Teresa Prażmowska

Czego zapomniała?

Idealne to było małżeństwo: najzgodniejsza w świecie
spółka i sakramentalny dusz związek.
On był rozumny i myślący; ona o tyle
wykształcona, że za lotem myśli męskiej podążyć
mogła. On czuł się społeczeństwa swego członkiem;
ona rozumiała, że towarzyszką i pomocnicą być mężowi
powinna. Ona — nie będąc Beatrycze — umiała
wszakże w razie potrzeby oderwać się od „kuchni
życia”; on nie uważał jej za lalkę ani za westalkę, nad
kuchennym ogniem czuwać obowiązaną. Ona kochała
wszystko, co on miłował; on też nieobojętnym był dla
niczego, w czym ona upodobanie miała... Cele,
nadzieje, poglądy i pragnienia, w umyśle męża
powstałe, w sercu żony odbite, stawały im się wspólne
przez miłość, z każdym dniem silniejszą i trwalsza, bo
na tej wspólności opartą.
On, pan Leon Krzycki, „Lewkiem” przez żonę
zwany, wykwalifikowany technik, a razem wspólnik
jednej z większych fabryk warszawskich, duże miał
dochody; ona, pieszczotliwie „Myszką” z Michaliny
przechrzczona, posażna sierota, na opiece dalekich 
krewnych pozostająca, wniosła mu znaczne wiano, i
wzorową będąc gosposią, tak domem rządzić umiała, że
było tam, wedle słów poety:
„W dzień wesoło, w noc rzęsisto,
Biało, gładko, potoczysto.
Wszystko w czasie urządzone...”
Płynęło im więc życie niezachmurzone niczym,
nawet brakiem „milusińskich”, bo jakkolwiek po kilku
latach pożycia bezdzietni, nie pragnęli jednak mieć
dzieci. Była chwila, w której zdawało się, że brak ten
czują... Teraz przecie, wyrzekłszy się nadziei
nieznanych dotąd rozkoszy rodzicielstwa, kochali się
wzajemnie tym silniejszą, że niepodzielaną z nikim
miłością.
Przywykli też wystarczać sami sobie, z niewielkim,
bardzo niewielkim dodatkiem pozadomowych rozrywek
i przyjemności towarzyskich, do których pani Myszka
mniej jeszcze od męża okazywała ochoty.
Pan Leon wzorowym był małżonkiem:
najszczęśliwszym się czuł w domu i nie nudził się w
towarzystwie żony; lubił jednak czasami „zabawić się”,
jak mu to z leciutkim przekąsem wyrzucała żona,
uczynioną wymówkę słodząc natychmiast
pocałunkiem...
Od czasu do czasu, wróciwszy z fabryki,
wypocząwszy po pracy i po smacznym obiedzie,
porozmawiawszy z żoną o wszystkim, co zająć ją i
materiału do myślenia dostarczyć jej mogło, pan Leon z 
kanapki, na której przytuleni do siebie siadywali oboje,
z akcentem szczerego żalu oświadczał:
— Myszko najdroższa, nie będę w domu
wieczorem.
— Jak to! Znowu wychodzisz? — z bolesnym
przerażeniem wolała Myszka.
— O, „znowu”! — przedrzeźniał ją mąż,
pocałunkiem zamykając usta. — Myślałby kto, że mnie
nigdy w domu nie ma. Z tydzień już nie wychodziłem...
— Prawda! Już pięć dni, jak wychodziłeś po raz
ostatni... Przepraszam cię za moje znowu... Dokąd
idziesz?
— Obiecałem się na karty... Pozwoli żonusia?
— Musi pozwolić...
Rozmowy tej treści powtarzały się mniej więcej co
tydzień i zawsze zgodnie pocałunkiem się kończyły.
Pan Leon wychodził, ociągając się i złorzecząc
zobowiązaniom towarzyskim, a wróciwszy o
umiarkowanie późnej godzinie, zastawał nieśpiącą
jeszcze żonę, która z książką w ręku lub przy fortepianie
powrotu jego oczekując, witała go tak radosnym
wykrzyknikiem, jakby przynajmniej od pół roku nie
widziała ukochanego Lewka.
Czasami inna znowu przyczyna zmuszała ich do
rozstania się na dłuższy niż zwykle przeciąg czasu. Z
fabryki, w której zazwyczaj do godziny czwartej
przesiadywał, przysyłał pan Leon żonie posłańca z
karteczką:
„Nie czekaj na mnie z obiadem, najdroższa! Mam
dziś nawał zajęcia i do jakiej szóstej pozostać tu muszę. 
O dwie godziny później niż zwykle uścisnę skarb mój
jedyny...”
Odebrawszy takie lub tym podobne wyrazy,
Myszka siadała do stołu z bardzo smutną minką,
zostawiając, ma się rozumieć, najlepsze kąski dla męża i
natychmiast po obiedzie szła dysponować kucharce
jakiś dodatkowy przysmak, mający wynagrodzić
zgłodniałemu pracownikowi przestały i odgrzewany
obiad. Potem co chwila wyglądała przez okno lub
patrzyła na zegar (zawsze wtedy w posądzeniu go
mając, że spóźnieniu ulega), a gdy już zbliżała się
godzina osiemnasta, czatowała na odgłos dzwonka i
sama zwykle drzwi otwierając mężowi, tuliła się do
jego piersi z niemą, a gorącą wdzięcznością kobiety,
która wielkość ponoszonych dla niej poświęceń rozumie
i miłością bez granic za nie płaci... Ów nadmiar pracy,
którym się Lewek obarczał po to jedynie, by móc
każdemu jej życzeniu dogodzić, każde pragnienie
uprzedzić, by coraz większym otaczać ją zbytkiem,
rozrzewniał ją do łez prawie i wdzięcznym
uwielbieniem przejmował.
Kosztowne podarunki, jakimi ją mąż często
obdarzał, ceniła pani Myszka jak relikwie;
przedstawiały one dla niej nie taką to a taką sumę
pieniędzy, ale stokroć większą wartość: sumę pracy jej
Lewka, który – przysięgłaby na to bez wahania – dla
niej tylko żył jednej, o niej tylko jednej myślał i mając
w niej żonę, kochankę, przyjaciółkę i towarzyszkę, w
niej cały swój świat widział.
Że on także dla niej całym był światem, o tym nie
wątpił pan Leon ani na chwilę, raz dlatego, że wątpić
nie miał powodu, bo tak było w istocie, a po wtóre, że...
mężczyznom rzadko zbywa na tym szczęściu, którego
podstawą wysokie o własnej wartości mniemanie.
Krótko mówiąc, wzorowe to było pożycie i
najszczęśliwsze pod słońcem małżeństwo.
W pewne wiosenne popołudnie pan Leon wcześniej
niż zwykle powrócił z fabryki do domu. Blady był,
spojrzenie miał zamglone, usta gorące, uskarżał się na
ból głowy...
— Głowa mi nieznośnie ciąży — uspakajał
strwożoną Myszkę, kładąc się w swoim pokoju na
szezlongu. — Potrzebuję przespać się trochę. Nad
wieczorem podniosę się zupełnie zdrów i skorzystamy z
tej kwietniowej pogody, żeby się po Łazienkach
przejechać.
Nie do Łazienek wszakże pojechał...
Z mającego trwać parę godzin bólu głowy
wywiązało się zapalenie mózgu, pan Leon chorował z
tydzień i skończył nie odzyskawszy przytomności, którą
w pierwszych chwilach choroby utracił, nie
pożegnawszy żony, która skamieniała prawie z bólu,
bez łez, bez głosu, szeroko otwartymi oczyma na
konanie męża patrzyła...
Bez łez też i bez głosu obecną była całemu
obrzędowi pogrzebu, tylko gdy trumnę do grobu
spuszczać już miano, ona — dotychczas jakby
niepojmująca co się z nią dzieje — teraz wzrok
rozpaczliwie przelękły w trumnę utkwiła i głośno 
jęknąwszy: „Lewku, nie ma cię, szczęście moje!” – bez
zmysłów na ziemię upadła.
Przyszła jednak do siebie niedługo, a że silne z
natury miała zdrowie, przebytych więc wzruszeń nie
przypłaciła chorobą i ani na chwilę nawet pocieszać się
nie mogła nadzieją, że siły jej fizyczne nie podołają
ogromowi boleści, która dzień i noc w sercu nurtując,
życiu jej prędki koniec położy. Nie, na boleść dość
miała siły... choć nie boleść, ale rozpacz to była!
Milcząca, głucha, ani nadzieją mogącego przyjść z
czasem zapomnienia, ani wiarą w połączenie
pozagrobowe niepocieszona, rozpacz poganki, która nie
zna co rezygnacja, i kobiety, która z ukochanym
wszystko swoje straciła. Ani dziecka, ani rodziny, ani
obowiązków, ani pracy, która by życia była celem, ani
celu, który by życia stał się miłością — nic! Mąż dla
niej był wszystkim: gdy go zabrakło, nie wiedziała po
prostu, co by zrobić z długą jeszcze zapewne resztą
życia. Natura biernie podatna, jak bluszcz na podporze
tylko nad poziom wzbić się zdolna, jak echo dźwięcznie
nieswoimi głosy dzwoniąca, za mało miała
samodzielności, by ze szczątków czary, wczoraj
szczęściem kipiącej po brzegi, dziś na kawałeczki
strzaskanej, skleić znowu tych samych kształtów czarę i
znowu powoli, a z mozołem wypełniać ją treścią życia...
Ach, ale inną zupełnie już treścią, i — jeżeli
szczęściem — to także zupełnie już innym...
Szczęściem przecie zowie się także działalność
pożyteczna, zasługa czynu zacnego i trud ofiarny i praca
w bratniej miłości podjęta... Wszystko to szczęściem dla 
myślącej istoty ludzkiej! Zapewne, ale cóż z tego, kiedy
dla kobiety stratę ukochanego opłakującej, wszystko to
najzupełniej jest obojętnym!
— Lewku, nie ma cię, szczęście moje! — łkało w
piersi Michaliny, która też na wszystko obojętną teraz
się stała. Nie było komu nazywać ją „Myszką”, nie było
też warto dbać o cokolwiek na świecie. Ulubiona
dawniej muzyka, starannie pielęgnowane kwiaty, dom z
wzorową czystością, z wytworną elegancją
utrzymywany, wszystko zostało zaniedbane.
„Nie ma cię, Lewku, szczęście moje!”...
Dnie całe prawie spędzała teraz Michalina na
Powązkach, dokąd co rano jeździła stroić kwiatami grób
męża; woziła tam po kolei pęki bzów białych, z których
sypał się deszcz wonnych, bladozielonawych perełek
nierozwiniętego jeszcze kwiecia i narcyzów, co z
aksamitnej bieli złotą patrzą źrenicą i róż delikatnie
zarumienionych lub purpurowych ogniście.
Gdy w kirze wdowiej żałoby, barw tęczą i
obłokiem woni otoczona jechała przez miasto z oczyma
pełnymi łez, które słońce wiosenne zwolna z policzków
jej spijało, mogła była z tylu poetami i nie-poetami
powtórzyć rzucaną przez nich skargę na tę
niewzruszoną, bezlitosną obojętność, z jaką życiem i
kwiatami sypie przyroda na serc mogiły.
Nie myślała jednak o podobnych zestawieniach i w
ogóle nie myślała nic wcale, żyjąc z dnia na dzień w
martwym osłupieniu rozpaczy.
„Nie ma cię, Lewku, szczęście moje!”
Tak upłynęło jej lato i większa część jesieni.
Zbliżył się Dzień Zaduszny... Michalina, chcąc
uczcić święto umarłych, na tydzień już przedtem
wybierała się pojechać do ogrodnika, z którym miała
umówić przybranie na ten dzień grobu męża. Chciała
mieć cyfry z kwiatów uwite i wieńce kwiatami
przetykane i kamienny krzyż pomnika opleść świeżą
zielenią, symbolem tej niezwiędłej miłości, którą dla
zmarłego żywiła i wyiskrzyć go lampek płomieniami,
jak niewygasłego żalu świadectwem.
Kobietom — gdy kochają — marzy się tak czasem
pozagrobowa serc spójnia i za grób przedłużone
gorących uczuć rozkwitanie!
Gdy jednak nadszedł dzień przeznaczony na
wycieczkę, szkaradna słota jesienna zatrzymała
Michalinę w domu... Zdarzyło się to pierwszy raz od
śmierci męża, toteż po prostu nie wiedziała co zrobić z
czasem. Umysł jej odwykł od książki, ręce od roboty, a
długie godziny poranne wlokły się leniwie przy
monotonnym plusku ściekającego z rynien deszczu.
— Może później rozpogodzi się trochę — myślała,
od czasu do czasu rzucając okiem na mętne od rosy
szyby — zdążę jeszcze pojechać!...
Dzień jednak zbliżał się ku schyłkowi, a słota nie
ustawała wcale...
Zazwyczaj po kilku godzinach na cmentarzu pod
gołym niebem spędzonych, Michalina odurzona
powietrzem, kładła się wcześnie i natychmiast usypiała
twardym snem istot moralnie znękanych, a ciałem
silnych i zdrowych.
Dziś jednak cały dzień bezczynnie, w zamknięciu
spędziwszy, uczuła nad wieczorem potrzebę jakiegoś
zajęcia i ruchu.
Machinalnie więc błądzić zaczęła po
pokojach... Obszerne mieszkanie wiało pustką i
smętnym chłodem ścian, o które nie obijają się wesoło
brzmiące głosy ludzkie, a wytworne sprzęty i kosztowne
drobiazgi gustem pana Leona wybierane, przestały już
być rozrywką dla oka przywykłego w łzach tonąć lub
się w darni cmentarnej zatapiać...
„Nie ma cię, Lewku, szczęście moje!”
Gabinet pana Leona, niewielkim pokoikiem od
sypialni żony oddzielony, stał od śmierci jego
zamknięty. Wdowa klucz nosiła zawsze przy sobie, nie
pozwalając wejść tam nikomu i własnymi rękoma
sprzątając pokój od czasu do czasu. Każdy przedmiot na
zwykłym stawiała miejscu, jakby chciała sobie
zapewnić przelotną choć chwilę złudzenia, że i w życiu
jej wszystko pozostało po dawnemu.
Pan Leon bardzo systematyczny i porządny,
systematycznie też w biurku swoim uporządkowane
miał papiery.
— Co światu i prawu — mawiał żartobliwie — po
prawej, co sercu — po lewej...
Po prawej też stronie znajdujące się szuflady
otwierano po śmierci jego, szukając papierów, które się
interesów tyczyły; szuflad z lewej strony nie tknął nikt
jeszcze, nawet żona, która dotąd nie miała na to odwagi.
Wiedziała, że tam znajdzie korespondencję swoją z
mężem, przedślubną i późniejszą, osobiste jego notatki
oraz rachunki dla niej poniesionych wydatków;
wiedziała, że z marnych tych świstków odtworzyć sobie
zdoła całą przeszłość ich pożycia, tak wspólną, tak
zespoloną ściśle! I... lękała się tego
zmartwychpowstania przeszłości, jak lęka się chory
dotknięcia bolesnej rany.
Teraz wszakże sądziła, że mężniejszą być potrafi, a
nawet przyszło jej na myśl, że tym przejrzeniem
pamiątek Leona powetuje niejako zmarłemu to, co
zwala dzisiejszym o nim zapomnieniem.
I jedną po drugiej otwierać zaczęła szuflady,
przeglądając, co się w nich znajdowało. W pierwszej
zapasy materiałów piśmiennych, czyste jeszcze
notatniki, książki rachunkowe, papiery z firmą fabryki i
listowe z monogramami; w drugiej pokwitowane
rachunki magazynów, rejestry domowe, cała buchalteria
prywatna, cały spis wydatków po większej części na
żonę, przez żonę, dla żony ponoszonych... Tak! Same te
cyfry najwymowniejszy stanowiły dowód, że wszystkim
dla Leona była Myszka jego najdroższa.
W trzeciej dopiero szufladzie korespondencja
prywatna... Spora płócienna koperta nosi napis „Listy
kolegów” — tę Michalina na bok odkłada. Przejrzy ją
kiedyś później; teraz jednak drżącą ze wzruszenia ręką
bierze kopertę drugą, którą pokazywał jej kiedyś Leon,
mówiąc, że tu listy od niej chowa. Dawno to było... już
z pięć lat temu. Ona, figlarna wtedy i swawolnica,
porwała ołówek i na szarym płótnie koperty wielkimi
literami skreśliła szafirowo zabarwiony napis:
„Serdeczne arcana JMP. Lewka, mnie wielce miłego 
Pana i Dobrodzieja”. To ta sama! Napis zatarł się
trochę, koperta pełniejsza niż była, ale ta sama —
niewątpliwie...
Porządkiem dat poukładane leżą tu liściki
narzeczonej... Przez pierwsze półtora roku po ślubie nie
rozłączali się wcale, nie ma więc listów z tej epoki.
Potem w interesie fabryki jechać musiał pan Leon do
Wiednia, gdzie bawił parę miesięcy, podczas gdy ona,
nieziszczoną nadzieją macierzyństwa zatrzymana wtedy
w domu, pisywała do niego listy namiętnej tęsknoty
pełne...
Miała je teraz przed oczyma: skargi na
konieczność, która żonę — „taką żonusię bez męża żyć
nieumiejąca” — rozłącza z mężem na nieskończenie
długie miesiące, skargi na samotność, podczas której
dzień za dniem tak wolno upływa, skargi na lekarzy, że
jej w podróż wyruszyć nie dozwalają, skargi na stan jej,
który „jeszcze pociechy jej nie przyniósł, a już takiego
zmartwienia stał się powodem”, a obok skarg wyrazy
najtkliwszych pieszczot i najgorętszych uniesień
miłosnych.
Listy to były kochanki — nie żony... pamiętała, co
mąż odpisywał jej na nie... On chciał w niej mieć
przezacną „połowicę”, chciał przelać w żonę dążenia
swoje i pojęcia, i w matce swego dziecka chciał mieć
duszę duszy swojej... Odzywał się więc do niej
serdecznym ale poważnym słowem, pocieszał
stęsknioną miłości zapewnieniami i przyszłych
rozkoszy macierzyństwa obietnicą. Zrozumiała go i jak
zawsze przyznała mu słuszność zupełną.
Pan Leon powrócił z Wiednia. Nadzieje młodych
małżonków zawiedzionemu zostały, cierpieli nad tym
oboje, ale nie ucierpiała ich miłość. Ucierpiało tylko
zdrowie pani Michaliny zachwiane przebytą chorobą i
źle oddziaływało na jej usposobienie. Rozczarowana, z
musu zupełnie bezczynna, tą bezczynnością znudzona,
nudziła też po trosze i męża, nie puszczając go ani na
chwilę od siebie. Z rozrzewnieniem przypomina sobie
teraz, jak cierpliwie nieodstępnym był dla niej
towarzyszem, jak pobłażał jej grymasom, spokojnie
zadość czynił nierozsądnym nieraz wymaganiom, jak
słodko był przy tym o nią troskliwym, jak delikatnie —
panowaniem nad sobą — nad nią też zapanować
potrafił.
— Nie ma cię, Lewku, szczęście moje! — z
gorzkim jęknęła żalem, o szczęścia tylko utracie myśląc
i na nią się tylko skarżąc.
W ciągłym prawie niezdrowiu upłynął jej rok cały,
po czym na dłuższy czas wyjechała za granicę. Leczyła
się w Franzensbadzie, kąpała się w Biarritz, jadła
winogrona w Meran. Nie było jej w domu z pięć
miesięcy, ale wróciła ze wzmocnionymi nerwami i
odzyskanym zdrowiem, które odtąd wiernie jej służyło.
Przerzucając listy z podróży pisane, widzi
Michalina, iż w miarę powrotu do sił coraz więcej
oceniać się uczyła niewyczerpaną dobroć męża; w
miarę odzyskiwanej równowagi nerwów przekonywała
się, jak nieznośną być musiała w fazie rozstroju
nerwowego. Wyrazy miłości plotą się też w jej listach z
wyrazami najgłębszej dla męża wdzięczności, z 
pokornym prawie uznaniem tej moralnej wyższości,
której przewadze radośnie się teraz podda... Poddała jej
się też istotnie tak szczerze, tak zupełnie, że dalsze ich
pożycie — całe trzy lata prawie! — było jednym
niezakłóconym dniem szczęścia. Dostroiła się do wtóru
z jego myślą i stała mu się wszystkim, czym mieć ją
marzył i pragnął...
Od chwili owego powrotu nie rozłączali się już
wcale. Rozłączyła ich dopiero... śmierć! Nie rozłączyła
jednak — bo oto życie wdowy upływa na mogile męża,
bez którego życia dla niej nie ma!
Ale cóż to? Pod jej listami inne jeszcze jakieś leżą?
Jest ich nawet spora paczka, czystym papierem
owinięta, wstążeczką starannie obwiązana, opatrzona
datą roku, który się zaczął jej chorobą, a podróżą
zakończył.
Pani Michalina z pewną ciekawością, bez
najmniejszego jednak podejrzenia paczkę ową rozwija,
ale zaledwie na pierwszy list okiem rzuciła, krew
gwałtownie uderza jej do głowy...
W oczach mienić jej się chyba musi?
Drobnym, nieznanym jej pismem kobiecym stoi
skreślony tam nagłówek: Cher aimé Lion adoré!
Ze zbladłymi usty, z rozognionymi oczyma czyta
Michalina jeden za drugim te listy, na których każdej
stronnicy spotyka podobne temu wyrażenia. Wszystkie
pisane po francusku, wszystkie pochodzą z epoki
pobytu jej za granicą, wszystkie dyszą wyrazami
płomiennej, bałwochwalczej prawie miłości, która o
wszystkich względach zapomniawszy, ukochanemu nic 
już do życzenia nie zostawiła. Na jednym z nich —
najwstrzemięźliwszym — stoi podpis: Amélie Gérot na
innych już tylko: AmGé.
Teraz już wie Michalina, kto jest ich autorką.
Przypomina sobie jak polny konik fertyczną i chudą,
iskrami z czarnych źrenic jak szmermel sypiącą
Francuzkę, którą przez lat parę widywała w domu
znajomych jako towarzyszkę dorastającej ich córki. Nie
pierwszej to młodości była już osoba, a wątpliwa jej
uroda polegała tylko na jakimś nieokiełznanym
nadmiarze życia, które w niej jak wrzątek kipiało i
krwistym rumieńcem na śniade biło policzki...
Francuzka podziękowawszy za miejsce, znikła nie
wiadomo gdzie... Dziwiono się trochę temu, potem
powiedział ktoś, że umarła, a ktoś drugi zaprzeczył,
mówiąc, że do kraju wróciła...
I ona to — ona! — czuła się w prawie pisać do
męża Michaliny: Lion adoré!
Listy coraz to częstsze i dłuższe, zmieniały ton
niebawem. Wybuchy miłosnych uniesień ustępowały
miejsca wyrzutom czynionym obojętnemu. Żal, obawa
wstydu, wymówki dla tego, który piszącą w smutne
wprowadził położenie — taka już niezmienna była treść
owej pseudoniezmiennej korespondencji...
„... Póki o mnie samą chodziło, mogłam się
spokojnie zgodzić na to, ale nie sama już jestem... nie
sama...”
„... Tak! Dobrze mi radzisz — pisała AmGé, w
innym — uciekać muszę z Warszawy. Wierzę, że
pragniesz tego... Gdzież jednak pojadę?”
„... Żona twoja wraca; coraz rzadziej widywać cię
będę mogła teraz, kiedy coraz bardziej potrzebny mi
jesteś... Nie, nie wyjadę nigdzie... nie zrobię ci tej
przyjemności! Opuszczę dom poczciwych M., w którym
tak spokojnie parę lat przeżyłam, zanim na swoje
nieszczęście ciebie w nim spotkałam, i ukryję się tu w
mieście i tutaj stale pozostanę. Nie zniosę rozłączenia z
tobą... chcę, byś znał i kochał dziecię twoje, byś o matce
jego zapomnieć nie mógł...”
Pod tym listem leży spora, dość pełna koperta
pismem AmGé zaadresowana, w niej na wierzchu
karteczka z tymi słowy:
„... Kto wie, nie powstanę może z choroby... Tyle
cierpiałam, tak rozpaczałam gwałtownie, że sił do walki
o życie zabraknąć mi może. Kochałam cię i
nienawidziłam i mścić się chciałam na tobie.
Przychodziło mi na myśl żonie twojej posłać listy, które
do mnie pisywałeś... Niech cierpi! Nie cierpiałaby
więcej ode mnie, a łzy jej i wymówki, zakłócony spokój
domowy byłyby dla ciebie karą, dla mnie — zemstą!
Ale nie! Nie zrobię tego... Żeby nawet możność
podobnej zemsty sobie odjąć, zwracam ci wszystkie
listy, jakie od ciebie otrzymałam...”
Wszystkie były w owej kopercie i chciwie rzuciła
się na nie Michalina. Krótkie były i obojętne. Stosunek
wywołany kaprysem zmysłów lub przelotnym serca
złudzeniem, podtrzymywany wynikłymi zeń
zobowiązaniami, zdawał się ciężyć panu Leonowi od
pierwszej chwili, kiedy się weń uwikłał lub... kto wie?
— uwikłanym może został. Pozwalał się uwielbiać, ze 
sposobności łatwej miłostki korzystał, wyrzuty znosił,
do obowiązków się przyznawał, ale widocznym było, że
prędko kochać przestał...
— Nie! Nie kochał jej! — wyrzekła wreszcie
Michalina, przeczytawszy całą korespondencję obojga.
— Nie kochał!... Dlaczegóż więc?...
Na podobne pytanie zawsze trudno znaleźć
odpowiedź kobiecie niezepsutej zetknięciem się z
brudnymi stronami życia; nie znalazła jej więc
Michalina, a nawet i nie szukała długo, bo jedna jeszcze
czekająca ją niespodzianka pochłonęła całą jej uwagę.
Na świstku prostego papieru, niewprawnym
pismem donosił ktoś panu Leonowi, że w nocy z dnia
osiemnastego na dzień dziewiętnasty marca przybyła na
świat dziewczynka oraz że życie matki znajduje się w
niebezpieczeństwie. Żadnego nazwiska, żadnego
adresu, nic, proste tylko doniesienie... Na tymże świstku
dopisał pan Leon własnoręcznie: „Umarła d.
dziewiętnastego marca o g. trzeciej popołudniu”.
Przypominała sobie ten dzień Michalina.
Proszeni byli na raut... Mąż o zwykłej godzinie
pojechał do fabryki i stamtąd zawiadomił ją przed
południem, że na obiad wrócić nie może. Wrócił po
godzinie siódmej dopiero, nic jeść nie chciał, ona
zauważyła, że zmęczony jest i blady. Skarżył się na ból
głowy i zaproponowała mu, żeby zostali w domu.
Wzbraniał się z początku, ale uległ w końcu jej
namowom i przepędzili wieczór w domu.
Pan Leon leżał na kanapie z przymkniętymi
oczyma. Michalina robótkę wziąwszy do ręki, usiadła 
przy stoliku, na którym przyciemnionym blaskiem
płonęła lampa. Od czasu do czasu troskliwie pochylała
się nad nieruchomym, drzemiącym, jak przypuszczała
mężem, który sięgał wtedy po jej rękę i nie otwierając
oczu, przyciskał ją do ust długim, milczącym
pocałunkiem.
Jeszcze jedną znalazła Michalina karteczkę. Adres
„ulica Mokotowska, nr... Marianna Walczak”. Pisane to
być musiało niedawno, bo papier, na którym stoją
powyższe wyrazy, jest tego samego gatunku i koloru, co
papier notatnika rozpoczętego w pierwszych dniach
roku. Notatnik ten przed godziną miała w ręku; teraz
znowu sięga po niego i kartkę po kartce przesuwając,
znajduje w nim tenże sam adres z dopiskiem liter „L.
G.” i wzmianką „d. 6/2 dano rs. 50”.
Do późnego wieczora siedziała pani Michalina przy
biurku męża, potem całą noc oka zmrużyć nie mogła.
Ostrym i dojmującym bólem przeszyte jej serce
wzbierało oburzeniem i gniewem, to znów tajało żalem
i litością. Nad kim jednak? Czy nad sobą — zdradzoną
małżonką? Czy nad dziecięciem sierotą? Czy nad tymi...
którzy je sierotą zostawili?
Jak w sercu sprzeczne uczucia, tak w głowie
najsprzeczniejsze krzyżowały się myśli. Gwałtowne
wzruszenie wyrwało ją z zaklętego koła codziennych
wrażeń, zmusiło ją do myślenia... Trudna to była praca
dla kobiety jednostajnością wzruszeń od badania siebie
odwykłej, odrętwieniem rozpaczy rozleniwiałej, dla
kobiety, której całe życie wewnętrzne streszczało się w 
tej jednej, na dnie serca nieustannie szemrzącej skardze:
„Nie ma cię, Lewku, szczęście moje!”.
Nazajutrz od samego rana świeciło słońce jesienne i
przypuszczać też należało, że pani Michalina,
korzystając z pogody, wcześnie wybierze się z domu, by
do ogrodnika, a potem na Powązki pojechać. Nie
pojechała jednak ani tego dnia, ani następnych. Konie
jej nie opuszczały stajni.
Pani Michalina nie siedziała przecież w domu.
Owszem, często i na długo wychodziła i zdawała się
mocno zajęta... Nikt wszakże nie wiedział o celu jej
wycieczek...
Pewnego dnia wreszcie przyniesiono za nią z
miasta dziecięce łóżeczko oraz różne inne sprzęty do
dziecięcego pokoju potrzebne. Pani Michalina kazała je
ustawić w pokoiku oddzielającym jej sypialnię od
gabinetu męża i oświadczyła, że od jutra przybywa i
chować się u niej będzie dziecko jej kuzynki. To samo
powtórzyła znajomym...
W wilię Wszystkich Świętych wniosła się do
mieszkania pani Michaliny niemłoda już, przyzwoicie
wyglądająca niańka... Nazajutrz młoda wdowa piechotą
wyszedłszy z domu, wróciła koło południa doróżką,
przywiozła z sobą trzyletnią blisko, niewyraźnie jeszcze
szczebioczącą dziewczynkę, której czarne oczy sypały
iskrami, a śniada pociągła twarzyczka nieswojskiego
była typu... W uśmiechu tylko miała Leonka szczerą,
słowiańską słodycz i uśmiechem tym przypominała
kogoś...
— Jakby, nie przymierzając, pana nieboszczyka —
mówił stary Ludwik, od kawalerskich jeszcze czasów
służący pana Leona.
— Et, gadacie, panie Ludwiku! — odcięła
fertyczna pokojówka — skąd dziecko ma przypominać
pana, kiedy pani mówi, że to paninej kuzynki córeczka?
Dziecko zrazu wylękłe widokiem obcych twarzy,
wnet jednak oswoiło się z niańką, a pani Michalina tak
była zajętą nowymi domownicami, iż wcale nie miała
czasu porozumieć się z ogrodnikiem w kwestii
przystrojenia grobu.
Rano tylko w Dzień Zaduszny pojechała na
Powązki, ustawiła na grobie tyle lampek, ile ich
przyzwoitość wymaga, ułożyła wśród nich kilka
wieńców przed bramą cmentarną kupionych i
załatwiwszy się z tą obowiązkową daniną, czym prędzej
powróciła do domu.
Zdziwiły się też znajome jej i przyjaciółki,
popołudniu dnia tego w świeżych strojach jesiennych
zwyczajową pielgrzymkę odbywające, że grób pana
Leona mniej strojnie jakoś wygląda.
— To zawsze tak bywa z tymi wielkimi
desperacjami — oświadczyła pobożna jakaś dusza,
doczesny pobyt w ciele umilająca sobie stylowym
empire kostiumem — pocieszyła się pani Myszka!
— Czym? — ktoś zagadnął.
— Trzeb aby może spytać: kim? — złośliwie
poprawiła któraś.
I poszły dalej... modlić się za dusze umarłych. Z
oddalenia jeszcze doleciał wyrok stanowczy:
— Zapomniała!
Grób pozostał samotny i cichy, a samotności tej i
ciszy nic całą zimę nie przerwało, bo pani Michalina
przestała jeździć codziennie na Powązki i z wiosennym
dopiero słońcem pojawiła się tutaj.
Towarzyszyła jej Leonka, która czepiając się
wdowiej sukni żałobnej, dotąd przez panią Michalinę
niezdjętej, wesoło w oczy „cioci” zaglądała.
Oczy te łagodnie i z przywiązaniem patrzyły na
dziecko; na ustach jednak nie było uśmiechu.
Nie jęczały już jak dawniej żałośnie: „Nie ma cię
Lewku, szczęście moje”, czasem tylko z goryczą
szepnęły: „O, szczęście...”
Uspokoiła się widocznie pani Michalina.
Zapomniała!...
Nie wiadomo tylko czego: miłości swej dla męża,
czy... urazy?...

