Francois de La Rochefoucauld


Maksymy i rozważania moralne




WSTĘP

I. EPOKA
 La Rochefoucauld jest pisarzem z epoki, w której literaturę niekoniecznie uprawiali literaci. Wcześniej się żyło, niż pisało. Mała książeczka bywała często owocem doświadczeń bogatego życia. Wydawało się ją od niechcenia, często pod zmyślonem nazwiskiem, nie szukając w niej zbytniej chluby. Jakgdyby przypadkiem ta lub owa przeszła do nieśmiertelności, gdy wiele innych zaginęło.
 Takim „nieśmiertelnym” od niechcenia jest książę de La Rochefoucauld. Gdyby los nie był zawiódł jego ambitnych dążeń, nie przyszłoby mu może do głowy pisanie; pocieszał się niem na schyłku życia po jego zawodach.
 Czynne życie autora Maksym przypada na pierwszą połowę XVII w. Jest to we Francji doba rozdarcia, epoka walki, to przyczajonej, to wydobywającej się na powierzchnię, ale ciągłej. Walka między dogorywającym feudalizmem a ideą monarchiczną, którą w spadku po Henryku IV reprezentują Richelieu, Mazarin, wreszcie Ludwik XIV. Podczas gdy wielmoże widzą we Francji jedynie „postaw sukna” — jak mówi u Sienkiewicza Bogusław Radziwiłł o Polsce — który szarpią, przykrawają i wydzierają sobie wzajem, Henryk IV przechodzi do tradycji ludu ze swoim aforyzmem o "kurze w garnku", minister Ludwika XIII, Richelieu, silnie trzyma w dłoni władzę i kosi bez miłosierdzia głowy panków, Mazarin z kolei deprawuje ich, mami i kupuje, aż wreszcie Ludwik XIV dopełni dzieła scentralizowania władzy, zmieniwszy bitnych rycerzy w kornych dworaków, i zapomocą genialnie prostego systemu kazawszy wszystkim próżnościom, wszystkim ambicjom i namiętnościom kręcić się dokoła słońca Majestatu.
 Ta epoka poprzedzająca rządy Ludwika XIV, czas Frondy zwłaszcza, to jedna z najsmutniejszych kart dziejów Francji. Dziki egoizm kasty, rozpętanie najgorszych instynktów; próżność, chciwość, zdrada, kryjące się pod dumnym rycerskim pióropuszem; — a z drugiej strony twarda i beznadziejna dola ludu, nie liczącego się za nic w tej krwawej grze magnatów.
 I oto kontrast; w tej srogiej i twardej epoce, w atmosferze wojny domowej, która zmieniła Francję w wielkie obozowisko, wyrasta kwiat, który później rozwinie się wspaniale: francuski „salon”, francuska kobieta. I jaki salon! Salon, w którym uprawia się szermierkę pięknych i wzniosłych uczuć, snuje powieści o rycerzach dzielnych jak bohaterzy a tkliwych jak pasterze, roztrząsa się subtelności miłosne, kreśli mapy „krainy czułości”, rafinuje myśli, oczyszcza język. Pierwszym takim salonem jest słynny „pałac Rambouillet”, z którego rodzi się szereg innych. Powstaje typ precieuzy (wykwintnisi), miano zrazu zaszczytne, dopóki Molier nie zohydził go — może ponad miarę — i nie okrył śmiesznością.
 Nie znaczy to, aby wszystkie kobiety ograniczały się do tej roli. Nie brakło tej epoce amazonek, które dosiadały konia i czynny niemal brały udział w zamieszkach; nie brakło intrygantek w wielkim stylu, które mąciły całą Francję i prowadziły bieg w tym wyścigu ambicji i interesów. W tym to podwójnym świecie — w obozie i w salonie — spłynęło życie autora Maksym; stamtąd czerpał swoje doświadczenia, które wyrył później w twardym i niespożytym kruszczu słowa. To prawda, kiedy przyszły lata męskie pisarza, Francja zmieniła się już bardzo. Skończyły się wojny domowe; rycerz stał się kawalerem, dworakiem: nie mieczem już wyrębywał swoją karjerę życiową i nie intrygą w wielkim stylu, ale pilnością w nadskakiwaniu królowi, dwornością, pochlebstwem.
 Dla zgorzkniałego obserwatora i analisty ludzkiej natury, cóż za pole do spostrzeżeń! Francja dworska wyostrzy jeszcze te refleksje, które nagromadziły się w duszy pisarza jak osad z epoki Francji rycerskiej.

II. CZŁOWIEK
 Franciszek VI, książę de La Rochefoucauld (za życia ojca był „tylko” księciem de Marcillac), był potomkiem jednego z najznamienitszych rodów Francji. Urodził się w r. 1613. Wykształcenie otrzymał jedynie rycerskie; w piętnastym roku życia zaślubił, feudalną modą, córę magnackiego rodu. Mając lat szesnaście, bije się we Włoszech. Za powrotem do kraju, styka się z dworem Anny Austriackiej i staje się poniekąd rycerzem tej królowej Francji, pędzącej dość nędzną dolę na dworze, gdzie smutny i markotny król żyje opanowany przez nienawidzącego królowej kardynała - ministra.
 Popadłszy w niełaskę u króla, nawpół wygnany, młody rycerz dostaje się w rączki starszej odeń o lat trzynaście księżnej de Chevreuse, kobiety, która przeszła do legendy jako genjusz Intrygi, Pani de Chevreuse, której miłość przyniosła kolejno nieszczęście każdemu z jej kochanków, spiskuje na rzecz królowej i lorda Buckinghama; młodv Marcillac jest jej narzędziem; wedle zuchwałego planu miał zgoła porwać królową i wywieźć do Brukseli! Plany te zatamują się; pani de Chevreuse musi uciekać: La Rochefoucauld dostaje się do Bastylii, skąd Wypuszczają go po tygodniu niesrogiego więzienia.
 Richelieu umiera w r. 1642; Ludwik XIII w rok po nim w r. 1643: Anna Austriacka zostaje regentką. Gdy zabrakło żelaznej ręki kardynała, wszystkie ambicie podnoszą głowę. La Rochefoucauld, bezgranicznie pyszny na punkcie swego rodu, chce wyzyskać sposobność, aby wywalczyć dlań miejsce przed innemi. A chodziło nie o lada co: o „taburet” dla żony i o prawo wjeżdżania do Luwru w karecie! Dla takich celów, każdy magnat współczesny gotów był pustoszyć kraj, walczyć przeciw własnemu królowi, sprzymierzyć się z wrogiem Francji, z Hiszpanią, z samym djabłem!
 Niepodobna tu wchodzić w szczegóły zawitych kolei tej wojny domowej, prowadzonej szpadą i piosenką, z równą lekkością jak okrucieństwem. La Rochefoucauld bije się, odnosi rany, intryguje, jedna się z dworem, to znów się kłóci, wichrzy, mąci, — wreszcie wychodzi z tych przygód mocno szarpnięty finansowo i wpół oślepiony od strzału z muszkietu, który otrzymał w potyczce. Ten wypadek położył kres jego działalności „rycerskiej”; temu strzałowi z muszkietu zawdzięcza może historia literatury nieśmiertelne Maksymy.
 W całym tym okresie życia, La Rochefoucauld nie wygląda zbyt zaszczytnie. Niema w tym „buntowniku” wielkiej ambicji, wielkiej idei; — próżnostki, ambicyjki, buta, warcholstwo, interesy finansowe i wpływy kobiece... Ale w tem właśnie jest on wyrazem epoki; najtężsi szermierze Frondy nie wznosili się ponad te horyzonty. Możnowładztwo skarlało; dojrzałe było do tego, aby je Ludwik XIV sprowadził do roli dworaków, asystujących ze czcią jego najbardziej prywatnym i najmniej królewskim potrzebom... Własny syn La Rochefoucaulda będzie wzorem takiego kornego i wytrwałego dworaka.
 Do tego i w samym charakterze La Rochefoucaulda było jakieś pęknięcie, które może stało się przyczyną, iż, mimo swych wybitnych przymiotów, nie odegrał pierwszej roli. Może to przyszła „literatura” tłukła się po nim i paraliżowała człowieka czynu. La Rochefoucauld, mimo że dzielny i bystry, nie był człowiekiem „z jednej sztuki”; zbytnia skłonność do refleksji, zbytnie jasnowidztwo nie pozwalało mu rzucić się na oślep i iść w wytyczonym kierunku. Toteż i niewiele wyniósł z tych lat korzyści. I ot, tę chwałę, to nasycenie miłości własnej, za któremi się upędzał, znalazł mimochodem w tem, w czem zrazu szukał jedynie zabawy i rozrywki: w tomiku Maksym. Podobnie, w XIX W., zagorzałego polityka i męża Stanu, Benjamina Constant, ocaliła u potomności od zapomnienia mimochodem skreślona mała powiastka: Adolf...
 Przejście w "stan spoczynku" La Rochefoucaulda przypada na czas, kiedy młody Ludwik XIV objął rządy. We Francji nastał spokój; rozbrojona szlachta oklaskuje na dworze pierwsze komedie Moliera i tańczy w jego baletach wraz ze swoim królem. Salony zakwitają na nowo, uprawiając owe „kameralne” rodzaje literatury, które mieli uświetnić dwaj wielcy pisarze: La Rochefoucauld i La Bruyère. Salon panny de Scudéry specjalizuje się w madrygale; salon panny de Montpensier w portretach[1]; u pani de Sablé kwitnie „maksyma”, aforyzm. Wszystko to były rodzaje odpowiadające gustom i aspiracjom światowych amatorów; nie wymagały długiego tchu, wytężonej pracy ani też wyobraźni; natomiast przenikliwości życiowej i elegancji wysłowienia.
 W salonie pani de Sablé pędzi życie La Rochefoucauld, zawiesiwszy oręż na kołku. Wraz z innymi bierze udział w ulubionej zabawie, której przodowała sama gospodyni. „Maksymy” jego zdobywają niebawem uznanie i rozgłos, krążą w odpisach w kołach przyjaciół, budząc niekiedy u tkliwszych czytelniczek zgrozę swą bezlitosną ostrością. Wedle uwag i krytyk całego kółka, autor szlifuje je, zmienia, ulepsza. Są wśród jego maksym takie, które miały po kilkanaście warjantów. Kiedy wreszcie (1665) zdecydował się je wydać drukiem — oczywiście bezimiennie, aby nie kalać publicznym literackim rozgłosem pańskiego nazwiska! — każde wydanie (było ich za życia pisarza pięć) przynosiło nowe warjanty i zmiany.
 Ostatnie lata życia La Rochefoucaulda wypełnia nowa przyjaźń; można ją nazwać miłością, mimo iż wiek pisarza raczej zalecałby tamto miano. Przyjaciółką tą i osłodą jego ostatnich lat jest pani de La Fayette, owa pełna uroku, subtelna i cicha postać kobieca, autorka jednej z najpiękniejszych powieści XVII w. Księżna de Clèves, w której autorstwie podobno i La Rochefoucauld miał udział. Pani de La Fayette, znacznie młodsza od La Rochefoucaulda, była bardzo wątłego zdrowia i zapadała często; jego nękały ataki podagry; Żyją tedy w zaciszu salonu pani de La Fayette, pocieszając się i rozrywając wzajem. Stosunek ten rozprasza nieco melancholję, w jakiej usposobienie, rozczarowania życiowe i smutki rodzinne pogrążały pisarza. Na dworze La Rochefoucauld pojawia się rzadko, mimo że Ludwik XIV wita go tam zawsze z osobliwemi względami. Pewna wrodzona nieśmiałość każe mu się uchylić od fotelu w Akademii, którego propozycję zjednały mu Maksymy, a z którym wiązał się przymus publicznego przemówienia. Umiera w r. 1680.

III. PISARZ
 Znaj siebie samego, oto godło, jakie możnaby dać literaturze francuskiej. Ta namiętność poznania siebie, wyłuskania prawdy wewnętrznej, istotnej treści człowieka z osłonek pozorów, towarzyszy całej tej literaturze. Od Montaigne'a do Russa, od Balzaka do Prousta, wciąż spotykamy ten motyw przewodni, tę potrzebę. Zarzuty niemoralności, cynizmu, jakie spotykały nieraz tę literaturę, mają przeważnie źródło w tej potrzebie zdzierania opon kryjących prawdę. Montaigne i Rousseau i Balzac i Proust mają w swojej analizie momenty cyniczne.
 Montaigne jest ojcem tej dążności literatury francuskiej. Próbowanie duszy ludzkiej wszelkiemi odczynnikami, aby zbadać jej istotę, staranne odróżnianie pozoru od treści, wolna od uszanowania analiza każdego obyczaju, choćby nawet najbardziej zadawnionego i uświęconego, oto treść Prób Montaigne'a. A jakiż lepszy przedmiot może człowiek znaleźć dla tej analizy niż samego siebie? Toteż, w miarę jak Montaigne posuwa się w swojem dziele, Próby jego stają się szerokim autoportretem.
 W swojej epoce Montaigne był zjawiskiem odosobnionem. Ale z czasem dzieło jego wydało owoce. W sto lat po nim jego samotna rozrywka stanie się salonową zabawą. Z inicjatywy dostojnej Mademoiselie, każdy w jej gronie zobowiązany jest nakreślić własny portret, fizyczny i duchowy. Portrety te wydano potem jako zbiorek: figuruje tam i autoportret La Rochefoucaulda, jest to pierwszy jego utwór literacki, jaki się pojawił w druku. Zauważmy nawiasem, jakiej kultury literackiej dowodzi powszechne uprawianie tej wcale niełatwe] zabawy!
 Bo też pomiędzy epoką Montaigne'a a La Rochefoucaulda znajduje się okres wytężonej pracy nad językiem, nad formą. Montaigne był to szlachcic gawędziarz, który spisuje swoje myśli tak jak mu przychodzą do głowy, z pańska beztroską: chce pisać „po żołniersku“. Nieporównany jego język to raczej owoc talentu niż sztuki. Ale przez ten czas był Malherbe, i Voiture, i Guez de Balzac, i Vangelas, prawodawca gramatyki tak ironicznie traktowany przez Moliera; powstała Akademja, poświęcona osobliwie kultowi języka. I powstały owe salony, w których wykwint języka i myśli pielęgnowano aż do przesady, aż do śmieszności. Mimo to, zjawisko, jakiem był La Rochefoucauld w literaturze, jest jakże wspaniałą obroną tych salonów przed szyderstwem Moliera! Ten młody książę nie otrzymał prawie żadnego wykształcenia; zaledwie że umiał po łacinie; całe życie bił się, romansował, intrygował; jedyną edukacją, jaką przeszedł, była edukacja owych salonów, towarzystwo tych pań. Cóż za szkoła, z której wychodziło się klasykiem, skończonym pisarzem, nieśmiertelnym! Stanowczo Molier za surowo się obszedł z „wykwintnisiami“.
 Maksymy La Rochefoucaulda stanowią — wraz z Prowincjałkami Pascala — nowy etap w literaturze francuskiej. Wydobywają one z języka francuskiego właściwości, w których stanie się niedoścignionym: ciętość, subtelność rozróżnień i precyzję zarazem odcieni. Zwięzłość: ścisnąć myśl, obracać ją na wszystkie strony aż się ją zagęści do jej jedynej, definitywnej formy, to są zdobycze tej klasycznej epoki literatury. Zwłaszcza doprowadzenie do artyzmu ironji, zadającej niedostrzegalnym ruchem dłoni nieomylne i śmiertelne cięcia.  Pomiędzy Montaignem a La Rochefoucauldem było jeszcze jedno zjawisko: Kartezjusz. Ta dążność do naukowego ujmowania zjawisk, wiązania ich w grupy, wydobywania z nich praw, uogólnień, to już owoc Rozprawy o Metodzie i wogóle kartezjanizmu. Montaigne raczej się zwierza, La Rochefoucauld uogólnia, teoretyzuje. Ujmuje duszę człowieka algebraicznie: zamiast cyfr, wprowadza znaki. Nie obywa się to nieraz bez pewnego wrażenia oschłości lub zawiłości.
 Aforyzm był w owym czasie modną zabawą salonowej literatury. „Nie wiem, czy pani zauważyła, że pasja robienia sentencyj udziela się jak katar“ pisze La Rochefocauld do pani de Sablé. Aforyzm jest ostatnim niejako etapem tego destylowania esencji myśli: zarazem mieści w sobie ideał ówczesnej literatury, urodzonej w salonie i przefiltrowanej przez sąd całego towarzystwa. Czasem wyradza się to w rozszczepianie włosa na czworo: „Zabrnęliśmy w subtelności, zgubiliśmy się już zupełnie“ pisze pani de Lafayette zdając sprawę z jakiejś dyskusji. Czasem wyradza się w grę słów. Tak np. aforyzm, że „nie mamy dosyć siły, aby posługiwać się całym naszym rozumem“ pani de Grignan przenicowała z równą słusznością na formułę, że „nie mamy dosyć rozumu, aby się posługiwać całą naszą siłą“. Tak samo wahano się długo, czy „przebacza się niewierność, ale się jej nie zapomina“, czy też „zapomina się niewierności, ale się jej nie przebacza“. Ta debata doskonale wskazuje niebezpieczeństwo zabawy w aforyzmy, traktowanej „zawodowo“, nie jako wypływ osobistego spojrzenia.
 Ale wzamian, czy może być coś zwięźlejszego, doskonalszego w swej jadowitej a spokojnej ironii niż takie formuły:

 Zawsze mamy dość siły aby znieść cudze nieszczęścia...
 Przyrzekamy wedle swych nadziei, dotrzymujemy wedle swych obaw...
 Z prawdziwą miłością jest jak z pojawianiem się duchów; wszyscy o nich mówią, ale mało kto je widział...
 Starzy lubią dawać dobre rady, aby się pocieszyć, że nie są już zdolni dawać złych przykładów...
 Kiedy przywary nas opuszczają, pochlebiamy sobie, że to my je opuszczamy...
 Jako przykład tego dążenia do zwięzłości, destylowania myśli w coraz bardziej oczyszczoną formułę, może posłużyć kolejne przeobrażenie się jednej i tej samej maksymy w trzech wydaniach:

 1) Zazdrość istnieje jedynie siłą wątpliwości; niepewność stanowi jej pokarm: jest to namiętność, która szuka codziennie nowych przyczyn do niepokoju i nowych udręczeń. Człowiek przestaje być zazdrosny, z chwilą gdy ma świadomość tego, co powodowało jego zazdrość.
 2) Zazdrość karmi się podejrzeniami, wątpliwością. Jest to namiętność, która szuka wciąż nowych przyczyn do niepokoju i nowych udręczeń i zmienia się we wściekłość z chwilą gdy przejdzie od podejrzeń do pewności.
 3) Zazdrość karmi się wątpieniem i zmienia się we wściekłość lub ustaje z chwilą gdy przejdzie od podejrzeń do pewności.
 Ta ostatnia maksyma, najkrótsza, jest najpełniejsza: obejmuje tamte obie.
 Godnem uwagi jest, że ten wielki pan, przybierający tak wzgardliwą obojętność w stosunku do swojej sławy literackiej, „piłował“ swoje dziełko jak mało który zawodowy literat. Pięć lat tworzył te maksymy, a piętnaście lat je szlifował. W nim i w La Bruyerze dojrzewa świadomość, że proza, traktowana wprzód gawędziarsko, jest wielką sztuką, trudniejszą może od rymotwórstwa. Tak samo Pascal ośmnaście razy przerabia jeden list ze swoich Prowincjałek.
 Ten styl, ta precyzja formy, stanowią trwałość tych Refleksyj. Najcelniejsze z pomiędzy nich stanowią owe świetlne punkty, któremi myśl olśniona przebywa inne, zawsze interesujące, zawsze pobudzające do myślenia, bodaj przez protest, jaki się w nas budzi przeciw temu co nam się w tych rozmyślaniach może wydać oschłem, monotonnem, nawet fałszywem przez jednostronność punktu widzenia. Jako myśl, zostały one dokumentem wysiłku psychologicznego epoki, która poznanie człowieka uczyniła swojem głównem studjum. Ale przetrwały formą, i tem, że — jak zauważył jeden z komentatorów — prawda i fałsz mieszają się w nich tak subtelnie, iż wiecznie stanowić będą temat do dyskusji.


IV. MYŚLICIEL I MORALISTA
 „Nasze cnoty są najczęściej[2] jedynie przebranemi przywarami“, oto motto jakie La Rochefoucauld daje swemu zbiorkowi; i istotnie wyraża ono dobrze myśl autora. Głęboki pesymizm, niewiara w naturę ludzką, wieją z tej książeczki. Egoizm, miłość własna, lęk lub pragnienie korzyści, oto składniki, które znajduje, ilekroć rozbierze z osłonek jakąkolwiek czynność ludzką: oto co zostaje, gdy ją rozdziać z mniej lub więcej świetnych pozorów. Z zadziwiającą przenikliwością i sztuką, z piekielnem iście upodobaniem, ściga autor nasze pobudki aż do najtajniejszych zaułków duszy; zarazem, zatapiając i obracając ten sztylet w sercu ludzkiem, dba o to, aby jego rękojeść była najpiękniej rzeźbiona, aby forma każdego aforyzmu była najbardziej misterna, iżby tem okrutniej występowała na jaw ironia treści.
 „Cnoty gubią się w interesie jak rzeki w morzu“...
 „Interes przemawia wszystkiemi językami i odgrywa wszystkie role, nawet rolę bezinteresowności“...
 I w tym duchu ciągnie się rzecz przez kilkaset maksym; nic nie ostoi się przed probierczym kwasem tej piekielnej chemji duszy ludzkiej. Niema prawdziwej przyjaźni; miłość jest „jak te duchy, o których wszyscy mówią, ale której nikt nie widział“; „niema uczciwych kobiet, któreby nie były znudzone swojem rzemiosłem“ itd. itd.
 Czytane dziś jednym ciągiem, te maksymy wywołują wkońcu uczucie smutku, zniecierpliwienia nawet, przerywanego raz po raz podziwem dla doskonałości formy; czy dlatego że są fałszywe, czy dlatego że nazbyt prawdziwe? Nie jest tak zupełnie prostą rzeczą odpowiedzieć na to pytanie.
 Trzeba powiedzieć, że my (mówię o mojej generacji) nie jesteśmy zbyt wdzięcznymi czytelnikami La Rochefoucaulda. Wyrośliśmy w atmosferze pojęć wytworzonych darwinowską teorją „walki o byt“, pesymizmem Schopenhauera, filozofją Taine’a, dla którego „cnota jest produktem takim jak cukier“ itp. Uczyliśmy się czytać na brutalnej literaturze końca XIX wieku. Niejedna nowela Maupassanta jest jakby epickiem rozwinięciem tej lub owej Maksymy La Rochefoucaulda. Każdy inteligentniejszy chłopak z pośród nas dochodził do sporej porcyjki tych Maksym sam, na własną rękę, zanim wiedział o istnieniu tej książeczki. I, ostatecznie, cała ta filozofja egoizmu i próżności nie zadowala nas już dzisiaj; nie trafia, nie mówię już do serca, ale nawet do rozumu. Uznajemy, że większość tych maksym jest prawdziwa, ale ta prawda jest prawdą niejako w pewnym wymiarze; znamy lub przeczuwamy inne prawdy w innym, wyższym wymiarze myślenia. Mechanizm tej psychologji wydaje się nam zbyt algebraiczny; formułki tłumaczące człowieka, tę tajemnicę zawieszoną wśród innych tajemnic, zbyt proste. Kwas tej analizy wydaje się nam za mocny, gryzie wszystko czego dotknie; gdyż dowieść, że, dajmy na to, ktoś, kto bez świadków rzuca się w rzekę, aby ocalić tonącego, działa pod wpływem próżności lub egoizmu, jest oczywistym nonsensem. Ta niwelacja, wedle której niema różnicy pobudek między ludźmi, to tak, jakby ktoś zwęglił na popiół fiołek i cebulę i wykazał, iż niema między niemi żadnej różnicy. Dla nas, póki są żywe, jest różnica, a skoro są zwęglone, wogóle przestają istnieć.
 Jakże ciasnem i oschłem wydaje nam się naprzykład owo określenie żądzy wiedzy „interesem nabycia korzystnych wiadomości lub pychą wiedzenia więcej od innych!“ Jak objąć tą formułą fanatyzm wiedzy owych uczonych, co życie całe ofiar i niedostatku spędzili na dociekaniach, które, jako jedyną korzyść, mogły ściągnąć na nich tylko prześladowanie lub śmierć! Gdzie zmieścić w tę formułę np. takiego Saint - Simona, który kilkadziesiąt lat pisze swoje nieśmiertelne Pamiętniki z tą świadomością, że nigdy nikomu nie będzie ich mógł pokazać, że nigdy nie będzie ich mógł wydać, i że odkrycie ich rękopisu grozi mu utratą wolności lub życia! Nie, dusza artysty, prawdziwego uczonego, świętego, tych wielkich samotników, nie zmieści się w formułki La Rochefoucaulda, wyszlifowane w stadowem życiu salonu. Nie wytłumaczy się temi wzorkami żadnej prawdziwej wielkości, żadnego fanatyzmu, żadnego z tych uczuć, które niejako rodzą się poza człowiekiem i wstępują weń, czyniąc zeń swoje narzędzie. Sceptyk Montaigne jakże ma inne poczucie rzeczy wielkich!
 Ale jako szkoła, jako pewna faza myślenia zbawienna i pożyteczna do przebycia, Maksymy La Rochefoucaulda są wręcz nieocenione. Tak jak każdy, kto chce istotnie myśleć, musi przejść swój okres negacji absolutnej, wymieść wszystko, odrzucić wszystko, zrobić ową tabula rasa, o której mówi Kartezjusz w swojej Rozprawie o metodzie, aby później wybudować swój gmach pojęć o świecie, tak i piśmiennictwo: La Rochefoucauld, to przejściowa faza myśli ludzkiej. Książka jego była zresztą brewjarzem dla iluż wielkich umysłów. Schopenhauer go uwielbia, zestawia z Machiawelem. Nietzsche ceni wyżej dzieła francuskich moralistów, a zwłaszcza La Rochefoucaulda, niż razem wszystkie dzieła filozofów niemieckich.
 Jakże inaczej jeszcze musiały działać te wypolerowane zdańka na współczesnych czytelników i czytelniczki! Przyjrzyjmy się im tylko na tle współczesnej literatury: z jednej strony sentymentalny romans dziergający życie walecznych rycerzy i czułych dam z samych podniosłych uczuć; — z drugiej tragedja Corneille'a, również nie znająca innych pobudek dla ludzkich działań jak tylko wielkie, bezinteresowne i niezłomne. I salony, w których skupiało się ówczesne duchowe życie, siliły się stworzyć fikcję, że istotne postępki ich uczestników kierują się wedle tych szczytnych pobudek.
 Otóż, La Rochefoucauld, zanim został pisarzem, żył długo i bujnie; poznał tych mężczyzn i te kobiety, znał tych ludzi w obozie i w salonie, w alkowie i na radzie wojemnej i wiedział co ma o tem mniemać; widział co kryje człowiek pod temi plęknemi pozorami. I napisał swoje Maksymy. Jeden z francuskich krytyków mówi, iż są one „nakłuciem szpilki dla wzdętych ideałów i nadludzkich aspiracyj dogorywającej epoki“. Podobnie jak Myśli Pascala, tak samo te Maksymy są upokorzeniem i zdeptaniem w proch natury ludzkiej. Ale Pascal ma równocześnie poczucie małości i wielkości człowieka, a ujęcie człowieka w tem podwójnem obliczu jest najgenjalnieiszym rzutem jego myśli. Tym Maksymom brak jest owej drugiej części Pascalowego dzieła. Pascal depce człowieka poto, aby go podnieść na skrzydłach wiary; tej żywej wiary La Rochefoucauld nie miał, mimo iż — trzeba to zaznaczyć — salony, w których wyrosły Maksymy (pani de Sablé zwłaszcza), stały jaknajbliżej Port - Royalu, tej ojczyzny myśli Pascala.
 Z drugiej strony zajmującem jest zestawić książeczkę La Rochefoucaulda z dziełem Moliera. I Molier również jest tem nakłuciem szpilki dla „wzdętej“ natury ludzkiej; uczy ją z prostotą chodzić po ziemi. Uczy nas mieć się na baczności co do własnych pobudek. Czyż nie jest udramatyzowaną maksymą La Rochefoucaulda pierwsza scena Miłości lekarzem, i tyle innych scen zresztą? A Mizantrop, lub raczej te dwa oblicza mizantropji, jakie ukazuje Molier w Alceście i Filincie, czyż nie oddychają tym samym pesymizmem, jaki wionie z tej książeczki? Czy Molier widzi lepszym człowieka, i tych paru dobrych ludzi, których możnaby znaleźć w jego dziele, czyż nie są — w myśl rozróżnienia autora Maksym — dobrymi ze słabości?
 Bo pesymizm, smutek, niesmak rozpościerają się nad całą tą epoką we Francji, pełną zabaw, pompy i użycia. Nie znajdując nic, coby ich zdolne było wyrwać poza samych siebie. ludzie gniotą się razem, grzebią się w sobie i — brzydzą się sobą. Z pełni światowego życia, sławy, taki Pascal, taki Racine, rzucają się w objęcia Port - Royalu, Pani de Maintenon, morganatyczna małżonka Ludwika XIV, na szczycie potęgi i ziszczonych marzeń, żarta nudą i rozczarowaniem, pisze do Ninon de Lenclos: „Powinszuj odemnie panu cle La Rochefoucauld i powiedz, że księga Hioba i jego Maksymy są moją jedyną lekturą“. To zbratanie surowej dewotki z głośną kurtyzaną pod znakiem tych Maksym, jest bardzo znamienne; tak samo jak fakt, że jedne i te same myśli tego zbiorku przechodziły przez cenzurę ascety - jansenisty Arnaulda i tejże Ninon de Lenclos.
 Powiedzmy sobie jeden komplement: może my dziś jesteśmy lepsi, niż ludzie z epoki La Rochefoucaulda? Życie ówczesne, oparte jedynie na posiadaniu, wytwarzało drapieżną chciwość; układ stosunków społecznych wytwarzał chorobę próżności, zależność ludzi od siebie dworactwo. Zapewne, zasadnicze wady ludzkie zostały te same; ale życie stało się swobodniejsze, prostsze. Maksymy są w znacznej mierze dokumentem epoki: to arystokratyczne społeczeństwo, wysuszone, nie znające żadnej bezinteresownej idei, czcze, odbija się w tej książce. Duszno w niej jest. Nawet u Woltera, mimo jego wzgardy dla człowieka, jest coś, co łagodzi jej oschłość: jest w nim, mimo wszystko, żarliwa miłość ludzkości, żądza światła, dobra, chęć, aby było lepiej. Te pojęcia, ludzkość, postęp, wolność, nie istniały jeszcze prawie w epoce La Rochefoucaulda w sferze, w której on wzrósł i działał, ani żadne inne z tych pojęć, od których szerzej, szlachetniej wzdyma się pierś człowieka. A porównajmy te Maksymy z dziełem, które możnaby poniekąd uważać za ich udramatyzowanie: z Komedią Ludzką Balzaka. To pewna, iż Balzak nie jest skłonny idealizować człowieka, a jednak jakże jest daleki od nakładania mu tej jednostajnej liberji egoizmu!
 Bądź co bądź, mimo ciągłych wahań i sprzeczności, jakie się przechodzi czytając tę książeczkę, jest to jedna z tych, które znać się powinno. Wedle opinii Woltera, Maksymy La Rochefoucaulda były książką, która najbardziej przyczyniła się do ukształcenia smaku i wyostrzenia inteligencji w swoim kraju. Być może, przełożone — nie pierwszy raz zresztą — na język polski, zdołają odegrać potrosze tę samą zbawienną rolę i u nas; nawet i dziś. A kogo by odstręczała od tej książeczki jej niewiara w człowieka, jej wzgarda dla ludzkości, ten znajdzie wszakże, pośród tych osmucających „maksym“, wiele innych, które są jedynie dokumentem bystrej i trafnej analizy psychologicznej, wyrażonej raz po raz w lapidarnej formie, iskrzącej się najwytworniejszym dowcipem. Z tych jedną zwłaszcza chciałbym polecić publicznej rozwadze:
 „Powaga jest obrządkiem ciała, wymyślonym dla pokrycia braków ducha”.

 
BOY - ŻELEŃSKI

 Przekład ten dokonany został z wydania La Rochefoucaulda w Les grands écrivains de La France w opracowaniu M. D. L. Gilberta. Toż samo wydanie posłużyło jako główne źródło do przypisów.




MAKSYMY I ROZWAŻANIA MORALNE



Portret księcia de la Rochefoucauld
skreślony przez niego samego (1659)[3]
 Jestem średniego wzrostu, zręczny i dobrze zbudowany. Płeć mam ciemną ale dość gładką; czoło wyniosłe i wcale szerokie; oczy czarne, małe i głęboko osadzone: brwi czarne i gęste, ładnie zarysowane. Trudnoby mi określić kształt nosa, nie jest ani płaski, ani orli, ani gruby, ani szpiczasty, przynajmniej tak mi się zdaje: tyle wiem, że jest raczej duży niż mały i ma się nieco ku dołowi. Usta mam duże, wargi zwyczajnie dość czerwone, ani ładne ani brzydkie; zęby białe i dość regularne. Mówiono mi swego czasu, że mam za krótką brodę: macam się i oglądam w lustrze i doprawdy nie wiem, co o tem sądzić. Sama twarz jest kwadratowa lub owalna: trudnoby mi to określić bliżej. Włosy czarne, kędzierzawe, dość gęste i długie. W fizjognomji mojej jest coś surowego i dumnego; stąd wielu pomawia mnie zgoła niesłusznie o wzgardliwość. Ruchy mam bardzo swobodne, aż nadto może, tak iż mówiąc dużo gestykuluję. Oto poprostu jak sobie wyobrażam mą zewnętrzną postać: każdy się może zgodzi, że to co myślę o sobie w tej mierze, nie jest zbyt odległe od rzeczywistości. Tak samo wiernie dokonam i reszty portretu; dość się przyglądałem sobie aby się dobrze znać; nie brak mi zaś ani swobody w tem, aby przyznać sobie jakieś zalety, ani też szczerości, z jaką wyznaję swoje wady. popierwsze, co się tyczy usposobienia, jestem melancholiczny, do tego stopnia, iż, od lat kilku, ledwie parę razy zdarzyło mi się rozśmiać. Melancholia moja byłaby wszakże dość znośna i łagodna, gdyby się ograniczała do tej, która płynie z natury; ale tyle mi jej przychodzi z zewnątrz, tak silnie wypełnia mą wyobraźnię i zaprząta umysł, iż, po największej części, albo dumam nie mówiąc słowa, albo nie myślę prawie co mówię. Jestem bardzo zamknięty z tymi, których nie znam, a niezbyt otwarty z większością znajomych. Jest to wada, wiem, i nie zaniedbam niczego, aby się z niej poprawić; ale mam w twarzy coś chmurnego, co mi daje pozór bardziej jeszcze zamkniętego w sobie niż jestem, że zaś nie jest w mej mocy wyzbyć się tej przykrej miny, sądzę, iż, nawet poprawiwszy się wewnątrz, zawsze mimo to zachowam ujemne pozory. Nie brak mi dowcipu[4], i mówię to bez skrupułów, na cóż bowiem zdadzą się wydwarzania[5] w tej mierze? Zbyt kołować i omawiać mówiąc o swych zaletach, to znaczy kryć nieco próżności pod pozorem skromności: to zręczny sposób, aby dać się o sobie domyślać więcej dobrego niż się mówi. Co do mnie, nie pragnę, aby mnie uważano za piękniejszego niż się maluję, ani za milszego, ani za dowcipniejszego i mędrszego niż mówię że jestem. Posiadam tedy dowcip, mówię to jeszcze raz, ale dowcip skażony melancholją.
 Mimo że władam dość dobrze językiem, że mam dobrą pamięć i sąd o rzeczach niezbyt mętny, smutek[6] gniecie mnie tak silnie, iż często dość licho wyrażam to, co chcę powiedzieć. Rozmowa z godnymi ludźmi, to jedna z moich najmilszych przyjemności. Lubię rozmowę poważną, zwłaszcza obracającą się koło kwestyj moralnych; umiem wszakże smakować i wesołą gawędkę. Jeśli nie często mięszam się w nią z trefnościami, znam mimo to dobrze wartość ciętych słówek, i znajduję nader uciesznym ten sposób figlowania, w którym chybkie i swobodne umysły tak celują. Piszę dobrze prozą, dobrze składam i wiersze, i gdybym dbał o sławę[7] z takich rzeczy, sądzę iż, przy niejakiej pracy[8], mógłbym zyskać niezłą reputację.
 Lubię wogóle książki; dzieła zawierające materjał do kształcenia umysłu i skrzepienia duszy są mi najmilsze. Lubię zwłaszcza czytać wspólnie z jakąś bystrą osobą[9]; w ten sposób, człowiek zastanawia się wciąż nad tem co czyta, a myśli, które mu przychodzą, rodzą najmilszą w świecie i najużyteczniejszą rozmowę. Umiem dość dobrze ocenić utwory wierszem i prozą jakie mi ktoś pokaże; ale sąd o nich wyrażam[10] może zbyt swobodnie. Mam jeszcze i tę wadę, że bywam zbyt wybrednym i surowym krytykiem. Dość chętnie przysłuchuję się dysputom i często mieszam się do nich; ale upieram się niekiedy zbytnio przy mem przekonaniu, i kiedy ktoś broni niesłusznego zdania, tak się rozpalam w obronie rozsądku, iż sam staję się niezbyt rozsądny. Mam zacne uczucia, dobre skłonności i tak gorące pragnienie, aby się stać we wszystkiem godnym człowiekiem, że przyjaciele nie mogą mi zrobić większej przyjemności niż ostrzegając mnie o moich błędach. Ci, którzy znają mnie nieco bliżej i którzy raczyli czynić mi uwagi w tej mierze, wiedzą, że zawsze je przyjmowałem z największą radością i poddaniem. W uczuciach jestem dość łagodny i umiarkowany; prawie nigdy nie widziano mnie w gniewie; nigdy też nie czułem do nikogo nienawiści. Nie jestem wszakże niezdolny do zemsty, o ileby mnie ktoś obraził i gdyby honor mój żądał odpłacenia zniewagi. Przeciwnie, jestem pewien, iż poczucie obowiązku zastąpiłoby we mnie nienawiść tak skutecznie, że dochodziłbym pomsty energiczniej niż kto inny. Ambicja mnie nie dręczy. Mało czego się obawiam, a śmierci wcale. Mało podlegam uczuciu litości[11], a chciałbym nie podlegać jej zgoła. Mimo to, niema rzeczy, którejbym nie uczynił, aby ulżyć strapionej osobie; sądzę w istocie, że należy wszystko uczynić[12] w tej mierze, nawet objawiać ludziom wiele współczucia w nieszczęściu; nieszczęśliwi bowiem są tak niedorzeczni, że im to przynosi ulgę. Ale uważam też, że trzeba się zadowolić okazywaniem litości, ale strzec się pilnie odczuwania jej w istocie. Jest to uczucie zgoła niewłaściwe dla szlachetnej duszy i zdolne jedynie zemdlić w nas serce; zostawmy to pospólstwu, które, nie czyniąc nic z rozumu, potrzebuje czerpać pobudkę w uczuciach. Kocham przyjaciół, i to tak, że nie wahałbym się ani chwili poświęcić dla nich własnej korzyści. Jestem dla nich wyrozumiały; znoszę ich humory i tłómaczę z łatwością wszystko; ale nie czulę się z nimi zbytnio, ani też nie doznaję zbytnich niepokojów w czasie rozłąki. Jestem z natury bardzo mało ciekawy przeważnej ilości rzeczy, które budzą ciekawość u innych. Jestem bardzo skryty, i łatwiej niż kto inny umiem zmilczyć to, co mi ktoś zwierzył poufnie. Jestem osobliwie wierny słowu; nie chybiam mu nigdy, jakiejbadż wagi byłaby rzecz, którą przyrzekłem; tego strzegłem z niezmierną pilnością całe życie. Jestem bardzo dworny dla kobiet i nie sądzę, abym kiedy rzekł coś takiego, coby im mogło sprawić przykrość. Towarzystwo rozumnych kobiet wolę niż męskie; jest w niem niejaka słodycz, której my nie mamy; zdaje mi się pozatem, że wyrażają się jaśniej i wdzięczniej. Do miłostek byłem nieco skłonny niegdyś; obecnie — mimo iż w pełni lat — już nie. Wyrzekłem się galanterji, i dziw mi jedynie, że jest jeszcze tylu godnych ludzi, którzy się nią bawią. Cenię wysoko wielkie uczucia; znamionują one wielkość duszy, i mimo że wzruszenia te są nieco przeciwne surowemu rozsądkowi, godzą się pozatem tak dobrze z najdrażliwszą cnotą, iż nie sądzę, aby słusznem było je potępiać. Znam wszystko, co jest delikatnego i silnego w głębokiej miłości, i jeżelibym kiedy pokochał, to z pewnością w ten sposób; ale, sądząc z mego usposobienia, nie przypuszczam, aby ta świadomość przeszła kiedy z głowy do serca.




Przedmowa
do pierwszego wydania (1655)[13]


Do czytelnika
 Daję oto publiczności portret ludzkiego serca, pod godłem Rozważań czyli zdań moralnych. Portretowi temu grozi to, że nie wszystkim się spodoba: ludzie osądzą może, że jest zbyt wierny, a nie dość pochlebny. Podobno nie było nigdy zamiarem malarza ogłaszać tego dzieła; spoczywałoby ono jeszcze w jego gabinecie, gdyby licha kopja, która znalazła się w obiegu i która nawet dostała się, od niejakiego czasu, do Holandji[14] , nie zmusiła jednego z przyjaciół autora do udzielenia mi innej, zupełnie — jak zaręcza — zgodnej z oryginałem. Jednakie, mimo że poprawna, nie uniknie i ona może krytyki pewnych osób, które nie mogą ścierpieć, aby się ktoś ważył wnikać w głąb ich serca, i które mniemają, że im się uda przeszkodzić, aby ich inni znali, dlatego, że nie chcą znać siebie samych. Faktem jest, że, ponieważ te Maksymy pełne są prawd, z któremi serce ludzkie nie może się pogodzić, niemożliwem prawie jest, aby nie wywołały oburzenia i nie ściągnęły na siebie cenzorów. To też, dla nich to zamieszczam tutaj List[15], który mi oddano, poczęty wówczas, gdy rękopis dostał się w obieg i gdy każdy wyrażał o nim swoje zdanie. Wydał mi się dość właściwy jako odpowiedź na rozmaite zarzuty, jakie można przeciwstawić Rozważaniom, i jako objaśnienie intencji autora; wykazuje on dowodnie, że istotą tych Rozważań jest poprostu streszczenie nauki moralnej zgodnej z myślami wielu Ojców Kościoła[16]. Ten, kto je spisał, miał wszelką przyczynę mniemać, że nie może zabłądzić idąc za tak dobrymi przewodnikami i że wolno mu mówić o człowieku tak, jak mówili o nim św. Ojcowie. Ale, jeżeli szacunek należny ich osobom nie zdoła wstrzymać niechęci krytyków, jeżeli nie wahają się potępić mniemań tych wielkich ludzi potępiając tę książkę, proszę czytelnika, aby nie szedł za ich przykładem; aby nie dał sercu swemu zawładnąć swą myślą i strzegł się, o ile zdoła, aby miłość własna nie zaćmiła jego sądu: o ile bowiem jej zechce się radzić, niema nadziei, aby sąd o tych Maksymach mógł wypaść przychylnie. Ponieważ one malują miłość własną jako kazicielkę rozumu, ta nie omieszka uprzedzić umysłu przeciw nim. Baczmy tedy, aby właśnie to uprzedzenie nie usprawiedliwiło ich; bądźmy przekonani, że nic lepiej nie zdoła utrwalić prawdy tych Rozważań, niż zapał i subtelność, jaką rozwiniemy aby je zwalczać. W istocie, trudnoby wmówić rozsądnemu człowiekowi, że potępiamy je dla innej pobudki niż dla ukrytego interesu, pychy i miłości własnej. Słowem, najlepszą drogą, jaką czytelnik może obrać, to wytłumaczyć sobie, że żadna z tych Maksym nie tyczy go osobiście[17] i że, mimo iż napozór są tak powszechne, on jest jedynym z nich wyjątkiem; poczem, ręczę pierwszy będzie gotów pisać się na nie i uzna, że jeszcze zbyt łaskawie obchodzą się z naturą ludzką. Oto, co chciałem powiedzieć o tym utworze w ogólności. Co się tyczy metody, jaką w nim można zauważyć, sądzę, że byłoby pożądane, aby każda maksyma nosiła tytuł przedmiotu, o którym traktuje i aby były ułożone w większym porządku; ale nie mogłem tego dokonać bez zupełnego wywrócenia porządku rękopisu, który mi oddano; że zaś istnieje większa liczba Maksym w jednym przedmiocie, ci, których zdania zasięgałem, uznali, że prościej jest sporządzić Spis rzeczy, do którego będzie się można uciec, aby odszukać Uwagi traktujące o jednej materji.



