Józef Karol Porocki


Rosiczka


W gorący dzień letni robotnicy kopali torf na łące. Torf jest podobny do czarnej ziemi, tylko, że ma w sobie dużo węgla i dla tego służy na opał — tak, jak drzewo. Na brzegu łąki było miasteczko, a w miasteczku szkoła. Nauczyciel często opowiadał uczniom swoim o różnych zwierzętach i roślinach, — chodził z uczniami do lasu i na łąki, gdzie wszyscy zbierali trawy i zioła, chwytali rozmaite muszki i motyle. Pilniejsi uczniowie przychodzili do nauczyciela nawet podczas wakacyj i razem z nim odbywali wędrówki. Tylko jeszcze na owej łące torfiastej nie byli nigdy i właśnie w ten dzień gorący tam przyszli. Nauczyciel opowiedział im w drodze, że na łąkach torfiastych rośnie mało pięknych kwiatów, ale za to można tam znaleźć jednę bardzo, bardzo dziwną roślinkę.
 — A jak się ona nazywa? — spytał jeden z uczniów.
 — Nazywa się rosiczka.
 — Rosiczka? Po czem ją można poznać? — zapytał drugi.
 — Po listkach okrągłych, czerwono-brunatnego koloru i okrytych włoskami.
 — A z czegoż ona taka dziwna? — zawołał trzeci
 — Ho, ho, jakiś ciekawy! powiem wtedy, gdy ją znajdziecie. Szukajcie.
 Ponieważ byli już na łące, więc wszyscy zaczęli szukać.
 Po chwili jeden z uczniów zawołał:
 — Jest! jak matkę kocham, jest! znalazłem! Tak, to rosiczka: ma okrągłe, czerwonawe listki a na listkach włoski...
 — Dobrze, Karolu, dobrze! Zuch z ciebie zawsze. Pawda, żeś znalazł rosiczkę! — zawołał nauczyciel, schylając się nad uszczęśliwionym Karolem.
 Wszyscy uczniowie zbiegli się do rosiczki i zaczęli ją oglądać.
 Była to mała, niepokaźna roślinka. Drobne jej listki wyrastały na długich ogonkach tuż przy ziemi i  ułożone były w kółko tak, jak promienie gwiazdy. W samym środku z pomiędzy tych listków wznosił się niewielki badylek, a na jego wierzchołku było kilka drobnych białych kwiatków. Na listkach były malutkie włoski, na końcu każdego włoska widać było jakby główkę, a na niej kroplę błyszczącego płynu.
 — Patrzcie państwo, jaka na niej rosa! — zawołał jeden z uczniów, Władzio.
 — Właśnie, że to nie jest rosa, tylko jakiś sok lepki; widzisz, jak przylega do palców? — odpowiedział Karol.
 — A prawda, prawda! — potwierdzili inni.
 — Proszę pana, do czego jej służy ten sok? — zapytał Władzio nauczyciela.
 — Ja się domyślam — krzyknął Karol — że to pewno muchy przylatują tutaj i karmią się tym sokiem, a może pszczoły zbierają to sobie na miód?
 Ledwie to powiedział przyleciała naprawdę muszka i usiadła na brzegu listka. Myślała biedaczka, że się pożywi, ale stało się inaczej. Ugrzęzła w soku, jak w błocie, i nie mogła się stamtąd wydobyć. Oprócz tego stała się jedna rzecz bardzo dziwna. Jak tylko muszka usiadła na brzegu, włoski na listku zaczęły się poruszać i powoli, powoli spychały ją aż na środek liścia...
 Wszystkie dzieci pootwierały usta ze zdziwienia.
 — Koledzy, trzeba uwolnić muszkę z kłopotu — zawołał Karol.
 Uczniowie nie zgodzili się na to, bo bardzo byli ciekawi, co też ta rosiczka zrobi z muchą.
 Kiedy biedaczka była już na środku listka, wszystkie włoski pochyliły się główkami do niej i oblepiły ją swoim sokiem. Oprócz tego brzegi listka zaczęły się naginać ku górze i nakoniec zamknęły się nad muchą... Była ona teraz jakby pogrzebaną w listku rosiczki...
 — Cóż się stanie z muchą — zapytał Władzio nauczyciela.
 — Rosiczka ją przetrawi tak, jak my trawimy pokarmy w żołądku, i spożyje ze smakiem, jak pieczyste. A cóż, nieprawda, że dziwna roślinka.
 — O jej! jaka dziwna! — zawołały dzieci.
 — Patrzcież państwo — powiedział znów Władzio — to wszyskie rośliny ciągną pożywienie albo z ziemi albo z powietrza, a tej rosiczce zachciało się zjadać muchy.
 — Nie tylko muchy. Gdybyśmy położyli na listku kawałeczek mięsa, albo sera — rosiczka postąpiłaby z nim tak samo. Oprócz rosiczki jest jeszcze kilkanaście takich roślin. Nazywają się one wszystkie owado-żernemi, bo się karmią owadami.
 Dzieci znalazły na łące jeszcze dużo rosiczek, a Karol wykopał ich aż kilka. Przyszedłszy do domu, pozasadzał je w doniczkach. Niektóre przykrył drucianą siatką aby muchy się do nich dostać nie mogły, a inne pozostawił bez przykrycia i dawał im codzień to kawałeczek mięsa, to sera, to jakąś muszkę. Po kilkunastu dniach pokazało się, że te, które były przykryte, wyglądały daleko gorzej — tak, jak człowiek, co bardzo długo pościł, a tamte, którym dawano muchy i mięso — miały się daleko lepiej. Rosiczki pod siatką byłyby nawet zupełnie zwiędły, gdyby nie to, że swojemi grubemi korzonkami mogły sobie zdobyć jaki-taki posiłek z ziemi. Gdyby korzonki te były cieńsze, toby soki łatwiej mogły się przez nie przesączać, ale panowie korzonki na łące odwykły już od roboty i zgrubiały, bo tam roślina karmiła się częściej za pomocą owych ruchliwych włosków.

