Bolesław Prus

CO TO JEST BLAGA?

 Było już około dziesiątej wieczorem. Poważny pan Ezechjel kilkakrotnie spojrzał na zegarek, szpakowata pani Weronika kończyła robotę włóczkowej chusteczki, a pulchna mężatka, pani Balbina, bez ceremonji ziewała. Tak widoczne oznaki nudów zdolne były zakłopotać najmniej uprzejmego gospodarza; to też nie dziw, że znani z gościnności państwo Sylwestrowie wili się jak dwie muchy w ukropie, zapewne rozmyślając nad sposobami ubawienia swoich gości.
 Nagle, w chwili gdy brwi zmartwionego pana Sylwestra dosięgły najwyższego położenia na czole, a koralowe usteczka pani Balbiny robiły się coraz podobniejsze do bramy zajezdnego domu, jedno pytanie rzucone jak bomba przez eleganckiego Fabjana, spłoszyło anioła ciszy:
 — Bardzo byłbym wdzięczny — mówił pan Fabjan — temu, ktoby mi dokładnie objaśnił, co znaczy tak powszechnie dziś używany wyraz blaga?...
 — Nic łatwiejszego! — mruknął poważny Ezechjel.
 — Najzupełniej zgadzam się z panem! — potwierdził gościnny Sylwester.
 — A... ach!... — ziewnęła ponętna Balbina.
 — Dobranoc państwu!... — szepnęła Mania, córeczka państwa Sylwestrów, rozkoszny czternastoletni cherubinek, który miał wielką ochotę posłuchać objaśnienia wyrazu blaga, lecz na dany przez troskliwą mamę znak, musiał opuścić rozbudzone towarzystwo i odejść do swego pokoju.
 — Owe wyprzedaże zupełne, pożyczki premjowe, koncerta dobroczynne — mówił pan Ezechjel — owe wyrzekania na ucisk klas ubogich przez kapitalistów, wszystko to blaga!...
 — Mój panie — odezwała się pani Weronika — poco mamy tak daleko szukać, kiedy w najbliższych znajomych nam kółkach jest tyle blagi, że ta wystarczy do doskonałego objaśnienia wyrazu...
 — No, żegnam państwa! — przerwała pani Balbina, nie mająca zwyczaju robić sobie z nikim ceremonji. — Uważam, że pani Weronika znalazła już swój ulubiony temat, nie chcę więc jej przeszkadzać...
 — Ależ pani!... Ależ droga pani!... — zawołali jednocześnie gościnni państwo Sylwestrowie, zrywając się z krzeseł, zapewne dla zatrzymania tak przyjemnej osoby.
 — Słowo daję, że nie mogę dłużej czekać... Mąż będzie niespokojny, a przytem głowa trochę mnie boli! — tłomaczyła się pani Balbina, całując tymczasem damy i łaskawie podając rączki mężczyznom.
 — Może pani dobrodziejka pozwoli sobie służyć? — spytał szanowny Ezechjel.
 — O dziękuję! bardzo dziękuję, mam tylko parę kroków do domu. Adieu!...
 I w kilkanaście sekund znikła.
 — Zawsze do męża i zawsze przy mężu... co za doskonała kobieta! — zaczął gospodarz z dwuznacznym uśmiechem.
 — Ach, Boże! — zawołała z gniewem pani Weronika. — Oto jest dopiero przykład blagi... Niby to kocha męża, a ma kochanków tuziny...
 — Jest na pozór bardzo rozsądna i taktowna, a przecież robi szalone wydatki i zaciąga długi — dodał Ezechjel.
 — Pod pretekstem szczerości prawi ludziom impertynencje — uzupełnił Sylwester.
 — Tak, istotnie... — pochwycił miły Fabjan. — Pani Balbina bardzo szczęśliwie przyczyniła się do objaśnienia rzuconej kwestji!... Lecz o Boże! — zawołał nagle — jest już kwadrans po dziesiątej, a ja mam odwieźć z teatru moją siostrę, panią baronowę X., pozwolicie więc państwo, że pożegnam...
 — Jaka szkoda! — westchnęła Weronika.
 — Nie godzi się, panie Fabjanie, przerywać rozmowy, której pan duszą jesteś — rzekła z najsłodszym uśmiechem gospodyni.
 — No, trudno!... Jeżeli pan Fabjan ma odprowadzić panią baronowę, to nie powinniśmy go zatrzymywać — zakonkludował gospodarz.
 Gdy po czułem pożegnaniu gość zniknął, pan Ezechjel rzekł z bardzo uroczystą miną:
 — Nie rozumiem, dalibóg! jakiem czołem ten młodzieniec dopytuje się o znaczenie wyrazu blaga, będąc sam tak doskonałym blagierem!...
 — Jaki pan Ezechjel złośliwy! — szepnęła pani domu.
 — To nie złośliwość, moje dziecko — wtrącił gospodarz — ale sprawiedliwość. Nikt istotnie nie dorównał panu Fabjanowi w sztuce udawania, a i teraz nawet nie jestem pewny, czy zamiast do siostry nie poszedł... no, gdzieindziej.
 — Naprzykład za panią Balbiną! — odezwała się Weronika.
 — Ależ droga pani!... — protestuje gospodyni domu.
 — Mniejsza już o panią Balbinę — mówi Ezechjel — bo swoją drogą i bez niej Fabjanek jest blagierem. Ja sam znam parę wypadków, w których, doprawdy, chłopiec ten przeszedł samego siebie...
 — Ta... ta jego pycha arystokratyczna jest przedewszystkiem blagą — przerywa Weronika. — Wiadomo przecież, że ojciec jego był lokajem...
 — Lokajem?... A cóż znaczy siostra baronowa?
 — Znaczy to, że wyszła za fabrykowanego barona, który przed kilkunastu laty trzodą handlował.
 — Ależ majątek samego Fabjana?...
 — Gdzie on tam ma majątek! — odzywa się pan Ezechjel. — Pieczeniarzuje przy wielkich panach, pożycza niby to dla nich pieniądze u lichwiarzy, a przy tej sposobności i o sobie nie zapomina. Oto wszystko!
 — Bójcie się państwo Boga, czy to być może?! — pyta bolejącym głosem pani Sylwestrowa. — To zdawał się taki przyzwoity chłopiec!...
 — Droga Klociu! — upomina ją mąż — droga Klociu, nie dziwże się tak znowu gwałtownie, bo ci przecież nieraz już opowiadałem o Fabjanie...
 — Ależ kochany Ksawciu!...
 — Ależ kochana Klociu!...
 Zapalającą się kłótnię małżeńską przerwał nagły dźwięk dzwonka, gdy zaś gospodarz otworzył drzwi wchodowe, zebrani ujrzeli w przedpokoju służącego pana Ezechjela.
 — Co się stało? — zawołał pan Sylwester ze źle udawanem zdziwieniem.
 — A bo proszę pana, jakiś pan był u nas trzy razy i powiedział, że się chce gwałtem z panem widzieć jeszcze dziś...
 — Dziwna rzecz!... Z prawdziwą przykrością będę musiał państwa pożegnać...
 — O to nic!... byle tylko nie trafił się jaki wypadek... Dobranoc!... — chórem odpowiadali obecni.
 — No, to chyba i ja już pójdę spać — rzekła pani Weronika, składając robotę. — Mój Boże! jak świat przewrotny teraz! Ten naprzykład stary grzesznik Ezechjel wszystkich obmawia, a sam podobno najgorszy... Ach!...
 — Cóż on znowu zrobił? — pyta gospodyni.
 — Niby ty nie wiesz, droga Klociu! — odpowiada mąż z przekąsem.
 — Sknera, lichwiarz, kochana pani! — objaśnia Weronika. — Niejednego już zgubił, a ten jegomość, co przysyłał po niego w nocy, to niezawodnie albo tradowany dłużnik, albo potrzebujący pieniędzy głupiec... Dobranoc państwu.
 — Wielki Boże! — dziwi się Sylwestrowa.
 — Tak! tak! moja pani... Dobranoc.
 Po wzajemnych uściskach stara dama zniknęła.
 — Moja Klociu — zaczął pan domu — jesteś nieznośna z tem ciągiem powątpiewaniem i dziwieniem się...
 — A ty z twojem obgadywaniem na współkę z Weroniką, która jest tak fałszywa cała, jak jej zęby i włosy...
 — Ależ Klociu, co gadasz?... Wprawdzie Weronika ma swoje dziwactwa...
 — Dziwactwa?... Więc to dziwactwo obgadywać wszystkich za oczy, a łasić się w oczy?... Nieznośna kobieta i basta! — zawołała żona i weszła do następnego pokoju.
 Mąż pobiegł za nią.
 — Moja droga, nie pojmuję — mówił z gniewem — skąd ci dziś przyszły morały do głowy? Wiem przecież, jaka zwykle jesteś!
 — A ja nie pojmuję ciebie! — zawołała żona. — Bronisz dziś Weroniki, a wiem przecie, co na nią zwykle gadasz...
 — Bezrozumna kobieto! nie mogłem inaczej gadać, ponieważ Weronika podsłuchiwała za oknem.
 — No, to i ja nie mogłam chwalić plotek i plotkarki, ponieważ Mania przez cały czas naszej rozmowy podsłuchiwała za drzwiami...
 — Przecież Mania spać poszła?...
 — Mania zawsze tak robi, ile razy chce słyszeć coś, czegoby przy niej nie mówiono.
 — Doskonałe wychowanie!... — bąknął mąż.
 — Dosyć!... — odparła żona.
 I już... już miało wybuchnąć nieporozumienie familijne. Szczęściem, małżonkowie spojrzeli na siebie i... ucichli oboje.


