Bolesław Prus

KŁOPOTY REDAKTORA.
OBRAZEK Z NIEDAWNEJ PRZESZŁOŚCI

 „Co nieco się zatarło na przeszłości desce,
 Niechaj odżyje w pieśni albo humoresce.“

 — A napaliszżeż choć raz w tym djabelskim pieci[1] do stu piorunów! — woła względnie dość poważny mężczyzna, w futrze z psów, naśladujących niedźwiedzie. — Czego tu sterczysz, gapiu?
 — Czekam na korektę.
 — Czemże ci będę robił korektę, ośle jakiś, kiedy mi palce zesztywniały? Napal w piecu, to zrobię.
 — Kiedy piec dymi, proszę pana.
 — Bodajeście się wy zadymili, niedołęgi! — klnie w dalszym ciągu mężczyzna, trzepiąc się zziębniętemi rękami po bokach, na furmański sposób. — Odgrzejże mi przynajmniej atrament, bo zamarzł!
 Chłopiec ze zmarzłym atramentem wyjeżdża do cieplejszych okolic, mężczyzna w futrze, ogrzawszy ręce, zkolei naciera sobie uszy mocno klerykalnej barwy, a tymczasem we drzwiach świątyni dobrego humoru pojawia się dyspozytor.
 — Proszę pana redaktora — mówi przybyły — wstępnemu rysunkowi nos się zatarł.
 — A więc cóż ja na to poradzę? przecież swego nosa mu nie oddam. Idźcie do rysownika.
 — Rysownik także nie odda, bo sam nie ma; wreszcie już za późno.
 — Uważam, żeś pan codzień dowcipniejszy, panie ten...
 — My tu tak wszyscy potrochu, panie redaktorze. Zamiast rysunku, trzeba dać druk.
 — A skądże panu druków wezmę, kiedy współpracownicy nie nadesłali rękopisów?
 — Miał pan dać tego... kościotrupa, czy jak tam?
 — Aha! „Kościotrup i dziewica,“ fantazja, dam, ale niech kto pisze, a ja będę dyktował; czy jest kto taki?
 — Znajdzie się. Mieszka tu na górze jeden od adwokata, to go panu redaktorowi sprowadzę.
 — Dobrze!... No i cóż? — pyta redaktor wchodzącego w tej chwili chłopca — rękopis masz?
 — Gdzie tam, panie redaktorze! Pan Ochwatowicz strasznie chory i tylko kartkę przysłał.
 — Dawaj ją tu!... — Czyta.

 „Świat mi zbrzydł... głowa cięży... umieram bez nadziei i żalu... Przyszlijcie mi kilka rubli. — Ochwatowicz.“
 „Post scriptum. Po drodze niechaj chłopak kupi parę cytryn.“

 — A niechże cię zakwaszą! — woła redaktor, zabierając się znowu do ogrzewania rąk o boki. — A niechże cię!... Czyś widział pana Ochwatowicza?
 — Widziałem, proszę pana; ma chustkę na głowie.
 — Cóż mu jest?
 — Nie wiem, proszę pana redaktora. Sługa mówiła, że go ludzie wczoraj o pierwszej w nocy z sani do pokoju przynieśli. Podobno był na imieninach.
 — Ach! — wzdycha redaktor, padając na fotel i zasłaniając twarz rękoma.
 Jednocześnie ukazuje się dyspozytor w towarzystwie łysego jegomości lat średnich, którego fizjognomja odznacza się dziwnym spokojem, graniczącym nieledwie z doskonałą obojętnością na wszystkie rzeczy tego świata.
 — Panie redaktorze, przyszedł pan Dulski do pisania.
 — Niech siada i pisze — mówi redaktor, nie odejmując rąk od twarzy.
 — Dzień dobry panu! — odzywa się przybyły, nie zmieniając ani na chwilę swej apatycznej fizjognomji.
 — Tam! — wskazuje dyspozytor, następnie sadowi obojętnego mężczyznę tyłem do grzbietu redaktora, podsuwa mu efekta piśmiennicze i jakiś dziennik na podkładkę.
 — Panie dyspozytorze, ile będzie potrzeba szpalt „Kościotrupa i dziewicy?“
 — Dwie... pół trzeciej...
 — Bardzo dziś zimno — odzywa się pan Dulski.
 — Piszemy, panie — mówi redaktor, nie patrząc nawet na bliźniego, który podjął się roli machiny kaligraficznej.
 — Już z dziesięć lat nie pamiętam takiej zimy — zapewnia Dulski.
 — Tytuł: „Kościotrup i dziewica“ — dyktuje redaktor.
 Pióro Dulskiego poczyna skrzypieć.
 „Step straszny... (kropki), okropny... (kropki), pusty... (kropki). Zamiast zieleni trawy — bielizna śniegu, zamiast świergotu ptasząt — krakanie wron i wichru wycie... (Od ustępu).
 „Na pysznym arabczyku pędzi młoda dziewica, wiatr rozwiewa jej woal i czarną aksamitną amazonkę.“ (Od ustępu).
 „Na posągowej twarzy dziewicy wyrzeźbił się wyraz przerażenia, bo tuż tuż, za jej pysznym rumakiem, gna stado wilków, złowrogo wywieszających krwawe języki i kłapiących wściekle porcelanowemi zębami.“
 Redaktor nagle uciął, jakby chłód opisywanego stepu zamroził mu kaskadę słów. W uchylonych drzwiach ukazała się ostra bródka, haczykowaty nos i silnie wystrzyżona głowa.
 — Aaa, pan Josek! Cóż pan każe?
 — Upadam do nóg panu redaktorowi!... przyszedłem za te szedem rubli, co pan wie...
 — Niema teraz. Panie Dulski, piszemy dalej.
 — Jakto niema? Ja dżysz muszę gospodarzowi zapłaczić...
 — Nie przeszkadzaj! „Z oczu i nozdrzy dzielnego bieguna sypały się iskry; pędził jak wiatr, gdy wtem dopadła go wilczyca i urwała mu ogon. Lunął potok krwi...“
 — Jakże będzie, proszę pana redaktora?
 — Nie dostaniesz teraz nic; nie przeszkadzaj!
 — To ja zaczekam.
 — Nie czekaj, powiadam ci...
 — Kiedy ja nie mogę, proszę pana, ja muszę dżysz dostacz szedem rubli...
 Redaktor z pochmurnego zrobił się majestatyczny.
 — Josku — rzekł — dostaniesz za godzinę pół rubla, ale teraz wynoś się, bo...
 Żydek znikł.
 — Ale, ale... stój! stój! Przynieś mi jeszcze paczkę papierosów.
 — Niech pan da pieniędzy.
 — Nie mam drobnych; przynieś za swoje i zostaw w drukarni.
 — Jakto to może być? To ja i pieniędzy nie dostanę i jeszcze mam papierosy kupować?...
 — Za to możesz wypić kieliszek wódki.
 — Także za swoje?
 — Rozumie się! Tymczasem.
 — Ny, ny!...
 — Panie Dulski, piszemy dalej — mówi redaktor, spoglądając przez ramię na siedzącą za nim machinę.
 „Drobny ten łup na chwilę tylko wstrzymał pędzące stado, które wnet dognało ofiarę...“
 — Panie redaktorze! — woła wbiegający w tej chwili, mocno zaaferowany pan, w starej burce i pomiętym kapeluszu. — Panie redaktorze, na miłość boską, dajcie mi piętnaście rubli!...
 — Piętnaście rubli? — pyta zdumiony redaktor, drepcząc nogami i gwałtownie zacierając ręce. — A artykuł przyniosłeś... pan?
 — Mój Boże! dajcie mi pokój z artykułem przynajmniej teraz... Pan wiesz, moja żona...
 — Aaa... winszuję!
 — No, więc widzisz pan, czy w takiej chwili można myśleć o pisaniu?
 — Panie — odparł surowo redaktor — powód taki mógłby stanowić sprawiedliwą wymówkę dla pańskiej żony, ale nigdy dla pana.
 — Ależ panie redaktorze, nie dręcz mnie; potrzebuję piętnastu rubli, a pan mi...
 — Za godzinę będziemy panu mogli ofiarować pięć rubli, teraz zaś... Panie Dulski, piszemy.
 — A niech was! — mruknął przybyły, trzaskając drzwiami.
 Pióro skrzypiało, redaktor dyktował.
 „W tej chwili najtęższy wilk przyskoczył do cwałującego bieguna i urwał mu tylne kopyto z lewej strony; lecz szlachetne zwierzę, czując, jak drogi ciężar unosi, pędziło dalej, nie dotykając nogami śniegu. Potok krwi, płynący z ogona, zamarzł.“
 Tym razem redaktor struchlał, ujrzawszy w otwartych drzwiach jakieś poważne oblicze, w kołnierz z rzeczywistych szopów oprawione.
 — A, szanowny pan Goldfisz!... Cóż pana dobrodzieja sprowadziło tak wcześnie?
 — Dzień dobry! Pan chyba żartuje, pan przecie wczoraj jeszcze miał mi oddać te sto dwadzieścia...
 — Niechże pan Goldfisz siada, bardzo proszę! Spodziewam się, że synek pański miał dobrą cenzurę?
 — Niczego!... Ale widzi pan, ja nie mam czasu, a panowie to mnie tak zawsze jakoś zamroczyć umieją.
 — No, jeżeli pan Goldfisz nie ma czasu teraz, to możemy za parę dni nasz rachunek uregulować.
 — Za parę dni?... To już chyba z komornikiem — odparł obrażony gość, zabierając się do odejścia.
 — Chwileczkę... panie Goldfisz! Pan Goldfisz zna „Kupca Weneckiego“ Szekspira?
 — Dlaczego nie mam znać? ja przecie całego Szekspira prawie na pamięć umiem.
 — Pan wie, że do tej tragedji wchodzi lichwiarz nazwiskiem Szajlok?
 — No tak, Szaja... wiem, wiem!
 — Otóż wyobraź pan sobie, że otrzymaliśmy wczoraj miejską pocztą rysunek, a na nim... wiesz pan kogo? Oto pana! Jesteś pan tam przedstawiony z nożem w ręku i podpisem: „Abraham Goldfisz, Szajlok z Pociejowa, co na dwieście procent pożycza.“
 — Kto takie głupstwo napisał?
 — Nie wiem; swoją drogą jednak my rycinę zużytkujemy.
 — Jakto, wyrysujecie panowie w piśmie?
 — Naturalnie. Pan nas chcesz stradować, my więc nie mamy racji oszczędzać pana.
 — No, ja panu redaktorowi co powiem. Ja z temi stu dwudziestoma rublami zaczekam jeszcze tydzień... dwa... niech będzie trzy — ale niech państwo tego nie zrobią...
 — Hum! uważa pan Goldfisz... trudno... Artykułów nie mamy.
 — Nie macie?... A jak ja chciałem wam dać, toście nie brali.
 — Pański wiersz był strasznie słaby.
 — Tamten słaby, ale ten, co mam teraz, to strasznie zdrowy. Przeczytam panu, com napisał: „O przyjaźni.“
 Redaktor zgadza się, pan Goldfisz siada, wydobywa z kieszeni rękopis i czyta:

Przyjaciel wierny więcej znaczy,
Niż skarb niezmierny. On przebaczy
Wszystkie urazy
Kilka razy.
A jeśli ty jesteś w potrzebie,
Idziesz do niego, jak do szebie,
On tobie pożycza,
Pieniądze odlicza.
A jeśli masz jakie zgryzoty,
Czy to zmartwienie, czy kłopoty,
U niego pociechy szukasz.
Do jego serca pukasz...
 — No, co pan redaktor na to?
 — Pyszny wiersz!
 — Pójdzie na ten numer?
 — Na ten? Poszedłby, ale... naprzód nie jestem pewien, czy ten numer wyjdzie.
 — Dlaczego nie jestem pewien?
 — Zabrakło nam pieniędzy. Przez kilka dni (z powodu świąt) nie wpływała nam prenumerata.
 Pan Goldfisz zamyślił się.
 — No, a jakby poszedł, to z moim podpisem?
 — Rozumie się! Kazałbym jeszcze odbić jeden numer dla pana na welinie, czerwonemi literami.
 Pan Goldfisz powtórnie się zamyślił.
 — Ile to potrzeba?
 — Z pięćdziesiąt rubli.
 — Aleby poszedł z moim podpisem i z czerwonemi literami?
 — Jakżeś pan chciał?
 — No... to ja panu pożyczę pięćdziesiąt rubli, tylko... niech pan do mnie za godzinę przyjdzie.
 To powiedziawszy, pan Goldfisz wstał, odetchnął głęboko i czule pożegnawszy redaktora, wyszedł. Po upływie jednak kilku sekund wrócił znowu i uchylając drzwi, dodał:
 — Z moim podpisem, pamiętaj pan!
 Teraz dopiero na surowem redaktorskiem obliczu wykwitł uśmiech, który jednak należało powściągnąć przez wzgląd na wchodzącego dyspozytora.
 — Panie redaktorze, przyszedłem po fantazją o kościotrupie, niech pan teraz da choć kawałek.
 — Mówisz pan o „Kościotrupie i dziewicy?...“ Mogę dać teraz kawałek, za godzinę będzie reszta. Panie Dulski, proszę o rękopis!
 Ale pan Dulski nie podniósł nawet schylonej głowy, tylko wciąż pisał zawzięcie.
 — Panie Dulski! — zawołał dyspozytor — proszę o rękopis!...
 Pan Dulski ciągle pisał.
 Ten jawny dowód lekceważenia osób, wyższe zajmujących stanowiska, obruszył redaktora, który powstał z gniewem i z pod ręki Dulskiego wydarł papier. Lecz apatycznego człowieka nie obraził bynajmniej ten wybuch. Spokojnie strzepnął on pióro, i odwróciwszy głowę, rzekł:
 — Bity charakter, panie!
 Redaktor spojrzał na papier, przybliżył go do światła, przetarł oczy, a na twarz wystąpiły mu sine plamy.
 — Co to jest?... „Pisarz Trybunału Cywilnego... Wiadomo czyni, iż na żądanie Jankiela Karabin, kupca w mieście gubernialnem... zamieszkałego, a zamieszkanie prawne u Franciszka Patykowskiego Patrona Trybunału...“ Co to znaczy?... ten człowiek zamiast pisać to, co ja mu dyktowałem, napisał ogłoszenie o subhastacji?...
 — Z tego arkusza, panie — mówił Dulski — toby były cztery kancelaryjne...
 — Czyś pan zwarjował?... — pyta redaktor.
 — Najmniej dwa złote, panie — odpowiada nowokreowany literat.
 — Ależ panie dyspozytorze, ten człowiek jest głuchy!
 — Coś pan zrobił?... — wrzeszczy do ucha Dulskiemu zirytowany dyspozytor.
 — Co? a przepisałem ogłoszenie z tej gazety, co kazał pan dyspozytor...
 — Ależ ja ją panu tylko na podkładkę dałem! — odpowiada oburzony dyspozytor...
 — Niechże was tu wszystkich najjaśniejsze!... — konkluduje redaktor.
