowanymi formami samolubstwa. Jeżeli więc miłość samego siebie jest sprężyną naszych postępków, zaspokojenie naszych pragnień powinno być zatem naturalnym ich celem. Wiedzieli o tym dobrze prawodawcy i dlatego tak napisali prawa, żeby można je obchodzić, z czego też ludzie nie zaniedbują korzystać.
- Jak to, senor don Belialu - przerwałem - czy-liż nie uważasz, że sprawiedliwość i niesprawiedliwość są wartościami rzeczywistymi?
- Są to - odrzekł - wartości względne. Dokładnej to zrozumiesz za pomocą przypowieści, słuchaj tylko z uwagą:
Maleńkie owady pełzały po wierzchołkach wysokiego zielska. Jeden z nich rzekł do drugich: "Patrzcie na tego tygrysa leżącego obok nas. Jest to najłagodniejsze ze zwierząt, nigdy nie robi nam nic złego; tymczasem, przeciwnie, baran - to dziki zwierz, który gdyby tu przyszedł, natychmiast by nas pożarł wraz z zielskiem służącym nam za schronienie. Ale tygrys jest sprawiedliwy i pomściłby naszą śmierć".
Z tego możesz wnieść, mój młody przyjacielu, że wszystkie pojęcia o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, złem i dobrem są względnymi, nigdy zaś absolutnymi ani ogólnymi. Zgadzam się z tobą, że istnieje pewnego rodzaju głupawe zadowolenie, przywiązane do tego, co nazywają dobrymi uczynkami. Odczujesz je niezawodnie, ocalając niewinnie oskarżonego Goraneza. Nie powinieneś na chwilę się wahać, jeżeli znudziła cię już jego rodzina. Zastanów się, masz na to dość czasu. Powinieneś wręczyć nieznajomemu pieniądze w sobotę, w pół godziny po zachodzie słońca. Przybądź tu w nocy z piątku na sobotę, trzy tysiące pistolów będzie czekać na ciebie punktualnie o północy. Tymczasem żegnam cię; przyjmij, proszę, jeszcze jedno pudełko z cukierkami.
Wróciłem do domu i przez drogę zjadłem kilka cukierków. Pani Santarez i jej córki jeszcze nie spały, czekały na mnie. Chciałem mówić o nieszczęśliwym więźniu, ale nie dano mi na to czasu... Lecz po cóż mam wyjawiać tak haniebne postępki? Wystarczy ci wiedzieć, że rozpuściwszy cugle wyuzdanym żądzom, straciliśmy miarę czasu i nie liczyliśmy dni. O więźniu zupełnie zapomniano.
Sobotni dzień chylił się już ku końcowi. Słońce zachodzące za chmury zdawało się rzucać po niebie krwawe odbłyski. Gwałtowne błyskawice przejęły mnie trwogą, usiłowałem przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z don Belialem. Nagle usłyszałem głuchy, grobowy głos po trzykroć powtarzający:
- Goranez! Goranez! Goranez!
- Sprawiedliwe nieba! - krzyknęła pani Santarez - jestże to duch nieba lub piekieł, który do mnie przemawia i oznajmia mi o śmierci mego biednego ojca?
Straciłem przytomność. Odzyskawszy ją, pobiegłem drogą ku Manzanaresowi. chcąc po raz ostatni błagać o litość don Beliala. Alguacilowie zatrzymali mnie i zaprowadzili na nie znaną ulicę, do domu równie mi nie znanego, ale w którym wkrótce poznałem więzienie. Okuto mnie w łańcuchy i wrzucono do ciemnego lochu. Posłyszałem obok siebie brzęk łańcuchów.
- Czy to młody Hervas? - zapytał towarzysz mojej niedoli.
- Tak jest - odpowiedziałem - jestem Hervas i poznaję po głosie, że mówię z don Krzysztofem Sparadoz. Czy wiesz co o Goranezie? Czy był on niewinny?
- Jak najniewinniejszy - odparł don Krzysztof - ale oskarżyciel jego zastawił nań tak sztuczną zasadzkę, że mógł go według upodobania zgubić albo ocalić. Żądał od niego trzech tysięcy pistolów. Goranez nie mógł nigdzie ich dostać i przed chwilą udusił się w więzieniu. Mnie także dano do wyboru podobną śmierć albo też dożywotnie więzienie w zamku Larache na brzegach Afryki. Wybrałem to ostatnie w nadziei, że za pierwszą sposobnością umknę i wtedy przejdę na wiarę mahometańską. Co zaś do ciebie, mój przyjacielu, wkrótce wezmą cię na tortury, ażeby zapytać o rzeczy, o których nie masz żadnego wyobrażenia. Mieszkałeś razem z panią Santarez, domyślają się więc, że jesteś współwinowajcą jej ojca.
Wystaw sobie człowieka, którego duch i ciało zniewieściały w rozkoszach, nagle zagrożonego okropnościami długich męczarni. Zdawało mi się, że już doznaję boleści tortury. Włosy mi powstały na głowie, trwoga zdjęła członki, które odmówiły mi posłuszeństwa i zaczęły drgać konwulsyjnie.
Odźwierny wszedł do więzienia po Sparadoza, który odchodząc rzucił mi sztylet. Nie miałem siły go podnieść, a cóż dopiero, gdyby przyszło się nim przebić. Rozpacz moja do tego stopnia dobiegła, że sama śmierć nie byłaby mnie mogła uspokoić.
- Ach, Belialu! - zawołałem - Belialu, wiem dobrze, kim jesteś, a jednak cię przyzywam.
- Staję na twoje wezwanie - krzyknął duch nieczysty. - Weź ten sztylet, dobądź krwi z palca i podpisz papier, który ci podaję.
- O, mój aniele stróżu - zawołałem - więc już zupełnie mnie opuściłeś?
- Za późno go przyzywasz - wrzasnął szatan, zgrzytając zębami i buchając płomieniem. Zarazem wbił mi szpony w czoło.
Uczułem palący ból i zemdlałem, a raczej wpadłem w zachwycenie. Nagłe światło rozjaśniło lochy. Złotoskrzydły cherub pokazał mi zwierciadło i rzekł:
- Widzisz na twoim czole przewrócone Thau. Jest to znak potępienia. Dojrzysz go na czołach innych grzeszników, sprowadzisz dwunastu na drogę zbawienia i wtedy sam na nią powrócisz. Przywdziej ten ubiór pielgrzymi i chodź za mną!
Obudziłem się, czyli raczej miałem wrażenie, że się budzę; w istocie, nie znajdowałem się już w więzieniu, ale na drodze do Galicji. Strój pątniczy miałem na sobie.
Wkrótce spostrzegłem czeredę pielgrzymów idących do świętego Jakuba z Komposteli. Złączyłem się z nimi i obszedłem wszystkie miejsca święte w Hiszpanii. Chciałem przejść do Włoch i odwiedzić Loreto. Byłem wtedy w Asturii, obróciłem więc drogę przez Madryt. Przybywszy do tego miasta, poszedłem na Prado, chcąc odszukać dom pani Santarez. Jednakże nie odnalazłem go, choć rozpoznałem wszystkie sąsiednie domy. Dowiodło mi to, że jestem jeszcze pod władzą szatana. Nie śmiałem dalej prowadzić moich poszukiwań.
Zwiedziłem kilka kościołów, po czym udałem się do Buen Retiro. Nikogo nie zastałem w ogrodzie, prócz człowieka siedzącego na oddalonej ławce. Wielki krzyż maltański, wyszyty na jego płaszczu, oznajmił mi, że należy do starszyzny tego zakonu. Zdawał się dumać; siedział nieruchomo, pogrążony w marzeniach.
Gdy się zbliżyłem do niego, zdało mi się, że widzę pod jego nogami przepaść, w której twarz jego odbija się odwrotnie, jak to zdarza się siedzącym nad wodą. Przepaść jednak pełna była ognia.
Gdy postąpiłem kilka kroków naprzód, złudzenie znikło, ale przypatrzywszy się nieznajomemu spostrzegłem, że ma na czole przewrócone Thau, znak potępienia, jaki cherub pokazał mi w zwierciadle na moim własnym czole.
Gdy Cygan domawiał tych słów, jeden z jego bandy przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności, musiał więc rozłączyć się z nami.



Dzień pięćdziesiąty trzeci


Nazajutrz stary naczelnik, powtarzając słowa Busquera, tak dalej mówił:
DALSZY CIĄG HISTORII POTĘPIONEGO PIELGRZYMA
Łatwo zrozumiałem, że widzę przed sobą jednego z dwunastu grzeszników, których miałem nawrócić na drogę zbawienia. Starałem się pozyskać jego zaufanie. Zamiar mój powiódł mi się w zupełności i gdy nieznajomy przekonał się, że nie ciekawość wyłącznie mną powoduje, pewnego dnia, ulegając moim prośbom, w te słowa zaczął opowiadać swoje przygody:
HISTORIA KOMANDORA TORALVY
Wstąpiłem do zakonu maltańskiego, nie wyszedłszy jeszcze z lat dziecinnych, zapisano mnie bowiem do służby jako pazia. Opiekunowie, jakich miałem u dworu, wyjednali dla mnie w dwudziestym piątym roku dowództwo galery, wielki mistrz zaś, rozdając w rok później urzędy, powierzył mi najlepszą komandorię Aragonii. Mogłem więc i dziś jeszcze mogę ubiegać się o najpierwsze godności w zakonie; ale ponieważ dopiero w późnym wieku można je osiągnąć i ponieważ tymczasem nic nie miałem do czynienia, poszedłem więc za przykładem naszych baillich, którzy może powinni mi byli lepszy nastręczyć, jednym słowem, oddałem się miłostkom. Wprawdzie wtedy już uważałem je za grzech, ale obym był nigdy większego nie popełnił. Ten, który dziś ciąży mi na sumieniu, wyniknął z karygodnej porywczości, która sprawiła, że obraziłem to, co w naszej wierze jest najświętsze. Z przestrachem budzę w sobie te wspomnienia, ale niepotrzebnie je przedwcześnie wywołuję.
Wiesz zapewne, że mamy na Malcie kilka szlacheckich rodzin wyspiarskich, które bynajmniej nie wchodzą do zakonu i nie mają żadnych stosunków z kawalerami jakiego bądź stopnia. Uznają one tylko najwyższą władzę wielkiego mistrza i kapituły, składającej jego radę.
Po tej klasie następuje druga, pośrednia, która zajmuje urzędy i poszukuje opieki kawalerów. Kobiety tej klasy nazywają po włosku onorate, co znaczy "poważane". W istocie zasługują na ten tytuł przez przyzwoitość w postępowaniu i, jeżeli ci mam wszystko powiedzieć, przez tajemnicę, jaką osłaniają swoje miłostki.
Długie doświadczenie nauczyło kobiety "onorate", że zachowanie tajemnicy nie zgadza się z charakterem kawalerów francuskich, a przynajmniej, że niesłychanie rzadko się zdarza, żeby który z nich łączył dyskrecję z innymi świetnymi przymiotami, jakie ich w ogóle cechują. Z tego wynikło, że młodzi ludzie tej nacji, przyzwyczajeni w innych krajach do wielkiego powodzenia u kobiet, na Malcie muszą wdawać się z dziewczętami ulicznymi. Kawalerowie niemieccy, zresztą mniej liczni, najwięcej mają szczęścia u kobiet "onorate" i zawdzięczają to, jak sądzą, swej biało-różowej cerze. Za nimi idą Hiszpanie, których uczciwy i pewny sposób myślenia główną jest zaletą.
Kawalerowie francuscy, zwłaszcza zaś karawaniści, mszczą się na kobietach "onorate", drwiąc z nich wszelkimi sposoby i odkrywając ich tajemne miłostki, ponieważ jednak żyją zawsze osobno i nie chcą uczyć się włoskiego języka, którym cały kraj mówi, nikt przeto nie zważa na ich plotki.
Żyliśmy więc spokojnie z naszymi kobietami "onorate", gdy pewnego dnia okręt francuski przywiózł komandora de Foulequere, ze starożytnego domu seneszalów Poitou, pochodzącego od hrabiów Angouleme. Komandor był już raz na Malcie i wsławił się znaczną liczbą pojedynków. Teraz przybywał starać się o generalne dowództwo galer. Przeżył już trzydzieści sześć lat życia, spodziewano się zatem, że musiał się ustatkować. W istocie, przestał być zawadiaką i hałaburdą, ale za to stał się wyniosły, dumny, buntowniczy i rościł pretensje, by go więcej poważano, aniżeli samego wielkiego mistrza.
Komandor otworzył swój dom. Kawalerowie francuscy tłumnie się do niego schodzili. My rzadko kiedy do niego uczęszczaliśmy, na koniec zupełnieśmy z nim zerwali, zawsze bowiem toczono u niego nieprzyjemną dla nas rozmowę, między innymi o kobietach "onorate", które szanowaliśmy i kochali. Gdy komandor wychodził, rój młodych karawanistów zawsze go otaczał. Komandor prowadził ich do "Ciasnej Uliczki", pokazywał miejsca, gdzie się pojedynkował, i opowiadał wszystkie szczegóły swoich pojedynków.
Muszę ci powiedzieć, że według naszych zwyczajów, pojedynki są zakazane na Malcie, z wyjątkiem Ciasnej Uliczki, przejścia, na które nie wychodzi żadne okno. Uliczka ma tyle szerokości, ile potrzeba dla dwóch ludzi, którzy chcą złożyć się i skrzyżować szpady. Żaden z nich jednak nie może się cofnąć.
Przeciwnicy stają w poprzek uliczki, przyjaciele ich zaś zatrzymują przechodzących, ażeby im nie przeszkadzali. Zwyczaj ten zaprowadzono niegdyś dla zapobieżenia morderstwom, człowiek bowiem, który wie, że ma nieprzyjaciela, nie przechodzi przez Ciasną Uliczkę, gdy zaś morderstwo gdzie indziej zostaje popełnione, niepodobna już podać je za pojedynek.
Wreszcie, pod karą śmierci, nie wolno ze sztyletem przechodzić przez Ciasną Uliczkę. Widzisz wiec, że pojedynek jest nie tylko tolerowany, ale nawet pozwolony na Malcie, chociaż wyraźnie pozwolenie to nie jest ogłoszone. Kawalerowie ze swojej strony nie tylko że nie nadużywają tej swobody, ale mówią nawet o niej z pewnego rodzaju oburzeniem, jako o występku przeciw miłosierdziu chrześcijańskiemu, rażącym zwłaszcza w siedzibie zakonu.
Przechadzki komandora po Ciasnej Uliczce nie były zatem na swoim miejscu, toteż nic dziwnego, że odniosły zły skutek: karawaniści francuscy stali się zawadiakami, do czego zresztą i tak mieli wrodzoną skłonność. Ich złe obyczaje z dnia na dzień się pogarszały. Kawalerowie hiszpańscy jeszcze bardziej się od nich odstrychnęli, nareszcie zebrali się u mnie, zapytując, co mają czynić dla pohamowania warcholstwa, które zaczynało być nieznośne. Podziękowałem rodakom za zaszczyt, jaki mi wyświadczyli, pokładając we mnie zaufanie. Przyrzekłem im, że pomówię o tym z komandorem i przedstawię mu postępowanie młodych Francuzów jako pewien rodzaj nadużycia, którego postępy on sam tylko może powściągnąć dzięki wysokiemu poważaniu i szacunkowi, jakimi go otaczają trzy języki jego narodu. Obiecywałem sobie, że uczynię to z należytą grzecznością, na którą komandor tak bardzo był wrażliwy, jednakże nie miałem nadziei, aby mogło obejść się bez pojedynku. Pomimo to myślałem o tym bez przykrości, ponieważ pojedynek taki z uwagi na swój powód byłby dla mnie nader zaszczytny. Na koniec sądziłem, że tym sposobem pofolguję odrazie, którą od dawna czułem do komandora.
Był wówczas właśnie Wielki Tydzień, postanowiono więc, że dopiero za dwa tygodnie będę miał rozmowę z komandorem. Zdaje mi się, że doniesiono mu o moim zamiarze i chciał go uprzedzić, szukając ze mną zwady.
Nadszedł Wielki Piątek. Wiesz, że według zwyczaju hiszpańskiego podaje się tego dnia wodę święconą uwielbianej kobiecie, idąc za nią z kościoła do kościoła. Pod pewnym względem pobudza do tego zazdrość i obawa, aby ktoś inny nie podał wody i tym sposobem nie starał się zawrzeć znajomości. Zwyczaj ten wprowadzono również na Maltę. Stosownie do niego, udałem się za pewną młodą kobietą "onorata", z którą od kilku lat zostawałem z związkach. Ale w pierwszym kościele, do którego weszła, komandor zbliżył się do niej przede mną. Stanął pomiędzy nami zwrócony do mnie tyłem i cofnął się o kilka kroków, jak gdyby chciał nadepnąć mi na nogę. Postępowanie to zwróciło uwagę kilku obecnych kawalerów.
Wyszedłszy z kościoła, zbliżyłem się obojętnie do komandora, pragnąc niby pomówić z nim o mało ważnych rzeczach. Zapytałem go, do jakiego kościoła zamierza się teraz udać. Nazwał mi jakiegoś świętego. Ofiarowałem się, że go zaprowadzę krótszą drogą, i tak, że się nie spostrzegł, zawiodłem go w Ciasną Uliczkę. Stanąwszy tam, dobyłem szpady, pewny, że nikt nam nie przeszkodzi, wszyscy bowiem tego dnia znajdowali się w kościołach.
Komandor także dobył szpady, ale zniżył jej ostrze.
- Jak to - rzekł - w Wielki Piątek? Nie chciałem go słuchać.
- Racz uwzględnić - dodał - że od przeszło sześciu lat nie byłem u spowiedzi. Przeraża mnie stan mego sumienia. Za trzy dni...
Zwykle jestem spokojnego sposobu myślenia, a wiesz, że ludzie tego charakteru, raz przyprowadzeni do ostateczności, nie mogą się już opamiętać. Zmusiłem komandora, by stanął do walki, ale - rzecz dziwna - jakiś przestrach rozlał się po jego twarzy. Oparł się o mur i jak gdyby przewidując, że upadnie, zawczasu szukał oparcia.
W istocie, za pierwszym ciosem utopiłem mu szpadę w piersiach. Pochylił ostrze, zatoczył się na mur i rzekł umierającym głosem:
- Przebaczam ci, oby niebo chciało ci również przebaczyć. Zanieś moją szpadę do Tete-Foulque i każ zmówić za moją duszę sto mszy w kaplicy zamkowej.
Wyzionął ducha. W pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na jego ostatnie słowa i jeżeli później przypomniałem je sobie, to dlatego, żem je powtórnie usłyszał. Złożyłem deklarację w zwykłej formie i mogę rzec, że przed światem pojedynek ten wcale mi nie zaszkodził. Nie cierpiano komandora i uznano, że zasłużył na swój los; sądziłem jednak, że zgrzeszyłem przed Bogiem, zwłaszcza uwłaczając świętości sakramentów, i sumienie czyniło mi gorzkie wyrzuty. Trwało to przez tydzień.
W nocy z piątku na sobotę nagle obudziłem się i gdy spojrzałem dokoła, zdało mi się, że nie znajduje się w swoim pokoju, ale leżę na bruku w Ciasnej Uliczce. Zdziwiłem się niepomału, gdy ujrzałem wyraźnie komandora opartego o mur. Widmo zdawało się dobywać nadprzyrodzonych sił i rzekło:
- Zanieś moją szpadę do Tete-Foulque i każ zmówić za moją duszę sto mszy w kaplicy zamkowej.
Zaledwie usłyszałem te słowa, gdy wpadłem w sen letargiczny. Nazajutrz obudziłem się w moim pokoju i w moim łóżku, ale zachowałem jak najdokładniej wspomnienie mego widzenia.
Następnej nocy kazałem służącemu spać w moim pokoju i nic nie widziałem. Przez cały tydzień byłem spokojny, ale w nocy z piątku na sobotę znowu miałem to samo widzenie, z tą różnicą, że służący mój leżał na bruku o kilka kroków ode mnie. Widmo komandora pokazało mi się a powtórzyło te same słowa.
Odtąd co piątek widziałem to samo zjawisko. Służący mój śnił, że leży w Ciasnej Uliczce, ale poza tym nie widział ani nie słyszał komandora.
Z początku nie wiedziałem, co to za Tete-Foulque, dokąd, według żądania komandora, miałem zanieść jego szpadę. Kawalerowie z Poitou powiedzieli mi, że jest to zamek położony o trzy mile od Poitiers, śród lasu, że opowiadano o nim w kraju wiele nadzwyczajnych rzeczy i że chodzono tam dla oglądania niektórych ciekawych przedmiotów, jak na przykład zbroi Foulque'a Taillefer i broni pozabijanych przez niego rycerzy, że nareszcie, według zwyczaju przyjętego w rodzinie Foulequere, składano tam broń, która służyła jej członkom bądź w bitwach, bądź też w pojedynkach. Wszystko to mocno mnie zajęło, musiałem jednak pomyśleć wprzódy o moim sumieniu.
Udałem się do Rzymu, wyznałem moje grzechy przed wielkim spowiednikiem i nie taiłem mu widzenia, które ciągle mnie prześladowało. Nie odmówił mi rozgrzeszenia, ale udzielił go warunkowo. Po odbyciu pokuty miałem nie zapomnieć o stu mszach w kaplicy zamku Tete-Foulque. Niebo tymczasem przyjęło moją ofiarę i od chwili gdy się wyspowiadałem, widmo komandora przestało mnie dręczyć. Przywiozłem był z Malty jego szpadę, natychmiast więc wybrałem się w drogę do Francji.
Gdy przybyłem do Poitiers, wiedziano tam już o śmierci komandora i zauważyłem, że nie więcej go żałowano niż na Malcie. Zostawiłem w mieście moich służących, sam zaś przywdziałem ubiór pielgrzymi i nająłem przewodnika. Uważałem za właściwe pójść piechotą do zamku, zresztą droga do Tete-Foulque była nieprzystępna dla powozów.
Zastaliśmy bramę zamkniętą, długo dzwoniliśmy i wołaliśmy, wreszcie pokazał się murgrabia. Był on jedynym mieszkańcem Tete-Foulque, oprócz pustelnika, który doglądał kaplicy i którego właśnie znaleźliśmy na modlitwie. Gdy skończył swoje pacierze, powiedziałem mu, że przychodzę prosić go o sto mszy.
To mówiąc złożyłem ofiarę na ołtarzu, chciałem także i szpadę komandora na nim zostawić, ale murgrabia oznajmił mi, że należy odnieść ją do zbrojowni, gdzie, według zwyczaju, składano zawsze broń wszystkich Foulequere'ów poległych w walkach, jak również oręż zabitych przez nich przeciwników. Udałem się za murgrabia do zbrojowni i w istocie spostrzegłem mnóstwo szpad rozmaitej wielkości i liczne portrety, zacząwszy od Foulque'a Taillefer, hrabiego Angouleme, który wybudował Tete-Foulque dla syna swego z nieprawego łoża, który to syn był później seneszalem Poitou i protoplastą Foulequere'ów z Tete-Foulque.
Portrety seneszala i jego żony wisiały po obu stronach wielkiego komina, umieszczonego w rogu zbrojowni. Postacie wyglądały na nich jak żywe. Inne portrety były równie dobrze namalowane, każdy w stylu swojej epoki, wszelako żaden z nich nie był tak uderzający jak portret Foulque'a Taillefer. Obraz był naturalnej wielkości. Rycerz stał na nim w bawolim kaftanie, w jednej ręce trzymał szpadę, drugą zaś brał tarczę, którą mu podawał koniuszy. Większa część szpad wisiała misternie ułożona obok tego portretu.
Prosiłem murgrabiego, aby kazał zapalić ogień i przynieść mi wieczerzę.
- Zgoda co do wieczerzy - odpowiedział - ale co się tyczy noclegu, radziłbym ci, mój pielgrzymie, abyś przespał się raczej w moim pokoju.
Zapytałem go o powód tej ostrożności.
- Niepotrzebnie się pytasz - odparł murgrabia - zaufaj mi, każ sobie posłać obok mego łóżka.
Przystałem na jego propozycję z tym większą przyjemnością, że właśnie był piątek i lękałem się powrotu mego zjawiska.
Murgrabia wyszedł, aby zająć się wieczerzą, ja zaś zacząłem przypatrywać się broni i portretom, które, jak powiedziałem, wymalowane były z niesłychaną prawdą. Im bardziej dzień chylił się ku schyłkowi, tym więcej szaty, malowane ciemnymi barwami, zlewały się w jedno z mrocznym tłem obrazów, ogień tylko komina jaskrawo odznaczał twarze. Było w tym coś przerażającego, może zresztą dałem się zbyt unieść wyobraźni, stan bowiem sumienia utrzymywał mnie w ciągłej trwodze.
Murgrabia przyniósł mi wieczerzę, złożoną z półmiska pstrągów złowionych w sąsiednim potoku. Dano mi także flaszkę niezłego wina. Chciałem, żeby pustelnik usiadł z nami do stołu, ale ten żył tylko korzonkami, gotowanymi w wodzie.
Miałem zwyczaj codziennie odmawiać brewiarz, jak przystało na zakonnika, tym bardziej hiszpańskiego. Dobyłem więc książki i różańca; powiedziałem murgrabiemu, że ponieważ sen mnie jeszcze nie morzy, pomodlę się zatem w zbrojowni do późnej nocy, i prosiłem go, aby mi tylko wskazał mój pokój.
- Bardzo chętnie - odpowiedział - pustelnik przyjdzie o północy modlić się do kaplicy. Wtedy zejdziesz tymi małymi schodkami i nie będziesz mógł ominąć mego pokoju, którego drzwi zostawię otwarte. Pamiętaj tylko, abyś po północy tu nie zostawał.
Murgrabia wyszedł. Zacząłem się modlić, dorzucając od czasu do czasu drzewa na ogień. Nie śmiałem jednak zbyt przypatrywać się ścianom, portrety bowiem zdawały się ożywiać. Jeżeli przypadkiem spojrzałem na który, natychmiast zdawał mi się mrugać oczami i wykrzywiać usta. Zwłaszcza seneszal i jego żona, którzy wisieli po obu stronach komina, rzucali na mnie gniewne spojrzenia, po czym spoglądali po sobie. Nagłe uderzenie wiatru, który zatrząsł oknami tak, że broń na ścianie zagrzechotała, podwoiło moją trwogę. Wszelako nie przestawałem żarliwie się modlić.
Nareszcie usłyszałem pustelnika śpiewającego psalmy, i gdy śpiew ustał, zszedłem schodami, chcąc udać się do pokoju murgrabiego. Trzymałem w ręku kawałek świeczki, wiatr ją zgasił, powróciłem więc, aby ją zapalić, ale jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem seneszala i jego żonę, którzy wyszli z ram i siedzieli przy kominie. Rozmawiali ze sobą poufale i można było wyraźnie słyszeć ich słowa:
- Moja duszko - mówił seneszal - cóż myślisz o tym Kastylijczyku, który uśmiercił komandora, nie pozwalając mu się nawet wyspowiadać?
- Myślę, mój miłościwy mężu i panie - odrzekło widmo niewieście - że jest to wielki grzech a niegodziwość. Mam jednak nadzieję, że miłościwy Taillefer nie wypuści tak na sucho owego Kastylijczyka z zamku i że ciśnie mu rękawicę.
Strach mnie zdjął niezmierny, wypadłem na schodki, chciałem po omacku trafić do drzwi murgrabiego, ale nadaremnie. W ręku wciąż jeszcze trzymałem świeczkę; pomyślałem o tym, żeby ją zapalić, i nieco się uspokoiłem, usiłowałem wytłumaczyć sobie, że to moja rozogniona wyobraźnia spłodziła owe postacie, które widziałem był przy kominie. Wróciłem więc i stanąwszy w drzwiach zbrojowni, przekonałem się, że rzeczywiście przy kominie nikogo nic ma. Wszedłem śmiało, ale postąpiwszy kilka kroków - cóż ujrzałem na środku sali? Miłościwy Taillefer w wojowniczej postawie składał się do mnie końcem swojej szpady. Chciałem uciec na schodki, ale we drzwiach stała mara koniuszego, która rzuciła mi rękawicę pod nogi.
Nie wiedząc, co począć, pochwyciłem pierwszą lepszą szpadę ze ściany i rzuciłem się na mego urojonego przeciwnika. Zdawało mi się nawet, żem go przeciął na dwoje, ale w tej samej chwili odebrałem cios pod sercem, który sparzył mnie jak rozpalone żelazo. Krew moja zalała posadzkę i padłem bez zmysłów.
Obudziłem się nazajutrz w pokoju murgrabiego, który widząc, że nie powracam, wziął święconej wody i przyszedł po mnie. Znalazł mnie rozciągniętego bez przytomności na podłodze. Spojrzałem na piersi, nie miałem żadnej rany, cios więc, który otrzymałem, był tylko przywidzeniem. Murgrabia o nic mnie nie pytał, ale radził, abym niezwłocznie opuścił zamek.
Poszedłem za jego radą i udałem się drogą do Hiszpanii. Po tygodniu stanąłem w Bayonne. Przybyłem tam w piątek i zamieszkałem w gospodzie. Śród nocy obudziłem się nagle i ujrzałem przed sobą miłościwego Taillefera, który składał się do mnie szpadą. Przeżegnałem się znakiem krzyża i widmo rozwiało się oparem. Wszelako uczułem taki sam cios, jaki otrzymałem w zamku Tete-Foulque. Zdawało mi się, że krew mnie zalewa, chciałem wołać o pomoc, uciec z łóżka, ale jedno i drugie było niemożliwe. Ta niewypowiedziana męczarnia trwała aż do pierwszego piania kogutów; wtedy zasnąłem, ale nazajutrz zdrowie moje było w stanie godnym politowania. Odtąd co piątek to samo widzenie się powtarza i żadne pobożne uczynki nie mogą go oddalić. Smutek mój spycha mnie do grobu; legnę w nim, zanim zdołam wydobyć się spod władzy szatana; słaby promyk nadziei w miłosierdziu boskim podtrzymuje mnie jeszcze i dodaje sił do znoszenia moich cierpień.
Na tym komandor Toralva skończył swoją opowieść, albo raczej Pielgrzym Potępiony, który rozpowiedziawszy ją Cornadezowi, tymi słowy ciągnął dalej własne przygody:
Komandor Toralva był człowiekiem pobożnym, chociaż zgwałcił święte zasady religii, pojedynkując się z przeciwnikiem, któremu nie pozwolił nawet porachować się z sumieniem. Łatwo przekonałem go, że jeżeli rzeczywiście pragnie uwolnić się od nagabywań szatana, powinien zwiedzić święte miejsca, w których grzesznicy zawsze znajdują pociechę i łaskę.
Toralva posłuchał mojej rady i razem zwiedziliśmy cudowne miejsca w Hiszpanii. Następnie udaliśmy się do Włoch. Byliśmy w Loreto i w Rzymie. Wielki spowiednik udzielił mu nie tylko warunkowego, ale i ogólnego rozgrzeszenia, do którego dodał odpust papieski. Toralva, zupełnie wyzwolony, odjechał na Maltę, ja zaś przybyłem do Madrytu, a stamtąd do Salamanki.
Gdy cię ujrzałem, spostrzegłem na twoim czole znak potępienia i została mi objawiona cała twoja historia. Hrabia de Peńa Flor w istocie miał zamiar zbałamucić i uwieść wszystkie kobiety, ale dotąd żadnej jeszcze nie uwiódł i nie zbałamucił. Ponieważ grzeszył tylko myślą, dusza jego nie była jeszcze w niebezpieczeństwie; od dwóch lat jednak zaniedbał obowiązki religii i właśnie miał im zadośćuczynić, gdy ty kazałeś go zamordować, albo raczej przyczyniłeś się do jego śmierci. Oto jest przyczyna, dla której widmo cię prześladuje. Jeden jest tylko sposób odzyskania spokoju. Musisz pójść za przykładem komandora. Ja posłużę ci za przewodnika, od tego bowiem i moje własne zbawienie zależy.
Cornadez dał się przekonać. Zwiedził cudowne miejsca w Hiszpanii, następnie udał się do Włoch i dwa lata zeszło mu na tej pielgrzymce. Pani Cornadez przepędziła ten czas w Madrycie, gdzie osiedliły się jej matka i siostra.
Wróciwszy do Salamanki, Cornadez znalazł dom swój w jak najlepszym porządku. Żona jego, piękniejsza niż kiedykolwiek, okazywała mu wiele słodyczy. W dwa miesiące później pojechała jeszcze raz do Madrytu w odwiedziny do matki i siostry, po czym wróciła do Salamanki i na stałe już w niej pozostała, zwłaszcza gdy księciu Arcos powierzono ambasadę w Londynie.
Tu kawaler Toledo zabrał głos i rzekł:
- Senor Busqueros, nie myślę darować ci dalszego ciągu; stanowczo muszę dowiedzieć się, co ostatecznie stało się z panią Cornadez?
- Owdowiała - odparł Busqueros - po czym znowu wyszła za mąż i odtąd jak najprzykładniej się prowadzi. Ale co widzę? Oto właśnie i ona, zmierza w tę stronę i jeżeli się nie mylę, idzie prosto do twojego domu.
- Co mówisz? - zawołał Toledo - ależ to pani Uscariz. Ach, niegodziwa! Wmówiła we mnie, że jestem pierwszym jej kochankiem, ale sowicie mi za to zapłaci.
Kawaler, pragnąc zostać sam na sam ze swoją kochanką, czym prędzej nas od siebie wyprawił.



Dzień pięćdziesiąty czwarty


Nazajutrz zebraliśmy się o zwykłej godzinie i poprosiwszy Cygana, aby dalej raczył ciągnąć opowiadanie swych przygód, taką otrzymaliśmy odpowiedź:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Toledo, uwiadomiony o prawdziwej historii pani Uscariz, przez jakiś czas zabawiał się opowiadaniem jej o Frasquecie Cornadez jako o zachwycającej kobiecie, którą rad byłby poznać i która jedna tylko mogłaby go uszczęśliwić, przywiązać i na wieki ustalić. Nareszcie znudziły go wszystkie miłostki, równie jak i sama pani Uscariz.
Rodzina jego, nader wzięta u dworu, przeznaczała mu przeorstwo kastylijskie, które właśnie podówczas zawakowało. Kawaler pośpieszył objąć nową godność do Malty, ja zaś straciłem jedynego opiekuna, który mógłby mi dopomóc zniweczyć zamiary Busquera względem mego ojca. Musiałem pozostać biernym widzem tej intrygi, nie mogąc stanąć jej na przeszkodzie. Rzecz zaś tak się miała:
Mówiłem wam już na początku mego opowiadania, że ojciec mój każdego poranku dla odetchnięcia świeżym powietrzem stawał na balkonie wychodzącym na ulicę Toledo, następnie szedł na drugi balkon, który wychodził na małą uliczkę, i jak tylko spostrzegł naprzeciwko sąsiadów, wnet witał ich, mówiąc agur. Niechętnie wracał do pokoju, jeżeli ich nie pozdrowił. Sąsiedzi, aby go długo nie zatrzymywać, spieszyli odebrać od niego dzień dobry; poza tym nie miał z nimi żadnych innych stosunków. Owi uprzejmi sąsiedzi wyprowadzili się jednak, a miejsce ich zajęły panie Cimiento, dalekie krewne don Roque Busquera. Pani Cimiento, ciotka, była to czterdziestoletnia osoba ze świeżą cerą i słodkim, ale statecznym wejrzeniem. Panna Cimiento, bratanica, była wysoką, kształtnej kibici, o ładnych oczach i wytoczonych ramionach dziewczyną.
Obie kobiety wprowadziły się, jak tylko mieszkanie było wolne, i nazajutrz mój ojciec, wyszedłszy na balkon, oczarowany był ich widokiem. Swoim zwyczajem powiedział im dzień dobry, one zaś odkłoniły mu się, jak można najwdzięczniej. Niespodzianka ta sprawiła mu niewypowiedzianą przyjemność, wszelako oddalił się do swego pokoju, co też i obie kobiety wkrótce uczyniły.
Wymiana wzajemnych grzeczności trwała tylko tydzień, po którego upływie ojciec mój odkrył w pokoju panny Cimiento jakiś przedmiot, który do najwyższego stopnia zaostrzył jego ciekawość. Była to mała szklana szafa, napełniona słoikami i flaszkami kryształowymi. Jedne z nich zdawały się zawierać jaskrawe farby, jak gdyby do barwienia, drugie piasek złoty, srebrny i błękitny, inne nareszcie lakier złotawy. Szafa stała tuż przy oknie. Panna Cimiento, odziana w lekki staniczek, przychodziła to po jedną, to po drugą flaszkę i alabastrowym ramieniem zdawała się zaćmiewać świetne barwy, jakie dobywała z szafy. Co jednak z nimi poczynała, tego mój ojciec nie mógł odgadnąć, nie mając zaś zwyczaju nigdy o nic się pytać, wolał raczej pozostać w nieświadomości.
Pewnego dnia panna Cimiento usiadła przy oknie i zaczęła pisać. Atrament był za gęsty; dolała doń wody i tak go rozrzedziła, ze zrobił się do niczego. Mój ojciec, idąc za popędem wrodzonej mu grzeczności, napełnił flaszkę atramentem i posłał ją sąsiadce. Służąca wraz z podziękowaniem przyniosła mu pudełko z kartonu, zawierające dwanaście lasek laku rozmaitej barwy; każdą laskę zdobiły napisy lub godła nader misternie wykończone.
Ojciec nareszcie dowiedział się, czym trudni się panna Cimiento. Praca ta, podobna do jego zajęcia, była niejako ostatecznym dopełnieniem zatrudnienia, jakiemu się oddawał. Wydoskonalenie fabrykacji laku, według zdania prawdziwych znawców, wyżej jeszcze było doprowadzone aniżeli atramentu. Ojciec, pełen podziwu, wystrzygł kopertę, zaadresował ją swoim doskonałym atramentem i zapieczętował nowym lakiem. Pieczęć odbiła się wyśmienicie. Położył kopertę na stole i długo się w nią wpatrywał.
Wieczorem poszedł do księgarza Moreno, gdzie zastał jakiegoś nie znanego mu człowieka, który przyniósł podobne pudełko z tyluż laskami laku. Obecni wzięli się do próbowania i nie mogli się dość nachwalić doskonałości wyrobu. Mój ojciec przepędził tam cały wieczór, w nocy zaś marzył tylko o laku.
Nazajutrz z rana oddał sąsiadkom zwykłe pozdrowienie: chciał nawet więcej powiedzieć, otworzył usta, ale nic nie rzekł i odszedł do swego pokoju, wszelako tak usiadł, żeby móc dokładnie widzieć, co się dzieje u panny Cimiento. Służąca okurzała sprzęty, piękna zaś bratanica za pomocą powiększającego szkła śledziła najlżejsze źdźbła pyłu, a kiedy udało jej się jakie wynaleźć, kazała sprzątać powtórnie. Ojciec, niesłychanie przywiązany do porządku, widząc to samo upodobanie w sąsiadce, powziął ku niej szczególniejszy szacunek.
Mówiłem wam, że głównym zajęciem mego ojca było palenie cygar i rachowanie przechodniów lub dachówek pałacu księcia Alby; wszelako odtąd nie poświęcał już, jak przedtem, całych godzin tej rozrywce, zaledwie kilka minut przy niej wysiedział, gdyż potężny urok ciągnął go bezustannie do balkonu wychodzącego na małą uliczkę.
Busqueros pierwszy spostrzegł tę zmianę i przy mnie nieraz zaręczał, że niezadługo don Felipe Avadoro wróci do swego nazwiska i pozbędzie się przydomku: del Tintero Largo. Jakkolwiek mało znałem się na interesach, wszelako domyśliłem się, że małżeństwo mego ojca w żadnym wypadku nie może być dla mnie korzystne, znowu więc pobiegłem do ciotki Dalanosy, zaklinając ją, aby koniecznie starała się złemu zapobiec. Ciotka moja szczerze się tą wieścią zmartwiła i powtórnie udała się do wuja Santeza; ale teatyn odpowiedział, że małżeństwo jest sakramentem boskim, na który nie ma prawa nastawać, że jednak będzie czuwał, aby mi w niczym krzywdy nie wyrządzono.
Kawaler Toledo od dawna wyjechał już na Maltę, tak więc bezsilnie musiałem patrzeć na to wszystko, a czasami nawet i działać, gdyż Busqueros posyłał mnie z listami do swoich krewnych, sam bowiem u nich nie bywał.
Pani Cimiento nigdy nie wychodziła z domu i nikogo u siebie nie przyjmowała. Mój ojciec ze swej strony coraz rzadziej wychodził na miasto. Nigdy dawniej nie byłby się wyrzekł swego teatru ani też zmienił ustalonego porządku dnia, teraz jednak korzystał z najlżejszego kataru lub przeziębienia i kamieniem siedział w domu. Wtedy nie mógł oderwać się od okna wychodzącego na małą uliczkę i przypatrywał się, jak panna Cimiento ustawia flaszki lub układa laski laku. Widok dwóch śnieżnych ramion, ciągle migających mu przed oczyma, zapalił jego wyobraźnię tak, że nie mógł o niczym innym myśleć.
Wkrótce nowy przedmiot podniecił jego ciekawość. Był to kociołek dość podobny do tego, w jakim przyprawiał swój atrament, ale daleko mniejszy i postawiony na żelaznym trójnogu. Lampy, palące się pod nim, utrzymywały ciągle umiarkowane ciepło. Niebawem przybyły dwa takie same kociołki.
Nazajutrz ojciec mój, wyszedłszy na balkon i powiedziawszy agur, otworzył usta chcąc zapytać się, co znaczą te kociołki, ale ponieważ nie miał zwyczaju mówienia, nic przeto nie rzekł i odszedł do siebie. Dręczony ciekawością postanowił posłać pannie Cimiento jeszcze jedną butelkę swego atramentu. W podzięce otrzymał trzy flaszki napełnione różnobarwnym atramentem: czerwonym, zielonym i niebieskim.
Wieczorem ojciec poszedł do księgarza Moreno. Zastał tam jakiegoś urzędnika z ministerium skarbu, który trzymał pod pachą ogólne sprawozdanie z rachunków kasy. W sprawozdaniu tym niektóre kolumny nakreślone były atramentem czerwonym, tytuły - niebieskim, linie zaś zielonym. Urzędnik dowodził, że sam jeden posiada tajemnicę sporządzania takich atramentów, i że nikt w mieście nie jest w stanie poszczycić się podobnymi. Na te słowa jakiś nieznajomy obrócił się do mego ojca i rzekł:
- Senor Avadoro, ty, który tak wyśmienicie fabrykujesz czarny atrament, miałżebyś nie znać sposobów sporządzania kolorowego?
Mój ojciec nie lubił, gdy go o co pytano, i z łatwością się mieszał. Otworzył jednak usta, aby odpowiedzieć, ale nic nie rzekł, gdyż wolał pobiec do siebie i przynieść flaszki do Morena. Obecni nie mogli dość wydziwić się doskonałości atramentów, urzędnik zaś prosił o pozwolenie wzięcia kilku próbek do domu. Ojciec, obsypany pochwałami, skrycie oddawał całą sławę pannie Cimiento, której nazwiska dotąd jeszcze nie znał. Powróciwszy do siebie, otworzył książkę z przepisami i znalazł dwa na niebieski, trzy na zielony i siedem na czerwony. Tyle na raz przepisów pomieszało mu się w głowie, nie umiał zebrać dwóch myśli, piękne tylko ramiona sąsiadki żywo malowały się przed jego wyobraźnią. Uśpione jego zmysły ocknęły się i dały mu odczuć całą swoją potęgę.
Nazajutrz z rana, pozdrawiając obie sąsiadki, postanowił stanowczo dowiedzieć się o ich nazwisku, otworzył więc usta, aby je o to zapytać, ale znowu nic nie rzekł i wrócił do swego pokoju. Następnie wyszedł na balkon od ulicy Toledo, skąd spostrzegł człowieka dość przyzwoicie ubranego, trzymającego w ręku czarną butelkę. Zrozumiał, że jest to ktoś żądający atramentu, zamieszał więc w kotle, aby mu dać jak najlepszego. Kurek od kotła znajdował się na jednej trzeciej wysokości, tak że męty zostawały na spodzie. Nieznajomy wszedł, ale zamiast odejść, gdy ojciec napełnił mu już butelkę, postawił ją na stole, usiadł i prosił o pozwolenie wypalenia cygara. Ojciec chciał coś odpowiedzieć, ale nic nie rzekł, nieznajomy dobył więc z kieszeni cygara i zapalił je u lampy stojącej na stole.
Nieznajomym tym był niegodziwy Busqueros.
- Senor Avadoro - rzekł do mego ojca - zajmujesz się wyrabianiem płynu, który niemało zaszkodził ludzkości. Ileż to spisków, zdrad, podstępów, złych książek wyszło na świat za pośrednictwem atramentu, że nie wspomnę o bilecikach miłosnych i sprzysiężeniach na szczęście i honor mężów. Jakież jest twoje zdanie w tym względzie, senor Avadoro? Nie odpowiadasz, przyzwyczaiłeś się bowiem do milczenia. Mniejsza o to, jeżeli ty nic nie mówisz, ja za to mówię za dwóch, taki już mam zwyczaj. A wiec, senor Avadoro, racz usiąść tu na tym krześle, wytłumaczę ci pokrótce moją myśl. Utrzymuję, że z tej butelki atramentu wyjdzie...
To mówiąc Busqueros popchnął butelkę i atrament wylał się na kolana mego ojca, który w milczeniu pośpieszył obetrzeć się i zmienić ubranie. Wróciwszy zastał Busquera z kapeluszem w ręku, chcącego z nim się pożegnać. Ojciec, uszczęśliwiony, że go się pozbędzie, otworzył mu drzwi. W istocie, Busqueros wyszedł, ale po chwili wrócił:
- Przepraszam cię, senor Avadoro - rzekł - ale zapomnieliśmy obaj, że butelka jest próżna, wszelako nie zadawaj sobie trudu, ja sam potrafię ją napełnić.
Busqueros wziął lejek, wsadził go do butelki i odkręcił kurek. Gdy butelka była pełna, ojciec znowu poszedł otworzyć mu drzwi. Don Roque wyniósł się czym prędzej, gdy wtem nagle mój ojciec spostrzegł, że kurek jest odkręcony i atrament leje się na pokój. Pobiegł zakręcić kurek, a w tejże chwili Busqueros jeszcze raz powrócił i udając, ze nie spostrzega szkody, jaką wyrządził, postawił butelkę na stole, rozwalił się na tym samym krześle, dobył cygara z kieszeni i zapalił je u lampy.
- Prawdaż to, senor Avadoro - rzekł do mego ojca - że miałeś syna, który utonął w tym kotle? Gdyby biedak umiał pływać, byłby niezawodnie się wyratował. Gdzież to senor nabyłeś ten kocioł? Jestem pewien, że w Toboso. Doskonała glina, takiej samej używają do gotowania saletry. Twarda jak kamień, pozwól, spróbuję.
Mój ojciec chciał przeszkodzić próbie, ale Busqueros uderzył włosiem w kocioł i rozbił go na kawałki. Atrament strumieniem wytrysnął, zalał mego ojca i wszystko, co się znajdowało w pokoju, nie wyłączając nawet Busquera, którego także mocno obryzgał.
Ojciec, który rzadko kiedy otwierał usta, tym razem zaczął krzyczeć na całe gardło. Sąsiadki pokazały się na balkonie.
- Ach, zacne panie - zawołał Busqueros - stał nam się straszny wypadek, wielki kocioł stłukł się i cały pokój zalał atramentem. Senor Tintero nie wie, gdzie się podziać. Okażcie nam miłosierdzie chrześcijańskie i przyjmijcie nas do waszego mieszkania.
Sąsiadki zdawały się zgadzać z radością i ojciec, pomimo swego pomieszania, doznał przyjemności na myśl, że zbliży się do pięknej nieznajomej, która z daleka wyciągała do niego śnieżne ramiona i uśmiechała się ze szczególniejszym wdziękiem.
Busqueros zarzucił memu ojcu płaszcz na plecy i zaprowadził go do domu pań Cimiento. Zaledwie ojciec tam wszedł, gdy odebrał nieprzyjemne poselstwo. Kupiec bławatów, który miał sklep pod jego mieszkaniem, przybył z doniesieniem, że atrament przeciekł na jego towary i że posłał po urzędników sądowych dla opisania szkody. Zarazem gospodarz domu uprzedził mego ojca, że dłużej nie ścierpi go u siebie.
Ojciec, wypędzony ze swego mieszkania i skąpany w atramencie, przybrał najsmutniejszy w świecie wyraz twarzy.
- Nie potrzebujesz martwić się, senor Avadoro - rzekł mu Busqueros. - Te panie mają w podwórzu obszerne mieszkanie, którego wcale nie potrzebują; każę natychmiast przenieść do niego twoje rzeczy. Będzie ci tu bardzo wygodnie, znajdziesz pod dostatkiem atramentu czerwonego, niebieskiego, zielonego, daleko lepszego, aniżeli był twój czarny. Wszelako radzę ci, abyś przez jakiś czas nie wychodził z tego domu, gdybyś bowiem poszedł do Morena, każdy kazałby ci opowiadać przygodę o stłuczonym kotle, a wiem, że nie lubisz wiele mówić. Spojrzyj, oto wszyscy okoliczni próżniacy oglądają już w twoim mieszkaniu powódź atramentu; jutro w całym mieście nie będzie się o niczym innym mówiło.
Ojciec był przerażony, ale jedno ponętne wejrzenie panny Cimiento przywróciło mu odwagę, poszedł więc rozgościć się w nowym swoim mieszkaniu. Niedługo w nim sam zostawał: pani Cimiento przyszła do niego i powiedziała, że naradziwszy się z bratanicą, postanowiła oddać mu cuarto principal, to jest mieszkanie wychodzące na ulicę. Ojciec, który z upodobaniem liczył przechodniów lub dachówki pałacu księcia Alby, z ochotą przystał na zamianę. Proszono go tylko o pozwolenie zostawienia kolorowych atramentów na dawnym miejscu. Ojciec kiwnięciem wyraził swoją zgodę.
Kociołki stały w środkowym pokoju; panna Cimiento przychodziła, wychodziła, brała farby, nie mówiąc ani słowa, tak że w całym domu panowało jak najgłębsze milczenie. Ojciec nigdy nie był równie szczęśliwy. Tak przeszło osiem dni. Dziewiątego Busqueros odwiedził mego ojca i rzekł mu:
- Senor Avadoro, przychodzę donieść ci o pomyślnym spełnieniu życzeń, o których marzyłeś, ale których dotąd nie odważyłeś się wypowiedzieć. Wzruszyłeś serce panny Cimionto, otrzymasz jej rękę; ale musisz wprzódy podpisać ten papier, który ze sobą przynoszę, jeżeli chcesz, ażeby w niedzielę ogłoszono zapowiedzi.
Ojciec, niesłychanie zdziwiony, chciał odpowiedzieć, ale Busqueros nie dał mu na to czasu i ciągnął dalej:
- Senor Avadoro, przyszłe twoje małżeństwo dla nikogo nie jest tajemnicą. Cały Madryt o nim tylko mówi. Jeżeli masz zamiar je opóźnić, krewni panny Cimiento zbiorą się u mnie, a wtedy przyjdziesz i sam wyłożysz im powody zwłoki. Jest to postępowanie, którego żadnym sposobem nie możesz uniknąć.
Ojciec osłupiał na myśl, że będzie musiał czynić wyjaśnienia przed całą rodziną, chciał coś powiedzieć, ale don Roque znowu mu przerwał i rzekł:
- Rozumiem cię doskonale, chcesz upewnić się o twoim szczęściu z ust samej panny Cimiento. Oto i ona; zostawiam was samych.
Panna Cimiento weszła cała zmieszana, nie śmiejąc podnieść oczu na mego ojca; wzięła kilka farb i zaczęła je mieszać w milczeniu. Bojaźliwość jej podniosła odwagę w don Filipie, utkwił w niej oczy i nic mógł ich oderwać. Tym razem zupełnie innym wzrokiem na nią patrzył.
Busqueros zostawił na stole papiery potrzebne do ogłoszenia zapowiedzi. Panna Cimiento zbliżyła się z drżeniem, wzięła je do ręki. przeczytała, po czym zasłoniła oczy dłonią i uroniła kilka łez. Ojciec od śmierci swojej małżonki ani sam nigdy nie płakał, ani też nie dał nikomu powodu do płaczu. Łzy przez niego spowodowane tym bardziej go wzruszyły, że nie mógł dokładnie odgadnąć ich przyczyny. Rozmyślał więc, czy panna Cimiento płacze z powodu treści pisma, czy też dla braku podpisu? Czy chce zaślubić go, czy nie? Jednakowoż ciągle płakała. Zbyt okrutnym byłoby pozwolić jej dalej płakać, chcąc zaś, aby się wytłumaczyła, należało wdać się z nią w rozmowę, ojciec przeto wziął pióro i podpisał. Panna Cimiento pocałowała go w rękę, zabrała papier i wyszła; wróciła o zwykłej godzinie, znów pocałowała ojca w rękę i nie mówiąc ani słowa, zajęła się fabrykacją niebieskiego laku. Ojciec tymczasem palił cygaro i liczył dachówki pałacu księcia Alby. W południe przyszedł fra Geronimo Santez i przyniósł ze sobą kontrakt ślubny, w którym nie zapomniano o mnie. Ojciec podpisał go, panna Cimiento także go podpisała, pocałowała mego ojca w rękę i wróciła w milczeniu do swego laku.
Od chwili potłuczenia wielkiego kałamarza ojciec nie śmiał pokazywać się w teatrze, a tym mniej u księgarza Moreno. Takie odosobnienie zaczęło go już po trosze nudzić. Trzy dni upłynęły od podpisania kontraktu. Busqueros przyszedł namawiać mego ojca, aby wybrał się z nim na przejażdżkę. Ojciec dał się nakłonić i pojechali na drugą stronę Manzanaresu. Niebawem stanęli przed małym kościółkiem franciszkanów. Don Roque wysadził mego ojca, weszli razem do kościółka, gdzie zastali pannę Cimiento, która już ich oczekiwała. Ojciec otworzył usta, chcąc powiedzieć, że myślał, iż wyjechał tylko dla odetchnięcia świeżym powietrzem, ale nic nie rzekł, wziął pannę Cimiento pod rękę i zaprowadził ją do ołtarza.
Po wyjściu z kościoła nowożeńcy wsiedli do wspaniałego powozu i wrócili do Madrytu, do pięknego domu, gdzie czekał ich świetny bal. Pani Avadoro rozpoczęła go z jakimś młodzieńcem nader przyjemnej postaci. Tańczyli fandango nagradzani rzęsistymi oklaskami.
Mój ojciec na próżno szukał w swojej małżonce tej cichej i potulnej dziewczyny, która całowała go w rękę z uczuciem tak głębokiej pokory. Zamiast tego z nieopisanym zdziwieniem spostrzegał kobietę żywą, hałaśliwą i płochą. Do nikogo się nie odzywał, a ponieważ nikt go o nic nie pytał, milczenie to było jedyną jego pociechą.
Zastawiono mięsa na zimno i napoje chłodzące; ojciec, zmorzony snem, odważył się zapytać, czy nie byłaby już pora wracać do domu. Odpowiedziano mu, że znajduje się we własnym mieszkaniu. Ojciec pomyślał, że dom ten stanowi część posagu jego żony: kazał sobie pokazać sypialny pokój i legł na spoczynek.
Nazajutrz don Roque rozbudził nowożeńców.
- Senor, kochany mój kuzynie - rzekł do mojego ojca - nazywam cię tak, albowiem żona twoja jest najbliższą krewną, jaką mam na ziemi. Matka jej pochodzi z rodziny Busquerów z Leonu. Dotychczas nie chciałem ci wspominać o twoich interesach, ale odtąd zamierzam zająć się nimi więcej niż mymi własnymi, prawdę bowiem mówiąc, nie mam żadnych własnych interesów. Co się tyczy twego majątku, senor Avadoro, wywiedziałem się dokładnie o twoich dochodach i o sposobie, w jaki je od szesnastu lat wydajesz.
Oto są papiery dotyczące twego stanu posiadania. Żeniąc się po raz pierwszy, miałeś cztery tysiące pistolów rocznego dochodu, którego, nawiasem mówiąc, nie umiałeś wydawać. Brałeś dla siebie sześćset pistolów, dwieście zaś przeznaczałeś na wychowanie syna. Zostawało ci więc trzy tysiące dwieście pistolów, które umieszczałeś w banku handlowym, procent zaś od nich oddawałeś teatynowi Geronimo na miłosierne uczynki. Bynajmniej cię w tym nie ganię, ale, na honor, żal mi teraz ubogich, będą bowiem musieli obejść się bez twego wsparcia.
Naprzód, my sami potrafimy wydać twoje cztery tysiące pistolów rocznego dochodu, co zaś do pięćdziesięciu jeden tysięcy dwustu złożonych w banku handlowym - oto sposób, jakim nimi rozporządzimy: za ten dom osiemnaście tysięcy pistolów - jest to wiele, wyznaję, ale sprzedawca jest moim krewnym, moi zaś krewni są twoimi, senor Avadoro. Naszyjnik i kolczyki, jakie pani Avadoro wczoraj miała na sobie, warte są osiem tysięcy pistolów, przypuśćmy dziesięć, później przyczynę ci wytłumaczę. Zostaje nam jeszcze dwadzieścia trzy tysiące dwieście pistolów. Przeklęty teatyn zachował piętnaście tysięcy dla twego nicponia syna, w razie gdyby się ten kiedy wynalazł. Pięć tysięcy na wyposażenie twego domu nie będzie zbyt wiele, gdyż, szczerze mówiąc, wyprawa twojej żony składa się z sześciu koszul i tyluż par pończoch. Powiesz mi, że w ten sposób zostaje ci jeszcze trzy tysiące dwieście pistolów, z którymi sam nie wiesz, co począć. Ażeby wydobyć cię z kłopotu, pożyczam je u ciebie na procent, o który się już ułożymy. Oto jest, senor Avadoro, pełnomocnictwo, racz je podpisać.
Mój ojciec nie mógł ochłonąć ze zdumienia, w jakie wprawiły go słowa Busquera, otworzył usta, aby coś odpowiedzieć, ale nie wiedząc, jak zacząć, odwrócił się do ściany i nacisnął szlafmycę na oczy.
- Mniejsza o to - rzekł Busqueros - nie jesteś pierwszym, który chciał uciec przede mną w swoją szlafmycę i udawać, że śpi. Znam się na tych wybiegach i zawsze noszę szlafmycę w kieszeni, położę się na kanapie, prześpimy się obaj, a gdy obudzimy się, powrócimy znowu do naszego pełnomocnictwa, albo też, jeżeliby ci to bardziej odpowiadało, zbierzemy moich i twoich krewnych i zobaczymy, czy ta rzecz nie da się inaczej ułożyć.
Mój ojciec z głową wepchniętą między poduszki zaczął rozmyślać nad swoim położeniem i środkami, za których pomocą mógłby odzyskać spokój. Wyobraził sobie, że zostawiając żonie wszelką wolność, może zdoła wrócić do dawnego sposobu życia, będzie mógł chodzić do teatru, do księgarza Moreno, a nawet oddawać się rozkoszy wyrabiania atramentu. Pocieszony nieco tą myślą, otworzył oczy i dał znak, że podpisze pełnomocnictwo.
W istocie, podpisał i chciał wstać z łóżka.
- Wstrzymaj się, senor Avadoro - rzekł mu Busqueros - zanim wstaniesz, powinieneś ułożyć sobie, co będziesz przez cały dzień porabiał. Ja ci w tym dopomogę i spodziewam się, że będziesz zadowolony z planu, jaki ci podam, tym bardziej, że dzień ten rozpocznie pasmo równie przyjemnych jak rozmaitych zatrudnień. Naprzód przynoszę ci tu parę haftowanych kamaszy i całkowity ubiór do konnej jazdy; dzielny rumak czeka na ciebie u bramy, przejedziemy się po Prado, dokąd i pani Avadoro niebawem przybędzie w karecie. Przekonasz się, senor don Filipie, że małżonka twoja ma w mieście znakomitych przyjaciół, którzy staną się także twoimi. Wprawdzie od niejakiego czasu ostygli nieco dla niej, ale teraz, widząc ją połączoną z człowiekiem tak zacnym jak ty, bez wątpienia zapomną o dawnym swym do niej uprzedzeniu. Powtarzam ci, pierwsi dostojnicy dworu będą cię szukali, nadskakiwali, ściskali, co mówię - dusili w namiętnych uściskach przyjaźni!
Na te słowa ojciec mój zemdlał albo też raczej wpadł w stan zupełnego odrętwienia. Busqueros nic spostrzegł tego i dalej tak mówił:
- Niektórzy z tych panów uczynią ci zaszczyt, zapraszając się na twoje obiady. Tak jest, senor Avadoro, uczynią ci ten zaszczyt i myślę, że nie zawiodą się na tobie. Przekonasz się, jak twoja żona umie przyjmować gości. Na honor, nie poznasz skromnej fabrykantki laku! Nic mi na to nie odpowiadasz, senor Avadoro, i masz słuszność, że mi nie przerywasz. Tak na przykład lubisz komedię hiszpańską, ale założę się. że nigdy nie byłeś na operze włoskiej, która cały dwór się zachwyca. Dobrze więc, dziś wieczorem pójdziesz na operę i zgadnij, do czyjej loży? Do don Fernanda de Thaz, wielkiego koniuszego, ani mniej, ani więcej. Stamtąd udamy się na bal do tegoż pana, gdzie spotkasz cale dworskie towarzystwo. Wszyscy będą z tobą rozmawiali, przygotuj się na odpowiedzi.
Ojciec mój wrócił tymczasem do zmysłów, wszelako zimny pot wystąpił mu na czoło, ramiona zdrętwiały, szyja się skurczyła, głowa opadła na poduszki, wytrzeszczył okropnie oczy, z piersi wydarły mu się gwałtowne westchnienia, słowem, dostał konwulsji. Busqueros spostrzegł nareszcie, jaki skutek wywarły jego słowa, zawołał o pomoc, sam zaś udał się na Prado, dokąd i moja macocha wkrótce za nim pośpieszyła.
Ojciec wpadł w rodzaj letargu. Przyszedłszy do sił, nie poznawał nikogo, z wyjątkiem żony i Busquera. Skoro ich spostrzegał, wściekłość malowała się w jego rysach, zresztą był spokojny, milczał i nie chciał wstawać z łóżka. Gdy czasami musiał powstać na chwilę, zdawał się być zziębnięty i dzwonił zębami przez pół godziny. Wkrótce objawy słabości stały się przykrzejsze. Chory mógł przyjmować pożywienie tylko w bardzo małych porcjach. Spazm konwulsyjny ściskał mu gardło, język opuchł i zesztywniał, oczy straciły blask, wzrok stał się błędny, a ciemnożółta skóra pokryła się białymi gruzełkami.
Zdobyłem przystęp do jego domu, udając służącego, i zdjęty smutkiem spoglądałem na postęp choroby. Ciotka Dalanosa, którą przypuściłem do tajemnicy, czuwała przy nim nocami, ale chory jej nie poznawał; co zaś do mojej macochy, widoczne było, że obecność jej wielce mu szkodzi, tak że fra Geronimo namówił ją, aby wyjechała na prowincję, dokąd i Busqueros za nią pospieszył.
Wymyśliłem ostatni środek, który mógł wyciągnąć ojca z nieszczęsnej melancholii i który w istocie powiódł się na chwilę. Pewnego dnia ojciec ujrzał przez uchylone drzwi w drugim pokoju kocioł, zupełnie podobny do tego, jakiego dawniej używał do sporządzania atramentu; obok stał stolik z różnymi flaszkami i wagami do odmierzania ingrediencji. Cicha wesołość wybiegła na lica ojca, wstał, zbliżył się do stolika, zażądał fotela, ale ponieważ był bardzo osłabiony, kto inny musiał zająć się fabrykacją, której ojciec bacznie się przyglądał. Nazajutrz mógł już sam do pracy rękę przyłożyć, następnego dnia stan jego znacznie się polepszył, ale w kilka dni potem pojawiła się gorączka, zupełnie obca dotychczasowej chorobie. Objawy wcale nie były przykre, wszelako chory tak upadł na siłach, że stracił całą odporność. Zgasł, nie poznawszy mnie nawet, chociaż wszelkimi sposobami usiłowano przypomnieć mnie jego pamięci.
Tak umarł człowiek, który nie przyniósł ze sobą na świat tego stopnia sił moralnych i fizycznych, jaki mógłby mu zapewnić przynajmniej przeciętną dzielność. Instynkt, że tak powiem, skłonił go do wybrania trybu życia stosownego do jego możliwości. Zginął, gdy go chciano rzucić w życie czynu.
Czas już, abym powrócił do własnych przygód. Skończyły się nareszcie dwa lata mojej pokuty. Trybunał inkwizycji za wstawiennictwem fra Geronimo pozwolił mi wrócić do własnego nazwiska pod warunkiem, że odbędę wyprawę na galerach maltańskich. Z radością przyjąłem ten rozkaz, spodziewając się, że spotkam komandora Toledo już nie jako służący, ale prawie jako równy.
Miałem już dosyć noszenia żebrackich łachmanów. Oporządziłem się zbytkownie, przymierzając stroje u ciotki Dalanosy, która umierała z zachwytu. Wyjechałem o wschodzie słońca, ażeby ukryć przed ciekawymi moją przemianę. Wsiadłem na okręt w Barcelonie i po krótkiej podróży przybyłem na Maltę. Spotkanie z kawalerem sprawiło mi większą przyjemność, aniżeli się spodziewałem. Toledo zapewnił mnie, że nigdy nie dał się omamić memu przebraniu i że zamierzał mi ofiarować swoją przyjaźń, jak tylko powrócę do pierwotnego stanu. Kawaler dowodził główną galerą, wziął mnie więc na swój pokład i krążyliśmy po morzu przez cztery miesiące, nie zaszkodziwszy wiele Berberyjczykom, którzy na lekkich statkach łatwo przed nami umykali.
Tu kończy się historia moich lat dziecięcych. Opowiedziałem wam ją ze wszelkimi szczegółami, gdyż dotąd są one przytomne mojej pamięci. Zdaje mi się, że widzę przed sobą celę mojego rektora u teatynów w Burgos, a w niej surową postać ojca Sanudo: zdaje mi się, że zajadam kasztany pod przysionkiem kościoła Św. Rocha i wyciągam ręce do szlachetnego Toleda.
Nie opowiem wam z równą dokładnością przygód mojej młodości. Ile razy przenoszę się wyobraźnią w te najświetniejsze czasy mego życia, widzę tylko zgiełk rozmaitych namiętności i pomieszaną wrzawę burz. Głębokie zapomnienie ukrywa przede mną uczucia, jakie napełniały duszę moją i unosiły ją chwilowym szczęściem. Spostrzegam wprawdzie promyki odwzajemnionej miłości, przedzierające się do mnie przez mgłę minionych dni, ale plączą się przedmioty tej miłości i widzę tylko pogmatwane obrazy pięknych, rozczulonych kobiet, wesołych dziewcząt, zarzucających mi na szyję śnieżne ramiona, widzę nawet, jak posępne ochmistrzynie, nie mogąc oprzeć się tak wzruszającemu widokowi, łączą kochanków, których by na zawsze powinny rozdzielić. Widzę upragnioną lampę dającą mi znak z okna, tajemne schodki prowadzące mnie do skrytych drzwi. Chwile te - to rozkosz w całej potędze. Czwarta godzina bije, zaczyna dnieć, trzeba się rozstać, ach! i rozstanie ma także swoją słodycz.
Mniemam, że od jednego końca świata do drugiego historia miłostek wszędzie jest jednakowa. Opowiadanie moich mogłoby nie być dla was zbyt zajmujące, ale sądzę, że radzi posłuchacie historię pierwszych moich uczuć. Szczegóły ich są zadziwiające, mógłbym nawet poczytać je za cudowne. Dziś jednak jest już za późno, muszę jeszcze pomyśleć o sprawach mojej hordy, pozwólcie więc, abym dalszy ciąg odłożył na jutro.




TOM VI


Dzień pięćdziesiąty piąty


Zebraliśmy się o zwykłej godzinie i Cygan, mając czas wolny, tak dalej zaczął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Następnego roku kawaler Toledo objął główne dowództwo nad galerami, brat zaś jego przysłał mu na wydatki sześćkroć sto tysięcy piastrów. Zakon miał wówczas sześć galer, do których Toledo dwie własnym kosztem uzbroił. Kawalerów zebrało się sześciuset. Była to najpierwsza młodzież Europy. Naówczas zaczynano we Francji dawać wojsku mundury, co dotąd nie było jeszcze w zwyczaju. Toledo dał nam mundur na wpół francuski, a na wpół hiszpański. Nosiliśmy purpurowy kaftan, czarną zbroję z krzyżom maltańskim na piersiach, krezę i hiszpański kapelusz. Ubiór ten dziwnie pięknie przypadał nam do twarzy. Gdzie tylko przybijaliśmy, kobiety nie odchodziły od okien, ochmistrzynie zaś biegały z miłosnymi bilecikami, które często przez omyłkę oddawały komu innemu. Zamiany takie stawały się powodem najzabawniejszych wydarzeń. Przybijaliśmy do wszystkich portów Śródziemnego Morza i wszędzie oczekiwały nas nowe uroczystości.
W czasie tych rozrywek zacząłem dwudziesty rok życia: Toledo miał dziesięć lat więcej. Wielki mistrz mianował go wielkim baillim i nadał mu subpriorat Kastylii. Opuścił Maltę okryty tymi nowymi zaszczytami i namówił mnie, abym towarzyszył mu w podróży po Włoszech. Wsiedliśmy na okręt i szczęśliwie przybyliśmy do Neapolu. Nieprędko byśmy stamtąd wyjechali, gdyby powabny Toledo był tak łatwy do zatrzymania, jak łatwo dawał się chwytać w sieci pięknych kobiet; ale przyjaciel mój w wysokim stopniu posiadał sztukę porzucania kochanek, nie zrywając z nimi dobrych stosunków. Opuścił więc miłostki neapolitańskie dla przyjęcia nowych więzów kolejno we Florencji, Mediolanie, Wenecji, Genui, tak że dopiero następnego roku przybyliśmy do Madrytu.
Gdy tylko znaleźliśmy się w stolicy, Toledo poszedł przedstawić się królowi, następnie zaś, wziąwszy najpiękniejszego konia ze stajni swego brata, księcia Lermy, kazał osiodłać dla mnie drugiego, niemniej pięknego, i pojechaliśmy na Prado zmieszać się z czeredą galopującą przy drzwiczkach kobiecych powozów.
Przepyszny pojazd zwrócił naszą uwagę. Była to otwarta kareta, w której siedziały dwie kobiety w na pół żałobnym stroju. Toledo poznał dumną księżniczkę Avila i podjechał, aby się z nią przywitać. Druga z kobiet odwróciła się ku niemu; nie znał jej wcale i zdawał się być oczarowany jej pięknością.
Nieznajomą tą była piękna księżna Medina Sidonia, która porzuciwszy domowe zacisze, wracała do świata. Poznała dawnego swego więźnia i położyła palec na ustach, dając znak, abym nie wydał jej tajemnicy. Następnie obróciła piękne swe oczy na Toleda, którego twarz wyrażała powagę i nieśmiałość, jakiej w nim dotąd nie widziałem przy żadnej kobiecie. Księżna Sidonia oświadczyła, że nie wejdzie już w powtórne związki; księżniczka Avila zaś, że nigdy nie pójdzie za mąż. Wobec tak nieodmiennie obranych postanowień, kawaler maltański właśnie w sam czas przybywał. Obie damy nader mile przyjęły Toleda, który z wdzięcznością podziękował im za łaskę, księżna Sidonia zaś, udając, że mnie po raz pierwszy wiidzi, potrafiła zwrócić na mnie uwagę swej przyjaciółki. Tym sposobem utworzyliśmy dwie pary, które ciągle spotykały się podczas wszystkich rozrywek stolicy. Toledo - kochany po raz setny w życiu, zakochał się po raz pierwszy. Ja starałem się składać hołdy pełne poszanowania u stóp księżniczki Avila. Zanim jednak przystąpię do historii moich stosunków z tą damą, muszę powiedzieć wam kilka słów o położeniu, w jakim naówczas się znajdowała.
Książę Avila, ojciec jej, umarł podczas naszego pobytu na Malcie. Śmierć człowieka ambitnego zawsze wielkie na ludziach wywiera wrażenie, jego upadek wzrusza ich i zadziwia. Pamiętano w Madrycie infantkę Beatrycze i tajemny jej związek z księciem. Zaczęto mówić o synu, na którym miały spoczywać dalsze losy tej rodziny. Spodziewano się, że testament nieboszczyka objaśni tę tajemnicę, ale powszechne oczekiwania spełzły na niczym, testament bowiem niczego nie wyjaśnił. Dwór milczał, tymczasem zaś dumna księżniczka Avila weszła w świat wynioślejsza, bardziej gardząca zalotnikami i stanem małżeńskim niż kiedykolwiek.
Chociaż urodziłem się z dobrej szlacheckiej rodziny, atoli w pojęciach hiszpańskich nie mogła istnieć żadna równość między mną a księżniczką, do której mogłem tylko zbliżyć się jako młody człowiek szukający opieki dla wyrobienia sobie losu. Toledo był niejako rycerzem pięknej Sidonii, ja zaś jakby koniuszym jej przyjaciółki.
Służba taka nie była dla mnie nieprzyjemna; mogłem, nie zdradzając mojej namiętności, uprzedzać wszelkie chęci zachwycającej Manueli, wypełniać jej rozkazy, słowem, wyłącznie poświęcić się na jej usługi. Wiernie pilnując skinień mojej władczyni, strzegłem się, aby żaden wyraz, spojrzenie lub westchnienie nie wydały uczuć mego serca. Obawa, by jej nie ubliżyć i nie narazić się na zakaz widywania, jaki łatwo mógł po tym nastąpić, dodawała mi siły w opanowywaniu mojej namiętności. Księżna Sidonia starała się o ile możności podnieść mnie w oczach swej przyjaciółki, ale łaski, jakie otrzymywała dla mnie, ograniczały się jedynie do kilku przyjaznych uśmiechów, wyrażających zimną przychylność.
Stan taki trwał przez przeszło rok. Widywałem księżniczkę w kościele, w Prado, odbierałem jej rozkazy na cały dzień, ale nigdy noga moja nie postała w jej domu. Pewnego dnia kazała mnie do siebie przywołać. Zastałem ją nad krosnami, otoczoną orszakiem służebnic. Wskazawszy mi krzesło, spojrzała na mnie wyniośle i rzekła:
- Senor Avadoro, ubliżyłabym pamięci mych przodków, których krew płynie w moich żyłach, gdybym nie użyła całej wziętości mojej rodziny do wynagrodzenia usług, jakie codziennie mi wyświadczasz. Wuj mój, książę Sorriente, uczynił mi też samą uwagę i ofiaruje ci miejsce pułkownika w pułku jego nazwiska. Spodziewam się, że nie odmówisz mu zaszczytu przyjęcia tej godności. Zastanów się.
- Pani - odpowiedziałem - połączyłem moją przyszłość z losem kawalera Toledo i nic pragnę innych godności oprócz tych, które on sam dla mnie otrzyma. Co zaś do przysług, jakie mam szczęście codziennie waszej książęcej mości wyświadczać, najsłodszą dla mnie nagrodą będzie pozwolenie, abym ich nie przerywał.
Księżniczka nic mi na to nie odrzekła, tylko lekkim skinieniem głowy dała znak, że mogę odejść.
W tydzień potem znowu przywołano mnie do dumnej księżniczki. Przyjęła mnie podobnie jak za pierwszym razem i rzekła:
- Senor Avadoro, nie mogę dopuścić do tego, abyś miał przewyższyć we wspaniałomyślności Avilów, Sorrientów i innych grandów należących do mojej rodziny. Mam zamiar przedstawić ci nowe widoki korzystne dla twego szczęścia. Pewien szlachcic, którego rodzina przywiązana jest do naszego rodu, zyskał znaczny majątek w Meksyku. Ma córkę jedynaczkę i daje jej w posagu milion...
Nie pozwoliłem dokończyć księżniczce tych słów i powstawszy, z niejakim oburzeniem odparłem:
- Chociaż krew Avilów i Sorrientów nie płynie w moich żyłach, serce jednak, jakie we mnie bije, za wysoko jest umieszczone, aby milion mógł do niego dosięgnąć.
Chciałem odejść, ale księżniczka kazała mi pozostać; oddaliła kobiety do sąsiedniej komnaty, zostawiając drzwi otwarte, i rzekła:
- Senor Avadoro, jedną tylko nagrodę mogę ci ofiarować: gorliwość, jaką okazujesz, spełniając moje życzenia, pozwala mi się spodziewać, że tym razem nie odmówisz. Idzie o oddanie mi ważnej przysługi.
- W istocie - odrzekłem - jest to jedyna nagroda, jaka mnie może uszczęśliwić. Żadnej innej nie pragnę i przyjąć nie mogę.
- Przybliż się - mówiła dalej księżniczka - nie chcę, aby nas słyszano z drugiego pokoju. Avadoro, wiesz zapewne, że ojciec mój potajemnie był małżonkiem infantki Beatrycze i być może, że wspominano ci nawet w tajemnicy, jakoby miał z nią syna. Mój ojciec sam tę pogłoskę rozpuścił dla zbicia dworzan z tropu, w rzeczywistości bowiem zostawił córkę, która żyje i wychowuje się w jednym z klasztorów niedaleko Madrytu. Ojciec mój umierając odkrył mi tajemnicę jej urodzenia, o której ona sama nie wie. Zawiadomił mnie także o zamiarach, jakie względem niej powziął, ale śmierć położyła koniec wszystkiemu. Niepodobna byłoby odnowić całej sieci ambitnych intryg, jaką książę utkał dla dopięcia swoich celów. Zupełne uprawnienie mojej siostry jest niemożliwe do przeprowadzenia i pierwszy krok, jaki byśmy przedsięwzięli, mógłby za sobą pociągnąć zgubę tej nieszczęśliwej. Niedawno byłam u niej. Leonora jest prostą, dobrą i wesołą dziewczyną. Pokochałam ją z całego serca, ale ksieni tyle mi nagadała o jej nadzwyczajnym podobieństwie do mnie, że nie śmiałam więcej powracać. Pomimo to oświadczyłam, że pragnę szczerze się nią opiekować i że jest ona jednym z owoców niezliczonych miłostek, jakie mój ojciec miał w swojej młodości. Przed kilku dniami doniesiono mi, że dwór zaczął wypytywać się o nią w klasztorze; wieść ta napełniła mnie niepokojem, postanowiłam więc sprowadzić ją do Madrytu.
Posiadam na opuszczonej ulicy, która nawet nazywa się Retrada, niepozorny domek. Kazałam nająć dom naprzeciwko i proszę cię, abyś w nim zamieszkał i czuwał nad skarbem, jaki ci powierzam. Oto jest adres twego nowego mieszkania, tu zaś list, który oddasz ksieni urszulanek z Peńon. Weźmiesz ze sobą czterech jezdnych i powóz z dwoma mułami. Ochmistrzyni przyjedzie z moją siostrą i będzie z nią mieszkała. We wszystkim do niej się odwołasz, do domu zaś nie wolno ci wchodzić. Córka mego ojca i infantki nie powinna dawać nawet pozorów mogących skazić jej sławę.
To powiedziawszy, księżniczka lekko skinęła głową. Był to dla mnie znak odejścia. Opuściłem ją i udałem się naprzód do mego nowego mieszkania, które wydało mi się wygodne, a nawet dość zbytkownie urządzone. Zostawiłem w nim dwóch wiernych służących i wróciłem do mieszkania, jakie zajmowałem u Toleda. Co zaś do domu pozostałego mi po ojcu, wypuściłem go za czterysta piastrów.
Widziałem także dom przeznaczony dla Leonory. Zastałem w nim dwie służące i starego sługę rodziny Avilów, który nie nosił liberii. Dom obficie i wytwornie zaopatrzony był we wszystko, czego potrzeba do dostatniego mieszczańskiego gospodarstwa.
Nazajutrz wziąłem ze sobą czterech jezdnych, powóz i pośpieszyłem do klasztoru w Peńon. Wprowadzono mnie do rozmównicy, gdzie ksieni już na mnie czekała. Przeczytała list, uśmiechnęła się i westchnęła.
- Słodki Jezu - rzekła - ileż to grzechów popełnia się na świecie! Jakże szczęśliwa jestem, żem go porzuciła! Na przykład, mój kawalerze, panna, po którą przyjeżdżasz, tak jest podobna do księżniczki Avila, ale tak, że dwa obrazy słodkiego Jezusa nie mogą być bardziej do siebie podobne. Kim zaś są rodzice tej młodej dziewczyny, nikt o tym nie wie. Nieboszczyk książę Avila, Panie świeć nad jego duszą...
Ksieni byłaby nigdy nie skończyła swej gadaniny, ale dałem jej do zrozumienia, że muszę jak najprędzej wypełnić polecenie, kiwnęła więc głową, dodała kilka "niestety" i "słodki Jezu", po czym kazała mi pomówić z odźwierną.
Udałem się do furty. Wkrótce wyszły dwie kobiety zupełnie zasłonięte i wsiadły do powozu, nie mówiąc ani słowa. Wskoczyłem na konia i podążyłem za nimi, również nie odzywając się do nikogo. Gdy przybyliśmy do Madrytu, wyprzedziłem nieco powóz i przywitałem obie kobiety przy drzwiach domu. Sam nie wszedłem za nimi, ale udałem się do mego mieszkania, skąd widziałem, jak się moje podróżne rozgaszczały u siebie.
W istocie, znalazłem wielkie podobieństwo między księżniczką a Leonorą, z tą jednak różnicą, że Leonora miała płeć bielszą, włosy zupełnie jasne i nieco tęższą figurę. Tak przynajmniej zdawało mi się z mego okna, ale ponieważ Leonora ani na chwilę nie usiadła na miejscu, nie mogłem przeto dokładnie jej się przypatrzyć. Szczęśliwa, że wydobyła się z klasztoru, cała oddawała się niepomiarkowanej radości. Obiegała dom od poddasza aż do piwnic, zachwycając się sprzętami gospodarskimi, unosząc nad pięknością rynki lub kociołka. Zadawała tysiące pytań ochmistrzyni, która nie mogła za nią nadążyć i zamknęła nareszcie żaluzje na klucz, tak że odtąd nic już nie widziałem.
Po południu poszedłem do księżniczki i zdałem jej sprawę z moich czynności. Przyjęła mnie ze zwykłą zimną powagą.
- Senor Avadoro - rzekła - Leonora przeznaczona jest na uszczęśliwienie kogo swoją ręką. Stosownie do naszych obyczajów nie możesz u niej bywać, chociażbyś sam miał zostać jej mężem, wszelako powiem ochmistrzyni, aby otwierała jedną żaluzję od strony twoich okien, natomiast wymagam, aby twoje żaluzje były zawsze pozamykane. Będziesz mi zdawał sprawę z wszelkich czynności Leonory, atoli może znajomość z tobą byłaby dla niej niebezpieczna, zwłaszcza zaś jeżeli masz do małżeństwa taki wstręt, jaki kilka dni temu w tobie spostrzegłam.
- Pani - odpowiedziałem - mówiłem tylko, że w wyborze nie będę powodował się zyskiem, chociaż, prawdę mówiąc, wyznam, że postanowiłem nigdy się nie żenić.
Wyszedłem od księżniczki i udałem się do Toleda, któremu jednak nie zwierzałem się z moich tajemnic, po czym wróciłem do mego mieszkania przy ulicy Retrada. Żaluzje naprzeciwko, a nawet okna były pootwierane. Stary służący, Andrado, grał na gitarze, Leonora zaś tańczyła bolero, z żywością i wdziękiem, jakiego nigdy nie byłbym się spodziewał po wychowanicy karmelitanek, tam bowiem przepędziła pierwsze lata życia i dopiero po śmierci księcia oddano ją do urszulanek. Leonora stroiła tysiączne psoty, chcąc koniecznie namówić swoją ochmistrzynię do tańczenia z Andradem. Nie mogłem się nadziwić, że poważna i zimna księżniczka ma tak wesołą siostrę. Poza tym podobieństwo było uderzające. Kochałem się szalenie w księżniczce, żywy zatem obraz jej wdzięków mocno mnie zajmował. Gdy tak oddawałem się rozkoszy spoglądania na Leonorę, ochmistrzyni zamknęła żaluzje i nic już więcej nie ujrzałem.
Nazajutrz poszedłem do księżniczki i opowiedziałem jej wczorajsze moje spostrzeżenia. Nie taiłem niewymownej rozkoszy, jakiej doznałem, spoglądając na niewinne zabawy jej siostry, ośmieliłem się nawet przypisać zachwycenie moje podobieństwu, jakie w Leonorze do księżniczki upatrzyłem.
Słowa te wyglądały z daleka na rodzaj oświadczenia miłosnego. Księżniczka zachmurzyła czoło, spojrzała jeszcze zimniej niż zwykle i rzekła:
- Senor Avadoro, jakkolwiek istnieje podobieństwo między dwoma siostrami, proszę, abyś nigdy nie łączył ich razem w twoich pochwałach. Tymczasem czekam cię jutro rano. Mam zamiar wyjechać na kilka dni i chciałabym przed podróżą z tobą pomówić.
- Pani - odpowiedziałem - powinienem zginąć pod ciosem twego gniewu: rysy twoje wyryte są w mojej duszy jak obraz jakiegoś bóstwa. Wiem, że zbyt wielka przestrzeń nas rozdziela, abym śmiał wznosić ku tobie uczucia. Dziś jednak nagle znajduję obraz boskiej twojej piękności w osobie młodej, wesołej, szczerej, prostej i otwartej, któż mi więc zabroni ciebie, pani, w niej ubóstwiać?
Z każdym moim słowem rysy księżniczki przybierały coraz surowszy wyraz. Myślałem, że każe mi odejść i nie pokazywać się więcej na oczy; ale nie, powtórzyła mi tylko, abym nazajutrz powrócił.
Obiadowałem z Toledem, wieczorem zaś wróciłem na moje stanowisko. Okna naprzeciwko były pootwierane, tak że dokładnie mogłem widzieć, co się dzieje w całym mieszkaniu. Leonora stała w kuchni i przyprawiała olla podridę. Co chwila pytała się ochmistrzyni o radę, krajała mięso i układała je na półmisku, śmiejąc się ciągle i okazując najżywszą radość. Następnie nakryła stół białym obrusem i postawiła na nim dwa skromne nakrycia. Ubrana była w skromny stanik, z rękawami od koszuli zawiniętymi aż po łokcie.
Zamknięto okna i żaluzje, ale to, co widziałem, sprawiło na mnie silne wrażenie, któryż bowiem młody człowiek może z zimną krwią spoglądać na wnętrze domowego życia. Obrazy tego rodzaju są przyczyną, że ludzie się żenią.
Nazajutrz poszedłem do księżniczki sam już nie wiem, co jej mówiłem. Ona zdawała się znowu obawiać oświadczenia miłosnego.
- Senor Avadoro - rzekła przerywając mi - wyjeżdżam, jak ci to już wczoraj mówiłam, przepędzę jakiś czas w księstwie Avila. Pozwoliłam mojej siostrze używać przechadzki po zachodzie słońca, nie odchodząc wszakże daleko od domu. Jeżeli naówczas zechcesz się do niej zbliżyć, uprzedziłam ochmistrzynię, aby nie broniła ci z nią rozmawiać tak długo, jak tylko sam zechcesz. Staraj się zbadać serce i sposób myślenia tej młodej osoby, zdasz mi z nich potem sprawę.
Po tych słowach lekkie skinienie głowy dało mi znak odejścia. Z boleścią rozstawałem się z księżniczką, kochałem ją bowiem z całego serca. Jej nadzwyczajna duma wcale mnie nie zrażała, sądziłem bowiem, że gdy zechce oddać komu swoje serce, wybierze zapewne kochanka z niższego stanu, jak się to zwykle dzieje w Hiszpanii. Wyobraziłem sobie, że może nawet i mnie kiedyś pokocha, choć postępowanie jej ze mną powinno było rozwiać wszystkie moje nadzieje. Jednym słowem, przez cały dzień rozmyślałem o księżniczce, ale wieczorem zacząłem myśleć o jej siostrze. Poszedłem na ulicę Retrada. Księżyc jasno świecił, ujrzałem Leonorę siedzącą z ochmistrzynią na ławce, tuż przy drzwiach. Ochmistrzyni spostrzegła mnie, zbliżyła się, zaprosiła, abym usiadł przy jej wychowanicy, sama zaś odeszła. Po chwili milczenia Leonora rzekła:
- Senor więc jesteś tym młodym człowiekiem, którego mi pozwolono widywać? Mogęż liczyć na twoją przyjaźń?
Odpowiedziałem, że nigdy się na niej nie zawiedzie.
- Dobrze więc - rzekła - w takim razie racz mi powiedzieć, jak się nazywam.
- Leonora - odrzekłem.
- Nie o to się pytam - przerwała - muszę przecież mieć jeszcze nazwisko. Nie jestem już tak prosta, jaką byłam u karmelitanek. Tam myślałam, że świat składa się tylko z zakonnic i spowiedników, ale teraz wiem, że są żony i mężowie, którzy ich nigdy nie opuszczają, i że dzieci noszą nazwisko ojca. Dlatego to pragnę dowiedzieć się mego nazwiska.
Ponieważ karmelitanki w niektórych klasztorach żyją według nader ostrej reguły, nie zdziwiła mnie więc ta nieświadomość u dwudziestoletniej dziewczyny. Odparłem przeto, że niestety nie znam jej nazwiska. Powiedziałem następnie, że widziałem ją tańczącą w jej pokoju i że zapewne nie u karmelitanek uczyła się tańca.
- Nie - odpowiedziała - książę Avila umieścił mnie u karmelitanek, ale po jego śmierci odwieziono mnie do urszulanek, gdzie jedna z wychowanie nauczyła mnie tańca, inna śpiewu; o sposobie zaś, w jaki mężowie żyją ze swymi żonami, wszystkie mi mówiły, nie uważając tego wcale za tajemnicę. Co do mnie, chciałabym koniecznie mieć nazwisko, ale do tego potrzeba, abym poszła za mąż.
Następnie Leonora mówiła mi o teatrze, o przechadzkach, walkach byków i oświadczyła niepomiarkowaną ciekawość ujrzenia tych wszystkich rzeczy. Odtąd kilka razy z nią rozmawiałem, ale zawsze wieczorem. W tydzień potem otrzymałem od księżniczki list następującej treści:
Zbliżając cię do Leonory spodziewałam się, ze obudzę w niej pewną skłonność ku tobie. Ochmistrzyni naręcza mi, że spełniły się moje nadzieje. Jeżeli poświęcenie, jakie zawsze dla mnie okazywałeś, jest szczere, zaślubisz Leonorę. Pomyśl, że odmowa będzie dla mnie obrazą.
Odpowiedziałem tymi słowy:
Pani!
Poświęcenie moje dla waszej książęcej mości jest jedynym uczuciem, jakie wypełnia moją duszę. Uczucia należne małżonce zapewne nie znalazłyby już w niej miejsca. Leonora zasługuje na męża, który by tylko ją kochał.
Otrzymałem następującą odpowiedź:
Zbyteczne byłoby dłużej ukrywać przed tobą, że jesteś dla mnie niebezpieczny i że twoja odmowa sprawiła mi najżywszą radość, jakiej w życiu doznałam. Postanowiłam się jednak przezwyciężyć. Daję ci do wyboru: albo zaślubić Leonorę, lub też na zawsze być odsuniętym ode mnie, a może nawet wygnanym z Hiszpanii. Wiesz, że rodzina moja ma dość wpływów na dworze. Nie odpisuj mi więc; wydałam ochmistrzyni stosowne polecenia.

Jakkolwiek zakochany byłem w księżniczce, tak niepomiarkowana duma mocno mnie jednak ubodła. Zrazu chciałem wszystko wyznać przed Toledem i uciec się pod jego opiekę, ale kawaler, wciąż zakochany w księżnej Sidonii, nader był przywiązany do jej przyjaciółki i nigdy nie byłby nic przeciw niej przedsięwziął. Postanowiłem więc milczeć i wieczorem siadłem w oknie, aby się przypatrzeć mojej przyszłej małżonce.
Okna były otwarte, widziałem dokładnie całe mieszkanie. Leonora siedziała śród czterech kobiet, które zajmowały się jej ubiorem. Miała na sobie atłasową białą suknię, haftowaną srebrem, wieniec z kwiatów na głowie i diamentowy naszyjnik. Długi biały welon okrywał ją od stóp aż do głowy.
Zadziwiły mnie te przygotowania; wkrótce zdumienie moje jeszcze się powiększyło. W głębi pokoju postawiono stół, ubrano go jak ołtarz i zapalono na nim świece. Wszedł ksiądz z dwoma panami, którzy zdawali się być świadkami obrzędu, brakowało tylko nowożeńca. Usłyszałem stukanie do mych drzwi i głos ochmistrzyni, która mi rzekła:
- Czekają na ciebie, senor. A może zamierzasz sprzeciwić się rozkazom księżniczki?
Poszedłem za ochmistrzynią. Panna młoda nie zdjęła welonu, położono jej rękę w moją, słowem, pożeniono nas. Świadkowie złożyli mi życzenia szczęścia, równie jak mojej małżonce, której oblicza nie widnieli, i odeszli. Ochmistrzyni powiodła nas do komnaty, słabo oświeconej promieniami księżyca, i zamknęła za nami drzwi.
Gdy Cygan domawiał tych słów, jeden z członków bandy zażądał jego obecności. Odszedł i już go tego dnia więcej nie widzieliśmy.



Dzień pięćdziesiąty szósty


Zeszliśmy się o zwykłej godzinie i Cygan, mając czas wolny, tak nam dalej opowiadał:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Opowiedziałem wam o dziwnym moim ślubie. Sposób, w jaki żyłem z moją żoną, był równie szczególny. Po zachodzie słońca otwierała się żaluzja i widziałem całe wnętrze jej mieszkania, wszelako nie wychodziła z domu i nie miałem sposobności, by zbliżyć się do niej. Dopiero o północy ochmistrzyni przychodziła po mnie i odprowadzała nad rankiem.
W tydzień potem księżniczka wróciła do Madrytu. Stanąłem przed nią mocno zmieszany. Popełniłem świętokradztwo wobec miłości, jaką ku niej pałałem, i gorzko je sobie wyrzucałem. Ona, przeciwnie, odnosiła się do mnie z niewypowiedzianą przychylnością. Ile razy sam na sam ze mną się znajdowała, porzucała dawny zimny sposób obejścia, byłem dla niej bratem i przyjacielem.
Pewnego wieczora, wracając do siebie, właśnie zamykałem drzwi, gdy uczułem, że ktoś ciągnie mnie za połę. Obróciłem się i poznałem Busquera.
- Mam cię nareszcie, senor - rzekł - Kawaler Toledo żali się, że cię od tak dawna nie widział, że kryjesz się przed nim i że nie może domyślić się, co tak ważnego porabiasz. Prosiłem go o dwadzieścia cztery godziny czasu, po upływie których obiecałem mu o wszystkim wiernie donieść. Powiodły mi się zamiary. Ale ty, paniczu, nie zapominaj o uszanowaniu, jakie mi winieneś, ożeniłem się bowiem z twoją macochą.
Ostatnie te słowa przypomniały mi, ile Busqueros przyczynił się do śmierci mego ojca, nie mogłem się więc powstrzymać od okazania mu niechęci i udało mi się od niego uwolnić.
Nazajutrz poszedłem do księżniczki i opowiedziałem jej to nieszczęsne spotkanie. Zdawała się być mocno zmartwiona.
- Busqueros - rzekła - to szpieg, którego uwadze nic ujść nie zdoła. Trzeba usunąć Leonorę sprzed jego ciekawości. Dziś jeszcze wyprawię ją do Avila. Nie miej mi tego za złe, Avadoro, czynię to dla waszego wspólnego szczęścia.
- Pani - odpowiedziałem - warunkiem szczęścia jest spełnienie życzeń, ja zaś nigdy nie życzyłem sobie zostać małżonkiem Leonory. Pomimo to muszę wyznać, że teraz przywiązałem się do niej i miłość moja z każdym dniem wzrasta, jeżeli w ogóle wolno mi użyć tego wyrażenia, nigdy jej bowiem w dzień nie widuję.
Tego samego wieczora poszedłem na ulicę Retrada, ale nikogo nie zastałem. Drzwi i okna były pozamykane.
W kilka dni potem Toledo kazał mnie przywołać do swego gabinetu i rzekł:
- Mówiłem o tobie królowi. Najjaśniejszy Pan wysyła cię z depeszami do Neapolu. Peterborough, ten zacny Anglik, dla nader ważnych spraw pragnie widzieć się ze mną w Neapolu. JKMość nie życzy sobie, abym odbył tę podróż, ty więc musisz mnie zastąpić. Wszelako - dodał - zdaje mi się, że ten zamiar nie bardzo przypada ci do smaku.
- Nieskończenie wdzięczny jestem za łaskę JKMości - odpowiedziałem - ale mam tu w Madrycie opiekunkę, bez której przyzwolenia nic nie odważę się przedsięwziąć.
Toledo uśmiechnął się i rzekł:
- Mówiłem już o tym z księżniczką; dziś jeszcze udaj się do niej.
Poszedłem do księżniczki, która mi rzekła:
- Kochany Avadoro, znasz obecne położenie monarchii hiszpańskiej. Król bliski jest grobu i na nim gaśnie linia austriacka. W tak krytycznych okolicznościach każdy prawy Hiszpan powinien zapomnieć o sobie i korzystać z wszelkich sposobności służenia swemu krajowi. Twoja żona jest w bezpiecznym miejscu. Leonora nie będzie do ciebie pisała, nic umie bowiem pisać; karmelitanki jej tego nie nauczyły. Ja zastąpię ją i jeżeli mam wierzyć ochmistrzyni, wkrótce doniosę ci wieści, które cię jeszcze więcej do niej przywiążą.
To mówiąc księżniczka spuściła oczy, spłonęła rumieńcem, po czym dała mi znak do odejścia.
Poszedłem do ministra po rozkazy, które tyczyły się polityki zewnętrznej i rozciągały także na administrację królestwa neapolitańskiego, chciano je bowiem wszelkimi sposobami przywiązać do Hiszpanii. Wyjechałem nazajutrz i odbyłem podróż z możliwie największym pośpiechem.
Zacząłem wypełniać dane mi polecenia z gorliwością zwykłą przy każdej pierwszej pracy, w chwilach jednak wolnych od zatrudnień wspomnienia Madrytu całkiem wypełniały mi umysł. Bądź co bądź księżniczka mnie kochała, uczyniła mi wyznanie; spokrewniwszy się jednak ze mną, wyleczyła się z namiętności, zachowała atoli przywiązanie, którego tysiączne odbierałem dowody. Leonora, tajemnicza bogini moich nocy, rękami hymenu podała mi czarę rozkoszy.
Wspomnienie jej panowało nad moimi zmysłami równie jak nad sercem. Żal mój za nią zmieniał się prawie w rozpacz. Oprócz tych dwu kobiet cała reszta płci pięknej była mi obojętna.
Listy od księżniczki dochodziły mnie razem z papierami od ministra. Były nie podpisane i charakter pisma był zmieniony. Dowiedziałem się, że Leonora zaszła w ciążę, ale że jest chora i znacznie opadła na siłach. Niebawem doszły mnie wieści, że zostałem ojcem i że Leonora ogromnie cierpi. Nowiny, które odbierałem o jej zdrowiu, zdawały się przygotowywać mnie do strasznego ciosu, jaki miał wkrótce we mnie ugodzić.
Nareszcie ujrzałem przybywającego Toleda, w chwili gdy najmniej się tego spodziewałem. Rzucił się w moje objęcia...
- Przybywam - rzekł - za sprawami królewskimi, ale naprawdę to przysyłają mnie obie księżniczki.
Przy tych słowach podał mi list, który drżąc otworzyłem. Przewidywałem jego treść. Księżniczka donosiła mi o śmierci Leonory i ofiarowała pociechy najczulszej przyjaźni.
Toledo, który od dawna miał na mnie wielki wpływ, użył go dla przywrócenia mi spokoju. Wprawdzie nie znałem Leonory, ale była ona moją żoną i myśl o niej łączyła się z rozkosznymi wspomnieniami krótkiego naszego związku. Choć ból ustąpił, byłem ciągle smutny i znękany.
Toledo wziął na siebie wszystkie sprawy, a gdy zostały załatwione, wróciliśmy do Madrytu. W pobliżu bram stolicy kawaler wysiadł z powozu i przemykając się krętymi ścieżkami, zaprowadził mnie na cmentarz karmelitanek. Tam pokazał mi urnę z czarnego marmuru. Na podstawie błyszczało nazwisko Leonory Avadoro. Oblałem grobowiec rzewnymi łzami i kilka razy wracałem do niego, zanim poszedłem przywitać się z księżniczką. Nie miała mi tego za złe, przeciwnie, za pierwszym naszym spotkaniem okazała mi sympatię graniczącą z czułością. Zaprowadziła mnie do ostatniego pokoju swego mieszkania i pokazała dziecko w kolebce. Wzruszenie moje doszło do najwyższego stopnia. Padłem na kolana, księżniczka podała mi rękę i kazała powstać, po czym dała mi znak do odejścia.
Nazajutrz byłem u ministra, który przedstawił mnie JKMości. Toledo, wysyłając mnie do Neapolu, szukał pozoru, by wyjednać dla mnie jakąś łaskę. Zostałem zaszczycony godnością kawalera orderu Calatravy. Jakkolwiek odznaczenie to nie stawiało mnie na równi z pierwszymi panami, wszelako znacznie już do nich zbliżało. Odtąd księżniczka, księżna Sidonia i Toledo starali się we wszystkim dowieść, że uważają mnie za równego. Wreszcie, im byłem winien cały mój los, z przyjemnością więc spoglądali na moje wzniesienie się.
Wkrótce potem księżniczka Avila poleciła mi przeprowadzić pewną sprawę, którą miała w Radzie Kastylii. Dopełniłem jej poleceń z gorliwością i przezornością, która powiększyła szacunek mojej opiekunki. Z każdym dniem księżniczka stawała się dla mnie bardziej przychylna. I tu zaczyna się najprzedziwniejsza część całej historii.
Po powrocie z Włoch wprowadziłem się do mego mieszkania u Toleda, pomimo to jednak zachowałem dawne przy ulicy Retrada. Zostawiłem tam na straży służącego imieniem Ambrosio. Dom naprzeciwko, ten sam, w którym brałem ślub, należał do księżniczki, był zamknięty i przez nikogo nie zamieszkany. Pewnego poranku przyszedł Ambrosio, prosząc mnie, abym kogo innego przysłał na jego miejsce, zwłaszcza kogoś odważnego, gdyż po północy dziwne rzeczy dzieją się w domu naprzeciwko. Chciałem, aby mi wytłumaczył naturę tych zjawisk, ale Ambrosio zapewnił, że ze strachu na nic nie patrzył, że zresztą za żadne skarby w świecie nie podjąłby się przepędzenia nocy w moim mieszkaniu, ani sam, ani w towarzystwie.
Słowa te obudziły moją ciekawość. Postanowiłem najbliższej nocy naocznie o wszystkim się przekonać.
Wewnątrz domu było jeszcze trochę sprzętów; przeniosłem się tam po wieczerzy. Kazałem jednemu ze służących spać w przedpokoju, sam zaś zająłem pokój, którego okna wychodziły na dawny dom Leonory. Wypiłem kilka filiżanek czarnej kawy, ażeby nie zasnąć, i doczekałem się północy. Była to godzina, o której, według słów Ambrosia, duchy się pojawiały. By ich nie spłoszyć, zgasiłem świecę. Wkrótce w domu naprzeciwko ujrzałem światło, które przechodziło z piętra na piętro i z pokoju do pokoju.
Żaluzje nie pozwalały mi dostrzec, skąd to światło pochodzi, nazajutrz jednak posłałem do księżniczki po klucze od jej domu i poszedłem go obejrzeć. Nie znalazłem żadnych sprzętów, żadnego śladu czyjegokolwiek pobytu. Odczepiłem po jednej żaluzji na każdym piętrze i wyszedłem.
Wieczorem udałem się na moje stanowisko, a o północy znowu to samo światło zabłysło w domu naprzeciwko. Tym razem jednak spostrzegłem, skąd pochodziło. Kobieta w bieli, z lampą w ręku, obeszła wolnym krokiem wszystkie pokoje na pierwszym piętrze, przeszła na drugie i znikła. Lampa zbyt blado ją oświecała, abym mógł rozeznać jej rysy, po jasnych jednak włosach poznałem Leonorę.
Nazajutrz pośpieszyłem do księżniczki, ale nie zastałem jej w domu. Udałem się do pokoju mego dziecięcia; znalazłem tam kilka kobiet, niesłychanie zmieszanych i niespokojnych. Z początku nie chciano mi nic powiedzieć, nareszcie mamka wyznała, że w nocy weszła jakaś kobieta w bieli, z lampą w ręku, że długo spoglądała na dziecko, pobłogosławiła je i odeszła. Wtem księżniczka wróciła do domu, kazała mnie przywołać i rzekła:
- Mam pewne przyczyny, dla których nie chcę, aby twoje dziecko dłużej tu pozostawało. Wydałam rozkazy, aby mu przygotowano mieszkanie w domu przy ulicy Retrada. Tam odtąd będzie mieszkało z mamką i kobietą, która uchodzi za jego matkę. Chciałam ci w tym samym domu ofiarować mieszkanie, ale obawiam się, że mogłyby stąd uróść niepotrzebne domysły.
Odpowiedziałem, że zachowam mieszkanie naprzeciwko i czasami będę tam nocował.
Zastosowano się do woli księżniczki i przeniesiono dziecko. Postarałem się, aby je umieszczono w pokoju wychodzącym na ulicę i aby nie zamykano żaluzji. Gdy północ wybiła, podszedłem do okna. Spostrzegłem w pokoju naprzeciwko dziecko śpiące obok mamki. Kobieta w bieli pokazała się z lampą w ręku, zbliżyła do kolebki, długo spoglądała na dziecko, pobłogosławiła je, po czym stanęła w oknie i zaczęła patrzeć na mnie. Po chwili wyszła i ujrzałem światło na drugim piętrze, na koniec wydostała się na dach, lekko po nim przebiegła, przeskoczyła na sąsiedni i znikła mi z oczu.
Wyznaję, że mocno byłem tym wszystkim zmieszany. Nazajutrz z niecierpliwością oczekiwałem północy. Jak tylko wybiła, usiadłem w oknie. Wkrótce ujrzałem już nie kobietę w bieli, ale jakiegoś karła z siną twarzą, jedną nogą drewnianą i lampą w ręku. Zbliżył się do dziecka, bacznie mu się przyjrzał, a następnie podwinąwszy nogi usiadł w oknie i zaczął z uwagą mi się przypatrywać. Niebawem z okna zeskoczył albo raczej ześliznął się na ulicę i jął stukać do moich drzwi. Stojąc w oknie, zapytałem go, kim jest i czego żąda. Zamiast odpowiedzi rzekł:
- Don Juanie Avadoro, weź szpadę i kapelusz i pójdź za mną.
Uczyniłem, co chciał, zszedłem na ulicę i ujrzałem karła o dwadzieścia kroków przede mną, kulejącego na swojej drewnianej nodze i pokazującego mi drogę latarnią. Uszedłszy około stu kroków, zboczył na lewo i wprowadził mnie w opuszczoną część miasta, która się ciągnęła między ulicą Retrada a rzeką Manzanares. Przeszliśmy pod sklepieniem i dostaliśmy się na patio zasadzone drzewami. Patio jest to podwórze, na które nie zajeżdżają powozy. W głębi podwórza znajdowała się w mała fasada gotycka, będąca jak gdyby bramą od jakiejś kaplicy. Zza kolumny pokazała się kobieta w bieli, karzeł oświecił latarnią moją twarz.
- To on! - zawołało zjawisko - on sam! mój mąż! mój najdroższy małżonek!
- Pani - odrzekłem - byłem przekonany, że umarłaś.
W istocie, była to Leonora, poznałem ją po dźwięku głosu, a bardziej jeszcze po namiętnych uściskach, których gwałtowność sprawiła, że nie zastanawiałem się nawet nad niezwykłością tego zdarzenia. Nie miałem na to zresztą czasu; Leonora wnet wyśliznęła się z moich objęć i zniknęła w ciemności. Nie wiedziałem, co z sobą począć; na szczęście karzeł ofiarował mi pomoc swojej latarni, udałem się za nim przez zwaliska i opuszczone ulice, gdy wtem nagle latarnia zagasła. Karzeł, którego przywoływałem, nie odpowiadał na moje krzyki; noc była zupełnie ciemna, postanowiłem położyć się na ziemi i doczekać dnia.
Obudziłem się, gdy słońce już było wysoko. Leżałem pod urną z czarnego marmuru, na którym wyczytałem napis złożony złotymi literami: "Leonora Avadoro". Nie było wątpliwości, przepędziłem noc przy grobowcu mojej żony. Przypomniałem sobie zaszłe wypadki i wyznam, że wspomnienie ich mocno mnie zmieszało. Od dawna nie zbliżałem się do trybunały pokuty. Poszedłem do teatynów i zażądałem dziada mego, fra Geronimo. Powiedziano mi, że leży chory, poprosiłem przeto o innego spowiednika. Zapytałem go, czy złe duchy mogą przybierać na się kształty ludzkie.
- Bez wątpienia - odpowiedział - Św. Tomasz w swej Summie wspomina o tego rodzaju widmach. Idzie tu o grzech wyjątkowy, z którego nie każdy spowiednik może uwolnić. Gdy człowiek długo nie przystępuje do sakramentów, szatany nabierają nad nim nadzwyczajnego wpływu; ukazują mu się pod postacią kobiet i wodzą go na pokuszenie. Jeżeli myślisz, mój synu, że spotkałeś takie widma, udaj się do wielkiego spowiednika. Nie trać czasu, nikt nie jest pewny godziny śmierci.
Odpowiedziałem, że spotkało mnie dziwne zdarzenie, które może było tylko złudzeniem zmysłów, po czym prosiłem go, aby mi pozwolił przerwać spowiedź.
Poszedłem do Toleda, który oświadczył, że zaprowadzi mnie na obiad do księżniczki Avila, gdzie będzie także księżna Sidonia. Zauważył, że jestem roztargniony, i zapytał o przyczynę. W istocie, byłem zamyślony i odpowiadałem bez związku na pytania. Obiad u księżniczki nie rozproszył mego smutku, jednakże wesołość Toleda i obu dam była tak żywa, że nareszcie rozchmurzyłem czoło.
Podczas obiadu dostrzegłem znaki porozumiewawcze i uśmiechy, które zdawały się mnie dotyczyć. Wstaliśmy od stołu, ale zamiast udać się do bawialnej komnaty, przeszliśmy do dalszych pokojów. Wówczas Toledo zamknął drzwi na klucz i rzekł:
- Szlachetny kawalerze Calatravy, klęknij przed księżniczką, która już od przeszło roku jest twoją żoną. Spodziewam się, iż nie powiesz, żeś się tego domyślał. Ludzie, którym byś chciał opowiedzieć twoje przygody, mogliby odgadnąć tajemnicę, najwięcej nam jednak zależało na tym, aby podejrzenia dusić w zarodku, i dotąd usiłowania nasze pomyślny skutek uwieńczał. Prawda, tajemnice dumnego księcia Avila wybornie nam posłużyły. W istocie, miał on syna, którego chciał przyznać, ale syn ów umarł, książę zaś naówczas zażądał od córki, ażeby nigdy nie wchodziła w małżeńskie związki i tym sposobem zostawiła cały majątek Sorrientom, którzy są młodszą linią Avilów.
Wyniosła nasza księżniczka za nic w świecie nie byłaby przyjęła niczyjej władzy, ale od chwili naszego powrotu z Malty wyniosłość ta mocno się zniżyła i groziło jej zupełne rozbicie. Na szczęście księżniczka Avila ma przyjaciółkę, która jest także twoją, kochany Avadoro. Zwierzyła się jej ze swymi uczuciami i wtedy złożyliśmy we troje walną radę. Wynaleźliśmy, a raczej wymyśliliśmy Leonorę, córkę nieboszczyka księcia i infantki, która była po prostu księżniczką, przybraną w jasną perukę, wybieloną i rozrosłą za pomocą sukni. Ty jednak ani mogłeś poznać dumnej twojej władczyni w skromnej wychowanicy karmelitanek. Byłem obecny przy kilku próbach tej roli i wyznam, że również dałbym się omamić.
Księżniczka widząc, że odrzucasz najświetniejsze związki jedynie dla chęci służenia jej, postanowiła cię zaślubić. Jesteście pożenieni przed Bogiem i Kościołem, ale nie przed ludźmi, a przynajmniej na próżno usiłowalibyście udowodnić wasze małżeństwo. Tym sposobem księżniczka dotrzymała przyjętych zobowiązań.
Połączyliście się świętym związkiem, skutkiem czego księżniczka musiała przepędzić kilka miesięcy na wsi, dla ukrycia się przed wzrokiem ogółu. Busqueros przybył do Madrytu, kazałem mu, aby cię śledził, i pod pozorem uniknięcia przenikliwości szpiega wyprawiliśmy Leonorę na wieś. Następnie wypadło nam wysłać cię do Neapolu, nie wiedzieliśmy bowiem, jak cię uspokoić względem twojej żony, księżniczka zaś wtedy dopiero chciała dać ci się poznać, gdy żywy dowód waszej miłości ustali twoje do niej prawa.
Teraz, kochany Avadoro, błagam cię o przebaczenie. Utopiłem sztylet w twym sercu, donosząc ci o śmierci osoby, która nigdy nie istniała. Wszelako szczery twój żal nie był stracony. Księżniczka ze wzruszeniem przekonała się, że kochałeś ją pod dwiema tak różnymi postaciami.
Od tygodnia pragnie koniecznie wszystko ci wyjawić, ale tu znowu cala wina spada na mnie. Uparłem się, aby z tamtego świata przywołać Leonorę. Księżniczka zgodziła się przybrać na siebie rolę kobiety w bieli, ale nie ona to z taką lekkością biegała po dachu. Leonorą tą był mały kominiarczyk, rodem z Sabaudii. Ten sam hultaj następnej nocy przyszedł udawać kulawego diabła. Usiadł na oknie i spuścił się na ulicę za pomocą sznura przywiązanego do zasuwy od okna.
Nie wiem, co się działo na podwórzu u karmelitanek, ale dzisiejszego poranku znowu kazałem cię śledzić i dowiedziałem się, że długo klęczałeś przy konfesjonale. Nie lubię mieć do czynienia z Kościołem i lękałem się, aby żart nie był za daleko posunięty. Nie sprzeciwiałem się już zatem życzeniom księżniczki i postanowiliśmy, że dziś dowiesz się o wszystkim.
Tymi mniej więcej słowy przemówił do mnie Toledo, ale ja niewiele go słuchałem. Klęczałem u nóg Manueli, rozkoszne pomieszanie malowało się w jej rysach, wyraźnie czytałem w nich wyznanie porażki. Zwycięstwo moje miało tylko dwóch świadków, ale wcale mnie przez to mniej nie uszczęśliwiało. Doznałem najwyższego powodzenia w miłości, w przyjaźni,
a nawet w miłości własnej. Cóż za chwila dla młodego człowieka!
Gdy Cygan domawiał tych słów, dano mu znać, że czas zająć się sprawami hordy. Zwróciłem się do Rebeki i uczyniłem jej uwagę, że słyszeliśmy opowiadanie nadzwyczajnych przygód, które jednak wytłumaczono nam zwykłym sposobem.
- Masz słuszność - odpowiedziała - być może, że i twoje tak samo dadzą się wytłumaczyć.


Dzień pięćdziesiąty siódmy


Oczekiwaliśmy jakichś ważnych wypadków. Cygan wysyłał posłańców na różne strony, z niecierpliwością wyglądał ich powrotu, na pytania zaś. kiedy ruszymy z miejsca, trząsł głową i odpowiadał. że nie może dokładnie naznaczyć terminu. Pobyt w górach zaczął mnie już nudzić, rad byłbym czym prędzej przybyć do pułku, ale pomimo najszczerszych chęci musiałem jeszcze przez jakiś czas się zatrzymać. Dni upływały nam dość jednostajnie, natomiast wieczory uprzyjemniało towarzystwo naczelnika, w którym coraz nowe odkrywałem zalety. Ciekawy dalszych jego przygód, tym razem sam go już prosiłem, aby zaspokoił naszą ciekawość, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Przypominacie sobie obiad mój z księżniczką, księżną Sidonia i przyjacielem moim Toledem, i to, że naówczas dopiero dowiedziałem się, iż dumna Manuela jest moją żoną. Powozy na nas czekały, udaliśmy się do zamku Sorriente. Tam zastałem nową niespodziankę. Ta sama ochmistrzyni, która służyła fałszywej Leonorze przy ulicy Retrada, przedstawiła mi maleńką Manuelę. Ochmistrzyni nazywała się dona Rosalba i dziecko uważało ją za matkę.
Sorriente leży nad brzegami Tagu, w jednej z najczarowniejszych okolic na świecie. Wszelako pondy natury przez chwilę tylko zajmowały moją uwagę. Uczucia ojcowskie, miłość, przyjaźń, słodkie zaufanie, ogólna poufała uprzejmość - kolejno uprzyjemniały dni. To, co nazywamy szczęściem w tym krótkim życiu, zapełniało wszystkie moje chwile. Stan ten trwał, o ile sobie przypominam, przez sześć tygodni. Trzeba było wracać do Madrytu. Przybyliśmy późnym wieczorem do stolicy. Towarzyszyłem księżniczce do jej pałacu i wprowadziłem ją na schody. Była mocno wzruszona.
- Don Juanie - rzekła do mnie - w Sorriente byłeś małżonkiem Manueli, w Madrycie jesteś jeszcze wdowcem po Leonorze.
Gdy domawiała tych słów, spostrzegłem cień przesuwający się za poręczami od schodów. Schwyciłem cień za kołnierz i przyprowadziłem do latarni. Poznałem don Busquera. Już miałem mu wypłacić nagrodę za jego szpiegostwo, gdy jedno spojrzenie księżniczki wstrzymało moje ramię. Spojrzenie to nie uszło uwagi Busquera. Przybrał zwykłą zuchwałą minę i rzekł:
- Pani, nie mogłem oprzeć się pokusie podziwiania przez chwilę wspaniałości twojej osoby i zapewne nikt nie byłby mnie odkrył w moim schronieniu, gdyby blask twojej piękności, jak samo słońce, nie był oświecił tych schodów.
Powiedziawszy tę grzeczność, Busqueros skłonił się głęboko i odszedł.
- Lękam się - rzekła księżniczka - czy słowa moje nie doszły ciekawych uszu tego niegodziwca. Idź, don Juanie, pomów z nim i staraj się wybić mu z głowy niepotrzebne domysły.
Wypadek ten zdawał się mocno niepokoić księżniczkę. Opuściłem ją i odnalazłem Busquera na ulicy.
- Mości pasierbie - rzekł do mnie - o mało co nie wygrzmociłeś mnie kijem i bez wątpienia byłbyś bardzo źle się znalazł. Naprzód, byłbyś uchybił winnego mi uszanowania, jako mężowi tej, która była twoją macochą; następnie, powinieneś wiedzieć, że nie jestem już podrzędnym służalcem, jakim mnie niegdyś znałeś. Od tego czasu wybiłem się i ministerium, a nawet dwór poznał się na moich zdolnościach. Książę Arcos powrócił z Londynu i jest obecnie w łasce. Pani Uscariz, dawna jego kochanka, owdowiała i żyje w ścisłej przyjaźni z moją żoną. Zadzieramy więc nosa i nie boimy się nikogo.
Ale ty, kochany pasierbie, powiedz no, co ci takiego mówiła księżniczka? Zdawaliście się niesłychanie obawiać, abym was nie podsłuchał. Uprzedzam cię, że nie bardzo lubimy ani Avilów, ani Sidoniów, ani nawet twego wychuchanego Toleda. Pani Uscariz nie może mu przebaczyć, że ją porzucił. Nie pojmuję, po co jeździliście wszyscy do Sorriente; wszelako podczas waszej nieobecności gorliwie zajmowano się wami. Wy o tym nic nie wiecie, wy jesteście niewinni jak nowo narodzone dzieci. Margrabia Medina. rzeczywiście wiodący swój ród z Sidoniów, zada tytułu księcia i ręki młodej księżniczki dla swego syna. Mała nie skończyła jeszcze jedenastu lat, ale to nic nie szkodzi. Margrabia od dawna żyje w przyjaźni z księciem Arcos, który jest ulubieńcom kardynała Portocarrero, ten zaś jest wszechmocny u dworu, jakoś więc da się to ułożyć; możesz zapewnić o tym księżnę.
Ale zaczekaj no jeszcze, mości pasierbie, nie myśl, żebym nie poznawał w tobie małego żebraka spod przysionka św. Rocha. Byłeś jednak wówczas w niezgodzie ze świętą inkwizycja, a ja nie jestem ciekawy spraw mających styczność z tym trybunałem. Żegnam cię teraz, do widzenia!
Busqueros odszedł, ja zaś poznałem, że nadal jest tak samo wścibski i natrętny, z tą tylko różnicą, że w wyższych sferach spożytkowuje teraz swoje zdolności.
Nazajutrz obiadowałem z księżniczką, księżną Sidonia i Toledem. Opowiedziałem im wczorajszą moją rozmowę. Sprawiła ona większe wrażenie na słuchaczach, aniżeli się spodziewałem. Toledo, który nie był już tak piękny i nie miał już dawnej ochoty do zalecanek, byłby chętnie próbował zadośćuczynić swojej chęci zaszczytów, ale na nieszczęście minister, na którego liczył, hrabia Oropesa, opuścił służbę. Rozmyślał przeto nad wyborem innej drogi. Powrót księcia Arcos ani też łaska, w jakiej tenże był u kardynała, wcale go nie cieszyły.
Księżna Sidonia z przerażeniem zdawała się oczekiwać chwili, w której zostanie dożywotniczką. Księżniczka Avila zaś, ile razy wspomniano o dworze lub łasce, przybierała jeszcze dumniejszy niż zwykle wyraz twarzy. W takich chwilach wyraźnie spostrzegałem, że nierówność stanów nawet śród poufałej przyjaźni daje się odczuwać.
W kilka dni potem, gdy obiadowaliśmy u księżnej Sidonii, koniuszy księcia Velasqueza zapowiedział nam odwiedziny swego pana. Książę był wówczas w kwiecie wieku. Twarz miał piękną, strój zaś francuski, którego nigdy nie chciał porzucić, korzystnie go od innych odznaczał. Wymowa także odróżniała go od Hiszpanów, którzy często prawie nic nie mówią i zapewne dlatego uciekają się do gitary i cygar. Velasquez, przeciwnie, swobodnie z jednego przedmiotu przechodził do drugiego i zawsze znajdował sposobność, aby powiedzieć naszym paniom jaką grzeczność.
Bez wątpienia Toledo miał więcej rozumu, ale rozum czasami się tylko objawia, wielomówność zaś przeciwnie - jest niewyczerpana. Rozmowa z Velasquezem dość przypadła nam do smaku, on sam nawet spostrzegł, że słuchacze nie są dlań obojętni. Wtedy, zwracając się do księżnej Sidonii, z głośnym wybuchem śmiechu rzekł:
- W istocie, muszę wyznać, że byłoby to zachwycające!
- Cóż takiego? - zapytała księżna.
- Tak jest, pani - odrzekł Velasquez - piękność, młodość masz wspólnie z wielu innymi kobietami; ale bez wątpienia byłabyś najmłodszą i najpiękniejszą ze wszystkich teściowych.
Księżna dotąd nigdy się nad tym nie zastanawiała. Miała dwadzieścia osiem lat. Bardzo młode kobiety były od niej znacznie młodsze, to zaś byłby nowy sposób, ażeby się odmłodzić.
- Wierzaj mi, pani - dodał Velasquez - mówię najszczerszą prawdę. Król polecił mi prosić cię o rękę twojej córki dla młodego margrabiego Mediny. Jego królewska Mość usilnie pragnie, aby znakomity wasz ród nie wygasł. Wszyscy grandowie umieją cenić tę pieczołowitość. Co się zaś ciebie, pani, tyczy, cóż byłoby równie czarowne, jak widzieć cię prowadzącą córkę do ołtarza. Ogólne zainteresowanie będzie musiało rozdzielić się na dwoje. Na pani miejscu wystąpiłbym w ubiorze zupełnie podobnym do stroju córki:
w białej atłasowej sukni haftowanej srebrem. Radzę sprowadzić materię z Paryża, wskażę pani do tego najwytworniejsze magazyny. Obiecałem już ustroić pana młodego, i to z francuska, w jasną perukę. Żegnam panie: Portocarrero chce mnie używać do poselstw, pragnę, aby zawsze nastręczał mi równie przyjemne.
To powiedziawszy Velasquez spojrzał kolejno na obie damy, dając każdej do zrozumienia, że większe na nim sprawiła wrażenie niż sąsiadka, ukłonił się kilka razy, wykręcił na pięcie i odszedł. Nazywano to wówczas we Francji światowym ułożeniem.
Po odejściu księcia Velasqueza nastąpiło dłubie milczenie. Kobiety zadumały się nad sukniami haftowanymi srebrem, Toledo zaś zwrócił uwagę na bieżące sprawy kraju i zawołał:
- Jak to, czyliż nie myśli on nikogo innego używać prócz takich Arcosów i Velasquezów, to jest ludzi najbardziej lekkomyślnych w całej Hiszpanii? Jeżeli stronnictwo francuskie tak te rzeczy rozumie, trzeba będzie zwrócić się do Austrii.
W istocie, Toledo natychmiast poszedł do hrabiego Harracha, który był naówczas ambasadorem cesarskim w Madrycie. Damy udały się na Prado, ja zaś pojechałem za nimi konno.
Wkrótce spotkaliśmy przepyszny powóz, w którym rozpierały się panie Uscariz i Busqueros. Książę Arcos jechał obok nich konno. Busqueros, który także pośpieszał za księciem, tego samego dnia otrzymał był order Calatravy i nosił go na piersiach. Osłupiałem na ten widok. Miałem order Calatravy i sądziłem, że dano mi go w nagrodę za moje zasługi, a nade wszystko za prawość w postępowaniu, która zjednała mi znakomitych i możnych przyjaciół. Teraz, widząc ten sam order na piersiach człowieka, którym najbardziej pogardzałem, wyznam wam, że byłem zupełnie zmieszany. Stanąłem jak przykuty na miejscu, gdzie spotkałem powóz pani Uscariz. Okrążywszy Prado i widząc mnie nadal na tym samym miejscu, gdzie mnie był wprzódy zostawił, Busqueros zbliżył się do mnie poufale i rzekł:
- Przekonywasz się, mój przyjacielu, że różne drogi prowadzą do tego samego celu. I ja także, równie dobrze jak ty, jestem kawalerem Calatravy.
Byłem do najwyższego stopnia oburzony.
- Przyznaję - odpowiedziałem - ale czy jesteś lub nie jesteś kawalerem, senor Busqueros, przestrzegam cię, że jeżeli kiedykolwiek spotkam cię szpiegującego po domach, w których bywam, postąpię z tobą jak z ostatnim nędznikiem.
Busqueros przybrał jak mógł najsłodszą minę i rzekł:
- Kochany pasierbie, powinienem żądać od ciebie wyjaśnień, ale nie mogę się na ciebie gniewać i zawsze jestem i będę twoim przyjacielem. Na dowód pragnąłbym pomówić z tobą o niektórych dotyczących cię nader ważnych rzeczach, zwłaszcza zaś co do księżniczki Avila. Jeżeli ciekawy jesteś i chcesz posłuchać, oddaj twego konia masztalerzowi i chodź ze mną do pobliskiej cukierni.
Zdjęty ciekawością i troskliwy o spokojność drogiej sercu memu osoby, dałem się namówić. Busqueros kazał przynieść chłodzące napoje i zaczął mówić rzeczy nie mające ze sobą żadnego związku. Byliśmy sami, wkrótce jednak przyszło kilku oficerów z gwardii wallońskiej. Zasiedli do stołu i kazali sobie przynieść czekolady.
Busqueros pochylił się ku mnie i półgłosem rzekł:
- Kochany przyjacielu, rozgniewałeś się nieco, ponieważ myślałeś, że zakradłem się do księżniczki Avila; jednakże usłyszałem tam kilka słów, które odtąd ciągle krążą mi po głowie.
Tu Busqueros zaczął śmiać się do rozpuku i spoglądać na oficerów wallońskich, po czym tak dalej ciągnął:
- Kochany pasierbie, księżniczka mówiła do ciebie: "tam małżonek Manueli, tu wdowiec po Leonorze".
To mówiąc Busqueros znowu zaczął się śmiać do rozpuku, ciągle spoglądając na oficerów wallońskich. Ki!ka razy powtórzył tę samą igraszkę. Wallończycy powstali, odeszli do kąta i z kolei oni zaczęli nami się zajmować. Wtem Busqueros nagle zerwał się i ani słowa nie powiedziawszy wyszedł. Wallończycy zbliżyli się do mego stolika i jeden z nich, zwracając się do mnie z wielką grzecznością, rzekł:
- Moi towarzysze i ja radzi byśmy dowiedzieć się, co pański towarzysz upatrzył w nas tak nadzwyczajnie śmiesznego.
- Senor kawalerze - odpowiedziałem - pytanie to jest zupełnie na swoim miejscu. W istocie, mój towarzysz pękał od śmiechu, którego bynajmniej nie zgaduję przyczyny. Mogę jednak zaręczyć, że przedmiot naszej rozmowy wcale was nie dotyczył i rozmowa toczyła się o sprawach rodzinnych, w których niepodobna było upatrzyć niczego śmiesznego.
- Senor kawalerze - odparł oficer walloński - wyznaję, że odpowiedź twoja niezupełnie mnie zadowala, jakkolwiek czyni mi niezaprzeczony zaszczyt. Pójdę oznajmić ją moim towarzyszom.
Wallończycy zdawali się naradzać między sobą i sprzeczać z tym, który ze mną mówił. Po chwili tenże sam oficer znowu zbliżył się do mnie i rzekł:
- Towarzysze moi i ja nie zgadzamy się co do skutków, jakie powinny wyniknąć z łaskawie udzielonego mi przez ciebie, senor kawalerze, wyjaśnienia. Towarzysze moi utrzymują, że powinniśmy na nim poprzestać. Na nieszczęście, jestem przeciwnego zdania, co tak dalece mnie martwi, że chcąc zapobiec skutkom mego przekonania, ofiarowałem im każdemu z osobna zadośćuczynienie. Co się tyczy ciebie, senor kawalerze, wyznaję, że powinienem udać się do senora Busquera, ale śmiem utrzymywać, że sława, jakiej tenże używa, w pojedynku z nim nie obiecuje mi żadnego zaszczytu. Z drugiej strony, senor, znajdowałeś się razem z don Busquerem, a nawet, gdy ten śmiał się, spoglądałeś na nas. Sądzę przeto, że nie nadając bynajmniej ważności tej sprawie, słuszna, abyśmy zakończyli nasze wyjaśnienia tą samą szpadą, którą każdy z nas ma przy boku.
Towarzysze kapitana z początku chcieli go przekonać, że nie ma się o co bić ani z nimi, ani ze mną, ale wiedząc, z kim mają do czynienia, przestali wreszcie odradzać i jeden z nich ofiarował mi się za świadka. Udaliśmy się wszyscy na plac boju. Zraniłem lekko kapitana, ale w tej samej chwili odebrałem nad prawą piersią cios, który poczułem jak ukłucie szpilką. Wkrótce jednak zdjął mnie dreszcz śmiertelny i padłem bez zmysłów.
Gdy Cygan doszedł do tego miejsca swoich przygód, przerwano mu i musiał pójść zająć się sprawami hordy.
Kabalista zwrócił się do mnie i rzekł:
- Jeżeli się nie mylę, oficerem, który zranił senora Avadoro, był właśnie twój ojciec.
- Wcale się nie mylisz - odpowiedziałem - kronika pojedynków, ułożona przez mego ojca, wspomina o tym i ojciec mój dodaje, że obawiając się niepotrzebnej kłótni z oficerami, którzy nie podzielali jego zdania, tego samego dnia bił się z trzema i poranił ich.
- Senor kapitanie - rzekła Rebeka - twój ojciec dał dowód niezwykłej przezorności. Obawa niepotrzebnej kłótni skłoniła go do pojedynkowania się cztery razy tego samego dnia.
Żart, na jaki Rebeka pozwoliła sobie względem mego ojca, bardzo mi się nie podobał i już chciałem jej coś odpowiedzieć, gdy wtem towarzystwo rozeszło się i zebrało dopiero nazajutrz.


Dzień pięćdziesiąty ósmy


Wieczorem Cygan tak mówił dalej:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Wróciwszy do zmysłów, spostrzegłem, że z obu rąk krew mi puszczano. Jak przez mgłę ujrzałem księżniczkę, księżnę Sidonię i Toleda; wszyscy mieli łzy w oczach. Znowu postradałem przytomność. Przez sześć tygodni znajdowałem się w stanie podobnym do ciągłego snu, a nawet do śmierci. Z obawy o mój wzrok okiennice ciągle były zamknięte, podczas owijania zaś rany zawiązywano mi oczy.
Na koniec pozwolono mi patrzeć i mówić. Lekarz mój przyniósł mi dwa listy; pierwszy był od Toleda, który donosił mi, że wyjechał do Wiednia, ale z jakimi poleceniami, tego nie mogłem odgadnąć. Drugi list był od księżniczki Avila, ale nie jej ręką pisany. Oznajmiała mi, że przedsięwzięto poszukiwania na ulicy Retrada i że nawet zaczęto szpiegować ją w jej własnym domu. Zniecierpliwiona, wyjechała do swoich majątków lub też, jak to się mówi w Hiszpanii, do swoich państw. Gdy przeczytałem oba listy, lekarz kazał zamknąć na powrót okiennice i zostawił mnie własnym myślom. W istocie, tym razem na dobre zacząłem się zastanawiać. Dotychczas życie przedstawiało mi się jako ścieżka usłana kwieciem: teraz dopiero poczułem ciernie.
Po upływie piętnastu dni pozwolono mi przejechać się po Prado. Chciałem wysiąść i przejść się, ale zabrakło mi sił, usiadłem więc na ławce. Niebawem zbliżył się do mnie ten sam oficer walloński, który służył mi za świadka. Powiedział mi, że przeciwnik mój przez cały czas, gdy znajdowałem się w niebezpieczeństwie, był w najgwałtowniejszej rozpaczy i że błaga o pozwolenie uściskania mnie. Zgodziłem się, mój przeciwnik padł mi do nóg, przycisnął mnie do serca i odchodząc rzekł głosem przerywanym łzami:
- Senor Avadoro, daj mi sposobność pojedynkowania się za ciebie, będzie to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Wkrótce potem ujrzałem Busquera, który zbliżył się do mnie ze zwykłą bezczelnością i rzekł:
- Kochany pasierbie, odebrałeś cokolwiek za ostrą naukę. Wprawdzie ja powinienem ci jej udzielić, ale zapewne nie byłbym tak dobrze się znalazł.
- Drogi ojczymie - odpowiedziałem - wcale nie skarżę się na ranę, jaką mi zadał ów mężny oficer. Noszę szpadę w przewidywaniu, że coś podobnego może mi się wydarzyć. Co zaś do twojego w tym względzie przyczynienia się, sądzę, że należałoby je wynagrodzić, garbując ci porządnie kijem skórę.
- Z wolna, kochany pasierbie - przerwał Busqueros - to ostatnie wcale nie jest konieczne i w obecnej chwili wychodzi nawet z prawideł grzeczności. Od czasu naszego rozstania zostałem ważnym człowiekiem, niby podministrem drugiego rzędu. Muszę ci to opowiedzieć z pewnymi szczegółami.
Jego eminencja kardynał Portocarrero, widząc mnie kilka razy w orszaku księcia Arcos, raczył uśmiechnąć się ze szczególniejszą łaskawością. To ośmieliło mnie i zacząłem składać mu uszanowanie w dniach audiencji. Pewnego dnia jego eminencja zbliżył się do mnie i rzekł półgłosem:
- Wiem, senor Busqueros, że jesteś jednym z ludzi najlepiej świadomych wszystkiego, co się dzieje w mieście.
Na to odpowiedziałem z dziwną przytomnością umysłu:
- Wasza eminencjo, Wenecjanie, którzy uchodzą za niezłych rządców swym krajem, kładą tę świadomość w liczbę takich, które są niezbędne dla każdego człowieka chcącego trudnić się sprawami państwa.
- I mają słuszność - dodał kardynał, po czym pomówił jeszcze z kilkoma osobami i odszedł. W kwadrans potem marszałek dworu podszedł do mnie mówiąc:
- Senor Busqueros, jego eminencja polecił mi, abym zaprosił cię na obiad, i jak mi się zdaje, po obiedzie chce nawet z tobą pomówić. Uprzedzam cię jednak, senor, abyś w takim razie zbyt nie przedłużał rozmowy, gdyż jego eminencja dużo je i następnie od snu wstrzymać się nie może.
Podziękowałem marszałkowi za przyjacielską radę i zostałem na obiedzie wraz z kilkunastoma innymi współbiesiadnikami. Kardynał prawie sam zjadł całego szczupaka. Po obiedzie kazał mnie przywołać do swego gabinetu.
- No cóż, senor don Busqueros - rzekł - nie dowiedziałżeś się w tych dniach czego zajmującego?
Zapytanie kardynała mocno mnie zmieszało, gdyż w istocie ani tego dnia, ani poprzednich nic nie odkryłem zajmującego. Zastanowiwszy się jednak przez chwilę, odpowiedziałem:
- Wasza eminencjo, w tych dniach dowiedziałem się o istnieniu dziecięcia z krwi austriackiej. Kardynał nadzwyczajnie się zdziwił.
- Tak jest - dodałem - wasza eminencja przypomina sobie, że książę Avila połączony był tajemnym związkiem z infantką Beatrycze. Pozostała po nim z tego związku córka imieniem Leonora, która poszła za mąż i miała dziecko. Leonora umarła, pochowano ją w klasztorze karmelitanek. Widziałem jej nagrobek, który później znikł bez śladu.
- To będzie mogło wielce zaszkodzić Avilom i Sorrientom - rzekł kardynał.
Jego eminencja byłby może więcej mówił, ale szczupak przyśpieszył chwilę snu, uznałem więc za stosowne wynieść się. Wszystko to działo się przed trzema tygodniami. W istocie, kochany pasierbie, nie ma już nagrobka tam, gdzie go wprzódy widziałem. A przecież wyraźnie na nim czytałem: "Leonora Avadoro". Wstrzymałem się od wymienienia cię przed jego eminencją nie dlatego, abym chciał dochować ci tajemnicy, ale po prostu na później odłożyłem to doniesienie.
Lekarz towarzyszący mi na przechadzce oddalił się był o kilka kroków. Nagle spostrzegł, że zbladłem i jestem bliski postradania przytomności. Powiedział Busquerowi, że obowiązek zmusza go do przerwania rozmowy i odprowadzenia mnie do domu. Wróciłem więc; lekarz przepisał mi chłodzący napój i kazał przymknąć okiennice. Naówczas oddałem się rozmyślaniom; niektóre uwagi upokorzyły mnie do najwyższego stopnia.
- Otóż to - mówiłem w duchu - tak zawsze wychodzi, kto przestaje z wyższymi od siebie. Księżniczka zawiera ze mną małżeństwo, które nic nie ma w sobie rzeczywistego, i dla jakiejś wymyślonej Leonory popadam w podejrzenie rządu i muszę słuchać plotek człowieka, którym pogardzam. Z drugiej strony, nie mogę usprawiedliwić się, nie zdradzając księżniczki, która zbyt jest dumna, aby kiedykolwiek przyznać się do mnie chciała.
Następnie pomyślałem o maleńkiej dwuletniej Maleli, którą tuliłem do łona w Sorriente, a której nie śmiałem nazwać moją córką. - Lube moje dziecię - zawołałem - jakaż przyszłość los ci gotuje? Może klasztor? Ale nie, ja jestem twoim ojcem i gdy będzie chodziło o twój los, potrafię zaprzeć się wszelkiej ludzkiej przezorności. Będę twoim opiekunem, chociażbym miał własnym życiem to przypłacić.
Myśl o moim dziecięciu rozrzewniła mnie: zalałem się łzami, a wkrótce potem i krwią, gdyż rana mi się otworzyła. Krzyknąłem na chirurgów, przewinięto mi ją na nowo, po czym napisałem do księżniczki i posłałem list przez jednego z jej służących, którego przy mnie zostawiła.
W dwa dni potem znowu udałem się na Prado. Dokoła ujrzałem zgiełk niezwykły. Powiedziano mi, ze król kona. Wniosłem stąd, że może zapomną o mojej sprawie, jakoż nie pomyliłem się. Król umarł nazajutrz. Natychmiast wysłałem drugiego gońca dla zawiadomienia o tym księżniczki.
W dwa dni potem otworzono testament królewski i dowiedziano się, że don Filip Andegaweński został powołany na tron. Umiano ściśle dochować tajemnicy, tak, że wieść ta, rozszedłszy się od razu. niewymownie wszystkich zadziwiła. Wysłałem do księżniczki trzeciego gońca. Odpowiedziała mi od razu na moje trzy listy i naznaczyła spotkanie w Sorriente. Jak tylko poczułem się nieco na siłach, wyjechałem do Sorriente, dokąd księżniczka przybyła w dwa dni później.
- Szczęśliwie udało nam się wywinąć - rzekła do mnie - ten łotr Busqueros był już na prawdziwej drodze i skończyłby niezawodnie na odkryciu naszego małżeństwa. Byłabym umarła ze zmartwienia. Bez wątpienia, czuję, że nie mam słuszności, ale gardząc małżeństwem, zdaje mi się, że wznoszę się nad naszą płeć, a nawet i nad waszą. Nieszczęśliwa duma owładnęła moją duszą i chociażbym na przezwyciężenie jej wszystkich sił użyła, przysięgam ci, że byłoby to daremne.
- A córka twoja? - przerwałem. - Jakiż będzie jej los? Czyż mam jej już nigdy nie zobaczyć?
- Ujrzysz ją - rzekła księżniczka - ale teraz mi o niej nie wspominaj. Wierzaj mi, że więcej, niż możesz sobie wyobrazić, cierpię z powodu tej konieczności ukrywania jej przed światem.
W istocie, księżniczka cierpiała, do moich jednak cierpień dodawała jeszcze upokorzenie. Moja duma także złączyła się z miłością, jaką miałem ku księżniczce. Za grzech odbierałem zasłużoną karę.
Stronnictwo austriackie naznaczyło Sorriente na miejsce ogólnego zjazdu. Ujrzałem kolejno przybywających: hrabiego Oropesę, księcia Infantado, hrabiego Melzara i wiele innych znakomitych osób, że już takich nie wymieniam, którzy wydawali się podejrzanymi. Pomiędzy tymi ostatnimi spostrzegłem niejakiego Uzedę, który podawał się za astrologa i usilnie wpraszał się do mojej przyjaźni.
Nareszcie przybył pewien Austriak, nazwiskiem Berlepsch, ulubieniec królowej-wdowy i zastępca posła od chwili wyjazdu hrabiego Harracha. Kilka dni przepędzono na naradach, na koniec otworzono uroczyste posiedzenie wokół wielkiego stołu przykrytego zielonym suknem. Księżniczka została przypuszczona do obrad i przekonałem się, że duma, a raczej chęć wmieszania się do spraw państwa zupełnie owładnęła jej umysłem.
Hrabia Oropesa, zwracając się do Berlopscha, rzekł:
- Widzisz tu senor zebrane osoby, z którymi ostatni ambasador austriacki naradzał się względem spraw hiszpańskich. Nie jesteśmy ani Francuzami, ani Austriakami, ale Hiszpanami. Jeżeli król francuski przyjmie testament, jego wnuk bez wątpienia zostanie naszym królem. Nie przewidujemy wydarzeń, jakie mogłyby z tego wyniknąć, ale mogę zaręczyć, że żaden z nas nie rozpocznie wojny domowej.
Berlepsch zapewnił, że cała Europa się uzbroi i że nigdy nie ścierpi, aby rodzina Burbonów obejmowała władzo nad tak rozległymi państwami. Następnie zażądał, aby panowie należący do stronnictwa austriackiego wysłali do Wiednia swego pełnomocnika. Hrabia Oropesa zwrócił oczy na mnie i już myślałem, że mnie przedstawi, ale zamyślił się i odpowiedział, że nie nadeszła jeszcze pora do przedsięwzięcia tak stanowczego kroku.
Berlepsch oznajmił, że zostawi kogoś w kraju; zresztą z łatwością spostrzegał, że panowie, obecni na tym posiedzeniu, tylko czekają na sprzyjającą chwilę do otwartego wystąpienia.
Po skończonym posiedzeniu poszedłem do ogrodu złączyć się z księżniczką i powiedziałem jej, że hrabia Oropesa spojrzał na mnie, gdy chodziło o wysłanie pełnomocnika do Austrii.
- Senor don Juanie - rzekła - wyznaję, że mówiliśmy już o tobie w tym względzie i że sama cię nawet wysunęłam. Masz ochotę wyrzucać mi moje postępowanie. Nie ma co mówić, jestem winna, ale wprzódy pragnę wytłumaczyć ci moje położenie. Nie byłam stworzona do miłości, twoja jednak potrafiła wzruszyć moje serce. Zanim miałam na zawsze porzucić rozkosze miłości, chciałam wprzódy je poznać. Cóż powiesz? Nie zmieniły one w niczym mego sposobu myślenia. Prawa, jakie ci nadałam nad moim sercem i moją osobą, jakkolwiek słabe, nie mogą już istnieć. Zatarłam najmniejsze ich ślady. Zamierzam teraz przepędzić kilka lat w świecie i jeżeli można, wpłynąć na losy Hiszpanii. Następnie założę zakon szlacheckich panien, którego sama będę pierwszą ksienią.
Co się tyczy ciebie, senor don Juanie, pojedziesz do przeora Toledo, który opuścił już Wiedeń i udał się na Maltę. Ponieważ jednak stronnictwo, w jakie wszedłeś, mogłoby cię narazić, kupuję przeto cały twój majątek i zabezpieczam jego wartość na moich dobrach w Portugalii, w królestwie Algarve. Nie jest to jedyna ostrożność, senor don Juanie, jaką powinieneś przedsięwziąć. Są w Hiszpanii miejsca, nie znane rządowi, gdzie bezpiecznie można całe życie przepędzić. Polecę cię komuś, kto da ci je poznać. Słowa moje zdają się zadziwiać cię, senor don Juanie. Dawniej okazywałam ci większą czułość, ale zatrwożyły mnie szpiegostwa Busquera i zamiar mój jest nieodwołalny.
To powiedziawszy księżniczka zostawiła mnie własnym myślom, które wcale nie sprzyjały wielkim panom.
- Bogdaj przepadli - zawołałem - półbożkowie tej ziemi, dla których reszta śmiertelnych jest niczym. Zostałem igraszką kobiety, która próbowała na mnie, czy jej serce stworzone jest do miłości, i która skazuje mnie na wygnanie, uważając mnie za zbyt szczęśliwego, że mogę poświęcić się jej własnej i przyjaciół jej sprawie! Ale nic z tego nie będzie. Dzięki mojej małoważności będę jeszcze mógł żyć w spokoju.
Wymówiłem ostatnie wyrazy dość głośno, gdy wtem jakiś głos mi odpowiedział:
- Nie, senor Avadoro, ty nie możesz żyć w spokoju.
Obróciłem się i ujrzałem między drzewami tego samego astrologa Uzedę, o którym wam już wspomniałem.
- Senor don Juanie - rzekł do mnie - słyszałem pewną część twego monologu i mogę cię zapewnić, że w burzliwych czasach nikt spokoju znaleźć nie zdoła. Zasiania cię można opieka, nie powinieneś jej marnować. Jedź do Madrytu, dopełnij sprzedaży proponowanej ci przez księżniczkę l stamtąd udaj się do mego zamku.
- Nie wspominaj mi o księżniczce - przerwałem oburzony.
- Dobrze więc - rzekł astrolog - w takim razie pomówimy o twojej córce, która w tej chwili znajduje się w moim zamku.
Choć uściskania mego dziecięcia uśmierzyła mój gniew, z drugiej zaś strony rzeczywiście nie należało mi porzucać moich opiekunów. Udałem się do Madrytu i oświadczyłem, że wyjeżdżam do Ameryki. Oddałem mój dom i wszystko, co posiadałem, w ręce prawnika księżniczki i wybrałem się w drogę ze służącym, którego mi nastręczył Uzeda. Przez różne manowce dotarliśmy do zamku, w którym byliście i gdzieście poznali jego syna, obecnego tu szanownego kabalistę. Astrolog przyjął mnie u bramy i rzeki:
- Senor don Juanie, tu nie jestem już Uzedą, ale Mamunem Ben Gersom, Żydem z religii i pochodzenia.
Następnie oprowadził mnie po swoim obserwatorium, pracowni i wszystkich kątach swej tajemniczej siedziby.
- Racz mnie objaśnić - rzekłem do niego - czy twoja sztuka zasadza się na czymś rzeczywistym. Powiedziano mi bowiem, że jesteś astrologiem, a nawet czarnoksiężnikiem.
- Chcesz zobaczyć próbę? - przerwał Mamun - Spojrzyj w to weneckie zwierciadło, ja zaś tymczasem pójdę zamknąć okiennice.
Z początku nic nie spostrzegłem, po chwili jednak tło zwierciadła zdawało się z wolna rozjaśniać. Ujrzałem księżniczkę Manuelę z dziecięciem na ręku.
Gdy Cygan kończył te słowa i wszyscy natężaliśmy słuch, ciekawi, co się dalej stanie, jeden z jego hordy przyszedł zdać mu sprawę z dziennych czynności. Naczelnik oddalił się i już go więcej tego dnia nie widzieliśmy.


Dzień pięćdziesiąty dziewiąty


Nazajutrz z niecierpliwością oczekiwaliśmy wieczoru. Cygan zastał nas już od dawna razem zebranych. Zadowolony z zainteresowania, jakie mu okazywaliśmy, nie dał się nawet prosić i sam zaczął mówić w te słowa:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Powiedziałem wam, że utkwiłem wzrok w weneckie zwierciadło i spostrzegłem w nim księżniczkę z dziecięciem na ręku. Po chwili widzenie znikło, Mamun otworzył okiennice i wtedy rzekłem:
- Mości czarnoksiężniku, mniemam, że do oczarowania mego wzroku nie potrzebowałeś współuczestnictwa złych duchów. Znam księżniczkę, już mnie raz oszukała w sposób daleko bardziej zadziwiający. Jednym słowem, jeżeli jej obraz widziałem w zwierciadle, nie wątpię, że ona sama także znajduje się w tym zamku.
- Nie mylisz się - odparł Mamun - i natychmiast pójdziemy do niej na śniadanie.
Otworzył skryte drzwiczki i padłem do nóg mojej małżonki, która nie mogła ukryć swego wzruszenia. Nareszcie przyszła do siebie i rzekła:
- Don Juanie, musiałam to wszystko ci powiedzieć, o czym mówiłam w Sorriente, gdyż była to prawda. Zamiary moje są nieodwołalne, wszelako po twoim odjeździe wyrzucałam sobie moją nieczułość. Instynkt mojej płci wrodzony wzdraga się przed każdym postępowaniem, w którym by można upatrzyć brak serca. Powodowana nim, postanowiłam tu czekać na ciebie i po raz ostatni się z tobą pożegnać.
- Pani - odrzekłem księżniczce - ty byłaś jedynym marzeniem mego życia i ty mi zastąpisz wszelką rzeczywistość. W przyszłych kolejach twego losu zapomnij na wieki o don Juanie. Przystaję na to, ale pomnij, że zostawiam dziecko moje przy tobie.
- Wkrótce je ujrzysz - przerwała księżniczka - i oboje razem powierzymy je tym, którzy mają zająć się jego wychowaniem.
Cóż mam wam powiedzieć? Zdawało mi się naówczas i w tej chwili jeszcze mi się zdaje, że księżniczka miała słuszność. W istocie, czy mogłem żyć z nią będąc i nie będąc jej mężem? Jeżeli nawet zdołaliśmy ujść przed przenikliwością ogółu, to nie uniknęlibyśmy wzroku naszych służących, a wtedy tajemnicy nie można by zachować. Nie ma wątpliwości, że wówczas cały los księżniczki byłby się zmienił, zdawało mi się więc, że słuszność była po jej stronie. Poddałem się zatem i wkrótce miałem ujrzeć moją małą Ondynę. Tak ją bowiem nazwano, ponieważ była ochrzczona z wody, nie zaś z oleju.
Zeszliśmy razem na obiad. Mamun rzekł do księżniczki:
- Pani, sądzę, że należałoby uwiadomić senora o pewnych rzeczach, o których musi się dowiedzieć, i jeżeli podzielasz moje zdanie, ja się tego podejmę.
Księżniczka przystała. Wówczas Mamun, zwracając się do mnie, tymi słowy się odezwał:
- Senor don Juanie, depcesz tu ziemię, nieprzeniknioną dla zwyczajnego wzroku, gdzie każdy strzeże jakiejś tajemnicy. W paśmie tych gór znajdują się obszerne jaskinie i podziemia. Żyją tam Maurowie, którzy od czasów wygnania ich z Hiszpanii nigdy z nich nie wychodzili. W tej oto dolinie, rozciągającej się przed twymi oczyma, zobaczysz mniemanych Cyganów, z których jedni są mahometanami, drudzy chrześcijanami, ostatni wreszcie żadnej nie wyznają wiary. Na szczycie tej skały widzisz dzwonnicę z krzyżem na wierzchu. Jest to klasztor dominikanów. Inkwizycja święta ma powody, dla których przez szpary patrzy na to, co się tutaj dzieje, dominikanie zaś obowiązani są nic nie widzieć. Dom, w którym się znajdujesz, zamieszkują Izraelici. Co siedem lat Żydzi hiszpańscy i portugalscy zgromadzają się tu dla święcenia roku sabatowego, obecnie będącego czterechsetną trzydziestą ósmą rocznicą jubileuszu, jaki odprawił Jozue. Powiedziałem ci, senor Avadoro, że pomiędzy Cyganami z doliny jedni są mahometanami, drudzy chrześcijanami, inni nareszcie żadnej nie wyznają wiary. W istocie, ci ostatni - to poganie pochodzący od Kartagińczyków. Za panowania don Filipa II spalono kilkaset takich rodzin, niektóre tylko schroniły się wokół małego jeziora, utworzonego, jak mówią, przez wybuch wulkanu. Dominikanie z tego klasztoru mają tam swoją kaplicę.
Oto, senor Avadoro, co wymyśliliśmy względem małej Ondyny, która nigdy nie dowie się o swoim pochodzeniu: Ochmistrzyni, kobieta całkiem oddana księżniczce, uchodzi za jej matkę. Wybudowano dla twojej córki piękny domek na brzegach jeziora; dominikanie z klasztoru udzielą jej pierwszych zasad religii. Resztę pozostawimy staraniom Opatrzności. Nikt ciekawski nie będzie mógł zwiedzać brzegów jeziora La Frita.
Gdy to Mamun mówił, księżniczka uroniła kilka łez, ja zaś nie mogłem wstrzymać się od płaczu. Nazajutrz udaliśmy się do tego samego jeziora, koło którego teraz się znajdujemy, i umieściliśmy tam małą Ondynę. Następnego dnia księżniczka odzyskała dawną dumę i wyniosłość i wyznam, że pożegnanie nasze nie było nader rozczulające. Nie zatrzymując się dłużej w zamku, wsiadłem na statek, wylądowałem w Sycylii i ugodziłem się z padronem Speronara, który podjął się zawieźć mnie na Maltę.
Udałem się do przeora Toleda. Szlachetny mój przyjaciel czule mnie uściskał, wprowadził do osobnego pokoju i drzwi zamknął na klucz. W pół godziny potem marszałek przeora przyniósł mi obfity posiłek, nad wieczorem zaś sam Toledo przyszedł, niosąc pod pachą wielką plikę listów, czyli - jak je politycy nazywają - depesz. Nazajutrz jechałem już z poselstwem do arcyksięcia don Karlosa.
Zastałem jego cesarzewiczowską mość w Wiedniu. Skoro tylko oddałem mu depesze, natychmiast zamknięto mnie w osobnym pokoju, tak samo jak na Malcie. Po upływie godziny sam arcyksiążę przyszedł do mnie, zaprowadził do cesarza i rzekł:
- Mam zaszczyt przedstawić Waszej Cesarsko-Apostolskiej Mości margrabiego Castelli, szlachcica sardyńskiego, i zarazem upraszać dla niego o klucz szambelański.
Cesarz Leopold, nadając swojej dolnej wardze jak najłagodniejszy wyraz, zapytał mnie po włosku, od jak dawna opuściłem Sardynię.
Nie byłem przyzwyczajony do rozmawiania z monarchami, a jeszcze mniej do kłamstwa, za całą wiec odpowiedź skłoniłem się głęboko.
- To dobrze - rzekł cesarz - przyłączam WPana do świty mego syna.
Tym sposobem od razu, chcąc nie chcąc, zostałem margrabią Castelli i szlachcicem sardyńskim.
Tego samego wieczora dostałem nadzwyczajnego bólu głowy, nazajutrz gorączki, a w dwa dni potem - ospy. Zaraziłem się nią w jednej z gospód w Karyntii.
Choroba moja była gwałtowna i nader niebezpieczna, wyleczyłem się jednak, i to nie bez korzyści, margrabia Castelli bowiem w niczym nie był podobny do don Avadora i zmieniając nazwisko, zmieniłem zarazem i powierzchowność. Teraz mniej niż kiedykolwiek poznano by we mnie ową Elwirę, która niegdyś miała zostać wicekrólową Meksyku.
Skoro tylko wróciłem do zdrowia, wnet powierzono mi korespondencję z Hiszpanią.
Tymczasem don Filip Andegaweński królował nad Hiszpanią i Indiami, a nawet nad sercami swoich poddanych. Ale nie pojmuję, jaki szatan miesza się właśnie w takich chwilach do władców i ich spraw. Król don Filip i królowa, jego małżonka, stali się niejako pierwszymi poddanymi księżnej Orsini. Nadto do rady państwa przypuszczono posła francuskiego, kardynała d'Estrees, co do najwyższego stopnia oburzyło Hiszpanów. Z drugiej strony, król francuski Ludwik XIV myśląc, że wszystko mu wolno, obsadził Mantuę załogą francuską. Wtedy arcyksiążę don Karlos powziął nadzieje panowania.
Było to w samym początku roku 1703, gdy pewnego wieczora arcyksiążę rozkazał mnie przywołać. Postąpił kilka kroków naprzeciw mnie, raczył mnie objąć, a nawet czule uściskać. Przyjęcie to zapowiadało mi coś nadzwyczajnego.
- Castelli - rzekł arcyksiążę - czy nie odebrałeś żadnych wiadomości od przeora Toleda? Odpowiedziałem, że dotąd żadnych nie miałem.
- Był to znakomity człowiek - dodał po chwili arcyksiążę.
- Jak to - był? - przerwałem.
- Tak jest - odparł arcyksiążę - był; przeor Toledo umarł na Malcie na zgniłą gorączkę, ale znajdziesz we mnie drugiego Toleda. Opłakuj twego przyjaciela i bądź mi wierny.
Opłakałem rzewnymi łzami stratę przyjaciela i pojąłem, że teraz nie potrafię już przestać być Castellim.
Mimowolnie stałem się niewolniczym narzędziem arcyksięcia.
Następnego roku udaliśmy się do Londynu. Stamtąd arcyksiążę wyruszył do Lizbony, ja zaś pojechałem złączyć się z wojskiem lorda Peterborougha, którego, jak to wam już mówiłem, miałem niegdyś zaszczyt poznać w Neapolu. Byłem z nim razem, gdy - zmuszając Barcelonę do poddania się - dał poznać swój charakter szlachetnym czynem, powszechnie wówczas sławionym. Podczas kapitulacji niektóre oddziały wojska sprzymierzonego weszły do miasta i zaczęły je rabować. Książę Popoli, który wówczas dowodził w imieniu króla don Filipa, żalił się na to przed lordem.
- Pozwól mi na chwilę wejść do miasta z mymi Anglikami - rzekł Peterborough - a zaręczam, że wszystko przyprowadzę do porządku. Uczynił, jak powiedział, po czym opuścił miasto i ofiarował mu zaszczytną kapitulację.
Wkrótce potem arcyksiążę, zawładnąwszy prawie całą Hiszpanią, przybył do Barcelony. Znów zająłem stanowisko w jego orszaku, nadal pod nazwiskiem margrabiego Castelli. Pewnego wieczora, przechadzając się w świcie arcyksięcia po głównym placu, spostrzegłem człowieka, którego chód raz wolny, to znowu przyspieszony, przypominał mi don Busquera. Kazałem go śledzić. Doniesiono mi, że jest to jakiś człowiek z fałszywym nosem, który każe nazywać się doktorem Robusti. Nie wątpiłem na chwilę, że jest to mój łotr, który w celu szpiegowania nas wcisnął się do miasta.
Opowiedziałem to arcyksięciu, który upoważnił mnie do postąpienia z nim, jak mi się tylko podoba. Naprzód więc kazałem zamknąć niegodziwca na odwachu, a następnie w godzinie parady ustawiłem od odwachu aż do portu dwa rzędy grenadierów, uzbroiwszy wprzódy każdego giętkim brzozowym prętem. Jeden od drugiego stał w odległości nie zawadzającej wolnym poruszeniom prawej ręki. Don Busqueros, wychodząc z odwachu, poznał, że te przygotowania jego się tyczą i że jest, jak to mówią, królem tej uroczystości. Puścił się więc z całej siły, unikając tym sposobem połowy razów, wszelako dostał ich przynajmniej ze dwieście. W porcie wpadł do szalupy, która go zawiozła na pokład fregaty, gdzie dozwolono mu zająć się leczeniem swego grzbietu.
Czas było już zająć się sprawami hordy, Cygan opuścił nas więc, zostawiając dalsze przygody na dzień następny.



Dzień sześćdziesiąty


Cygan nazajutrz tak dalej mówił:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Od dziesięciu lat zostawałem ciągle przy boku arcyksięcia. Smutnie upłynęły mi najpiękniejsze lata mego życia, chociaż co prawda nie weselej upływały one dla reszty Hiszpanów. Zaburzenia zdawały się co dzień kończyć, nigdy jednak nie ustawały. Stronnicy don Filipa rozpaczali nad jego słabością do księżnej Orsini, partia zaś don Karlosa także nie miała z czego się cieszyć. Oba stronnictwa popełniły mnóstwo błędów: uczucie zmęczenia i niechęci było powszechne.
Księżniczka Avila, przez długi czas będąc duszą stronnictwa austriackiego, byłaby może przeszła na stronę don Filipa, ale raziła ją niepohamowana duma księżnej Orsini. Nareszcie ta ostatnia musiała na jakiś czas opuścić widownię swoich czynności i oddalić się do Rzymu; wkrótce jednak powróciła bardziej triumfujaca niż kiedykolwiek. Wtedy księżniczka Avila wyjechała do Algarve i zajęła się fundacją swego klasztoru. Księżna Sidonia kolejno straciła córkę i zięcia. Ród Sidoniów ostatecznie wygasł, majątki przeszły do rodziny Medina Celi, księżna zaś wyjechała do Andaluzji.
Roku 1711 arcyksiążę wstąpił na tron po swoim bracie Józefie i został cesarzem pod imieniem Karola VI. Zazdrość Europy, zamiast na Francję, zwróciła się teraz na arcyksięcia. Nie chciano, aby Hiszpania była pod jednym berłem z Węgrami. Austriacy opuścili Barcelonę i zostawili w niej margrabiego Castelli, w którym mieszkańcy pokładali nieograniczone zaufanie. Nie szczędziłem wszystkich starań, aby ich tylko przyprowadzić do rozsądku, ale zabiegi moje okazały się bezskuteczne. Nic pojmuję, jaka wściekłość owładnęła umysłami Katalończyków: sądzili, że potrafią stawić czoło całej Europie.
Śród tych wypadków odebrałem list od księżniczki Avila. Podpisywała się już ksienią z Val Santa. List zawierał te jedynie wyrazy:
Jak tylko bodziesz mógł, jedź do Uzedy i staraj się widzieć Ondynę. Wprzódy jednak nie zaniechaj pomówić z przeorem dominikanów,
Książę Popoli, naczelny wódz wojsk króla don Fi-lipa, obiegł Barcelonę. Przede wszystkim kazał wznieść szubienicę na dwadzieścia pięć stóp wysoką, przeznaczoną dla margrabiego Castelli. Zebrałem znaczniejszych mieszkańców Barcelony i rzekłem dc nich:
- Panowie, umiem cenić zaszczyt, jaki mi sprawia wasze do mnie zaufanie, ale nie jestem wojskowym, a tym samym nie zdam się na waszego dowódcę. Z drugiej strony, jeżeli kiedykolwiek będziecie zmuszeni do kapitulacji, za pierwszy warunek położą wam wydanie mnie, co bez wątpienia będzie dla was na-der drażliwe. Lepiej zatem, abym się z wami pożegnał i na zawsze was opuścił.
Gdy lud raz wpadnie na drogę niedorzeczności, chętnie naówczas pociąga za sobą jak najwięcej indywiduów i sądzi, że wiele zyska na odmówieniu paszportu. Nie pozwolono mi zatem wyjechać, ale zamiar mój od dawna już był przygotowany. Zamówiona łódź oczekiwała mnie na brzegu; o północy wsiadłem w nią i nazajutrz wieczorem wylądowałem we Floriano, rybackiej wiosce w Andaluzji.
Nagrodziwszy hojnie marynarzy, odesłałem ich, sam zaś zapuściłem się w góry. Długo nie mogłem rozpoznać drogi, nareszcie odnalazłem zamek Uzedy i samego właściciela, który pomimo astrologii z trudnością zdołał mnie sobie przypomnieć.
- Senor don Juanie - rzekł - lub raczej senor Castelli, twoja córka jest zdrowa i niewypowiedzianie piękna. Co do reszty, rozmówisz się z przeorem dominikanów.
W dwa dni potem ujrzałem przybywającego sędziwego zakonnika, który rzekł do mnie:
- Senor kawalerze, święta inkwizycja, której jestem członkiem, mniema, że na wiele rzeczy w tych górach powinna patrzeć przez szpary. Czyni to w nadziei nawrócenia zabłąkanych owieczek, w znacznej liczbie tu się znajdujących. Przykład ich wywarł na młodą Ondynę zgubne skutki. Zresztą jest to dziewczyna dziwnego sposobu myślenia. Gdyśmy ją nauczali zasad świętej naszej wiary, słuchała z uwagą i nie dawała poznać po sobie, że wątpi w prawdę naszych słów; po chwili jednak uczestniczyła w modlitwach mahometańskich, a nawet przy uroczystościach pogan. Idź, senor kawalerze, do jeziora La Frita i ponieważ masz do niej prawo, staraj się zbadać jej serce.
Podziękowałem szanownemu dominikanowi i udałem się na brzeg jeziora. Przybyłem na przylądek położony od północy. Ujrzałem żagiel przesuwający się po wodzie z szybkością błyskawicy. Zacząłem podziwiać budowę statku. Była to łódka wąska i długa, na kształt łyżwy, opatrzona dwoma drągami, których przeciwwaga chroniła ją od wywrotu. Silny maszt utrzymywał trójkątny żagiel, młoda zaś dziewczyna, wsparta na wiosłach, zdawała się ulatywać i muskać powierzchnię wód. Szczególny ten statek przybił do miejsca, na którym stałem. Młoda dziewczyna wysiadła; miała ramiona i nogi obnażone, zielona jedwabna suknia przylegała jej do ciała, włosy spadały w bujnych pierścieniach na śnieżną szyję, niekiedy wstrząsała nimi jak grzywą. Widok ten przypomniał mi dzikich mieszkańców Ameryki.
- Ach, Manuelo - zawołałem - Manuelo, więc to jest nasza córka?!
W istocie była to ona. Udałem się do jej mieszkania, Ochmistrzyni Ondyny przed kilku laty umarła, wtedy księżniczka sama przyjechała i powierzyła córkę pewnej rodzinie wallońskiej. Ondyna wszelako nie chciała uznawać żadnej władzy nad sobą. W ogóle mało mówiła, wdrapywała się na drzewa, wspinała na skały i rzucała w jezioro. Z tym wszystkim nie brakowało jej pojętności. Tak na przykład sama wymyśliła ten wdzięczny statek, który przed chwilą wam opisywałem. Jeden tylko wyraz zmuszał ją do posłuszeństwa. Było to wspomnienie o jej ojcu i gdy chciano, aby co uczyniła, wtedy rozkazywano jej w imieniu ojca. Skoro przybyłem do jej mieszkania, natychmiast postanowiono ją zawołać. Przyszła cała drżąca i uklękła przede mną. Przycisnąłem ją do serca, okryłem pieszczotami, ale nie mogłem z niej wydobyć ani jednego słowa.
Po obiedzie Ondyna odeszła znowu do swej łodzi, wsiadłem razem z nią, pochwyciła oba wiosła i wypłynęła na środek jeziora. Starałem się wszcząć z nią rozmowę. Naówczas położyła wiosła i zdawała się słuchać mnie z uwagą. Znajdowaliśmy się na wschodniej części jeziora. tuż koło otaczających je stromych skał.
- Droga Ondyno - rzekłem - czy uważałaś pilnie na święte nauki ojców z klasztoru? Ondyno. jesteś przecie istotą rozumną, masz duszę i religia powinna przewodniczyć ci na drodze życia.
Gdy tak w najlepsze zabrałem się do udzielania jej ojcowskich przestróg, nagle wskoczyła do wody i znikła mi z oczu. Trwoga mnie zdjęli, czym prędzej powróciłem do mieszkania i zacząłem wołać o pomoc. Odpowiedziano mi, że nie mam się czego obawiać, że wzdłuż skał są jaskinie, czyli sklepienia, łączące się między sobą. Ondyna znała te przejścia, zanurzała się, znikała i w kilka godzin potem wracała. W istocie, wkrótce powróciła, ale tym razem zaniechałem już moich przestróg. Ondynie, jak to już mówiłem, nie brakowało pojętności, ale wychowana w pustyni, zostawiona samej sobie, nie miała żadnego wyobrażenia o stosunkach towarzyskich.
Po kilku dniach jakiś braciszek klasztorny przyszedł do mnie od księżniczki, czyli raczej od ksieni Manueli. Miał mi dać habit podobny do swego i do niej zaprowadzić. Szliśmy wzdłuż brzegu morskiego aż do ujścia Guadiany, skąd dostaliśmy się do Algarve i przybyli wreszcie do Val Santa. Klasztor był już na ukończeniu. Ksieni przyjęła mnie w rozmównicy ze zwykłą godnością; odesławszy jednak świadków, nie mogła wstrzymać się od rozczulenia. Rozwiały się marzenia jej dumy, zostały tylko tęskno żale za niepowrotnymi uczuciami miłości. Chciałem mówić jej o Ondynie; ksieni z westchnieniem prosiła mnie, abym odłożył tę rozmowę na dzień następny.
- Mówmy o tobie - rzekła mi - przyjaciele twoi nie zapomnieli o twoim losie. Twój majątek podwoił się w ich rękach; ale idzie o to, pod jakim nazwiskiem będziesz mógł go używać, niepodobna bowiem, abyś dłużej chciał uchodzić za margrabiego Castelli. Król nie przebacza tym, którzy należeli do powstania w Katalonii.
Długo rozmawialiśmy o tym przedmiocie, nie mogąc się zgodzić na nic stanowczego. W kilka dni potem Manuela oddała mi sekretny list odebrany od posła austriackiego. Pismo w pochlebnych wyrazach zapraszało mnie do Wiednia. Wyznam, że mało rzeczy w życiu równie mnie uszczęśliwiło. Gorliwie służyłem cesarzowi i wdzięczność jogo dla mnie wydała mi się najsłodszą nagrodą.
Wszelako nie dałem się omamić łudzącym nadziejom, znałem dobrze dworskie zwyczaje. Pozwalano mi być w łasce u arcyksięcia, który na próżno dobijał się o tron, ale nie mogłem spodziewać się, aby mnie ścierpiano przy boku najpierwszego monarchy chrześcijańskiego. Obawiałem się nade wszystko pewnego pana austriackiego, który zawsze usiłował mi szkodzić. Był to ów hrabia Altheim, który później nabrał takiego znaczenia. Pomimo to udałem się do Wiednia i uściskałem kolana Jego Apostolskiej Mości. Cesarz raczył rozważać ze mną, czyby nic lepiej było zostać przy dawnym nazwisku Castelli aniżeli wracać do swojego, i ofiarował mi znaczny urząd w swoim państwie. Dobroć jego mnie rozrzewniła, ale skryte przeczucie ostrzegało mnie, że nie będę z niej korzystał.
W owym czasie kilku panów hiszpańskich porzuciło na zawsze ojczyznę i osiedliło się w Austrii. Między nimi byli hrabiowie Lorios, Oias, Vasquez, Taruca i kilku innych. Znałem ich dobrze i wszyscy namawiali mnie, abym poszedł za ich przykładem. Był to także mój zamiar; ale skryty nieprzyjaciel, o którym wam wspominałem, czuwał. Dowiedział się o wszystkim, co zaszło podczas mego posłuchania, i natychmiast uwiadomił o tym posła hiszpańskiego. Ten mniemał, że prześladując mnie wywiąże się z obowiązku dyplomatycznego. Właśnie toczyły się ważne układy. Poseł zaczął wynajdować przeszkody i do wysuniętych trudności dołączył uwagi nad moją osobą i nad rolą, jaką odgrywałem. Droga ta zaprowadziła go do zamierzonego celu. Wkrótce spostrzegłem, ż położenie moje całkiem się odmieniło. Obecność moja zdawała się mieszać układnych dworzan. Przewidywałem taką zmianę jeszcze przed przyjazdem do Wiednia i nic bardzo się nią zmartwiłem. Prosiłem o pożegnalne posłuchanie. Udzielono mi go, nie wspominając o niczym. Wyjechałem do Londynu i po kilku latach dopiero wróciłem do Hiszpanii.
Znalazłem ksienię bladą i zagrożoną wycieńczeniem.
- Don Juanie - rzekła do mnie - musiałeś spostrzec zmiany, jakie czas na mnie poczynił. W istocie, czuję, że niedługo doczekam się końca życia, które nie ma już dla mnie żadnego powabu. Wielki Boże. na ileż zarzutów zasłużyłam z twojej strony! Posłuchaj, don Juanie, moja córka umarła w pogaństwie. a wnuczka moja jest mahometanką. Myśl ta zabija mnie, weź - czytaj.
To mówiąc podała mi list od Uzedy następującej treści:
Pani i wielebna ksieni!
Poszedłszy odwiedzić Maurów w ich jaskiniach, do-wiedziałem się, że jakaś kobieta pragnie ze mną pomówić. Udałem się za nią do jej mieszkania, gdzie mi rzekła: „Senor astrologu, ty, który wiesz o wszystkim, wytłumacz mi wypadek, jaki się zdarzył memu synowi. Nachodziwszy się przez cały dzień śród wąwozów i przepaści naszych gór, zaszedł do bardzo pięknego źródła. Tam wyszła do niego jakaś prześliczna dziewczyna, w której mój syn się zakochał, chociaż sądził, że ma do czynienia z wróżką. Mój syn wyjechał w daleką podróż i prosił mnie, abym wszelkimi sposobami starała się wyjaśnić tę tajemnicę."
Tak do mnie mówiła Mauretanka, ja zaś natychmiast odgadłem, że wróżką tą była nasza Ondyna, która rzeczywiście ma zwyczaj zanurzania się w niektórych jaskiniach i wypływania z drugiej strony ze źródła. Odpowiedziałem Mauretance kilka mało znaczących słów, aby ją uspokoić, sam zaś udałem się do jeziora. Starałem się wybadać Ondynę, ale na próżno, znasz pani jej wstręt do rozmowy. Wkrótce jednak nie potrzebowałem o nic się pytać, postać jej zdradziła tajemnicę. Przeprowadziłem ją do mego zamku, gdzie szczęśliwie powiła córeczkę. Żądna powrotu do jeziora, niebawem uciekła z zamku, rozpoczęła dawny, gwałtowny tryb życia i w kilka dni potem uległa chorobie. Nareszcie, muszę bowiem wszystko wyznać, nie pomięłam, aby kiedykolwiek oświadczyła się z przywiązaniem do tej lub owej religii. Co do jej córki, to pochodząc po ojcu z najczystszej krwi mauretańskiej, musi nieodmiennie zostać mahometanką. W przeciwnym razie moglibyśmy na nas wszystkich ściągnąć zemstę mieszkańców podziemia.
- Przekonywasz się, don Juanie - dodała księżniczka w najwyższej rozpaczy - jak muszę być nieszczęśliwa. Moja córka umarła w pogaństwie, moja wnuczka musi zostać muzułmanką!... Wielki Boże - jakże srogo mnie karzesz!
Gdy Cygan domawiał tych słów, spostrzegł, że jest już późno, odszedł więc do swoich ludzi, my zaś wszyscy udaliśmy się na spoczynek.


Dzień sześćdziesiąty pierwszy


Przewidywaliśmy, że przygody Cygana zmierzają już ku końcowi, z tym większą przeto niecierpliwością oczekiwaliśmy wieczoru i natężyliśmy cala uwagę, gdy naczelnik tak zaczął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Znakomita ksieni Val Santa może nie byłaby upadła pod brzemieniem zgryzot, ale naznaczyła sobie ostre pokuty, którym wycieńczony jej organizm nie mógł się oprzeć. Widziałem, jak gaśnie powoli, i nie mogłem odważyć się, aby ją porzucić. Moja suknia zakonna pozwalała mi o każdej porze wchodzić do klasztoru i pewnego dnia nieszczęśliwa Manuela na moim łonie wyzionęła ducha. Książę Sorriente, spadkobierca księżniczki, znajdował się podówczas w Val Santa. Pan ten postępował ze mną nader otwarcie.
- Znam - rzekł do mnie - stosunki, jakie miałeś ze stronnictwem austriackim, do którego sam także należałem. Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebował jakiej usługi, proszę cię, racz mnie nie pomijać. Będę to sobie uważał za łaskę. Co do otwartych związków z tobą, pojmujesz, że bez niepotrzebnego narażenia nas obu żadnym sposobem nie mogę w nie wchodzić.
Książę Sorriente miał słuszność. Byłem jedną ze straconych placówek stronnictwa. Wystawiono mnie naprzód, aby mnie potem wedle upodobania opuścić. Zostawał mi jeszcze majątek znaczny i łatwy do przeniesienia, cały bowiem znajdował się w rękach braci Moro. Chciałem wyjechać do Rzymu albo do Anglii, ale gdy szło o powzięcie stanowczego zamiaru, nie mogłem nic przedsięwziąć. Wzdrygałem się na samą myśl powrotu do świata. Pogarda dla stosunków towarzyskich stała się pod pewnym względem chorobą mego umysłu.
Uzeda widząc, że waham się i nie wiem, co począć, namówił mnie do wejścia w służbę szejka Gomelezów.
- Cóż to za służba? - zapytałem. - Nic sprzeciwia się ona w niczym spokojowi mojej ojczyzny?
- W niczym - odpowiedział. - Maurowie kryjący się w tych górach przygotowują rewolucję w islamie; powoduje nimi polityka i fanatyzm. Do dopięcia celu mają niezmierne środki. Niektóre najznakomitsze rodziny hiszpańskie dla własnej korzyści weszły z ni-mi w stosunki. Inkwizycja ciągnie z nich znaczne pieniądze i pozwala na to w głębi ziemi, czego by nie ścierpiała na powierzchni. Zresztą, don Juanie, wierzaj mi, zakosztuj życia, jakie prowadzimy w naszych dolinach.
Znudzony światem, postanowiłem pójść za radą Uzedy. Cyganie muzułmańscy i pogańscy przyjęli mnie jako człowieka przeznaczonego na ich naczelnika i przysięgli mi niezmienne posłuszeństwo. Do Cyganek jednak należało ostatecznie wpłynąć na moje postanowienie. Dwie zwłaszcza nader wpadły mi w oko, jedna nazywała się Quitta, druga Zitta. Obie były zachwycające i nie wiedziałem, którą mam wybrać. Spostrzegły moją niepewność i wydźwignęły mnie z kłopotu mówiąc, że wielożeństwo jest u nich dozwolone i że nie potrzeba żadnego obrzędu religijnego do uświęcenia małżeńskiego związku.
Wyznaję ze wstydem, że uwiodła mnie ta występna rozpusta. Niestety, jeden jest tylko sposób utrzymania się na drodze cnoty: należy unikać wszelkich ścieżek, których ona jasno nie oświeca. Jeżeli człowiek ukrywa swoje nazwisko, uczynki lub zamiary, niedługo będzie musiał taić się z całym swoim życiem. Związek mój z księżniczką w tym tylko był naganny, że musiałem go ukrywać, i wszystkie tajemnice mego życia stały się koniecznym jego następstwem. Bardziej niewinny urok zatrzymywał mnie w tych dolinach, a mianowicie urok życia, jakie w nich prowadzono. Widnokrąg niebios zawsze rozpięty nad naszymi głowami, świeżość jaskiń i lasów, woń powietrza, kryształy wód, kwiaty, wyrastające niemal za każdym naszym krokiem, nareszcie cała natura wystrojona we wszystkie ponęty - działały kojąco na moją duszę znękaną światem i zgiełkliwą jego wrzawą.
Moje małżonki obdarzyły mnie dwiema córkami. Naówczas zacząłem zwracać większą uwagę na głos mego sumienia. Widziałem zgryzoty Manueli, które zaprowadziły ją do grobu. Postanowiłem, że moje córki nie będą ani mahometankami, ani pogankami. Należało nad nimi czuwać, nie było więc nad czym się namyślać, pozostałem w służbie Gomelezów. Powierzone mi nader ważne sprawy i niezmierne sumy pieniędzy. Byłem bogaty, niczego dla siebie nie żądałem, ale za pozwoleniem mego zwierzchnika, ile mogłem, oddawałem się dobroczynności. Często udawało mi się wybawiać ludzi z wielkich nieszczęść.
W ogóle prowadziłem w głębi ziemi życie, jakie rozpocząłem na jej powierzchni. Znowu zostałem agentem dyplomatycznym. Jeździłem kilka razy do Madrytu i odbyłem kilka podróży poza granice Hiszpanii. Ten czynny sposób życia powrócił mi straconą dzielność. Coraz więcej do niego się przywiązywałem.
Tymczasem córki moje podrastały. Podczas ostatniej mojej wycieczki wziąłem je ze sobą do Madrytu. Dwóch szlachetnie urodzonych młodzieńców potrafiło zjednać sobie ich serca. Ich rodziny zostają w związkach z mieszkańcami naszych podziemi i nie lękamy się, aby rozgadali to. co córki moje mogłyby im powiedzieć o naszych dolinach. Skoro tylko obie wydam za maż, natychmiast wstąpię do jakiegoś świętego schronienia, gdzie spokojnie będę oczekiwał końca życia, które chociaż niezupełnie było wolne od błędów, nic może się jednak nazywać występnym. Chcieliście, abym wam opowiedział moje przygody, pragnę, abyście teraz nie żałowali waszej ciekawości.
- Rada bym tylko - rzekła Rebeka - dowiedzieć się, co się stało z Busquerem.
- Zaraz ci to opowiem - odparł Cygin. - Oćwiczenie w Barcelonie zraziło go do szpiegostwa, ale ponieważ otrzymał je pod nazwiskiem Robustiego, mniemał przeto, że w niczym nie mogło ono zaszkodzić sławie Busquera. Śmiało więc ofiarował swoje usługi kardynałowi Alberoniemu i został w jego ministerium gmatwaczem podrzędnym, podobnym w tym do swego opiekuna, który był znakomitym gmatwaczem.
Następnie inny awanturnik, nazwiskiem Riperda, rządził Hiszpanią. Pod jego władzą Busqueros doznał jeszcze kilku pomyślnych dni, ale czas, który kładzie tamę najświetniejszym losom, pozbawił Busquera możności używania własnych nóg. Dotknięty paraliżem, kazał się zanosić na Plaza del Sol i tam jeszcze rozwijał zwykłą swą czynność, zatrzymując przechodniów i o ile możności mieszając się do ich spraw. Ostatnim razem widziałem go w Madrycie obok najzabawniejszej w świecie postaci, w której poznałem poetę Aguadeza. Wiek pozbawił go wzroku i bieda k pocieszał się myślą, że Homer także był ślepy. Busqueros opowiadał mu plotki miejskie, Agudez układał je wierszami i niekiedy słuchano go z przyjemnością, chociaż został mu tylko cień dawnych zdolności.
- Senor Avadoro - zapytałem z kolei - cóż się stało z córką Ondyny?
- Dowiesz się o tym później, tymczasem racz zająć się przygotowaniami do twego odjazdu.
Udaliśmy się w pochód i po długiej podróży przybyliśmy do doliny głęboko wydrążonej i zewsząd opasanej skałami. Gdy rozbito namioty, naczelnik Cyganów przyszedł do mnie i rzekł:
- Senor Alfonsie, weź twój kapelusz i szpadę i udaj się za mną.
Postąpiliśmy o sto kroków dalej i przybyliśmy do otworu w skale, przez który ujrzałem długą, ciemną galerię.
- Senor Alfonsie - rzekł do mnie naczelnik - znamy twoją odwagę, zresztą nie pierwszy raz odbywasz tę drogę. Wejdź w tę galerię i tak jak poprzednim razem zapuść się we wnętrzności ziemi. Żegnam cię, tu już musimy się rozstać.
Pamiętny pierwszej wycieczki, spokojnie postępowałem przez kilka godzin w ciemności. Nareszcie spostrzegłem światełko i przybyłem do grobowca, gdzie ujrzałem tego samego modlącego się starego derwisza. Na szmer, który wchodząc sprawiłem, derwisz odwrócił się i rzekł:
- Witam cię, młodzieńcze! Z prawdziwą przyjemnością znowu cię tu oglądam. Umiałeś dotrzymać twego słowa względem pewnej części naszej tajemnicy, teraz odkryjemy ci całą i nie prosimy już o milczenie. Tymczasem odpocznij i pokrzep siły.
Usiadłem na kamieniu i derwisz przyniósł mi koszyk, w którym znalazłem mięso, chleb i wino. Gdy posiliłem się, derwisz popchnął jedną ze ścian grobowca, obrócił ją na zawiasach i wskazał mi kręcone schodki.
- Zejdź tędy - rzekł do mnie - zobaczysz, co będziesz miał do czynienia.
Naliczyłem jeszcze blisko tysiąca schodów w ciemności i dostałem się do jaskini oświeconej kilku lampami. Spostrzegłem kamienną ławkę, na której leżały uporządkowane dłuta stalowe i młotki z tegoż samego kruszcu. Przed ławką błyskała żyła złota objętości człowieka. Kruszec był ciemnożółty i zdawał się zupełnie czysty. Zrozumiałem, czego ode mnie żądano. Chciano, abym wykuł tyle złota, ile tylko będę mógł.
Ująłem dłuto lewą, młotek zaś prawą ręką i w krótkim czasie stałem się dość biegłym górnikiem; ale dłuta się tępiły i często musiałem je zmieniać. Po upływie trzech godzin wykułem więcej złota, aniżeli jeden człowiek mógłby udźwignąć.
Wtedy spostrzegłem, że jaskinia napełnia się wodą; wszedłem na schodki, ale woda ciągle się wznosiła, musiałem więc całkiem jaskinię opuścić. W grobowcu zastałem derwisza; pobłogosławił mnie i pokazał kręcone schodki, prowadzące do góry, którymi miałem się udać. Zacząłem wstępować i uszedłszy znowu jakie tysiąc kroków, znalazłem się w okrągłej sali, oświeconej mnóstwem lamp, których blask odbijał się w płytach miki i opalu, zdobiących ściany.
W głębi sali wznosił się złoty tron, na którym siedział starzec w śnieżnym turbanie na głowie. Poznałem w nim pustelnika z doliny. Moje kuzynki bogato ubrane stały tuż przy nim. Kilku derwiszów w białej odzieży otaczało go z obu stron.
- Młody nazarejczyku - rzekł do mnie szejk - poznajesz we mnie pustelnika, który cię przyjmował w dolinie Gwadalkwiwiru, ale zarazem zgadujesz, że jesieni wielkim szejkiem Gomelezów. Przypominasz sobie zapewne twoje dwie małżonki. Prorok pobłogosławił ich pobożną tkliwość, obie wkrótce zostaną matkami i będą mogły ustalić plemię przeznaczone do powrócenia kalifatu rodzinie Alego. Nie zawiodłeś naszych nadziei, wróciłeś do obozu i najmniejszym słówkiem nie dałeś poznać tego, co ci się w naszych podziemiach przytrafiło. Oby Allach spuścił rosę szczęścia na twoją głowę!
To powiedziawszy szejk zszedł z tronu i uściskał mnie, kuzynki uczyniły to samo. Odesłano derwiszów, przeszliśmy do drugiej komnaty, gdzie w głębi zastawiono wieczerzę. Nie było tam już żadnych uroczystych przemów, żadnych namawiań do mahometanizmu. Wesoło przepędziliśmy razem znaczną część nocy.


Dzień sześćdziesiąty drugi


Nazajutrz z rana znowu posłano mnie do kopalni, gdzie wykułem taką samą ilość złota jak wczoraj. Wieczorem poszedłem do szejka i zastałam u niego obie moje małżonki. Prosiłem go, aby raczył zadowolić moją ciekawość względem wielu rzeczy, o których chciałem się dowiedzieć, zwłaszcza zaś o jego własnych przygodach. Szejk odpowiedział, że w istocie przyszedł czas, w którym należy mi odkryć całą tajemnicę, i zaczął w te słowa:
HISTORIA WIELKIEGO SZEJKA GOMELEZÓW
Widzisz we mnie pięćdziesiątego drugiego następcę Masuda Ben-Taher, pierwszego szejka Gomelezów, który wybudował Kassar, znikał ostatniego piątku każdego miesiąca i następnego dopiero powracał.
Kuzynki twoje już ci niektóre rzeczy opowiedziały:
ja dokończę ich opowieść i odsłonię ci wszystkie nasze tajemnice. Maurowie już od kilku lat znajdowali się w Hiszpanii, gdy dopiero pomyśleli o zapuszczeniu się w doliny Alpuhary. Doliny te zamieszkiwał naówczas lud zwany Turdulami lub Turdetanami Krajowcy ci sami siebie nazywali Tarszisz i utrzymywali, że niegdyś przebywali w okolicach Kadyksu. Zatrzymali wiele wyrazów ze swego starożytnego języka, którym umieli nawet pisać. Litery tego języka oznaczano w Hiszpanii nazwą descunoseidas. Pod panowaniem Rzymian, a następnie Wizygotów Turdetanie składali bogate haracze, a w zamian za to zachowywali zupełną niepodległość i dawną wiarę. Czcili Boga pod imieniem Jahh i składali mu ofiary na górze, zwanej Gomelez Jahh, co oznaczało w ich języku Góra Jahha. Arabowie zdobywcy, nieprzyjaciele chrześcijan, jeszcze bardziej nienawidzili pogan lub tych, którzy za takich uchodzili.
Pewnego dnia Masud w podziemiach zamku znalazł kamień pokryty starożytnymi literami. Podniósł go i spostrzegł kręcone schodki, prowadzące do wnętrza góry, kazał więc przynieść sobie pochodnię i sam zapuścił się do środka. Znalazł komnaty, przejścia, korytarze, ale obawiając się zabłądzić, powrócił. Następnego dnia znowu zwiedził podziemia i spostrzegł pod nogami cząstki wypolerowane i świecące. Zebrał je, zaniósł do siebie i przekonał się, że to czyste złoto. Przedsięwziął trzecią podróż i idąc za śladem złotego pyłu dostał się do tej samej żyły złota, nad którą pracowałeś. Osłupiał na widok tylu bogactw. Powrócił czym prędzej i nie zaniechał wszelkich ostrożności, jakie tylko mógł wymyślić, dla zatajenia przed światem swego skarbu. Przy wejściu do podziemia kazał zbudować kaplicę i udał, że chce w niej prowadzić pustelnicze życie na modlitwie i rozmyślaniu. Tymczasem ciągle pracował nad żyłą złota i kuł drogi kruszec, o ile możności najwięcej. Praca szła mu niezmiernie wolno, gdyż nie tylko nie śmiał przybrać pomocnika, ale nadto musiał potajemnie starać się o stalowe narzędzia, potrzebne mu do górniczej pracy.
Masud ujrzał wtedy, że bogactwa wcale nie stanowią o władzy, miał bowiem przed sobą więcej złota aniżeli wszyscy panowie ziemscy. Dobywanie jednak przychodziło mu z niesłychaną trudnością; poza tym nie wiedział, co począć ze złotem i gdzie je schować.
Masud był gorliwym wyznawcą Proroka i zagorzałym stronnikiem Alego. Mniemał, że sam Prorok odkrył mu i dał to złoto dla przywrócenia kalifatu swojej rodzinie, to jest potomkom Alego, i następnie przez nich dla nawrócenia świata na islam. Myśl ta zaprzątnęła jego umysł. Oddał się jej z tym większym zapałem, że ród Omajadów chwiał się w Bagdadzie i powzięto nadzieję przywrócenia do tronu Alidów. W istocie, Abbasydzi wytępili Omajadów, ale żadna stąd korzyść nie wynikła dla rodu Alego, przeciwnie, jeden nawet z Omajadów przybył do Hiszpanii i został kalifem Kordowy.
Masud, widząc się bardziej niż kiedykolwiek otoczonym nieprzyjaciółmi, umiał pilnie się ukrywać. Zaniechał nawet wykonania swoich zamiarów, ale nadał im kształt, który, że tak powiem, zachowywał je na przyszłość. Wybrał sześciu naczelników rodzin ze swego pokolenia, zobowiązał ich świętą przysięgą i odkrywszy im tajemnicę złotej żyły, rzekł:
- Od dziesięciu lat posiadam już ten skarb i nie mogłem uczynić z niego żadnego użytku. Gdybym był młodszy, byłbym mógł zebrać wojowników i panować złotem i mieczem. Ale odkryłem moje bogactwa za późno. Znano mnie jako stronnika Alego i zanim zdążyłbym zebrać stronnictwo, nie omieszkano by mnie zamordować. Mam nadzieję, że Prorok nasz przywróci kiedyś kalifat swojej rodzinie i że wtedy cały świat przejdzie na jego wiarę. Czas jeszcze nie nadszedł, należy go jednak przygotować. Mam stosunki w Afryce, gdzie tajemnie popieram Alidów, trzeba także w Hiszpanii utwierdzić potęgę naszego pokolenia. Na-de wszystko zaś musimy ukrywać nasze środki. Nie powinniśmy wszyscy nosić tego samego nazwiska. Ty więc, krewny mój, Zegrysie, z całym twoim rodem osiedlisz się w Grenadzie. Moi zostaną w górach i zachowają nazwisko Gomelezów. Inni oddalą się do Afryki i tam zaślubią córki Fatymidów. Zwłaszcza należy zwracać uwagę na młodzież, zgłębiać jej sposób myślenia i wystawiać na rozmaite próby. Jeżeli kiedykolwiek znajdzie się między nią młodzieniec obdarzony niepospolitymi zdolnościami i dzielnością, naówczas postara się o zrzucenie z tronu Abbasydów, wytępienie do szczętu Omajadów i przywrócenie kalifatu potomkom Alego. Według mego zdania, przyszły zdobywca powinien przyjąć tytuł Mahdiego, czyli Dwunastego Imama, i zastosować do siebie przepowiednię Proroka, który powiada, że "słońce wstanie na zachodzie".
Takie były zamiary Masuda. Zapisał je w księdze i nic odtąd nie przedsiębrał bez rady sześciu naczelników pokolenia. Nareszcie złożył godność i jednemu z nich powierzył miejsce wielkiego szejka i zamek Kassar-Gomelez. Ośmiu szejków nastąpiło po sobie. Zegrysowie i Gomelezi nabyli najpiękniejsze majątki w Hiszpanii, niektórzy przeszli do Afryki, objęli ważne stanowiska i spokrewnili się z najmożniejszymi rodzinami.
Już upływał drugi wiek Hegiry, gdy jeden z Zegrysów ośmielił się ogłosić Mahdim, czyli naczelnikiem według prawa. Założył stolicę w Kairuanie, o jeden dzień drogi od Tunisu, podbił całą Afrykę i stał się głową rodu kalifów Fatymidów. Szejk Kassar-Gomelezu posłał mu mnóstwo złota, zresztą musiał więcej niż kiedykolwiek osłaniać się mrokiem tajemnicy, chrześcijanie bowiem brali górę i obawiano się, aby Kassar nie popadł w ich ręce. Wkrótce szejk wpadł w drugi kłopot. Było nim nagłe wzniesienie się Abencerragów, rodu nieprzyjaznego naszemu i zupełnie odmiennego od nas sposobu myślenia.
Zegrysowie i Gomelezi byli dzikimi, zamkniętymi w sobie i gorliwymi o wiarę; przeciwnie, Abencerragowie postępowali łagodnie, dworsko z kobietami i przyjaźnie z chrześcijanami. Przeniknęli do pewnego stopnia nasze tajemnice i otoczyli nas zasadzkami.
Następcy Mahdiego zdobyli Egipt i zostali uznani w Syrii równie jak w Persji. Potęga Abbasydów runęła ze szczętem. Książęta turkmeńscy owładnęli Bagdadem, pomimo to jednak wyznanie Alego mało co się rozszerzało i wyznanie sunnickie wciąż miało nad nim przewagę.
W Hiszpanii Abencerragowie coraz bardziej psuli obyczaje. Kobiety pokazywały się bez zasłon, mężczyźni zaś wzdychali u ich nóg. Szejkowie Kassaru nie wychodzili więcej z zamku i nie dotykali się złota. Stan ten trwał długo, nareszcie Zegrysowie i Gomelezi, pragnąc ocalić wiarę i królestwo, spiknęli się przeciw Abencerragom i wymordowali ich na Lwim Podwórzu, we własnym ich pałacu, zwanym Alhambrą.
Nieszczęsny ten wypadek pozbawił Grenadę znacznej części obrońców i przyśpieszył jej zgubę. Doliny Alpuhary, idąc za przykładem reszty kraju, poddały się zwycięzcom. Szejk Kassar-Gomelezu zburzył swój zamek i schronił się do wnętrza podziemi, do tych samych komnat, gdzie widziałeś braci Zota. Sześć rodzin ukryło się wraz z nim we wnętrznościach ziemi, reszta schroniła się do przyległych jaskiń, których otwory wychodziły na inne doliny.
Niektórzy z Zegrysów i Gomelezów przyjęli wiarę chrześcijańską lub przynajmniej udali nawrócenie. W ich liczbie była rodzina Morów, którzy trzymali wprzódy dom handlowy w Grenadzie, a następnie zostali nadwornymi bankierami. Nie obawiali się braku funduszów, mieli bowiem do rozporządzenia wszystkie skarby podziemia. Związki z Afryką ciągle trwały, zwłaszcza zaś z królestwem Tunisu. Wszystko szło dość dobrze, aż do czasów Karola, cesarza i króla hiszpańskiego. Zakon Proroka, który już nie błyszczał w Azji tak świetnie jak za kalifów, szerzył się natomiast w Europie, wsparty podbojami Otomanów.
W owej epoce niezgoda, wszystko burząca na ziemi, wdarła się także i pod ziemię, czyli do naszych jaskiń. Szczupłość przestrzeni rozjątrzała jeszcze wzajemne niesnaski. Sefi i Billah powadzili się o godność szejka, o którą w istocie warto było się ubiegać, jako o nadającą prawo rozporządzania niewyczerpaną kopalnią. Sefi, przekonany o swojej słabości, chciał przejść na stronę chrześcijan; Billah utopił mu sztylet w piersiach, po czym zastanowił się nad bezpieczeństwem ogółu. Tajemnicę podziemia spisano na pergaminie i pokrajano go na sześć pasków, prostopadłych do pisma. Tylko więc razem złączone można je było przeczytać. Każdy pasek powierzono jednemu z sześciu naczelników rodzin i pod karą śmierci zakazano udzielać innym. Wtajemniczony nosił pasek na prawym ramieniu. Billah nad wszystkimi mieszkańcami podziemia i okolic zachował prawo życia i śmierci. Sztylet, który zanurzył w piersiach Sefiego, stał się oznaką jego władzy i przechodził w dziedzictwie do następców. Zaprowadziwszy tym sposobem surowy rząd w podziemiach, Billah z niezmordowaną energia zajął się sprawami Afryki. Gomelezowie posiedli w niej kilka tronów. Zapanowali w Tarudancie i Tlemcenie, ale Afrykańczycy są to ludzie lekkomyślni, słuchający przede wszystkim głosu namiętności, działalność więc Gomelezów w tej części świata nigdy nie dawała takich wyników, jakich by się należało spodziewać.
Około tego czasu zaczęto prześladować Maurów pozostałych w Hiszpanii. Billah zręcznie skorzystał z tej okoliczności. Z niesłychaną przebiegłością urządził system wzajemnej opieki między podziemiem a ludźmi piastującymi wysokie urzędy. Ci sądzili, że opiekują się tylko kilkoma rodzinami mauretańskimi, chcącymi pozostać w spokoju, rzeczywiście zaś dopomagali zamiarom szejka, który w nagrodę otwierał im swoją kiesę. Spostrzegam także w naszych rocznikach, że Billah ustanowił, a raczej przywrócił próby, przez jakie młodzież musiała przechodzić dla udowodnienia dzielności swego charakteru. Próby te przed Billahem puszczono w zapomnienie. Wkrótce nastąpiło wygnanie Maurów. Szejk podziemia nazywał się Kader. Był to człek mądry, który nie zaniechał wszelkich środków, jakie tylko mogły zapewnić bezpieczeństwo ogółu. Bankierowie Moro utworzyli stowarzyszenie ludzi znaczących, którzy udawali miłosierdzie dla Maurów; pod tym pozorem wyświadczali im tysiączne przysługi i kazali sobie sowicie płacić.
Maurowie, wygnani do Afryki, unieśli ze sobą ducha zemsty bezustannie ich ożywiającego. Można było myśleć, że cała ta część świata powstanie i zaleje Hiszpanię; ale wkrótce państwa afrykańskie przeciw nim się oświadczyły. Na próżno w wewnętrznych wojnach krew hojnie się lała, na próżno szejkowie podziemia sypali złoto, nieubłagany Mulaj Izmael skorzystał ze stuletnich niezgód i założył państwo dotąd istniejące.
Tu przechodzę do chwili mego urodzenia i już o samym sobie będę ci opowiadał.
Gdy szejk domawiał tych słów, oznajmiono, że wieczerza jest już na stole, i wieczór ten upłynął nam jak poprzedzający.



Dzień sześćdziesiąty trzeci


Z rana znowu wysiano mnie do podziemia. Ile mogłem, tyle złota wykułem; zresztą przyzwyczaiłem się już do tej pracy, całe dnie bowiem tylko przy niej spędzałem. Wieczorami chodziłem do szejka, gdzie zastawałem moje kuzynki. Prosiłem go, aby da-' lej raczył mi opowiadać swoje przygody, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Zaznajomiłem cię z historią naszych podziemi, na ile samemu mi jest wiadoma, teraz zaś opowiem ci własne moje przygody. Urodziłem się w obszernej jaskini, przyległej do tej, w której się znajdujemy. Światło pochyło do niej wpadało, nieba wcale nie było widać, ale wychodziliśmy między rozpadliny skał oddychać świeżym powietrzem, gdzie pokazywała się cząstka sklepienia niebieskiego, a często nawet i słońce. Mieliśmy na powierzchni małą kwaterę, na której uprawialiśmy kwiaty. Mój ojciec był jednym z sześciu naczelników rodzin. Na mocy tego wraz z całą rodziną mieszkał w podziemiu. Krewni jego zamieszkiwali doliny i uchodzili za chrześcijan. Niektórzy osiedlili się na przedmieściu Grenady, zwanym Albaycin. Wiesz, że nie ma tam wcale domów, a mieszkańcy zajmują wydrążenia skalne na pochyłości góry. Kilka z tych szczególnych mieszkań łączyło się z pewnymi jaskiniami, które dochodziły aż do naszego podziemia. Najbliżsi mieszkańcy co piątek schodzili się do nas na wspólną modlitwę, dalsi przybywali tylko na wielkie uroczystości.
Matka mówiła do mnie po hiszpańsku, ojciec zaś po arabsku, stąd też dokładnie poznałem oba języki, zwłaszcza zaś drugi z nich. Nauczyłem się na pamięć Koranu i często zagłębiałem się nad komentarzami. Od najmłodszych lat byłem gorliwym mahometaninem, nader przywiązanym do wyznania Alego; przeciw chrześcijanom zaszczepiono we mnie gwałtowną nienawiść. Wszystkie te uczucia, że tak powiem, zrodziły się razem ze mną i wzrastały w ciemnościach naszych jaskiń.
Doszedłem osiemnastego roku życia i zdawało mi się, że już od kilku lat jaskinie gniotą mnie i duszą. Wzdychałem do wolnego powietrza; uczucie to wywarło wpływ na moje zdrowie, słabłem, niknąłem w oczach i matka pierwsza stan ten we mnie spostrzegła. Zaczęła badać moje serce; powiedziałem jej wszystko, czego doznawałem. Opisałem jej dręczącą mnie duszność i szczególną niespokojność serca, której nie potrafiłem wyrazić. Dodałem, że koniecznie pragnę odetchnąć innym powietrzem, widzieć niebo, lasy, góry, morze, ludzi i że umrę, jeżeli mi tego nie dadzą. Matka zalała się łzami i rzekła:
- Drogi Masudzie, choroba twoja jest zwykłą między nami. Ja sama ją miałam i wtedy pozwolono mi przedsięwziąć kilka wycieczek. Byłam w Grenadzie i dalej. Ale inaczej rzecz się ma z tobą. Powzięto Względem ciebie ważne zamiary; wkrótce rzucą cię w świat, i to daleko więcej, aniżelibym tego pragnęła. Wszelako przyjdź do mnie jutro o świcie, postaram się, abyś odetchnął świeżym powietrzem.
Nazajutrz stawiłem się na spotkanie naznaczone mi przez matkę.
- Kochany Masudzie - rzekła do mnie - chcesz zażyć świeższego powietrza aniżeli to, jakim oddychasz w naszych jaskiniach, uzbrój się zatem w cierpliwość. Pełznąc przez jakiś czas pod tą skałą, dostaniesz się do nader głębokiej i ciasnej doliny, ale gdzie powietrze jest swobodniejsze niż u nas. W niektórych miejscach możesz nawet wdrapać się na skały i ujrzysz pod nogami niezmierny widnokrąg. Ta wyżłobiona droga była początkowo rozpadliną, która popękała w różnych kierunkach. Jest to labirynt krzyżujących się ścieżek, masz więc oto kilka węgli i gdy spotkasz przed sobą rozdroża, naznacz tę drogę, którą szedłeś; tym tylko sposobem nie zabłądzisz. Weź ze sobą ten worek z zapasami; co do wody, tej będziesz miał pod dostatkiem. Spodziewam się, że nikogo nie spotkasz; dla pewności zatknij jednak za pas jatagan. Wielce się narażam, dogadzając twoim żądaniom, dlatego też nie zabaw długo.
Podziękowałem mojej dobrej matce, zacząłem pełznąć i wyszedłem do ciasnego i wyżłobionego przejścia, wyłożonego atoli zielonością. Następnie spostrzegłem małą zatokę pięknej wody, dalej zaś krzyżujące się wąwozy. Szedłem przez znaczną część dnia. Szmer strumienia zwrócił moją uwagę, postąpiłem ku jego spadkowi i przybyłem do zatoki, w którą strumień się rzucał. Miejsce to było zachwycające. Przez chwilę stałem osłupiały z podziwu, następnie głód zaczął mi dokuczać, dobyłem z worka zapasy, dopełniłem umywania, nakazanego prawem Proroka, i zabrałem się do posiłku. Skończywszy moją ucztę, znowu obmyłem się, pomyślałem o powrocie do podziemia i udałem się tą samą drogą. Wtedy usłyszałem dziwny szmer wody, obróciłem się i ujrzałem wychodzącą z wodospadu kobietę. Zmoczone włosy prawie całą ją okrywały, miała jednak oprócz tego zieloną jedwabną suknię, przylegającą do ciała. Wróżka, wyszedłszy z wody, skryła się w krzaku, po czym wyszła w wysuszonej sukni i z włosami zawiniętymi na grzebień.
Wstąpiła na skałę, jak gdyby pragnęła nacieszyć się widokiem, następnie zaś wróciła do źródła, z którego była wyszła. Mimowolnym poruszeniem chciałem ją zatrzymać i zastąpiłem jej drogę. Z początku przelękła się, ale ja padłem na kolana i pokorna ta postawa nieco ją uspokoiła. Zbliżyła się do mnie, wzięła za brodę, podniosła mi głowę i pocałowała w czoło. Nagle z szybkością błyskawicy rzuciła się w zatokę i zniknęła. Byłem pewny, że to wróżka lub - jak je nazywają w naszych arabskich powieściach - peri. Podszedłem jednak do krzaka, w którym się skryła, i znalazłem na nim sukienkę, rozwieszoną jakby do wysuszenia.
Nie miałem po co dłużej czekać, wróciłem więc do podziemia. Uściskałem moją matkę, ale nie opowiedziałem jej przygody, jaka mnie spotkała, wyczytałem bowiem w naszych gazdach, że wróżki lubią, aby im dochowywać tajemnicy. Tymczasem matka moja, widząc mnie tak nadzwyczajnie ożywionego, cieszyła się, że nastręczona mi przez nią wolność wywarła równie pomyślny skutek.
Nazajutrz wróciłem do źródła. Ponieważ naznaczyłem je wprzódy węglem, teraz z łatwością je wynalazłem. Stanąwszy u celu, zacząłem z całych sił wołać na wróżkę i przepraszać, że ośmieliłem się dopełniać umywania w jej źródle. I tym jednak razem to samo uczyniłem, po czym rozłożyłem moje zapasy, których, tajemnym przeczuciem wiedziony, przyniosłem na dwoje. Jeszcze nie zacząłem był mojej uczty, gdy w źródle usłyszałem szmer i wyszła z niego wróżka z śmiejącą twarzą, pryskając na mnie wodą.
Pobiegła do krzaka, przebrała się w suchą suknię i usiadła przy mnie. Zajadała jak zwykła śmiertelniczka ale nie rzekła ani słowa. Wyobraziłem sobie, że jest to zwyczaj wróżek, i nic przeciw niemu nie miałem do powiedzenia.
Don Juan Avadoro zapoznał cię ze swymi przygodami, zgadujesz zatem, że moja wróżka była jego córka Ondyną, która zanurzała się pod sklepienia skal i ze swego jeziora wypływała do zatoki.
Ondyna była niewinna, a raczej nie znała ani grzechu, ani niewinności. Postać miała tak czarującą, obejście tak proste i ponętne, że marząc w duszy, iż zostałem małżonkiem wróżki, namiętnie ją pokochałem. Trwało to przez miesiąc. Pewnego dnia szejk kazał mnie przywołać. Zastałem u niego zgromadzonych sześciu naczelników rodzin. Mój ojciec był między nimi.
- Synu mój - rzekł do mnie - opuścisz nasze jaskinie i udasz się do tych szczęśliwych krajów, gdzie wyznają wiarę Proroka.
Słowa te krew mi ścięły w żyłach. Wszystko mi było jedno: umrzeć lub rozłączyć się z wróżką.
- Drogi ojcze - zawołałem - pozwól, abym nigdy nie opuszczał tych podziemi.
Zaledwie wymówiłem te wyrazy, gdy ujrzałem wszystkie sztylety wzniesione nade mną.
Ojciec zdawał się pierwszym do przeszycia mi serca.
- Przystaję na śmierć - rzekłem - ale dozwól mi wprzódy pomówić z matką.
Udzielono mi tej łaski; rzuciłem się w jej objęcia i opowiedziałem moje przygody z wróżką. Matka mocno się zdziwiła i rzekła:
- Kochany Masudzie, nie sądziłam, że wróżki istnieją na świecie. Zresztą nie znam się na tym, ale mieszka stąd niedaleko pewien bardzo mądry Hebrajczyk, którego się o to zapytam. Jeżeli ta, którą kochasz, jest wróżką, potrafi cię wszędzie wynaleźć. Z drugiej jednak strony wiesz, że najmniejsze nieposłuszeństwo karzą u nas śmiercią. Starcy nasi powzięli względem ciebie wielkie zamiary, poddaj się im czym prędzej i staraj się zasłużyć na ich przychylność.
Słowa mojej matki wywarły na mnie silne wrażenie. Wyobraziłem sobie, że w istocie wróżki są wszechmocne i że moja wynajdzie mnie. choćby na końcu świata. Poszedłem do ojca i przysiągłem ślepe posłuszeństwo na wszelkie rozkazy.
Nazajutrz wyjechałem w towarzystwie pewnego mieszkańca Tunisu, nazwiskiem Sid-Ahmet, który naprzód zawiózł mnie do swego rodzinnego miasta, jednego z najrozkoszniejszych w świecie. Z Tunisu udaliśmy się do Zaguanu, małego miasteczka słynnego z wyrobu czerwonych czapeczek, znanych pod nazwą fezów. Powiedziano mi, że niedaleko miasta znajduje się szczególniejszy budynek złożony z kaplicy i galerii otaczającej półkolem małą zatokę. Woda strumieniem wytryskuje z kaplicy i napełnia zatokę. Dawnymi czasy woda z zatoki wchodziła do wodociągu prowadzącego ją do Kartaginy. Mówiono także, że kaplica poświęcona jest jakiemuś bóstwu źródła. Wyobraziłem sobie, szalony, że bóstwem tym jest moja wróżka. Udałem się do źródła i zacząłem ją z całych sił przyzywać. Echo mi tylko odpowiedziało. Wspomniano mi znowu w Zaguanie o pałacu duchów, którego zwaliska leżały o kilka mii w głębi pustyni. Poszedłem i ujrzałem tam okrągły budynek, w dziwnie pięknym smaku wystawiony. Spostrzegłem jakiegoś człowieka, siedzącego na zwaliskach i rysującego. Zapytałem go po hiszpańsku, czy to prawda, że duchy zbudowały ten pałac. Uśmiechnął się i odpowiedział mi, że jest to teatr, w którym starożytni Rzymianie wyprawiali walki dzikich zwierząt, i że miejsce to, dziś nazywające się el-Dżem, było niegdyś ową sławną Zamą. Objaśnienie podróżnego wcale mnie nie zajęło; wolałbym był spotkać duchy, które by mi co doniosły o mojej wróżce.
Z Zaguanu udaliśmy się do Kairuanu, dawnej stolicy Mahdich. Było to ogromne miasto o stu tysiącach mieszkańców, burzliwych i w każdej chwili skłonnych do powstania. Przepędziliśmy tam cały rok.
Z Kairuanu przeszliśmy do Gadames, małego niepodległego kraiku, który stanowił część Beled-el-Dżeridu, czyli kraju daktylów. Tak nazywają okolicę rozciągającą się między pasmem Atlasu a piaszczystą pustynią Sahary. Drzewa daktylowe tak obficie rodzą w tym kraju, że jedno może przez cały rok wyżywić wstrzemięźliwego człowieka, a tacy składają tameczny lud. Nie brak wszelako i innych środków pożywienia, jak zboże, zwane durrą, oraz barany na wysokich nogach i bez wełny, których mięso jest wyśmienite.
Znaleźliśmy w Gadames wielką ilość Maurów rodem z Hiszpanii. Nie było pomiędzy nimi ani Zegrysów, ani Gomelezów, wiele jednak rodzin szczerze do nas przywiązanych; w każdym razie, był to kraj zbiegów. Jeszcze rok nie był upłynął, gdy otrzymałem od mego ojca list kończący się tymi słowy: "Matka każe ci powiedzieć, że wróżki są zwykłymi kobietami i że nawet mają dzieci". Zrozumiałem, że moja wróżka była podobną do mnie śmiertelniczką, i myśl ta uspokoiła nieco moją wyobraźnię.
Gdy szejk domawiał tych słów, jeden z derwiszów oznajmił nam, że wieczerza jest już zastawiona, wesoło więc poszliśmy do stołu.


Dzień sześćdziesiąty czwarty


Nazajutrz nie zaniechałem udać się do kopalni, gdzie przez cały dzień gorliwie wykonywałem rzemiosło górnika. Wieczorem poszedłem do szejka i prosiłem go, aby dalej raczył opowiadać, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Mówiłem ci, że otrzymałem od mego ojca list, z którego dowiedziałem się, że moja wróżka jest kobietą. Znajdowałem się naówczas w Gadames. Sid-Ahmet wyprawił się ze mną do Fezanu, kraju większego od Gadames, ale mniej żyznego, i gdzie mieszkańcy są wszyscy czarni. Stamtąd udaliśmy się do oazy Ammona, gdzie musieliśmy czekać na wiadomości z Egiptu. Ludzie wysłani przez nas powrócili po dwóch tygodniach z ośmioma dromaderami. Chód tych zwierząt był nie do wytrzymania, trzeba go było jednak znosić przez osiem godzin bez przerwy. Gdy zatrzymaliśmy się, dano każdemu dromaderowi kulkę z ryżu, gumy i kawy; wypoczęliśmy przez cztery godziny i znowu ruszyliśmy w drogę.
Trzeciego dnia stanęliśmy w Bahr-bela-ma, czyli na morzu bez wody. Jest to szeroka dolina piaszczysta i pokryta muszlami; nie spostrzegliśmy żadnego śladu ani roślin, ani zwierząt. Wieczorem przybyliśmy na brzegi jeziora obfitującego w natron, który jest rodzajem soli. Tam porzuciliśmy naszych przewodników i dromadery i przepędziłem noc sam na sam z Sid-Ahmetem. O świcie przybyło ośmiu krzepkich ludzi, którzy posadzili nas na noszach dla przeniesienia przez jezioro. Postępowali jeden za drugim, gdzie bród zdawał się dość wąski. Natron kruszył się pod ich stopami, które jednak dla ochronienia od ran poowiązywali skórami. Tym sposobem niesiono nas dłużej niż przez dwie godziny. Jezioro wychodziło w dolinę osłoniętą dwiema skałami z białego granitu, po czym ginęło pod wielkim sklepieniem, utworzonym przez naturę, ale wykończonym ręką ludzką.
Tu przewodnicy rozniecili ogień i nieśli nas jeszcze przez jakieś sto kroków, aż do pewnego rodzaju przystani, gdzie łódź na nas czekała. Przewodnicy nasi ofiarowali nam lekki pokarm, sami zaś posilali się, pijąc i kurząc haszysz, czyli wyskok z konopianego nasienia. Następnie rozpalili pochodnię z żywicy, szeroko oświecającą przestrzeń dokoła, i uczepili ją do steru łodzi. Wsiedliśmy, nasi przewodnicy zmienili się w wioślarzy i przez całą resztę dnia płynęli z nami pod ziemią. Nad wieczorem przybyliśmy do zatoki, skąd kanał rozlewał się na kilka koryt. Sid-Ahmet rzekł mi, że tu zaczyna się sławny w starożytności labirynt Ozymandiasa. Dziś pozostała tylko podziemna część gmachu, łącząca się z jaskiniami Luksoru i z wszystkimi podziemiami Tebaidy.
Zatrzymano łódź przy wejściu do jednej z zamieszkanych jaskiń, sternik poszedł dla nas po pożywienie, po czym owinęliśmy się w nasze haiki i zasnęliśmy w łodzi.
Nazajutrz znowu wzięto się do wioseł. Łódź nasza płynęła pod obszernymi galeriami, nakrytymi płaskimi głazami nadzwyczajnego rozmiaru; niektóre z nich całkiem zapisane były hieroglifami. Przybyliśmy nareszcie do portu i udaliśmy się do miejscowej załogi. Dowodzący nią wojskowy zaprowadził nas do swego naczelnika, który podjął się przedstawienia nas szejkowi Druzów.
Szejk przyjaźnie podał mi rękę i rzekł:
- Młody Andaluzyjczyku, bracia nasi z Kassar-Gomelezu pochlebnie piszą mi o tobie. Oby błogosławieństwo Proroka spoczęło na tobie.
Sid-Ahmeta szejk zdawał się znać od dawna. Zastawiono wieczerzę, po czym wpadli jacyś ludzie dziwnie ubrani i zaczęli rozmawiać z szejkiem w języku dla mnie niezrozumiałym. Wyrażali się z gwałtownością, wskazując na mnie, jak gdyby oskarżali mnie o jakąś zbrodnię. Rzuciłem wzrokiem na mego towarzysza podróży, ale ten znikł. Szejk wpadł w niepohamowany gniew. Porwano mnie, okuto mi łańcuchami ręce i nogi i wrzucono do więzienia.
Była to jaskinia wykuta w skale, tu i ówdzie poprzerywana łączącymi się ze sobą wydrążeniami. Lampa oświecała wejście do mego podziemia, spostrzegłem dwoje przeraźliwych oczu, a tuż za nimi straszliwą paszczę, uzbrojoną w potworne zęby. Krokodyl wsunął pół swego ciała do mojej jaskini i groził mi pochłonięciem. Byłem skrępowany, nie mogłem się ruszyć, odmówiłem więc modlitwę i czekałem śmierci.
Krokodyl jednak przykuty był na łańcuchu, była to próba, na jaką chciano wystawić moją odwagę. Druzowie tworzyli wówczas liczną sektę na Wschodzie. Początek jej odnosi się do pewnego zagorzalca nazwiskiem Darazi, który w istocie był tylko narzędziem Hakima Biamrillaha, trzeciego kalifa Fatymidów w Egipcie. Władca ten, znany ze swej bezbożności, usiłował koniecznie przywrócić dawne izyjskie zabobony. Rozkazał się uważać za wcielenie bóstwa i oddawał się najpotworniejszym sprośnościom, do których upoważniał także swoich zwolenników. W owej epoce nie zniesiono jeszcze zupełnie dawnych misteriów i odprawiano je w podziemiach labiryntu. Kalif kazał się wtajemniczyć, ale upadł w szalonych swoich przedsięwzięciach. Zwolennicy jego, prześladowani, schronili się do labiryntu.
Dziś wyznają najczystszą wiarę mahometańską, ale zastosowaną do sekty Alego, jaką niegdyś przyjęli Fatymidzi. Przybrali nazwę Druzów dla uniknięcia powszechnie znienawidzonego miana Hakimitów. Druzowie z dawnych misteriów zostawili tylko zwyczaj wystawiania na próby. Byłem obecny przy kilku i zauważyłem środki fizyczne, nad którymi bez wątpienia byliby się zastanowili pierwsi uczeni europejscy;
nadto zdaje mi się, że Druzowie mają pewne stopnie wtajemniczenia, gdzie wcale już nie chodzi o mahometanizm, ale o rzeczy, o których nie mam żadnego pojęcia. Zresztą do zbadania ich byłem naówczas zbyt młody. Przepędziłem cały rok w podziemiach labiryntu, jeździłem często do Kairu, gdzie stawałem u ludzi tajemnymi związkami z nami połączonych.
Właściwie mówiąc, podróżowaliśmy jedynie dla poznania skrytych nieprzyjaciół wyznania sunnickiego, naówczas panującego. Wybraliśmy się w drogę do Maskatu, gdzie imam wyraźnie oświadczył się przeciw sunnitom. Znakomity ten duchowny przyjął nas nader uprzejmie, pokazał nam spis wierzących w niego pokoleń arabskich i dowiódł, że z łatwością może simnitów z Arabii wypędzić. Wszelako nauka jego sprzeciwiała się wyznaniu Alego, nie mieliśmy więc z nim nic do czynienia.
Stamtąd popłynęliśmy do Bassory i przez Szyraz przybyliśmy do państwa Safawidów. Tu w istocie wszędzie znaleźliśmy wyznanie Alego panującym, ale Persowie oddali się rozkoszom, niezgodom domowym i mało co dbali o postęp islamu poza swym krajem. Zalecano nam odwiedzenie Jezydów, zamieszkujących wierzchołki Libanu. Nazwę Jezydów nadawano różnym rodzajom sekciarzy, ci właściwie znani są pod nazwą Mutawali. Z Bagdadu więc skierowaliśmy się drogą przez pustynię i przybyliśmy do Tadmory, którą wy nazywacie Palmirą, skąd napisaliśmy do szejka Jezydów. Przysłał nam konie, wielbłądy i zbrojny orszak.
Zastaliśmy cały naród zgromadzony w dolinie niedaleko Baalbeku. Tam doznaliśmy prawdziwego zadowolenia. Sto tysięcy zagorzalców wyło przekleństwa na Omara i pochwały dla Alego. Odprawiono pogrzebową uroczystość na cześć Hussejna, syna Alego. Jezydowie nożami krajali sobie ramiona, niektórzy nawet, uniesieni gorliwością, poprzerzynali sobie żyły l poumierali, nurzając się we własnej krwi.
Zabawiliśmy dłużej u Jezydów, aniżeli się spodziewałem, i otrzymaliśmy nareszcie wiadomości z Hiszpanii. Rodzice moi już nie żyli i szejk zamierzał mnie usynowić. Po czterech latach podróży szczęśliwie na koniec
wróciłem do Hiszpanii. Szejk usynowił mnie ze wszystkimi zwykłymi uroczystościami. Wkrótce uwiadomiono mnie o rzeczach, nie znanych nawet sześciu naczelnikom rodzin. Chciano, ażebym został Mahdim. Naprzód miałem się dać uznać na Libanie. Druzowie egipscy oświadczyli się za mną, Kairuan także przeszedł na moją stronę; w każdym razie to ostatnie miejsce powinienem był obrać na stolicę. Przeniósłszy tam bogactwa Kassar-Gomelezu, mogłem zostać wkrótce najpotężniejszym władcą na ziemi.
Wszystko to było nieźle wymyślone, ale naprzód - byłem jeszcze zbyt młody, po wtóre - nie miałem żadnego pojęcia o wojnie. Postanowiono więc, że niezwłocznie udam się do wojska otomanskiego, które naówczas toczyło bój z Niemcami. Obdarzony łagodnym sposobem myślenia, chciałem oprzeć się tym zamiarom, ale trzeba było być posłusznym. Wyprawiono mnie, jak na znakomitego wojownika przystało; udałem się do Stambułu i przyłączyłem do orszaku wezyra. Pewien wódz niemiecki, imieniem Eugeniusz, pobił nas na głowę i zmusił wezyra do cofnięcia się za Tunę, czyli Dunaj. Następnie chcieliśmy znowu rozpocząć zaczepną wojnę i przejść do Siedmiogrodu. Postępowaliśmy wzdłuż Prutu, gdy Węgrzy z tyłu na nas wpadli, odcięli od granic kraju i do szczętu rozbili. Dostałem dwie kule w piersi i porzucono mnie na polu bitwy jako poległego.
Koczujący Tatarzy podnieśli mnie. owiązali moje rany i za całe pożywienie dawali mi skwaśniałe nieco kobyle mleko. Napój ten, mogę śmiało rzec, ocalił mi życie. Przez rok jednak tak dalece byłem osłabiony, że nie mogłem dosiąść konia, i gdy horda zmieniała koczowisko, kładziono mnie na wozie z kilkoma starymi kobietami, które mnie pielęgnowały.
Umysł mój, równie jak ciało, upadł na siłach i nie mogłem ani słowa nauczyć się po tatarsku. Po upływie dwóch lat spotkałem mułłę znającego język arabski. Powiedziałem mu, że jestem Maurem z Andaluzji i że błagam, aby mi pozwolono wrócić do ojczyzny.
Mułła przemówił za mną do chana, który dał mi pieniędzy na podróż.
Dostałem się nareszcie do naszych jaskiń, gdzie od dawna uważano mnie za straconego. Przybycie moje sprawiło powszechną radość. Sam tylko szejk nie cieszył się, widząc mnie tak osłabionego i z nadwerężonym zdrowiem. Teraz mniej niż kiedykolwiek byłem zdolny na Mahdiego. Wszelako wysłano posła do Kairuanu dla wybadania umysłów, chciano bowiem czym prędzej rozpocząć.
Poseł wrócił po sześciu tygodniach. Wszyscy otoczyli go z nadzwyczajną ciekawością, gdy wtem, w samym środku opowiadania, padł jak zemdlony. Udzielono mu pomocy, odzyskał przytomność, chciał mówić, ale nie mógł zebrać myśli. Zrozumiano tylko, że w Kairuanie panuje zaraza. Chciano go oddalić, ale już było za późno: dotykano się podróżnego, przenoszono jego rzeczy i od razu wszyscy mieszkańcy jaskiń ulegli straszliwej klęsce.
Była to sobota. Następnego piątku, gdy Maurowie z dolin zeszli się na modlitwę i przynieśli dla nas żywność, zastali tylko trupy, pośród których ja czołgałem się z wielką naroślą pod lewą piersią. Uniknąłem jednak śmierci.
Nie lękając się już zarazy, wziąłem się do grzebania umarłych. Rozbierając sześciu naczelników rodzin, znalazłem sześć pasków pergaminowych, złożyłem je i odkryłem tajemnicę niewyczerpanej kopalni. Szejk przed śmiercią otworzył wodociąg, spuściłem więc wodę i przez jakiś czas napawałem się widokiem moich bogactw, nie śmiejąc ich dotknąć. Życie moje było okropnie burzliwe, potrzebowałem spoczynku i godność Mahdiego nie miała dla mnie żadnego powabu.
Zresztą nie posiadałem tajemnicy porozumiewania się z Afryką. Mahometanie mieszkający w dolinie po-stanowili odtąd modlić się u siebie, byłem więc sam w całym podziemiu. Zalałem znowu kopalnię, pozabierałem klejnoty znalezione w jaskini, wymyłem je starannie w occie i udałem się do Madrytu jako mauretański kupiec klejnotów z Tunisu.
Po raz pierwszy w życiu ujrzałem miasto chrześcijańskiej zdziwiła mnie wolność kobiet i zgorszony byłem lekkomyślnością mężczyzn. Z utęsknieniem wzdychałem za przesiedleniem się do jakiego miasta mahometańskiego. Chciałem oddalić się do Stambułu, żyć tam w zbytkownym zapomnieniu i kiedy niekiedy powracać do jaskiń dla odnowienia moich funduszów.
Takie były moje zamiary. Myślałem, że nikt o mnie nie wie; ale myliłem się. Aby lepiej uchodzić za kupca, udawałem się w aleje publiczne i rozkładałem tam moje klejnoty. Ustanawiałem na nie stałą cenę i nigdy nic wdawałem się w żadne targi. Postępowanie to zjednało mi powszechną wziętość i zapewniło korzyści, o jakie wcale nie dbałem. Tymczasem gdziekolwiek się ruszyłem, czy to na Prado, czy do Buen Retiro, albo w jakiekolwiek inne publiczne miejsce, wszędzie ścigał mnie jakiś człowiek, którego bystre i przenikliwe oczy zdawały się czytać w mojej duszy.
Bezustanne spojrzenia tego człowieka wprawiały mnie w niewypowiedziany niepokój.
Szejk zamyślił się, jakby przypominał sobie doznane wrażenia; wtem dano znać, że wieczerza jest już na stole, odłożył zatem dalsze opowiadanie na dzień następny.


Dzień sześćdziesiąty piąty


Doszedłem do kopalni i znowu oddałem się mojej pracy. Wykułem już znaczną ilość najpiękniejszego złota; w nagrodę za moją pilność wieczorem szejk tak dalej jął rozpowiadać:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Mówiłem ci, że gdziekolwiek się w Madrycie obróciłem, jakiś nieznajomy ciągle ścigał mnie wzrokiem i nieustannymi spojrzeniami nabawiał niewypowiedzianej niespokojności. Pewnego wieczora postanowiłem nareszcie odezwać się do niego.
- Czego chcesz ode mnie? - rzekłem mu. - Czy chcesz mnie pożreć twoim wzrokiem? Co masz ze mną do czynienia?
- Nic - odpowiedział nieznajomy. - Chcę cię tylko zamordować, jeżeli wydasz tajemnicę Gomelezów.
Kilka tych słów objaśniło mi moje położenie. Zrozumiałem, że trzeba wyrzec się spoczynku, i posępna niespokojność, nieodstępna towarzyszka wszystkich skarbów, owładnęła moim umysłem.
Było już dość późno. Nieznajomy zaprosił mnie do siebie, kazał zastawić wieczerzę, następnie zamknął
starannie drzwi i padając przede mną na kolana, rzekł:
- Władco jaskini, przyjmij mój hołd; ale jeżeli uchybisz twoim obowiązkom, zamorduję cię, jak Billah Gomelez zamordował niegdyś Sefiego.
Prosiłem mego niezwykłego wasala, aby raczył podnieść się, usiąść i opowiedzieć, kim jest. Nieznajomy, posłuszny moim życzeniom, zaczął w te słowa:
HISTORIA RODU UZEDÓW
Ród nasz jest jednym z najdawniejszych w świecie, ale ponieważ nie lubimy szczycić się naszym pochodzeniem, poprzestajemy więc na wywodzeniu naszego początku od Abiszui, syna Fineesa, wnuka Eleazara i prawnuka Aarona, który był bratem Mojżesza i wielkim kapłanem Izraela. Abiszua był ojcem Bukkiego, dziadem Uzego, pradziadem Zerajasza, prapradziadem Meraiotha, który był ojcem Amariasza, dziadem Achimaasa, pradziadem Azariasza i prapradziadem Azariasza drugiego.
Azariasz był wielkim kapłanem sławnej Świątyni Salomona i pozostawił po sobie pamiętniki, które kilku z jego potomków dalej prowadziło. Salomon, tyle uczyniwszy dla czci Adonaja, zbezcześcił na koniec swoją starość, pozwalając swoim żonom publicznie oddawać cześć bałwanom. Azariasz chciał z początku groźnie wystąpić przeciw tej zbrodniczej bezbożności, ale namyślił się i pojął, że monarchowie na starość muszą przecież mieć jakieś względy dla swoich małżonek. Przez szpary więc patrzył na nadużycia, któ-rym nie mógł zapobiec, i umarł wielkim kapłanem.
Azariasz był ojcem Amariasza drugiego, dziadem Sadoka; pradziadem Achituba, prapradziadem Szallu-ma, który był ojcom Hilkiasza, dziadem Azariasza trzeciego, pradziadem Serajasza i prapradziadem Jozedeka, zaprowadzonego do niewoli babilońskiej.
Jozedek miał brata młodszego, imieniem Obadiasz, od którego my właściwie pochodzimy. Ten nie miał jeszcze piętnastu lat, gdy oddano go do orszaku paziów i zamieniono mu imię na Sabdek. Byli tam i inni młodzi Hebrajczycy, którym także pozmieniano imiona. Czterech spomiędzy nich nie chciało jadać z kuchni królewskiej, dla nieczystych mięs, jakie w niej gotowano, żywili się więc korzonkami i wodą, i niemniej przeto byli tłustymi. Sabdek sam zjadał przeznaczone dla nich potrawy, pomimo to jednak coraz bardziej chudł.
Nabuchodonozor był wielkim monarchą, ale może nieco zbyt pobłażającym swej dumie. Widział był w Egipcie kolosy na sześćdziesiąt stóp wysokości, polecił więc, aby wykuto jego posąg tego samego rozmiaru, ozłocono go, i rozkazał wszystkim padać przed nim na kolana. Młodzi Hebrajczycy, którzy nie chcieli jeść mięsa nieczystego, odmówili również wybijania pokłonów. Sabdek, nie zważając na to, gorliwie się kłaniał, nadto we własnoręcznych pamiętnikach przykazał swoim potomkom, aby zawsze kłaniali się przed królami, ich posągami, ulubieńcami, kochankami, a nawet przed ich małymi pieskami.
Obadiasz, czyli Sabdek, był ojcem Salatiela, żyjącego za czasów Kserksesa, którego powinniście nazywać Szyroesem, Żydzi zaś nazywali Ahaswerem. Król ten perski miał brata Amana, człeka dziwnie dumnego i wyniosłego. Aman ogłosił, że kto tylko nie zechce wybijać mu pokłonów, zostanie powieszony. Salatiel pierwszy padał przed nim na twarz, gdy zaś powieszono Amana, Salatiel znowu pierwszy kłaniał się przed Mardochejem.
Salatiel był ojcem Malachiela i dziadem Zafeda, który mieszkał w Jerozolimie, w czasie gdy Nehemiasz był rządcą miasta. Kobiety i dziewczęta żydowskie nie były bardzo zachwycające, przekładano nad nie Moabitki i Aszdotanki. Zafed zaślubił dwie Aszdotanki Nehemiasz przeklął go, wytłukł pięściami i, jak nawet sam ten święty człowiek mówi w swojej historii, wyrwał mu garść włosów z brody. Wszelako Zafed w pamiętnikach swoich poleca swoim potomkom, aby wcale nie zważali na zdania Żydów, gdy im się inne jakie kobiety podobają.
Zafed był ojcem Naassona, dziadem Elfada, pradziadem Zorobita, który był ojcem Eluhana i dziadem Uzabita. Ten ostatni żył w czasach, gdy Żydzi zaczęli się burzyć przeciwko Machabeuszom. Uzabit z natury był nieprzyjacielem wojny, zabrał więc, co miał, i schronił się do Kaziatu, miasta hiszpańskiego, zamieszkałego wówczas przez Kartagińczyków.
Uzabit był ojcem Jonatana i dziadem Kalamila, który dowiedziawszy się, że w kraju jest spokojnie, wrócił do Jerozolimy, wszelako zachował dom swój w Kaziacie i inne majątki, które nabył niegdyś w okolicach tego miasta. Przypominasz sobie, że za czasów niewoli babilońskiej ród nasz rozpadł się na dwie gałęzie. Jozedek, głowa starszej linii, był uczciwym i pobożnym Izraelitą, wszyscy też potomkowie poszli w jego ślady. Nie pojmuję, dlaczego między obecnymi liniami powstała tak zacięta nienawiść, że starsza musiała wynieść się do Egiptu i tam poświęciła się służbie Boga Izraelowego w świątyni wzniesionej przez Onia-sza. Linia ta wygasła lub raczej zatrzymała się r. osobie Ahaswera, znanego pod nazwiskiem Żyda Wiecznego Tułacza.
Kalamil był ojcem Elifaza, dziadem Eliaziba i pradziadem Efraima, za którego czasów podobało się cesarzowi Kaliguli umieścić swój posąg w świątyni jerozolimskiej. Zebrał się cały Sanhedryn; Efraim, który także należał do jego składu, utrzymywał, żeby umieszczono w świątyni nie tylko posąg cesarza, ale i posąg jego konia, który już był konsulem; Jerozolima wszelako wzburzyła się przeciw prokonsulowi Petroniuszowi i cesarz zaniechał swoich zamysłów.
Efraim był ojcem Nebajotha, za którego Jerozolima powstała przeciw Wespazjanowi. Nebajoth nie czekał na rozwój wypadków i przeniósł się do Hiszpanii, gdzie, jak mówiłem, posiadaliśmy znaczne majątki. Nebajoth był ojcem Juzuba, dziadem Simrana i pradziadem Refajasza, który był ojcem Jehemiasza, ten zaś został nadwornym astrologiem Gunderyka, króla Wandalów.
Jehemiasz był ojcem Ezbana, dziadem Uzego i pradziadem Jerimotha, który był ojcem Amathota i dziadem Almetha. Za czasów tego ostatniego Jusuf Ben-Taher wkroczył do Hiszpanii w celu podbicia i nawrócenia kraju. Almeth stawił się przed wodzem mauretańskim, prosząc go, aby mu dozwolił przejść na wiarę Proroka.
- Wiesz zapewne, mój przyjacielu - powiedział mu wódz - że w dniu sądu ostatecznego wszyscy Żydzi zostaną przemienieni w osłów i będą wiernych przenosić do raju; gdybyś zaś przeszedł na naszą wiarę, mogłoby nam kiedyś zabraknąć pociągów.
Odpowiedź ta nie była zbyt grzeczna, Almeth jednak pocieszył się przyjęciem, jakiego doznał od Masuda, brata Jusufowego. Masud zatrzymał go przy sobie i wysyłał z różnymi poleceniami do Afryki i Egiptu.
Almeth był ojcem Sufiego, dziadem Guniego i pradziadem Jessera, który był ojcem Szalluma, pierwszego sarafa, czyli podskarbiego na dworze Mahdiego. Szallum osiedlił się w Kairuanie i miał dwóch synów, Mahira i Mahaba. Pierwszy pozostał w Kairuanie, drugi zaś przybył do Hiszpanii, wszedł w służbę Kassar-Gomelezów i utrzymywał związki pomiędzy nimi a Egiptem i Afryką.
Mahab był ojcem Jofeleta, dziadem Malkiela, pradziadem Behreza i prapradziadem Dehoda, który był ojcem Sachamera, dziadem Suaha, pradziadem Achiego, prapradziadem Berego, który miał syna Abdona.
Abdon widząc, że wypędzano Maurów z całej Hiszpanii, na dwa lata przed zdobyciem Grenady przeszedł na wiarę chrześcijańską. Król Ferdynand trzymał go do chrztu. Pomimo to jednak Abdon pozostał w służbie Gomelezów, w starości wyparł się Nazarejskiego Proroka i powrócił do wiary przodków.
Abdon był ojcem Mehritala i dziadem Azaela, za którego to Billah, ostatni prawodawca mieszkańców jaskiń, zamordował Sefiego.
Pewnego dnia szejk Billah kazał wezwać Azaela i w te słowa się do niego odezwał:
- Wiesz, że zamordowałem Sefiego. Prorok mu tę śmierć przeznaczył, chcąc przywrócić kalifat rodowi Alego. Utworzyłem więc stowarzyszenie złożone z czterech rodzin: Jezydów na Libanie, Chalilów w Egipcie i Ben-Azarów w Afryce. Naczelnicy trzech powyższych rodzin przyrzekają za siebie i swoich potomków, że kolejno co trzy lata będą do naszych jaskiń przysyłali człowieka odważnego, mądrego, znającego świat, przezornego, a nawet chytrego. Obowiązkiem jego będzie doglądanie, czy wszystko w jaskiniach znajduje się w należytym porządku, w razie zaś wykroczenia przeciw przepisom, będzie miał prawo zamordowania szejka, sześciu naczelników rodzin, jednym słowem, wszystkich, którzy by okazali się winnymi. W nagrodę za swoją służbę dostanie siedemdziesiąt tysięcy sztuk czystego złota, czyli, po waszemu licząc, sto tysięcy cekinów.
- Potężny szejku - odpowiedział Azael - wymieniłeś trzy tylko rodziny; któraż będzie czwartą?
- Twoja - rzekł Billah - i otrzymasz za to corocznie trzydzieści tysięcy sztuk złota, musisz jednak podjąć się utrzymywania związków, pisania listów, a nawet wejść do składu rządców jaskini. Gdybyś w czymkolwiek uchybił, jedna z trzech rodzin obowiązana jest natychmiast cię zamordować.
Azael chciał się namyślać, ale zwyciężyła w nim chęć złota, zobowiązał się więc za siebie i za swoich potomków. Azael był ojcem Gersoma. Trzy wtajemniczone rodziny co trzy lata odbierały siedemdziesiąt tysięcy sztuk złota. Gersom był ojcem Mamuna, czyli moim. Wierny zobowiązaniom mojego dziada, gorliwie służyłem władcom jaskini, a nawet od czasu zarazy z moich własnych funduszów wypłaciłem Ben-Azarom należne im siedemdziesiąt tysięcy sztuk złota. Teraz przychodzę ci złożyć hołd i zapewnienie o niezmiennej mojej wierności.
- Zacny Mamunie - rzekłem - ulituj się nade mną! Mam już dwie kule w piersiach i wcale nie jestem zdatny ani na szejka, ani na Muhdiego.
- Co się tyczy Mahdiego - odpowiedział Mamun - bądź spokojny, nikt już o nim nie myśli; wszelako nie możesz odmówić przyjęcia godności i obowiązków szejka, jeżeli nie chcesz, żeby za trzy tygodnie ty i twoja córka zostaliście zamordowani przez Chalilów.
- Moja córka? - zawołałem zdziwiony.
- Nie inaczej - rzekł Mamun - ta sama, którą miałeś z wróżką.
Oznajmiono wieczerzę i szejk przerwał swoje opowiadanie.


Dzień sześćdziesiąty szósty


Jeszcze jeden dzień przepędziłem w kopalni, wie-czorem zaś szejk, ulegając moim prośbom, tak dalej jął mówić:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Nie było wyboru, rozpoczęliśmy więc z Mamunem dawne działania Kassar-Gomelezu, nawiązaliśmy stosunki z Afryką i z ważniejszymi rodzinami hiszpańskimi. Sześć rodzin mauretańskich osiedliło się w jaskiniach; ale Gomelezom afrykańskim źle się wiodło, dzieci płci męskiej umierały lub rodziły się niedołężne na umyśle. Ja sam z dwunastu moich żon miałem tylko dwóch synów, którzy obaj poumierali. Mamun namówił mnie do uczynienia wyboru między Gomelezami chrześcijańskimi, a nawet pomiędzy tymi, którzy po kądzieli z naszej krwi pochodzą i mogą przejść na wiarę Proroka.
Tym sposobem Velasquez miał prawo do naszego przysposobienia; przeznaczyłem mu za żonę moją córkę, tę samą Rebekę, którą widziałeś w obozie Cyganów. Wychowywała się ona u Mamuna, który wyuczył ją różnych nauk i kabalistycznych wyrażeń.
Po śmierci Mamuna syn jego nastąpił w zamku Uzedy; z nim to ułożyliśmy wszystkie szczegóły twego przyjęcia; spodziewaliśmy się, że przejdziesz na wiarę mahometańską lub przynajmniej, że zostaniesz ojcem, i pod tym ostatnim względem ziściły się nasze nadzieje. Dzieci, które kuzynki twoje noszą w swych łonach, będą przez wszystkich uważane za pochodzące z najczystszej krwi Gomelezów. Miałeś przybyć do Hiszpanii. Don Henryk de Sa, wielkorządca Kadyksu, jest jednym z wtajemniczonych i on to polecił ci Lopeza i Moskita, którzy porzucili cię przy źródle Alcornoques. Pomimo to odważnie postępowałeś dalej, aż do Venta Quemada, gdzie zastałeś twoje kuzynki: ale za pomocą usypiającego napoju nazajutrz obudziłeś się pod szubienicą braci Zota. Stamtąd przybyłeś do mojej pustelni, gdzie znalazłeś straszliwego opętańca Paszeka, który w istocie jest tylko skoczkiem biskajskim. Nieborak wybił sobie jedno oko, wykonywając niebezpieczny skok i jako kaleka uciekł się do naszego miłosierdzia. Myślałem, że smutna jego historia sprawi na tobie jakiekolwiek wrażenie i że zdradzisz tajemnicę zaprzysiężoną twoim kuzynkom; ale dotrzymałeś wiernie twego słowa honoru. Nazajutrz wystawiliśmy cię na daleko straszliwszą próbę; fałszywa inkwizycja, zagrażająca ci najokropniejszymi katuszami, nie mogła jednak zachwiać twojej odwagi.
Pragnęliśmy bliżej cię poznać i sprowadziliśmy cię do zamku Uzedy. Tam z wzniesienia ogrodowego zdawało ci się, żeś poznał twoje dwie kuzynki. One to były w istocie. Wszedłszy atoli do namiotu Cygana, ujrzałeś tylko jego córki, z którymi, bądź przekonany, nic nie miałeś do czynienia.
Musieliśmy dość długo zatrzymywać cię między nami i obawialiśmy się, abyś się nie nudził. Wynajdywaliśmy ci więc różne rozrywki, i tak na przykład Uzeda z rękopisów rodzinnych wyuczył pewnego starca spośród moich podwładnych historii Żyda Wiecznego Tułacza, którą ten wiernie ci opowiedział. Tym razem przyjemność połączona była z nauką.
Teraz znasz już całą tajemnicę naszego podziemnego życia, które zapewne niedługo już będzie trwało. Wkrótce usłyszysz, że trzęsienia ziemi zburzyły te góry; w tym celu przygotowaliśmy niezmierne zapasy palnych materiałów, ale będzie to już ostateczna nasza ucieczka.
Idź więc teraz, Alfonsie, tam, gdzie cię świat wzywa. Otrzymałeś od nas weksel na nieograniczoną sumę, stosownie przynajmniej do żądań, jakie upatrzyliśmy w tobie: pamiętaj, że wkrótce zapewne zabraknie podziemi, myśl więc o zapewnieniu sobie niezawisłego losu. Bracia Moro podadzą ci do tego środki. Jeszcze raz żegnam cię, uściskaj twoje małżonki. Schodki o dwóch tysiącach stopni zaprowadzą cię do zwalisk Kassar-Gomelezu, gdzie znajdziesz przewodników do Madrytu. Żegnam cię, żegnam.
Ruszyłem po kręconych schodkach i zaledwie ujrzałem światło słoneczne, gdy zarazem spostrzegłem dwóch moich służących, Lopeza i Moskita, którzy porzucili mnie przy źródle Alcornoques. Obaj z radością ucałowali moje ręce i zaprowadzili mnie do starej wieży, gdzie mnie już oczekiwała wieczerza i wygodne posłanie.
Następnego dnia bez zatrzymywania udaliśmy się w dalszą drogę. Wieczorem przybyliśmy do venty w Cardenas, gdzie zastałem Velasqueza, zagłębionego nad jakimś zagadnieniem, wyglądającym z pozoru na kwadraturę koła. Znakomity matematyk z początku nie mógł mnie poznać i musiałem powoli przywodzić mu na pamięć wszystkie wypadki zaszłe podczas jego pobytu w Alpuharach. Wtedy uściskał mnie. wynurzając radość, jakiej doznawał z naszego spotkania, ale zarazem oświadczył mi boleść, z jaką musiał rozstać się z Laurą Uzeda, tak bowiem nazywał Rebekę.


Zakończenie


Dnia 20 czerwca roku 1739 przybyłem do Madrytu. Nazajutrz po moim przyjeździe otrzymałem od braci Moro Ust z czarną pieczątką, zapowiadający mi jakiś nieszczęsny wypadek. W istocie, dowiedziałem się z niego, że ojciec mój umarł tknięty apopleksją, matka zaś, wydzierżawiwszy posiadłość naszą, Worden, oddaliła się do jednego z klasztorów brukselskich, gdzie chciała spokojnie żyć ze swego dożywocia.
W dzień potem sam Moro przyszedł do mnie, zalecając mi jak najściślejsze dochowanie tajemnicy.
- Dotąd - rzekł - znasz senor tylko pewną część naszych tajemnic, ale wkrótce dowiesz się o wszystkim. W obecnej chwili wszyscy wtajemniczeni zajmują się umieszczaniem swoich funduszów po rozmaitych krajach i gdyby którykolwiek z nich stracił je nieszczęsnym wypadkiem, wówczas wszyscy przybylibyśmy mu na pomoc. Senor miałeś stryja w Indiach, który umarł, nie zostawiwszy ci prawie nic. Puściłem pogłoskę, że odziedziczyłeś znaczny spadek, ażeby nikt nie dziwił się twoim nagłym bogactwom. Trzeba będzie zakupić majątki w Brabancji, w Hiszpanii, a nawet w Ameryce; pozwolisz, że ja się tym zajmę. Co się tyczy ciebie, senor, znam twoją odwagę i nie wątpię, że wsiądziesz na okręt św. Zachariasza, który odpływa z posiłkami do Cartageny, zagrożonej przez admirała Vernona. Ministerium angielskie wcale nie pragnie wojny, opinia publiczna usilnie je tylko do niej skłania. Pokój jednak jest bliski i jeżeli opuścisz tę sposobność przypatrzenia się wojnie, zapewne drugiej tak łatwo nie znajdziesz.
Zamiar, przedstawiany mi przez Mora, był już od dawna ułożony przez moich opiekunów. Wsiadłem na okręt z moją rotą, która wchodziła w skład batalionu wybranego z różnych pułków. Podróż udała nam się pomyślnie; przybyliśmy w sam czas i zamknęliśmy się w twierdzy z mężnym Eslavą. Anglicy odstąpili od oblężenia i roku 1740, w miesiącu marcu, powróciłem do Madrytu.
Będąc raz na służbie u dworu, spostrzegłem śród orszaku królowej młodą kobietę, w której natychmiast poznałem Rebekę. Powiedziano mi, że jest to pewna księżniczka z Tunisu, która dla przejścia na naszą wiarę uciekła, z własnego kraju. Król trzymał ją do chrztu i nadał tytuł księżniczki Alpuhary, po czym książę Velasquez zażądał jej ręki. Rebeka spostrzegła, że mi o niej mówiono, rzuciła mi więc spojrzenie błagające, abym dochował tajemnicy.
Następnie dwór przeniósł się do San Ildefonso, ja zaś z moją rotą stanąłem na kwaterze w Toledo.
Nająłem dom w ciasnej uliczce, niedaleko rynku. Naprzeciwko mnie mieszkały dwie kobiety, z których każda miała dziecko, mężowie zaś ich, jak utrzymywano, oficerowie marynarki, znajdowali się wówczas na morzu. Kobiety te żyły w zupełnym odosobnieniu i zdawały się wyłącznie zajmować swymi dziećmi, które w istocie piękne były jak aniołki. Przez cały dzień obie matki kołysały je tylko, kąpały, ubierały i karmiły. Wzruszający widok macierzyńskiego przywiązania tak dalece mnie zajmował, że nie mogłem oderwać się od okna. Wprawdzie powodowała mną i ciekawość, rad bym bowiem przypatrzyć się twarzom moich sąsiadek, ale zawsze pilnie je zasłaniały.
Tak upłynęło dwa tygodnie. Pokój wychodzący na ulicę należał do dzieci i kobiety w nim nie jadały, pewnego jednak wieczora spostrzegłem, że nakrywano w nim stół i przygotowywano niby jakąś uroczystość.
Przy końcu stołu stało obszerne krzesło, ozdobione wieńcem z kwiatów, oznaczało miejsce króla tej uroczystości; po obu stronach postawiono wysokie
stołki, na których posadzono dzieci. Następnie przyszły moje sąsiadki i skinieniem rąk zaczęły prosić mnie, abym je odwiedził. Wahałem się, nie wiedząc co mam począć, gdy wtem odsłoniły zasłony i po-znałem Eminę i Zibeldę. Przepędziłem z nimi sześć miesięcy.
Tymczasem sankcja pragmatyczna i spory o dziedzictwo Karola VI zapaliły w Europie wojnę, w której niebawem i Hiszpania czynny przyjęła udział. Opuściłem więc moje kuzynki i poszedłem na adiutanta do infanta don Filipa. Przez cały czas wojny zostawałem przy boku tego księcia, po zawarciu zaś pokoju mianowano mnie pułkownikiem.
Byliśmy we Włoszech. Komisant domu braci Moro przybył do Parmy dla ściągnięcia niektórych funduszów i uporządkowania pieniężnych spraw tego księstwa. Pewnej nocy człowiek ten przyszedł do mnie i tajemniczo oświadczył, że z niecierpliwością oczekiwano mnie w zamku Uzedy i że powinienem natychmiast wybrać się w podróż. Przy tych słowach wskazał mi zarazem jednego z wtajemniczonych, którego miałem spotkać w Maladze.
Pożegnałem infanta, w Livorno wsiadłem na okręt i po dziesięciu dniach żeglugi przybyłem do Malagi. Wzmiankowany człowiek, uprzedzony o moim przybyciu, czekał już na mnie w przystani. Tego samego dnia wyjechaliśmy i nazajutrz stanęliśmy w zamku Uzedy.
Zastałem tam liczne zgromadzenie: naprzód szejka. córkę jego Rebekę, Velasqueza, kabalistę, Cygana z dwiema córkami i zięciami, trzech braci Zotów. mniemanego opętańca, wreszcie kilkunastu mahometan z trzech wtajemniczonych rodzin. Szejk oznajmił, że ponieważ zebraliśmy się wszyscy, natychmiast zatem udamy się do podziemia.
W istocie, jak tylko noc zapadła, wyruszyliśmy w drogę i przybyliśmy o świcie. Zeszliśmy do podziemia i przez jakiś czas oddaliśmy się spoczynkowi. Następnie szejk zgromadził nas razem i tymi słowy odezwał się, powtarzając to samo po arabsku do wiadomości mahometan:
- Kopalnie złota, które od tysiąca blisko lat stanowiły, że tak powiem, majątek naszej rodziny, zdawały się niewyczerpane. W tym to przekonaniu przodkowie nasi postanowili obrócić dobyte z nich złoto na rozszerzenie islamu, zwłaszcza zaś wyznania Alego. Byli oni jedynie przechowywaczami tego skarbu, którego straż kosztowała ich tyle trudów i zabiegów. Ja sam doznałem w mym życiu tysiące najokropniejszych niespokojności. Pragnąc raz wreszcie wyłamać się z obawy, która z każdym dniem stawała mi się nieznośniejsza, chciałem przekonać się, czy kopalnia jest rzeczywiście niewyczerpana. Przenurtowałem skałę w kilku miejscach i znalazłem, że żyła złota zewsząd dochodzi już końca. Senor Moro raczył zająć się obliczeniem pozostałych nam bogactw i ilości na każdego z nas przypadającej. Pokazało się z rachunku, że każdy z głównych spadkobierców otrzyma milion cekinów, współdziałacze zaś po pięćdziesiąt tysięcy. Wydobyto wszystko złoto i złożono je w oddalonej stąd jaskini. Naprzód zaprowadzę was do kopalni, gdzie przekonacie się o prawdzie słów moich; następnie każdy przystąpi do odebrania swojej części.
Zeszliśmy kręconymi schodkami., przybyliśmy do grobowca, stamtąd zaś do kopalni, którą w istocie znaleźliśmy zupełnie wyczerpaną. Szejk naglił nas do jak najśpieszniejszego powrotu. Stanąwszy na górze, usłyszeliśmy straszliwy wybuch. Szejk oznajmił nam, że materie palne wysadziły w powietrze całą cześć podziemia, z której tylko co wyszliśmy. Następnie udaliśmy się do jaskini, gdzie złożono resztę złota.
Afrykańczycy odebrali swoje części, Moro zaś podjął moją i wszystkich prawie Europejczyków.
Wróciłem do Madrytu i przedstawiłem się królowi, który przyjął mnie z niewypowiedzianą dobrocią. Zakupiłem znaczne posiadłości w Kastylii, mianowano mnie hrabią de Peńa Florida i zasiadłem pomiędzy pierwszymi kastylijskimi titulados. Przy moich bogactwach moje zasługi także nabrały większej wartości. W trzydziestym szóstym roku życia zostałem generałem.
Roku 1760 powierzono mi dowództwo nad eskadrą, z poleceniem zawarcia pokoju z państwami berberyjskimi. Popłynąłem naprzód do Tunisu, spodziewając się, że znajdę tam najmniej trudności i że przykład tego państwa inne za sobą pociągnie. Zarzuciłem kotwicę w przystani pod miastem i wysłałem oficera z oznajmieniem o moim przybyciu. Wiedziano już o tym w mieście i całą zatokę Goletta pokrywały strojne łodzie, które wraz z moim orszakiem miały mnie przewieźć do Tunisu.
Nazajutrz przedstawiono mnie dejowi. Był to dwudziestoletni młodzieniec zachwycającej postaci. Przyjęto mnie z wszelkimi honorami i otrzymałem zaproszenie na wieczór do zamku zwanego Manubą. Zaprowadzono mnie do odległej altany ogrodowej i drzwi za mną na klucz zamknięto. Otworzyły się tajemne drzwiczki. Dej wszedł, przykląkł na jedno kolano i pocałował mnie w rękę.
Drugie drzwiczki skrzypnęły i ujrzałem wchodzące trzy zasłonięte kobiety. Odrzuciły zasłony; poznałem Eminę i Zibeldę. Ta ostatnia prowadziła za rękę młodą dziewczynę, moją córkę. Emina była matką młodego deja. Nie będę opisywał, do jakiego stopnia obudziło się we mnie uczucie ojcowskiego przywiązania. Radość moją mąciła tylko myśl, że dzieci moje wyznają wiarę nieprzyjazną mojej. Dałem poznać bolesne to uczucie.
Dej wyznał mi, że mocno jest przywiązany do swojej religii, że jednak siostra jego, Fatyma, wychowana przez niewolnicę Hiszpankę, w głębi duszy jest chrześcijanką. Postanowiliśmy, że córka moja przesiedli się do Hiszpanii, przyjmie tam chrzest i zostanie moją dziedziczką.
Wszystko to stało się w przeciągu roku. Król raczył trzymać Fatymę do chrztu i nadał jej tytuł księżniczki Oranu. Następnego roku zaślubiła najstarszego syna Velasqueza i Rebeki, o dwa lata od niej młodszego.
Zapewniłem jej cały mój majątek, dowiódłszy, że nie mam bliskich krewnych po ojcu i że młoda Mauretanka, spokrewniona ze mną przez Gomelezów, jest jedyną moją spadkobierczynią. Chociaż jeszcze młody i w sile wieku, pomyślałem jednak o miejscu, które by mi pozwoliło zakosztować słodyczy spoczynku. Wielkorządztwo Saragossy było wolne, poprosiłem o nie i otrzymałem.
Podziękowawszy i pożegnawszy JKMośc, udałem się do braci Moro, prosząc o oddanie mi zapieczętowanego zwoju, który przed dwudziestu pięciu laty u nich złożyłem. Był to dziennik sześćdziesięciu sześciu początkowych dni mego pobytu w Hiszpanii.
Przepisałem go własną ręką i złożyłem w żelaznej szkatułce, gdzie go kiedyś znajdą moi spadkobiercy.
KONIEC



