BOLESŁAW PRUS


SZKICE i OBRAZKI


TOM I



NOWY ROK.

 Onegdaj był wielki ruch w Warszawie, że nie powiem w całej Europie. Gdyby wizyty, listy i bilety wizytowe notowano na giełdzie, mielibyśmy przykład wartości, która w dniu 1-go stycznia każdego roku podskakuje przynajmniej o tysiąc procent. Później spada do zera.
 W dniu tym stosunkowo najwięcej niszczy się kaloszy, zawiasów u drzwi, farby na podłogach, rączek od dzwonków i śliny. Każdy ma kogoś do odwiedzenia. Przytem nikt na cudze słowa nie zwraca uwagi i ani innym, ani sobie nie wierzy.
 Krótko mówiąc, tworzy się zamęt, podczas którego rej wodzą nogi, języki, puste karety, litografowane kartki i posłańcy. Zato w sercach jest zupełnie cicho, a w głowach ciemno.
 Chaos ten nazywa się składaniem życzeń noworocznych. Tylko dzieci, którym ofiarowano nieoczekiwane podarunki, patrzą na podobne widowisko z dobrą wiarą. Dorośli są w usposobieniu dość pesymistycznem. Przyjmujący odwiedziny tłumią ziewania, goście pracują nad tem, aby nie wzruszać ramionami, wypłacający kolędę nie mają humoru, i ledwie obdarowani doświadczają nieco żywszych uczuć, klnąc, albo wyśmiewając ofiarodawców.
 Niektórzy, aby uwolnić się od szczerych i błogosławieństwo ściągających życzeń, uciekają z domów, albo okładają się dobrowolnym podatkiem dla ubogich. Na widok rubryki „W miejsce składania powinszowań noworocznych“ mimowoli chce się zapytać: czy 10 rs. pana X., albo 25 rs. pana Y. są dowodem jego współczucia dla biednych, czy też nienawiści dla przyjaciół i znajomych?
 Cóżto za siła przemienia w owym dniu ludzi na wędrowną szarańczę? Stary obyczaj — mówiono, i przez jakiś czas zadawalniano się tem objaśnieniem.
 Dziś wyraz „obyczaj“ stał się tak bezbarwny i pozbawiony treści, jak sama rzecz, którą ma pretensją objaśnić. Z tego powodu uczony mój przyjaciel, dr. Ochorowicz, wynalazł inny termin, a mianowicie: „szczątkowe zjawisko w rozwoju życia społecznego“.
 Termin ten wzięty został z dziedziny zoologji i anatomji. W naukach tych „organem szczątkowym“ nazywa się taki organ, który niegdyś pewnemu gatunkowi zwierząt oddawał usługi rzeczywiste, lecz obecnie nie oddaje żadnych.
 Organami szczątkowemi są naprzykład dwa tylne palce, niedostające do ziemi — pewnego gatunku zwierząt gruboskórnych, albo skrzydła u bezlotka i strusia, które to ptaki latać już nie umieją. Włosy na ciele ludzkiem są organem szczątkowym z owej epoki, kiedy przodkowie nasi uważali odzież za przesąd, kontentując się własną szerścią. Włosy na głowie u człowieka dorosłego nie mają również wartości praktycznej, tylko wywołują zbyteczne koszta, podczas gdy w wieku pacholęcym były one tym organem użytecznym, za pomocą którego światli nauczyciele wlewali w serca i umysły nasze, idee — prawdy, piękna i dobra.
 Z tego powodu ludzie mądrzy łysieją, ponieważ im włosy już bezwzględnie na nic się nie zdały.
 Wreszcie nasz uroczysty frak, bez którego niepodobna być dobrze widzianym w towarzystwie, jest organem szczątkowym z tej epoki, kiedy ród ludzki począł wstydzić się ogonów i zasłaniał je zapomocą trzech ćwierci łokcia tkanin.
 Zrozumiawszy, co jest „organ szczątkowy“, łatwo już pojmiemy, co znaczy ochorowiczowskie „szczątkowe zjawisko w rozwoju społecznym“.
 I tak:
 Dlaczego służący chodzi za swoim panem?
 Oto dlatego, że w epoce wojen wszystkich przeciw wszystkim, rycerz zaatakowany od frontu mógł się sam bronić, ale oficyny musiał ubezpieczać zapomocą służby. Wówczas taki tryb chodzenia miał racją bytu, dziś jest — „zjawiskiem szczątkowem.“
 Dlaczego mężczyzna podaje kobiecie prawą rękę?
 W czasach barbarzyńskich mężowie niekiedy bijali żony. Gdy więc który z nich chciał okazać swej połowie usposobienie przychylne, wsuwał jej prawą rękę pod ramię, jakby mówiąc: „Widzisz przecież, że ci teraz nic nie zrobię.“
 Dlaczego kochanek klęka przed ubóstwioną?
 Dawniej penitent, skazany na ucięcie głowy, klękał, aby swemu oprawcy zrobić wygodę. W czasach liberalnych kochankowie zużytkowali to na własną korzyść, dając do zrozumienia pannom, że już dla nich całkiem stracili głowy.
 A dlaczego gospodarz wychodzi za gośćmi?
 Jest to znowu zjawisko szczątkowe, jasno dowodzące, że ongi gospodarze wobec przyjaciół byli mniej pewni swoich naczyń i garderoby w przedpokoju.
 Widzimy więc, że były epoki, w których dzisiejsze „zjawiska szczątkowe“ posiadały treść pełną życia. Zdaje się, że i wiele dzisiejszych treściwych faktów staną się kiedyś tylko szczątkowemi. Umysły wyższe przewidują tę ewentualność, i z tego powodu mamy ludzi, którzy już w naszych czasach płacenie — naprzykład weksli w terminie — uważają za zjawisko szczątkowe.
 Najmniej domyślny czytelnik odgadnie teraz, że powinszowania noworoczne należą do zjawisk szczątkowych i są tylko odblaskiem wypadków, przy których ludzie wypowiadali słowa: „Bóg ci daj szczęście!“ — z pulsem przyspieszonym, temperaturą podniesioną, okiem iskrzącem się, pod wpływem wezbranego uczucia.
 Ale jakie to były wypadki, jacy ludzie, jakie uczucia?... Kto dziś wie! Gdyby można zebrać ich rozsypane popioły, ocucić zastygłe życie i zapytać... Usłyszelibyśmy może niejedną ciekawą historją, niejedną pożyteczną naukę.
 Jeżeli kiedy, czytelniczko, napotkasz młodego człowieka, którego twoje oczki, twoje dołki na twarzy, twój zresztą biust — przyprawią o lekki zawrót głowy i inne chorobliwe przypadłości... Jeżeli znajdziecie się kiedy sami w altance... Jeżeli on zacznie mówić zwięźle, krótko i bez sensu...
 Wówczas pozwól, aby cię wziął za rączkę, i zapytaj go, niech ci wyjaśni: w jakim to dniu wszelakie życzenia miały cechę szczerości?
 Później zapisz sobie ten dzień, abyś wiedziała i w zgrzybiałej starości wnukom swoim objaśnić potrafiła: kiedy się to zaczął nowy rok dla świata? Nie ten nowy rok, który zasuszeni astronomowie oznaczają zapomocą lunet południkowych i zegarów, wybijających sekundy, ale ten, w którym można było wierzyć słówkom, choćby przesadnie życzliwym.
 Trwa to bardzo krótko. Optyczna oś południkowej lunety i noworoczna gwiazda ledwie przez mgnienie oka formują jedną linją prostą, ale pamięta się takie rzeczy, ach! jak długo. Dzięki właśnie temu — ludzie posiadają kalendarz.
 Nim jednak dla ciebie nadejdzie nowy rok, zechciej tymczasem posłuchać niżej przytoczonego wyjaśnienia życzeń.
 Twój zakochany zrobiłby to niezawodnie dokładniej, no — ale co on, to nie ja...
 Najdawniejszym bogaczem świata był Ofir. Ziemie jego na tydzień drogi ciągnęły się wzdłuż Tygru. Miał dwa tysiące niewolników, nad nimi stu ekonomów i włodarzy, i wielką moc bydła.
 Działo się to wkrótce po wygnaniu człowieka z raju. Słońce, które z orszakiem planet uchodzi około sześćdziesięciu miljonów mil rocznie, biegnąc wciąż naprzód, nie zdążyło jeszcze wyjść za obręb przestrzeni pierwotnej. Nie widzieli już ludzie ówcześni tego miejsca, skąd przylatują i dokąd odlatują dusze, i wielu z nich przestało wierzyć w życie wiekuiste, a także w nagrody i kary. Miejsce to skryło się już za gwiazdami. Ale przy dniu pogodnym jeszcze można było widzieć w niebie Jehowę, siedzącego na tronie złotym z jaspisowemi kolumnami. Dokoła — wyżej i niżej (tak się zdawało patrzącym z ziemi) wisiały wagi zasług ludzkich. Gdy kto umierał, wagi jego znikały. Gdy się kto rodził, wagi jego zawieszano, a wtedy talerz, na którym leżały skarby doczesne, i ten, na którym były skarby wieczne — stał w równej mierze. Dopiero z biegiem życia jeden albo drugi talerz przeważał.
 Ponieważ jednak życie wiekuiste stracono z oczu, a życie doczesne w owych czasach było piękne, więc każdy modlił się o skarby znikome i tem więcej był rad, im bardziej szala jego na stronę doczesną przeważała. Tylko ubodzy, którzy ani jednej palmy nie posiadali na własność, i niewolnicy, których bito, widzieli na niebie wielką obfitość skarbów wiecznych — i — płakali nad sobą.
 Waga Ofira co rok mocniej pochylała się w stronę majątku doczesnego, i wszyscy mu zazdrościli, a Ofir sam był kontent.
 Jednego dnia (miał Ofir już lat sto dwadzieścia i chodząc, opierać się musiał na prawnukach), ekonomowie i włodarze jego złożyli mu rachunki ostatnich zbiorów.
 Było dwadzieścia tysięcy owiec, dziesięć tysięcy bydła, cztery tysiące wielbłądów, trzy tysiące niewolników, pięćset osłów, sto tysięcy miar ryżu, dziesięć tysięcy miar oliwy i nieprzebrane mnóstwo innych rzeczy. Każdy sykl wypożyczony przynosił bogaczowi sto syklów, a kto procentu nie płacił, stawał się jego niewolnikiem.
 Kupcy z Zachodu, którzy u Ofira kupowali ryż, deski cedrowe i szerść zwierząt, zeznali pod przysięgą, że takiego jak on bogacza nie było jeszcze na ziemi.
 I Ofir cieszył się. A gdy słońce zaszło, wsparty na dwu prawnukach, poszedł spać do izby, która zamiast dachu miała szkarłatny namiot nad sobą.
 Był to dla Ofira dzień wielki, lecz dla niewolników taki jak inne.
 Gdy powiał gorący wiatr od południa i rozsunął makaty, bogacz widział zdaleka ognie zapalone przy młynach, które stu mocno okutych niewolników obracało. A jeżeli który ustał albo chciał wody zaczerpnąć z kałuży dla zmoczenia warg spiekłych, włodarze siekli go tęgiemi batami od stóp do głów. I całą noc słychać było w tamtej stronie turkot młynów, szczęk łańcuchów, chlustanie batami i wycie niewolników. Czasem tylko młyn nagle stawał, co było znakiem, że jakiś niewolnik wyzionął ducha, a wtedy jego wagi zdjęto z nieba.
 Gdy powiał chłodniejszy wiatr od północy i rozsunął makaty, bogacz widział w tamtej stronie długi szereg jaskiń, gdzie spali niewolnicy. Stamtąd dolatywały go chrapania znużonych pracą, płacz matek i kwilenie niemowląt. Czasem który człowiek, przywalony innym, bo było ciasno w jaskiniach, zrywał się ze snu i wydobywał na wierzch, a wtedy klęli go i potrącali inni, że im spać nie daje. Czasem spadał który w obrzydłą wilgoć i — topiąc się — ryczał. Innym złe robactwo zasnąć nie pozwalało, i ci, siedząc, rozmawiali między sobą o lepszych czasach.
 Niekiedy na niebie ukazywały się nowe wagi, na których skarby wieczne i skarby doczesne stały w równej mierze. Wtedy Ofir wiedział, że mu przybywa jeden niewolnik. Rozpamiętując zaś, co widział i słyszał, rzekł do siebie, że wszystko jest dobrze.
 Chciał się modlić za tyle dobrodziejstw i podniósł oczy ku niebu. Tam na złotym tronie z jaspisowemi kolumnami siedział wielki Jehowa, z obliczem spokojnem, i patrzył daleko, daleko, aż gdzie błyskawice spojrzeń jego stwarzały nowe piętra nieskończoności i światy przeogromne.
 Wtedy pomyślał Ofir:
 „Co będzie, jeżeli Pan na mnie spojrzy? Czy pod jego wzrokiem nie rozpadłaby się w proch ziemia cała?“
 Wtedy zobaczył nad głową Wszechmocnego wagi z napisem: Wagi Ofira. Jeden ich talerz, ze „skarbami wiecznemi“, był tak lekki, że unosił się wgórę aż tam, gdzie już nic nie było. Drugi talerz, ze „skarbami doczesnemi“, zdawał się wciąż pochylać nad zamyślonem czołem Stwórcy. Ile razy który niewolnik jęknął, albo bat chlustnął, albo kobieta zapłakała, — tyle razy talerz „skarbów doczesnych“ pochylał się mocniej, aż gięła się belka wagi.
 Jeszcze chwila, a wagi Ofirowe potrącą Przedwiecznego...
 Bogacz struchlał i uczuł straszny ból. Zdawało mu się, że najmocniej poraniony niewolnik, przysypany w swojej kałuży mrowiskiem robactwa — jest szczęśliwszy od niego.
 A tymczasem młyn turkotał, dzwoniły łańcuchy, wyli ludzie, i wagi Ofirowe spadały wciąż niżej.
 Na wschodzie ukazał się biały rąbek. Słońce nie mogło wejść nad ziemię, z obawy, aby nie zobaczyć, jak Pana potrącą wagi bogacza. Drzewa stuliły liście, ptactwo upadło na ziemię, a dzikie zwierzęta kryły oblicza swoje w piasku pustyni.
 Cały świat czekał na jakieś wielkie nieszczęście.
 Wtedy Ofir szepnął zsiniałemi ustami:
 — Całoroczny dochód mój oddaję niewolnikom!...
 Na niebie waga drgnęła, i talerz skarbów doczesnych poszedł nieco wgórę, choć daleko mu było do skarbów wiecznych.
 Świat odetchnął i pokazał się skrawek słońca.
 Ofir zwołał ekonomów i kazał wszystkie roboty na dzień dzisiejszy wstrzymać, a potem sprowadzić niewolników przed siebie.
 Waga podniosła się znowu wgórę.
 Gdy przyszli zdziwieni i zatrwożeni niewolnicy, Ofir rzekł do nich:
 — Będziecie wykąpani dziś w wodzie czystej, a rany wasze będą wytarte oliwą...
 Wagi szły wgórę.
 — Zamiast świńskiej żołędzi jeść będziecie mąkę. Łańcuchy zdejmą z was i bić przestaną. Dostaniecie płótna dla siebie i żon waszych i po dwa sykle pieniędzy.
 Wagi szły wgórę.
 Niewolnicy z początku milczeli z bojaźni: czy ich pan nie zwarjował? Ale gdy poczęto rozdawać im: mąkę, oliwę, płótno i po dwa sykle pieniędzy, rozległ się okrzyk trzech tysięcy poranionych ludzi:
 — Niech cię Bóg błogosławi!... Niech ci da szczęście!...
 Wagi wciąż szły do równej miary, i już widać było talerz „skarbów wiecznych“ — choć jeszcze bardzo wysoko.
 Niewolnicy rozbiegli się do bliskiego miasteczka i poczęli kupować zabawki dla dzieci. Ten chwytał batożek, inny świstawkę glinianą, inny papierowego kozaka, albo grzechotkę.
 Gdy zaś wrócili do swoich jaskiń, usłyszano rzecz niezwykłą. Oto zamiast płaczu niewiast i kwilenia niemowląt rozległy się śmiechy, krzyki, świstania, strzelania z batożków i grzechotanie.
 Waga Ofira spadła nagle do równej miary, i bogacz stał się jak dziecię, które przychodząc na świat, tyle posiada skarbów doczesnych, ile wiecznych.
 Aż Jehowa, którego uszu dolatywały tylko płacz i skargi, usłyszawszy w ziemi Ofira śmiechy, błogosławieństwa, świstanie i grzechotanie dzieci, — zadziwił się.
 I oderwawszy wszechmocny wzrok swój od nieskończoności, w którą był zapatrzony — spojrzał na Ofira.
 Starzec padł, jakby w niego sto gromów uderzyło, i już nie podniósł się. Duszę jego, niewinną jak dziecię, porwał wicher nadziemski i odniósł w odległą krainę, gdzie Adam z Ewą zażywają wiekuistej młodości, i gdzie litościwy Abel tuli na własnej piersi łzami zalanego bratobójcę Kaina.
 Przygoda Ofira stała się sławną na cały świat i przez długi czas panowała po nim na ziemi bojaźń boska.
 Na pamiątkę zaś synowie, wnuki i prawnuki Ofira, każdego roku po zbiorach i rachunkach, dawali niewolnikom swoim dzień wypoczynku i obsypywali ich darami, przyjmując wzamian modlitwy, błogosławieństwa i życzenia wszelkiej pomyślności.
 Ale słońce z orszakiem planet biegnie wciąż naprzód z prędkością sześćdziesięciu miljonów mil rocznie, skutkiem tego ludzie stracili z oczu miejsce, skąd przychodzą i dokąd wracają dusze, ale co gorzej — nie widzą już Jehowy i onych wag ze skarbami doczesnemi i wiecznemi.
 Wieść o przygodzie Ofira, biegnąc przez tysiące pokoleń, ucichła. Jego zaś dary dla niewolników, z miłości ku Jehowie rozdane, stały się później „zjawiskiem szczątkowem w życiu społeczeństw“.
 Bogaci gratyfikują i dziś na Nowy Rok, odtrąciwszy poprzednio właściwą sumę z zarobków. Niewolnicy i dziś błogosławią ich, w duszy przeklinając.
 A jak się tam dzieje z wagami na niebie? Który talerz mocniej przeważa? Kto to wie!...
 Wszechmocny też, do którego uszu dolatuje mało okrzyków radosnych, lecz dużo klątw i płaczu, nie spogląda już na ziemię. Dał przecie światu prawa niezawodne, ludziom przebiegły rozum i współczucie, — czegóż więc chcieć od Niego?

 Siejcie na ziemi, co wam lepiej do smaku przypadnie, pamiętając o przyszłych zbiorach. Miejcie jednak tyle rozsądku i wstydu, ażeby nie dziwić się kiedyś owocom własnej pracy i pożądań.


ŻYWY TELEGRAF.

 Pani hrabina, podczas wizyty w zakładzie sierot, spostrzegła na korytarzu niezwykłą scenę: czterech chłopców wydzierało sobie podartą książkę, dość żwawo okładając się kułakami.
 — Zdaje mi się, dzieci, że się bijecie?... — zawołała przestraszona dama. — Zato żaden nie dostanie pierniczka i jeszcze pójdzie klęczyć.
 — Bo, proszę pani, on mi zabrał „Robinsona“! — tłomaczył się jeden chłopiec.
 — Nieprawda, bo to on!... — zaprzeczył drugi.
 — Widzisz, jak kłamiesz! — zawołał trzeci. — To ty odebrałeś mi „Robinsona“.
 Zakonnica objaśniła damę, że mimo pilnego dozoru, podobne wypadki trafiają się dosyć często, dzieci bowiem łakną czytania, a książek zakład nie posiada.
 W sercu pani hrabiny zatliła się jakaś iskra. Ponieważ jednak nużyło ją myślenie, więc starała się zapomnieć o tem. Dopiero w salonie radcy, gdzie wypadło mówić o rzeczach pobożnych i dobroczynnych, opisała wypadek w zakładzie, wraz z objaśnieniem zakonnicy.
 Radca, słuchając, doznał też niezwykłego uczucia i, jako bieglejszy w sztuce myślenia, zawnioskował, że należałoby wysłać książki dla sierot. Przypomniał sobie nawet, że w szafie, czy w kufrze, posiada cały stos butwiejących druków, które niegdyś kupował dla swych dzieci; lecz... za ciężki już był do grzebania w rupieciach.
 Wieczorem radca znalazł się u pana Z., któremu całe życie upływało na oddawaniu drobnych usług ludzkości, zawartej między siódmą a trzecią klasą urzędowej hierarchji. Chcąc mu zrobić przyjemność, radca opowiedział panu Z. to, co hrabina widziała w zakładzie i słyszała od zakonnicy, dodając ze swej strony, że — wypada postarać się o książki dla sierot.
 — Nic prostszego! — wykrzyknął pan Z. — Wstąpię jutro do redakcji „Kurjera“ i wpłynę na nich, ażeby zrobili ogłoszenie.
 Na drugi dzień pan Z. wbiegł zadyszany do „Kurjera,“ na wszystkie świętości błagając redakcję, ażeby wezwała ogół do składania książek dla sierot.
 Trafił szczęśliwie, ponieważ brakowało do numeru kilkuwierszowej wiadomości sensacyjnej. Jakoż referent wydziału uczuciowego siadł i napisał:
 „Gromadka dzieci, zostających pod opieką publiczną, cierpi na brak książek.
 „Maleństwo tęskni.
 „Pamiętajcie o duszach głodnych!“
 Potem, gwiżdżąc, wyszedł na obiad.
 W parę dni później, w niedzielę, przed zamkniętemi drzwiami redakcji spotkałem ubogo odzianego człowieka z rękoma czarnemi jak u kominiarza, a wraz z nim szczupłą dziewczynkę, niosącą pakę starych książek.
 — Czego pan sobie życzy?
 Ufarbowany człowiek uchylił czapki i odparł nieśmiało:
 — Przynieśliśmy, proszę pana, kilka książek dla tych „głodnych“, co panowie pisali...
 A szczupła dziewczynka dygnęła, rumieniąc się, o ile jej na to pozwalały początki blednicy.
 Wziąłem od niej książki i oddałem redakcyjnemu chłopcu.
 — Jakże się pan nazywa? — spytałem.
 — Proszę pana, a naco to? — odparł zmieszany.
 — Musimy przecież wydrukować, kto dał książki.
 — O! to nie potrzeba, proszę pana; ja przecie jestem ubogi człowiek, z fabryki kapeluszy... To nie potrzeba...
 I odszedł wraz z mizerną córeczką.
 Obok mnie stał uczony profesor fizyki, i zapewne skutkiem tego przyszedł mi na myśl — telegraf nowej konstrukcji.
 Główną stacją był zakład sierot, boczną — robotnik z fabryki kapeluszy; gdy jeden zasygnalizował „baczność“, drugi natychmiast odpowiedział. Gdy jeden zażądał, drugi przyniósł.

 My inni spełniliśmy funkcją słupów telegraficznych.


NA WAKACJACH.

 Wieczorem, jak zwykle, przyszedł do mnie mój szkolny kolega. Mieszkaliśmy obaj na wsi, o kilka wiorst od siebie, i widywaliśmy się prawie codzień. Był to przystojny blondyn, którego łagodne oczy mogły rozmarzyć niejedną kobietę. Mnie pociągał jego niewzruszony spokój i trzeźwość umysłu.
 Tego dnia spostrzegłem, że mu coś dolega; patrzył w ziemię i gorączkowo uderzał się po nogach szpicrutą. Nie uważałem za stosowne pytać go o powód widocznego zakłopotania, ale on sam zaczął.
 — Wiesz — odezwał się — miałem dziś głupi wypadek.
 Zdziwiłem się; było rzeczą prawie niepodobną, ażeby „głupi wypadek“ mógł się zdarzyć tak panującemu nad sobą człowiekowi.
 — Mieliśmy — mówił dalej — z rana we wsi pożar. Spaliła się chałupa...
 — A tyś może skoczył w ogień?... — przerwałem mu trochę drwiącym tonem.
 Wzruszył ramionami, i zdawało mi się, że się lekko zarumienił; zresztą może mu padł na twarz blask zachodzącego słońca.
 — Zapaliły się — ciągnął po przerwie — konopie na strychu u chłopa, a w kilka minut później strzecha. Czytałem w tej chwili jakiś zajmujący rozdział Say’a, ale na widok kłębów czarnego dymu i płomyków, wydobywających się ze szczelin przy kominie, opanowała mnie filisterska ciekawość i powlokłem się na miejsce. Ludzie byli przy robocie, więc zastałem zaledwie kilka osób: dwie baby, lamentujące nad nieszczęściem, organiścinę, która obrazem św. Florjana zażegnywała pożar, i chłopa, który medytował, trzymając w obu rękach pustą konewkę. Od nich usłyszałem, że chałupa zamknięta, bo gospodarz z kobietą wyszli w pole.
 „Oto nasz system budowania!... — pomyślałem. — Dom płonie, jakby go prochem nabito...“
 Istotnie w ciągu paru minut cały dach stał w płomieniu: dym gryzł w oczy, a ogień tak mocno przypiekał, że z obawy o żakietę musiałem cofnąć się o parę kroków.
 Tymczasem nadbiegło więcej ludzi z osękami, siekierami i wodą: jedni poczęli wywracać płot, któremu nic nie groziło, inni leli wodę z konewek w taki sposób, że nie tknąwszy ognia, przemoczyli do nitki zgromadzonych, a jedną babę wywrócili na ziemię. Nie robiłem im żadnych uwag, wiedząc, że nic nie grozi dalszym budynkom; chata zaś była nie do uratowania.
 Nagle ktoś krzyknął: — „Tam jest dziecko, ten mały Stasiek!...“ — „Gdzie?...“ — spytano. — „W chałupie, śpi w nieckach pod oknem... Ino który wybij szybę, a jeszcze wyciągniesz żywego...“
 Nikt się jednak nie ruszył. Słoma na dachu już spłonęła, a krokwie żarzyły się, jak rozpalone druty.
 Wyznaję, że, gdym to usłyszał, serce drgnęło mi w niezwykły sposób.
 „Jeżeli nikt nie idzie — pomyślałem — więc ja pójdę... Na uratowanie chłopca wystarczy pół minuty. Czasu aż nadto, ale — jakież piekielne gorąco!...“
 „No, ruszże się który! — wołały baby. — O wy, psie dusze, nie warciśta nazywać się chłopami!...“ — „To leź sama w ogień, kiedyś taka mądra! — ofuknął ktoś z tłumu. — Tam pewna śmierć, a dziecko, słabe, jak kurczę, i tak już nie żyje...“
 „Ładnie! — pomyślałem — nikt nie idzie, a ja jeszcze się waham! Chociaż — szepnęła mi rozwaga — jakie licho ciągnie mnie do bezcelowej awantury?... Czy ja wiem, gdzie leży dzieciak?... Może wypadł z niecek?...“
 Belki już były zwęglone i z głuchym trzaskiem zaczęły się wyginać.
 „Ale trzeba wkońcu wedrzeć się tam — myślałem — każda sekunda jest droga. Dzieciak przecie nie może spalić się, jak robak.“ — „Lecz jeżeli już nie żyje?... — odpowiedziało zastanowienie — w takim razie szkoda nawet surduta...“
 Zdaleka odezwał się straszny krzyk kobiecy: „Ratujcie dziecko!...“ — „Trzymajcie ją!... — zawołano w odpowiedzi. — Skoczy w ogień i zginie...“
 Usłyszałem za sobą jakieś szamotanie i ten sam krzyk: „Puszczajcie!... to moje dziecko!...“ — „Ciągnij ją wpół!...“ — odpowiedziano.
 Nie mogłem wytrzymać i rzuciłem się naprzód. Owionął mnie żar, dym, dach zatrzeszczał, jakby go rozdarto, z komina posypały się cegły. Poczułem, że mi się tlą włosy i — cofnąłem się rozgniewany: „Co za głupi sentymentalizm — pomyślałem — dla garstki ludzkich popiołów robić z siebie straszydło?... Jeszcze powiedzą, że tanim kosztem chciałem zostać bohaterem!...“
 Wtem potrąciła mnie jakaś młoda dziewczyna, biegnąca do chaty. Usłyszałem brzęk wybitych szyb, a gdy nagły wiatr odgarnął tuman dymu, zobaczyłem ją w oknie, tak silnie pochyloną do wnętrza izby, że widać było jej nieumyte nogi.
 „Co ty robisz, warjatko? — krzyknąłem — tam już jest trup, nie dziecko...“ — „Jagna! chodzi tu!...“ — zawołano z tłumu.
 Pułap zapadł się, aż iskry sypnęły do nieba. Dziewczyna znikła w dymie, a mnie pociemniało w oczach.
 „Ja—gna!...“ — powtórzył lamentujący głos.
 „Zara!... zara!...“ — odpowiedziała dziewczyna, przebiegając koło mnie zpowrotem.
 Z wysiłkiem dźwigała w rękach chłopca, który, obudziwszy się, wrzeszczał wniebogłosy.
 — Więc dziecko żyje? — spytałem.
 — Jak najzdrowsze.
 — A dziewczyna... czy to jego siostra?
 — Gdzież tam! — odparł — zupełnie obca; nawet służy u innego gospodarza i ma najwyżej piętnaście lat.
 — I nic się jej nie stało?
 — Opaliła sobie chustkę i trochę włosów. Idąc tu, widziałem ją; skrobała przed sienią kartofle i coś sobie nuciła fałszywym głosem. Chciałem jej wyrazić moje uznanie, nagle jednak przyszły mi na myśl: jej dziki zapał i mój rozsądny takt wobec cudzego nieszczęścia, i... taki mnie wstyd ogarnął, że nie śmiałem do niej przemówić ani wyrazu.
 — My już tacy!... — dodał i począł szpicrózgą ścinać rosnące przy drodze badyle.
 Na niebie zaczęły się pokazywać gwiazdy, i chłodny wiatr przyniósł od stawu rechotanie żab i kwilenie zabierających się do snu ptaków wodnych. Zwykle o tej porze obaj układaliśmy projekta na przyszłość, lecz dziś żaden ust nie otworzył. Zato zdawało mi się, że dokoła nas szepczą krzaki:

 — Wy już tacy!...


KOCHA — NIE KOCHA?!...

 Pewnej nocy spotkałem na Ewangelickim placu mego przyjaciela, Karola. Wałęsał się tam i napowrót, z zadartą głową, w dziwnie bezładny sposób: biegał w zygzak, stawał, cofał się, zbaczał, depcząc przytem trawniki i potrącając się o młode drzewka.
 Zdawało mi się, że ma spieczone usta, a na twarzy niezdrowy rumieniec.
 Nieodrazu mnie poznał i zaczął mówić z gorączkowym pośpiechem:
 — Śmiejesz się?... Wiem, uważasz mnie za warjata. Swoją drogą, nie oddałbym mego obłędu za twój doktrynerski spokój. Co mnie tam wasze wielkie kwestje!... Miłość — to kwestja...
 — Wyglądasz kogoś? — spytałem.
 — A naturalnie! — odparł tonem bez potrzeby zuchwałym. — Myślisz, że się będę zapierał? Wcale nie! Powiem ci więcej: trawię tu na czekaniu całe wieczory i jestem szczęśliwy, gdy po tygodniowej włóczędze spotkam i popatrzę na nią — choćby przez kilka minut.
 — W każdym razie jest to dosyć jednostajne zajęcie.
 — Urozmaicam je, niekiedy myśląc — że mnie już kocha, a niekiedy odgadując: czy mnie kocha? Czasami wynajduję sobie zabawę losową i przechodząc z jednego końca placu na drugi, liczę kroki: „kocha“ — „nie kocha“, „kocha“ — „nie kocha“... Ale dziś wymyśliłem grę, która mi lepiej przypadła do usposobienia. Oto wybieram na niebie jakąś gwiazdę, a potem na placu wyszukuję taki punkt, z którego mógłbym spostrzec ją na szczycie kościelnej kopuły. Gdy znajdę podobne miejsce odrazu, a moja gwiazda błyśnie tuż nad krzyżem, to znaczy — „kocha...“
 — A często trafiasz?
 — Dosyć... i to mi sprawia nieopisaną rozkosz.
 — No, dobranoc — rzekłem.
 — Och! — szepnął, targając mnie za rękę — dziwi cię to, iż znalazł się człowiek, który ma odwagę mówić głośno, że kocha i jak kocha?...
 Odszedłszy kilkanaście kroków, stanąłem przy chodniku, a mój przyjaciel na nowo zaczął praktykę, taczając się jak pijany.
 Na skręcie jednej ze ścieżek placu, tuż około zakochanego, mignęły dwa cienie. Para i samotnik nie spostrzegli się nawzajem; on bowiem był wciąż zatopiony w gwiazdach, a oni w rozmowie. Szli pod rękę, zwolna i tak blisko siebie, że zdawali się tworzyć jedną całość. Dama pochyliła głowę na ramię mężczyzny, a on, zdaje się, że ściskał jej rączkę.
 Gdy zbliżyli się do chodnika, padło na nich światło latarni. Damą była ona, mężczyzną — drugi mój przyjaciel, pan Józef.
 Przywitali się ze mną krótko, aby zbyć. Tylko ona nerwowo ścisnęła mnie za rękę i, topiąc zamglone oczy w moich okularach, rzekła półgłosem:
 — Spodziewam się, że Karol nie będzie wiedział o tem, ani słówka...
 I odeszli, lecz ona, jeszcze raz odwróciwszy się, pogroziła mi i głosem, podobnym do szmeru gołębich skrzydeł, dodała:
 — Bo będę się bardzo gniewać!...

 Jestem pewny, że w tej chwili mój przyjaciel Karol widział gwiazdę nad szczytem kopuły.


KATARYNKA.

 Na ulicy Miodowej, codzień około południa można było spotkać jegomościa w pewnym wieku, który chodził z placu Krasińskich ku ulicy Senatorskiej. Latem, nosił on wykwintne, ciemno-granatowe palto, popielate spodnie od pierwszorzędnego krawca, buty, połyskujące jak zwierciadła — i — nieco wyszarzany cylinder.
 Jegomość miał twarz rumianą, szpakowate faworyty i siwe, łagodne oczy. Chodził pochylony, trzymając ręce w kieszeniach. W dzień pogodny nosił pod pachą laskę; w pochmurny — dźwigał jedwabny parasol angielski.
 Był zawsze głęboko zamyślony i posuwał się zwolna. Około Kapucynów dotykał pobożnie ręką kapelusza i przechodził na drugą stronę ulicy, ażeby zobaczyć u Pika: jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawracał na prawy chodnik, zatrzymywał się przed wystawą Mieczkowskiego, oglądał fotografje Modrzejewskiej — i szedł dalej.
 W drodze ustępował każdemu, a potrącony, uśmiechał się życzliwie.
 Jeżeli kiedy spostrzegał ładną kobietę, zakładał binokle, aby przypatrzeć się jej. Ale że robił to flegmatycznie, więc zwykle spotykał go zawód.
 Ten jegomość był to — pan Tomasz.
 Pan Tomasz trzydzieści lat chodził ulicą Miodową i nieraz myślał, że się na niej wiele rzeczy zmieniło. Toż samo ulica Miodowa pomyślećby mogła o nim.
 Gdy był jeszcze obrońcą, biegał tak prędko, że nie uciekłaby przed nim żadna szwaczka, wracająca z magazynu do domu. Był wesoły, rozmowny, trzymał się prosto, miał czuprynę i nosił wąsy, zakręcone ostro do góry. Już wówczas sztuki piękne robiły na nim wrażenie, ale czasu im nie poświęcał, bo szalał — za kobietami. Coprawda, miał do nich szczęście i nieustannie był swatany. Ale cóż z tego, kiedy pan Tomasz nie mógł nigdy znaleźć ani jednej chwili na oświadczyny, będąc zajęty, jeżeli nie praktyką, to — schadzkami. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi, którą nad wieczorem opuszczał, ażeby z Józią i Filką zjeść kolacją.
 Gdy został mecenasem, czoło, skutkiem natężonej pracy umysłowej, urosło mu aż do ciemienia, a na wąsach pokazało się kilka srebrnych włosów. Pan Tomasz pozbył się już wówczas młodzieńczej gorączki, miał majątek i ustaloną opinją znawcy sztuk pięknych. A że kobiety wciąż kochał, więc począł myśleć o małżeństwie. Najął nawet mieszkanie, z sześciu pokojów złożone, urządził w niem na własny koszt posadzki, sprawił obicia, piękne meble — i — szukał żony.
 Ale człowiekowi dojrzałemu trudno zrobić wybór. Ta była za młoda, a tamtą uwielbiał już zbyt długo. Trzecia miała wdzięki i wiek właściwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiadała wdzięki, wiek i temperament należyty, ale... nie czekając na oświadczyny mecenasa, wyszła za doktora...
 Pan Tomasz jednak nie martwił się, ponieważ panien nie brakło. Ekwipował się powoli, coraz usilniej dbając o to, ażeby każdy szczegół jego mieszkania posiadał wartość artystyczną. Zmieniał meble, przestawiał zwierciadła, kupował obrazy.
 Nareszcie porządki jego stały się sławne. Sam nie wiedząc kiedy, stworzył u siebie galerją sztuk pięknych, którą coraz liczniej odwiedzali ciekawi. Że zaś był gościnny, przyjęcia robił świetne i utrzymywał stosunki z muzykami, więc nieznacznie zorganizowały się u niego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczycały swoją obecnością.
 Pan Tomasz był wszystkim rad, a widząc w zwierciadłach, że czoło przerosło mu już ciemię i sięga wtył do białego jak śnieg kołnierzyka, coraz częściej przypominał sobie, że bądź co bądź trzeba się ożenić. Tem bardziej, że dla kobiet wciąż czuł życzliwość.
 Raz, kiedy przyjmował liczniejsze niż zwykle towarzystwo, jedna z młodych pań, rozejrzawszy się po salonach, zawołała:
 — Co za obrazy... A jakie gładkie posadzki!... Żona pana mecenasa będzie bardzo szczęśliwa.
 — Jeżeli do szczęścia wystarczą jej gładkie posadzki — odezwał się na to półgłosem serdeczny przyjaciel mecenasa.
 W salonie zrobiło się bardzo wesoło. Pan Tomasz także uśmiechnął się, ale od tej pory, gdy mu kto wspomniał o małżeństwie, machał niedbale ręką, mówiąc:
 — I i i!...
 W tych czasach ogolił wąsy i zapuścił faworyty. O kobietach wyrażał się zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywał dużą wyrozumiałość.
 Nie spodziewając się niczego od świata, bo już i praktykę porzucił, mecenas całe, spokojne uczucie swoje skierował do sztuki. Piękny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne, były jakby wiorstowemi słupami na drodze jego życia. Nie zapalał się on, nie unosił, ale — smakował.
 Na koncertach wybierał miejsca odlegle od estrady, ażeby słuchać muzyki, nie słysząc hałasów i nie widząc artystów. Gdy szedł do teatru, obeznawał się wprzódy z utworem dramatycznym, ażeby bez gorączkowej ciekawości śledzić grę aktorów. Obrazy oglądał wówczas, gdy było najmniej widzów, i spędzał w galerji cale godziny.
 Jeżeli podobało mu się coś, mówił:
 — Wiecie państwo, że to jest wcale ładne.
 Należał do tych niewielu, którzy najpierwej poznają się na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie potępiał.
 — Czekajcie, może się jeszcze wyrobi! — mówił, gdy inni ganili artystę.
 I tak zawsze był pobłażliwy dla niedoskonałości ludzkiej, a o występkach nie rozmawiał.
 Na nieszczęście, żaden śmiertelnik nie jest wolny od jakiegoś dziwactwa, a pan Tomasz miał także swoje. Oto — nienawidził kataryniarzy i katarynek.
 Gdy mecenas usłyszał na ulicy katarynkę, przyśpieszał kroku i na parę godzin tracił humor. On, człowiek spokojny — zapalał się, jak był cichy — krzyczał, a jak był łagodny — wpadał w gniew, na pierwszy odgłos katarynkowych dźwięków.
 Z tej swojej słabości nie robił przed nikim tajemnicy, nawet tłomaczył się:
 — Muzyka — mówił wzburzony — stanowi najsubtelniejsze ciało ducha, w katarynce zaś duch ten przeradza się w funkcją machiny i narzędzie rozboju. Bo kataryniarze są poprostu rabusie!
 Zresztą — dodawał — katarynka rozdrażnia mnie, a ja mam tylko jedno życie, którego mi nie wypada trwonić na słuchanie obrzydliwej muzyki.
 Ktoś złośliwy, wiedząc o wstręcie mecenasa do grających machin, wymyślił niesmaczny żart — i... wysłał mu pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorował z gniewu, a następnie, odkrywszy sprawcę, wyzwał go na pojedynek.
 Aż sąd honorowy trzeba było zwoływać dla zapobieżenia rozlewowi krwi o rzecz tak małą napozór.
 Dom, w którym mecenas mieszkał, przechodził kilka razy z rąk do rąk. Rozumie się, że każdy nowy właściciel uważał za obowiązek podwyższać wszystkim komorne, a najpierwej panu Tomaszowi. Mecenas z rezygnacją płacił podwyżkę, ale pod tym warunkiem, wyraźnie zapisanym w umowie, że katarynki grywać w domu nie będą.
 Niezależnie od kontraktowych zastrzeżeń, pan Tomasz wzywał do siebie każdego nowego stróża i przeprowadzał z nim taką mniej więcej rozmowę:
 — Słuchaj-no, kochanku... A jak ci na imię?...
 — Kazimierz, proszę pana.
 — Słuchajże, Kazimierzu! Ile razy wrócę do domu późno, a ty otworzysz mi bramę, dostaniesz dwadzieścia groszy. Rozumiesz?...
 — Rozumiem, wielmożny panie.
 — A oprócz tego będziesz brał ode mnie dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz zaco?...
 — Nie mogę wiedzieć, jaśnie panie — odpowiedział wzruszony stróż.
 — Zato, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek. Rozumiesz?...
 — Rozumiem, jaśnie wielmożny panie.
 Lokal mecenasa składał się z dwu części. Cztery większe pokoje miały okna od ulicy, dwa mniejsze — od podwórza. Paradna połowa mieszkania przeznaczona była dla gości. W niej odbywały się rauty, przyjmowani byli interesanci i stawali krewni albo znajomi mecenasa ze wsi. Sam pan Tomasz ukazywał się tu rzadko i tylko dla sprawdzenia, czy wywoskowano posadzki, czy starto kurz i nie uszkodzono mebli.
 Całe zaś dnie, o ile nie przepędzał ich za domem, przesiadywał w gabinecie od podwórza. Tam czytywał książki, pisywał listy, albo przeglądał dokumenta znajomych, którzy prosili go o radę. A gdy nie chciał forsować wzroku, siadał na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro, zatapiał się w rozmyślaniach. Wiedział on, że myślenie jest ważną funkcją życiową, której nie powinien lekceważyć człowiek, dbający o zdrowie.
 Z drugiej strony podwórza, wprost okien pana Tomasza, znajdował się lokal, wynajmowany osobom mniej zamożnym. Długi czas mieszkał tu stary urzędnik sądowy, który spadłszy z etatu, przeniósł się na Pragę. Po nim najął pokoiki krawiec; lecz, że ten lubił niekiedy upijać się i hałasować, więc wymówiono mu mieszkanie. Później sprowadziła się tu jakaś emerytka, wiecznie kłócąca się ze swoją sługą.
 Ale od św. Jana, staruszkę, już bardzo zgrzybiałą i wcale zasobną, pomimo jej kłótliwego usposobienia, wzięli na wieś krewni, a do lokalu sprowadziły się dwie panie, z małą, może ośmioletnią dziewczynką.
 Kobiety utrzymywały się z pracy. Jedna szyła, druga wyrabiała pończochy i kaftaniki na maszynie. Młodszą z nich i przystojniejszą dziewczynka nazywała mamą, a starszej mówiła: pani.
 I u mecenasa i u nowych lokatorów okna przez cały dzień były otwarte. Kiedy więc pan Tomasz usiadł na swoim fotelu, doskonale mógł widzieć, co się dzieje u jego sąsiadek.
 Były tam sprzęty ubogie. Na stołach i krzesłach, na kanapie i na komodzie leżały tkaniny, przeznaczone do szycia, i kłębki bawełny na pończochy.
 Z rana kobiety same zamiatały mieszkanie, a około południa najemnica przynosiła im niezbyt obfity obiad. Zresztą każda z nich prawie nie odstępowała od swojej turkoczącej maszyny.
 Dziewczynka zwykle siedziała przy oknie. Było to dziecko z ciemnemi włosami i ładną twarzyczką, ale blade i jakieś nieruchawe. Czasami dziewczynka, zapomocą dwu drutów, wiązała pasek z bawełnianych nici. Niekiedy bawiła się lalką, którą ubierała i rozbierała powoli, jakby z trudnością. Czasami nie robiła nic, tylko siedząc w oknie, przysłuchiwała się czemuś.
 Pan Tomasz nie widział nigdy, ażeby dziecię to śpiewało, lub biegało po pokoju, nie widział nawet uśmiechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.
 — Dziwne dziecko! — mówił do siebie mecenas i począł przypatrywać się jej uważniej.
 Spostrzegł raz (było to w niedzielę), że matka dała jej mały bukiecik. Dziewczynka ożywiła się nieco. Rozkładała i układała kwiaty, całowała je. Wkońcu związała napowrót bukiecik, włożyła go w szklankę wody i usiadłszy w swojem oknie, rzekła:
 — Prawda, mamo, że tu jest smutno...
 Mecenas zgorszył się. Jak mogło być smutno w domu, w którym on od tylu lat miał dobry humor!
 Jednego dnia, mecenas znalazł się w swoim gabinecie około czwartej. W tej godzinie słońce stało naprzeciw mieszkania jego sąsiadek, a świeciło i dogrzewało bardzo mocno. Pan Tomasz spojrzał na drugą stronę podwórza, i widać zobaczył coś niezwykłego, gdyż z pośpiechem założył na nos binokle.
 Oto co spostrzegł:
 Mizerna dziewczynka, oparłszy głowę na ręku, położyła się prawie nawznak w swojem oknie — i — szeroko otwartemi oczyma patrzyła prosto w słońce. Na jej twarzyczce, zwykle tak nieruchomej, grały teraz jakieś uczucia: niby radość, a niby żal...
 — Ona nie widzi! — szepnął mecenas, opuszczając binokle. W tej chwili doświadczył kłócia w oczach na samą myśl, że ktoś może wpatrywać się w słońce, które ziało żywym ogniem.
 Istotnie, dziewczynka była niewidomą od dwu lat. W szóstym roku życia zachorowała na jakąś gorączkę; przez kilka tygodni była nieprzytomna a następnie tak opadła z sił, że leżała jak martwa, nie poruszając się i nic nie mówiąc.
 Pojono ją winem i buljonami, więc stopniowo przychodziła do siebie. Ale pierwszego dnia, kiedy ją posadzono na poduszce, zapytała matki:
 — Mamo, czy to jest noc?...
 — Nie, moje dziecko... A dlaczego ty tak mówisz?
 Ale dziewczynka nie odpowiedziała; spać się jej chciało. Tylko nazajutrz, gdy w południe przyszedł lekarz, spytała znowu:
 — Czy to jeszcze jest noc?...
 Wtedy zrozumiano, że dziewczynka nie widzi. Lekarz zbadał jej oczy i zaopinjował, że trzeba czekać.
 Ale chora im bardziej odzyskiwała siły, tem mocniej niepokoiła się swojem kalectwem...
 — Mamo, dlaczego ja mamy nie widzę?...
 — Bo tobie oczki zasłoniło. Ale to przejdzie.
 — Kiedy przejdzie?...
 — Niedługo.
 — Może jutro, proszę mamy?
 — Za kilka dni, moja dziecino.
 — A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest bardzo smutno!...
 Mijały dnie i tygodnie w ciągłem oczekiwaniu. Dziewczynka poczęła już wstawać z łóżeczka. Nauczyła się chodzić po pokoju omackiem; sama ubierała się i rozbierała, powoli i ostrożnie.
 Ale wzrok nie wracał.
 Jednego razu mówiła:
 — Prawda, mamo, że ja mam niebieską sukienkę?...
 — Nie, dziecko, masz popielatą.
 — Mama ją widzi?
 — Widzę, moje kochanie.
 — Tak jak i w dzień?
 — Tak.
 — Ja także będę widziała wszystko za kilka dni?... Nie, może za miesiąc...
 Ale ponieważ matka nie odpowiedziała jej nic, więc mówiła dalej:
 — Prawda, mamo, że na dworze ciągle jest dzień?... A w ogrodzie są drzewa, tak jak dawniej?... Czy do nas przychodzi ten biały kotek z czarnemi łapami?... Prawda, mamo, że ja widziałam siebie w lustrze?... Niema tu lustra?...
 Matka podaje jej lusterko.
 — Trzeba patrzeć tutaj, o tu, gdzie jest gładkie — mówiła dziewczynka, przykładając lustro do twarzy. — Nic nie widzę! — rzekła. — Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?
 — Widzę cię, moja ptaszyno.
 — Jakim sposobem?... — zawołała dziewczynka żałośnie. — Przecie jeżeli ja nie widzę siebie, to już w lustrze nie powinno być nic...
 A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?...
 Ale matka rozpłakała się i wybiegła z pokoju.
 Najmilszem zajęciem kaleki było dotykać rękoma drobnych przedmiotów i poznawać je.
 Jednego dnia przyniosła jej matka lalkę porcelanową, ładnie ubraną, za rubla. Dziewczynka nie wypuszczała jej z rąk, dotykała jej noska, ust, oczu, pieściła się nią.
 Poszła spać bardzo późno, wciąż myśląc o swej lalce, którą ułożyła w pudełku, wysłanem watą.
 W nocy zbudził matkę szmer i szept. Zerwała się z pościeli, zapaliła świecę i zobaczyła w kąciku swoją córkę, już ubraną i bawiącą się lalką.
 — Co ty robisz, dziecino? — zawołała. — Dlaczego nie śpisz?...
 — Bo już przecie jest dzień, proszę mamy — odparła kaleka.
 Dla niej dzień i noc zlały się w jedno i trwały zawsze...
 Stopniowo pamięć wzrokowych wrażeń poczęła zacierać się w dziewczynce. Czerwona wiśnia stała się dla niej wiśnią gładką, okrągłą i miękką, błyszczący pieniądz był twardym i dźwięcznym krążkiem, na którym znajdowały się jakieś znaki w płaskorzeźbie. Wiedziała, że pokój jest większy od niej, dom większy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jakoś — skróciło się w jej wyobraźni.
 Uwaga jej skierowała się na zmysł dotyku, powonienia i słuchu. Jej twarz i ręce nabrały takiej wrażliwości, że zbliżywszy się do ściany, czuła o kilka cali lekki chłód. Zjawiska odległe oddziaływały na nią tylko przez słuch. Przysłuchiwała się więc po całych dniach.
 Poznawała posuwisty chód stróża, który mówił piskliwym głosem i zamiatał podwórko. Wiedziała, kiedy jedzie z drzewem chłopski wózek drabiniasty, kiedy — dorożka, a kiedy — kary, wywożące śmiecie.
 Najmniejszy szelest, zapach, oziębienie się albo rozgrzanie powietrza nie uszło jej uwagi. Z niepojętą bystrością pochwytywała drobne te zjawiska i wysnuwała z nich wnioski.
 Raz matka zawołała służącej.
 — Niema Janowej — rzekła kaleka, siedząc jak zwykle w kąciku. — Poszła po wodę.
 — A skąd wiesz o tem? — zapytała zdziwiona matka.
 — Skąd?... Przecież wiem, że brała konewkę z kuchni, potem poszła na drugie podwórze i napompowała wody. A teraz rozmawia ze stróżem.
 Istotnie z za parkanu dolatywał szmer rozmowy dwu osób, ale tak niewyraźny, że tylko z wysiłkiem można go było usłyszeć.
 Lecz nawet rozszerzona sfera zmysłów niższych nie mogła kalece zastąpić wzroku. Dziewczynka uczuła brak wrażeń i zaczęła tęsknić.
 Pozwolono jej chodzić po całym domu, i to ją nieco uspakajało. Wydeptała każdy kamień na podwórzu, dotknęła każdej rynny i beczki. Ale największą przyjemność robiły jej — podróże do dwu całkiem odmiennych światów: do piwnicy i na strych.
 W piwnicy powietrze było chłodne, ściany wilgotne. Przygłuszony turkot uliczny dolatywał zgóry; inne odgłosy niknęły. To była noc dla ociemniałej.
 Na strychu zaś, szczególniej w okienku, działo się całkiem inaczej. Tam hałasu było więcej niż w pokoju. Kaleka słyszała turkot wozów z kilku ulic; tu skupiały się krzyki z całego domu. Twarz jej owiewał ciepły wiatr. Słyszała świergot ptaków, szczekanie psów i szelest drzew w sąsiednim ogrodzie. Tu był dla niej dzień...
 Niedość na tem. Na strychu częściej niż w pokoju świeciło słońce, a gdy dziewczynka skierowała na nie przygasłe oczy, zdawało jej się, że coś widzi. W wyobraźni budziły się cienie kształtów i barw, ale takie niewyraźne i pierzchliwe, że nic przypomnieć sobie nie mogła...
 W tej właśnie epoce matka połączyła się ze swoją przyjaciółką i przeniosła się do domu, w którym mieszkał pan Tomasz. Obie kobiety cieszyły się z nowego lokalu, ale dla niewidomej zmiana miejsca była prawdziwem nieszczęściem.
 Dziewczynka musiała siedzieć w pokoju. Na strych i do piwnicy nie wolno było chodzić. Nie słyszała ptaków ani drzew, a na podwórzu panowała straszna cisza. Nigdy tu nie wstępowali handlarze starzyzny, ani druciarze, ani śmieciarki. Nie puszczano bab, śpiewających pieśni pobożne, ani dziada, który grał na klarnecie, ani kataryniarzy.
 Jedyną jej przyjemnością było wpatrywanie się w słońce, które przecież niezawsze jednakowo świeciło i bardzo prędko kryło się za domami.
 Dziewczynka znowu poczęła tęsknić. Zmizerniała w ciągu kilku dni, a na jej twarzy ukazał się wyraz zniechęcenia i martwości, który tak dziwił pana Tomasza.
 Nie mogąc widzieć, kaleka chciała przynajmniej słuchać wciąż najrozmaitszych odgłosów. A w domu było cicho...
 — Biedne dziecko! — szeptał nieraz pan Tomasz, przypatrując się smutnemu maleństwu.
 „Gdybym mógł dla niej co zrobić?“ — myślał, widząc, że dziecko jest coraz mizerniejsze i codzień niknie.
 Zdarzyło się w tych czasach, że jeden z przyjaciół mecenasa miał proces, i jak zwykle oddał mu do przejrzenia papiery z prośbą o radę. Wprawdzie pan Tomasz nie stawał już w sądach, ale jako doświadczony praktyk, umiał wskazać najwłaściwszy kierunek akcji i wybranemu przez siebie adwokatowi udzielał pożytecznych objaśnień.
 Sprawa obecna była zawikłana. Pan Tomasz im więcej wczytywał się w papiery, tem bardziej zapalał się. W emerycie ocknął się adwokat. Nie wychodził już z mieszkania, nie sprawdzał, czy starto kurz w salonach, tylko, zamknięty w swoim gabinecie, czytał dokumenta i notował.
 Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszedł z codziennym raportem. Doniósł, że pani doktorowa wyjechała z dziećmi na letnie mieszkanie, że zepsuł się wodociąg, że odźwierny, Kazimierz, zrobił awanturę ze stójkowym i poszedł na tydzień — do kozy. Zapytał wkońcu: czy pan mecenas nie zechce widzieć się z nowo przyjętym stróżem?...
 Ale mecenas, pochylony nad papierami, palił cygaro, puszczał kółka dymu, a na wiernego sługę nawet nie spojrzał.
 Na drugi dzień pan Tomasz jeszcze siedział nad aktami; około drugiej zjadł obiad i znowu siedział. Jego rumiana twarz i szpakowate faworyty, na szafirowem tle pokojowego obicia, przypominały „studja z natury“. Matka ociemniałej dziewczynki i jej wspólniczka, robiąca pończochy na maszynie, podziwiały mecenasa i mówiły, że wygląda na czerstwego wdowca, który ma zwyczaj od rana do wieczora drzemać nad biurkiem.
 Tymczasem mecenas, choć przymykał oczy, nie drzemał wcale, tylko rozmyślał nad sprawą.
 Obywatel X. w roku 1872 zapisał swemu siostrzeńcowi folwark, a w roku 1875 — synowcowi kamienicę. Synowiec twierdził, że obywatel X. był warjatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodził, że X. oszalał dopiero w roku 1875. Zaś mąż rodzonej siostry nieboszczyka składał nieulegające wątpliwości świadectwa, że X. i w roku 1872 i w 1875 działał jak obłąkany, a cały swój majątek jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupełnej świadomości, zapisał siostrze.
 Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawdę X. był warjatem, a następnie, o pogodzenie trzech powaśnionych stron, z których żadna nie chciała słuchać o ustępstwach.
 Gdy tak mecenas nurzał się w powikłanych kombinacjach, zdarzył się dziwny, trudny do pojęcia wypadek.
 Na podwórzu, pod samem oknem pana Tomasza, odezwała się — katarynka!...
 Gdyby zmarły X. wstał z grobu, odzyskał przytomność i wszedł do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwiązywaniu trudnych zagadnień, z pewnością pan Tomasz nie doznałby takiego uczucia, jak teraz, gdy usłyszał katarynkę!...
 I żeby to przynajmniej była katarynka włoska, z przyjemnemi tonami fletowemi, dobrze zbudowana, grająca ładne kawałki! Gdzie tam! jakby na większą szykanę, katarynka była popsuta, grała fałszywie ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że szyby drżały. Nadomiar złego, trąba, od czasu do czasu odzywająca się w niej, ryczała jak wściekłe zwierzę.
 Wrażenie było potężne. Mecenas osłupiał. Nie wiedział, co myśleć i co począć. Chwilami gotów był przypuścić, że, przy odczytywaniu pośmiertnych rozporządzeń chorego na umyśle obywatela X., jemu samemu pomieszało się w głowie i że uległ halucynacjom.
 Ale nie, to nie były halucynacje. To była rzeczywista katarynka, z popsutemi piszczałkami i bardzo głośną trąbą!
 W sercu mecenasa, tego wyrozumiałego, tego łagodnego człowieka, zbudziły się dzikie instynkta. Uczuł żal do natury, że go nie stworzyła królem dahomejskim, który ma prawo zabijać swoich poddanych, i pomyślał, z jaką rozkoszą położyłby w tej chwili kataryniarza trupem!
 A ponieważ u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo łatwo w gniewnem uniesieniu przechodzi się od zuchwałych projektów do najstraszniejszych czynów, więc mecenas skoczył jak tygrys do okna i postanowił — zwymyślać kataryniarza najgorszemi wyrazami.
 Już wychylił się i otworzył usta, aby krzyknąć: „Ty... próżniaku jakiś!...“ — gdy wtem usłyszał dziecięcy głos.
 Spojrzał naprzeciwko.
 Mała niewidoma dziewczynka tańczyła po pokoju, klaszcząc w ręce. Blada jej twarz zarumieniła się, usta śmiały się, a pomimo to z zastygłych oczu płynęły łzy jak grad.
 Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym, dawno już nie doświadczyła tylu wrażeń! Jak pięknem zjawiskiem wydawały się jej fałszywe tony katarynki! Jak wspaniałym był ryk trąby, która mecenasa mało nie przyprawiła o apopleksją!
 Na dobitkę, kataryniarz, widząc uciechę dziecka, zaczął przytupywać wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu pogwizdywać, niby lokomotywa przed spotkaniem się pociągów.
 Boże! jak on ślicznie gwizdał...
 Do gabinetu mecenasa wpadł wierny lokaj, ciągnąc za sobą stróża i wołając:
 — Ja mówiłem temu gałganowi, jaśnie panie, żeby natychmiast wygnał kataryniarza! Mówiłem, że od jaśnie pana dostanie pensją, że my mamy kontrakt... Ale ten cham! Tydzień temu przyjechał ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz posłuchaj — krzyczał lokaj, targając za ramię oszołomionego stróża — posłuchaj, co ci sam jaśnie pan mecenas powie!
 Kataryniarz grał już trzecią sztuczkę, tak fałszywie i wrzaskliwie, jak dwie pierwsze.
 Niewidoma dziewczynka była upojona.
 Mecenas odwrócił się do stróża i rzekł ze zwykłą sobie flegmą, choć był trochę blady:
 — Słuchaj-no, kochanku... A jak ci na imię?...
 — Paweł, jaśnie panie.
 — Otóż, mój Pawle, będę ci płacił dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz zaco?...
 — Zato, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek! — wtrącił śpiesznie lokaj.
 — Nie — rzekł pan Tomasz. — Zato, ażebyś przez jakiś czas codzień puszczał katarynki. Rozumiesz?
 — Co pan mówi?... — zawołał służący, którego nagle rozzuchwalił ten niepojęty rozkaz.
 — Ażeby, dopóki się z nim nie rozmówię, puszczał codzień katarynki na podwórze — powtórzył mecenas, wsadzając ręce w kieszenie.
 — Nie rozumiem pana!... — odezwał się służący z oznakami obrażającego zdziwienia.
 — Głupiś, mój kochany! — rzekł mu dobrotliwie pan Tomasz.
 No, idźcie do roboty — dodał.
 Lokaj i stróż wyszli, a mecenas spostrzegł, że jego wierny sługa coś towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje palcem na czoło...
 Pan Tomasz uśmiechnął się, i jakby dla stwierdzenia ponurych domysłów famulusa, wyrzucił katarynce dziesiątkę.
 Następnie wziął kalendarz, wyszukał w nim listę lekarzy i zapisał na kartce adresy kilku okulistów. A że kataryniarz odwrócił się teraz do jego okna i za jego dziesiątkę począł przytupywać i wygwizdywać jeszcze głośniej, co już okrutnie drażniło mecenasa, więc zabrawszy kartkę z adresami doktorów, wyszedł, mrucząc:

 — Biedne dziecko!... Powinienem był zająć się niem oddawna...


W GÓRACH.

 — Panie drogi — mówił do mnie jeden z przyjaciół, wielki dziwak — panie drogi, homeopaci mają znakomitą zasadę: „podobne leczy się podobnem.“ Przecież ospę nawet alopaci leczą ospą, a Pasteur wściekliznę chce leczyć wścieklizną. Ale naco te przykłady?... Opowiem panu fakt, na który patrzyłem, gdzie człowiek z urojonych strachów uleczył się zapomocą istotnego niebezpieczeństwa.
 Po tym wstępie mój przyjaciel zapalił cygaro i ciągnął dalej:
 — Pierwszy raz widziałem Alpy przed dwudziestoma laty, przyjechawszy do Thusis. W kilka dni po przybyciu do tego miasteczka, wybrałem się z pewnem towarzystwem na mały spacer. Przy tej jednak okazji najadłem się tyle strachu, że, zniechęcony, natychmiast opuściłem Thusis, a następnie przez kilka lat nie mogłem patrzeć na góry.
 Na ową wycieczkę poszliśmy w sześć osób: było nas dwu Polaków, Niemiec, Anglik i dwie damy Francuzki, wszystko lokatorowie tego samego hotelu. Nie wzięliśmy przewodnika, ponieważ Anglik znał miejscowość, a szczyt, na który mieliśmy się drapać, zdawał się tak widocznym i łatwym, jak to krzesło na środku pokoju. Widziałem wprawdzie przez lunetę na stoku góry jakieś zmarszczki poprzeczne i podłużne, ale ponieważ nie były większemi od zagonów, nie myślałem o nich. Dziwiłem się nawet, że na taki spacerek wychodzimy z hotelu o dziewiątej rano; nie chcąc się jednak przyznawać, iż nie mam pojęcia o górach, nie robiłem żadnych uwag, a w podróży zachowywałem się jak turysta, który przedeptał Himalaje. To zjednało mi ogólny szacunek, a wyjątkową sympatją u Niemca.
 Naturalnie, odpłacałem mu wzajemnością, był to bowiem niesłychanie miły człowiek, który miał, niestety! jedną wadę: chorował na zawroty głowy.
 Drogę mieliśmy wesołą; wszyscy, nie wyłączając Anglika, zbytkowali jak dzieci; tylko ja byłem poważny, a Niemiec na każdej spadzistości oglądał się za siebie i cytował wyjątki z Wirgiljusza. Mówił, że jest to najlepszy sposób odwrócenia uwagi od tego, na co nie chcemy patrzeć.
 — Więc i tutaj kręci się panu w głowie? — spytałem.
 — Tak — odparł szybko — ale... nie mówmy o tem, bo nie zrobię ani kroku naprzód.
 Umilkłem, a mój Niemiec coraz głośniej deklamował Wirgiljusza i coraz częściej oglądał się za siebie. Raz nawet schwycił mnie za rękę i szepnął do ucha:
 — Pański spokój jest dla mnie źródłem odwagi. Gdyby pana tu nie było, ustałbym w drodze, albo... karkbym skręcił...
 Zimny pot wystąpił mi na czoło, ponieważ stan mojej duszy był zupełnym kontrastem tego, co biedny towarzysz wyobrażał sobie o mnie.
 Przedewszystkiem mocno mnie niepokoiło to, że, pomimo dwugodzinnej podróży, góra, na którą mieliśmy wejść, wcale się do nas nie zbliżyła: zdawało mi się, że ciągle stoi od nas mniej więcej o wiorstę drogi. Ale moje zakłopotanie dosięgło zenitu, gdy nagle, góra, dokąd zbliżaliśmy się, znikła, a zamiast niej zobaczyłem ogromne masy ziemi i skał, które zaczynały się gdzieś głęboko w dole, a kończyły — chyba pod gwiazdami.
 Ściana, na którą wdrapywaliśmy się, miała formę olbrzymich schodów, ze stopniami po kilkaset kroków wysokiemi. Stanąwszy pod takim stopniem, myślałem, że to już szczyt, lecz po kwadransie wchodzenia przekonywałem się, że zamiast na szczycie, znajdujemy się na nowym stopniu, albo na małem poletku, za którem stoi jeszcze jeden stopień. I tak bez końca.
 Droga tymczasem stawała się coraz dzikszą. Znikły lasy, trawa, kosodrzewina, nawet ziemia — gruntowa. Stąpaliśmy po warstwie kamieni, coraz większych i coraz łatwiej usuwających się z pod nóg. Coraz gęstszą gromadą otaczały nas olbrzymie czuby gór, przystrojonych kitami obłoków, albo wąwozy, dyszące mgłą niebieskawą.
 Niekiedy fałdy góry wygładzały się; niknęły jej wielkie stopnie i tarasy, a zamiast nich widziałem pochyłą ścianę, która wymykała mi się z pod nóg i biegła stromo aż do szafirowych lasów, drzemiących o wiorstę głęboko. Raz, gdym na chwilę zapomniał, że jestem na górze, przywidziało mi się, że stoję na równinie, która nagle uchyla mi się pod nogami; część jej podnosi się aż do nieba, a druga część spada gdzieś aż do wnętrza ziemi. Uczułem zawrót głowy i, aby nie stoczyć się, chwyciłem za ramiona idącego przede mną Niemca. On przyśpieszył kroku, i znaleźliśmy się w miejscu mniej stroniem.
 — Dziękuję panu... — szepnął, mocno ściskając mi rękę. — Już mi lepiej... Uratowałeś mi życie...
 Osłupiałem ze zdumienia. A tymczasem, idące przed nami damy poprawiały na sobie szale i sukienki, które, według ich opinji, układały się niedosyć estetycznie.
 — Ogromny upał! — rzekła jedna.
 — Co za niewygodna droga! — biadała jej towarzyszka.
 Po kwadransie spokojniejszej drogi, ściana, na którą wstępowaliśmy, skończyła się. Zobaczyłem, że ze wszystkich stron otaczają nas nagie albo śniegiem pokryte wierzchołki gór, że między nami i niemi niema nic, a raczej jest tylko powietrze. Nie wiem dlaczego, uczułem w tej chwili jakąś spokojną dumę i bezprzedmiotowy zachwyt.
 — Jesteśmy na szczycie — rzekł Anglik i skłoniwszy się damom, zapalił cygaro.
 — Prześliczny widok! — zawołały obie panie.
 Wydobyły z kieszeni lusterka i zaczęły poprawiać sobie nieco patargane włosy.
 — Druga godzina! — odezwał się mój rodak po polsku.— Djabli wzięli obiad, a może i kolacją...
 Niemiec tymczasem usiadł i, pochyliwszy twarz do ziemi, począł deklamować Wirgiljusza.
 — Czy widzisz pan Thusis? — spytałem go. — Wygląda jak kilka ziarnek grochu.
 — Nic nie widzę i na nic nie patrzę — odparł. — Nadewszystko nie wiem, czy stąd zejdę!...
 Anglik spostrzegł bladość na jego twarzy, pokręcił głową i podał mu flaszkę koniaku. Chory biedak wypił, trochę odpoczął i uspokoił się.
 Siedzieliśmy z kwadrans, gdy zerwał się wiatr dosyć chłodny. Właśnie spoglądałem w kierunku Thusis i zobaczyłem szczególne zjawisko. W głębokim wąwozie, który leżał u nóg naszych, błękitna mgła nabrała jaśniejszej barwy, potem zrobiła się niebieskawą, blado-niebieską, nareszcie zupełnie białą. A potem szybko zaczęła wypełniać wszystkie doliny, tak, że zdawało się, iż otacza nas morze mleczne, po którem szczyty gór pływają. I nietylko pływają, ale stopniowo zaczynają zanurzać się i tonąć. Widziałem wyraźnie jakiś ruch między mgłą i górami, ale przeraziłem się, gdym spostrzegł, że szczyt, na którym stoimy, poczyna spadać nadół... Byłbym przysiągł, że spadamy na rozpostarty pod nami obłok, ku któremu zbliżaliśmy się ogromnie prędko.
 — Co to znaczy? — zapytała jedna z dam Anglika.
 — Mgła podnosi się w górę — odparł nieco zasępiony. — Musimy schodzić — dodał.
 „A więc to nie my spadamy, tylko mgła podnosi się ku nam!...“ — pomyślałem znacznie spokojniejszy.
 Ale obłoki mają prędkie skrzydła. Jeszcze nie zdążyliśmy powstać z siedzenia, a już mgła otoczyła nas ze wszech stron, i, pomimo dnia, zrobiło się tak ciemno, że nie widzieliśmy nawet o parę kroków. Na rękach i twarzach poczuliśmy wilgoć, potem zaczął padać deszcz, potem deszcz ze śniegiem, a potem śnieg tak gęsty, jak u nas podczas zawiei.
 Pomimo to, szliśmy, trzymając się za ręce, droga bowiem była bezpieczna, a Anglik znał ją wybornie. Niekiedy pod nogami usuwały nam się śliskie kamienie, a wówczas — zjeżdżaliśmy kilka łokci nadół wśród ogromnego śmiechu. Najgłośniej śmiał się Niemiec, który nabrał doskonałego humoru od chwili, kiedy mgła zasłoniła mu spadek góry i przepaści pod nią leżące.
 Po jednem takiem poślizgnięciu się zjechaliśmy nie dwa albo trzy, ale ze trzydzieści łokci nadół. Już damy zaczęły krzyczeć: „ach! ach!“ — kiedy pęd nasz zwolniał, i uczuliśmy pod nogami twardą skałę.
 Niemiec, bardzo zadowolony, powstał pierwszy i wyciągnąwszy kij, chciał iść naprzód. Ale zatrzymał go Anglik.
 — Za pozwoleniem — rzekł — muszę zorjentować się, gdzie jesteśmy.
 Posunął się kilka kroków po omacku i wnet rozpłynął się we mgle.
 — Ho! ho!...
 Znowu wrócił, ale na jego twarzy dostrzegliśmy niepokój.
 — Może przyda się panu busola? — spytał go mój rodak.
 — Ależ naturalnie, pokaż pan! — odpowiedział Anglik, niecierpliwie chwytając w rękę małą busolę, którą mój rodak ozdabiał dewizkę zegarka.
 Anglik patrzył, kręcił busolą i głową, wreszcie klasnął językiem.
 — Musimy zatrzymać się, dopóki mgła nie przejdzie — rzekł z uśmiechem do dam.
 A do nas szepnął:
 — Zbłądziliśmy; jesteśmy zupełnie w innej stronie góry...
 — A jak wysoko stoimy?... — zapytał Niemiec.
 — Może w połowie góry, zresztą... czy ja wiem?
 — A może tu jest gdzie przepaść?... — spytał znowu Niemiec.
 — I za to nie ręczę — odparł Anglik. — W każdym razie brzegi tej skały są bardzo spadziste.
 Damy siedziały zachmurzone.
 — Szkoda, żeśmy nie wzięły maszynki do czekolady — odezwała się jedna z nich.
 Było już po czwartej, kiedy dmuchnął silny wiatr z boku i na chwilę odsłonił horyzont.
 Dreszcz przebiegł mi po skórze. Zobaczyłem, że siedzimy jakby na gzymsie, kilkanaście łokci szerokim. Za nami stała spadzista ściana góry, pokryta śliskiemi kamieniami, po których w tej chwili niepodobna było się wdrapywać, a przed nami — o wiorstę niżej — dolina...
 O zejściu z gzymsu w stronę doliny nie mogło być mowy, w tem bowiem miejscu skalista ściana góry spadała prawie prostopadle.
 — Kiedyż ruszymy, panowie? — odezwała się jedna z dam.
 — Jak mgła przejdzie — odpowiedział Anglik.
 — A jeżeli do nocy nie przejdzie?
 — To będziemy tu nocowali.
 — Pan żartuje?...
 — Wcale nie — odparł z powagą. — Wpadliśmy w pułapkę i musimy być cierpliwymi.
 — Więc dawajcie, panowie, jakieś hasła — wtrąciła druga. — Okolica nie jest przecież pusta, może kto usłyszy...
 — Właśnie tak chcemy zrobić...
 Mój ziomek miał rewolwer, z którego począł strzelać w stronę doliny. Ale huk był tak słaby, żem wątpił, aby go kto usłyszał.
 Tymczasem mgła gęstniała coraz bardziej. Damy owinęły się w szale i siedziały smutne, a Niemiec chodził tam i napowrót, z oznakami wielkiego rozdrażnienia.
 Nagle wziął mnie za rękę i odprowadził nabok. Twarz jego miała dziki wyraz.
 — Panie — rzekł zmienionym głosem — wiem, że siedzimy nad przepaścią, a choć jej nie widzę, na samą myśl o niej czuję tak straszny zawrót głowy, że... nie wytrzymam dłużej...
 — Więc cóż pan zrobisz?... — zapytałem zdumiony.
 — Rzucę się! Wolę zginąć, niż tak cierpieć... Pana tylko ostrzegam o tem; inni niech nic nie wiedzą...
 — Oszalałeś?...
 — Tak... czuję, że oszalałem...
 W tej chwili zbliżył się Anglik i, nim się opamiętałem, pochwycił szalonego. Chciał związać mu ręce, a do mnie rzekł półgłosem:
 — Zarzuć mu chustkę na głowę...
 Ale nieszczęśliwy wyrwał się, odepchnął nas obu i pobiegł wzdłuż gzymsu, na lewo.
 Po chwili usłyszeliśmy ciężki upadek i stłumiony grzechot toczących się kamieni...
 — Co się tam dzieje? — zawołała jedna z dam, usłyszawszy hałas.
 — Nic — odparł głucho Anglik. — Nasz towarzysz próbuje wejść na górę...
 A do mnie szepnął:
 — Ani słowa o tem, bo inaczej reszta pójdzie za nim. W takiej chwili szał jest zaraźliwą chorobą. Przykre położenie...
 Wypił potężny łyk konjaku, poczęstował mnie, a potem... ładnym tenorem zaintonował arją z jakiejś operetki. Zachmurzone Francuzki rozjaśniły twarze i zaczęły śpiewać razem z Anglikiem. Nawet mój rodak zapomniał o obiedzie i zawtórował im fałszywym basem, nieustannie myląc się w melodji.
 Tylko ja milczałem, zdumiony i przerażony. Ten śpiew nad przepaścią, po tak strasznym wypadku, dał mi poznać nadludzką odwagę Anglika, ale i grozę położenia.
 — Śpiewaj pan! — zawołała do mnie jedna z dam. — Jest to najlepszy sposób na nudy i zimno.
 — Może także zwróci na nas uwagę górali — dodała druga.
 I zaczęli we troje nową arją, jeszcze weselszą. Tym razem mój ziomek darł się bez ceremonji, po polsku, w te słowa:
 „Żeby cię djabli porwali, Angliku, razem z twoją górą! Gdybym nie bał się Szwajcarów, zjadłbym cię zamiast cielęciny na obiad“.
 Anglik bardzo uprzejmie zwracał do niego twarz pobladłą i wywijał takt ręką.
 Wtem... usłyszeliśmy jakiś głos zdołu. Anglik zerwał się na równe nogi i pobiegł w tę stronę gzymsu, z której rzucił się Niemiec.
 — Hop! hop! — wołano zdołu.
 — Hop! hop! — odpowiedzieliśmy chórem.
 Obie damy pocałowały się z radości.
 — Nie zabiłem się! — wolał głos. — Schodźcie państwo tędy nadół!... Pyszna droga!...
 Ze zdumieniem poznaliśmy głos naszego Niemca.
 — Z tego gzymsu panowie możecie zeskoczyć, jest zaledwo kilka łokci wysoko... Ale damy trzeba znieść na ramionach — krzyczał Niemiec.
 — Chwała Bogu! — zawołał mój ziomek — przynajmniej zjem dziś kolacją!...
 I skoczył prosto w mgłę.
 Usłyszeliśmy znowu grzechot kamieni i biadający głos ziomka:
 — A niech go piorun trzaśnie z taką drogą!... Pewniem nogę wywichnął...
 Poczem usłyszeliśmy w dole rozmowę. Widocznie już spotkał się z Niemcem.
 Zkolei zeszliśmy wszyscy, pomimo protestu pań, które w żaden sposób nie chciały stawać na ramionach Anglika. Wkońcu jednak rozmyśliły się: skała bowiem w tem miejscu tworzyła rodzaj progu, wysokiego na trzy do czterech łokci, skąd trzeba było albo skakać, albo schodzić przy pomocy osoby, stojącej na dole.
 Opuściwszy fatalny gzyms, znaleźliśmy się na spadzistym stoku, od góry do dołu zasypanym kamieniami. To też nie szliśmy, ale staczaliśmy się z ogromną szybkością i hałasem, wziąwszy się we czworo za ręce: panie w środku, a my z Anglikiem na skrzydłach. Poniżej nas, trochę z boku, ujrzeliśmy we mgle jadące dwa cienie: był to mój ziomek i niedoszły samobójca — Niemiec. Pomimo wielkiej szybkości, nieomal przez kilka minut toczyliśmy się po stromym spadku góry. Im jednak spadaliśmy niżej, tem bardziej mgła rzedniała; nareszcie w połowie spadku ujrzeliśmy dolinę, a na niej kilka pasterskich szaletów.
 Gdy w kwadrans później zeszliśmy się wszyscy na łące, Anglik, wziąwszy Niemca pod rękę, rzekł do pań:
 — Czy panie wiedzą, że przed godziną ten człowiek chciał się zabić?
 Samobójca, zawstydzony, odszedł nabok, a Francuzki, widząc powagę, z jaką Anglik mówił, zaczęły się śmiać. Nawet mój ziomek uważał to za doskonały koncept. Ale gdyśmy opowiedzieli wypadek, jedna z dam rozpłakała się, a druga dostała spazmów.
 Istotnie chwilowemu szaleństwu naszego towarzysza zawdzięczaliśmy życie. Gzyms bowiem wisiał nad przepaścią, a tylko w tem miejscu, skąd skoczył Niemiec, można było zejść w dolinę bez narażenia się na śmierć.
 Reszta jego przygody była dosyć prosta.
 Rzuciwszy się ze skały, trafił na warstwę kamyków, a chcąc prędzej skończyć ze swoim zawrotem głowy, biegł przed siebie na oślep. Po kilku minutach wyminął strefę mgły i zobaczył — drogę bezpieczną. Wtedy, ochłonąwszy ze wzruszenia, z niemałym trudem wdrapał się znowu na górę, aby nas z niej sprowadzić.
 — No, i co pan powiesz — zakończył mój przyjaciel — że od tego wypadku Niemiec najzupełniej pozbył się zawrotu głowy... Został nawet członkiem klubu alpejskiego, a dziś jego nazwisko spotykam na liście turystów, którzy wchodzą na najwyższe szczyty...

 Podobne leczyć podobnem!


KAMIZELKA.

 Niektórzy ludzie mają pociąg do zbierania osobliwości, kosztowniejszych, lub mniej kosztownych, na jakie kogo stać. Ja także posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w początkach.
 Jest tam mój dramat, który pisałem jeszcze w gimnazjum na lekcjach języka łacińskiego... Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba będzie zastąpić nowemi, jest...
 Zdaje się, że niema nic więcej, oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.
 Oto ona. Przód spłowiały, a tył przetarty. Dużo plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej są ściągacze. Ten, na którym znajduje się sprzączka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na całej długości, jest pokłuty zębami sprzączki.
 Patrząc na to, odrazu domyślasz się, że właściciel odzienia zapewne codzień chudnął i wreszcie dosięgnął tego stopnia, na którym kamizelka przestaje być niezbędną, ale natomiast okazuje się bardzo potrzebnym zapięty pod szyję frak z magazynu pogrzebowego.
 Wyznaję, że dziś chętnie odstąpiłbym komu ten szmat sukna, który mi robi trochę kłopotu. Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chciałbym znowu trzymać chorej kamizelczyny między własnemi rzeczami. Był jednak czas, żem ją kupił za cenę znakomicie wyższą od wartości, a dałbym nawet i drożej, gdyby umiano się targować. Człowiek miewa w życiu takie chwile, że lubi otaczać się przedmiotami, które przypominają smutek.
 Smutek ten nie gnieździł się u mnie, ale w mieszkaniu bliskich sąsiadów. Z okna mogłem codzień spoglądać do wnętrza ich pokoiku.
 Jeszcze w kwietniu było ich troje: pan, pani i mała służąca, która sypiała, o ile wiem, na kuferku za szafą. Szafa była ciemno-wiśniowa. W lipcu, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi, zostało ich tylko dwoje: pani i pan, bo służąca przeniosła się do takich państwa, którzy płacili jej trzy ruble na rok i codzień gotowali obiady.
 W październiku została już tylko — pani, sama jedna. To jest niezupełnie sama, ponieważ w pokoju znajdowało się jeszcze dużo sprzętów: dwa łóżka, stół, szafa... Ale na początku listopada, sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani, ze wszystkich pamiątek po mężu, została tylko kamizelka, którą obecnie posiadam.
 Lecz w końcu listopada, pewnego dnia, pani zawołała do pustego mieszkania handlarza starzyzny i sprzedała mu swój parasol za dwa złote i kamizelkę po mężu za czterdzieści groszy. Potem zamknęła mieszkanie na klucz, powoli przeszła dziedziniec, w bramie oddała klucz stróżowi, chwilę popatrzyła w swoje niegdyś okno, na które padały drobne płatki śniegu, i — znikła za bramą.
 Na dziedzińcu został handlarz starzyzny. Podniósł do góry wielki kołnierz kapoty, pod pachę wetknął dopiero co kupiony parasol i, owinąwszy w kamizelkę ręce czerwone z zimna, mruczał:
 — Handel, panowie... handel!...
 Zawołałem go.
 — Pan dobrodziej ma co do sprzedania? — zapytał, wchodząc.
 — Nie, chcę od ciebie coś kupić.
 — Pewnie wielmożny pan chce parasol?... — odparł Żydek.
 Rzucił na ziemię kamizelkę, otrząsnął śnieg z kołnierza i z wielką usilnością począł otwierać parasol.
 — A fajn mebel!... — mówił. — Na taki śnieg, to tylko taki parasol... Ja wiem, że wielmożny pan może mieć całkiem jedwabny parasol, nawet ze dwa. Ale to dobre tylko na lato!...
 — Co chcesz za kamizelkę? — spytałem.
 — Jakc kamyzelkie?... — odparł zdziwiony, myśląc zapewne o swojej własnej.
 Ale wnet opamiętał się i szybko podniósł leżącą na ziemi.
 — Za te kamyzelkie?... Pan dobrodziej pyta się o te kamyzelkie?...
 A potem, jakby zbudziło się w nim podejrzenie, gpytał:
 — Co wielmożnego pana po take kamyzelkie?!...
 — Ile chcesz za nią?
 Żydowi błysnęły żółte białka, a koniec wyciągniętego nosa poczerwieniał jeszcze bardziej.
 — Da wielmożny pan... rubelka! — odparł, roztaczając mi przed oczyma towar w taki sposób, ażeby okazać wszystkie jego zalety.
 — Dam ci pół rubla.
 — Pół rubla?... taky ubjór?... To nie może być! — mówił handlarz.
 — Ani grosza więcej.
 — Niech wielmożny pan żartuje zdrów!... — rzekł, klepiąc mnie po ramieniu. — Pan sam wi, co taka rzecz jest warta. To przecie nie jest ubjór na małe dziecko, to jest na dorosłe osoby...
 — No, jeżeli nie możesz oddać za pół rubla, to już idź. Ja więcej nie dam.
 — Ino niech się pan nie gniewa! — przerwał, mięknąc.— Na moje sumienie, za pół rubelka nie mogę, ale — ja zdaje się na pański rozum... Niech pan sam powie: co to jest wart, a ja się zgodzę!... Ja wolę dołożyć, byle to się stało, co pan chce.
 — Kamizelka jest warta pięćdziesiąt groszy, a ja ci daję pół rubla.
 — Pół rubla?... Niech będzie już pól rubla!... — westchnął, wpychając mi kamizelkę w ręce. — Niech będzie moja strata, byle ja z gęby nie robił... ten wjatr!...
 I wskazał ręką na okno, za którem kłębił się tuman śniegu.
 Gdym sięgnął po pieniądze, handlarz, widocznie coś przypomniawszy sobie, wyrwał mi jeszcze raz kamizelkę i począł szybko rewidować jej kieszonki.
 — Czegóż ty tam szukasz?
 — Możem co zostawił w kieszeni, nie pamiętam! — odparł najnaturalniejszym tonem, a zwracając mi nabytek, dodał:
 Niech jaśnie pan dołoży choć z dziesiątkę!...
 — No, bywaj zdrów! — rzekłem, otwierając drzwi.
 — Upadam do nóg!... Mam jeszcze w domu bardzo porządne futro...
 I jeszcze z za progu wytknąwszy głowę, zapytał:
 — A może wielmożny pan każe przynieść serki owczych?...
 W parę minut znowu wołał na podwórzu: „Handel! handel!...“ — a gdym stanął w oknie, ukłonił mi się z przyjacielskim uśmiechem.
 Śnieg zaczął tak mocno padać, że prawie zmierzchło się. Położyłem kamizelkę na stole i począłem marzyć to o pani, która wyszła za bramę niewiadomo dokąd, to o mieszkaniu, stojącem pustką obok mego, to znowu o właścicielu kamizelki, nad którym coraz gęstsza warstwa śniegu narasta...
 Jeszcze trzy miesiące temu, słyszałem, jak w pogodny dzień wrześniowy rozmawiali ze sobą. W maju pani raz nawet — nuciła jakąś piosenkę, on śmiał się, czytając „Kurjera Świątecznego“. A dziś...
 Do naszej kamienicy sprowadzili się na początku kwietnia. Wstawali dość rano, pili herbatę z blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcje, on do biura.
 Był to drobny urzędniczek, który na naczelników wydziałowych patrzył z takim podziwem, jak podróżnik na Tatry. Zato musiał dużo pracować, po całych dniach. Widywałem nawet go i o północy, przy lampie, zgiętego nad stolikiem.
 Żona zwykle siedziała przy nim i szyła. Niekiedy spojrzawszy na niego, przerywała swoją robotę i mówiła tonem upominającym:
 — No, już dość będzie, połóż się spać.
 — A ty kiedy pójdziesz spać?...
 — Ja... jeszcze tylko dokończę parę ściegów...
 — No... to i ja napiszę parę wierszy...
 Znowu oboje pochylali głowy i robili swoje. I znowu po niejakim czasie pani mówiła:
 — Kładź się!... kładź się!...
 Niekiedy na jej słowa odpowiadał mój zegar, wybijając pierwszą.
 Byli to ludzie młodzi, ani ładni, ani brzydcy, wogóle spokojni. O ile pamiętam, pani była znacznie szczuplejsza od męża, który miał budowę wcale tęgą. Powiedziałbym, że nawet za tęgą na tak małego urzędnika.
 Co niedzielę, około południa, wychodzili na spacer, trzymając się pod ręce, i wracali do domu późno wieczór. Obiad zapewne jedli w mieście. Raz, spotkałem ich przy bramie, oddzielającej ogród Botaniczny od Łazienek. Kupili sobie dwa kufle doskonałej wody i dwa duże pierniki, mając przy tem spokojne fizjognomje mieszczan, którzy zwykli jadać przy herbacie gorącą szynkę z chrzanem.
 Wogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do utrzymania duchowej równowagi. Trochę żywności, dużo roboty i dużo zdrowia. Reszta sama się jakoś znajduje.
 Moim sąsiadom, o ile się zdaje, nie brakło żywności, a przynajmniej roboty. Ale zdrowie nie zawsze dopisywało.
 Jakoś w lipcu pan zaziębił się, zresztą niebardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczności, dostał jednocześnie tak silnego krwotoku, że aż stracił przytomność.
 Było to już w nocy. Żona, utuliwszy go na łóżku, sprowadziła do pokoju stróżowę, a sama pobiegła po doktora. Dowiadywała się o pięciu, ale znalazła ledwie jednego, i to wypadkiem, na ulicy.
 Doktór, spojrzawszy na nią przy blasku migotliwej latarni, uznał za stosowne ją przedewszystkiem uspokoić. A ponieważ chwilami zataczała się, zapewne ze zmęczenia, a dorożki na ulicy nie było, więc podał jej rękę, i idąc tłomaczył, że krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.
 — Krwotok może być z krtani, z żołądka, z nosa, z płuc rzadko kiedy. Zresztą, jeżeli człowiek zawsze był zdrów, nigdy nie kaszlał...
 — O, tylko czasami! — szepnęła pani, zatrzymując się dla nabrania tchu.
 — Czasami? to jeszcze nic. Może mieć lekki katar oskrzeli.
 — Tak... to katar! — powtórzyła pani, już głośno.
 — Zapalenia płuc nie miał nigdy?...
 — Owszem!... — odparła pani, znowu stając.
 Trochę się nogi pod nią chwiały.
 — Tak, ale zapewne już dawno?... — pochwycił lekarz.
 — O, bardzo... bardzo dawno!... — potwierdziła z pośpiechem. — Jeszcze tamtej zimy.
 — Półtora roku temu.
 — Nie... Ale jeszcze przed nowym rokiem... O, już dawno!
 — A!... Jaka to ciemna ulica, a w dodatku niebo trochę zasłonięte... — mówił lekarz.
 Weszli do domu. Pani z trwogą zapytała stróża: co słychać? — i dowiedziała się, że nic. W mieszkaniu, stróżowa także powiedziała jej, że nic nie słychać, a chory drzemał.
 Lekarz ostrożnie obudził go, wybadał i także powiedział, że to nic.
 — Ja zaraz mówiłem, że to nic! — odezwał się chory.
 — O, nic!... — powtórzyła pani, ściskając jego spotniałe ręce. — Wiem przecie, że krwotok może być z żołądka, albo z nosa. U ciebie pewnie z nosa... Tyś taki tęgi, potrzebujesz ruchu, a ciągle siedzisz... Prawda, panie doktorze, że on potrzebuje ruchu?...
 — Tak! tak!... Ruch jest wogóle potrzebny, ale małżonek pani musi parę dni poleżyć. Czy może wyjechać na wieś?
 — Nie może... — szepnęła pani ze smutkiem.
 — No — to nic! Więc zostanie w Warszawie. Ja będę go odwiedzał, a tymczasem — niech sobie poleży i odpocznie.
 Gdyby się zaś krwotok powtórzył... — dodał lekarz.
 — To co, panie? — spytała żona, blednąc jak wosk.
 — No, to nic. Mąż pani wypocznie, tam się zasklepi...
 — Tam... w nosie? — mówiła pani, składając przed doktorem ręce.
 — Tak... w nosie! Rozumie się. Niech pani uspokoi się, a resztę zdać na Boga. Dobranoc.
 Słowa doktora tak uspokoiły panią, że po trwodze, jaką przechodziła od kilku godzin, zrobiło się jej prawie wesoło.
 — No, i cóż to tak wielkiego! — rzekła, trochę śmiejąc się, a trochę popłakując.
 Uklękła przy łóżku chorego i zaczęła całować go po rękach.
 — Cóż tak wielkiego! — powtórzył pan cicho i uśmiechnął się. — Ile to krwi na wojnie z człowieka upływa, a jednak jest potem zdrów!...
 — Już tylko nic nie mów — prosiła go pani.
 Na dworze zaczęło świtać. W lecie, jak wiadomo, noce są bardzo krótkie.
 Choroba przeciągnęła się znacznie dłużej niż myślano. Mąż nie chodził już do biura, co mu tem mniej robiło kłopotu, że jako urzędnik najemny, nie potrzebował brać urlopu, a mógł wrócić, kiedyby mu się podobało i — o ile znalazłby miejsce. Ponieważ, gdy siedział w mieszkaniu, był zdrowszy, więc pani wystarała się jeszcze o kilka lekcyj na tydzień i za ich pomocą opędzała domowe potrzeby.
 Wychodziła zwykle do miasta o ósmej rano. Około pierwszej wracała na parę godzin do domu, ażeby ugotować mężowi obiad na maszynce, a potem znowu wybiegała na jakiś czas.
 Zato już wieczory spędzali razem. Pani zaś, aby nie próżnować, brała trochę więcej do szycia.
 Jakoś w końcu sierpnia spotkała się pani z doktorem na ulicy. Długo chodzili razem. Wkońcu pani schwyciła doktora za rękę i rzekła błagalnym tonem:
 — Ale swoją drogą niech pan do nas przychodzi. Może też Bóg da!... On tak się uspakaja po każdej pańskiej wizycie...
 Doktór obiecał, a pani wróciła do domu, jakby spłakana. Pan też, skutkiem przymusowego siedzenia, zrobił się jakiś drażliwy i zwątpiały. Zaczął wymawiać żonie, że jest zanadto o niego troskliwa, że on mimo to umrze, a wkońcu zapytał:
 — Czy nie powiedział ci doktór, że ja nie przeżyję kilku miesięcy?
 Pani zdrętwiała.
 — Co ty mówisz? — rzekła. — Skąd ci takie myśli?...
 Chory wpadł w gniew.
 — Oo, chodźże tu do mnie, o tu!... — mówił gwałtownie, chwytając ją za ręce. — Patrz mi prosto w oczy i odpowiadaj: nie mówił ci doktór?
 I utopił w niej rozgorączkowane spojrzenie. Zdawało się, że pod tym wzrokiem mur wyszeptałby tajemnicę, gdyby ją posiadał.
 Na twarzy kobiety ukazał się dziwny spokój. Uśmiechała się łagodnie, wytrzymując to dzikie spojrzenie. Tylko jej oczy jakby szkłem zaszły.
 — Doktór mówi! — odparła — że to nic, tylko że musisz trochę wypocząć...
 Mąż nagle puścił ją, zaczął drżeć i śmiać się, a potem machając ręką, rzekł:
 — No, widzisz, jakim ja nerwowy!... Koniecznie ubrdało mi się, że doktór zwątpił o mnie... Ale... przekonałaś mnie... Już jestem spokojny!...
 I coraz weselej śmiał się ze swoich przywidzeń.
 Zresztą taki atak podejrzliwości nigdy się już nie powtórzył. Łagodny spokój żony był przecie najlepszą dla chorego wskazówką, że stan jego nie jest złym.
 Bo i z jakiej racji miał być zły?
 Był wprawdzie kaszel, ale — to z kataru oskrzeli. Czasami, skutkiem długiego siedzenia, pokazywała się krew — z nosa. No, miewał też jakby gorączkę, ale właściwie nie była to gorączka, tylko — taki stan nerwowy.
 Wogóle czul się coraz zdrowszym. Miał nieprzepartą chęć do jakichś dalekich wycieczek, lecz — trochę sił mu brakło. Przyszedł nawet czas, że w dzień nie chciał leżyć w łóżku, tylko siedział na krześle ubrany, gotowy do wyjścia, byle go opuściło to chwilowe osłabienie.
 Niepokoił go tylko jeden szczegół.
 Pewnego dnia, kładąc kamizelkę, uczuł, że jest jakoś bardzo luźna.
 — Czybym aż tak schudł?... — szepnął.
 — No, naturalnie, że musiałeś trochę zmizernieć — odparła żona. — Ale przecież nie można przesadzać...
 Mąż bacznie spojrzał na nią. Nie oderwała nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie mógł być udany!... Żona wie od doktora, że on nie jest tak znowu bardzo chory, więc niema powodu martwić się.
 W początkach września nerwowe stany, podobne do gorączki, występowały coraz silniej, prawie po całych dniach.
 — To głupstwo! — mówił chory. — Na przejściu od lata do jesieni najzdrowszemu człowiekowi trafia się jakieś rozdrażnienie, każdy jest nieswój... To mnie tylko dziwi: dlaczego moja kamizelka leży na mnie coraz luźniej?... Strasznie musiałem schudnąć, i naturalnie dopóty nie mogę być zdrowym, dopóki mi ciała nie przybędzie, to darmo!...
 Żona bacznie przysłuchiwała się temu i musiała przyznać, że mąż ma słuszność.
 Chory codzień wstawał z łóżka i ubierał się,pomimo że bez pomocy żony nie mógł wciągnąć na siebie żadnej sztuki ubrania. Tyle przynajmniej wymogła na nim, że na wierzch nie kładł surduta, tylko paltot.
 — Dziwić się tu — mówił nieraz, patrząc w lustro — dziwić się tu, że ja nie mam sił. Ależ jak wyglądam!...
 — No, twarz zawsze łatwo się zmienia — wtrąciła żona.
 — Prawda, tylko że ja i w sobie chudnę...
 — Czy ci się nie zdaje? — spytała pani z akcentem wielkiej wątpliwości.
 Zamyślił się.
 — Ha! może i masz racją... Bo nawet... od kilku dni uważam, że... coś... moja kamizelka...
 — Dajże pokój! — przerwała pani — przecież nie utyłeś...
 — Kto wie? Bo, o ile uważam po kamizelce, to...
 — W takim razie powinnyby ci wracać siły.
 — Oho! chciałabyś tak zaraz... Pierwej muszę przecież choć cokolwiek nabrać ciała. Nawet powiem ci, że choć i odzyskam ciało, to i wtedy jeszcze nie zaraz nabiorę sił...
 A co ty tam robisz za szafą?... — spytał nagle.
 — Nic. Szukam w kufrze ręcznika, a nie wiem... czy jest czysty.
 — Nie wysilajże się tak, bo aż ci się głos zmienia... To przecież ciężki kufer...
 Istotnie, kufer musiał być ciężki, bo pani aż porobiły się wypieki na twarzy. Ale była spokojna.
 Odtąd chory coraz pilniejszą zwracał uwagę na swoją kamizelkę. Co parę zaś dni wołał do siebie żonę i mówił:
 — No... patrzajże. Sama się przekonaj: wczoraj mogłem tu jeszcze włożyć palec, o — tu... A dziś już nie mogę. Ja istotnie zaczynam nabierać ciała!...
 Ale pewnego dnia radość chorego nie miała granic. Kiedy żona wróciła z lekcyj, powitał ją z błyszczącemi oczyma i rzekł, bardzo wzruszony:
 — Posłuchaj mnie, powiem ci jeden sekret... Ja z tą kamizelką, widzisz, trochę szachrowałem. Ażeby ciebie uspokoić, codzień sam ściągałem pasek, i dlatego — kamizelka była ciasna... Tym sposobem dociągnąłem wczoraj pasek do końca. Już martwiłem się, myśląc, że się wyda sekret, gdy wtem dziś... Wiesz, co ci powiem?... Ja, dziś, daję ci najświętsze słowo, zamiast ściągać pasek, musiałem go trochę rozluźnić!... Było mi formalnie ciasno, choć jeszcze wczoraj było cokolwiek luźniej...
 No, teraz i ja wierzę, że będę zdrów... Ja sam!... Niech doktór myśli, co chce...
 Długa mowa tak go wysiliła, że musiał przejść na łóżko. Tam jednak, jako człowiek, który bez ściągania pasków zaczyna nabierać ciała, nie położył się, ale, jak w fotelu, oparł się w objęciach żony.
 — No, no!... — szeptał — ktoby się spodziewał?... Przez dwa tygodnie oszukiwałem moją żonę, że kamizelka jest ciasna, a ona dziś naprawdę sama ciasna!...
 No... no!...
 I przesiedzieli, tuląc się jedno do drugiego, cały wieczór.
 Chory był wzruszony, jak nigdy.
 — Mój Boże! — szeptał, całując żonę po rękach — a ja myślałem, że już tak będę chudnął do... końca. Od dwu miesięcy, dziś dopiero, pierwszy raz, uwierzyłem w to, że mogę być zdrów.
 Bo to przy chorym wszyscy kłamią, a żona najwięcej. Ale kamizelka — ta już nie skłamie!...

— — — — — — — — — —
 Dziś, patrząc na starą kamizelkę, widzę, że nad jej ściągaczami pracowały dwie osoby. Pan — codzień posuwał sprzączkę, ażeby uspokoić żonę, a pani codzień — skracała pasek, aby mężowi dodać otuchy.
 „Czy znowu zejdą się kiedy oboje, ażeby powiedzieć sobie cały sekret o kamizelce?...“ — myślałem, patrząc na niebo.
 Nieba prawie już nie było nad ziemią. Padał tylko śnieg, taki gęsty i zimny, że nawet w grobach marzły ludzkie popioły.

 Któż jednak powie, że za temi chmurami niema słońca?...


CIENIE.

 Kiedy na niebie dogasają blaski słońca, z ziemi wynurza się zmierzch. Zmierzch — wielka armja nocy, o tysiącach niewidzialnych kolumn i miljardach żołnierzy. Potężna armja, która od niepamiętnych czasów pasuje się ze światłem,pierzcha każdego poranku, zwycięża każdego wieczora, panuje od zachodu do wschodu słońca, a w dzień, rozbita, chowa się po kryjówkach i czeka.
 Czeka w górskich przepaściach i miejskich piwnicach, w gąszczu lasu i w głębi ciemnych jezior. Czeka, kryjąc się w przedwiecznych jaskiniach ziemi, w kopalniach, po rowach, w kątach domów, w załamkach murów. Rozproszona i napozór nieobecna, wypełnia jednak wszystkie skrytki. Jest w każdej szczelinie kory drzew, w fałdach ludzkiego odzienia, leży pod najmniejszem ziarnem piasku, czepia się najcieńszej nici pajęczej i czeka. Wypłoszona z jednego miejsca, w okamgnieniu przenosi się na inne, korzystając z lada sposobności, aby powrócić tam, skąd ją wygnano, wedrzeć się na niezajęte stanowiska i zalać ziemię.
 Kiedy gaśnie słońce, armja zmroków gęstemi szeregami wysuwa się ze swych ucieczek, cicha i ostrożna. Zapełnia korytarze domów, sienie i źle oświecone schody; z pod szaf i stołów wypełzuje na środek pokoju i obsiada firanki; przez lufty piwnic i szyby okien wysuwa się na ulice, w głuchem milczeniu szturmuje ściany i dachy, i zaczajona na szczytach, cierpliwie czeka, aż na zachodzie zbledną różowe obłoki.
 Jeszcze chwilka, i nagle zerwie się olbrzymi wybuch ciemności, sięgającej od ziemi do nieba. Zwierzęta skryją się po legowiskach, człowiek ucieknie do domu; życie, jak roślina bez wody, skurczy się i pocznie usychać. Barwy i kształty rozpłyną się w nicestwie; trwoga, błąd i występek obejmą panowanie nad światem.
 W takiej chwili, na pustoszejących ulicach Warszawy ukazuje się dziwna postać ludzka, z drobnym płomykiem nad głową. Szybko biegnie przez chodnik, jakby ją ścigały ciemności, przy każdej latarni zatrzymuje się na mgnienie i roznieciwszy wesołe światło, znika, jak cień.
 I tak każdego dnia w roku. Czy na polach wiosna dyszy zapachem kwiatów, czy sroży się lipcowa burza, czy rozhukane na ulicach jesienne wichry miotają tumanami kurzu, czy w powietrzu kłębią się zimowe śniegi — on zawsze, skoro tylko nadejdzie wieczór, ze swym płomykiem przebiega miejskie chodniki, roznieca światło, a potem znika, jak cień.
 Skąd się ty bierzesz, człowieku, i gdzie kryjesz się, że nie znamy twoich rysów, ani słyszymy głosu? Czy masz ty żonę albo matkę, która czeka twego powrotu? Albo dzieci, które, pozostawiwszy w kącie twoją latarkę, wdzierają ci się na kolana i obejmują cię za szyję? Czy ty masz przyjaciół, którym opowiadasz swoje pociechy i zgryzoty, albo choć znajomych, z którymi mógłbyś porozmawiać bodaj o codziennych zdarzeniach?
 Czy ty wogóle posiadasz jaki dom, w którymby cię znaleźć można? imię, którem możnaby ciebie zawołać? potrzeby i uczucia, któreby cię robiły takim, jak my, człowiekiem? Czyli też jesteś naprawdę istotą bezkształtną, milczącą i nieujętą, co ukazuje się tylko o zmroku, roznieca światło, a potem znika, jak cień?
 Odpowiedziano mi, że jest to naprawdę człowiek, a nawet dano jego adres. Poszedłem do wskazanego domu i zapytałem stróża:
 — Czy u was mieszka ten, co zapala latarnie po ulicach?
 — U nas.
 — A gdzie?
 — W tamtej komórce.
 Komórka była zamknięta. Spojrzałem przez okno, alem tylko zobaczył tapczan przy ścianie, a obok niego na wysokim kiju latarkę. Latarnika nie było.
 — Powiedz mi przynajmniej, jak on wygląda?
 — Kto go tam wie — odparł stróż, wzruszając ramionami. — Sam go nawet dobrze nie znam — dodał — bo po dniu nigdy w izbie nie siedzi.
 W pół roku przyszedłem drugi raz.
 — A dziś niema w domu latarnika?
 — Oho! — rzekł stróż — niema i nie będzie. Wczoraj go pochowali. Umarł.
 Stróż zamyślił się.
 Zapytawszy o kilka szczegółów, pojechałem na cmentarz.
 — Pokażcie mi, grabarzu, gdzie tu wczoraj pochowano latarnika?
 — Latarnika?... — powtórzył. — Kto go tam wie! Trzydziestu pasażerów było wczoraj.
 — Ależ on pochowany w oddziale najuboższych.
 — Takich zwaliło się dwudziestu pięciu.
 — Ale on leżał w niemalowanej trumnie.
 — Takich zwieźli szesnaście.
 Tym sposobem nie poznałem ani twarzy, ani nazwiska, ani nawet nie widziałem jego grobu. I został tem po śmierci, czem był za życia: istotą widzialną tylko o zmroku, niemą i niepochwytną, jak cień.

 W pomroce życia, gdzie po omacku błądzi nieszczęsny rodzaj ludzki, gdzie jedni rozbijają się o zawady, inni spadają w otchłań, a pewnej drogi nikt nie zna; gdzie na skrępowanego przesądami człowieka poluje zły przypadek, nędza i nienawiść — po ciemnych manowcach życia również uwijają się latarnicy. Każdy niesie drobny płomyk nad głową, każdy na swojej ścieżce roznieca światło, żyje niepoznany, trudzi się nieoceniony, a potem znika, jak cień...


POMINIĘTY.

 Kto nie był na wystawie, niech śpieszy ją zobaczyć. Niech śpieszy, bo życie jest krótkie, a podobne widowiska urządzają się tylko raz na lat kilkanaście. Niech śpieszy, bo niedługo z czubatych dachów, które widać przez parkan, spadnie las chorągwi, a sama wystawa zamieni się na kupę desek i pusty plac Ujazdowski...
 Kto więc nie był, niech nie ociąga się, nie zwłóczy, nie odkłada na jutro, bo nie wiemy, na jak długo straci sposobność ujrzenia dziwnego miasta, bardzo dziwnego, najdziwniejszego wynalazku z tych, jakie porobił fantastyczny wiek XIX-ty.
 Miasto — rzecz znana. Niejeden widział wielkie miasta europejskie, słyszał o azjatyckich i wie, że nawet całkiem dzicy ludzie, zupełnie nadzy ludożercy także budują miasta. Nietylko ludożercy: nawet bobry, pszczoły, mrówki i termity wznoszą tłumne budowle, które również możnaby nazwać miastami.
 Miasto więc we Francji i w Tasmanji, nad syberyjskiemi rzekami, których brzegu nie tknęła ludzka noga, pod strzechą ula i pod pniem sosny w naszych lasach, zawsze znaczy jedno i to samo. Jest ono zbiorową siedzibą żywych istot, nazywających się ludźmi czy bobrami, mrówkami albo pszczołami, wszystko jedno, lecz — istot żywych. Tak było od czasów Memfisu i Ekbatany aż po wiek XIX-ty, w którym dopiero przyszła ludziom chimeryczna myśl budowania miast... dla rzeczy martwych...
 Osobliwe to miasta! W północnej strefie widzisz budynki tak przewiewne, jakie wznoszą się tylko pod równikiem, a tak lekkie, jak gdyby ten spokojny kraj był siedliskiem ciągłego trzęsienia ziemi. Widzisz ściany z płótna, z rzeźbionych desek, z brył węgla, albo z żelaznej koronki. Widzisz pałacyki, gdzie nikt nie mieszka, domy bez drzwi i okien, schody, po których nikt nie stąpa. W kaplicach, zamiast ołtarzy, rozpierają się szafy, napełnione perkalem, albo płótnem; w pawilonie, podobnym do obory, ściany kosztowniej są wytapetowane niż dom bogacza; w rajtszuli słychać dźwięki organów. Spotykasz kolumnadę, o jakiej nie marzono w Grecji: z beczek i rur kanalizacyjnych, a pod przejrzystym dachem szereg pieców. W namiocie rzymskich legjonistów kryją się dziecinne wózki i kolebki; w półciemnym damskim buduarze widzisz zbiór nasion i czujesz zaduch klajstru; w jarmarcznym straganie sprzedają na kubki i łokcie najmistyczniejszą siłę natury — elektryczność...
 Wszystkie te budowle ustawiono pod sznur, przedzielono ulicami, obwieszono girlandami, festonami i trójbarwnemi chorągwiami. Zdaje ci się, iż wpadłeś do miasta, którego ludność obchodzi jakieś wesołe święto, przyczem nie brakuje odgłosu dzwonów, ani muzyki, ani nawet stukania kufli.
 Lecz właściwi mieszkańcy tych pałaców, kaplic, stodół, obór, namiotów i straganów, we wspaniałych teremach siedzą bez ruchu, nawet bez śladu życia. Nie zapraszają cię, abyś ich odwiedził, nie kryją się, gdy przychodzisz. Są obojętni dla pochwał i niewyczerpanie pobłażliwi dla natręctwa. Na swoich uroczystych miejscach siedzą bez dumy, ale i bez zakłopotania, spokojni i jednostajni jak wieczność. Każdemu patrzą prosto w oczy, bez pokory wobec członków komitetu, bez dreszczu wobec sędziów, bez ziewania wobec pospolitych śmiertelników. Cechą wspólną im wszystkim jest nadludzkie poczucie godności, które posiada każdy, bez względu jak się nazywa: lokomobilą czy imbrykiem, srebrnym puharem, który będzie nagrodą wyścigowego zwycięzcy, czy kolczastym drutem, któremu całe życie zejdzie na niepuszczaniu bydła w szkodę.
 Dziwne, bardzo dziwne miasto! Więc śpieszcie się je zobaczyć. Śpieszcie zobaczyć, z jaką powagą świętują i przyjmują hołdy rzeczy martwe, których nikt nie uczył dobrego wychowania. Śpieszcie zobaczyć mały stołeczek, który w zwykłych czasach jest małym stołeczkiem pod nogi, a dziś fenomenem, odwiedzanym przez dygnitarzy świeckich i duchownych. Uczcie się łagodności od machiny parowej, której siła jest tak wielka, że jednym zamachem zdruzgotałaby słonia i wieloryba, a mimo to między szprychami jej potężnego kola siadają dzieci. Przekonajcie się, że pendzle ze szczeciny mają własną estetykę, i że skromna igła przechodzi cały system edukacyjny o bajecznej ilości trzydziestu klas!... Zobaczcie, jak wygląda jaśnie-oświeconość mosiądzu, wyczyszczonego pomadą do metali, i znajdźcie tak starożytnego szlachcica, którego ród przy węglu kamiennym nie byłby parwenjuszem. Porównajcie waszą litość z tkliwością opatrunkowej waty albo plasterka do nagniotków, i dobroczynność waszych serc z twardością młyńskiego kamienia, któremu cały świat zawdzięcza chleb powszedni.
 Bardzo szczególne miasto...
 Nawet słońce, dowiedziawszy się o jego cudach, stanęło nieruchome nad Ujazdowskim placem i tak szeroko otwiera zdziwioną źrenicę, że wywołuje nieznośny upał. Pod jego wpływem z fontann ledwo sączy się strudzona woda, piwo wysycha w kuflach, a herbata w szklankach zmniejsza się o czwartą część objętości. Pod jego wpływem treść wspaniałego pawilonu nasion zredukowała się do kilku kwart zboża, a warszawskie krawiectwo i szewctwo zupełnie wyschły i wcale ich nie widać. Skutkiem gorąca tkaniny nabierają własności papieru, na papierach wykwitają napisy w językach ciepłego klimatu, a miejsce, przeznaczone na radomski pawilon, skurczyło się tak, iż niepodobna wybudować pawilonu, a tem samem wystawić okazów z Radomia.
 Inne przedmioty, nasycone upałem, rozszerzają się nad wszelką miarę. Medal pamiątkowy, wybity w szopie za dwadzieścia groszy, na spiekocie, w rękach roznoszącego katalogi chłopca, podwaja wartość i kosztuje czterdzieści. W sercach niektórych wystawców tak nabrzmiewa ambicja, że zaczyna kipieć gniewem, parować plotkami, a nawet grozić wybuchem, który chciałby rozsadzić wyrok sędziów, komitet, wystawę, cały świat... Wzburzenie to ukoić może tylko jakiś niesłychanie wielki i niesłychanie złoty medal, połączony ze zniesławieniem wszystkich współzawodników.
 Około dziesiątej rano plac był pusty, i jeszcze doskonale odróżniałeś każdego sędziego od każdego członka komitetu, którzy nawet mogli, gdyby im się tak podobało, na wszystkich alejach wystawy urządzać piesze wyścigi, pojedyńczo, sekcjami lub całemi oddziałami, wedle programu.
 Ponieważ jednak płochość nie licuje z powagą urzędu, czcigodne więc te osoby oddawały się przyjemnościom ruchu tylko w sposób umiarkowany i uroczysty, który dowodził, że już znajdują się w krytycznej chwili sądzenia okazów i lada dzień uszczęśliwią wystawców licznem potomstwem złotych, srebrnych i bronzowych medali. Było tak pusto, że każdy wystawca nietylko poznawał swoich sędziów, ale jeszcze mógł porównywać ich wielkość z wysokością kotłów gorzelniczych, które, wyznajmy to, w powyższem zestawieniu wydawały się karłami.
 Ale około południa, na placu, obok sędziów, ukazał się tłum pospolitych ludzi, który, znowu skutkiem wzmagającego się gorąca, dosięgną! niebywałych rozmiarów.
 Wówczas zaś, ku zgorszeniu pełnych szacunku wystawców, zdarzyła się rzecz niesłychana.
 W napływającej fali widzów sędziowie poczęli rozpuszczać się i tonąć.
 Naprzód znikły ich niestrudzone nogi, potem piersi pełne obywatelskich uczuć, potem głowy, rzucające tyle światła na obecny stan naszego przemysłu, a nareszcie i kapelusze, które łagodziły oślepiające blaski swoich podstaw. Wkońcu zaś, gdy tłum zalał wszystkie aleje, napełnił wszystkie pawilony i opanował wszystkie kufelki, sędziowie rozpłynęli się w nim, jak cukier w wodzie. Tylko słabe migotanie ukazujących się gdzie niegdzie kokard i tabliczek, podtrzymywało w wystawcach otuchę, że jeszcze niewszystko zginęło, i że, gdy ludzki przybór opadnie, znajdą się na jakiej mieliźnie, jeżeli nie cali sędziowie, to przynajmniej pamiątki po nich w formie medali i listów pochwalnych.
 Tłum wciąż przybierał i płynął niewiadomo dokąd.
 Alejami szerokiemi płynął jak rzeka, w wąskich przejściach zamieniał się na wartki potok, rozbijał się i rozpryskiwał o wielkie kotły cukrownicze, na środku drogi tworzył wiry, a przy budynkach pienił się sukniami i piórami kobiet. Wlewał się do pawilonów, otaczał szafy, ocierał o ściany i znowu wypływał nazewnątrz, aby ustąpić miejsca nowej fali kołyszących się głów i turniur.
 I gdy tak wszyscy tworzyli jedną masę ruchomą a bezwładną, którą popychała fatalność, każdej z tych kropli białych, czarnych, niebieskich, różowych i popielatych zdawało się, że ona coś wie, czegoś chce i czegoś szuka. Szuka czegoś nowego i niesłychanego, coby wypełniło pustkę jej duszy; szuka czegoś, co nazywa się zadowoleniem.
 I każdej z tych kropli, póki była w domu, zdawało się, że to coś znajdzie na ulicy; wyszedłszy na ulicę, pomyślała, że owe coś znajdzie dopiero na placu wystawy. Zobaczywszy gromadę ludzi i budynków, szepnęła: „Otóż jest!...“ — i weszła w tłum najgęstszy, poczęła zaglądać do każdego pawilonu, każdej szafy, w każdy słoik i w każde oczy. Co chwilę zdawało się jej, że już ma owe coś, i znowu mówiła: „Otóż jest!...“
 Przyjrzawszy się jednak bliżej, zobaczyła tylko parę znanych wąsików, albo sztukę perkalu, albo farbę jaskrawego koloru, albo błyszczący medal cynowy.
 Niekiedy świsnęła lokomobila, zagrała muzyka, albo znudzony próżniak pociągnął za serce wielkiego dzwonu.
 Na każdy z tych odgłosów, w dwudziestu tysiącach serc budziła się nowa otucha, dwadzieścia tysięcy ust szeptało: „Otóż jest!...“ — dwadzieścia tysięcy istot, obdarzonych wolną wolą, biegło do świstawki lub dzwonu, i — znowu przekonywano się, że to tylko dzwon albo świstawka, a bynajmniej nie owe coś, czego szukają.
 Mimo to każdy wciąż szukał, spodziewał się, doznawał zawodu i — znowu szukał lub czekał dalej. Zarówno zwiedzający, którzy nic nie zobaczyli, jak i odbierający bilety, którym nic osobliwego nie udało się pochwycić; zarówno czujna policja i straż ogniowa, jak i zmęczeni wystawcy, którym ta jedna myśl spędzała sen z oczu, że coś przyjdzie do ich szafki, że z ich drutów, pieców, albo trzewików stanie się coś nadzwyczajnego, że szeleszczące na dachach chorągwie, piasek, co skrzypi pod nogami przechodniów, i wiatr, co porusza festony pawilonów, nie szeleszczą dla własnej przyjemności, ale im, wystawcom, zapowiadają — coś...
 Tymczasem obok świętujących przedmiotów, którym składano hołdy, i obok ludzi, którzy szukali tego na wystawie, czego nie mogli znaleźć nawet we własnych sercach, wystąpiła trzecia potęga — kurzu. Kurz, zbiorowisko niewidzialnych i niepochwytnych jednostek, równie ciekawy i natrętny jak ludzie, lecz od nich nieskończenie potężniejszy. Kurz, który nietylko chodził po ulicach i ścieżkach, ale wzbijał się nad pawilony, odpoczywał na chorągwiach i drzewach. Nie płacąc za bilet wejścia, widział on więcej niż ci, którzy kupowali loże, więcej niż ci, co sądzili a nawet urządzali wystawę. Zaglądał do niewykończonych pawilonów, przeskakiwał sznury, których nie wolno przekraczać, wciskał się do szaf ze srebrem, do kranów machin, do papierów obradującego komitetu, i obejmował w posiadanie nawet to, na czem leżały napisy „Nie tykać!“ On wszystkiego dotykał, nie wyłączając kwiatów, włosów, a nawet trzewików damskich. Strudzony, odpoczywał na cukrach i piernikach, zgrzany kąpał się w piwie, albo chłodził w lodach, a potem wciskał się między ręce i rękawiczkę, rozgrzewał na szyjach i dla odmiany ssał najpiękniejsze usta. Gdzie on nie był, czego on nie wiedział, ten najpotężniejszy z maluczkich i pogardzanych!
 W takich warunkach pamięć o zdrowiu nakazywała iść na piwo. Poszedłem, i na szczęście, w najciemniejszym kącie, przy stoliku tak małym, że go nie spostrzegli inni, znalazłem jedno wolne krzesło. Na drugiem już siedział jakiś człowiek, którego ponsowa twarz i załzawione oczy wskazywały, że bawi tu oddawna, nie przynosząc zakładowi uszczerbku.
 Był to mężczyzna w średnim wieku. Miał wyszarzany surdut z bardzo osobliwym garniturem guzików, włosy desperata i fizjognomją marzyciela, który się niekiedy upija. Rozpięty, nie pierwszej czystości kołnierzyk, przewiązany był krawatem, któremu nici wypowiadały służbę; na klapie surduta widać było blade plamy zeszłotygodniowego sosu i świeże strugi piwa, które pił z telegraficzną szybkością, upominając się o coraz nowy kufel.
 Dziwny ten towarzysz długą chwilę przypatrywał mi się szklanym wzrokiem. Nagle rzekł:
 — Pan wystawca?
 — Nie.
 — Bo i ja nie. Raz w życiu byłem głupi, żem należał do wystawy, ale tylko raz. Wystarczyła mi jedna wystawa, jak jedna kąpiel memu bratu, gorzelnikowi, co wpadł do zacierowej kadzi i nawet nie miał czasu obetrzyć się. Dobrze skąpaliśmy się obaj, niech djabli!... Dziś muszę pić i za siebie, i za niego... Proszę jeszcze kufelek...
 Oparł łokcie na stole, brodę na dłoniach i patrząc na mnie czerwonemi oczyma, mówił dalej:
 — Widzę, że pan ciekawy, co mi się stało? (Wcale nie byłem ciekawy). Więc opowiem całą rzecz dla nauki, ażeby pan kiedy i sam nie puszczał się na wystawę, i jeszcze innym zakazał.
 Odrzucił się na poręcz krzesła i nagle zapytał:
 — Czy pan wie, kto ja jestem?... Nie z nazwiska, Boże broń, bo nazwisko głupstwo. Można nazywać się Bonapartem, a być tylko lampartem albo osłem. Fach to grunt! Co człowiek robi, to fundament. Otóż ja jestem z profesji — guzikarz... Tak, panie, guzikarz. Może pan się śmieje?...
 — Ani myślę.
 — Prawda, widzę, że pan się nie śmieje, ale są tacy, co śmieją się i nawet mówią: „Wielka mi rzecz guzikarz! Guzik, prawie to samo, co pętelka...“ Nie dalej, panie, jak przed tygodniem, powiedział mi to jeden szewc. Zaraz dałem mu w ucho, ale gałgan usunął się, a ja zrzuciłem na ziemię trzy butelki z bufetu. Myślałem, że trupem padnę z gniewu i ze zmartwienia. Wypłoszył mi trzy ruble z kieszeni za nic, jakby z ołtarza zdjął!
 Tymczasem, panie, guzik to wielka rzecz. Ja, panie, dwadzieścia lat zastanawiałem się nad guzikami i jeszczem nie objął ich wszelakich właściwości!...
 Po jednym guziku, panie, poznasz, kto wojskowy, kto urzędnik i z jakiej dekasterji, kto cywilny, a kto kapłan. Chłop guzików nie nosi, a Żydzi, ledwo przyszyli do chałatów guziki, już — biorą nas za łeb. Uczeń, co ma oberwane guziki, pewnie stoi na złej stancji, ale chłopak sierota, co dba o swoje guziki, kiedyś zrobi majątek. W małżeństwie, panie, ja nigdy nie pytam się: jak ze sobą żyją? — ale patrzę: jakie mąż ma guziki?...
 A ile razy, panie, guzik stał się przyczyną nieszczęścia!... Jest tu elegant, prawda, że goły jak ogórek, ale rok temu miał żenić się z panną bardzo bogatą. Byli już po słowie, no i co pan powie? Jednego dnia, na balu, urwał mu się guzik w środku tańca, a panna tak go znienawidziła, że od tej pory patrzeć na niego nie może. Poszedł majątek! i jeszcze chłopa do dziś dnia wyśmiewają...
 A w polityce, myśli pan, że guziki nic nie znaczą? Kiedy Prusacy w roku 1870-tym we stu konwojowali cały pułk francuski do fortecy, to co im dla bezpieczeństwa zrobili? Nie wiązali chłopów, tylko oberznęli im wszystkie, wszyściuteńkie guziki. Rozumieli gałgany, że taki, co musi nieść w ręku całe odzienie, nie będzie robił polityki.
 Proszę jeszcze jeden kufelek!...
 Taki jest, panie, mój fach.
 Dwadzieścia pięć lat pracuję nad guzikami i nietylko ręką, ale głową...
 Na nieszczęście — westchnął — u nas nie szanuje się pracy ani pomysłu, a na wystawach daje się nagrody i ogląda tylko tych, co już mają pieniądze i reputacją.
 Wzruszony, wypił duszkiem kufel piwa, kazał podać jeszcze jeden i znowu mówił:
 — Zawsze byłem bardzo zdatny do wszystkiego.
 Terminowałem nawet krócej, a w parę lat po wyzwolinach zostałem majstrem. Wtedy przyszło mi na myśl zreformować guziki, no — i dokazałem tego.
 Guzik, panie, zwykle się przyszywa, często urywa, a zawsze psuje odzież. Otóż ja wymyśliłem takie zmiany:
 W miejscach odzienia, gdzie wypadają guziki, robiłem dziurki i wbijałem kółka mosiężne, takie, jak w gorsetach.
 W każdą dziurkę kładłem uszko guzika i — z tyłu przesadzałem zatyczkę. O, tak...
 I pokazał mi swój surdut, do którego guziki były przymocowane w ten właśnie sposób.
 — Akurat — ciągnął dalej — przypadła wystawa. Wynająłem miejsce, wystąpiłem z całą szafką guzików i z gotowym garniturem ubrania, według mojego pomysłu.
 Proszę jeszcze jeden kufelek!...
 Com ja, panie, wycierpiał przez ten czas, to mi Pan Bóg chyba za moje grzechy policzy. Ludzie włóczyli się po wystawie, jak i dziś, całemi bandami; robili tyle kurzawy, żeś świata nie dojrzał. Ale, myśli pan, że który obejrzał uważnie moje guziki, wypytał się, zastanowił nad wynalazkiem? Niejednemu sam zacząłem pokazywać i opowiadać, ale frant, nie doczekawszy końca, machnął ręką i szedł dalej. Cieszyli się, że widzą tyle gratów różnokolorowych i błyszczących, ale żaden nie pomyślał: co dzieje się w sercu biednego wystawcy, którego praca i pomysły marnieją w biały dzień i jeszcze w takiem miejscu, gdzie właśnie powinny być odznaczone i zyskać nagrodę.
 Przyszli wkońcu sędziowie. Jeden był wielki pan, który nigdy nie widywał oddzielnie guzików i myślał, że one szyją się razem z surdutem. Drugi, prawda, że się znał i nawet dobrze, ale tylko na budownictwie, a trzeci na bydle. Zawołali więc do pomocy krawca.
 Krawiec zgóry wpadł na mnie.
 „Czyś pan zwarjował! — mówi — a toż od tych dziurek popsuje się odzienie?“
 „A od przyszywania guzików nie psuje się?“ — pytam.
 „Ale u mnie — on mówi — guziki przyszywa cały dzień dwóch chłopaków. Jak pan wprowadzisz swoje dziurki i zatyczki, to robotę skończą w godzinę, i co potem?... Może mają książki czytać?... Phy!...“
 No, i nie dali mi nic, panie, żadnej nagrody, żadnej pochwały. Nikt mi nawet nie powiedział: „Bóg ci zapłać, ty głupi, żeś myślał nad dobrem ludzkości...“ Eh!... nikt nawet nie spojrzał na moją robotę...
 Kiedym, panie, po wystawie wynosił z szopy moje manatki, zdawało mi się, że w tem miejscu odgryźli mi kawał życia. Bo nie trzeba mówić, że zadłużyłem się, pracując przeszło rok nad moim wynalazkiem, a wierzyciele, panie, widząc, że mnie nikt nie uznał, rzucili się jak smoki. Straciłem sklep, warsztat...
 Przed wystawą, nogę mi zawracała jedna grzebieniarka, wdowa, ale jeszcze niebardzo sparciała i trochę pieniężna. Po wystawie ja ją pytam: kiedyż będzie wesele? (bo mnie już o pieniądze zaczęli dusić). A ona:
 „Kiedy wesele?... widzisz go!... Cóż to acan myślisz, że ja chciałabym opaskudzić się w takiego guzikarza, co groszem nie zalatuje i nawet medalu nie dostał?“
 „A pani — mówię — masz medal? Zepsułaś mi szczęście całego życia!...“
 A ona zaraz zaczęła wrzeszczeć, żebym jej oddał dziesięć rubli, co pożyczyłem na szafkę...
 Uderzył pięścią w stół i mruknął:
 — Podły świat! W tych czasach najlepiej być wielką świnią, jak ten „Samson,“ bo on prędzej doczeka się medalu i sławnej reputacji, niż człowiek, co dba o innych i robi wynalazki... Na jednej tylko wystawie zmarnowałem sobie życie, a dziś, kiedy widzę głupich, którzy całemi dniami stoją przy swoich szafkach, czekając na dobre słowo publiki, ogarnia mnie taki żal, taki straszny żal...
 Powiesiłbym się, gdyby nie to, że — trzymam ćwiartkę na loterji... Płacić!
 Zapłacił za niezliczoną ilość kufli i chwiejąc się na nogach, wyszedł bez pożegnania.
 W tej chwili wbiegł mój przyjaciel i namówił do wejścia na szczyt pawilonu-kiosku, w którym mieszczą się dwa pisma, katalog wystawy, salon prasy, telefon, teleskop, oświetlenie elektryczne i mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy, jak w arce Noego.
 Weszliśmy na balkon, mało co niższy od piramidy Cheopsa, ale — ja nic nie widziałem ze szczytu; może być, że nie miałem humoru. Zato mój przyjaciel był zachwycony wszystkiem: i tem, co Bóg stworzył na niebie i na ziemi, i tem, co komitet zbudował na Ujazdowskim placu, i tem, co pan Jung poświęcił na rogu alei rolniczo-przemysłowej, i tem, co pan Sulistrowski do wierzenia podał w swoim katalogu.
 — Muszę cię też kiedy — rzekłem do przyjaciela — zapoznać z pewnym guzikarzem.

 — Guzikarzem?... Dajże mi spokój z guzikarzami! Ja prezentuję się tylko tym, co wyrabiają maszyny parowe, nie guziki...


PRZEKLĘTE SZCZĘŚCIE.


I. TROCHĘ ŚWIATŁA

 Pan Józef i pani Helena Wilscy zaślubieni byli dopiero od pół roku. Działo im się dobrze na tym świecie, choć — nie najlepiej. Mieli trzy pokoje, w nich mebelki, takie tam, — nieosobliwe; parę obrazów oleodruków, które im ofiarował drużba, i starą sługę Mateuszowę, która przyszła Bóg wie skąd, ale jeść gotowała niezgorzej.
 Do inwentarza tego pani Helena wniosła niewiele. Naprzód kanarka, którego wraz z klatką podarowała jej ciotka. Ciotczysko ubogie, to i prezent nie był kosztowny, ale że jadł i śpiewał, cieszono się więc nim i powieszono w oknie, jak należy.
 Razem z kanarkiem wkwaterował się kuferek z bielizną, jeszcze jeden kuferek z sukienkami, pudło z kapeluszem i toaleta niewiadomo z czem. Dorożkarz, który przywiózł to biedactwo, dostał pół rubla i był kontent, a Helunia, ustawiwszy kuferki, pudełko i toaletkę na właściwych miejscach, także była kontenta, nawet bardziej niż dorożkarz.
 W kilka dni po wprowadzeniu się do nowego gniazda, pomiarkowawszy, że jej czegoś brak, sprawiła sobie fartuszek z kieszeniami i napierśnikiem. Czysty to był fartuszek jak złoto i miał u dołu falbanki; młoda gosposia ubrała się w niego czem prędzej i chodziła całą dobę, trzymając ręce w kieszeniach, a nazajutrz schowała go do szafy, gdzie leży po dziś dzień. Prawdę powiedziawszy, nie było do czego stroić się w fartuszek.
 W tydzień potem przybył nowy frasunek w domu, w następstwie którego pani Helena zawiesiła w oknach bardzo gęste muślinowe firanki. Mąż przyznał, że dobrze zrobiła, choć nie wiedział dlaczego; ale ja wiem. Miał ten pan brzydki, choć nie zupełnie grzeszny zwyczaj często całować żonę. Całował ją w pierwszym pokoju, w drugim i trzecim, na krześle, pod lustrem i przy oknie, a zawsze w sposób wyczerpujący. Naprzód w lewą rączkę, potem w prawą rączkę (albo naodwrót), potem w szyjkę z czterech stron, potem w buzię ze wszystkich stron...
 Są fakty, dowodzące, że panią Helenę całusy nie nudziły, ani martwiły, lecz niewątpliwem jest, że w czasie tych uroczystości odwracała głowę od okna. Mąż przyznawał, że jest to zabawne, choć nie wiedział, dlaczego odwracała głowę od okna, ale żona wiedziała, że robi to z obawy. Naprzeciw nich bowiem było inne okno, a w niem pewien żółty starzec z rzadkiemi faworytami siwemi. Ile razy młodzi poczynali się całować, tyle razy staruch ukazywał się w swojem oknie, w białej szlafmycy, z ponsowym fontaziem na wierzchu, i śmiał się, mrużąc oko i pokazując jeden ząb taki żółty, jak on sam.
 Helunia ze złości kupiła dziesięć łokci muślinu i pozasłaniała wszystkie okna. Od tej pory, zamiast skrzywionej twarzy sąsiada, widziała tylko ponsowy fontaź jego szlafmycy, który trząsł się jak galareta, prawdopodobnie z wielkiej irytacji. Dobrze tak dziadziskowi, niech się nie śmieje!...
 Na śmierć zapomnieliśmy dodać, że oprócz niewielkich kufrów, pudełka, toaletki i kanarka, przyniosła Helenka na nowe gospodarstwo jeszcze coś. Ale co?... Nie suszcie sobie, ludzie, głowy napróżno, bo nigdy nie zgadniecie!... Oto przyniosła parę rączek drobnych, białych i pulchnych, a z niemi pracowitość mrówki; do tego zwój włosów gęstych i miękkich jak jedwab, i dwoje oczu jak pogodne niebo; wreszcie nosek zadarty, i usta koralowe, i zęby drobne a białe, i serce takie szczere a czyste, takie kochające i wierne, jakiego, ach! ludzie dobrzy, trudno między nami odszukać.
 Pewnego dnia (miała już wtedy lat siedemnaście), dzisiejszy mąż jej, a ówczesny student szkoły politechnicznej, rzekł do niej:
 — Chciałbym pani coś powiedzieć...
 — Niech pan powie — odparła.
 — Kiedy się boję!...
 — To musi być coś niedobrego?
 — Kocham panią.
 Helenka otworzyła usta ze zdziwienia, a potem odpowiedziała:
 — A wie pan, że... to dobrze.
 — A pani mnie kocha?
 — Czy ja wiem?...
 — A będzie pani czekać na mnie?
 — O, niezawodnie!
 — Mam pani słowo. Jak skończę szkołę, pobierzemy się.
 — Proszę być przyzwoitym! — zgromiła go Helunia.
 Tyle tylko mówili o miłości, a we trzy lata pobrali się.
 Władysław był mechanikiem, co jego żonę obchodziło niewiele, i miał opinją zdolnego i szlachetnego człowieka, a to ją obchodziło więcej. Miał przytem ładną figurę, czarną brodę i włosy, piwne oczy i piękną twarz, — co Helunię obchodziło jeszcze więcej. Wreszcie kochał ją, a ona za nim szalała.
 Rezultatem takiej kombinacji zdrowia, urody i przywiązania była wielka radość w trzech pokoikach na drugiem piętrze, przez całe pięć miesięcy bez czegoś. Od kilkudziesięciu dni jednak na horyzoncie małżeńskim ukazał się punkt czarny: Władysław nie miał roboty!
 Bankier Welt, przy którym Wilski w ciągu roku zarobił półtora tysiąca rubli, jakoś od dnia ślubu zaniedbał mechanika, a wreszcie zupełnie się od niego odsunął. Pozostały oszczędności, nadzieje i robota dorywcza, wszystko to jednak nie wystarczało na utrzymanie domu. Ograniczono więc wydatki, zmieniono ostatnią dwudziestopięciorublówkę i... wydano przedostatniego rubla!...
 Dzień ten był bardzo przykry dla małżonków. Władysław, unikając wzroku żony, zamknął się w swoim pokoju po to, aby robić sobie wyrzuty, że unieszczęśliwił kochającą go kobietę. Helunia znowu, widząc męża zmienionym ze smutku, sobie przypisywała kłopoty i mówiła:
 — Mój Boże! gdyby on się ożenił z bogatą?... Jabym chyba umarła, ale nacóżem ja się zdała komu na świecie?!...
 Zeszłego kwartału sprawiłam sobie aż za dziesięć rubli sukienkę!... Ach! gdyby ją kto odkupił!...
 Tak myślała, stąpając na palcach i oglądając swoje kwiatki. Niekiedy podchodziła pod zamknięte drzwi mężowskiego pokoju i słuchała. Ale tam było cicho. Natomiast z kuchni dolatywał łoskot przesuwanych rondli, a z okna świergotanie kanarka.
 — Czego ten kanarek tak wrzeszczy?... — odezwał się nagle Władysław z odcieniem niecierpliwości w głosie.
 — On już będzie cicho! — odpowiedziała Helenka, a następnie, zbliżywszy się do klatki, dodała półgłosem:
 — Cicho, mój ptaszeczku, cicho!... Pan się gniewa na nas, cicho!...
 Kanarek spojrzał na nią naprzód jednem okiem, potem drugiem, ruszył ogonem na prawo i na lewo, a potem zaświergotał jeszcze głośniej.
 Przestraszona Helenka nakryła mu klatkę czarnym szalem, i ptak uspokoił się.
 — Teraz pewnie będzie spał — rzekła i przystąpiła do drzwi mężowskich.
 Położywszy jednak rękę na klamce, jakby spłoszona swoją śmiałością, cofnęła się na środek pokoju i stała tak parę chwil, tłumiąc oddech w piersiach.
 — Nie można mu przeszkadzać! — rzekła i, wprowadzając w czyn tę uwagę, otworzyła drzwi.
 — Czyś mnie wołał, Władziu? — spytała.
 — Nie.
 Zbliżyła się ostrożnie do siedzącego męża i pocałowała go.
 — Myślałam, żeś mnie wołał.
 — Ten kanarek mnie drażni — odparł Władysław.
 — Przykryłam go, już śpi.
 Znowu go pocałowała.
 — A jeżeli będziesz czego potrzebował — mówiła dalej — to zawołaj... Jestem ciągle w drugim pokoju...
 I znowu go pocałowała.
 Potem popatrzyła chwilę na smutną twarz męża i wyszła pocichu, zamykając drzwi za sobą...
 „Rzekł onego czasu Pan Bóg: Nie być człowiekowi samemu...
 „A gdy stworzył Pan z ziemi wszelki zwierz polny...
 „Tedy przypuścił twardy sen na Adama, i zasnął; i wyjął jedno żebro jego i zbudował Pan z żebra onego (które wyjął z Adama) niewiastę i przywiódł ją do Adama...“
 O, Panie! o, Panie!


II. TROCHĘ CIENI.

 Pokój Władysława był obszerny i widny, jak przystało na pracownią technika. Prócz niezbędnego biurka, szezlonga i krzeseł, był tam stół do rysunków, mały warsztat ślusarski i stolarski do robienia modelów, książki, plany, modele i mnóstwo narzędzi, które mają przywilej budzenia ciekawości profanów. Na wszystkiem tem jednak znać było bezrobocie. Ani jeden wiórek, ani jedna szczypta opiłków nie zanieczyściły warsztatu. Tusz i karmin w miseczkach wyschły, plany pożółkły, a na rajzbretach i rozpoczętych rysunkach leżała warstwa kurzu.
 Władysław czytał z hydrauliki rozdział o turbinach. Gdy weszła żona, z niewymowną goryczą przypomniał sobie, że przed tygodniem żądano od niego planu turbinowego młyna, wczoraj zaś odpowiedziano mu, że młyn kto inny zbuduje.
 — Miałem też poco pracować lata całe, wśród niedostatku! — szeptał, pomyślawszy, że owym lepszym od niego ktosiem był cieśla od wiatraków, który plany z patyków układał.
 Po tej uwadze rzucił hydraulikę i wziął się do rachunku całkowego. Tu wzrok jego padł na formułę: T(l) = T(2) = 1, i otóż przypomniał sobie, że ma tylko jednego rubla w domu!
 — Ja mógłbym jeść przez parę dni suchy chleb, do któregom się przyzwyczaił, — ale ona?!...
 „O mnie nie myśl, mój Władziu... Ja mogę jeść suchy chleb, nieraz mi się to przecież zdarzało...“
 Obejrzał się, ale w pokoju nie było nikogo. Teraz dopiero przypomniał sobie, że słowa te przed kilkoma dniami powiedziała mu Helunia.
 „Ja tam z państwem za jedno; jak państwu tak i mnie!...“ odpowiedziało echo wspomnień głosem Mateuszowej.
 — Wielki Boże! jakiż ze mnie egoista!... — pomyślał, i krew uderzyła mu do twarzy.
 Z tem wszystkiem, na trzy osoby jest w domu rubel!...
 Odwrócił kilkanaście kart książki i trafił na formułę prawdopodobieństwa zdarzenia przyszłego ze zdarzeń przeszłych.
 — Jeżeli przez czterdzieści dni nie miałem roboty, jakie jest prawdopodobieństwo, że ją jutro dostanę?
 — Jedna czterdziesta pierwsza! — odpowiedziała formuła.
 — Ciekawym bardzo, jakie też jest prawdopodobieństwo, że zostanę złodziejem lub samobójcą?...
 Formuła milczała.
 Przez okno widać było śnieg topniejący na dachach, parę napuszonych wróbli i skraj nieba. Władysław podniósł oczy na niebo i pomyślał, że dziś jest połowa marca, i że nie prędzej jak w maju dostanie miejsce rysownika w fabryce, z pensją trzydziestu rubli na miesiąc, za dziesięć godzin pracy!...
 Odrzucił rachunki i wziął Maksymy Epikteta. Filozof niewolnik bywał często lekarzem zbolałej duszy; Władysław otworzył książkę i począł kartki przewracać.
 „Wygnaj twoje pragnienia i obawy — mówił mędrzec — a pozbędziesz się tyrana“.
 „O, ślepy i niesprawiedliwy! Mógłbyś tylko zależeć od siebie, a chcesz zależeć od tysiąca rzeczy, które ci są obce i które oddalają cię od prawdziwego dobra!...“
 Władysław nagle przestał czytać i słuchał. W drugim pokoju szeptano.
 — Pani! — mówiła Mateuszowa — kobieta masło przyniosła.
 — Nie wezmę dziś — odparła Helunia.
 — Śliczności masło, pan takie lubi...
 — Niech przyjdzie na drugi raz.
 — Co tu czekać na drugi raz?... ona już nie przyjdzie tak prędko! Zresztą... ja kupię za swoje, to pani mi odda. Mam przecie trzynaście rubli...
 Chwila milczenia. Władysławowi ręce opadły.
 — Powiedziałam Mateuszowej, że nie chcę! — odparła Helunia.
 Służąca oddaliła się, mrucząc.
 — Mam rubla! — szepnął Władysław. Potem przypomniał sobie, że dziś jest środa, i że jutro przyjdzie do nich na obiad pewien ubogi student, brat zmarłego kolegi.
 „Nie pragnij, aby w świecie działo się tak, jak ty chcesz, ale chciej, aby się działo tak, jak się dzieje, a będziesz zawsze zadowolony“.
 Władysław ruszył ramionami, złożył książkę i upadł na szezlong. Podobna filozofja dobrą była dla ludzi, którzy wypiwszy czarną kawę, idą spać po smacznym obiedzie, albo dla tych, w których cierpienie wypleniło już wszelkie uczucia.
 Leżąc na szezlongu, przymknął oczy, jak człowiek, który chce przypatrzyć się wnętrzu swojego ducha, i ze zdumieniem rozmyślał, z jak małych przyczyn niekiedy wielkie powstają boleści!
 — Jutro — mówił — nie będzie już w domu ani grosza. Gdybym był sam, śmiałbym się z tego, ale mam żonę... Ach! jej rezygnacja zabija mnie!... Od czterdziestu dni prosiłem, żebrałem o pracę i nie dano mi jej... Dziś techników więcej, niż szewców.
 Wyjechać niema gdzie i niema poco. Umrzeć?... O, Boże! a któż przy niej zostanie?... Jeżeli rzeczy zaczną sprzedawać...
 A jeżeli pojutrze już obiadu nie będzie?...
 — Władziu!... Władziu!... patrz!... — krzyknęła nagle Helenka, wbiegając do pokoju.
 — Co to jest?...
 — W twojej kamizelce znalazłam pięć rubli... Wzięłam ją do naprawy i w górnej kieszeni... Patrz!...
 Władysław usiadł na szezlongu, a żona upadła mu na szyję.
 — Widzisz, jaki Pan Bóg łaskaw?... Mieliśmy tylko rubla w domu, tyś się martwił, widziałam to, i otóż mamy pieniądze. To na parę dni nam wystarczy, a potem będziesz miał rorotę[2]!
 — Skąd?... — spytał mąż.
 — Czy ja wiem skąd?! — odparła, pieszcząc go. — Ale przecież mieć musisz, bo to już ostatnie pieniądze!
 — Dziecko!
 — Ciekawam bardzo, skąd one się tam wzięły?
 — Przypominam sobie. Zdał mi ktoś resztę, ja schowałem pięć rubli do kamizelki, a potem pomyślałem, żem zgubił. Rok już tam leżą!
 — No, widzisz, jak to nie trzeba się martwić. No, uśmiechnij się! Tak, dobrze... Więc nie podziękujesz żonie, że ci stare kamizelki naprawia?... Ach! ty nic dobrego... Już trzeci dzień płakać mi się chce! Nie mówisz nic do twojej żony kochanej, na kanarka się gniewasz, desperujesz po kątach. No, przeproś żonę!... Tylko prędzej!... Jeszcze raz!...
 Władysław czuł, że pod wpływem tego szczebiotania, a może i znalezionych pięciu rubli, spokojność mu powraca. Uśmiechnął się ze swojej rozpaczy i nie mógł wierzyć prawie, że tak drobna rzecz, jak znalezienie trochy pieniędzy, może przywrócić zachwianą równowagę i zniszczyć wielką burzę duchową.
 — Każę już dawać obiad — mówiła Helenka. — Mamy zupę piwną ze śmietaną, z grzankami i z serem i jeszcze kartofle osmażane.
 — Uważam, że zupę rachujesz co najmniej za cztery potrawy?
 — Ale, bo widzisz, dla ciebie kazałam jaj ugotować.
 — A dla siebie?
 — Ja jaj nie lubię. Ale zresztą... w tej chwili przyszedł mi apetyt. Każę dołożyć z parę, dla mnie i dla Mateuszowej.
 Niebawem zrzędna Mateuszowa podała obiad, a Władysław zdjął szal z klatki. Kanarek, zobaczywszy światło, zatrzepotał się i począł świergotać. Towarzyszyły mu wróble na dworze, krople rosy, obficie spływające z dachu, i wesoły śmiech Helenki.
 Teraz Władysławowi nie wiadomo skąd przyszła na myśl wiosna. Przypomniał sobie, że dzieckiem jeszcze będąc, wybiegł pewnego dnia do ogrodu, po wielkim deszczu. Trawa, wczoraj blada, dziś była zielona jak szmaragd, drzewa, okryte wczoraj pączkami, dziś pełne były młodych listków. Na ziemi stały kałuże wody, na niebie jaśniała tęcza, a w jego duszy dziecięcej obudziło się coś, czego jeszcze nazwać nie umiał.
 Wszystko to przypomniało mu się bardzo dokładnie, skutkiem czego uściskał i ucałował żonę, która mimochodem spojrzawszy przez firankę, dostrzegła w oknie po drugiej stronie spiczastą szlafmycę z fontaziem i żółtą twarz chytrego staruszka.
 Chudy starzec śmiał się jak dawniej i jeszcze mocniej przymrużał oko, lecz tym razem Helenka nie gniewała się na niego. Miłosierny Bóg tak już ten świat urządził, że młodzi mężowie cieszą się na nim pięciorublówkami, młode żony mężami, a staruszkowie radością młodych!...


III. WIDZIADŁA.

 W parę dni, małżonkowie mieli jeszcze całkowite trzy ruble, lecz widoków na robotę nie było. Mimo to cieszyli się jak dzieci i nie bez powodu. Dziś był u nich na herbacie dawny a wypróbowany przyjaciel Władysława, zarazem drużba obojga, Józef Grodzki, który w przejeździe z pod gór Uralskich do Londynu, wstąpił na kilkanaście godzin do Warszawy.
 Grodzki, z powołania inżynier, od pół roku mieszkał na granicy Azji i robił tam fortunę. Był to blondyn niski i tłusty, mówiący głośno, śmiejący się jeszcze głośniej, przytem energiczny, trzeźwego umysłu i z najlepszem sercem chłopak. Kochał Wilskich, jak własną rodzinę, i przywiózł im z odległej swojej siedziby gościńca: parę chińskich filiżanek, okruch rodzimego złota i kawał malachitu.
 W tej chwili troje naszych przyjaciół siedzieli przy herbacie, a Grodzki opowiadał im swoje dzieje, które zakończył w następujący sposób:
 — No, a wam jakże się powodzi?... Spodziewam się, że dobrze! Ja mam wprawdzie sześć tysięcy rubli pensji, lecz w kraju, gdzie nie wierzą w skarpetki i chustki do nosa, człowiek, chcący żyć po europejsku, musi dużo wydawać. To też zaledwie uciułałem sobie tysiąc rubli i te złożyłem dzisiaj w naszym banku. Nędza!... co?...
 Usłyszawszy to, Helenka podniosła na męża swoje słodkie szafirowe oczy z dziwnie żałosnym wyrazem, a Władysław lekko brwi zmarszczył. Grodzki uchwycił w przelocie tę niemą rozmowę biedaków, czegoś się domyślił i rzekł:
 — Z tem wszystkiem mam duży kłopot. Obstalowano u mnie projekt tartaka parowego i takiegoż młyna. Wierny zasadzie: drzyj łyko, dopóki się da, przyjąłem obstalunki, zaceniłem po trzysta rubli sztukę, a pieniądze wziąłem zgóry. Dziś, za karę, będę musiał szukać technika, któryby je wykonał, — a czasu nie mam.
 — Możeby Władzio?... — wtrąciła śpiesznie Helenka, oblewając się purpurowym rumieńcem.
 Władysław siedział jak na szpilkach.
 — Władzio?... — odparł Grodzki. — Najchętniej oddam mu robotę, byle ją tylko raczył przyjąć. No, i cóż ty, Władysławie?...
 — Przyjmę!
 — Brawo!... Tak to rozumiem, skończymy interes w dwu wyrazach. Notatki i pieniądze dam ci zaraz. — Z temi słowy inżynier wydobył z kieszeni bajecznej wielkości pugilares, pełen pieniędzy, weksli i notat, wyjął stamtąd kawałek papieru, zapełnionego cyframi, sześć storublowych bankocetli i wszystko to położył na stole.
 — Wydobyłeś nas z ciężkiego kłopotu! — zawołał Władysław, ściskając go za rękę. Poczem opowiedział mu o swojem położeniu.
 — Niepoczciwi! — wykrzyknął inżynier. — Gdybyżeście byli do mnie choć słówko napisali, pożyczyłbym wam kilkaset rubli na parę lat bez procentu!...
 Po podziękowaniach i obustronnych zapewnieniach o przyjaźni, rozmowa skierowała się na inny przedmiot.
 — Cóż, Władysławie, jakże będzie z naszą spółką i fabryką?... — zapytał, śmiejąc się, Grodzki.
 — Dojrzewa w biurku! — odparł tym samym tonem Władysław.
 — Trzeba pani wiedzieć — mówił inżynier, zwracając się do Helenki — że mąż jej codzień tworzył nowy projekt, a każdy filantropijny, choć zresztą bardzo rozsądny. Między innemi namawiał nas, w szkole jeszcze, abyśmy, powróciwszy do kraju i dorobiwszy się pieniędzy, założyli fabrykę płótna...
 — Na którą pan ma obecnie tysiąc rubli, a Władysław żonę — przerwała Helenka.
 — I to jest kapitał — odparł Grodzki. — Otóż nasza fabryka miała, mówię pani, miała stanowczo wyrugować płótna zagraniczne i wywołać przewrót w tego rodzaju zakładach krajowych. Władysław zaprojektował nowy system wentylacyjny dla zdrowia robotników, dalej tantjemy i emeryturę znowu dla nich. Dalej czytelnią dla dorosłych, bardzo znakomitą szkołę dla dzieci i pewien rodzaj seminarjum dla praktykantów.
 — Marzenia!... — wtrącił ze smutkiem Władysław.
 — Pozwól sobie powiedzieć — odparł Grodzki — że wolę te marzenia naszej młodzieży od knajpiarstwa i burszynady studentów niemieckich. Powiem ci nawet więcej, że twoje marzycielskie projekta uczyły nas na obczyźnie myśleć o kraju i jego potrzebach, i że one to właśnie zjednały ci serca wszystkich. Nie opuszczaj zatem rąk. Nie uda nam się fabryka płótna, to założymy kuźnią wzorową; nie uda się szkoła techniczna, to spróbujemy otworzyć porządne warsztaty. Ja wcale za wygranę nie daję. Dziś jestem na drodze do majątku i honorem ci ręczę, że skoro zbiorę kilkanaście tysięcy rubli, przypomnę ci twoje projekta.
 Gadatliwemu inżynierowi świeciły się oczy, gdy to mówił. Cała jego fizjoignomja wyrażała energją, zapał, a nadewszystko ufność we własne siły, której znękany nieco Władysław nie posiadał już w takim stopniu.
 — Ile to potrzeba pieniędzy na fabrykę! — odezwała się Helenka, kręcąc głową.
 — Zapewne, że wiele! Z tem wszystkiem jednak mąż pani, gdyby umiał kuć żelazo na gorąco, mógł był już dawno utworzyć podobną fabrykę.
 — Ja?... jakim sposobem?... — zapytał zdziwiony Władysław.
 — Cha! cha! nie pamiętasz, serce?... — wykrzyknął Grodzki. — Trzeba było myśleć o fabryce pól roku temu, wówczas, gdy się w tobie kochała pani bankierowa Welt...
 — We mnie?... bankierowa Welt?... — powtórzył jeszcze bardziej zdumiony Wilski.
 — O, prostaku! o, baranku niewinny! — wołał Grodzki.— Cały świat wiedział, że szaleje za nim ta poczciwa kobiecina, a on nie wie o tem do dziś dnia. Cha! cha! cha!
 Helenka, słuchając, zapomniała o samowarze, skutkiem czego gorąca woda przelała się już przez wierzch szklanki. Drobny ten wypadek skierował rozmowę na inny temat i pozwolił Władysławowi ukryć niespodziane, lecz wielkie zakłopotanie, jakiego w tej chwili doświadczył.
 Około jedynastej wieczór Grodzki, który musiał nazajutrz rano wyjechać, pożegnał swoich przyjaciół i na zakończenie rzekł:
 — Pani Heleno! znienawidzę was, jeżeli w kłopotach nie odwołacie się do mnie. Jestem człowiekiem z jednej sztuki, nie lubię ceremonij między swoimi, a kogo kocham, to już całem sercem.
 Rozrzewniona Helenka serdecznie ścisnęła go za rękę.
 — No, a ty Władysławie — dodał — bierz się na ostro i rób pieniądze. Na honor! jesteś jedynym facetem, w którego rękach radbym widzieć miljony, bo wiem, żebyś je puścił, ale z pożytkiem i dla ogółu, i dla bliskich tobie!...
 Gdy Grodzki wyszedł, Helena zajęła się sprzątaniem, Władysław zaś począł chodzić po pokoju i myśleć. W duszy jego ścierały się dwie idee: jedną z nich były obstalowane przez Józefa modele, drugą... Drugą Władysław chciał gwałtem za obręb świadomości wyrzucić.
 — Kotły obstaluję u mosiężnika... — myślał.
 — Bankierowa Welt kochała się w tobie — szeptał jakiś głos.
 — Ciekawym, ile mnie będą kosztować? — mówił znowu Władysław.
 — Kochała cię, czy słyszysz?... — powtórzył ten sam głos.
 Władysław poszedł do swego pokoju i począł przeglądać notatki, zostawione przez Grodzkiego. Nagle odwrócił głowę: zdawało mu się, że za jego krzesłem stoi jakieś widziadło, które mu nieustannie 6zepcze do ucha:
 — Kochała cię!...
 Wilski rzucił się na szezlong, oparł głowę na rękach i utkwił wzrok w suficie. W tej chwili moce nadziemskie opanowały jego duszę, i oto co widział:
 Pewnego dnia, młody, dziwnej piękności człowiek, ubrany we frak, jak przystało na suplikanta, wszedł do gabinetu bankiera Welt.
 Znakomity finansista siedział przed biurkiem, na którem leżało mnóstwo otwartych książek, tudzież stosy zapisanego papieru — i — czytał. Uwaga jego była tak mocno zajęta, że dopiero po upływie dwu minut zdołał spostrzec młodzieńca, który w prostocie ducha wywnioskował stąd, że bankier musi być wielkim człowiekiem.
 Gdy Welt zbudził się ze swych głębokich rozmyślań, rzekł, uchylając haftowanej czapeczki:
 — Ach! to pan Wilski?... stokrotnie przepraszam! Pozwól pan, że zatrzymam czapeczkę na głowie. Człowiek tak wiele pracuje umysłowo, że aż doświadcza strzykań. Co pan rozkaże?...
 Wilski, zamiast odpowiedzi, podał mu list. Bankier spojrzał na pieczątkę i zdjął czapeczkę.
 — Wiem, to pisze mój przyjaciel, książę... Często ze sobą korespondujemy. Dobry chłopak! tylko strasznie demokratyczny...
 Potem otworzył list i w miarę odczytywania, mówił:
 — „Najuprzejmiej polecam łaskawym względom...“ Dobrze! „Najzdolniejszy uczeń na wydziale mechanicznym...“ Bardzo pięknie! „Wielki medal złoty...“
 — Panie Wolski...
 — Nazywani się Wilski.
 — Panie Wilski, to musi być duży ten wielki złoty medal, który pan dostał?...
 — Dosyć.
 — Tak, ja to wiem!... Niech pan bez ceremonji siada, bardzo proszę.
 Zaproszenie było zbyteczne, ponieważ Wilski sam już bez ceremonji usiadł.
 Skończywszy czytać, Welt mówił dalej:
 — Po tym liście dom mój jest dla pana otwarty. Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Pan będziesz łaskaw pofatygować się do nas co czwartek na herbatę, począwszy od dziś dnia, o wpół do dziesiątej wieczór.
 — Czy mogę spodziewać się?... — wtrącił Wilski.
 — Może się pan spodziewać najdystyngowańszego towarzystwa w salonach mojej żony.
 — Miałem w tej chwili na myśli posadę techniczną.
 — Ach! pan miał na myśli posadę?... O tem jeszcze pogadamy.
 Wilski pożegnał go i zabierał się do wyjścia.
 Nagle bankier zawołał:
 — Ale, ale!... panie Wilski... Jak pan będzie pisał list do księcia, to proszę mu się pięknie kłaniać ode mnie.
 Tego samego dnia na herbacie poznał Władysław panią Welt. Była to kobieta w sile wieku, nie tyle piękna, ile majestatyczna, a zarazem pociągająca. Śniada jej twarz miała wyraz powagi i słodyczy, a czarne oczy dziwnie rozmarzały ludzi.
 W ciągu wieczora pani domu kilka razy przez czas dłuższy rozmawiała z Wilskim, który, mając głowę nabitą rozmaitemi planami, mówił tylko o nich. Bankierowa słuchała go uważnie i patrzyła na niego tak jakoś szczególnie, że Władysław, powróciwszy do domu, spać nie mógł.
 Na drugi dzień Welt dal Wilskiemu korzystne zajęcie i uroczyście wezwał go do jak najczęstszych wizyt.
 — Ona cię kochała!... — szeptał mu uporczywie głos, pod wpływem którego pewne fakty ukazywały się Władysławowi w nowem zupełnie świetle.
 Na jednem z czwartkowych zebrań, gdy Wilski rozmawiał z bankierową o swem studenckiem życiu, zbliżył się do nich pewien nowiniarz i opowiedział, że jakaś dama uciekła z kochankiem.
 — Kobiety dla miłości wiele robią! — zakończył dowcipniś z uśmiechem.
 Pani Welt surowo spojrzała na niego, a gdy odszedł, rzekła do Władysława swym spokojnym i przejmującym głosem:
 — Tak, kobiety dla miłości wiele robią, lecz mężczyźni nie umieją tego ocenić!
 To powiedziawszy, wstała i nie patrząc na Wilskiego, przeszła do innej grupy.
 Innym razem, gdy rozwijał przed nią plan towarzystwa budowlanego, przerwała mu nagle, mówiąc:
 — Czy pan z kobietami zawsze rozmawiasz tylko o inżynierji?
 — To zależy — odparł — z niektóremi mówię o sztukach pięknych, co zresztą jest bardzo nudne.
 — Ach, tak! — odpowiedziała. — Mów pan zresztą cokolwiek.
 Przymknęła oczy, oparła głowę na fotelu i z wyrazem spokojnego zachwytu na twarzy słuchała o potrzebie asfaltowania fundamentów, o kranach wodociągowych i gazie w mieszkaniach, a nadewszystko o żelaznem belkowaniu.
 Wilski był w dziwnej pozycji. Miał narzeczonę, którą kochał, i znał kobietę, do której ciągnęły go instynkta. Gdy rozmawiał z panią Welt, czuł, że mu w żyłach płynie coś nakształt roztopionego ołowiu; lecz wrażenie to nigdy nie trwało przez czas dłuższy.
 Niekiedy, ośmielony jej spojrzeniami, postanawiał wspomnieć coś o miłości. Przy najlżejszej jednak wzmiance tego rodzaju, wzrok bankierowej stawał się chłodny, a na ustach zarysowywał się wyraz pogardliwy i niechętny. Przechodził wówczas do kwestyj obojętnych, i znowu wszystko było dobrze.
 Z początku Wilski głowę tracił wobec tej zagadki, zczasem jednak oswoił się z nią i myślał:
 „Jaka szkoda, że ta kobieta jest tak chłodna i myśli tylko o kwestjach finansowych i technicznych. Gdyby nie to, ludzie warjowaliby z jej przyczyny, a najpierwej sam mąż!...“
 I o niej to powiedział Grodzki, że szalała za Władysławem!
 — To być nie może! — mruknął Wilski, otrząsając się z marzeń i powstając z szezlonga. — Pani Welt jest kobietą z marmuru i... banknotów...
 — A jednak kochała cię — szeptał głos.
 — Głupstwo! — odparł z uśmiechem Władysław. — Kochała mnie, a przecież jej mąż nie daje mi teraz żadnego zajęcia.
 — Od jak dawna? — spytał głos.
 — Od... dnia ślubu mego — odpowiedział Władysław.
 — A zarazem od dnia, w którym pani Welt, dowiedziawszy się o twym ślubie, ciężko zachorowała... — dorzucił głos.
 Zimny pot wystąpił na czoło Wilskiemu. Podszedł do okna i przysłuchiwał się padającemu deszczowi.
 Wtedy ktoś zbliżył się do niego na palcach, otoczył mu rękoma szyję, przycisnął wilgotne usta do jego ust spieczonych i rzekł nieśmiało i cicho:
 — Ale ty jej nie kochasz?...
 Wilski oprzytomniał.
 — Ciebie tylko kocham, Heluniu, ciebie i... pracę!...
 — Ale mnie troszeczkę więcej... taką małą troszeczkę?...
 — Taką dużą!... — odpowiedział mąż ze śmiechem.
 Mary pierzchły.


IV. UŚMIECH SZCZĘŚCIA.

 Był już początek kwietnia; śniegi znikły, a po ulicach przewiewał wiatr wiosenny. Wróciwszy pewnego dnia z miasta, Władysław przyniósł żonie kilka listków trawy, zawiadomił ją o tem, że widziano skowronki w polu i że dziś siada do obstalunków Grodzkiego.
 Do tej pory nie zajmował się niemi, miał bowiem od jednego z inżynierów miejscowych pilną robotę, nad którą kilkanaście dni i kilka nocy przepędził.
 Jakoż rozpiął papier na rajzhrecie i zatemperował ołówki.
 — Wiesz, Władziu — oderwała się Helenka — że niedługo wyjmiemy okna podwójne? Ale prawda! przeszkadzam ci... Już nic nie będę mówiła. Może ci tusz rozetrzeć?
 W tej chwili wszedł do przedpokoju jakiś człowiek.
 — A co to? — zapytała Helenka.
 — Telegram z Krakowa do pana Władysława Wilskiego. Proszę o pokwitowanie.
 — Z Krakowa?... — rzekł nieco zdziwiony Władysław, odbierając kopertę. — Daj mu tam dziesięć groszy, Heluniu.
 Gdy otworzył depeszę, zdziwił się jeszcze bardziej, przeczytawszy co następuje:
 Wierny sługa ś. p. Edwarda winszuje. Pogrzeb wczoraj.
 Czekam na rozkazy. — Kłopotowicz.
 — Co to jest? — zapytała Helenka.
 — Nie rozumiem! — odparł Wilski. — Przypuszczam tylko, że mój stryj umarł i że jego plenipotent zwarjował.
 — Twój stryj umarł, ten bogacz?... Może ci co zapisał?...
 Władysław machnął ręką z uśmiechem.
 — To się po nim nie pokaże! W ciągu całego życia dał mi trzydzieści rubli, i wątpię, aby był po śmierci hojniejszy.
 — W każdym razie coś w tem jest — rzekła Helenka.
 — Co ma być! — odpowiedział Władysław i usiadł do roboty.
 W kwadrans później Helenka odezwała się znowu:
 — Żeby ci tak choć z dziesięć tysięcy zapisał?...
 — Nie bój się, nie zapisze.
 — No, pocałuj żonę.
 Władysław polecenie najsumienniej wykonał, lecz roboty nie porzucił.
 W godzinę przyszedł drugi telegram tej treści:

 Hrabia P. daje za willę nad Renem pięćdziesiąt tysięcy reńskich. Nieboszczyk zapłacił trzydzieści tysięcy. Czekam tydzień.
 Adwokat X.

 — Poszaleli widocznie! — mruknął Władysław, rzucając depeszę na ziemię.
 — Ależ, kochany Władziu, w tem coś jest — mówiła wzruszona Helenka. — Widocznie stryj musiał ci tę willę zapisać...
 — Dzieciństwo! całe życie usuwał się ode mnie...
 — W każdym jednak razie trzeba coś robić.
 — Ja też robię rysunki dla Grodzkiego. W tej chwili przyszedł trzeci telegram:

 Kraków dnia... Władysław Wilski, inżynier-mechanik w Warszawie. — Zmarły Edward Wilski zapisał panu sto tysięcy reńskich gotówką, pięćkroć w nieruchomościach. Testament u mnie. Pogrzeb wczoraj. Czekam na polecenia.
 Adwokat Y.

 — Czy to być może, Władziu?... — krzyknęła Helenka, klaszcząc w ręce.
 W pokoju stał woźny z telegrafu.
 — Winszuję jaśnie wielmożnemu panu dobrej nowiny! — rzekł.
 Władysław dał mu złotówkę. Woźny wyszedł, skrobiąc się w głowę i mrucząc.
 — Władziu! — zawołała znowu Helenka — ty musisz iść...
 — Dokąd?
 — Czy ja wiem dokąd?... chyba do telegrafu.
 — Poco?
 — Czy ja wiem poco?... O, Boże! jakież to szczęście!...
 Wyszła do swego pokoiku i klękła przed obrazem. W tej chwili jednak zerwała się, wybiegła do kuchni i uściskała zdziwioną i uradowaną Mateuszowę. Potem znowu uklękła i zmówiła pacierz.
 Wróciwszy do pracowni, zastała męża rysującego.
 — Ależ daj pokój, Władziu! — zawołała. — Czy może być, aby to ciebie nie obeszło?... Doprawdy, że ja się ciebie boję!... Ile to na nasze pieniądze wyniesie?
 — Prawie pól miljona rubli — odpowiedział spokojnie Wilski.
 — I ty się nie cieszysz nic?... Nic, ale to zupełnie nic?...
 Władysław położył ołówek, wziął żonę za ręce i topiąc w niej wzrok poważny, rzekł:
 — Powiedz mi, Heluniu, czy od tych kilkunastu minut przybyło mi sił, zdrowia, rozumu, uczciwości?... Prawda, że nie!... A przecież to są największe skarby.
 -— Zawsze jednak pół miljona...
 — Jesteśmy tylko kasjerami, w rzeczywistości bowiem pieniądze te nie do nas należą. Powiedz sama, czy potrafimy je przejeść, przepić lub wydać na zabawy, a zresztą czyby to było uczciwie?...
 Helenka uwiesiła mu się na szyi i okryła pocałunkami.
 — O, mój mężu! — zawołała. — Nie rozumiem cię, ale widzę, żeś zupełnie inny, niż wszyscy ludzie.
 Niedługo potem, jakby nic nigdy nie zaszło, zmieniła kanarkowi wodę, dosypała siemienia i wzięła się do szycia koszul mężowskich.
 — To płótno — myślała — jest tak grube, jak było pierwej. Dobrze mówi Władzio, że majątek nic nie zmienia!
 Była już zupełnie spokojną.
 Wilski tymczasem wciąż rysował. Gdy zapadł zmrok, począł chodzić w milczeniu po swej pracowni, potem zapalił światło i zbliżył się znowu do rajzbretu.
 Teraz dostrzegł, że zrobił w planie ważną omyłkę. Rozdarł go więc i na skrawku papieru zaczął pisać jakieś proporcje i cyfry pojedyncze, z których ostatnią była: dwadzieścia pięć tysięcy.
 — Dwadzieścia pięć tysięcy! — szepnął — to znaczy przeszło sześćdziesiąt rubli dziennie bez pracy i kłopotów!...
 W czemby to umieścić? — mówił dalej. — Papiery ciągle zmieniają wartość, a przytem pożar... złodzieje!... Banki?... Któryż bank daje bezwzględną pewność!... Domy... A wojna i bombardowanie?...
 „Prawdziwe szczęście — przypomniał mu Epiktet — trwa wiecznie i nie może być zniszczone. Wszystko, co nie posiada tych dwu własności, nie jest prawdziwem szczęściem.“
 Wilski słyszał echo tych wyrazów w swej duszy, lecz nie rozumiał ich. Czuł, że w tej chwili pewne zdania są dla niego tylko pustym dźwiękiem, i że ich treść pierzchła wraz z ubóstwem. Natomiast z głębin umysłu jego wynurzyły się inne zdania, dziwnym jakimś, nieznanym mu dotychczas opromienione blaskiem:
 „Najwyższa zręczność — mówił La Rochefoucault — polega na tem, aby dokładnie znać prawdziwą wartość rzeczy.“
 — To pewna — szepnął Wilski — że nie znam dotychczas wartości dwudziestu pięciu tysięcy rocznego dochodu.
 Było już późno. Znużona Helenka ostrożnie uchyliła drzwi:
 — Ty jeszcze pracujesz, Władziu?
 — Tak! — odpowiedział, nie podnosząc głowy.
 — Dobranoc ci!... Takie masz gorące czoło!...
 — Jak zwykle.
 — Mógłbyś dziś wcześniej się położyć, masz już przecie majątek... Dobranoc!
 Omyliła się. Miljony odbierają sen.
 Teraz przyszedł Władysławowi na myśl Grodzki. Wspomnienie inżyniera spotęgowało rumieńce na jego twarzy.
 — Dobry chłopak — rzekł — ale strasznie szorstki.
 Zkolei myślał o fabryce płótna, o swojej starej ciotce, biednym rękawiczniku, który mu jakiś czas darmo obiady dawał, o ludziach niemających roboty, o projektach obrachowanych na ogólny pożytek, i niewymowna gorycz napełniła mu serce. Przypomniał też sobie pewnego staruszka w piaskowym surducie, znakomitego filozofa i pesymistę, z którym się poznał w Paryżu. I przed nim Władysław często rozwijał swoje ogromne plany. Starzec słuchał go zawsze z pobłażliwym uśmiechem i w konkluzji rzekł:
 — Wielkie idee, oprócz wielu złych, mają jedną dobrą stronę. Oto: stanowią pewien rodzaj umysłowej wizykatorji dla ludzi młodych i zdolnych, lecz ubogich!...
 — Tak! — szepnął Władysław. — Majątek mój jest za duży na to, aby go oknem wyrzucić, a za mały na uszczęśliwienie świata. Gdybym go rozdzielił tylko między swoich współobywateli, na każdego z nich wypadłoby niecałe trzynaście groszy!...
 Ostatnia ta uwaga zapieczętowała szereg medytacyj. Wilski wstał z krzesła i przeszedł się po pokoju, jak człowiek, który już wie, co mu robić wypada.
 „Cnoty toną w interesie, jak rzeki w morzu“ — powiedział La Rochefoucault. Miał rację.
 Władysławowi głowa pałała, pulsa biły jak młoty. Otworzył lufcik i odetchnął głęboko. Na dworze była noc i cisza, w jego pokoju dogorywała lampa.
 Gdy odwrócił głowę, zdawało mu się, że wśród pomroki niknie przeciwległa ściana pracowni, odsłaniając przed jego oczyma wykwintny buduar, pełen bogatych sprzętów i upajającej woni. Na fotelu, pokrytym ciemno-zielonym aksamitem, siedziała, a raczej leżała kobieta z głową odrzuconą wtył, z przymkniętemi oczyma i wyrazem zachwytu na śniadej twarzy.
 — Mów cokolwiek! — szeptało widmo. — Niech usłyszę głos twój...
 — Ach! ach! — rozległ się jęk w pokoju Helenki.
 Wilski wybiegł tam.
 — Co ci jest, Heluniu?... — zawołał.
 — To ty, Władziu?... Nic... śniło mi się coś, zresztą nie wiem...
 — Może nasze miljony? — spytał z uśmiechem.
 Nie odpowiedziała nic i zasnęła znowu.


V. PIERWSZE KROKI.

 Szatan i obłęd panują zawsze w nocy; dzień jest ojcem zdrowego sądu. Wilski z rana wstydził się wczorajszych przywidzeń i myślał spokojnie o obowiązkach, których nikt wprawdzie nie mógł mu narzucić, lecz które tkwiły w jego duszy.
 Głos rozsądku i sumienia przypominał mu ludzi, od których doświadczył dobrodziejstw, i projekta, które obecnie mógł wykonać. Wstał trzeźwy, ubrał się szybko i wyszedł do biura telegraficznego, aby donieść o swej fortunie Grodzkiemu i wezwać go na wspólnika.
 Do czego na wspólnika? — jeszcze nie wiedział.
 W połowie drogi na ulicy usłyszał, że go ktoś woła. Obejrzał się i zobaczył karetę, z której wysiadał Welt.
 — Szedłeś pan do mnie! — rzekł bankier tonem niezachwianej pewności. — Winszuję! Podobne wypadki trafiają się nader rzadko.
 — O czem pan mówisz?
 — Rozumie się, że o pańskich miljonach. Ja wiem wszystko! Traf cudowny! Kasa moja jest na pańskie usługi, i dziś nawet mogę panu ofiarować sto tysięcy na osiem procent. Nigdzie pan taniej nie dostaniesz.
 Oszołomiony Władysław milczał.
 — Naturalnie, zgadzasz się pan — mówił dalej Welt. — Siądźmy do mojej karety... Musisz się pan wyekwipować przyzwoicie. Zaraz panu odliczę pieniądze, a w wolnym czasie pogadamy o pańskim projekcie towarzystwa budowlanego, które mnie zachwyca! Stangret zawróć! Jechałem właśnie do pana. Trzeba służyć społeczeństwu w miarę środków, panie Wilski, to moja zasada. Musimy mieć towarzystwo budowlane!
 Gdy stanęli na miejscu, bankier rzekł:
 — Każę przygotować rewers, a tymczasem racz pan wstąpić do mojej Amelci.
 Wilski machinalnie poszedł na górę i za chwilę już był w salonie.
 Czekał minutę... dwie... W połowie trzeciej ukazała się bankierowa.
 Była bardzo blada i podając Władysławowi rękę, zmienionym głosem rzekła:
 — Dawnośmy się nie widzieli!...
 Na twarz jej wybiegł rumieniec.
 Nastąpiło chwilowe milczenie, które znowu przerwała pani Welt.
 — Dziś dowiedziałam się o pańskiem... nie wiem, jak nazwać... Ludzie nazywają to szczęściem. Jeżeli istotnie szczęście, w takim razie szczerze... serdecznie panu winszuję!
 Wilski pocałował ją w rękę. Była gorąca jak ogień, lecz sztywna.
 Potem mówili o rzeczach obojętnych, początkowo z pewnego rodzaju przymusem, następnie śmielej. Nagle usłyszeli na schodach głos Welta.
 Pani Amelja zmieniła przedmiot rozmowy i zapytała prędko.
 — Wszak wyjeżdżasz pan do Krakowa?
 — Zapewne...
 — Kiedyż?
 — Jeszcze dokładnie nie wiem.
 — Ja chciałabym także wyjechać.
 — Kiedy? — spytał znowu Wilski, czując, że mu serce bić przestaje.
 Pani Amelja zawahała się.
 — To jeszcze nie jest pewne — rzekła.
 Bankier wstępował na schody.
 — W piątek wieczór... — dodała szybko stłumionym głosem.
 Welt wszedł do salonu; porozmawiali chwilę razem, poczem zabrał Wilskiego do swej kancelarji. Tam przez dobrą godzinę liczyli pieniądze, a wreszcie pożegnali się bardzo serdecznie.
 — Ja, panie — rzekł bankier wkońcu — jestem człowiekiem, którego do rany przyłożyć można. Ja dla projektów pańskich miałem zawsze wielką sympatją, i gdyby nie... No, pan wiesz, jak kobiety bywają ostrożne!... Sądzę także, że nie pogniewasz się pan na Amelcię, jeżeli powiem, że ona nam najwięcej przeszkadzała w porozumieniu się. Ale wczoraj zwyciężyłem ją stanowczo! Pan jesteś człowiek pomysłowy i szczęśliwy, a to w interesach dużo znaczy...
 Gdy Władysław był już we drzwiach, Welt zawołał:
 — Ale!... ale!... Wiesz pan co?... Mówmy sobie ty! Między przyjaciółmi i wspólnikami nie powinno być ceremonij. To moja zasada, Władziu!
 Wróciwszy do domu, Wilski zastał już kilka biletów wizytowych od przyjaciół, którzy go wczoraj jeszcze nie znali, i kilka próśb od osób ubogich, które cudem chyba dowiedziały się o jego fortunie.
 — Oto jest natura ludzka! — rzekł ze śmiechem.
 — W każdym jednak razie wesprzesz, Władziu, tych biedaków. Któż wie, czy i oni już oddawna ostatniego rubla nie wydali? — odpowiedziała Helenka.
 Władysław obiecał ich wesprzeć; śmiejąc się, opowiedział żonie o serdeczności Welta, pokazał jej pieniądze i zawiadomił, że w piątek wieczór musi wyjechać do Krakowa.
 — To pojutrze! — szepnęła Helenka, blednąc. — Tak mi będzie smutno...
 Uścisnął ją i już nic więcej nie mówili o podróży.
 Następnego dnia powiedział jej o wynajęciu nowego mieszkania.
 — Wziąłem na Krakowskiem pięć pokoi, przedpokój i kuchnią za osiemset rubli...
 — Tak nam tu było dobrze! — odpowiedziała Helenka. — O!... już na nowem mieszkaniu nie spotka nas szczęście.
 — Prócz tego — mówił mąż — będziemy mieli eleganckie meble, lokaja, pokojówkę i dobrą kucharkę.
 — A cóż się stanie z Mateuszową?
 — Ach! prawda... Zresztą, pomyślimy o niej jeszcze.
 Nadszedł dzień wyjazdu, wietrzny, pochmurny i słotny.
 Wilski był zadumany. Helenka wzdychała. Oboje nie tknęli obiadu i z niepokojem oczekiwali wieczora.
 Około ósmej Helenka rzekła:
 — Odprowadzę cię na kolej, dobrze?...
 — Daj pokój, aniołku, możesz się zaziębić.
 O dziewiątej na podwórze zajechał powóz.
 Władysław powoli włożył paletot i torbę podróżną. W pokoju śmiertelne panowało milczenie...
 — Za parę tygodni wrócę... — rzekł stłumionym głosem.
 — Wrócisz?... — szepnęła Helenka, opierając głowę na jego piersiach.
 W tej chwili jakiś szorstki przedmiot dotknął ręki Wilskiego. To stara Mateuszowa całowała go.
 Wybiegł śpiesznie za drzwi, lecz w połowie schodów zatrzymał się. Zdawało mu się, że go ktoś obejmuje za nogi.
 Chwilę pomyślał i wrócił na górę głęboko wzruszony. Stojąca w przedpokoju Helenka upadła mu na szyję i rzewnie płakała.
 — O, nie zapomnij o mnie! — mówiła, łkając.
 Powtórnie wyszedł, a tym razem wybiegła za nim Helenka.
 — Władziu!
 — Co każesz?
 Znowu uwiesiła mu się na szyi, ściskała go namiętnie i szeptała:
 — Nie zapomnisz?... wrócisz?...
 Siedząc w powozie, podniósł jeszcze oczy do góry i w oknie drugiego piętra zobaczył uchyloną roletę i jakiś cień.
 Powóz wyjechał z podwórza.
 — O, nie zapomnij o mnie...
 Mgła zawisła nad ulicami, latarnie rzucały czerwony blask, dokoła rozlegały się kroki przechodniów i turkot wozów.
 — Nie zapomnisz?... wrócisz?... — szeptało echo.

— — — — — — — — — —
 Wilski dojechał do dworca wzruszony i rozdrażniony. Oddał pakunki tragarzowi i pobiegł wprost do salonu pierwszej klasy.
 Zastał tam kilkanaście osób, same twarze obce. To uspokoiło go. Odetchnął jak człowiek, którego minęło niebezpieczeństwo, i jeszcze raz pożegnał w myśli Helenkę.
 W tej chwili usłyszał głos wchodzącego Welta.
 — Cudownie! więc i ty wyjeżdżasz?
 — Jak widzisz.
 — Wyobraź sobie, że i Amelcia jedzie. Wysyłam ją do Krakowa w pewnym interesie, który wymaga... no, wiesz czego?... Tego tylko, co ona ma.
 Pani Welt była milcząca i nie w humorze.
 Wilski wyszedł po bilet. Gdy wrócił, rzekł bankier ze śmiechem:
 — Patrz, co to są kobiety! Onegdaj zdecydowała się jechać, dziś grymasiła, a w tej chwili powiada, że się boi zaziębienia, i że chętnie zostałaby do jutra.
 — Może to i słusznie — odparł Wilski chłodno. — Szkoda, żeś mnie nie zapoznał z interesem, byłbym ci go załatwił.
 — Gdzież znowu! Ty masz głowę zaprzątniętą miljonami, a tu sprawa pilna i wymaga zimnej krwi. Nie, to tylko ona dobrze załatwi!
 Zadzwoniono, i podróżni poczęli zajmować miejsca. Nagle Władysławowi uderzyła fala krwi do głowy: ujrzał on między fałdami powłóczystej sukni — kształną i drobną nóżkę bankierowej...
 Na ten widok zapomniał o żonie, o wzruszeniu i o niesmaku, jakiego doznał przed chwilą.
 — Siadajże, Władysławie! — krzyknął bankier.
 Rozległy się okrzyki pożegnania, pociąg ruszył, lecz Władysław nie uważał tego. Nie mógł tchu złapać.
 — Oryginalna pozycja! — odezwała się nagle pani Welt. — W tej chwili widziałam Świegotnickiego i jestem pewna, że jutro w całej Warszawie mówić będą, żem uciekła z panem, w asystencji i za upoważnieniem męża.
 — I cóż nam to szkodzi? — spytał Wilski, topiąc w niej pałające spojrzenie.
 — Panu niewiele, mnie więcej! — odparła poważnie.
 — W każdym razie fakt już się stał, i cokolwiek...
 Nie dokończył, ujrzawszy wzrok Amelji. Zarazem jednak teraz dopiero zauważył, że byli sami.
 Nastało długie milczenie, w ciągu którego bankierowa obojętnie wyglądała przez okno, a Wilski... resztę przytomności utracił.
 Nagle, tuż przy nogach pani Welt, upadła mu rękawiczka. Gdy się schylił, aby ją podnieść, uczuł, że rękaw jego paletota obtarł się zlekka o jej bucik.
 Teraz zdało mu się, że w ciele, zamiast muskułów, ma rozgrzane stalowe sprężyny, że mu piersi pękną, lub że go własny oddech spali. Podniósł oczy na Amelją i pomyślał, że gdyby między nią i nim ustawiono mur bagnetów, rozbiłby go jak kępę trzciny.
 — Spodziewam się, że mnie pan zapoznasz ze swoją żoną?... Będę panu bardzo wdzięczna!... — rzekła bankierowa głosem, który jak ostrze noża przeszył mu serce.
 W milczeniu i gorączce czekał do rana. Gdy pociąg stanął na granicy, Wilski posłał telegram do żony.


VI. PIEKIELNA DRABINA.

 W Krakowie Władysław rozszedł się z bankierową prawie na chłodno, a następnie zajęty interesami kilka dni jej nie widział. W ciągu tego czasu zapoznał się bliżej ze stanem swego majątku, odebrał od Helenki parę listów, pełnych tęsknoty i wezwań do przyjazdu, i przypomniał też sobie dawnych znajomych, ludzi po większej części ubogich, dla których postanowił coś zrobić.
 W końcu pierwszego tygodnia odebrał list z Warszawy i bilet z Krakowa. Poznał pismo na obu i wziął się do pierwszego.
 List z Warszawy pisał ubogi student, który u Wilskich bywał na obiadach co czwartek. Miody człowiek w prostych, lecz serdecznych wyrazach powinszował Władysławowi spadku i wyraził żal z tego powodu, że nie mógł go przed wyjazdem osobiście pożegnać.
 — Biedaczysko! — rzekł Władysław. — Spróbuję też posłać mu pieniądze. Wiem, że się nie obrazi, gdy z nim szczerze, choć listownie pogadam.
 Następnie otworzył bilet, który zawierał te słowa:
 Nigdy nie spodziewałam się, abyś pan mógł skazać swoją współrodaczkę na śmierć z nudów. Czekam dziś z herbatą. A bientôt. — A. Welt.
 Wilski ruszył ramionami. Ponieważ zaś było dosyć wcześnie, wyszedł więc do miasta.
 Błądząc machinalnie po ulicach, dostrzegł na jednej z nich sklep szewcki z wystawą, a na niej, między obfitą kolekcją różnokolorowego obuwia — mały, czarny, węgierski bucik.
 Postał tu chwilę i znowu począł błądzić. Na twarz wystąpiły mu ciemne rumieńce, a umysł opanowały pomieszane marzenia.
 I widział się w Warszawie w ciasnej izdebce na poddaszu. Pokój był zimny, a on zrozpaczony i głodny.
 Nagle uchyliły się drzwi i stanął w nich jakiś człowiek niski, pękaty i uśmiechnięty, z czapką w ręku. Był to sąsiad jego z poddasza, ubogi rękawicznik.
 — Co pan każe? — spytał go Władysław.
 — Ja nie każę, ja przyszedłem prosić — odparł gość.
 Panie! — mówił dalej — co tu między nami w bawełnę owijać. Niech mi pan zrobi jedną łaskę...
 — Jaką, panie?
 — Niech pan pozwoli u siebie w piecu zapalić i obiad sobie przysyłać!
 — Ależ...
 — Już wiem, co pan powie — przerwał rękawicznik — ale to się na nic nie zda. Pan jesteś młody, uczony, możesz jeszcze mieć stanowisko na świecie, i jeżeli nie mnie, to dzieciom moim oddasz te obiady z procentem... No, panie!... bo nie odejdę stąd.
 I z temi słowy zacny człowiek wyciągnął do Wilskiego rękę. Biedacy uściskali się, i nastąpiła zgoda.
 W tej chwili między tym obrazem z przeszłości a bogaczem teraźniejszości stanęło widmo czarnego węgierskiego bucika. Władysław ocknął się i poszedł do bankierowej.
 Zastał ją w salonie z bukietem róż. Uśmiechnęła się i podając mu rękę, rzekła tonem łagodnej wymówki:
 — Nie powinnam się witać z panem!
 — Tłomaczą mnie zajęcia — odparł Wilski.
 — Ale wytłomaczą pana wtedy dopiero, jeżeli dzisiejszy wieczór mnie poświęcisz. Bywam niekiedy dziwnie zmęczona, a gdybym wówczas nie zobaczyła twarzy sympatycznej i nie usłyszała głosu...
 ...Czy ja wiem, cobym zrobiła?!...
 Wilski słuchał jej zdumiony i rozmarzony...
 Cały wieczór mówili o kwiatach, o wiośnie i okolicach górskich, jak student z pensjonarką, półgłosem, jak w pokoju chorego.
 Około jedynastej Władysław, zabierając się już do odejścia, rzekł:
 — Czy dasz mi pani jeden z tych kwiatów?
 — Naco?...
 — Na pamiątkę dnia dzisiejszego.
 — To prawda — odparła — że w życiu mało jest dni podobnych.
 A potem, urywając różę, dodała:
 — Weź ją pan jako symbol naszej przyjaźni.
 Oczy jej były wilgotne.
 Władysław wrócił do domu jak pijany, nie wiedząc co myśleć i w co wierzyć. Gdy upadł na łóżko, drżał, jak w febrze, i usnął w gorączce, mrucząc przez zaciśnięte zęby:
 — Bądź co bądź, ona mnie kocha!... Byłbym bydlęciem, gdybym odpychał to szczęście, lub rujnował je niecierpliwością...
 Na drugi dzień został przez panią Welt zaproszony na obiad. Przed wyjściem przypomniał sobie ubogiego studenta i posłał mu pieniądze wraz z krótkim listem, który podług niego był bardzo przyjacielski, w istocie zaś wskazywał oziębłość i roztargnienie.
 Od tej pory los jego był już zdecydowany. Do żony pisywał listy coraz rzadziej, donosząc jej o powikłaniu interesów, u bankierowej zaś bywał coraz częściej i dłużej. Wierny jednak zasadzie cierpliwości, zadawalniał się rozmową, uściskiem ręki i spojrzeniami, które codzień stawały się bardziej rozmarzone i namiętne.
 Niekiedy zdawało mu się, że nowicjat jego trwa zbyt długo. Wówczas próbował być śmielszym, lecz pani Welt jednocześnie stawała się ozięblejszą. Władysław szalał. Bywały chwile, że chciał wracać do Warszawy, lecz postanowienia jego prędko słabły i mówił:
 Jeszcze jeden dzień... ostatni!...
 Była już połowa maja. Bankier naglił żonę do powrotu, i pani Amelja coraz częściej poczęła o tem wspominać.
 — Jeszcze jeden dzień tylko!... — prosił Wilski.
 — Masz pan racją — odpowiedziała i znowu zostawali.
 Interesa były już ukończone, dobra po nieboszczyku sprzedane, gotówka w rękach Władysława, ale on o to nie dbał, dla niego cały świat skupiał się w gabinecie bankierowej, a całe życie streszczało się w tej jednej myśli:
 „Jeszcze jeden dzień!...“
 Miljonowy spadek był złotą nicią, po której do duszy jego wkradła się straszna choroba. Wiedział o niej, rozumiał, że się z niej uleczyć potrzeba, i czuł, że się uleczy, ale kiedy?...
 Przeklęte szczęście!
 Pewnego dnia odebrał dwa listy z Warszawy.
 Jeden był z pieniędzmi i pochodził od ubogiego studenta. Młodzieniec zwracał przysłane banknoty i w słowach pełnych szacunku, ale też i wielkiego żalu, dał mu poznać, że nie prosił o jałmużnę i że jej nie przyjmuje.
 — Źle się stało — szepnął zmartwiony Władysław — lecz spróbujemy to odrobić.
 Przeklęte szczęście!
 Drugi list był od żony.
 Helenka donosiła, że złożyli jej wizytę bogaci krewni, których znała w dzieciństwie. Państwo ci gwałtem zapraszali ją na wieś, dodając, że ponieważ sami wyjeżdżają zagranicę, ofiarują jej więc cały dom. Tak byli pewni, że ofiary ich nie odrzuci, iż zostawili w Warszawie swój powóz i służącego.
 W dopisku ostrożnie nadmieniła, że i lekarze kazali jej na wieś wyjechać.
 O powrocie jednak Władysława nie było żadnej wzmianki. On przecież uwagi na to nie zwrócił, i nic dziwnego! Nie był Duchem Świętym, aby wiedzieć, co w Warszawie mówią o jego stosunkach z bankierową.
 Mimo to list ten przeraził Wilskiego.
 — Helenka widocznie jest chora — myślał. — Może to co groźnego?... Muszę wracać.
 Wieczorem, jak zwykle, poszedł do pani Welt, a gdy od niej wrócił, napisał list do żony. Prosił ją, aby koniecznie na wieś wyjechała, i doniósł, że wkrótce sam do niej przyjedzie.
 Nim zasnął, zdawało mu się, że widzi żonę swoją bladą i smutną, która z ogromnej odległości wyciąga do niego rączki szczupłe i jak alabaster przejrzyste.
 — Ty wrócisz?... — mówiło echo.
 — Jeżeli zobaczę Helenkę, wyrzeknę się Amelji — szepnął, a potem dodał:
 — Zrobiłbym wielkie głupstwo!...
 Obudziwszy się, wysłał list, a w parę dni potem odebrał telegram, że Helenka już wyjechała na wieś.
 Pobiegł do pani Welt i wesoło zawołał:
 — Wracajmy!
 — Czas już wielki — odpowiedziała.
 I wrócili znowu razem i znowu na dawnej stopie.
 — Jeszcze jeden dzień!... — myślał Władysław. Przeklęte szczęście!...


VII. OSTATNIE SZCZEBLE.

 W końcu czerwca, Welt wyjechał zagranicę, zostawiając majątek pod opieką żony, a żonę pod opieką przyjaciela. Miasto trzęsło się od plotek, o których osoby interesowane, jak zwykle, najmniej wiedziały.
 Helenka pisywała do męża niewiele i rzadko. Gdyby uważniej czytywał jej listy, uleczyłby się może prędzej. Na nieszczęście, nie był teraz zdolnym do tego. Płynęły miesiące, a on szalał i mizerniał, zaniedbując wszystko i wszystkich.
 Pani Welt dostrzegła to, i gdy raz byli sami, rzekła:
 — Wyglądasz pan dziś bardzo interesująco.
 — Czy nie domyślasz się pani powodu? — zapytał stłumionym głosem.
 — Mój Boże! znam się wprawdzie trochę na finansowości, ale o medycynie nie mam pojęcia — odpowiedziała, patrząc na brylant swego pierścionka.
 — W tym razie wystarcza znajomość najpospolitszych uczuć ludzkich!... — rzekł, przysuwając do niej krzesełko.
 — Najpospolitsze uczucia ludzkie nie zasługują na to, aby się niemi zajmować — odparła wyniośle.
 Wilski zerwał się z krzesła i w najwyższem wzburzeniu zawołał:
 — Czuję, że powinienem uciec od pani!...
 — A ja czuję, że powinieneś pan zostać! — szepnęła, patrząc mu figlarnie w oczy.
 Władysław usiadł znowu i wziął ją za rękę.
 W tej samej chwili jednak ktoś zadzwonił i wszedł do salonu.
 W końcu sierpnia, kiedy miłosne uniesienia Władysława dosięgły zenitu, odebrał on od Grodzkiego z Londynu telegram tej treści:
 „Z modelami zrobiłeś mi przykry zawód. Odeszlij przynajmniej notatkę, którą ci zostawiłem“.
 Depesza ta rozgniewała Wilskiego, bez namysłu więc odpisał:
 „Zwracam pieniądze, notatka gdzieś zginęła.“
 Na to nie odebrał już odpowiedzi.
 Większą część dnia przesiadywał u bankierowej. Gdy była z nim, pożerał ją wzrokiem; gdy wyszła, myślał o niej, lub z rozkosznym niepokojem przysłuchiwał się szelestowi jej sukni.
 Pewnego dnia, w czasie jej nieobecności, ukląkł i ucałował miejsce na dywanie, które zazwyczaj dotykały jej stopy.
 Począł miewać widzenia na jawie coraz częstsze, a niekiedy symboliczne. Raz zdawało mu się, że na skrzydłach z listów zastawnych wzleciał na szczyt wysokiej skały, z której zaraz potem spadł w przepaść.
 Innego dnia, jakoś we wrześniu, wracając do swego mieszkania, spotkał na schodach dawną znajomość. Był to ów litościwy sąsiad z poddasza, rękawicznik, strasznie wynędzniały i ubogo ubrany.
 — Ach! to pan?... — rzekł Władysław, otwierając drzwi.
 — A ja! Przyszedłem... Przyszedłem dowiedzieć się o zdrowiu jaśnie pana — odparł biedak, zdejmując czapkę.
 — Dziękuję! Tak, mam się nieźle! — rzekł Wilski i zamknął drzwi za sobą.
 W kilka godzin później pomyślał, że niegdyś karmiciel jego musi być w ciężkiej potrzebie. Zapragnął dowiedzieć się o jego mieszkaniu i w tym celu chciał zadzwonić na służącego. Wyciągnął nawet rękę, ale że dzwonek stał na drugim końcu biurka, dał więc pokój.
 Nie było to znużenie ciała, ale coś nakształt psucia się duszy. Piorun orzeźwiłby go niewątpliwie.
 Miewał też chwile opamiętania. W jednej z takich chwil rzekł do siebie:
 — Trzeba raz skończyć!...
 Postanowienie to musiało być bardzo poważne, Wilski bowiem orzeźwił się po niem i z wyrazem stanowczości w fizjognomji poszedł do bankierowej.
 Zastał ją w karecie; wyjeżdżała właśnie do Botanicznego Ogrodu. Otrzymawszy zezwolenie, usiadł obok niej i pojechali razem.
 Gdy byli w ogrodzie, Amelja rzekła:
 — Patrz pan, jak już liście więdną!
 — Liście więdną, serca więdną... Tylko kiedy dla pierwszych wiosna powtarza się co rok, dla drugich jedna jest tylko wiosna i jedna jesień.
 Słowa to były prorocze, on jednak nie wiedział, do kogo się odnosiły.
 Zajęli ławkę na małem wzgórzu, skąd cudny roztaczał się widok.
 — Tu — mówiła Amelja — gnieżdżą się w maju roje słowików. Często siadałam tu i przysłuchiwałam się ich śpiewom. Ale teraz już odleciały...
 Wilski oparł rękę na kolanie, głowę na ręku i milcząc, patrzył w ziemię.
 — Uważam, że jesteś pan jakiś nieswój.
 — Masz pani racją! — odparł, podnosząc głowę — nie jestem swój, ale...
 — Ale?
 — Ale... twój!...
 Wziął ją za rękę; uścisnęła go lekko i patrzyła mu w oczy dobrotliwie.
 Uczuł gwałtowne bicie serca, szum w uszach i... przyciągnął ją do siebie. Nie broniła się.
 Wtedy otoczył ją ramieniem i przysunął swoją pałającą twarz do jej twarzy.
 — Nareszcie!... — szepnął.
 — Panie! — zawołała błagalnym głosem — zaklinam cię, wyjdźmy stąd...
 Powstał już inny. Czuł siły i pewność siebie, o których oddawna zapomniał. Podał Amelji rękę, przyjęła i szła niepewnym krokiem.
 Gdy siedli do karety, osunęła się w głąb i przymknęła oczy.
 Konie pędziły jak wiatr, a w kilka minut potem byli już w domu.
 Wbiegła prędko na schody i weszła do buduaru, a Wilski obok niej. Gdy padła na fotel, ukląkł i przypił się do jej ręki.
 — Ty mnie kochasz — mówił — powiedz, że mnie kochasz. Niech choć raz dowiem się prawdy!...
 W pokojach był mrok.

— — — — — — — — — —
 Wróciwszy do domu, zasnął twardo, i sen cofnął go o kilka miesięcy wstecz. Marzył, że się żegna z Helunią.
 Żona jego była dziwnie mizerna; z jej niegdyś szafirowych, a teraz pobladłych oczu płynęły łzy. Uwiesiła mu się na szyi, lekka i nieujęta jak mgła, i bezdźwięcznym głosem szeptała:
 — Powrócisz?... ty powrócisz!
 Zerwał się na równe nogi i uczuł na twarzy dwie łzy gorące. Pot zimny oblał go, ręce mu drżały.
 Była dopiero czwarta rano.
 Nie położył się już i sam na kominku ogień rozpalił.
 Siedząc przed ogniskiem, patrzył na dogorywające głownie i myślał... Co myślał? Ty, Stwórco, znasz niepokoje sumienia, które szarpią kły zgryzot!
 Około siódmej rzekł:
 — Jestem już inny!...
 Pewnem jest, że miljony swoje oddałby teraz za żebracze łachmany, byleby w fałdach ich znalazł spokojność.
 Przeklęte szczęście!


VIII. DE PROFUNDIS.

 — Tak, jestem inny! — mówił Władysław. — Gdy los zdjął ze mnie uzdę niedostatku, zawróciło mi się trochę w głowie, ale dziś wytrzeźwiałem.
 Zresztą, może się i lepiej stało. Nabrałem doświadczenia, a choć straciłem trochę czasu, majątek przecież jest nietknięty!...
 W tej chwili przyszła mu na myśl żona. Wyjął jej fotografją z biurka i wpatrywał się długo i rzewnie.
 — Czy przebaczysz mi?...
 Uśmiechnięte usta Heluni z całą łatwością wyszeptały wyraz przebaczenia, lecz niestety! uśmiech ten z innych pochodził czasów.
 Wilski był wesoły jak dziecko; otworzył okno, z rozkoszą upajał się chłodnem powietrzem poranku i cieszył się widokiem złotych chmur, które wędrowały, Bóg wie skąd, może z tamtych stron, gdzie Helenka mieszka obecnie?
 — O, gdybym ci mógł teraz upaść do nóg, aniele mój, najczystsza duszo!... — szepnął.
 Zadzwonił, wszedł służący.
 — Zamów mi ekstrapocztę na dziś wieczór, na dziewiątą — rzekł Wilski.
 — Rozumiem...
 — Ale, ale!... Co się stało z naszym kanarkiem?
 — Zdechł, proszę jaśnie pana.
 — Kupże teraz dwa: samca i samiczkę, i klatkę z gniazdem.
 Służący wyszedł.
 — Jerzy! — zawołał znowu Wilski, a gdy służący wrócił, dodał:
 — Czy nie wiesz, co się dzieje z Mateuszową, która u nas dawniej służyła?
 — Służy teraz na Piwnej ulicy; była tu nawet parę razy.
 — Sprowadzisz ją do mnie i powiesz, żeby podziękowała za miejsce, bo wróci do nas.
 Po chwili dodał:
 — Jeszcze słowo! Gdzie mój warsztat i narzędzia?
 — Na strychu, jaśnie panie.
 — Trzeba je oczyścić i ustawić w moim pokoju.
 Służący wyszedł, trzymając się za głowę.
 — Chryste elejson! — mówił prostaczek — a to coś do niego przystąpiło!... Jeszcze i nas gotów porozpędzać.
 I za chwilę podzielił się wiadomościami z kucharką i pokojówką.
 Wilski tymczasem szybko ubierał się, mówiąc:
 — Ucieszy się, gdy jej wszystko opowiem. O, Heluniu!... O, błogosławione miljony!...
 Począł coś wesołego gwizdać, lecz nie tyle z radości, ile raczej dla przytłumienia niepokoju, który gdzieś na dnie duszy nurtował.
 Gdy wyjechał do miasta, wstąpił do biura telegrafu i napisał do Grodzkiego depeszę:
 Serdecznie cię przepraszam za mimowolny zawód. Byłem chory. Przyjeżdżaj natychmiast, najlepiej odrazu z dymisją.
 Telegram ten wysłał do Londynu i Petersburga.
 — Dzielny to umysł! — mówił Władysław. — Przy jego pomocy odgrzebię najpraktyczniejszy z moich planów i zacznę żyć...
 ...Dla ciebie, Heluniu! a przez ciebie dla innych...
 Potem pojechał do uniwersytetu zasięgnąć wiadomości o ubogim studencie. Po wielu poszukiwaniach spotkał jego kolegę.
 — Co się dzieje z W.? — spytał.
 — Dokładnie panu nie potrafię powiedzieć — odparł student. — Wiem tylko, że się wypisał z uniwersytetu i wyjechał na guwernerkę, gdzieś aż na Podole.
 — Dlaczego się wypisał? — zawołał przerażony Władysław.
 — Co pan chce! Trudno się uczyć, mając w gotowiźnie dziesięć palców.
 — To pierwszy! — mruknął Wilski i pojechał do biura adresowego dowiedzieć się o rękawiczniku.
 Dano mu trzy adresy.
 Jeden z nich zaprowadził go na ulicę Ogrodową, gdzie znalazł jakiegoś nieznanego człowieka.
 — Mam jeszcze dwa!
 Zamknął oczy i ciągnął na los szczęścia.
 Tym razem pojechał na Pragę i dowiedział się, że adresat jest brukarzem.
 Z trzecią kartką dostał się aż pod Wolskie rogatki. Wszedł do parterowego drewnianego domku i znalazł w nim izbę ciasną, ciemną i wilgotną, lecz próżną.
 — Gdzie jest rękawicznik, który tu mieszkał? — spytał stróża, dając mu rubla do ręki.
 — Kto go tam wie, jaśnie panie! Tydzień temu jak go zlicytowali i podział się gdzieś z synkiem.
 — Miał przecie żonę i troje dzieci?
 — Żonę? Mieszkał tu od ś-go Jana, alem żony nie widział, a dwoje najstarszych dzieci zmarły jeszcze w sierpniu.
 — Drugi... trzeci i czwarty... — szepnął Wilski. — Chciałem do Helenki pojechać z faktami, ale mi ich widać zabraknie... O, Boże!
 Nad wieczorem znalazł w biurze telegraficznem odpowiedź. Z Petersburga odpisano:
 Grodzki jeszcze nie wrócił.
 Z Londynu zaś:
 Grodzki wyjechał.
 — Pewnie wraca morzem — pomyślał Władysław i wysłał znowu telegram do Petersburga, błagając przyjaciela, aby natychmiast przyjechał.
 Tymczasem Grodzki wracał lądem i już opuścił Berlin. Depesze nie znalazły go.
 Wilski od rana nie był u siebie i nic nie jadł; trucizna niepokoju starczyła mu za najlepsze potrawy. Do domu też wrócić nie miał odwagi; wszedł więc do Saskiego Ogrodu, upadł na ławkę i pogrążył się w bolesnych dumaniach.
 — Cztery ofiary!... — mówił. — Ja jestem winien, to prawda!... ale za co oni cierpieli i cierpią?
 Zapomniał, że ludźmi, prócz praw moralnych, rządzą jeszcze prawa fizyczne. Zapomniał też, że społeczeństwo jest całością, w której, gdy jedna cząstka nie pełni swoich obowiązków, giną inne.
 Gdy wrócił do mieszkania, służący, który mu drzwi otworzył, patrzył na niego ze zdziwieniem.
 — Czy nie było kogo? — spytał Wilski.
 Był list.
 Władysław chciał zapalić świecę, ale rozsypał zapałki. Palce zesztywniały mu, i służący musiał go wyręczyć.
 List, pisany przez nieznajomą osobę, był tej treści:
 Wielmożny Panie
 i Dobrodzieju!
 Aczkolwiek obcy, ośmielam się wziąć pióro do ręki i parę tych wyrazów, w interesie jego zacnej i świątobliwej małżonki nakreślić. Do tej pory wyraźne życzenie tej szlachetnej i wzorowej pod każdym względem białogłowy postanowienia moje hamowało.
 Nie mówiąc wiele, bo to w podobnych wypadkach jest najgorsze i często prowadzi do wyrzeczenia tego, czego człowiekby nie chciał, uwiadamiam Wielmożnego Pana Dobrodzieja z wszelką ostrożnością, że taż Jego najszanowniejsza małżonka ma się wcale niedobrze. Powiedziałbym: bardzo niedobrze, ale nie chcę przedwcześnie trapić go wiadomościami, które i tak zbyt prędko, niestety!...
 Wilski już nie kończył. Spojrzał tylko na drugą stronę zapisanego arkusza i przekonał się, że list pochodzi od miejscowego proboszcza.
 Z gorączkowym pośpiechem narzucił na siebie futro, wziął pieniądze i w tej chwili wyjechał na pocztę, gdzie zażądał czterech koni. W godzinę potem był już daleko za miastem.

— — — — — — — — — —
 Na drugi dzień, około piątej wieczorem, pocztyljon z ostatniej stacji, który wiózł Władysława, odwrócił się do niego i wskazując biczyskiem na wzgórek, okryty żółkniejącemi już drzewami, rzekł:
 — Oto tu, jaśnie panie, folwark Boża Wola...
 — Boża Wola? — powtórzył Wilski.
 — Piękny majątek, jaśnie panie!... Ziemia pszenna, las niewycięty, nowy dwór, na stawie młyn... Zwyczajnie jak u rzetelnej szlachty.
 — Boża Wola!... — wyszeptał Władysław.
 Przejeżdżali około ogrodu, z poza obumierających drzew którego widać było białe ściany dworu. Wilski rzucił pocztyljonowi pięć rubli, wysiadł z bryczki i przeskoczył niskie sztachety.
 — O, to mu pilno!... — dziwił się pocztyljon, trzymając czapkę w rękach.
 Władysław zadyszany, nieprzytomny, przebiegł ogród i stanąwszy na szczycie wzgórka, przez szklane drzwi oplecionego winogradem ganeczku, ujrzał kilka wysokich świec, ustawionych w jednym rzędzie.
 Zamknięte na klucz drzwi prysły pod naciskiem jego ręki.
 Na niskiej, okrytej dywanem sofie, w czarnej wełnianej sukience (którą znał tak dobrze w dniach ubóstwa!), z krzyżem w głowach i świętym obrazkiem w rączkach, otoczone zapalonemi świecami, leżały zwłoki Heluni.
 Wilski usiadł na krześle, oparł załamane dłonie na kolanach i patrzył bezmyślnie na jedną ze świec, z której duże krople roztopionego wosku spływały.
 W uchylonych drzwiach widać było głowy ciekawej służby, która szeptała między sobą:
 — To pewno mąż?... Jużci, że mąż!...
 Po upływie paru minut weszła jakaś stara kobieta, widocznie szafarka. Przeżegnała się, parę razy westchnęła i stanąwszy obok Władysława, poczęła mówić szpitalnym głosem:
 — Ach! biedactwo, a takie młode i dobruteńkie!... że też to Bóg miłosierny nie wolał śmierci na mnie starą dopuścić!... Robiłam ja, panie, com mogła. Dawałam jej mleka codzień świeżego, wody żywicznej, kwasu ogórkowego, okadzałam, zażegnywałam, ale wszystko na nic! Choruteńka już, nieboże, przyjechała z Warszawy!... Mówiłam nieraz: trzeba jaśnie panu dać znać, ale ona: nie!... i nie!... A w ostatnim już tygodniu powiedziała: „Moja Borkosiu! wynieście mnie na górkę, stamtąd lepiej widać!...“ I po całych dniach, mówię panu, nic — tylko słuchała, czy gdzie bryczka nie zatrajkocze, czy kto drzwiami nie skrzypnie. Ale że nikt nie jechał, ani wchodził, to mówiła po cichu: „Oj! już ja go widać nigdy nie zobaczę... Nigdy!...“ W ostatnim dniu kazała sobie dać papier i ołówek. Myślałam, że będzie list pisać, gołąbka moja, ale gdzie zaś!... Pisała tylko: „Władzio... Władzio... mój Władzio!... Już nigdy nie wróci!...“ Ale, prawda! jaśnie pan po podróży. Może pan jajecznicy pozwoli, bo tak na razie niema nic z mięsa...
 Wyszła z pokoju i już za drzwiami kończyła:
 — A światłość wiekuista niechaj jej świeci!...
 Władysław wstał z krzesła, popatrzył na żółtą jak wosk twarz zmarłej, na ciemne jak glina powieki i ściskając ją za chłodne i zesztywniałe rączki, szepnął:
 — Heluniu, to ja!...
 Zdawało mu się, że widzi żonę swoją w oknie górnego pokoju, nasłuchującą turkotu bryczki.
 — Heluniu! to ja... — powtórzył. — Już jestem!... spojrzyj na mnie...
 — O, już go nigdy nie zobaczę!... nigdy!... — mówiło widmo.
 — Ja przecież jestem, spojrzyj na mnie, Heluniu!... — jęknął Wilski.
 — Tak długo czekam i nie doczekam się nigdy!... — szlochało widmo, rozpływając się we mgle.

— — — — — — — — — —
 Na drugi dzień proboszcz i gromadka ludzi odprowadzała czarną trumienkę na wiejski cmentarz. W połowie drogi orszak ten spotkał bryczkę pocztową, z której wyskoczył Grodzki i stanął obok postępującego za trumną Władysława.
 Przez cały czas Wilski był prawie nieprzytomny. Nie patrzył na nikogo i milczał.
 Na cmentarzu jakiś głos odezwał się:
 — Otwórzcie trumnę, może ją jeszcze zechce zobaczyć.
 Władysław zdawał się nie słyszeć tego. Nie słyszał też ciężkiego łoskotu brył ziemi, walącej się na trumnę, ani żałosnych dźwięków pieśni:
 „Witaj Królowo nieba i Matko litości!“
 Gdy już wszyscy towarzyszący pogrzebowi rozeszli się, Grodzki dotknął ramienia Władysława i rzekł:
 — Chodź ze mną...
 — Jestem przeklęty! — odpowiedział Wilski.
 — Jesteś tylko chory. Chodź ze mną.
 — Czekała mnie... czy ty słyszysz?... Czekała i czekać będzie w tym strasznym grobie, ale już nie zobaczy mnie nigdy... nigdy!...

 Upadł z jękiem na ziemię, rozkrzyżował ramiona i w konwulsyjnym uścisku objął świeżą mogiłę.

PRZY KSIĘŻYCU.

 Słońce zachodzi; a jak dogasający ogień chwilami jaśniej błyska, tak, przed nocą, puls życia uderza śpieszniejszem tętnem.
 Krzaki, zwykle ciche, zagotowały się pożegnalnym gwarem ptaków; każdy śpiewa królowi dnia „dobranoc“, i każdy chce okazać się gorliwszym od innych. Z gościńca podniósł się złoty tuman kurzawy, słychać turkot wozów, niecierpliwy ryk bydła i przeciągłe nawoływania pastuchów. Z pól płynie dumka wracających od roboty dziewuch; w jaskrawych strojach wyglądają one jak białe i ponsowe makówki, co nagle ożyły i biegną za znikającem światłem.
 Przed chatami tłoczą się zwierzęta i ludzie, skrzypią żórawie studzien i pluszcze woda, nalewana do koryt. W alejach spacerowego ogrodu słychać toczenie się dziecinnych wózków, wesoły szczebiot dzieci, śmiech nianiek i rozmowy letnich mieszkańców wsi, którzy śpieszą do domów ukryć się przed wieczornym chłodem.
 Słońce dotknęło horyzontu, i ziemskie odgłosy zamilkły; jeszcze słychać szmer drzew, pochylających przed światłodawcą zielone konary. Łąki, lasy i pola oblały się żywszemi barwami i u stóp odchodzącego ojca rozlewają najpiękniejsze wonie. On, pieszcząc się z niemi, zasypał niebo i ziemię złotem, później otulił je w purpurę i wreszcie — zasłonił błękitem.
 Cienie drzew rozciągnęły się na trawie, świat zmęczony ułożył się do snu, a nad nim czuwały: mrok i milczenie, ledwie zamącone cichym lotem nietoperza, który mknie bez szelestu, jakby lękał się obudzić śpiących. Nawet gadatliwe muchy i komary wiatr zapędził do ciemnych kątów, i zanim sam zdrzemnął się w polu, jeszcze spragnione liście pokropił świeżą rosą.
 Kiedy pogasły światła w chatach, na wschodzie, białe jak puch obłoki zaczęły posrebrzać się i rzednąć. To księżyc nieśmiało wyjrzał ku ziemi, a spostrzegłszy na skraju nieba rąbek czerwonych blasków, pomyślał, że słońce jeszcze nie odeszło, i — skrył się za popielatą chmurę.
 — Pójdź!... pójdź!... — zawołał do niego puszczyk z parku.
 Księżyc po raz drugi spojrzał, lecz znowu cofnął się. Zdawało mu się, że na ziemi jest jeszcze za jasno.
 — Pójdź! pójdź! — powtórzył głos z gęstwiny.
 Wówczas księżyc odgarnął obłoki i ukazał się na błękitnem tle nieba, pełny i jasny, jak tarcza polerowanego srebra.
 Teraz budziło się tajemnicze życie nocy. Z pod drzew i chałup wypełznęły czarne cienie i poczęły kłamać przed ziemią, że księżyc świeci lepiej niż słońce. Walący się mur poczerwieniał fałszywym rumieńcem; staw nabrał metalowego połysku, a pożółkłe ścierniska oblekły się zielonawą barwą i udawały trawę.
 Słychać też głosy, ale nie takie jak w dzień — inne. Tu jękliwie zwołują się żaby, które z przed oczu słońca rozgania bocian. Tam cienki strumień wody nuci na stawidłach monotonną i żałosną melodją, przy której blada mgła tańcuje na oparzeliskach. Owdzie zarozumiałe koniki polne chwalą się, że są ładniejsze od skowronków.
 Czasem wytarzany w błocie żuk grubym głosem wyśmiewa się z motyli; niekiedy szczeknie pies, którego zbudził przechodzień, albo rozpaczliwie zakwili pochwycony przez łasicę ptaszek...
 Zapatrzony i zasłuchany, poszedłem do starego parku, który zdawał się być stolicą tych widziadeł i odgłosów. Alem niedługo przypatrywał się cudownym sprawom nocy. W alejach rozległy się okrzyki, śmiech i gonitwy towarzystwa dam, panienek i paniczów, którzy z dobrodziejstw księżycowego światła korzystali tak wesoło, że wobec nich — cała natura ucichła. Wszędzie było ich pełno: w klombach, na trawnikach, w alejach głównych i bocznych. Dla ukrycia się przed tą burzą radości, trzeba było wybrać najrzadziej odwiedzaną ścieżkę.
 Księżyc powoli toczył się ku zenitowi, a razem z nim posuwały się cienie drzew, zakrywając jedne, odsłaniając inne miejsca. W czasie takiej zmiany dekoracji spostrzegłem, że i tu nie jestem sam. Na próchniejącej ławie siedział stary, niski i gruby człowiek z zadartą głową, rękami rozkrzyżowanemi na poręczy, i — patrzył w księżyc. A tak był zatopiony w swem widzeniu, iż nawet nie słyszał, że koło niego przeszedłem.
 Wnet jednak obudzono go z marzeń. Wesołe towarzystwo odkryło tę ścieżkę i pędem poczęło biec ku ławce. Jednocześnie któryś z paniczów krzyknął ostrym dyszkantem:
 — Bon jour, monsieur François!...
 Stary człowiek wyprostował się.
 — Ah!... bon jour!... Cóż państwa aż tu sprowadziło?... — mówił, skupiając rozproszone myśli.
 W towarzystwie zaczęto śmiać się.
 — Chcieliśmy zobaczyć, z kim pan ma schadzkę...
 — Ładnie, monsieur François, robić tak tajemnicze wycieczki!...
 — Pan François marzy...
 — Nie, monsieur François poetyzuje na cześć panny Fifi...
 — Kto jest panna Fifi?
 — To ta złośnica Szwajcarka, która nie opuszcza żadnej mszy, ani rautu...
 Tak mówili, wciąż śmiejąc się i wymijając monsieur François, który stał zawstydzony.
 Cofnąłem się za drzewo.
 — A któż jest monsieur François? — zapytała jedna z panienek najgłośniejszego panicza.
 — To mój guwerner! — odpowiedział z akcentem ironji panicz, a potem dodał:
 Dziwak, nudny jak lukrecja i skąpy jak licho. Bardzo jestem kontent, że rozstaniemy się z nim od wakacyj.
 Z temi słowy skręcili w inną aleję.
 Monsieur François znałem z widzenia, a ponieważ stał wciąż na miejscu, jakby niepewny co robić, zbliżyłem się do niego i powitałem.
 — Piękna noc — rzekłem.
 — A tak...
 — Szkoda tylko, że w parku trochę za wesoło.
 — Im zawsze wesoło — szepnął guwerner.
 Niechętnie machnął ręką i usiadłszy na ławce, znowu patrzył w księżyc.
 — Nie rozumiem — odezwał się — jak mogą lubić księżyc ludzie szczęśliwi? To patron tułaczów, symbol nieukojonej tęsknoty i śmierci. Cieszyć się przy jego blasku na jedno wychodzi, co tańcować przy katafalku.
 Dziwną wydała mi się ta melancholja w człowieku, którego własny uczeń nazywał przed chwilą skąpcem. Wszak księżyc jest podobny do ogromnego talara — pomyślałem — i już za to samo powinienby cieszyć się sympatją monsieur François?...
 Guwerner znowu rozkrzyżował ręce na poręczy i po długiej pauzie zaczął mówić, jakby marząc głośno:
 — Księżyc to smutna gwiazda dla tych, którzy go znają, a straszna dla tych, którym wplątał się w życie...
 Na te słowa wzburzyły się we mnie wszystkie wiadomości astronomiczne.
 — Zdaje się — rzekłem — że dla księżyca nie jesteś pan sprawiedliwy. Co zaś do jego wpływu na ludzkie życie, to wiesz pan zapewne lepiej ode mnie, że czasy astrologji minęły...
 — Tak pan powiadasz? — odparł, spoglądając na mnie przez ramię.
 Jego drwiący ton zaciekawił mnie.
 — Powtarzam to, com czytał — śpiesznie odpowiedziałem. — Ale będę panu wdzięczny, jeżeli nauczysz mnie czegoś nieznanego pod tym względem.
 Stary guwerner udobruchał się i zaczął na nowo:
 — Nie dziwię się pańskiej opozycji. Dla ludzi, od niepamiętnych czasów, niebo wydawało się przybytkiem spokoju i szczęścia. Tam widzimy niewzruszony porządek, stamtąd nigdy nie doleciało nas echo skargi, tam napozór kwitnie wiekuiste życie.
 Istotnie, czem są planety? Mieszkaniami, jak nasza ziemia, gdzie widać atmosferę, obłoki, wody, lądy, a nawet pory roku, jak u nas. Czem są gwiazdy? Słońcami, z których każde rozlewa ciepło, blask, może nawet radość?...
 Niebo to ogród pełen nieśmiertelnych kwiatów. Przykre więc ogarnia człowieka rozczarowanie, gdy dowie się, że wśród gwiazd, kipiących światłem i życiem, w dodatku najbliżej ziemi, wałęsa się olbrzymie cielsko trupa, który miljony lat oczekuje pogrzebu i nie może się go doczekać. To nasz księżyc, o, ten sam...
 I wskazał ręką na jasną tarczę, która zdawała się uśmiechać smutno.
 — Trup?... — szepnąłem. — Chyba za silny to wyraz.
 — Za słaby! — przerwał guwerner. — Spojrzyj pan na światło księżyca — silne i zielonawe, jak zgnilizna. Przypatrz się ogólnym zarysom jego kształtu, co zobaczysz?... Puste oczodoły, zaklęsły nos, usta bez warg i zębów...
 A jednak i taka powierzchowność mogłaby wydać się piękną w porównaniu z tem, co teleskop odkrył na księżycu. W najdzikszych okolicach podbiegunowych, w najbardziej osławionych jaskiniach ziemskich, nie spotkasz tak odrażających widoków, jakie przedstawia księżyc.
 Spojrzyj na którąkolwiek z jego okolic. Co znajdziesz? Pustynią, bez śladu trawy, nawet pleśni, zasypaną rumowiskami, podziurawioną czeluściami wygasłych wulkanów. Zechcesz z niej uciec? — nie puszczą cię łańcuchy gór, sięgających ośmiu wiorst wysokości. Jedne z nich są jak olbrzymie sople lodu, inne jak pierścienie, inne jak prostopadłe ściany. A wszystko to spękane, połamane, podruzgotane i nad wszelki wyraz posępne.
 Gwałtem odrywasz się od tych widoków i wznosisz oczy ku niebu, myśląc, że jego szafir ukoi ci znękaną duszę. Daremne wysiłki: tam niema ukojenia! Z powodu braku powietrza, niebo jest czarniejsze od kiru, na tle którego pali się słońce, jak pożar, i gwiazdy, jak grobowe pochodnie.
 Nie szukaj tam gry kolorów. Słońce wschodzi bez zorzy, płonie czternaście dni bez przerwy, a potem znowu na czternaście dni pogrąża się w czarną otchłań. Sam jego blask służy tylko do uwydatnienia okropności widoków. Niema tam perspektywy powietrznej, dzikie kształty występują ostro, pełno jest złudzeń i zdumiewających kontrastów. Ludzkie oko traci wszelką miarę, odległości skracają się i wydłużają w sposób niemożliwy. Przedmioty jaskrawe wyskakują naprzód, blade cofają się wtył, a stąd każdy twój krok, każda zmiana w położeniu słońca wśród tej martwej natury wywołuje pozorny ruch, istny taniec upiorów.
 Niema tam półcieni. Z jednej strony skały jest upał nie do wytrzymania i powódź oślepiających blasków, z drugiej, zamiast cieniu — noc, czarna jak smoła, i zimno, przechodzące wszelkie pojęcie.
 Inna cudowna własność życia — dźwięk, również tam nie istnieje. Gdyby zawaliła się góra, uczułbyś tylko wstrząśnienie, ale nie usłyszałbyś nawet takiego szmeru, jaki u nas wydaje przelatujący komar. Ale góry tam nie walą się; co kiedy miało rozsypać się i upaść, już upadło, i dziś panuje taka cisza, że przy niej bicie pulsu w skroniach wydawałoby się człowiekowi podobnem do bicia piorunów, nie gdzieś nazewnątrz, tylko w nim samym.
 Słowem, księżyc — to państwo śmierci, ale w formie tak złowrogiej, jaką ledwie możemy odgadnąć. U nas, po śmierci zaczyna się rozkład, czyli nowe życie; tam wcale niema rozkładu. Gdyby od nas na księżyc przeniesiono zwierzęta i rośliny, zmarłyby w ten sposób, że — natychmiast wyschłyby. Ale ich kształty i niektóre barwy, nie ulegając zmianie, po tysiącach lat zostałyby tem, czem w pierwszej chwili: widmami zwierząt i roślin.
 W bocznej alei przesunęło się dwoje ludzi, rozmawiających półgłosem:
 — Śliczny księżyc!... Czy pan nie lubi księżyca?
 — Wolę oczy pani przy jego blasku.
 — A w dzień?...
 Odpowiedzi nie dosłyszałem.
 Guwerner popatrzył na nich, pokiwał głową i mówił dalej:
 — A jednak księżyc dawniej żył. Posiadał wodę, atmosferę, niewątpliwie jakieś istoty, rozwijające się i czujące. Lecz — umarł. A wiesz pan z jakiego powodu? — z tęsknoty...
 Był on niegdyś częścią ziemi, jej synem, i — oderwał się od niej, jak ja... od Francji. Przez długi czas mogło mu się wydawać, że wróci. Ale nie wrócił i — z żalu umarł...
 Wszystkie jego ruchy — to ciągłe szamotanie się z siłą postyczną, czy odśrodkową. On rwie się do ziemi, a niezasypiająca moc złego losu wciąż spycha go z drogi. Czasami niezmiernym wysiłkiem zbliży się do macierzystej planety, ale wróg nieubłagany wnet go zwycięża i odsuwa jeszcze dalej.
 Tak bywa i z ludźmi!
 Odetchnął i mówił:
 — Dla ogółu, ruchy księżyca nie odznaczają się niczem osobliwem. Ujęto je w formuły matematyczne, i to wystarcza. Gdybyś pan jednak wiedział, jaki dramat tkwi — choćby w prostych odmianach księżycowego światła... Ale chcąc go odczuć, trzeba być takim jak księżyc tułaczem.
 Podobne zmiany lunacji, jakie my widzimy na księżycu, księżyc mógłby spostrzegać na ziemi. I pomyśl pan, co za dziwny związek istnieje między temi zjawiskami...
 Kiedy księżyc widzi ziemię w formie pełnej i wciąż rosnącej tarczy, myśli, że zbliża się do niej. Wtedy, ukojony nadzieją, zasypia i nie świeci, a my mówimy, że jest nów.
 W tydzień później ziemia ukazuje mu się jako pół tarczy. Wtedy zaniepokojony księżyc zaczyna otwierać oko i patrzy: co będzie dalej?
 Jeszcze później, ziemia już nie odbija słonecznych promieni w stronę księżyca i staje się dla niego niewidzialną. Wówczas przerażony księżyc, myśląc, że całkiem oderwał się od ziemi, otwiera cale oko i śledzi międzyplanetarne otchłanie. W kilka dni dostrzega mały skrawek światła, i znowu nieco spokojniejszy, stopniowo przymyka zmęczoną źrenicę, aż do zupełnego zaśnięcia.
 — Tak, panie — dodał guwerner. — Na niebie i ziemi istnienie waha się między rozpaczą, nadzieją i krótkim odpoczynkiem. Ale szczęścia nigdy nie dosięga...
 Wyznaję, że zastanowił mnie ten szczególny wykład astronomji, w którym fantastyczne przywidzenia pomieszały się z dokładnemi wiadomościami. Uderzyła mnie też pewna sprzeczność.
 — Drogi panie — odezwałem się. — Powiedziałeś, że księżyc umarł, a jednak obecne zmiany lunacji tłomaczysz tęsknotą księżyca do ziemi. Jak to pogodzić?
 Pokiwał głową i odparł:
 — Bo widzisz pan i zapamiętaj to sobie, że na świecie „wszystko umiera, wyjąwszy — tęsknoty.“ Czuję, że i ja, gdybym umarł tu, między wami, tęskniłbym nawet w grobie[3] Zdaje mi się, że kości moje wyszłyby z ziemi i patrzyły tam...
 Wskazał ręką na zachód.
 Pojąłem, że stary guwerner dotknął jakiejś rany swego serca, i zamilkłem.
 On poruszył się na ławce, jakby chcąc mnie pożegnać. Widocznie jednak rozmyślił się i nagle rzekł tonem pytającym:
 — Pan wie, jak dawno nie byłem we Francji?... Trzydzieści lat. Trzydzieści lat nie widziałem swego kraju... — dodał zmienionym głosem.
 Teraz domyślasz się pan, dlaczego zajmuje mnie wieczne tułactwo księżyca i skąd go tak dobrze rozumiem. Nie wiem zresztą, czy on tęskni; ale to pewna, że ja... za moją ziemią...
 Wymówił to prawie szeptem i odwrócił się ode mnie. Długa chwila upłynęła, zanim uspokoił się o tyle, że mógł opowiadać dalej.
 — Opowiem panu — rzekł — dzieje, chwilami nieprawdopodobne, a jednak dosyć zwyczajne. Dowiesz się, w jaki sposób martwy świadek naszych nocy, księżyc, kojarzył się z memi nieszczęściami, i jak wygląda siła odśrodkowa w życiu ludzkiem.
 Zapalił cygaro i mówił:
 — Z upodobania i ukształcenia jestem pedagogiem. Jeszcze będąc w szkołach, kiedy moi koledzy, w czasie rekreacji, bawili się w wojsko lub w teatr, ja uczyłem czytać dzieci naszych służących. Skończywszy zaś uniwersytet, poprostu utonąłem w pracy nauczycielskiej.
 Na nieszczęście, miałem dwie wady: jedną był brak protekcji, skutkiem czego nie awansowałem, drugą — żyłka reformatorska. Chciałem poprawić wady ówczesnej pedagogiki i — zyskałem silnych nieprzyjaciół. Nie wiedziałem jeszcze, że kto chce zrobić karjerę, nie powinien szukać, ale dogadzać panującemu smakowi.
 Bądź jak bądź, po kilku latach walk i pracy, moje urzędowe i prywatne stosunki stały się nieznośnemi. Rozdrażniony i rozżalony, wziąłem dymisją jako nauczyciel i wyjechałem do Anglji. Jest temu lat trzydzieści.
 Dodam tu nawiasowo, że kiedym opuszczał Paryż, jadąc nocnym pociągiem, świeciła na niebie pełnia. Ponieważ były kobiety, więc naturalnie dużo rozmawiano o księżycu. Damy twierdziły, że jest to gwiazda zakochanych, jakiś wiejski dzierżawca nazywał go słońcem cyganów i złodziei, a pewien starzec, który dotychczas niewielki udział przyjmował w rozmowie, odezwał się nagle:
 — A ja państwu powiadam, że księżyc to planeta tułaczów. Kto urodzi się pod jego znakiem, nie znajdzie spokojnego kąta na ziemi, a niewiadomo, czy i po śmierci nie zostanie upiorem...
 Wszyscy śmieli się z tych sentencyj, wypowiedzianych kaznodziejskim tonem; ale mnie dreszcz przeszedł. Nic dziwnego: dobrowolna emigracja z kraju zrobiła mnie drażliwym w tej kwestji.
 Dla nas, Francuzów, Anglja jest szkołą publicznego życia. Jadąc tam, planowałem sobie, że dokończę mego ukształcenia, znajdę sympatją, jakiej nie miałem w kraju, że wreszcie zdobędę mająteczek i powróciwszy do Francji, założę pensjonat, w którym sam będę panem.
 Istotnie Anglja nie zawiodła moich nadziei. Przemieszkałem w niej lat dziesięć, a czas ten był najszczęśliwszy w mojem życiu. Dojrzałem umysłowo, zdobyłem szacunek ludzi rozumnych, a nawet zebrałem pewien fundusz. Nie krępując się w wydatkach, odłożyłem tysiąc funtów szterlingów.
 Przyjaciele moi zachęcali mnie, ażebym tam założył szkołę; ofiarowali mi nawet pomoc. Ale odmówiłem. Chciałem podzielić się z ziomkami doświadczeniem, nabytem w Anglji, a co ważniejsze, poczułem tęsknotę do kraju. Dopóki pracowałem, lata upływały mi jak dnie, lecz gdym już pomyślał o powrocie do Francji, minuty wydawały mi się za długie. W ciągu tygodnia zebrałem moje pieniądze i siadłem na statek, odjeżdżający do Brestu.
 Był to piękny wieczór październikowy, a na niebie świecił księżyc w pełni. Patrzyłem na niego z zachwytem, przypominając sobie wyjazd z Paryża i łata tułactwa, które — jutro miały skończyć się dla mnie!...
 Gdy w rozmowie zwierzyłem się przed kapitanem statku z moich sympatyj do księżyca, który nazwałem najpiękniejszą planetą, wzruszył ramionami i odparł:
 — W gruncie rzeczy jest to planeta najsmutniejsza, bo już martwa.
 I zaczął opisywać księżycowe krajobrazy, mniej więcej tak, jak ja panu o nich opowiadałem.
 Zrobiło to na mnie przykre wrażenie, lecz nie straciłem otuchy. Czyliż ten martwy księżyc, patron tułaczów, nie odprowadzał mnie do Anglji? A przecie tam byłem szczęśliwy.
 W sześć godzin po podniesieniu kotwic zerwała się burza, trwająca kilka dni. Statek nasz, wymknąwszy się z kanału, wyjechał na pełny ocean i z szybkością ptaka leciał na południe, wzdłuż brzegów Francji. W okolicach Rochelli zbliżyliśmy się do brzegów, ale o wylądowaniu nie było mowy. Znowu wypłynęliśmy na ocean, piorunem okrążyliśmy Finister i — niedaleko Lizbony — rozbiliśmy się...
 W tym samym czasie podobny los spotkał kilkadziesiąt innych statków.
 Zdarzenia tego nie zapomnę do końca życia. Kiedym usłyszał trzask ścian okrętowych i szum wody, wdzierającej się do wnętrza, ukląkłem pod masztem i, mimo sceptycyzmu, poleciłem duszę Bogu. Nagle pokład przechylił się, i — potężna fala zmyła mnie w morze. Machinalnie płynąc, w odzieniu ciężkiem jak ołów, uczułem, że jakaś martwiejąca ręka chwyta mnie za nogi... Później trafiłem na belkę, przy której ktoś ujął mnie za kark i zepchnął w wodę... Potem zobaczyłem wysoko, jakby na górze, łódź ratunkową i — straciłem przytomność.
 Kiedym ocknął się, pierwszym przedmiotem, jaki spostrzegłem, był — biały kapelusz siostry miłosierdzia, która poiła mnie mocnem winem. Z ruchu jej ust domyśliłem się, że mówi do mnie; alem nie słyszał wyrazów, tylko jakiś szum. Chciałem odezwać się, lecz nie mogłem poruszyć szczękami; chciałem podnieść rękę, ale zabrakło mi siły.
 Takie były pierwsze wrażenia. Powoli, wzmocniwszy się, dowiedziałem się, że od trzech tygodni leżę w lizbońskim szpitalu. Gdy mi podano lustro, zobaczyłem, że jestem podobny do szkieletu i że mam łysą głowę.
 — A gdzie moje pieniądze? — zapytałem, z trudnością wymawiając wyrazy.
 Zakonnica potrząsnęła głową, patrząc na mnie z politowaniem.
 — Niema żadnych pieniędzy — odparła.
 — Więc mnie okradziono?
 — Nie okradziono pana, ale przez kilka godzin byłeś w morzu... Morze zjada nawet okręty!...
 Nigdy nie byłem chciwym, ale dowiedziawszy się o tej stracie, zapłakałem jak dziecko. W tej chwili uczułem, że mi utonęło dziesięć lat życia...
 „Z czem wrócę do Francji? — myślałem. — Czy mam jak żebrak wyciągać rękę do tych samych ludzi, których opuściłem przed laty?...“
 Nie obchodził mnie już ani własny pensjonat, ani reformy w wychowaniu. Teraz chciałem mieć pieniądze na to tylko, ażeby spokojnie i zdala od ludzi żyć we Francji. Były to pragnienia człowieka, który stracił energją i zestarzał się w chorobie.
 Leżąc na szpitalnem łóżku, marzyłem tylko o tem, aby co rychlej dostać jakąś pracę, zakopać się w niej na kilka lat, zbierać grosz do grosza, a potem wrócić do ojczyzny. Zdawało mi się, że oddaliłem się od niej na cale wieki.
 Z naszego statku niewielu ocalało; tem gorliwiej zajęto się pozostałymi. Kilka osób odesłano do Francji, kilku dano posady na miejscu, a mnie, gdym wyzdrowiał, pewien bogaty Włoch, spekulant z Tunisu, zaproponował w swym domu posadę nauczyciela. Przyjąłem bez wahania; z równą obojętnością jechałbym do Australji, nawet do Laponji.
 W Tunisie przebyłem lat sześć, wśród ciężkiej pracy. Wychowałem memu gospodarzowi dwu synów i córkę, a prócz tego udzielałem lekcyj w kilku innych domach europejskich. Dzieci były pojętne, ale zaniedbane i leniwe. Całe dnie pasując się z ich kaprysami i nieuwagą, czułem, że przestaję być pedagogiem entuzjastą, a robię się rzemieślnikiem.
 Swoją drogą w ciągu pięciu lat odłożyłem przeszło dziesięć tysięcy franków i oddałem je memu gospodarzowi, który posiadał niesłychane szczęście w obrotach pieniężnych. Sumka moja w jego rękach szybko rosła; obliczałem, że na wyjazd będę miał z piętnaście tysięcy.
 Znowu gorąco zatęskniłem do Francji i już za kilka miesięcy postanowiłem wracać, gdy wtem... mój gospodarz zbankrutował!...
 W parę dni wyrzucono nas z pałacu, zabrano sprzęty, powozy i konie, a mój gospodarz musiał na rybackim statku uciekać do Genui.
 Kiedym go w nocy odprowadzał do brzegu, padł mi w objęcia, szlochał i zaklinał się na świętych i sakramenta, że mi wszystko zwróci co do centyma.
 — Przyjedź pan tylko do Genui. Mam tam familją i wierzycieli, i zaspokoję cię. Ciebie jednego mam na sumieniu, muszę cię spłacić!
 W godzinę później statek odbił od brzegu. Jego żagle błyszczały jak srebro. Odwróciłem głowę i zobaczyłem — księżyc w pełni...
 — Tknęło mnie niedobre przeczucie. No i co pan powiesz?... — zawołał stary guwerner. — W parę tygodni byłem w Genui, alem już nigdy nie zobaczył ani mego chlebodawcy, ani pieniędzy!
 — Księżyc temu nie winien — wtrąciłem — choć była pełnia.
 — I ja tak myślę — odparł. — Musisz pan jednak uznać, że księżyc tym razem przyświecał wielkiemu złodziejowi. Szkaradna gwiazda!...
 Cygaro oddawna mu zgasło, więc zapalił je powtórnie i znowu opowiadał:
 — W Genui zetknąłem się z pewną polską rodziną i z nią przyjechałem do waszego kraju, gdzie mieszkam lat trzynaście. Ludzie tutejsi są dobrzy, nawet zdolni, choć niestety, nie lubią pracować, a naturalnie i nie szanują cudzej pracy. Ich bożkiem jest zabawa, dla której wszystko poświęcają. Zato naukę traktują jak macochę, a nauczycieli jak kamerdynerów.
 Ale mniejsza o nich. Wracam do mego losu.
 Przed sześcioma laty, jedna z waszych zamożnych rodzin, u której byłem nauczycielem, otrzymała wielki spadek i, rozumie się, na jego cześć wybrała się do Paryża.
 Jechałem i ja z nimi. A trudno opisać, com czuł, zbliżając się do ojczyzny, od dwudziestu czterech lat niewidzianej.
 Podróż ciągnęła się parę miesięcy, zwiedzaliśmy bowiem wszystko, co leżało i nie leżało na drodze: Berlin, Wiedeń, Monachjum, Drezno... Moi państwo wszędzie zatrzymywali się i bawili cudownie; ja, pochłonięty jedną myślą, zaledwie pamiętam, co widziałem.
 Nareszcie — dowlekliśmy się prawie do Strasburga. Lecz, kiedy już dosięgaliśmy granicy, zatrzymała nas depesza z Warszawy. Adwokat donosił memu panu, że jego spadek został zakwestjonowany, i wzywał go natychmiast do powrotu!...
 Tego samego dnia już nocowaliśmy w Kolonji, pani bowiem zasłabła i musiała odpocząć.
 Tak boleśnie pozbawiony nadziei zobaczenia Francji, wpadłem w rozpacz. Chciałem sam wracać i poprosiłem mego chlebodawcę, ażeby mi wypłacił należność. Gdym mu wytłomaczył pobudki tego kroku, szczerze mnie żałował; oświadczył jednak, że dopiero w Warszawie będzie mnie mógł zaspokoić, gdyż w tej chwili czuje brak pieniędzy.
 Zdesperowany, wyszedłem na ulicę i znowu zobaczyłem — księżyc w pełni, szyderczo spoglądający na mnie z poza olbrzymiej katedry...
 Wtedy pierwszy raz przyszło mi do głowy okrutne przypuszczenie: czy ja nie jestem, jak ten księżyc, skazany na wiekuiste tułactwo?... Jak on okrąża ziemię, czyliż ja nie okrążam Francji? Czy nie zbliżałem się do niej z północy, zachodu, południa, a teraz ze wschodu i — zawsze napróźno?... A ile razy myślałem, że choć dotknę nogą ojczystej ziemi, tyle razy, zdaje się, prawie niemożliwy zbieg wypadków odrzucał mnie od niej, nie pozwalając nawet spojrzeć zbliska...
 Wiem, że moje przesądy co do księżyca wyglądają na obłęd, albo dzieciństwo. Ale, panie, przesąd jest zielskiem, które wyrasta z nieszczęścia. Czy nawet może nie być przesądnym człowiek, który trzy razy w tak straszny sposób doświadczył na sobie potęgi losowych wypadków?... A czem zresztą jest każde prawo, jeżeli nie ciągłem powtarzaniem się faktów, w gruncie rzeczy niezrozumiałych?...
 Za miesiąc — mówił guwerner — kończą się moje teraźniejsze obowiązki. Ciężką pracą i drobiazgową oszczędnością, nieledwie zaparciem się, zebrałem kilka tysięcy rubli. Jest to niewiele. Szczęściem, dzisiejszy mój pan obiecał mi dać dwa tysiące rubli gratyfikacji, jeżeli... jeżeli syn jego do ostatka będzie ze mnie kontent!... Pojmujesz pan, ile kaprysów, ile upokorzeń znosić muszę dla uzyskania tych pieniędzy, które dla mnie stanowią przyszłość, bo już czuję brak sił, jestem zgnębiony i wyczerpany...
 A jednak byłoby to niczem, gdybym, pośród wszystkich goryczy, miał pewność, że... nareszcie wrócę do kraju...
 — Jestem przekonany, że tak będzie — odezwałem się.
 Guwerner smutnie potrząsnął głową i odparł:
 — Jesteś przekonany, bo nie wiesz, co to jest być zwyciężonym. Ludzie młodzi mają tak niewielkie doświadczenie, a tak obfite zapasy nadziei, miłości, pragnień, zresztą — wiary w siebie, że nawet nie pojmują niezwalczonej siły losu. Mnie możesz pan uważać za mazgaja, który nigdy nie umiał oprzeć się zewnętrznym okolicznościom; pomyśl jednak, ilu ludzi znanych z energji łamały kapryśne wypadki? Lecz i tego dowodu nie trzeba. Spojrzyj na księżyc, pomyśl, ile on waży setek miljonów centnarów, pomyśl, że nieustannie dąży do ziemi, i pomimo to nie spada, bo w każdej chwili zbija go z drogi tajemnicza potęga. Dla księżyca zwie się ona — siłą rzutu, dla człowieka — nieszczęściem; ale skutki są jednakowe — tułactwo!...
 Kto mi zaręczy, że ja nie jestem igraszką jakiejś niezbadanej siły odśrodkowej? Wszakże jej potęgi doświadczam od lat trzydziestu. Kto mi da nadzieję, że wrócę do ojczyzny?... Alboż nie mogę w ciągu kilku tygodni umrzeć, czy zniedołężnieć? Ale i tego nawet nie trzeba. Mogę poprostu znowu stracić pieniądze, a choćby tylko nie dostać gratyfikacji, a wtedy co?... Miałżebym wstyd wracać na łaskawy chleb do kraju, który opuściłem w sile wieku, który mi wszystko dał, niczego wzamian nie żądając?...
 Pracować dłużej w takich warunkach nie potrafię. We Francji odzyskałbym energją, ukoiwszy tęsknotę. Ale tu!...
 Czuję, że jestem jak pociąg, który dojeżdża do stacji. Potrzebuję nowych zapasów siły, a tej u was nie znajdę.
 Przez łączkę, oblaną światłem księżyca, przesunęło się znowu — dwoje, i doleciał nas urywek rozmowy:
 — A na dobranoc?...
 — Dostanie pan tę różę.
 — I tyle?...
 — Czy nie dosyć?...
 — Przynajmniej niech ją pani dotknie ustami.
 — Nie wolno.
 — Nie wolno, to znaczy — nie chcę?
 — Nie wolno, znaczy tylko... nie wolno...
 I znikli, jak duchy.
 Guwerner podniósł się z ławki i ciężkim krokiem szedł ku domowi.
 W końcu alei rozległ się odgłos prędkiego biegu kilku osób i wołanie:
 — Monsieur François! monsieur François!...
 Nagle dopędził nas wychowanek guwernera w towarzystwie dwu innych paniczów.
 — Monsieur François, niech mi pan zrobi jedną łaskę... — rzekł chłopiec tonem pieszczotliwym.
 I uwiesiwszy się staremu na szyi, wywijał nogami w powietrzu.
 — Dziesięć łask zrobię ci za taką prośbę! — odparł z uśmiechem guwerner. — Czegóż sobie życzysz tak gorąco?
 Chłopak zaczął szeptać głosem przerywanym ze zmęczenia:
 — Widzi pan, tam, na balkonie, pannę Fifi?... Już pół godziny siedzi w białym szlafroku, z podpartą brodą, i — wzdycha!... Sam słyszałem, że wzdycha... Z pewnością jest zakochana...
 — Dajże jej spokój z zakochaniem! Prędzej ją zęby bolą — odparł guwerner.
 — To wszystko jedno — przerwał chłopiec — bo... wie pan, co mi na myśl przyszło?... Oto, żeby pan przebrał się za trubadura i — zaśpiewał jej serenadę...
 Guwerner odsunął go lekko.
 — Pan nie chce?... — zdziwił się chłopak.
 — Nie.
 — Pan mi odmawia? — zawołał malec z gniewem.
 Stary spojrzał na mnie i pokiwał głową. Odsunąłem się od nich.
 — Jeżeli tak, więc — dziękuję panu! — mówił zirytowany chłopak. — Obiecałem, że pan będzie śpiewał serenadę... Całe towarzystwo czeka, a pan mi odmawia... Jestem skompromitowany!... — dodał, prawie szlochając.
 Na drodze ukazała się wysoka dama, w płomienistej sukni i purpurowym szalu.
 — Maman!... il ne veut pas śpiewać serenady... — zawołał chłopak, biegnąc naprzeciw niej.
 — A mówiłam ci — rzekła dama — ażebyś nie dawał słowa w imieniu osób, których nie jesteś pewny. Szkoda, że monsieur prawie na pożegnanie robi tak wielką przykrość Luciowi!
 Czułem, że w tej chwili dwa tysiące rubli gratyfikacji wiszą na włosku...
 — Co go mój honor obchodzi! — wzdychał malec. — Gdybym powiedział, że zabiję się w jego oczach, jeszczeby nie śpiewał.
 — Więc nie da się pan ubłagać? — spytała dama.
 — Lucio przesadza! — odezwał się guwerner. — Zresztą, jakże tu śpiewać serenadę, jeżeli niema gitary?... — dodał tonem żartu.
 Chłopak wysunął się naprzód.
 — Są skrzypce — rzekł. — Może pan grać na nich, jak na gitarze.
 — A płaszcz?... a kapelusz?... — pytał zmieszany guwerner.
 — Jest wszystko, i zaraz pana ubierzemy! — mówił chłopiec, znowu chwytając go za szyję. — Ach, jaki pan dobry!... ach, jak to będzie zabawnie!... Pomrzemy ze śmiechu...
 Objął go wpół rękoma i szybko biegnąc, ciągnął w stronę gęstego klombu.
 W kilka minut z poza krzaków wysunął się trubadur. Niski, gruby, w szerokim kapeluszu i połyskującej pelerynie, wyglądał w nocy jak strach na sowy.
 Ostrożnie zakradł się pod balkon i stanął, oświetlony promieniami księżyca, naprzeciw dumającej panny Fifi. Usłyszałem cichy brzęk strun skrzypcowych, a potem jakąś wenecką serenadę, śpiewaną głosem fałszywym i zmęczonym.
 Biało ubrana kobieta wychyliła się z balkonu, widocznie nie rozumiejąc, co to znaczy. Lecz poznawszy guwernera, krzyknęła:
 — Stary błazen!...
 Trubadur umilkł i szybko skrył się w cieniu balkonu. W sąsiednich klombach rozległ się ogromny śmiech.
 — Cha! cha! cha!... — śmiało się kilkanaście różnych głosów, nad któremi górował zanoszący się dyszkant panicza. — Cha! cha! cha!...
 Już panna Fifi cofnęła się z balkonu, a guwerner znikł, jakby wpadł pod ziemię, a oni jeszcze śmieli się sopranami, tenorami i dyszkantem. Aż śpiący na gałęzi obudził się ptak, i przestraszony, najeżywszy pióra, zaświergotał.
 Potem śmiech zamienił się w wesołą rozmowę, potem wielokrotnie powtórzono słówko: „dobranoc!“ — i nareszcie wszystko umilkło. Zbudzony ptak mocniej objął palcami gałązkę i znowu zasnął. I śniło mu się w główce, schowanej pod skrzydło, że jest, jak niegdyś, małym ptaszkiem i że śpi w gnieździe, otulony gorącą piersią matki.
 Było już po północy. Księżyc dosięgnął zenitu, a nad balkonem, pod którym guwerner śpiewał serenadę, stał obłok szczególnej formy. Zdawało mi się, że zamiast kłębów pary widzę olbrzymią mapę Francji, jaśniejącą blaskami.

∗
∗             ∗
 Od tej nocy guwerner tak mnie unikał, że opuściłem wieś, nie mogąc spotkać go ani razu.
 Później zapomniałem o nim. Lecz w kilka miesięcy, na Nowy Rok, otrzymałem z Paryża upominek w formie biletu z zabawnym rysunkiem.
 Był tam mały, nagi chłopiec, grający na gitarze pod balkonem równie małej i nie lepiej ubranej dziewczynki.
 Na odwrotnej stronie, u dołu, przeczytałem nazwisko: François X...

 Domyśliłem się, że stary guwerner nareszcie wrócił do Francji. Serenada była ostatniem nieszczęściem, jakie sprowadził na niego księżyc w pełni.


MILKNĄCE GŁOSY.

 Wróciwszy cało z piątej kampanji w życiu, pułkownik w końcu roku 1871 wziął dymisją i osiadł w Lionie. Liczył sobie dopiero sześćdziesiąt pięć lat i wyglądał tak czerstwo, że przyjaciele namawiali go, aby się ożenił. Ale pułkownik nie chciał się żenić. Mówił, że wprawdzie ma jeszcze mocne nogi, lecz że go już znudziła adwokacka Francja, więc myśli wrócić do swoich. Z babą zaś miałby w drodze dużo kłopotu.
 Chciał jechać natychmiast; zaczął nawet szukać kupca na swój domek z ogródkiem. Tymczasem przybyło do Lionu trzech rodaków i kolegów pułkownika z najpierwszej kampanji. Starzy odnaleźli się łatwo, jeszcze łatwiej odnowili znajomość i odtąd chodzili sobie we czterech. Chcąc pijać razem czarną kawę w polskiej kawiarence, musieli razem jadać obiad w jednej restauracji. Potem każdy mógł iść, gdzie go oczy poniosą, byle wieczorem stanął na czas do wista. Ponieważ jednak trafiały się spóźnienia, więc dla porządku, pilnowali się wzajemnie i — cały dzień chodzili razem, czasami po dwóch, czasem gęsiego, a zwykle rzędem.
 Głownem zajęciem ich była rozmowa o dawnych kampanjach i o polityce bieżącej. W ciągu roku starzy odkryli wszystkie błędy Kossutha, Mac-Mahona, Bazaine’a i dawniejszych wodzów. W roku zaś następnym poukładali tak szczęśliwie plany wojen, że gdyby je wykonano, świat wyglądałby całkiem inaczej niż obecnie.
 W trzecim roku jeden z nich umarł. Opłakali go jak brata, lecz w miesiąc po pogrzebie zadecydowali, że w polityce nieboszczyka tkwił wielki błąd: bo Bismarck, choć Niemiec, jest jednak genjalnym człowiekiem, i niewiadomo, na co się jeszcze może przydać.
 W czwartym roku umarł im drugi kamrat, całkiem niespodzianie. Pułkownik aż położył się do łóżka ze zmartwienia i od tej pory z pozostałym kolegą nie grywał w wista, tylko w marjasza. Starzy mniej teraz rozmawiali ze sobą, ale zato czytywali więcej gazet. Rozejrzawszy się zaś i skombinowawszy to, co pisały dzienniki angielskie, z tem, co niekiedy bywało w niemieckich, doszli do wniosku, że Bismarck wcale nie jest taki zły, jak się wydaje, lecz — musi być ostrożny...
 — W polityce, kochany kapitanie — mówił pułkownik — najpierwszą cnotą jest ostrożność. To rzecz daremna!...
 — Zawsze byłem tego zdania, kochany pułkowniku — odparł kapitan. — I nawet, jeżeli sobie przypominasz, często broniłem Bismarcka...
 — No, częściej mówiłeś, że to gałgan.
 — Ja, pułkowniku?... To nieboszczyk Kudelski, a głównie Domejko, Panie świeć ich duszy...
 Potem dodał:
 Prawda, że dobrzy z nich oficerowie, ale — do polityki żaden nie miał głowy... choć obaj są już na boskim sądzie.
 Nareszcie — pewnej zimy umarł i kapitan.
 Pułkownik narazie nie okazał żalu; zajął się pogrzebem i sprawił taki, jaki należał się oficerowi dwóch armij. Nie uronił ani jednej łzy; ale gdy nad grobem rozległy się salwy piechoty, żegnającej kolegę, starzec nagle zachwiał się i padł, jakgdyby wszystkie strzały skierowano w jego piersi.
 Ledwie go otrzeźwili. Przez kilka minut odpoczywał, potem, bez niczyjej pomocy, wsiadł do fiakra i kazał się odwieźć do domu.
 Na drugi dzień w miejscowych dziennikach ukazało się ogłoszenie o sprzedaży domu pułkownika. Kupiec znalazł się prędko, a w tydzień później starzec gotował się do pożegnania gościnnej Francji na zawsze.
 — Nie żal ci też, pułkowniku, opuszczać nas? — spytał go rejent, u którego robiono akt sprzedaży.
 — Żal i nie żal — odparł starzec. — Żal, boście szlachetny naród, i warto za was krew przelewać. A nie żal — bo się u was dużo zmieniło... Gadacie tylko o handlu, pieniądzach, kuchni, zabawach... Wrócę ja lepiej do moich śniegów... Tam są inni ludzie, moi ludzie... Oni zrozumieją mnie, ja ich. A tu, u was, jest mi już strasznie pusto...
 Rejent pokiwał głową, ale widząc gorączkę starca, nie wdawał się w perswazje. Zrozumiał on, że człowieka czasami porywa burza tęsknoty i niesie go jak liść, który, gdyby umiał myśleć, możeby i myślał, że wraca na swoje dawne drzewo i że znowu do niego przyrośnie.
 Pułkownik udał się do Paryża, ułożył się o wypłacanie mu emerytury, przedstawił w ambasadzie swoje dokumenta i uzyskał paszport. Spotkał wielu przyjaciół, którzy namawiali go, ażeby odpoczął choć do lata. Ale napróżno. Starca, od chwili, gdy powiedział sobie, iż wraca do kraju, ogarnął taki niepokój, że poprostu — nie mógł sobie znaleźć miejsca.
 W rozmowie był nieuważny, w towarzystwie cierpki. Gdy dla rozerwania się wziął jaki dziennik, zdawało mu się, że jest drukowany po polsku. Wszędzie na coś czekał, jakby lada chwilę miał ukazać się ktoś jeszcze nieznany, ale — od dawna wyglądany. Na bulwarach, ponad tysiącem świateł i gwarnem mrowiskiem ludzi, widywał ciche równiny, śniegiem pokryte, na horyzoncie czarne lasy, gdzie niegdzie małe domy ze słomianemi dachami, albo stare krzyże przy drogach.
 Miał jakby dwie dusze. Jedną wywiózł z kraju, druga wyrosła w nim na obczyźnie i samowładnie rządziła przez lat czterdzieści kilka. Lecz nagle obudził się ów młody duch z całym zasobem wspomnień i pragnień. Było mu źle w Lionie, źle w Paryżu, źle w teatrze, źle w pociągu. W dzień przeszkadzał myśleć, a w nocy — zdawało się pułkownikowi, że ktoś rzuca nim po łóżku, wygania go z pokoju, że w nim szlocha i krzyczy rozdzierającym głosem:
 — Odwieź mnie tam, do moich!...
 Starzec opuścił Paryż, z wieloma osobami nie pożegnawszy się nawet, i dniem i nocą jechał do kraju. Wyprostowana figura i charakterystyczne ruchy zwróciły uwagę Niemców, którzy przypatrując się śniadej, suchej twarzy, jego podciętym białym wąsom i białej muszce na brodzie, odgadywali, że to musi być jakiś jenerał, a bodaj czy nie marszałek francuski.
 — Pewnie jedzie z misją do Petersburga!... — szeptali Niemcy.
 A że starzec wciąż wyglądał oknem, domyślali się, że bada niemieckie koleje, i — wróżyli wojnę na obu frontach.
 Do granicy pociąg przyjechał nad ranem. Formalności paszportowe zabrały kilka godzin czasu. Jedni pasażerowie jedli, inni drzemali. Pułkownik nie mógł ani jeść, ani spać; wyszedł na spacer za stacją.
 Szedł wzdłuż toru drogi żelaznej, może wiorstę, a może i dalej. Zaczęło świtać. Na wschodzie ukazał się jasny pasek, który stopniowo wzrastał, aż całe niebo przybrało barwę zielonego szkła, poplamionego szaremi, białemi i blado-różowemi obłokami.
 Po dusznej atmosferze bufetu, chłodny wiatr orzeźwił starca, ale — nie uspokoił go. Pułkownikowi zdawało się, że gdy raz stanie na otwartem polu, na swojem polu, w jego piersi nie wytrzyma tęsknota, wyrwie się i gdzieś odleci, jak gołąb, wypuszczony z klatki. Lecz stało się inaczej: zamiast ukojenia, uczuł zdziwienie. Horyzont, niegdyś taki szeroki, wydał mu się ciasnym. Lasów nie widać, tylko tu i owdzie sterczą dymiące kominy fabryk. Nie widać ani chat, ani ogrodów przy nich, tylko posępne, ceglane domy na śnieżnych wydmach. Nawet wiatr, zamiast szumieć między gałązkami wierzbiny, tłukł się o nieskończenie długi szereg slupów, albo w telegraficznych dzwonkach płakał jak zabłąkana sierota.
 To już nie ta ziemia, którą przed pół wiekiem opuścił!...
 Na dworcu zadzwoniono. Pułkownik ledwie zdążył zająć miejsce w wagonie — i pociąg ruszył.
 Przez całą drogę starzec rozglądał się, chcąc choć niejakąś nitkę nawiązać między rzeczywistością i wspomnieniami. Daremna praca! Inny kraj leży na dnie duszy, inny przed oczyma. Chłopi bez sukman, Żydzi bez lisich czapek, domy bez drzew, ziemia bez lasów. Nie był nawet pewny, czy ptaki nie straciły głosu.
 Do Warszawy przyjechał już późno wieczór i umieścił się w drugorzędnym hotelu, który z pozoru przypominał dawne „zajazdy.“ Lecz i tu spotkało go rozczarowanie. Zamiast prostych sprzętów, obitych włosieniem albo skórą, jakie bywały za jego czasów, zastał modne meble, obrazy kobiet z półświatka, popsute elektryczne dzwonki i służbę w poplamionych frakach. Nie był to już stary „zajazd,“ ale zagraniczny hotelik w złym gatunku.
 Przespawszy noc jako tako, pułkownik od rana wyszedł na miasto. Wziął dorożkę i kazał obwozić się po wszystkich znanych niegdyś ulicach. Niepojęte zmiany... Znikły wysokie, w białe i czerwone pasy malowane, słupy latarniowe, znikły dworki i rozległe ogrody, a miejsce ich zajęły szeregi ogromnych kamienic, zbudowanych po większej części bez ładu i smaku. Nawet tam, gdzie za jego czasów polowano na dzikie kaczki, stało dziś miasto duże, ruchliwe, ale — jakieś inne...
 Ludzi zupełnie nie poznawał, ani z ubiorów, ani z fizjognomij. Co dziwniejsza, chwilami raziło go to, że nie słyszy gwaru francuskich rozmów, do których przez pół wieku nawykło ucho!
 Po tej przejażdżce uczuł pustkę jeszcze większą, niż we Francji, i postanowił wejść w towarzystwo ludzi.
 Miał tu znajomych między różnemi osobami, które spotykał w Paryżu, albo u wód.
 Zanotował kilka nazwisk i poprosił hotelowego szwajcara o wyszukanie adresów. Na drugi dzień przyniesiono mu tylko jeden adres, człowieka dość majętnego, z którym przed dziesięcioma laty poznał się w Vichy.
 Pułkownik natychmiast udał się do niego i szczęściem zastał w domu.
 Gospodarz narazie nie poznał go, a poznawszy, zmieszał się. Gorączkowo ściskając gościa, troskliwie począł go wypytywać, czy nie miał kłopotów z paszportem? — a gdy uspokoił się co do tej kwestji, zapytał, jak też długo myśli bawić w Warszawie?
 — Chciałbym tu osiedlić się, o ile, naturalnie, uda mi się zawiązać stosunki — odparł pułkownik.
 — O!... stosunki u nas zawiązują się łatwo. Znajdzie tu pan może nawet i swego kolegę...
 — Któż to?... — przerwał mu prędko starzec.
 — Jest to także były oficer francuski. Biedaczysko!... przyjechał bez grosza i ledwo znalazł jakąś lichą posadę... Dziś nie może odżałować, że opuścił Francją. Och!... u nas bardzo trudno o zajęcie... tysiące młodzieży szuka go napróżno...
 — No, ja tego nie potrzebuję — odparł gość, śmiejąc się pierwszy raz od paru miesięcy. — Mam trochę gotówki i emeryturę pułkownika.
 Uśmiech tak widać ozdobił marsowatą twarz starca, że gospodarz, poprzednio dość chłodny, nagle wpadł w entuzjazm. Porwał gościa w objęcia, kilkanaście razy nazwał go pułkownikiem, przypomniał mu mnóstwo przyjemnych chwil, spędzonych razem w Vichy, przedstawił mu całą swoją rodzinę i zaklinał na wszystkie świętości, ażeby raczył uważać ten dom jak własny i ażeby jutro wieczorem zaszczycił go swoją wizytą.
 — Będzie u nas parę osób — mówił zachwycony gospodarz — które z przyjemnością złożą hołd bohaterowi...
 — Emerytowi!... — poprawił go pułkownik.
 Pomimo tak szczególnego przyjęcia, pułkownik przyszedł na wieczór. W przedpokoju przyjął go sam gospodarz, ledwie nie zdjął mu kaloszy i z wielkim szumem wprowadził do salonu.
 Był to wieczór tańcujący, więc starzec znalazł odrazu kilkadziesiąt osób. Porobił prędko znajomości z damami, z których jedna zapewniała go, że pamięta kampanją włoską, choć mogła znać na palcach węgierską — druga dziwiła się, że opuścił „ten piękny Paryż,“ a najmłodsza zapytała nieśmiało: czy pan pułkownik nie tańczy już nawet kadryla?...
 Ponieważ przeszło siedemdziesięcioletni weteran już nie tańczył, więc, gdy odezwała się muzyka, pomimo całego szacunku — zapomniała o nim. Żołnierz z pod Solferino i Gravelotte musiał ustąpić bohaterom walca i kontredansa, tak samo jak we Francji.
 Wyszedł do dalszych salonów; tam grano w karty. Gościnny gospodarz ofiarował się w tej chwili zebrać mu towarzystwo do wista z dwu radców i jednego prezesa; ale starzec podziękował, może przez pamięć dla swoich ostatnich kolegów od wista.
 Więc i tu przestano się nim zajmować, z czego pułkownik był kontent, mogąc przypatrzeć się ludziom.
 Przysłuchiwał się rozmowom. W jednym kącie mówiono o karnawale, w drugim o giełdowych kursach, w trzecim o płci pięknej, w czwartym o polityce, a mianowicie o tem, że nas Niemcy nieodwołalnie zjedzą.
 Do tej grupy przyłączył się pułkownik, ale rozmawiał niedługo. Przechodząc od kwestji do kwestji, usłyszał wkońcu, że realna polityka powinna traktować wojnę jak interes przemysłowy, i że tylko taki szarlatan, jak Napoleon III, mógł wojować za cudze sprawy, dla idei.
 Toż samo niejednokrotnie słyszał we Francji — pocóż więc ją opuścił?...
 Starzec cichaczem wymknął się z balu i wrócił do swego zajazdu. Położywszy się do łóżka, począł marzyć, trochę we śnie, trochę na jawie. Gdy znużony tracił chwilami świadomość, zdawało mu się, że przestał być człowiekiem, lecz że jest krzyżem na zapadającym się grobie, w którym spoczęli jego dawni kamraci. Gdy zaś ocknął się, szeptał:
 — Pocom ja tu wrócił?...
 I uczuł tęsknotę za Francją.
 Na drugi dzień przypadała niedziela. Starzec wstał późno i ubierał się powoli, namyślając się, kiedy wracać do Francji: dziś, czy jutro?... Tu był już obcym dla wszystkich i wszyscy dla niego.
 Miał numer na dole. Gdy około dziesiątej podniósł roletę, spostrzegł, że przed jego oknem chodzi, tam i napowrót, jakiś ubogo odziany człowiek z małym chłopcem.
 Był silny mróz, więc ubogi człowiek, dla rozgrzania się, tupał nogami w chodnik, uderzał się w ramiona, albo rozcierał zsiniałe z zimna ręce dziecka, które miało nieco przydługi surdut, słomiany kapelusz, nieobtarty nos i uszy podwiązane brudną chustką.
 Ponieważ chodzący po podwórzu często spoglądał w okno pułkownika, starzec zwrócił na niego uwagę i spytał kelnera: co za jeden jest ten człowiek?
 Kelner uśmiechnął się i odparł:
 — To szewc!... Mieszka tu u nas pod strychem i chce swojemu chłopcu pokazać pana pułkownika...
 — Mnie pokazać?... A skądże on wie, kto ja jestem?...
 — Dowiedział się od służby...
 Starzec zamyślił się, a tymczasem ubogi człowiek wciąż dreptał za jego oknem, albo rozcierał zmarznięte rączyny dziecku.
 Pułkownik miał iść na śniadanie do miasta. Ubrał się więc spieszniej i, zaciekawiony, wyszedł na podwórze.
 Na jego widok człowiek z dzieckiem stanął jak wryty. Wykręcił czapkę na bakier, zmarszczył brwi, wyprężył się i zacisnął pięści, co wyglądało tak, jak gdyby chciał rzucić się na pułkownika, ale według jego pojęć znaczyło oddanie honorów.
 Ponieważ jego syn chuchał sobie przez ten czas w ręce, więc, dla rozbudzenia uwagi, uderzył chłopca pięścią w kark, a sam wciąż patrzył na starca jak na wilka, myśląc, że postępuje według najściślejszych reguł wojskowej etykiety.
 Starzec — zatrzymał się. Chciał coś przemówić do ubogo ubranego człowieka, ale brakło mu wyrazów, a przytem — było na podwórzu trochę ludzi. Więc tylko spojrzeli sobie w oczy, i pułkownik zwolna poszedł w stronę ulicy.
 Wtedy szewc odezwał się do dziecka:
 — Wojtuś!...
 — Abo co?
 — Będziesz, hyclu, taki?...
 — Co nie mam być, oj! jej!... — odparło dziecko z zawalanym nosem.
 — Pamiętaj, żebyś był, bobym ci zęby powybijał, choć urośniesz!...
 Tymczasem pułkownik poszedł na śniadanie, ale jadł niewiele, bo śpieszył się. Potem wybiegł do miasta i wkrótce — wynajął sobie prywatne mieszkanie.
 Brzydkie kamienice i nowi ludzie już go nie razili. A gdy wypadkiem mijał ulicę Karową i z niej spojrzał na Wisłę, zobaczył znowu taki rozległy horyzont jak niegdyś, takie same lasy, i uczuł ten orzeźwiający powiew, którego mu brakowało przez pół wieku.

 — Zostanę tu! — pomyślał.


STARA BAJKA.

 Kiedy ś. p. sędzia Furdasiński przeniósł się tam, gdzie, wedle słów proboszcza, miał pobierać wiekuiste czynsze z kapitału swoich cnót i zasług, na Furdasówce nie było ani grosza długu.
 Nie podobało się to jednak synowi i dziedzicowi zmarłego, który zawsze mawiał, że w tych czasach tylko Żydzi i mechesy nie mają długów, i — hipoteka zaczęła się obciążać.
 Zresztą młody pan Furdasiński był poczciwy chłopak. Wstawał o szóstej i, jako rolnik z krwi i kości, hasał konno po polach do ósmej. Nieraz w tych wycieczkach upatrzył sobie ładną dziewczynę, której w najbliższe święto kupował gorset i chustkę, a nawet czasem, po upływie roku, dawał jej krowę i paręset złotych gotówką.
 O ósmej pił śniadanie, potem uczył swego szpaka gadać lub gwizdać, koło południa jadł drugie śniadanie, po śniadaniu trochę drzemał, o czwartej spożywał obiad, a po obiedzie, albo znowu uczył szpaka i rozmawiał z ekonomem, albo jechał do sąsiadów, na partyjkę. Regularny tryb życia łamał się parę razy na rok, mianowicie w czasie karnawału i w czasie wyścigów; wtedy bowiem pan Furdasiński zabierał karetę, cztery konie, furmana, lokaja i chłopca i jechał na cały miesiąc do Warszawy.
 Niekiedy po upływie miesiąca dwór sam wracał na wieś. Był to znak, że pan Furdasiński udaje się zagranicę.
 Marszałek Mazajło-Skrobejko, najbliższy sąsiad, który miał trzy dorosłe córki, przez przyjaźń dla ś. p. sędziego, często upominał dziedzica, radząc mu, aby się jak najrychlej żenił.
 — Myślę o tem — odparł pan Furdasiński. — Właśnie kupiłem meble.
 Marszałek spojrzał z pod oka na fotele, obite amarantowym aksamitem, i na fortepian Bechsteina, okryty warstwą kurzu, i rzekł:
 — No tak, meble!... Ale niepotrzebnie karmisz tyle służby w domu.
 — A cóż, mam ich wygnać? Przecież na nas, na obywatelstwie, ciąży obowiązek dostarczania ludziom pracy, ażeby nie kradli.
 — Te wędrówki do Paryża także nanic — mówił marszałek.
 — Co też marszałek baje! Cóżbym ja był za Polak, żebym choć raz na kilka lat nie zajrzał do Paryża?... Paryż to jak Warszawa i Kraków.
 — Wiedeńska wystawa także zjadła sporo grosza...
 — Obywatel u nas nie może być tylko rolnikiem — odpowiadał pan Furdasiński. — Musimy badać przemysł.
 — No, ale Monaco...
 — Wszystko na świecie trzeba poznać! — przerwał mu młody dziedzic i zbliżywszy się do okna, w którem wisiała klatka ze szpakiem, zagwizdał walca Straussa.
 Pojętny ptak pochwycił natychmiast melodją, lecz urwawszy ją w połowie, odśpiewał kilka taktów: „Rachelo, kiedy Pan...“ a zakończył: „Gdyby rannem słonkiem.“
 Ponieważ młody dziedzic nie zmieniał trybu życia, więc majątek topniał z godną podziwu szybkością. Nawet marszałek stracił serce do syna swego przyjaciela i oświadczył publicznie, że nigdy nie miał zamiaru przyjąć go za swego zięcia, a jeżeli wstępował do Furdasówki, to tylko przez pamięć dla ś. p. sędziego. Przytem robił coraz surowsze wymówki młodemu panu i co kilka zdań powtarzał:
 — Djabli wzięli Furdasówkę!...
 Przyszła nareszcie chwila, że pan Furdasiński nie obsiał pól, nie zapłacił procentów wierzycielom, ani rat w Towarzystwie Kredytowem. Cugowe konie schudły, służba rozbiegła się, sąsiedzi zerwali stosunki, a młody dziedzic — nie miał mięsa na obiad.
 Otyły marszałek, usłyszawszy o tem, dostał małego ataku apopleksji. Tydzień leżał w łóżku, wreszcie pojechał do pana Furdasińskiego z ostatnią wizytą.
 Właśnie dziedzic uczył swego szpaka arji: „La donna e mobile,“ kiedy zasapany marszałek wbiegł do salonu i rzuciwszy się na kanapę, zaczął:
 — Cóżto, subhastują cię?...
 — Podobno.
 Marszałek wzruszył ramionami i podniósł oczy do nieba.
 — A ileż ci zostanie z majątku, jeżeli wolno spytać?... — rzekł.
 — Ze dwadzieścia tysięcy rubli...
 — Te te te!... Towarzystwa masz dziesięć tysięcy. Długów hipotecznych...
 — Parę tysięcy rubli.
 — Parę?... — spytał oburzony marszałek. — Jest przeszło piętnaście tysięcy rubli zapisanych... A rewersa?
 — No, tych śmieci będzie może na kilkaset rubli.
 — Kilkaset? — krzyknął marszałek. — Wszyscy Żydzi lamentują, żeś bankrut i że im nie zapłacisz!... Posłuchaj — dodał, usiłując zapanować nad sobą. — Przez pamięć dla ś. p. ojca obrachowałem twoje długi i wartość majątku, nie wyłączając powozów i mebli. Otóż mówię ci — nie masz nic!... Grosza stąd nie wyniesiesz, jeszcze ci masa długów zostanie, bo za te grunta dadzą najwyżej po dwa tysiące rubli za włókę... Czeka cię nędza...
 — Wszystko na świecie trzeba poznać! — odrzekł spokojnie pan Furdasiński.
 Marszałek podniósł się z łoskotem.
 — Władku! — rzekł — czy przez pamięć dla twego ś. p. ojca mogę co zrobić dla ciebie?
 — Owszem — odpowiedział. — Może pan zechce przyjąć ode mnie na pamiątkę ten fortepian. Pyszny!... koncertowy Bechstein; ani razu na nim nie grałem...
 Twarz marszałka zrobiła się fioletową. Zacisnął pięści i wrzasnął:
 — Smar... Smaku nie masz acan!
 Wybiegł z pokoju, a za chwilę przyszedł furman po czapkę, której wzburzony pan zapomniał.
 Od tej chwili aż do dnia licytacji pan Furdasiński był już sam, jak palec. Nie tracąc jednak humoru, chodził po pokoju i palił fajkę, a jego szpak gwizdał kawałki rozmaitych melodyj, albo wołał:
 — Djabli wzięli Furdasówkę!...
 Pan Furdasiński oburzył się.
 — Wołaj — rzekł do szpaka — ośle jakiś, to, czegom ja cię uczył: „Złodzieje! Żydy!...“
 — Djabli wzięli Furdasówkę!... — odpowiedział szpak, pilnie przypatrując się swemu panu.
 Był pewien, że mówi dobrze.
 Licytacja majątku przyniosła cały szereg niespodzianek. Naprzód majątek poszedł nie po dwa tysiące, lecz po dwa tysiące pięćset rubli włóka, skutkiem czego, dołączywszy sprzedaż mebli i zbytecznej garderoby, pan Furdasiński nietylko co do grosza spłacił najmniejsze nawet długi, ale jeszcze sam wziął do ręki około tysiąca rubli gotówką. Powtóre majątek kupił chłop z tej samej wsi, Kuba Grzyb, i odrazu na stół położył trzydzieści osiem tysięcy rubli.
 Widząc, że chłop z siwemi włosami, nastroszonemi jak szopa, wydobywa z kobieli sturublowe bankocetle, pan Furdasiński odezwał się:
 — I wy, Kubo, naprawdę kupujecie folwark?
 Stary; zdjął czapkę i pochylił mu się do nóg.
 — Patrzyłby mi się — rzekł — folwarek, choćby za pięćdziesiąt tysięcy, bo mam kupę hołoty, ale, za pozwoleniem jaśnie pana, wezmę i ten, bo zawdyk lepi, coby się swoje zostało przy swoich. Nowe pomiary to ta będą jeszcze nieprędko, więc trza kupić, kiej się nadarza okazja.
 — I sami będziecie gospodarowali?... — spytał pan Furdasiński.
 Stary znowu schylił mu się do kolan, aż siwemi lokami dotknął ziemi.
 — A bo ja głupi, jaśnie panie — odparł — rwać się do tego, czemu jaśnie pan nie wydołał?... Ja tam, już do wezwania boskiego zostanę chłopem, a na ten folwarek sprowadzam se wokumona aż z pod Kalisza, tego Bydłoskiego, co go jeszcze jaśnie wociec za czasu pańszczyzny miał pisarzem prewentowym.
 — A cóżto, bliżej nie mieliście kogo?
 — Dopraszam się łaski jaśnie pana, to było tak — mówił chłop. — Jak ino Żydy wzięły gadać, co Furdasówkę zlicytują, to zaraz mój najstarszy zakładał se, żeby jaśnie pana uprosić na rządcego...
 — No, ja nie... — przerwał Furdasiński, rumieniąc się.
 — Właśnie też tak rzekła moja baba, że jaśnie panu nijako być u chłopa w obowiązku, a jeszcze ja se pomyślałem, że kiedy on nieboże na swojem nie mógł wydołać, to mu na cudzem będzie gorzej...
 Pan Furdasiński zaczął przestępować z nogi na nogę.
 — Więc wtedy — mówił chłop — rzekłem: bast! i zaraz se pomyślałemi o Bydłoskim.
 — Żeście o nim nie zapomnieli? — wtrącił były dziedzic — boć on u nas nie mieszka już ze dwadzieścia lat.
 — O, ja jego dobrze pamiętam — rzekł chłop — bo on przecie nas bijał. I tak było, że raz jaśnie wociec kazał nam kilku wyasygnować po dziesięć witek za to, żeśmy trochę zaniedbali sianokos. I kiedy na mnie przyszła kolej, Bydłoski prawi: „Naści, chłopie, dziesięć letkich witek za pańskie siano, co zgniło. A tera, ino se wciąż ligaj, dołożę ci piętnaście mocnych za twoje zgnite siano.“ — Ha! — mówię — panie pisarzu, co prawda, to prawda: zepsułem se siano przez jarmark! A on jak mi nie sypnie!... Aż, z przeproszeniem jaśnie pana, w nosie mnie zakręciło... Zara se wtedy zmiarkowałem, że to człek sprawiedliwy — kończył chłop. — I rzekłem teraz do baby: Bydłoski będzie u nas gospodarował, bo już wtedy on dbał o nasze, kiedyśmy jeszcze sami nie dbali...
 Wysłuchawszy z oznakami niecierpliwości rozwlekłej mowy chłopa, pan Furdasiński cofnął się do dworu. Chodził po pokoju, dumając i paląc fajkę, a szpak od czasu do czasu wrzeszczał:
 — Djabli wzięli Furdasówkę!...
 Pan Furdasiński z początku tylko chrząkał, a wkońcu gniewnie zawołał:
 — Dobrze zrobili, że wzięli!
 Istotnie, czuł tu jakąś duszność, może dlatego, że właśnie zbliżała się pora letnich wycieczek, a może z innych powodów.
 Nad wieczorem zobaczył przez okno nastroszoną siwiznę Grzyba.
 Stary chłop cierpliwie stał przed gankiem, trzymając czapkę w ręku. Pan Furdasiński prędko wyszedł do niego.
 — A czego to chcecie, Kubo? — spytał.
 Chłopu trzęsła się głowa. Nagle podbiegł do byłego dziedzica i objął go za nogi.
 — Ostańcie z nami, jaśnie panie — mówił stary. — Chleba nam tu nie zabraknie, a pudworu oddam wam do śmierci.
 Pana Furdasińskiego tak zamdliło w sercu, jakby przed śniadaniem. Zaczął mrugać, ale cofnął się do ganku i odparł:
 — Nie mogę... Nie wypada...
 — Zaznacie wiele biedy na świecie — mówił stary.
 — Wszystko trzeba poznać...
 Stary podbiegł ku wrotom i machając czapką, wołał:
 — Dzieci, żono, a chodźta żwawo, bo mnie nie słucha!...
 Wtedy przed ganek wypadła gromada starszych i młodszych chłopów i kobiet, wielkim głosem zaklinając jaśnie pana, ażeby został.
 Rzewnie zapłakał pan Furdasiński, ale zarazem oświadczył, że jeszcze dziś chce jechać do kolei.
 — Chowajcie mi tu szpaka — prosił — dopóki miejsca nie znajdę... Potem go odeszlecie...
 Grzyb poznał, że pan zaciął się.
 — Ha! — rzekł — kiedy tak, to jedźcie, jaśnie panie. Ale, jeżeli wam bieda dokuczy, jak Bóg w niebie, dajcie mi znać. Zawdyk my, choć chłopi, wam najbliżsi...
 Gdy zeszły na niebie gwiazdy, najstarszy syn Grzyba zajechał przede dwór porządnym wasągiem.
 Pan Furdasiński wyniósł nieduży tłomoczek i z zapalonem cygarem siadł na wóz. Szpak, zbudzony światłem, ocknął się i krzyknął:
 — Djabli wzięli Furdasówkę!...
 Małe, lecz silne koniki w parcianej uprzęży ruszyły z miejsca. Pana nie miał już kto żegnać, tylko głodne od paru dni psy podwórzowe, skamląc, podskakiwały do wozu; lecz od gościńca wróciły znowu do dworu, pilnować reszty dobytku. Myślały, że i dzisiaj ich pan wyjechał tylko na partyjkę w sąsiedztwo...
 Szlachcic siedział ostro na wozie, w sławuckiej burce, w granatowej czapce z daszkiem na bakier, czerstwy, wyprostowany. Czasami, gdy wyjrzał na drogę, która ginęła we mgle nocnej, chwytał go za gardło jakby strach i żal. Ale wtedy mocno odchrząknął, głębiej zaciągnął się dymem cygara i mruczał:
 — Wszystko na świecie trzeba poznać.
 W Warszawie stanął w Europejskim hotelu, sprawił nowy garnitur i starał się odświeżyć zeszłoroczne znajomości. Spostrzegłszy jednak po tygodniu, że wydał kilkaset rubli i stracił serca swoich, wyniósł się do hotelu Saskiego. Po paru tygodniach wyprowadził się na Dziekankę, a stamtąd aż na Nowolipki, widząc z przerażeniem, że pieniądze uciekają mu jak woda ze spaczonej konewki.
 Dużo też myślał o przyszłości. Z początku miał zamiar ożenić się z córką jakiego miljonera, kupić parę domów i — mieszkać zagranicą. Potem zdecydował się przyjąć jakąś posadę, choćby dyrektora kolei albo cukrowni. Lecz w tydzień później już zdziwiłby się, gdyby kto chciał utrzymywać, że jemu, Furdasińskiemu, żadną miarą nie wypada zostać plenipotentem lub rządcą jakiego majątku. Zaś w kilka dni zgodziłby się i na posadę kasjera lub sekretarza przy jakiejś miejskiej instytucji.
 Wkońcu, z resztek pieniędzy zostało mu niecałe trzysta rubli. Mieszkał już w brudnym zajeździe na Nowolipkach, jadał pięćdziesięciogroszowe obiady i odłożył dwa ostatnie sturublowe banknoty do oddzielnego przedziału w pugilaresie, przysięgając, że tych nie wyda.
 Jednocześnie dał do „Kurjera“ ogłoszenie „o obywatelu ziemskim w sile wieku i kawalerze, który posiada kaucją i poszukuje odpowiedniego zajęcia“ i — pilnie zaczął śledzić część dzienników, zatytułowaną: „Posady i prace.“
 Gdy, oprócz dwu owych sturublówek na kaucją, miał niecałe dziesięć rubli majątku, wpadło mu w oczy ogłoszenie:
 „Do biura informacyj potrzebny inkasent z kaucją. Pierwszeństwo mają kawalerowie, znający prowincją.“
 Pan! Furdasiński zarumienił się z radości. Była to posada widocznie dla niego, gdyż jakkolwiek nie wiedział dobrze, co znaczy inkasent, lecz był kawalerem i znał prowincją... Ba! znał Paryż...
 Ponieważ ogłoszenie to przeczytał będąc w cukierni, więc kazał zaraz podać, zamiast czystej herbaty, filiżankę kawy i kieliszek abricotiny; wypił to duszkiem i pobiegł pod wskazany adres. Idąc, kupił jeszcze cygar po dwadzieścia kopiejek, ale tylko pięć sztuk dla oszczędności.
 W kantorze znalazł parę czarno lakierowanych stołów, na których leżały stosy aktów, kasę ogniotrwałą i obok niej, na ścianie, kilka pęków kartek, zapisanych liczbami. Wszystkiego pilnował człowiek, który, siedząc na fotelu, skórą obitym, czyścił sobie paznogcie.
 Na widok pana Furdasińskiego, człowiek z kantoru zerwał się na równe nogi. Był to jegomość dziwnie ruchliwy, z nadzwyczaj bystremi oczyma, źle uczesany, niedbale ubrany, ale bardzo grzeczny.
 — Czem szanownemu panu mogę służyć? — zapytał, nisko kłaniając się i podsuwając panu Furdasińskiemu fotel, jedyny sprzęt, na którym można było usiąść.
 Szlachcic zmieszał się i rzekł prawie pokornie, choć chciał nadrobić miną:
 — Czytałem ogłoszenie o... tym inkasencie...
 — Ach! tak — przerwał gospodarz, i prędko usiadłszy na fotelu, zaczął znowu skrobać paznogcie.
 Po chwili zaś,z pod oka patrząc na suplikanta,zaczął pytać:
 — Jakie pan ma kwalifikacje?
 — Miałem wieś Furdasówkę...
 — Fiu! — gwizdnął gospodarz.— Ale ja się pytam o kwalifikacje naukowe?
 — Byłem w gimnazjum... Także zagranicą... Umiem nieźle mówić po francusku — dodał nieco głośniej pan Furdasiński.
 — Fiu!... a jaką kaucją pan ma?
 — Dwieście rubli...
 — Mało. U mnie, panie, robią się interesa na setki tysięcy rubli. Można mieć duże dochody, ale — potrzeba złożyć kaucją. Nieraz będziesz pan musiał podnieść z banku jakieś kilkanaście tysięcy... Muszę mieć pewność.
 Pan Furdasiński, znękany przez widmo nadciągającej biedy, stał jak uczeń na egzaminie.
 — Widzi pan — rzekł zawstydzony — chwilowo nie mogę...
 — Aha!... no!... — przerwał właściciel kantoru. — Pańskie szczęście, że mi się podobasz. Siadaj więc i napisz swoje curriculum vitae, wymieniając osoby, które pana znają. Ale poważne osoby!...
 Wstał z fotelu i przysunął niedbale panu Furdasińskiemu papier i kałamarz, w którym atrament zgęstniał jak smoła, zapewne z ciągłego użycia.
 — Ale, ale — dodał — ja teraz muszę odnieść pewną sumę do Banku Handlowego i na pół godziny zostawię kantor pod pańską opieką. Woźny ma dziś pogrzeb...
 Otworzył z ogromnym trzaskiem kasę ogniotrwałą i począł z niej wydobywać koperty, napełnione różnokolorowemi wartościami, mrucząc:
 — Bank Polski trzy tysiące... jutro o dziesiątej... Bank Dyskontowy dwa tysiące osiemset jutro... O! jest Bank Handlowy...
 Nagle zwrócił się do pana Furdasińskiego.
 — Nie możesz mi pan zmienić dwieście pięćdziesiąt guldenów na ruble?
 — A ileż to trzeba? — odparł zapytany, gryząc pióro.
 — Dwieście rubli z czemś... Zresztą daj pan; tymczasem dwieście.
 Pan Furdasiński wydobył dwie ostatnie tęczówki, a właściciel kantoru, odwróciwszy się do kasy, liczył guldeny.
 — Pięćdziesiąt... sto... sto pięćdziesiąt... Zmienisz pan to u wekslarza obok. Ale... A po ile pan weźmiesz za guldena? — rzekł nagle, i lekko wysunąwszy z ręki panu Furdasińskiemu sturublówki, z szybkością magika schował je do swej koperty.
 — Czy ja wiem, ile mi dadzą — odparł pan Furdasiński.
 — Wyborny inkasent! — zaśmiał się właściciel kantoru. — Tym sposobem straciłbyś pan pół kopiejki na rublu, czyli rubla na dwustu — i po kilku podobnych operacjach stopniałaby kaucja. Bo ja za pańskie omyłki płacić nic myślę.
 No — dodał — ale na pierwszy raz mniejsza o to. Sam, jak będę wracał, wymienię panu u wekslarza guldeny. Teraz niech pan szybko pisze swoje curriculum vitae, a gdyby przyszedł jaki interesant, proszę powiedzieć, że wrócę z banku dopiero za pół godziny.
 Zamknął kasę, ogromną kopertę wziął pod pachę i wybiegł.
 Pan Furdasiński zaczął pisać:
 „Urodziłem się w Furdasówce...“
 Przekreślił i zaczął na nowo:
 „Przyszedłem na świat w majątku dziedzicznym Furdasówka...“
 Więcej nie umiał dodać ani wyrazu. Wziął więc pióro w zęby i zamyślony oparł głowę na rękach.
 W tej chwili gwałtownie otworzyły się drzwi.
 — Ha! mam cię, oszuście!...
 Pan Furdasiński zerwał się na równe nogi i stanął oko w oko z jakimś zaperzonym człowiekiem, który trzymał potężny kij w garści, widocznie gotując się do zadania nim ciosu.
 Obaj panowie patrzyli na siebie przez kilka sekund zdziwieni.
 — Przepraszam! — bąknął gwałtowny przybysz. — Ale... gdzie jest ten oszust?...
 — Jaki oszust?...
 — Ten... ten dyrektor kantoru... Dyrektor!... Hultaj, który kradnie uczciwym ludziom kaucje i fałszuje weksle...
 — On kradnie kaucje? — spytał przerażony Furdasiński.
 — Czy może i pana naciągnął? — spytał naodwrót popędliwy nieznajomy.
 — W tej chwili wziął ode mnie dwieście rubli...
 — Cha! cha!... — zaśmiał się przybysz. — To on tu już nie wróci. Ale ja znajdę go w knajpie...
 I wybiegł, wywijając kijem w sposób znaczący.
 Pan Furdasiński stał odurzony. Był już nędzarzem, miał niecałe dziesięć rubli... Nim jednak zdążył zebrać myśli, wbrew przewidywaniom człowieka z dużym kijem, ukazał się — właściciel kantoru. Uśmiechnięty, nucił coś pod nosem.
 — Cóż, curriculum vitae skończone? — zapytał pana Furdasińskiego. — Musisz pan zaraz objąć swoje obowiązki i posiedzieć tu do trzeciej, gdyż wypadł mi nagły interes do hipoteki.
 — A moje dwieście rubli? — rzekł ostro pan Furdasiński.
 — Pójdą na kaucją — odparł najspokojniej dyrektor kantoru.
 — Bóg zapłać! — odparł pan Furdasiński. — Był tu dopiero ktoś u pana, także po kaucją... Szuka pana po całem mieście i nazywa oszustem... Oddaj mi pan moje dwieście rubli, to ostatni grosz...
 Dyrektor oburzył się.
 — Słowo honoru daję, że to jakiś intrygant chce mi oficjalistę zbałamucić. Ale nie wierz pan tym plotkom!... Słowo honoru...
 — Żądam moich dwustu rubli — mówił do głębi wstrząśnięty pan Furdąsiński. — Jeżeli mi nie oddasz, zawołam policji...
 Dyrektor odrazu zmienił ton.
 — Fiu! kochanku — zawołał — toś i ty taki dobry, jak inni! Masz niby to poczciwą minę, a grozisz policją?... A gdzie dowód, żeś mi dał pieniądze?... Jeżeli ja jestem łotrem, który nie zasługuje na ufność, to trzeba mieć kwit...
 — Ja nie mówię, że panu nie ufam... — przerwał pan Furdasiński, łamiąc sobie palce w bezsilnym gniewie.
 — A, jeżeli mi pan ufasz, więc oddam ci pieniądze za parę dni...
 — Chcę zaraz!...
 — Niema głupich.
 — Zrobię panu awanturę... pójdę do prokuratora!... — wołał pan Furdasiński, nie wiedząc już co mówi.
 — Kochany panie — odparł dyrektor chłodno. — Mnie już robili awantury, nazywali oszustem, skarżyli... To dla mnie chleb codzienny. Ale, jeżeli ty chcesz awantury ze mną, więc dobrze. Nie oddam ci pieniędzy, dopóki nie pokażesz kwitu, żem je wziął, a jak będziesz robił wrzaski, każę cię zaprowadzić do cyrkułu.
 Panu Furdasińskiemu zaczęło mącić się w głowie. Dyrektor tymczasem usiadł na fotelu i, wydobywszy z kieszeni pilniczek, zaczął znowu skrobać paznogcie.
 Wszelako osobliwy ten kantor był domem niespodzianek. W tej bowiem chwili weszła tu sędziwa kobieta, z włosami białemi jak mleko i niezwykle piękną twarzą. Gdyby nie zaczerwienione od płaczu powieki i usta drgające jakimś wielkim żalem, możnaby myśleć, że to nie osoba żyjąca, ale ubrany czarno posąg Nioby.
 Staruszka ruchem pełnym godności skinęła głową panu Furdasińskiemu i szybko zbliżyła się do dyrektora, który zerwawszy się z fotelu, stał zmieszany.
 Dama, z trudnością hamując wybuch płaczu, mówiła do dyrektora:
 — Coś ty znowu zrobił, nieszczęsne dziecko?... Przed godziną wpadł do mnie jakiś awanturnik i lżył cię... tak strasznemi wyrazami, że... zemdlałam z bólu...
 I chwytając go za rękę, dodała błagalnym tonem:
 — Czy to może być prawda, dziecko, co on mówił?... Tu coś dzieje się, o czem ja muszę się dowiedzieć, chociaż... bodajbym pierwej była w grobie...
 Płakała cicho, zasłaniając chustką usta. Dyrektor ze czcią posadził ją na fotelu i otarł pot, który mu wystąpił na czoło. Był prawie tak blady, jak staruszka. Zwrócił się na chwilę do pana Furdasińskiego i szepnął:
 — Wyjdź pan stąd...
 Pan Furdasiński nie ruszył się. Widmo nędzy zrobiło go brutalem.
 Staruszka mówiła półgłosem:
 — Tamten... awanturnik... twierdzi, żeś wziął od niego jakąś kaucją... Krzyczał, żeś ty... o mój Boże!...
 — Kochana mamo — odparł dyrektor — czy mama nie rozumie, że to są figle moich współzawodników?... Podkopują mi kredyt i burzą domowy spokój...
 — Pokazywał mi twój kwit — szepnęła matka.
 — No, wielka rzecz! Więc oddam mu pieniądze za pół roku, bo taki jest termin na zwrot kaucji. Był to niesumienny oficjalista, którego musiałem oddalić.
 — Oddajże mu dziś choć trochę.
 Dyrektor zawahał się.
 — Zresztą — rzekł niecierpliwie — dam mu jakieś a conto w tych dniach.
 — To może i mnie odda pan dwieście rubli? — odezwał się pan Furdasiński.
 Staruszka zatrzęsła się i, ze wstrętem odwracając głowę od nieznanego sobie człowieka, zapytała gwałtownie syna:
 — Dziecko, co to jest?... Co on mówi?...
 Ale cyniczny właściciel kantoru tym razem milczał. Głowa zwisła mu na piersi, i opadły ręce.
 Pan Furdasiński pochwycił:
 — Ostatnie dwieście rubli wziął ode mnie syn pani i mówi, że ich nie odda, bo... nie mam jego kwitu!...
 Staruszce łzy obeschły.
 — Dziecko — zapytała — czy to prawda?
 Dyrektor ukradkiem rzucił groźne spojrzenie na pana Furdasińskiego, ale milczał. Był bardzo zmieniony.
 Staruszka wstała z fotelu i głosem spokojnym a stanowczym rzekła:
 — Trzeba zaspokoić tego pana.
 — Nie mam pieniędzy — szepnął syn.
 — Więc daj mu rewers i płać ratami, ale spłać go... Spłać ich wszystkich, bo...
 Nie dokończyła i nie spojrzawszy na syna, wyszła z kantoru.
 Była chwila ciszy. Przerwał ją dyrektor, chwytając gniewnie za papier i pióro. Napisał kwit i podał go panu Furdasińskiemu.
 — Masz pan — rzekł — kwit na twoje dwieście rubli. Nikt ci nie da dziś za to ani grosza, ale ja go spłacę, po pięć rubli tygodniowo, począwszy od listopada. Teraz... sam nie mam nic...
 Ale — dodał, topiąc w nim spojrzenie drapieżnego ptaka — domu pan nie nachodź... matki mi nie dręcz... Bo, przysięgam ci, będziesz tego żałował!...
 Wskazał mu drzwi i mruknął:
 — Pierwsza rata w listopadzie...
 Pan Furdasiński wyszedł odurzony. Nie wiedząc dlaczego, był pewny swoich dwustu rubli, ale — w ratach tygodniowych i dopiero w listopadzie. Teraz, przy końcu września, był nędzarzem.
 Na myśl o tem ciarki go przeszły; nie tracąc jednak humoru, rzekł do siebie na cały głos:
 — Wszystko na świecie trzeba poznać!...
 Aż obejrzały się dwie idące przed nim ładne panienki.
 Jeszcze kilka dni mieszkał na Nalewkach. Rano i wieczór pijał herbatę w swoim zajeździe, a na obiad kupował w mieście kilka bułek i serdelków. W tej epoce można go było spotkać w Saskim Ogrodzie, gdzie, chodząc po głównych alejach, z kwiatkiem w dziurce od guzika, napozór przypatrywał się swoim kolorowym kamaszom i nucił kilka wyrazów z arji „Łaski!“ — ale duszę miał pełną rozpaczy.
 Jednego dnia gospodarz zajazdu podał mu rachunek. Należało się siedem rubli. Pan Furdasiński z miną Rotszylda zapłacił pięć rubli, a na dwa kazał zaczekać, gdyż obecnie nie ma drobnych. Żyd zgodził się bez trudności, wiedząc, że ma w swej mocy tłomoczek i paszport lokatora.
 Pan Furdasiński wyszedł na miasto. Maszerował krokiem austrjackiego porucznika; ustępując damom, wyginał się w sposób pełen wdzięku; obracał w ręku laseczkę jak Kupido. Ale w głowie nie mógł powiązać dwu myśli. Chwilami zdawało mu się, że tam już nic niema, tylko rozlegają się echa huczącego miasta. Czasami rzucał się nagle w bok, jakby chcąc gdzieś uciec, bo przywidziało mu się, że za nim chodzi wielki wstyd, przebrany za zwykłego człowieka.
 On, który przed trzema miesiącami spłacił wierzycielom trzydzieści osiem tysięcy rubli, dziś nie ma czem spłacić dwu rubli za hotel!... Z całej ojcowskiej fortuny został mu tłomoczek w zastawie u Żyda i — dwie dziesiątki gotówką.
 Chcąc mieć jeszcze drobniejszą monetę, wszedł do sklepiku i rzekł:
 — Chciałbym kupić bułkę... dla pieska... Może mi pani wyda dwugroszniakami.
 Sklepikarka, wydawszy mu pożądane dwugroszniaki, pomyślała, że elegant ten musi mieć dobre serce, bo gdy mówił o bułce, to się jakby zachłysnął, pewnie z wielkiej litości nad pieskiem.
 Jedną noc przepędził, spacerując po głównych ulicach miasta. W dzień drzemał parę godzin, rozparty jak książę, na ławce w Saskim Ogrodzie, zjadł swoją bułkę i, z miną bardzo wspaniałą, kazał sobie podać kufel wody ze studni, ale — nic nie zapłacił. Drugą noc przepędził również na spacerze, a o wschodzie słońca zasnął tak twardo na ławce w alejach Jerozolimskich, że go ledwie obudził milicjant, śmiejąc się z tego: „co pan tak wiele wypił...“
 Potem już stracił rachubę czasu, trapiła go bowiem senność i gorączka, przy której nawet zapomniał, że mu się jeść chce.
 Chwilami, kiedy z zadartą głową, w pomiętym kapelusiku na bakier i z miną wielkiego zarozumialca, przechodził między tłumem ładnych kobiet i ludzi sytych, zajmujących legalne mieszkania, budziła się w nim świadomość losu. Wówczas zręcznie obracał między palcami czarną laseczkę, ozdobioną biustem gołej panny, i mruczał:
 — Wszystko na świecie trzeba poznać!...
 Nareszcie, pewnego wieczora, idąc Nowym Światem do placu Aleksandra, ażeby stamtąd wrócić Nowym Światem na Krakowskie Przedmieście, uczuł, że — trzeba umrzeć. Nie było to uczucie przykre, ale takie, jakiego człowiek doświadcza naówczas, kiedy nagle zechce mu się iść do teatru, albo na spacer. W paroksyzmach gorączki zdawało mu się, że jest małym chłopcem i że, jako taki, tęskni już za swoją matką i ojcem.
 Wymijając boczną ulicę, usłyszał jakiś łoskot, dzwonienie i poświstywanie i — całkiem nieprzytomny wyobrażał sobie, że to śmierć daje mu znać o sobie. Byłby nawet przysiągł, że jakieś glosy potężne i niecierpliwe wołają prędko:
 — Tu jestem... Tu jestem... Tu jestem!...
 Skręcił w lewo i biegł ulicą na dół, a nogi mu się plątały. Z granatowego nieba wychylały się do niego figlarne gwiazdy.
 Nagle pociemniało mu w oczach, uderzył o coś głową i — już nic nie widział.
 Był dzień, kiedy się ocknął. Leżał na tapczanie w obszernej izbie, po której chodzili ludzie o surowych twarzach, z zawiniętemi rękawami, usmoleni jak kominiarze. Tapczan i ściany izby drżały, w powietrzu rozlegał się huk, dzwonienie, poświstywanie i hałaśliwe głosy, wołające:
 — Tu jestem... Tu jestem...
 Do pana Furdasińskiego zbliżył się mężczyzna nieusmolony i w surducie. Wziął go za puls, popatrzył bystro w oczy i kazał mu połknąć kieliszek lekarstwa, które wyglądało na bardzo mocną wódkę.
 Chory oprzytomniał, a wówczas surdutowy jegomość rzekł:
 — Zdaje mi się, że pan Furdasiński?
 — Tak.
 — Pan byłeś w szkołach w Piotrkowie?
 — Tak.
 — No, to jesteśmy szkolni koledzy. Ale musiałeś pan przynajmniej tydzień nie jeść. Co to znaczy?...
 Chory przypomniał sobie wszystko. Usiadł na tapczanie i schwyciwszy jegomościa za rękę, szepnął:
 — Jestem w bardzo złem położeniu... Szukam zajęcia...
 — Znajdziemy. Jakiego pan chcesz?...
 — Stróżem zostanę...
 — No, nie. Zostaniesz pan, na początek, magazynierem w tej fabryce. Tymczasem pójdziesz pan do szpitala.

— — — — — — — — — — — —
 W parę tygodni później pan Furdasiński zajmował już nową posadę. Obeznał się z obowiązkami bardzo prędko i — otrzymał trzydzieści rubli pensji miesięcznej. Zaraz napisał na wieś po swego szpaka, którego mu odesłano, a przy okazji i fajkę na krótkim cybuszku, której zapomniał we dworze.
 Pierwszego listopada stawił się w jego izdebce dyrektor kantoru informacyjnego. Doniósł mu, że już zupełnie zbankrutował i — wypłacił pierwszą ratę w kwocie pięciu rubli.
 Odtąd odnosił mu należność co tydzień i wkrótce tak polubił pana Furdasińskiego, że mu raz powiedział:
 — Wiesz pan co? Ciśnij do licha fabrykę i — uformujmy spółkę. Ja mam zdolności do interesów, a pan taką poczciwą minę, że się na nią każdy złapie...
 A gdy pan Furdasiński milczał, eks-dyrektor, gwałtownie ściskając go za rękę, zawołał tonem głębokiej wiary:
 — Pomyśl pan o tem... Przysięgam ci, że okpimy całą Europę!...
 Ale pan Furdasiński nie zgodził się na zawiązanie spółki z niezwykłym przedsiębiorcą. Biega więc po fabryce od szóstej rano do dziesiątej wieczór, a gdy znajdzie kwadrans wolnego czasu, wymyka się do izdebki. Tam z wielkiem zadowoleniem pali swoją fajkę na krótkim cybuszku i przypatruje się szpakowi, który, zagwizdawszy kilka wyjątków z oper, wrzeszczy:
 — Djabli wzięli Furdasówkę!...

 — Cha! cha! — śmieje się jego pan — ale nas zostawili!...


PLEŚŃ ŚWIATA.

 Zdarzyło mi się być w Puławach z pewnym botanikiem. Siadaliśmy przy Sybilli na ławce, pod olbrzymim kamieniem, porosłym mchami czy pleśnią, które od kilku lat badał mój uczony towarzysz.
 Zapytałem: co ciekawego znajduje w przyglądaniu się nieregularnym plamom szarym, popielatym, zielonym, żółtym lub rudym?
 Popatrzył na mnie z nieufnością, lecz przekonawszy się, że ma przed sobą profana, począł objaśniać:
 — Te plamy, które pan widzisz, nie są wcale martwym brudem, lecz — zbiorem istot żyjących. Niewidzialne dla gołego oka, rodzą się one, wykonywają ruchy, których nie możemy dostrzec, zawierają związki małżeńskie, wydają potomstwo i wreszcie giną.
 Co godniejsza uwagi, tworzą one jakby społeczeństwa, które tu widzisz w postaci różnobarwnych plam, — uprawiają pod sobą grunta dla następnych pokoleń, — rozrastają się, kolonizują niezajęte miejscowości, nawet toczą między sobą walki.
 Ta popielata plama, duża jak dłoń, była przed dwoma laty nie większa od czterogroszniaka. To malutkie, siwe piętno przed rokiem nie istniało i pochodzi od tej wielkiej plamy, która zajmuje szczyt kamienia.
 Te znowu dwie: żółta i ruda, walczą ze sobą. Niegdyś żółta była bardzo rozległą, lecz powoli sąsiadka wyparła ją i zajęła jej miejsce. A spojrzyj na zieloną — jak siwa sąsiadka zapuszcza w nią zagony, ile na zielonem tle widać szarych pasków, punktów, kęp?…
 — To coś jak między ludźmi — wtrąciłem.
 — No, nie — odparł botanik. — Społeczeństwom tym brakuje języka, sztuk, nauk, świadomości, uczuć; słowem — brakuje im dusz i serc, które my, ludzie, posiadamy. Wszystko się tu dzieje naoślep, mechanicznie, bez sympatyj i bez antypatyj.
 W kilka lat później znalazłem się obok tego samego kamienia w nocy i, przy świetle księżyca, przypatrywałem się zmianom, jakie zaszły w formach i rozmiarach różnych pleśni.
 Wtem ktoś mnie trącił. Był to mój botanik. Prosiłem go, ażeby usiadł; ale on stanął przede mną w ten sposób, że zasłonił księżyc, i coś szepnął bezdźwięcznym głosem.
 Sybilla, ławka i kamień znikły. Uczułem dokoła siebie mdłą jasność i niezmierną pustkę. Gdym zaś odwrócił głowę na bok, ujrzałem niby szkolny globus, błyszczący słabem światłem, tak wielki, jak ów kamień, obok którego byliśmy przed chwilą.
 Globus zwolna obracał się, ukazując coraz to nowe okolice. Oto ląd azjatycki z małym półwyspem Europą; oto Afryka, obie Ameryki…
 Wpatrzywszy się lepiej, dostrzegłem na zamieszkałych lądach takie same plamy, szare, siwe, zielone, żółte i rude jak na kamieniu. Składały się one z mnóstwa nikłych punkcików, napozór nieruchomych, w istocie ruszających się bardzo leniwie: pojedynczy punkt posuwał się co najwyżej o dwuminutowy łuk w ciągu godziny, i to nie w linji prostej, lecz jakby wahając się około właściwego sobie środka ruchu.
 Punkty łączyły się, rozdzielały, ginęły, występowały na powierzchnią globu; lecz wszystkie te zjawiska nie zasługiwały na szczególną uwagę. Poważny charakter miały dopiero ruchy całych plam, które zmniejszały się lub rosły, ukazywały się na nowych miejscach, przesiąkały się nawzajem lub wypierały z zajmowanych stanowisk.
 Glob tymczasem wciąż krążył, i zdawało mi się, że wykonał setki tysięcy obrotów.
 — Czy to ma być historja ludzkości? — spytałem stojącego przy mnie botanika.
 Skinął głową na znak potwierdzenia.
 — Dobrze — ale gdzie są sztuki, wiedza?…
 Uśmiechnął się smutnie.
 — Gdzie świadomość, miłość, nienawiść, pragnienia?…
 — Cha! cha! cha!… — śmiał się cicho.
 — Słowem — gdzie tu są ludzkie dusze i serca?…
 — Cha! cha! cha!…
 Zachowanie się jego oburzyło mnie.
 — Kto ty jesteś?… — zapytałem.
 W tej chwili znalazłem się napowrót w ogrodzie, obok kamienia, którego niekształtne plamy kąpały się w blaskach księżyca.
 Towarzysz mój znikł, alem go już poznał po szyderstwie i melancholji.



KONIEC TOMU PIERWSZEGO


TOM II.

ORESTES I PYLADES.

 Poznałem ich w restauracji, a kilka wyrazów sprawiły to, żem od razu do nich przylgnął. Po kolacji bowiem, gdy Orest zapytał Pyladesa: „mój drogi, gdzie są papierosy?“ — ten mu je podał ze swojej cygarnicy. A w chwilę później Pylades rzekł do Oresta: „czy ty wziąłeś portmonetkę?“ — „Ja“ — odparł Orest. — „No, to płać — zakończył Pylades — i idźmy do domu“.
 Ludzie, którzy posiadają wspólne papierosy i portmonetę, zasługują na uwagę. W pierwszej chwili sądziłem, że to jacyś wyjątkowi bracia, lecz objaśniono mnie, że to tylko dobrzy znajomi.
 — Bardzo dobrzy znajomi — dodałem w duchu i złożyłem im wizytę.
 W drodze, ich wspólny przyjaciel powiedział mi, że gdy pewnego razu ktoś w złośliwy sposób odezwał się o dochodach Oresta, Pylades wyzwał go na pojedynek. Szczęściem Orest, dowiedziawszy się o zajściu, zaczepił swego oszczercę i zapowiedział, że — zabije go, jeżeli Pyladesowi spadnie bodaj włos z głowy.
 Wobec tego oszczerca cofnął się i przeprosił obu przyjaciół.
 Zapoznawszy się z tak wyjątkowymi ludźmi, odkrywałem w nich coraz nowe dowody wzajemnego przywiązania. Oto, co się trafiło zeszłego karnawału.
 Byłem u Oresta w godzinie, w której wybierał się na maskaradową schadzkę. Już kazał przynieść bieliznę i balowy garnitur, gdy wszedł Pylades.
 — Co ci jest? — zapytał go Orest, spostrzegłszy niezwykły odcień na twarzy przyjaciela.
 — Mam schadzkę na maskaradzie — odparł zapytany — no, ale cóż... kiedy mi nie odnieśli fraka...
 — Więc bierz mój... — zawołał Orest.
 — Tak, ale w dodatku praczka nie oddała mi koszuli.
 — Moja jest w tej chwili kupiona, niechże ci służy — dodał Orest i trochę pobladł.
 — A tobie co?... — spytał zalękniony Pylades, patrząc przyjacielowi w oczy.
 Orest milczał; zato ja się odezwałem:
 — Ma schadzkę na maskaradzie.
 — O, facecie! — zawołał Pylades, ściskając przyjaciela. — I ty myślisz, że ja w podobnych warunkach wziąłbym twój frak i koszulę?...
 A widząc, że Orest nie zmienia zamiaru, dodał poważnie:
 — Jeżeli nie chcesz, ażebym z tobą zerwał, ubieraj się i idź...
 Orest zaczął się ubierać i śmiejąc się, rzekł:
 — Pani Zofja ma szczęście, no, no!... A gotów byłem dziś nie dotrzymać jej placu.
 — Pani Zofja?... — krzyknął Pylades.
 Orest stanął przed nim jak posąg i przeszywając go wzrokiem, zapytał:
 — Więc to ty miałeś się z nią, dziś zobaczyć?...
 — No... tak! — odpowiedział Pylades tonem szlachetnej rezygnacji.
 — Więc... ja zostanę w domu — rzekł Orest z mocą.
 — Nie, zostaniemy obaj — odparł Pylades.
 Przecz chwilę mierzyli się wzrokiem, lecz w końcu uścisnęli się za ręce i obaj zostali.
 Nie mogłem pohamować wzruszenia i ucałowałem każdego pokolei. Przyjaźń ich wytrzymała najcięższą próbę.

 Dziś — siedzą obaj w więzieniu, pod zarzutem, że fałszowali stemple. Orestes posiadał wyjątkowy talent do niepochwytnego wyskrobywania liter: K, O, P, a Pylades z nieporównanem mistrzostwem wypisywał litery: R, U, B.


ON.

 Kilka lat temu, około południa, przez jedną z mniej ruchliwych ulic Berlina szli zwolna dwaj ludzie: wojskowy i cywilny.
 Wojskowy szedł, a raczej wlókł się naprzód, cywilny o parę kroków za nim. Cywilny był odziany w eleganckie bobrowe futro i błyszczący cylinder, a stąpał — jak jenerał na paradzie. Miał jasne rękawiczki, szare latające oczy i minę człowieka, który pozwala światu nie padać przed sobą na kolana. Na jego ruchliwej twarzy malowała się duma i niestrudzona czujność, której przedmiotem był wojskowy towarzysz. Chwilami zdawało się, że człowiek w bobrowem futrze posiada nieoceniony dar strzyżenia uszami, dzięki czemu słyszy nietylko każde chrząknięcie wojskowego, ale nawet tajemniczy szelest jego myśli, które wzbierały i opadały, jak fale Bałtyckiego morza.
 Czujność ta jednak nie przeszkadzała cywilnemu krzywić się, jeżeli ktoś minął go, nie otworzywszy ust ze zdziwienia, albo uśmiechać się do żołnierzy, którzy przed jego towarzyszem stawali wyprężeni jak struny, z ręką przy skroni i osłupiałemi oczyma.
 Wlokący się naprzód wojskowy był człowiekiem olbrzymiego wzrostu. Miał długi płaszcz z peleryną i furażerkę z daszkiem. Twarzy jego trudno było przypatrzeć się, zasłaniał ją bowiem daszek i podniesiony kołnierz. Tylko, jeżeli niekiedy kołnierz odchylił się, widać było wypukłe oczy z obwisłemi powiekami, siwiejące wąsy blond, także obwisłe, i policzki, poorane zmarszczkami, jakby wykute z piaskowca.
 O ile jego towarzysz w cylindrze zdawał się być bardzo interesowany tem, ażeby go cały Berlin widział i podziwiał, o tyle wojskowy był zupełnie obojętny. Stąpał ciężko, brzęcząc wielkiemi ostrogami. Nie odpowiadał na ukłony, a nawet nie zwrócił uwagi na maszerujący oddział piechoty, który, mijając go, uderzył w bębny i sprezentował sztandar, co jego towarzysza napełniło taką dumą, że musiał użyć wszystkich sił, ażeby na nim nie pękło bobrowe futro.
 Zwykli przechodnie, zajęci świątecznemi sprawunkami, mijali ich obojętnie. Zdarzało się jednak, że któryś uważniejszy spostrzegał olbrzyma w płaszczu i ustępował mu z drogi, zdejmując czapkę. Jeden nawet zdawał się być tak zdziwiony, że zamiast ustąpić, otworzył tylko usta i patrzył na wojskowego, jak na widziadło. Para zaś starych berlińczyków, widocznie mąż i żona, bo mieli jednakowe zajęcze kołnierze i jednakowe bawełniane rękawiczki, zobaczywszy olbrzyma, trącili się jednocześnie w ręce:
 — Patrz, to On!... — szepnął mąż.
 — Patrz Fryc, to On!... — rzekła żona.
 Na ten widok cywilny w bobrach począł jeszcze piękniej uśmiechać się, kiwać głową i strzyc uszami, jakby cieszył się z ich domyślności i chciał powiedzieć:
 — Tak to on... a to — ja!...
 Ale staruszkowie w zajęczych kołnierzach nie spostrzegli tych przyjacielskich sygnałów. Ich oczy były przykute do wspaniałej figury wojskowego. Gdy zaś znikł na rogu ulicy, przypatrywali się ze czcią kamieniom, których dotknęły jego olbrzymie stopy.
 Na zakręcie chodnika człowiek w bobrach jeszcze raz odwrócił się do staruszków i z wielką życzliwością kiwnął im głową, niby potwierdzając:
 — Tak — to ja!...
 Wojskowy wlókł się ciężko, jak człowiek, który na swoich niezmiernie szerokich barkach dźwiga losy czterdziestu pięciu miljonów. Lecz, choć oddychał z trudnością, zmęczony długim spacerem, mimo to, zdawało się, że gdy zechce, jego płaszcz zamieni się w olbrzymie skrzydła, które porwą go i uniosą tam, skąd narody wyglądają jak mrowiska.
 Na tej ulicy panował ruch większy. Było dużo sklepów i tłumy przechodniów. Wojskowy ocknął się i wypukłe oczy, które dotychczas patrzyły niewiadomo gdzie, skierował na ruch uliczny. Jednem spojrzeniem ogarnął tysiące ludzi. Tu spostrzegł gromadę kobiet, targujących się z przekupką o tłustą gęś, — tam kilku robotników fabrycznych, bladych, uczernionych i spacerujących, jak żołnierze. Widział żonę, która napróżno wyciągała męża z szynkowni, a dalej — kilka osób, które szły z węzełkami środkiem ulicy. Ktoś w tej gromadzie płakał, reszta zaś mówiła między sobą, że trzeba iść prędko, bo spóźnią się na pociąg do Hamburga, i okręt bez nich pojedzie do Ameryki...
 Olbrzym zmarszczył krzaczaste brwi i odwrócił się w inną stronę. Wnet przecie kamienna twarz jego rozjaśniła się: zobaczył bowiem trzech bardzo małych chłopców, z których jeden miał pałasz, drugi dziecinny karabin, a trzeci tornister i papierową pikielhaubę. Błysnęła mu niewyraźna myśl, że choć kilku desperatów wyjedzie do Ameryki, to jednak na ich miejsce z tych oto dzieci wyrosną nowi zdobywcy.
 Nagle cywilny w bobrach skoczył naprzód z taką gwałtownością, że zachwiał mu się cylinder. Zdarzyła się rzecz niesłychana. On, sekretarz, powiernik i biograf wielkiego człowieka, nie spostrzegł, że jego pan zatrzymał się na ulicy...
 Stanął, stał i patrzył — a sekretarz nie mógł nawet odgadnąć, na co patrzy? Jest tu wprawdzie sklepik z kolonjalnemi towarami, ale czyliż On nie zna cynamonu, muszkatołowej gałki, a choćby i kokosowych orzechów?... Na cóż więc patrzy?...
 W tej chwili olbrzym zcicha westchnął. Nieba!... On westchnął?... Sekretarz nie wierzy własnym uszom. Obchodzi pana z boku i na jego twarzy widzi nieomylne znaki wzruszenia... Czyżby go wzruszył cynamon?...
 — Ach!... — omało nie krzyknął biograf, zobaczywszy w głębi sklepu małą choinkę, obwieszoną kilkoma piernikami. Jego tak rozmarzył widok choinki ubogich... Cóżto za poetyczna dusza!... Byle tylko nie wymyślił nowego podatku na ubogie dzieci!...
 Nareszcie olbrzym odszedł od sklepu, z takim ruchem, jakby mu było trudno oderwać się od — choinki.
 „Teraz już wrócimy do domu -— pomyślał sekretarz, ciesząc się w duchu, że do biografji przybywa jeden z najbardziej interesujących rozdziałów. — On rozmarzył się wobec choinki!... Czy nie piękny temat?... Wspomnienia z lat dziecinnych, unoszące się nad krwawym szlakiem od Saarbrücken do Paryża... Niema wydawcy, któryby tego rozdziału nie kupił na wagę stumarkowych banknotów!...“
 Sekretarz, przywykły do trafnego odgadywania publicznych i prywatnych projektów pana, miał już cały pomysł w głowie. Oto On, zmęczony nocną pracą, wyszedł około południa na spacer. Był nieco zdenerwowany, a więc przystępniejszy dla ludzkich uczuć. Widok przedświątecznego ruchu usposobił go jeszcze lepiej, a choinka — rozmarzyła do reszty.
 „Jestem pewny — myślał sekretarz — że ta choinka stanie się źródłem mnóstwa nowych projektów dla klas pracujących, a może i... gratyfikacji?...“
 — Oj! ci wielcy ludzie... — szepnął sekretarz. — Ani wiedzą, jak łatwo przychodzi odgadywać ich zamiary tym, którzy dokładniej zbadali mechanizm genjuszu!...
 W tem miejscu sekretarz nie mógł powstrzymać się od złożenia hołdu swojej przenikliwości. Jednocześnie obrzucił okiem Berlin i spostrzegł, że mu się jego pan znowu wymknął. Wprawdzie tylko o kilka kroków, gdyż od swego sekretarza i biografa człowiek dalej uciec nie może.
 Tym razem wojskowy stał przed straganem z zabawkami, gdzie chudy i zmarznięty kupiec gromadce ciekawych zachwalał swoje towary.
 — Oto jest pociąg kolei żelaznej, który sam jeździ — cztery marki!... Oto jest słoń, który sam chodzi i ryczy — dwie marki!... Nakręca się ogonem... Oto jest pajac za dwadzieścia fenigów!...
 Kolej i słonia mogli widzieć tylko ludzie dorośli, bo zabawki te biegały po stole. Ale pajac wisiał w górze. Miał odzienie, złożone z płatów niebieskich, ponsowych i żółtych, śpiczastą czapkę, a w rękach dwie blachy. Gdy kramarz pociągnął za sznurek, pajac rozrzucał nogi, uderzał w blachy, przewracał oczyma i pokazywał język.
 — Ach! jaki on śliczny!... — odezwał się w tej chwili dziecięcy głosik.
 Wojskowy spojrzał w tę stronę i zobaczył jasnowłosego chłopczyka, który, zadarłszy głowę i złożywszy ręce, patrzył na pajaca jak na cud. Ile zaś razy pajac mocniej wyrzucił nogą, albo lepiej wysadził język, chłopiec śmiał się na cały głos, uderzał w ręce i wołał:
 — Ach, Boże! Boże! jaki on śliczny...
 Radość dziecka była tak wielka i szczera, że udzieliła się całej gromadce widzów. Nawet wojskowy olbrzym uśmiechnął się pod wąsem i — wydobył z kieszeni sakiewkę.
 „Kupi chłopcu pajaca!...“ — pomyślał sekretarz w bobrach, nie mogąc w dalszym ciągu powstrzymać się od kilku słów uznania dla swoich niepospolitych zdolności, które pozwalały mu odgadywać najdrobniejsze zamiary sfinksa XIX wieku.
 W tej samej jednak chwili twarz wojskowego zachmurzyła się znowu. Prędko schował sakiewkę do kieszeni i odszedł od kramu.
 Pajac tymczasem wciąż skakał i wywracał oczy, mały chłopiec śmiał się, a sekretarz myślał:
 „Chciał kupić malcowi pajaca na choinkę, ale spostrzegł, że go poznali, i dał pokój... Oj! ta popularność...
 „Ja jednak — ciągnął w duchu sekretarz — mam prawo napisać, że pajac został kupiony i darowany dziecku ze słowami: „Masz, mój mały, to dają ci Niemcy na gwiazdkę!...“ Ale ogłoszę to dopiero po śmierci...“
 W pół godziny później wojskowy pan i jego sekretarz byli już w gabinecie... Sekretarz stał przy biurku, a wojskowy siedział w wysokim fotelu i palił fajkę.
 Była to chwila, w której biografom wolno zadawać niedyskretne pytania. Sekretarz skorzystał z niej i rzekł:
 — Dzień dzisiejszy będzie dla mnie pamiętny. Dawno już nie widziałem waszej książęcej mości w takim świątecznym nastroju ducha.
 — Tak! — odparł powoli wojskowy. — Ten spacer przypomniał mi o kilku sprawach. Zaczynam już spotykać emigrantów do Ameryki nietylko w raportach, ale — i na ulicach...
 „Gadaj innym o emigrantach! — pomyślał sekretarz. — Przede mną nie ukryjesz swych uczuć!...“
 A potem dodał głośno:
 — Jestem pewny, że widok tej choinki obudził w księciu jakieś miłe wspomnienia z lat dziecinnych...
 Książę podniósł głowę.
 — Jakiej choinki?...
 — Tej... w sklepie kolonjalnym — odparł domyślny biograf, dyskretnie patrząc w ziemię.
 Książę puścił ogromny kłęb dymu i niespokojnie poruszył się w fotelu.
 — Ach, tak!... — westchnął — ten sklep i nasi emigranci, wyjeżdżający z domu na Boże Narodzenie, to ciekawa ilustracja niemieckich stosunków. Każdy taki sklep jest kasą, w której Holandja pobiera od nas haracz... Śmieszna historja, żeby Niemcy nie mogły mieć u siebie nawet laski cynamonu, na której nie położyłaby pieczęci Anglja, albo Holandja...
 Holandja! mniejsza od Brandenburgji, której jednak podoba się mieć kolonje prawie cztery razy rozleglejsze od całych Niemiec!... No — i posiada je, a my pewnego poranku musielibyśmy pić na śniadanie cykorją, zamiast kawy, gdyby tak się podobało Holandji...
 „Więc jego nie choinka wzruszyła, tylko... holenderskie kolonje?“ — pomyślał markotny sekretarz.
 Wzburzony olbrzym pociągnął kilka razy dym z giętkiego cybucha; powoli jednak nabrzmiałe na czole żyły pobladły mu i — uspokoił się.
 — Uważałem — rzekł sekretarz — że księciu podobał się ten mały chłopiec przed pajacem?...
 — A, tak! to był tęgo zbudowany malec! — odparł książę z uśmiechem znawcy mięsa dla armat.
 — Zdawało mi się nawet, że książę miał zamiar ofiarować mu pajaca?
 — No, alem przecież tego nie zrobił — odpowiedział olbrzym.
 — Czy książę sądzi, że świąteczne podarunki nie są stosowne dla niemieckich dzieci?
 — Przeciwnie... Zresztą dałem mu najlepszy podarunek, jaki mógł dostać.
 Sekretarz spojrzał ciekawie.
 — Dałem mu — niezaspokojone pragnienie — odparł książę, a potem dodał:
 — Im więcej będzie takich pragnień, tem dla nas lepiej!
 — Przed jedynastu laty jednak, w Wersalu, byłeś książę łaskawszy dla małej Francuzki, która dostała od was lalkę?
 — Bo widzisz, im więcej — tam będzie zaspokojonych pragnień, tem znowu dla nas lepiej!

 To powiedziawszy, książę odwrócił się i utopił wzrok w wiszącej mapie holenderskich kolonij. Sekretarz posmutniał, może słusznie domyślając się, że w tym kraju, gdzie mały chłopiec napróżno tęskni do pajaca, a wielki kanclerz do holenderskich kolonij, sekretarze, zamiast gratyfikacji, mogą otrzymać na gwiazdkę podarunek — z niezaspokojonych pragnień...


PODWÓJNY CZŁOWIEK.

 „Czasami tęsknię, ale nigdy nie nudzę się, ponieważ we mnie jest dwu ludzi, którzy ciągle sprzeczają się z sobą. No, a w moim wieku niema przyjemniejszej rozrywki, jak ożywiona dyskusja.“
 W taki sposób określił samego siebie pewien stary kawaler, pan Drzymalski, gdy go pytano: czy nie nudzi się, nic nie robiąc?... W podobny sposób wyjaśnił kwestją, dlaczego chodzi do teatrzyków, a nie bywa w teatrze?
 — Na przypatrywanie się baletowi mam za dużo rozumu. Na dramat chodzić nie potrzebuję, gdyż sam w sobie noszę kopalnią uczuciowych sytuacyj; żadną zaś komedją nie ubawię się tak, jak moim własnym dowcipem. Chodzę tylko na operetki, ponieważ nie znam się na muzyce.
 Mnóstwo tego rodzaju zdań pan Drzymalski wygłaszał z niezachwianą powagą, za co przyjaciele nazywali go oryginałem, a niechętni cynikiem. Gdy mu to powiedziano w oczy, odparł bez gniewu:
 — Mylicie się, panowie, jestem tylko prawdomównym.
 Był to człowiek nieładny, ale spojrzenie miał dziwne. Zwykle patrzył szyderczo, z drwiącym uśmieszkiem, niekiedy zaś tak smutno, jakgdyby serce zalewało mu się łzami. Czasem na nic nie patrzył, a wtedy z jego oczu padał cień, jak z przepaści.
 W jednej z podobnych chwil, ktoś, uchodzący za dowcipnego, powiedział mu:
 — Za często zaglądasz pan w siebie.
 — Bo mam na co spoglądać — odrzekł. — Gdybyś pan robił to samo, traciłbyś czas napróżno.
 Życie prowadził systematyczne. Jadał obiad o drugiej, po obiedzie spał, przed obiadem spacerował. O dziewiątej wieczór szedł na kolacją, później czytał książki, albo grał w wista, a o północy leżał w łóżku. Z rana wstawał o siódmej, karmił i opatrywał swoje kanarki, czytał i przed obiadem szedł znowu na spacer.
 Na niedzielę miał inny program zajęć. Po południu składał wizyty różnym starym panom i damom, których już nikt nie odwiedzał, a z rana chodził do kościoła.
 — Więc pan bywasz w kościele? — dziwił się jakiś farmazon.
 — Bywam.
 — Jak można pozować na świętoszka!...
 — Rzecz gustu — odpowiedział Drzymalski. — Pan dbasz o łaskę prezesów, a ja o łaskę Boga i świętych. Mam ten zysk, że moi protektorowie nigdy mnie nie lekceważą.
 Farmazon oburzył się tak, że przestał witać się z Drzymalskim. Przyjaciele nie omieszkali wyzyskać tego.
 — Cóż to, panie Drzymalski, nasz szanowny dyrektor nie wita się z panem?
 — Wiem o tem lepiej, aniżeli panowie, bo właśnie wczoraj nie podał mi ręki w salonie, przy pięćdziesięciu osobach.
 — I cóż pan na to?
 — Powiedziałem mu, że Grand Daniel także nie podałby mi ręki, choć jest bardzo szanownym koniem.
 Pewnego dnia, gdy odbywał zwykłą przechadzkę po Saskim Ogrodzie, zastąpił mu drogę tęgi, siwiejący szlachcic. Pan Drzymalski ocknął się z zamyślenia i chwilę popatrzywszy, zawołał:
 — Niedojdziewicz!
 — We własnej skórze! — odparł przybysz.
 Padli sobie w objęcia.
 — Skądże się wziąłeś w Warszawie, i do tego w ogrodzie? — zapytał Drzymalski.
 — Wczoraj przyjechałem do miasta, a dziś byłem u ciebie w domu. Służąca powiedziała mi, że zastanę cię tutaj, między studnią i wodą sodową — no i zgadła. Jesteś regularny jak zegarek.
 — Żaden szlachcic nie zalega tak regularnie w długach, jak ja spełniam moje obowiązki. Tu naprzykład bywam codzień od dziesięciu lat.
 — Boże miłosierny! — westchnął Niedojdziewicz. — I co tu robisz codzień?
 — Cieszę ludzi moim widokiem, a niekiedy marzę.
 — Ty?...
 — Czy mi nie wolno? — spytał Drzymalski. — Jestem przecie pełnoletni.
 — I bardzo. Ale o czem marzysz?
 — Niekiedy podziwiam dobrotliwą Opatrzność, która nad każdą ławką w Saskim Ogrodzie stworzyła drzewo, aby ludzie mieli dosyć cieniu...
 Niedojdziewicz spojrzał na niego, niepewny, co myśleć o tej filozofji.
 — Zwykle zaś — ciągnął Drzymalski — pieszczę się i dręczę widokiem przechodzących kobiet. O, spojrzyj naprzykład na tę: czy nie piękna? Blondynka, ciemno-szare oczy, grecki profil, a jaki rzut nogi!... Zdaje mi się, że za jeden jej pocałunek oddałbym życie; ale wnet przypominam sobie, że ona takiego, jak ja, nie pocałowałaby nawet za turkusowe kolczyki. Moje zaś dochody nie pozwoliłyby mi ofiarować jej brylantowych...
 — Kpisz ze mnie? — spytał Niedojdziewicz, patrząc mu w oczy.
 — Mówię zupełnie serjo — odparł Drzymalski z wejrzeniem pelnem smutku. — Ale jestem jak Człowiek śmiechu: kiedy mi serce pęka, ludzie myślą, że kpię z nich. Lecz prawda, że wy na wsi czytacie dopiero Walter-Scotta, a Hugo jeszcze się dla was nie urodził.
 — Zawsześ był dziwak — rzekł Niedojdziewicz — ale nie wiedziałem, że obudził się w tobie gust do kobiet.
 — Gust?... Powiedz, namiętność!... Od piątej klasy ginąłem za kobietami, kochałem się jak Romeo, ale — pocichu, wiedząc, że żadna nie odpłaci mi wzajemnością. Tak głupiej niema w Warszawie, a na prowincją nie chce mi się wyjeżdżać.
 — Zechciej się tylko ożenić, a sto wyjdzie za ciebie nawet w Warszawie.
 — Dajże spokój! W ciągu piętnastu lat starokawalerstwa oświadczyłem się czterem, i żadna się nie złapała. Śmiały się, gdy ze łzą w oku opisywałem im interesujący stan mojej duszy. Im byłem rzewniejszy, tem one miały lepszy humor; widocznie w ich opinji szkodził mi zbytek uczuć. Zrobiłbym wrażenie, gdybym miał w sobie mniej poezji, bo kobiety są realistki i wolą okrągły kark, aniżeli okrągły frazes.
 — A dlaczego nie zwracałeś się nigdy do Anny?...
 Drzymalski cofnął się.
 — Jakiej Anny?... — spytał niespokojnie.
 — Siostry mojej żony.
 Drzymalski począł iść szybko i, zaplótłszy ręce za siebie, ściskał je tak mocno, jakby chciał połamać palce. Niedojdziewicz zdumiał się, widząc jego wzruszenie.
 — Co ci się stało?... Czego lecisz jak warjat?...
 — Posłuchaj mnie — odezwał się Drzymalski. — Jesteś jedynym moim przyjacielem, jeżeli wogóle mogę mieć przyjaciół, ale pomimo to zrobiłeś mi wielką przykrość...
 — Przykrość?...
 — Niezmierną. Czy pomyślałeś kiedy, że ja, od piętnastu lat, kocham... nie!... uwielbiam Annę?... To moja pierwsza i jedyna miłość... I kto wie, czy dziś nie byłbym innym, gdybym się z nią ożenił... Przedewszystkiem miałbym kamienicę, bo jej ojciec umarłby ze zmartwienia, patrząc na takiego zięcia.
 — W imię Ojca i Syna... — przeżegnał się Niedojdziewicz. — Więc dlaczego nigdy nie wspomniałeś o tym afekcie?
 — Nie śmiałem... Piętnaście... eh!... co ja mówię?... sto razy chciałem się o Annę oświadczyć, ale słowa więzły mi w gardle. Siedzisz całe życie na wsi i myślisz tylko o tem, ażeby co roku mieć dziecko, nie masz więc pojęcia, jak wstydliwem jest prawdziwe uczucie. Ale gdybym ci przeczytał sonety, jakie na jej cześć pisałem, zapłakałbyś... Taką lichą mają formę obok głębokiego uczucia.
 Niedojdziewicz kręcił głową.
 — Mój drogi — rzekł — drwisz ze mnie. Mówisz, żeś kochał jedną tylko Annę, a... oświadczałeś się czterem innym pannom.
 — Z rozpaczy i dla wprawy. Kto nie może utopić się w oceanie, skacze do studni.
 — Dajmy na to. Ale kiedy już nabyłeś wprawy?...
 — Nie śmiałem zwracać się do panny Anny, dostawszy odkosza od innej -— odparł Drzymalski tonem przekonania.— No, ale jest już druga, więc idźmy na obiad. Dziś wyjątkowo pójdę do lepszej knajpy i proszę cię ze sobą...
 Niedojdziewicz wahał się.
 — Obiecałem — rzekł — Anusi, że u nich będę na obiedzie, ale — mniejsza o to. Poślę kartkę przez posłańca, a tymczasem pogadamy. Może cię ożenię!
 — Prędzej wsadzisz mnie na szczyt ratuszowej wieży — odparł Drzymalski.
 Wyszli z ogrodu w stronę Teatralnego placu. Drzymalski spuścił głowę i gwizdał marsza Szopena; Niedojdziewicz spoglądał na niego z pod oka i wzruszał ramionami.
 „Dziwak, wielki dziwak!... — myślał o swoim przyjacielu. — Ale... jeżeli się ożeni, to może się odmienić.“
 W restauracji znaleźli osobny gabinet. Niedojdziewicz pisał kartkę, a Drzymalski zamawiał obiad.
 — Daj nam pan... — mówił do subjekta, bębniąc palcami w stół — daj nam pan... barszczu... polędwicę... A rybę macie jaką? Jestem dziś tak wzruszony, że muszę jeść rybę.
 — Jest sandacz z jajami.
 — Bardzo dobrze; daj pan sandacza. A ze zwierzyny?...
 — Może być pieczeń sarnia.
 — Wybornie, więc i pieczeń sarnią, byle nam ze stołu nie uciekła.
 — Wódeczkę podać przed obiadem?
 — Owszem, daj nam pan starki i ćwierć funta kawioru. Obiad bez wódki jest jak dorożka bez stopnia.
 — Wino będzie jakie?
 — Może być potem, a później zobaczymy.
 — Po obiedzie czarna kawa i likier?
 — Obiad bez kawy jest jak krzesło bez poręczy. Zapisuj pan sobie moje dowcipy, będziesz miał reputacją.
 Początek obiadu upłynął w milczeniu. Ale przy drugiej butelce soternu dwaj przyjaciele wrócili do przerwanej rozmowy.
 — Powiedzże mi krótko — spytał Niedojdziewicz — boć znamy się od dzieci, a kochamy jak bracia... Chcesz się żenić, czy nie?... Ale krótko.
 — Djabli wiedzą — odparł Drzymalski. — Znasz moje najgłębsze uczucia, więc sam osądź...
 — Zatem chcesz się żenić, Józefie!... Ty chcesz!... — zawołał Niedojdziewicz i złożył pocałunek na spoconej twarzy przyjaciela.
 — Nie wiem. Serce mówi: tak! — a rozum przypomina, że w małżeństwie są duże obowiązki. Trzeba być nietylko punktualnym, ale i entuzjastą.
 — Józiu!... Drzymalski... — prawił zarumieniony szlachcic. — Znamy się od pierwszej klasy... Ty byłeś naprzód moim kolegą, ale że ja siadywałem w każdej klasie po dwa lata, więc zostałeś moim korepetytorem... Zawsze jednak... Józiu, patrz mi w oczy!... Zawsze jednak byliśmy przyjaciółmi. Otóż, ja, Niedojdziewicz, jako twój najserdeczniejszy przyjaciel, mówię ci: Drzymalski, ty chcesz się żenić!... Prawda, że w tobie siedzi jakiś przekorny djabeł, i niewiadomo kiedy kpisz, a kiedy mówisz prawdę, ale ja cię znam... Ty chcesz się żenić, i tobie dobrze zrobi małżeństwo...
 — Kiedy w Saskim Ogrodzie — mówił Drzymalski, patrząc w sufit — widzę spróchniałe drzewa, obite smołowcową tekturą, myślę, że dla starego kawalera małżeństwo jest taką tekturą, co osłania jego rany... Ale ich nie leczy!...
 — Józiu... tobie koniecznie potrzeba żony... Onaby ci świat umilała.
 Drzymalski począł marzyć głośno:
 — Patrząc w salonie na młode kobiety, na ich piękność, ruchy, ich strój, tak różny od naszego, a tak ponętny, rozumiem, że na świecie niema doskonalszej istoty nad kobietę. Czasami na widok turniury, chwiejącej się z wdziękiem, ogarnia mnie taki żal, że boję się rozpłakać i uciekam... Ale kiedy znowu pomyślę, że pewnego dnia mógłbym w moim pokoju zobaczyć suknie porozwieszane na drzwiach, kaftaniki na bibljotece, chusteczki na parawanie — zimno mi się robi... Kobiety mają za dużo garderoby!...
 — To głupstwo! — machnął ręką Niedojdziewicz. — Garderoba nie stanowi kobiety.
 — To wcale nie dodaje mi odwagi.
 — Więc ja cię wyręczę.
 — W czem?... — zawołał Drzymalski.
 — Oświadczę się w twojem imieniu Annie.
 — Czyżbyś to zrobił?...
 — Nawet dzisiaj, w tej chwili! — zawołał Niedojdziewicz, z pewnym trudem unosząc się z kanapy.
 — Pierwej skończmy obiad — uspokoił go Drzymalski. — Dobry obiad jest gwarancją powodzenia w miłości... Lubo niezawsze! -— westchnął.
 — Obiad skończymy — mówił Niedojdziewicz z pałającemi oczyma — ale... oświadczymy się dziś...
 I uderzył pięścią w stół marmurowy.
 — Nie mam odwagi...
 — Trzeba raz skończyć!...
 — Nie ośmielę się...
 — Z oświadczynami robi się jak z wyrwaniem zęba. Powiedz sobie: rwę dziś, za godzinę i basta!... Za godzinę będziesz po słowie z Anną...
 — Odrzuci mnie! — desperował Drzymalski.
 — Pójdzie za ciebie z pocałowaniem ręki. Za późno na grymasy, kiedy się dobiega trzydziestki.
 — No, Anna już przewaliła trzydziestkę...
 — Jest znacznie młodsza od ciebie.
 — Bagatela! — mruknął Drzymalski. — O mnie już lada dzień napiszą nekrolog i, doprawdy, zazdroszczę tym, którzy go czytać będą. Ale mniejsza o lata panny Anny — dodał — ponieważ czuję, że i w tym wieku, jaki ma, zrobiłaby mi łaskę, wychodząc za mnie. Nie jestem jej wart...
 Niedojdziewicza ogarnął zapał.
 — Wart jesteś! — krzyknął — boś mój kolega i przyjaciel... Jeszcze kieliszek... i idziemy w konkury...
 — Jakto, zaraz?...
 — Natychmiast. Z oświadczynami, jak ze rwaniem zębów...
 — Ależ ja mam na sobie stary tużurek...
 — Do dentysty biegłbyś w szlafroku, gdyby cię przycisnęło.
 — Zresztą muszę pomyśleć...
 Niedojdziewicz podniósł się z kanapy.
 — Kochasz Annę, czy nie?...
 — Miłość jej zatruła mi piętnaście najpiękniejszych lat życia...
 — A więc basta!... Piję zdrowie twojej narzeczonej, a siostry mojej żony...
 — Gubisz mnie!... — reflektował go Drzymalski i zakrztusił się winem ze wzruszenia.
 — Teraz idźmy!... — rzekł Niedojdziewicz.
 Drzymalski chwycił się za poręcz kanapy.
 — Trupa mojego weźmiesz stąd...
 Niedojdziewicz trochę wytrzeźwiał.
 — Słuchaj — mówił spokojniejszym głosem. — Jutro wyjeżdżam z Warszawy, ale dziś chcę cię uratować. Widzę, że marnujesz się w starokawalerstwie i zmarniejesz, więc decyduj... Albo oświadczymy się o Annę zaraz, albo...
 — Pozwólże mi zebrać myśli... — szepnął Drzymalski. — Nie jestem berejterem, ażebym z miejsca brał taką barjerę, jak oświadczyny.
 — Dobrze. Wyjdę na pięć minut z tego pokoju, przyszlę ci syfon wody selcerskiej, a ty — napij się jej i pomyśl. Albo... albo...
 Niedojdziewicz wyszedł, a po chwili ukazał się subjekt i, milcząc, postawił syfon na stole.
 — Boże mój, co robić? — szepnął Drzymalski. — Anioł czy szatan sprowadził mi na kark Niedojdziewicza?... Ten szlachcic rozmarzył mnie, czuję, że odmłodniałem na samą myśl o Annie. Ile wspomnień... Widzę całą moją ubogą młodość, klasy pełne dziecinnych głów, uniwersytet, izbę na poddaszu, gdzie we trzech mieliśmy dwa łóżka i na cały dzień jedną bułkę chleba...
 A potem — Anna... Spotkałem ją na wieczorku. Miała tarlatanową suknią i niebieską szarfę. Jak to dawno!... Z początku nie zauważyłem jej, ale wypadkiem dotknęła mnie sukienką i spojrzała tak, żem wybiegł do przedpokoju i pocałowałem jakąś pokojówkę. A może ja jej wtedy podobałem się?... No, chybaby miała kataraktę na oczach, bo nawet stare baby nigdy nie okazywały apetytu na moje wdzięki... Ale jeżeli... Jeżeli z tego powodu do dziś dnia została panną?... Ba! a narzeczony, który ją porzucił? Choć i to niczego nie dowodzi: mnie cztery panny odrzuciły, a jednak ją kocham.
 Gdyby więc i ona mnie kochała, gdybym przy niej odżył i tak codzień widywał moje młode lata, jak dzisiaj?... Co prawda, żeniąc się, zrobiłbym uciechę całej Warszawie; ludzie wytykaliby mnie palcami. Ale cóż mnie to obchodzi? Czy nie mam prawa do szczęścia, a Warszawa do uciechy? A gdybyśmy mieli dzieci... Nie, widocznie już zwarjowałem!... Ale jeżeli ona mnie kocha?... No, toby mi także w moim wieku nic nie pomogło. Boże! jakie straszne wątpliwości.
 We drzwiach stanął Niedojdziewicz.
 — Tak, czy nie? — spytał.
 — Jestem zdecydowany, ale... i pełen sceptyzmu, jak prawdziwy filozof — odparł Drzymalski.
 — Ubezwłasnowalniam cię na godzinę! — zawołał Niedojdziewicz. — O, tu jest miednica z wodą, umyj się.
 Drzymalski wyszedł do drugiego pokoju i umył się.
 — A!... — syknął — zimna woda dodaje otuchy, nawet do małżeństwa.
 — Bierz palto.
 Drzymalski ubrał się.
 — Idźmy.
 — Czy tam?... — spyta! Drzymalski.
 — Nie pytaj.
 — Zmiłuj się — szepnął, biorąc Niedojdziewicza za rękę — jeszcze kwadrans do namysłu...
 — Ani sekundy...
 Wyszli, siedli w dorożkę i wkrótce stanęli przed sporą kamienicą.
 — Połowa tego domu będzie twoją — rzekł Niedojdziewicz.
 — Zatrzymajmy się... — błagał go Drzymalski. — Zabije mnie apopleksja...
 — Mieszka tu felczer i puści ci krew.
 Drzymalski opierał się, ale wieśniak ujął go mocno pod rękę i wciągnął na schody.
 — Toby była awantura, gdybym został przyjęty! — szepnął Drzymalski.
 Niedojdziewicz zadzwonił. W tej chwili drzwi otworzono.
 W przedpokoju Drzymalski uczuł, że nogi chwieją się pod nim. Szczęściem, spojrzał w lustro i zobaczył sinawe rumieńce na swojej twarzy i nos czerwony.
 Widok ten przywrócił mu równowagę duchową.
 „No — myślał — już takiego konkurenta nie przyjmie nietylko Anna, ale nawet jej kucharka. Wyglądam jak pijak i z pewnością dostanę piątego arbuza w życiu, ale — co mi to szkodzi?... Sądzono widać, ażebym w tym tygodniu ubawił Warszawę moją skwapliwością do kobiet.“
 Weszli do gabinetu pana domu, szczupłego i jowjalnego staruszka, który przyjął ich bardzo życzliwie.
 — To mi lokator! — zawołał staruszek, ściskając za obie ręce Drzymalskiego. — Spokojny, punktualny, lubi porządek...
 — Nie wiem, czy tak pochlebną opinją podzielałby mój gospodarz — odpowiedział Drzymalski.
 — O, podziela! — zawołał staruszek. — Zna przecie pana od ośmiu lat i mówi, że taki lokator to błogosławieństwo boże. Zazdroszczę mu z całego serca...
 Drzymalski skłonił się pełen niepokoju.
 Wtem Niedojdziewicz odchrząknął i wtrącił się do rozmowy.
 — Może ojciec mieć tego lokatora do końca życia.
 — Co mówisz? — spytał stary z zaiskrzonemi oczyma.
 — Tak jest, i nawet przyszliśmy w tym interesie.
 — Ejże?... Więc on wyprowadza się od Frajtaga?... Brawo!... — krzyknął staruszek, klaszcząc w ręce.
 Drzymalski siedział blady i wyginał sobie palce. Niedojdziewicz pocałował staruszka w ramię i mówił:
 — Kochany ojcze, powiem ci bez wstępu: Drzymalski prosi cię o rękę Anny...
 Mimo panowania nad sobą, Drzymalski tak nagle rzucił się na kanapie, że dotknął głową ściany. Staruszek otworzył usta ze zdziwienia, podniósł ręce do góry i rzekł:
 — Czy to być może?...
 — Wiedziałem — odezwał się Drzymalski — że mnie pan dobrodziej odrzucisz... Przynosi to zaszczyt pańskiemu doświadczeniu i dbałości o szczęście córki.
 — Ależ nie!... — odparł staruszek, dziwiąc się coraz bardziej.
 Drzymalski oniemiał.
 — Józef od piętnastu lat kocha Annę -— rzekł Niedojdziewicz — a jeżeli oświadcza się tak późno, to tylko przez nieśmiałość.
 — Bagatela! — zawołał staruszek — zalegał w oświadczynach sześćdziesiąt kwartałów!... Jednak lepiej późno, aniżeli nigdy, bo dobry i ten lokator, który, długo nie płacąc, chociaż wkońcu oddaje. Ale ja mam, panie, takich, co mi nigdy nie zapłacą... Wymknęli się, graty z domu wynieśli, i — szukaj nieboszczyka w biurze adresowem!
 — Więc, ojcze, przyjmujesz Drzymalskiego?... — spytał Niedojdziewicz.
 — Całe piętro mu oddam... To jest... — poprawił się staruszek — widzicie tak. Ja zajmuję się tylko kamienicą i zapraszam do niej pana Drzymalskiego, owszem, nawet zniżę mu komorne. Ale czy Anusia przyjmie go za męża, to już jej rzecz.
 — A jest w domu?
 — Rozumie się, że jest, i nawet pewnie nas podsłuchuje — rzekł staruszek.
 — Ależ papo!... — zawołała panna Anna, stając nagle we drzwiach gabinetu. — Cóż za wyobrażenie będzie miał o mnie pan Drzymalski?...
 Niedojdziewicz spojrzał na nią, kiwając głową.
 — Że nie podsłuchujesz, to wiem — rzekł do niej. — Ale gardło daję, że słyszałaś całą naszą rozmowę.
 — Byłoby dziwne, gdybym nie słyszała — odpowiedziała panna. — Robiąc koronkę, siedzę cały dzień przy tych drzwiach w saloniku, a panowie tak głośno powierzacie sobie tajemnice, że trudno ich nie słyszeć.
 — A więc?... — spytał Niedojdziewicz.
 — Co więc?... — chłodno odparła panna Anna.
 — Czy przyjmujesz oświadczyny Józefa?...
 — Czy ty jesteś panem Józefem?...
 Drzymalski podniósł się z kanapy.
 — Pani! — rzekł — do tej pory milczałem, nie mając odwagi prosić pani o rękę. W tej chwili mówię, ale... również czuję, że nie mam odwagi... Skazany na śmierć nie doświadcza takich wrażeń wobec...
 Tu urwał i stanął z otwartemi ustami, zapatrzony w pannę.
 — Dziękuję panu, żeś mnie chciał porównać do kata, ale mniejsza o to... Przedewszystkiem witam — rzekła panna i podała mu rękę.
 — Zdaje się, moi państwo — wtrącił Niedojdziewicz — że najłatwiej porozumiecie się bez świadków. I dlatego zostawcie tu mnie z ojcem na półgodzinną rozmowę o interesach, a sami przejdźcie do saloniku.
 Ty, Józefie, masz drogę utorowaną. Reszty dokończysz sam.
 „Wpadłem na siedem bez atu!“ — pomyślał Drzymalski.
 Anna wyszła do saloniku, a za nią jej konkurent. Tam przeniosła swój warsztat koronkarski na drugi koniec pokoju i, usiadłszy na fotelu, najspokojniej zaczęła robotę. Drzymalski zajął miejsce naprzeciw niej, na taburecie, mocno zmieszany.
 — Rzadko widujemy się — rzekła panna.
 — Słodki to dla mnie wyrzut. Ale, jeżeli pani pozwoli, postaram się dotychczasowe zaniedbanie wynagrodzić — odparł Drzymalski.
 — Komu?...
 — Wynagrodzić przedewszystkiem sobie...
 — A powtóre?...
 — Istotnie, że z tego, com powiedział, wypływa i powtóre. A więc... powtóre — znowu sobie.
 — Prawda, że w panu jest podobno dwu ludzi.
 — Pani słyszała o tym aforyzmie? Dobry jest, co?...
 — Nawet o sławie pańskiego dowcipu. Ale jacyż to są ci dwaj ludzie, których pan lokujesz w sobie?
 — Jednym jest ten, który panią poznał przed piętnastu laty: tkliwy i marzący. Drugim ten, który przez piętnaście lat kochał bez nadziei...
 — I cztery razy oświadczał się czterem różnym pannom. Jakiż jest ten drugi?
 — Dowcipny i złośliwy — odparł Drzymalski.
 — W miłości nieszczęśliwy — dodała Anna.
 — Pozwolę sobie zauważyć, że rym, który pani w tej chwili skomponowała, jest lepszy od wielu moich, choć dużo nad niemi pracuję.
 — Bardzo mi to pochlebia. Czy i pan dopuszcza się wierszy?
 — Niestety tak. Układałem je na cześć pani. Czy pani także bawiła się w poezją?
 — Niestety, tak...
 — Domyślam się, że nie z mego powodu?
 — Powinnabym uwielbiać pańską skromność, ale, będąc szczerą, wolę podziwiać pańską domyślność.
 — Gorzkie odpowiedzi pani ranią moje nadzieje.
 — Ach, prawda, że pan ma mi się oświadczyć i zapewne w imieniu obu swoich lokatorów. Skądże to przyszło tak nagle?
 — Miałem już honor wspomnieć, że od piętnastu lat...
 — To słyszałam, niech więc pan przejdzie do daty najświeższej.
 — Bardzo dobrze. Otóż dziś spotkał mnie w Saskim Ogrodzie szwagier pani...
 — I litując się nad siostrą żony, starą panną, prosił w jej imieniu o pańską rękę. Czy tak?
 -— Boże uchowaj! — odparł Drzymalski. — Jesteśmy z nim kolegami od pierwszej klasy, nic zatem dziwnego, że w poufałej rozmowie wspomniałem mu o moich uczuciach, a on...
 — Poszedł z panem do restauracji na obiad. Tam, przy butelce wina, serca wasze uderzyły jeszcze spieszniej i — ułożyliście marjaż. Czy tak?
 — Gdyby pani od swego opisu odjęła trochę złośliwości, a dodała trochę uczucia i poezji, możebym go potwierdził.
 — Mam dodać poezji?... Więc była nie jedna, ale kilka butelek wina?... Poznałam to po humorze mego szwagra.
 — Pani! sotern jest napojem tak niewinnym, że mógłbym po nim iść do spowiedzi...
 — No, i poszedł pan, omyliwszy się tylko... co do osoby spowiednika... Wino nie musiało być mocne.
 Drzymalski poruszył się.
 — Wiem — rzekł, zmieniając ton rozmowy — że nie jestem godzien miłości kobiety takiej jak pani, ale czuję, że nawet mojej miłości nie godzi się wyszydzać. Zresztą mówiłem o niej ze szwagrem pani nietylko przy obiedzie, ale i przed obiadem... Mówiłem tak pięknie, że szwagier pani był głęboko wzruszony.
 Panna Anna ze śmiechem odsunęła swój warsztat.
 — Pan potrafi być szczerym?
 — Nie umiem być innym.
 — Gdzie pan pójdzie od nas?
 — Na spacer.
 — A później?
 — Na kolacją, a z kolacji na wista. Zbiera się trzech starych kawalerów i jeden wdowiec, ale głuchy.
 — Gdybym panu zabroniła iść na kolacją i na wista?
 — Byłbym szczerze zmartwiony, bo moi koledzy musieliby grać z dziadkiem.
 — Widzę, że pan mówi prawdę. A co pan robi po wiście?
 — Czytam książkę do poduszki i zasypiam.
 — A z rana co?
 — Karmię moje kanarki, znowu czytam, a potem idę na spacer i na obiad.
 — Obiad pan jada zawsze w tej samej restauracji?
 — Od dziesięciu lat.
 — A spaceruje pan zawsze po tej samej alei?
 — Także od dziesięciu lat.
 — Kiedyż pan myśli o mnie?
 — Prawie codzień, gdy spaceruję po ogrodzie.
 — I dla mnie zmieniłby pan swój tryb życia?
 Drzymalski zamyślił się.
 — Z wielką trudnością. Jestem już bardzo stary.
 — To znaczy: nie zmieniłby go pan?
 — Prawie że nie. Chociaż podobno miłość wiele może.
 — Co do mnie, ja nawet dla pańskiej miłości nie zmieniłabym mego trybu, a jest on zupełnie różny od pańskiego.
 Drzymalski zaczął kręcić się na taburecie. Anna zapytała go po chwili:
 — Jakiż pan wniosek wyprowadzasz z naszej rozmowy?
 Rozłożył ręce na znak rozpaczy i uderzył się w kolano.
 — Okrutny wniosek — odparł — ten, że pani mnie nie chce. Jest to już piąta rana śmiertelna, jaką zadaje mi płeć piękna.
 — Spodziewam się — rzekła, powstając z fotelu — że dzisiaj straci pan raz na zawsze ochotę do oświadczyn.
 — Przeciwnie, pani. Gdybym przy pierwszej mojej katastrofie spotkał tak dowcipną kobietę jak pani, oświadczałbym się co tydzień. A tak, zmarnowałem życie, utraciłem bardzo przyjemną rozrywkę.
 — A teraz który człowiek przemawia przez pańskie usta?
 — Niestety! obaj... Jeden czuje, że jest nieszczęśliwy, a drugi pociesza się w nieszczęściu, jak umie.
 Drzwi od gabinetu otworzyły się, i wbiegł do salonu Niedojdziewicz, a za nim teść.
 — No, i cóż?... porozumieliście się! — zawołał szlachcic. — Wiedziałem o tem.
 — Tak jest — odparł Drzymalski. — Porozumieliśmy się o tyle, że panna Anna nie chce nawet słyszeć o mnie.
 — Co? — krzyknął Niedojdziewicz, patrząc na Annę.
 — Przeciwnie, to pan Drzymalski zrobił lepiej niż ja, bo wcale się nie oświadczał.
 — Ale w kwestji mieszkania trzymam pana za słowo — wtrącił staruszek, ściskając Drzymalskiego za rękę. — Żeń się, nie żeń się, to twoja rzecz; ale sprowadź się do mego domu, boś porządny lokator.
 — Co pani sądzi o tym projekcie ojca? — spytał Drzymalski, spoglądając na Annę.
 — Jak pan chce — odparła ze śmiechem. — Jesteśmy chyba bezpieczni zarówno od siebie, jak i od ludzkich podejrzeń.
 „Zabiła mnie! — pomyślał Drzymalski. — Widzę, że odtąd nie wypada mi oświadczać się nawet z niepowodzeniem.“
 — Warjaty! — ofuknął Niedojdziewicz. — A przysiągłbym, że pasujecie do siebie, jak moje dwie dłonie.
 Drzymalski pożegnał się i wyszedł. Był rozdrażniony i skierował się ku Saskiemu Ogrodowi.
 — Mam naukę — mówił do siebie — ażeby nie pijać lichego soternu. Do jutra będzie mnie łeb bolał.
 W ogrodzie spotkał znajomego.
 — O! — zdziwił się znajomy — cóżeś pan taki zmięty, panie Drzymalski? Spieczone usta, w oczach gorączka, cera niezdrowa... Chory jesteś?
 — Zrobiłem dziś dwa kapitalne głupstwa — odparł Drzymalski. — Przy obiedzie piłem lichy sotern, a po obiedzie oświadczyłem się.
 — To ostatnie jest grubo ważniejsze.
 — Wcale nie, bo panna dała mi odkosza natychmiast, a wino czuję do tej pory.

 I poszedł dalej, niedbale kiwnąwszy głową. Znajomy i tym razem nie wiedział, czy drwi z niego Drzymalski, czy naprawdę jest zbolały i smutny?


NA POGRANICZU.

 Rzecz dzieje się w pogranicznej mieścinie.
 Mieścina wybudowana jest w okolicy dosyć równej, otoczona nędznie uprawnami polami. Wpobliżu znajduje się trochę lasu i kawałek łąki. Przez łąkę płynie rzeczka niezbyt szeroka, ale w niektórych miejscach głęboka; strome i czarne jej brzegi (ulubiona siedziba raków) porosłe są gęstemi kępami wierzbiny.
 Ta rzeczka stanowi granicę.
 Sama mieścina odznacza się ubóstwem i nieporządkiem. Ma duży czworokątny rynek, obudowany drewnianemi domami, z których jedne chylą się do upadku, inne świecą kawałkiem nowego dachu z gontów, a jeszcze inne — wdzięczą się świeżo pomalowanemi okiennicami na kolor: jasno-niebieski, ciemno-zielony, albo czerwony.
 Rynek jest pełen wzgórz i dołów. Wzgórza utworzyły się ze śmieci, wyrzucanych z mieszkań; z dołów wybierano glinę na wylepianie pieców. W jednym rogu placu widać studnią z kołowrotem i daszkiem; w drugim znajduje się figura świętego, z palmą w ręku i znowu pod daszkiem.
 Od rynku, w różnych kierunkach, biegną uliczki, zabudowane jeszcze nędzniejszemi domkami, a na końcach — stodołami. Gdzie niegdzie, przy najpogodniejszym dniu, widać obszerne kałuże, które bynajmniej nie wpływają na zmniejszenie się piaszczystej kurzawy na ulicach.
 W porze letniej pod domami, na spróchniałych ławkach, igrają dzieci, nędznie odziane i, o ile się zdaje, rzadko myte. W kałużach pływają kaczęta, albo wyleguje się samotny przedstawiciel nierogacizny.
 Ogrodów jest niewiele; prawie brak cienia. Tylko przy murowanym kościele stoi kilkanaście starych lip. Około urzędu gminnego zasadzono kilka młodych kasztanów, po których dziś zostały cztery kije.
 Środek miasta zamieszkują przeważnie Żydzi, obwód chrześcijanie. Żydzi utrzymują szynkownie, sklepiki z pieczywem, z norymberszczyzną, solą; chrześcijanie należą do stanu rolniczego, ale bawią się także furmaństwem i rybactwem.
 Napozór nadgraniczna mieścina nie różni się od setek innych, rozrzuconych po kraju. W, gruncie rzeczy jednak posiada bardzo charakterystyczne cechy, coprawda nie rzucające się w oczy, a nawet do pewnego stopnia kryjące się przed ciekawemi spojrzeniami.
 Przedewszystkiem parutysięczna jej ludność składa się z pierwiastków dziwnie ruchliwych. Dziś znajduje się tu pełno ludzi, których nie było przed tygodniem i nie będzie jutro. Pomimo to, są oni jakby u siebie w domu. Mają własne mieszkania, łóżka, mogą się w każdej chwili przebrać. Niejednego z nich widziałeś onegdaj zagranicą, gdzie również był jak u siebie w domu. Pojutrze możesz go spotkać w krzakach, nad rzeczką, i zobaczyć w jego fizjognomji wyraz właściwy człowiekowi, który i w krzakach jest jakby u siebie w domu.
 W długie rozmowy z tym turystą nie wdawaj się. Odchodź jak najśpieszniej, z zupełnem jednak przekonaniem, że on ścigać cię nie będzie.
 Objeżczyki, inaczej strażnicy pograniczni, często i nagle wpadają do mieściny bez powodu i pilnie obserwują jej mieszkańców. Ale obserwowany patrzy spokojnie w oczy ciekawemu i, dla okazania większej fantazji, nuci sobie coś pod nosem.
 Po takim pojedynku na spojrzenia, strażnik wzrusza zwykle ramionami i odchodzi. Nagle wraca, znowu obserwuje swój objekt, znowu spotyka ten sam spokojny, trochę szyderczy wzrok i słyszy tę samą piosnkę.
 Bez żadnej wątpliwości każdy obywatel mieściny miał jakieś zajęcie, jakiś jawny sposób zarobkowania. Ale... wydatki jego o wiele przenosiły dochody.
 Pytanie: z jakiego źródła czerpał ową przewyżkę?...
 Niekiedy działy się tam ciekawe rzeczy.
 W szopach łub stodołach ludzi, nie posiadających nawet kury własnej, rżały konie. Wśród snopów słomy, albo pod stosem gałęzi widywano zagraniczne towary. Czasami w nocy rozlegały się w polu odgłosy gonitw... Niekiedy, ale to już bardzo rzadko, znajdowano w krzakach trupa którego z mieszkańców...
 Wszystkie owe tajemnicze zjawiska objaśniały się zapomocą jednego, dosyć upowszechnionego podejrzenia. Oto podobno wielu mieszkańców osady trudniło się przemytnictwem.
 Cechy polityczne i topograficzne okolic oddziaływają na sposób życia i charakter ludności. Wiedziano już o tem bardzo dawno. Nie byłoby też nic dziwnego, gdyby istotnie ludność osady nadgranicznej bawiła się nielegalnym handlem.
 Na wszelkie zaś zarzuty, jakie procederowi podobnemu robić można, istnieje gotowa odpowiedź:
 — Każdy człowiek żyć musi!...
 Odpowiedzi tej napamięć wyuczyli się objeżczyki.

— — — — — — — — — — — —
 Jednego dnia w rynku mieściny ukazało się paru strażników. Rozejrzeli się uważnie, jak zazwyczaj. Wstąpili do szynku, gdzie gościnny gospodarz uczęstował ich gęsiną, szabasowym szczupakiem i, o ile się zdaje, nieplombowanym likierem.
 Gospodarz, człowiek ciekawy, rzucił im przy okazji kilka pytań, na które otrzymał odpowiedzi obojętne i ostrożne.
 Pomimo to, ledwie strażnicy wyjechali, w osadzie zaczęto szeptać alarmujące wieści.
 Mówiono, że na posterunku złożył ktoś zeznanie, dotyczące bardzo ważnej kontrabandy.
 Mówiono, że skutkiem tego czujność na granicy ma być wzmocniona i patrole zdwojone.
 Uradzono wreszcie, ażeby ostrzec wszystkich „swoich.“ Tamci zaś, którzy dziś mieli przenosić, czy przewozić kontrabandę, niech łamią kark!... Oni bowiem nietylko nie byli nikomu znani, ale jeszcze nie chcieli odwoływać się do pomocy nikogo ze „znanych.“
 Domyślano się, że denuncjacją na owych intruzów zrobił któryś ze „swoich,“ widocznie pod wpływem poczucia solidarności i obawy, ażeby nowa a tajemnicza spółka nie popsuła interesów dawnej.
 Ale Moszek Cymes, śniady brunet, który miał sklep norymberski, i jego brat, rudy i blady Abramek, który nic nie miał, nie słuchali dalszych wniosków, wyprowadzanych z zasadniczej wiadomości. Oni, ledwie zobaczyli strażników, zaraz wyszli przed sklep i zaczęli kpinkować ze swych sąsiadów bardzo dowcipnie, choć serca uderzały im bardzo prędko. Dowiedziawszy się zaś, że z powodu jakiejś wielkiej kontrabandy dozór ma być zwiększony, obaj zniknęli ze sklepu, pozostawiając w nim swoją siostrę, Ruchlę.
 Przed zniknięciem jednak zabrali z za szafy duży tłomok, owinięty w płachtę, i przez podwórka i tylne ulice pobiegli do mieszkania swego ojca.
 Stary Cymes zajmował dużą izbę, podzieloną przepierzeniem na dwie części. Tam, gdzie było okno, siedziała jego sędziwa żona i robiła pończochę.
 Za przepierzeniem zaś, w mało oświetlonym alkierzu, leżał na łóżku sam Cymes, od paru łat sparaliżowany.
 Ledwie ukazali się bracia ze swoim tłomokiem, aliści oboje rodzice poczęli im od ostatnich słów wymyślać. Matka za to, że onegdaj, w dzień szabasu, widziano ich palących fajki — a ojciec za to, że mu nie zwrócili pożyczonych w zeszłym tygodniu dziesięciu rubli.
 Ale dobrzy synowie nie mieli bynajmniej zamiaru trapić serc rodzicielskich hardemi odpowiedziami. Milczeli pokornie. Tylko, wniósłszy tłomok do alkierza, zabrali się do oryginalnej roboty. Moszek chwycił pościel ojcowską w głowach, Abraham w nogach i w ten sposób dźwignąwszy paralityka, złożyli go na podłodze.
 Stary klął okropnie, matka rzuciła na złych synów dużym kłębkiem niebieskiej bawełny, ale — nic to nie pomogło. Bracia wydobyli ze swego tłomoka kilkanaście sztuk tkanin, napełnili niemi szerokie łóżko, a dopiero na tym osobliwym materacu położyli napowrót pierzynę i poduszki, wraz ze sparaliżowanym ojcem.
 Następnie wybiegli z izby, nawet nie patrząc na swoich życiodawców.
 Chory aż płakał ze złości, ale powstała na niego żona.
 — Daj spokój! — mówiła po żydowsku. — Widać, że stało się coś złego, a w takim razie trzeba się przecie prędko zwijać. No, nie krzycz Josek, bo przez ciebie mogą ich wziąć do kryminału!...
 — Niech djabli wezmą gałganów, za wszystkie zgryzoty, jakie mi wyrządzili! — jęczał chory.
 — Cóż oni mają robić? — oburzyła się matka. — Sameś ich tego nauczył.
 — Ja? Ja nauczyłem ich, ażeby ojca nie szanowali?
 — Nauczyłeś ich zagranicznego handlu.
 — Zagraniczny handel co innego, a biedny stary ojciec co innego! — mruczał paralityk. — Mogli mnie poprosić, a nie tak, jak rozbójnicy, poniewierać po podłodze. Mało mi pierzyny nie podarli.
 Żona machnęła ręką, wiedząc, że Josek, z powodu nieszczęsnej choroby swojej, był przesadnie drażliwy.
 Wieść o spotęgowanej czujności nad granicą, obiegłszy wszystkich Żydków, trafiła wkońcu do kancelarji gminnej. Ktoś, przechodzący tamtędy, wsadził głowę w okno i wrzasnął:
 — Kontrabandy szukają!
 W kancelarji siedział pisarz i wójt. Pisarz, figurka mała i ruchliwa, przeglądał papiery, a wójt, chłop siwy i krępy, opowiadał wesołą historją o tem, jak go niegdyś naczelnik przez omyłkę kijem obił.
 Ale okrzyk: „Kontrabandy szukają!“ — padł między nich, jak bomba. Wójt zbladł, nie rozumiejąc, o co chodzi, ale w każdym razie domyślając się czegoś niezwykłego, a więc strasznego. Pisarz zaś zerwał się od stolika i wbiegł do pokoju żony, wołając:
 — Ot, masz!... Szukają w mieście kontrabandy!... Chowajże teraz te sztuki jedwabiu w piec, albo do studni!... Narobiłaś mi kwasu twojemi znajomościami!...
 Pani pisarzowa, ubrana w aksamitny kaftan i czarną rypsową suknią z długi ogonem, na razie oniemiała.
 — Com ja ci narobiła?...
 — Ano to, że przyjmujesz od szwarcowników kontrabandę do przechowania, a ja głową nałożę. Nie bój się, wiem ja o wszystkiem! — mówił mąż.
 Pani odzyskała energją.
 — A któż to pierwszy wziął na przechowanie towary: ja czy ty? — zapytała gniewnie, ujmując się pod boki.
 — Ja wziąłem raz i tylko dlatego, ażeby tobie sprawić jedwabną suknią, której ci się zachciało — odparł mąż. — Przez twoją głupią ambicją mogę miejsce stracić... marnie zginąć...
 Pyzata twarz pani oblała się ciemno-burakowym rumieńcem.
 — Ty chamie jakiś!... ekonomski synu!... To ja mam głupie ambicje? — zawołała. — A czy już zapomniałeś, z jakiego ja domu pochodzę?... Tyś mnie, chamie, w złotogłów powinien ubierać, proch za mną językiem zmiatać, żem ci zrobiła taką łaskę i za ciebie wyszła...
 Pisarz, zaatakowany z tej strony, utopił obie ręce we własnych naturalnie włosach i szybko wrócił do kancelarji, zatrzaskując drzwi. Ale pani nie dała za wygranę i przez dziurkę od klucza wołała:
 — Toś ty zapomniał, że mój ojciec był obywatelem ziemskim, a stryj matki senatorem?... To ty już nie pamiętasz, jak mnie, trzy lata temu, ten stary kolonista nazywał ja-śnie pa-nien-ką i mówił, że służył u nas za fur-ma-na...
 Pisarz pobiegł ku drzwiom i nachyliwszy się do klamki, począł krzyczeć:
 — Gadaj sobie, gadaj!... Ja już zatkałem uszy i nic nie słyszę... Tra ta ta!... tra ta ta!...
 Z tamtej strony kopnięto nogą we drzwi i zabębniono w nie pięściami; poczem — głos dobrze urodzonej damy ucichł. Natomiast w kuchni wszczęły się jakieś hałasy i płacz służącej.
 Pisarz był wzburzony. Potrącił kałamarz i uderzył bokiem w kratę, oddzielającą cywilną połowę kancelarji od urzędowej. Nareszcie wsadził ręce w kieszenie, zwiesił głowę na piersi i począł chodzić po izbie, mrucząc:
 — Czysta choroba z tą babą i z temi ciągłemi rewizjami...
 Wójt patrzył na niego, rozumiejąc jedno tylko, że jest — źle. Każde poszukiwanie kontrabandy i każdy przyjazd delegata powiatowego wprawiał pisarza w najgorszy humor i budził w nim myśli rozpaczliwe, co ogromnie trwożyło starego wójta.
 Bodaj to superrewizja albo zbieranie zaległych podatków! Wtedy pisarz miał inną minę, z żoną nie kłócił się i wójta nie straszył!...
 — Panie pisarzu — odezwał się wójt.
 — Ehę?...
 — Co to będzie?
 — A źle będzie! — odparł pisarz.
 — Niby... komu?
 — Rozumie się, że całej gminie. Tu jak już raz zaczną szukać kontrabandy, a znajdą co dobrego, to jedną naszą gminą wybrukują wszystkie kryminały!
 Wójt poruszył się.
 — A cóż winna gmina, że kilkunastu z niej szwarcuje towary, a tam... kto przechowuje? Ma być taka wieczna zgryzota przez nich, to najlepiej zaskarżyć sprawców i tyle!...
 Pisarz przybiegł do stołu i wytrząsając ręką, zawołał:
 — O!... o!... o!... jeszcze czego? A czy to wójt nie wiesz, że jak się raz taka sprawa wyda, a oni kosztów nie zapłacą (bo skądby wzięli?), to my bekniemy wszyscy?...
 Wójtowi jeszcze nic — ciągnął dalej. — Sprzedadzą wam grunt, dom, resztę odsiedzicie najdłużej w ciągu roku, i jako człowiek stary, będziecie mogli utrzymać się do końca życia z jałmużny. Ale ja co zrobię?... Żebrać przecie nie pójdę!
 Pisarz wiedział, w jaki sposób pocieszać wójta, bo starzec aż za głowę się schwycił.
 — Matko Boska Częstochowska! — zawołał. — Ja mam żebrać na stare lata?... Mnie sprzedadzą grunt?...
 — Takie prawo! — rzekł lakonicznie pisarz.
 Wójt aż spotniał.
 — Cóż nato począć, gadajże pan? — pytał.
 Pisarzowi błysnęły oczy.
 — Co począć? — powtórzył. — Naprzód nie myśleć o żadnych skargach na nikogo, bo to jest głupstwo budzić djabła, kiedy śpi. A po drugie... Zaraz ja tu przyjdę...
 Wyszedł do pokoju żony, coś z nią poszeptał i wrócił ze sporą paką w ręku.
 — Niech to wójt zaniesie do siebie i trzyma parę dni — rzekł, oddając mu pakę.
 Chłop wahał się.
 — Niema się co namyślać! — zawołał pisarz niecierpliwie. — Wójta objeżczyki mają za spokojnego człowieka, nie posądzają o nic i rewizji nie zrobią. A gdyby taka rzecz w kancelarji została, to mielibyśmy obaj!...
 — Pocóżeś pan to brał?
 — Poco!... Albo ja brałem?... Przyszedł dziś w nocy jakiś gałgan i wrzucił mi pakę przez okno do pokoju. Oddani może objeżczykom, to mnie szwarcownicy spalą, a zaskarżę — to na całą gminę nieszczęście spadnie!
 Wójt, człowiek uczciwy i nawet rozsądny, który jednak na swoim urzędzie stracił umysłową równowagę, słuchając teraz dowodzeń pisarza, skołowaciał do reszty. Niezupełnie mu wierzył, ale — bał się nie wierzyć. Bo co będzie, jeżeli pisarz mówi prawdę?... Pytać o wyjaśnienie podobnych subtelności prawnych niebardzo kogo wypada, a zaskarżyć niebezpiecznie.
 Z własnej praktyki wiedział wójt, że do każdej sprawy wplątać można najniewinniejszych. Co zatem będzie, jeżeli jego wplączą do interesów szwarcunkowych? A co będzie, jeżeli w kancelarji znajdą kontrabandę?
 Jak zwykle, tak i tym razem wójt stracił własny sąd i wolę i uległ pisarzowi. Nie bez trwogi wziął pakę towarów i opuścił z nią kancelarją. Idąc ku domowi, niespokojnie oglądał się na wszystkie strony, czy go kto nie śledzi. Ale, że każdy mieszkaniec osady był w tej chwili zajęty sobą, więc nikt go nie spostrzegł. Cały zatem i bezpieczny doszedł do chaty i oddał pakę żonie, z ostrzeżeniem, aby ją dobrze schowała.
 Na jej pytanie: co znaczy paka? — opowiedział wszystko szczerze. Wtedy wójtowa poczęła mówić przejęta żalem:
 — Za jakie grzechy skarał nas Pan Bóg tem wójtostwem?... A dyć to czysta zguba ciała i duszy!... Masz trochę większe dochody, ale zato ludzie cię przeklinają i musisz robić rzeczy niebezpieczne, tak jak dziś, z towarami!... A wszystko wynika stąd, że cię pisarz opętał. Przyjdzie choć najbiedniejszy pożyczyć pieniądze z kasy — musi płacić. Oni nie wiedzą, że tobie z tych interesów niewiele wpływa, ino wszystko idzie dla pisarza. Ale swoją drogą ciebie tylko widzą i ciebie klną.
 Mówię ci, Szymonie — biadała kobieta — zrzuć ty się z urzędu, albo wygnaj pisarza, bo on cię zgubi!
 Wójt machnął ręką.
 — Wygnaj go! — rzekł. — Łatwo się to gada, ale trudno zrobić. Nie można przecie człowieka pozbawić chleba, a zresztą — westchnął — nic ja mu nie poradzę. Jeszcze on mnie zaskarży i pójdę pod sąd...
 Byłby on lepszy — dodał po chwili — ino ma taką żonkę, co go ssie, jak wąż krowę, buntuje go i namawia! Ho! ho! ona się urodziła na naczelniczkę, a nie na chłopską pisarzowę!...
 Oj! jakże mnie na wnętrzu trapi! — wykrzyknął wójt na zakończenie.
 Żona, wiedząc dobrze, w jaki sposób kończą się zwykle utrapienia urzędowe, zaprowadziła go do łóżka.
 — Stary! — rzekła — zadam ci na odrzucenie...
 — Kiej to bardzo paskudnie! — jęczał wójt.
 — Magda! — zawołała staruszka — a przetrzyj tam cybuch piórkiem.
 — Oj! kiedy strasznie nie lubię!... — szeptał wójt.
 Ale na utyskiwania jego nie zważano. Magda przeciągnęła cienkie kacze piórko przez kanał cybuszka, i nabrawszy dosyć szmelcugi, podała piórko wójtowej.
 Żona objęła starca jedną ręką za głowę, mówiąc:
 — Otwórz gębę, stary!... Zaraz ci ulży...
 — Oj! kiedy nie lubię... Nie lubię... nie lubię... — stękał wójt, szeroko otwierając usta.
 Wtedy żona poczęła go łaskotać piórkiem po wnętrzu gardła. Wójtowi aż oczy na wierzch wylazły; na szczęście — nie bez skutku...
 — Lżej ci teraz? — pytała go żona.
 — Och, lżej! — mruknął i upadł nawznak na poduszkę. Potem zasnął twardo i zapomniał o swoich zgryzotach.

— — — — — — — — — — — —
 Nad wieczorem Moszek i Abraham Cymesowie przyszli do kancelarji gminnej.
 Zobaczywszy ich, mały pisarz zerwał się z krzesła i zapytał:
 — Cóż słychać?...
 — Nic wielkiego — odparł Moszek. — Ale nas bardzo zestrachali...
 — A niech was licho weźmie! — pochwycił pisarz — co ja miałem kłopotu z waszemi paczkami. W domu trzymać ich nie mogłem, więc dobrze nakręciłem głową, nim udało mi się namówić wójta, ażeby je wziął...
 — Wójt wziął?... — zawołali razem obaj Cymesowie z akcentem radosnego zdziwienia.
 — A rozumie się!
 Moszek zatarł ręce:
 — Pan pisarz jest bardzo mądry! — rzekł. — Jak wójt będzie nasz, to nam się interesa jeszcze lepiej poprawią. Objeżczyki pierwejby poszli do proboszcza na rewizją, aniżeli do niego...
 Pisarz uśmiechał się:
 — A co mnie za to będzie? — spytał.
 — Dobrze będzie — odparł Moszek.
 Z tą cenną wiadomością obaj bracia opuścili pisarza i spiesznie poszli do domu wójta. Ale ich tam nie puszczono. Magda powiedziała, że wójt chory.
 — To niech do nas wyjdzie pani wójtowa. My tylko marny jedno słówko powiedzieć.
 Po chwili ukazała się na progu staruszka. Żydki ukłonili się nisko, a Moszek, wymowniejszy od rudego brata, zapytał półgłosem:
 — Tu u państwa jest trochę naszych towarów. One tu bezpieczne?...
 — Jakich towarów? — zapytała zmieszana wójtowa, udając oburzenie. — Wściekliście się, Żydy, czy co?
 — Nu! nu!... niema się o co gniewać. Tam jest trochę materji dla... naczelnika, więc chodzi nam o to, ażeby się nie zniszczyła.
 Ja nawet pani wójtowej powiem — obełgiwał w dalszym ciągu Moszek — że ta materja była plombowana, tylko nam jeden Żydek obciął plomby. Ale to nic, bo tam są jeszcze dziurki!
 — Dajcie mi pokój, utrapieńcy, ja nie wiem o niczem!...— odparła wójtowa.
 — Niema się o co gniewać! — mówić Moszek. — Pani wójtowej wypada tak gadać, a nam nie wypada się pytać. Ja to przecie rozumiem. Więc tylko powiem, że takich rzeczy w izbie trzymać nie warto...
 — Nie bój się, nie bój! — przerwała mu staruszka.
 -— Ja się nie boję!... U państwa jest bezpieczniej, aniżeli w kościele... Ale tej materji nie można trzymać i w obórce, boby się zepsuła, a to przecie dla naczelnika.
 — Już tylko ty się nie frasuj!... — odpowiedziała znowu wójtowa, pewna, że składa w tej chwili dowody niezwykłej ostrożności.
 No, ale teraz idźcie już sobie — dodała. — My, z takimi, jak wy, nie wdawaliśmy się, dzięki Bogu, i nie chcemy wdawać...
 Odwróciła się od nich i zamknęła drzwi.
 Bracia uśmiechnęli się i poczęli naradzać się po żydowsku:
 — Nie schowali w izbie, ani w obórce — mówił Abramek -— więc pewnie w stodole, o tu — na prawo.
 I bez żadnej ukrytej myśli, raczej z nałogu, przypatrzyli się uważnie dziedzińcowi i stodółce. Spostrzegli przytem, że pies podwórzowy jest dosyć chudy, i że w stodole deski, tworzące ścianę, dadzą się bez trudu wyjąć.
 Powrócili do miasteczka.
 W drodze spotkali się z mieszczaninem, który szedł ostro, w czapie ua bakier, wygwizdując krakowiaki.
 — Co ty tak dziś gwiżdżesz, Wicek? — spytał go wymowniejszy z Cymesów.
 — A gwiżdżę, bom zły! Prawda temu, że dzisiaj nie będzie roboty?
 — Na granicy parzy — odparł Moszek.
 — Cóż tam będą przenosili?... — pytał mieszczanin.
 — Podobno coś dużego.
 Mieszczanin poprawił czapkę,
 — No, to może mi dacie trochę pieniędzy — rzekł.
 Żydki poczęły się dziwić.
 — Pieniędzy? — powtórzył Moszek. — Wczoraj przecie zarobiłeś trzy ruble.
 — Ale dziś nie mam nic.
 — To weź od ojca. U niego ruble pleśnieją...
 — Może i tak, ale mnie nic z tego.
 — Skąpy stary! — mruknął Moszek — a ma gruby grosz... Onby kupił wójtostwo, gdyby chciał.
 Mieszczanin, wsadziwszy ręce w kieszenie, patrzył w ziemię i smutnie kiwał głową.
  — To mi choć pożyczcie ze dwa ruble — odezwał się do Żydków.
 — My sami nic nie mamy! Zresztą winieneś nam ze trzydzieści rubli.
 — A tak, za to, że dajecie na kredyt wódkę matce.
 — To ci jeszcze źle, Wicek? — spytał Moszek.
 — Ma się wiedzieć. Ot i dzisiaj matka upili się, nie zgotowali kolacji, i niema co jeść w domu.
 No, pożyczycie dwa ruble?
 Obaj bracia wzruszyli ramionami.
 — My sami nic nie mamy!... Towary niesprzedane... Ty, Wicek, razem z matką, nie umiecie grosza upilnować, a twój ojciec jest skąpy. Bieda z wami...
 Tak lamentując, Moszek szedł ku miastu, a jego brat obok, patrząc wypukłemi oczyma w niebo, jakby śledził, czy i stamtąd nie możnaby sprowadzić jakiej kontrabandy.
 Wicek słuchał ich, ale już nie gwizdał i nasunął czapkę na oczy.
 „Co tu robić? — myślał. — W karczmie nie zakredytują mi, w domu bez jedzenia smutno siedzieć...“
 Słońce już zaszło i niebo zaciągnęło się chmurami. Wickowi było coraz tęskniej, więc powlókł się machinalnie w stronę pogranicznej rzeczułki.
 Zdaleka doleciał go odgłos końskiego stępa. Wicek szybko schował się między krzaki i upadł na ziemię. Wiedział on, że w każdej chwili może nadjechać strażnik, odkryć go i aresztować. Uczuł na plecach lekki dreszczyk, serce uderzyło mu spieszniej, zmysły spotęgowały się.
 Z różnych stron dolatywał go tętent koni, a nawet szmer rozmów, prowadzonych niezbyt głośno. Był to punkt bardzo niebezpieczny; ale dlatego właśnie Wicek przestał się nudzić. Jak wąż przypełzał do stromego brzegu rzeczki i oddychał jej wilgotnemi parami. Leżąc tak, namyślał się, czyby, dla rozrywki, nie przejść na drugą stronę granicy? Na wszelki zaś wypadek był gotów opuścić się do rzeczki, dać nurka, a potem cicho płynąć, lub pełzać po mieliznach, choćby przez całą noc.
 Niebezpieczne ucieczki i niewygodne kryjówki były jego żywiołem, pracą i zabawą. Gdyby tego nie stało, Wicek chybaby się rozpił z nudów. Bo co miał robić?...
 W tem miejscu należy dodać objaśnienie.
 Podobno przed kilkoma dniami w jednym z pruskich arsenałów popełniono kradzież. Ponieważ nadużycie wykryte zostało nadspodziewanie prędko, więc sprawcy złego, wraz ze swoim niebezpiecznym towarem, postanowili uciec do Królestwa.
 Na nieszczęście, żandarmerja pruska zawiadomiła o wypadku tutejszą straż pograniczną, i na biednych złodziei z dwóch stron urządzono obławę.
 Ale tych szczegółów Wicek nie znał. Słyszał on tylko od „swoich“ o wielkiej kontrabandzie i nie mogąc w niej przyjmować czynnego udziału, chciał przynajmniej zobaczyć: co z owego polowania wyniknie?
 Czekał więc nad rzeczką, leżąc bez ruchu, parę godzin. Głosy objeżczyków i pruskich żandarmów ucichły, a Wicek zdrzemnął się.
 Wtem, około północy, usłyszał w oddaleniu wielki hałas. Galopowały konie, brzęczały pałasze, padło nawet kilka strzałów... Zawierucha ta, jak nagle zerwała się, tak i nagle ucichła. Jezdni pocwałowali w inną stronę, a nad łąką znowu głębokie milczenie zaległo.
 Z tych ciemnych i chaotycznych wypadków Wicek wyprowadził dziwny wniosek.
 „Widać — myślał — że koledzy szwarcowników odciągnęli straż w inną stronę, a więc... tędy przejdzie kontrabanda!...“
 I jakby w odpowiedzi na swój domysł, może w odległości stu kroków, usłyszał prędki bieg dwu ludzi. Byli obaj zadyszani i biegnąc, rozmawiali ze sobą po niemiecku, ale o czem?... Wicek nie rozumiał, ani nawet dobrze słyszał.
 — Rzućże to! — mówił jeden z uciekających.
 — Ale dajże spokój! — odparł drugi. — W tem pudle jest proch i mieszanina piorunująca. Niech uderzy o ziemię, to nas na kawałki rozerwie, a przynajmniej ściągnie nam na kark całą brygadę żandarmów.
 — Więc połóż lekko na ziemi.
 — Nie głupim! W dzień znajdą pakę, a jeżeli nas złapią, to odrazu będą mieli dowód.
 Rozmowa na chwilę ucichła.
 — Patrz! tu płynie rzeka — odezwał się pierwszy głos.
 — W rzekę można rzucić... — odpowiedział drugi. — Tu nawet jest wir.
 Uciekający stanęli po drugiej stronie rzeczki o kilkadziesiąt kroków od Wicka. Kontrabandzista widział ich ciemne sylwetki, widział, jak obaj pochylili się nad stromym brzegiem i ostrożnie spuścili do wody drewniane pudełko, średniej wielkości.
 Za chwilę znikli w pomroce. Wickowi serce biło jak młot.
 „Oni chyba klejnoty szwarcowali, może nawet zegarki? — myślał. — Za parę dni przyjdą tu i wydobędą z wody pakę, za którą... ubogi człowiek... mógłby kupić wieś... Co ja gadam?... Trzy wsie!...“
 Dla kontrabandzisty, który po kilka razy tygodniowo narażał się na śmierć, kalectwo, w najlepszym razie na kryminał, a pomimo to był zawsze biedny i siedział w kieszeni u Żydów, wypadek podobny wydał się łaską Opatrzności. Odtąd już Wicek będzie panem całą gębą, jedynie dzięki temu, że skąpy Moszek nie chciał mu dwu rubli pożyczyć!...
 Wicek drżał jak w febrze. W głowie mu się paliło, piersi coś rozpierało. Gdyby mu kto w tej chwili zastąpił drogę, kontrabandzista nie cofnąłby się przed morderstwem, zabiłby człowieka jak zająca...
 Pomimo najrozmaitszych uczuć, jakie nim miotały, Wicek czasu nie tracił. Szybko rozebrał się, ułożył rzeczy pod krzakiem i cicho, jak widmo, zsunął się do rzeczki.
 Pluśnięcia wody prawie że nie było słychać, tylko na jej powierzchni utworzyło się mnóstwo kół, posuwających się ku drugiemu brzegowi.
 Tam, gdzie uciekający rzucili skrzynkę z klejnotami, był dół głęboki, a nad nim wir. Ale Wicek ani myślał o podobnym drobiazgu. Płynął prosto przed siebie i nagle, pochwycony przez lej wodny, w którym aż gotowało się, dał nurka. Nim dosięgnął dna, już go wyrzuciło na wierzch. Wicek drugi raz popłynął, drugi raz zanurzył się, schwycił garść błota, ale skrzynki nie znalazł.
 Woda odrzuciła go powtórnie. Dotarł do brzegu i zaczepiwszy ręką o zwieszającą się wierzbę, chwilę odpoczął. Potem znowu dał nurka i szukał skrzynki ze wściekłą zawziętością. Zdawało mu się, że jeżeli nie znajdzie klejnotów, sam się raczej utopi, ale takiej okazji, jedynej w życiu, z rąk nie wypuści.
 Szalona praca jego, przerywana krótkiemi wypoczynkami, trwała z pół godziny. Niekiedy wir chwytał go tak, że zmęczony kontrabandzista nie mógł mu się oprzeć i szedł na dno, wywracając koziołki. Niekiedy, kręcąc się w głębinie, nie mógł zapanować nad płucami, łaknącemi powietrza, a wówczas zalewała go woda. Raz, zdawało mu się, że już tonie...
 Pomimo to nie dał za wygranę, ale wciąż nurzał się i szukał w rozmaitych miejscach, nie robiąc przytem najmniejszego hałasu, nie oddychając nawet silniej. Nareszcie, po rozpaczliwej walce, odpłynąwszy kilka kroków z biegiem rzeki, znalazł skrzynkę!...
 I tym razem mało, że nie utonął; szczęściem, znalazł w brzegu raczą jamę, zanurzył w niej rękę i wydobył się z wiru. W tak niewygodnej pozycji odpoczął, przyciskając drugą ręką skrzynkę z klejnotami do piersi.
 Radość ze znalezienia takiego skarbu prawie pozbawiła go zmysłów. Chciał gdzieś uciekać, na kraj świata, gdzieby go ludzkie oko nie dojrzało, tam dopiero otworzyć skrzynkę, sprzedać klejnoty czy zegarki i zostać wielkim panem!...
 Tymczasem woda odpłynęła mu z uszu, i Wicek usłyszał szmer... Wytężył oczy... Nad brzegiem, w tem samem miejscu, gdzie kontrabandzista złożył swoje odzienie, chodzi w tej chwili objeżczyk!
 Wicek struchlał, prawie obumarł z wielkiej bojaźni... Czyżby go odkryto?...
 Jeżeli tak, więc zginie, utopi się, ale skarbu nie odda!...
 Nastała długa i straszna pauza. Kontrabandziście zdawało się, że upływają całe godziny. Drżał i ledwie mógł powstrzymać się od szczękania zębami.
 Objeżczyk tymczasem chodził naprzód i wtył po niewielkiej przestrzeni. Ale, że nudziła go noc i samotność, więc nałożył sobie fajkę, zapalił ją i znowu począł chodzić jak szyldwach, tuż obok krzaku, pod którym leżało ubranie Wicka.
 W kontrabandzistę duch wstąpił. Wprawdzie o zabraniu swoich rzeczy nie mógł myśleć, nie mógł też wisieć, jak obecnie, pod brzegiem do białego dnia. Ale był pewny, że objeżczyk nie spostrzegł go.
 Wicek szybko obmyślił plan działania i natychmiast wykonał go. W chwili, gdy strażnik pomaszerował wgórę rzeki, Wicek puścił się brzegu i, mocno trzymając skrzynkę, odpłynął z biegiem wody bez szelestu.
 Po kilku minutach był już daleko od strażnika i wyszedł na brzeg.
 Miasteczko leżało o wiorstę drogi od tego miejsca, a dom Wicka na przeciwnym krańcu mieściny. Kontrabandzista musiał więc iść przez łąki nago, jak go Bóg stworzył, i ostrożnie, aby go kto nie spostrzegł.
 Noc była wprawdzie dosyć ciemna, ale patrole krążyły.
 Wicek, wiedząc o tem, że go zobaczyć łatwo, usłyszawszy najmniejszy szmer, padał na ziemię i pełzał po trawie.
 Była to prawdziwie ciernista droga. Kilka razy o mało nie spostrzeżono kontrabandzisty, który wleciał w rów, pokaleczył się, musiał uciekać przed psami...
 W taki sposób doszedł do miasteczka, które należało okrążyć. Z brzegu stała kolonja wójta, otoczona płotem chróścianym. Nagi Wicek z trudnością przelazł go i wpadł między pokrzywy, a co gorsze, musiał w nich dłuższy czas pozostać, usłyszał bowiem jakiś szmer.
 Wpatrzył się lepiej w ciemność i zobaczył dwu ludzi, którzy starali się osadzić deskę, wyjętą ze stodoły. Ponieważ nie udało im się to, więc rzucili deskę i szybko uciekli. Wickowi zdawało się, że to byli: Moszek i Abraham Cymesowie, i że jeden z nich niósł jakąś paczkę, niby towary.
 W każdym innym razie kontrabandzista pognałby za złodziejami i zmusił ich przynajmniej do podzielenia się zarobkiem. Ale w tej chwili Wicek nie o tem myślał. Pokrzywy piekły go jak ogień, a mimo to czuł przeraźliwe zimno, które go do kości przejmowało.
 O ile mógł szybko opuścił kolonją wójta i między sadami dostał się do ojcowskiej chaty, podrapany, poparzony, potłuczony i zziębnięty.
 Około pustej obórki znajdował się dół, w którym była niegdyś gnojówka, a obecnie woda deszczowa i wszelkiego rodzaju pomyje. Wicek w tym dole zatopił swoją skrzynkę, umył ręce przy studni i zapukał do okna.
 W chacie rozległ się powolny szmer.
 — Ewa! wstawaj... Otwórz drzwi! — zawołał głos męski.
 Odpowiedziało mu chrapanie.
 Wicek powtórnie zapukał.
 Tym razem gruby glos zaklął. Potem słychać było skrzypienie tapczana, upadek jakiegoś sprzętu, zgrzyt zasuwy, i drzwi uchyliły się.
 Po drugiej stronie wysokiego progu ukazał się ojciec Wicka, starzec chudy, który za cały strój miał na sobie zgrzebną koszulę.
 Wicek już chciał wejść, gdy nagle ojciec jego krzyknął:
 — Co tu?... Kto tu?
 — No, jużci ja! — odparł Wicek i przemocą wdarł się do chaty.
 — Coś ty taki goły?... Gdzieś się rozebrał?...
 Wicek nie odpowiedział nic. Stary tymczasem potarł zapałkę i zapalił kaganek. Potem zdziwiony, rozgniewany i trochę przestraszony, począł oglądać nagiego syna.
 — Gdzieś odzienie podział?... Coś ty zwarjował? — pytał stary.
 — Odzienie objeżczyki mi złapali — odparł syn ponuro.
 — Objeżczyki? — powtórzył ojciec. — Ewa! — krzyknął na śpiącą żonę i targnął ją za ramię — wstawaj i patrz, jak ten złodziej wygląda... Tyś przepił, sobaczy duchu, odzienie!... Dam ja ci!...
 Matka obudziła się z pijackiego snu i nieprzytomnie patrzyła na Wicka.
 — W Imię Ojca i Syna! — przeżegnała się.
 Ojciec pochwycił gruby rzemień, a syn, choć już mężczyzna dorosły, począł go prosić.
 — No, niech tatko nie bije!... Żeby mnie Bóg skarał, tak mi objeżczyki złapali odzienie...
 Stary podniósł do góry rzemień i pytał:
 — Gdzie ci złapali?... Gadaj prawdę!...
 — Złapali nad rzeką... Bom ja niedawno z wody wylazł.
 — A coś ty tam robił?... Tylko mów szczerą prawdę...
 Wicek przez chwilę wahał się, ale potem wziął na odwagę i powiedział o znalezionym przez siebie pudełku klejnotów i zegarków.
 Staremu rzemień wypadł z ręki, a oczy zaświeciły jak próchno.
 — Gdzież ta skrzynka? — spytał już łagodnie. — Pokaż-no ją...
 Ale syn usiadł na tapczanie, nakrył się derą i odparł:
 — Już ja sam sprzedam klejnoty, bo tatko nicby mi nie dał...
 — Co ci nie mam dać! — ofuknął stary. — Dam ci zaraz... rubla.
 — Ale... rubla! — mruknął Wicek. — Jabym takiej skrzynki i za tysiąc rubli nie oddał...
 Stary prędko zmiarkował, że pogróżkami nic nie wskóra, chwycił się więc innej taktyki.
 — Nie bądź głupi — rzekł — tylko powiedz, gdzie skrzynka, bo ci ją jeszcze kto ukradnie. Ja tam nic z niej nie chcę... Co twoje, to twoje... Dasz mi sam tyle, ile ci się podoba, ale taką rzecz lepiej trzymać w chacie, w pewnem miejscu.
 — Ja ją sam przyniosę do chaty — odparł Wicek.
 Stary zachmurzył się.
 — A jakże przyniesiesz, kiedyś goły?...
 — Wielka rzecz! Jutro wezmę z komory odzienie od święta...
 Nim skończył, już ojciec skoczył do komory, drzwi zamknął i klucz wyjął, mówiąc:
 — Aha!... zaraz!... Otóż — nie dam ci odzienia, dopóki nie powiesz, gdzieś skrzynkę schował...
 Teraz Wicek zrozumiał, że stary skąpiec ma bardzo wielką ciekawość do klejnotów.
 — I! — mruknął. — To tatko taki?... Nie powiem że ja tatkowi nic, aż sprzedam... Tatkoby zabrał i schował, tak, jak pieniądze, co je dusi, kiedy my z matką głód mrzemy...
 — Gadaj sobie, gadaj! — odparł stary. — Ja ci rzeczy nie wydam, a ty siedź w izbie, kiedyś goły... Tymczasem niech ci kto skrzynkę skradnie, kiedyś głupi i własnemu ojcu nie wierzysz!
 Matka słuchała tej sprzeczki z wielkiem zajęciem, ale wkońcu sen przemógł ją, więc z głośnem chrapaniem upadła na tapczan.
 Stary zdmuchnął kaganek i także wlazł pod sukmanę. Wicek wreszcie, pomyślawszy trochę, owinął się lepiej w derkę i legł, choć zasnąć nie mógł.

— — — — — — — — — — — —
 Rano skąpiec wyszedł na zwiady, sądząc, że, jako doświadczony kontrabandzista, wpadnie na trop. Powlókł się nad rzeczkę, między wierzby, znalazł w jednem miejscu (naprzeciw wiru) ślady objeżczyka, ale nad to nic więcej.
 — Sprytny kundel! — pomyślał o synu. — To ci ma szczęście... Ja pięćdziesiąt lat harowałem i raz tylko jeden udało mi się znaleźć dwadzieścia dukatów przy nieboszczyku... A on już ma skrzynią klejnotów!... Jeżeli go Żydy nie okpią, to będzie jaśnie panem, a rodziców psami od siebie wyszczuje...
 I na myśl o przyszłych nieprawościach synowskich taki starego żal ogarnął, że mu się łzy w oczach zakręciły. Postanowił bądź co bądź wynaleźć skrzynkę i nią się zaopiekować.
 Po wyjściu ojca Wicek opowiedział matce, że znalazł skarb, który ukrył w pewnem miejscu, że ojciec chce mu go wydrzeć, i dlatego zamknął komorę z odświętnem odzieniem. Wkońcu prosił matkę, aby udała się do braci Cymesów i wzięła od nich na kredyt jakie ubranie.
 Poczciwa kobieta z rozrzewnieniem wysłuchała wiadomości o zbogaceniu się syna. Ucałowała go, a potem wzniósłszy rękę do góry, rzekła:
 — Ale ty, dziecko, nie wyprzesz się swojej matki?
 Wicek wzruszył ramionami.
 — I codzień będziesz mi stawiał flaszkę kimelu? Bo ja, stara, stygnę już, potrzebuję czegoś gorącego, a na herbatę mnie nie stać!...
 — No... no!.. — przerwał Wicek. — Będzie dobrze, tylko niech mama rwie do Żydów i przyniesie mi odzienie. Inaczej nie ruszę się z domu.
 Bracia Cymesowie czuwali już przed sklepem, kiedy przyszła do nich matka Wiekowa, z żądaniem odzienia. Zrobiła zaś to z miną tak tajemniczą, że bracia uznali za niezbędne potraktować ją szklanką wódki.
 Wtedy baba, z największemi ostrożnościami, dała im do zrozumienia, iż Wicek dzisiejszej nocy znalazł taki skarb, taki wielki skarb, że aż... musiał się przy nim rozebrać do naga!
 Braci zaciekawiło opowiadanie. Więc Moszek posłał Abramka niby to po rzeczy, a sam ze staruszką poszedł do Wicka.
 Ledwie przestąpił próg, zawołał:
 — Co to jest, Wicek, coś ty znalazł?... Ty przecie wiesz dobrze, że my jesteśmy wspólnicy i dzielimy się do połowy, a jeszcze... jesteś nam niemało winien!
 — Oddam, com winien, za parę dni — odparł Wicek, napróżno usiłując schować się dokładnie pod kusą derkę.
 — Co ty oddasz? — wołał Moszek. — Ty oddaj nam towary, bo to „nasi“ zgubili, i możesz mieć kłopot...
 Wicek oburzył się.
 — Nie szczekałbyś, Żydzie, napróżno. Tego, com znalazł, nie zgubili „nasi,“ tylko tamci, co na nich wczoraj nad granicą polowali. Zresztą, to nie są żadne towary, ino klejnoty i zegarki.
 Żyd aż podskoczył.
 — Klejnoty?... zegarki? — pytał. — A co ty z niemi zrobisz? Ty nam oddaj, a my sprzedamy, bo inaczej złapią cię.
 Wicek oburzył się.
 — Kiedy tak, to wynoś się, Żydu!... A jak mi będziecie dokuczać, oddam skrzynkę na komorę i jeszcze was zadenuncjuję!
 — Czego się pan Wincenty tak złości? — odparł Moszek, zmieniając nagle ton. — Nie chcesz pan z nami trzymać, to nie... A skarżyć niema interesu, bo my także coś wiemy... Zresztą pan Wincenty zrobi sobie jak zechce ze swojem znaleźnem, a ja... zaraz tu ubranie przyniosę. Może Abramek dostał już, co potrzeba...
 To powiedziawszy, opuścił chatę i szybko pobiegł do brata.
 — On znalazł coś wielkiego! — rzekł do Abramka. — Jego trzeba zaraz zrewidować... Idźmy do wójta.
 Abraham chciał go zreflektować.
 — Jakże my teraz pójdziemy do wójta — odparł — kiedyśmy byli u niego dziś w nocy.
 — Co to szkodzi! — przerwał Moszek.
 Pobiegli do kancelarji gminnej, a gdy pisarz wyprowadził ich do osobnego pokoju, Moszek odezwał się:
 — Czy pan pisarz wie, dla kogo była ta materja, cośmy ją dali tu do schowania?... Ale niech pan pisarz nikomu nie mówi!...
 — Dla kogo?... Nic nie powiem! — upewnił ich pisarz.
 — Oto, widzi pan pisarz, ona była dla... naczelnika! A naczelnik przysłał teraz jednego Żydka, coby on tę materję odwiózł mu w try miga, więc — my przyszli, żeby ją pan pisarz oddał.
 — Mówiłem wam przecie, żem ją oddał do schowania wójtowi.
 — To jest prawda, ale nam wójt bez pana nie da jej powąchać — odparł Moszek.
 — Więc idźmy do niego! — rzekł drobny pisarz, biorąc olbrzymi kij do ręki i majestatyczną czapkę na głowę.
 Gdy weszli na dziedziniec kolonji wójtowskiej, znaleźli wójta i wójtowę przed stodółką, oboje bardzo zafrasowanych. Ona nawet płakała.
 Widząc to, Abramek trącił Moszka i uśmiechnął się. Bracia już wiedzieli o przyczynie frasunku.
 Zobaczywszy przybyłych, wójt zawołał:
 — A toś mi pan, panie pisarzu, dogodził z tą paką!... A dyć mi ją dziś w nocy ukradli...
 — Nie może być! — krzyknął pisarz.
 Bracia, Moszek i Abraham, zaczęli rozpaczać:
 — Co to będzie? — jęczał Moszek. — Akurat w tej chwili naczelnik przysłał po materją...
 Wójt osłupiał.
 — Ale czy na pewno ukradziono materją? — pytał pisarz. — Może się tylko wójtowi zdaje?
 — Ale nie zdaje mi się! — odparł wójt. — Przecie nam jeszcze psa otruli i deskę ze stodółki wyjęli...
 — Któżby to mógł zrobić? — mruknął pisarz, naprawdę zdziwiony. — Przecie nikt nie wiedział, gdzieście schowali materją...
 Teraz Moszek wysunął się naprzód.
 — Z przeproszeniem — rzekł — czy tego nie zrobił Wicek, ten... szwarcownik? On, dziś w nocy kontrabandy nie przenosił, a jednak gdzieś chodził i całe odzienie stracił. Leży teraz w izbie goły, i ja myślę, że gdyby państwo poszukali u niego, to możeby się znalazła materja...
 I wójt i pisarz bez namysłu przyjęli projekt Moszka.
 — Zrewidujmy mu chałupę! — krzyknął wójt.
 — Idźmy! — dodał pisarz.
 — Tylko niech się państwo nie śpieszą! — wtrącił pokornie Moszek. — Takie rzeczy trzeba robić ostrożnie, a przytem my nie chcemy, ażeby on wiedział, że myśmy go posądzili. Więc ja i brat pójdziemy do niego naprzód, z odzieniem, a państwo przyjdą za pół godziny. Może my tam co zobaczymy?...
 Wójt i pisarz uznali słuszność tej uwagi.
 Wówczas bracia Cymesowie pobiegli do swego sklepu, wzięli stamtąd jakieś stare odzienie i z niem udali się do Wicka, ciesząc się, że wszystko idzie dobrze.
 W drodze ułożyli plan. Wiedzieli, że wójt materji u Wicka nie znajdzie, ponieważ oni ją sami wykradli, ale chodziło im o dowiedzenie się, gdzie są klejnoty, które kontrabandzista znalazł?... Znali oni żywy temperament Wicka i rachowali na to, że gdy wójt i pisarz w czasie rewizji trafią na miejsce, gdzie był schowany skarb, chłop wpadnie w gniew i zrobi im awanturę. Wtedy oni przypomną wójtowi, że taka rewizja nie jest legalną, i skarb zostanie ocalony — dla nich!
 Rzeczywiście, ledwie przybyli do chaty Wicka, oddali mu odzienie i poczęli wypytywać o znalezione skarby, na dziedzińcu ukazał się wójt i pisarz.
 Obaj urzędnicy weszli natychmiast do izby, i rozpoczęło się badanie:
 — Gdzieś ty, Wicek, był dziś w nocy? — zapytał go wójt.
 — A wam co do tego? — odparł hardo kontrabandzista, choć był zmieszany.
 — To nam, że cię posądzają o kradzież jednych tam rzeczy — mówił wójt. — Przyznaj się więc odrazu i oddaj, coś wziął, a minie cię kara.
 Wicek trochę ochłonął.
 — Żeby mnie Bóg skarał — zawołał, bijąc się w piersi — takem nic nikomu nie ukradł!... Zresztą szukajcie, a jeżeli znajdziecie co waszego, to mnie oddajcie do kryminału... Tak wam mówię i sprawiedliwie!...
 Zkolei wójt i pisarz zakłopotali się pewnością Wicka. Żydzi zaś pomyśleli, że kontrabandzista nie trzyma swoich klejnotów w chacie, kiedy się nie obawia rewizji.
 — Możeś ty i nie ukradł nic — rzekł wójt — ale zawdy powiedz, gdzieś był dziś w nocy?
 Wicek postanowił być otwartym.
 — Powiem! — rzekł. — Byłem nad granicą i coś znalazłem. Ale to, com ja znalazł, nie jest żadnego z tutejszych, ino należy do Niemców, którzy uciekali i rzucili. Kiedym zaś znalazł, schowałem w takie miejsce, że sam djabeł nie odszuka...
 A teraz rewidujcie! — dodał.
 Wójt i pisarz pokręcili głowami, popatrzyli na siebie i dali za wygranę. Rozumieli, że Wicek mówi prawdę i że u niego materji nie znajdą.
 Żydzi byli pochmurni.
 Już mieli się wszyscy rozejść, gdy wtem na dziedzińcu ukazało się dwu objeżczyków.
 — Hej! Wicek! — zawołał jeden z nich.
 Kontrabandzista wyszedł blady jak ściana.
 — Ty dziś w nocy byłeś nad granicą, byłeś nawet w rzece... Nie zapieraj się, bo mamy twoje odzienie...
 — A byłem w rzece! — odparł Wicek zuchwale.
 — Cóżeś ty tam robił?...
 — A raki łapałem.
 — Raki! — rzekł ze śmiechem objeżczyk. — No, chodź z nami na komorę, to tam o tych rakach powiesz więcej.
 — Co nie mam pójść?... Pójdę! — rzekł kontrabandzista.
 Wójt, pisarz i obaj Żydki patrzyli na scenę tę ze strachem, bo każdy z nich wobec strażników miał nieczyste sumienie.
 Kontrabandzista wbiegł do izby po kapelusz. W przelocie schwycił matkę za rękę i szepnął:
 — Mamo!... niech mama przysięgnie, że nikomu nie powie i sama mojej skrzynki nie ruszy...
 — Biorę Boga na świadka!... Przysięgam! — odpowiedziała kobieta, szlochając.
 — Skrzynka leży w gnojówce, koło obory... Ale nikomu matko... nikomu!... Ani ojcu... ani samej nie ruszać...
 — Przysięgam ci na rany boskie!...
 Rozmowa trwała bardzo krótko, ale bracia Cymesowie zauważyli ją i zaraz odgadli, że baba wie o miejscu, gdzie ukryta jest skrzynka.
 W tej samej chwili ukazał się Wicek z miną zuchowatą i poszedł z objeżczykami. Za nimi zdaleka pociągnęli Moszek i Abraham, a wójt z pisarzem zawrócili do kancelarji, smutnie kiwając głowami.
 — Co to będzie?... co to będzie? — szeptał wójt.
 — Bekniemy! — mruknął pisarz.
 — Za cóż ja... nieszczęśliwy? — spytał wójt.
 — Wy?... z urzędu. Ale za co ja? — westchnął pisarz.

— — — — — — — — — — — —
 Ojciec Wicka już w drodze do domu dowiedział się, że syna aresztowali objeżczyki. Wpadł tedy do izby, zły jak djabeł, i odrazu rzucił się do żony, wołając:
 — Ty wiesz, czarownico, gdzie on schował klejnoty!... Gadaj zaraz, bo ci łeb rozwalę...
 — Nic nie wiem! — jęczała baba.
 — Co nie wiesz!... On ci musiał powiedzieć, bo on twój synalek... Gadaj zaraz, gdzie schował, bo nim ten łajdak wróci, to mu kto ukradnie taki skarb. W całem mieście szepczą,że on coś znalazł, i już pewnie z dziesięciu na nasze klejnoty czatuje...
 Stary skąpiec był wściekły z gniewu. Oczy mu krwią nabiegły, a żyły na czole nabrzmiały. Tupał nogami i wrzeszczał na żonę:
 — Gadaj, gdzie skrzynka, bo cię...
 — Nie wiem! — odparła baba.
 Wtedy stary pochwycił ją ze włosy i począł bić kijem. Wreszcie rzucił ją na ziemię, skopał nogami i wybiegł na dziedziniec. Przewrócił stos gałęzi. Wpadł do obórki i począł rozgrzebywać mierzwę. Spuścił żóraw do studni i pukał nim w dno, sądząc, że może tam syn skrzynkę schował. Ale napróżno.
 Więc znowu wrócił do izby i zbił żonę jeszcze lepiej. Możeby ją i zabił, bo żądza posiadania skarbu zagłuszyła w nim wszelkie uczucia ludzkie, gdy na szczęście, wszedł do chaty Moszek.
 — Co wy robicie, Janie? — krzyknął na skąpca.
 Stary oprzytomniał nieco.
 — Biję babę — rzekł — ażeby powiedziała, gdzie jest skrzynka, co ją Wicek znalazł.
 Żyd wzruszył ramionami.
 — Jak ona może powiedzieć, kiedy ona nic nie wie?
 Skrwawiona i sponiewierana baba podniosła się z ziemi i z wdzięcznością spojrzała na Moszka.
 — A ty skąd wiesz, że ona nie wie? — zapytał skąpiec.
 — Wiem od Wicka — odparł Moszek. — On nikomu swoich sekretów nie gada. A jak on się na komorze ślicznie tłomaczy!... To tak, jakby już ze cztery razy w kryminale siedział. To mądry chłop!... Oho!... ho!... Gdzieby on babie, i do tego pijaczce, o swojej skrzyni powiedział!...
 Skąpiec ochłonął z gniewu i w myśli przyznał słuszność wywodom Moszka. Jużci, prawda! gdzieby znowu Wicek powierzał taką tajemnicę pijaczce, choć ona jego matka, a on niby ją kocha!
 Po takiej refleksji, skąpiec opuścił dom i poszedł na łąkę, rozmyślając, gdzieby jednak skrzynka mogła być ukryta?
 Wtedy Moszek dobył z kieszeni półkwartową flaszkę wódki i rzekł do baby:
 — Wicek kłania się wam (bo ja teraz byłem u niego na komorze). Przysyła wam wódkę i prosi, żebyście staremu o skrzynce nie powiedzieli...
 — Powiem mu na tamtym świecie! — mruknęła baba, kosztując wódki.
 — Jeszcze Wicek prosił — ciągnął Żyd — żebyście bez ustanku baczyli na skrzynkę... w dzień i w nocy!... Bo się o tem ludzie już dowiedzieli i mogą ukraść...
 — Ma się wiedzieć, że będę uważała dzień i noc — mruknęła baba.
 W nawiasie dodać trzeba, że Moszek kłamał jak z nut. Z Wickiem nie widział się, wódkę sam babie kupił, ale swoją drogą wędkę zarzucił, i kobieta złapała się na nią.
 Teraz już potrzebował tylko śledzić babę i był przekonany, że ona, przesadną czujnością swoją, najpewniej wskaże mu drogę do skrzyni.
 Jakoż, niby to opuścił chatę i poszedł ku miastu. Wnet jednak zawrócił się i stanąwszy za jakimś opustoszałym budynkiem, patrzył.
 Z tego miejsca dostrzegł przedewszystkiem, że baba siedzi w oknie i wygląda na dziedziniec.
 Miałażby skrzynka być w dziedzińcu?
 Wkrótce przypuszczenia jego zmieniły się w pewność, stara bowiem wyszła z chaty i poczęła krążyć po podwórku, coraz bardziej zbliżając się do dołu z gnojówką. Wreszcie, obejrzawszy się wokoło, wzięła w rękę gałąź i poczęła mieszać nią gnojówkę.
 Teraz Moszek zawrócił do domu. Wiedział już wszystko.
 Wkrótce zjawił się w chacie kontrabandzisty Abraham, i przywitawszy babę, zapytał:
 — Był tu Moszek?
 — Był.
 — Mówił wam co od Wicka?
 — Mówił — rzekła baba.
 — A wódkę wam przyniósł?...
 Baba, już napół pijana, odparła:
 — Żadnej wódki nie widziałam!...
 — No, to macie! — rzekł Abraham, wydobywając z kieszeni znowu półkwartową flaszkę. — Wicek kazał wam codzień wódkę przynosić i jeszcze prosił, żeby wam na niczem nie zbywało.
 On przecie nasz wspólnik — dodał po chwili — to my jego musimy w nieszczęściu ratować.
 W taki sposób rozmawiał z kobietą dobrą godzinę, od czasu do czasu spoglądając w okno.
 Było południe. Około chaty kontrabandzisty nikt jakoś nie przechodził. Pomimo to matce Wicka zdawało się, że przez dziedziniec przemknął się ktoś, jakby Moszek... Ale, że w czasie rozmowy z Abramkiem kobiecina wciąż ssała flaszkę, więc chcąc podnieść się i wyjrzeć przez okno, zatoczyła się na tapczan. Po chwili twardo zasnęła.
 Spała parę godzin. W tym czasie mąż jej zajrzał do izby, wylał na pijaczkę parę garncy wody i znowu powlókł się gdzieś szukać synowskiego skarbu.
 Nareszcie baba, zmoczona od stóp do głów, otrzeźwiła się prędzej niż zwykle. Ziewnęła, przeciągnęła się i wyszła na dziedziniec, a widząc, że nikogo niema w ulicy, zbliżyła się do dołu z gnojówką i zapomocą gałęzi poczęła sprawdzać, czy skrzynka jest na swojem miejscu?
 Szturgnęła kijem tu i owdzie, zamieszała pomyje, aż ją obryzgały, ale... skrzynki nie wyczuła.
 Ogarnął ją strach, więc już całkiem przytomna wlazła w dół i poczęła grzebać rękoma w obrzydliwej cieczy.
 Niema skrzynki!... a przecież z rana była tu. Była, pamięta ją najwyraźniej, sama dotykała ją gałęzią...
 Przy tych poszukiwaniach zastał ją mąż siną, drżącą z wielkiego wzruszenia.
 — Co ty tu robisz? — zawołał.
 — Skrzynią Wickową ktoś ukradł! — odparła zmienionym głosem.
 — Ukradł! — wrzasnął skąpiec. — Ukradł ktoś skrzynią klejnotów, a tyś mi nie chciała powiedzieć, że ona tu byłaT.. Tu, w tym dole!...
 I oszalały z gniewu wpadł do izby, wyniósł stamtąd siekierę i chciał nią żonę zabić. Ale kobieta spostrzegła dość wcześnie, że mężowi źle z oczu patrzy, więc, wydrapawszy się z dołu, uciekła, przemoczona i cuchnąca.
 Stary rzucił za nią siekierą, ale jej nie dosięgnął. Baba zaś pędziła ku miastu tak szybko, jakby jej strach ze czterdzieści lat odjął.
 Skąpiec stracił już wszelką władzę nad sobą i resztę rozumu. Podniósłszy rzuconą siekierę, wrócił z nią do izby i począł wszystko rąbać. Okna, ławy, półkę z naczyniami, tapczany z pościelą...
 — Ukradli mi skrzynkę klejnotów! — wołał.
 Wreszcie, w przystępie najwyższej rozpaczy, wynalazłszy gdzieś w kącie powróz, przeciągnął go przez belkę, wlazł na stół, zawiązał pętlę na szyi i skoczył...
 Ale powróz był widać zbutwiały, bo urwał się, a skąpiec padł na ziemię i zwichnął nogę.
 Zamiast więc tłomaczyć się na sądzie szczegółowym z pobudek samobójstwa, leżał nieborak na ziemi i krzyczał wniebogłosy.
 W tem opłakanem położeniu znalazł go syn, Wicek, którego już uwolnili na komorze. Zobaczywszy straszny nieład w izbie, podruzgotane sprzęty, powróz na belce i ojca na podłodze, kontrabandzista zawołał:
 — Co się tatkowi stało?...
 — Skrzynią z klejnotami ukradli! — jęczał skąpiec. — O, ty kundlu jakiś!... nie powiedziałeś mi, gdzie leżała, i teraz masz...
 Ale na Wicku wiadomość ta nie wywarła żadnego wrażenia.
 — Ukradli? — spytał. — Pal ją kaci!... Tam nie było klejnotów, ino proch z niemieckiego arsenału...
 — Proch?... nie klejnoty? — spytał skąpiec, szeroko otwierając oczy. — A skąd ty to wiesz?
 — Słyszałem, jak gadali na komorze.
 Teraz stary uczuł straszny ból w nodze.
 — Wicek — rzekł — a naciągnij mi łapę, bom se zwichnął.
 Syn obejrzał nogę, przyznał, że jest mocno zwichnięta, i przystąpił do operacji. W tym celu skąpiec chwycił się oburącz za próg, Wicek wziął go za nogę i szarpnął z całej siły.
 — Gwałtu! — krzyknął skąpiec i aż zemdlał.
 Syn jednak prędko go otrzeźwił. Potem zdjął mu resztę powroza z szyi i zaniósł chorego na tapczan.
 Ojciec stękał, próbował nogi, czy dobrze się chodzi, poprawił się...
 — Wicku! — rzekł — a spojrzyj-no pod tapczan, czy tam niema pakuł.
 Wicek pochylił się, chcąc zajrzeć pod tapczan, ale w tej chwili starzec huknął go pięścią koło ucha, raz i drugi. Kontrabandzistę aż zamroczyło.
 — Za co mnie tatko bije? — spytał oburzony.
 — Proch czy nie proch, a trzeba go było ojcu oddać! Chciałeś zostać wielkim panem, sam, beze mnie, to teraz won z chałupy!... Na oczy mi się nigdy nie pokazuj... pod płotem zgnij, byłeś tu nie wracał, bo cię zabiję!
 I schwyciwszy kawał drewna, chciał nim uderzyć syna. Ale Wicek już uciekł.
 Matka kontrabandzisty, szczęśliwie uniknąwszy ciosu siekiery, którą za nią mąż rzucił, biegła bez pamięci przed siebie. Nie dziwił jej ani szalony gniew, ani okrucieństwo starego skąpca.
 — Miał recht! — myślała. — Nie trzeba było skrywać przed nim skrzyni. Coprawda, byłby ją wziął i schował w swoje kąty, ale przecie on nie wieczny, więc i skrzynka wróciłaby do nas. A tak ani on, ani my!...
 Czuła, że jest zgubioną, bo odtąd i syn pocznie ją nienawidzieć tak, jak mąż. Ale słusznie, bo dlaczego nie pilnowała skarbu, któryby ich wszystkich uszczęśliwił do końca życia!...
 Pomimo jednak wielkiej rozpaczy i resztek pijackiego odurzenia, baba usiłowała odgadnąć: kto skrzynią ukradł?
 Byli dziś w ich domu objeżczyki, wójt, pisarz, tudzież bracia Abraham i Moszek. Już samo wyliczenie osób rzuciło na sprawę trochę światła: z nich wszystkich Abraham i Moszek jakoś najwięcej patrzyli na śmiałych i szczęśliwych złodziei...
 Baba przypomniała sobie, że obaj bracia dali jej po flaszce wódki, że Abraham długo z nią rozmawiał i że, o ile jej się zdaje, około południa Moszek był na dziedzińcu.
 — Oni ukradli! — krzyknęła nagle stara i z zaciśniętemi pięściami pobiegła do sklepiku Cymesów.
 Rzeczywiście nie omyliła się. W tym czasie, kiedy Abraham poił ją drugą flaszką wódki, Moszek wydobył skrzynkę z dołu i nawet nie zawalał się. Potem owinął swoją zdobycz w płachtę i poszedł do siebie, dając sygnał bratu, że już interes skończony.
 W sklepiku bez trudności otworzyli tasakiem skrzynią drewnianą i znaleźli w niej, garncową może, puszkę z blachy żelaznej. Było w puszce kilka pęknięć i szczelin, któremi nawet woda dostała się do wnętrza. Swoją drogą jednak otworzyć jej nie było można, tak szczelnie przystawało wieko.
 Bracia wzięli dłótko i poczęli próbować, podważać niem wieko. Ale napróżno. Blachy zahaczyły się jedna o drugą tak silnie, jakgdyby puszkę zalutowano. Trzeba ją było naciąć wokoło dłótkiem i rozbić.
 Właśnie Abraham wziął dłótko i młotek, aby przystąpić do ostatniej czynności, a Moszek, stojąc we drzwiach sklepu, czuwał, gdy wtem doleciały ich okrzyki matki Wickowej. Kobieta biegła przez rynek z rozkrzyżowanemi rękoma, zbita, szkaradnie zawalana w gnojówce, i krzyczała:
 — Złodzieje!... okradli mi syna!... wyciągnęli z dołu pełną skrzynią klejnotów.
 Pijaczce towarzyszyła gromada ciekawych, z którymi wciąż łączyli się nieliczni przechodnie.
 Taka procesja była bardzo nie na rękę Cymesom. Sklepik ze wszech stron otwarty, łatwo do niego zajrzeć i zastać ich — właśnie przy otwieraniu puszki z klejnotami!...
 Nie chcąc zatem gorszyć ludzi poczciwych i wywoływać nieprzystojnej awantury, bracia zostawili siostrę Ruchlę za kantorem, a sami, przez podwórka i tylne uliczki, uciekli do domu ojca. Tłum już stał przed ich sklepem, a pijaczka klęła, aż się trzęsło.
 Znowu wbiegli do alkierza, gdzie stało łóżko ojcowskie, i rzekli do jęczącego paralityka.
 — Tatełe!... tu jest a azerne skrzynkę, myt gołdene pierścionkes, branzletes ind zekarkes. Trzeba ją odbić tem dłótkiem, a klejnoty wsypać do beczki z kwaszonemi ogórkami...
 Josek Cymes miał wielką ochotę zwymyślać synów za wczorajsze poniewieranie go po podłodze. Ale gdy usłyszał o klejnotach i zobaczył garncową puszkę, ułagodził się.
 Synowie pod pierzynę włożyli mu puszkę, której jedną połowę oparli na krawędzi łóżka. Dali mu też w ręce młotek i dłótko.
 — Nie dam rady! — jęczał paralityk. — To blacha gruba, mnie ręce drżą, i obrócić się nie mogę...
 — Niech tatełe otwiera prędko, bo jeszcze kto wejdzie! — odparł Moszek.
 A teraz — mówił dalej — mame niech siedzi w oknie i niech płacze, że ojciec umiera... Dy, Awrum, nem den kitel i gadej pacierze, tak, żeby cię wszyscy widzieli, a ja...
 Nie dokończył, zobaczył bowiem, że tłum, z matką Wickową na czele, idzie właśnie do domu ich ojca. Więc Moszek schwycił jakąś paczkę drewnianą, wybiegł z izby, okrążył tłum poza budynkami, i nagle stanąwszy zdaleka za gromadą, krzyknął:
 — Hej! ty stara Ewa!... Patrzaj, tu jest twoja skrzynka...
 Baba, zobaczywszy Moszka z pudełkiem pod pachą, popędziła za nim, klnąc i płacząc. Gromada dzieci i wyrostków pocwałowała za obojgiem, i w taki sposób zgraja obdartusów, z okropnym wrzaskiem, śmiechem i gwizdaniem, poczęła obiegać rynek dokoła.
 Jak świat światem, nie widziano jeszcze podobnej uciechy w mieścinie. Żyd biegł truchta, drażniąc babę widokiem pudła i krzycząc: „Warjatka!... warjatka!...“ Ona pędziła, ile sił starczyło, i od czasu do czasu rzucała za nim kamieniami, a zgraja uliczników, rozpierzchniętych, jak stado wron, które spłoszono, towarzyszyła im, krzycząc wniebogłosy:
 — Złodziej Moszek!... warjatka Ewa!...
 Tym sposobem Moszek odciągnął najniesforniejszych widzów od miejsca, w którem jego ojciec rozłupywał tajemniczą skrzynkę. Chytry Żydek liczył jeszcze na to, że gdyby ukazał się w tej chwili milicjant w miasteczku, wówczas musiałby aresztować jego i pijaczkę, odprowadzić ich do kancelarji gminnej, a dom ojca i skradzione klejnoty byłyby bezpieczne.
 Kilku jednak poważniejszych mieszczan nie uważało za stosowne mieszać się do wyścigów hołoty. Zostali oni pod lokalem sparaliżowanego Cymesa, a widząc, że żona jego siedzi w oknie i płacze, zaś rudy Abraham modli się w śmiertelnej koszuli, poczęli wypytywać:
 — Co się stało, pani Cymesowa?...
 — Nieszczęście! — szlochała Żydówka.— Mój mąż, Josek, strasznie chory, rzuca się na łóżku, jakby już umierał, a te gałgany syna mi gonią i wyzywają od złodziei...
 Abraham zaś niby odmawiał modlitwy i kiwał się, ale swoją drogą prawem okiem patrzył na rynek, gdzie odbywały się osobliwe wyścigi jego brata, a lewem uchem nasłuchiwał, czy ojciec bije dłótkiem w żelazną puszkę. Gdy zaś stary zmęczył się i ustal w pracy, Abramek, mrucząc pacierze, wołał:
 — Tatełe, szlug!...
 — Kiedy mnie już ręce bolą... Wykręcić się nie mogę! — jęczał paralityk, uderzając młotkiem w dłóto.
 Za głęboko włożyliście tę puszkę pod pierzynę, trzebaby ją lepiej wysunąć — mówił Josek po żydowsku.
 Ale Abraham nie dbał o jego narzekania, tylko wciąż powtarzał:
 — Tatełe, szlug!...
 Paralityk, znudzony oporem blachy i komendą syna, rozzłości! się:
 — Żeby was Bóg skarał, gałgany, za wszystkie kłopoty, jakie mi robicie!... Ja tej puszce nie dam rady!...
 I już z gniewem począł ją kuć, aż się rozlegało, a Abramek w śmiertelnej koszuli kiwał się wciąż pod oknem, mruczał pacierze i od czasu do czasu wołał:
 — Tatełe, szlug!...
 Na rynku baba, potykając się ze zmęczenia, nie przestawała gonić Moszka, który nareszcie rzucił pudło i poszedł do swego sklepiku.
 Wtedy zdarzył się wypadek, niesłychany w dziejach tego miasteczka, tej gminy, a nawet powiatu.
 W chwili, gdy Abraham zawołał głośniej: Tatełe, szlug!... — a sparaliżowany Josek silniej uderzył młotem w żelazną puszkę, ta... wybuchła!...
 Rozległ się stłumiony huk, jakby strzał armatni. Sparaliżowany Josek z pierzyną uderzył o sufit i wnet runął na szczątki połamanego łóżka. Jego żona i syn Abraham wylecieli na ulicę przez okno, dom zatrząsł się, przepierzenie upadło, a ze wszystkich otworów począł wydobywać się dym, silnie pachnący siarką.
 — Gewałt!... fajer!... — wrzeszczał Abraham.
 — Josek zabity! — krzyknęła stara Żydówka.
 — To proch wystrzelił!... proch!... — wołali mieszczanie.
 W tej chwili przybiegł Moszek, siny.
 — Co się to stało? — pytał.
 Obecni poczęli mu opowiadać na wyścigi.
 — Proch u was wystrzelił!... ojca wam zabiło!...
 — Tam, w puszce nie było klejnotów, tylko proch — jęczał Abraham.
 Moszkowi w tej chwili błysnęła myśl:
 „Jakie to szczęście, że nie ja otwierałem puszkę!... Biedny ojciec już i tak był stary i od dwu lat nie mógł się ruszyć z łóżka.“
 Wtem... o, dziwy!...
 Josek, nieboszczyk, ów Josek, tak strasznie sparaliżowany, ukazał się w oknie wśród kłębów dymu. Miał na sobie krótką koszulę i wełniany kaftanik cyceles, ale był zdrów... Z lekkością młodzieńca przeskoczył okno i (rzecz nie do uwierzenia!) w pełnym galopie przebiegł rynek, a nawet — wyleciał za miasto i tam jeszcze biegał przez kilka minut po łące!
 Rzecz już wyjaśniła się. Wicek nie znalazł w rzece klejnotów, lecz puszkę prochu i masy piorunującej. Ponieważ puszka miała szczeliny i leżała w wodzie, więc proch w części zamókł. Ale, gdy Josek począł tłuc młotem w skrzynkę, nastąpił wybuch, co prawda — bardzo słaby.
 Domowi nic się nie stało. Pękły tylko szyby i upadło przepierzenie od alkierza. Ale wyrzucony w powietrze paralityk, pod wpływem przerażenia, odzyskał władzę nad nerwami — i wyzdrowiał!
 Słowem, stało się to wszystko nadspodziewanie dobrze, ale ani Moszek, ani Abraham nie byli kontenci z takiego obrotu rzeczy. Oni woleliby mieć puszkę klejnotów, aniżeli zdrowego ojca. Doświadczyli przykrego zawodu, uważali się za pokrzywdzonych i, ażeby chociaż część strat odzyskać, poszli do wójta do kancelarji.
 Wójt, który już wiedział o szczegółach wybuchu, powinszował im naprzód tego, że ich poczciwy ojciec w tak cudowny sposób odzyskał zdrowie, a następnie napomknął, że może być śledztwo.
 — Skąd wy proch macie? — mówił. — Takich rzeczy trzymać w izbie nie wolno.
 — Jaki proch? — zdziwił się Moszek. — Ojciec nasz już od rana był zdrowszy i tak się rzucał na łóżku, że aż się przepierzenie wywróciło. Z tego zrobił się w domu huk i kurz, a głupie ludzie gadają, że to proch się zapalił. Coby u nas proch robił?...
 Wójt pokiwał głową i rad nierad udał, że wierzy objaśnieniom, czując, że z Moszkiem, któremu „szydła golą,“ wojować nie wypada.
 Ale teraz Moszek zaatakował go.
 — Jakże to będzie, panie wójcie, z tą materją? — rzekł.— Tam było dwie sztuki, warte sto pięćdziesiąt rubli. Panu wójtowi podobno ukradli, czy coś... a naczelnik upomina się u nas.
 Wójt przeżegnał się.
 — Co ty mamroczesz, niedowiarku boży? — odparł zdziwiony. — Jakże, więc ja zrobiłem wam łaskę, żem przechował materją, a ty mi o pieniądzach gadasz?...
 Moszek przybrał minę zuchwałą i począł mówić z krzykiem:
 — Co to łaskę?... komu laskę?... pan wójt sobie zrobił łaskę, kiedy materja zginęła, ale nam nieszczęście, bo naczelnik upomina się! To nawet były sztuki oplombowane, cło od nich opłacone... Ja mam kwitancją!
 Wójt począł targać siwe włosy.
 — Jezu!... a dyć te hycle o złodziejstwo mnie posądzają! — wołał.
 — My o nic nie posądzamy — odezwał się Abraham. — My tylko chcemy odzyskać część strat. Materja warta sto pięćdziesiąt rubli, więc my damy pięćdziesiąt, a pan wójt niech da resztę, bo nas naczelnik rozpiecze...
 Mały pisarz siedział przy stole, jak przyśrubowany, a gdy wójt zapytał go:
 — Co tu robić?...
 Odpowiedział:
 — Trza im dać sto rubli, i niech idą na złamanie karku!
 — Skąd ja wezmę sto rubli? — biadał wójt. — Ja przecie nie mam tyle pieniędzy.
 — Znalazłoby się u pana wójta i tysiąc rubli — wtrącił Moszek. — Ale ja jestem dobry człowiek. Ja panu wójtowi kłopotu robić nie chcę i wezmę kwit...
 Nie było rady. Pisarz przygotował kwit na sto rubli, a wójt, po wielu wahaniach się, ze łzami w oczach, podpisał go.
 Jeszcze Moszek nie zdążył schować kwitu, aliści wpadł do kancelarji Wicek, rozgniewany jak piekło.
 — Jesteście tu, złodzieje? — krzyknął. — Powiemże ja teraz wszystko.
 I odwróciwszy się do wójta i pisarza, mówił:
 — Patrzcie państwo! Oni mi ukradli tę skrzynkę z prochem, bo myśleli, że w niej są klejnoty. Przez tych hyclów ojciec mnie i matkę wygnał z domu, a sam chciał się powiesić...
 — Szkoda, że się nie powiesił, bo ty, Wicku, miałbyś pieniądze — wtrącił Moszek, śmiejąc się ironicznie.
 — Poczekaj, to jeszcze nie wszystko! — ciągnął Wicek. — Panie wójcie, ja widziałem dziś w nocy tych obu, jak wam coś ze stodoły kradli, a później chcieli złożyć na mnie...
 Wójt i pisarz zerwali się z krzeseł.
 — Oddaj, Żydu, mój kwit na sto rubli, kiedyś sam ukradł materją! — zawołał wójt.
 — Ja nie ukradłem, on łże, ten Wicek, bo on mi jest winien kupę pieniędzy — odparł Moszek.
 — Pójdziemy do sądu, kiej tak! — krzyknął wójt.
 Moszek oparł ręce na stole i patrząc wójtowi w oczy, rzekł spokojnie:
 — O co mnie pan wójt oskarży?... Pan mi nie dowiedzie, żem ja ukradł, ale sąd dowie się, że pan wójt przechowuje szwarcowane towary.
 A gdy stary chłop, czując swoją bezsilność, upadł na krzesło, Moszek zapytał go ze śmiechem:
 — No, będziemy się prawowali?...
 — Poszedł won, ty gadzino! — krzyknął wójt — i niech ci moja krzywda bokiem wylezie...
 Teraz Moszek i Abraham grzecznie ukłonili się wójtowi, zwolna odeszli ku drzwiom, i gdy już stanęli w progu, Moszek zawołał do Wicka:
 — No, chodź ty, Wicek, z nami, kiedy ciebie twój ojciec wypędził. A na drugi raz nie buntuj się, nie chowaj tego, co znajdziesz, i na nas plotek nie rób...
 — Nie idź z tymi złodziejami, bo ci duszę zgubią! — upomniał go wójt.
 — Wicek, chodź, mówię ci ostatni raz! — zawołał Moszek.
 — Weź się lepiej do uczciwej roboty, a od nich odczep się! — mówił wójt.
 Wicek wahał się, myślał i wreszcie — poszedł za Żydami.

— — — — — — — — — — — —
 Kiedy wkrótce potem wrócił wójt do domu, był żółty jak marchew i płakał jak dziecko za swojemi stoma rublami. Żona z początku krzyczała na niego, ale widząc, że jest źle, położyła go do łóżka i rzekła:
 — No, nie płacz, Szymku!... Dam ci na zrzucenie, to ci ulży...
 — Kiej to bardzo paskudnie — odparł wójt.
 — Nic ci nie będzie... Magda! a przeciągnij ta piórko przez cybuszek...
 I znowu powtórzyła się operacja łaskotania wójtowskiego gardła kaczem piórem, umazanem szmelcugą.
 Wójt zakrztusił się jak nigdy, ale z dobrym skutkiem.
 — Cóż, lżej ci? — spytała go! żona.
 — O, lżej!...
 — No, to teraz wyśpij się, a jutro podaj się do dymisji. Ciebie jeszcze zagryzą, na tem wójtostwie...

— — — — — — — — — — — —
 Wypada na zakończenie wspomnieć o dalszych losach osób tu występujących.
 Wójt rzeczywiście podał się do dymisji, dziękując Bogu, że stoma rublami wykręcił się od stosunków z Moszkiem i Abramkiem. Ale pisarz, namawiany przez żonę, która wciąż chciała paradować w jedwabiach, trzymał się Cymesów i za różne nadużycia stracił posadę, a wkońcu został pokątnym doradcą.
 Stary skąpiec zaciął się w gniewie, tak, że już nigdy nie przyjął do swej chałupy ani żony, ani syna Wicka.
 Baba tułała się jakiś czas po mieścinie, piła jeszcze lepiej i zmarła na apopleksją, Wicka zaś schwytano na granicy z towarami i oddano do więzienia na kilka lat.
 Moszek nareszcie i Abraham robili wyborne interesa i zdobyli znakomitą fortunę. Wciąż słyną oba ze sprytu i energji i wszystkich trzymają za głowy.
 Zacny ojciec ich, stary Cymes, niegdyś paralityk, cieszy się zdrowiem i „handluje pieniędzmi.“
 Ludzie, znający mieścinę, którzy patrzyli na mizerny koniec pisarza i całej rodziny Wicka, tudzież na szybkie wyniesienie się Moszka i Abrahama, często powtarzają przysłowie:

Jednym — szydła golą...
Drugim — brzytwy nie chcą!...


ECHA MUZYCZNE.

„Już nie pójdą za tobą, Orfeuszu, ani wolne stada dzikich zwierząt, ani szemrzące dęby, ani skały, roztkliwione twoim śpiewem. I nie zatrzymasz padającego gradu, ani wściekłości fal morskich, ani gwałtownych wichru podmuchów, ani nieskończonego pasma obłoków, które ciągną po niebie, bo — już niema cię, Orfeuszu... Napróżno leje łzy twoja matka, Kalliope. Daremne żale, skoro nawet wielcy bogowie nie mogą własnych dzieci uratować od zgonu...“

I. ORFEUSZ HANDLUJĄCY.

 Podczas jednego z ostatnich wcieleń na ziemi, Orfeusz wziął na siebie postać dziecka, z niezwykle długiemi palcami i mocno odstającemi uszami. Ponieważ stało się to wśród muzykalnej rodziny, odrazu odgadnięto, że nowonarodzony będzie wielkim fortepianistą i w tym kierunku zaczęto go kształcić.
 Talent istotnie był ogromny. Chłopak całe godziny spędzał nad fortepianem, nuty poznał w ciągu tygodnia, a najtrudniejsze melodje grał po jednorazowem usłyszeniu. W ósmym roku wcielenia grywał pod serwetą i na serwecie, nigdy nie chybiając klawisza, a ucho miał tak muzykalne, że naśladował nietylko sposób mówienia każdej znanej osoby, lecz w dodatku umiał udawać głosy wielu ptaków i zwierząt domowych, co było dowodem poczucia natury.
 Odznaczał się pracowitością, dzięki której skończył parę konserwatorjów, brał lekcje od najznakomitszych wirtuozów i ostatecznie wyrósł na niepospolitego wykonawcę i erudyta. O erudycji najlepiej świadczyły jego własne kompozycje, oparte na motywach najmniej znanych światu autorów, których, jak mówili krytycy, rozwijał i uszlachetniał.
 Ponieważ rodzina wciąż wyrażała przekonanie, że przy swoim genjuszu powinien zrobić majątek, więc młody Orfeusz dosyć wcześnie począł zastanawiać się nad sposobami przetwarzania muzyki na pieniądze. Pewnego dnia, uzyskawszy posłuchanie u Liszta, padł przed nim na kolana; innym razem miał szczęście ucałować rękę Verdiego; później napisał pochwałę Meyerbeera, a w pół roku odbył pielgrzymkę do Bayreuthu, aby tam, u stóp twórcy muzyki przyszłości, odwołać swoje dawniejsze błędy, usprawiedliwiając je nadmiarem zapału dla sztuki.
 Tym sposobem pozyskał życzliwość różnych szkół i mistrzów. Otrzymał też lekcje u bankierów, zaprzyjaźnił się z dziennikarzami i wystąpił w kilku koncertach dworskich, jako fenomen. Za marsz wojenny dla armji księcia Monaco dostał order, a kontredans na cześć cesarzowej Eugenji zrobił go lubianym w kolach, nadających ton modzie.
 Po wojnie w r. 1870, będąc w Paryżu, urządził koncert na rzecz Alzacji i Lotaryngji. Popularność jego dosięgła szczytu. Był już taką znakomitością, że go wzywano o pisywanie aforyzmów na cele dobroczynne. Pisał więc w Paryżu — o wolności i braterstwie ludów, w Madrycie — o wzniosłości religji katolickiej, w Berlinie — o filozofji muzyki, w Warszawie — o miłości ojczyzny, w Rzymie — przeciw doczesnej władzy papieża, a w Petersburgu — o pięknej przyszłości ludów słowiańskich. W owym czasie posiadał za kilkadziesiąt tysięcy franków akcyj najpewniejszych i największe przynoszących procenta, miał własnego sekretarza i jeździł darmo głównemi kolejami.
 Jego system koncertowy był bardzo prosty. Co roku komponował jakiś utwór, o którym dużo, choć niewyraźnie pisali jego osobiści przyjaciele, znani w świecie krytycy, i uczył się grać jakiegoś trudnego kawała, ale tak biegle, że mu nikt nie wyrównał. Z temi nabytkami objeżdżał całą Europę, grając po jednym razu w Paryżu, Londynie, Berlinie i Wiedniu. Ze stolic świata wywoził przychylne recenzje, oprawne w album (nieprzychylnemi gardził), tudzież autografy miejscowych znakomitości. Ale cyfrę akcyj powiększał zapomocą koncertów w miastach drugorzędnych i w miejscach kąpielowych, gdzie zwykle na kilka dni przed występem poprzedzała go wiadomość, że „przyjeżdża,“ a potem druga, „że dał się namówić do zrobienia przyjemności miastu, głośnemu z amatorstwa i znawstwa muzyki.“
 Rzeczy te załatwiał jego sekretarz, do którego obowiązków należało też odszukiwanie w różnych stronach świata wpływowych miłośników muzyki, tudzież dawnych przyjaciół i kolegów znakomitego fortepianisty, a przynajmniej ich imienników. Dziwnym zbiegiem okoliczności, starzy przyjaciele mistrza znajdowali się wszędzie, nie wyłączając Pekinów, Tonkinów i Chartumów.
 Umiał też sekretarz wybierać czas przejazdu przez każdą miejscowość i zawsze trafiał w taką porę, kiedy tamtejsza śmietanka towarzystwa przygotowywała jakiś duży koncert na cele dobroczynne. Naturalnie maestro był proszony o udział naprzód nieśmiało, potem natarczywie, i grał — nie dużo, jakby od niechcenia, ale grał, za co dawano mu szalone oklaski.
 Po pierwszym przygodnym występie, miasto zaczynało „pałać żądzą powtórnego usłyszenia mistrza.“ Dawni przyjaciele i koledzy, znawcy, pełnoletnie entuzjastki, bogate damy, pragnące ukazać się publicznie w nowych strojach, panny na wydaniu, młodzież, wynajdująca sposoby na zabijanie czasu, mężowie i ojcowie, chcący mieć spokój w domu, wszystko to rzewnie błagało wielkiego muzyka, ażeby pozwolił uwielbiać się na swój własny dochód.
 Po niejakiem wahaniu mistrz ulegał.
 Wynajęcie sali zazwyczaj kosztowało drogo, gdyż, jak mówili do sekretarza intendenci gmachów, „po każdym takim koncercie posadzka jest jak w stajni.“ Opłacało się to jednak. Zresztą dywanów i kwiatów na estradę dostarczali dawni przyjaciele i entuzjastki, a ceny miejsc były poczwórne. Ten ostatni wzgląd decydował o powodzeniu koncertu. Do garstki bowiem publiczności, chorującej na muzykalność, albo na nadmiar czasu, która mogła zapełnić ledwie parę rzędów krzeseł, przybywały legjony osób, które cenią tylko to, co dużo kosztuje, albo chcą się między takimi pokazać.
 Wybija godzina uroczysta. Na schodach, wiodących do sali, cisną się strojne i pachnące tłumy, w przysionkach klną lokaje, kontramarkarze nie mogą nastarczyć z przyjmowaniem okryć i parasolów, policja jest zakłopotana. W sali ciasno i duszno, ludzie nie mogą wyszukać swoich krzeseł, damy lękają się o kwiaty i koronki, starzy mężowie o żony, emeryci o nagniotki. Na fotelach obok estrady dumają krytycy, nie o tem, co usłyszą, ale o tem, jakieby nowe zwroty napisać. Przyjaciele mistrza i znawcy tworzą grupy i szepczą:
 I. — No, patrzcie na cud! Idzie hrabina X.
 — Jeszcze dziś z rana miała być ciężko chora.
 — A od dziesięciu lat nic nie słyszy.
 — Przyszła tu przez wdzięczność za jego udział w koncercie dobroczynnym.
 II. — Widzi pan, ile zbiera się u nas osób na koncerta?... A mówiłem Iksińskiemu: wydaj pan koncert, to będziesz miał z czego zwrócić mi dwieście rubli. I myślisz pan, że on co powiedział? Powiedział: „Nie warto, nasza publiczność nie zna się na muzyce.“ Słyszałeś pan co podobnego?
 — Dziwak.
 — Niech on będzie dziwak, to jego interes, ale za co ja mam tracić moje dwieście rubli?... On musi wydać koncert, albo ja wytoczę mu proces i zajmę ruchomości.
 III. — Jego kompozycje niebardzo mi się podobały.
 — Ale co to za wykonawca! jaka biegłość!... Naśladuje style najznakomitszych mistrzów.
 — To dzisiaj jest dosyć pospolite.
 — Ale biegłość, panie, biegłość!... Słowo honoru daję, że grał przy mnie wyjątki z „Lohengrina“ nogami!...
 Wtem: aaa!... rozległo się po sali, i wybuchły oklaski, zainicjowane odrazu w kilku punktach. Wszystkie oczy i lornetki skierowały się na estradę. Wszedł mistrz, łagodnie promieniejący, jak pierwsza kwadra w maju.
 Ukazanie się jego stanowiło epokę w miejscowych poglądach na sztukę. Finansiści zobaczyli na własne oczy muzyka, który posiadał akcje. Krytycy doszli do wniosku, że można być wielkim artystą, a jednak ubierać się według ostatniej mody. Panny przekonały się, że można głęboko poruszać serca, a mimo to wyglądać czerstwo i starannie utrzymywać włosy. Arystokracja patrzyła na niego z podwójnem uznaniem, dostrzegłszy, że nietylko jest dobroczynny, ale, że na czarnym fraku nosi olbrzymią gwiazdę. Demokraci zachwycali się, że ową gwiazdę do połowy przysłonił klapą fraka.
 Wreszcie, ponieważ miał ogniste oczy i stojące wąsiki, okrzyknięto go za pięknego; krzywe zaś nogi policzono na karb naturalności.
 Zagrał raz, zagrał drugi raz i — zupełnie oczarował słuchaczy. Dojrzałe entuzjastki wąchały trzeźwiące sole, ratując się od zemdlenia, a jedna z namiętnych pań uroniła aforyzm, który natychmiast zanotował sekretarz mistrza:
 — Raz przetańczyć z nim walca i umrzeć!...
 Po paru godzinach koncert skończył się, artyście rzucono pod nogi należytą liczbę bukietów, słuchacze zaczęli się rozchodzić.
 — Djabelne nudy — rzekł jakiś profan, ziewając.
 — Tak przecie mówić nie wypada — odparł kandydat na amatora. — Jego gra robi nadzwyczajne skutki. Moja żona, wyobraź pan sobie, płakała, a mnie samego tak wytrawiło w środku, że pierwszy raz od tygodnia będę jadł obiad z apetytem...
 — No, tak, ale co po nim zostanie? Z pewnością ani ta suita, ani nokturn, któreśmy słyszeli.
 — Jakto, co zostanie? — oburzył się kandydat na znawcę. — Pan wiesz, że on już dzisiaj ma ze trzysta tysięcy franków... Taki młody człowiek!
 Na drugi dzień maestro odebrał kilka miłosnych listów od dojrzałych entuzjastek i raczył przyjąć obiad honorowy, na którym jeden z przyjaciół i kolegów nazwał go chlubą narodu. Krytyka, wedle zasady: „Sława obowiązuje,“ upadła przed nim na twarz, podziwiając szczególniej czarodziejską biegłość gry i nadmieniając dyskretnie, że król fortepianu potrafi ze swego narzędzia wydobywać harmonijne kombinacje nietylko palcami, lecz łokciami, nogami etc. Te jednak pochwały nie weszły już do aksamitnego albumu.
 Wreszcie — odjechał, obiecując, że może jeszcze kiedy powróci do miasta, które posiada tylu prawdziwych znawców sztuki.
 I tak podróżuje wciąż. Nie roztkliwia skał, nie porusza dębów, nie uspakaja burz morskich, niemniej jednak, wierny legendowej roli, ściąga chmury słuchaczy i grad — bankocetli.

 Więc nie umarłeś, Orfeuszu... Ze wszystkich swoich dzieci, ciebie jednego uratowali od zgonu wielcy bogowie, przynajmniej, dopóty, dopóki będą istnieć na ziemi trzy gracje: muzyka, spryt i pieniądze.


II. ORFEUSZ W NIEWOLI.

 Trudno! nie można powstrzymać strumienia,
 Ani młodzieńczych uniknąć nadużyć —
 Kroczące naprzód nowe pokolenia
 Kruszą narzędzia, co im nie chcą służyć.
  Asnyk.

 I on miał pociąg do fortepianu; odziedziczył go po matce, która była nauczycielką muzyki. Ciążyły jednak na nim dwa przekleństwa: nie miał majątku, ani sprytu.
 W domu był stary klawikord i całe paki nut. Chłopiec już w piątym roku życia począł jednym palcem odegrywać usłyszane melodje, a w siódmym błagał matkę, aby go zapoznała z nutami. Prędko zdobył ten klucz muzycznej umiejętności i, podczas gdy inne dzieci puszczały latawca na podwórzu, albo bawiły się w Rinaldiniego, on przysuwał do klawikordu krzesło, kładł na niem kilkanaście opusów, wdrapywał się na tę piramidę, która mu pozwalała zgóry uderzać w klawisze, i — grał.
 Czasem, zwabiony wesołym krzykiem rówieśników, schodził na podwórze, aby zostać „zbójcą“ lub „żołnierzem.“ Ale psuł zabawę swoją niezręcznością i wyśmiany, niekiedy pobity przez innych malców — wracał na górę. Był tu zupełnie samotny, ponieważ ojciec pracował w biurze, a matka na lekcji. Więc gdy po raz setny obejrzał wszystkie kąty małych pokoików i nie znalazł w nich nic nowego, znowu wdrapywał się na stos nut, leżących na krześle przed klawikordem, i znowu grał.
 Pomimo tak niezwykłych objawów, nikt z bliższych nie nazywał go genjuszem. Matka, biorąca dwa złote za godzinę lekcji, nie miała powodu życzyć synowi muzykalnej karjery, a ojciec nawet gniewał się, że chłopak dla nut zaniedbuje książki. Tylko wszechmocny wypadek awansował go na cudowne dziecko i popchnął na drogę artystyczną.
 W tym samym domu, o piętro wyżej, mieszkał introligator, który oprawiał książki jednemu z amatorów i znawców muzyki. Pewnego razu znawca wdrapywał się do introligatora, a jako człowiek nieco otyły, odpoczywał na każdem piętrze. Na drugiem usłyszał coś szczególnego, mianowicie piosenkę, graną na lichym instrumencie w niezwykły sposób. Wykonanie nie było poprawne, tempo zmienione, chwilami zdawało się, że artyście brakuje niektórych palców. Mimo to, czuć było pewność, a nawet fantazją wytrawnego muzyka, obok czegoś, co możnaby nazwać naiwną poezją.
 Przysłuchawszy się dłużej, amator i znawca poznał, że owa piosenka jest tylko tematem, który nieznany artysta przerabiał na wszelkie możliwe sposoby, ani razu bez błędu, ale zawsze genjalnie.
 — Co to jest? — szepnął, nie mogąc sobie zdać sprawy ze zjawiska.
 Nagle otworzył drzwi mieszkania, skąd płynęły dziwne melodje, i pod oknem, na krześle i na pęku nut, zamiast wytrawnego muzyka, zobaczył — dziecko, mizerne, skulone, ubogo odziane, a tak zatopione w swojej grze, iż nie słyszało wejścia obcego człowieka.
 Gość rzucił okiem po izdebce. Było tu czysto, ale biednie. Czarny stół, wiśniowa szafa, kanapka obita perkalem, gdzie niegdzie pocerowana, kwiaty i świeżo uprane firanki w oknie.
 Teraz malec spostrzegł gościa; przestał grać i zalękniony, podniósł na niego szare oczy.
 — To ty grasz, ty?... — dziwił się przybysz.
 Chłopak zeskoczył ze swej piramidy, zmieszany, ukłonił się, ale milczał.
 — Można tu usiąść?...
 Dziecko z trudem przyniosło gościowi krzesełko,
 — Jak ci na imię, mały? — pytał dalej znawca, poprawiając się na twardem krześle.
 — Adaś.
 — A rodziców masz?
 — Mam, ale tatko jest w biurze, mama na lekcji, a Kazimierzowa wyszła po bułki.
 — Aha! — rzekł gość. Pogłaskał malca i dodał — Zagrajno przy mnie.
 Adaś trochę drżał, ale, przyzwyczajony do posłuszeństwa, zasiadł do klawikordu. Z początku mylił się raz za razem, lecz wkrótce zapanował nad nim duch sztuki, a może i oryginalność położenia. Wpadł więc z jednej ostateczności w drugą i przez kilkanaście minut grał wobec gościa, jak nigdy przedtem. Pierwszy obcy i życzliwy słuchacz stał się dla niego nowym bodźcem, spotęgował w nim siły i natchnienie.
 Po próbie, gość zapytał chłopca o lata, o nazwisko rodziców i serdecznie pożegnawszy go, powlókł się o piętro wyżej, do introligatora.
 — Wielki artysta... wielki artysta... — szeptał na schodach.
 Los przyszłego muzyka był zdecydowany; amator zainteresował się nim. Nie był to bogacz, ale człowiek zamożny i posiadający niejakie stosunki. Ojcu Adasia wyjednał w biurze podwyżkę pensji o kilkadziesiąt rubli na rok, matce wyszukał dwie nowe lekcje na tydzień, po pięć złotych każda, małego zaś artystę wprowadzał w świat i płacił za niego wpisy szkolne.
 Adaś skończył wprawdzie gimnazjum, lecz niewiele skorzystał z nauki. Był to dla niego rodzaj pańszczyzny, którą odrabiał, gdyż lękał się utracić łask protektora. Co roku przechodził z klasy do klasy, ale ani historja, ani literatura, ani matematyka, ani nauki przyrodnicze nie zostawiły śladów w jego umyśle. Nie rozumiał nawet, w jakim celu wbijają mu w pamięć tyle nazwisk i formuł, którym nic podobnego nie spotykał na świecie. Świat bowiem przedstawiał mu się tylko z jednej strony, jako niewysychające źródło tonów czystych albo nieczystych, rytmów i czasem melodyj. W śpiewie ptaków, w szelestach deszczu, w turkocie wozów, w nieustannym szmerze, jaki sprawiają na ulicach przechodnie, szukał on muzyki, lub jej składników. Reszta nie istniała dla niego.
 Gdy wstąpił do konserwatorjum, jego protektor nagle umarł. Ojca stracił wcześniej, a matkę później, będąc na drugim kursie. Ledwie z Adasia wyrósł na pana Adama, był już zupełnym sierotą.
 W konserwatorjum ceniono jego zdolności. Niewiele to jednak pomogło, nie dało mu nawet środków do wyjazdu zagranicę. Chcąc zebrać na ten cel jakiś fundusik, zaczął udzielać lekcyj na fortepianie. Miał dosyć zajęcia i niezłe dochody, ale, jako czystej krwi artysta, nie potrafił nic zaoszczędzić. Pieniądze z lekcyj i z paru dosyć pomyślnych koncertów znikały bez śladu, co można przypisać temu, że był trochę sławny, poszukiwany w towarzystwach i miał przyjaciół.
 Tak upływały lata. Czasem ktoś ze znajomych, albo i on sam przypomniał sobie, że jego ukształcenie muzyczne nie jest zupełne, że należałoby wybrać się zagranicę. Raz nawet przyszło mu na myśl, że już pięć lat jak opuścił konserwatorjum, i — targnęło go za serce złe przeczucie. Przed czemś struchlał, może przed słówkiem: „Marnuję się“ — które gdzieś, niegdyś szepnięto. Ale otrząsnął się z bolesnego wrażenia.
 — Dam koncert — pomyślał — i zbiorę pieniądze na wyjazd.
 Lecz znowu utonął w wirze stosunków, melodyj i marzeń, a gdy po upływie dwu lat zdobył się na silniejsze postanowienie i już mając zagraniczny paszport w kieszeni, wystąpił z koncertem, przyszła na salę tak niewielka ilość słuchaczy, że ledwie pokrył koszta.
 — Wybrałem zły czas — pomyślał.
 Tymczasem w jego stosunkach zaszła zmiana. On zawsze pozostał tym samym szczupłym, trochę skulonym, trochę dzikim i marzącym artystą od stóp do głów, ale zmienili się ludzie. Jedni powydawali córki zamąż, inni pomarli, inni powyjeżdżali, a większość, nasyciwszy się przez lat kilka grą obiecującego fortepianisty, znowu zaczęła się skupiać około cudownych dzieci, nowych talentów, albo głośnych znakomitości.
 O nim potrochu zapomniano. A gdy mu przyszło niejeden długi wieczór spędzić w domu, czuł, że na świecie zaczyna być pusto i tęskno.
 W takim nastroju ducha spotkał panienkę ubogą, słabowitą, nawet niepiękną, ale tak samotną i cichą, jak on sam, i ożenił się z nią.
 Był to w jego życiu punkt zwrotny, i stało się coś, czego nietylko nie przewidywał, ale nawet nie zrozumiał. Oto — ludzie jeszcze więcej odsunęli się od niego. Stracił parę lekcyj, w niektórych domach zaczęto przyjmować go chłodno, a w jednym, najbardziej życzliwym, gdy pewnego wieczoru zebrało się trochę gości, poproszono go, aby zagrał, ale nie koncert Szopena, jak dawniej, tylko coś — do tańca...
 Zagrał, ale wnet opuścił towarzystwo i już nie pokazywał się nawet na tamtej ulicy.
 Kiedy człowiek po spadzistej drodze zacznie schodzić z wysokości, to mu się wtedy i kamienie z pod nóg usuwają. Wówczas mimowoli przyśpiesza kroku, biegnie, wreszcie stacza się.
 W rok po ślubie zachorowała panu Adamowi żona, wydawszy na świat córeczkę, i odtąd wciąż była chora. Przyjęto mamkę, lekarz prawie nie wychodził z domu, a receptami można było wylepić całe mieszkanie. Rzeczy takie pochłaniają dużo pieniędzy, a jeszcze więcej sił. W dodatku bowiem ubyły mu najlepiej płatne lekcje, naprzód dwurublowe, później dziesięciozłotowe.
 Nie troszczył się jednak, miał jeszcze rublowe. Uczył więc po sześć i po osiem godzin na dzień, biegając z jednego końca miasta na drugi, piechotą, bo mu żal było wydawać na dorożki. Najczęściej nie pokazywał się w domu od rana do wieczora. Niekiedy, wróciwszy zmęczony, zastawał żonę słabszą, choć uśmiechała się i twierdziła, że jest lepiej. A gdy po nieprzespanej nocy biegł znowu na lekcją, żegnał ją ze zbolałem sercem, widząc, że z rana jest gorzej, niż było wieczorem.
 Zawsze drażniła go zła muzyka uczniów i uczenie, z których większość nie miała zdolności. To też zwykle przy lekcjach czuł niesmak. Ale, gdy dziś, na duszę osłabioną smutkiem począł mu od rana do wieczora sypać się grad fałszywych gam i akordów, wpadł w rozdrażnienie i zrobił się przykrym na lekcjach. Więc znowu stracił parę dobrych miejsc.
 Często musiał jadać obiady w restauracjach i, rozumie się, jadł jak najmniej, aby tanio. Przy tej jednak okazji zrobił fatalne odkrycie. Oto spostrzegł, że kieliszek wódki przed jedzeniem rodzi w nim jakieś swobodniejsze myśli i utrzymuje cierpliwość w czasie lekcyj.
 Zauważył też, że dwa kieliszki wódki, a potem trzy, wypijane z rana, w południe i wieczór, wybornie podtrzymują jego siły, owszem robią go weselszym i rozmowniejszym. Że zaś dla nauczyciela muzyki dobrze jest być wesołym i rozmownym, więc korzystał z tych obserwacyj. Nie pil z upodobania, ani przekraczał normy, lecz kilka razy na dzień wzmacniał siły.
 Po paru miesiącach tej praktyki, wychodząc raz od pewnych państwa, usłyszał w przedpokoju, jak uczenica mówiła do swej matki:
 — Wie mama, zdaje mi się, że od niego czuć jakby... wódkę...
 Po tych słowach, w oczach mu się zaćmiło; pomyślał, że chyba z tego przedpokoju nie wyjdzie. Wyszedł jednak, ale już tu nie wrócił i — znowu stracił jedną lekcją! Przez kilka następnych dni próbował nie brać do ust wódki. Ale czuł takie zgnębienie, taki rozstrój nerwowy przy lekcjach, że obawiając się utraty wszystkich zarobków i nędzy w domu, musiał znowu wypijać swoje trzy kieliszki, choć spostrzegł, że już dziś nie uspakajają go one tak, jak dawniej.
 Nareszcie, po dziesięciu latach cierpień, umarła żona. Gdy na cmentarzu ksiądz odmówił ostatnie modlitwy i spuszczono trumnę, prawie obłąkany muzyk chciał rzucić się za nią do grobu, nie mogąc pogodzić się z myślą, że traci już ostatniego, a tak wiernego przyjaciela. Gwałtem zaprowadzono go do dorożki i wraz z córeczką odwieziono do domu.
 Obecnie artysta był nietylko osierocony, ale i zrujnowany. Zadłużył się, miał zaledwie kilka lekcyj nędznie płatnych i dla podtrzymania sił musiał wypijać po sześć i siedem kieliszków wódki na dzień. W miesiąc po pogrzebie, wyprzedał większą część mebli, zostawiając sobie tylko fortepian i paki nut, i z dziewięcioletnią córeczką wyniósł się na poddasze drewnianego domu, gdzieś nad Wisłę.
 Od tej pory znikł z oczu tym, którzy znali go w dniach krótkiego rozgłosu. Na estradach zajaśnieli nowi triumfatorowie, potem jeszcze nowsi i jeszcze nowsi, a on, zalany falą niepamięci, schodził w ludzkiem morzu coraz głębiej i głębiej, aż do najniższych piętr społecznego gmachu, o których mówi Orfeusz:

Powróciłem z podziemnej otchłani,
Z posępnego umarłych królestwa —
I wciąż widzę, jak cierpią skazani,
Widzę wieczność męki i nicestwa...
I straciłem u piekielnych progów
Pamięć szczęścia i słonecznych bogów.
Zostawiłem za straszliwą bramą
Mej miłości i walk moich ślady,
A wyniosłem ból i rozpacz samą...[1]
∗
∗             ∗
 Jest noc. Wąski pasek księżyca, zabłąkany między szczytami domów, chyli się do snu, a troskliwa ziemia ucisza miejskie hałasy. Posłuszne fabryki milkną jedna po drugiej, zamykają się sklepy, kipiąca fala ulicznego ruchu opada. Czasem tylko śmielej zaturkocze pusta dorożka, albo ciężko zachrzęści wóz ładowny; lecz wtedy kamienie chodników szemrzą rozgniewane: „Ciszej tam, ciszej!...“ Wówczas dorożka zwalnia kroku, wóz skręca do składu, a przechodnie biegną do domów zapalić światło w oknach, aby senny miesiąc nie rozbił się w drodze na nocleg.
 Ci z przechodniów, którym do domu daleko, kryją się do zachodu księżyca w bawarjach i restauracjach, skąd grube ściany nie przepuszczają hałasu na ulicę. Jest tam tokarz z żoną i ze znajomym stolarzem, sklepikarz z pokątnym doradcą, furman bez miejsca z właścicielem kantoru sług, robotnik fabryki gazowej z pięcioletnią córeczką i wiele innych zacnych osób, które nie chcą niepokoić zaspanego księżyca na nowiu. Niech drzemie i niech rośnie, ażeby była ładna pełnia; oni tymczasem, obsiadłszy żółte stoliki, stojące wzdłuż ścian i na środku zadymionej izby, nagadają się, zjedzą kolacją i wypiją po kufelku piwa.
 W jednym rogu bawarji, widać długi bufet, pełen przekąsek, z poza których wygląda zatłuszczony surdut i rumiana twarz gospodarza. Wita on gości słowami: „Moje uszanowanie panu dobrodziejowi!“ — i zaraz machinalnie dodaje w duchu: „10 groszy... 2 złote... 25 groszy...“ — a każda laka cyfra odpowiada nadziejom, jakie w gospodarzu obudzą nowy przybysz. Tylu konsumentów przesunęło mu się przed oczyma, tyle się napatrzył na łudzi otyłych, zjadających po dwie porcje, na chudych, wypijających po jednym kuflu, na czerwonych, którzy piją przez cały wieczór, a rozmawiają na sucho, że gdy na wchodzącego rzuci okiem, zaraz w duszy zarysowywa mu się jakaś cyfra.
 Z równem skupieniem ducha zważa on na każdy kufelek piwa, wziętego z bufetu przez kelnerkę, i na to, czy goście tyle kładą na stole dziesiątek, ile przed nimi leży spodków. Liczne te jednak obserwacje nie przeszkadzają mu, od czasu do czasu, rzucić okiem do kuchni, umieszczonej za małym dziedzińcem, i widzieć, czy każdą, wychodzącą stamtąd porcją ogłasza się dzwonieniem tłuczka w moździerz? Zalatujący swąd donosi mu o rodzaju podawanej pieczeni i jarzyny, a także o tem, czy kucharz zamiast frytury nie używa do potraw masła. Wreszcie mniejszy lub większy blask na dziedzińcu ostrzega, że kuchcik albo zaniedbał dołożyć drzewa do ogniska, albo dołożył za wiele.
 Lecz ani taksowanie przechodniów, ani ruch kufli, ani zjawiska, zachodzące w kuchni, nie wypełniają jeszcze całej głębokości umysłu gospodarza. Więc zwraca jeszcze uwagę i na powodzenie kelnerek u gości, aby w końcu miesiąca oddalić te, które smutną miną, czy dzikością paraliżują handlowy rozwój zakładu — albo też zrobić ojcowską wymówkę tym znowu, które mając szczęście do ludzi, za dużo jednak czasu poświęcają śmiechom i szeptom. W takich wypadkach pilny obserwator przemienia się w łagodnego moralistę, który woła z uśmiechem:
 — Zosiu!... Zosiu!... będziesz miała na to czas, jak się buda zamknie, a teraz idź do kuchni, bo drugi raz dzwonią... Uniżony sługa pana dobrodzieja!...
 Ale od kilku dni gospodarz jest nie w humorze: melancholijnie wita gości, ładną Zosię ostrzega krótko i sucho, a wymyśla brzydkiej Michasi. Gdy zaś jaki dobry znajomy zbliży się do bufetu z pytaniem:
 — Jakże się kochany gospodarz miewa, jak interesa?...
 Odpowiada mu, wzdychając:
 — Zdrowie, dzięki Bogu jakie takie, ale fortepian!...
 I rzuciwszy rozpaczliwie rękoma, szepcze znajomemu do ucha:
 — Ten mój kapelmajster gra codzień gorzej. Poprostu wypędza mi gości!...
 W zakładzie istotnie jest fortepian, ponieważ jednak mieści się w trzeciej sali, trzeba więc grać na nim z wielką siłą, ażeby muzyka wybiła się nad rozmowy zebranych, krzyki służby, dźwięki moździerzy i skwierczenie smażonego mięsa. Tymczasem artysta nie ma sił.
 Chudy, skulony, rozgorączkowany, gra on ładnie, ale po największej części jakieś utwory smutne i zawiklane, których nie rozumieją ani damy w chustkach na głowie, ani mężczyźni bez krawatów. Natomiast polki, walce, a nadewszyetko huczne mazury, pomimo ciągłych upomnień gospodarza, zbywa niedbale.
 Nieraz, zniecierpliwiony gospodarz, opuściwszy bufet, biegnie do trzeciej sali i, aby nie kompromitować artysty, pochyla się nad jego krzesłem i szepcze:
 — Bój się Boga, panie Adamie, mówisz, żeś dawał koncerty w resursie, a tu — partolisz, jakbyś trzy dni nie jadł?... Tak przecie grać nie można, bo mnie pan zrujnujesz... Przy mazurze albo oberku goście piją tak dużo, że parobek nie nastarczy z noszeniem antałków, ale jak pan zaczniesz te swoje „trulu lulu,“ to gość zamyśla się i siedzi nad jednym kuflem jak bocian nad stawem... Pan chyba jesteś chory, czy kiego djabła?...
 Tak zakończył i odszedł, sapiąc, do swego bufetu.
 Na twarz zgromionego muzyka wystąpiły ceglaste rumieńce. Zatarł ręce i począł bić niemi w fortepian, aż szyby drżały, a goście podnieśli głowy, mówiąc: „To ci rżnie!...“ Ale po paru minutach wysiłku, zrobiło się coś dziwnego: muzykowi zesztywniały palce, że prawie niemi nie poruszał, twarz mu zsiniała, a na czoło wystąpił pot kroplisty. Chciał się przemóc, uderzył jeszcze mocniej, ale ręce odmówiły mu posłuszeństwa.
 Wtedy zerwał się od fortepianu i wybiegł przez dziedziniec do pokoiku, leżącego obok kuchni. Tani, wśród tumanów pary i swędu, oparta łokciem na brudnym stole, stała mizerna dziewczynka i uczyła się głośno z jakiejś książki. Im w kuchni był większy hałas, tem dziewczyna mocniej zatykała uszy i głośniej powtarzała swoją lekcją.
 Tu wszedł muzyk, pociągnął łyk wódki z flaszy, która stała na stole, i trącił zaczytaną dziewczynkę.
 — Wanda — rzekł — rozetrzyj-no mi ręce.
 Dziewczynka ujęła chudemi rączynami jego sztywne
 i opuchłe palce i tarła, dopóki jej sił nie zabrakło.
 — Ach! — mruczał muzyk — codzień mnie gorzej bolą... Już nie możesz trzeć?...
 — Nie mogę, tatku — odparła zadyszana dziewczyna.
 Muzyk sam zaczął rozcierać zbolałe ręce, wznosił je dogóry, zapewne dla odprowadzenia nadmiaru krwi, a nawet obmywał wodą. Ale gdy i to nie pomogło, pociągał z flaszy drugi łyk wódki i podniecony nią, wracał do fortepianu.
 Znowu zaczął grać hucznie, aż uśmiechnął się gospodarz a goście zawtórowali brzękiem kufli. Ale po kilku minutach nabrzmiałe palce znowu mu zesztywniały i uczuł straszny ból. Twarz muzyka zmieniła się, klawisze przestały mu odpowiadać, melodja rwała się. Więc jej nie dokończył i całkiem wyczerpany, oparł na kolanach bezwładne ręce.
 Do sali wbiegł gospodarz.
 — Co pan robisz, panie Adamie! — krzyknął rozgniewany. — Ludzie śmieją się z pana i mówią, żebyś szedł na koncert do resursy, a nie tu fuszerował!... Tu trzeba grać, panie!...
 — Już nie mogę — szepnął muzyk.
 — To się pan wynoś!... — wrzasnął gospodarz. — Jazda!... Jest tu lepszy na pańskie miejsce... Proszę pana, panie Fitulski, do fortepianu...
 Chory muzyk machinalnie podniósł się z krzesła, a w tej chwili miejsce jego zajął jakiś olbrzym, pod którego palcami począł skakać cały fortepian.
 — Ten gra, jak orkiestra — odezwał się jeden z gości.
 — Chwat gospodarz, prędko się uwinął z tamtym — dodał drugi.
 — Jemu do szpitala, nie do muzyki...
 W taki sposób publiczność pożegnała muzyka, który zwolna powlókł się do izby, gdzie uczyła się jego córka.
 — Chodź, Wanda — rzekł do dziewczynki.
 Zdjął ze stołu niedopitą flaszkę wódki i schował do kieszeni.
 Dziewczynka podniosła zdziwione oczy.
 — Tatko już nie gra?
 — Nie.
 — A kto tam gra, jeżeli tatko nie gra?
 — Inny — szepnął.
 — A... — chciała dalej pytać, ale wstrzymała się. Milcząc, zebrała swoje kajety i książki i wyszła z ojcem na ulicę.
 Do kuchni wbiegła kelnerka.
 — Wiecie — mówiła do kucharzy — stary wypędził tamtego kapelmajstra, a przyjął nowego.
 — Za co go wypędził? — spytał młodszy kucharz.
 — Bo grał tak źle, że goście coraz mniej pili piwa.
 — Głupi on! — mruknął starszy kucharz do pomocnika. — Ma dwadzieścia lat restauracją, a jeszcze nie wie, że picie nie pochodzi z muzyki, tylko naprzód — od dobrego piwa, a po drugie — od mądrego kucharza. Jak ja do każdej porcji wsypię szczyptę papryki, to żeby sam święty — musi ciągnąć bawara, byle mu dali dobrego, nie lurę jak u nas. Muzyka przy piwie, to — tfu!... plunąć niewarto. Papryka to grunt...
 Tak doświadczony kucharz oceniał wpływ muzyki. Tymczasem pan Adam (on to był) wrócił z córką do izdebki na Powiśle. Dziś stracił ostatnie miejsce, ale był tak zmęczony, chory i rozmarzony wódką, że, nie rozmyślając nad swoją dolą, rzucił się na twarde łóżko i spał do południa na drugi dzień.
 Ku wieczorowi wyszedł do miasta starać się o zajęcie, choćby w najpodrzędniejszej bawaryjce, lecz nie znalazł nic. Tak upływał mu dzień za dniem: spał do południa, a wieczorem szukał roboty. Żyli przez ten czas z dziesięciu rubli, jakie odłożył na opłacenie pensji za córkę. Ponieważ jednak przełożona zniecierpliwiła się długiem czekaniem na opłatę, więc, pewnego dnia, kazała dziewczynie wyjść z klasy. „Zrobiła jej wakacje“ — jak mówił, gorzko śmiejąc się, pan Adam.
 Nareszcie, po paru tygodniowym wypoczynku, znajomy faktor doniósł muzykowi, że ma dla niego miejsce, ale takie, gdzie grać potrzeba dopiero od jedynastej w nocy.
 — Tam pan może mieć piękne zarobki — mówił faktor — tam nawet czasem i szampana postawią...
 Muzyk smutnie pokiwał głową, ale — zgodził się.
 Przymusowe bezrobocie wyszło mu na dobre; odpoczęły zbolałe ręce. Więc, aby odzyskać wprawę, usiadł pan Adam do żółtego, zdezelowanego klawikordu, gdyż fortepian z lepszych czasów dawno był sprzedany.
 Zagrał mazura, polkę, kontredansa, ale znowu rozkołysała go muzyka, choć klawikord brzęczał jak zepsuta arfa. Nieznacznie od skocznych melodyj przeszedł do innych tematów. Oto koncert Szopena, niegdyś pole jego popisu... Oto pieśń, którą grał na cel dobroczynny... Nokturn z tych czasów, kiedy jeszcze uczył się w konserwatorjum... Pieśń Schumanna, którą tak lubiła jego żona...
 Jeszcze jeden akord... „Co to jest?“ — pomyślał. Narazie nie mógł sobie przypomnieć, ale palce same przebiegły po klawiszach i usłyszał... ową melodją, którą grał jeszcze będąc dzieckiem, która zdecydowała o całej jego przyszłości, tak w początkach świetnej, a tak nieszczęsnej. Gorąca łza upadła mu na rękę.
 — Boże mój — szepnął — co się ze mną stało i za co?... Jaki zły duch wprowadził do naszego domu człowieka, który chciał mi zrobić najlepiej i... zgubił...
 Lecz wkrótce opanowała go potęga wspomnień, i przywidziało mu się, że jest małym chłopcem, że siedzi przy tym samym co niegdyś klawikordzie i — gra — co?... Albo on wiedział — co... Chyba dzieje swojej rozdartej i podeptanej duszy. W tej chwili marzył, że całe jego życie było tylko strasznym snem, ale że on obudzi się jako mały Adaś... Zaraz i matka tu wejdzie...
 Wtem zatrząsł się od stóp do głów. Drzwi istotnie były otwarte, i wśród wieczornego cieniu ukazała się w nich jakaś kobieta.
 — Matka?... — szepnął jeszcze nieotrzeźwiony.
 Ale kobieta odezwała się szorstkim tonem:
 — Panią gospodynię głowa boli i przysyła mnie tu, żeby pan nie robił takich hałasów. Cóżto pusty dom, czy bawarja?...
 — Pani gospodyni?... — odparł zdziwiony. — Jaka pani gospodyni?... Aha!...
 Teraz oprzytomniał i cofnął się od klawikordu. Następnie powlókł się do szafy, wziął jeszcze nietkniętą butelkę wódki i — wypił odrazu czwartą część.
 Wieczorem wyszedł do miasta, na robotę.



III. ORFEUSZ.

 Losowanie skończyło się, a feldfebel odprowadzał rekrutów do tymczasowych koszar. Byli tam chłopi z włosami podciętemi na czole, w nowych butach i świątecznych sukmanach — mieszczanie w granatowych kaszkietach i szaraczkowych kapotach — wybladły Żydek, z pejsami, w atłasowym chałacie — drugi Żydek, felczer, w jasnej chustce na szyi i w letniej marynarce, wreszcie ubogi szlachcic w burce. Niektórzy nieśli w rękach węzełki, inni na plecach dźwigali duże tłomoki, a inni nie mieli nic; los zaskoczył ich niespodzianie.
 Feldfebel ustawił rekrutów we dwójki, najwyższych na prawem skrzydle, najniższych na lewem. Uszykowali się butnie, śmiejąc się i żartując.
 — Wyprostuj nogi, panie wojak, bo ci pałąkowato stoją — mówił parobczak do Żydka w atłasowym chałacie.
 — Ja wszystkich oficerów będę golił, zobaczycie!... — wołał Żydek felczer, wyobrażając sobie, że powiedział wielki dowcip.
 — Idziemy na Turka!... — krzyknął jeden z mieszczan.
 Feldfebel spojrzał po nich zadowolony i mruknął pod nosem: „Chwaty chłopcy!...“ Policzył w jedną i w drugą stronę i zakomenderował.
 — W prawo!...
 Na to hasło wszyscy zwrócili się natychmiast, ale jedni w prawo, inni w lewo, a Żydek z pejsami wyleciał przed szereg. Zrobiło się zamieszanie, rekruci wybuchli śmiechem, aż uciszył ich i ustawił feldfebel.
 — Marsz! — i kolumna ruszyła naprzód, a feldfebel szedł obok pierwszej dwójki. Był to człowiek olbrzymiego wzrostu i barczysty; pałasz w żelaznej pochwie zapiął na haczyk i szedł krokiem miarowym, sztywny, zimny, w szarym płaszczu, podobny do piaskowcowej karjatydy z twarzą bronzową.
 Był już koniec listopada. Z ołowianego nieba mżyło, czworokątny rynek miasteczka zamienił się w kałużę. Feldfebel skręcił na środek, a z nim kolumna. Rekruci szli ostro, ze zgiełkiem i śmiechem, podpowiadając sobie: „Raz — dwa!... raz — dwa!...“ — w asystencji kilku pauprów, z których jeden trąbił im na szyjce od butelki, drugi bił kijem w deskę, trzeci obracał hałaśliwą grzechotkę, a wszyscy wrzeszczeli.
 Wtem od strony zajazdu ukazała się bezładna gromada kobiet i starszych mężczyzn. Z głośnym płaczem zabiegli drogę rekrutom, wyciągając do nich ręce i potykając się w błocie. Dopadli do maszerującej kolumny, zmieszali się z nią i zatrzymali pochód.
 — Nabok, baby, bo tu wojsko!... — zawołał któryś z rekrutów.
 — Waluś!... — krzyknęła jakaś kobiecina, rzucając się ku czerstwemu parobkowi — Waluś!... a dyć pożegnaj się ze mną... Nie dali mi się tobą nawet nacieszyć ostatni raz... Naści, synu, złotówkę... O, Jezu, i kiedyż ja cię zobaczę, sierota?...
 I objęła go za szyję, całując i oblewając łzami.
 — Z drogi, baby, kiedy wojsko idzie!... — wrzeszczeli rekruci.
 — Marsz! — komenderował feldfebel.
 W tej chwili stary Żyd porwał za rękę Żydka w chałacie i szlochając, z czerwonemi jak królik oczyma, szeptał mu do ucha:
 — Ty, Moszek, idź zaraz do szpitala... Ja wszystko sprzedam, ażeby cię uwolnić...
 — Marsz! marsz! — powtarzał feldfebel spokojnie, przypatrując się żałosnemu widowisku.
 — No, idźtaże!... — wołali rekruci, przeciskając się między tłumem.
 Już dochodzili do koszarowego budynku, kiedy dognala ich młoda mieszczanka z dzieckiem u piersi.
 — Józek... ty tu?... — zawołała tonem bolesnego zdumienia. — Przecie mówili, żeś dobry numer wyciągnął?...
 Zapytany, nie patrząc na nią, machnął ręką i ukradkiem otarł łzę.
 — Józek... wstąpże do domu... Tak przecie iść nie możesz nawet do wojska; muszę ci co wyładować na drogę... O, Panno Przenajświętsza!... całą wotywę leżałam dziś krzyżem, myślałam, że ci nic nie będzie, a ty tu, Józek, ty tu?...
 Kolumna doszła do drzwi, z coraz większym hałasem. Rekruci, na znak wielkiej ochoty, zaczęli popychać się bokami, a Żydek felczer, stanąwszy na progu, wyrzucił wgórę starą jedwabną czapeczkę i zsiniałemi ustami wykrzyknął: „hura!...“
 Już wszyscy weszli na korytarz; przed progiem został tylko mieszczanin, któremu żona uczepiła się u ręki.
 — Idź! — rzekł feldfebel, wskazując mu drzwi.
 — On nie pójdzie! — mówiła kobieta — bo przecie nic jeszcze nie ma na drogę...
 — W wojsku dadzą mu wszystko — odparł feldfebel tonem głębokiego przekonania.
 — Co, w wojsku?... ja nie chcę wojska!... A kiedyście go wzięli, to i ja z nim pójdę...
 — Nie wolno.
 — Może komu nie wolno, ale nie mnie; ja przecie jego żona...
 Feldfebel popchnął rekruta do sieni i sam wszedł za nim.
 — Józek, pocałujże choć syna!... — wołała kobieta, rwąc się za próg. Ale ją odsunął sołtys z policjantem i zamknięto drzwi.
 — Hura!... — krzyknęli na korytarzu rekruci.
 Ze dworu odpowiedział im zgiełk tłumu i jękliwe błogosławieństwo starego Żyda. Potem ktoś zaczął bić ręką we drzwi i krzyczeć rozdzierającym głosem:
 — Józek!... Józek!...
 Minąwszy ciemny i pełen wybojów korytarz, rekruci znaleźli się w dużej izbie o trzech zakratowanych oknach. Stało tu kilka ławek, a wzdłuż ścian leżała słoma, przygotowana na noclegi; na kominie płonął ogromny ogień i oświetlał szarą wilgoć murów; powietrze było surowe i przejęte dymem.
 Tu weszli rekruci, i nagle — zatrzymali się jak odurzeni. Może podziałała na nich cisza, do tej bowiem izby nie dochodził żaden głos z rynku. Stali długą chwilę, przysłuchując się w milczeniu, uśmiechy znikły im z twarzy, głowy pochyliły się; potem zaczęli nawzajem spoglądać po sobie, zdziwieni i zakłopotani.
 Pierwszy ocknął się Żydek felczer. Zatarł gorączkowo ręce i rzekł do jednego z mieszczan:
 — Ja się nic nie boję!... Ja felczer... Zaraz pewnie zostanę młodszym felczerem, potem starszym, a może kiedy doktorem... W wojsku jest przecie awans!...
 Ale że nikt mu nie odpowiedział, więc stanął przed ogniskiem i trząsł się jak w febrze.
 — Bardzo zimno!... — mruknął.
 Ubogi szlachcic rzucił burkę na słomę i legł na niej, przymykając oczy. Jeden z mieszczan odwrócił się do okna, oparł na kracie głowę i cicho płakał. Chłopi, oglądając się na wszystkie strony, zasiedli ławy i poczęli szeptać.
 — No, cóż tak ucichliście? Na ulicy to chwaty, a w koszarach baby!... Wstyd!...
 — Ja się wcale nie boję! — wrzasnął od komina Żydek w letniej marynarce. — Ja przecie felczer... Może pan starszy chce, to ja zaraz pana ogolę?... A może pan starszy potrzebuje pieniędzy, to ja mogę pożyczyć?... — szepnął.
 — Nie potrzeba — odparł obojętnie feldfebel.
 No, ruszajcie się, chłopcy! — zwrócił się do rekrutów. — W wojsku dobrze. Tylko z początku wydaje się smutno, ale po roku żadnegoby z was nawet nie wygnał.
 — Jabym ta poszedł do domu choćby i zaraz! — mruknął jeden z najhałaśliwszych parobków.
 — Co ty wiesz — mówił feldfebel. — Na wsi miałeś kartofle, dziurawą sukmanę i bose nogi, a w wojsku będziesz miał czysty mundur, buty i codzień mięso. A jaki dostaniesz karabin!... o tysiąc pięćset kroków trafisz w nieprzyjaciela.
 — Albo on we mnie — szepnął jeden z mieszczan.
 Feldfebel spojrzał na niego zukosa, splunął i cofnął się do swojej izdebki. Za nim wyszedł felczer.
 — Oni zarazby się rozweselili — rzekł — gdyby pan starszy kazał tu przyjść tym babom... ze dworu...
 — Nie wolno — odparł feldfebel.
 — Jak nie, to nie. Więc niech pan starszy poszle kogo po wódkę. My damy pieniędzy, i pan sam z nami wypije...
 — Nie wolno.
 — Nie wolno?... Nu — to niech pan starszy poszle do mego domu po karty. Jak oni sobie zaczną grać, to się i tak rozweselą.
 — Kart nie wolno.
 Żydek skrzywił się i zatarł ręce; było mu coraz chłodniej. Chciał jednak wejść w bliższe stosunki z feldfeblem.
 — Pan starszy z daleka?... — zapytał po chwili.
 Chmura przesunęła się po czole feldfebla, lecz odparł spokojnie:
 — Co tobie do tego?... Ty myśl, jak masz sam odpowiadać, kiedy ciebie zapytają.
 Żydek stropił się. Ale jeszcze nic stracił otuchy i rzekł po chwili:
 — Bardzo ładne panienki mamy w mieście...
 Niebieskie oko feldfebla błysnęło gniewem.
 — Precz! — krzyknął tak podniesionym głosem, że pozieleniały ze strachu Żydek wpadł do ogólnej izby i rzucił się na słomę obok szlachcica.
 Przez kilka minut nie mógł przemówić ani wyrazu, potem przysunąwszy się do sąsiada, zaczął szeptać:
 — Nu, to myśmy wpadli w wielką biedę!... W wojsku gorzej niż w samym kryminale... Ja nie mogę w wojsku służyć, choćbym chciał, bo ja mam defekt w sercu... Widzi pan, jak mnie rzuca? Kiedy przyjdziemy do gubernji, to niech pan zaraz poświadczy, co mnie dziś bardzo rzucało... Aj! czemu ja nie jechałem zagranicę...
 Niepomyślne zabiegi felczera, wybuch feldfebla, jeszcze bardziej zgnębiły rekrutów: już poczuli żelazne pęta wojskowej karności, i ogarnął ich smutek. Żydek w atłasowym chałacie siedział pod ścianą blady, zapatrzony w jeden punkt, nie wiedząc, co się koło niego dzieje; żonaty mieszczanin zasłaniał ręką usta, ażeby inni nie słyszeli jego łkań, a nawet ten, co w rynku najgłośniej krzyczał: „Nabok, baby!“ — uczuł żal i tęsknotę. W izbie zrobiło się cicho, jakgdyby wszyscy posnęli.
 Ubogi szlachcic leżał spokojnie. Nie odezwał się, nawet nie westchnął, tylko przygryzał młode wąsy, a serce szarpał mu jakiś ból bezmierny. Do tej pory zawsze służyło mu szczęście. Rok temu chciał dostać posadę w dużym majątku i dostał ją — wziął pół ćwiartki na loterją i wygrał paręset rubli — wreszcie oświadczył się pewnej miłej panience, i ta go przyjęła, pomimo kilku innych, bogatszych niż on, konkurentów. Więc zaufał swemu szczęściu i, choć onegdaj śniło mu się, że go przywalił młyński kamień, dziś szedł do losowania pełen otuchy i wyciągnął — jeden z pierwszych numerów...
 Przez chwilę zdawało mu się niepodobieństwem, ażeby wzięli go do wojska, jego, który ma takie dobre miejsce, kilkaset rubli gotówką, i który w dodatku ma się żenić z panną Jadwigą. Ale gdy mu zaczęto winszować, że zapewne wstąpi do gwardji, a nadewszystko, gdy mu nie pozwolono wyjść do miasta, uczuł, że w jego życiu zaszła jakaś wielka zmiana.
 Już nie wróci na wieś do swego pokoiku, już nie będzie oczekiwał na pannę Jadwigę, ażeby ukradkiem pocałować ją w rączkę. Co ona robi w tej chwili i czy wie, jaki go los spotkał? Co robi stary rządca, którego, pomimo wiecznych sporów, tak kochał? A poczciwy pies Zagraj?... kto go przygarnie, z kim on będzie chodził na kaczki?...
 Przy gospodarstwie nigdy mu nie brakło przykrości, ze wszystkimi musiał się kłócić; lecz mimo to, wszystkich teraz żałował. Zdawało mu się, że gdyby zobaczył najzuchwalszego parobka, rzuciłby mu się na szyję, tak czul potrzebę przytulić się do kogoś znajomego i powiedzieć: „Patrz! co się ze mną stało!...“ Nie bał się wojny, ani śmierci, ale tej nowej przyszłości, o której nie miał pojęcia. Czuł tylko, że jest jak wyrwane drzewo, że mu zabrakło ziemi pod nogami, że stracił wszystko, do czego się przywiązał.
 Spojrzał na swoich towarzyszy. Gdzież ich butna wesołość, którą tak chełpili się, przechodząc rynek?...
 Oto siedzą posępni, zniechęceni, z wyrazem żalu na twarzach. Jeden bezmyślnie miętosi w rękach sukmanę, drugi co chwilę targa włosy, jakby chcąc się obudzić, inny zerwie się z lawy, przejdzie po izbie i znowu siada, nie mogąc znaleźć miejsca, a najweselsi pokładli się na słomie, chcąc zaspać czas.
 — Gdyby tak można zasnąć na kilka lat? — szepnął i znowu przymknął oczy.
 Feldfebel w obocznej izdebce przeglądał papiery i rozmyślał.
 „O szóstej przyjadą podwody, o siódmej ruszymy w drogę, po południu będziemy w gubernji, tam Moszek Bizmut pójdzie do szpitala na zbadanie stanu zdrowia, a reszta do koszar.“
 — Który to Moszek Bizmut? — mruknął feldfebel, a ponieważ miał bardzo słabą wyobraźnią, więc, aby uprzytomnić sobie rysy chorego Żydka, musiał wejść do izby ogólnej.
 Tam, przypatrzywszy się żółtej cerze i wąskim piersiom rekruta, splunął z gniewu na ziemię.
 — Podlec!... — szepnął. Zdawało mu się bowiem, że widzi Moszka Bizmuta, w atłasowym żupanie, stojącego na zgiętych nogach w czasie rewji przed frontem...
 — Panie starszy! — odezwał się do niego mieszczanin — pozwólcie tu przyjść mojej żonie. Ona pewnie czeka pod sienią...
 — Tobie naco żona?...
 — Tęskno mi...
 Feldfebel wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. Mimochodem spojrzenie jego padło na szlachcica, coś sobie przypomniał i znowu zajrzał do papierów.
 — Pan rodził się w Wólce? — spytał szlachcica.
 — Tak.
 — Bo i ja tamtejszy — rzekł feldfebel, widocznie chcąc pogadać o swoich stronach, ale spostrzegły, że felczer błysnął ciekawie oczyma, odwrócił się z niechęcią i odszedł do swej izdebki.
 Milczenie rekrutów nudziło go, a że nie umiał marzyć, więc wydobył z torby podręcznik dla podoficerów, i już niewiadomo po raz który w życiu czytał powoli, półgłosem:
 „Feldfebel jest naczelnikiem wszystkich niższych stopni w kompanji, z wyjątkiem podchorążych, którzy zależą od komendanta kompanji. Jest on obowiązany: po pierwsze, pilnować w kompanji porządku, moralności i postępowania żołnierzy i podoficerów, tudzież punktualnego wypełniania obowiązków przez dyżurnych — po drugie, komunikować niższym stopniom polecenia dowódcy kompanji, a także odczytywać rozkazy — po trzecie, wykonywać polecenia dyżurnych oficerów i zawiadamiać o nich dowódcę...“
 Przy tych wyrazach zdrzemnął się. I śniło mu się, że był feldfeblem, żebył delegowanym do odprowadzenia kilkunastu rekrutów, że jeden z nich koniecznie chciał widzieć się ze swoją żoną, i że on sam, czytając podręcznik dla podoficerów, zasnął przy końcu trzeciego paragrafu przepisów, określających obowiązki feldfebla.
 Ocknął się. Jego książka leżała na tem samem miejscu, a w izbie rekrutów panował ten sam martwy spokój.
 Feldfebel zerwał się na równe nogi, policzył zebranych, lękając się, czy który podczas jego drzemki nie umknął, albo czy nie weszła tu kobieta z dzieckiem, a sprawdziwszy, że wszystko jest w porządku i że żonaty mieszczanin wciąż wzdycha, mruknął:
 — Ot, głupi chłopak, jak on się martwi za żoną!... Chyba ja nie byłem taki błazen, kiedym szedł do wojska...
 Oparł głowę na ręku i z wielką pracą usiłował przypomnieć sobie przeszłość.
 — Teraz spałem, przedtem czytałem przepisy o obowiązkach feldfeblów, jeszcze przedtem odebrałem rekrutów z komisji i przyprowadziłem ich tutaj. A dawniej?... W roku zeszłym byłem feldfeblem w Odesie, przed dwoma laty feldfeblem w Kałudze, przed trzema feldfeblem w Tambowie, przed czterema feldfeblem... — I tak cofając się wstecz rok za rokiem, zawsze widział się tylko feldfeblem. Zdawało mu się, że nigdy nie był niczem innem, tylko feldfeblem, nawet w Wólce, i że zawsze miał u boku z prawej strony rewolwer w lakierowanem olstrze, z lewej pałasz w żelaznej pochwie.
 Ale żeby kiedy tęsknił do domu, albo martwił się, że jest w wojsku, tego wcale nie pamiętał.
 Teraz zbliżył się do niego szlachcic.
 — Panie feldfeblu — rzekł — pozwól temu biedakowi pogadać z żoną.
 — Dla żołnierza niema żony, jest tylko jego kompanja — odparł feldfebel.
 — Nasiedzi się jeszcze w waszej kompanji, a teraz niech choć pożegna kobietę, to mniej będzie tęsknił.
 — Ot, pan szlachcic i nie masz rozumu! — odparł feldfebel. — Przecie on dziś czy jutro musi rozdzielić się z żoną; a jeżeli takie jest prawo, więc lepiej wypełnić je odrazu, nie ciągle witać się i żegnać na nowo. Z was czyste baby! Wstępujecie do wojska jak Żyd do wody. Chcielibyście umoczyć naprzód palec, potem kawałek nogi, potem wejść po kolana, byle potrochu. To nieładnie. Trzeba raz skoczyć i nie oglądać się ani na żonę, ani na matkę, dopóki nie wyjdzie czas służby. Żołnierz powinien postępować po żołniersku. Zresztą ja nie lubię bab w koszarach.
 Rekruci z uwagą przysłuchiwali się tej teorji, i zrobiło im się jeszcze smutniej.
 „No, będzie piękne wojsko z tej hołoty, nie daj Boże! — myślał feldfebel. — Jeżeli rekrut nie może odejść od baby, to czy żołnierz będzie mógł pójść w ogień?... Czysta swołocz!...“
 Rozparł się na krześle, zapalił papierosa i znowu zaczął drzemać. I śniło mu się, że był feldfeblem kompanji, odzianej w sukmany i chałaty, w której ani jeden żołnierz nic miał broni i nie umiał obrócić się w prawo, ani w lewo. A tli ma odbyć się parada, i już na placu musztry widać galopujący sztab pułku. Feldfeblowi pot wystąpił na czoło. — „Boże mój — myślał — jaka hańba!... Gdybym miał pod ręką choć jaszczyk prochu, wysadziłbym w powietrze tych podłych i nawet siebie...“
 Nagle ocknął się i mruknął:
 — No, damże ja wam na służbie! Już albo wy mi hańby nie zrobicie, albo ja wszystkich was roz...
 Nie dokończył, w tej chwili bowiem rekruci zerwali się z miejsc i gromadą pobiegli do okien.
 — Bunt? — pomyślał zdumiony feldfebel i machinalnie opuścił rękę do rewolweru.
 Rekruci tymczasem pootwierali okna i poczęli radośnie wykrzykiwać:
 — Jasiek!... skrzypiciel!... Bywaj!...
 Teraz feldfebel usłyszał dolatujące od strony parkanu dźwięki skrzypców, na których grano melodją:

A kto chce rozkoszy użyć,
Niech idzie do wojska służyć...
 — Jasiek!... chodź do nas!... zagraj nam ostatni raz...
 Skrzypce umilkły, lecz wnet na płaskim szczycie parkanu, stojącego o kilka kroków od okien, ukazał się sam grajek. Był to człowiek niemłody, brzydki i obdarty; słynął w całej okolicy jako najlepszy skrzypek, który dużo pił, a mało zarabiał. Miał bowiem swoje kaprysy: najczęściej wysługiwał się darmo, lecz czasem nie chciał grać i za największe pieniądze. Zresztą nigdzie nie mieszkał, a odziewał się o tyle, o ile mu podarowali jaką szmatę poczciwi ludzie.
 Grajek usadowił się na parkanie i strojąc skrzypki, mówił urywanym, zachrypłym głosem:
 — Wlokę się rynkiem, patrzę, a baby pod magistratem płaczą. Więc mówię: czego baby wyjecie?... — A, bo naszych chłopców wzięli do wojska... — Gdzież oni są, mówię, wasze chłopcy?... — A na starym odwachu, ale nas tam nie puszcza psia wiara feldfebel. — No, mówię, mnie puści — i idę se pod ten parkan. Słucham, a u was cicho. Myślę: czy śpią?... A sołtys mówi: Oni się tak martwią, bo mają strasznie ostrego feldfebla. — No, myślę, kiedy z wami, chłopcy, taka bieda, to już ja was rozweselę... Nie takich ja rozweselałem!...
 Tak prawiąc, śmiał się zaklęśniętemi ustami, przyciskał brodą skrzypce i wywijał smyczkiem.
 — Patrzcie ino, jak on se siedzi na parkanie!... Żeby mu tak wódki podlać, toby grał!... — mówili rekruci.
 Feldfebel zdziwił się. Jak to może być, ażeby jeden brudny i brzydki człowiek odrazu ożywił całą gromadę? Nawet płaksiwy mieszczanin rozruszał się, nawet wyżółkły Moszek Bizmut począł się uśmiechać.
 — Ej, w tem coś jest!... — mruknął podejrzliwie feldfebel, zapytując się w duszy, czy nie należałoby spędzić grajka.

 W tej chwili skrzypek dotknął strun. Ledwie zdążył zagrać parę taktów, wnet jeden rekrut pochwycił melodją i zaśpiewał:
Nie dlatego śpiewam, coby słychać było,
A ino dlatego, żeby się nie cniło.
 I zaraz zawtórowali mu inni:

Nie dlatego śpiewam, żebyście słyszeli,
A ino dlatego — niech się świat weseli! — hu! — ha!...
 Feldfebel przysłuchiwał się ciekawie. Znał on i nutę, i pieśń, lecz - dawno o nich zapomniał.
 Skrzypek zmienił melodją, i zaraz odpowiedział mu chór, śpiewając:

Nieszczęśliwy czasie, pokochaliśma się;
Przyszła ta godzina, rozejść się musima.
Choć się rozejdziemy, każde w inną stronę,
Przecie nasze serca są nierozłączone ...
Najświętsza Panienko! pocieszże mnie, pociesz,
Bo mnie nie pocieszy matka, ani ociec.
Najświętsza Panienko! tyści matka moja,
Pocieszże mnie, pociesz, jeśli wola Twoja!
 I tak melodja szła za melodją, pieśń za pieśnią, a zdziwiony feldfebel przypominał sobie każdą z nich. Lecz nietylko to go zastanawiało. Stary skrzypek wydobywał niekiedy tak szczególne dźwięki, że feldfebla dreszcz przechodził. Nieraz przecie słyszał on orkiestry kilku pułków, nigdy jednak nie obiły mu się o ucho tak przejmujące tony, które, zdawało się, że kłują pierś i wciskają się aż na dno serca.
 — Cudak! — szepnął feldfebel, patrząc przez zapotniałe szyby na grajka, który, założywszy nogę na nogę, siedział na szczycie parkanu, jak na krześle.
 Rekruci wciąż śpiewali, a feldfebel już nie rozumiał słów. Uwagę jego pochłonęły owe szczególne tony skrzypców, których mnożyło się coraz więcej. To nie były dźwięki martwego instrumentu, ale płacz, westchnienia, żal, tęsknota, wydobywające się z ludzkiej piersi. On się z tem niegdyś znał, ale kiedy?... Może, gdy był podoficerem?... Nie, jeszcze dawniej, wówczas, gdy sam dziecinnym głosem śpiewał te pieśni:

Szła sierotka po wsi — obsiedli ją źli psi;
Nie miał się kto obrać — sieroteczkę ognać.
Obrał ci się, obrał — sam Pan Jezus z nieba,
I sierotkę ognał — kawałeczkiem chleba...
 I stała się rzecz niezwykła. Ten kamienny człowiek, który nigdy nie marzył, w tej chwili uległ przywidzeniu. Znikły mu w oczach koszary i rekruci, a na ich miejsce rozciągnęła się łąka, oświetlona majowem słońcem. Poznaje krętą rzeczułkę, i las na wzgórzu, i bydło szczypiące trawę. Oto krowa jego matki, biała w kasztanowate łaty. Oto gromada wiejskich pastuszków, a między nimi... on sam!... Nie myli się, to on, w szarym słomianym kapeluszu i granatowej kamizeli. Jeden z chłopców, dziesięcioletni Tomek, gra na fujarce, inni śpiewają, a on wyraźnie słyszy żałosną nutę i powtarza wyrazy:

Idź, moja dziecino, do cudzej macierze,
Niechże ona tobie koszulkę wypierze.
Oj, jak mi ją pierze — lecą z niej paździerze,
A jak mnie obłóczy, po ziemi mnie włóczy...
 Teraz ode wsi idzie jego siostra i niesie mu obiad w dwuniaczkach. Te same włosy płowe, różowa spódnica i niebieski fartuch. Wpatrzywszy się lepiej, widzi jej owiązaną w szmatę nogę, którą sobie skaleczyła, zbierając chróst w lesie.
 Feldfebel otrząsnął się, mocno przetarł oczy i marzenie znikło. Widzi znowu koszary i słyszy śpiew rekrutów, nad którym górują dźwięki skrzypców za oknem.
 — Co za czort! — szepnął — czym ja pijany? Nie. Nie miałem dziś wódki w ustach. Czym chory?...
 Istotnie przypomniał sobie, że już raz ukazywały mu się podobne widma, gdy miał tyfus. Wówczas jednak robiło mu to przykrość, a dziś przeciwnie — serce jego napełniała dziwna mieszanina radości i żalu.
 Skrzypce znowu rzewniej zapłakały w rękach grajka, i żołnierz znowu im uległ.

W zielonym gaiku ptaszkowie śpiewają,
A mego Jasieńka na wojnę wołają.
Już nie roczek, nie dwa, jak się wojna toczy,
Moja maluleńka wypłakała oczy...
 Tak, to ta sama pieśń, którą go odprowadzili w rekruty! Oto siedzi na wasągu, a na pierwszym wozie jadą grajkowie i grają, co sił starczy. Słyszy krzyk i widzi matkę obok drogi...
 Feldfebel upadł na krzesło.
 — Boże, mój Boże!... — szeptał, ciężko dysząc.
 Łzy cisnęły mu się do oczu, westchnienia rozsadzały piersi, ale tylko dławił się niemi, bo nie mógł zapłakać.
 Skrzypce na chwilę umilkły, i żołnierz oprzytomniał. Spojrzał przez okno. Na parkanie wciąż siedział grajek, brzydki, z kudłatą głową, i nawiązywał strunę do skrzypców, z komina w sali padał na niego czerwony blask ognia, nadając mu jakieś nadludzkie kształty.
 Teraz spostrzegł feldfebla skrzypek.
 — Panie wojak! — krzyknął, pochylając się do okna jego izby — a puśćcie baby do rekrutów... bo chłopcy tęsknią!...
 Usłyszawszy to, rekruci umilkli i niespokojnie patrzyli w twarz swojego dozorcy.
 Feldfebel zawahał się, lecz po chwili zawołał policjanta i nie patrząc mu w oczy, rzekł:
 — Przyprowadź baby do tych okien. Niech się nacieszą rekruty.
 Potem mruknął do siebie:
 — On czort, ten skrzypek, on umie zaklinać duchy... On mnie matkę moją rodzoną pokazał i naszą Wólkę... Boże, zmiłuj się! — dodał, żegnając się.
 W kilka minut później, przez kraty okien mieszczanin ściskał swoją żonę, wiejska kobiecina swego Walka, a stary Bizmut szeptał do Moszka:
 — Ty, Moszek, zaraz idź do szpitala... Ty będziesz wolny...
 Grajka już na parkanie nie było, lecz feldfebel, ile razy wyjrzał przez okno, żegnał się i szeptał:

 — Czort!... on umie wywoływać duchy...


PAN DUDKOWSKI I JEGO FOLWARK.

 Pociąg miał ruszać. Niskie taczki tragarzy biegały z podwójną szybkością, spóźnieni podróżni niespokojnie wypytywali się o miejsca w wagonach, roznosiciele pism kręcili się między przedziałami, dokuczliwi jak komary. Zawiadowca co chwilę podnosił do ust świstawkę, ażeby wydać ostatnie hasło, a zniecierpliwiona lokomotywa parskała kłębami pary.
 Pan Dudkowski już miał miejsce w drugiej klasie. Walizkę i torbę położył w siatce, laskę i parasol oparł w kącie, a szal rozesłał na siedzeniu. Potem, zdjąwszy kapelusz, umieścił go obok walizki, a na głowę włożył czarną, jedwabną czapeczkę z miękkim daszkiem. Wydobył ukradkiem lusterko z kieszeni i przekonawszy się, że szpakowata broda i płócienny kitel nadają mu powierzchowność ziemianina z krwi i kości, uśmiechnął się i stanął w oknie.
 Na platformie, jego małżonka, Hermancja, prowadziła ożywioną rozmowę z młodzieńcem o bladej twarzy i niebieskich oczach, a kilkunastoletnia córeczka, ziewając, zapytywała guwernantki: kiedy nareszcie ruszy pociąg, gdyż ją bolą nogi od stania?
 Pan Dudkowski wychylił się z wagonu.
 — No, dowidzenia, Minciu! — rzekł do pani.
 — Dowidzenia, dowidzenia! — odparła dama, nie patrząc na niego.
 Zdawała się być silnie zajęta wybladlym młodzieńcem.
 — Uważasz, Minciu! — mówił pan. — Przyszlij mi na wieś ten duży kosz zamykany, to będziesz miała co tydzień świeże jarzynki... Trzeba także wydobyć ze strychu kojec, bo chciałbym wam przysyłać kurczęta.
 — Naco się to wszystko zdało? — odparła pani z odcieniem niewiary.
 — Jakto naco? — oburzył się pan Dudkowski. — Poto przecie kupiłem folwark, ażeby mieć pożytek.
 — Kwaśne mleko i świeże powietrze — dodała pani.
 — Kwaśne mleko, świeże powietrze i owoce dla siebie, a jarzyny, masło i kurczęta dla was.
 Rozległ się ostatni dzwonek. W wagonach trzeciej klasy zaszumiało jak w ulu, pociąg ruszył, a za nim przez kilkanaście kroków biegła gromada Żydków, którym widać zabrakło czasu do ukończenia interesów z odjeżdżającymi współwyznawcami.
 Pan Dudkowski wychylił się jeszcze mocniej z okna.
 — A nie tęsknijcie za mną!... — wołał, machając jedwabną czapeczką.
 Blady młodzieniec zdjął kapelusz, córka przesłała mu kilka pocałunków, guwernantka zawołała: atie!... atie!... — i tylko pani Hermancja skinęła niedbale głową i ręką, zabierając się do powrotu z bladym towarzyszem.
 Do przedziału wszedł konduktor i zażądał biletów.
 — Pan dobrodziej na wieś, na letnie mieszkanko? — rzekł do Dudkowskiego.
 — A tak, do mego folwarku — odparł pan Dudkowski, nieco ociągając się ze znalezieniem biletu. — Gdzie ja go podziałem?... — pytał i szukał po kieszeniach. — Człowiek aż się zapomina, tyle ma kłopotów... W Warszawie kamienica, a jeszcze do tego kupiłem folwark z pysznym ogrodem... Oto bilet — ciągnął, wydobywając kartę z kieszeni od kamizelki. — Ciekawym, jak mi się też powiedzie gospodarka na wsi...
 Konduktor zwrócił się do drugiego podróżnego, a ostemplowawszy bilety, dotknął ręką daszka i wyszedł z przedziału.
 Przez chwilę słychać było tylko dudnienie i turkot wagonów. Drugi podróżny, z zachmurzoną twarzą, wcisnął się w najdalszy kąt siedzenia, a pan Dudkowski kręcił się i chrząkał, chcąc zacząć z nim rozmowę. Wreszcie zapytał:
 — Pan dobrodziej daleko jedzie?
 — W Brześć.
 — Ja na czwartą stacją... W tych czasach kupiłem tam folwarczek... Pyszna miejscowość!... Domek wygodny, ogród owocowy, pięć morgów gruntu... Posłałem tam onegdaj kucharkę, ażeby mi urządziła mieszkanie, a dziś jadę sam, na całe lato i jesień... Pan dobrodziej, zdaje mi się, jest obywatelem ziemskim?
 — Nie — mruknął niedbale podróżny.
 — Aha!... to pewnie pan dobrodziej ma kamienicę w Warszawie?...
 — Nie.
 — Ja — mówił pan Dudkowski — mam także kamienicę w Warszawie. Dwadzieścia pięć okien frontu, cztery piętra i trzy oficyny, tuż obok przystanku tramwajów. Dałem za nią przed dwudziestu laty trzydzieści tysięcy rubli, a dziś warta sto dwadzieścia tysięcy. No, alem się też napracował przy niej!... Codzień byłem sam na każdem piętrze, co miesiąc sam odbierałem komorne od lokatorów... Bo u mnie, panie dobrodzieju, niema wielkich mieszkań, tylko małe, po dwa i po trzy pokoiki. Te dają najlepszy dochód, osobliwie, jeżeli wynajmować na miesiące...
 — Pan nie gra w karty?... — spytał nagle podróżny.
 — Nie — odparł z pośpiechem pan Dudkowski i pomyślał:
 „Do licha! czy to nie jest jeden z tych karciarzy, co ogrywają pasażerów na kolejach?...“
 — Pan może nie ma przy sobie kart? — rzekł podróżny.
 — Nigdy nie jeżdżę z kartami — odparł pan Dudkowski.
 Podróżny zamyślił się.
 — Pan nie umie grać, czy pan nie chce grać?... — spytał znowu.
 — Nie, nie, nie... Nie umiem!..
 — Szkoda! No, ale kiedy tak, to trzeba spać — zakonkludował podróżny, sięgając ręką pod siedzenie.
 Wydobył stamtąd pękatą butelkę, wychylił część jej zawartości, mruknął: „Sławna!“ — i wyciągnąwszy się na wąskiej kanapce, zaczął chrapać jak astmatyk.
 Tak niezwykłe postępowanie zaniepokoiło trochę pana Dudkowskiego, który zaczął przypuszczać, że nieznajomy, nie mogąc ograć go w karty, może zechce go uśpić i zrabować. Przytulił się do swego rogu i udając, że drzemie, ślubował, że za pierwszym podejrzanym ruchem nieznajomego, schwyci alarmową linkę, zwieszającą się nad oknem wagonu, i wstrzyma pociąg.
 „Pocom ja u licha mówił mu o kamienicy i folwarku?...“ — myślał pan Dudkowski, obserwując podróżnego z pod daszka.
 Ale podróżny spał tak szczerze, iż trwoga pana Dudkowskiego uspokoiła się, a miejsce jej zastąpił sen, coprawda bardzo czujny.
 Jednocześnie z zatrzymaniem się pociągu podróżny gwałtownie obudził się.
 — Co to?... — zawołał.
 — Pociąg stanął na stacji — odparł słodko pan Dudkowski.
 Podróżny popatrzył na niego zaczerwienionemi oczyma, jakby usiłując coś sobie przypomnieć, a po chwili zapytał niewyraźnie:
 — Pan gra w karty?
 — Nie — odparł pan Dudkowski.
 — Szkoda, będzie nudno jechać! — mruknął.
 Następnie wydobył z pod siedzenia flaszkę, przez chwilę pił tak, aż mu oczy łzami zaszły i ułożywszy się powtórnie na kanapce, rzekł:
 — Spać się chce. W Warszawie całe dwie noce nie spałem.
 — Pan komisarz bawił się zapewne z przyjaciółmi — zapytał pan Dudkowski, nie wiedząc, skąd przyszedł mu do głowy ten tytuł.
 — Trochę z przyjaciółmi, trochę z damami... Damy najwięcej zabierają czasu... Tfu! — splunął podróżny i w tej chwili zasnął.
 Pan Dudkowski uczuł pogardliwą litość dla człowieka, któremu damy czas zabierają, i — znowu zaczął drzemać. Potem przypomniał sobie, że i w jego życiu kobieta odegrała wielką rolę. Ożenił się, będąc już w pewnym wieku, z osobą młodą i przystojną, która nigdy nie okazywała mu nadmiaru przywiązania, a zaś od pięciu lat traktowała go z lodowatą obojętnością. Pomimo, że pan Dudkowski i teraz, jak dawniej, regularnie co miesiąc odbierał od lokatorów komorne, co roku podnosił cenę mieszkań, a w ostatnich czasach wybudował w kamienicy parę sklepów, żona coraz mniej dbała o niego. Skończyło się wreszcie na tem, że nietylko zagarnęła wszystkie dochody, ale nawet odmawiała mężowi drobnej pensyjki na cygara i czarną kawę po obiedzie, nie żałując jednak wydatków na teatry, koncerty i stroje dla siebie.
 Pan Dudkowski czuł swoje upakarzające stanowisko, ale do wyemancypowania się nie miał siły, ani, co gorsza, odwagi. Dopiero wdali się w to starzy przyjaciele, a jeden z nich, wysłuchawszy spowiedzi zawojowanego męża, powiedział mu, że nienaturalna jego rola w domu i coraz trudniejsza pozycja wobec żony pochodzi — z żołądka.
 — Wylecz się — mówił przyjaciel — nabierz sił, a wszystko wróci do porządku.
 Ponieważ pan Dudkowski szczerze pragnął już nie przewagi, ale choćby równouprawnienia wobec swojej małżonki, więc — zwołał konsyljum. Doktorzy obejrzeli go, opukali, nakiwali się głowami, a wkońcu zdecydowali, że jeżeli może co przywrócić w domu powagę pana Dudkowskiego, to chyba świeże powietrze, mleko, szczególniej kwaśne, i owoce, słowem — wieś i odpoczynek.
 Teraz — wieś, odpoczynek i odzyskanie sił stały się zmorami nieszczęśliwego właściciela kamienicy. Nie dawały mu spać, chodziły za nim po wszystkich piętrach domu, przeszkadzały w zapisywaniu meldunków, myliły mu preferansa. Wkońcu tak zatruły mu życie, że przeczytawszy na wiosnę ogłoszenie o „posiadłości ziemskiej w pięknem położeniu, z ogrodem i budowlami, w sąsiedztwie drogi żelaznej“ zaciągnął trzy tysiące rs. pożyczki na osiem procent i bez targu — kupił folwarczek.
 W parę tygodni wysłał tam kucharkę Małgorzatę, we dwie doby po niej wyjechał sam, nie spotkawszy ze strony małżonki najmniejszego oporu. Owszem, zrobiła nawet uwagę, że już od pięciu lat powinien był zacząć kuracją, co, mówiąc nawiasem, zasępiło mu ostatnie godziny pobytu w Warszawie.
 Oparty w kącie wagonu i pogrążony we wspomnieniach, ani spostrzegł pan Dudkowski, że pociąg przejechał już dwie stacje. Dopiero głos konduktora, zwiastującego zbliżanie się do celu podróży, obudził go.
 Jednocześnie zerwał się z kanapki i jego towarzysz.
 — Co to?... — zawołał, z trudnością podnosząc obrzmiałe powieki.
 — Dojeżdżamy do mego folwarczku — objaśnił uprzejmie pan Dudkowski. — Ciekawym, czy też Małgorzata spodziewa się mnie? — mówił jakby do siebie, zdejmując walizkę i torbę. — Żegnam pana komisarza dobrodzieja!...
 Obaj panowie ukłonili się sobie, a zostający w wagonie podróżny mruknął:
 — Bardzo szkoda, że pan nie gra w karty!...
 Potem wydobył z pod siedzenia swoją butelkę i nie pierwej odjął ją od ust, aż pan Dudkowski wysiadł z wagonu.
 — Szczęśliwej podróży!... — zawołał nowy ziemianin, uchylając mięciutkiej czapeczki.
 Podróżny smutnie kiwnął głową i jeszcze energiczniej wyciągnął się na kanapce.
 Stanąwszy przed dworcem, pan Dudkowski uczuł, że się pod nim nogi chwieją, co mu przypomniało opowiadania o żeglarzach, którzy, po kilkomiesięcznym pobycie na statku, wysiadłszy na ląd, zataczają się jak pijani. Pochlebiało mu, że jest tak zmęczony podróżą, i z przyjemnością myślał, że w tej chwili znajduje się przeszło o sześć mil od Warszawy. Co też tam mówią o nim przyjaciele, rodowici warszawiacy, z których żaden nie zdobył się na tak śmiałą wycieczkę i nie chwiał się na nogach ze zmęczenia!...
 Tymczasem pociąg odjechał, urzędnicy stacyjni rozeszli się, a na platformie został tylko pan Dudkowski i stróż, apatycznie zabierający się do nałożenia fajki.
 Pan Dudkowski zwrócił się do niego.
 — A niema tu, mój bracie — rzekł — jakich koni do wynajęcia?...
 Stróż powoli, napychając tytuń w fajkę, obejrzał pana Dudkowskiego od stóp do głów i odparł:
 — Jest tu paru Żydków na stacji, co odwożą gości.
 Istotnie, jakby z pod ziemi, ukazało się trzech Żydków, kłócących się widocznie o pasażera. Jeden z nich bez pytania schwycił torbę pana Dudkowskiego, drugi wziął go za szal i rękaw płóciennego kitla, a trzeci odepchnął obu, wrzeszcząc:
 — Idźcie do djabła, to mój gość!... Mnie tu przecie gospodyni nakazała, cobym wielmożnego pana przywiózł...
 — Co ty masz za brykę?... — odparł drugi. — Tobie cielęta wozić, nie państwo...
 — On ma tylko jednego konia, wielmożny panie! — wołał trzeci, zastępując drogę panu Dudkowskiemu.
 Ale Żydek, przysłany przez gospodynię, okazał najwięcej energji.
 Wyrwał wahającemu się panu Dudkowskiemu z rąk parasol i laskę, zarzucił sobie na plecy walizę i torbę i odepchnąwszy wymyślających mu współzawodników, szybko pobiegł na dziedziniec.
 Pan Dudkowski machinalnie poszedł za nim.
 Bryczka, którą miał jechać, nie obudziła w nim ufności. Miała wydarte boki i mały pęczek grochowin w siedzeniu, a ciągnął ją jeden wysoki i chudy koń, na nogach dziwnie pokrzywionych. Ponieważ jednak furman naglił do wsiadania, a dwaj inni już i panu Dudkowskiemu zaczęli wymyślać, siadł więc prędko, polecając się Bogu. W tej chwili po raz pierwszy uczuł tęsknotę za Warszawą.
 Żydek zaciął konia i popędził po nierównej drodze, ścigany przez dwie inne bryczki, z których dolatywały szydercze śmiechy i złorzeczenia. Nie dość na tem, Żydkowie bowiem wyprzedzili jego ekwipaż i jadąc naprzód, wzniecali ogromne tumany kurzu, który wnet zasypał odzież pana Dudkowskiego i począł mu włazić w oczy, uszy, w nos i usta.
 Ale podróżny nie zważał na to, zajęty utrzymywaniem równowagi. Siedzenie co chwilę wymykało się z pod niego, a wreszcie grochowiny rozlazły się tak, że pan Dudkowski musiał klęknąć w bryczce, trzymając się obu rękami krawędzi. Do kurzu, trzęsienia, podrzucania i tym podobnych dolegliwości fizycznych dołączyły się jeszcze moralne. Naprzód koń, idąc po jednej stronie dyszla, wciąż spychał bryczkę na rów przydrożny, gdzie, według przewidywań pana Dudkowskiego, można było utonąć. Powtóre, należało przejechać sosnowy lasek, w którym nowy ziemianin obawiał się rozbójniczej napaści ze strony niechętnych mu furmanów. To też zdarzały się w ciągu tej krótkiej zresztą podróży chwile, podczas których pan Dudkowski tracił wszelką nadzieję odzyskania sił na świeżem powietrzu i czuł niedającą się opowiedzieć tęsknotę do Warszawy. Parę razy chciał krzyknąć: „Zawracaj!“ — ale powstrzymała go od tego reszta ambicji, jaką wywiózł z domu w charakterze właściciela folwarku. Gdy zaś skutkiem gwałtownego nachylenia się bryczki na skręcie, zupełnie już stracił ambicją i krzyknął: „Stój!...“ — w blaskach zachodzącego słońca ujrzał szczyt dachu i wierzchołki topoli, które otaczały jego folwark.
 Niebawem zajechali przed dom, a w sieni ukazała się Małgorzata, śmiejąca się i płacząca naprzemian. Zdziwiło to pana Dudkowskiego. Gdy więc Żydek znosił mu rzeczy do pokoju, zapytał służącej: co to znaczy?
 — Ach, panie! — mówiła kobieta — cóż to za przeklęta wieś... Ledwiem tu wysiadła, zaraz przyszedł jakiś obdartus na egzekucją od wójta gminy i takie wyrabiał brewerje, żem musiała mu dać dwa złote. Potem, krowa wyszła mi w pole i zabrali ją do dworu, stąd o dwie wiorsty. Potem, kiedym poszła kupić dla pana mięsa, to mi dali taką pieczeń cielęcą, jak z trupa, że jej w domu utrzymać nie można było, i jeszcze wzięli po złotemu za funt. Ale najgorsze, panie, te dzieciska chłopskie. Włażą do ogrodu po kilkoro i rwą maliny, porzeczki, agrest, jak u siebie. A kiedy na nich zacznę krzyczeć, to gałgany rzucają kamieniami!...
 Panie!... — kończyła wierna sługa, szlochając — przez dziesięć lat w Warszawie tylem złego nie doznała, co tu przez dwa dni... A jakie stare masło nam sprzedali!...
 Pan Dudkowski uspakajał Małgorzatę i zapewniał, że wszystko będzie dobrze, choć sam czuł wielki niepokój.
 W tej chwili zbliżył się furman z czapką w ręku.
 — Cóż ci się należy? — zapytał pan Dudkowski.
 — Rubelka — odparł Żydek niedbale. — Ale ja tu mam jeszcze do wielmożnego pana interes...
 — Jakto, rubla za ten kawałeczek drogi, taką taradajką i takim koniem?...
 — To stała cena — odparł Żydek — i nawet nikt się nie targuje.
 Mówił z taką niezachwianą pewnością, że pan Dudkowski wydobył woreczek i z bólem serca dał furmanowi rubla.
 — A ile tyś zapłaciła od stacji?... — spytał machinalnie kucharki.
 — Czterdzieści groszy!...
 — Oszukałeś mnie, Żydzie! — krzyknął pan Dudkowski.
 — Niech Bóg zabroni!... Ale przecie co innego sługa, a co innego wielmożny pan. Jabym się wstydził powiedzieć czterdzieści groszy takiemu panu, co ma kamienicę w Warszawie i grunta u nas...
 Pan Dudkowski umilknął.
 — Chciałem jeszcze prosić wielmożnego pana — ciągnął Żydek — żeby pan swój ogród wypuścił w arendę jednemu tutaj Żydkowi...
 — Ja nie wypuszczę ogrodu w arendę... — odparł zimno pan Dudkowski.
 — Dlaczego pan nie wypuści? — zdziwił się Żydek. — Przecie ten ogród był co roku w arendzie...
 *— Nie wypuszczę.
 — Nu, to co pan z niego będzie miał? Tu wszystko rozkradną.
 — Nie bój się, gdzie ja jestem, tam będzie dozór — odparł pan Dudkowski wyniosłym tonem i wszedł do pokoju.
 Ledwie zdjął podróżny kitel, już Żydek ukazał się w oknie i mówił przez otwarty lufcik:
 — Proszę pana, niech pan takie głupstwo nie robi i biednym Żydkom chleba nie odbiera. Cóżto, pan sam będzie pilnował ogród?...
 — Wynoś się!
 Żyd jeszcze postał, nareszcie odszedł, mrucząc:
 — Oni tu i pana ukradną...
 Pan Dudkowski chciał się umyć. W tym celu udał się do kuchni i — tam znowu zobaczył furmana, który, stojąc w sieni, rzekł:
 — Niech wielmożny pan nie upiera się. Ten Żydek da panu zaraz jutro dwadzieścia pięć rubli...
 — Ale idź do djabła!... — krzyknął już rozgniewany pan Dudkowski i wypchnął furmana za drzwi.
 Potem umył się i orzeźwiony kazał sobie podać talerz kwaśnego mleka z razowym chlebem, wedle przepisu lekarzy. Lecz, gdy wszedł do jadalnego pokoju, zastał przy drzwiach furmana, który mówił:
 — Bo może wielmożny pan nie chce temu Żydkowi wypuścić w arendę, to ja znam drugiego, który także chce wziąć ogród. Onby nawet dał wielmożnemu panu trzydzieści rubli...
 Pan Dudkowski uniósł się.
 — Małgorzato! — krzyknął nadludzkim głosem — sprowadź mi tu policją...
 Furman stropił się.
 — Naco policją? — rzekł spokojnie — ja i tak pójdę... Chciałem panu wygodzie, nu, ale kiedy pan woli sam pilnować ogrodu, to co ja zrobię?... Dobranoc panu.
 I odszedł, tym razem na dobre, gdyż wiedział, że o kilkadziesiąt kroków stąd mieszka wachmistrz straży ziemskiej, do którego czuł antypatją.
 Zawziętość nic leżała w naturze pana Dudkowskiego. Jak wszystkie dusze szlachetne, umiał on nagle wybuchać i szybko uspakajać się. Przeszedłszy się więc parę razy po jadalni, której umeblowanie składało się ze stołu, dwu krzeseł i wielkiego kufra, zasiadł do kolacji.
 Chleb razowy był trochę ościsty i może zanadto kwaśny, a mleko podeszło serwatką i miało smak, zdradzający długie przebywanie w wilgotnej piwnicy. Mimowoli przyszły na myśl panu Dudkowskiemu wesołe kolacje w Warszawie, gdzie o tej porze mógł wypić doskonalej herbaty, zjeść parę gatunków zimnego mięsa, przysłuchiwać się dowcipnym rozmowom młodzieży, otaczającej jego żonę — i westchnął. Trwało to jednak bardzo krótko. Przypomniał sobie bowiem, że dziś właśnie zaczyna się dla niego epoka odpoczynku i kuracji mleczno-owocowej, po której odmłodzony, wzmocniony na duszy i ciele, wróci do Warszawy objąć napowrót stanowisko pana domu.
 Małgorzata weszła zebrać naczynie.
 — No i cóż? — spytał pan Dudkowski, wykałając zęby po mleku. — Pyszna miejscowość, nieprawda!... Czegóż się tak krzywisz?...
 Kucharka, zrobiwszy kilka wysileń w celu opanowania się, wybuchła głośnym płaczem.
 — Czyś zwarjowała? — rzekł pan Dudkowski, powstając, z krzesła.
 — Ach, panie! — jęknęła — jak mi tu smutno, jak mi tu tęskno!... Niema do kogo gęby otworzyć, wszyscy tacy ordynarni... A najwięcej żal mi tego Feliksa, co na pierwszem piętrze froterował podłogę, bo mi dziś akurat śniło się, że spadał z jakiejś wieży, i że go złapała nasza sklepikarka.
 Pan Dudkowski włożył ręce w kieszenie.
 — I ty myślisz, głupia, że on się z tobą ożeni?...
 — Powinien się ożenić, ale się nie ożeni, jeżeli ja uschnę z płaczu w tej zapadłej dziurze, gdzie nawet porządnego mięsa nie kupi.
 Panu Dudkowskiemu przemknęło przez głowę, że nim tu odzyska siły i małżeńską powagę, może pierwej stracić wierną sługę. Unikając zatem dalszych objaśnień, wyszedł do ogrodu.
 Był to najcenniejszy klejnot jego majątku. Wieczór nie pozwalał przypatrzeć się wszystkim pięknościom ogrodu, ale zato oblewał go jakimś tajemniczym urokiem. Panu Dudkowskiemu zdawało się, że miejsce to nie ma granic, że drzewa są wyższe, a maliny i porzeczki gęstsze, niż były w rzeczywistości. Pierwszy raz od bardzo dawna odetchnął pełną piersią, ciekawie słuchał dalekiego szczekania psów i grzechotania żab. Duszę jego owładnęły nieznane dotychczas pragnienia. O, jakżeby chciał zobaczyć tu żonę, córkę, wszystkich swoich lokatorów!... Z jaką przyjemnością, wsłuchany w wiejskie odgłosy, wycinałby z księgi sznurowej kwity na opłacony pobyt w jego folwarku!... To niepodobna, ażeby w tak czarującem miejscu nie dało się wznieść kilku domków na letnie mieszkania...
 Wtem o parę kroków od siebie usłyszał szmer. Jakieś cienie wynurzyły się z pomiędzy agrestu i poczęły uciekać w głąb ogrodu.
 — Złodzieje!... — krzyknął pan Dudkowski. — Łapaj!...
 Pobiegł naprzód, lecz tylko zobaczył, że cienie przeskakują na drugą stronę płotu.
 — Dam ja wam, łotry!...
 W tej chwili odezwał się jakiś głos, niby odległe echo. Wymówił on przeciągłym, śpiewającym tonem trzy wyrazy, z których pan Dudkowski pierwszego wprawdzie nie dosłyszał, lecz odgadnął go po dwu innych.
 — Gałganie jakiś!... — krzyknął pan Dudkowski, nie posiadając się ze wściekłości.
 Chwila milczenia i... powiew ciepłego wiatru znowu przyniósł panu Dudkowskiemu te same trzy słowa, wymówione czysto i wyraźnie...
 Właściciel folwarku nie czekał na nową edycją wykrzykników, lecz prędko zawrócił do domu. Wszedł do kuchni, gdzie pod sufit sięgające łóżko słała sobie Małgorzata, i kazał jej iść po wachmistrza straży.
 Kucharkę zdziwił ten nadzwyczajny objaw energji. Nie pytając się jednak o powód, wzięła czem prędzej okrywkę od pani, pasterkę od panny i parasolkę od guwernantki i znikła na ciemnym dziedzińcu.
 Wkrótce wróciła, donosząc, że wachmistrz zaraz przyjdzie. Zaś w pół godziny później ukazał się przedstawiciel siły zbrojnej, otyły, spotniały, z szablą, zaplątaną między rzemienie, z rewolwerem w olstrze, pytając: co się stało?
 Pan Dudkowski otworzył i zamknął szufladę stolika, a potem długo i życzliwie uścisnął dłoń przybyłego, mówiąc:
 — Mój panie drogi, co ja tu mam zgryzot...
 — No, to się załatwi. Cóż takiego?
 — Z gminy nasłali mi jakąś egzekucją...
 — Jedną?... No, to pan zapłaci, co się należy.
 — Krowę mi aresztowali...
 — Była w szkodzie. No, ale to nic. Pan ich wynagrodzi za straty i oddadzą.
 — A najgorsza rzecz, że jakieś łotry okradają mi ogród...
 — Tak, tu nie brakuje złodziei. Ja sam po całych dniach biegam za nimi, ale cóż... Ja pójdę za tymi, co włamują się do domów, a inni tymczasem okradają stajnią...
 — Ten ogród — mówił pan Dudkowski — to cała moja przyjemność, to moje zdrowie...
 — Bieda!... — westchnął strażnik.
 — No, i co tu robić?
 Wachmistrz zamyślił się.
 — Najpierwej trzeba go dobrze ogrodzić. Potem, ja im surowo zakażę, żeby tu nie wchodzili. No, a potem — jak pan złapie którego, to niech go pan skarci domowym sposobem, tak we cztery oczy...
 — A możeby zapozwać łotra do sądu?... — zapytał pan Dudkowski, z miną człowieka, który zrobił wielki wynalazek.
 Wachmistrz pokiwał głową.
 — Widzi pan — rzekł — ja zaraz poznałem, że pan jest człowiek rozumny i umie z ludźmi rozmówić się po ludzku. Więc radzę, niech pan da pokój z procesami. Do policji owszem. Policja to jak rodzona matka, ona pana wysłucha, tamtemu da odrazu w zęby, i on się uspokoi. Ale jak pan wystąpi z procesem, a jeszcze dostanie się w ręce tutejszym adwokatom, no — to bądź zdrów!
 Pan Dudkowski postanowił usłuchać rady i pożegnał poczciwego wachmistrza, który rzekł na odchodne:
 — Ot, pan kładzie się spać, a ja muszę zaraz jechać w jedno miejsce, gdzie podejrzewam, że będą dziś kradli. Taka nasza służba, i cóż robić? Dobranoc panu!
 Wysłuchawszy tych objaśnień, pan Dudkowski istotnie położył się spać. Doświadczył w ciągu dnia tylu wzruszeń, że niebawem zasnął jak kamień. Ale podróż i świeże powietrze orzeźwiły go, i miał sny bardzo przyjemne. Śniło mu się, że odmłodniał, że może biegać, skakać, wdrapywać się na latarnie, jak to robił, mając lat dwadzieścia. Złudzenie było tak wielkie, że gdy się ocknął, począł szukać zapałek, a nie mogąc ich znaleźć, zaczął bić pięścią w ścianę do kuchni i wołać Małgorzaty.
 Formalnie był odurzony swojem przywidzeniem; ręce mu się trzęsły z radości.
 Czujna służąca niebawem weszła ze świecą, wstydliwie zasłaniając włóczkową chustką braki swojej garderoby. Zdawała się być zdziwiona i zaniepokojona, choć trwogi nie było w jej głosie.
 — A co panu?... — zapytała łagodnie, zasłaniając ręką świecę.
 Pan Dudkowski siedział na łóżku.
 — Co?... co?... — mówił, nagle przebudzony. — Coś mi się zdawało, ale... już nic... Możesz iść spać, Małgorzato.
 — Także djabli nadali! — mruknęła kucharka, mocno zamykając drzwi za sobą.
 W kilka minut później pan Dudkowski usłyszał, że Małgorzata szlocha i szepcze:
 — Biednaż moja dola, pocom ja tu przyjechała!...
 Potem pan Dudkowski usłyszał pianie jedynego koguta na folwarku i — znowu zasnął, tym razem aż do rana.
 Pierwszą rzeczą, którą pan Dudkowski usłyszał z rana, był lament Małgorzaty. Kucharka już nie płakała, ale wprost krzyczała wniebogłosy. Chcąc ją zgromić, pan Dudkowski ubrał się spiesznie i jak nawałnica gniewu, wybiegł na podwórze. To jednak, o czem dowiedział się, wywarło kojący wpływ na jego wzruszenie. Okazało się bowiem, że tej nocy ukradziono pień do rąbania drzewa z pod szopy, stołek z sieni, balją z zamkniętej sionki przy kuchni, a wreszcie — koguta, tego koguta, którego pan Dudkowski wprawdzie nie widział, lecz pianie słyszał o północy.
 Wobec tylu katastrof, właściciel folwarku domyślił się, że czujny wachmistrz przez całą noc musiał ścigać złodziei w innej wsi, skoro tu, prawie pod jego bokiem, dokonano takiej rozpusty.
 Bardzo zgnębiony, wyszedł pan Dudkowski na ogród, lecz i tu nic pocieszającego nie znalazł. Krzaki agrestu, malin i porzeczek były powyrywane z korzeniami; śliwy, okryte gęstym, lecz niedojrzałym owocem — połamane, a to samo powiedzieć można o gałęziach grusz i jabłoni.
 Wobec tylu klęsk pan Dudkowski nie upadł na duchu; owszem, jak wszyscy ludzie wielkiego serca, uczuł, że budzą się w nim drzemiące dotychczas zapasy energji. Milcząc, wrócił do kuchni i spojrzawszy na Małgorzatę wzrokiem, w którym malowało się nieugięte postanowienie, rzekł grobowym głosem:
 — Przygotuj mi garnczek rozrobionego wapna i nieduży pendzel. Niech nareszcie dowiedzą się te łotry, że jestem w domu.
 Nic dziwnego, że w tej chwili zahukany posiadacz kamienicy w Warszawie wydał się kucharce wspaniałym. Szybko rozrabiając wapno, łamała sobie głowę nad tem, że gdzieś już widziała w życiu podobnie groźną postać. Nagle przyszło jej na myśl, że takim był Królikowski w roli zdradzonego męża, w chwili, kiedy chce zerwać z rodziną swej żony, zabić ją i jej kochanka, przekląć dziecko, co do pochodzenia którego nie miał pewności, i sam udać się na tułaczkę.
 Wapno już było gotowe. Pan Dudkowski zabrał garnczek i pendzel — i, dramatycznym krokiem, wyszedł nazewnątrz swego ogrodu, gdzie stał chylący się do upadku parkan. W tem miejscu cała wieś mogła widzieć nowego właściciela folwarku i zrozumieć jego intencje.
 Plan pana Dudkowskiego odznaczał się genjalną prostotą. Nieszczęsny ziemianin chciał zabezpieczyć się od kradzieży i dać pierwszy znak swojej czujności za pomocą stosownego napisu. Wziął więc do ręki pendzeł z wapnem i na ciemno-szarych deskach parkanu ogromnemi literami zaczął malować słowa:
 „Zabrania się wchodzić do ogrodu pod karą...“
 W tej chwili od strony wsi zbliżył się do niego jakiś człowiek, ogromnej budowy, z twarzą czerwoną i trędowatą. Ubrany był w surdut czarny, świecący ze starości, i mocno wyszarzane spodnie, których kolor mógł stanowić przedmiot poważnego sporu przynajmniej dla trzech istniejących w kraju stronnictw.
 — Dzień dobry szanownemu panu! — rzekł z afektacją przybysz do pana Dudkowskiego, zdaleka zdejmując kapelusz, którego powierzchowność stanowczo ubezpieczała od kradzieży.
 — Szanowny pan, widzę — mówił nieznajomy powoli, gardłowym głosem — jako dobry gospodarz, troszczy się o zabepieczenie[2] swojej własności. Niestety! biedny nasz lud jest tak zdemoralizowany ostatniemi wypadkami, że tylko to szanuje, nad czem władza i sąd bezpośrednią roztoczą opiekę...
 — Co to za djabeł? — pomyślał pan Dudkowski, przysłuchując się napuszonej mowie, jaką dotąd można było słyszeć tylko na odczytach.
 — „Zabrania się wchodzić do ogrodu pod karą...“ — ciągnął nieznajomy, czytając napis na parkanie. — Piękna myśl, szkoda tylko, że nie powiedziano: pod jaką karą i z jakiego paragrafu?
 — Rozumie się, że pod karą bata — odezwał się pan Dudkowski, cieniując swój napis.
 Nieznajomy pokiwał głową.
 — Chce pan wskrzesić — rzekł — nasze piękne tradycje. Niestety! ostatnie wypadki zadały im cios śmiertelny, a dziś rodzaj i wysokość kary nie zależą od strony pokrzywdzonej, lecz od wyroku sądowego. Zresztą, gdyby nawet ten napis oznaczał jakąś domową karę, wymierzoną poufnie, bez świadków, co zwykle wymyka się z pod kontroli sądu, to jeszcze i wtedy pożytek z napisu będzie mały, ponieważ ci, do których jest wystosowany, odczytać go nie potrafią.
 Pan Dudkowski z zajęciem przypatrywał się nieznajomemu, którego logiczna wymowa dziwnie kojarzyła się z zapachem wódki. Istotnie, jak tu pisać ostrzeżenia do osób, które nawet liter nie znają?...
 — Nie zastanowiłem się! — mruknął. — Cała robota nanic.
 — Owszem — odparł nieznajomy — robota przyda się, jeżeli ją podeprze pan zrozumiałym symbolem. Dlatego radziłbym z obu stron ogłoszenia wymalować ręce, które trzymają dyscypliny. Nasz chłopek pojmie to, a przykrości mieć pan nie będzie, ponieważ każdy ma prawo na swym parkanie malować, co mu się podoba, byle obraz był legalny i przyzwoity.
 Zachwycony pan Dudkowski już malował olbrzymią rękę, a w niej jeszcze większą dyscyplinę.
 — Nie wiedziałem, że pan tak dobrze radzi — rzekł do nieznajomego.
 Ten uśmiechnął się.
 — Niestety! — odparł — obawiam się, że pan nieraz będzie tu musiał korzystać z moich usług. Byłem niegdyś komornikiem w Warszawie, lecz po ostatnich wypadkach straciłem posadę i musiałem przenieść się na prowincją między lud, gdzie jestem adwokatem przy sądach gminnych.
 O ile zaś znam sytuacją tego folwarczku, myślę, że będzie pan miał z nim dużo kłopotów.
 — Co pan mówisz?... — wykrzyknął pan Dudkowski i na chwilę zaprzestał malować.
 — Niestety!... Już dziś ma pan w gminie sprawy — za brak narzędzi ogniowych, za niedostarczenie szarwarku i stójki, za nienaprawienie mostka. Oprócz tego będzie pan miał proces za krowę, która weszła w szkodę, a pańska służąca za obelgi, wyrządzone sołtysowi, który przyniósł palet egzekucyjny. Dalej, był pan dzisiejszej nocy okradziony, co z konieczności pociągnie za sobą stosunki z sędzią śledczym. Wszystkie te kwestje wymagają biegłego doradcy, lecz nie śmiem się panu narzucać. W każdym razie dowiedzieć się pan o mnie może u arendarza, który, choć Żyd, jest jednak, jak tego dowiodły ostatnie wypadki, człowiekiem szlachetnym.
 Na chwilę zamilkł, a następnie uchylając obszarpanego kapelusza, rzekł:
 — A teraz żegnam i polecam się pańskiej pamięci.
 Odszedł w stronę karczmy, a pan Dudkowski machinalnie rysował drugą rękę z dyscypliną, zdziwiony i zamyślony. Wymowa adwokata i jego pełne taktu zachowanie imponowało mu, choć był rodzonym warszawiakiem. Przypomniał sobie jednak, co wachmistrz mówił o tutejszych adwokatach, i dziękował niebu, że nieznajomy już go opuścił.
 — Wymowny bo wymowny — myślał pan Dudkowski — ale wódkę od niego czuć, i musi być hultaj.
 Już ty mnie nie weźmiesz! — dokończył w duchu, postanawiając wszystkie interesa załatwiać osobiście, albo przez wachmistrza. Pan Dudkowski bowiem miał do niego zaufanie, dzięki ciągłym stosunkom z rewirowym i milicjantami w Warszawie.
 — Z tymi przynajmniej wiem jak gadać — mruknął.
 Tymczasem na drodze, kilkadziesiąt kroków od ogrodu, zaczęli się gromadzić widzowie, ciekawi, co nowy właściciel folwarku maluje na swym parkanie. Większą część zebranych stanowiły dzieci, nie brakło jednak i kobiet, a i chłopi od czasu do czasu zatrzymywali się w gromadzie, nie tyle poto, ażeby się czegoś dowiedzieć, ile ażeby pogapić się.
 Między tłumem kolorowych fartuchów, słomianych kapeluszy, brunatnych sukman i szarych koszul, uwijał się człowiek w sztywnej czapce z daszkiem, w długim paltocie, z rzadkim zarostem na twarzy, któremu, jakby dla kompensaty, towarzyszyły bujne i nieuczesane włosy na głowie. Mężczyzna coś tłomaczył zebranym, przeplatając rzecz swoją wykrzyknikami, między któremi, zdawało się panu Dudkowskiemu, że słyszy wyrazy: „prawdziwy szlachcic“ — bo dobrze nie rozumiał.
 Gdy wizerunek drugiej ręki z dyscypliną był już ukończony, a pan Dudkowski, kontent ze swego dzieła, zabierał się do powrotu z pustym garnkiem i przemoczonym pendzlem, człowiek w długim paltocie zbliżył się do niego i rzekł, bez żadnych wstępów:
 — Jak to zaraz widać, co pan szlachcic. Ledwie pan przyjechał, a już pan maluje baty...
 — A cóżto, nie wolno? — spytał dumnie pan Dudkowski, niepewny jednak, czy wolno.
 — To nie do mnie należy, co wolno, a czego nie wolno — odparł nieznajomy. — Ja tylko dziwię się, że państwo, ile razy mają rzecz z chłopem, zaraz muszą mu przypominać bat. Ja jestem pięć lat nauczycielem i jeszcze palca nie skrzywiłem na żadne dziecko, a pan, choć dopiero wczoraj przyjechał, już dziś wymalował sobie baty na płocie... Znać szlachcica!...
 Panu Dudkowskiemu tak pochlebił tytuł szlachcica, że zamiast wracać do domu, wdał się w gawędę z liberalnym człowiekiem, mówiąc:
 — Tere... fere!... Cóż za związek ma bat ze szlachectwem?
 Gość brzydko uśmiechnął się.
 — Ja raz widziałem — mówił ożywiony — herb waszej wystawy rolniczej. No i patrzę, a tam, między grabiami i łopatami, jest bat...
 — Cepy!... cepy!.... — oburzył się pan Dudkowski.
 — No, bo nie wypadało w dziewiętnastym wieku tak otwarcie malować bata...
 Potem — ciągnął nieznajomy — znalazłem raz na ulicy spinkę od mankietu jakiegoś hrabiego, i na niej znowu patrzę: jest taka hrabska czapeczka okrągła, z daszkiem, i — znowu bat.
 — Ależ to dżokejska czapka i bat na konie!... — zawołał pan Dudkowski.
 — Niech i tak będzie — mówił gość, śmiejąc się. — Ale przecie Mickiewicz dlatego został mianowany największym poetą, że chwalił i rekomendował bicie batami...
 — Bajki! — ofuknął pan Dudkowski, wahając się jednak w duszy.
 Gospodarowanie kamienicą tyle mu zabierało czasu, że niebardzo wiedział o tem, co Mickiewicz zachwalał i rekomendował.
 — Zawsze bat i bat! — dodał nieznajomy. — I dlatego, kto zechce chłopa usunąć z pod bata, ten musi usunąć szlachcica...
 — Ehe! daj mi pan spokój ze swemi dowodzeniami! — oburzył się pan Dudkowski.
 Przyszło mu na myśl, że nieznajomy chce go wciągnąć do jakiejś antyspołecznej propagandy, której się bardzo lękał.
 Rozeszli się bez pożegnania: mężczyzna w paltocie, śmiejąc się ironicznie, a pan Dudkowski, postanawiając bronić swego ogrodu przeciw wszelkim napaściom.
 — Nie podobało im się to — mruczał — że z dniem dzisiejszym położyłem koniec ich gospodarce. Gdybym się o tydzień spóźnił, nie zostałoby ani krzaczka w moim ogrodzie!...
 Była już blisko dziesiąta, i pan Dudkowski z wielką przyjemnością dowiedział się od Małgorzaty, że śniadanie gotowe. Ruch na świeżem powietrzu, obok innych szlachetnych skłonności, obudził w nim apetyt. Wypił dwie szklanki kawy i zjadł dwie ogromne chały z masłem, dziwiąc się mimochodem, że na wsi, w ojczyźnie nabiału, śmietanka przypomina zwarzone mleko, a masło trąci łojem.
 Przy ostatnich kąskach uczuł znowu tęsknotę za ludźmi. Było mu ciężko, może dlatego, że nie widział swoich lokatorów, a może dlatego, że nie nawymyślał stróżowi i sam nie został zburczany przez małżonkę, która zawsze z rana miała kwaśny humor i skarżyła się na ból głowy. Wspomnienia tak wyczerpały duchowe siły pana Dudkowskiego, że zatoczył się na łóżko i przespał do dwunastej.
 O tej porze uczuł znowu głód i wyszedł do ogrodu rozpocząć kuracją owocową. Miał ochotę na maliny ze śmietanką i z cukrem.
 Ledwie jednak postąpił parę kroków między zielonym gąszczem, usłyszał szmer i tętent i ujrzał na prawo i na lewo, przed sobą i za sobą, w malinach i w porzeczkach wielką liczbę główek z lnianemi włosami, słomianych kapeluszy i dziecięcych twarzy, poplamionych, szczególniej w okolicy ust, sokiem jagód.
 Gniew opanował pana Dudkowskiego, tem bardziej, że nietylko ci szkodnicy, którzy go najpierwej spostrzegli, uciekali sami, ale jeszcze nawoływali innych, mniej uważnych, czy też bardziej zatopionych w malinach. W dodatku przypomniał sobie szpetne propozycje, jakie robili mu wczoraj wieczór.
 Spłoszone dzieci pędziły jak stado wróbli, a za niemi pan Dudkowski, jak rozjuszony byk, wrzeszcząc: „Stójcie, łajdaki, bo strzelę!...“ Groźba ta, zamiast pohamować, przyśpieszała ich bieg, i już ścigający myślał, że nie pochwyci ani jednego jeńca, gdy nagle o parę kroków od siebie ujrzał chłopaka.
 Dzieciak nie mógł uciekać, bo był kulawy, upadł więc twarzą między zagony i zamknął oczy, przekonany, że ponieważ sam nie widzi pana Dudkowskiego, zatem pan Dudkowski i jego nie powinien zobaczyć.
 Prawie w tem samem miejscu leżał świeży pręt, który właścicielowi ogrodu wydał się narzędziem Opatrzności. Schwycił go szybko i rzucił się na chłopca.
 Biedny szkodnik na serjo pomyślał o ucieczce, ale było za późno. Czuł już na swym karku kościste palce, a o parę stóp niżej karku — giętkie, lecz twarde dowody oburzenia pana Dudkowskiego. Nowy ziemianin z początku wywijał opatrznościowym prętem niezbyt energicznie, jakby wahając się. Im jednak głośniej krzyczał chłopak, tem pan Dudkowski machał kijem wprawniej, a nawet zadziwiająco biegle. Doszło do tego, że stracił wszelką miarę i liczbę. Zdawało mu się, że w potężnej lewicy trzyma wszystkich szkodników, którzy mu rabowali ogród, i że swoim prętem wydobędzie z nich każdą zjedzoną malinę i porzeczkę, tak potrzebne dla jego zdrowia.
 — Tak u nas w Warszawie całują, zbrodniarzu!... — wykrzykiwał zasapany pan Dudkowski.
 Nagle spostrzegł, że oprócz krzyku chłopca i uderzeń pięta, słyszy jeszcze inne glosy. Odwrócił głowę i z drugiej strony niskiego płotu, zobaczył gromadę dzieci i ludzi dorosłych, którzy przemawiali do niego niezwykle podniesionym tonem. Była tam jakaś uboga kobiecina, płacząca wniebogłosy, jakiś Żydek w marynarce, który zwoływał innych, a nawet olbrzymi adwokat z trędowatą twarzą, który, machając rękoma jak kolejowy sygnał, krzyczał:
 — Na Boga! co pan robi?... Ależ to straszna odpowiedzialność!... To grozi zesłaniem!...
 W dobrem sercu pana Dudkowskiego zbudziła się litość. Już miał puścić chłopca, uczuł nawet potrzebę pogłaskania go, a nawet ofiarowania mu kilku groszy na bułkę, gdy wtem — ktoś z tyłu rzucił się na niego samego i wyrwał mu z rąk chłopca i pręt.
 Był to nauczyciel.
 — Ot, prawdziwy szlachcic! — mówił napastnik z szyderczym śmiechem. — Niedarmo pan dziś z rana malował batogi!... No, będzieszże pan miał teraz batóg... Zaraz pojadę z chłopcem i świadkami do śledczego...
 Hej! ludzie — zawołał do gromady — widzieliście, jak bił tego nieszczęśliwego kalekę?...
 — Jakże... widzieliśmy...
 — I zaświadczycie o tem przed sądem?
 — Zaświadczymy! — wrzasnął Żydek w marynarce, reszcie bowiem nie uśmiechała się rola świadków.
 — Pan adwokat także wszystko widziałeś? — pytał dalej nauczyciel, przenosząc chłopca przez płot.
 — Niestety! — odparł adwokat — mam krótki wzrok...
 — Przecie sam pan wolałeś, ażeby dał spokój?... — oburzył się nauczyciel.
 — Boże uchowaj! — odparł adwokat. — Ja, widząc, że pan chcesz się rzucić na tego obywatela, ostrzegałem pana...
 Nauczyciel, już z drugiej strony płotu, zwrócił się do pana Dudkowskiego.
 — Dowidzenia! u sędziego śledczego!... Zaraz tam jadę...
 Obity chłopiec nie wylał z pewnością tylu łez, ile w tej chwili wylało się potu z czoła pana Dudkowskiego. Popędliwy obrońca ogrodu patrzył oniemiały na oddalającego się nauczyciela z gromadą i uczuł trwogę. Słyszał on coś, że sądy surowo karzą za pobicie, i zrozumiał, że żaden jeszcze akt samowoli nie spełnił się w tak sprzyjających dla sprawiedliwości warunkach, jak niniejszy. W biały dzień, przy kilkunastu świadkach, obił chłopca, w dodatku kulawego, a co gorsza — tak silnie protegowanego...
 Patrząc nieruchomemi oczyma na gromadę, spostrzegł, że oddzielili się od niej adwokat i nauczyciel i żywo rozprawiali na stronie. W tej chwili pan Dudkowski uczuł gorącą życzliwość dla adwokata, domyślił się bowiem, że rozprawa toczy się o niego, może o jego wolność i życie...
 Bardzo przygnębiony wrócił do domu, gdzie zastąpiła mu drogę Małgorzata.
 — Co pan najlepszego zrobił z tym chłopcem?... — mówiła poczciwa kobieta. — A toż oni pana zgubią, zaaresztują... Trzeba zaraz telegrafować do Warszawy po panią...
 O nieszczęście!...
 Nim pan Dudkowski zdążył sformułować odpowiedź uspakajającą, wbiegł olbrzymi adwokat i szepnął:
 — Słóweczko mam do szanownego pana na stronie.
 Po skórze pana Dudkowskiego zaczęły biegać niewidzialne mrówki. Spełnił jednak życzenie adwokata i zaprowadził go na drugą stronę domu.
 Tam gość, rzuciwszy wkoło okiem, zaczął:
 — Panie, trzeba działać. Sędzia śledczy jest człowiekiem nadzwyczajnej zacności, ale, niestety! ma jedno uprzedzenie. Ze szczególną usilnością ściga tych, którzy znęcają się nad dziećmi...
 Tu adwokat westchnął.
 — Trzeba mu przyznać — ciągnął dalej — że w tym kierunku ma szczęśliwą rękę. W Kałudze, z jego starań, dwu ojców, jeden wuj i jeden opiekun zostali zesłani za udręczenia. U nas — to samo spotkało obywatela za pobicie dziewczyny folwarcznej...
 Pan Dudkowski napróżno usiłował zapanować nad mimowolnemi ruchami szczęki. Drżącym więc głosem przerwał adwokatowi:
 — Jakto, panie, więc ja nie mam prawa bronić mojej własności?
 — Owszem, ma szanowny pan prawo skarżyć przestępców do sądu.
 — Ależ nim wypadnie wyrok, to oni mi tymczasem wszystko rozkradną!...
 Adwokat wzruszył ramionami.
 — Tak chce prawo, szanowny panie — rzekł. — Tą drogą pójdą nasi przeciwnicy.
 — Więc oni naprawdę podają skargę?...
 Adwokat mocno ścisnął go za rękę.
 — Boleję — rzekł — nad szanownym panem, ale popełniłbym występek, ukrywając prawdę. Nauczyciel — dodał ciszej — już zamówił dwie furmanki... Najwyżej za dwie godziny pojadą do sędziego: on z chłopcem i felczer z matką... Jutro zaś...
 — Co... co jutro?...
 — Jutro może pan być aresztowany.
 Pan Dudkowski zakręcił się na miejscu, jak postrzelony gołąb.
 — Natychmiast jadę do Warszawy! — jęknął.
 — Na Boga!... — zawołał adwokat — to może przyśpieszyć katastrofę.
 — Cóż więc robić?...
 Adwokat rozłożył ręce i milczał.
 — Cóż robić, panie?... — błagał go zrozpaczony pan Dudkowski.
 Adwokat nachylił mu się do ucha i rzekł:
 — Natychmiast pogodzić się...
 — Ale jak?
 — Wynagrodzić...
 W pana Dudkowskiego duch wstąpił.
 — Ależ z największą chęcią!... — zawołał, ściskając obie ręce mecenasa. — Może pan zechcesz być pośrednikiem?...
 — Jeżeli mi szanowny pan ufa... — odparł adwokat i skromnie spuścił oczy.
 — Więc ileż to, ile?... — pytał gorączko pan Dudkowski.
 — Starałem się już wyrozumieć głównego powoda, i nawet — udało mi się wytargować najniższą cyfrę...
 — Więc ileż to?... — nalegał pan Dudkowski, sięgając do portmonetki.
 — Dwieście rubli.
 — Jakto?... — zapytał, cofając się pan Dudkowski. — Ja sądziłem, że za parę leciutkich uderzeń, takim pręcikiem, będzie dosyć parę... no — kilka rubli...
 Adwokat machnął ręką z miną, oznaczającą rezygnacją.
 — Niestety! — rzekł — szanowny pan nie zdaje sobie sprawy z położenia. Za parę godzin będzie już szło nie o pieniądze, ale o pańską wolność, a więc o zdrowie, życie...
 — Ależ ja nie mam przy sobie dwustu rubli...
 — Szanowny pan może ich dostać od arendarza; czas ucieka... Nim przyjadą furmanki, mógłbym już mieć stosowny dokumencik...
 — Drogi panie! — mówił pan Dudkowski, trzęsąc go za rękę — czy podobna, ażebym ja, na taką prostą babę i takiego małego... takiego malutkiego chłopca, który mnie okradł, wydawał dwieście rubli?...
 — Za własną spokojność wyda szanowny pan tę sumkę. Trzeba zaś pamiętać, że oprócz baby i chłopca, jest tam felczer i — nauczyciel, nie licząc innych świadków...
 Pan Dudkowski upadł na krzesło. Istotnie nauczyciel wydawał mu się złym duchem, którego wypadało odżegnać za wszelką cenę.
 — Drogi panie adwokacie, czy nie możnaby zniżyć sumy?... To majątek!...
 — Szanowny panie — odparł adwokat, kłaniając się — nie mam prawa do pańskiego zaufania, ale... radzę pośpiech...
 — A może jabym sam pogadał z nimi?...
 — Nie śmiem odradzać, ale boję się, ażeby ten krok nie zepsuł całych układów...
 Od gościńca zaleciał turkot wozu. Adwokat spojrzał w okno i z oznakami wzruszenia zawołał:
 — Panie... bodaj czy już nie za późno...
 — Co pan mówisz?...
 — Jedna fura pojechała...
 — Kiedy nie mam pieniędzy...
 — Przyszlę panu arendarza... Aby tylko nie wyszedł gdzie...
 — Dam sto rubli!... — mówił pan Dudkowski.
 — Nanic, panie!... Żałuję, żem się do tego wmieszał.
 — Sto pięćdziesiąt...
 — Oho! jedzie druga fura.
 Istotnie, otoczony obłokami kurzu, przemknął na gościńcu drugi wóz.
 — Ha, więc idź pan po arendarza — mruknął pan Dudkowski stłumionym głosem.
 Adwokat wybiegł, a we drzwiach ukazała się Małgorzata.
 — Ach, panie!... ach, panie!... — zawołała — jak oni pana obdzierają!... A co na to pani powie?...
 — Głupia jesteś! — krzyknął pan Dudkowski — więc lepiej, żeby mnie wywieźli?... Podsłuchujesz mnie!... — dodał z gniewem.
 Zacna kobieta zalała się łzami.
 — Oto zapłata za wierną służbę! — mówiła, łkając. — Ja jestem głupia, dlatego, że pan traci pieniądze... O, Boże! teraz żyć nie warto, ani służyć... Ale kiedym się już tak uprzykrzyła panu, więc dobrze... Dziękuję za służbę i zaraz dziś pójdę, gdzie mnie oczy poniosą, ażeby już nie patrzeć na takie gospodarstwo.
 — A leć na złamanie karku! — mruknął pan, który czuł w sercu dwieście obosiecznych sztyletów.
 Boleść dobrej sługi, jej szlochanie i trzaskanie drzwiami nie dadzą się opisać.
 Do pokoju wszedł arendarz. Był to stary Żyd, z brodą siwą, rozdzieloną na dwoje, z długiemi pejsami, w pończochach, w dymowym żupanie i aksamitnej krymce. Poważnie kiwnął głową panu Dudkowskiemu i rzekł z flegmą:
 — Pan dziedzic ma wielkie zmartwienie z tymi gałganami. i
 — Więc już i pan wiesz o wszystkiem?...
 — Cała wieś wie. Teraz właśnie kłóci się tam z nimi adwokat, że strach... Musiał nauczyciela ściągać z fury i za kark prowadzić do mego mieszkania. Mało się nie pobili...
 — O cóż im chodzi?
 — Rozumie się, że o łajdactwo. Nauczyciel chce już trzysta rubli...
 Panu Dudkowskiemu zrobiło się bardzo niedobrze. Wskazał arendarzowi krzesło i zapytał:
 — Masz pan dwieście rubli?
 — Dla pana dziedzica muszę mieć, choć będę miał wielki kłopot z propinatorem, bo to jego pieniądze.
 Dziedzic gorączkowo schwycił pióro i papier, zabierając się do pisania rewersu.
 — Ileż pan chcesz procentu za tydzień?
 Arendarz potrząsnął głową.
 — Ja na tydzień nie mogę pożyczać — odparł. — U nas obywatele i nawet chłopy biorą co najmniej na trzy miesiące. |
 — Ale ja na taki czas nie potrzebuję!...
 — To pan dziedzic dla swojej spokojności może oddać za tydzień, ale procent porachuje się za trzy miesiące.
 Arendarz mówił tak spokojnie, że pan Dudkowski stracił wszelką energją odporu. Zresztą nie było rady.
 — Więc ile chcesz?... — spytał, ściskając zęby.
 — Za trzy miesiące po pięć od sta, trzydzieści rubli, i Żydkowi pięć rubli, razem — trzydzieści i pięć rubli.
 — Tyś oszalał! — krzyknął pan Dudkowski. — W Warszawie najgorszy lichwiarz za trzy miesiące wziąłby ode mnie sześć rubli.
 — To niech pan dziedzic posyła do Warszawy — odparł arendarz tonem przyjacielskiej porady.
 — Trzydzieści pięć rubli procentu!... — jęknął pan Dudkowski, zaczynając pisać.
 — Procentu tylko trzydzieści rubli, a pięć rubli dla Żydka...
 — Dla jakiego Żydka?...
 — Dla tego, co wczoraj prosił pana dziedzica o arendę ogrodu...
 — Co to znaczy?...
 — On mój krewny i bardzo wiele stracił przez to, że pan dziedzic nie wypuszcza ogrodu.
 — To ten łotr, co mnie przywiózł od kolei za rubla?...
 — On bardzo biedny, ma siedmioro dzieci, swego ojca i matkę żony, a tylko jednego konia — odparł arendarz.
 Pan Dudkowski o mało nie zapłakał, nie tyle nad biedą furmana, ile nad własną niemocą.
 — Rozbijacie w biały dzień!... Pijawki!... Wyzyskiwacze!... — mruczał, pisząc rewers na dwieście trzydzieści pięć rubli.
 — Pan dziedzic gniewa się niepotrzebnie — mówił powoli arendarz. — Co ja na panu zarobię, to pan już zgóry odbił w Warszawie na jednym moim krewnym, co najął sklep w kamienicy pana dziedzica. Sklep szedł zawsze po trzysta rubli, a “jemu pan dziedzic kazał płacić sześćset rubli, drugie tyle...
 — Bo pod moim domem jeżdżą w tym roku tramwaje — odparł pan Dudkowski, gryząc wargi.
 — Dla mnie pan dziedzic lepszy niż tramwaj...
 — Co innego mieszkanie, a co innego pieniądze... Taki procent to gorzej niż lichwa.
 — Dla mnie dwieście rubli to samo, co dla pana dziedzica sklep. Każdy musi zarobić, a ja przecie nie zarabiam drugie tyle... — odpowiedział arendarz, wydobywając z kieszeni pakę brudnych bankocetli.
 Rewers już był napisany i pieniądze odliczone, gdy ukazał się adwokat, ocierając pot z czoła.
 — Napracowałem się! — zawołał. — No, ale dzięki Najwyższemu, możemy zakończyć sprawę.
 — Padam do nóg panu dziedzicowi — rzekł arendarz, lekko kiwając głową.
 — Więc skończone? — zwrócił się pan Dudkowski do adwokata.
 — W połowie... — odparł uprzejmie zapytany. — Miałem z nimi nielada kłopot: chcieli już trzysta rubli, a nawet zupełnie zrywali układy. Ale udało mi się uspokoić ich.
 — A cóż teraz?
 — Teraz szanowny pan złoży pieniądze na ręce wachmistrza, oni złożyli mu już dokumencik, i...
 Pan Dudkowski natychmiast wybrał się do wachmistrza. Zbliżając się do jego mieszkania, usłyszał wielki hałas. Jakiś wysoki głos kobiecy wymyślał, a niski bas od czasu do czasu odpowiadał.
 — Ty pijaczyno, obżartuchu, niedołęgo!... — wołała dama. — Nikifor już kupił grunta i zebrał dwa tysiące rubli, a ty, próżniaku, nic!... A teraz przy takiej okazji, dają ci ledwie dziesięć rubli...
 — No, cicho, cicho... — mówił bas. — Dziękuj Bogu i za to...
 — Ja ci dam cicho!... Każdy grosz przepijasz na stacji, albo przegrywasz w karty... Mógłbyś choć teraz zarobić z pięćdziesiąt rubli...
 — Tobie mówią: cicho!...
 — Łżesz przede mną, że jedziesz na służbę, a tymczasem wysypiasz się w karczmach albo u chłopów...
 — Milcz, ty!... — krzyknął bas i tupnął nogą.
 Po tupnięciu nogą, rozległo się niby parę klaśnięć ręką, i jednocześnie z sieni domu wybiegł naprzeciw pana Dudkowskiego poczciwy wachmistrz, jakby pchnięty niewidzialną siłą. Miał potargane włosy i niezwykle czerwone oblicze.
 — Ach, ty podła baba!... — krzyknął, ale zobaczywszy gościa, skłonił mu się i dodał nieco zaaferowany:
 — Moje uszanowanie panu!... Ot, z babami zgryzota...
 W tej chwili między panem Dudkowskim i wachmistrzem warknęło lecące z sieni polano. Wachmistrz obejrzał się niespokojnie.
 — Zajdźmy do ogródka — rzekł, pchając gościa za węgieł domu. — Ot, prędka kobieta! Dobra, że choć ją do rany przyłóż, ale jak wpadnie w złość, to nie daj Boże...
 Pan Dudkowski miał minę człowieka, który nic nie widzi i nie słyszy.
 Weszli do ogródka. Wachmistrz uspokoił się i tylko od czasu do czasu spoglądał w okno, jakby podejrzewając, stamtąd może wylecieć garnczek.
 — No — mówił wachmistrz — pan także miał kłopot. Szkoda, że mnie tu nie było, alem musiał wyjechać za jednym koniokradem...
 — Żebyś pan wiedział, jak mnie zdarli! — żalił się pan Dudkowski. — Dwieście rubli!...
 — Chłopca trzeba wynagrodzić — odparł wachmistrz — on kaleka. I matka jego biedna wyrobnica...
 — Ale ten nauczyciel... — wtrącił pan Dudkowski.
 Wachmistrz machnął ręką.
 — Uh! panie -— westchnął — to taki padlec, że on sam wart więcej niż dwieście rubli. On tu zostawił u mnie dokument od tej kobiety i świadków, że nie mają pretensji. No, i adwokat padlec...
 — Adwokat? — zdziwił się pan Dudkowski.
 — Bez mała taki, jak tamten, ale strach jaki uczony człowiek... Pan widzi tę figurę kamienną świętego Jana?... Adwokat z nauczycielem i z felczerem od tego świętego wydobyliby pieniądze, gdyby ludzi zabrakło. Już takie padlecy, że — moje uszanowanie!
 Pan Dudkowski wziął dokument, wręczył pieniądze i odetchnął spokojniej.
 — Ale, ale — przypomniał sobie wachmistrz. — Pańska krowa, co ją w szkodzie zajęli, zdechła na księgosusz, i podobno jeszcze inne bydło zaraziła temu obywatelowi. Będziesz pan miał nieprzyjemność.
 — Niech ich djabli wezmą! — mruknął pan Dudkowski.
 — Chciałem też pana ostrzec, tylko niech się pan nie lęka, że na pana nasadzają się dwie bandy: jedna chce dwór okraść, a druga podpalić. Ale już ja będę czuwał...
 — Okraść i podpalić?...
 — Tak, ale niech pan będzie spokojny. Ja mam na nich oko.
 Panu Dudkowskiemu pożółkło, poczerwieniało i poczerniało w oczach. Nagle ogarnął go taki strach, jakgdyby śmierć zobaczył. Blady, pożegnał zdziwionego wachmistrza i szybko pobiegł do domu.
 Wpadłszy do kuchni, zawołał do Małgorzaty:
 — Zamów konie i zbierz najpotrzebniejsze rzeczy. Dziś jedziemy do Warszawy. Chcą nas tu okraść i spalić...
 Tym razem Małgorzata nie okazała najmniejszej wątpliwości i nie uroniła ani jednej łzy. Zaczęła się pakować.
 Nad wieczorem, oddawszy wachmistrzowi klucze domu, pan Dudkowski z wierną sługą jechał do kolei.
 Na gościńcu zastąpiła mu drogę matka obitego chłopca, mówiąc:
 — Może wielmożny pan choć z parę groszy zostawi memu chłopcu za takie bicie...
 — Dwieście rubli wam dałem!... — krzyknął zaczepiony.
 Kobieta pokiwała głową.
 — Oj! oj! — mówiła — żeby mi się choć grosiczek z tego dostał. A jak ich prosiłam, żeby mnie wsparły, to mi jeszcze dały w zęby...
 Pan Dudkowski zamyślił się i — wręczył jej złotówkę, za co obsypała go tysiącem błogosławieństw.
 I wrócił do swej kamienicy, po dwudniowym pobycie na wsi. W kilka zaś dni później można było czytać w pismach ogłoszenie:

 „Z powodu wyjazdu, sprzedaje się z wolnej ręki folwarczek, z budynkami gospodarskiemi w dobrym stanie i pięknym ogrodem, w malowniczem położeniu, w bliskości drogi żelaznej, posiadający wszelkie warunki na letnie mieszkanie...“


GRZECHY DZIECIŃSTWA.

 Urodziłem się w epoce, kiedy każdy człowiek musiał mieć przydomek, choćby niekoniecznie słuszny.
 Z tego powodu naszą dziedziczkę nazywali hrabiną, mego ojca jej plenipotentem, a mnie bardzo rzadko Kaziem albo Leśniewskim, ale dość często urwisem, dopóki byłem w domu, albo osłem, kiedym już poszedł do szkół.
 Ponieważ napróżno szukałby kto nazwiska naszej dziedziczki w słowniku rodzin arystokratycznych, zdaje mi się więc, że blask jej hrabiowskiej korony nie sięgał dalej, niż plenipotencja mego ś. p. ojca. Przypominam sobie nawet, że tytuł hrabiny był rodzajem pomnika, którym ś. p. mój ojciec uczcił radosny wypadek podwyższenia mu pensji rocznie o sto złotych. Nasza pani w milczeniu przyjęła ofiarowaną jej godność, a w kilka dni później ojciec mój awansował z rządcy na plenipotenta i otrzymał, zamiast dyplomu, niesłychanej wielkości wieprzka, po sprzedaniu którego kupiono mi pierwsze buty.
 Ojciec, ja i moja siostra Zosia (bom już nie miał matki) mieszkaliśmy w murowanej oficynie, o kilkadziesiąt kroków od pałacu. Pałac zaś zajmowała pani hrabina z córeczką Lonią, moją rówieśnicą, z jej guwernantką, ze starą gospodynią Salusią, tudzież z wielką liczbą garderobianych i panien służących. Dziewczęta te po całych dniach szyły, z czego wyprowadziłem wniosek, że wielkie panie są od tego, ażeby darły odzież, a dziewczęta — ażeby ją naprawiały. O innych przeznaczeniach wielkich dam i ubogich dziewcząt nie miałem pojęcia, co, w oczach ojca, stanowiło jedyną moją zaletę.
 Pani hrabina była młodą wdową, którą mąż dość wcześnie pogrążył w nieutulonym smutku. O ile mi wiadomo z tradycji, nieboszczyka nikt nie tytułował hrabią, ani on nikogo plenipotentem. Natomiast sąsiedzi z dziwną w naszym kraju jednomyślnością nazywali go półgłówkiem. W każdym razie był to człowiek niepospolity. Zajeżdżał wierzchowe konie, tratował na polowaniach chłopskie zasiewy, a z sąsiadami pojedynkował się o psy i zające. W domu męczył żonę zazdrością, a służbie zatruwał życie długim, pieprzowym cybuchem. Po śmierci oryginała, jego wierzchowce poszły do wożenia gnoju, a psy rozdarowano. Świat zaś otrzymał po nim w spadku małą córeczkę i młodą wdowę. Ach! przepraszam, bo został jeszcze olejny portret nieboszczyka, z herbowym sygnetem na palcu, i — ów pieprzowy cybuch, który, skutkiem niewłaściwego użycia, wygiął się jak turecka szabla.
 Pałacu prawie nie znałem. Raz dlatego, żem wolał biegać po polach, niż wywracać się na ślizgiej posadzce, a powtóre, że mnie tam nie wpuszczała służba, bo przy pierwszych odwiedzinach miałem nieszczęście stłuc duży wazon saski.
 Z hrabianką, przed mojem wejściem do szkół, bawiliśmy się tylko jeden raz, mając oboje niespełna po dziesięć lat. Przy sposobności chciałem ją nauczyć sztuki łażenia po drzewach i usadowiłem ją na żerdziowym płocie w taki sposób, że dziewczynka poczęła wniebogłosy krzyczeć, za co jej guwernantka wybiła mnie niebieskim parasolem, mówiąc, że mogłem Lonię zrobić na całe życie nieszczęśliwą.
 Od tej pory zbudził się we mnie wstręt do małych dziewcząt, z których żadna nie była w stanie ani łazić po drzewach, ani kąpać się ze mną w stawie, ani jeździć konno, ani strzelać z łuku, albo rzucać kamieni z procy. W razie zaś bitwy, bez której — cóż znaczy zabawa! prawie każda zaczynała mazać się i biegła do kogoś na skargę.
 Ponieważ z folwarcznymi chłopcami ojciec znowu nie pozwalał mi się wdawać, a siostra prawie całe dnie przepędzała w pałacu, więc rosłem i hodowałem się sam, jak drapieżne pisklę, które porzucili rodzice. Kąpałem się pode młynem, albo w dziurawem czółnie pływałem po stawie. W parku, ze zwinnością kota, goniłem po gałęziach wiewiórki. Raz, wywróciło mi się czółno, i pół dnia przesiedziałem na pływającej kępie, nie większej od balji. Raz, przez dymnik wdrapałem się na dach pałacu, tak nieszczęśliwie, że musiano związać dwie drabiny dla sprowadzenia mnie stamtąd. Innego dnia całą dobę błąkałem się po lesie, a jeszcze innego stary wierzchowiec nieboszczyka dziedzica, przypomniawszy sobie lepsze czasy, z godzinę ponosił mnie przez pola, i wkońcu — zapewne niechcący — przyprawił o złamanie nogi, która zresztą zrosła mi się dość prędko.
 Nie mając z kim żyć, żyłem z naturą. Znałem w parku każde mrowisko, w polu każdą jamę chomików, w ogrodzie każdą ścieżkę kretów. Wiedziałem o ptasich gniazdach i o dziuplach, gdzie hodowały się młode wiewiórki. Odróżniałem szmer każdej lipy około domu i umiałem wyśpiewać to, co wiatr wygrywa na drzewach. Nieraz słyszałem jakieś wiekuiste chodzenie po lesie, choć nie wiedziałem, czyje ono. Wpatrywałem się w migotanie gwiazd, rozmawiałem z nocną ciszą, a nie mając kogo całować, całowałem psy podwórzowe. Matka moja dawno odpoczywała w ziemi. Już nawet pod przyciskającym ją kamieniem zrobił się otwór, sięgający pewnie aż do wnętrza grobu. Raz, kiedy mnie za coś obito, poszedłem tam, wzywałem jej, nadstawiałem ucha, czy nie odpowie... Ale nie odpowiedziała nic. Widać, naprawdę umarła.
 W owym czasie tworzyłem sobie pierwsze pojęcia o ludziach i o ich stosunkach. W mojej naprzykład wyobraźni plenipotent musiał koniecznie być trochę otyły, mieć rumianą twarz, wąs zwieszony, duże brwi nad siwemi oczami, basowy głos i przynajmniej taką zdolność do krzyczenia — jak mój ojciec. Osoby, zwanej hrabiną, nie mogłem wyobrazić sobie inaczej, tylko jako wysoką damę, z piękną twarzą i smutnemi oczyma, chodzącą w milczeniu po parku, w białej powłóczystej sukni.
 Zato o człowieku, noszącym tytuł hrabiego, nie miałem pojęcia. Podobny człowiek, gdyby nawet istniał, wydawał mi się rzeczą mniej znaczącą od hrabiny, a nawet całkiem nieużyteczną i nieprzyzwoitą. Według moich poglądów, tylko w obszernej sukni z długim ogonem mógł przemieszkiwać majestat jaśnie wielmożności; wszelkie zaś odzienia krótkie, obcisłe, a tem bardziej złożone z dwu części, mogły służyć tylko pisarzom prowentowym, gorzelnikom, a w najlepszym razie plenipotentom.
 Takim był mój legitymizm, oparty na przykazaniach ojca, który nieustannie zalecał mi — kochać i czcić panią hrabinę. Zresztą, gdybym kiedy zapomniał o tych przepisach, dość mi było spojrzeć na czerwoną szafę w kancelarji ojca, gdzie, obok kwitów i notatek, wisiała na gwoździu pięciopalczasta dyscyplina, wcielenie zasad społecznego porządku. Stanowiła ona dla mnie pewien rodzaj encyklopedji, na którą patrząc, przypominałem sobie, że nie należy drzeć butów, ciągnąć źrebiąt za ogony, że wszelka władza pochodzi od Boga i t.  d.
 Ojciec mój był człowiek niezmęczony w pracy, nieskazitelnie uczciwy, a nawet bardzo łagodny. Z chłopów i służby nikogo nie tknął palcem, tylko strasznie krzyczał. Jeżeli zaś był nieco surowy dla mnie, to zapewne nie bez słusznych powodów. Nasz organista, któremu raz wsypałem do tabaki odrobinę ciemięrzycy, skutkiem czego przez całą mszę świętą kichał, zamiast śpiewać, i wciąż mylił się w graniu, często mawiał, że gdyby miał takiego jak ja syna, toby mu strzelił w łeb.
 Dobrze pamiętam to zdanie.
 Panią hrabinę nazywał ojciec aniołem dobroci. Istotnie, w jej wsi nie było ludzi ani głodnych, ani obdartych, ani krzywdzonych. Komu zrobiono źle, szedł do niej na skargę; kto był chory, brał ze dworu lekarstwo; komu urodziło się dziecko, prosił dziedziczkę w kumy. Moja siostra uczyła się razem z hrabianką, a ja sam, choć unikałem arystokratycznych stosunków, miałem jednak sposobność przekonania się o nadzwyczajnej łagodności hrabiny.
 Ojciec mój posiadał kilka sztuk broni, z której każda była przeznaczona do innego celu. Ogromna dubeltówka miała służyć do zabijania wilków, które dusiły cielęta naszej dziedziczki; skałkowy pistolet miał być użyty na obronę wszelkiej innej własności hrabiny, a wojskowy pałasz na obronę jej honoru. Swojej własności i honoru ojciec broniłby zapewne cywilnym kijem, bo cały ów bojowy rynsztunek, co kilka miesięcy pomazany tłustością, leżał gdzieś w takim kącie na strychu, że nawet ja nie mogłem go znaleźć.
 Swoją drogą, wiedziałem o tej broni i bardzom do niej tęsknił. Nieraz marzyło mi się, że spełnię taki szlachetny czyn, za który ojciec pozwoli mi strzelić z ogromnego pistoletu, a tymczasem — wymykałem się do gajowych i uczyłem się „wygarniać“ z ich długich pojedynek, które posiadały tę własność, że przy wystrzale wyrządzały bezpośrednią szkodę tylko moim szczękom, nie tykając żadnego stworzenia.
 Pewnego dnia, podczas naoliwiania dubeltówki, przeznaczonej na wilki, pistoletu na obronę własności i pałasza na obronę honoru hrabiny, udało mi się ukraść ojcu garść prochu, który, o ile wiem, nie miał jeszcze specjalnego przeznaczenia. Gdy ojciec wyjechał w pole, schwyciłem olbrzymi klucz od spichrza, który posiadał otwór podobny do lufy, tudzież dziurkę z boku, i poszedłem na polowanie.
 Wielki klucz do połowy nabiłem prochem, wsypałem szczyptę połamanych guzików od niedającej się wymienić części ubrania, przybiłem jak należy pakułami, a na wywołanie eksplozji wziąłem pudło hubczanych zapałek.
 Ledwiem wyszedł za dom, ujrzałem kilka wron, polujących na dworskie kaczęta. Prawie w moich oczach jedna ze szkodnic porwała kaczę, a nie mogąc go dość łatwo unieść, przysiadła na obórce.
 Na ten widok zagrała we mnie krew przodków z pod Wiednia. Podkradłem się pod obórkę, zatliłem hubkę, wymierzyłem klucz w lewe oko wrony, dmuchnąłem, podpaliłem... Huknęło — jakby piorun uderzył. Ze szczytu obórki stoczyło się już zaduszone kaczątko na ziemię, wrona, dotknięta śmiertelną obawą, uciekła na najwyższą lipę, ja zaś ze zdumieniem przekonałem się, że w moich rękach z wielkiego klucza zostało tylko ucho, ale zato ze słomianego dachu obory zaczyna wydobywać się niewielki kłębik dymu, jakby kto palił fajkę.
 W kilka minut później obórka, wartująca około pięćdziesięciu złotych, stanęła w ogniu.
 Zbiegli się ludzie, przygalopował na koniu mój ojciec, poczem, w asystencji tych wszystkich dzielnych i uczciwych osób, nieruchomość „wypaliła się — do środka ziemi“ — jak powiedział pan gorzelany.
 Przez ten czas ze mną działy się nieopisane rzeczy. Naprzód, pobiegłem do mieszkania i powiesiłem na właściwem miejscu — ucho od rozerwanego klucza. Potem, uciekłem do parku z zamiarem utopienia się w sadzawce. W sekundę później, zasadniczo zmieniłem projekt, postanowiłem kłamać jak prowentowy pisarz i wyprzeć się klucza, strzelania i obórki. Gdy mnie zaś schwytano — odrazu przyznałem się do wszystkiego.
 Zaprowadzono mnie do pałacu. Na tarasie zobaczyłem mego ojca, panią hrabinę w powłóczystej sukni, hrabiankę, ubraną dość kuso, i moją siostrę, obie płaczące; potem — klucznicę Salusię, kamerdynera, lokaja, chłopca z kredensu, kucharza, kuchcika i cały rój pokojówek, garderobianych i dziewcząt. Gdym odwrócił oczy w przeciwną stronę, ujrzałem za budynkami — zielone wierzchołki lip, a nieco dalej żółtawo-brunatny słup dymu, który, jakby umyślnie, unosił się nad pogorzeliskiem.
 W tej chwili przypomniałem sobie słowa organisty, który mówił o konieczności strzelenia mi w łeb, i wywnioskowałem, że jeżeli kiedy, to chyba dzisiaj spotka mnie śmierć gwałtowna. Spaliłem oborę, zepsułem klucz od spichrza; siostra plącze, cala służba stoi w komplecie przed pałacem, cóż to więc znaczy?... Patrzyłem tylko, czy kucharz ma swoją fuzją? — do jego bowiem obowiązków należało strzelanie zajęcy, tudzież śmiertelnie chorych zwierząt domowych.
 Przyprowadzono mnie do samej pani hrabiny. Ona spojrzała na mnie smutnemi oczyma, a ja, założywszy ręce wtył (jak to zwykłem był machinalnie czynić w obecności ojca), zadarłem głowę dogóry, bo pani była wysoka.
 W taki sposób przez kilka chwil przyglądaliśmy się sobie. Służba milczała, a w powietrzu czuć było spaleniznę.
 — Zdaje mi się, panie Leśniewski, że ten chłopczyk jest bardzo żywego usposobienia? — rzekła melodyjnym głosem pani hrabina do mego ojca.
 — Łajdak!... podpalacz!... zepsuł mi klucz od śpichrza! — odparł ojciec, a potem prędko dodał:
 — Upadnij do nóg pani hrabinie, ty łotrze!...
 I lekko popchnął mnie naprzód.
 — Macie mnie zabić, to zabijcie, ale ja tam nikomu nie będę padał do nóg! — odpowiedziałem, nie spuszczając oka z pani, która zrobiła na mnie dziwne wrażenie.
 — Chy!... Jezu... — jęknęła zgorszona Salusia, składając ręce.
 — Uspokój się, mój chłopczyku, bo tu nikt nie zrobi ci krzywdy — rzekła pani.
 — Aha! nikt... Niby ja nie wiem, że mi strzelicie w łeb... Przecie mi to obiecał organista! — odparłem.
 — Chy!... Jezu... — zawołała po raz drugi klucznica.
 — Hańbi moją starość! — odezwał się ojciec. — Trzy skórybym z tego gałgana zdarł i posolił, żeby go pod swoją obronę nie wzięła pani hrabina.
 W rogu tarasu stojący kucharz zasłonił usta ręką i śmiał się, aż zsiniał. Nie mogłem wytrzymać i — pokazałem mu język.
 Służba zaszemrała ze zdziwienia, a ojciec, chwytając mnie za ramię, krzyknął:
 — A ty znowu co?... Wobec pani hrabiny pokazujesz język?...
 — Ja pokazałem język kucharzowi, bo on myślał, że mnie tak zastrzeli, jak starego bułanka...
 Pani hrabina zrobiła się jeszcze smutniejsza. Odgarnęła mi włosy z czoła, spojrzała głęboko w oczy i rzekła do ojca:
 — Kto wie, panie Leśniewski, co jeszcze będzie z tego dziecka?...
 — Szubienicznik! — krótko odpowiedział stroskany ojciec.
 — Niewiadomo — odparła pani, gładząc mi najeżone włosy. — Trzebaby go do szkół oddać, bo tu zdziczeje.
 A potem, odchodząc do salonu, rzekła półgłosem:
 — Jest materjał na człowieka, panie Leśniewski... Trzeba go tylko uczyć.
 — Stanie się według woli pani hrabiny! — odpowiedział ojciec, dając mi pięścią w kark.
 Z tarasu odeszli wszyscy, ale ja zostałem, nieruchomy jak kamień, zapatrzony we drzwi, w których znikła nasza dziedziczka. Teraz dopiero pomyślałem z żalem: dlaczegom nie upadł jej do nóg? — i uczułem jakieś dławienie w piersiach. Gdyby kazała, chętnie położyłbym się na zgliszczach obórki i tak dałbym się powoli upiec na niej. Nie za to, że mnie nie kazała zastrzelić kucharzowi, ani zbić, ale za to, że miała taki słodki głos i takie smutne spojrzenie.
 Od tego dnia byłem już mniej swobodny. Pani hrabina nie życzyła sobie tracić w ogniu reszty zabudowań, ojcu było przykro, że nie mógł uregulować ze mną rachunku za spaloną oborę, a ja sam musiałem przygotowywać się do szkół. Uczyli mnie organista i gorzelany naprzemian. Mówiono nawet, że jakichś przedmiotów będzie mi wykładała guwernantka z pałacu. Ale, gdy dama ta, przy zapoznaniu się ze mną, zobaczyła, że mam pełne kieszenie nożów, kamieni, śrótu i kapiszonów, zlękła się tak, że już nie chciała widzieć mnie po raz drugi.
 — Ja takim bandytom nie daję lekcyj — powiedziała do mojej siostry.
 Ja jednak w tych czasach już bardzo spoważniałem. Tylko raz chciałem się, na próbę, powiesić. Ale później wypadło mi jakieś inne zajęcie, więc nie zrobiłem sobie nic złego.
 Nareszcie w początkach sierpnia odwieziono mnie do szkół.
 Egzamin zdałem wcale dobrze, dzięki polecającym listom pani hrabiny, poczem ojciec umieścił mnie na stancji z korepetycją, rodzicielską opieką i wszelkiemi wygodami za dwieście złotych i pięć korcy ordynarji na rok, i — sprawił mi szkolny uniform.
 Nowy strój tak mnie zajął, że nie mogąc nacieszyć się nim w ciągu dnia, wstałem cichutko w nocy, ubrałem się pociemku w surdut z czerwonym kołnierzem, włożyłem na głowę czapkę z czerwonym lampasem i miałem zamiar posiedzieć tak kilka minut. Ponieważ jednak noc była dżdżysta, ode drzwi trochę ciągnęło, a ja poza obrębem munduru i czapki byłem w negliżu, więc trochę zdrzemnąłem się i przespałem w uniformie do rana.
 Taki sposób nocowania bardzo rozweselił moich kolegów, ale w gospodarzu naszej stancji obudził podejrzenie, że ma w domu nadzwyczajnego urwisa. Pobiegł czem prędzej do zajazdu, gdzie stał mój ojciec, i powiedział mu, iż za żadne w świecie skarby nie chce mnie trzymać na stancji, chyba — że mu ojciec dołoży jeszcze pięć korcy kartofli na rok. Po długich targach stanęło na trzech korcach, ale swoją drogą ojciec pożegnał się ze mną w tak demonstracyjny sposób, że ani żałowałem go, kiedy wyjeżdżał, ani tęskniłem za domem, gdzie częściej mogły mnie spotykać podobne owacje.
 Przebieg mojej edukacji w klasie pierwszej nie przedstawia żadnych wybitniejszych momentów. Dziś, patrząc na owe czasy z historycznej odległości, koniecznej, jak wiadomo, dla sformowania objektywnego sądu, wyznaję, że w ogólnych zarysach życie moje zmieniło się niewiele. W szkole trochę dłużej przesiadywałem w zamkniętej sali, w domu — trochę więcej biegałem po otwartej przestrzeni. Zmieniłem suknie cywilne na mundur, a osoby, pracujące nad harmonijnem rozwinięciem moich fizycznych i duchowych uzdolnień, zamiast dyscypliny — używały rózgi.
 I oto wszystko.
 Szkoła, jak wiadomo, dzięki swemu zbiorowemu charakterowi, przygotowuje chłopców do życia w społeczeństwie i daje im takie umiejętności, jakichby nie nabyli, chowając się pojedyńczo. O tej prawdzie przekonałem się w tydzień po przybyciu do szkoły, gdzie nauczyłem się sztuki dawania serów, która wymaga współudziału najmniej trzech osób, a więc nie może istnieć poza obrębem społeczeństwa.
 Teraz dopiero odkryłem w sobie ten rzeczywisty talent, którego natura chroniła mnie od teoretycznych zaciekali, a popychała w kierunku działalności zbiorowej. Należałem do pierwszorzędnych — graczy w palanta, bywałem matką w bitwach, organizowałem pozaklasowe wycieczki, zwane wagusami, dyrygowałem w klasie ogólnem tupaniem lub beczeniem, cośmy sobie dla wytchnienia urządzali niekiedy w sześćdziesięciu. Natomiast, znalazłszy się samotnym wobec gramatycznych prawideł, wyjątków, deklinacyj i konjugacyj, tworzących, jak wiadomo, podstawę filozoficznego myślenia, wnet uczuwałem w duszy jakąś pustkę, z której głębi wynurzała się — senność.
 Jeżeli przy takim talencie do nieliczenia się wypowiadałem lekcje stosunkowo dość płynnie, to tylko dzięki silnemu wzrokowi, który pozwalał mi czytać z książki, odległej o dwie lub trzy ławki. Zdarzało się niekiedy, żem wydawał zupełnie co innego, niż było zadane, lecz wówczas uciekałem się do modelowego w takich wypadkach usprawiedliwienia. Mówiłem mianowicie, żem nie dosłyszał pytania, albo że „się zaląkłem.“
 Wogóle byłem uczniem — przyszłości, nietylko dlatego, żem budził niezadowolenie w starych rutynistach, a posiadałem sympatją młodych, ale i dlatego, że dobre stopnie z różnych przedmiotów, a wraz z niemi nadzieję promocji, widziałem tylko w marzeniach, wybiegających daleko poza teraźniejszość.
 Moje stosunki z nauczycielami były rozmaite.
 Profesor łaciny pisał mi nienajgorsze stopnie za to, że pilnie uczyłem się gimnastyki, którą także on wykładał. Ksiądz prefekt wcale mi nie dawał stopni, ponieważ zasypywałem go kłopotliwemi pytaniami, na które jedyną odpowiedzią z jego strony było: „Leśniewski, idź klęczeć!“ Nauczyciel rysunków i kaligrafji protegował mnie jako rysownik, ale potępiał jako kaligraf; lecz ponieważ w jego umyśle sztuka pisania była najważniejszym szkolnym przedmiotem, więc, przy głosowaniu z sobą samym, przeważał na stronę kaligrafji i dawał mi jednostki, niekiedy dwójki.
 Arytmetykę rozumiałem wcale dobrze, ten bowiem wykład oparty był na metodzie poglądowej, to jest „na biciu łap“ za nieuwagę. Nauczyciel języka polskiego wróżył mi świetną karjerę, ponieważ raz udało mi się napisać mu na imieniny wiersz, obejmujący pochwałę jego surowości. Nareszcie, stopnie z innych przedmiotów zależały od tego, czy moi sąsiedzi dobrze mi podpowiadali, albo, czy leżąca na poprzedniej ławce książka była otwarta we właściwem miejscu.
 Najpoufalsze jednak stosunki łączyły mnie z inspektorem. Człowiek ten tak przyzwyczaił się do wypukiwania mnie z klasy w czasie lekcyj i do widywania się ze mną po lekcjach, że był szczerze zaniepokojony, gdy w którym tygodniu nie przypomniałem się jego pamięci.
 — Leśniewski! — zawołał pewnego dnia, spostrzegłszy, że już idę z klasy do domu. — Leśniewski!... a dlaczego ty nie zostajesz?...
 — Przeciem nic nie zrobił — odpowiadam mu.
 — Jakto, więc nie jesteś zapisany do dziennika?
 — Jak ojca kocham, tak nie!
 — I umiałeś lekcje?...
 — Kiedy mnie dziś wcale nie wyrywali!...
 Inspektor zamyślił się.
 — Coś w tem jest! — szepnął. — Wiesz, Leśniewski, zostań ty tu na chwilkę.
 — Mój złocisty panie inspektorze, przeciem ja nic nie winien!... jak ojca kocham!... jak Bozię kocham!...
 — Aha!... przysięgasz się, ośle?... Chodźże mi tu zaraz!... A jeżeliś naprawdę nic nie zmalował, to — policzy ci się na drugi raz!...
 Wogóle miałem u pana inspektora kredyt otwarty, co mi w szkole zrobiło pewną popularność, tem istotniejszą, że nikogo nie pobudzała do konkurencji.
 Między kilkudziesięcioma pierwszoklasistami, z których jeden golił już wąsy prawdziwą brzytwą, trzej po całych dniach grali w karty pod ławką, a inni byli zdrowi jak kantoniści, znajdował się kaleka — Józio. Był to chłopczyk garbaty, karzeł na swój wiek, mizerny, z małym noskiem sinym, blademi oczyma i gładkiemi włosami. Był tak wątły, że musiał odpoczywać, idąc z domu do szkoły, a tak bojaźliwy, że, gdy go wyrwano do lekcji, tracił mowę ze strachu. Nigdy nie bił się z nikim, tylko prosił innych, ażeby jego nie bili. Gdy mu raz „dano szczupaka“ po suchej, jak patyk, ręczynie — zemdlał, ale otrzeźwiony — nie poskarżył się.
 Miał on oboje rodziców, ale ojciec wygnał matkę z domu, a Józia zatrzymał przy sobie, pragnąc sam kierować jego edukacją. Sam chciał odprowadzać syna do szkoły, chodzić z nim na spacer, dawać mu korepetycje, ale nie robił tego z powodu braku czasu, który mu dziwnie prędko ginął w handlu trunków i owsianego piwa, u Moszka Lipy.
 Tym sposobem Józio nie miał żadnej opieki, a mnie się niekiedy wydawało, że na takiego malca nawet Bóg niechętnie patrzy z nieba.
 Swoją drogą, Józio miewał pieniądze, po sześć i po dziesięć groszy na dzień. Za to miał sobie kupować w czasie pauzy po dwie bułki i po serdelku. Ale, że go wszyscy prześladowali, więc on, chcąc się choć jako tako zabezpieczyć, kupował po pięć bułek i rozdawał je najsilniejszym kolegom, ażeby mieli dla niego łaskawe serca.
 Podatek ten nie na wiele mu się przydał, bo poza pięcioma zjednanymi stało trzy razy tyłu nieprzejednanych. Dokuczali mu bezustanku. Ten go uszczypnął, tamten pociągnął za włosy, inny ukłuł, czwarty dał byka w ucho, a najmniej odważny nazywał go przynajmniej — garbusem.
 Józio tylko uśmiechał się na te koleżeńskie żarty, czasami prosił: „Dajcie już spokój!...“ — a czasami i nic nie mówił, tylko opierał się na chudych rękach i szlochał.
 Koledzy wołali wtedy: „Patrzcie! jak mu się garb trzęsie!...“ — i dokuczali mu jeszcze zawzięciej.
 Ja z początku mało zwracałem uwagi na garbuska, który wydał mi się niemrawym. Ale raz, ten duży kolega, który golił wąsy brzytwą, usiadł za Józiem i począł mu palić byki w oba uszy. Garbus zanosił się od płaczu, a klasa trzęsła się od śmiechu. Wtedy coś mnie ukłuło w serce. Schwyciłem otworzony scyzoryk i drągala, który dawał garbusowi byki, pchnąłem w rękę do kości, wołając, że tak zrobię każdemu, kto Józia dotknie palcem!...
 Drągalowi trysnęła krew, zbladł jak ściana, i zdawało się, że zemdleje. Cała klasa nagle przestała się śmiać, a potem zaczęła krzyczeć: „Dobrze mu tak, niech nie dokucza kalece!...“ W tej chwili wszedł profesor, a dowiedziawszy się, żem zranił nożem kolegę, chciał sprowadzić inspektora z diadkiem i z rózgą. Ale wszyscy zaczęli za mną prosić, nawet sam raniony drągal; więc pocałowaliśmy się, naprzód ja z drągalem, potem on z Józiem, potem Józio ze mną — i tak mi się upiekło.
 Uważałem, że przez całą lekcją garbusek odwracał głowę w moją stronę i uśmiechał się, zapewne dlatego, że przez ten czas nie dostał ani jednego byka. Na pauzie także mu nikt nie dokuczał, a kilku oświadczyło, że będą go bronili. On dziękował im, ale — przybiegł do mnie i chciał mi dać bułkę z masłem. Nie wziąłem, więc trochę zawstydził się, a potem rzekł cicho:
 — Wiesz co, Leśniewski, powiem ci sekret.
 — Gadaj! — odparłem — ale prędko...
 Garbusek stropił się, a potem zapytał:
 — Czy ty już masz przyjaciela?...
 — A mnie co po tem?...
 — Bo widzisz, gdybyś chciał, to ja mógłbym być twoim przyjacielem.
 Spojrzałem na niego zgóry. On zmieszał się jeszcze bardziej i znowu zapytał cienkim i stłumionym głosikiem:
 — Dlaczegóż ty nie chcesz, żebym był twoim przyjacielem?
 — Bo ja nie wdaję się z takimi trutniami jak ty!... — odpowiedziałem.
 Garbuskowi bardziej niż zwykle posiniał nosek. Już chciał odejść, ale zwrócił się jeszcze raz do mnie, mówiąc:
 — To może chcesz, żebym przy tobie siedział?... Widzisz, ja uważam, co belfry zadają, robiłbym za ciebie przykłady... Umiem dobrze podpowiadać...
 Ta argumentacja wydała mi się poważną. Po namyśle przyjąłem garbusa do ławki, a mój sąsiad zgodził się, za pięć bułek, odstąpić mu swego miejsca.
 Już po południu Józio przeniósł się do mnie. Był to mój najszczerszy pomocnik, powiernik i chwalca. On wybierał słówka i robił wszelkie tłomaczenia, on notował zadawane przykłady, nosił kałamarz, pióra i ołówki dla nas obu. A jak podpowiadał!... Przez czas pobytu w szkołach wielu mi podpowiadało, niektórzy nawet klęczeli za to, ale żaden w tej sztuce ani się umywał do Józia. W podpowiadaniu garbusek był mistrzem, bo umiał mówić z zaciśniętemi zębami i robił przytem tak niewinną minę, że żaden z profesorów nawet nie podejrzewał...
 Ile razy osadzono mnie w kozie, garbusek przynosił ukradkiem chleb i mięso ze swego obiadu. A gdy mnie spotkała jaka większa nieprzyjemność, ze łzami w oczach zapewniał kolegów, że ja nie dam sobie zrobić krzywdy.
 — Ho! ho! — mówił — Kazio jest mocny. On jak złapie diadkę za ramiona, to nim ciśnie o ziemię jak piórkiem. Nie bójcie się!...
 Istotnie koledzy moi nie bali się, tylko on, biedak, bał się za nas obu.
 Jeżeli garbusek nie potrzebował na jakiej lekcji uważać, wówczas prawił mi komplimenta:
 — Mój Boże!... żebym ja był taki jak ty mocny!... Mój Boże!... żebym ja był taki zdolny... Wiesz, że gdybyś chciał, to za miesiąc zostałbyś prymusem...
 Pewnego dnia, całkiem niespodzianie, nauczyciel języka niemieckiego wyrwał mnie na środek. Przerażony Józio ledwie miał czas podpowiedzieć mi, że do czwartej deklinacji należą wszystkie rzeczowniki rodzaju żeńskiego, naprzykład: die Frau — pani...
 Ostro wyszedłem i z wielką pewnością zawiadomiłem nauczyciela, że do czwartej deklinacji należą wszystkie rzeczowniki rodzaju żeńskiego, naprzykład: die Frau — pani... Ale na tem skończyła się moja wiedza.
 Profesor spojrzał mi w oczy, pokiwał głową i kazał tłomaczyć. Przeczytałem po niemiecku płynnie i głośno raz, potem jeszcze płynniej — drugi raz, ale gdy zacząłem czytać trzeci raz ten sam ustęp, nauczyciel kazał mi pójść na miejsce.
 Wracając do ławki, spostrzegłem, że Józio bardzo pilnie przypatruje się ołówkowi profesora i że ma bardzo zafrasowaną minę.
 Machinalnie zapytałem garbuska:
 — Nie wiesz, jaki mi dał stopień?
 — Czy ja wiem?... — westchnął Józio.
 — Ale jak ci się zdaje?
 — Ja — rzekł garbusek — dałbym ci piątkę, no — zresztą czwórkę, ale on...
 — A on ile mi dał?... — pytałem.
 — Zdaje mi się, że — pałkę... Ale to osioł, co on tam wie!... — odpowiedział Józio tonem głębokiego przekonania.
 Pomimo wątłości, chłopczyna ten był pracowity i bystry. Ja zwykle czytałem w klasie romanse, a on słuchał wykładu i później mi go powtarzał.
 Raz zapytałem go: o czem mówił nasz nauczyciel zoologji?
 — Widzisz o tem — odparł garbusek z tajemniczą miną — że rośliny są podobne do zwierząt.
 — Głupi on jest — odpowiedziałem.
 — Ale! — mówił garbusek — on ma racją. Ja już go trochę rozumiem.
 Zacząłem się śmiać i rzekłem:
 — No, kiedyś taki mądry, to mi powiedz: z czego jest podobna wierzba do krowy?
 Chłopiec zamyślił się i powoli zaczął:
 — Widzisz... krowa rośnie, a wierzba także rośnie...
 — A co dalej?...
 — Widzisz... krowa się karmi i wierzba się karmi, sokami z ziemi...
 — A co dalej?...
 — Krowa jest rodzaju żeńskiego, no — i wierzba jest rodzaju żeńskiego — objaśniał Józio.
 — Ale krowa macha ogonem! — rzekłem mu.
 — A wierzba macha gałęźmi! — odparł.
 Taka suma argumentów nadwerężyła moją wiarę w istnienie różnicy między zwierzętami i roślinami. Sam pogląd podobał mi się, i od tej pory obudziło się we mnie zamiłowanie do zoologji, streszczonej w książce Pisulewskiego. Dzięki wywodom garbuska, zacząłem z tego przedmiotu miewać piątki.
 Pewnego dnia Józio nie przyszedł do szkoły, a nazajutrz przed południem powiedziano, że ktoś mnie wypukuje. Wybiegłem na korytarz, trochę niespokojny, jak zwykle w podobnych razach, lecz, zamiast inspektora, zobaczyłem tęgiego mężczyznę, z ponsową twarzą, fioletowym nosem i czerwonemi oczyma.
 Nieznajomy odezwał się głosem nieco chrapliwym:
 — To ty, chłopcze, jesteś Leśniewski?
 — Ja.
 Przestąpił z nogi na nogę, jakby chwiejąc się, i dodał:
 — Zajdź tam do mego syna Józia, do tego garbatego, wiesz? On jest chory, bo onegdaj trochę go przejechali...
 Znowu zachwiał się, spojrzał na mnie błędnym wzrokiem i odszedł, głośno tupiąc o podłogę. Mnie jakby kto oblał gorącą wodą. Zdawało mi się, że to ja raczej powinienem być przejechany, nie zaś biedny garbusek, on — taki dobry i wątły...
 Po południu wypadła rekreacja. Nie poszedłem już do domu na obiad, tylkom pobiegł do Józia.
 Obaj z ojcem mieszkali na końcu miasta w dwu pokoikach parterowego domu. Gdym wszedł, zastałem garbuska leżącego w krótkiem łóżeczku. Był zupełnie sam, sam jeden. Ciężko oddychał i drżał z zimna, bo w piecu nie napalono. Źrenice jego rozszerzyły się tak, że miał prawie czarne oczy. W izdebce czuć było wilgoć, a z dachu padały krople topniejącego śniegu.
 Pochyliłem się nad łóżkiem i spytałem:
 — Co tobie, Józiu?...
 On ożywił się, otworzył usta jakby do uśmiechu, ale — tylko jęknął. Wziął mnie za rękę wyschłemi rączętami i zaczął mówić:
 — Ja pewnie umrę... Ale boję się tak... sam... więc prosiłem, żebyś przyszedł... To... widzisz... niedługo, a mnie będzie trochę weselej...
 Jeszcze nigdy Józio nie wydal mi się takim jak dziś. Zdawało mi się, że z kaleki wyrasta olbrzym.
 Zaczął głucho jęczeć i kaszlać, aż na usta wystąpiła mu różowa piana. Potem zamknął oczy i ciężko oddychał, a czasami wcale nie oddychał. Gdybym nie czuł uścisku jego rozpalonych rącząt, myślałbym, że umarł.
 Tak siedzieliśmy godzinę, dwie, trzy — milcząc. Ja prawie straciłem władzę myślenia, Józio odzywał się rzadko i z wielkim wysiłkiem. Powiedział mi, że go z tyłu najechał jakiś wóz, że go strasznie zabolał krzyż, ale już go nie boli, że ojciec wczoraj wypędził sługę, a dziś poszedł szukać innej...
 Potem, nie uwalniając mi ręki, prosił, ażebym zmówił cały pacierz. Zmówiłem, a gdym zaczął: „Kiedy ranne wstają zorze,“ przerwał mi:
 — Mów jeszcze — rzekł — „Wszystkie nasze dzienne sprawy...“ Ja już się jutro pewnie nie obudzę...
 Słońce zaszło, nadciągnęła jakaś szara noc, bo poza chmurami świecił księżyc. W domu nie było świecy, zresztą — nie myślałem nawet zapalać jej. Józio był coraz niespokojniejszy, bredził i tylko chwilami odzyskiwał przytomność.
 Już było późno, kiedy od ulicy kołatnęła furtka z wielkim hałasem. Przez podwórze przeszedł ktoś i gwiżdżąc, otworzył drzwi naszej izby.
 — To tatko? — jęknął garbusek.
 — Ja, mój synu! — odparł przybysz ochrypniętym głosem. — Jakże ci tam? Pewnie lepiej!... Tak być powinno!... Zawsze uszy dogóry, mój synu...
 — Tatku... niema światła... — mówił Józio.
 — Głupstwo światło!... A to kto?... — zawołał, potykając się o mnie.
 — To ja... — odparłem.
 — Aha! Łukaszowa? dobrze!... Prześpij się dziś, a jutro — sprawię ci wnyki... Ja gubernator!... Rum-jamajka!...
 — Dobranoc, tatku!... dobranoc!... — szeptał Józio.
 — Dobranoc, dobranoc, moje dziecko!... — odparł przybysz i schyliwszy się nad łóżkiem — mnie pocałował w głowę.
 Uczułem, że pod pachą miał butelkę.
 — Wyśpij się — dodał — a jutro marsz do szkoły!... Krokiem maarrsz!... Rum-jamajka!... — wrzasnął i poszedł do drugiego pokoiku.
 Tam ciężko usiadł, widocznie na kufrze, uderzył głową o ścianę, a po chwili — rozległo się miarowe bulgotanie, jakby ktoś pił.
 — Kaziu!... — szepnął garbusek — jak już będę... tam... przyjdź do mnie czasem. Powiesz mi, co zadano na lekcje...
 W drugim pokoju wrzasnął przybysz:
 — Zdrowia życzymy panu gubernatorowi!... Wiwat!... Ja gubernator!... Rum-jamajka!...
 Józio począł się trząść i mówić coraz niespokojniej:
 — Tak mnie łamie!... Czyś ty na mnie usiadł, Kaziu? Kaziu!... O, nie bijcie mnie już!...
 — Rum!... Rum-jamajka!... — wołano w drugim pokoju. Znowu coś zabulgotało, a potem — butelka z przeraźliwym brzękiem uderzyła o podłogę.
 Józio przyciągnął moją rękę do ust, schwycił zębami za palce i — nagle puścił. Już nie oddychał.
 — Panie! — zawołałem. — Panie! Józio umarł!...
 — Co tam pleciesz? — mruknął głos z drugiego pokoju.
 Zerwałem się z łóżka i stanąłem we drzwiach, patrząc w ciemność.
 — Józio umarł!... — powtórzyłem, cały drżący.
 Człowiek rzucił się na kufrze i wykrzyknął:
 — Wynoś mi się stąd, błaźnie!... Ja, jego ojciec, lepiej wiem, czy on umarł!... Wiwat pan gubernator!... Rum-jamajka!...
 Uczułem trwogę i uciekłem.
 Przez całą noc nie mogłem spać, miałem dreszcze, męczyły mnie jakieś straszne marzenia. Z rana obejrzał mnie gospodarz naszej stancji, powiedział, że mam gorączkę, że pewnie zaraziłem się od przejechanego Józia, i — kazał mi postawić na krzyżu dwanaście baniek ciętych. Po tem lekarstwie nastąpiło, jak mówił gospodarz, takie przesilenie, żem tydzień leżał w łóżku.
 Nie byłem na pogrzebie Józia, którego odprowadziła cała nasza klasa z nauczycielami i księdzem prefektem. Mówiono mi, że miał czarną trumnę aksamitną, tak małą jak pudełko od skrzypców.
 Ojciec jego strasznie płakał, a na cmentarzu złapał trumnę i chciał z nią uciekać. Ale pomimo to Józia pochowali, a jego ojca komisarz z policjantem wyprowadzili z cmentarza.
 Gdy pierwszy raz poszedłem do szkoły, powiedziano mi, że ktoś codzień wypytuje się o mnie. Jakoż o jedynastej wypukano mnie.
 Wyszedłem — za drzwiami stał ojciec zmarłego Józia. Miał twarz barwy blado-fioletowej, a nos popielaty. Był zupełnie trzeźwy, tylko trzęsła mu się głowa i ręce.
 Człowiek ten wziął mnie pod brodę i długo wpatrywał mi się w oczy, a potem nagle rzekł:
 — Ty obroniłeś Józia, kiedy mu w klasie dokuczali?...
 — Czy zwarjował ten stary? — pomyślałem, alem mu nic nie odpowiedział.
 On objął mnie rękoma za szyję i pocałował kilka razy w głowę, szepcząc:
 — Niech cię Bóg błogosławi... Niech cię błogosławi!...
 Puścił mi głowę i znowu spytał:
 — Byłeś przy jego śmierci?... Powiedz mi prawdę, bardzo on się męczył?...
 Wtem cofnął się i rzekł prędko:
 — Albo nie... nic mi już nie mów!... O, nikt nie wie, jakim ja nieszczęśliwy!...
 Z oczu poczęły mu płynąć łzy. Schwycił się oburącz za głowę, odwrócił się ode mnie i pobiegł ku schodom, krzycząc:
 — Biedny ja!... biedny... biedny...
 Wołał tak głośno, że na korytarz powychodzili profesorowie. Patrzyli za nim, pokiwali głowami i kazali mi wrócić do klasy.
 Nad wieczorem jakiś faktor przyniósł na stancją spory kufer dla mnie i kartkę z tym tylko napisem:
 „Od biednego Józia — pamiątka.“
 W kufrze było mnóstwo pięknych książek po nieboszczyku Józiu, a między niemi: Księga świata, Historja Cezara Cantu, Don Quichot, Galerja Drezdeńska i wiele innych. Książki te obudziły we mnie namiętną chęć do poważniejszego czytania.
 Dobrze już na wiosnę wybrałem się pierwszy raz na grób Józia. Był taki mały i zgarbiony, jak on sam. Spostrzegłem, że ktoś obsadził go zielonemi gałązkami. O parę kroków dalej, między trawą, znalazłem kilka butelek z napisem: Rum Jamaica. Siedziałem z godzinę, alem nie powiedział Józiowi, co zadali na lekcje, bo i sam nie wiedziałem, i on się nie spytał.
 W tydzień znowu przyszedłem na cmentarz. Znowu zobaczyłem gałązki, świeżo zatknięte w grób Józia, a między trawą — znowu znalazłem kilka całych i nadtłuczonych butelek.
 W początkach maja rozeszła się po mieście szczególna wiadomość. Oto z rana, przy grobie Józia, znaleziono martwe zwłoki jego ojca. Obok nich leżała wypróżniona do połowy butelka z napisem: Rum Jamaica.
 Mówili doktorzy, że człowiek ten umarł na anewryzm.
 Wypadki te oddziałały na mnie w szczególny sposób. Od tej pory ciężyło mi towarzystwo kolegów, i nudziły ich krzykliwe zabawy. Wówczas zatapiałem się w czytaniu książek, które mi zostawił Józio, albo wymykałem się za miasto, w jary, zarosłe krzakami, i włócząc się tam, rozmyślałem — Bóg wie o czem. Nieraz zapytywałem się, dlaczego tak nędznie zginął Józio, i dlaczego ojciec był tak samotny, że aż musiał tulić się do grobu syna? Czułem, że największem nieszczęściem jest opuszczenie, i zrozumiałem, dlaczego biedny garbusek szukał przyjaciela.
 Mnie także potrzebny był teraz przyjaciel. Ale między kolegami jakoś żaden nie przypadał mi do smaku. Przypomniałem sobie siostrę. Nie!... siostra nie zastąpi przyjaciela.
 Koledzy mówili o mnie, żem zdziczał, a gospodarz naszej stancji nie miał już żadnej wątpliwości, że zostanę wielkim zbrodniarzem.
 Nadszedł akt uroczysty, na którym inspektor doniósł całemu światu, żem otrzymał promocją do klasy drugiej. Wypadek ten napełnił mnie radosnem zdziwieniem. Nagle poczęło mi się zdawać, że jakkolwiek szkoła posiada wyższe klasy, żadna przecież nie jest tak doskonała, jak — druga. Zapewniałem kolegów, że uczniowie pozostałych klas, od trzeciej do siódmej włącznie, powtarzają tylko to, czego nauczyli się w drugiej, w duszy zaś lękałem się, ażeby profesorowie nie spostrzegli się po wakacjach, żem dostał promocją tylko przez omyłkę, i nie cofnęli mnie do pierwszej klasy.
 Następnego przecie dnia oswoiłem się poniekąd ze swojem szczęściem, a kiedym jechał do domu na wakacje, to przez całą drogę tłomaczyłem furmanowi, że ja jeden w klasie dostałem zasłużoną promocją, i że moja promocja była najlepsza. Przytaczałem mu tak niezbite argumenta, że aż zaczął ziewać. Gdym jednak umilkł, przekonałem się ze strachem, że sam jestem pełen wątpliwości.
 Drugiego dnia, dojeżdżając do domu, spotkałem w drodze siostrę Zosię, która wybiegła naprzeciw mnie. Zaraz doniosłem jej, że już jestem w drugiej klasie, i że mój przyjaciel Józio umarł, bo go przejechali. Ona zaś powiedziała, że tęskniła za mną, że jej kura ma dziesięć kurcząt, że do pani hrabiny po dwa razy na tydzień przyjeżdża z wizytą jakiś pan, że mają guwernantkę, która kocha pisarza, i że nieboszczyk Józio nic ją — niby Zosię — nie obchodzi, ponieważ był garbaty. Ale swoją drogą żałuje go.
 Mówiąc to, udawała dużą pannę.
 Ojca zobaczyłem w południe. Przywitał się ze mną bardzo serdecznie i powiedział, że na wakacje da mi konia i pozwoli strzelać z wielkiego pistoletu. A potem dodał:
 — Pójdźże zaraz do pałacu i przywitaj się z panią hrabiną, chociaż...
 W tem miejscu machnął ręką.
 — Cóż się stało, proszę ojca?... — spytałem, jak dorosły człowiek, i ażem się zląkł swojej odwagi.
 Nadspodziewanie, ojciec odpowiedział bez gniewu, z odcieniem goryczy:
 — Ona już teraz nie potrzebuje starego plenipotenta. Niedługo będzie tu nowy pan, a ten i sam potrafi...
 Przerwał, i odwróciwszy się, mruknął przez zęby:
 — Przegrać w karty majątek...
 Zacząłem domyślać się, że przez czas mojej nieobecności zaszły tu wielkie zmiany. Swoją drogą poszedłem na przywitanie do dziedziczki. Przyjęła mnie łaskawie, a ja dostrzegłem, że jej smutne oczy mają dziś całkiem inny wyraz.
 Wracając, spotkałem na dziedzińcu ojca i powiedziałem, że pani hrabina jest taka wesoła jak nigdy. Kręci się, klaszcze w ręce, zupełnie jak jej pokojówki.
 — Bah! każda baba przed weselem ma dobry humor... — odparł ojciec, jakby sam do siebie.
 W tej chwili przed pałac zajechał lekki powozik, a z niego wyskoczył wysoki mężczyzna, z czarną brodą i oczyma jak płomienie. Zdaje się, że pani hrabina wybiegła na ganek, bom zobaczył, jak przez drzwi wyciągnęła do niego obie ręce.
 Ojciec szedł przede mną, śmiał się cicho i mruczał:
 — Ha! ha!... Wszystkie baby powarjowały!... Pani wzdycha za elegantem, a guwernantka za pisarzem... Dla Salusi zostałem ja, albo proboszcz... Ha! ha!...
 Miałem dwunasty rok i jużem wiele słyszał o miłości. Ten kolega, który golił wąsy i siedział trzy lata w pierwszej klasie, nieraz mówił nam o swoich uczuciach dla pewnej panienki, którą po parę razy na dzień widywał na ulicy albo w lufciku. Zresztą, sam czytałem kilka bardzo pięknych romansów i dobrze pamiętam, ile umartwienia kosztowali mnie ich bohaterowie.
 Z tego powodu półsłówka ojca wywarły na mnie przykre wrażenie. Uczułem sympatją dla naszej dziedziczki, a nawet dla guwernantki, obok niechęci do brodatego pana i do pisarza. Nigdybym tego głośno nie powiedział (nie śmiałbym nawet wyraźnie pomyśleć), lecz zdawało mi się, że i nasza pani, i guwernantka zrobiłyby daleko stosowniej, gdyby wzdychały za mną.
 W ciągu kilku następnych dni obiegłem wieś, park, stajnie, jeździłem konno, pływałem czółnem, lecz — wnet spostrzegłem, że mi zaczyna być nudno. Wprawdzie ojciec coraz częściej rozmawiał ze mną jak z dorosłym człowiekiem, pan gorzelany zapraszał mnie na starkę, a pisarz prowentowy narzucał mi się z przyjaźnią i nawet obiecywał opowiedzieć cierpienia, jakich doświadcza z powodu guwernantki, ale — mnie to nie bawiło. I starkę pana gorzelanego, i zwierzenia pisarza oddałbym za jednego dobrego kolegę. Lecz gdym w myśli wybierał między tymi, którzy razem ze mną ukończyli pierwszą klasę, przekonywałem się, że żaden nie przystałby do moich dzisiejszych usposobień.
 Niekiedy z głębi mojej duszy wynurzał się smutny cień zmarłego Józia i opowiadał mi rzeczy nieznane, głosem cichszym aniżeli powiew letniego wiatru. Wtedy ogarniała mnie jakaś rzewność, i tęskniłem, ale sam nie wiem do czego... Gdy raz, pod wpływem takich przywidzeń wałęsałem się po zarastających trawą ścieżkach parku, zabiegła mi niespodzianie drogę siostra Zosia i zapytała:
 — Dlaczego ty się z nami nie bawisz?
 Zrobiło mi się gorąco.
 — Z kim?...
 — A ze mną i z Lonią.
 Pozostanie wieczną zagadką, dlaczego w tej chwili imię Loni pomieszało mi się z widziadłem Józia, i dlaczegom się zaczerwienił tak, że mnie twarz piekła i pot wystąpił na czoło.
 — Cóżto?... nie chcesz się z nami bawić? — pytała zdziwiona siostra. — Na Wielkanoc był tu jeden uczeń z trzeciej klasy i wcale się tak nie pysznił jak ty. Po całych dniach chodził z nami.
 I znowu bez powodu uczułem nienawiść do owego trzecioklasisty, któregom nigdy nic widział. Wreszcie odpowiedziałem Zosi tonem opryskliwym, choć w sercu nie miałem do niej urazy.
 — Ja nie znam tej Loni.
 — Jakże nie znasz? Czy nie pamiętasz, jak za nią wybiła cię tamta guwernantka? A czyś zapomniał, jak Lonia płakała za tobą i prosiła, żeby ci nic złego nie robili, kiedy spaliła się ta... obórka?...
 Naturalnie, żem wszystko pamiętał, a najlepiej samą Lonię; muszę jednak wyznać, że mnemoniczne zdolności siostry rozgniewały mnie. Wydało mi się rzeczą nieodpowiednią godności mego munduru, że ludzie na wsi, a osobliwie podrastające dziewczynki, mają tak dobrą pamięć.
 Pod wpływem tych uczuć odparłem jak brutal:
 — Eh! daj mi spokój... i z sobą, i z twoją Lonią...
 I poszedłem w głąb parku, zarówno niekontent z niewczesnych wspomnień siostry, jak i z tego, że nie bawię się z dziewczynkami. Sam zresztą nie wiem, czegom chciał, ale byłem taki zły, że kiedyśmy się zeszli z Zosią w domu, nie chciałem z nią rozmawiać.
 Zasmucona siostra starała się schodzić mi z oczu, ale wtedy ja jej szukałem, czując, że mi czegoś brak, że kwestją wspólnej zabawy postawiłem zupełnie fałszywie. Więc dla poprawienia sytuacji, gdy strapiona Zosia wzięła się do cerowania, ja schwyciłem pierwszą z brzegu książkę, i po kilkuminutowem przewracaniu kartek, rzuciłem ją na stół, mówiąc, niby sam do siebie:
 — Wszystkie dziewczęta są głupie!...
 Zdawało mi się, że aforyzm ten będzie bardzo mądry. Ledwiem go jednak skończył, uczułem, że jest w nim coś niesmacznego. Zrobiło mi się żal siostry, wstyd... Nie mówiąc już nic, pocałowałem Zosię w oba policzki i poszedłem do lasu.
 Boże! jakim był tego dnia nieszczęśliwy... Był to przecie dopiero początek moich cierpień.
 Nie chcę nic ukrywać. Przez całą noc śniła mi się Lonia, i odtąd zamiast biednego garbuska, jej cień widywałem w przywidzeniach. Zdawało mi się, że ona jedna mogłaby być tym przyjacielem, którego mi od tak dawna potrzeba. W marzeniach przemawiałem do niej tak długo i tak pięknie, jak piszą w romansach, a byłem taki grzeczny, jak pewien margrabia. W rzeczywistości zaś nie umiałem zdobyć się nawet na to, ażeby pójść do parku, gdy w nim bawiły się dziewczynki, których wesołym śmiechom, przeplatanym upomnieniami guwernantki, przysłuchiwałem się z za parkanu.
 Dobrze pamiętam to miejsce, gdzie wyrzucano śmiecie z pałacu, a rosły wysokie pokrzywy i łopian. Wystawałem tam całe kwadranse poto, żeby uchwycić kilka niewyraźnych frazesów, łoskot bucików na ścieżce i zobaczyć migającą sukienkę Loni, gdy skakała przez sznur.
 Za chwilę wszystko milkło w parku, i wtedym czuł piekący żar słońca i słyszałem nieskończony brzęk much, unoszących się nad śmietniskiem. Potem znowu dolatywały mnie odgłosy śmiechów i gonitwy, przed szczeliną w parkanie migały sukienki, a potem znowu górował szmer drzew, świergot ptaków, gorąco, i natrętne muchy właziły mi prawie w usta.
 Nagle rozległ się głos od pałacu:
 — Lonia!... Zosia!... proszę do pokoju...
 To guwernantka. Znienawidziłbym ją, gdyby mi nie było wiadomo, że jej także smutno.
 Podczas jednej z wycieczek pod parkan przekonałem się, że nie jestem sam. Z pagórka zobaczyłem, między zielonym gąszczem łopianu, szary ze starości kapelusz słomiany, przez wierzch którego widać było jasno-płową czuprynę, bo kapelusz nie miał dna.
 Gdym postąpił kilka kroków w tamtą stronę, czupryna i kapelusz podniosły się nad łopian, i ukazał się siedmio, a może ośmioletni chłopiec, w długiej ale brudnej koszuli, zaściegniętej pod szyję na sznurek. Przemówiłem do niego, ale chłopiec zerwał się i uciekł, szybko jak zając, w stronę pola. Czerwony kołnierz mego munduru i posrebrzane guziki robiły wogóle silne wrażenie na wiejskich dzieciach.
 Zwolna odszedłem w stronę folwarku, a w miarę tego chłopiec zbliżał się do parkanu. Gdym się ukrył za budynkiem, on wlazł na śmietnik i przyłożył oko do tej samej szczeliny, przez którą ja zaglądałem w ogród. Wątpię bardzo, ażeby co widział, ale wciąż patrzył.
 Gdy na drugi dzień przyszedłem na stanowisko, ażeby śledzić zabawę panienek, znowum spostrzegł między łopianem szary kapelusz, nad nim jasno-płową czuprynę, a pod oberwanem skrzydłem parę wlepionych we mnie oczu. Słońce bardzo piekło, więc chłopak po cichu urwał duży liść i zasłonił się nim jak parasolką. Wtedym już nie widział ani jego kapelusza, ani czupryny, tylko szarą koszulę nieco rozchyloną na piersiach.
 Gdym odszedł, chłopiec znowu wbiegł na śmietnik i znowu, jak wczoraj, przyłożył oko do szczeliny, myśląc zapewne, że choć tym razem nie wypatrzyłem z parku wszystkich ciekawości, jakie tam były.
 W tej chwili zrozumiałem śmieszność swoich postępków. Dopierożbym miał, gdyby tak ojciec, albo pan gorzelany, albo nawet — sama Lonia zobaczyła, że ja, uczeń drugiej klasy, w mundurze, wystaję pod parkanem na śmieciach, luzując się z jakimś kandydatem na pastucha, który nie wiem, czy nosił kiedy wypraną koszulę.
 Wstyd mnie ogarnął. Alboż ja nie mam prawa wchodzić jawnie do ogrodu, nie kryjąc się po kątach, jak ten w oberwanym kapeluszu?...
 Śmietnik i szczelina w parkanie obmierzły mi, ale zarazem obudziła się ciekawość: co za jeden jest ten chłopiec? Dzieci w jego wieku już pasą gęsi, a on najpiękniejszą młodość marnuje, wałęsając się za folwarkiem, podgląda cudze interesa, a spytany, zamiast przyzwoicie odpowiadać, ucieka jak królik przed obcym.
 „Czekaj — pomyślałem — już mnie tu nie zobaczysz, ale zato ja wyśledzę, coś ty za jeden!“
 Pamiętałem, że w romansach, obok bohaterów i bohaterek, bywają tacy zagadkowi nieznajomi, przed którymi trzeba się mieć na baczności i wporę ubezwładniać ich intrygi.
 W parę dni, nie zapytując nikogo, dowiedziałem się wszystkiego o tajemniczym nieznajomym. To nie był intrygant. To był Walek, syn dworskiej pomywaczki, którego wszyscy znali, lecz nikt się nim nie zajmował. Dlatego chłopiec miał dużo swobodnego czasu i, jakem sam doświadczył, używał go w sposób niekoniecznie przyjemny dla innych.
 Walek nigdy nie miał ojca, za co wszyscy dokuczali jego matce, kobiecie nieco popędliwej. Na przycinki służby pomywaczka odpowiadała krzykiem i wymysłami, a że jej to widać nie wystarczało, więc resztę — odbijała na Walku.
 Jeszcze chłopiec pełzał na czworakach i miał koszulę zebraną w węzeł na karku (co robiło taki efekt, jakby jej wcale nie posiadał), a już nazywano go znajdą.
 — Tyś go znalazł?... — zapytywała wtedy matka i krzyczała dalej:
 Ażeby was Bóg skarał za moją krzywdę!... Ażeby wam ręce i nogi!... Ażebyś ty sczezł, psia wiaro!...
 Ostatnie życzenie odnosiło się do Walka, który, bezpośrednio potem, otrzymywał kopnięcie nogą poniżej owego węzła z koszuli. Dzieciak, dopóki był głupi, odpowiadał na taki poczęstunek rzewnym płaczem. Ale gdy nabrał rozumu, co nastąpiło dość prędko, wówczas milczał jak trusia i właził pod tapczan, za wielki szaflik, w którym świniom jeść dawano. Widocznie nie chciał być oblany ukropem, jak mu się to raz zdarzyło.
 Bywało i tak, że Walek przesiadywał pod tapczanem cale godziny, dopóki nie zeszli się ludzie na obiad, albo na wieczerzę. Czasem, widząc głowę dziecka, wytkniętą z pod tapczanu, i jego oczy, w których błyszczały łzy niedawnego bólu i — ciekawość do klusków, pytali parobcy matki:
 — A temu nie dacie, coście go zdybali w kartoflach?
 — Bodaj on z tobą gryzł ziemię! — odpowiadała rozdrażniona kobieta, i choć poprzednio miała zamiar nakarmić Walka, teraz nie dała mu jeść.
 — Przecież tak nie można, żeby chłopak, choć znajda, zdychał z głodu — reflektowały ją inne baby.
 — Właśnie, że zdechnie naprzekór wam, kiedy tak wydziwiacie!...
 A ponieważ siedziała trochę tyłem do tapczanu na konewce, więc Walek dostał piętą w zęby.
 Wtedy parobcy na złość matce wydobywali go z ukrycia i karmili.
 — No, Walek — mówił jeden — pocałuj Burka w ogon, to dostaniesz klusków.
 Chłopiec punktualnie spełniał rozkaz, a zato łykał wielkie kluski, nawet ich nie gryząc.
 — No, a teraz daj matce w łeb, to dostaniesz mleka...
 — O, bodajże wam ręce pokrzywiło! — wołała pomywaczka, a chłopiec — umykał za swój szaflik.
 Czasem zziajany, strwożony, biegł pędem na dziedziniec i krył się w gęstych krzakach naprzeciw pałacu. A gdy mu łzy obeschły, widział na ganku piękny stoliczek, przy nim dwa krzesełka, a na nich Lonię i moją siostrę, którym pokojówka wiązała serwetki pod brodą, Salusia nalewała zupę, a pani hrabina mówiła:
 — Dmuchajcie, dzieci, nie poparzcie się, nie powalajcie... A może nie słodkie?...
 Skoro parobcy odeszli do roboty, i w kuchni nie było nikogo, pomywaczka wychodziła na podwórze i wołała:
 — Walek!... Walek... Chodź ino tu...
 Ze sposobu wołania chłopiec poznawał, że może wyjść, i biegł w stronę kuchni. Tam dostawał od matki kawał chleba, drewnianą łyżkę i trochę barszczu w ogromnej donicy, z której jadło sześć osób. Siadał na ziemi, matka stawiała mu donicę między nogi, i poprawiwszy koszulę na plecach, rzekła:
 — A jak kiedy pocałujesz psa w ogon, to ci wszystkie gnaty porachuję. Pamiętaj se!
 Potem odchodziła zmywać statki.
 Wnet jak z pod ziemi wyłaził skądsić pies podwórzowy i siadał naprzeciw chłopca. Z początku kłapał zębami na muchy, ziewał, oblizywał się. Potem powąchał barszczu raz i drugi i — ostrożnie zanurzył w nim język. Walek go pęc! łyżką w łeb. Pies cofnął się, znowu ziewnął i — znowu chlapnął parę łyków, trochę śmielej. Potem już mógł go chłopiec opukiwać po łbie łyżką, jak chciał, bo pies nabrawszy apetytu, za żadne skarby nie wyjąłby pyska z donicy. Lecz i Walek zmiarkował, że ten będzie lepszy, kto pierwej zje, i jadł, aż się zadyszał, z jednego brzegu, a pies chlapał sobie z drugiego.
 Jeżeli matka miała dobry humor, a Walek był pod ręką, wówczas dostawały mu się przysmaki z dworskiego stołu.
 — Naści, pobaw się — mówiła pomywaczka, dając mu okruchy ciastek, talerz powalany sosem, rybi łeb, nieogryzione skrzydełko, albo szklankę, na dnie której znajdowała się odrobina kawy i reszta nierozpuszczonego cukru. Gdy wszystko wyssał ze szklanki, albo do czysta wylizał talerz, zapytywała go matka:
 — A co — dobre?...
 Walek brał się pod boki, jak to robili parobcy po obiedzie, głęboko oddychał i przesunąwszy nabakier swój stary kapelusz, odpowiadał:
 — Podjadł se człowiek, Bogu dziękować!... Trza iść do roboty...
 Opuszczał kuchnią i szedł gdzieś na całe pół dnia.
 Swoje zabawy stosował do tego, co robili starsi. W czasie orki wydobywał z za koryta batożek, ujmował w rękę pierwszy lepszy kołek w płocie, albo korzeń wywróconego drzewa, i — orał całemi godzinami, naturalnie, kiwając się w miejscu i wołając:
 — Byś, ksy! ksy!...
 Jeśli łapano ryby, wyszukiwał między śmieciami dziurawego sitka i z niezmordowaną cierpliwością zanurzał je w wodę. To znów siadał na kiju i jechał poić konie do studni. Raz, znalazłszy koło owczarni stare łapcie z lipowego łyka, rzucał je na wodę i niby to pływał czółnem — naturalnie w myśli.
 Słowem — bawił się doskonale, tylko nigdy się nie śmiał. Do jego dziecinnej twarzy przypił się wyraz niewzruszonej powagi, którą czasami tylko strach luzował. W dużych oczach siedziało wieczne zdumienie, jak u ludzi, którzy przez długie lata patrzyli na niesłychane rzeczy.
 Walek umiał zręcznie wymykać się z domu na całe dnie. I nie dziwiło to parobków, jeżeli jakiego ranka znajdowali go w stogu, albo w lesie pod drzewem. Umiał też na środku pola wystawać długie chwile bez ruchu, jak szary słupek, i z otwartemi ustami patrzeć niewiadomo na co. Wyśledziłem go raz w takiej pozycji, a będąc dość blisko, słyszałem, jak westchnął. Nie wiem dlaczego, westchnienie tak małej figurki przeraziło mnie. Uczułem jakiś żal, niewiadomo do kogo, i w tej chwili polubiłem Walka. Ale, gdym postąpił ku niemu parę kroków nieco śmielej, chłopiec ocknął się i uciekł w krzaki z niepojętą zwinnością.
 Wtedy zrodziła mi się w głowie myśl szczególna, że Bóg, który wciąż patrzy na takie dziecko, musi mieć duszę smutną. Zrozumiałem też, dlaczego na świętych obrazach jest zawsze poważny i dlaczego w kościele trzeba cicho rozmawiać i chodzić na palcach.
 Taki to niepozorny człowieczek sprawił, że zamiast kryć się za parkanami, postanowiłem wybrać się do parku, oświadczywszy pierwej Zosi, że odtąd będę się bawił — z nią i z Lonią.
 Naturalnie siostrę zachwycił ten projekt.
 — Bądźże w parku wtedy — mówiła — kiedy obie wyjdziemy na spacer. Przywitaj się także z guwernantką, która zawsze czyta książki w altanie; ale nie rozmawiaj z nią długo, bo ona nie lubi, ażeby jej przeszkadzać. A potem, zobaczysz, jak nam będzie wesoło!
 Tego samego dnia, przy obiedzie, rzekła do mnie z miną tajemniczą:
 — Przyjdź o trzeciej; powiedziałam już Loni, że będziesz. Jak wyjdziemy z pałacu, zakaszlę...
 Siostra wzięła się do jakiejś roboty, a ja, naturalnie, wyszedłem, bo coprawda, nigdym nie lubił zabierać miejsca w pokoju. Już byłem na dziedzińcu, kiedy wybiegła za mną Zosia:
 — Kaziu! Kaziu!...
 — Cóż tam?...
 — Kiedy zakaszlę, będziesz wiedział, co to znaczy?... — rzekła uroczyście.
 — Rozumie się.
 Wróciła do pokoju, lecz jeszcze zawołała do mnie przez okno:
 — Ja zakaszlę... Pamiętaj!
 I gdzieżem miał pójść, jeżeli nie do parku, choć do umówionej chwili brakowało tęgie półtorej godziny? Byłem tak zamyślony, że nie wiem, czy tego dnia śpiewał jaki ptak w ogrodzie, zazwyczaj bardzo ożywionym. Obiegłem go parę razy wkoło, a następnie siadłem w czółno, przywiązane do brzegu, i nie mogąc pływać, przynajmniej kołysałem się w niem z nudów.
 Układałem sobie plan odświeżenia znajomości z Lonią. Miało się to odbyć w następujący sposób. Gdy Zosia zakaszle, ja z bocznej ścieżki wyjdę ze spuszczoną głową w główną aleją. Wtedy Zosia powie:
 „Patrz, Loniu, to mój brat, pan Kazimierz Leśniewski, uczeń klasy drugiej, przyjaciel tego nieszczęśliwego Józia, o którym ci tyle mówiłam.“
 Lonia wtedy zrobi dyg, a ja, zdjąwszy czapkę, powiem:
 „Dawno już miałem zamiar...“ Nie, tak źle!... „Dawno już pragnąłem odnowić z panią...“ O, nie!... Lepiej będzie tak: „Dawno już pragnąłem złożyć pani moje uszanowanie.“
 Wtedy Lonia spyta się:
 „Pan dawno bawi w naszych stronach?...“ Nie, ona nie powie tak, ale tak: „Przyjemnie mi poznać pana, o którym tyle słyszałam od Zosi.“ A potem co?... Potem — to: „Czy nie przykrzy się panu w naszej okolicy?... pan przywykł do wielkiego miasta.“ A ja odpowiem: „Przykrzyło mi się, dopókim nie miał towarzystwa pani...“
 W tej chwili pod powierzchnią wody mignął szczupak, mający z pół łokcia... Wobec podobnej rzeczywistości pierzchnęły marzenia. Tu, w sadzawce są takie ryby, a ja — nie mam wędki!...
 Zerwałem się z czółna, chcąc zobaczyć, czy w domu są haczyki, i — o mały włos — nie potrąciłem Loni, która właśnie zabierała się do skakania przez czerwony sznurek.
 Ryby, haczyki, plan zawarcia uroczystej znajomości — wszystko odrazu pomieszało mi się w głowie. Oto — szczupak!... Nawet zapomniałem ukłonić się Loni, gorzej jeszcze — bom zapomniał mówić. Ale co za szczupak!...
 Lonia, śliczna szatyneczka, z wyraźnie zarysowanemi ustami, które co chwilę układały się w inny sposób, spojrzała na mnie zgóry i odrzuciwszy wtył bujne loki, zapytała bez wstępu:
 — Czy to prawda, że kawaler przedziurawił nam czółno?
 — Ja?...
 — Tak mi powiedział ogrodnik, a teraz mama nie pozwala nam pływać i kazała czółno przywiązać do brzegu, a wiosła pochować.
 — Ależ jak ojca kocham, tak nie przedziurawiłem czółna! — tłomaczyłem się jak przed inspektorem.
 — Czy tylko z pewnością? — pytała Lonia, bystro patrząc mi w oczy. — Bo to do kawalera bardzo podobne...
 Ton panienki nie podobał mi się. Do licha! najmocniejszy kolega nie przemówiłby do mnie w taki sposób.
 — Kiedy ja mówię, że nie, to już jest z pewnością!... — odpowiedziałem, silnie akcentując odpowiednie wyrazy.
 — W takim razie ogrodnik powiedział nieprawdę — rzekła Lonia, marszcząc brwi.
 — Dobrze zrobił — odparłem — bo młode panny nie umieją pływać czółnem.
 — A kawaler umie pływać?
 — Ja umiem i czółnem i rękami, a także nawznak i stojący.
 — A kawaler będzie nas woził?
 — Jeżeli mama pani pozwoli, to będę.
 — Więc niech kawaler zobaczy, czy czółno nie jest dziurawe.
 — Nie jest.
 — A skądże się tam wzięła woda?
 — Z deszczu.
 — Z deszczu?
 Rozmowa urwała się. Tylem jednak zyskał, żem śmiało patrzył na Lonię, a ona, o ile dziś mi się ta rzecz przedstawia, nic sobie ze mnie nie robiła. Owszem, nie ruszając się z miejsca, zaczęła podskakiwać przez sznur, w odstępach rozmawiając ze mną.
 — Dlaczego kawaler nie bawił się z nami?
 — Bom był zajęty.
 — Cóż kawaler robi?
 — Uczę się.
 — Przecież na wakacjach nikt się nie uczy.
 — W naszej klasie trzeba się uczyć nawet przez wakacje.
 Lonia przeskoczyła sznur dwa razy i rzekła:
 — Adaś jest w czwartej klasie, a jednak przez święta nie uczył się. Ach, prawda!... kawaler nie zna Adasia...
 — Któż to pani powiedział, że nie znam? — zapytałem z dumą.
 — Bo kawaler był w pierwszej klasie, a on w trzeciej...
 Znowu dwa skoki przez sznur... Myślałem, że mi się stanie coś dziwnego.
 — Ze mną wdawała się nawet czwarta klasa — odparłem podrażniony.
 — Wszystko jedno, bo Adaś chodzi do szkół w Warszawie, a kawaler... Gdzie to kawaler chodzi do szkół?... Gdzie?...
 — W Siedlcach — ledwiem odrzekł zdławionym głosem.
 — A ja pojadę także do Warszawy — objaśniła Lonia i dodała:
 Może kawaler powie Zosi, że już tu jestem...
 I nie czekając na moją zgodę lub odmowę, pobiegła ku altance, wciąż skacząc.
 Byłem odurzony; nie mogło mi się w głowie pomieścić, jak mnie ta dziewczyna traktuje.
 — A dajcie mi spokój z waszą zabawą — pomyślałem, naprawdę rozgniewany. — Lonia to niegrzeczna, niedelikatna, to — smarkacz!...
 Powyższe jednak uwagi nie przeszkodziły mi spełnić natychmiast jej rozkazu. Poszedłem do domu bardzo prędko, może nawet za prędko, zapewne skutkiem wewnętrznego wzburzenia.
 Zosia brała już parasolkę, aby iść do ogrodu.
 — No, wiesz — rzekłem, rzucając czapkę w kąt — poznałem się z Lonia.
 — I cóż?... — spytała siostra ciekawie.
 — Nic... tak sobie!... — odparłem, nie patrząc jej w oczy.
 — Prawda, jaka ona dobra, jaka ładna?...
 — Ach! nic mnie to nie obchodzi. Właśnie prosi cię, żebyś tam przyszła.
 — A ty nie pójdziesz?
 — Nie.
 — Dlaczego? — spytała Zosia, zaglądając mi w oczy.
 — Dajże mi spokój!... — oburknąłem. — Nie pójdę, bo mi się nie podoba...
 Musiało być coś bardzo stanowczego w moim głosie, skoro siostra, już nie zadając mi dalszych pytań, wyszła. Widząc, że prawie biegnie, zawołałem ją przez okno:
 — Zosiu, tylko proszę cię, nic tam nie mów... Powiedz, żem... że trochę boli mnie głowa.
 — No, no, nie bój się. Ja ci nie zaszkodzę.
 — Pamiętaj, Zosiu, jeżeli mnie choć trochę kochasz.
 Naturalnie, żeśmy się bardzo serdecznie ucałowali.
 Trudno dziś odgrzebać w pamięci uczucia, jakie mnie szarpały po odejściu Zosi. Jak ta Lonia śmiała rozmawiać ze mną w podobny sposób?... Wprawdzie nauczyciele, a szczególniej inspektor, traktowali mnie dość familjarnie, no — ale to starzy ludzie. Lecz między kolegami w pierwszej, (obecnie już w drugiej klasie), cieszyłem się poważaniem. A tu na wsi — proszę posłuchać, jak rozmawiał ze mną ojciec, jak mi się kłaniali parobcy, ile razy mówił pisarz: „Panie Kazimierzu, może pozwoli pan do mnie na fajeczkę?“ Ja mu na to: „Dziękuję panu, nie chcę się przyzwyczajać.“ A on: „Jaki pan szczęśliwy, że pan ma taką moc nad sobą... Pan nie dałby się i guwernantce...“
 Odpowiednio do postępowania starszych, ja także byłem poważny. Przecie sam ksiądz proboszcz mówił do ojca: „Patrzaj, mości dobrodzieju, panie Leśniewski, co to szkoła robi z chłopaka. Ten Kazio, rok temu był wisus i pędziwiatr, a dziś, mości dobrodzieju, to statysta, to Metternich...“
 Tak mnie sądzili ludzie... I trzeba wypadku, żeby jakaś koza, która ani jednej klasy nie widziała, ażeby ona śmiała mi powiedzieć, że — „to do kawalera bardzo podobne!...“ Kawaler?... co mi za dorosła panna! Że zna jakiegoś Adasia, to już zadziera głowę. Cóż ten Adaś? Skończył trzecią klasę, a ja idę do drugiej. Wielka różnica! Jak będzie osioł, to go dogonię, a nawet przegonię. Jeszcze, w dodatku do wszystkiego, każe mi iść po Zosię, jakbym ja był jej lokajczukiem. Zobaczymy, czy cię drugi raz usłucham!... Słowo daję, że, jeżeli kiedy odezwie się z czemś podobnem, to poprostu — włożę ręce w kieszenie i odpowiem: „Tylko proszę sobie tak nie pozwalać!“ A nawet lepiej: „Moja Loniu, widzę, że nie nauczyłaś się grzeczności...“ Albo nawet tak: „Moja Loniu, jeżeli chcesz, ażebym się z tobą wdawał...“
 Czułem, że mi nie przychodzi dobra odpowiedź, i to mnie coraz więcej drażniło. Musiałem się nawet zmienić na twarzy, bo nasza gospodyni, stara Wojciechowa, dwa razy wchodziła do pokoju, patrząc na mnie z pod oka, aż nareszcie odezwała się:
 — O, dla Boga, a czego to Kazio taki markotny?... Czy co Kazio zwojował, czy może z panem co?...
 — Nic mi nie jest.
 — Już ja widzę, że nie; nic przede mną się nie zatai. Jakeś co zmalował, to odrazu idź do ojca i przyznaj się.
 — Ale nic nie zrobiłem. Trochem się zmęczył i tyle.
 — Jakeś się zmęczył, to se odpocznij i podjedz. Zaraz dam ci chleba z miodem.
 Wyszła i za chwilę powróciła z ogromnym kawałem chleba, z którego miód aż kapał.
 — Ale ja nie będę jadł, dajcie mi spokój!...
 — Co nie masz jeść? Bierz ino prędko, bo mi miód po palcach ucieka. Podjesz se, to się zaraz rozweselisz. Człowieka zawsze trapi, kiedy głodny, ale jak se podje, zaraz mu się w głowie przetrze... No, ino weź do garści!
 Musiałem wziąć, bojąc się, ażeby mi nie okapała miodem włosów albo munduru. Machinalnie zjadłem, i naprawdę zrobiło mi się trochę lżej w sercu. Pomyślałem, że jakoś dam sobie radę z Lonią, i że wartoby także biednego Walka poczęstować, bo on pewnie miód rzadko jadał, a zresztą — już go lubiłem.
 Na moje żądanie, Wojciechowa, widząc tak błogi skutek lekarstwa, ukroiła mi jeszcze większy kawałek chleba, nie żałując miodu. Ostrożnie zabrałem prowjant i wyszedłem szukać chłopca.
 Znalazłem go nieopodal od kuchni. Rozmawiali z nim, śmiejąc się, dwaj parobcy, którzy przywieźli drzewo z lasu.
 — Jak cię jeszcze raz matka zbije — mówił jeden — to zabierz się i idź w świat. Co, pójdziesz?...
 — Kiej nie wiem jak — odparł Wałek.
 — Weź buty na kij i aby za las. Tam światu dosyć.
 — Kiej butów nie mam.
 — To weź sam kij. Z kijem i bez butów zajdziesz...
 Zobaczywszy mnie, chłopiec uciekł w stronę łopianu.
 — Co wy mu tak mówicie? — zapytałem parobków.
 — Nic, kpinkujemy se z niego. Zwyczajnie, jak z głupiego.
 Czując, że miód zaczyna mi walać palce, nie wdawałem się z nimi w dalszą rozmowę, lecz poszedłem za Walkiem. Stał między zielskiem i patrzył na mnie.
 — Walku! — zawołałem — masz tu chleb z miodem.
 Nie ruszył się.
 — No, chodźże... — i postąpiłem parę kroków.
 Chłopiec zaczął uciekać.
 — Och! jakiś ty głupi... No, masz chleb, kładę ci go, ot tu...
 Położyłem na kamieniu i odszedłem. Ale dopiero gdym się skrył za węgłem kuchni, chłopiec zbliżył się do kamienia, począł ostrożnie chleb oglądać i nareszcie — zjadł go, o ile mi się zdaje, z apetytem.
 W godzinę później, idąc w stronę lasu, spostrzegłem, że chłopiec drepcze za mną w pewnej odległości. Zatrzymałem się i on stanął. Gdym zawrócił do domu, odskoczył nabok i skrył się w krzakach. Ale po małej chwili znowu biegł za mną.
 Tego dnia dałem mu drugi raz chleba. Wziął go z ręki, lecz jeszcze z obawą, i zaraz uciekł. Wszelako od tej pory począł chodzić za mną, zawsze w pewnej odległości.
 Od rana krążył pod naszemi oknami jak ptak, któremu przyjacielska ręka sypie ziarno. Wieczorem siadał pod kuchnią i patrzył na naszą oficynę. Dopiero gdy światło zgasło, szedł spać na płachtę za piec, gdzie mu świerkały nad głową świerszcze.
 W kilka dni po pierwszem spotkaniu z Lonią, ulegając namowom Zosi, poszedłem z nią do parku.
 — Wiesz — zapewniała mnie siostra — że Lonia bardzo tobą zajęta. Ciągle mówi o tobie, gniewa się, żeś wtedy nie wrócił, i wypytuje, kiedy przyjdziesz.
 Cóż dziwnego, żem uległ, tem bardziej, że mnie samego coś ciągnęło do Loni. Zdawało mi się, iż wtedy dopiero skończą się moje tęsknoty, wywołane śmiercią Józia, gdy zacznę chodzić z Lonią pod rękę i prowadzić z nią poważne rozmowy. O czem mianowicie? — nie wiem do dziś dnia. Czułem tylko, że chcę pięknie mówić, dużo mówić i — mieć jedynego słuchacza w Loni.
 Na myśl o przechadzkach we dwoje, coś grało mi w piersiach jak arfy, migotało jak słońce w kroplach rosy. Ale rzeczywistość niezawsze odpowiada marzeniom. To też, gdy prowadzony przez siostrę, spotkałem znowu Lonię, odezwałem się do niej z zamiarem rozpoczęcia owych idealnych rozmów:
 — Czy pani lubi łapać ryby?
 W tej chwili dziewczęta wzięły się pod ręce, zaczęły szeptać, biegać po alei i śmiać się jak szalone. Osłupiałem, obracając w palcach wędkę, dla zrobienia której małom nie dostał kopytem od siwego konia za to, żem mu wyrywał z ogona włosień.
 Już zabierałem się do odejścia obrażony, gdy wróciły dziewczęta, a Zosia rzekła:
 — Lonia prosi cię, żebyście mówili sobie po imieniu.
 Ukłoniłem się, milcząc z zakłopotania, a one znowu w śmiech i pobiegły w stronę sadzawki.
 — Wie kawaler... — zaczęła Lonia, lecz wnet poprawiła się:
 — Wiesz, Zosiu, że mama stanowczo nie pozwala nam pływać czółnem. Powiedziałam, że nas będzie woził twój brat, ale mama...
 Wyszeptała Zosi jakiś długi frazes do ucha; ja jednak odrazu zgadłem, o co chodzi. Pewnie mama boi się, ażebym nie potopił dziewcząt, ja, taki pływak i uczeń drugiej klasy!...
 Byłem zawstydzony. Spostrzegła to Lonia i nagle rzekła:
 — Niech kawaler...
 Znowu poprawiła się:
 — Poproś, Zosiu, brata, ażeby nam urwał lilij wodnych. One takie ładne, a ja ich nigdy nie miałam w ręku.
 Duch we mnie wstąpił. Przynajmniej teraz pokażę, co umiem.
 Dużo lilij rosło na sadzawce, ale nie przy brzegu, tylko trochę dalej. Ułamałem pręt i wszedłem na huśtające się czółno.
 Lilje mają jakby sprężyste łodygi. Zaczepione prętem zbliżały się, lecz wnet odpływały. Ułamałem kij dłuższy, zakończony rodzajem haczyka. Tym razem udało mi się lepiej. Mocno pochwycona lii ja przypłynęła tuż, tuż... Wyciągam lewą rękę, jeszcze za daleko. Klękam na dziobie łódki, wychylam się i już mam zerwać kwiat, gdy nagle — padam na wodę jak długi, pręt wymyka mi się z ręki, a lilja znowu odpływa.
 Panny w krzyk... Ja wołam: „To nic! to nic! tu płytko!...“ Wylewam wodę z czapki, kładę ją na głowę i brodząc po pas w sadzawce, a po kolana w błocie, zrywam jedną lilją, drugą, trzecią, czwartą...
 — Kaziu! na miłość boską, wracaj!... — woła z płaczem siostra.
 — Dosyć, już dosyć!... — wtóruje jej Lonia.
 Ja nie słucham. Rwę piątą, szóstą i dziesiątą lilją, a potem liście.
 Wyszedłem z sadzawki, zmoczony od stóp do głów, zabłocony powyżej kolan i na rękawach. Na brzegu Zosia płacze, Lonia nie chce brać kwiatów, a za niemi kryje się żółty ze strachu — Walek...
 Widzę, że Lonia ma także łzy w oczach, lecz nagle zaczyna się śmiać:
 — Patrz, Zosiu, jak on wygląda!...
 — Boże! co powie tatko?... — woła Zosia. — Mój Kaziu, umyjże sobie przynajmniej twarz, boś cały zamazany.
 Machinalnie dotykam nosa zabłoconą ręką. Lonia ze śmiechu aż siada na murawie. Zosia także śmieje się, ocierając oczy, a nawet Walek otwiera usta i wydaje głos podobny do beczenia.
 Teraz jego spostrzegają dziewczynki.
 — Co to jest? — pyta Zosia — skąd on się tu wziął?
 — On tu przyszedł za twoim bratem — odpowiada Lonia. — Widziałam go, jak się skradał między krzakami.
 — Boże! jaki on ma kapelusz!... Czego on chce od ciebie, Kaziu?... — mówi siostra.
 — Chodzi za mną od kilku dni.
 — Aha! to pewnie Kazio z nim się bawił, kiedy od nas uciekał... — odzywa się ironicznie Lonia. — Patrz, Zosiu, jak oni obaj wyglądają — jeden zalany wodą, a drugi nieumyty... Oj, zaśmieję się!...
 To zestawienie z Walkiem wcale mi się nie podobało.
 — No, mój Kaziu, umyjże się i idź do domu przebrać się, a my pójdziemy tymczasem do altanki — rzekła Zosia, podnosząc Lonię, która z nadmiaru uciechy była bliską spazmów.
 Odeszły. Zostałem ja, Walek i — pęk lilij na trawie, których nikt nie podniósł.
 „Takaż to nagroda za moje poświęcenie?“ — pomyślałem z goryczą, czując błoto w ustach. Zdjąłem czapkę. Strach, co

się z niej zrobiło!... Podobna do ścierki, a daszek w jedneni miejscu odłazi. Z munduru, z kamizelki, z koszuli strugami płynie woda. Pełno jej w butach, aż skwierczy, gdy się ruszę. Czuję, że z płótna robi się na mnie sukno, z sukna skóra, a ze skóry drewno. A tam, w stronie altanki, słyszę jeszcze śmiech Loni, która moją przygodę opowiada guwernantce.
 Za chwilę przyjdą tu. Chcę się umyć, lecz, nie dokończywszy, uciekam, bo już idą!... Już w alei widzę ich suknie, słyszę wydziwiania guwernantki. Przecięły mi drogę do domu, zawracam w inną stronę ku płotowi.
 — Gdzież on jest? — zapytuje krzykliwie guwernantka.
 — O, tam, tam!... uciekają obaj — odpowiada Lonia.
 Teraz widzę, że Walek krok w krok biegnie za mną. Dopadam płotu, on za mną. Włażę na żerdzie, on także. I kiedy obaj, zwróceni twarzami do siebie, siedzimy na płocie, jak na koniu, w krzakach ukazuje się Lonia, Zosia i guwernantka.
 — Ach! i ten przyjaciel!... — krzyczy Lonia ze śmiechem.
 Zeskoczyłem z płotu i pędzę przez pole w stronę naszej oficyny, a Walek wciąż dotrzymuje mi towarzystwa. Widocznie bawi go ta obława, bo otwiera usta i wydaje głos beczący, który ma oznaczać zadowolenie.
 Stanąłem — wściekły z gniewu.
 — Mój kochany, czego ty chcesz ode mnie?... Czego się za mną włóczysz?... — rzekłem do chłopca.
 Walek zdumiał się.
 — Idź sobie ode mnie, idź sobie precz!... — mówiłem, zaciskając pięści. — Narobiłeś mi wstydu, wszyscy śmieją się ze mnie... Jeżeli mi jeszcze kiedy wleziesz w drogę, zbiję cię...
 Powiedziawszy to, odszedłem, a chłopiec został. Gdym oddalił się o kilkanaście kroków i odwróciłem głowę, zobabaczyłem[3] go w tem samem miejscu. Patrzył na mnie i głośno płakał.
 Wpadłem do naszej kuchni jak upiór, a gdziekolwiek stąpiłem, zostawała struga wody. Na mój widok spłoszone kury z gdakaniem i rozpuszczonemi skrzydłami rzuciły się do okien, dziewuchy zaczęły się śmiać, a Wojciechowa uderzyła w ręce.
 — Słowo stało się ciałem!... A tobie co?... — krzyknęła babina.
 — Nie widzicie?... Wpadłem w sadzawkę i basta!... Niech mi Wojciechowa da płócienne ubranie, buty, koszulę... Tylko prędzej.
 — Zgryzota moja z tym Kaziem! — odpowiedziała Wojciechowa. — Do kitla pewno guziki nie przyszyte... Kaśka, rusz ino się, poszukaj butów!
 Zaczęła mi rozpinać i zdejmować mundur, przy pomocy drugiej dziewuchy. Poszło jako tako, ale z butami był ambaras. Ani w prawo ani w lewo. Wreszcie zawołały do pomocy fornala. Musiałem położyć się na tapczanie, Wojciechowa z dziewuchami trzymały mnie pod ramiona, a fornal ściągał buty. Myślałem, że mi nogi powykręca. Zato w pół godziny byłem już jak lalka — wytarty, przebrany i uczesany. Nadbiegła Zosia i przyszyła mi guziki do płóciennego uniformu. Wojciechowa zmoczoną odzież wykręciła, wyniosła na strych, i — cicho.
 Ojciec jednak, wróciwszy do domu, wiedział już o wszystkiem. Popatrzył na mnie drwiąco, pokiwał głową i rzekł:
 — Oj, ty ośle, ośle!... Pójdź teraz do Loni, żeby ci sprawiła nowe majtki.
 Wnet ukazał się pan gorzelany. I ten mnie obejrzał, naśmiał się, ale podsłuchałem, jak mówił do ojca w kancelarji:
 — Żwawy chłopak! za dziewuchami wlezie w ogień... Tak, jak my, za młodych lat, panie Leśniewski.
 Domyślałem się, że cały folwark wiedział o mojej uprzejmości dla Loni, i byłem bardzo zawstydzony.
 Nad wieczorem, przyszła dziedziczka, Lonia i guwernantka, a każda z nich, o dziwo! miała przy sukni — lilją wodną... Chciałem schować się pod ziemię, uciec, ale — zawołano mnie i stanąłem przed obliczem pań.
 Uważałem, że guwernantka przypatruje mi się bardzo życzliwie. Zaś pani hrabina pogłaskała mnie po czerwonej twarzy i dała mi kilka cukierków.
 — Mój chłopczyku — rzekła — bardzo pięknie, żeś taki grzeczny, ale, proszę cię — nie woź nigdy panienek czółnem. Dobrze?...
 Pocałowałem ją w rękę i coś mruknąłem.
 — Ale i sam także nie pływaj. Przyrzekasz mi?
 — Nie będę pływał.
 Potem zwróciła się do guwernantki i coś pogadała po francusku. Usłyszałem kilka razy powtórzony wyraz: hero. Na nieszczęście, usłyszał go i ojciec i odezwał się:
 — Oj, ma pani hrabina racją. Herod, prawdziwy Herod!...
 Panie uśmiechnęły się, a po ich odejściu Zosia usiłowała wytłomaczyć ojcu, że hero pisze się heros, a po francusku nie znaczy Heroda, tylko bohatera.
 — Bohater? — powtórzył ojciec. — On taki bohater, że zamoczył mundur i podarł majtki, a ja beknę Szulimowi ze dwadzieścia złotych. Niech djabli wezmą bohaterstwo, za które inni muszą płacić!
 Prozaiczne poglądy ojca dużo mi sprawiły przykrości. Dziękowałem jednak Bogu, że się tylko na nich skończyło.
 Odtąd widywałem się z Lonią nietylko w parku, ale i w pałacu. Jadłem tam parę razy obiad, co napędziło mi dużo kłopotu, i prawie codzień podwieczorek, na który dawano kawę albo poziomki, albo maliny z cukrem i ze śmietanką.
 Często rozmawiałem ze starszemi paniami. Hrabina dziwiła się memu oczytaniu, które zawdzięczałem bibljotece garbuska, a guwernantka, panna Klementyna, poprostu zachwycała się mną. Tę ostatnią sympatją zawdzięczałem nie tyle mojej erudycji, ile rozmowom o pisarzu, o którym wiedziałem, gdzie pilnuje roboty i co myśli o pannie Klementynie. Wkońcu, światła ta osoba zwierzyła mi się, iż wcale nie myśli wyjść za mąż za pisarza, lecz pragnęłaby tylko podnieść go — moralnie. Oświadczyła mi, że według jej pojęć, rola kobiet w świecie polega na podnoszeniu mężczyzn, i że ja sam, gdy urosnę, muszę spotkać w życiu taką kobietę, która mnie podniesie.
 Wykłady te bardzo mi się podobały. Coraz też gorliwiej znosiłem pannie Klementynie wiadomości o pisarzu, a jemu o pannie Klementynie, za co pozyskałem życzliwość obojga.
 O ile dziś sobie przypominam, w pałacu życie było osobliwe. Do hrabiny co kilka dni przyjeżdżał jej narzeczony, a panna Klementyna po parę razy na dzień odwiedzała te zakątki parku, z których mogła zobaczyć pisarza, a przynajmniej — jak mówiła — usłyszeć dźwięk jego głosu, zapewne wówczas, kiedy wymyślał parobkom. Ze swej strony panna służąca płakiwała kolejno w rozmaitych oknach za tymże pisarzem, a reszta fraucymeru, naśladując zwierzchność, dzieliła swe uczucia między lokaja, chłopca kredensowego, kucharza, kuchcika i stangreta. Nawet serce starej Salusi nie było wolne. Panowały w niem indyki, gąsiory, kaczory, koguty i kapłony, tudzież ich różnopióre i różnokształtne towarzyszki, w gronie których gospodyni całe dnie przepędzała.
 Rzecz prosta, że w tak zajętem otoczeniu nam, dzieciom, schodził czas swobodnie. Bawiliśmy się od rana do wieczora, i tylko wówczas widywaliśmy osoby starsze, gdy wołano nss na obiad, na podwieczorek, albo na spoczynek.
 Dzięki tej wolności, moje stosunki z Lonią ułożyły się w sposób dość oryginalny. Ona mi mówiła przez parę dni „Kaziu“, później „ty“, posługiwała się mną, nawet krzyczała na mnie, a ja — wciąż nazywałem ją „panią“, coraz rzadziej mówiłem, ale coraz częściej słuchałem. Niekiedy budziła się we mnie duma człowieka, który za rok może pójść do trzeciej klasy. Wtedy przeklinałem ową chwilę, kiedym to Lonię po raz pierwszy usłuchał, idąc na jej rozkaz po siostrę. Mówiłem sobie:
 — Cóżto ona myśli, że ja u niej jestem w służbie, jak mój ojciec u jej matki?...
 Tym sposobem buntowałem samego siebie, postanawiałem, że się to musi zmienić. Lecz na widok Loni całkiem opuszczała mnie odwaga, a jeżelim nawet i zdołał zatrzymać jakąś resztkę, to znowu Lonia wypowiadała swoje rozkazy z taką niecierpliwą prośbą, tak tupała nóżką, żem musiał wszystko zrobić. A kiedy raz, złapawszy wróbla, nie oddałem jej go natychmiast, zawołała:
 — Nie chcesz, to nie!... Obejdę się bez twego wróbla...
 Była tak obrażona i taka ciekawa, żem ją począł zaklinać, ażeby wzięła wróbla. Ona nie i nie!... Ledwiem ją przebłagał, naturalnie przy pomocy Zosi, i jeszcze mimo to przez kilka dni musiałem słuchać żalów:
 — Jabym ci takiej przykrości nigdy w życiu nie zrobiła. Wiem teraz, jakiś ty stały! Pierwszego dnia skoczyłeś w wodę, ażeby mi lilij narwać, a już wczoraj nie chciałeś mi nawet pozwolić, żebym trochę pobawiła się z ptaszkiem. Wiem już wszystko... O! żaden inny chłopiec nie postąpiłby ze mną w taki sposób.
 A kiedy po wszelkich możliwych wyjaśnieniach, prosiłem ją wkońcu, ażeby się choć nie gniewała, odparła:
 — Czy ja się gniewam?... Ty najlepiej wiesz, że się na ciebie nie gniewam. Mnie tylko było przykro. Ale jak mi było przykro, tego sobie nikt nie wyobrazi... Niech ci powie Zosia, jak mi było przykro.
 Wtedy Zosia, z uroczystą miną, wytłomaczyła mi, że Loni było bardzo, ale to bardzo przykro.
 — Zresztą niech ci powie sama Lonia, jak jej było przykro — zakończyła moja kochana siostrzyczka.
 Odsyłany od Annasza do Kaifasza po bliższe określenie stopnia owej przykrości, zupełnie straciłem głowę.
 Stałem się maszyną, z którą panienki robiły, co im się tylko podobało, bo lada cień samodzielności z mojej strony wyrządzał przykrość albo Loni, albo Zosi, którą obie te panie odczuwały do spółki.
 Gdyby biedny Józio wstał z grobu, nie poznałby mnie w tym cichym, posłusznym, zahukanym kawalerze, który wiecznie po coś chodził, coś nosił, czegoś szukał, o czemś nie wiedział, na czemś nie znał się, i co kilka minut był strofowany. A gdyby to widzieli moi koledzy!...
 Pewnego dnia panna Klementyna była bardziej zajęta, niż zwykle. Pisarz bowiem miał jakiś dozór przy stajniach, o kilkanaście kroków od jej ulubionej altanki. Korzystając z tego, wymknęliśmy się we troje za park, do tych krzaków, gdzie rosły jeżyny.
 Strach, ile ich tam było! Co krok kępa, a na każdej gąszcz jeżyn czarnych i wielkich jak śliwki. Z początku zbieraliśmy je razem, zamieniając między sobą wykrzykniki podziwu i zadowolenia. Wkrótce jednak zamilkliśmy i rozeszliśmy się każde w swoją stronę. Nie wiem, jak tam dziewczęta, ale ja, utonąwszy wśród najgęstszych kęp, zapomniałem o świecie. Co to były za jeżyny!... Dziś niema nawet takich ananasów.
 Zmęczony staniem — usiadłem, zmęczony siedzeniem — położyłem się na krzakach, jak na sprężynowym fotelu. Było tu tak ciepło, tak miękko i obficie, że nie wiem, skąd pomyślałem, iż właśnie tak musiało być Adamowi w raju. Boże! Boże! dlaczego ja nie byłem Adamem? Do dziś dnia na przeklętem drzewie rosłyby jabłka, bo dla zerwania ich nie chciałoby mi się nawet ręki podnieść nad głowę...
 Rozciągając się jak wąż pod ciepłem słońcem, na giętkich krzakach, czułem nieopisane szczęście, głównie z tego powodu, żem mógł zupełnie nie myśleć. Czasem przewracałem się nawznak, głową niżej niż reszta ciała. Poruszane wiatrem liście głaskały mnie po twarzy, a ja patrzyłem w ogromne niebo i z niezgłębionem zadowoleniem wyobrażałem sobie, że mnie — wcale niema. Lonia, Zosia, park, obiad, wreszcie szkoły i pan inspektor, wydawały mi się snem, który niegdyś był, ale już przeszedł, może sto lat temu, a może i tysiąc. Biedny Józio w niebie wciąż zapewne doświadcza tych uczuć. Jaki on szczęśliwy!...
 Wkońcu już mi się i jeżyn odechciało. Czułem, jak łagodnie unoszą mnie krzaki, widziałem każdą chmurkę, zwolna sunącą się po błękicie, słyszałem szelest każdego liścia, alem sam nic nie myślał.
 Nagle, coś szarpnęło mnie. Zerwałem się na równe nogi, nie pojmując, co się dzieje. Przez mgnienie było cicho jak i pierwej, lecz w tejże chwili usłyszałem płacz i krzyk Loni:
 — Zosiu!... Panno Klementyno!... na pomoc!...
 Jest coś strasznego w krzyku dziecka: „Na pomoc!...“ Przemknęły mi przez głowę wyrazy: żmija! Tarnina chwytała mnie za odzież, oplątywała nogi, szarpała, odpychała, nie!... ona mocowała się ze mną, biła się ze mną jak żywy potwór, a tymczasem Lonia wołała: „Na pomoc!... Boże, mój Boże!...“ — a ja rozumiałem tylko jedną rzecz, jasną jak słońce, że tu muszę dać pomoc, albo sam zginąć.
 Zmęczony, podrapany, a najbardziej — przerażony, przedarłem się wkońcu do tego miejsca, gdziem słyszał płacz Loni.
 Siedziała na krzaku, drżąc i załamując ręce.
 — Loniu!... co tobie?... — zawołałem do niej, pierwszy raz po imieniu.
 — Osa!... osa!...
 — Osa?... — powtórzyłem, rzucając się ku niej. — Ukąsiła cię?...
 — Jeszcze nie, ale...
 — Więc cóż...
 — Chodzi po mnie...
 — Gdzie?...
 Z oczu jej płynęły łzy. Była bardzo zawstydzona, ale strach przemógł.
 — Wlazła mi w pończoszkę... O, Boże... Boże, Zosiu!...
 Ukląkłem przed nią, alem jeszcze nie śmiał szukać osy.
 — Więc wyjmij ją — rzekłem.
 — Kiedy się boję. O, Boże!...
 Drżała jak w febrze. Zdobyłem się na szczyt odwagi.
 — Gdzie ona jest?
 — Teraz chodzi mi po kolanie...
 — Niema jej ani tu, ani tu.
 — Już jest wyżej... Ach! Zosiu, Zosiu!...
 — Ależ i tu jej niema...
 Lonia zasłoniła twarz rękoma.
 — Musiała schować się w sukienkę... — rzekła, płacząc jeszcze rzewniej.
 — Jest!... — zawołałem. — To mucha...
 — Gdzie?... Mucha?... — spytała Lonia. — Prawda, że mucha! Ach, jaka duża... Byłam pewna, że to osa. Myślałam, że umrę... Boże! jaka ja głupia.
 Obtarła oczy i odrazu zaczęła się śmiać.
 — Zabić ją, czy puścić? — spytałem Loni, pokazując jej nieszczęsnego owada.
 — Jak ci się podoba — odpowiedziała już zupełnie spokojnie.
 Chciałem muchę zabić, ale — nie miałem serca. A ponieważ i skrzydła i ona sama była bardzo zmięta, więc — ostrożnie położyłem ją na liściu.
 Tymczasem Lonia przypatrywała mi się nader pilnie.
 — Co tobie?... — nagle spytała.
 — Nic — odpowiedziałem, usiłując się roześmiać.
 Uczułem, że siły gwałtownie mnie opadają. Serce uderzało mi jak dzwon, zaczęło mi się ćmić w oczach, zimny pot wystąpił na całe ciało, i klęcząc — zachwiałem się.
 — Co tobie, Kaziu?...
 — Nic... tylko myślałem, że ci się trafiło jakie nieszczęście...
 Gdyby mnie Lonia nie pochwyciła i nie oparła mi głowy na swych kolanach, byłbym rozbił nos o ziemię.
 Jakaś ciepła fala uderzyła mi do głowy, usłyszałem szum w uszach i znowu głos Loni:
 — Kaziu!... kochany Kaziu... co tobie?... Zosiu!... o Boże, on zemdlał... Cóż ja tu pocznę, nieszczęśliwa?...
 Objęła mnie rękoma za głowę i zaczęła całować. Na całej twarzy czułem jej łzy. Było mi jej tak żal, żem zebrał resztę sił i z trudem dźwignąłem się.
 — Nic mi nie jest!... nie bój się!... — zawołałem z głębi piersi.
 Istotnie chwilowe osłabienie minęło tak prędko, jak przyszło. W uszach przestało szumieć, wzrok mi się wyjaśnił, podniosłem głowę z kolan Loni i patrząc jej w oczy, śmiałem się.
 Teraz i ona zaczęła się śmiać.
 — Ach, ty niepoczciwy, ach, ty niedobry!... — mówiła — żeby mi narobić takiego strachu. Jakże ty mogłeś zemdleć przez takie głupstwo?... Gdyby to nawet była osa, toby mnie przecież nie zjadła... I co jabym robiła tu z tobą?... Ani wody, ani ludzi, Zosia gdzieś poszła, a ja sama musiałabym ratować takiego dużego chłopca. Wstydź się!
 Naturalnie, żem się wstydził. Czy można ją było tak przestraszać?
 — I Cóż, jakże ci jest? — pytała Lonia. — Eh! już pewnie dobrze, boś nie taki blady. Pierwej byłeś blady, jak płótno.
 No — dodała po chwili — będę ja się mieć zpyszna, jak się mama o tem dowie!... Ach, Boże! boję się nawet wracać do domu...
 — O czem mama się dowie? — spytałem.
 — O wszystkiem, a najgorzej o tej osie...
 — Więc nie mów nikomu.
 — Cóż z tego, że ja nie powiem... — rzekła, odwracając głowę.
 — Może myślisz, że ja powiem?... — odparłem. — Jak ojca kocham, tak nikomu ani słówka.
 — A Zosi?... Ona jest dobra do sekretu.
 — Ani Zosi. Nikomu.
 — Choć i bez tego wszyscy się dowiedzą. Ty jesteś taki podrapany, potargany... Ale, czekaj-no!... — dodała po chwili i obtarła mi twarz chustką. — Boże! czy ty wiesz, że ja ciebie nawet pocałowałam ze strachu, bom już nie wiedziała, co robić. Żeby się kto o tem dowiedział, spaliłabym się ze wstydu, choć naprawdę — z osą byłby także kłopot. Ach! co ja mam zmartwienia przez ciebie...
 — Ale nie masz się czego obawiać — pocieszałem ją.
 — Tak, nie mam! Wszystko się wyda, bo masz pełno liści w głowie. Zresztą, zaczekaj, ja cię uczeszę. Byle tylko z jakiego krzaka nie podglądała nas Zosia. Ona jest dobra do sekretu, ale zawsze...
 Lonia wzięła ze swych włosów półkolisty grzebień i zaczęła mnie czesać.
 — Ty zawsze jesteś potargany — mówiła. — Powinieneś czesać się tak, jak wszyscy panowie. O, tak!... Mieć przedział z prawego boku, nie z lewego. Gdybyś miał włosy czarne, byłbyś taki piękny, jak narzeczony mojej mamy. Ale żeś blondyn, więc uczeszę cię inaczej. Będziesz teraz wyglądał, jak aniołek, co jest pod Madonną. Wiesz, który... Szkoda, że nie mam lusterka.
 — Kaziu! Loniu!... — zawołała w tej chwili Zosia, gdzieś od strony parku.
 Zerwaliśmy się oboje, a Lonia była naprawdę przelękniona.
 — Wszystko się wyda! — rzekła. — Och! ta osa!... A najgorsze to, żeś zemdlał...
 — Nic się nie wyda! — odparłem energicznie. — Ja przecie nic nie powiem.
 — Ani ja. Nie powiesz nawet, żeś zemdlał?...
 — Naturalnie.
 — No, no!... — dziwiła się Lonia. — Bo ja, żebym zemdlała, tobym nie mogła wytrzymać...
 — Kaziu! Loniu!... — wołała moja siostra, już o kilkanaście kroków od nas.
 — Kaziu! — szepnęła Lonia, kładąc palec na ustach.
 — Już nie bój się!
 Zaszeleściły krzaki, i ukazała się Zosia, ubrana w fartuszek.
 — Gdzieś ty była, Zosiu? — zapytaliśmy ją oboje.
 — Chodziłam po fartuszek dla siebie i dla ciebie, Loniu. Masz oto, bo jeżyny walają.
 — Czy zaraz wracamy do domu?...
 — Niema poco — odparła Zosia. — U mamy jest ten pan, a panna Klementyna ani myśli wyjść z altanki. Możemy tu siedzieć choćby do wieczora. Ale już zaczynam rwać jeżyny, boście wy więcej zjedli ich niż ja.
 Zaczęły rwać obie, a ja także jakoś nabrałem na nowo ochoty do jedzenia.
 Widząc, że oddalam się, Lonia zawołała za mną:
 — Kaziu! wiesz, o czem myślę!...
 I pogroziła mi palcem.
 W tej chwili, po raz nie wiem który, przysiągłem sobie, że nikomu nie wspomnę ani o mojem zemdleniu, ani o tej musze. Ledwiem jednak odszedł kilka kroków, usłyszałem głos Loni:
 — Żebyś ty wiedziała, Zosiu, co się tu działo!... Ale nie, nie mogę ci powiedzieć ani słówka. Chociaż, gdybyś mi przyrzekła, że dotrzymasz sekretu...
 Uciekłem jak najdalej w gąszcz, czując, że się wstydzę. No, chociaż Zosia...
 Na owych nieszczęsnych jeżynach byliśmy jeszcze z godzinę. Gdyśmy stamtąd wracali do domu, dostrzegłem wielką zmianę sytuacji. Zosia patrzyła na mnie ze zgrozą i ciekawością, Lonia wcale nie patrzyła, a ja byłem tak zmieszany, jakbym popełnił morderstwo.
 Żegnając się z nami, Lonia serdecznie ucałowała Zosię, a mnie — kiwnęła głową. Zdjąłem przed nią czapkę, myśląc, że jestem wielki gałgan.
 Po odejściu Loni, Zosia wzięła mnie w obroty.
 — Dowiedziałam się pięknych rzeczy! — rzekła z powagą.
 — Cóżem ja zrobił? — zapytałem, na dobre przestraszony.
 — Jakto co? Naprzód — zemdlałeś (ach! Boże, i mnie przy tem nie było...), no — a potem ta osa, czy mucha... Okropność... Biedna Lonia! Ja umarłabym ze wstydu.
 — Ale cóżem ja temu winien? — ośmieliłem się spytać.
 — Mój Kaziu — odparła — przede mną nie potrzebujesz się tłomaczyć, bo przecież ja ci nic nie zarzucam. Ale zawsze...
 „Ale zawsze...“ — to mi odpowiedź!... Z tego „ale zawsze“ wypadało, że w całej sprawie ja jeden jestem winien. Mucha nic, Lonia, która wniebogłosy krzyczała, także nic, tylko ja, za to, żem biegł na ratunek.
 Prawda, ale poco zemdlałem?...
 Byłem niepocieszony. Na drugi dzień wcale nie poszedłem do parku, byle tylko nie pokazywać się Loni, a na trzeci — ona kazała mi przyjść. Gdym przyszedł, kiwnęła mi głową zdaleka i rozmawiała tylko z Zosią, rzucając na mnie od czasu do czasu spojrzenia dumne i smutne, jak na zbrodniarza.
 Chwilami myślałem, że jednak dzieje mi się tu jakaś niesprawiedliwość. Wnet przecie tłumiłem podobne podejrzenia, mówiąc sobie, żem naprawdę zrobił coś strasznego. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że taka metoda stanowi charakterystyczną cechę kobiecej logiki.

Tymczasem dziewczynki chodziły po ogrodzie poważnym krokiem, ani myśląc o skakaniu przez sznur, tylko szepcząc coś między sobą. Nagle Lonia zatrzymała się i rzekła głosem bolejącym:
 — Wiesz, Zosiu, taki mam apetyt na czarne jagody... Aż mi pachną...
 — To ja zaraz przyniosę — odezwałem się z pośpiechem. — Znam w lesie jedno miejsce, gdzie jest ich bardzo dużo.
 — Będziesz się fatygował?... — odpowiedziała Lonia, obrzucając mnie melancholijnem wejrzeniem.
 — Cóżto szkodzi? Niech idzie, kiedy chce — wtrąciła Zosia.
 Poszedłem tem spieszniej, że mi już w ogrodzie zaczynało być duszno wobec tylu grymasów. Mijając kuchnią, usłyszałem, że panienki śmieją się, a gdym od niechcenia zajrzał przez parkan, spostrzegłem, że w najlepsze skaczą przez sznur. Widać, że tylko wobec mnie zachowywały tak uroczyste miny.
 W kuchni był piekielny hałas. Matka Walka płakała i klęła, a stara Salusia wymyślała jej za to, że Walek stłukł talerz.
 — Dałam mu — jęczała pomywaczka — temu hyclowi talerz, żeby se wylizał, a on, podlec, buch! go na ziemię i jeszcze uciekł. Oj! jeżeli ja cię dziś nie zabiję, to mi chyba ręce i nogi odejmie...
 A potem wołała:
 — Walek!... chodź mi tu zaraz, psia wiaro, bo z ciebie będę pasy darła, jak wnet nie przyjdziesz.
 Zrobiło mi się żal chłopca i chciałem załagodzić sprawę. Pomyślałem jednak, że mogę zrobić to samo, wróciwszy z lasu, bo Walek chyba dopiero w nocy pokaże się w kuchni, i — poszedłem w swoją stronę.
 Las był odległy od folwarku na jakie pół godziny drogi, może i dalej. Rosły w nim dęby, sosny, leszczyna, a poziomek i czarnych jagód było tyle, ile kto mógł zebrać. Z brzegu trochę pastusi przerzedzili jagody, głębiej było ich więcej, zajmowały takie płaty ziemi, jak dziedziniec.
 Dostawszy się w te okolice, narwałem jagód całą czapkę i całą chustkę, sam mało jedząc, bom się śpieszył. Pomimo to upłynęła godzina, albo i dłużej, nim obładowany zdobyczą, zabrałem się do powrotu. Nie szedłem prosto, alem trochę nakładał drogi, gdyż wogóle pociągała mnie przechadzka po lesie.
 Gdy idziesz ku gąszczowi, drzewa wyraźnie ustępują ci, niby robią miejsce. Ale spróbuj, posuwając się naprzód, odwracać głowę! Podają sobie gałęzie jakby ręce, pień zbliża się do pnia, potem nawet zaczynają się stykać, i ani się spostrzeżesz, kiedy wyrośnie za tobą pstra ściana, głęboka, nieprzebyta...
 Nic łatwiejszego, jak wtedy zbłądzić. Gdziekolwiek ruszysz się, wszędzie jest jednakowo, wszędzie drzewa rozsuwają się przed tobą, a zbiegają za tobą. Zaczynasz pędzić, one także pędzą wciąż za ciebie, byle ci odciąć odwrót. Stajesz — one stają i zmęczone, chłodzą się gałęźmi jak wachlarzami. Poruszasz głową na prawo i na lewo, szukając drogi, i widzisz, że niektóre z drzew kryją się za innemi, jakby chcąc cię przekonać, że jest ich mniej, niż sądzisz.
 O! las to rzecz niebezpieczna. Tam każdy ptak szpieguje, gdzie idziesz, każde ziółko chce ci oplątać nogi, a nie mogąc, przynajmniej szelestem donosi o tobie innym. Tak on widać tęskni za ludzką twarzą, że raz ją zobaczywszy, używa wszelkich podstępów, by ją zatrzymać na zawsze.
 Już słońce miało się ku zachodowi, kiedym wyszedł na pole. O paręset kroków spotkałem Walka. Szedł prędko w stronę lasu, podpierając się wysokim kijem.
 — Gdzie ty idziesz? — zapytałem go.
 Nie uciekał przede mną. Stanął i wskazując żółtą rączyną na las, odparł cicho:
 — Het! het!...
 — Niedługo będzie noc, wracaj do domu.
 — Kiej mnie matula strasznie chcą zbić...
 — Chodź ze mną, to cię nie zbije.
 — O, zbije!...
 — No, chodź, zobaczysz, że nic ci nie zrobi — rzekłem, zbliżając się do niego.
 Chłopak cofnął się, ale nie uciekał; zdawało mi się, że się waha.
 — No, chodźże...
 — Kiedy boję się...
 Znowum się zbliżył, a on znowu się cofnął. To wahanie się i cofanie obdartego chłopca zniecierpliwiło mnie. Tam Lonia czeka na jagody, a on targuje się ze mną o powrót?... Nie mam na to czasu.
 Prędko poszedłem ku folwarkowi. Byłem chyba w połowie drogi do domu, gdym odwrócił głowę i zobaczyłem Walka na wzgórku pod lasem. Stał ze swym kijem w ręku i patrzył na mnie. Wiatr powiewał szarą koszuliną, a podarty kapelusz, w promieniach zachodzącego słońca, błyszczał mu na głowie jak ognisty wieniec.
 Coś mnie tknęło. Przypomniałem sobie, jak go namawiali parobcy, ażeby wziął kij i poszedł w świat. Czyżby?... Nie, on przecie taki głupi nie jest. Zresztą nie mam czasu wracać do niego, bo pogniotą mi się jagody, a tam Lonia czeka...
 Pędem przybiegłem do domu, chcąc przesypać jagody do koszyka. Na progu Zosia powitała mnie — rzewnym płaczem...
 — Co to jest?...
 — Nieszczęście — szepnęła siostra. — Wszystko się wydało... Tatko stracił miejsce u pani...
 Jagody wysypały mi się z czapki i z chustki. Schwyciłem siostrę za rękę.
 — Zosiu, co ty mówisz?... co się tobie dzieje?...
 — Tak jest. Tatko już nie ma miejsca. Lonia pod sekretem powiedziała guwernantce o tej osie, a guwernantka pani... Kiedy tatko przyszedł do pałacu, pani kazała, żeby ciebie natychmiast wywiózł do Siedlec. Ale tatko odpowiedział, że — wszyscy wyjedziemy razem...
 Zaczęła strasznie płakać.
 W tej chwili zobaczyłem ojca na dziedzińcu. Pobiegłem naprzeciw i bez tchu upadłem mu do nóg.
 — Mój serdeczny tatku, com ja narobił!... — szeptałem, obejmując go za kolana.
 Ojciec podniósł mnie, pokiwał głową i odparł krótko:
 — Głupiś, idź do domu.
 A potem rzekł jakby do siebie:
 — Jest tu inny majster, który nas stąd wypędza, bo myśli, że stary plenipotent nie pozwoliłby mu przegrać majątku sieroty. I ma racją!
 Odgadłem, że mówi o narzeczonym naszej pani. Zrobiło mi się lżej na sercu. Pocałowałem szorstką rękę ojca i odezwałem się trochę śmielej:
 — Bo, widzi tatko, byliśmy na jeżynaeh... Lonię ugryzła osa...
 — Głupiś jak osa. Nie brataj się z paniętami, to nie będziesz polował na osy i nie zniszczysz majtek w sadzawce. Idź do domu i nie wyłaź mi za próg, dopóki stąd wszyscy nie wyjadą.
 — Oni jadą?... — ledwiem wyszeptał.
 — Jadą do Warszawy za kilka dni, a wrócą, kiedy nas już tu nie będzie.
 Smutno zeszedł wieczór. Na kolacją były doskonałe kluseczki z mlekiem, ale żadne z nas nie jadło. Zosia obcierała czerwone oczy, a ja układałem desperackie projekta.
 Przed położeniem się spać, cicho wszedłem do pokoiku siostry.
 — Zosiu — rzekłem do niej stanowczo — ja... muszę się ożenić z Lonią!...
 Spojrzała na mnie przestraszona.
 — Kiedy?... — spytała.
 — Wszystko jedno.
 — Ależ teraz ksiądz proboszcz nie da wam ślubu, a później ona będzie w Warszawie, a ty w Siedlcach... Zresztą, coby powiedział tatko, pani?...
 — Widzę, że nie chcesz mi pomóc — odpowiedziałem siostrze i nie pocałowawszy jej na dobranoc, wyszedłem.
 Od tej chwili nie pamiętam już nic. Mijały dnie i noce, a ja wciąż leżałem w łóżku, przy którem siedziała albo moja siostra, albo Wojciechowa, a czasami felczer. Nie wiem, czy mówiono przy mnie, czy mi się tylko marzyło, że Lonia już wyjechała, i że Walek gdzieś przepadł. Raz nawet zdawało mi się, że widzę nad sobą zapłakaną twarz pomywaczki, która łkając, pytała:
 — Paniczu, gdzieście widzieli Walka?...
 Ja?... Walka?... Nic nie rozumiałem. Ale później przyszło mi do głowy, że zbieram jagody w lesie, i że z za każdego drzewa patrzy na mnie Walek. Wołam go, on ucieka — gonię za nim, lecz nie mogę dopędzić. Tarnina chwyta mnie i odpycha, jeżyny oplątują nogi, drzewa tańczą, między pniami, porosłemi mchem, miga szara koszulina chłopca.
 Niekiedy marzyłem, że ja sam jestem Walek, to znowu, że Walek, Lonia i ja jesteśmy jedną osobą. Przytem zawsze widywałem las albo gęste krzaki, zawsze ktoś wołał mnie na pomoc, a ja — nie mogłem ruszyć się z miejsca.
 Strach, com wycierpiał.



 Gdym podniósł się z łóżka, był już koniec wakacyj i należało jechać do szkół. Parę dni jeszcze przesiedziałem w mieszkaniu, i dopiero w wigilją wyjazdu, przed wieczorem, wywlokłem się na dziedziniec.
 W pałacu okna były zasłonięte roletami. Więc oni naprawdę wyjechali?... Zaszedłem pod kuchnią, upatrując Walka. Walka nie było. Spytałem o niego jakiejś dziewuchy.
 — Oho! paniczu — odparła — niema już Walka...
 Bałem się pytać o więcej. Poszedłem do parku.
 Boże, jak tu smutno... Bez myśli włóczyłem się po wilgotnych ścieżkach, bo niedawno deszcz padał. Trawa pożółkła, sadzawka jeszcze bardziej zarosła, w czółnie pełno wody. W alei głównej stały wielkie kałuże, w których przeglądał się mrok. Ziemia czarna, pnie czarne, gałęzie obwisły, liście więdną. Smutek szarpał mi duszę i z głębi raz po raz wydobywał jakiś cień. To Józia, to Loni, to Walka...
 Wtem wionął wiatr, zaszumiały wierzchołki drzew, i z chwiejących się gałęzi zaczęły padać duże krople, jak łzy. Bóg widzi, że płakały drzewa. Nie wiem, czy nade mną, czy za moimi przyjaciółmi, ale to pewna, że — razem ze mną...
 Ciemno było, kiedym wyszedł z parku. W kuchni parobcy jedli wieczerzę. Za kuchnią, w polu, zobaczyłem figurę kobiecą. Przy niepewnem świetle, które spływało na ziemię z jasnego paska obłoków, poznałem pomywaczkę. Patrzyła na las i mruczała:
 — Walek... Walek!... a wracajże do dom... O, coś ty mi zgryzoty narobił, ty niecnoto, niecnoto...
 Uciekłem pędem do domu, bom myślał, że mi serce pęknie.


KONIEC TOMU DRUGIEGO
